Charaktery 10/2020 - Natalia de Barbaro, prof. Philip Zimbardo, prof. dr hab. Maria Beisert, prof. dr hab. Jacek Bomba, Jacek Dehnel, dr Paulina Małochleb, Anna Czarnecka, prof. dr hab. Tomasz Maruszewski, Anna Brytek-Matera, dr Ewa Dobiała, dr hab. Katarzyna Waszyńska, prof. nadzw. dr hab. Agnieszka Wilczyńska, prof. dr hab. Tadeusz Zgółka

-
Proszę czekać

NA POCZĄTEK

Być może zabrzmi to jak bajka. Mnie ta historia została opowiedziana jako prawdziwa. Oto jest pewna kobieta. I jest mężczyzna. Są małżeństwem. O nim wiem niewiele. O niej całkiem sporo. Wiem, że dzieciństwo miała biedne, trudne i niespokojne. Dorastając, siłą charakteru i wytrwałą pracą skończyła dobrą szkołę. Osiągnęła sukces zawodowy. Późno, acz szczęśliwie wyszła za mąż. Ma teraz dobre życie, stworzyła kochającą się rodzinę.

Są dni, popołudnia, które lubi spędzić sama, kupując sobie rzeczy. Celuje w dobrych markowych ubraniach, gustuje w wyrafinowanej biżuterii. Za którymś razem sprawia sobie buty, o których marzyła w latach chudych - absolutnie doskonałe Huntery. Przynosi je do domu, pięknie zapakowane. Stawia w przedpokoju. I nosi... bardzo rzadko. Bo - kalosze - o zgrozo, mogą zniszczyć się na deszczu, zachlapać w kałużach, ubłocić na parkowych ścieżkach. Szkoda jej tych kaloszy, tyle lat do nich wzdychała pragnieniem gwiazdki z nieba. A teraz? Jak mogłaby je narazić na jakiekolwiek niedogodności czyhające w wielkim świecie?

Mijają kolejne dni jesieni. Kalosze stoją. Deszcz pada. Słońce zmienia barwę na coraz bardziej pomarańczową, aż rudą. Liście chwieją się na drzewach. Poranki są coraz bardziej pełzające. Kalosze błyszczą noskami nietkniętymi zębem czasu.

Któregoś dnia kobieta otrzymuje od swego męża podarunek. Paczka jest sporych rozmiarów, przewiązana czerwoną kokardą. (A jednak jest trochę jak w bajce). W środku znajdują się piękne, błyszczące Huntery. Dokładnie takie same jak te, które stoją w przedpokoju. Jeszcze nie do końca rozumie, choć łza już czeka w kąciku jej oka. On tymczasem mówi do niej: Rozumiem. Dlatego tamte możesz sobie schować do garderoby, żebyś wiedziała, że je masz. A tutaj są drugie, takie same, żebyś mogła je nosić; na niepogodę i pogodę.

Ja przekazuję tę historię dalej. Kiedy powtórzyłam ją w gronie znajomych, moja koleżanka powiedziała: To jest jak z bajki... Potem po długim namyśle dodała: Miłość jest dobra.

Trzymają Państwo w dłoni "Charaktery", które tym razem są o miłości tkanej codziennie, bez fanfarów, o miłości wytrwałej jak rzeka. Miłości z małych gestów. Małych, ale - chcę powiedzieć - nie mało znaczących, bo czasami podarek waży więcej niż niejedna markowa metka.

Edyta Żmuda

Redaktor Naczelna "Charakterów", "Psychologii w Praktyce", Zastępca Dyrektora Wydawniczego Forum Media Polska Sp. z o.o.

PS A dla chcących jeszcze więcej psychologii, refleksji, podpowiedzi, jak zadbać o lepszą jakość życia, jak zadbać o komunikację, która buduje relację, a nie ją niszczy - zapraszam na nową a obfitą w treści platformę CHARAKTERY+. Wewnątrz numeru znajdą Państwo podarunek - kod rabatowy na dostęp do platformy, stworzony specjalnie dla naszych Czytelników!

Zamów już dziś

SPIS treści

Na temat

Na pomoc ginącej miłości

Czy istnieje recepta na dobry związek i co robić, gdy uczucie gaśnie? Kiedy warto ratować związek, a kiedy lepiej się rozstać?

Przez żołądek do serca,

czyli co o nas mówi to, co mamy na talerzu

"Niekochalni"

Andrzej Gryżewski o tym, kim są i dlaczego czasem do nich lgniemy

PSYCHOLOGIA I ŻYCIE

"Zarażenie" afektywne

Jak do niego dochodzi i kto jest na to podatny?

Jak pracować nad odpornością psychiczną

Amy Morin o tym, jak stać się mentalnie odpornym, czego nie robią takie osoby?

TRENING PSYCHOLOGICZNY

Otyłość - słowo klucz XXI wieku

Jak o niej rozmawiać, aby nie piętnować i nie budzić poczucia winy?

Tornado czy flamenco

Jak się kłócić na zgodę?

Jak wychowywać, by nie krzywdzić?

Uwolnić ciało

O szukaniu połączenia między ciałem a emocjami

PORADNIK POZYTYWNEGO MYŚLENIA

Muzyka i relacje

Surowe osądy miłości

Natalia de Barbaro

O chłopcu i jego ojcu

Bartek Jaślikowski

Przewlekły stres - nieodłączny element życia w XXI wieku

Między porażką a ultraszczęściem

z Sylwią Chutnik rozmawia Marcin Wilk

JAK W KAŻDYM NUMERZE

Listy

Warto wiedzieć

Mieć czy być

Myśli przechwycone

Warto przeczytać

Tomasz Maruszewski

O iluzji kontroli

Tadeusz Zgółka

Albo... albo, czyli skazani na wybór

Jacek Dehnel

W ramach zwyczajności

Książka na jesień

Jacek Bomba

Przepis na wyborny kompot z renklod

Paulina Małochleb

Zimna kąpiel, zimna świadomość

zapowiedzi

Jerzy Mellibruda 1938-2020

Z żalem żegnamy prof. Jerzego Mellibrudę.

Był wybitnym psychologiem, psychoterapeutą, nauczycielem, mistrzem.  Dokonał rewolucyjnego przełomu w rozumieniu i leczeniu choroby alkoholowej, za co uhonorowany został Teofrastem Superstarem. Przez wiele lat kierował Instytutem Psychologii Zdrowia i Państwową Agencją Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. Od początku istnienia pisma współpracował z "Charakterami".

Jego Rodzinie i Bliskim Składamy wyrazy współczucia

Redakcja "Charakterów"

Miał być inżynierem mechanikiem, został psychologiem i psychoterapeutą. Od stażu w Krakowskiej Klinice Psychiatrycznej cechowały go zapał, wytrwałość oraz dar zjednywania innych do spraw, które uważał za ważne. Czy było to ożywianie środowiska psychoterapeutów myślami szkoły kalifornijskiej, czy zrównywanie leczenia z rozwojem osobowości, czy organizacja leczenia osób uzależnionych, czy w końcu uznanie patogennego wpływu wychowania przez uzależnionych rodziców. Trudno uwierzyć w to, że zakończył pracę.

prof. dr hab. Jacek Bomba

Myślę o Jurku jako wizjonerze i rewolucjoniście, który rozumiał konieczność i strategie ewolucji. Obraz dokonań Jerzego Mellibrudy byłby niepełny bez jego kontaktów z ludźmi. Jurek jeździł po całym kraju, wykładał, wyjaśniał, popularyzował, uczył pracowników lecznictwa odwykowego, przedstawicieli samorządów, lekarzy. Był mistrzem i autorytetem dla ogromnej rzeszy ludzi, a jednocześnie był dla nich dostępny. Ci, którzy mieli okazję spotkać go choćby jeden raz często mówili później, że czuli się zauważeni, ważni, docenieni, a jego słowa pozostawiały trwały ślad. Wpływał na ludzi i na rzeczywistość poprzez swoich uczniów - a stawali się nimi niemal wszyscy, których spotkał - i poprzez uczniów swoich uczniów. Ten proces będzie trwał jeszcze wiele lat.

Anna Dodziuk

Zmarł Jerzy Mellibruda. Te trzy słowa tworzące prosty komunikat opisują koniec świata. Nie tylko koniec istnienia jednej istoty ludzkiej, ale koniec historii, koniec czasu, w którym działa się historia polskiej psychoterapii, także historia sieci powiązań wielu, setek, a nawet tysięcy osób. Historii prostych i pogmatwanych emocji, niezliczonych idei, niepoliczalnych działań.

Jerzy Mellibruda był psychologiem, psychoterapeutą, twórcą fundamentów profesjonalnego i nowoczesnego pomagania ludziom w Polsce - nie tylko alkoholikom i osobom współuzależnionym. Pełnił liczne funkcje (między innym był wieloletnim prezesem Polskiego Towarzystwa Psychologicznego), tworzył instytucje: PARPA (Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych), Instytut Psychologii Zdrowia, Profesjonalną Szkołę Psychoterapii. Kreował polskie środowisko profesjonalnych pomagaczy, środowisko psychologów i psychoterapeutów. Był aktywny zawodowo do końca swojego długiego życia. Uczył nieomal do ostatnich swoich dni.

Jesienią ubiegłego roku spotkaliśmy się w warszawskiej restauracji na obiedzie. Jerzy pomiędzy jednym kęsem a drugim swoim ciepłym i spokojnym głosem zakomunikował mi, że choruje na raka. Powiedział tylko tyle: Mam raka. Nic więcej. Milczałem. Po chwili rozmawialiśmy na zwykłe tematy życia, żartowaliśmy z siebie - Jerzy miał duże poczucie humoru, chociaż nigdy nie umiał opowiadać dowcipów, czego mi bardzo zazdrościł. Moje próby nauczenia Go jakiegokolwiek dowcipu zawsze kończyły się sromotną porażką. Jerzy do końca spotkania nie powrócił już do tematu swojej choroby. Wiedziałem, że to ostatnie nasze spotkanie. Było przedostatnie.

Niedługo widzieliśmy się ponownie. Przeprowadziłem z Nim rozmowę do "Charakterów". Chciałem pożegnać się ze stworzonym przeze mnie pismem razem z Nim. Bo był jedną z najważniejszych osób w moim życiu, nauczycielem i przyjacielem. I towarzyszył mi w najważniejszych chwilach mojego zawodowego życia, także w początkach pierwszego polskiego pisma popularyzującego psychologię jako naukę.

Jerzy nauczył mnie wiele, a jeszcze więcej pozwolił mi się samemu nauczyć. Na przykład odkryć sens takich wartości jak szacunek czy wdzięczność.

Na jedno z moich pytań z tego wywiadu Jerzy zareagował zaskoczeniem: Zobacz, do tej pory nie mówiliśmy o cierpieniu. Lubiliśmy ze sobą rozmawiać. Rozmawialiśmy o wszystkim. Tylko nie o cierpieniu, czyli o tym, co stworzyło i Jego, i mnie także. Może dlatego, że byliśmy z jednego pnia, było nam tak blisko do siebie?

Bogdan Białek

LISTY

NAGRADZAMY LISTY

Drodzy Czytelnicy! Cieszymy się, że dzielicie się z nami Waszymi historiami, przemyśleniami oraz refleksjami. Pamiętajcie, że jesteście ważnym członkiem naszego redakcyjnego zespołu i to się nigdy nie zmieni! Z niecierpliwością czekamy zatem na kontakt od Was i kolejne przepiękne listy, które do nas nadsyłacie. Autorzy opublikowanych w tym numerze listów otrzymują od nas książkę Podróż bohaterki autorstwa Maureen Murdock. Jesteście prawdziwymi Czytelnikami z Charakterem!

Adres redakcji:ul. Polska 13 60-595 Poznańlub redakcja.charaktery@forum-media.plNadesłanie listu oznacza zgodę na jego publikację w "Charakterach" i w internetowych odsłonach magazynu.

W odpoczynku siła!

Artykuł Jak odpoczywać efektywnie przeczytałam w najlepszym momencie, bo przed moim urlopem, kiedy mój organizm już upominał się odpoczynku, pomimo tego że staram się równoważyć czas na pracę i relaks w ciągu całego roku. Najbardziej lubię odpoczywać w samotności, z kubkiem herbaty, książką, w leżaku na balkonie. Opcja z leżakiem wykorzystywana jest latem, wiosną i w bezdeszczowe dni jesienne (wówczas do relaksacyjnego pakietu dołączam koc). Napar herbaty działa na moje ciało kojąco, zaś zatopienie się w lekturze i oderwanie od problemów dnia codziennego doskonale wpływa na moją duszę. Już po paru minutach takiego lenistwa czuję, że mam siły, aby zmieniać świat.

Jednak o wiele większą dawkę energii czerpię po aktywności fizycznej. Godzina spędzona na basenie powoduje, że po powrocie do domu mam ochotę na wszelkie czynności domowe, a następnego dnia w pracy jestem pozytywnie nastawiona do moich zadań.

Nie co dzień mam czas na basen, wówczas stosuję zasadę, że przed zaśnięciem myślę o tym, co mnie miłego spotkało w pracy danego dnia i co miłego zaplanowałam na następny. Nie zabieram ze sobą komputera ani żadnych notatek z pracy do łóżka - ta strefa zarezerwowana jest tylko do odpoczynku. Jeśli nie mogę zasnąć, to nie próbuję usnąć na siłę, tylko zaczynam głęboko oddychać i wsłuchiwać się w bicie swojego serca. Po lekturze tego tekstu już wiem, jak powinnam postępować, więc mam nadzieję, że od teraz mój odpoczynek zawsze będzie efektywny, co przełoży się na efektywność w ciągu dnia.

Ania

O zrozumieniu faceta

Od niechcenia zajrzałam do artykułu "Zrozumieć faceta" zawartego w najnowszym wydaniu "Charakterów". Ja, kobieta poszukująca, przekonana o własnym pędzie ku wiedzy i poznaniu, złapałam się na "dyskryminacji" artykułu zawierającego komponent męskości, czyli nie dla mnie. Nie dla kobiet... Zrozumieć faceta - linijka po linijce, a na końcu artykułu już mocno zaangażowana w analizę dostrzegłam swojego męża z dzisiejszego poranka, który jakby był nie w sosie. Dostrzegłam to, lecz nie zapytałam, nie odzwierciedliłam, nie uczyniłam kroku, by zrozumieć. Bo przecież on jest silny, jest męski, nie słaby, jest MĘŻCZYZNĄ. Wykluczyłam podświadomie jego moment odsłonięcia się, widocznie zagrażający mojej wizji "mojego męża". Dawno temu dałam sobie osobiście prawo do współczucia, błędów, odpuszczania sobie, dziś nastał dzień, w którym bardziej świadomie będę się starać patrzeć na męża, mężczyznę jak na człowieka, który zmaga się z przeciwnościami i z sobą, dokładnie tak jak ja. Zrozumieć faceta to przecież zrozumieć człowieka. Dziękuję. 

Justyna

MIŁOŚĆ

Wykluczenie

Redakcjo "Charakterów"!

Początek listu zaczynam w upalny dzień sierpnia. Pijąc kawę, od razu myślę, że za chwilę czas na herbatę, bo to Wy zachęciliście mnie kilka lat temu do eksploracji właściwości obu naparów. W moim liście pragnę Wam przekazać, że choć Wy mnie nie znacie - ja wiernie czytam i towarzyszę Wam od ponad sześciu lat. Jestem wdzięczna za to, że rozbudziliście we mnie pasję do psychologii i dzięki swoim artykułom pisanym przez wybitnych naukowców poszerzyliście moją perspektywę. Nie ukrywam, że do napisania listu skłonił mnie ostatni artykuł o wykluczeniu społecznym. Otwierając pierwsze strony gazety, zaczęłam czytać omawiany temat ze łzami w oczach, gdyż borykałam się z podobnym problemem od wielu lat. Dzięki artykułowi Agnieszki Wilczyńskiej i wywiadzie z Panią Mają Branką poczułam się zrozumiana i jednocześnie silniejsza. Wnosicie wiele dobra dla społeczeństwa.

Agata

warto wiedzieć

Ciekawostki psychologiczne

Ludzka natura kryje wiele tajemnic, czasami nawet nie zdajemy sobie sprawy, że za pozornie oczywistymi rzeczami stoją mechanizmy psychologiczne! Poniżej kilka ciekawostek:

Obecność innych ludzi może mieć ogromny wpływ na zachowanie. Kiedy wiele osób jest świadkami czegoś takiego jak wypadek, zmniejsza się prawdopodobieństwo wzięcia odpowiedzialności na siebie samego. W tłumie każdy oczekuje, że ktoś inny, kto stoi obok, podejmie się udzielenia pomocy osobie poszkodowanej. Nazywamy to efektem biernego świadka.

Źródło: Philip G. Zimbardo, Psychologia i życie, przeł. Ewa Czerniawska i in., PWN 2004.

Kobiety mają na ciele dwa razy więcej receptorów bólu niż mężczyźni, ale mają znacznie większą tolerancję na ból.

Źródło: www.akademiamedycny.pl

Z badań opublikowanych w "Psychological Medicine" wynika, że osoby, które uzyskują wyższe wyniki w testach inteligencji, są bardziej szczęśliwe. Naukowcy z Uniwersytetu College w Londynie przeanalizowali dane z sondażu przeprowadzonego na grupie ok. 7000 osób dorosłych. Wyniki pokazały, że niska inteligencja często wiązała się z niższymi zarobkami i gorszym zdrowiem psychicznym.

Najnowsze teorie dotyczące przesądności mówią o tym, że podnosi ona pewność siebie oraz zwiększa wydajność przy wykonywaniu określonych zadań. Badania pokazały, że ludzie wykazywali się większą skutecznością, gdy mieli ze sobą jakiś amulet szczęścia. Podnosi to ich samoocenę i sprawia, że wykazują się większym zaangażowaniem w zadanie.

Źródło: www.psycholog-pisze.pl

Polska firma stworzyła innowacyjną usługę opartą o wyniki badań genetycznych!

Polscy naukowcy z firmy IMAGENE.ME stworzyli usługę, która może zrewolucjonizować dotychczasowe podejście ludzi do dbania o własne zdrowie. Aplikacja to narzędzie, dzięki któremu będzie można zminimalizować ryzyko wystąpienia wielu chorób i cieszyć się zdrowym, aktywnym życiem. Opierając się o wieloletnie doświadczenie w zakresie badań genetycznych, medycyny i biotechnologii oraz zaawansowanych technologii mobilnych i analizy danych, specjaliści z polskiej firmy IMAGENE.ME doszli do wniosku, że każdy powinien móc korzystać z wiedzy o predyspozycjach zapisanych w jego DNA. Stworzyli usługę Asystenta Zdrowia i Życia - pierwsze na świecie rozwiązanie, które łączy wyniki pełnego badania DNA, przedstawione w aplikacji mobilnej, z systemem wymiany informacji, wskazówek i zaleceń podpowiadających użytkownikowi, na co zwrócić uwagę, by skutecznie zadbać o swoje zdrowie. W aplikacji IMAGENE.ME użytkownik otrzymuje wyniki badania wszystkich genów, a wraz z nimi także zalecenia i porady. Wynikają one z analizy jego wariantów genetycznych oraz informacji o sobie, które wprowadził do aplikacji, jak np. informacje o stylu życia, diecie, aktywności fizycznej, przebytych chorobach czy zainteresowaniach.

Źródło: www.imagene.me

A-Z

Technika stopa-w-drzwiach

Technika, w której oczekuje się, że spełnienie mniejszej prośby zwiększa prawdopodobieństwo, że osoba spełni kolejną, większą prośbę - Freedman Fraser.

Źródło: B. Wojciszke, Psychologia społeczna, Warszawa 2011.

Smutek czy depresja?

Depresja dziecięca jest coraz częstszym zjawiskiem. Szacuje się, że występuje u 2% dzieci w wieku 6-12 lat oraz u 8-20% dzieci powyżej 12. roku życia. Niepokojące objawy, jakie możemy zaobserwować u dziecka z zaburzeniami depresyjnymi, to przede wszystkim chroniczny smutek, poczucie bezradności i beznadziejności, wycofywanie się zarówno z życia rówieśniczego, jak i domowego oraz problemy ze skupieniem uwagi. W ciężkich przypadkach u dzieci zaczynają występować myśli rezygnacyjne, które niezauważone mogą przerodzić się w myśli, a nawet próby samobójcze. Bardzo często dzieci nie rozumieją sytuacji, w której się znalazły, oraz mają trudności z mówieniem o swoich uczuciach i proszeniem o pomoc. Bądźmy uważani na ich emocje.

Źródło: K. Sikora-Liwacz, Brak mowy w epizodzie depresji z objawami psychotycznymi - studium przypadku, "Psychologia w Praktyce" 1/2020.

6 zasad uważności

Mindfulness to trening umysłu, którego zadaniem jest skoncentrowanie się na przeżywaniu chwili. To doświadczanie obecnego stanu, w którym się znajdujemy, przy jednoczesnym odsunięciu na bok wszelkich problemów, emocji i uczuć. Uważność pozwala na zredukowanie stresu, odcięcie się od problemów, uspokojenie myśli oraz pomaga w zaakceptowaniu danej sytuacji. Poniżej przedstawiamy sześć prostych zasad, które pomogą Ci stać się bardziej uważnym na siebie i otaczający Cię świat!

Poznaj bezruch - zatrzymanie się w pędzie, zadaniu, czynności może skutkować zauważeniem detalu lub być wskazówką do tego, by zagłębić się w konkretnym doznaniu czy samopoznaniu.

Rób to wolniej - kiedy robimy coś wolniej, dajemy sobie szansę zareagowania w inny niż nawykowy sposób. Kiedy mówimy wolniej, możemy lepiej dobierać słowa. Wolniej wzbogaca nasze doświadczanie życia. Wolniej jako jakość sama w sobie jest nam bardzo potrzebna w pędzącym świecie.

Zaprzyjaźnij się z ciszą - podczas medytacji mindfulness cisza jest w nas samych, a nie na zewnątrz. Cisza uczy bycia uważnym nie tylko nas samych, ale też innych. Cisza w nas otwiera na prawdziwy kontakt z drugim człowiekiem.

Zauważaj oddech - oddech jest czymś, co zawsze mamy przy sobie. To cudowna wiadomość w kontekście mindfulness, ponieważ oddech zawsze ma potencjał przywoływania nas do chwili obecnej.

Korzystaj ze zmysłów - korzystanie ze zmysłów mówi nam o intensywności danej chwili. Proste momenty mogą być wprost małymi poematami, kiedy zaangażujemy w nie wszystkie zmysły. Wrażenia zmysłowe wzbogacają nasze życie i pomagają lepiej poznać daną chwilę, zatrzymać się w niej, poobracać w palcach jak rodzynkę i puścić wolno.

Obserwuj emocje - to informacje o naszych stanach wewnętrznych. Zagłębiając się w nie stopniowo, poszerzamy świadomość tego, jak powstają konkretne emocje i jakie sygnały z ciała je przepowiadają.

Źródło: www.mindfully.pl

MARCIN WILK

Dziennikarz, autor literackiego bloga "Wyliczanka", kurator związanych z literaturą wydarzeń.

MIEĆ CZY BYĆ

wybór pokus: Aga Gruszczyńska

Teresa Tyszkiewicz: Dzień po dniu

Monograficzną wystawę Teresy Tyszkiewicz można zobaczyć do końca października w Muzeum Sztuki w Łodzi. Twórczość artystki obejmowała film eksperymentalny, malarstwo, performans, fotografię i rysunek. Częstym obiektem i jednocześnie narzędziem prac Tyszkiewicz było jej własne ciało, wizualizujące pragnienia, doświadczenia i emocje. Działania artystki związane z filmem eksperymentalnym przyczyniły się do włączenia tego medium w obszar sztuki. Teresa Tyszkiewicz była autorką m.in. "prac szpilkowych" tworzonych w opracowanej przez siebie technice.

Obcowanie z jej twórczością może nie należeć do najłatwiejszych. Pytania, które stawia, i eksperymentowanie z własną cielesnością są jednak idealnym pretekstem, jeśli ktoś ma ochotę wyjść poza strefę komfortu. Łódzka wystawa prezentuje prace z różnych okresów ponad czterdziestoletniej kariery artystycznej, ukazując procesualność i "organiczność" metody Tyszkiewicz.

ms2, Ogrodowa 19, Łódź

kuratorka: Zofia Machnicka

wystawa: do 31 października 2020 r.

2020: Burza

W Teatrze Rozmaitości premiera na podstawie Burzy Williama Szekspira, która jest jednocześnie sztuką o potędze ludzkiego rozumu i słabości człowieka, który próbuje sprostać swoim ideałom. Twórcy spektaklu stawiają zawsze aktualne pytania o moralną kondycję człowieka, tutaj zestawioną z rozwojem nauki i technologii. Artyści piszą o premierze: "2020: Burza to opowieść wielu wariantów. Za pomocą sieci neuronowej - w sposób imitujący pracę ludzkiej pamięci - na historię nakładane są różne możliwe wersje tego, co mogło się wydarzyć i co rzeczywiście się wydarzyło. To wspólna opowieść o końcu antropocentryzmu; opowieść, na którą złożą się także historie i wspomnienia nadesłane przez widzki i widzów". Dla mnie najciekawsze pytanie, które zostało postawione: Czy ludzka perspektywa jest jedyną możliwą?

2020: Burza

Scenariusz: Grzegorz Jarzyna, Weronika Murek

Reżyseria: Grzegorz JarzynaTR Warszawa

Jeden z listopadowych pokazów w secie premierowym będzie streamingowany na nowej platformie TR Online - więcej informacji: TR Warszawa

premiera: 30 października 2020 r.

Agnieszka Holland: Szarlatan

W najnowszym filmie Agnieszka Holland sięga po bliskie swojej twórczości motywy: relacje człowieka z przyrodą, rozliczenia z koszmarami XX wieku, mroczne obrazy ludzkiej natury. Historia zielarza Jana Mikoláška jest autentyczna, choć w filmie odpowiednio skomplikowana autorską wizją reżyserki. Mamy tu niejednoznaczną relację jednostki z totalitarnym systemem, nielegalną miłość, wiarę, która czyni cuda. Dla bohatera filmu remedium na ludzkie cierpienia jest natura. W najnowszym filmie Agnieszka Holland przypomina, że natura może być także przestrzenią dla wolności ducha i odnalezienia prawdziwej tożsamości człowieka.

Reżyseria: Agnieszka Holland

Produkcja: Polska, Czechy, Słowacja

Premiera: 9 października 2020 r.

Angelika Kuźniak: Soroczka

"Ale ten mój sen to nie była zmora. Ja od samiutkiego początku wiedziałam, że ten sen był dla mnie, w sercu czułam. (...) Zły znak, pomyślałam. Otwarłam oczy. Trzy razy w okno spoglądałam, żeby ten sen mnie odszedł. Wstałam. Poszłam do studni nabrać wody, oporządziłam zwierzęta. Byle czymś myśli zająć. Nic nie pomogło. Nie mogłam tego snu z siebie zrzucić. Siedział we mnie jak drzazga. Aż do tamtego ranka".

Angelika Kuźniak w charakterystyczny dla siebie misterny, a zarazem poetycki sposób opisuje spotkanych przez siebie ludzi, którzy oczekują na śmierć. Starsi, młodsi wyobrażają sobie własne odchodzenie, a tak naprawdę opowiadają o życiu. Soroczka jest zapisem socjologicznym, który w naturalistyczny, a jednocześnie metafizyczny sposób odnosi się do przychodzenia, odchodzenia, życia.

Agelika Kuźniak, Soroczka

Wydawnictwo Literackie

Premiera: 16 października 2020 r.

Paweł Huelle: Talita

Zapowiadany powrót mistrza melancholii nastąpić ma z końcem września. Świat, który już przeminął, w utworach Pawła Huelle nabiera blasku. Podobnie ma być i tym razem. "Talitha kum" ("Dziewczynko, mówię ci, wstań") - biblijna opowieść o wskrzeszeniu z martwych córki Jaira staje się punktem wyjścia do każdej opowieści w najnowszym tomie Pawła Huelle. Będą to zatem historie o miłości i niespełnieniu, pragnieniach, tęsknocie, grzechu i próbach jego odkupienia. Krytycy podkreślają wartość kryształowo czystego tonu, wyjątkowego języka i misterność konstrukcji tworzonych przez autora. Książki Pawła Huelle były dotąd przetłumaczone na ponad dwadzieścia języków. "Uwielbiam pisać opowiadania. Nie cierpię pisać powieści" - powiedział w jednym z wywiadów Paweł Huelle. Z radością przyjmujemy informację o nowym tomie. W prozie Pawła Huelle ożywa świat na pozór odległy, ale ponadczasowy, nasycony konfliktami i emocjami.

Paweł Huelle Talita

Wydawnictwo Znak, Kraków

Premiera: 30 września 2020 r.

NO TO CHE! Lao Che

Pożegnalna trasa koncertowa zespołu Lao Che po kolejnych przesunięciach ma ruszyć w październiku. Muzycy po ponad dwudziestu latach grania zdecydowali o zawieszeniu działalności. Zespół Lao Che powstał w 1999 r. Łączył w swojej twórczości różne gatunki i style muzyczne, m.in. rock, folk, electro czy piosenkę aktorską. Płyty Lao Che kilkukrotnie pokrywały się złotem i platyną. Zespół znany jest z takich utworów, jak Hydropiekłowstąpienie, Czarne kowboje, Wojenka czy Życie jest jak tramwaj, a także ze swojej proobywatelskiej postawy i zabierania głosu w najważniejszych społecznościowych kwestiach. "Pinezek wbitych w mapę koncertową nikt chyba nie jest w stanie zliczyć. (...) Dziękujemy za to, że byliście i nadal jesteście z nami. Dojeżdżamy na pętlę. To była kapitalna przygoda. Przygoda naszego życia". W związku z sytuacją epidemiologiczną szczegóły trasy mogą ulec zmianie, zaproszenie jest ciągle aktualne: https://laoche.art.pl/ Koncerty zaplanowane na październik: 3.10.2020 r. KATOWICE, 10.10.2020 r. PŁOCK, 15.10.2020 r. GDAŃSK, 16.10.2020 r. WŁOCŁAWEK

MYŚLI PRZECHWYCONE

wybór tekstów: MARCIN WILK

"Aby jakas? grupa wykluczona została "usłyszana", musi sie? wyraz?nie o swoje prawa upomniec?. W przypadku zwierza?t - upominaja?cymi sie? moga? byc? tylko ludzie, kto?rzy je reprezentuja?".

KAROLINA KUSZLEWICZ

adwokatka

Jedną ze specjalizacji Karoliny Kuszlewicz jest prawna ochrona zwierząt. Kancelaria, którą prowadzi, ma doświadczenie w prowadzeniu różnych spraw tego typu, również przed Sądem Najwyższym. Kuszlewicz na temat ochrony prawnej zwierząt napisała nawet praktyczny przewodnik. Z lektury książki wynika, że człowiek może być zarówno największym wrogiem zwierząt, jak i największym ich sojusznikiem.

"- Czy miłość lesbijską uważa pani za przestępstwo? - zapytał rzekomo mecenas Ettinger.

- Nie - miała odpowiedzieć Sadowska.

- A czy wedle pani nazwa lesbijki hańbi kobietę?

- Nie".

ZOFIA SADOWSKA

lekarka, podczas przesłuchania

Choć Zofia Sadowska, feministka, działaczka społeczna i lekarka, była bohaterką jednego z najgłośniejszych skandali międzywojennych, słuch o niej zaginął. Dlatego że była lesbijką? Taką tezę stawia Wojciech Szot, autor książki Panna Doktór Sadowska. "O takich lesbijkach mogliśmy dotąd poczytać tylko u Niemców, Francuzów i Anglików. Teraz wreszcie i my mamy swoją" - napisała na okładce książki Renata Lis.

"Znajduję się obecnie w punkcie mego rozwoju, w którym nie wolno mi poprzestać na połowicznych rezultatach, odwlekać realizację planów do niewiadomej przyszłości"

BRUNO SCHULZ

Jeden z najwybitniejszych prozaików XX wieku pozostawił po sobie niekompletne listy, legendy i malowidła. Przyjrzała się im wszystkim uważnie Anna Kaszuba-Dębska, malarka, graficzka i pisarka, która wydała właśnie biografię Bruno. Epoka genialna.

"Prawda nie zawsze jest łatwa. Zrozumiesz, jak dorośniesz".

ELENA FERRANTE

pisarka, w swojej najnowszej książce

Tematem wiodącym najnowszej powieści popularnej pisarki są trudy dojrzewania. Główna bohaterka książki musi się zmierzyć z prawdą nie tylko o swojej najbliższej rodzinie. Zakłamane życie dorosłych (przeł. Lucyny Rodziewicz-Doktór) to jednak coś więcej niż powieść inicjacyjna z Neapolem w tle. To przypomnienie, że wbrew pozorom - nie istnieją łatwe rozwiązania.

"Nie znalazłszy kosza, rzuciła prawie pusty kubek w piach i zaczęła biec, całkiem bez sensu, coraz dalej w stronę wydm Oostduinpark. Zanosiła się przy tym nagłym, niespodziewanym szlochem, zapewne tym samym, o którym następna z kolei terapeutka mówiła, że być może wcale nie wynika ze zmian hormonalnych będących skutkiem głodówek, tylko ze zwykłego nieszczęścia i smutku, wypieranych tak długo, aż powróciły jako to wariactwo, z którym się mierzy w nierównej walce".

ANNA DZIEWIT-MELLER

pisarka

W swojej najnowszej książce Od jednego Lucypera Anna Dziewit-Meller opowiada historię górniczej rodziny. To dzieje o tyle nietypowe, że uwaga jest skupiona tym razem na kobietach. Ich doświadczenie, punkt widzenia i walka interesują pisarkę i felietonistkę najmocniej.

"Przeżyłam kiedyś wspaniałą chwilę. Wysiadłam z autobusu na placu Narutowicza i miałam uczucie, że jestem całkowicie wyzwolona spod tego brzemienia - erudycji, myślenia, ciągłego kojarzenia i tych książek. Trwało to trzy minuty. Zanim doszłam do domu trzysta metrów, już mi minęło. Do dziś wspominam tę chwilę. Wspominam ją jako coś w rodzaju lotu, bo normalnie żyję w poczuciu ciągłego przytłoczenia".

Profesor MARIA JANION

w rozmowie z Barbarą N. Łopieńską

Maria Janion zaliczana jest do grona najwybitniejszych historyczek literatury i idei w Polsce XX i XXI wieku. Napisała ponad dwadzieścia książek i kilkaset artykułów naukowych. W gronie jej wychowanków i wychowanek są m.in. Stefan Chwin czy Izabela Filipiak. Zajmowała się głównie romantyzmem, ale pisała również o antysemityzmie czy kobietach w literaturze. Prof. Maria Janion zmarła 23 sierpnia 2020 r.

MARCIN WILK

Dziennikarz, autor literackiego bloga "Wyliczanka", kurator związanych z literaturą wydarzeń.

NA TEMAT

Na pomoc ginącej miłości

Jak zbudować bliski, trwały związek? Jak go ratować, gdy uczucie gaśnie? I czy w ogóle warto?

Oto pytania, jakie wielu z nas sobie zadaje. Znajomi spieszą z radami, poradniki pełne są podpowiedzi. Jest w nich jednak ukryty pewien diabelski dylemat. Jaki? Jak uczyć się nawzajem w związku i błądząc, zbliżać się do siebie?

tekst: Paweł Droździak

Miguel i Roberta, bohaterowie brazylijskiego filmu "Miłość nie wybiera" mają problemy w związku. Z czasem wygasło to, co ich kiedyś w partnerze fascynowało. On, instruktor w siłowni, ceni domowe zacisze. Kiedyś był dla niej bezpieczną przystanią. Dziś daremnie pręży muskuły i wciąż bez skutku inicjuje zbliżenia. Ona, dobrze zapowiadająca się badaczka, ma mu za złe, że brak mu ambicji; spoczął na laurach, czyli na kanapie. Taki mężczyzna już jej nie pociąga. Jemu kiedyś podobała się jej energia i aspiracje. Teraz czuje się przytłoczony jej wymaganiami.

Zgłaszają się więc do Malki na terapię par. Czy to pomoże im się zbliżyć, przełamać impas w związku? Czy pokonają dzielące ich różnice upodobań i aspiracji? Terapeutka proponuje im pięć sesji. Stosuje różne techniki, zadaje pytania. Na przykład: Dlaczego w ogóle się z nią ożeniłeś? Dlaczego za niego wyszłaś? Z pewnym oporem wracają jednak do początków ich związku, pierwszy raz od dłuższego czasu mówią sobie nawzajem coś dobrego. I uświadamiają sobie, co by stracili, gdyby się rozstali.

A przy okazji sama terapeutka zdaje sobie sprawę, że w jej związku też - wbrew pozorom - nie dzieje się najlepiej. Jose, jej mąż właśnie przeszedł na emeryturę i stracił ochotę na seks. Dlaczego? Czy ma kogoś innego? Czy ich związek da się uratować? Czy w ogóle warto walczyć o związek? Czy może lepiej dać sobie spokój i się rozstać?

Życiowe dylematy - o czym tu mówimy?

Oto dylemat, jeden z wielu. Kiedy słucham swoich klientów albo opowieści znajomych osób, coraz częściej przychodzi mi na myśl, że w miarę upływu lat krystalizuje się nam kilka podstawowych dylematów życiowych. Są to dylematy szczególnego rodzaju, bo mają charakter o tyle dramatyczny, że w zasadzie nie ma możliwości ich raz na zawsze rozwiązać. Są jak pęknięcie w samej rzeczywistości życia i jak człowiek by nie myślał - ostatecznej odpowiedzi nie dostanie. Trzeba po prostu zaakceptować, że odpowiedzi ostatecznej nie ma.

Weźmy choćby pracę. Oto pierwsze z takich pytań. Czy warto pracować ciężko i mieć wyniki, czy może lepiej mieć więcej wolnego czasu i głowę spokojną? Pracujesz ciężko, masz wyniki, ale nie umiesz się nimi cieszyć, bo ciągle pracujesz albo myślisz o pracy. Pracujesz mało, masz wiele czasu wolnego, ale głowa wcale nie jest taka spokojna, bo materialnie wcale nie czujesz się bezpiecznie i ktoś, czyj los zależy od Ciebie, daje Ci odczuć, że nie jest zadowolony.

Albo inny problem z tej serii. Planować swoje przedsięwzięcia na wiele lat do przodu, czy lepiej żyć chwilą? Nie planujesz, nie zyskujesz, bo pewne rzeczy wymagają, by dłużej nad nimi popracować. Ale jeśli planujesz, inwestujesz w to, co niepewne. Możesz latami wkładać energię w jakiś plan i na koniec zrządzeniem złego losu, zostać z niczym. Co więc jest lepsze? Konia z rzędem temu, kto na to odpowie.

A czy lepiej od dzieci wymagać więcej, by się mobilizowały, czy lepiej wymagać mniej, by były spontaniczne?

Czy lepiej kierować się uczuciem, czy rozumem? Czy lepiej z honorem pakować się w ryzyko, choćby przeciwstawienia się złu, ale ryzykując karierę i utratę przyjaciół? Czy może lepiej niezbyt honorowo, ale za to ostrożniej? Głową muru nie przebijesz i w sumie może by inni też coś ryzykowali, a nie tylko ciągle my? Dlaczego to zawsze musimy być my? Żywym tchórzem być, czy martwym bohaterem? Ktoś wie?

Czy warto długo uczyć się teorii, czy może lepiej skupić od razu na praktyce? Czy lepiej mieć własne mieszkanie, czy wynajmować? Ryzykować zmianę pracy, szukając lepszej, czy może raczej trzymać się dobrej, by nie mieć gorszej?

A czy warto ludziom ufać, czy raczej sprawdzać? Remontować stary dom, czy kupować nowy?

HISTORIA ANNY I ANDRZEJA

Anna i Andrzej ciągle się spierali. Powtarzało się to przy każdym wspólnym przedsięwzięciu - wyjeździe na wakacje, sprzątaniu, remoncie, organizowaniu przyjęcia dla gości, wyborze szkoły dla dziecka czy zakupie samochodu. Zaczynało się zwykle od tego, że Anna coś proponowała. Ale robiła to w takiej formie, że w zasadzie od początku jasne było, iż stawia przed Andrzejem zadanie. Brzmiało to mniej więcej tak: Nie mamy samochodu, bo nasz grat już od dawna nie zasługuje na miano auta. Ale ty oczywiście nic nie robisz, ciebie to nie obchodzi. Reakcją Andrzeja zwykle było zanegowanie samej potrzeby. Odpowiadał: Kupowanie nowego samochodu to zawracanie głowy, mam mnóstwo roboty i brak mi czasu, by się tym zajmować.

Z czasem narzekania Anny przybierały na sile. Powtarzała: Chcę, żeby ktoś się tym zajął; przecież mam w domu mężczyznę, czy ja muszę o tym myśleć? Andrzej w końcu brał się za szukanie nowego pojazdu, mrucząc: No dobrze, kupię. Właśnie to robię. Daj mi się skupić.

Przez pewien czas zajmował się poszukiwaniem samochodu, ale Anna interweniowała w każdy jego wybór i każdą inicjatywę. Cokolwiek proponował, pokazywała mu, że ta opcja jest bezsensowna i podawała masę argumentów. W końcu wycofywał się i przyjmował rolę wykonawcy jej poleceń. Wtedy Anna demonstrowała swoją frustrację, zarzucając mu, że jest bierny i nie może na niego liczyć. On na tym etapie faktycznie stawał się zupełnie bierny, momentami przybierało to formę włoskiego strajku - wykonywał wskazania Anny tak dokładnie, że doprowadzał je do absurdu. W końcu pojawiał się impas. Anna kończyła obrażona i wściekła, Andrzej zamknięty i milczący. Ona nieco napastliwa, on unikający, z wyraźnymi oznakami tłumionego napięcia. Ale milczał. 

Ten schemat często się powtarzał. Podczas wspólnej pracy para przeanalizowała go dochodząc do następujących wniosków:

Stanowisko Anny jest wewnętrznie sprzeczne. Z jednej strony domaga się opieki i tego, by ktoś zdjął z niej odpowiedzialność, z drugiej jednak sama nie umie oddać kontroli i odreagowuje związaną z tym frustrację na partnerze

Stanowisko Andrzeja także jest wewnętrznie sprzeczne. Z jednej strony zapewnia, że zajmie się czymś, z drugiej - kiedy Anna się włącza - natychmiast oddaje jej kontrolę. Zarazem ma jej za złe, że go tej kontroli pozbawia. W gruncie rzeczy ma pretensję sam do siebie, że liczy raczej na to, by ktoś inny poprowadził jego działania. 

Andrzej tłumi złość i nie wyraża swojego stanowiska. W efekcie złości się coraz mocniej  i coraz bardziej unika komunikacji w obawie, że zalegająca złość wybuchnie w niekontrolowany sposób.

Anna widząc jego napięcie staje się tym bardziej napastliwa, dzięki temu rozładowuje swój niepokój. Jednocześnie ta napastliwość sprawia, że nie jest gotowa przyjąć od niego żadnych informacji, jak on się w tej sytuacji czuje.

Para zaczęła pracować. Anna eksperymentowała z powstrzymywaniem się przed przejmowaniem kontroli. Uczyła się ufać, że - choć nic nie zrobi - wszystko ostatecznie dobrze się ułoży. Uczyła się także formułować swoje oczekiwania w bardziej prosty sposób - zamiast "nikt nic nie robi z tym, że potrzebujemy" mówiła: "chciałabym, żebyśmy kupili samochód. Co o tym myślisz?". 

Andrzej uczył się asertywnie domagać, by pozostawiła mu miejsce do działania. Mówił: "proszę daj mi się tym zająć, albo się tym zajmij sama". Zaobserwował, że przyjęcie postawy osoby, która jest kierowana z jednej strony daje mu komfort, z drugiej jednak jest to komfort niechciany i zdradliwy. Eksperymentował z przejmowaniem inicjatywy.

Z czasem oboje uznali, że dzięki temu ich relacja bardzo się poprawiła.

Nie da się - czyli czy warto pracować nad związkiem?

Pytanie, które pada jednak najczęściej i z którym najwięcej osób zgłasza się do psychologów brzmi: czy nad tym związkiem warto jeszcze pracować, czy lepiej go skończyć? I po czym to poznać? Skąd wiedzieć? Skąd wiedzieć na pewno? Jasna rzecz, że tego nie da się wiedzieć na pewno. Tak samo jak nie da się rozstrzygnąć żadnego z wcześniejszych dylematów - po prostu dlatego, że musi zdecydować nasze pragnienie, za które trzeba wziąć odpowiedzialność i nie ma jak się schować za czymś - za jakąkolwiek trwałą, racjonalną regułą czy wyliczeniem. Trzeba zrobić tak, jak chcemy i stanąć przed oceną. Zrobiliśmy tak nie dlatego, że istniały obiektywne przyczyny. Zrobiliśmy tak dlatego, że takie właśnie było nasze pragnienie. A jeśli okaże się, że decyzja była zła?

Otóż właśnie. Im większą mamy skłonność do perfekcji, do wyrzucania sobie jej braku, do cofania się w przeszłość, rozpamiętywania pomyłek i innych podobnych form umysłowego pastwienia się nad sobą, tym bardziej prawdopodobne, że w tego typu sprawach żadnej decyzji nie będziemy w stanie podjąć. Gdybyśmy bowiem ją podjęli i coś poszłoby źle, sami sobie wyrzucalibyśmy to bez końca.

Czy słyszałeś/słyszałaś o czymś takim jak "praca nad związkiem"? Podtrzymywanie związku. Podtrzymywanie relacji intymnej, dbanie o nią, wkładanie w nią wysiłku, aby trwała. Jesteśmy tym częstowani dosłownie non stop i często tę myśl o pracy nad związkiem przyjmujemy zupełnie już bezrefleksyjnie.

W tym zaleceniu, aby nad związkiem pracować i coś robić, by się nie psuł, jest jednak ukryty diabelski dylemat. Czy w ogóle warto pracować? A od kiedy jest tak, że lepiej nie pracować tylko skończyć i w ogóle wszelkie wysiłki są tylko daremnym pakowaniem się w czasowe i emocjonalne koszty? Zadziwiające, jak wiele terapii par kończy się niepowodzeniem. Różne są tego powody. Jeden z nich jest taki, że terapeuci z przyzwyczajenia odsłaniają, co tylko mogą, a związek jest przecież w pewnej mierze kompromisem i odsłanianie nie zawsze go scala. Drugi kłopot poważniejszy - tak naprawdę para, która przychodzi, dawno parą już nie jest, bo ludzie już w głębi serca dawno zdecydowali o końcu. Na czym jednak opiera się ich decyzja? Na pragnieniu, by skończyć. Po prostu. Mają dosyć. Więcej nie chcą, nie mają już ochoty. Ale takie niechcenie to coś, co pochodzi z nas samych i sami za to musielibyśmy odpowiadać. To trudne. Dlatego wiele osób idzie na terapię par, by mieć pewien rodzaj dowodu, że zrobili wszystko, by psujący się związek uratować i że to nie jest tak, że "nie chcą", ale tak, że "się nie da". Obiektywnie, a nie z ich własnej woli. Czasem samo życie ułatwia sprawę, bo w czasie terapii druga strona coś takiego zrobi lub powie, co całkowicie zwalnia z odpowiedzialności i można już odejść - stało się ewidentne, że ta druga strona ponosi jakiś rodzaj winy. Nie musimy się wtedy przyznawać, że to my nie chcemy, bo można się powołać na coś zewnętrznego. To daje ulgę, bo branie odpowiedzialności za własne pragnienie nie jest prostą rzeczą.

