Rozdział 2
Uprzejme powitanie wypowiedziane z niemieckim akcentem stało w jaskrawym kontraście do słyszanych wcześniej krzyków.
Gdy pan Hogarth odpowiadał na powitanie, uwagę Charlesa odwrócił czyjś podniesiony głos. Przed drugim kominkiem leżała młoda dziewczyna, być może o kilka lat młodsza od panny Hogarth. Głowę obracała z boku na bok, jakby właśnie odzyskiwała przytomność. Na podłodze obok niej leżało coś przykrytego ręcznikami. Z tamtej części pomieszczenia napływała ostra, niemiła woń. Charles uznał, że zanim dziewczyna padła bez czucia, musiała doznać nudności.
Panna Hogarth zasłoniła nos dłonią.
U boku nieprzytomnej dziewczyny klęczała smukła kobieta, około dziesięciu lat starsza od Charlesa. Miała na sobie odsłaniającą ramiona suknię z białego jedwabiu haftowanego w zielone liście, pasującą do farby na ścianach pokoju. Kiedy jednak się poruszyła, Dickens dostrzegł na jej spódnicy, na wysokości kolan, plamy popiołu. Gestykulowała nad leżącą, jakby nalegała, by ta się podniosła.
Obok stały dwie inne kobiety, jedna w sukni wieczorowej z plisowaną spódnicą, który to krój był modny w minionym dziesięcioleciu, w zupełnie nietwarzowym żółtym kolorze. Druga, stojąca po prawej i przypominająca z wyglądu młodą dziewczynę, którą Charles widział wcześniej przelotnie na środku pokoju, przywiązywała większą wagę do mody i uwydatniania kobiecych wdzięków ubiorem, miała bowiem głębszy dekolt i suknię starannie dopasowaną w talii.
Dickens założył, że klęcząca kobieta jest wdową po baronie. Leżąca dziewczyna, która teraz półprzytomnie mrugała oczami, miała blond włosy w odcieniu przywodzącym na myśl anielskie skrzydła. Na prawo od kominka opierał się o ścianę wyrostek wyglądający bardziej na zdezorientowanego niż zaniepokojonego. Klęcząca kobieta również była blondynką, a Charles dodatkowo zauważył, że ukośne płatki nosa ma takie same jak chłopak. Był to zapewne zatem młody lord Lugoson, z jakiegoś powodu znajdujący się w domu, a nie w szkole.
Panna Hogarth się nie zawahała, lecz odstawiła gałąź pod ścianę i z godną podziwu trzeźwością myśli podeszła od razu do klęczącej kobiety.
- Moja pani, jestem panna Hogarth, mieszkamy po sąsiedzku. Usłyszeliśmy krzyki.
Pani domu uniosła wzrok, spojrzała na młodą kobietę i zamrugała kilkakrotnie. Charles odnotował szeroko rozstawione szare oczy, wysoko osadzone kości policzkowe oraz filigranową brodę. Tak urocza dama, podejrzewał, nie pozostanie długo wdową.
Dwie pozostałe kobiety były nieco starsze, z pierwszymi oznakami wiotczenia skóry na linii szczęki i pod brodą. Ta ubrana mniej modnie, sama zdawała się być o krok od omdlenia, podczas gdy druga pilnie obserwowała dwóch lokajów, którzy właśnie podeszli do głowy i nóg leżącej dziewczyny. Służące, widziane z zewnątrz przez przeszklone drzwi, już gdzieś zniknęły.
- Czy może pani wstać, panno Lugoson? - zapytała panna Hogarth. - Czy też może potrzebuje pani pomocy?
- Och, nie powinna próbować sama - zauważyła lady Lugoson. - Zemdlała bez żadnego ostrzeżenia. - Wskazała ogólnie leżące na podłodze ręczniki.
- Upadła na podłogę, zanim ktokolwiek zdołał ją pochwycić - wtrącił młody lord Lugoson głosem, w którym pobrzmiewały nuty zachwytu. Ramiona miał zbyt chude, by mógł unieść nawet kogoś tak szczupłego jak panna Lugoson.
