CZĘŚĆ PIERWSZA
LOSY ŚWIATA
Stało się przerażająco oczywiste,że nasza technologia prześcignęłanasze człowieczeństwo.
ALBERT EINSTEIN
1
Kwatera główna CIA
Langley, stan Wirginia
Teraźniejszość
Dyrektorka Centralnej Agencji Wywiadowczej przestudiowała zdjęcie Charlie Thorne, po czym pozwoliła mu opaść na stół konferencyjny i zmierzyła agenta Dantego Garcię surowym spojrzeniem.
- Chyba żartujesz.
- Nie. - Głos Dantego był poważny.
- Przecież to dwunastoletnia dziewczynka! - oburzyła się dyrektor Carter.
- To nie jest zwykła dwunastolatka.
- Nie obchodzi mnie, czy umie latać - warknęła kobieta. - Mam buty, które są starsze od niej. Na szali ważą się losy ludzkości, a ty chcesz, żebym zaufała jakiejś smarkuli?
- W trudnych sytuacjach podejmuje się trudne decyzje - odpowiedział Dante.
- Trudne tak, ale nie szalone!
- Może właśnie powinniśmy zaszaleć. CIA od prawie siedemdziesięciu lat szuka Pandory za pomocą tych samych starych technik, które doprowadziły nas donikąd. A już na pewno nie sprawdziły się w Bernie.
Dante poczuł na sobie zimny wzrok dyrektor Carter i pomyślał, że przeszarżował. Ale chwilę później kobieta lekko skinęła głową, przyznała mu rację i odchyliła się do tyłu w fotelu. Musiała się zastanowić.
Dante wiedział, jak to jest, gdy jego przełożona pogrąża się w myślach, ale pierwszy raz był z nią sam na sam w takiej sytuacji. Przy poprzednich okazjach, jeszcze jako młodszy agent, miał tylko siedzieć z tyłu, obserwować i się nie odzywać. Długie przerwy, których Carter potrzebowała podczas spotkań do namysłu, obrosły w Agencji legendą. Dyrektorka potrafiła milczeć nawet dziesięć minut i oczekiwała w tym czasie całkowitej ciszy. Choć pozostali agenci w pokoju mogli czuć się niezręcznie, wszyscy otaczali ją ogromnym szacunkiem, niemal czcią, więc się z tym pogodzili.
Jamilla Carter była już po sześćdziesiątce. Co rzadkie w przypadku dyrektorów CIA, zawdzięczała stanowisko wyjątkowym zdolnościom wywiadowczym, a nie koneksjom politycznym. Miała przenikliwe piwne oczy, które wyróżniały się na tle jej ciemnej karnacji, i pracowała jako analityczka, nie agentka operacyjna - ale większość pracowników CIA stanowili analitycy, a Carter była jedną z najlepszych specjalistek.
Teraz też przeszła w tryb analizy. Wzięła do ręki przygotowaną przez Dantego teczkę Charlie Thorne i ją przekartkowała - prawdopodobnie po raz dwudziesty tego dnia.
Agent poczuł się nieswojo, kiedy na nią patrzył, więc pozwolił spojrzeniu powędrować za okno. Styczniowe niebo było zasnute szarymi chmurami. W powietrzu wirowały płatki śniegu. Nawet latem kwatera główna CIA sprawiała ponure wrażenie, a co dopiero w taki dzień. Cały kompleks wyglądał złowieszczo i niepokojąco.
Carter znów przeniosła wzrok z kartoteki na fotografię.
Charlotte Thorne, czyli Charlie, łączyła w sobie cechy różnych ras, przy czym żadna nie wybijała się na pierwszy plan. Za jakieś dziesięć lat byłby to jej ogromny atut. Mogłaby uchodzić za białą kobietę z silną opalenizną, czarną kobietę o stosunkowo jasnej karnacji, Latynoskę, Arabkę, Hinduskę, a nawet osobę o chińskich korzeniach. Z takim wyglądem można wmieszać się w tłum właściwie na całym świecie i udawać przedstawicielkę niemal każdej kultury (jeśli umie się mówić w danym języku).
Dante nie zaproponował jednak Charlie ze względu na wygląd, tylko inteligencję. Jej IQ nie mieściło się na skali. Wśród podwładnych dyrektor Carter były dziesiątki dyplomowanych geniuszy, ale nikt w CIA nie miał tak wysokiego IQ jak Charlie Thorne. Gdyby Dante nie przedstawił trzech niezależnych raportów od szanowanych psychologów, kobieta nie uwierzyłaby, że taki wynik w ogóle jest możliwy.
Kolejny raz przeleciała wzrokiem analizy psychologiczne. Przeczytała je już dwukrotnie. Za drugim razem czerwonym długopisem zaznaczała wyrazy lub zwroty, które wydały jej się ważne - z dobrych lub złych powodów. W końcu spojrzała na Dantego.
- Jest genialna - przerwała ciszę. - Muszę ci to przyznać.
- Jest ponadprzeciętnie genialna - poprawił ją Dante. - Posługuje się co najmniej dwunastoma językami, a rozumie jeszcze więcej. Została przyjęta na studia: zaawansowaną matematykę i fizykę teoretyczną. Ma pamięć fotograficzną...
- Nie ma czegoś takiego jak pamięć fotograficzna.
- No to coś maksymalnie do niej zbliżonego. Jej mózg działa inaczej niż nasze. Ona wie wszystko o wszystkim. Zna się na nauce, historii, sztuce... Na czym tylko chcesz.
- Być może. Ale to inne cechy jej osobowości bardziej mnie niepokoją. - Carter stuknęła palcem w stosik raportów, na których zrobiła notatki. - Zbuntowana. Uparta. Zarozumiała. Przejawiająca brak szacunku dla autorytetów.
- Wie pani, kto jeszcze był taki jako dziecko? - zapytał Dante. - Albert Einstein. A także Leonardo da Vinci, Izaak Newton, Karol Darwin, Benjamin Franklin i każdy inny geniusz, który wykraczał poza swój czas. Każda osoba obdarzona podobnym intelektem będzie sarkać na autorytety. Bo będzie od nich mądrzejsza.
Agent pochylił się nad stołem.
- CIA szuka Pandory od śmierci Einsteina. Bezskutecznie. Może potrzebujemy kogoś równie mądrego jak Einstein, żeby ją odnaleźć. A na ten moment naszą najlepszą kandydatką jest ona. - Energicznie popukał palcem w fotografię Charlie Thorne.
Carter znów spojrzała na zdjęcie, po czym uniosła wzrok na Dantego. Agent Garcia sam był obdarzony nieprzeciętnym umysłem. Dlatego w ogóle tu z nim siedziała i zastanawiała się nad jego odważnym pomysłem, choć miała tysiąc innych spraw na głowie. Na przykład posprzątanie po katastrofie w Bernie.
Choć Dante miał tylko dwadzieścia osiem lat, wielokrotnie dowiódł skuteczności w akcji i szybko piął się po szczeblach kariery. Tak jak Charlie Thorne miał mieszane pochodzenie i mógł uchodzić za przedstawiciela niemal wszystkich grup etnicznych, dzięki czemu służył na całym świecie.
- Brak szacunku panny Thorne wobec władzy jest chyba o wiele głębszy niż u Einsteina - stwierdziła dyrektor Carter. - O ile nam wiadomo, Einstein nigdy nie złamał prawa, a panna Thorne owszem. I to dość spektakularnie.
- Właśnie dlatego będzie dla nas pracować.
Carter uniosła brew.
- Chcesz skłonić ją do współpracy szantażem? To raczej nie sprawi, że uzna autorytet władzy.
- Dam sobie z nią radę.
Carter ostatni raz przejrzała akta Charlie Thorne. Rozważała wszelkie możliwe konsekwencje wtajemniczenia dziewczynki w sytuację. Oczywiście było to ryzykowne posunięcie. Istniało duże prawdopodobieństwo porażki. Tyle że, tak jak powiedział agent Garcia, znajdowali się w naprawdę trudnej sytuacji. Z informacji Carter wynikało, że Furie były coraz bliżej zdobycia Pandory, a CIA od siedemdziesięciu lat stała w miejscu.
- Nie dostaniesz oficjalnej aprobaty dla tej misji - powiedziała Carter. - Nie znajdzie się w ewidencji. Nie może być żadnego dowodu na to, że CIA zmusza dwunastoletnie dzieci do współpracy.
- Naturalnie. - Dante się uśmiechnął.
- To oznacza, że skład osobowy tej operacji będzie ograniczony do minimum. Dostaniesz do pomocy tylko jednego agenta.
Uśmiech zniknął z twarzy Dantego.
- Tylko jednego? Przecież to szaleństwo!
- A nie mówiłeś przed chwilą, że powinniśmy zaszaleć? Jeśli coś ci to da, możesz wybrać sobie dowolną osobę.
Dante nie zastanawiał się ani przez moment.
- Milana Moon.
Dyrektor Carter skinęła głową. Choć miała pod sobą tysiące agentów, wiedziała, kim jest Moon. To, że Dante tak szybko ją wskazał, tylko potwierdzało jego inteligencję.
- W porządku. Jeśli się zgodzi.
- Chyba będę w stanie ją przekonać.
- W takim razie skończyliśmy. - Carter poderwała się z fotela i popchnęła teczkę przez stół z powrotem do Dantego. - Zniszcz to. A potem znajdź mi Pandorę.
2
Góra Snowmass
Hrabstwo Pitkin, stan Kolorado
Dzień później
W tym roku jeszcze nikt nie zjechał z Deadman's Drop.
Po pierwsze, dlatego, że było to nielegalne. Urwisko znajdowało się poza obszarem ośrodka narciarskiego. Po drugie, bo trudno się tam dostać. Najpierw wjeżdża się wyciągiem Elk Camp na samą górę - 3452 metry nad poziomem morza - a resztę drogi trzeba pokonać piechotą. Wspiąć się na jeszcze jedno zbocze. Przedzierać przez śnieg. Z trudem łapać w płuca rozrzedzone powietrze i taszczyć na ramieniu narty lub snowboard, aż wreszcie dotrze się na początek trasy.
Ale tak naprawdę nikt nie zjechał jeszcze z Deadman's Drop, bo zgodnie z nazwą było to szalenie niebezpieczne. Urwisko jest kuluarem - stromym i wąskim wyżłobieniem o nachyleniu sześćdziesięciu stopni. Z obu stron otoczone skałami, może mieć maksymalnie dwa metry szerokości. Margines błędu jest tu niemal zerowy - a jeśli się pomylisz i złamiesz nogę albo zerwiesz przednie więzadło krzyżowe, nie masz co liczyć na patrol ratowników na nartach. Musisz się stamtąd samodzielnie wydostać. Nadal się nie boisz? To wyobraź sobie, że kuluar kończy się uskokiem. W pewnym momencie grunt po prostu się urywa i lecisz piętnaście metrów w dół na stok narciarski Grey Wolf. Skok z urwiska to jedyna droga wyjścia.
Nawet jeśli ci się uda i wylądujesz bez złamania nogi albo rozbicia głowy o skałę, najprawdopodobniej złapie cię patrol narciarski - bo będziesz już z powrotem na obszarze należącym do Snowmass - i do końca roku stracisz skipass za karę za jeżdżenie poza granicami ośrodka. Chyba że uda ci się wyprzedzić strażników, co jest mało prawdopodobne, bo wszyscy są niesamowicie wysportowani i spędzają na nartach jedną trzecią roku.
Ale Charlie Thorne i tak postanowiła zjechać z Deadman's Drop.
W tym momencie czuła czyste, niczym niezmącone szczęście. Dno żlebu wypełniał biały, nietknięty śnieg z ostatnich dwóch miesięcy, po którym gładko prześlizgiwały się jej narty. Dziewczynka mknęła w dół jak pocisk, co chwilę piszcząc z zachwytu. Nie poruszała się jeszcze z gracją dorosłej narciarki - przypominała raczej nosorożca na rolkach - ale miała wrodzony talent do sportu i brawurowo pruła do przodu z typową dla nastolatków niefrasobliwością. Długie ciemne włosy schowała pod kaskiem, a gogle zasłaniały jej zielone oczy, więc na stoku widziano tylko szeroki uśmiech, który według przyjaciół stanowił jej znak rozpoznawczy.
Była dwunasta w południe we wtorek. Charlie powinna teraz siedzieć i się uczyć. Konkretnie fizyki teoretycznej.
Z tym że w tym roku pojawiła się na zajęciach z fizyki teoretycznej jedynie raz, jeśli pominąć zaliczenia. Pierwszego dnia przyszła spóźniona, wysłuchała piętnastu minut wykładu doktora Fromera, po czym znudziła się i poszła pojeździć na rowerze. Naturalnie doktorowi to się nie spodobało. Dorzucił więc do jej ostatniego testu kilka dodatkowych zadań, których nie dostał żaden inny student - na tematy, których w ogóle nie było w podręczniku - tylko po to, żeby oblała i przy okazji nabrała pokory.
Charlie i tak zdała celująco. Nie wykorzystała nawet całego czasu przeznaczonego na test. Spokojnym krokiem weszła do sali i od niechcenia rozwiązała wszystkie zadania, jakby pisała pocztówkę z pozdrowieniami, podczas gdy wokół niej dziesięć lat starsi studenci i studentki, dla których fizyka teoretyczna była przedmiotem kierunkowym, z frustracji rwali sobie włosy z głów. Zajęło jej to tylko pół godziny i nie zadała sobie nawet trudu, by sprawdzić pracę. Ale najbardziej irytujące było to, że znalazła błąd doktora Fromera i zaznaczyła go na czerwono z komentarzem: "Niechlujna praca. Następnym razem proszę się bardziej postarać".
Na innych zajęciach Charlie działo się podobnie. W końcu dziewczynka nie przyjęła pełnego stypendium na Uniwersytecie Kolorado ze względu na naukę. Zrobiła to, by wyrwać się od rodziców, a przy okazji być blisko gór. Zasady stypendium nie określały, że ma uczęszczać na wybrane zajęcia, tylko je zaliczyć. Dlatego całymi dniami chodziła na piesze wycieczki, zwiedzała okolicę na rowerze albo jeździła na nartach z kolegami i koleżankami z roku, a na uczelnię przychodziła wyłącznie na zaliczenia.
Co prawda znalazła kilka przedmiotów, które ją zaciekawiły, ale wszystkie były fakultatywne i niepunktowane. Na przykład wspinaczka górska, kajakarstwo i samoobrona. Charlie nigdy się na nie nie spóźniała, bo były fajne.
Tak naprawdę jej jedyny problem stanowiło to, jak się dostać na szlaki turystyczne i do ośrodków narciarskich. Może i była geniuszką, ale wciąż nie miała prawa jazdy.
Na szczęście nie tylko ona wybrała Uniwersytet Kolorado ze względu na jego lokalizację. Zawsze znajdowała się spora grupka osób skłonnych opuścić kilka dni na uczelni, by przeżyć przygodę w górach.
Tak właśnie dotarła tutaj, do Snowmass, choć masyw był oddalony od kampusu o cztery godziny drogi. Kilka dziewczyn z jej roku entuzjastycznie podeszło do pomysłu urwania się z zajęć i zawiezienia Charlie w góry w zamian za darmowy nocleg w luksusowym domku tuż obok stoku. Dziewczynka utrzymywała, że budynek należy do jej wujka, choć tak naprawdę sama go wynajęła - po prostu nie miała ochoty tłumaczyć, jakim cudem dwunastolatkę stać na pobyt w miejscu kosztującym ponad tysiąc dolarów za noc.
Poza tym laski były spoko. Charlie już drugi raz wybrała się z nimi na wycieczkę. Wiele jej koleżanek i wielu kolegów z roku nie wiedziało, jak się przy niej zachować - w końcu mimo wieku była dziesięć razy inteligentniejsza od wszystkich dookoła. Albo traktowali ją z góry jak siedmioletnie dziecko, albo uważali za dziwoląga i obgadywali za plecami, przez co czuła się jak uciekinierka z cyrku. Ale te dziewczyny były fajne, sympatyczne, a do tego zbuntowane. To właśnie jedna z nich, Eva, pierwsza zaproponowała zjazd z Deadman's Drop.
Pewnie nie sądziła, że Charlie podejmie wyzwanie. Ale kiedy dziewczynka się zgodziła, Eva i pozostałe koleżanki nie miały wyjścia i musiały jej towarzyszyć. W końcu nie mogły pozwolić, żeby dwunastolatka okazała się odważniejsza od nich, prawda? Wszystkie wydawały się podekscytowane wizją zjazdu, kiedy przechodziły pod linami znaczącymi granicę ośrodka i wspinały się w kierunku urwiska, ale Charlie wyczuwała ich zdenerwowanie pod maską brawury. Pewnie żałowały, że Eva nie trzymała gęby na kłódkę.
Dla Charlie nie było to jednak nic wielkiego. Bezprawne wejście na czyjś teren? W ciągu dwunastu lat życia uszło jej na sucho o wiele więcej.
Znów zapiszczała z radości, pędząc przez kuluar.
Eva i pozostałe dziewczyny podążały za nią, ale o wiele ostrożniej. Widać było, że martwią się o swoje bezpieczeństwo - i o Charlie.
Dziewczynka błyskawicznie pokonała ciasny przesmyk skalny i jej oczom ukazała się krawędź urwiska. Wyglądało to tak, jakby ziemia przed nią po prostu się kończyła. Miejsce, gdzie urywała się pokrywa śnieżna, znaczyła ostra biała linia, za którą rozciągał się jedynie jasny błękit nieba.
W głowie Charlie natychmiast pojawiły się liczby.
Kąciki jej ust się uniosły. Pochyliła ciało do przodu i pomknęła w stronę krawędzi.
Jadące za nią Eva i pozostałe dziewczyny zahamowały wirażem, przestraszone widokiem urwiska - i tym, że Charlie zmierza prosto na nie.
Wszystkie wiedziały, że dziewczynka świetnie jeździ jak na swój wiek. Na uczelni krążyły plotki, że wychowała się gdzieś na wschodzie USA, w Vermont albo Maine, i od dziecka śmigała na nartach. Dziewczyny widziały już, z jaką łatwością pokonuje najtrudniejsze czarne trasy albo wykręca double cork na rampach w snowparku. Ale to było co innego. Deadman's Drop. Nawet najlepszy narciarz nie może przecież tak po prostu rzucić się z urwiska. Trzeba najpierw rozeznać się w sytuacji, podjechać do krawędzi i spojrzeć w dół, ustalić, w którym miejscu się zeskoczy i wyląduje, zebrać się na odwagę. Tutaj nieostrożność mogła zakończyć się śmiercią - a Charlie z całą pewnością nie zachowywała się ostrożnie. Jeśli już, to wyglądała, jakby coś jej się poluzowało pod sufitem. Może nie była aż tak genialna, jak wszyscy twierdzili - książkowa wiedza to jedno, ale ocena ryzyka najwyraźniej u niej leżała.
Tak naprawdę jednak Charlie przeanalizowała już urwisko o wiele dokładniej, niż którakolwiek z dziewczyn mogłaby się zorientować. Przestudiowała krawędź żlebu z wyciągu jadącego na trasę Grey Wolf. Oszacowała wysokość spadku i kąt nachylenia znajdującego się pod nim terenu, po czym precyzyjnie określiła, z jaką szybkością powinna się poruszać i gdzie wylądować, a następnie kilkadziesiąt razy sprawdziła obliczenia i wszystko zapamiętała. Teraz mogła po prostu cieszyć się jazdą.
Dlatego kiedy pozostałe dziewczyny zatrzymały się w kuluarze i wstrzymały oddech, Charlie dalej pędziła na złamanie karku, roześmiana niczym najszczęśliwsza osoba na świecie, jak gdyby nagły spadek terenu nie zrobił na niej żadnego wrażenia. A potem wystrzeliła w górę poza krawędź i zniknęła im z oczu.
Gdy straciła grunt pod nogami, poczuła nagłe ukłucie strachu i zwątpienia. A jeśli pomyliła się w obliczeniach? Znajdowała się na wysokości pięciu pięter nad stokiem narciarskim. Nawet najmniejszy błąd mógł kosztować ją życie.
Skupiła się więc na liczbach.
Zobaczyła je w myślach, wyryte w krajobrazie, który miała przed oczami. Rozwiązała te równania jeszcze na wyciągu. Podpowiedziały jej, jak powinna się poruszać, gdzie wylądować i co zrobić, by wyjść z całej sytuacji bez szwanku. A nawet jak sprawić, żeby to wszystko wyglądało naprawdę ekstra.
Strach wyparował. W jego miejsce znów pojawiła się pewność siebie. Charlie w idealnym momencie wyskoczyła do salta w tył - ściągnęła łopatki w dół i wygięła kręgosłup, a niebo, urwisko, a potem horyzont zawirowały jej przed oczami. Za chwilę jednak ziemia pędziła już dziewczynce na spotkanie, więc Charlie odchyliła narty pod kątem czterdziestu pięciu stopni, dopasowując się do nachylenia stoku, zgięła nogi, by zamortyzować siłę upadku, i idealnie wylądowała. Jeszcze chwilę temu spadała, a teraz znów zjeżdżała na deskach, rozpromieniona dzięki nagłemu przypływowi adrenaliny. Kilka sekund mknęła jeszcze w dół, po czym dramatycznym wirażem zahamowała, wyrzucając w górę fontannę śniegu.
Narciarze na stoku Grey Wolf zatrzymali się i zdumieni wpatrywali w młodą alpejkę, która pojawiła się dosłownie znikąd. Ci na wyciągu Elk Camp, którzy widzieli jej wyczyn, zaczęli bić brawo. Na górze, w kuluarze, Eva i pozostałe dziewczyny odetchnęły z ulgą, że Charlie nie zepsuła lądowania i się nie zabiła. Z kolei bohaterka całego zamieszania postanowiła jeszcze chwilę się popisywać. Posłała widzom szeroki uśmiech i się ukłoniła.
Po czym zobaczyła czekającą na nią agentkę Milanę Moon.
[...]