Gdyby mnie kochał, wiedziałby...

Terapeuci i wszelacy doradcy mówią nam często, co robić, by związek polepszyć. Na przykład, doradzają, aby mówić miłe rzeczy, doceniać, dbać, dawać, dotykać, dziękować i wiele innych podobnych zaleceń. Wszystkie one są prawdą. Takich prawd jest znacznie więcej. Na przykład ze statystycznych analiz wynika, że najbardziej pewnym znakiem przyszłego rozpadu jest to, że któryś z partnerów czuje do drugiego pogardę. Co więc nam radzą? Nie czuj pogardy? Aż tak daleko się chyba nikt nie posuwa, sugeruje się jednak, by odczuwanej pogardy partnerowi nie okazywać. Bezprzemocowo komunikować mu coś, co właściwie samą pogardą nie jest, ewentualnie jakimś rodzajem rozczarowania. No tak, ale co z tym niekomunikowanym uczuciem robić? Liczyć, że może się ono w coś innego odmieni, gdy poprawimy komunikację? Niewykluczone. Inne jeszcze wskazówki, jakie można znaleźć - nagradzaj partnera, jeśli coś zrobił dobrego. I unikaj, jak się tylko da, ukarania go za coś złego. Co jeszcze? Mów dokładnie, o co ci chodzi, w taki sposób, by bardzo dokładnie to wiedział. Unikaj wszelkich generalizacji i uogólnień. Postawa, która przynosi najgorsze skutki, to taka, kiedy mówimy coś w rodzaju "gdyby mnie kochał, wiedziałby, co zrobić". Oczywiście nie będzie wiedział, bo nigdy nie wiedzą (oni - mężczyźni, one - kobiety), a my, przekonani o tym, że jest to oczywisty dowód braku miłości, będziemy skrycie cierpieć. Czemu skrycie? Bo gdyby naprawdę kochał, sam by się domyślił, że cierpimy i zrobił to, co trzeba. Gdyż wiedziałby, co trzeba, gdyby kochał.

Wiele znajdziemy takich na pozór dobrych wskazówek. Niestety, wszystkie mają pewną podstawową wadę. Zakładają, że możemy całkowicie kontrolować własne zachowanie. Przez pewien czas tak, ale jeśli z kimś mieszkamy, nie bardzo się da 24 godziny na dobę zachowywać w określony sposób tylko dlatego, że przeczytaliśmy, że tak trzeba. Wcześniej czy później w końcu wyjdzie z nas to, co ma wyjść. Przypuśćmy, że ktoś nam sugeruje, byśmy często partnera głaskali i dotykali. Dotykanie się wzajemne poprawia więź, więc to róbmy. No dobrze, ale dlaczego sami z siebie nie chcieliśmy tego robić i robimy dopiero, kiedy przeczytaliśmy, że to potrzebne? Zmuszamy się, choć sami z siebie nie mielibyśmy chęci i robimy to tylko po to, by poprawić relację? To przecież będzie sztuczne. Czy to oznacza, że nic nie można zmienić?

Czy nad związkiem warto jeszcze pracować, czy lepiej go skończyć? I po czym to poznać? Skąd to wiedzieć? Musi zdecydować nasze pragnienie, za które trzeba wziąć odpowiedzialność.

Całuj go / ją... w wyobraźni

Rady są dobre, ale niekoniecznie do tego, byśmy je mieli od razu stosować. Można z nich zrobić lepszy pożytek. Przykładowo taka rada: dotykaj często partnera, przytulaj się do niego i go całuj. Po nic. Po prostu tak rób.

Jak z tej rady skorzystać? Wyobraź sobie, że od jutra to robisz. Pomyśl o tym przez chwilę; spróbuj wyobrazić sobie, jak by to było, jak byś się wtedy czuła/czuł. Co by to w Tobie uruchamiało, z czym to się kojarzy. Jak się czujesz z tym obrazem? W ten sposób, obserwując własne skojarzenia i obrazy, własne uczucia związane z tym, co sobie wyobrażasz, dowiadujesz się, co tak naprawdę sprawia, że sam/sama nie wpadasz na to. Niektórzy ludzie mają z domu wyniesione doświadczenie dobrego kontaktu z opiekunami. Także w sferze czułości. Jako dzieci brano ich na kolana, noszono na rękach, przytulano. Również dorośli często przy nich okazywali sobie uczucia w taki sposób. Te osoby zwykle naturalnie tak właśnie się zachowują. Są jednak tacy ludzie, którzy z domu wynieśli całkiem odmienne doświadczenia. Dorośli unikali fizycznego kontaktu, ciało było raczej czymś, co choruje albo co trzeba karmić niż czymś, przez co przechodzą jakieś uczucia. Prawdopodobnie w efekcie tych doświadczeń fizyczny kontakt z drugą osobą będzie czymś trudnym do wyobrażenia, a jeśli ktoś chciałby do tego się zmuszać, nie będzie wcale czuł się lepiej, tylko gorzej. Dzięki wyobrażeniu sobie tego, uruchomieniu skojarzeń, uruchomieniu tych emocji możemy tego tematu dotknąć i zacząć nad nim pracować.

Podobnie jest z innymi wskazówkami. Na przykład: "doceniaj osobę, z którą jesteś, mów o niej dobrze - do niej i do innych". Najlepiej skorzystać z tej rady w podobny sposób, wyobrażając sobie przez chwilę, że to robimy. Co widzisz? Jaki obraz? Jak coś takiego mówisz przy innych? Co dobrego dałoby się powiedzieć? Jak byś się czuł/czuła, robiąc to? Ciepło? Zażenowanie? Niektórych często chwalono, więc i oni mogą mieć łatwość w robieniu tego. Innych nigdy nie chwalono, bo otoczeniu było wszystko jedno, co robią, albo to, co robili, nigdy nie było wystarczająco dobre. Jak zatem mamy chwalić, jeśli mamy za sobą taką historię i pochwały nie przechodzą nam przez gardło? Istnieje pewien specyficzny styl wychowawczy, który sprawia, że tak wychowywaną osobę wręcz do pasji doprowadzają ludzie, którzy są z siebie zadowoleni. Jeśli czyjeś zadowolenie z siebie i spontaniczność były często gaszone lub wyśmiewane, może tak właśnie być. Wówczas robienie czegoś, co sprawiałoby, że ktoś inny po prostu poczuje się lepiej, natrafia na opór. Ta osoba, wyobrażając sobie, że kogoś chwali, wizualizując to sobie i obserwując swoje reakcje na tę wizualizację i spontanicznie pojawiające się wtedy skojarzenia, uczucia i fantazje, mogłaby szybciej uświadomić sobie tę swoją trudność.

Podobnie jest ze wszystkimi radami, które sprowadzają się do tego, by spełniać potrzeby osoby, z którą jesteśmy. Niekoniecznie musimy je zaraz stosować. Ale na pewno warto poobserwować własne reakcje na takie wskazówki i wyobrażenia sytuacji, w których byśmy je mieli stosować. Co się z nami dzieje, kiedy w ogóle słyszymy o robieniu czegoś dla partnera? Są ludzie, dla których sama taka wizja może być odpychająca bądź przerażająca. Jak mogę robić z własnej woli coś, czego oczekuje ktoś inny? Czy nie będzie to znaczyć, że znika moje odrębne "ja"? Poza tym czy jeśli dam komuś tak wiele, to nie stanie się on zbyt silny i zdolny, by mi zrobić coś złego lub mnie porzucić? Jeśli mamy tendencję, by raczej trzymać drugą stronę w pewnym dyskomforcie, by nie stała się zbyt pewna siebie, z pewnością warto sobie to uświadomić, a takie uświadomienie może nastąpić dzięki wizualizowaniu sobie podobnej sytuacji i obserwowaniu swoich reakcji na te wyobrażenia.

Nie ma recepty na dobry związek. Nie ma i nie będzie. Budowanie trwałej, bliskiej relacji jest sztuką, wzajemnym uczeniem się siebie nawzajem. Błędy wpisane są w ten proces. Pytanie, jak je potraktujemy: czy jako coś, co pozwoli się nam czegoś więcej dowiedzieć o sobie i o naszym związku, czy też jako dowód, że partner jest do niczego i pretekst, by się rozstać.

ZBYSZEK I HANNA

Pewnego dnia, gdy para jechała samochodem, a Zbyszek prowadził, Hanna zaczęła pouczać go co do wyboru drogi. Jej zdaniem droga, jaką jechali, nie była optymalna. Zbyszek negował jej uwagi, w końcu wszedł w rolę bezmyślnego wykonawcy. Jechali dość szybko, a na drodze było sporo rozjazdów. Wybranie niewłaściwego spowodowałoby stratę kilkunastu minut, nic wielkiego. Jednak pojawiło się w nich spore napięcie. Hanna co chwilę zmieniała zdanie, jednocześnie formułując żal do Zbyszka. On nie myślał już zupełnie. Skręcał kierownicą raz po raz. W efekcie uderzyli w barierkę i oboje odnieśli niegroźne, lecz bolesne obrażenia. Ta sytuacja była punktem przełomowym, po którym zgłosili się na terapię. Rozpoznanie sytuacji było bardzo podobne. Para odkryła jednak, że żadne z nich nie potrafi zmienić sposobu działania. Indywidualne uwarunkowania z historii ich życia były tak silne, że ani Zbyszek nie potrafił przejąć inicjatywy i bronić jej; ani Hanna nie umiała uwierzyć, że cokolwiek może potoczyć się dobrze, o ile ona osobiście tego nie dopilnuje. Mimo licznych prób raz po raz ponosili porażkę i wzmacniali się nawzajem w swych trudnościach.

W końcu udali się na indywidualne terapie. W ich trakcie dotarli do źródeł swoich postaw i udało im się je zmienić. Zbyszek stał się bardziej asertywny i aktywny, Hanna nieco bardziej otwarta na niespodziewane doświadczenia, które - jak się okazało - nie zawsze muszą być zagrażające. Kiedy jednak tak się stało, oboje szybko zaangażowali się w romanse z partnerami, którzy funkcjonowali całkiem inaczej niż ich dotychczasowy partner. Zbyszek związał się z bardzo spokojną, młodą osobą, która darzyła go dużym zaufaniem; w nowym związku przejawiał wiele inwencji. Hanna poznała znacznie od siebie starszego mężczyznę, bardzo aktywnego życiowo i o wysokiej pozycji zawodowej. Jak przyznała, nowy partner dał jej wreszcie poczucie bezpieczeństwa. Oboje uznali, że główną korzyścią ze wspólnej terapii było właśnie to, że dowiedzieli się, jaki jest ich życiowy potencjał. .

Błądząc, bliżej siebie

Czy w ogóle możemy zmienić swoje zachowanie wobec drugiej osoby w taki sposób, żeby to było skuteczne? Żeby dobrze działało i żebyśmy nie mieli wrażenia zmuszania się do czegoś i sztuczności? Podstawowym warunkiem jest uświadomienie sobie, czym to poszukiwane zachowanie byłoby dla nas. Czy uruchamia w nas jakiś rodzaj oporu? Skąd ten opór pochodzi? Czy biorąc pod uwagę historię naszego życia, jest w ogóle możliwe, że poczujemy się komfortowo, zmieniając zachowanie w taki sposób? Tego typu analiza to pierwszy warunek, ale potrzebne jest coś więcej.

Trening. Eksperymenty. Jeśli chcemy nauczyć się zachowywać w nowy sposób, musimy próbować. Eksperymentować, stopniowo przekraczając nasze nawyki, ale też w pewnym sensie dozując to sobie tak, żeby zmiany były dla nas możliwe do zaakceptowania. I podobnie z partnerem. Ważne jest, żeby pozwolić mu się uczyć. A proces nauki wymaga, byśmy się zgodzili, że popełnia się błędy.

Zgoda na popełnianie błędów to zresztą ciekawy temat w kontekście związków. Gdyby o naszym byciu razem zawsze decydowała "ta chwila tu i teraz", bylibyśmy cały czas na etapie castingu. W każdej chwili relacja mogłaby się skończyć i musielibyśmy wciąż drżeć na myśl o tym, udając kogoś, kim nie jesteśmy, wychodząc z siebie, by zrobić jak najlepsze wrażenie albo ukrywając błędy kłamstwami, by partner nie odwrócił się i nie odszedł. W relacji musi być zawarty jakiś element trwałości, który wykracza poza to, co tu i teraz czujemy. Jest bardziej stabilny. Bardziej długofalowy. Jakiś rodzaj zobowiązania, wspólnego planu, przywiązania do wspólnego projektu. Coś, co sprawi, że chce się w ogóle rozwiązywać powstałe trudności, zamiast po prostu szukać natychmiast nowej osoby. Jeśli mamy podstawowe założenie, że kończyć związki jest tak samo dobrze, jak o nie walczyć, wtedy nie ma szansy, że będziemy starać się przełamać trudności. Jeśli jednak istnieje w nas założenie, że związek w ogóle nie może być rozerwany, jest podobnie. Jeśli mogę wszystko, czemu miałbym się zmieniać? Jeśli każdy błąd prowadzi do rozpadu, jak mógłbym się czegokolwiek nowego nauczyć? Nie ma recepty na dobry związek. Nie ma i nie będzie. Budowanie trwałej, bliskiej relacji jest sztuką, wzajemnym uczeniem się siebie nawzajem. Błędy wpisane są w ten proces. Pytanie, jak je potraktujemy: czy jako coś, co pozwoli się nam czegoś więcej dowiedzieć o sobie i o naszym związku, czy też jako dowód, że partner jest do niczego i pretekst, by się rozstać.

Kto tu ma rację? - pyta Miguel podczas kolejnej sesji. Nieważne kto - odpowiada Malka - Ważne, że chcecie coś zrobić, żeby naprawić związek. I pyta każdego z partnerów: Czego najbardziej by ci zabrakło, gdybyście się rozstali? Chyba nigdy się nad tym nie zastanawiałam - odpowiada Roberta.

A może warto. Może tu kryje się odpowiedź, czy warto ratować nasz związek.

Pomocna może być opowieść, jaką przywołuje terapeutka: Oto kobieta przyszła do mędrca. Wyznała, że mąż jest okropny, nie chce dłużej z nim żyć. I spytała: Czy mam się z nim rozwieść? Mędrzec odpowiedział: Nie. Po kilku miesiącach kobieta wróciła i mówi: Mąż jest jeszcze gorszy, ciągle się kłócimy. Czy mamy się rozstać? Znów usłyszała: Nie. Rozzłościła się: Skąd wiesz, że nie powinnam? Mędrzec odpowiedział: Bo mnie pytasz.

Paweł Droździak

Jest psychologiem i psychoterapeutą. Prowadzi terapię psychodynamiczną osób dorosłych i par (www.skuteczna-psychoterapia.pl). Z Renatą Mazurowską napisał książkę Blisko, nie za blisko.

NA TEMAT

Przez żołądek do serca

Co o nas mówi to, co mamy na talerzu?

Wszyscy znają powiedzenia "przez żołądek do serca" albo "jesteś tym, co jesz". Co komunikujemy sobie i innym, organizując uroczyste kolacje albo przygotowując kanapkę naszym bliskim?

tekst: Milena Maryon-Nowak

"Jedzenie jest czymś więcej niż odżywianiem (...), jego wytwarzanie, przygotowanie i konsumowanie stwarzają rytuały i zachowania magiczne" - pisze Felipe Fernandez-Armesto w swojej książce pt. Wokół tysiąca stołów, czyli historia jedzenia. Barbara Józefik podkreśla, że fakt, iż od odżywiania zależy nasze życie, czyni relację karmienia czymś wyjątkowym. Można powiedzieć, że jest ono niezwykle ważną osią rozwoju więzi wczesnodziecięcych i zazwyczaj pełni istotną rolę w całym systemie rodzinnym. Przyglądając się sytuacjom codziennym, zauważamy, że jedzenie można powiązać zarówno z uczuciami, potrzebami, jak i konfliktami wewnętrznymi sygnalizowanymi poprzez określone zachowania związane ze spożywaniem pokarmów czy ich odmową. W jedzenie wplecione zostają wątki koncentrujące się na tożsamości, seksualności, roli kobiecej i męskiej, przynależności etnicznej, religijnej i wiele innych.

Współczesna kultura promuje swoistą uważność na to, co spożywamy w kontekście diety, zdrowego żywienia czy ideału szczupłości. Jednocześnie staje się w coraz większym stopniu wzbogacana różnorodnymi treściami skoncentrowanymi wokół jedzenia i określonymi zachowaniami oraz postawami kulinarnymi podkreślającymi styl życia. Przykładem tego mogą być chociażby liczne programy telewizyjne skoncentrowane wokół tematyki przygotowania i spożywania posiłków czy czasopisma poświęcone jedzeniu. Czasem możemy mieć poczucie podwójności i pomieszania, gdyż z jednej strony "powinniśmy" jeść barwnie, kolorowo, wielokulturowo i różnorodnie, a z drugiej ograniczać się, by wyglądać jak gwiazdy z okładek czasopism lub najlepiej jedno i drugie jednocześnie. Wielość znaczeń, jakimi nasycona jest tematyka odżywiania, sprawia, że psychoterapeuta niczym detektyw "bada" powiązanie między dyskursami jedzenia czy trudnościami wokół niego a treściami psychicznymi.

Osadzenie trudności związanych z odżywianiem w szerszym kontekście jest niezbędne do ich pełnego zrozumienia. Ich wyjaśnienie wiąże się niejako z poszerzeniem znaczeń w odniesieniu do konkretnej osoby oraz jej sytuacji. Czym innym będzie odmowa jedzenia u przedszkolaka, a czym innym ograniczanie jedzenia przez nastolatkę. Często, a może nawet przeważnie bywa tak, że zaburzenia odżywiania stanowią wierzchołek góry lodowej, pod którym można odnaleźć pozornie całkiem odległe teoretycznie wątki.

Jedzenie jako okazywanie miłości i troski

Kto z nas nie kojarzy powiedzenia "przez żołądek do serca"? Jedzenie często służy nam jako wyraz miłości, troski oraz opieki. W naszej kulturze, w której zwłaszcza w starszych pokoleniach okazywanie uczuć pozytywnych wprost wydaje się często budzić zawstydzenie czy zakłopotanie, komunikowanie emocji poprzez jedzenie stanowi bezpieczną formę ich wyrazu. Dbałość i pieczołowitość w przygotowaniu potraw wkomponowane są w starania o utrzymanie dobrych relacji w rodzinie czy w związku. Oznacza to, że spożycie bądź odmowa przyjmowania pokarmów mogą być traktowane jako symboliczne odwzajemnienie lub odrzucenie uczuć. Można mnożyć tu przykłady, jak chociażby potrawy przygotowane na specjalne życzenie (mam ochotę zjeść karpatkę, taką jaką robiłaś kiedyś) czy związane z konkretnymi upodobaniami (bo Jacuś tak bardzo lubi pierogi) albo słodycze przynoszone wnukom przez babcie i dziadków jako wyraz "rozpieszczania" i wyjątkowego traktowania.

Tymczasem współcześni rodzice coraz częściej reagują wzburzeniem na tego typu gesty, usiłując chronić dzieci przed serwowaną w ten sposób glukozą. Może to czasem rodzić konflikty rodzinne i międzypokoleniowe. Okazuje się tym samym, iż określenie tego, co może być wyrazem dbania, opieki i troski oraz tego, co tym dbaniem już nie jest lub co jest wręcz "zaniedbaniem", staje się w dużej mierze relatywne i uzależnione od perspektywy patrzącego. W niektórych środowiskach uważano bądź uważa się nadal, że zdrowe i zadbane dziecko ma być z założenia pulchne. Podczas gdy z innej perspektywy przekarmienie (choć nie tylko) stanowi wyraz niedbałości czy może nawet krzywdy w stosunku do potomstwa. Coraz częściej rodzice kładący nacisk na zdrową dietę swojego dziecka poszukują potraw pochodzących z ekologicznych źródeł, naturalnych, jak najmniej modyfikowanych i przetwarzanych oraz mniej skażonych.

Także w potocznym rozumieniu przyjmuje się, że wspólne spożywanie posiłków stanowi niejako spoiwo wzmacniające więzi i podtrzymujące rodzinną tożsamość. Tym samym brak wspólnego zasiadania przy stole może być wyrazem deficytów w obszarze bliskości i wspólnej tożsamości. Niejednokrotnie rodzice młodych dorosłych, ale i nie tylko, zapraszają ich na wspólne obiady, co daje poczucie więzi i członkostwa, podczas gdy niechęć do wspólnych posiłków czy odmowa mogą wiązać się z postawą oddzielenia się, wyznaczenia granic indywidualnych czy zaznaczenia odrębności. Badania longitudalne pokazały, że adolescenci, którzy spożywali pięć lub więcej posiłków w tygodniu wspólnie z rodziną, są mniej narażeni na skrajne wahania wagi i rozwój zaburzeń odżywiania.

Jedzenie bywa też afrodyzjakiem wykorzystywanym w rytuałach uwodzenia czy okazywania miłości erotycznej. Niejednokrotnie w magiczny sposób przypisuje się wówczas jedzeniu moc wzmacniania potencji czy uczuć. Sam rytuał wspólnego spożywania posiłku może stanowić element tak zwanej "gry wstępnej" zapraszającej do relacji seksualnej. Wyrazem szczególnej zażyłości i miłości wydają się być również "niespodzianki" związane z jedzeniem, np. tak zwane śniadanie do łóżka czy zapraszanie do wyjątkowych, ekskluzywnych miejsc. Modne w ostatnim czasie są kolacje w ciemności, gdzie w specjalnych miejscach tworzona jest przestrzeń do tego, by bez światła realizować spektakl zmysłów, jakim jest "Dine in the Dark".

Jedzenie jako wyraz poczucia bezpieczeństwa, przyjemności i pocieszenia

"Pełna lodówka" niejednokrotnie stanowi wyraz stabilizacji i poczucia bezpieczeństwa, daje komfort psychiczny, czasem jest jednak wynikiem niedostatku czy nawet głodu we wcześniejszych okresach życia lub poprzednich pokoleniach. Wypełnianie lodówki staje się wówczas sposobem radzenia sobie z traumatyczną przeszłością. Badania potwierdzają, że nadmiarowa potrzeba gromadzenia jedzenia i koncentracja na nim pojawiają się przykładowo u byłych więźniów obozów koncentracyjnych posiadających doświadczenia związane z ekstremalnym głodem. Okazuje się, że obawa przed głodem utrzymuje się nawet wtedy, gdy sytuacja ulega normalizacji.

Posiadanie i spożywanie jedzenia także w innych kontekstach wiąże się często z poczuciem bezpieczeństwa, redukcją lęku czy napięcia oraz spokojem i beztroską. Pracując z dziećmi i młodzieżą, wykorzystuję ćwiczenie pod tytułem "Ignaś jest smutny, dorysuj mu coś, co poprawi mu humor". Rzadko zdarza się, by w obrazach tworzonych przez moich małych pacjentów/klientów zabrakło wątków związanych z jedzeniem - bo co poprawi Ignasiowi humor lepiej niż gorące kakao czy lody?

Spożywanie posiłków kojarzy się z przyjemnością, uspokojeniem i relaksem. Może być nagrodą, pocieszeniem lub sposobem radzenia sobie z napięciem i stresem. W amerykańskich (i nie tylko) filmach zrozpaczeni bohaterowie sięgają po pudło lodów. Wykorzystywanie jedzenia jako metody radzenia sobie z redukcją stresu szczególnie często może być realizowane przez osoby, które nie potrafią werbalizować swoich trudności i rozmawiać o nich, nie posiadają adekwatnych sieci wsparcia bądź jedno i drugie jednocześnie. Gratyfikacja związana z pożywieniem jest natychmiastowa, a ewentualne konsekwencje w postaci zbędnych kilogramów odroczone w czasie, stąd trudno zastąpić je czymś, co wymaga większego wkładu i nie daje szybkich rezultatów. Podobną funkcję może też pełnić alkohol czy inne używki mające "pomagać" w radzeniu sobie z troskami. Tym bardziej staje się to widoczne w kulturze promującej hedonizm i pragnienie nieustannego szczęścia, zadowolenia oraz cielesnej rozkoszy.

Z drugiej strony czasem pojawia się ścisk żołądka i niechęć bądź niemożność spożywania pokarmu jako wyraz lęku, stresu i napięcia. Obniżenie nastroju może prowadzić do pogorszenia apetytu, brak łaknienia może być wyrazem trudnych przeżyć. Podobnie odruch wymiotny może być związany z dyskomfortem psychicznym, poczuciem niesmaku i odrazy. Bohaterowie filmów po dokonaniu zbrodni często wymiotują w toalecie. Okazuje się zatem, że ten sam objaw - na przykład silne napięcie - może powodować zarówno wzrost, jak i spadek apetytu.    

Jedzenie w kontekście wychowania, hierarchii władzy i kontroli

Gdziekolwiek zlokalizowany jest stół: w kuchni, jadalni, salonie czy restauracji itp., może stać się on terenem "musztry rodzinnej". To tutaj często rodzice wychowują swoje dzieci, dając reprymendy, przypominając, czy napominając: "Jak pies je, to nie szczeka", "Nie kładziemy łokci na stole", "Nie ciamkaj", "Zamykaj buzię, jak jesz", "Siedź prosto", "Nie baw się jedzeniem", "Nie grymaś" i wiele innych. Przymuszanie do jedzenia, kapryszenie dzieci i relacje przy stole często wpływają na to, co dzieje się w rodzinie i odwrotnie - obrazują czy symbolizują relacje i dynamikę rodzinną.

Barbara Józefik podkreśla, że spożywanie pokarmów stanowi także ilustrację problemu hierarchii władzy w rodzinie czy danej grupie społecznej. Konieczne okazuje się dostosowanie do reguł panujących w danej rodzinie, wspólnocie społecznej czy ustalonych przez określoną osobę. Powinno się jeść zatem to, co zostało przygotowane i w takiej ilości, jaka została podana. Istotny wydaje się także strój adekwatny do okoliczności spożywania posiłku. Prezentuje to jednocześnie hierarchię rodzinną czy miejsce danej osoby w systemie rodzinnym. W tradycyjnych patriarchalnych rodzinach to mężczyzna pierwszy otrzymywał posiłek, zazwyczaj najlepszą i największą porcję. Kobieta z kolei miała ten posiłek przygotować i podać. Miejsce przy stole mogło być uzależnione od wieku, płci czy pełnionej roli społecznej tudzież rodzinnej.

Ograniczanie bądź odmowa jedzenia mogą w tym kontekście być jedną lub jedyną formą wyrażania opozycji i buntu w stosunku do obowiązujących reguł rodzinnych, być wyrazem złości czy niezgody. Niejednokrotnie staje się dla dziecka obszarem kontroli i buntu przed kontrolą rodziców czy sposobem wyrażania nieakceptowanych emocji.

Jedzenie jako wyraz więzi i bycia razem

Jak wspomniałam, dostarczanie pożywienia stanowi nieodzowny warunek biologicznego przetrwania i utrzymania zdrowia, ale nie tylko. Poza zaspokajaniem biologicznych popędów pełni ważną funkcję w tworzeniu ufnej więzi z matką. Odwołując się do koncepcji psychoanalitycznych i teorii przywiązania Johna Bowlby'ego, istotą prawidłowego rozwoju dziecka jest bezpieczna więź, która powstaje dzięki adekwatnej i zgodnej z jego potrzebami opiece oraz karmieniu. Wagę właściwego i responsywnego karmienia w rozwijaniu prawidłowej bliskości z matką, tworzeniu przewidywalnej przestrzeni, poczucia bezpieczeństwa i stabilizacji jako gruntu do budowania poczucia własnej wartości, samoregulacji i zdolności do regulowania napięć, podkreślali także inni psychoanalitycy. Tym samym, jak wskazuje Barbara Józefik, "przekarmianie, nadmierne koncentrowanie się na jedzeniu czy karmienie niezgodne z potrzebami dziecka są częstymi formami zachowań ze strony rodzica utrudniającymi tworzenie ufnej więzi. W konsekwencji dziecko może mieć poczucie, że jego granice są przekraczane, może doświadczać braku poczucia bezpieczeństwa i wpływu na to, co się z nim dzieje. Może też doświadczać braku troski, bolesnego głodu uczuć i pustki uczuciowej".

Jedzenie ma także znaczenie relacyjne, czego przykładem może być również matka karmiąca piersią. Z jednej strony istotne tutaj wydaje się popędowe zaspokajanie głodu, a z drugiej ważne okazują się także inne szczegóły, jak chociażby to, czy jest odprężona czy napięta, czy patrzy na dziecko czy nie, czy jest zadowolona itp. Jedzenie może stać się tutaj symbolem szczególnej więzi i bliskości. Także w późniejszych latach może być motorem relacji i pretekstem lub okazją do wspólnego przebywania.

Jedzenie jako wyraz tożsamości, indywidualności, statusu i stylu życia

"Powiedz mi, co jesz, a powiem Ci, kim jesteś". We współczesnym piśmiennictwie odnajdujemy podobne odniesienia, jak chociażby poradnik pod tytułem Jesteś tym, co jesz. Jedzenie pojawia się także w kontekście definiowania tożsamości danej osoby. Często powiązane jest to z określoną filozofią życia, tożsamością religijną czy etniczną. Przykładem może być chociażby przejście na wegetarianizm lub weganizm i wprowadzanie własnych zwyczajów dotyczących jedzenia, niejednokrotnie będących wyrazem indywiduacji czy wyrażania krytyki wobec stylu życia rodziny pochodzenia.Niechęć czy nieufność wobec określonych dań i potraw oraz rytuały związane ze spożywaniem wyznaczonych potraw bądź postem mogą wynikać z tradycji religijnych czy kulturowych i być wkomponowane w tożsamość kulturową i podtrzymywanie jej ciągłości.

Przygotowywanie wystawnych bankietów i przyjęć czy spożywanie niektórych potraw, często egzotycznych, może być również sposobem prezentowania statusu społecznego i dobrobytu. Jednocześnie niezwykle ważnym aspektem tradycji rodzinnych jest wspólne celebrowanie rodzinnych uroczystości, ważnych wydarzeń i biesiadowanie. Podkreśleniem tożsamości kulturowej w Polsce są symboliczne uroczystości, np. kolacja wigilijna połączona z dzieleniem się opłatkiem czy śniadanie wielkanocne.

W ostatnim czasie popularne stało się dzielenie się tym, co się je na łamach portali społecznościowych czy popularnych komunikatorów. Jedzenie staje się wyrazem określonego stylu życia, podkreślając indywidualność oraz statut jednostki.

Jedzenie jako wyraz kobiecości lub męskości

Tematyka odżywiania pojawia się także w definicjach związanych z męskością i kobiecością. Tradycyjnie w patriarchalnej kulturze kuchnia i władza w niej kojarzona jest z kobietą, której rolą miałoby być, jak zostało wspomniane już wcześniej, przygotowanie i podawanie posiłków. Kobieta - jako piastunka domowego ogniska - w tym kontekście bierze odpowiedzialność za karmienie rodziny. Panie zachęcane są do tego, by żywiły innych i przygotowywały posiłki. Jednocześnie wymaga się od nich, by powstrzymywały się od jedzenia i pozostawały szczupłe, bezustannie dążąc do uzyskania "idealnej" figury, co może powodować różnorodne konflikty wewnętrzne.Tymczasem wyrazem relacji partnerskich czy zmiany wzorców patriarchalnych i włączenia się kobiet w inne sfery aktywności staje się zaproszenie mężczyzn oraz innych członków rodziny do przygotowania posiłków.

Wartym podkreślenia wydaje się także fakt odmienności oczekiwań związanych z wyrażaniem apetytu przez kobiety i mężczyzn. O ile mężczyzna ma niejako przyzwolenie na okazywanie swojego apetytu i najadanie się do syta, kobieta powinna przejawiać większą powściągliwość w stosunku do jedzenia. Tak zwane pokarmy "ciężkie", czyli mięsne, były przeznaczone dla mężczyzn, podczas gdy "lekkie" zarezerwowane były dla kobiet. Powstrzymywanie się od jedzenia mięsa wiązało się z przekonaniem, że mięso wzmaga pożądanie. W tym kontekście ograniczanie jedzenia mięsnych pokarmów przez kobiety miało pomagać panować nad seksualnością.Być może w jakimś stopniu tłumaczy to dysproporcje dotyczące skali zjawiska wśród kobiet i mężczyzn. Sheila Richtie w opracowaniu Problemy z odżywianiem zauważa, że szacunki mężczyzn i kobiet z zaburzeniami odżywiania wahają się od 1 : 6 do 1 : 201. W 2000 roku Eating Disorders Association (Stowarzyszenie ds. Zaburzeń Odżywiania) podało, że proporcja mężczyzn i kobiet mających problemy z odżywianiem wynosi 1 : 10.

JEDZENIE A SAMOPOCZUCIE

Niewątpliwie jedzenie wpływa na samopoczucie, a z drugiej strony samopoczucie wpływa na to, co i czy jemy w ogóle. Tego typu cyrkularne myślenie w odniesieniu do odżywiania może być pomocne w unikaniu skrajnych i sztywnych hipotez w odniesieniu do konkretnej osoby. Jednocześnie otwiera nasz umysł także na inne możliwości. Przykładowo w kontekście psychodietetyki warto nie zapominać o tym, że dobór potraw może wpływać na emocje i nastrój, np. nadmierna ilość cukrów prostych wzmaga nadpobudliwość psychoruchową u dzieci, a wahania nastroju, podatność na smutek i stany lękowe czy nawet depresja mogą być spowodowane błędami żywieniowymi. Za odpowiednio dobry nastrój odpowiedzialne są między innymi:

magnez,

nienasycone kwasy tłuszczowe z grupy omega-3,

witaminy z grupy B.

A zatem ich uzupełnienie może być istotne w kontekście dobrostanu psychicznego.

Na pograniczu ciała i psychiki

Sheila Ritchie zwraca uwagę na ścisły związek umysłu i emocji oraz fizjologii i cielesności w kontekście problematyki odżywiania. Definiując trudności dotyczące obszaru jedzenia, ignorancją byłoby z pewnością rozpatrywanie ich w oderwaniu od powyższych zależności. Jako przykład ścisłego związku pomiędzy głodem emocjonalnym a fizjologicznym przypomina mi się to, co usłyszałam na spotkaniu grupy kobiet mających problemy z odżywianiem. Jedna z nich zapytana przez terapeutę o to, co mogłoby się stać, gdyby panie przyszły głodne na spotkanie, stwierdziła: "Gdybym przyszła głodna na spotkanie, musiałabym pożreć nie tylko to, co znajduje się w tym pomieszczeniu, ale również i to, co jest na korytarzu. Jadłabym do momentu, aż nie zostałoby tam nic". Ilustruje to powszechny wśród kobiet lęk przed okazaniem emocjonalnego głodu. Jego demonstracja mogłaby być zbyt niekontrolowana i destrukcyjna. Jedzenie i ciało stają się narzędziami radzenia sobie z problemami emocjonalnymi.

Wiele przykładów potwierdza związek psychologii i fizjologii w zaburzeniach odżywiania. W wielu sytuacjach związanych z dysfunkcjami w obszarze jedzenia pojawia się konieczność interwencji medycznej. Czasem obok terapii potrzebna jest przykładowo konsultacja medyczna wykluczająca organiczne podłoże schorzenia czy dodatkowe badania, innym razem wskazana jest hospitalizacja lub połączenie psychoterapii z odpowiednimi procedurami medycznymi. Bywa tak, że terapeuta wraz z lekarzem wspólnie stawiają czoła kwestiom życia i śmierci. Stajemy zatem na pograniczu: ciało-psyche. Przykładem łączenia tych sfer może być powszechnie używany w kontekście zaburzeń odżywiania wskaźnik masy ciała (body mas index - BMI).

Język jedzenia i ciało a język emocji

Istnieje związek między językiem jedzenia i ciałem a językiem uczuć. Tym samym trudności dotyczące sfery jedzenia często przypominają mowę mima, gdzie ciało wyraża to, czego nie mówią usta. Kiedy brakuje emocjonalnego języka na opisanie uczuć, pojawiają się między innymi działania w postaci jedzenia i niejedzenia oraz kontrolowania własnego ciała. "Gdzie mamy do czynienia z deficytami w obrębie mentalizacji, rozwija się mowa ciała". Prof. Katarzyna Shier posługuje się terminem "zdradzone ciało", przez co rozumie takie doświadczenie ciała przez osobę, w którym staje się ono sceną do rozgrywania jej problemów psychicznych i emocjonalnych. Ostatnio ukazała się jej książka pt. Samotne ciało.

Często okazuje się, że jedzenie i odżywianie nie są głównymi problemami. Mogą one być nieadekwatną próbą uzyskiwania kontroli nad własnymi uczuciami, nad którymi utraciło się panowanie, czy sposobem na okazywanie potrzeb i wyrażanie pragnień. Na poziomie emocjonalnym problemy z odżywianiem mogą mieć źródło w zaburzonym spostrzeganiu własnej osoby, niezrozumieniu siebie, poczuciu nienawiści i lęku w stosunku do siebie bądź braku umiejętności myślenia o doświadczeniu emocjonalnym. Mogą stanowić próbę uporania się z trudnościami z wcześniejszych etapów rozwoju (np. wyodrębnienie poczucia "Ja" w relacji z innymi). Obraz ciała konsoliduje się około 6.-7. roku życia dziecka, czyli gdy osiągnęło ono określony poziom rozwoju na drodze separacji i indywiduacji. Obraz ciała danej osoby może podlegać zmianom w późniejszym życiu w zależności od jej doświadczeń społecznych, zwłaszcza w okresie dorastania. Wydaje się to istotne w kontekście pracy z osobami doświadczającymi zaburzeń odżywiania.

Spożywanie pokarmów - na pierwszy rzut oka czynność trywialna, zakorzeniona w codzienności i prozie życia, a z drugiej strony informacja o nas samych, naszych organizmach w sensie biologicznym czy też o naszej kulturze i czasach, w jakich żyjemy.

Spożywanie pokarmów jest zwykle łącznikiem i sposobem porozumiewania się ze światem społecznym i wypełnianiem jego oczekiwań. Jedzenie tym samym staje się osią, wokół której gromadzą się obowiązujące reguły i normy. Współczesne odżywianie związane zostało z problematyką diety, zdrowego odżywiania czy idealnej sylwetki. Tematykę tę znajdziemy w prywatnych rozmowach, mass mediach, literaturze i sztuce oraz w wielu innych kontekstach. Nie możemy jej ignorować także z perspektywy gabinetu.

Milena Maryon-Nowak

Certyfikowany psychoterapeuta Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, psycholog. Członek Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego oraz Sekcji Naukowej Terapii Rodzin. Pracuje terapeutycznie z osobami dorosłymi, dziećmi, młodzieżą, parami oraz rodzinami. Autorka szkoleń i poradników dla rodziców dzieci niepełnosprawnych.

PORADNIK POZYTYWNEGO MYŚLENIA

"Niekochalni"

O lęku przed bliskością z Andrzejem Gryżewskim rozmawia dr Dorota Krzemionka

Są osoby, dla których przytulenie albo dwie noce pod rząd razem, nie mówiąc o wspólnym zamieszkaniu, to za dużo. Za blisko. Wszczynają więc kłótnie albo w ogóle znikają, sabotując dobrze zapowiadający się związek. Kim są tacy "niekochalni"? Dlaczego niektórzy do nich lgną?

Andrzej Gryżewski

Psycholog, psychoterapeuta poznawczo-behawioralny, seksuolog i edukator seksualny. Prowadzi prywatną praktykę. Założył w Warszawie Gabinet Psychoterapii Seksualnej "CBTseksuolog", był asystentem prof. Zbigniewa Lwa-Starowicza. Jest autorem wielu prac, m.in. bestsellerowej Sztuka obsługi penisa oraz Jak facet z facetem, Być parą i nie zwariować (razem z Katarzyną Miller). Ostatnio ukazała się książka Niekochalni. Lęk przed bliskością (napisana wspólnie z Sylwią Sitkowską).  

Dorota Krzemionka: Bliskość jest tym, czego najbardziej pragniemy, a zarazem często najbardziej się jej obawiamy. Dlaczego?

Andrzej Gryżewski: Zyskiwanie bliskości to gra o wysoką stawkę. Można to porównać z wygraną w kasynie. Wszyscy chcielibyśmy być bogaci, mieć wiele pieniędzy, ale żeby je zdobyć, trzeba postawić na szali wszystkie oszczędności. Wiąże się z tym ogromne ryzyko. Podobnie gdy poznajemy kogoś nowego, zawsze jest to jakiś rodzaj loterii. Bliskość zaś wymaga, by się odsłonić, odważyć komuś zaufać, a my nie wiemy, na kogo trafiamy i kim się okaże z czasem. Bardzo boimy się źle ulokować uczucia, zwłaszcza w micie popularnym w tym kraju, że jedna osoba ma być na całe życie.

A tego, jak się potoczy związek, nie można przewidzieć, mamy równanie z wieloma niewiadomymi. Choć zwykle zaczyna się przyjemnie...

Tak, do krwi zakochanych trafia wyrzut fenyloetyloaminy. Dlatego chcą być razem, często się kochać, gotowi są pojechać na drugi koniec Polski czy świata, by spotkać ukochaną osobę. Potem jednak wpływy fenyloetyloaminy gasną, partnerzy coraz lepiej poznają się. W końcu zamieszkują razem i budują bliską więź. Jednak dla niektórych osób taka perspektywa jest szczególnie ryzykowna, wręcz przerażająca, zwłaszcza gdy związek staje się bliższy. Obawiają się, że partner nimi zawłaszczy, zagarnie ich albo będzie kastrować.

Co ciekawe, takie osoby chciałyby mieć aplikację Tinder, ale w odwróconej wersji, tak by pokazywała ludzi, którzy są od nich aktualnie najdalej. Jeden z moich pacjentów jeździ do partnerki z Warszawy na Śląsk, inna pacjentka poznała kogoś w Stanach i zaczęła do niego regularnie latać.

Idealna relacja dla kogoś, kto boi się bliskości.

Nie ma ryzyka, że taki partner nagle zechce się spotkać, umówić na spacer, rower czy wieczorne wyjście na drinka.

Nieprzypadkowo wybieramy takich, a nie innych partnerów. Osoby niekochalne bezwiednie wybierają sobie kogoś niedostępnego, z kim nie grozi im bliskość?

Rzeczywiście, często szukają kogoś, kto jest daleko od nich albo nie jest wolny. To może być na przykład ksiądz lub żonaty mężczyzna. Albo ktoś, kto z innych powodów nie jest dostępny emocjonalnie, bo cierpi na depresję, albo bez reszty poświęca się swej karierze, jest pracoholikiem czy wysoko funkcjonującym alkoholikiem. Odrzuca ich, bo jest narcyzem zajętym tylko sobą.

Kim są niekochalni? Czemu tak bardzo boją się bliskości?

Większość z nich ma za sobą bardzo trudne doświadczenia w bliskich relacjach. Dotyczy to okresu dzieciństwa. Na przykład matka była bardzo nadopiekuńcza i tą nadopiekuńczością przytłaczała, ubezwłasnowolniała córkę czy syna. Ostatnio przyszedł do mnie pacjent, 38-letni mężczyzna, który od dwóch lat mieszka z partnerką, lecz ma zaburzenia erekcji i obawia się większej bliskości.

Dlaczego?

Okazało się, że jego matka, która mieszka za granicą, wciąż przylatuje do niego i pod jego nieobecność przemeblowuje mu mieszkanie. Jeśli coś jej się nie spodoba, wyrzuca to do kosza. Kupuje mu ubrania. On wraca do domu z partnerką, a tu się okazuje, że ma już inny wystrój mieszkania, inne ciuchy. Jak mówi, czasem nie poznaje własnego życia. I lęka się, że jeśli się z kimś zwiąże, zaręczy lub jakoś zadeklaruje, to ta kobieta zrobi to samo, co jego matka - będzie go zawłaszczała. Z drugiej zaś strony wielu mężczyzn nie jest zdolnych do bliskości, bo ich ojciec był kastrujący, cały czas ich krytykował. Co ciekawe, głównie w tej dziedzinie, w której sam się specjalizował. Jeśli ojciec był dobry w sporcie, to powtarzał synowi: "Za wolno biegasz, kiepsko pływasz, za słaby jesteś". "Przypominasz matkę z wyglądu, nie faceta". A jeśli był intelektualistą, to dawał mu tak trudne zadania logiczne, tyle książek do przeczytania, że syn tego nie był w stanie unieść. W efekcie syn czy córka czują się niewystarczający, niezasługujący na miłość. Mają przekonanie, że bliska relacja obciąża albo prowadzi do zawłaszczania.

I te przekonania uaktywniają się, gdy taka osoba spotyka kogoś, z kim mogłaby zbudować bliskość?

Terapia schematów - jedna z odnóg psychoterapii poznawczo-behawioralnej - opisuje siedemnaście takich wzorców. U osób, które mają lęk przed bliskością, zauważyć można schemat wadliwości, czyli poczucie bycia niewystarczającym albo schemat deprywacji emocjonalnej, który powstaje, gdy bliska ważna osoba cały czas podważa emocje dziecka. Na przykład syn przychodzi ze szkoły i żali się, że koledzy się z niego śmieją i biją go, a ojciec reaguje tak, jak kiedyś Jacek Kuroń, który w podobnej sytuacji powiedział swojemu synowi: "albo ty mu wpie... albo ja tobie!". Co jego syn usłyszał? Że musi być agresywny albo sam spotka się z agresją najbliższej osoby. Jak z takim skryptem można później budować bliskie relacje? Czasem zaś ojców w doświadczeniu osób z lękiem przed bliskością w ogóle nie ma - bo albo pracowali, byli w trasie, albo pili. Syn czy córka czuli się porzuceni, nieważni. Potem to odtwarzają. Psychoanalitycy mówią: powiedz mi jaką miałeś relację z rodzicami, a powiem ci, jaką teraz stworzysz. Coś w tym jest.

Jeśli ktoś w dzieciństwie doświadczył odrzucenia czy zranienia, to obawia się, że w bliskiej relacji znów zostanie zraniony. I nie widzi, że sam z lęku nieświadomie prowokuje swoim zachowaniem to odrzucenie czy zranienie. Tak działa bezwiedny przymus powtarzania?

Dokładnie taki automatyzm często się zdarza u niekochalnych. Wydaje się to wręcz magicznie; takie osoby czują, jakby wpadły w jakąś dobrze sobie znaną koleinę. Chcą innej relacji niż mieli rodzice, a wybierają podobnych partnerów. Nic dziwnego, zwykle dążymy do spójności w postrzeganiu siebie i doświadczeń. Jeśli obraz własnej osoby jest naruszony, a bliskość była raniąca, to dla takiej osoby atrakcyjni są ci, którzy aktywizują jej destrukcyjny schemat. I gotowe są porzucić dla nich dobrze rokujące związki. Jedna z moich pacjentek, 40-letnia singielka, była w krótkich relacjach z różnymi facetami. Oni mieli dobrą pracę, byli inteligentni, wyrażali emocje, byli w niej zakochani. Ale - jak mi wyznała - czuła, że ich nie kocha. Bez pamięci zakochała się w tym, który rzucił pracę, zajął się buddyzmem, później wymyślił własną religię. Uważał, że jest przeorem zakonu, który sam stworzył. Chodził po ulicach Warszawy ubrany w worek. Ona uważała, że to ktoś wyjątkowy, odważny i o niezwykłej osobowości. On zaś zastanawiał się, co do niej czuje, ale bynajmniej nie miłość. Ona była zakochana w nim bez pamięci.

Mała szansa, że powstanie z tego trwały, bliski związek. Czy lęk przed bliskością jest powszechny?

Coraz częściej w gabinecie, a także poza nim, ludzie opowiadają mi o swoim lęku przed bliskością, o nieudanych próbach zbudowania związku. Ten lęk wyraża się też we współczesnej kulturze. Nie bez powodu taką furorę zrobiła książka 50 twarzy Greya. O czym ona jest? O lęku przed bliskością. Bohaterka jest zahukaną myszką i trafia na faceta kompletnie odciętego od emocji. Wierzy, że swoją miłością go odczaruje, przywróci go do żywych. Niestety, od początku ta relacja skazana jest na porażkę. Przecież ona widzi, że on ma klatkę poprzypalaną papierosami, lubi seks sadomasochistyczny i nie buduje relacji emocjonalnych. Czułości od niego na pewno nie doświadczy, najwyżej może jej kupić nowe auto.

Co zatem ją i wiele innych kobiet zatrzymuje w takiej relacji?

Brak stabilnego poczucia własnej wartości. Wiele kobiet nie czuje się wystarczająco dobra. Często miały kastrujące matki, które nie tylko nie wspierały córek, ale wręcz z nimi rywalizowały. Te córki dorastają i trwają w nadziei, że przyjedzie książę na białym koniu lub w audi i odczaruje ją. Kobieta bardzo na to liczy, że ów Belmondo nada jej ważność swoją osobowością, że przywróci szarej myszce samoocenę. To mit o Kopciuszku jest lejtmotywem 50 twarzy Greya i powodem jej popularności.

Kopciuszek czeka, aż się pojawi książę, a póki co - jest sam. Z danych GUS wynika, że już co czwarty Polak jest singlem. Połowa z nich twierdzi, że z wyboru. Być może dla części jest to wybór...

Być może. Ale u wielu wynika to z lęku przed bliskością. Niedawno przyszedł do mojego gabinetu przystojny, wysportowany, inteligentny i zadbany mężczyzna dobiegający czterdziestki. Nie miałby problemu, by z kimś się zacząć spotykać, a od lat jest singlem. Innym mówi, że jest sam z wyboru. A tak naprawdę wstyd mu się przyznać, że boi się zbliżenia z kobietą. Nie wie, jak utrzymać bliskie relacje. Jego rodzice okropnie się kłócili, była między nimi przemoc psychiczna i fizyczna. Widział, jak ojciec gwałci matkę. Boi się, że w bliskiej relacji sam albo stanie się oprawcą, albo kobieta będzie go niszczyła. Kolegom prezentuje się jako zadowolony z siebie i z życia w pojedynkę. Jak przyznał, ta Gombrowiczowska gęba tak mu wrosła w twarz, że sam zaczyna w to wierzyć. Chwilami tylko dociera do niego, że to tylko fasada i dalej tak nie chce. Marzy, by kochać i być kochanym. Ale gdy pojawia się szansa na to, ma wielki lęk w oczach.

Jest nadzieja, że skoro szuka u Pana pomocy, to pokona ten lęk. Wielu singli zaprzecza potrzebie bliskości i racjonalizuje sobie swoją sytuację. Po czym poznać, czy jest to czyjś wybór, czy przejaw lęku przed bliskością?

Pytam taką osobę, jakich uczuć doświadcza na co dzień, w tygodniu. I słyszę, że jak gasną światła społecznych imprez i spotkań, to czują ogromną samotność. Sami są w swoich sukcesach i porażkach. Mają poczucie, że nikt ich nie rozumie. Znajomi pytają, jak sobie sam radzisz. Oni na to: "Spokojnie, mam kilka układów". A tak naprawdę nikt nie wie, że siedzą godzinami na kamerkach internetowych, oglądają pornografię albo uprawiają cyberseks i tak realizują swoje potrzeby. Większość ich aktywności seksualnej to masturbacja i pornografia.

Internet ułatwia ucieczki od bliskości, portale społecznościowe nazywa Pan sklepem z kochankami...

Niewątpliwie aplikacje takie jak Tinder - choć hipotetycznie stworzono je po to, by łączyły ludzi i pozwalały się im poznać - mają udział w umacnianiu lęku przed bliskością. Większość profili jest bez zdjęcia. Anonimowość sprawia, że użytkownicy często kłamią na temat swego wieku, zawodu, wagi czy wyglądu. Normą jest tu ukrywanie danych czy koloryzowanie.

I tym większy lęk przed spotkaniem w realu... Jeśli jakimś cudem osobie "niekochalnej" uda się wejść w relację, jak wygląda taki związek?

Burzliwie, szczególnie gdy ktoś staje się bliższy. Wtedy zaczynają się różne acting-outy (patrz: Słownik). Osoby z lękiem przed bliskością pakują się w zdrady, bez reszty angażują się w pracę albo w ogóle znikają. Jedna z moich klientek była w związku z mężczyzną, który miesiącami wzorcowo budował z nią relację - umawiał się na randki, przynosił kwiaty, zapewniał, że ją kocha, jest jej wierny i lojalny. Związek rozwijał się aż do momentu, gdy on zaproponował, by razem gdzieś wyjechali i spędzili ze sobą kilka dni. Wtedy ona nagle zniknęła. Gdy partner zadzwonił z pytaniem, gdzie się wybiorą, usłyszał: "Wiesz, ja właśnie jestem z kolegą w Emiratach. Nie chcę cię oszukiwać, przespałam się z nim". Nagle wyjechała z innym mężczyzną. Pytam klientki, dlaczego to zrobiła. A ona: "To było poza moim wglądem; po prostu czułam, że muszę to zrobić. To mi było do czegoś potrzebne". No właśnie, ciekawe do czego.

Bo dla niej było już za blisko? Takie skoki w bok w dobrych związkach są przejawem lęku przed bliskością. Partner się zastanawia, co z nim jest nie tak, skoro partnerka szuka czegoś poza związkiem. A chodzi o to, że "ten trzeci" pozwala rozluźnić relację?

Tak, trójkąty pełnią rolę takiego bezpiecznika, pozwalają zmniejszyć lęk przed bliskością i rozładować rosnące napięcie. To się dzieje zwykle bezrefleksyjnie. Acting-outy zdarzają się, gdy para zaczyna zmieniać reguły gry. Na przykład spotykali się raz czy dwa razy w tygodniu, a nagle partner chce wyjechać gdzieś razem albo spędzić dwie noce pod rząd. W tym momencie, najczęściej pojawia się osoba trzecia i skok w bok. Jakiś czas temu pacjentka mi opowiadała, że od lat umawia się z kimś tylko na seks. Jeśli po stosunku ona wychodzi albo on wraca do siebie, to jest ok. Ale gdyby facet został na noc i się do niej przytulał, to już jej nie zobaczy, jakkolwiek ta relacja nie byłaby obiecująca.

Bo jeżeli się przytula, to znaczy, że chce bliskości. A ona tego właśnie się lęka. Ona ucieka, a ten drugi tym bardziej ją goni. Kim są ludzie, którzy lgną do "niekochalnych"?

Często też są to osoby niekochalne, tylko w inny sposób. Nie liczy się dla nich rzeczywistość, nie przeszkadza im, że partner ich odrzuca. Im bardziej on się oddala, tym bardziej zalewają go swoim uczuciem. Zdrowe osoby, jeśli dobijają się do kogoś, ale widzą, że są zbywane czy odtrącane, to po trzech razach darują sobie. Dojdą do wniosku, że to nie ten moment, nie ta osoba. A ktoś z lękiem przed bliskością miesiącami się będzie dobijać, bombardować je miłością.

Czy to miłość? Raczej fantomowa, jak określa Pan relację z wyobrażeniami na temat drugiej osoby...

Prawdziwa miłość polega na wzajemnym uczuciu i reagowaniu na swoje potrzeby. A w przypadku partnerów niekochalnych mamy do czynienia z jakimś zafascynowaniem, fatalnym zauroczeniem podsycanym odrzuceniami. Niektóre z tych osób mówią: "Przecież miłość jest cierpieniem. Jeśli mi na kimś zależy, muszę mu to udowodnić i znosić jego odrzucenia". Pacjentka opowiadała mi, że od trzech lat dobija się do faceta. On raz na jakiś czas się z nią spotka - gdy ma ochotę na seks lub chce, by go wysłuchała albo wymasowała. Od lat zatem ona istnieje dla niego w trzech rolach: masażystki, terapeutyki lub wypożyczającej swoje ciało. Trudno nazwać to nawet seksem: on odbywa stosunek, ma wytrysk i wychodzi. Gdy ona chce się spotkać, słyszy: "Nie teraz, nie dziś, mam dużo pracy" - a potem spotyka go na bulwarach z kolegami. Doświadczyła setki takich odrzuceń. Pytam, jak sobie to tłumaczy? A ona: "Trzeba się postarać o faceta. Gdy się spotka kogoś, trzeba o niego zawalczyć". I walczy tak już któryś rok z rzędu, nic z tego nie mając. To współczesna parafraza bajki o "szatach króla", które tylko mądra osoba zobaczy. W tym przypadku królewskie odzienie na nagiej osobie zobaczy jedynie osoba bojąca się bliskości. Reszta będzie widziała nagusa.

Owszem, pozwala się wykorzystać, głównie seksualnie. Seks jest sceną, gdzie ujawnia się lęk przed bliskością. Z jednej strony zbliża ludzi, z drugiej oddala.

U kobiet wyrazem lęku przed bliskością jest pochwica, czyli skurcz mięśni pochwy uniemożliwiający odbycie stosunku. Albo dyspareunia, czyli ból podczas stosunku lub zaburzenia lubrykacji, charakteryzujące się suchością pochwy w czasie stosunku. Wiele kobiet jest ogromnie zestresowanych w intymnym kontakcie. Obawiają się, że mężczyzna będzie brutalny, wykorzysta je jak kiedyś inna bliska osoba, potraktuje przedmiotowo albo zostawi, gdy zajdą w ciążę. Skupiają się na swoich obawach, których nie ujawniają partnerowi, nie rozbroją z nim tego napięcia razem.

A mężczyźni? Podobno co trzeci nie uprawia seksu w stałym związku? Dlaczego?

Z lęku przed bliskością często mają zaburzenia erekcji. Wielu z nich seks traktuje zadaniowo. Wierzą, że muszą być seksmaszynami, cały czas mieć wzwód i doprowadzić kobietę do pięćdziesięciu orgazmów pod rząd. Są przekonani, że tego ona od nich oczekuje.

Wyobrażenia budowane na podstawie pornografii?

Oczywiście. Mówię pacjentowi: moim zdaniem te przekonania nie są realne. Proponuję, by sprawdzili u źródła, czyli spytali kobietę, czego ona oczekuje w seksie. Po czym pozna, że on jest dobrym kochankiem. Okazuje się, że ona pragnie mężczyzny, który jest uważny na jej potrzeby, zaangażowany, buduje bezpieczeństwo i bliskość. Tego oczekuje, a nie super sztywnego członka.

Podobno kiedyś mężczyzna chciał, a nie mógł. Teraz może, lecz nie chce mieć seksu. W ten sposób karze partnerkę, która chciałaby być z nim bliżej?

Odmawia seksu, bo czuje się niepewny w swej roli i sfrustrowany, gdyż - na przykład - ona zarabia więcej. Na dodatek zna cztery języki, prowadzi firmę. A on nie może znaleźć pracy. Obawia się też, że pojawi się ciąża i zostanie uwikłany w związek. Albo kastruje w ten sposób kobietę, bo jeśli on nie chce zbliżenia, to ona sobie pomyśli, że jest kiepską kochanką i dzięki temu on będzie górą, zdominuje ją.

Póki czuje się słaby, gorszy od niej, nie jest w stanie być mężczyzną. Esther Perel, amerykańska psychoterapeutka par, mówi o dwóch wymiarach w relacji. Jeden to bliskość, ciepło i bezpieczeństwo. A drugi, który warunkuje seksualne pożądanie, to odrębność partnerów, niepewność, wręcz ryzyko. Bezpieczny, bliski związek zabija czasem pożądanie.

Dlatego warto dbać o te dwie siły: z jednej strony o wzajemną zależność i bliskość, a z drugiej o separowanie się partnerów, ich odrębność i autonomię. Te dwie siły muszą być w delikatnej równowadze.

Łatwo powiedzieć, ale jak to robić na co dzień?

To często naprawdę dynamiczny proces. Ważne, by dbać o relację, a jednocześnie nie zatracać się w związku i być sobą. Dobrze, by każdy z partnerów dbał o filary swojej tożsamości, nie rezygnował z zainteresowań, ulubionych zajęć czy spotkań ze swoimi znajomymi. Nie wszystko trzeba dzielić z partnerką. Osoby z lękiem przed bliskością dokonują acting-outu, czyli muszą zrobić coś złego, by zyskać więcej swobody i autonomii. Inaczej nie potrafią. Jeden z pacjentów opowiadał mi, że czuje wewnętrzną potrzebę obrażenia się czasem na żonę. Od lat po pracy pędzi do domu, by się zaopiekować rodziną. Ma poczucie, że dopiero wtedy, gdy się pokłócą i żona się na niego obrazi, może mieć czas dla siebie. Zamiast obrażać się, trzaskać drzwiami, lepiej ustalić z partnerką, że potrzebuję pobyć sam ze sobą, oddalić się na godzinę czy dwie. Inny z pacjentów od czterech lat jest w związku, od pewnego czasu zaczął unikać seksu. Wcześniej regularnie chodził do kina i na siłownię, to były filary jego tożsamości, a odkąd zamieszkał z partnerką, robi to sporadycznie. Czuje się zobligowany, by być w domu i skupiać się tylko na swojej partnerce, na jej potrzebach.

Zrezygnował z siebie?

I czuje, że ona go zawłaszcza, choć tak naprawdę sam przystaje na to zawłaszczenie, nie dbając o filary swojej tożsamości. A później się dziwi, że jej nie pożąda. Jeśli zamroził fundamenty swej męskości i tożsamości, to seksu nie będzie.

Jemu spada potencja, a ją z kolei taki domowy, upupiony mężczyzna też przestaje fascynować. Niektóre kobiety obawiają się męskiej siły i niezależności. Upupiają więc swojego partnera: trzymają go w domu, zakładają mu fartuszek, nazywają misiaczkiem, a potem z zaskoczeniem odkrywają, że tego misiaczka już tak bardzo nie pragną...

Dlatego proponuję kobietom, by się zastanowiły, czego naprawdę chcą, a co jedynie deklarują. Często deklarują, by mężczyzna spędzał z nią każdą chwilę, wysłuchał każdej opowieści, wybrał się z nią na zakupy. Ale okazuje się, że gdy ona zrobi sobie z niego taką przyjaciółkę, to już go nie pożąda.

Słownik

Acting-out - (dosłownie: "rozegranie w działaniu") oznacza zachowania, które uzewnętrzniają konflikty przeżywane przez osobę. Zachowania te są powodowane nieświadomą potrzebą opanowania lęku. Osoby z lękiem przed bliskością powodują kłótnie, obrażają się, wikłają się w zdrady albo nagle wyjeżdżają, by w ten sposób zredukować napięcie i zyskać dystans.

Jak wyzwalać się z pętli lęku przed bliskością?