Lokaje najwyraźniej obawiali się dotknąć dziewczyny. Zniecierpliwiony Charles przyklęknął na jedno kolano naprzeciw lady Lugoson i upuścił na dywan trzymaną dotąd gałąź.
- Jeśli pani służący nie chcą przenieść tej młodej damy, ja to zrobię, moja pani - zaproponował.
Na skinienie głowy panny Hogarth Dickens delikatnie wsunął ramię pod kolana dziewczyny, podczas gdy jego towarzyszka pomogła jej usiąść. Charles powoli wstał. Sam nie miał zbyt wielkiej krzepy, jednakże dziewczyna była bardzo drobna.
Wtedy jeden z młodych służących zdał się otrząsnąć, wziął z obudowy kominka trójramienny świecznik i poprowadził procesję z dala od nieprzyjemnie woniejącej podłogi. Panna Hogarth szła obok Charlesa, dołączył też do nich jej ojciec, a pochód zamykali lady Lugoson oraz drugi lokaj.
- Moja pani, służę ramieniem - oznajmił zatroskany pan Hogarth. Baronowa wsparła się na nim niczym przygięta wiatrem trzcina, a Charles podążył za lokajem przez drzwi prowadzące w głąb domu. Niesiona dziewczyna była spokojna, najpewniej wciąż nie odzyskała przytomności.
- Czy byłby pan łaskaw zanieść ją do jej pokoju? - zapytała lady Lugoson. - Tam będzie jej najlepiej.
- Oczywiście - zapewniła ją panna Hogarth. - Jestem pewna, że pan Dickens nie będzie miał nic przeciwko.
Charles poczuł, jak krępujący ciężar w jego ramionach zdaje się nagle lżejszy pod czułym spojrzeniem córki jego redaktora. Córka baronowej była spokojna. Otaczała ją woń słodkich kwiatowych perfum zmieszana z zapachem potu.
Weszli na piętro po szerokich schodach, po czym kolejnymi schodami jeszcze jedną kondygnację wyżej. Tutaj dywan na podłodze był bladoróżowy, a w przeciwieństwie do parteru ciemność korytarza rozświetlało kilka świec.
Trzecie drzwi po prawej były otwarte. Za nimi znajdował się ascetycznie urządzony pokój, w którym większość miejsca zajmowało duże łóżko. Charles odnotował bardzo starą szafę z poczerniałego już drewna oraz stojącą na prostym stole miskę do mycia. Na drewnianym krześle przy skrzyni siedziała kobieta, zapewne pokojówka panny Lugoson, obrębiająca chusteczkę koronką. Była pospolitej urody, lat około trzydziestu. Na widok wchodzącej do pomieszczenia procesji otworzyła szeroko oczy z zaniepokojenia.
Panna Hogarth pośpieszyła do przodu, by odwinąć koce. Kiedy się odsunęła, Charles położył niesioną dziewczynę na materacu. Młoda kobieta przez chwilę kręciła głową z boku na bok, po czym się uspokoiła.
Lady Lugoson nie skierowała się do wyjścia, lecz tylko mocniej ścisnęła ramię pana Hogartha i pociągnęła go w stronę łóżka i leżącej na nim dziewczyny, wciąż ubranej w białą suknię wieczorową, równie ciasno dopasowaną co u matki.
- Pomogę pokojówce przygotować pani córkę do snu - zaoferowała panna Hogarth. - Z pani pozwoleniem, lady Lugoson? Przez lata opiekowałam się młodszymi siostrami.
Kobieta uśmiechnęła się blado i skinęła głową.
- Agnes panience pomoże.
Pan Hogarth życzliwym tonem zaproponował poruszonej baronowej:
- Zatem wróćmy do pani gości. Może warto byłoby postawić pod drzwiami służącego, by mógł przekazywać wiadomości i przynosić pani córce, czegokolwiek tylko będzie potrzebowała?
Lady Lugoson zastanowiła się przez chwilę, po czym przytaknęła.
- Doskonały pomysł - stwierdziła i skinęła na najbliższego lokaja. Ten postawił niesione świeczki na stoliku przy łóżku, po czym poprowadził większość grupy na korytarz.
