ANEGDOTA 1
Strzebor i Gruba Bolemira
Jesienią
Pewnego jesiennego dnia Gruba Bolemira zjawiła się w grodzisku. Przeszła Dużą Bramą majestatycznie niczym sam kasztelan. Przypominała go zresztą z tuszy i słusznego wzrostu. Stanęła pośrodku majdanu i zakasała długą czarną spódnicę tak, że Strzebor widział jej kostki. Były pokaźne, jak cała ona. Zdecydowanie grubsze niż jego własne niezbyt potężnej budowy ręce.
Matka pocieszała go zawsze, że jest jeszcze młody i ma czas zmężnieć. Strzebor wiedział jednak, że Dobrowoja tylko chce go uspokoić. Nie był dobrym materiałem na wojaka. Jego ramiona i nogi zawsze będą wątłe.
Miejscowy wołchw, Lubgost, powiedział kiedyś Strzeborowi, że każdy ma jakąś rolę do odegrania. Chłopak słuchał, jak szaman przekonywał, że nie trzeba na siłę próbować stać się kimś innym. Twoja własna rola jest zbyt ważna, żeby pchać się w cudze buty. Dlatego Strzebor nigdy nie patrzył z zazdrością na obwieszonych bronią Wartowników, którzy pilnowali ich grodziska.
- Szukam męża - oznajmiła Gruba Bolemira głośno i wyraźnie.
Jej słowa wywołały gromki śmiech. Na majdanie zebrało się akurat sporo mieszkańców, bo trwały przygotowania do zimy. Kto wie, może karczmarka właśnie czekała na moment, kiedy wszyscy tu się zjawią. Wyglądało bowiem na to, że jest zadowolona z zainteresowania, jakie wywołała. Nawet jeśli przy okazji stała się obiektem kpin.
- Dopiero coś jednego pochowała - krzyknął ktoś.
To była prawda. Karczmarka pochowała już kilku mężów. Ostatnio Radosza, brata kasztelana. Niektórzy złośliwcy nazywali ją więc po cichu żmijową wdową, bo jakby wysyłała swoich oblubieńców prosto do bram zaświatów do ich strażnika, żmija. Oczywiście nikt nigdy tak o niej nie powiedział głośno. Ludzie za bardzo się bali. Bolemira może i była staruszką, ale z gatunku niebezpiecznych.
- Szukam męża - powtórzyła karczmarka zupełnie niezrażona.
Rozglądała się wokoło. Ciężki pęk kluczy od gospody pobrzękiwał przy jej pasie, kiedy ruszyła między tłum. Strzebor nie mógł oprzeć się wrażeniu, że Bolemira szuka kogoś konkretnego. Kobiety śmiały się coraz głośniej, mężczyźni odwracali wzrok, jakby bali się napotkać spojrzenie Bolemiry. Tymczasem ludzi zbierało się coraz więcej. Wylegali z chat zachęceni chichotami i krzykami. Spodziewali się jakiegoś widowiska.
- Dlaczego nie poprosisz swata? - zawołał ktoś złośliwie. - Może tak będzie łatwiej. Zwłaszcza w twoim wieku.
Majdan wypełnił się chichotami. Faktycznie Bolemira miała już swoje lata. Strzebor nie był pewien ile, ale jej włosy zrobiły się siwe, a pucułowatą twarz poorała sieć zmarszczek. Oczy za to miała młode i bystre.
Spojrzała prosto na niego.
- Swata to sobie w rzyć wsadźcie - rzuciła i ruszyła w jego stronę.
Strzebor przestał heblować kłodę.
- Tyś jest Strzebor? Syn Dobrowoi i Unirada?
Chłopak dobrą chwilę stał bez ruchu, zanim zorientował się, że przestał oddychać.
- Jam to - wydusił. - Ale...
- Dobrze, że cię znalazłam tak szybko. Wolę nie opuszczać gospody, jeśli nie muszę. Zaślubiny odbędą się za dwa dni.
Na majdanie znów rozległy się rechoty. Szczególnie głośno śmiali się młodzi mężczyźni. Odetchnęli chyba z ulgą, że ich już to nie dotyczy.
- Wara od mojego syna, żmijowa wdowo - syknęła Dobrowoja, wychodząc na środek majdanu. - Gdzie indziej szukaj ożenku.
Oparła się o dzwon alarmowy, jakby spiż miał dodać jej siły. Nie to, żeby jako matka potrzebowała jej więcej. Zawsze była mocarna. Nie chodziło o tężyznę fizyczną, choć nawet i w tym górowała nad Strzeborem. Najbardziej liczyła się jednak jej psychika. Jeżeli w coś wierzyła, nigdy nie odpuszczała ani się nie naginała do ogółu. Miała swoje zasady i nie bała się przeciwstawić.
Tak było, kiedy znalazła w lesie porzuconego chłopca i przygarnęła jako swojego syna. Strzebor uznał Niemoja za brata, ale reszta grodziska nazywała chłopca odmieńcem. Tylko dlatego, że jego pochodzenie nie było znane, a on sam był chromy. Niemoj nie odstępował nowej matki na krok. Nawet teraz trzymał się jej sukienki.
- Cóż - odparła Bolemira. - Z tym się kłócić nie będę. Strzebor jest twoim synem i rozumiem, że nie chcesz go oddać. Ale wkrótce będzie moim mężem.
Mężczyźni wokoło gruchnęli śmiechem. Atmosfera najwyraźniej się rozluźniła. Może mieli nadzieję, że dwie kobiety skoczą sobie do oczu. A może bawiło ich, że kłóciły się akurat o cherlawego młodzieńca, z którym nikt nie wiązał większych nadziei; zwłaszcza po tym, jak jego ojciec utopił się podczas połowów. Unirad prawdopodobnie był teraz jednym z utopców, które ustawicznie nękały ich grodzisko. Strzebor zaś stracił męski wzór, choć trudno byłoby stwierdzić, że ojciec kiedykolwiek był wzorem. Dobrowoja mogła go więcej nauczyć męskich obowiązków niż Unirad. On najczęściej skupiał się na opróżnianiu kufla z piwem lub miodem. Do tego nie trzeba było zbyt wielkiej praktyki ani umiejętności.
- Chyba śnisz! - zawołała Dobrowoja. - Nie pozwolę, żebyś zabiła też mojego syna.
- Strzeborze, nasze zaślubiny będą za dwa dni - oznajmiła Gruba Bolemira, nie wdając się w dyskusję z jego matką. - Przyjdź pod chatę wołchwa. Tam się odbędą. Bofałowi nie ufam.
Strzebor rozejrzał się trwożnie, ale żercy akurat nie było na majdanie. Choć przecież ktoś mógł kapłanowi donieść, co tu powiedziano.
- Ale... - wyjąkał chłopak.
Karczmarka nie zareagowała. Odwróciła się na pięcie i bez słowa ruszyła do Dużej Bramy. Opuściła grodzisko równie dumna, jak do niego wchodziła. Śmiechy zdawały się spływać po niej jak woda po kaczce. Strzebor obserwował, jak wskakuje na wóz i kieruje się w stronę gospody przy akompaniamencie rżenia jej upartego konia.
- Natychmiast chodź ze mną - zarządziła Dobrowoja, ciągnąc Strzebora do chaty.
Jej słowa wywołały jeszcze więcej śmiechów. Bądź co bądź był przecież dorosłym mężczyzną, i to jedynym w rodzinie. Nie godziło się, żeby Dobrowoja tak go traktowała. Nawet jeśli była jego matką. Strzebor nie chciał jednak robić jej przykrości przy ludziach. Zresztą spójrzmy prawdzie w oczy, i tak by nie umiał.
- Mamo, no coś ty? - powiedział tylko, kiedy już znaleźli się w chacie.
- Trzymaj się z dala od Grubej Bolemiry. Z nią jest coś nie tak. Żadna kobieta nie chowa tylu mężów. A jeżeli chowa, to znaczy, że ich zabiła.
- Mamo, przesadzasz. Sama pochowałaś tatę.
To nie była prawda. Ciała Unirada nie udało się odzyskać, więc nie można było go pochować ani odprawić pożegnania. A to oznaczało jedno: jego dusza nie zazna spokoju. Było więcej niż pewne, że dołączył do pozostałych demonów w Straszynie.
Można było z tego powodu lamentować, ale co by to zmieniło? Strzebor codziennie składał dary Perunowi i Welesowi, żeby uwolnili duszę jego ojca. Lubgost kiedyś go na tym przyłapał i ofuknął, że nie oni się tym zajmują. Nie chciał jednak rzec nic więcej. W głosie wołchwa było jednak tyle pewności, że Strzebor przestał prosić dwóch głównych bogów o pomoc. Niezbyt wiedział, do których się zwrócić, zaprzestał więc starań. Musiał zaakceptować fakt, że ma ojca demona. Za życia Unirad nie był lepszy, więc niewiele to w gruncie rzeczy zmieniało.
- Nie widzisz, że Bolemira jest niebezpieczna? Jak wiesz, bywa tak, że wdowa ponownie kogoś poślubia. Może nawet zdarzyć się, że pochowa następnego męża. Na przykład jeśli ten jest wojownikiem i zginie w boju. A tu? Wszyscy zmarli w gospodzie. Wszyscy otruci potrawką z grzybów. I to potrawką, którą ona tak często przygotowuje. Uważasz, że to przypadek?
Strzebor nie odpowiedział. Musiał przyznać, że to niepokojący zbieg okoliczności. Jeśli zamieszka w gospodzie, na pewno nie tknie żadnych grzybów, przebiegło mu przez myśl. Zaraz zganił się jednak, że w ogóle to rozważa. Bolemira mogła być matką jego matki. Powinien szukać dziewczyny w swoim wieku, żeby stworzyć rodzinę. Ale która zechciałaby takiego męża jak on? Westchnął.
- Ona ich otruła - ciągnęła zdenerwowana Dobrowoja. - A teraz zjawiła się tu i szukała ciebie. Dlaczego właśnie ciebie?
Na to Strzebor nie umiał odpowiedzieć. To też było dziwne, musiał przyznać. Przecież on i Gruba Bolemira znali się tylko z widzenia, jak wszyscy w grodzisku i okolicach. Strzebor chadzał czasem do gospody, kiedy zjawiał się tam Pomir. Uwielbiał słuchać opowieści wędrownego bajarza. Z samą Bolemirą nie miał absolutnie nic wspólnego. Dlaczego przyszła właśnie po niego?
- Trzymaj się od niej z daleka - rozkazała raz jeszcze Dobrowoja. - Nie pójdziesz na żadne zaślubiny. Niech ona o tym nawet nie śni.
- A może to nie jest zły pomysł? - rzucił Strzebor ostrożnie. - Nie mam zbyt wielkiej szansy na ożenek. Nie nadaję się do wojaczki ani do pracy w polu.
- O czym ty mówisz, synku? Rozmawiałam już ze swatem. On upatrzył dziewczynę dla ciebie. Będziesz miał żonę. A teraz wracaj do roboty.
Strzebor przez resztę dnia przygotowywał kłody na rozbudowę ich chaty. To była wyjątkowo męcząca praca. Ręce drżały mu z wysiłku. Pracując, nie mógł przestać myśleć o tym, co zdarzyło się wcześniej na majdanie. I o pewnym siebie spojrzeniu Grubej Bolemiry. Karczmarka była przekonana, że zostaną małżeństwem.
Strzebor czuł, że ta jej pewność siebie go przyciąga. Wspomniała, że to Lubgost, a nie Bofał dokona zaślubin. Może powinien choć porozmawiać z wołchwem i zapytać go o zdanie. Lubgost widział przecież i przeszłość, i przyszłość. Może będzie wiedział, o co w tym wszystkim chodzi.
Strzebor wyszedł Małą Bramą, mimo że z reguły jej unikał. Prowadziła na przystań nad jeziorem Straszyn, a to nie było bezpieczne miejsce. Utopce czatowały nawet na płyciźnie. Strzebor na wszelki wypadek nie chadzał więc nad jezioro. Nie miał zaufania do ojca. Czy to jako człowiek, czy demon, Unirad był draniem, który równie dobrze mógł zapolować na własnego syna. Tym razem Strzebor nie chciał jednak wychodzić Dużą Bramą, jak zazwyczaj. Matka szyła razem z innymi kobietami obok. Mogłaby go zobaczyć. Musiał więc zaryzykować i wyjść od strony jeziora.
Chata Lubgosta znajdowała się za ostrokołem otaczającym grodzisko. Domostwo wołchwa było niewielkie. Z daleka sprawiało wrażenie opuszczonego. Dach zdawał się zapadać, a ściany chylić ku sobie. Całość pokryta była mchem, jakby w ten sposób stapiało się z okolicznym lasem i szuwarami. Strzebor wiedział jednak, że to wszystko pozory. W środku dom był przestronny. Niechybnie dzięki magii.
Strzebor zastukał do drzwi. Nie było odpowiedzi. To go wcale nie zdziwiło, bo wołchw często wędrował po okolicy i tak naprawdę trzeba było mieć szczęście, żeby na niego trafić w chacie. Już łatwiej było pójść do lasu i poszukać go pomiędzy drzewami. Najlepiej było iść za wyciem wilków. Starzec z reguły był nimi otoczony, choć innych ludzi unikały. Nosił na głowie czapę z wilczej głowy, a na plecach pelerynę z wilczej skóry. Często przykucał przy ziemi. Przypominał wtedy jednego z członków watahy. Może dlatego go akceptowały.
- Wiedziałam, że tu dziś przyjdziesz.
Strzebor odwrócił się. To powiedziała Gruba Bolemira. Co ona tu robiła? Pewien był, że wróciła do gospody. Poza tym powiedziała, że zaślubiny odbędą się za dwa dni.
- Ciekawski jesteś, chłopcze, prawda?
- Ja... - zaczął.
Zaraz jednak zamilkł i tylko kiwnął głową. Dobrowoja niemal codziennie ganiła go za to, że ciekawość często każe mu robić rzeczy, na które lepiej było nie tracić czasu. W sirzpieniu5 na przykład siedział pod jabłonią i rozmyślał o spadaniu owoców na ziemię. Dlaczego tak się działo? Eksperymentował potem trochę z innymi przedmiotami. Dobrowoja kręciła tylko głową i pędziła go do pracy.
- Zrobimy to dziś - zarządziła karczmarka. - Teraz.
- Ale... - szepnął Strzebor.
Już wyobrażał sobie, co powie na to matka. Dobrowoja była typem wojowniczki. Jej gniew mógł być straszny.
- Nie chcesz? - zapytała Bolemira.
Teraz mówiła delikatnym tonem. Niemal czułym. Strzebor czuł, że powinien wziąć ją za żonę. Nie rozumiał dlaczego, ale to wydawało się naturalną koleją rzeczy.
- To jak?
Chłopak rozejrzał się wokoło, jakby las mógł potwierdzić, że robi dobrze. Wiatr nie wiał. Rzeka nie pluskała. Świat ucichł i chyba czekał na jego odpowiedź.
- Dobrze - szepnął w końcu. - Zróbmy tak.
Wtedy świat ruszył. Strzebor miał poczucie, że z westchnieniem ulgi. Wiedział już, że robi dobrze. Z jakiegoś powodu tak właśnie miało być. Kto tam wie, co Rod i rodzanice dla niego szykowali. Niechaj będą zaślubiny.
DROGOWSKAZ: Wiesz już, jak Strzebor został mężem Grubej Bolemiry. Wróć do Gawędy 1 i czytaj dalej.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
5 Sirzpień - dawna nazwa sierpnia.