Rozdział 1 Dominick
Najnudniejsza w tej pracy była papierologia. Moje biurko zawalone raportami przypominało pobojowisko. Chaos, w którym się odnajdywałem. Po prawej stronie w stercie leżały zdjęcia wykonane przez techników. Po lewej stronie zeznania świadków spisane przez Dave'a. Pomiędzy nimi stał mój laptop, gdzie próbowałem poskładać do kupy te wszystkie dane. Spojrzałem na zegarek - dochodziła osiemnasta. Odchyliłem się na krześle i oparłem dłonie na zagłówku. Westchnąłem zmęczony. Ostatnia sprawa ciągnęła się już od kilku tygodni, a Albert ciągle naciskał, żeby dać mu konkrety. Wciąż szukałem tego jednego drobnego elementu, który spiąłby wszystko w całość. Pochyliłem się nad ekranem.
Zamordowana Mia Gert. Pierwszym podejrzanym był mąż, jak zawsze w takich sprawach, ale miał niepodważalne alibi. Widziało go ze trzydzieści osób podczas firmowego spotkania. Denatka nie miała wrogów. Sąsiedzi uważali ją za cichą, uczynną i spokojną. Prawdziwy wzór cnót. Jednak nie do końca, skoro ktoś zadał jej piętnaście ciosów nożem kuchennym. Nie był to napad na tle rabunkowym, bo z domu nic nie zniknęło. Co ukrywałaś, Mia? Zadawałem sobie to pytanie niemal na okrągło. Ta sprawa uwierała jak wrzód na dupie. Denatka była żoną znanego biznesmena, więc dla prasy to świetny pretekst, żeby codziennie napisać coś o naszej nieudolności. To mocno wkurzało Alberta. Cały czas naciskał, żeby dać mu konkrety i zamknąć gębę Sarze Higgins. Sama siebie określała mianem dziennikarki śledczej i dzięki niej opinia publiczna chętnie nas krytykowała. Gdyby krytyka była konstruktywna, może jakoś bym to przełknął.
- Dave, chodź tu - krzyknąłem do mojego partnera.
- Co jest? - Wszedł do pokoju. - Masz, wziąłem też dla ciebie. - Wręczył mi kanapkę.
- Dzięki, to śmieciowe żarcie w biegu w końcu nas wykończy - powiedziałem, kręcąc głową. - Dobra, mniejsza z tym, chcę jeszcze raz odtworzyć ostatnie godziny życia Mii Gert.
- Znowu? - Usiadł za swoim biurkiem i przyjrzał mi się uważnie. - Już to wałkowaliśmy kilka razy, nie ma mowy, żebyśmy coś pominęli.
- Coś musi być - upierałem się. - Okej, zróbmy to ostatni raz, a potem odpuścimy. Ja będę mówił, ty słuchaj uważnie i uzupełniaj, jeśli coś pominę.
Potwierdził skinieniem głowy. Otworzyłem odpowiedni plik w komputerze.
- O dziesiątej zjawiła się na zajęciach z jogi w parku oddalonym od jej domu o około dwadzieścia minut jazdy. Sąsiadka, pani Blarson, potwierdziła, że widziała ją po dziewiątej wsiadającą do samochodu. Przywitały się i chwilę porozmawiały o festynie, którego Mia Gert była współorganizatorką. Potem omówiły plany na wieczór. Mia twierdziła, że zamierza spędzić go sama, że z nikim się nie umawiała. Pani Blarson zaprosiła ją do siebie, ale odmówiła. Sąsiadka zeznała, że według niej, kiedy się żegnały, Mia była podekscytowana.
- Nienaturalnie - wtrącił Dave.
- Co? - Nie wiedziałem, o co mu chodzi.
- Dosłownie powiedziała: "nienaturalnie podekscytowana". - Wskazał palcem na moje biurko, gdzie leżała sterta spisanych zeznań. - Serio, kiedyś będę musiał cię odkopywać spod tej góry papierów.
W odpowiedzi pokazałem mu środkowy palec. Chwilę zajęło mi dogrzebanie się do ręcznie spisanego zeznania.
- Cholera, masz rację. Dlaczego nie przepisałem tego do pliku? - wkurzyłem się.
- Nie wiem, ale kontynuuj, to może nie mieć znaczenia, ta Blarson to jakaś stara wariatka, która cały dzień ogląda meksykańskie telenowele. - Popukał się w czoło.
- Chyba nie chcę wiedzieć, skąd masz tę informację. Dobra, jedziemy dalej. W parku ćwiczyła około półtorej godziny z koleżankami, z którymi umówiła się na następny dzień na lunch. Około dwunastej trzydzieści zjadła coś w restauracji hotelowej u Clare Harris. Clare zeznała, że Mia była sama i zamówiła dość solidne danie jak na nią. Denatka przynajmniej dwa razy w tygodniu jadała w tym miejscu. Około piętnastej zrobiła zakupy w markecie w okolicy swojego domu. Została zamordowana około siedemnastej trzydzieści w kuchni. Następnego dnia znalazł ją mąż, który wrócił z wyjazdu służbowego. To wszystko. - Odchyliłem się na krześle.
- Na nożu są tylko odciski palców Mii Gert. Brak jakichkolwiek śladów biologicznych, poza tymi należącymi do niej i męża. Szkoda, że sukinsyn ma takie niepodważalne alibi, wtedy byłoby dużo prościej - westchnął Dave.
- Rzeczywiście - parsknąłem. - Rzućmy jeszcze raz okiem na zdjęcia techników.
Dave wziął do rąk swoje kopie i zaczął się im uważnie przyglądać. Wyciągnąłem z szuflady biurka lupę i pochyliłem się nad pierwszą fotografią.
- Nie, no bez jaj, znowu bawisz się w Sherlocka? - roześmiał się.
- Śmiej się, śmiej, tradycyjne metody są najlepsze - broniłem twardo swojego stanowiska w tej kwestii. - Przypominam ci, że dotąd mnie nie zawiodły - powiedziałem spokojnie.
- Kiedyś musi być ten pierwszy raz - mruknął pod nosem, nie przestając się uśmiechać.
Zignorowałem go i skupiłem się na pracy. Włączyłem lampkę i nakierowałem światło na zdjęcie. Przyłożyłem lupę i przeglądałem je od lewej do prawej, centymetr po centymetrze. Główny plan fotografii mnie nie interesował, chodziło o tło. Coś, co pozornie nie miało znaczenia, ale tam musiało kryć się rozwiązanie sprawy. Czułem to. Po mniej więcej trzydziestu minutach w okolicy żołądka doznałem znajomego ucisku ekscytacji. Przyjrzałem się jeszcze raz, żeby się upewnić. Jest!
- I co, cwaniaczku, ten się śmieje, kto się śmieje ostatni - powiedziałem niezwykle z siebie zadowolony.
- Oho, to znaczy, że wielki Dominick Aven na coś trafił. - Dave wstał od swojego biurka i podszedł do mnie.
- Spójrz tutaj. - Wskazałem palcem konkretne miejsce na zdjęciu zrobionym w kuchni.
- Szafki, co z nimi? - zapytał.
- Konkretnie to na nich, dwa puste talerze i dwa kieliszki.
- Pewnie szykowała kolację. - Dave machnął ręką.
- Czasami wątpię w twoją inteligencję, Dave, skup się - powiedziałem. - Skoro jej mąż wyjechał, a według sąsiadki miała być sama, to dla kogo to drugie nakrycie? Dla mordercy? Kogoś, kogo znała? W dodatku była nienaturalnie podekscytowana tą perspektywą, a więc obstawiam mężczyznę. - Uderzyłem otwartą dłonią w blat biurka.
- Kochanek?
- Tak sądzę - odparłem.
- No, no, kto by pomyślał, potulna żona biznesmena. Jest tylko jeden problem, geniuszu, nadal nie wiemy, kto to i gdzie go szukać. - Rozłożył ręce.
- Spokojnie, do tego jeszcze dojdziemy - powiedziałem pewny swego, chociaż za cholerę nie wiedziałem, gdzie mógłbym znaleźć właściwy trop.
Mia Gert naprawdę uchodziła za wzór cnót, a jej mąż uważał, że była idealną żoną. No cóż, kobiety do mistrzostwa opanowały umiejętność robienia kilku rzeczy naraz, więc wcale mnie nie dziwi, że denatka prowadziła podwójne życie. To się jej mąż zdziwi. Najpierw zaprzeczy, naturalna reakcja, ale później zacznie się nad tym zastanawiać. Analizować ostatnie dni, miesiące, a może nawet lata. Do jego świadomości zaczną przebijać się te drobne sytuacje, w których był podejrzliwy. Ale kochana Mia umiejętnie nim manipulowała i szybko o nich zapominał. Poczuje się jak głupiec? Na pewno. Wkurzy się, bo nie będzie już miał okazji z nią o tym porozmawiać? Zdecydowanie. Czy przemawiała przeze mnie gorycz własnych doświadczeń? Owszem.
- Nie uwierzycie - do naszego pokoju wpadła zdyszana Doris Tarry - jakiś młody zapłakany gość przyszedł na posterunek i powiedział, że ma informacje na temat śmierci Mii Gert, ale będzie rozmawiał tylko z detektywami prowadzącymi śledztwo. Wrzuciłam go do dwójki.
Nie dała nam nawet czasu na reakcję, tylko od razu wróciła do swojego biura.
Spojrzałem na Dave'a triumfalnie.
- Myślisz? Eee nie, to by było zbyt proste - powiedział.
- Chodźmy i się przekonajmy. - Wskazałem ręką drzwi.
***
- Bo widzisz, mój drogi przyjacielu, w tej pracy liczą się nie tylko umiejętności i intuicja, lecz także szczęście - powiedziałem do Dave'a przy drugim piwie w barze u Chrisa.
Spędzaliśmy tu co najmniej kilka wieczorów w tygodniu. Przede wszystkim ze względu na całkiem przyzwoite żarcie. Kiedyś było inaczej, ale Chris poszedł po rozum do głowy i zatrudnił kucharza z prawdziwego zdarzenia. Lokal miał na tyle spore rozmiary, by rozmieścić boksy zapewniające prywatność. W ich środku znajdowały się skórzane kanapy i stoliki. Na zewnętrznych ściankach każdego boksu przyczepione były małe lampki, dające ciepłe światło. Kiedy ktoś zajmował dane miejsce, zapalał je. Późną porą, zwłaszcza po wypiciu paru piw, przypominało mi to zawieszone w powietrzu świetliki. Kilka miesięcy temu, pod jedną ze ścian, Chris postawił scenę, na której odbywały się koncerty młodych obiecujących zespołów. Tak przynajmniej twierdził. Dla mnie to były dzieciaki dorabiające sobie do kieszonkowego, choć trzeba przyznać, że zazwyczaj utalentowane i przyjemnie słuchało się ich występów. Najbardziej lubiłem siedzieć przy starym drewnianym barze z widokiem na podświetloną półkę z dostępnymi alkoholami i przekąskami. Nad nim w pochyłej pozycji wisiały duże lustra, w których odbijało się całe wnętrze. Dzięki temu miałem możliwość swobodnej obserwacji. Przydawało się to zwłaszcza wtedy, kiedy potrzebowałem jakiejś chętnej, ale nie zdesperowanej kobiety.
- Zmuszony jestem przyznać ci rację. - Dave uniósł swój napój na znak toastu.
- Przez chwilę nawet było mi go trochę żal, zasmarkany i zaczerwieniony wyglądał jak baba. No cóż, w końcu będziemy mogli zamknąć sprawę i ta jędza przestanie o nas pisać - powiedziałem, odstawiając pusty kufel na blat. - Jeszcze jedno, Chris! - krzyknąłem do barmana.
- O wilku mowa - mruknął niezadowolony Dave i kiwnął głową w kierunku wejścia.
Spojrzałem i dobry nastrój mnie opuścił. Stała w drzwiach i przez chwilę rozglądała się dookoła, jakby skanowała otoczenie. Kiedy zauważyła mnie i Dave'a przy barze, uśmiechnęła się, uniosła wyżej podbródek i ruszyła pewnym krokiem w naszą stronę.
- Idę do kibla. - Mój przyjaciel postanowił się ewakuować.
- Słuszna decyzja - zdążyłem mruknąć.
- Mogę się przysiąść? - Rozległ się słodki głosik nad moim uchem. Nie czekając na pozwolenie, zajęła wolny stołek, stuknęła ręką w blat i zażądała: - Chris, kieliszek białego!
- Już się robi.
Atmosfera zgęstniała. Przebywanie z tą jędzą na tak małej przestrzeni powodowało u mnie dziwne odruchy. Między nami było wyraźne napięcie. Nie lubiłem jej, ona mnie też. Głównie dlatego, że pisząc te swoje paszkwile, nie zostawiała na mnie suchej nitki. Jak mnie określiła ostatnim razem? Ach, tak - "nieudolny pawian z pozwoleniem na broń".
- Nie obawia się pani, że taka małpa jak ja przez przypadek na przykład... nie wiem... wyleje na panią wino? - zapytałem kąśliwie.
- Jest ryzyko, jest zabawa, panie detektywie - roześmiała się. - A więc czyta pan moje artykuły? - Była w doskonałym humorze.
Chris podszedł i postawił przed nami nasze zamówienia.
- Hej, ja zamawiałem wcześniej piwo! - wkurzyłem się.
- Wybacz, stary, ale mam tu dzisiaj niezły młyn, poza tym nie wypada, żeby urocza Sara czekała dłużej od ciebie. - Mrugnął do niej okiem i poszedł na zaplecze.
Daję słowo, że jędza skromnie spuściła wzrok i się zarumieniła. Parsknąłem zdegustowany i wziąłem łyk zimnego budweisera. Gdzie jest Dave? Chyba utknął tam na dobre albo postanowił uciec drugim wyjściem. Nie miałem mu tego za złe. Zareagował szybciej niż ja.
- A więc? - zwróciła się do mnie Sara.
- A więc co? - zapytałem.
- Czyta pan moje artykuły, detektywie?
- A jest ktoś, kto nie czyta? - Odbiłem piłeczkę.
- Rozmowa z panem to czysta przyjemność. - Wzięła kieliszek wina, upiła łyk i oblizała usta, nie spuszczając ze mnie wzroku.
Jedno musiałem przyznać, opakowanie było przyjemne dla oka. Słodka blondynka z kocimi zielonymi oczami, zaokrąglona tam, gdzie trzeba. Według mnie. Ale wnętrze... aż się wzdrygnąłem. Potrafiła być naprawdę wredna.
- Zimno panu? - W jej głosie pobrzmiewała fałszywa troska.
- Przejdźmy do rzeczy, czego pani chce? - Nie zamierzałem bawić się z nią w kotka i myszkę.
Przez chwilę przyglądała mi się uważnie. Potrafiła robić to w taki sposób, że można się było poczuć nieswojo, jakby chciała przewiercić rozmówcę na wylot. Pewnie w ten sposób zdobywała te wszystkie informacje dla swojej gazety. No cóż, źle trafiła. Byłem gliną w drugim pokoleniu, niejedno już w swojej karierze widziałem. A poza tym potrafiłem, nie stosując przemocy fizycznej, wyciągać zeznania od najbardziej opornych świadków. Nie spuszczałem z niej wzroku.
- A więc dobrze. - Kiwnęła głową z uznaniem. - Czy może pan potwierdzić, że wczoraj na posterunek zgłosił się kochanek Mii Gert i przyznał się do morderstwa? - wypaliła, nie mrugnąwszy przy tym okiem.
Zastygłem. Macki tej jędzy sięgały naprawdę daleko. Skąd o tym wiedziała? Dopiero jutro prokurator ma przesłuchać podejrzanego i sprawa ruszy pełną parą. Chociaż nie mieliśmy wątpliwości, bo zeznania są wiarygodne i zawierają wiele szczegółów potwierdzających zażyłość zamordowanej z kochankiem. Ten idiota przyniósł nawet zdjęcia z ich schadzek. Poza tym przyznał się, że pod miastem zakopał zakrwawione rękawiczki. Znalezienie ich było banalnie proste. Niepodważalny dowód w sprawie i przy okazji klucz do więziennej celi.
- Przyjmuję pańską minę jako potwierdzenie - powiedziała niezwykle z siebie zadowolona.
- Nie komentuję spraw, które są w toku - odparłem. - Z kim pani sypia, żeby zdobyć informacje? - Chciałem zmazać z jej twarzy ten głupi uśmieszek.
- Niech pan nie będzie wulgarny. - Zacmokała z dezaprobatą. - Bądźmy kulturalni - poprosiła.
Przez chwilę poczułem się głupio. Fakt, moja uwaga była prostacka.
- Poza tym damy nie mówią o takich rzeczach. - Dopiła wino, zsunęła się z gracją ze stołka i wolnym krokiem, kołysząc biodrami, ruszyła w stronę wyjścia.
Czy ona zawsze musiała mieć ostatnie zdanie?, pomyślałem i złapałem się na tym, że gapiłem się na jej znikający za drzwiami tyłek.
Z zaplecza wyszedł Chris i z zatroskanym wyrazem twarzy stanął przede mną.
- Mógłbyś rzucić na coś okiem? - zapytał.
- Jasne - odparłem.
Podniósł klapę w barze i wskazał ręką na miejsce, z którego dopiero wyszedł. Ruszyłem za nim. Przeszedł przez zastawione kartonami pomieszczenie i otworzył szeroko drzwi prowadzące na niewielką parcelę, gdzie trzymał kubły na śmieci. Wyszedł na zewnątrz i po kilku krokach odwrócił się przodem do białej ściany.
- Wczoraj tego jeszcze nie było. Żyję z sąsiadami dobrze, mam wygłuszone ściany, żeby hałasy nikomu nie przeszkadzały, nie wiem, dlaczego ktoś to zrobił - powiedział bezradnie.
Czerwona farba wyraźnie odcinała się na tle bieli, układając się w pochyły, urwany wyraz Baal. Jakby ktoś, kto to zrobił, został zaskoczony i nie dokończył graffiti.
- Może dzieciaki się wygłupiały i zwiały, jak usłyszały jakiś hałas. Masz tu monitoring? - Rozejrzałem się dookoła.
- Nigdy nie było takiej potrzeby, mam kilka kamer z przodu, ale tutaj... - Urwał.
- Słuchaj, jak chcesz, to możesz jutro podejść na komendę i oficjalnie to zgłosić, ale uprzedzam cię, że będziesz musiał długo czekać, aż ktoś się tym zajmie. Wiesz, jak jest, akty wandalizmu to nie priorytet. - Rozłożyłem ręce.
- Może jednak Sara ma trochę racji? - powiedział zaczepnie.
- Odwal się - warknąłem. - Lepiej daj mi następne piwo!
- Co to w ogóle znaczy Baal? - zapytał Chris, kiedy wracaliśmy do środka.
- Nie wiem. - Wzruszyłem ramionami. - Może ktoś chciał napisać Baalanga albo coś w tym stylu.
Chris wrócił do pracy, a ja usiadłem na swoim miejscu. Spojrzałem w lustro nad barem i znalazłem to, czego dziś potrzebowałem. Świetnie.