Charles posłał uśmiech pannie Hogarth, ale nachylona nad podopieczną drobna pielęgniarka nawet nie zdjęła okrycia, a tym bardziej nie poświęcała Dickensowi swojej uwagi.
- Ma pan doprawdy wspaniałą córkę - odezwał się do pana Hogartha.
- Jest bardzo dobrym dzieckiem. Nigdy nie sprawiała kłopotów ani swej matce, ani mnie. - Po tych słowach zwrócił się do roztrzęsionej matki nieprzytomnej dziewczyny: - Mam nadzieję, że takie dolegliwości należą u pani córki do rzadkości.
- Tak, dotąd się to nie zdarzało. - Lady Lugoson przyłożyła do oczu chusteczkę. - Wielce to osobliwe.
Gdy zeszli z powrotem na parter, w hallu natknęli się na starszą damę i jej niemieckiego towarzysza. Kamerdyner lady Lugoson pomagał im włożyć okrycia wierzchnie.
- Ogromnie dziękuję za przybycie, lady Holland - powiedziała pani domu.
Charles nie dowierzał własnym uszom. To była lady Holland? Cieszyła się sporą sławą w kręgach politycznych, dużo się też mówiło o jej pikantnej przeszłości. Charles i pan Hogarth zaczekali, aż goście opuszczą rezydencję, po czym podążyli za lady Lugoson z powrotem do bawialni.
Było tam jeszcze pięć osób. Pani domu podeszła do drugiego kominka, znajdującego się w przeciwległym końcu pomieszczenia.
- Panie Hogarth, czy mogę przedstawić mojego syna? Obawiam się, że nie znam nazwiska tego młodzieńca, który tak nam pomógł.
- Oczywiście, moja pani - odparł zapytany. - To jest Charles Dickens, pracuje u nas w "Evening Chronicle". Być może wie pani, że jestem tam jednym z redaktorów.
Charles skłonił głowę i odnotował z zadowoleniem, że tak ręczniki, jak i to, co przykrywały, zniknęły z podłogi, razem z prowizoryczną bronią, którą ze sobą przynieśli.
- Miło pana poznać. Owszem, byłam świadoma pańskiego zawodu, panie Hogarth - stwierdziła lady Lugoson. - Spotkałam pańską żonę i dwie z pańskich córek. Odwiedziły mnie pewnego popołudnia, kiedy byłam w domu. - Kobieta wyciągnęła ręce do swojego syna. Nieco nadąsany chłopak odłożył trzymany na kolanach notes i wstał.
Charles zauważył, że między kartkami jest mnóstwo wycinków, a okładka została ozdobiona ryciną przedstawiającą wnętrze teatru. Najpewniej tego przy Drury Lane.
- Lordzie Lugoson - odezwała się do chłopca pani domu - racz poznać słynnych dziennikarzy pana George'a Hogartha i pana Charlesa Dickensa. Pan Hogarth jest naszym nowym sąsiadem. Panowie - tu zwróciła się do Charlesa i pana Hogartha - młodą damą, której byliście uprzejmi pomóc, była moja córka, panna Christiana Lugoson.
- Interesuje pana teatr? - spytał młodego lorda Charles, kiedy wszyscy wymienili zwyczajowe uprzejmości.
- Och, tak - odparł zapytany, a jego oblicze po raz pierwszy się ożywiło. - Jedna z naszych krewnych ma powołanie do aktorstwa.
Charles z trudem powstrzymywał się od uniesienia brwi. Choć kilka byłych aktorek weszło do arystokracji przez małżeństwo, taka rodzina jak Lugosonowie rzadko chwaliła się jakimikolwiek powiązaniami z teatrem.
- Istotnie - powiedziała nagle bezbarwnym tonem lady Lugoson. - Dzieci są rozkochane w teatrze. Zbierają broszury dotyczące najsłynniejszych przedstawień.
- Najbardziej lubię operę, zwłaszcza Mozarta - wypalił z zapałem chłopak. Miał szerokie usta i dość spore zęby osadzone w wąskiej szczęce. - Ale Christiana woli Szekspira.
- Podzielam pana upodobanie, lordzie Lugoson - przyznał Charles. - Proszę mi jednak powiedzieć: co tu się dziś wydarzyło? Gdy usłyszeliśmy krzyki, obawialiśmy się, że doszło do morderstwa.
