Chcę być kochana tak jak chcę - Katarzyna Miller, Ewa Konarowska

Kup ebooka

44.90 zł
37.26 zł (36,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

CHCĘ OD NIEGO WSZYST­KIEGO

Ewa: Wy­gląda mi na to, Ka­siu, że po­sia­dłam umie­jęt­ność wcho­dze­nia w związki, w któ­rych to fa­cet de­cy­duje o wszyst­kim.

Ka­sia: Wy­da­wa­łoby się, że bę­dzie z tego długo za­do­wo­lony, że jest taki ważny. Ale po ja­kimś cza­sie prze­staje mu się to po­do­bać.

Ewa: I na­gle mówi mi: "To ty, mała, już so­bie idź".

Ka­sia: Gdy on po­wiada: "Idź", nie wia­domo, co to tak na­prawdę zna­czy. Czy jest zmę­czony, czy ma pracę, czy może ma cie­bie do­syć?

Ewa: Dla mnie to zna­czy: "Za­spo­ko­iłaś już moje po­trzeby i na ra­zie mam cię dość".

Ka­sia: Cie­kawe, co ty wtedy ro­bisz?

Ewa: A co mam ro­bić? Idę.

Ka­sia: I nic nie mó­wisz? Nie py­tasz: "Dla­czego chcesz, że­bym już po­szła?".

Ewa: Nie, oczy­wi­ście tego nie ro­bię.

Ka­sia: No, skoro nie ro­bisz, to on na­stęp­nym ra­zem może ci znów spo­koj­nie po­wie­dzieć: "Idź już, mała".

Ewa: Tak. Robi to.

Ka­sia: Na po­czątku w ogóle nie po­wi­nien mó­wić: "Idź, mała", bo po­winno mu być cie­bie cią­gle mało, mała. W każ­dym ra­zie tak by­śmy chciały. A jak się czu­jesz z tym, co on robi?

Ewa: Nie ukry­wam, że czuję się głę­boko do­tknięta obiema tymi rze­czami: i tym, że on mnie nie pra­gnie aż tak bar­dzo, i tym, że mi mówi: "A te­raz, mała, to już idź".

Ka­sia: Kiedy sły­szysz to "mała", to co?

Ewa: Pff­fuuu.

Ka­sia: Nie­za­leż­nie od tego, że on jest wy­soki, a ty ni­ska, jest jed­nak jesz­cze coś in­nego w tym "mała".

Ewa: Ja my­ślę tak: gdy wcho­dzę w zwią­zek, to po­ka­zuję naj­pierw moją bar­dzo silną, a po­tem bar­dzo słabą stronę. I za­raz bym chciała, żeby ten fa­cet po­kie­ro­wał mną i moim ży­ciem, wziął od­po­wie­dzial­ność za wszystko, co ja czuję, ro­bię i my­ślę. Wtedy po­ka­zuję sie­bie małą, więc mó­wie­nie w tym mo­men­cie do mnie "mała" jest ade­kwatne do sy­tu­acji. Choć oczy­wi­ście ja nie je­stem tylko mała. I po ja­kimś cza­sie mnie to do­pro­wa­dza do fu­rii.

Ka­sia: Czy by­łaś "nie­mała" wtedy, gdy jesz­cze nie po­zo­sta­wa­łaś z nim w związku, gdy by­łaś jego przy­ja­ciółką i współ­pra­co­wa­li­ście? Wtedy cię nie lek­ce­wa­żył?

Ewa: Wtedy mnie sza­no­wał.

Ka­sia: Wtedy po­ka­zy­wa­łaś swoją in­te­li­gen­cję i różne umie­jęt­no­ści, wo­bec czego on li­czył się z twoim zda­niem. Co­raz bar­dziej po­cią­gało go, że je­steś taka in­te­re­su­jąca i nie­za­leżna.

Ewa: Więc jak do tego do­szło, że te­raz już je­stem "mała"?

Ka­sia: Pew­nie tro­chę tak: do­póki by­łaś jego przy­ja­ciółką i współ­pra­cow­nicą, ko­rzy­sta­łaś ze swo­ich do­ro­słych cech, wie­dzia­łaś, że one są po­trzebne. Ale kiedy za­częło się mię­dzy wami na­wią­zy­wać coś ro­man­so­wego, co­raz bar­dziej za­częła do­cho­dzić do głosu mała dziew­czynka, stę­sk­niona wiel­kiej mi­ło­ści. Te­raz ta dziew­czynka chce, żeby on wło­żył ją w kie­szeń i no­sił za­wsze przy so­bie, a on mówi: "To już so­bie idź".

Ewa: I nie ro­zu­miem, czy wszyst­kie ko­biety tak mają, czy to tylko ja tra­fi­łam na ko­lej­nego su­kin­syna. Czy każdy fa­cet, na­wet święty, bę­dzie się za­cho­wy­wał we­dług tego sce­na­riu­sza, który ja sama na­pi­sa­łam i po­da­łam mu pod sto­łem, a te­raz udaję, że wcale nie ja to zro­bi­łam?

Ka­sia: Oczy­wi­ście, nie wszyst­kie ko­biety tak mają. Nie­które całe są do­ro­słe. A nie­które z tych jesz­cze nie­do­ro­słych pró­bują za­ła­twić swój pro­blem, mó­wiąc: "Ko­lejny su­kin­syn...".

Ewa: ...od­wra­ca­jąc się i idąc do na­stęp­nego "ko­lej­nego su­kin­syna".

Ka­sia: A jed­no­cze­śnie od­wra­ca­jąc się od swo­jego py­ta­nia: Czy to nie ja ro­bię coś ta­kiego, że każdy fa­cet po ja­kimś cza­sie za­cznie mnie tak trak­to­wać, bo nie bę­dzie miał in­nego wyj­ścia; bo pcham mu się w ręce w po­staci "ma­łej"?

Ewa: Która w do­datku się bun­tuje.

Ka­sia: Cza­sem się bun­tuje i trzeba to ukró­cić. Bo jak jest taka mała, to ja­kim pra­wem się bun­tuje? A jak się bun­tuje, to dla­czego, do li­cha, jest taka mała?

Ewa: Po pro­stu to jest wpusz­cza­nie prze­ciw­nika w ma­liny.

Ka­sia: Przede wszyst­kim to jest ogłu­pia­nie sa­mej sie­bie. Mam do cie­bie ko­lejne ważne py­ta­nie: Jak się czu­jesz, gdy sama so­bie, tak uczci­wie, po­wiesz: "Chcę od niego wszyst­kiego - żeby się mną opie­ko­wał, żeby był wielki, żeby był do­bry, żeby cały był dla mnie, że­bym ja już nic nie mu­siała"? Jak ty się czu­jesz, gdy to mó­wisz so­bie sa­mej albo mnie?

Ewa: Hm, czuję się mała.

Ka­sia: A czy wy­po­wia­dasz swoje praw­dziwe pra­gnie­nie?

Ewa: Tak. Z jed­nej strony wy­po­wia­dam je i je­stem jak dziecko, ale z dru­giej coś we mnie wie, że po­win­nam czmy­chać czym prę­dzej od stanu, gdy ktoś za mnie de­cy­duje, bo to mnie ubez­wła­sno­wol­nia i osła­bia, nie mam kom­plet­nie miej­sca dla sie­bie. I nie mogę wtedy po­wie­dzieć: "Za­raz, za­raz, nie chcę, że­by­śmy szli na spa­cer do lasu, chcę do ka­wiarni". Bo skoro ktoś ma za mnie brać od­po­wie­dzial­ność w ca­ło­ści, to ja mu­szę być może za­wsze chcieć do lasu?

Ka­sia: Wtedy, gdy jemu się za­chce.

Ewa: I to jest dla mnie sprzecz­ność: z jed­nej strony wielka tę­sk­nota, żeby ktoś wziął za mnie od­po­wie­dzial­ność, zwłasz­cza że ja już bar­dzo długo ją za sie­bie biorę, z dru­giej strony lęk, że jak już mu ją od­dam...

Ka­sia: ...to się znaj­dziesz w le­sie.

Ewa: Do­kład­nie. Bo wtedy dzieją się ta­kie rze­czy, że ten ktoś mnie umniej­sza, nie trak­tuje mnie po­waż­nie, jak part­nera, tylko jak dziecko, które wle­cze za rękę przez ulicę, bo jest zie­lone świa­tło i on wie, że na­leży już przejść, a ja nie mam wiele do po­wie­dze­nia.

Ka­sia: Wiesz, czego ty fak­tycz­nie chcesz? Żeby twoje we­wnętrzne dziecko, które nie do­stało kie­dyś tego, o czym ma­rzyło, czego po­trze­bo­wało, czyli praw­dzi­wej opieki, zo­stało przez niego po­trak­to­wane jak przez do­brego ojca. Czyli z jed­nej strony, żeby wie­dział, że je­steś dziec­kiem, a z dru­giej strony, żeby ro­zu­miał, że masz ro­snąć, i po­ma­gał ci w tym. Czyli żeby cię wy­cho­wał. Ro­zu­miał, wy­czu­wał i nie umniej­szał, tylko po­zwa­lał ci przy so­bie do­ra­stać. To zna­czy, stał się dla cie­bie ta­tu­siem, który jest w do­datku tak do­bry i mą­dry, żeby cię na­prawdę pod­ho­lo­wać do two­jej praw­dzi­wej do­ro­sło­ści. I żeby jesz­cze po­tem wcale nie stra­cić tego, że jest to twój su­per­man, a ty je­steś dla niego atrak­cyjną ko­bietą. Czyli żeby on był dwa w jed­nym albo na­wet wszystko w jed­nym.

Ewa: Czy to jest moż­liwe?

Ka­sia: Ab­so­lut­nie nie­moż­liwe!

Ewa: Gdy to mó­wisz, na­suwa mi się py­ta­nie: Jak ty ro­zu­miesz wspie­ra­jący zwią­zek? Bo ten ob­raz, który przede mną roz­snu­łaś, ten piękny wi­dok, który roz­to­czy­łaś, to jest dla mnie wła­śnie ob­raz mo­jego ma­rze­nia o wspie­ra­ją­cym związku.

Ka­sia: O, nie, nie, nie! To jest ob­raz bar­dzo do­brego ro­dzi­ciel­stwa, któ­rego więk­szość z nas nie za­znała. Na­le­ża­łoby do­stać to wszystko od ro­dzi­ców, ale, cóż, nie do­sta­ły­śmy. Zresztą oni też nie do­stali, więc skąd mieli brać dla nas? Ale mimo to prze­ży­ły­śmy. Jest nam nie naj­go­rzej. Róż­nych rze­czy na­uczy­ły­śmy się. Jed­nak mą­dro­ści ro­dzi­ciel­skiej było za mało, więc jedna część na­szej osoby ro­sła, ro­sła i wy­ro­sła na ko­bietę, która so­bie ra­dzi za­wo­dowo, umie zro­bić to czy tamto w ży­ciu spo­łecz­nym, ma zna­jo­mych, cza­sem męża i dzieci albo już miała męża...

Ewa: ...albo licz­nych mę­żów...

Ka­sia: ...albo licz­nych na­rze­czo­nych. Już miesz­kała z tym i z tam­tym, ale we­wnątrz niej na­dal tkwi mała dziew­czynka (która bę­dzie się prze­wi­jała przez całą książkę). Ta dziew­czy­neczka przez cały czas czeka, że ta­tuś pod po­sta­cią jej męż­czy­zny wresz­cie przyj­dzie. I to bę­dzie ten "praw­dziwy męż­czy­zna", który w końcu wy­czyta jej po­trzeby, szyb­ciej je zro­zu­mie niż ona. Bo ona sama dawno już je za­pu­ściła i za­po­mniała, od­uczyła się je mieć. Tak ją wy­tre­so­wano. Ale ten wy­śniony przy­wróci im istotną wagę i war­tość. Bę­dzie je uwzględ­niał, bę­dzie o nie dbał. Stwo­rzy dla niej bez­pieczne, a jed­no­cze­śnie eks­cy­tu­jące i kom­for­towe wa­runki, w któ­rych ona roz­wi­nie się i roz­kwit­nie. Oczy­wi­ście dla niego. Znów nie dla sie­bie, tylko dla niego. Bo prze­cież dziecko chciało być dla ta­tu­sia i dla ma­musi ta­kie, żeby je wresz­cie po­ko­chali tak na­prawdę - do głębi jego istoty. A nie tylko wtedy, gdy ono speł­nia ich ocze­ki­wa­nia. I cho­ciaż zro­biło wszystko, co mo­gło, i tak go nie po­ko­chali aż tak, jak tego po­trze­bo­wało.

Ewa: Od razu na­suwa się py­ta­nie: Czy ten fa­cet może mieć w ogóle ja­kieś wła­sne po­trzeby?

Ka­sia: Za cho­lerę nie może. Prze­cież ma być cały dla niej.

Ewa: I czy on może ist­nieć dla sie­bie?

Ka­sia: Ona so­bie nie ży­czy, żeby ist­niał dla sie­bie, bo wtedy ją zdra­dza, po­rzuca, zo­sta­wia. Tak samo jak ta­tuś, który był prze­waż­nie nie­obecny. A prze­cież dziew­czynka tak chciała, żeby rano wstał z nią, zjadł śnia­danko, a po­tem od­pro­wa­dził do szkoły i na nią po­cze­kał, żeby po po­łu­dniu wspól­nie od­ro­bili lek­cje i żeby po­chwa­lił ją za to, czego się na­uczyła, po­wie­dział jej, że jest słodka, ładna, miła, że jest dumny z ta­kiej có­reczki. I że ta­kiej dziew­czynki ślicz­nej to ni­gdy na świe­cie nie było. Ale on tego nie ro­bił.

A je­żeli ro­bił, to tylko troszkę i cza­sami, więc ona tylko cza­sem za­chły­sty­wała się szczę­ściem, że ją do­strzegł, a wciąż cze­kała: "Gdzie ta reszta? Gdzie ta reszta?". I my­ślała: "Czy on mnie ko­cha, ten mój ta­tuś? To dla­czego za­po­mniał mi o tym po­wie­dzieć?". A po­tem przy­cho­dziło zwąt­pie­nie: "A może jed­nak mnie nie ko­cha, skoro o tym nie mówi? Je­śli tak, to ja mu­szę być su­per­grzeczna, taka, jak on so­bie ży­czy. Co mam ro­bić? Ta­tuś nie lubi, że­bym pła­kała, to nie będę pła­kać. Ale przy moim uko­cha­nym będę pła­kać i wy­pła­czę się za wszyst­kie czasy, i on mnie przy­gar­nie, i po­wie: Płacz, ko­cha­nie moje".

Ewa: Ależ to piękne, co mó­wisz! Tak mnie to wcią­gnęło...

Ka­sia: Nie było to moją in­ten­cją. Je­steś nie­po­prawną re­cy­dy­wistką...

Ewa: Ja chcę, żeby było tak jak w two­jej opo­wie­ści, a ty za­raz mi za­pro­po­nu­jesz coś strasz­nie trud­nego...

Ka­sia: Ależ skąd! Wcale nie za­pro­po­nuję ci ni­czego strasz­nie trud­nego, bo ty mo­żesz zro­bić tylko to, co mo­żesz.

Ewa: Może mogę zro­bić coś strasz­nie trud­nego.

Ka­sia: Ach, jaka am­bitna mała dziew­czynka!

Ewa: Wiesz, Ka­siu, ja by­łam przez ostat­nie kilka lat w strasz­nie trud­nym związku. Kiedy prze­czy­ta­łam książkę Mai Storch Tę­sk­nota sil­nej ko­biety za sil­nym męż­czy­zną, zna­la­złam w niej roz­dział o sto­so­wa­niu stra­te­gii ofiary, ucieczki i walki jed­no­cze­śnie i wtedy coś waż­nego zro­zu­mia­łam. My­śmy się, mniej wię­cej, co trzy mie­siące roz­sta­wali. Do­kład­nie we­dług sce­na­riu­sza z książki. Ja, oczy­wi­ście, uwa­ża­łam, że to przede wszyst­kim jego wina i w związku z tym mia­łam ro­snące wra­że­nie, że ten fa­cet w ogóle mnie nie ko­cha, że to ja­kaś po­myłka. Co ja tu ro­bię? Zu­peł­nie nie ro­zu­miem, po co on ze mną jest (no bo ja, wia­domo, uwa­ża­łam, że go ko­cham). Do­piero po lek­tu­rze do­tarło do mnie, jak jemu nie­ludzko trudno było ze mną i jak on, na swój spo­sób, strasz­nie mnie ko­chał, skoro tyle ze mną wy­trzy­mał.

Ka­sia: W tym mo­men­cie ry­su­jemy kwia­tek dla pa­nów i dzię­ku­jemy ser­decz­nie, że z nami wy­trzy­mu­je­cie.

Ewa: Wielki kwia­tek dla pa­nów, a ode mnie zwłasz­cza dla tego pana. Fakt fak­tem, że wy­bra­łam trud­nego męż­czy­znę. Zu­peł­nie tego nie ro­zu­miem. Je­śli wziąć pod uwagę moje dziew­częce po­trzeby, tę­sk­noty i ma­rze­nia, po­win­nam szu­kać ja­kie­goś ła­twiej­szego part­nera.

Ka­sia: Otóż wła­śnie ta­kie trudne związki wy­biera so­bie mała dziew­czynka, nie­nau­czona do­ko­ny­wa­nia do­brych wy­bo­rów. Ona nie za­trzyma się przy fa­ce­cie, który jest zdrowy, nor­malny. Nor­mal­nego mała dziew­czynka pu­ści bo­kiem, na­wet gdyby się jej oświad­czył, bo nie wie, co z ta­kim po­cząć.

Ewa: Wy­daje się jej, że jest śmier­tel­nie nudny.

Ka­sia: Przede wszyst­kim dla­tego, że on nie miota się, nie prze­żywa. Po pierw­sze, nie daje się wcią­gać w jej grę, tylko robi swoje. W od­nie­sie­niu do niej robi też różne miłe rze­czy, ale nie­prze­sad­nie. Nie ota­cza jej prze­py­chem uczuć, nie roz­ciąga nad nią na­miotu po­żą­da­nia, sza­leń­stwa, uwo­dze­nia albo też ob­ra­ża­nia się i od­cho­dze­nia.

Ewa: No to, Kaśka, po­wiedz sama, czy on nie jest nudny?

Ka­sia: (nad­zwy­czaj se­rio) O, nie! Ja już nie je­stem małą dziew­czynką! Kie­dyś był dla mnie śmier­tel­nie nudny, ale te­raz już nie. Ja już chcę nor­mal­nego.

Ewa: To ja się za­sta­no­wię.

Ka­sia: Tak, ty się za­sta­nów. Masz czas. Ty jesz­cze ro­śniesz. Ja już je­stem duża. Ale słu­chaj da­lej, co z tą małą dziew­czynką i z tym fa­ce­tem, który musi być ko­niecz­nie taki wspa­niały. Po pierw­sze, oni się wy­czu­wają z du­żej od­le­gło­ści, zde­cy­do­wa­nie więk­szej niż ki­lo­metr, choć od­le­głość nie zo­stała jesz­cze na­ukowo do­wie­dziona.

Ewa: Wy­obraź so­bie małą dziew­czynkę na bal­ko­nie, a po­ni­żej trzy­stu fa­ce­tów ukry­tych pod czar­nymi pa­ra­so­lami. Ona bez pu­dła wy­bie­rze spo­śród nich tego wła­ści­wego, wska­zu­jąc na czarny pa­ra­sol trzeci od le­wej w pięt­na­stym rzę­dzie, i po­wie: ON! I to bę­dzie ten "słuszny", naj­gor­szy z moż­li­wych wy­bór.

Ka­sia: Pro­simy tego pana na bal­kon, ale ma wejść po sznu­ro­wej dra­bince, żeby się troszkę po­ki­wał, bo scho­dami by­łoby zbyt ba­nal­nie.

Ewa: Już go buja.

Ka­sia: A co drugi szcze­be­lek le­ciutko nad­ła­many...

Ewa: Gdyby miała po­dobne szczę­ście w grach licz­bo­wych, by­łaby bo­gata. Pod wa­run­kiem (chó­rem) że w pi­łeczce byłby ukryty ten fa­cet.

Ka­sia: Nie­stety, ten ro­dzaj in­tu­icji nie jest jej tak ła­two dany. Jej spe­cy­ficzna in­tu­icja jest na­sta­wiona tylko na to, by szu­kać tego je­dy­nego: ry­ce­rza vel ta­tu­sia, vel Pana Boga, vel dziadka czy na­wet wszyst­kiego w jed­nym. I dzieje się coś tak dziw­nego, że do­ro­sła ko­bieta, która wie, co to zna­czy do­bra współ­praca, na przy­kład w pracy za­wo­do­wej, i która umie się przy­jaź­nić, rap­tem ani nie współ­pra­cuje, ani nie przy­jaźni się ze swoim męż­czy­zną. Tylko albo z nim wal­czy, albo się go boi, albo cierpi w mil­cze­niu, albo się ob­raża, albo drę­twieje we­wnętrz­nie i staje się zu­peł­nie bez­radna. I jesz­cze uważa, że to jego wina. Czuje się po­krzyw­dzona, nie­speł­niona i nie wie dla­czego.

Ewa: Ka­siu, czy ona jest chora?

Ka­sia: Na pewno jest obo­lała. Może cho­rym można by na­zwać to, że jedna jej część nie wie nic o dru­giej; że te czę­ści się nie znają i nie wspie­rają. Jest spora prze­paść mię­dzy spraw­nie dzia­ła­jącą (na­zwijmy ją "dużą") ko­bietą a małą dziew­czynką. Nie wspie­rają się dla­tego, że nie chcą nic o so­bie wie­dzieć. Ta duża i sprawna wsty­dzi się tej ma­łej bez­rad­nej. A mała nie wie­rzy, że ta duża ze­chce się nią za­opie­ko­wać, bo ni­gdy do­tąd tego nie zro­biła.

Czło­wiek zdrowy jest w miarę kom­pletny, zin­te­gro­wany we­wnętrz­nie. To zna­czy, że jego różne aspekty ze sobą współ­grają, współ­pra­cują i sie­bie wza­jem­nie wzbo­ga­cają.

Mała dziew­czynka ocze­kuje wspar­cia od męż­czy­zny, a nie od sie­bie, czyli od tej wła­snej "do­ro­słej czę­ści". Mała dziew­czynka, sie­dząc za­mknięta (przez tę dużą) w ko­mórce, czeka na wy­bawcę i pra­gnie, żeby ktoś wresz­cie ją z niej wy­cią­gnął.

Ewa: I w do­datku od razu zro­bił z niej kró­lewnę. Bo po co ina­czej wy­cho­dzić?

Ka­sia: Wiesz, dla­czego tak jest? Bo kiedy sie­dzi tak w tej ko­mórce, ma­rzy, prze­cież nic in­nego nie może ro­bić. A jak już ma­rzy, to tylko o zło­to­gło­wiu, ko­ro­nie i ha­fto­wa­nych trze­wicz­kach. Nie ma­rzy o ni­czym zwy­kłym, re­al­nym, bo tego, po pierw­sze, nie zna, a po dru­gie, musi do­stać coś eks­tra, żeby wy­rów­nało jej te wszyst­kie lata spę­dzone w za­po­mnie­niu.

No i po­wiedz te­raz, kto jest to w sta­nie dać? Ten, któ­rego wy­biera? Ten spod czar­nego pa­ra­sola? On też ma swoje pro­blemy. Nie może ich nie mieć. Ma tak jak każdy. Jego też ktoś nie do­ko­chał, nie do­pie­ścił i nie zro­zu­miał. Sam też się nie ro­zu­mie. Po­dob­nie jak my.

Ewa: Ro­zu­miem już, Ka­siu, jak są pi­sane te go­towe sce­na­riu­sze. Ale czy to zna­czy, że mo­imi związ­kami rzą­dzi mała dziew­czynka?

Ka­sia: Tra­fi­łaś w samo sedno. Bar­dzo czę­sto tak wła­śnie się dzieje, że rzą­dzi nie­do­ro­słość.

Ewa: Czyli je­śli nie za­opie­kuję się moją we­wnętrzną dziew­czynką, to każdy na­stępny fa­cet w pew­nym mo­men­cie może mi po­wie­dzieć: "Wiesz co, mała, to ty so­bie już idź"?

Ka­sia: Tak wła­śnie może być.

Ewa: Ale ja już nie chcę, żeby tak było, Ka­siu.

Ka­sia: Na­prawdę?

Ewa: Na­prawdę.

Ka­sia: No to ci za­pro­po­nuję coś rze­czy­wi­ście trud­nego. Po­da­ruj so­bie czas bez męż­czy­zny. Wy­ko­rzy­staj go na bu­do­wa­nie wła­snej sa­mo­dziel­no­ści, sa­tys­fak­cji z niej, po­zna­wa­nie sie­bie, ra­dość w sa­mot­no­ści i z by­cia z przy­ja­ciółmi, a także prze­ży­wa­nie bólu i smutku, cza­sem w sa­mot­no­ści, cza­sem z przy­ja­ciółmi. Nie cho­dzi o to, że­byś na za­wsze zo­stała sama, ale o to, że­byś po­tem umiała zbu­do­wać do­bry, trwały zwią­zek.

Ewa: Czyli mam od­bu­do­wać sie­bie, nie wie­sza­jąc się na NIM. I wtedy to nie bę­dzie ten spod pa­ra­sola?

Ka­sia: Tak. I wiem, że to moż­liwe.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki