Chcę twojego życia - Amber Garza

-
Proszę czekać

2

Ciem­no­czer­wone wino wi­ro­wało w kie­liszku, po­zo­sta­wia­jąc po bo­kach plamy przy­po­mi­na­jące pa­ję­czyny. Chri­stine pod­nio­sła go do ust i po­cią­gnęła długi łyk.

- Nie za­mó­wisz drinka? - Unio­sła brwi, jakby to było dzi­waczne, że nie piję w po­nie­dział­kowe po­łu­dnie.

Nie by­łam na­wet pewna, dla­czego da­łam się jej na­mó­wić na wyj­ście na lunch po jo­dze. Mia­łam jesz­cze dziś sprawy do za­ła­twie­nia i bar­dzo chcia­łam się prze­brać z prze­po­co­nych ciu­chów tre­nin­go­wych.

- Nie, wła­ści­wie nie mogę zo­stać długo. Mu­szę zro­bić za­kupy spo­żyw­cze - po­wie­dzia­łam.

- No to zro­bisz je ju­tro - po­wie­działa z nutą znie­cier­pli­wie­nia. - Oj tam, na­pij się ze mną.

- Nie mogę ju­tro. Mu­szę ku­pić coś na dzi­siej­szą ko­la­cję. - Zaj­rza­łam do menu. Bur­ger i frytki brzmiały nie­źle. Umie­ra­łam z głodu. Spoj­rza­łam w dół na wy­pu­kłość brzu­cha po­nad pa­skiem spodni i zmarsz­czy­łam brwi. Pew­nie nie po­win­nam tego za­ma­wiać.

Kiedy po­zna­li­śmy się z Ra­fa­elem, by­łam szczu­pła. Do­piero po uro­dze­niu Aarona moje ciało się zmie­niło, stało się de­li­kat­niej­sze, okrą­glej­sze. Nie prze­szka­dzało mi to jed­nak. Wy­glą­da­łam jak matka. Do­dat­kowa waga tylko po­twier­dziła cud, który wy­da­rzył się w moim or­ga­ni­zmie. Zresztą taki los czeka wszyst­kie ko­biety, prawda? Wkrótce po na­ro­dzi­nach Aarona Raf za­czął rzu­cać zło­śliwe uwagi i do­cinki. Ana­li­zo­wał to, co ja­dłam, i na­ma­wiał mnie, że­bym wię­cej ćwi­czyła. Po­słu­cha­łam go, schu­dłam i utrzy­ma­łam wagę. Ale ostat­nio znowu tro­chę przy­ty­łam.

Zde­cy­do­wa­łam się na sa­łatkę Santa Fe z kur­cza­kiem. Dres­sing osobno.

- Oj, pro­szę - po­wie­działa Chri­stine. - Bę­dziesz dzi­siaj sama w domu. Wy­star­czy po­pcorn i tro­chę wina. Ja bym tak zro­biła, gdy­bym miała dom dla sie­bie.

Chri­stine za­cho­wy­wała się, jak gdy­bym pro­wa­dziła ja­kieś cu­downe ży­cie. Jak gdyby sa­mot­ność była czymś po­żą­da­nym. Nie była. Od­da­ła­bym wszystko, żeby cof­nąć się w cza­sie. Mieć cią­gle pełny dom i na­pięty gra­fik, tak jak ona. Ale nie wspo­mnia­łam jej o tym, je­dy­nie się uśmiech­nę­łam.

- Tak, może tak zro­bię. - Szcze­rze mó­wiąc, nie brzmiało to wcale jak naj­gor­szy plan.

Sie­dzia­ły­śmy przy sto­liku na ze­wnątrz i mi­nęła nas po­spiesz­nie młoda ko­bieta pcha­jąca dzie­cięcy wó­zek. Był przy­kryty, więc nie wi­dzia­łam dziecka w środku. Zer­k­nę­łam na matkę. Ciem­no­włosa, o bla­dej ce­rze, ja­kieś dwa­dzie­ścia parę lat.

Przez chwilę za­sta­na­wia­łam się, czy to ty.

Nie mia­łam po­ję­cia, jak wy­glą­dasz i ile masz lat. Od­kąd wie­dzia­łam, że uro­dzi­łaś, wy­obra­ża­łam so­bie cie­bie jako młodą ko­bietę, ale zda­wa­łam so­bie sprawę, że wiele ko­biet ro­dzi w póź­niej­szym wieku. Nie mia­łam też po­wodu, by są­dzić, że to dziecko było je­dy­na­kiem.

Czy masz gro­madkę dzieci, czy tylko jedno?

Czy je­steś mę­żatką?

Czy miesz­kasz w po­bliżu?

Py­ta­nia wi­ro­wały mi w gło­wie.

Jed­nego by­łam pewna, a mia­no­wi­cie że nie bie­rzesz pod uwagę po­pcornu i wina na ko­la­cję.

Praw­do­po­dob­nie pla­no­wa­łaś miły po­si­łek dla ro­dziny. Coś pro­stego, jak ma­ka­ron, bo prze­cież masz nie­mowlę. Mu­sia­ła­byś do­brze to zor­ga­ni­zo­wać, po­sa­dzić je na huś­tawce albo, jesz­cze le­piej, go­to­wać, kiedy bę­dzie drze­mało. Po­tem ty i twój mąż zje­dli­by­ście na zmianę, prze­ka­zu­jąc so­bie dziecko.