- Christiana rzuciła się przez pokój jak zbita figura szachowa - wyjaśnił chłopak. - Potem wyrzuciła trzymaną kartkę w górę i padła na podłogę. Było to nawet emocjonujące.
Matka młodego arystokraty wbiła w niego wzrok i ściągnęła usta, co postarzyło jej twarz. Chłopak odchrząknął, zmieszany, po czym wrócił do swojego notatnika.
- Nazywam się Eustace Carley - przedstawił się zmierzający w ich stronę mężczyzna, który wcześniej stał na środku pomieszczenia. Miał bujną czuprynę szpakowatych włosów i poprzetykane siwizną wąsy, a jego obfity tułów opinała ciasno nieco przymała kamizelka. Na jego ramieniu wspierała się lepiej ubrana z dwóch kobiet, które Dickens widział wcześniej. Pan Carley wyglądał na mężczyznę koło pięćdziesiątki, podczas gdy jego żona wciąż miała szczupłą talię i kasztanowe włosy młodszej kobiety, może dochodzącej do czterdziestki.
- Zasiada pan w parlamencie, jeśli się nie mylę. - Pan Hogarth skinął mu głową.
- Nie myli się pan. - Pan Carley również skłonił lekko głowę. - Mieszkamy nieopodal, jako że moja żona nad dom przy Grosvenor Square przedkłada naszą rezydencję na prowincji, i otrzymaliśmy zaproszenie na wieczerzę z okazji Objawienia Pańskiego.
- Nasza córka jest bliską przyjaciółką panny Lugoson - dodała pani Carley. Klejnoty osadzone w jej złotych kolczykach w kształcie kropli wody lśniły w blasku ognia.
- Czy czuje się już lepiej? - pisnęła panna Carley, wspomniana córka, którą Charles widział wcześniej stojącą na środku pomieszczenia. Usiadła przy harfie i nerwowo przebierała palcami złożonych na kolanach dłoni. Sukienkę miała nie najlepiej dopasowaną, zupełnie jakby została wciśnięta w jedną ze starych sukien matki. Pomimo gładkiej skóry i zaróżowionych policzków nie była ładna, a koloru jej włosów nie dałoby się opisać w żaden inny sposób niż jako "myszaty".
- Och, tak, moja droga. Musi jedynie odpocząć - odparła lady Lugoson z łagodnym uśmiechem.
- Nie pojmuję, co się mogło stać - powiedziała mniej modnie ubrana kobieta w żółci, podchodząc do rozmawiających. Była nieco starsza od pani Carley i w jej czarnych włosach widać już było ślady siwizny. - Kiedy przybyliśmy, zdawała się czuć całkiem dobrze.
- To jest pani Decker - oznajmiła lady Lugoson, wskazując kobietę gestem dłoni. - Także nasza sąsiadka, mieszka za domem państwa Carleyów. Słyszałam, że pani mąż musiał wyjechać.
- Jest w Nowym Jorku - wyjaśniła z dumą w głosie pani Decker. - Zmarł kuzyn męża, który teraz musi uporządkować sprawy nieboszczyka.
Lady Lugoson pokiwała głową.
- Jeśli mi państwo wybaczą, muszę pomówić z Panchem i zaordynować świeżą herbatę. Wszystkim nam przyda się nieco orzeźwienia. - Z tymi słowami oddaliła się, sprawiając wrażenie nieco poddenerwowanej.
- Jeśli dobrze pamiętam, lady Lugoson jest znana z organizowania przyjęć politycznych - zauważył pan Hogarth.
- Tak było, kiedy żył jeszcze świętej pamięci lord Lugoson - powiedział Carley. - Przed dwoma laty odszedł jednak z tego świata i wdowa na jakiś czas przeniosła się z dziećmi do Francji, do swojej ciotki. Dopiero niedawno wróciła.
Rozmawiali o dawnej glorii rodu Lugosonów, a Charles zachodził w głowę, czemu Hogarthowie nie zostali zaproszeni, podczas gdy pozostali sąsiedzi owszem. Uznał, że zapewne nie cieszą się wystarczająco wysoką pozycją.
Kiedy Lady Lugoson wróciła, poprosiła wszystkich, by zasiedli na sofach i fotelach ustawionych w kwadrat przed pierwszym kominkiem, podczas gdy jej syn pozostał przy drugim palenisku. Córka państwa Carleyów szepnęła coś na ucho matki, po czym wyszła z pokoju.
- Dopiero zaczynam wracać do życia towarzyskiego - powiedziała w zamyśleniu Lady Lugoson, kiedy służąca przyniosła świeżą herbatę. - Przykro mi, że moje pierwsze przyjęcie tak się kończy.
- Czy reformy społeczne budzą u pani taką samą obawę, jaką budziły u pani zmarłego męża? - zapytał pan Hogarth.
- Och, tak. - Zapytana przyłożyła dłonie do policzków. - Szczególny sprzeciw budzi we mnie system domów pracy. Zeszłoroczna ustawa zmieniająca prawo o ubogich jest fatalna. Trzymam syna w Londynie, by mógł sam zobaczyć, jak się sprawy mają naprawdę, zamiast tkwić w izolacji razem z innymi chłopcami z jego klasy społecznej.
Wtedy do bawialni wszedł kamerdyner, na oko czterdzieści lat starszy od męskiej części służby, jeszcze bardziej blady niż wcześniej. Lady Lugoson zmarszczyła czoło.
- Proszę o wybaczenie - rzuciła, po czym wstała i podeszła do służącego, który nie przejawiał chęci, by się zbliżyć.
Kamerdyner pochylił głowę, wyginając swoją długą i chudą szyję, aby powiedzieć coś na ucho swojej pracodawczyni. Charles dostrzegł na jej pełnej wyrazu twarzy cień jakiegoś nieszczęścia. Wiedziony instynktem, wstał i podszedł do pani domu.
- Co się stało, pani? Czy mogę jakoś pomóc?
- Christiana znów zaniemogła - wyszeptała w odpowiedzi baronowa, mimowolnie obracając w palcach naszyjnik wysadzany granatami. - Och, panie Dickens, muszę się do niej udać.
Zrobiła krok w stronę drzwi, ale się zachwiała.
- Pójdę z panią - oznajmił Charles. - Nie możemy zwlekać.
Czy dziewczyna ponownie omdlała, leżąc na łóżku? Czy też wstała i przypłaciła to ponownym upadkiem?
Lady Lugoson ujęła Charlesa pod ramię, tak jak wcześniej wspierała się na ręce pana Hogartha. Panch poprowadził ich ponownie do pokoju panny Lugoson, a w ślad za nimi podążyła, szlochając głośno, panna Carley. Pozostawiony pod drzwiami służący zniknął, a drzwi były otwarte. Dickens zajrzał do środka.
- Co się stało? - zapytał, wchodząc do pomieszczenia i taksując spojrzeniem pobladłą twarz ciężko dyszącej dziewczyny.
Obejrzał się przez ramię. Panna Carley weszła za nim, wykręcając dłonie, ze łzami skapującymi z czubka nosa. Panna Hogarth stała po drugiej stronie łóżka, nachylała się nad panną Lugoson i przykładała jej do czoła batystową chusteczkę. Uniosła głowę i na moment napotkała wzrok Charlesa, by po chwili z powrotem skupić uwagę na udręczonej podopiecznej, która wydała z siebie przewlekły jęk.
Dickens łagodnie uwolnił ramię od dłoni lady Lugoson i wskazał palcem Agnes.
- Udałam się na stronę, psze pana - odparła łkająca pokojówka z kędzierzawymi włosami w nieładzie. - Kiedy wróciłam, panna Christiana już taka była.
- Trzeba wezwać lekarza - zakomenderował dziennikarz.
Nikt się nie poruszył. Charles obrócił się z nadzieją, że kamerdyner wciąż jest z nimi w pokoju, ale ten zdążył gdzieś zniknąć. Ujął zimne, zgrubiałe dłonie pokojówki w swoje ręce i spojrzał jej głęboko w oczy.
- Proszę wezwać lekarza. Panna Lugoson potrzebuje fachowej opieki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki