Chcę kochać moją kobietę - Hanka V. Mody

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (31,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

KOLEJNA WIOSNA

Ktoś odchodzi, ktoś przychodzi

Ktoś odbiera, a ktoś daje

Ktoś już nie chce być miłością

A ktoś inny nią się staje1

Najpierw zaczęłam się śmiać.

Inna reakcja nie przyszła mi do głowy. Później były oczywiście szok, niedowierzanie i zaprzeczenie. A jeszcze później wpadłam w czarną otchłań, z której nie umiałam się wydostać. Właściwie nawet nie chciałam, chętnie bym tam trwała, kołysząc się to w prawo, to w lewo na wzburzonym morzu. Miałam nadzieję, że zaprzeczy, powie "to nie tak, jak myślisz" i oboje będziemy udawać, że jest okej i nic się nie stało. Chciałam tych kłamstw, by nie musieć mierzyć się z prawdą. Była zbyt dotkliwa.

Ból rozlewał się po całym moim ciele i rozrywał je na kawałki. Potłukłam się. Ta zdrada była jak śmierć, jak kilka śmierci. Umarłam ja, umarł człowiek, z którym żyłam. A może nigdy go nie było? Wszystko okazało się złudzeniem i to ono także, a może przede wszystkim, umarło. Opadło z hukiem na podłogę i rozsypało się w drobny pył, który przyklejał się do butów, chrzęszcząc nieprzyjemnie i przypominając mi o własnej głupocie oraz łatwowierności. Okazałam się zwyczajnie zaślepiona, wierząc, że człowiek, który jest moim mężem, z którym mam dwójkę dzieci, będzie lojalny. O słodka naiwności. Każdy z nas wierzy, że to go nie dotyczy, jednak statystyki są nieubłagane. Prawie połowa społeczeństwa tego kraju ma za sobą doświadczenia związane ze zdradą. Szansa pięćdziesiąt na pięćdziesiąt. Brawo, wygrała pani możliwość przejrzenia na oczy.

Tylko że światłość, którą ujrzałam, była zbyt oślepiająca, boleśnie wręcz, kurewsko boleśnie oślepiająca. Zamknęłam więc oczy i zapadłam się w ciemność. Tak było najwygodniej - nie musieć nic robić. Spać, chciałam spać, mój organizm odcinał mi wszelkie rezerwy energii, i pewnie bym tak leżała, gdyby nie Julek i Karolina. Dla nich musiałam wygrzebywać się z bagna, które wciągało mnie w swoje zachęcające wnętrze. Wyrywałam się jednak, otrzepywałam ze szlamu, który mnie oblepiał, i szłam robić śniadanie, a później obiad i kolację.

- Mamo, a kiedy tata wróci? - To pytanie wierciło dziurę w moim mózgu.

- Nie wiem, myszko - mówiłam jej wtedy, bo o dziwo tylko Karola pytała. Julek nie pytał, co prawdopodobnie także nie było niczym dobrym. Jakby dusił w sobie emocje. Do tego całego bólu doszedł strach o nich. Że przecież to będzie trauma, odbije się na nich i kiedyś może odbić się na ich życiu i związkach.

W końcu nie wytrzymałam. Zbliżały się święta, musiałam zająć się sobą, by nie oszaleć. Potrzebowałam tego. Na szczęście Łukasz stęsknił się za dziećmi i chętnie wziął je do siebie, a ja zapadłam się w miękki, ciepły koc i tak już zostałam aż do Wigilii. Chciałam trwać w tym niebycie, bo bezruch ograniczał bolesność. A bolało mnie całe ciało, wszystkie wnętrzności, jakby ktoś wziął kij bejsbolowy i okładał mnie nim zaciekle i długo. I rzeczywiście było to długo - jak ustaliłam, mój mąż jakieś osiem miesięcy spotykał się z tą siksą, zanim sprawa się rypła. Dowiedziałam się, bo tak, zajrzałam mu w telefon i przejrzałam korespondencję, a później zdjęcia; owszem, moja podświadomość coś przeczuwała, więc posunęłam się do czegoś, co jest niby poniżej godności. A niby zdradzać, kłamać i oszukiwać to wcale nie jest poniżej? Poniżej będzie to sprawdzić? Oczywiście później żałowałam, mogłam nie patrzeć, nie widzieć, żyć w nieświadomości. Pewnie by się kiedyś znudził albo ona, bo po co młodej dziewczynie stary dziad z dwójką dzieci?