Uśmie­cha­jąc się do sie­bie, przy­po­mnia­łam so­bie, jak ro­bi­łam to co noc, kiedy Aaron był no­wo­rod­kiem. Chyba przez dwa lata ani razu nie zdą­ży­łam zjeść, za­nim po­si­łek wy­stygł. Wtedy strasz­nie mnie to iry­to­wało. Nie wiem, dla­czego te­raz to wspo­mnie­nie spra­wiło, że zro­biło mi się cie­pło i przy­jem­nie.

Zło­żyw­szy za­mó­wie­nie, Chri­stine do­koń­czyła swój kie­li­szek wina i spoj­rzała na mnie po­dejrz­li­wie.

- Co się z tobą dzieje? Ja­koś mało się dzi­siaj od­zy­wasz.

Nie za­mie­rza­łam jej o to­bie opo­wia­dać. To samo wy­szło.

- W Fol­som jest jesz­cze jedna Kelly Me­dina.

Chri­stine wy­krzy­wiła twarz.

- Jak to? W sen­sie so­bo­wtór czy coś ta­kiego? Wiesz, co mó­wią: po­dobno każdy ma bliź­niaka.

Nie wie­dzia­łam, czy to prawda. Nie wie­dzia­łam na­wet, kto tak mówi.

- Nie, to nie ktoś, kto wy­gląda jak ja. Po pro­stu inna ko­bieta na­zywa się do­kład­nie tak jak ja.

- Och. - Chri­stine nie kryła roz­cza­ro­wa­nia. - Wiesz, Kelly to dość po­pu­larne imię. Ja też cią­gle spo­ty­kam swoje imien­niczki.

- Ale czy spo­tka­łaś ko­bietę, która ma też tak samo na na­zwi­sko?

Po­trzą­snęła głową.

- Chyba nie, ale je­stem pewna, że ja­kaś by się zna­la­zła.

- Pew­nie masz ra­cję. - Wzru­szy­łam ra­mio­nami. - Ale nie w tym sa­mym mie­ście, na tej sa­mej si­łowni, nie z dziec­kiem u tego sa­mego pe­dia­try.

- Jak to? - Zmarsz­czyła brwi i za­ci­snęła wargi.

- Wła­śnie tak. - Ski­nę­łam głową. Wresz­cie ja­kaś re­ak­cja z jej strony. - Do­sta­łam dziś rano te­le­fon z ga­bi­netu le­ka­rza z przy­po­mnie­niem o wi­zy­cie dziecka. A po­tem babka z re­cep­cji po­wie­działa, że za­dzwo­niła do nie­wła­ści­wej Kelly.

- Może to ja­kiś błąd w sys­te­mie - za­su­ge­ro­wała. - Kiedy pra­co­wa­łam w ga­bi­ne­cie den­ty­stycz­nym, pew­nego razu nie­chcący wy­sła­li­śmy przy­po­mnie­nia o wi­zy­cie z wcze­śniej­szych lat.

- Nie, nie o to cho­dziło. - Po­trzą­snę­łam głową. - Po­wie­działa, że to nowa pa­cjentka.

- A, czyli ta druga Kelly Me­dina to dziecko?

Za­wa­ha­łam się i przez chwilę za­sta­na­wia­łam, czy to prawda. Wy­obra­ża­łam so­bie cie­bie jako do­ro­słą, ale czyż­bym się po­my­liła? Czy to moż­liwe, że by­łaś dziec­kiem, a nie matką? Wzrok lekko mi się roz­ma­zał, po­czu­łam kłu­jący ból w oczo­do­łach.

Nie. To nie­moż­liwe. Re­cep­cjo­nistka, Nancy, czy jak jej tam, po­wie­działa, że pa­cjen­tem jest twoje dziecko. A dziew­czyna na si­łowni mó­wiła o in­nej ko­bie­cie. Prawda?

Za­mru­ga­łam, po­trzą­snę­łam głową. Tak, by­łam tego pewna.

- Kelly? W po­rządku? - Chri­stine zmarsz­czyła czoło. - Ten te­le­fon cię zde­ner­wo­wał, co? - Po­ma­chała do kel­nerki. - Za­mó­wię ci drinka. Tylko jed­nego. Od­prę­żysz się.

Chcia­łam od­mó­wić, ale po­tak­nę­łam. Pró­bo­wa­łam się ogra­ni­czać. To były pu­ste ka­lo­rie, któ­rych nie po­trze­bo­wa­łam. Je­den kie­li­szek nie zrobi prze­cież wiel­kiej róż­nicy. Poza tym za­mó­wi­łam sa­łatkę. Po pro­stu nie na­piję się już dzi­siaj wina.

Kel­nerka po­sta­wiła przede mną kie­li­szek i choć za­mie­rza­łam są­czyć go po­woli, wy­chy­li­łam wino łap­czy­wie, jak pies po­chła­nia­jący wodę z mi­ski po biegu w upale. Moje ciało roz­grzało się nie­mal na­tych­miast, a umysł ogar­nęło ła­godne otę­pie­nie. Nie po­win­nam była pić tak szybko. Nic dzi­siaj nie ja­dłam. Kiedy po­ja­wiła się moja sa­łatka, drżącą ręką pod­nio­słam wi­de­lec i na­bra­łam kęs, ma­jąc na­dzieję, że tro­chę się uspo­koję.

Sma­ko­wała jak pa­pier.

Po­pa­trzy­łam na sos.

A tam, pie­przyć to. Po­la­łam wszystko ob­fi­cie i za­bra­łam się do je­dze­nia. O wiele le­piej.

- Słu­chaj, strasz­nie się ostat­nio po­kłó­ci­łam z Jo­elem - po­wie­działa Chri­stine i wbiła wi­de­lec w swoją sa­łatkę. Za­uwa­ży­łam, że nie po­lała jej so­sem. - Ma­ru­dził, że za dużo pie­nię­dzy wy­daję na je­dze­nie - kon­ty­nu­owała, prze­żu­wa­jąc mały ką­sek. - Je­dze­nie - po­wtó­rzyła, tym ra­zem gło­śniej. - Mo­żesz w to uwie­rzyć? Prze­cież nie cho­dzę po skle­pach i nie ku­puję cią­gle no­wych bu­tów ani nic w tym stylu.

Spoj­rza­łam na nią zna­cząco, prze­chy­li­łam głowę. Po­słała mi po­ro­zu­mie­waw­czy uśmiech.

- No do­bra, może ku­puję. Ale to nie o to się wście­kał, tylko o je­dze­nie. A ja na to: "Słu­chaj, ku­puję je­dze­nie dla ca­łej na­szej ro­dziny". A on: "Nie mu­sisz ku­po­wać wy­łącz­nie w de­li­ka­te­sach. Inni ro­bią za­kupy w Co­stco albo WinCo". A ja: "Czyli się wście­kasz, że zdrowo kar­mię dzieci? Do­brze sły­szę? Wo­lał­byś, że­bym im da­wała na­poje ga­zo­wane i chipsy, czy co?".

Kiw­nę­łam głową, jak­bym do­brze ro­zu­miała, cho­ciaż nie do końca tak było. Za na­uczy­ciel­ską pen­sję Ra­fa­ela ni­gdy nie było nas stać na za­kupy w de­li­ka­te­sach.

Się­gnę­łam po kie­li­szek, ale był pu­sty. Ha. Szybko po­szło.

- Oj, po­cze­kaj. - Chri­stine schy­liła się i się­gnęła po to­rebkę le­żącą na ziemi. - Mam nie­ode­brane po­łą­cze­nie. - Wy­pro­sto­wała się, a jej oczy roz­sze­rzyły się, gdy spoj­rzała na ekran. - To ze szkoły Mad­die. Zo­sta­wili wia­do­mość, mu­szę od­słu­chać. - Rzu­ciła mi prze­pra­sza­jące spoj­rze­nie. - Prze­pra­szam. Daj mi chwilkę.

- Nie ma sprawy.

Za­schło mi w ustach, więc się­gnę­łam po wodę. Zmru­ży­łam oczy i po­ża­ło­wa­łam, że nie wzię­łam oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych. Słońce z mi­nuty na mi­nutę sta­wało się co­raz ja­śniej­sze. Co­raz moc­niej też grzało.

- O nie. Mad­die miała kon­tu­zję na wu­efie. - Chri­stine od­su­nęła krze­sło. - Bar­dzo mi przy­kro, ale mu­szę le­cieć.

Mach­nę­łam ręką.

- Nie ma sprawy. Do­sko­nale ro­zu­miem. Pa­mię­tasz, by­łaś ze mną, gdy Aaron zwich­nął so­bie pa­lec.

- Fak­tycz­nie. Miejmy na­dzieję, że u Mad­die to coś mniej po­waż­nego. - Za­rzu­ciła to­rebkę na ra­mię i spoj­rzała na stół. - Cho­lera. Na­wet jesz­cze nie za­pła­ci­ły­śmy. Cze­kaj, zo­ba­czę, czy mam go­tówkę.

- Nie, w po­rządku. Ja sta­wiam.

Za­wa­hała się.

- Je­steś pewna?

- Ow­szem - przy­tak­nę­łam.

- Okej. Dzięki. Na­pi­szę do cie­bie póź­niej, do­bra?

Nie prze­sta­wała pa­trzeć na mnie z tro­ską, ale nie mia­łam po­ję­cia dla­czego. Czu­łam się do­brze. Może tym ra­zem cho­dziło o Mad­die, a nie o mnie. Tak, to miało sens.

Kiedy ob­ser­wo­wa­łam, jak od­cho­dzi, wró­ci­łam my­ślami do dnia, w któ­rym Aaron zwich­nął so­bie pa­lec. By­łam z Chri­stine i kil­koma in­nymi ma­mami na za­kra­pia­nym brun­chu. To był mie­siąc uro­dzin Chri­stine (tak, ona je ob­cho­dzi cały mie­siąc), więc uparła się, że­bym wy­piła z nią drinka. By­łam już po dru­gim, kiedy za­dzwo­nili ze szkoły. Je­dyne, co mi po­wie­dzieli, to że Aaron zra­nił się w pa­lec, gra­jąc w ko­szy­kówkę pod­czas prze­rwy obia­do­wej. By­łam zi­ry­to­wana, do­póki nie zo­ba­czy­łam Aarona. Miał siną twarz, szczę­kał zę­bami, ca­łym jego cia­łem wstrzą­sały dresz­cze. Jego ró­żowy pa­lec był wy­gięty pod ma­ka­brycz­nym ką­tem i wy­da­wał się o wiele dłuż­szy.

Czas ocze­ki­wa­nia na le­ka­rza mi­jał tak wolno, że le­dwo mo­głam od­dy­chać. Serce mi się kra­jało, gdy wi­dzia­łam, jak Aaron cier­piał. Ro­bi­łam, co mo­głam, żeby się ro­ze­śmiał lub cho­ciaż uśmiech­nął, żeby go ja­koś roz­pro­szyć. Ale za bar­dzo go bo­lało. Mimo to był dzielny.

Le­karz po­wie­dział, że za­cho­wał się, jak na żoł­nie­rza przy­stało.

- Czy mogę coś jesz­cze po­dać? - Głos kel­nerki prze­rwał moje wspo­mnie­nia.

Otwo­rzy­łam usta, żeby po­pro­sić o ra­chu­nek, a wtedy wi­zja pu­stego domu wy­peł­niła mój umysł. Usia­dłam wy­god­niej na krze­śle.

- Jesz­cze je­den kie­li­szek wina po­pro­szę - po­wie­dzia­łam.

Nie my­śla­łam o to­bie aż do tam­tej nocy.

Nie bar­dzo pa­mię­tam tamto po­po­łu­dnie. Wy­pi­łam wię­cej, niż za­mie­rza­łam, a kiedy w końcu do­tar­łam do domu, za­snę­łam na kilka go­dzin i prze­ga­pi­łam te­le­fon od Ra­fa­ela, kiedy wy­szedł z pracy.

Wy­słał mi wia­do­mość, że wy­cho­dzi te­raz z ko­le­gami i za­dzwoni póź­niej.

Chri­stine też na­pi­sała. Z Mad­die wszystko w po­rządku. Tylko zwich­nięty nad­gar­stek.

Gdy słońce znik­nęło i ciem­ność po­kryła niebo, po­szłam do kuchni, żeby coś zjeść. Głowa mi pę­kała, w gar­dle dra­pało, ję­zyk mia­łam lepki. Na­pi­łam się wody, po czym wy­ję­łam pu­dełko kra­ker­sów i ugry­złam jed­nego.

Do mo­ich uszu do­biegł ni­kły dźwięk dzie­cię­cych gło­sów, więc od­wró­ci­łam się w stronę okna. Ja­kaś ko­bieta ga­niała dwójkę ma­lu­chów po po­dwórku są­siada po dru­giej stro­nie ulicy. Lo­ka­torka domu była po sie­dem­dzie­siątce. To pew­nie jej córka z wnu­kami.

I wła­śnie wtedy moje my­śli po­wę­dro­wały do cie­bie.

Za­sta­na­wia­łam się, czy masz ro­dzinę w mie­ście. Po­my­śla­łam, że mu­sia­łaś się tu prze­pro­wa­dzić nie­dawno, skoro na­sze drogi nie prze­cięły się aż do dzi­siaj. Może po to, by miesz­kać bli­żej ro­dziny.

My prze­pro­wa­dzi­li­śmy się tu­taj, żeby być bli­sko mo­ich ro­dzi­ców, ale te­raz już ich nie ma.

Mój wzrok spo­czął na lap­to­pie na stole w ką­ciku śnia­da­nio­wym. Małe mi­ga­jące świa­tełko mó­wiło mi, że ba­te­ria jest na­ła­do­wana. Tętno na­gle mi przy­spie­szyło.

By­łam pewna, że uży­wasz me­diów spo­łecz­no­ścio­wych. Wszy­scy uży­wali. Na­wet ja mia­łam konto na Fa­ce­bo­oku i In­sta­gra­mie. Za­ło­ży­łam je, żeby śle­dzić Aarona, ale w końcu sama się wcią­gnę­łam. Te­raz pew­nie za­miesz­cza­łam wię­cej wpi­sów i zdjęć, niż po­win­nam.

Z kub­kiem w ręku po­de­szłam do sto­lika i otwo­rzy­łam lap­topa. Włą­czył się, biło od niego cie­pło. Za­lo­go­wa­łam się na Fa­ce­bo­oka i wy­szu­ka­łam Kelly Me­dinę. Wy­świe­tliło się kil­ka­dzie­siąt pro­fili.

No pro­szę, aż tyle osób na świe­cie nosi moje imię i na­zwi­sko?

To może tro­chę po­trwać.

Przej­rza­łam wszyst­kie, jed­nak nie są­dzi­łam, że któ­raś z nich to ty. Żadna nie miesz­kała w tej oko­licy i tylko kilka miało małe dzieci.

Na­stęp­nie spró­bo­wa­łam In­sta­grama, ale tam było jesz­cze trud­niej się po­ru­szać.

Sfru­stro­wana, od­chy­li­łam się na opar­cie. Na pewno gdzieś tam by­łaś. Dla­czego nie mo­głam cię zna­leźć?

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

1

Po raz pierw­szy usły­sza­łam o to­bie w pe­wien po­nie­dział­kowy po­ra­nek, na po­czątku paź­dzier­nika. Wy­szłam wła­śnie spod prysz­nica, kiedy za­dzwo­nił mój te­le­fon. Na­rzu­ci­łam na sie­bie szla­frok, po­bie­głam do sy­pialni i chwy­ci­łam ko­mórkę z szafki noc­nej.

Nie­znany nu­mer.

Zwy­kle nie od­bie­ram. Ale tym ra­zem po­my­śla­łam, że może to te­le­fon z ga­bi­netu dok­tora Hil­ler­mana.

- Halo? - po­wie­dzia­łam zdy­sza­nym gło­sem. Moja blada skóra po­kryła się gę­sią skórką, więc szczel­niej okry­łam się szla­fro­kiem. Woda z wło­sów spły­wała mi po ple­cach.

- Czy roz­ma­wiam z Kelly Me­diną?

Świet­nie. Chcą mi coś wci­snąć.

- Tak - od­po­wie­dzia­łam, ża­łu­jąc, że ode­bra­łam.

- Dzień do­bry, tu Nancy z ga­bi­netu dok­tora Cra­mera. Dzwo­nię, żeby przy­po­mnieć o wi­zy­cie kon­tro­l­nej z nie­mow­lę­ciem w naj­bliż­szy pią­tek o dzie­sią­tej rano.

- Z nie­mow­lę­ciem? - par­sk­nę­łam za­sko­czona. - Na to jest o ja­kieś dzie­więt­na­ście lat za późno.

- Słu­cham? - za­py­tała Nancy, wy­raź­nie zdez­o­rien­to­wana.

- Mój syn nie jest dziec­kiem - wy­ja­śni­łam. - Ma dzie­więt­na­ście lat.

- Oj, bar­dzo prze­pra­szam - od­parła po­spiesz­nie ko­bieta. W tle sły­sza­łam kli­ka­nie kla­wia­tury. - Pro­szę mi wy­ba­czyć. Za­dzwo­ni­łam nie do tej Kelly Me­diny, co trzeba.

- To w Fol­som jest jesz­cze ja­kaś Kelly Me­dina?

Moje pa­nień­skie na­zwi­sko brzmiało Smith. Na świe­cie jest mi­lion in­nych Kelly Smith. Na­wet w Ka­li­for­nii. Ale od­kąd wy­szłam za Ra­fa­ela, nie na­tknę­łam się na żadną inną Kelly Me­dinę. Aż do tej chwili.

Aż do cie­bie.

- Tak. Jej dziecko to nasz nowy pa­cjent.

Wy­da­wało mi się, że le­dwo wczo­raj moje dziecko było no­wym pa­cjen­tem. Pa­mię­tam, jak sie­dzia­łam w po­cze­kalni ga­bi­netu dok­tora Cra­mera z no­wo­rod­kiem na rę­kach i cze­ka­łam, aż pie­lę­gniarka wy­woła moje na­zwi­sko.

- Nie mam po­ję­cia, jak do tego do­szło. Wy­gląda na to, że sys­tem za­mie­nił wa­sze nu­mery albo coś w tym stylu - mruk­nęła Nancy, a ja nie by­łam pewna, czy mówi do mnie czy do sie­bie. - Jesz­cze raz prze­pra­szam.

Za­pew­ni­łam ją, że wszystko w po­rządku, i się roz­łą­czy­łam. Włosy mia­łam cią­gle mo­kre, ale za­miast je wy­su­szyć, ze­szłam do kuchni, żeby naj­pierw zro­bić so­bie her­baty. Po dro­dze mi­nę­łam po­kój Aarona. Drzwi były przy­mknięte, więc przy­ci­snę­łam do nich dłoń, aż się otwo­rzyły. Drewno było zimne w kon­tak­cie z moją skórą. Za­drża­łam na wi­dok sta­ran­nie po­ście­lo­nego łóżka, pla­ka­tów fil­mo­wych na ścia­nie i wy­łą­czo­nego kom­pu­tera w rogu.

Opar­łam się o fra­mugę drzwi po­koju Aarona i wró­ci­łam my­ślami do dnia, w któ­rym wy­je­chał na stu­dia. Pa­mię­ta­łam jego sze­roki uśmiech i błysz­czące oczy. Tak bar­dzo chciał się stąd wy­rwać. Zo­sta­wić mnie. Po­win­nam była się z tego cie­szyć. Ro­bił to, do czego go wy­cho­wa­łam.

Chłopcy mieli do­ro­snąć i odejść.

Moja głowa to wie­działa. Ale serce nie po­tra­fiło mu na to po­zwo­lić.

Za­mknę­łam drzwi i ru­szy­łam do kuchni.

W domu pa­no­wała ci­sza. Kie­dyś wy­peł­niał go ha­łas - tu­pot ma­łych stó­pek Aarona w ko­ry­ta­rzu, jego ga­wo­rze­nie, dźwięki, gdy się ba­wił, kiedy pod­rósł. Te­raz wiecz­nie pa­no­wała ci­sza. Szcze­gól­nie w ciągu ty­go­dnia, kiedy Ra­fael pra­co­wał w Bay Area. Aarona nie było już od po­nad roku. Można by po­my­śleć, że się do tego przy­zwy­cza­iłam. Ale tak na­prawdę z cza­sem było co­raz go­rzej. Cią­gła ci­sza.

Ten te­le­fon mną wstrzą­snął. Przez se­kundę po­czu­łam się, jak­bym cof­nęła się w cza­sie, o czym zresztą nie­ustan­nie ma­rzy­łam. Kiedy uro­dził się Aaron, wszy­scy mi mó­wili, że­bym cie­szyła się każdą chwilą, bo mi­jają bar­dzo szybko. Nie mie­ściło mi się to w gło­wie. Moje do­ra­sta­nie nie na­le­żało do naj­ła­twiej­szych, a już na pewno nie było zbyt szyb­kie. W do­datku dzie­więć mie­sięcy, które spę­dzi­łam w ciąży z Aaro­nem, cią­gnęło się w nie­skoń­czo­ność, każdy dzień wy­da­wał się dłuż­szy od po­przed­niego.

A jed­nak mieli ra­cję.

Dzie­ciń­stwo Aarona mi­nęło w mgnie­niu oka. Chwile były nie­uchwytne jak mo­tyl, prak­tycz­nie nie do zła­pa­nia. Te­raz nie po­zo­stał po nich na­wet ślad. Aaron był męż­czy­zną. A ja zo­sta­łam sama.

Ra­fael za­chę­cał mnie do zna­le­zie­nia pracy, że­bym ja­koś wy­peł­niła so­bie czas, ale ja już tego pró­bo­wa­łam. Tuż po wy­jeź­dzie Aarona od­po­wie­dzia­łam na kilka ogło­szeń, lecz nie pra­co­wa­łam tak długo, że te­raz nikt nie chciał mnie za­trud­nić. Wtedy Chri­stine za­su­ge­ro­wała, że­bym zo­stała wo­lon­ta­riuszką. Za­czę­łam więc po­ma­gać w lo­kal­nym banku żyw­no­ści - raz w ty­go­dniu wy­da­wa­łam je­dze­nie i od czasu do czasu zaj­mo­wa­łam się drob­nymi spra­wami ad­mi­ni­stra­cyj­nymi. Po­do­bało mi się, ale to nie wy­star­czało. Le­dwo wy­peł­niało mój czas. Poza tym wo­lon­ta­riu­szek i wo­lon­ta­riu­szy tam nie bra­ko­wało. Nie by­łam po­trzebna. Nie tak, jak Aaron mnie po­trze­bo­wał, kiedy był mały.

Po jego wy­jeź­dzie Kelly, jaką zna­łam, prze­stała ist­nieć. Roz­pły­nęła się w po­wie­trzu. By­łam te­raz tylko du­chem, na­wie­dza­ją­cym mój dom, ulice, mia­sto.

Cze­ka­łam, aż woda się za­go­tuje, i my­śla­łam o to­bie. My­śla­łam o tym, jaka je­steś szczę­śliwa, że masz dziecko i całe ży­cie przed sobą. Za­sta­na­wia­łam się, co te­raz ro­bisz. Za­łożę się, że nie sie­dzisz sama w swoim wiel­kim, ci­chym domu. Nie, pew­nie ga­niasz swoje słod­kie ma­leń­stwo po sło­necz­nym sa­lo­nie, po pod­ło­dze za­wa­lo­nej za­baw­kami, a ono racz­kuje i gło­śno się śmieje.

Czy twoje dziecko to chło­piec? Ta ko­bieta nie po­wie­działa przez te­le­fon, ale tak wła­śnie so­bie wy­obra­ża­łam. Pulch­nego, uśmiech­nię­tego chłop­czyka, ta­kiego jak mój Aaron.

Czaj­nik za­gwiz­dał, a ja się wzdry­gnę­łam. Na­la­łam wrzątku do kubka, kłąb pary uniósł się z niego i za­wisł mi przed twa­rzą. Wrzu­ci­łam to­rebkę z her­batą i wcią­gnę­łam jej aro­mat do płuc, opie­ra­jąc się ple­cami o chłodne ka­felki blatu. Okno na­prze­ciwko mnie uka­zy­wało na­sze ide­al­nie wy­pie­lę­gno­wane po­dwórko - ja­sno­zie­loną trawę po­ra­stały krzewy róż. Za­wsze przy­wią­zy­wa­łam dużą wagę do róż. Kiedy Aaron był mały, cią­gle chciał po­ma­gać przy ich przy­ci­na­niu, ale ni­gdy mu na to nie po­zwa­la­łam. Ba­łam się, że je znisz­czy. Te­raz wy­da­wało mi się to głu­pie.

Serce bo­le­śnie mi się ści­snęło, po­woli wy­pu­ści­łam po­wie­trze.

Pró­bo­wa­łam so­bie wy­obra­zić twoje po­dwórko. Jak wy­gląda? Czy masz róże? Za­sta­na­wia­łam się, czy po­zwo­li­ła­byś syn­kowi, żeby po­mógł ci je przy­ciąć. Za­sta­na­wia­łam się, czy po­peł­ni­ła­byś te same błędy co ja.

Zbli­ży­łam ku­bek do ust i upi­łam mały łyk go­rą­cej her­baty. Mię­towa, moja ulu­biona. Po­trzy­ma­łam ją na ję­zyku przez chwilę, po czym prze­łknę­łam. Lo­dówka szu­miała. Lód prze­su­wał się w kost­karce. Moje ra­miona lekko się na­pięły. Roz­luź­ni­łam je i wzię­łam ko­lejny łyk.

Od­su­nę­łam się od blatu i wła­śnie ru­szy­łam w stronę scho­dów, kiedy moja ko­mórka za­brzę­czała w kie­szeni. Tętno mi sko­czyło. To nie mógł być Ra­fael. Wy­kła­dał na uczelni, pierw­sze za­ję­cia już się za­częły.

Aaron?

Nie. Wia­do­mość od Chri­stine.

Idziesz dziś rano na jogę?

Wzię­łam już prysz­nic. Za­mie­rza­łam za­jąć się naj­now­szym pro­jek­tem or­ga­ni­za­cyj­nym. Dzi­siaj była to spi­żar­nia. W ze­szłym ty­go­dniu ku­pi­łam mnó­stwo no­wych po­jem­ni­ków i ko­szy. W pią­tek cały dzień spę­dzi­łam na ich ety­kie­to­wa­niu. W week­end od­pu­ści­łam, bo Ra­fael był w domu, ale te­raz z nie­cier­pli­wo­ścią cze­ka­łam na ciąg dal­szy. Upo­rząd­ko­wa­łam już za­war­tość szaf na dole, mój plan obej­mo­wał jed­nak wszyst­kie kre­densy i szafki w domu.

Uwiel­biam jogę, ale dzi­siaj mia­łam zde­cy­do­wa­nie za dużo do zro­bie­nia.

Nie - od­pi­sa­łam, po czym przy­gry­złam wargę i ska­so­wa­łam wia­do­mość. Wpa­try­wa­łam się w te­le­fon. Na śli­skim ekra­nie po­ja­wiło się moje od­bi­cie - roz­czo­chrane włosy, blada twarz, cie­nie pod oczami.

Mu­sisz wię­cej wy­cho­dzić z domu. Po­ru­szać się tro­chę. To nie­zdrowe sie­dzieć cały dzień w czte­rech ścia­nach.

Głos Ra­fa­ela roz­brzmiał mi echem w gło­wie.

Or­ga­ni­za­cją mo­głam się za­jąć ju­tro. Poza tym - kogo ja chcia­łam oszu­kać? Pew­nie po­pra­co­wa­ła­bym kilka go­dzin, a po­tem za­rzu­ciła cały pro­jekt, żeby po­czy­tać blogi i ar­ty­kuły w in­ter­ne­cie albo naj­now­szy kry­mi­nał.

Na­pi­sa­łam "tak", wy­sła­łam i po­szłam się przy­go­to­wać.

Pół go­dziny póź­niej par­ko­wa­łam przed klu­bem fit­ness. Wy­sia­dłam z sa­mo­chodu i po­czu­łam na ra­mio­nach po­wiew chłod­nej bryzy. Po trzech upal­nych mie­sią­cach przy­wi­ta­łam go z ra­do­ścią. Je­sień za­wsze była moją ulu­bioną porą roku. Ce­le­bro­wa­łam ją z roz­ko­szą. Dy­nie, jabłka, cała ta ru­sty­kalna ko­lo­ry­styka. Naj­bar­dziej jed­nak lu­bi­łam spa­da­jące i gra­bione li­ście. Ogo­ło­ce­nie drzew. Po­zby­wa­nie się sta­rego, żeby zro­bić miej­sce na nowe. Ko­niec, ale i po­czą­tek.

Na to mu­sia­łam jed­nak jesz­cze tro­chę po­cze­kać. Li­ście wciąż były zie­lone, a po po­łu­dniu po­wie­trze się na­grze­wało. Nie­mniej rano i wie­czo­rem mie­li­śmy przed­smak je­sieni, który spra­wiał, że chciało się wię­cej.

Po­pra­wi­łam torbę na ra­mie­niu i szyb­kim kro­kiem prze­mie­rzy­łam par­king. W środku było jesz­cze zim­niej. Kli­ma­ty­za­cja dzia­łała pełną parą, jakby na ze­wnątrz było ze trzy­dzie­ści stopni. Nic nie szko­dzi. Tym lep­szy po­wód, żeby się spo­cić. Uśmiech­nę­łam się do re­cep­cjo­nistki i po­da­łam jej pęk klu­czy, żeby mo­gła ze­ska­no­wać kartę. Tyle że moja karta nie wi­siała na bre­loczku.

Po­szpe­ra­łam w tor­bie, ale tam też jej nie było. Za­ru­mie­ni­łam się i po­sła­łam znu­dzo­nej dziew­czy­nie skru­szony uśmiech.

- Wy­gląda na to, że zgu­bi­łam iden­ty­fi­ka­tor. Może mnie pani spraw­dzić? Kelly Me­dina.

Spoj­rzała na mnie.

- Za­bawne. Parę go­dzin temu była tu inna pani o tym sa­mym imie­niu i na­zwi­sku.

Serce za­częło mi wa­lić jak mło­tem. Cho­dzi­łam na tę si­łow­nię od lat i do tej pory nikt o to­bie nie wspo­mniał. Za­sta­na­wia­łam się, jak długo tu ćwi­czysz.

- Czy ona jesz­cze tu jest? - Roz­glą­da­łam się po ko­ry­ta­rzu, jak gdy­bym mo­gła cię roz­po­znać.

- Nie. Przy­szła bar­dzo wcze­śnie.

No oczy­wi­ście. Ja też tak ro­bi­łam, kiedy Aaron był nie­mow­lę­ciem.

- Zga­dza się, mam tu pani dane - oznaj­miła re­cep­cjo­nistka i wpu­ściła mnie do środka.

Za­ci­snę­łam dło­nie na tor­bie i ru­szy­łam po scho­dach w kie­runku sali do jogi, nie prze­sta­jąc o to­bie my­śleć. Mi­nęło mnie kilka mło­dych ko­biet, ubra­nych w ob­ci­słe ko­szulki i spodenki; torby gim­na­styczne zwi­sały im z ra­mion. Śmiały się i gło­śno roz­ma­wiały, a dłu­gie ku­cyki ko­ły­sały im się za gło­wami. Pró­bo­wa­łam je wy­mi­nąć, po­wie­dzia­łam "prze­pra­szam", ale one mnie nie sły­szały. Znie­cier­pli­wiona, za­gry­złam wargę i szłam po­woli za nimi. W końcu udało mi się do­trzeć na górę. Ko­biety skie­ro­wały się w stronę ma­szyn do car­dio, a ja na­ci­snę­łam klamkę drzwi do sali jogi.

Chri­stine sie­działa już na swo­jej ma­cie. Jej blond włosy były za­cze­sane do tyłu w ide­alny ku­cyk. Oczy miała ja­sne, a usta błysz­czące. Przy­gła­dzi­łam swoje nie­sforne brą­zowe loki i ob­li­za­łam su­che wargi.

Po­ma­chała mi z sze­ro­kim uśmie­chem.

- Jed­nak do­tar­łaś.

- No tak. - Rzu­ci­łam swoją matę i torbę na pod­łogę obok niej.

- Nie by­łam pewna, czy dasz radę. Mi­nęło tro­chę czasu.

Wzru­szy­łam ra­mio­nami i usia­dłam na ma­cie.

- By­łam za­jęta.

- Oj, jak ja to do­brze ro­zu­miem. - Mach­nęła ręką o smu­kłym nad­garstku. - Mad­die i Ma­son mieli ostat­nio całą masę za­jęć. Le­dwo mogę na­dą­żyć.

- Brzmi ciężko - mruk­nę­łam, zsu­wa­jąc klapki. Na tym po­le­gał pro­blem, gdy się wy­szło za mąż i zo­stało matką tak młodo. Więk­szość mo­ich zna­jo­mych wciąż wy­cho­wy­wała dzieci.

- Co nie? Nie mogę się do­cze­kać, aż do­ro­sną i będę mo­gła ro­bić, co ze­chcę.

- O tak, to jest su­per - od­par­łam sar­ka­stycz­nie.

Otwo­rzyła usta.

- Ojej, prze­pra­szam. Nie mó­wi­łam o to­bie. - Jej blade po­liczki się za­ró­żo­wiły. - Wiem, jak bar­dzo tę­sk­nisz za Aaro­nem. Po pro­stu...

Po­trzą­snę­łam głową i po­sła­łam jej uśmiech.

- Spo­koj­nie. Ro­zu­miem.

Po­zna­łam Chri­stine wiele lat temu na za­ję­ciach jogi. Na­leży do tego ga­tunku ko­biet, które nie mają pra­wie żad­nej sa­mo­świa­do­mo­ści. To wła­śnie mnie do niej przy­cią­gnęło. Uwiel­bia­łam, jaka była su­rowa i praw­dziwa. Inni trzy­mali się od niej z da­leka, nie ra­dzili so­bie z jej bez­po­śred­nio­ścią. Ale dla mnie było w niej coś orzeź­wia­ją­cego i szcze­rze mó­wiąc, cał­kiem za­baw­nego.

- Pa­mię­tam, jaka by­łam cią­gle za­jęta, kiedy Aaron był młod­szy - po­wie­dzia­łam. - Pew­nego roku za­pi­sał się na ba­se­ball i ko­szy­kówkę. Za­ję­cia czę­ściowo się po­kry­wały i przy­się­gam, że co­dzien­nie wo­zi­łam go na ja­kiś mecz albo tre­ning.

- Tak! - za­wo­łała pod­eks­cy­to­wana Chri­stine z wy­raźną ulgą. - Cza­sami po pro­stu za dużo tego wszyst­kiego.

- Tak, cza­sami tak jest - po­twier­dzi­łam.

Za­ję­cia wła­śnie się za­czy­nały, a sala po­woli się za­peł­niała. Ćwi­czyły głów­nie ko­biety, ale było też kilku męż­czyzn. Więk­szość z nich przy­szła z żoną albo dziew­czyną. Już wcze­śniej pró­bo­wa­łam na­mó­wić Ra­fa­ela, żeby wy­brał się kie­dyś ze mną, ale ro­ze­śmiał się, jakby ten po­mysł był nie­do­rzeczny.

- Pa­mię­tasz, jak na te za­ję­cia cho­dziło tylko kilka osób? - za­py­tała Chri­stine, omia­ta­jąc wzro­kiem salę.

Przy­tak­nę­łam, także się roz­glą­da­jąc. Fak­tycz­nie, wi­dzia­łam wiele no­wych twa­rzy. Nie żeby mnie to dzi­wiło. Fol­som bar­dzo się roz­ro­sło przez te dzie­sięć lat, od­kąd tu za­miesz­ka­łam. Co­dzien­nie wpro­wa­dzali się tu nowi lu­dzie.

Pa­trząc na stło­czone wo­kół nas obce osoby, za­drża­łam, a moje my­śli po­wę­dro­wały z po­wro­tem do cie­bie. Na­wet się nie spo­tka­ły­śmy, lecz mimo to czu­łam, jak­bym cię znała. Mia­ły­śmy tak samo na imię, cho­dzi­ły­śmy na tę samą si­łow­nię, ten sam pe­dia­tra opie­ko­wał się na­szymi dziećmi.

To było jak ki­smet. Los cię tu do mnie przy­wiódł.

By­łam tego pewna.

Ale dla­czego?