Nad stanem Kentucky chyliło się słońce ku zachodowi. Po
mroźnym dniu nastawała jeszcze mroźniejsza noc. W tym czasie
siedziało w pięknie umeblowanej jadalni dwóch mężczyzn przy butelce
wina i toczyli z sobą ożywioną rozmowę. Byli sami.
Jeden z nich, był to człowiek otyły, niskiego wzrostu, o
pospolitych rysach twarzy, chełpliwy a rubaszny typ człowieka,
który toruje sobie drogę przemocą, spychając tych, którzy mu
zawadzają. Ubiór jego odpowiadał zupełnie wyrazowi twarzy: jaskrawa
kamizelka, błękitna w żółte centki chustka na szyi, niezgrabnie i z
pretensją zawiązana, gruby u zegarka łańcuszek z mnóstwem breloków,
któremi się bawił podczas rozmowy z pewnym rodzajem wewnętrznego
zadowolenia; palce grube, a na nich pierścienie; wszystko to
świadczyło, że ich właściciel chciał się świetnie ustroić, a nie
umiał tego zrobić z gustem i przyzwoicie. Mówił gramatycznie
błędnie, używał często wyrażeń, których mimo zamiłowania ścisłości
w opowiadaniu, powtórzyć nie mogę, ponieważ rażą ucho. Towarzysz jego robił wrażenie człowieka inteligentnego; urządzenie
domu świadczyło o zamożności, a nawet bogactwie właściciela.
Jakośmy to zauważyli, obaj byli zajęci nader ożywioną rozmową. - To jest sposób, w jaki urządziłbym interes - rzekł pan Szelby. - A ja tak nie mogę... rzeczywiście nie mogę, panie Szelby! -
odpowiedział drugi, podnosząc pod światło kielich z winem. - Tak, panie Haley. Tomasz jest człowiekiem poczciwym, pobożnym,
przyjął wiarę od misjonarzy, przechodzących tędy kilka lat temu, i
jest, jak mnie się zdaje, wiernym chrześcijaninem; od tego czasu
mogę mu powierzyć wszystko co posiadam, pieniądze, dom, konie, -
zarządza u mnie wszystkiem.
- I są ludzie, którzy chcą dowodzić, że murzyn nie ma
wiary! - przerwał Haley, machnąwszy dobrodusznie ręką - ale co do
mnie, jestem innego zdania. W ostatniej partji, którą
przyprowadziłem z Nowego Orleanu, był murzyn spokojny, łagodny,
modlił się, jak misjonarz; dostałem za niego ładną sumkę, a kupiłem
go tanio, bo kupiłem go od człowieka, którego okoliczności zmusiły
sprzedać wszystko, co miał. Zarobiłem na tym murzynie sześćset
dolarów. Święta to prawda, że wiara w murzynie, to rzecz wielkiej
wagi, byle to był tylko towar prawdziwy, niepodrabiany...
- Tomasz wierzy prawdziwie - przerwał Szelby. - Niedawno
posłałem go do Cincinati z poleceniem odebrania pięciuset dolarów.
"Tomaszu, powiedziałem mu, ufam ci, boś chrześcijaninem, wiem, że
mnie nie zdradzisz". I rzeczywiście Tomasz wrócił, a byłem tego
pewny. Powiadano mi później, że jacyś niegodziwcy namawiali go, aby
uciekł do Kanady? "Nie wolno - odrzekł - bo pan mi zaufał".
Przyznam się, że ciężko mi rozstać się z Tomaszem; jeżeli masz
sumienie, weź go na pokrycie całego długu. - Mam sumienie, ile go potrzeba w handlu, by się móc niem
poświadczyć - odpowiedział handlarz żartobliwie - ale gotów jestem,
aby zobowiązać sobie przyjaciół, poświęcić wiele; ale teraz,
widzisz pan, ciężkie czasy, bardzo ciężkie czasy... Handlarz westchnął głęboko i nalał sobie wina. - A więc, jak chcesz pan sprawę załatwić? - zapytał Szelby
po kilkominutowem, nieprzyjemnem milczeniu. - Czy nie masz pan chłopczyka albo dziewczynki... wziąłbym
chętnie w dodatku do Tomasza. - Chm!... nie mam... Jeżeli mam prawdę powiedzieć,
konieczność tylko zmusza mnie, że sprzedaję Tomasza; wogóle
niechętnie rozstaję się z którymkolwiek z moich ludzi. Właśnie w tej chwili otworzyły się drzwi i do pokoju
wbiegł mulacik, liczący lat 4 lub 5. Śliczne to było dziecię:
krucze, jak jedwab lśniące włosy spływały w bujnych kędziorach po
obu stronach pulchnej twarzyczki, oczy czarne, bystre, pełne ognia
i zarazem łagodności, kryły się pod długiemi również czarnemi
rzęsami, dodającemi jeszcze więcej wyrazistości. Miał na sobie
ubranko czyste, koloru czerwonego z odmianą żółtego. A było mu
pięknie w tem ubranku. Pewna zuchwałość i równocześnie niby to
nieśmiałość świadczyły, że malec był pieszczochem swego pana. - Chodź tu, kruczku! - zawołał pan Szelby, rzucając mu
winogrono - masz, chwytaj! Chłopczyk jednym skokiem już grono pochwycił. - Chodźno bliżej, synku! - rzekł pan Szelby. Synek zbliżył się, a pan Szelby pogłaskał go po
kędzierzawej główce i z pewną troskliwością ujął go pod brodę. - No, synku! pokaż temu panu, jak umiesz tańczyć i
śpiewać. Chłopczyk zanucił dźwięcznym, czystym głosem piosnkę
murzyńską, przytupując w takt nóżkami i wykonując rozmaite gesty
rękoma i małem ciałem, jak to zwyczaj u murzynów. - Brawo! - zawołał Haley, rzucając mu kawałek pomarańczy. - A teraz chłopcze, pokaż, jak chodzi dziadek Cudgo, gdy
cierpi na reumatyzm. W jednej chwili giętkie członki dzieciaka przybrały
potworną, zgarbioną postać; świeża twarzyczka jego skrzywiła się,
że potworzyły się na niej zmarszczki, na plecach uformował się
garb; wziąwszy laskę swego pana, zaczął chodzić po pokoju,
szargając nogami, stękając i słaniając się. Obaj panowie kładli się od śmiechu. - No synku, pokaż teraz, jak śpiewa nasz organista, stary
Rolbins. Okrągła twarzyczka dzieciaka przeciągnęła się, przybrała
wyraz komicznej powagi, i zaczął śpiewać przez nos jakąś pieśń. - Brawo! doskonale! dzielny chłopiec! - wołał Haley -
będzie z niego zuch! Wiesz pan co? - zawołał znienacka, uderzając
poufale pana Szelby po ramieniu, - daj mi tego malca w dodatku, a
będzie kwita. Widzisz pan, że ze mną łatwo interesy się załatwia. Właśnie w tej chwili uchyliły się ostrożnie drzwi i do
pokoju weszła mulatka, wyglądająca na lat dwadzieścia pięć. Dość
było na nią spojrzeć, by się przekonać, że to matka tego dzieciaka.
Te same błyszczące, czarne oczy, ocienione długiemi rzęsami, ten
sam kruczy włos, lśniący, spadający w splotkach na ramiona. Śniada
jej twarz, jakby ozłocona w promieniach słońca, oblała się, gdy
spostrzegła zwrócony na siebie ciekawy i pełen podziwu wzrok
nieznajomego, żywym rumieńcem. Suknia leżała na niej jakby ulana i
tem więcej uwydatniała jej wdzięki. Drobna nóżka i delikatna,
pulchna rączka zapewne nie uszły także badawczemu oku handlarza,
który się przyzwyczaił jednem spojrzeniem odkrywać i oceniać
wszystkie zalety "towaru". - Co powiesz, Elżbieto? - zapytał pan, spostrzegłszy, iż
zatrzymała się na środku pokoju i wpatrywała się w niego z pewną
trwogą. - Przepraszam pana, przyszłam po Henrysia... Dzieciak pobiegł ku matce, pokazując jej zawinięte w
sukience winogrono. - Możesz go zabrać! - odrzekł pan Szelby. Elżbieta wzięła dziecko na ręce i wyszła spiesznie z
pokoju. - Na Jowisza! - zawołał handlarz z zapałem, zwracając się
do pana Szelby, - to mi towar! Mógłbyś pan zrobić dobry interes,
jeślibyś się zgodził sprzedać tę kobietę w Nowym Orleanie. Mój
Boże, ileż to razy widziałem, jak płacili tysiąc talarów i więcej
za kobiety, które się do niej ani umywały. - Nie chcę się w taki sposób wzbogacać - odpowiedział
ozięble pan Szelby i chcąc na inny przedmiot zwrócić rozmowę,
odkorkował drugą butelkę wina i zapytał gościa, jak mu smakuje. - Doskonałe wino, przedni gatunek! - zawołał handlarz, a
zwróciwszy się do pana Szelby i uderzając go znowu poufale po
ramieniu, dodał: Za wiele oddałbyś tę kobietę? Cobyś pan chciał za
nią? - Ile mam zapłacić? - Panie Haley, ja jej nie sprzedam; żona moja za nic w
świecie z nią się nie rozstanie. - Kobiety zwykle tak mówią, bo nie pojmują handlowych
interesów. Ale wytłómacz im pan, ile to brylantów, materyj,
zegarków można kupić za cenę jednego murzyna, to zmienią swoje
przekonanie, - zaręczam panu. - Przestańmy o tem mówić, Haley! Nie sprzedam tej kobiety
pod żadnym warunkiem! - wyrzekł Szelby stanowczo. - To daj mi pan przynajmniej chłopca! - przerwał handlarz.
- Osądź pan sam, że nie wiele żądam. - Powiedz mi pan, na Boga, na co ci ten chłopiec? - Widzisz pan, mam przyjaciela, który kupuje ładnych
chłopców, hoduje ich, a później sprzedaje. Jest to przedmiot
zbytkowy, kupują go bogacze i płacą dobrze. Ładny chłopiec, stojący
u drzwi, stanowi ozdobę pańskiego domu. Handel taki dosyć
korzystny, a ten mały djabełek taki mowny, taki figlarz, że możnaby
go zyskownie sprzedać. - Nie! nie chciałbym go sprzedawać - przerwał Szelby,
zamyśliwszy się głęboko. - Mam także serce i nie umiałbym
rozdzielać matki od dziecięcia. - Doprawdy?... Tak... zapewne... głos natury... Rozumiem
pana doskonale, z kobietami trudno nieraz przyjść do ładu. Ja sam
mam pewien rodzaj wstrętu do ich łez i wrzasków... Tak, tak, to
rzecz bardzo przykra; ale na wszystko jest sposób... można uniknąć
tych scen... tak, tak, drogi panie. Pan naprzykład wyprawiasz ją
dokądkolwiek na dzień lub na tydzień, a tymczasem interes się
załatwi bez hałasu, - zanim wróci. Żona pańska może jej darować
potem kolczyki, albo nową suknię, lub też inną jaką bagatelę - dla
złagodzenia boleści. - Nie, lękam się, że to się tak nie skończy. - Ależ, na Boga, wszystko najlepiej da się zrobić.
Wszakże, jak pan sam niezawodnie wie, murzyni to nie zwyczajni
ludzie, - potrafią oni znieść wszystko, byle tylko umiejętnie
sprawę poprowadzić. Powiadają - mówił dalej Haley, siląc się na
dobroduszność i wzbudzenie zaufania, - że ten rodzaj handlu
przygłusza uczucia. Ja tego o sobie nie mogę powiedzieć. I pewnie
też dlatego nie mogę tak postępować, jak to inni czynią. Widziałem
często handlarzy, którzy byli w stanie oderwać matce dziecię od
piersi, by je sprzedać; biedna kobieta... wrzeszczy, jak szalona...
To zła polityka... psuje towar i może go uczynić zupełnie
niezdatnym do handlu. W Nowym Orleanie widziałem, jak takiem
postępowaniem zniszczono bardzo piękną kobietę. Człowiek, który ją
kupił, nie chciał dopłacić za dziecko, a była to kobieta, jak
ogień; przycisnęła dziecię do piersi i dalejże wrzeszczeć jak
opętana; powiadam panu, na samo wspomnienie mrowie mnie
przechodzi... No i cóż? Odebrali jej dziecko, a ją zamknęli, ale
nie wiele na tem zyskali, bo zwarjowała i w tydzień potem umarła.
Tysiąc dolarów straty, - i to tylko z powodu niewłaściwego
postępowania... Proszę wierzyć mojemu doświadczeniu, trzeba być
zawsze ludzkim... Dokończając słów tych handlarz, rozparł się na
krześle i skrzyżował ręce na piersi z takiem namaszczeniem, jakby
się uważał za drugiego Wilberforsa. Pan Szelby obierał tymczasem pomarańcze. Haley nie chciał
jednakże popuścić sprawy i mówił dalej z udaną skromnością: - Nie
wypada wprawdzie siebie samego chwalić, mówię więc tylko dlatego,
że to święta prawda. Jak mnie się zdaje, zdobyłem sobie opinję
człowieka, który przyprowadza najlepsze partje murzynów. Mówiono mi
to nieraz w oczy. Wszyscy u mnie zdrowi, tłuści, aż miło spojrzeć,
i cenę bierze się dobrą i "towaru" niszczeje u mnie mało, nie tak,
jak to się u innych zdarza. A to wszystko muszę przypisać swej
umiejętności w prowadzeniu interesów, a cała moja umiejętność - to
postępowanie ludzkie. Tak, mój panie, humanitaryzm, to podstawa
naszego handlu.
- Rzeczywiście? - zapytał pan Szelby, nie wiedząc
co odpowiedzieć.
- Muszę się łaskawemu panu przyznać, iż z pomysłów
moich natrząsano się i wiele było sporów w tym względzie; a chociaż
metoda moja nie stała się popularną, to jednak trzymam się jej
stale i wychodzę na tem dobrze. Humanitaryzm zapewnił mi wielkie
korzyści, zaręczam panu, opłacił mi się doskonale. I handlarz sam rozśmiał się ze swego konceptu. W opowiadaniu tem było tyle niedorzeczności, iż
także Szelby nie mógł powstrzymać się od śmiechu. Może i ty się
rozśmiejesz, łaskawy czytelniku, bo wiesz z doświadczenia, że
humanitaryzm w dzisiejszych czasach ujawnia się w najrozmaitszych
formach i że bywają ludzie humanitarni, którzy głoszą niestworzone
rzeczy. Śmiech pana Szelby dodał handlarzowi otuchy. - Dziwne to, doprawdy, że mi się nie udało
dotychczas nikogo nawrócić... upór, panie, i basta. Powinienbyś pan
znać Tomasza Lokera, niegdyś mojego spólnika w Naczez, otwarta to
głowa - trzeba przyznać, lecz w postępowaniu z murzynami to istny
djabeł - ale tylko z zasady, bo trudno znaleźć lepszego człowieka.
Ale to już u niego był taki dziwaczny system, bodaj go! Nieraz
mówiłem mu: Słuchaj Tomaszu! co ci za korzyść bić kobiety po głowie
lub okładać je kułakami za to, że płaczą z tęsknoty? To śmieszne i
do niczego nie prowadzi. I cóż w tem złego, że sobie popłaczą? To
leży w ich naturze, a z naturą niema co wojować, - zawsze weźmie
górę? Niszczysz tylko towar, kobiety chorują, gryzą się, chudną, a
niektóre zmieniają się w prawdziwe potwory, mianowicie dziewczęta
żółte... Czy nie możesz obchodzić się z niemi łagodniej, z pewną
delikatnością? Wierz mi, Tomaszu! humanitaryzm, chociaż i w małej
dozie, lepiej skutkuje, niż wszelkie gwałty, a bądź przekonany, że
bez porównania więcej przyniesie korzyści... Ale cóż, mówiłem jak
do ściany; Tomasz nie mógł odmienić swego trybu postępowania, i
tyle zniszczył towaru, żem musiał rozwiązać spółkę, a szkoda!...
Tomasz miał dobrą głowę i poczciwe serce... - Myślisz więc pan, że tryb twojego postępowania
lepszy niż Tomasza? - zapytał pan Szelby. - Bez wątpienia. Skoro tylko można, zwykle się
staram, jak pan widzisz, unikać nieprzyjemności. Chcę sprzedać
dziecko naprzykład: oddalam matkę... bo jak z oczu, to i z pamięci,
nie prawdaż? A gdy już rzecz skończona i odmienić niepodobna,
powoli się przyzwyczai do nowego porządku rzeczy. Wszakże to nie
biali ludzie, którzy od dzieciństwa wzrastają z myślą, że nikt nie
ma prawa rozdzielać ich z ojcem, matką i całą rodziną. A murzyni,
pan sam to wiesz, gdy otrzymają wychowanie jak się należy, nie mają
takich urojeń i dlatego spokojniej znoszą podobne wypadki. - W takim razie lękam się, że moi murzyni nie są
tak wychowani jak się należy - zauważył pan Szelby. - Tak i ja sądzę, bo wy w Kentucky psujecie
czarnych; wam się zdaje, że postępując z nimi łagodnie, robicie
dobrze, - bardzo się mylicie: dobre obejście nie na tem zależy.
Murzyn, widzisz pan, stworzony na to, by się błąkał po świecie
Bożym; stworzony na to, by kupił go Tom, Dik, lub kto inny. Dlatego
właśnie nie trzeba go przyzwyczajać do łagodnego obejścia, niegodzi
się obudzać w nim chorobliwej nadziei; bo jak przejdzie w inne
ręce, to ów nowy stan będzie mu się wydawał okropniejszym. Jestem
przekonany, iż murzyni pańscy byliby kompletnie nieszczęśliwi na
plantacji, w której inni piliby, wesoło śpiewali, skakali jak
opętani. Pan to wiesz dobrze, panie Szelby, każdemu z nas się
wydaje, że ma słuszność, to też i ja sądzę, iż się obchodzę, jak z
moimi murzynami się należy. - Szczęśliwi, którzy są zadowoleni sami z siebie -
zauważył pan Szelby, wzruszywszy ramionami i nie ukrywając
przykrego wrażenia, jakie na nim zrobiły teorje pana Haley. - A cóż moja propozycja? - zapytał Haley po chwili
milczenia, podczas którego obaj w pewnem zakłopotaniu zabawiali się
łupaniem orzechów. - Pomówię o tem z żoną - odpowiedział Szelby. -
Ale radzę panu przed nikim się nie wygadać, po coś tu przyjechał,
jeśli chcesz, by się wszystko załatwiło tak spokojnie, jak sobie
tego życzysz. Jestem przekonany, że skoroby się moi ludzie
dowiedzieli o twoich projektach, nie wziąłbyś ani jednego z nich
tak cicho i spokojnie, jak myślisz. - Ma się rozumieć... po cóż takie rzeczy
rozgłaszać? Ale winienem nadmienić, że chwile moje policzone i mam
mało czasu do stracenia; dlatego chciałbym wiedzieć odrazu, czy
mogę liczyć na interes, lub też nie? - Dokończając słów tych, wstał
Haley od stołu i począł wciągać palto. - Przybądź pan dziś wieczorem o godzinie szóstej
lub siódmej, a otrzymasz odpowiedź stanowczą - odrzekł Szelby. Handlarz skłonił się i wyszedł z pokoju. - O mój Boże! czemuż nie mogę zrzucić ze schodów
tego łotra wraz z jego bezczelnemi teorjami! - zawołał pan Szelby,
gdy się drzwi zamknęły. - Wie on dobrze, że mnie trzyma w swojem
ręku; żeby mi kto przedtem powiedział, że będę zmuszony sprzedać
mego poczciwego Tomasza któremu z tych nikczemnych łotrów,
pewniebym odpowiedział: trzeba być psem, aby tak postąpić! A jednak
stać się musi... A syn Elizy? Żona zrobi mi scenę za tego dzieciaka
i za - Tomasza. O przeklęte długi! Łotr ten zna moje krytyczne
położenie i chce je wyzyskać. W stanie Kentucky byt niewolników bodaj czy nie
najlepszy. Zajęcia przeważnie rolnicze, w swej naturze spokojne i
regularne, nie wymagają tych gorączkowych wysileń pracy, na jakie
są narażeni murzyni w plantacjach południowych; życie i zajęcie
niewolnika w Kentucky więcej niż gdzieindziej zgadza się z
wymaganiami zdrowotnemi. Oprócz tego właściciele murzynów,
wzbogacający się powoli, nie chwytają się gwałtownych środków,
jakie wywołuje chciwość, gdy na jednej szali widzą raptowne
powiększenie majątku, a na drugiej łzy i narzekania biednych,
bezbronnych istot, które tylko płakać mają prawo. Kto zwiedzał tylko plantacje w Kentucky i był
świadkiem łagodnego obchodzenia się właścicieli i właścicielek, i
posłuszeństwa czarnych, ten może marzyć o poetycznej legendzie,
opisującej patrjarchalne obyczaje; ale ponad tem uroczem marzeniem
przesunie się i zawiśnie przerażający cień prawa. Dopóki prawo
wszystkie te ludzkie istoty z bijącem sercem i z uczuciem będzie
uznawało za przedmioty, należące bezwarunkowo do właściciela, tak
długo nieszczęśliwy stan interesów, albo śmierć ludzkiego
plantatora, pod którego ojcowską opieką znajdowali biedni murzyni
zabezpieczenie swego bytu, łagodne obejście i przyjazną radę, może
ich oddać w inne ręce, skazać na życie pełne udręczeń, bez nadziei
wyzwolenia, pracy bez końca i wytchnienia. Nie możemy pochwalać
niewolnictwa, chociażby najrozumniej i najoględniej
zorganizowanego. Pan Szelby był człowiekiem dobrym; z ludźmi
obchodził się łagodnie; pamiętał o wszystkiem, coby mogło
przyczynić się do polepszenia ich bytu i zdrowia, - ale
nieszczęśliwy przypadek wciągnął go w przedsiębiorstwa niepewne,
naraził na straty znaczne, wskutek czego popadł w długi. Obligi
jego wpadły w ręce Haleya. Szanowny czytelnik zrozumie obecnie
stosunek Haleya do pana Szelby. Elżbieta, stojąca pode drzwiami, posłyszawszy
kilka urwanych słów, łacno się domyśliła, iż gość proponował jej
panu, aby przedał mu jednego z niewolników. Wychodząc z pokoju wraz ze swoim Henrysiem, miała
wielką ochotę podsłuchać dalszą rozmowę, ale pani ją zawołała, -
musiała więc odejść. Zdawało jej się jednak, że handlarz chce kupić jej
syna... Głos matki nie myli nigdy! Serce jej biło gwałtownie i
mimowoli przycisnęła tak silnie syna do swej piersi, iż chłopak z
zadziwieniem spojrzał jej w oczy. - Elżbieto, co ci jest? - zagadnęła pani Szelby,
spostrzegłszy, jak w jednej chwili jej garderobiana przewróciła
dzbanek z wodą, krosienka, i zamiast jedwabnej sukni, którą kazała
sobie podać, przyniosła jej peniuar. Elżbieta zadrżała. - Ach pani!... - wymówiła głosem niepewnym;
wzniosła oczy ku niebu, zalała się łzami i padła na krzesło. - Elżbieto, co ci się stało? - Ach pani, dobra moja pani! - zawołała młoda
kobieta. - W jadalnym pokoju był handlarz... rozmawiał z naszym
panem... słyszałam, jak rozmawiał. - No i cóż? Przypuśćmy, że tak było, cóż to
ciebie, nierozsądna, może obchodzić? - Ach pani! czy pani wierzysz w to, że pan się
zgodzi na sprzedaż mojego Henrysia? I biedna kobieta z konwulsyjnym płaczem upadła
znowu na krzesło. - Sprzedać Henrysia?... Skąd ci przyszła do głowy
taka niedorzeczna myśl! Przecież wiesz doskonale, że twój pan nie
ma stosunków z handlarzami południowych prowincyj i nigdy nie
sprzedaje swoich niewolników, skoro się dobrze zachowują. A oprócz
tego, któżby chciał kupić twojego Henrysia? Czyż tobie się zdaje,
że cały świat patrzy nań twojemi oczami... No, dosyć już tego,
otrzyj łzy i zapnij mi suknię. Dobrze! teraz uczesz mi włosy, tak,
jak cię nauczono onegdaj, i nigdy nie podsłuchuj pode drzwiami. - Nigdy, moja dobra pani!... ale... pani się nigdy
na to nie zgodzisz?... - Cóż za dziwactwo! Rozumie się, że nie! I pocóż
mię pytasz o to? Przecież nie mogę zgodzić się, aby sprzedano
drobne dziecię? Ale doprawdy, Elżbieto, tyś zanadto dumna na swego
syna... Byle kto zjawi się w naszym domu, już ci się zdaje, że
przyszli po twego chłopca. Odpowiedź ta uspokoiła Elżbietę zupełnie.
Zręcznie, żwawo ubrała swą panią i w końcu sama zaczęła się śmiać
ze swojej trwogi. Pani Szelby była kobietą inteligentną, szlachetną
i wykształconą. Do wspaniałomyślności i szlachetności, wyłącznej
cechy większej części kobiet w Kentucky, łączyła zasady surowej
moralności i zasady uczuć religijnych, przewodniczących jej we
wszystkich chwilach życia. Mąż jej, człowiek nie nazbyt religijny,
umiał jednakże szanować jej przekonania, uchylał nawet czoła przed
jej zasadami. Zajmowała się wyłącznie polepszeniem bytu niewolników
i ich wychowaniu, - była prawdziwą ich opiekunką. Pan Szelby nie
zajmował się tem wcale; pozostawił żonie swej zupełną wolność
działania. Chociaż nie bardzo wierzył w nagrodę za dobre uczynki,
wyobrażał sobie jednak, że cnoty żony i jemu niebo zdobędą; pojęcie
takowe czyniło go wolnym od wszelkich obowiązków. Po rozmowie z handlarzem, pan Szelby czuł jakiś
ciężar na sercu: trzeba było opowiedzieć swe projekta żonie, a tu
właśnie bardzo słusznie spodziewał się natrafić na opór. Pani Szelby, ufając mężowi i nie wiedząc o złym
stanie jego interesów, z całą pewnością przekonywała Elżbietę o
bezzasadności jej obaw. Zajęta przygotowaniem do wizyt wieczornych,
zapomniała zupełnie o tem, co przed chwilą zaszło.