Za to zarabiający dobre pieniądze. To był niewątpliwie atut, który mógł przysłonić drobne mankamenty w postaci jakichś tam latorośli, które i tak są z matką. No i kiedyś dorosną i ich nie będzie, prawda? W każdym razie zobaczyłam to, czego zobaczyć nie chciałam, i już nie dało się udawać. Przestałam. Zrobiłam awanturę, wpadłam w histerię, później prosiłam, groziłam i znów krzyczałam, że albo ja, albo ona. Ona zapewne w tym samym czasie nie krzyczała, a głaskała lub robiła laskę, jakiej ja już dawno nie, bo nie było kiedy, bo proza życia, bo on też nie był wylewny. No, z takimi argumentami jak porządny lodzik trudno wygrać. I przegrałam z hukiem i kretesem.

- Mam dość tych awantur - powiedział i wyszedł z naszego życia.

Wcale nie tak, jak stał, najpierw wynajął jakieś mieszkanie, a później się spakował, oznajmił, że będzie wpadał po dzieci, i już. Piętnaście lat małżeństwa można rozbić o kant dupy. I to dupy młodej i chętnej. Moja dupa, czterdziestoletnia, była dość koścista i zbyt mało apetyczna. Przyjrzałam się jej w lustrze, gdy w końcu dwudziestego czwartego grudnia opuściłam bezpieczną, senną przestrzeń mojego łóżka. Musiałam coś ze sobą zrobić, by nie straszyć obecnym wyglądem. Chyba zapomniałam, że trzeba jeść, bo nie tylko dupa okazała się koścista. Obojczyk wystawał trochę za mocno, a piersi skurczyły się pod wpływem całego tego smutku. Jakby chciały się przed nim schować, co im się niewątpliwie udało. Odbicie w lustrze nie przedstawiało niczego ciekawego. Raczej był to obraz nędzy i rozpaczy. Kiedyś Karol wydawał mi się utraconym rajem, z którego strącił mnie wprost w odmęty piekła. Sama sobie byłam winna, ponieważ oddałam odpowiedzialność za moje szczęście facetowi. Nawet go nie zapytałam, czy chce tej odpowiedzialności. Za to miałam pewność co do tego, że chciał mnie, i to bardzo. Że kiedyś mnie chciał. Gdy ja też byłam młoda, oboje byliśmy i oboje rzucaliśmy się na siebie z zachłannością wygłodniałych wilków. Impreza w akademiku zmieniła się w nasz indywidualny pięciodniowy maraton seksualnych wygibasów. Pod koniec bałam się go dotknąć, nawet się przytulić, bo zaraz był gotowy do działania, napalony i nienasycony. A ja, mimo że miałam dość, to po chwili ulegałam pod dotykiem jego palców, rozkładając z ochotą nogi lub się wypinając.

A później był ślub i uczucie, że miałam szczęście, ponieważ ten błyskotliwy, dobry, przystojny mężczyzna chce dzielić ze mną życie. Przecież to właśnie mówi się małym dziewczynkom: że prawdziwe szczęście to znaleźć księcia, który uwolni nas z wieży zbudowanej z lęków i samotności. I mnie uwolnił, zanim jeszcze zdążyłam się zamknąć w takiej wieży, zanim poczułam, czym jest samotność i co znaczy zawód miłosny. Bo chyba ten w przedszkolu, kiedy Krzysiek najpierw uganiał się za mną i ciągnął za blond warkoczyk, a gdy go długo odrzucałam, zaczął podkradać Emilce kokardkę z kucyka, się nie liczył? Choć nie powiem, było mi przykro, że zrezygnował tak szybko i nie był wytrwały w swojej walce. Wybrał łatwiejszą zdobycz. Może dlatego Łukaszowi nie kazałam się tyle zdobywać, choć po latach, gdy poszedł do innej, wyrzucałam sobie, że może powinnam, że może bardziej by wtedy docenił.

Chociaż to był niedorzeczny tok myślenia. Gdzie w tym wszystkim byłam ja i moje potrzeby? Nigdzie. Jedyną potrzebą okazywała się ta, by nie zostać sama. To oczywiście był lęk, obezwładniający strach, który wmówiono mi w dzieciństwie. "Mężczyzna jest kobiecie potrzebny", "Bez męża nie będziesz całością", "Popatrz na tę Mariolę, jak ona wygląda, jak jakaś ladacznica, widać, że żaden porządny chłop jej nie chciał na żonę". I tak budujesz sobie obraz, że cokolwiek warta jesteś tylko wtedy, gdy chłop cię zechce.

No to miałam. Zechciał. Szczęście jak się patrzy. Tylko że ja naprawdę tak się czułam. Najpierw gdy pieprzyliśmy się z zapamiętaniem, później gdy powiedział: "Tak, biorę sobie ciebie...", a następnie gdy rodziłam nasze dzieci. Później może się trochę przyzwyczaiłam do tego szczęścia i do Łukasza, ale przecież miałam prawo - czułam się bezpiecznie. To poczucie było czymś ważnym. I nigdy mi przez myśl nie przeszło, że on to z tego zrezygnuje, bo przecież byliśmy szczęśliwi. A może ja byłam, a on nie?

Ta niewygodna myśl zakiełkowała w mojej głowie i zdawała się uwierać, swędzieć. Drapałam się więc, nie tylko po głowie, ale i po rękach, po przedramionach, zostawiając czerwone ślady na bladej, wysuszonej skórze. Drapałam i drapałam z nadzieją na chwilową ulgę, która nie nadchodziła. Coś mnie gniotło, nie pozwalając swobodnie oddychać. Cały komfort mojego życia odszedł w zapomnienie, zamieniony na lęk i brak poczucia bezpieczeństwa. Nagle podłoga, po której stąpałam, okazała się niestabilna, była tylko atrapą, śruby trzymające to wszystko zardzewiały i każdy nieostrożny krok mógł skończyć się upadkiem oraz wpadnięciem w przepaść, w której nawet nie wiedziałam, co się znajduje. Brak kontroli był porażający. Bałam się iść dalej, bo nie wiedziałam, co czeka mnie w tej ciemności i w jaką wpadnę dziurę. Nic nie było stabilne.

Założyłam granatową długą sukienkę bez żadnych ozdobników. Na moim chudym ciele wyglądała smętnie, jak smętny wydawał mi się świat. Powinnam zacząć jeść, ale nic nie przechodziło mi przez gardło. Ratowałam się jogurtami do picia i bananami. Nie czułam smaku. Wszystko go straciło. Spojrzałam w lustro i raptem wpadłam w panikę, coś ścisnęło moją klatkę piersiową. Oddychałam za szybko, nie umiałam się uspokoić, powinnam wyciszyć to nagłe drżenie, które dopadło moje ciało i trzęsło nim jak przejeżdżająca pod oknami ciężarówka miśkami Haribo ustawionymi na parapecie. Musiałam się stawić po dzieci, a potem uśmiechać przy świątecznym stole.

Raz, dwa, trzy, głęboki wdech, raz, dwa, trzy, panika.

Usiadłam na stołeczku do zakładania butów, bo bałam się, że się przewrócę. Byłam na siebie zła, że nie umiem wziąć się w garść. Gdzie ta uśmiechnięta Anna, która ogarnia świat dookoła? Wiezie dzieci do przedszkola i szkoły, ubiera je, przygotowuje obiad i jedzie do pracy? Skąd ja miałam na to siłę? I gdzie wyparowała? Naprawdę potrzebowałam faceta, by być silna? Przecież on mi nie pomagał, miał swoją pracę, swoje projekty. Robiłam to sama. Ale był, był obok, i to wystarczyło do złudnego poczucia bezpieczeństwa. Wszystkie jego uśmiechy, dobre słowa, dotyk przez ostatnie miesiące okazały się podszyte kłamstwem, zdewaluowały się. Straciły wartość i znaczenie. I to był chyba najgorszy cios. Nie to, że dotykał jakiejś dziewczyny, ale że zostałam oszukana. Że człowiek, którego uważałam za moją rodzinę, za przyjaciela, za kogoś, komu mogę ufać, patrzył mi prosto w oczy i kłamał, kłamał, kłamał.

Ukryłam twarz w dłoniach i wstrząsnął mną szloch. Płakałam i płakałam, aż zabrakło mi łez. Aż drżenie ustało. Nie miałam siły wstać. Musiałam zawieźć dzieci i uznać swoją porażkę. Nie potrafiłam spędzić z nimi świąt, właściwie to z nikim. Moja mama wzięła na siebie obowiązek zaopiekowania się Julkiem i Karolą, nie pytając o nic, za co byłam jej wdzięczna. Przysłała tylko tatę z jedzeniem, które wylądowało w lodówce.

Wygrzebywałam się powoli. Jakoś po Nowym Roku coś drgnęło i poczułam nieśmiałą potrzebę wyjścia z domu i zrobienia czegoś dla siebie. Płatki śniegu wirowały i wirowały, opadając na chodnik, by tam dokonać żywota.

I właśnie wśród tych płatków, w tej zawierusze, ujrzałam Wiosnę.

Rudy płomień jej włosów rozświetlił szarzejący dzień. Aż mnie zatkało, przystanęłam, gapiąc się na to zjawisko, na jej dłoń, która szybuje do piegowatej twarzy i wyciera łzę, jedną spływającą po policzku łzę. Ona też stała, jakby się nie mogła ruszyć. Smutek przytwierdził ją do chodnika. Poczułam, że chcę jej dotknąć, ulżyć w tym nagłym cierpieniu, które ją dopadło, bo żadna z nas nie zasłużyła, nikt nie zasłużył. Czy Łukasz cierpiał? Z jakiego powodu rani się innych? Myślę, że tylko ci, którzy cierpią, to potrafią. A więc cierpiał. I zabolało mnie to jeszcze bardziej. Że był z nami nieszczęśliwy. Ale w tamtym momencie nie on się liczył, i nie ja. Przez chwilę nie moje cierpienie było najważniejsze, a tej dziewczyny, z wykrzywioną z bólu twarzą i jedną łzą. Delikatnie położyłam rękę na jej drobnym ramieniu, nie chcąc jej spłoszyć. Drgnęła i spojrzała na mnie smutnymi oczami.

- Boli? - szepnęłam.

Skinęła głową. Pokiwałam swoją na znak, że rozumiem. Wyciągnęłam do niej dłoń, a ona ją chwyciła mocno i ufnie, jakbym była jej jedynym ratunkiem. Szłyśmy więc, prowadziłam ją w tym śniegu do domu, do ciepła. Czułam, jak drży. Z zimna, z emocji. Miała na sobie cienki zielony płaszcz i czerwoną apaszkę oraz zupełnie niepasujące do reszty trampki w fioletowe kropki. Przyciągnęłam ją bliżej, zagarnęłam, objęłam ramieniem drobne ciało. Była jeszcze szczuplejsza niż ja, jeszcze drobniejsza, niższa. Bałam się, że się tam rozpadnie na kawałki.

W bezpiecznej ciepłej przestrzeni mieszkania zdjęłam jej mokry płaszcz i powiesiłam na wieszaku w przedpokoju. Pod spodem była zupełnie naga i bezbronna. Nawet mnie to nie zdziwiło, choć chyba powinno, ale przyjęłam ją po prostu taką, jaka była. Widocznie z jakiegoś powodu tak chciała. Bardziej zafrasowały mnie otarcia na jej skórze. Takie jak moje po intensywnym drapaniu. Krok za krokiem, powoli - miałam wrażenie, że nie dotykamy podłogi, tylko unosimy się w powietrzu - zabrałam ją do łazienki. Ta jedna łza zaschła jej na policzku. Dotknęłam śladu palcem i rozmazałam, błyszczał w świetle jarzeniówek, więc wzięłam chusteczkę nawilżaną moich dzieci i potarłam skórę. Łza zniknęła, lecz pojawiła się kolejna, a później jeszcze jedna. Pozwoliłam jej płakać, przytulając drobne ciało do siebie. Posadziłam ją delikatnie na wiklinowym fotelu, lecz przylgnęła do mojego łona, wczepiając się palcami w moje biodra, więc trwałyśmy tak. A ona płakała i płakała. Dałam jej przestrzeń i czas. Im więcej ona płakała, tym większą ja czułam ulgę. Jakby i mój ból ulatywał z jej łzami.

W końcu jej drobne ciało przestało się trząść. Pociągnęła nosem raz i drugi, i przylgnęła do mnie jeszcze bardziej. Wplotłam palce w rude włosy i mierzwiłam chwilę. Zamruczała i spojrzała na mnie z dołu. Piegowata twarz pełna łez, ufne spojrzenie, palce gniotące moje biodra. Zakręciło mi się w głowie od tego spojrzenia, dotarło do mnie, jak blisko jesteśmy, że dzieli nas jedynie cienki materiał mojej sukienki. Wiosna postanowiła to zmienić: znalazła koniec sukienki, podciągnęła, drapiąc jednocześnie moje uda paznokciami i sprawiając, że dreszcz przeszedł po moim ciele. Poczułam, że robię się wilgotna, co mnie zaskoczyło.

W tamtym momencie dotarła do mnie absurdalność tej sytuacji. Ja, w swojej łazience, w bieliźnie i rajstopach z obcą dziewczyną, której imienia nie znałam, a jednak z jakiegoś powodu chciałam jej. Więc brałam. Najpierw czoło. Sprawdziłam je palcami, przejechałam po piegach i uśmiechnęłam się. Skórę miała gładką, delikatną. Piegi lśniły niczym drobinki złota. Całowałam wszystkie, każdy jeden, po kolei i im czulej się nimi zajmowałam, tym jaśniej świeciły. Więc całowałam dalej, nos, policzki brodę. Rozpalając moją dziewczynę, bo w tamtej chwili tak o niej myślałam - jak o swojej - rozświetlając skarb, który znalazłam.

Kości obojczyka także miała obsypane złotem. Całowałam je powoli, niespiesznie, nie omijając ani kawałka. Sutki miała brzoskwiniowe w kolorze i smaku. Ich słodycz rozpływała się po moim języku, pobudzając i kojąc zmysły jednocześnie. Kręciło mi się od tego w głowie. Sunęłam ustami, nie oszczędzając ani skrawka jej przestrzeni. Nie broniła się, oddawała moim zabiegom, wzdychając co chwilę, pojękując i odrzucając głowę do tyłu. Na paznokciach u stóp miała czerwony lakier. Chwilę trzymałam je w dłoni, podziwiając smukłość palców, nim zaczęłam ssać. Gdy skończyłam, musiałam zmrużyć oczy. Cała była światłem. Postać obsypana złotym pyłem z ogniem na głowie.

Coś w moim podbrzuszu zaczęło wrzeć i przestraszyłam się, że mnie spali, spłonę. Wtedy ona podniosła się i dotknęła mojego policzka. Dłoń miała chłodną, łagodną. Opanowała tym dotykiem ogień, który zaczynał mnie trawić. Między nogami czułam wzbierające pulsowanie, wręcz ból. W końcu jakiś przyjemny ból w moim życiu, nie taki jak ten, który od kilku tygodni mnie zabijał. Ta dziewczyna obudziła mnie do życia i nie zamierzała na tym poprzestać. Sięgnęła ręką do moich majtek i wślizgnęła się pod nie. Chłód jej dłoni dawał ukojenie - miałam wrażenie, że się dla niej spalam. Błądziła chwilę na granicy mojego cierpienia, aż jednym zwinnym ruchem wdarła się pomiędzy moje uda. Dokładnie w tym samym momencie jakaś szpilka wbiła mi się w mózg i sprawiła, że eksplodował. Przestałam myśleć, byłam tylko odczuwaniem, wszystkie receptory postawione zostały w stan gotowości. Prowadziły wojnę o najwyższą rozkosz.

Oddałam się temu, zalewana raz po raz falą, która moczyła nas obie. Pociągnęłam ją pod prysznic, a może to ona mnie? Nie wiem, gdzie kończyłam się ja, a gdzie zaczynała ona. Woda spadała kaskadami na nasze nagie ciała, masując je. Ta bliskość była obezwładniająca. Moje dłonie, jej dłonie, śliskie powierzchnie naszych ciał. Oddawałam się jej, rozkładając szeroko nogi i napierając na jej dłoń, która wnikała we mnie, trąc i wypełniając. Mocniej, szybciej, więcej. Brałam i dawałam. Wszystkie tamy puściły. Dawno nie czułam takiej wolności, lekkości. Skóra tarła o skórę. Jej zapach, jęki, mój krzyk, gdy dochodziłam, wczepiona w jej ramiona z cipką zaciskającą się na jej palcach. Trwałyśmy tak w objęciach, we wspólnym ratunku od świata. Z nią w ramionach czułam, że tak powinno być.

Obudziłam się w swoim łóżku, otrzepując z resztek snu. Wyciągnęłam dłoń, ale nie natrafiłam na moją płomienną dziewczynę. Zostawiła mnie? Odeszła? A może była tylko marą senną, wyobrażeniem, wewnętrznym nieuświadomionym pragnieniem? Kim była ta dziewczyna i gdzie zniknęła? Wygrzebałam się z pościeli, naga, rozgrzana. Nieśmiało wsunęłam rękę między nogi, mój sen był lepki. Była czy nie było jej? Potrząsnęłam głową. Pobiegłam do kuchni. Na blacie szklanka, jedna jedyna, zostawiłam ją tam dzień wcześniej. Biegłam i echo mych bosych kroków rozchodziło się po pustym mieszkaniu. W przedpokoju nic, wszystko nieporuszone, jakby nic się nie wydarzyło, nic się nie stało. Czy to jedynie szaleństwo? A jednak ktoś ogrzał mi serce, ktoś rozpalił duszę, ktoś sprawił, że ukoiłam własny ból.

Stałam tak chwilę w tej ciszy, ale jedyne, co mnie napełniało, to nadzieja i chęć do życia. Tak po prostu? Zrozumiałam, a może bardziej poczułam, że chcę dać sobie miłość i wsparcie i nie potrzebuję do tego Łukasza ani nikogo innego. Musiała tu być, samo nie przyszło. Powlokłam się do łazienki, lecz tam także zastałam porządek. Usiadłam na sedesie i zadrżałam z zimna, chłodny powiew dotknął moich nagich ramion. Sięgnęłam po szlafrok. Na białym materiale osiadła złota nitka.

- Żałuję - powiedział i wyglądał, jakby naprawdę żałował. Aż zrobiło mi się go żal. Wydawał się taki mały, zabiedzony, skurczony. - Przepraszam cię.

Wyczułam w nim szczerość. Potrzebowałam tych przeprosin, uznania mojej krzywdy, choć ja sama już odpuściłam. Po tajemniczym spotkaniu z rudowłosą dziewczyną coś w moim postrzeganiu się zmieniło. Zrozumiałam, że tylko ja mogę się utulić i tylko ja mogę dać sobie to, czego oczekiwałam dotąd od mężczyzny. Od Łukasza. To było nie fair w stosunku do niego.

- Ja też przepraszam - przyznałam.

- Za co? - Był autentycznie zdziwiony. Jego oczy zrobiły się okrągłe. Chyba nie wiedząc, co zrobić, napił się herbaty, którą zamówiliśmy, i przeczesał dłonią ciemne włosy poprzetykane siwizną. Nadal był przystojny.

- Że zbyt dużo od ciebie oczekiwałam.

- To nie tak. - Zaprzeczył energicznym ruchem głowy.

- Tak, tak. - Ja za to pokiwałam głową. - Uzależniłam swoje szczęście od ciebie, a to nie jest w porządku ani wobec ciebie, ani wobec mnie.

- A teraz?

- Co teraz? - nie rozumiałam go.

- Teraz jesteś szczęśliwa?

- Teraz się dopiero uczę. - Uśmiechnęłam się do niego łagodnie.

- Daj mi szansę - wyszeptał ledwie słyszalnie. Dotknęłam jego dłoni.

- Teraz daję szansę sobie.

Szłam ulicami miasta, moje zielone botki stukały o chodnik. Wybrałam taki kolor, ponieważ przypominał mi jej oczy. Nie wiedziałam, czy istniała naprawdę, czy była tylko imaginacją zbolałego umysłu. Może stanowiła tę część mnie, która potrzebowała zauważenia i utulenia? Było mi wszystko jedno, pamięć jej dotyku wciąż pozostawała na mojej skórze. Otuliłyśmy się sobą, odnalazłyśmy się. Podniosłam wzrok. Słońce odbiło się od rudego płomienia, który zniknął za rogiem budynku. Uśmiechnęłam się. To wiosna przyszła. Wszystko budziło się do nowego cyklu.