Jeśli lęk przed bliskością nie jest zbyt silny, warto wiązać się z osobami, które mają bezpieczny styl przywiązania, czyli komfortowo się czują w bliskiej relacji. W swoim gabinecie spotykam osoby, które mają tak nasilony lęk przed bliskością, że ich życie emocjonalno-seksualne to pasmo porażek. Nie inaczej wyglądają ich przyjaźnie. Ciągle czują się nieważni, odrzuceni, niezrozumiani. W takiej sytuacji warto po prostu wybrać się na psychoterapię. Nie ma cudów. Czasami trzeba uczciwie zmierzyć się z lękiem, budując w gabinecie psychoterapeuty lub seksuologa bezpieczny styl przywiązania. Poczuć, że nasze myśli, uczucia, doświadczenia są słuchane z uwagą i zainteresowaniem. Proces wychodzenia lękowych stylów przywiązania do najprostszych nie należy, ale pamiętajmy, że życie zaczyna się tam, gdzie kończy się lęk.

psychologia i życie

"Zarażenie" afektywne, czyli jak przekazujemy sobie emocje

Emocje nadają życiu smak. Czasem jednak sprawiają, że wpadamy w panikę, poddajemy się cudzym nastrojom. Kto jest bardziej podatny na takie afektywnie "zarażanie" i do czego to prowadzi?

tekst: Piotr Kwiatek

Equilibrium - thriller science-fiction w reżyserii Kurta Wimmera przedstawia orwellowską wizję świata. Otóż władza wpada na pomysł rozwiązania wszystkich problemów swoich obywateli, ale trzeba wyeliminować z życia społecznego emocje i uczucia. Zarówno te negatywne, takie jak: złość, frustracja, zawiść czy zazdrość, jak i pozytywne, np. radość, współczucie, empatia czy zainteresowanie. Obywatelom państwa Libria podaje się lek o nazwie prozium, który czyni ich podobnymi do cyborgów albo zombi. I choć władza znalazła wielu wyznawców tej ideologii - bo kto by nie chciał żyć w świecie wolnym od nienawiści, wojen i konfliktów - to jednak spora grupa społeczna jest w stanie zapłacić najwyższą cenę za obronę niezależności, autonomii i... smaku życia.

Jak ptakom skrzydła, czyli o tym, jak przenoszą się emocje

Dziś raczej nikt już nie kwestionuje pozytywnego znaczenia emocji w naszym życiu. W latach trzydziestych XX wieku Carl Gustav Jung stwierdził, że emocje mogą być zaraźliwe. Wcześniej podobne stanowisko wygłaszał twórca teorii ewolucji Karol Darwin. Uważał, że stany emocjonalne nie tylko mogą być przenoszone z jednego organizmu na drugi, ale dostrzegał również związek między emocją a jej ekspresją. Już samo wyrażanie emocji wzmacnia je i intensyfikuje, a tłumienie ich powoduje wyhamowywanie i zanikanie. Jednak dopiero w latach dziewięćdziesiątych XX wieku Elaine Hatfield wraz ze współpracownikami podjęła się opisania i wyjaśnienia zjawiska "zarażenia emocjonalnego" (ang. emotional contagion). Scharakteryzowała je jako "tendencję do automatycznego naśladowania mimicznej, pantomimicznej i wokalnej ekspresji innych osób, co w konsekwencji prowadzi do przejmowania ich emocji". W Polsce badania na ten temat podjęła między innymi Monika Wróbel z Uniwersytetu Łódzkiego. W książce pt. Zarażenie afektywne. O procesie transferu emocji i nastroju między ludźmi przedstawia zarażenie afektywne jako "proces, który prowadzi do przenoszenia się stanów afektywnych z jednej osoby na drugą nie tylko wtedy, gdy kontaktują się one bezpośrednio, ale też wtedy, gdy odbiorca widzi nadawcę na filmie czy też przysłuchuje się jego nagranemu głosowi".

W literaturze na ten temat można spotkać się z dwoma terminami dotyczącymi transferu stanów afektywnych: jeden to zarażenie nastrojem (ang. mood contagion), drugi - zarażenie emocjonalne (ang. emotional contagion). Wśród naukowców wciąż trwają dyskusje, w jakim stopniu są to dwa oddzielne procesy, a w jakim integralnie ze sobą powiązane. Niektórzy badacze twierdzą, że zarażenie nastrojem jest bardziej krótkotrwałe, intensywne i odnosi się do globalnego samopoczucia, a zarażenie emocjonalne jest bardziej długotrwałe, mniej intensywne i wiąże się ze specyficznymi uczuciami. "Należy jednak podkreślić, że tak jak trudno wykreślić ostrą granicę między emocją i nastrojem, tak samo trudno wyraźnie oddzielić od siebie oba rodzaje zarażenia" - pisze Monika Wróbel.

WARTO WIEDZIEĆ

Zarażenie afektywne - proces, który prowadzi do przenoszenia się stanów afektywnych z jednej osoby na drugą, nie tylko wtedy, gdy kontaktują się one bezpośrednio, ale też wtedy, gdy odbiorca widzi nadawcę na filmie czy też przysłuchuje się jego nagranemu głosowi.

Źródło: M. Wróbel, Zarażenie afektywne. O procesie transferu emocji i nastroju między ludźmi, Warszawa 2019.  .

Unieś kąciki ust, czyli transfer emocji do wewnątrz

Zanim przeanalizujemy, jak dochodzi do zarażenia afektywnego w relacjach społecznych, warto uświadomić sobie, że ten proces dokonuje się również w obrębie jednego organizmu. Na przykład, jeśli ktoś czuje się smutny, przygnębiony, poirytowany, to jego ciało nie tylko będzie te stany manifestować, ale też używać tej energii, by się nią karmić. Dobrze to ilustruje proces somatyzacji, czyli wyrażania dyskomfortu psychicznego objawami cielesnymi, takimi jak na przykład: bóle głowy, wysypka, psychogenny kaszel, "nerwica żołądka", kołatanie serca. Istnieje także transfer w odwrotnym kierunku: od ciała do psychiki. I nie chodzi tylko o to, że ktoś - na przykład - się przejadł, źle się czuje, ma uczucie dyskomfortu z powodu przeciążonego żołądka. Dziś coraz więcej dowiadujemy się o tym, jak mimika twarzy może wpływać na samopoczucie - smutek na twarzy może wzmacniać uczucie przygnębienia i depresji. Nadajemy określone komunikaty, ale również sami jesteśmy ich odbiorcami. Dokonuje się to nie tylko na poziomie słów i świadomości, ale często w przestrzeni, z którą nie mamy na co dzień kontaktu. Warto wspomnieć o hipotezie mimicznego sprzężenia zwrotnego, która głosi, że z obserwacji samego siebie, własnych postaw, gestów, zachowań i emocji konstruujemy opis samych siebie. Przed laty Firtz Strack wraz z innymi badaczami zaprezentował, na czym miałoby to polegać. Uczestniczący w eksperymencie byli podzieleni na dwie grupy. Pierwszą z nich poproszono o trzymanie ołówka w ustach, między wargami, a uczestnicy drugiej grupy trzymali ołówek w zębach, co sprawiało, że kąciki ich ust unosiły się jak przy uśmiechu. Następnie jedni i drudzy mieli ocenić, w jakim stopniu prezentowane im obrazki są śmieszne. Okazało się, że osobom z drugiej grupy, u których sposób trzymania ołówka uruchamiał mięśnie twarzy odpowiedzialne za uśmiech, częściej obrazki wydawały się zabawne. Istnieje więc związek pomiędzy ekspresją fizyczną a emocjami i samopoczuciem. A idąc dalej, można sądzić, że warto zadbać o ciało, postawę, sposób chodzenia, ponieważ to wszystko może mieć wpływ na nasze samopoczucie. Jak pisze Monika Wróbel: "Istnieją dowody, że aktywność mięśni mimicznych może być sprzężona z odczuwanym stanem, nawet wtedy, gdy ekspresja ta jest niewidoczna dla oka".

"Efekt kameleona", czyli transfer emocji na zewnątrz

Badacze zgodnie mówią o tzw. zjawisku imitowania, czyli o naśladowaniu motorycznym albo behawioralnym. Niektórzy określają to zjawisko bezwiednym naśladowaniem, "efektem kameleona". Już w latach siedemdziesiątych XX wieku brytyjski uczony Adam Kendon obserwował ludzi rozmawiających w restauracji. Zauważył, że nieświadomie odwzorowywali mimikę, gesty albo sposób siedzenia osób, z którymi byli w kontakcie.

Proces imitowania polega na tym, że najpierw mamy do czynienia z obserwacją, a potem powielaniem lub nieświadomym odwzorowaniem gestów, mimiki czy tonu głosu. Nie wszystkie zmiany muszą być dostrzegalne gołym okiem albo ujawniać się w polu naszej samoświadomości. Mogą zachodzić bardzo szybko, np. przekaz podprogowy, gdzie trudno mówić o możliwości zarządzania czy jakiejkolwiek kontroli bodźca. "Efekt kameleona" dotyczy nie tylko odwzorowania gestów ciała, ale również uczuć i emocji, a nawet głosu. Badacze pokazywali uczestnikom zdjęcia twarzy, które wyrażały radość, złość, wstręt albo smutek, i zauważali, że pociągało to za sobą odmienne wzorce reakcji mięśni twarzy u oglądających. Jednak nie jest to prosta reakcja automatyczna. Odwzorowujemy bowiem więcej emocji niż samych ekspresji mimicznych w ciele. Ważne są konteksty emocji i ich źródła. Inaczej bowiem będziemy reagować na smutek czy uśmiech osoby nam bliskiej, a inaczej nieznajomej. Więcej tu pytań niż odpowiedzi.

Skąd kaszubskie "jo", czyli podłoże zjawiska

Wiemy, że na nasz nastrój i emocje może mieć wpływ wiele różnych czynników - zewnętrznych, takich jak pogoda, czyjaś wypowiedź, i wewnętrznych, np. sposób interpretacji czyjegoś zachowania, poziom hormonów czy w końcu nasz wybór. Stosunkowo nowym zagadnieniem jest wpływ samej obecności drugiej osoby i jej nastroju. Nie chodzi tu o dość oczywiste sytuacje, gdy czyjaś frustracja czy wręcz furia oddziałują na nas, ale o sam fakt istnienia tego emocjonalnego połączenia na poziomie biologii i czystej interakcji. To trochę tak jak podanie komuś dłoni. Energia, ciepło, uczucia przechodzą z jednego organizmu na drugi - czy tego chcemy, czy nie.

Mamy zdolność nie tylko do przenoszenia i zarażania się nastrojami czy uczuciami, ale również do nieświadomego imitowania zachowań. Ostatnio rozmawiałem z kimś z południa Polski. Gdy dla potwierdzenia jego wypowiedzi użyłem zwrotu "jo", mój rozmówca zapytał, czy przypadkiem nie jestem Kaszubem. Nie jestem, zacząłem się więc zastanawiać, skąd się wziął ten mój krótkotrwały nawyk językowy. Przypomniałem sobie, że podczas ostatniego pobytu w domu rodzinnym spotkałem się z osobą, która jest dla mnie autorytetem. Uświadomiłem sobie, że to właśnie ona używa tego kaszubskiego "jo".

Im dłużej osoby ze sobą przebywają, tym bardziej stają się do siebie podobne emocjonalnie. Niektórzy mówią o interpersonalnym kleju, by podkreślić, jak silnie afekt spaja relacje między ludźmi.

Tendencja do naśladowania zachowań innych ma podłoże ewolucyjne i służy do przystosowania się do środowiska. Występuje już u niemowląt, które imitują wyraz twarzy dorosłych. Płaczą, kiedy usłyszą płacz innego noworodka, gdyż nie rozróżniają między nim a sobą. "Skłonność do naśladowania innych osób stanowi wrodzoną cechę ludzkiego funkcjonowania" - pisze Wróbel. Neurofizjologicznym podłożem afektywnego zarażania są tzw. neurony lustrzane - komórki, które aktywują się nie tylko pod wpływem działania czy wykonywania jakiejś czynności, ale również pod wpływem oglądania jej czy obserwowania. Jakie mogą być tego praktyczne skutki? Załóżmy, że idziemy do pracy w dobrym nastroju. Tam spotykamy kogoś, kto wstał lewą nogą - jest poirytowany i nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Ale nastrój tej osoby nam się udziela. Nieświadomie i mimowolnie zarażamy się nim. W konsekwencji wychodzimy z pracy rozdrażnieni, nie wiedząc nawet dlaczego!

Wrażliwi i ugodowi, czyli warunki sprzyjające zarażeniu emocjonalnemu

Tak jak wirus może rozwijać się lepiej lub gorzej w określonych warunkach, podobnie jest z "zarażeniem" afektywnym. Rodzi się pytanie: kto jest dobrym jego nosicielem albo przekaźnikiem? To ci, którzy silnie przeżywają swoje stany emocjonalne i ekspresywnie je komunikują, a jednocześnie nie są wrażliwe na reakcje odbiorcy. Emocje lepiej przenoszą osoby atrakcyjne i te, którym się przypisuje moralność. Czynnikiem istotnym jest też autentyczność tych emocji - fałszywy uśmiech przenosi się słabiej niż autentyczny. Do "zarażenia" emocjonalnego łatwiej dochodzi między osobami, które mają ze sobą bliski związek. Cechą silniej aktywującą zarażenie jest pozytywne postrzeganie drugiej osoby albo przynależność do tej samej grupy społecznej, a zwłaszcza sytuacja, gdy odbiorca lubi, podziwia i szanuje drugą osobę.

Badacze zauważają, że różne cechy osobowościowe predysponują nas do większego zainfekowania emocjonalnego. Na przykład wrażliwość i skłonność do silnego przeżywania emocji, ugodowość, uzależnianie wizji własnego "ja" od opinii innych czynią nas podatnymi na zarażenie nastrojem. Są też ludzie, którym trudniej będzie się zarazić. Do nich można zaliczyć osoby z cechami narcystycznymi, skupione wyłącznie na własnym "ja", a także te, którym brakuje empatii i zdolności zauważania czyichś stanów emocjonalnych.

Zarażenie afektywne opiera się na jakości relacji. Uczucie radości czy strachu inaczej będzie odbierane przez osoby, z którymi tworzymy dobre relacje, a inaczej przez te, do których czujemy niechęć czy wrogość.

Zarażenie afektywne to złożony fenomen. W miarę badania go pojawia się coraz więcej pytań. Po pierwsze, choć niektóre emocje, takie jak radość czy smutek, wywołują lustrzane emocje, to jednak sposób ich interpretacji odgrywa kluczową rolę. Otóż smutek wroga może być interpretowany przez odbiorcę pozytywnie, a radość mojego wroga może wywoływać moje niezadowolenie i smutek. Po drugie, niektóre emocje są bardziej złożone, co oznacza, że mogą być one interpretowane bardzo różnie przez obiorcę. Niekoniecznie więc pasja i entuzjazm będą wywoływać to samo uczucie u odbiorcy, przeciwnie - mogą wywoływać przygnębienie, zdziwienie albo poczucie zagubienia. Kolejna trudność polega na istnieniu różnicy między doznawaniem emocji a ich komunikowaniem. Można być zarażonym, ale niekoniecznie to ujawniać. Posiadamy społecznie i kulturowo wyuczoną zdolność maskowania emocji. Niekiedy sami przed sobą neutralizujemy uczucia albo wypieramy je. Często ukrywamy się za pozorami tego, co w głębi naprawdę odczuwamy. Pomocą w zrozumieniu tych mechanizmów mogą okazać się np. tzw. mikroekspersje, które choć nieuchwytne dla naszego oka, to jednak są rejestrowane przez niektóre psychologiczne pomiary.

"Kto z kim przestaje...", czyli od świadomości do praktyki

Wiedza na temat "zarażenia" afektywnego może pomóc nam lepiej zrozumieć własne i cudze stany emocjonalne. Niewątpliwie przywódcy, osoby pełniące funkcje kierownicze i wszyscy ci, którzy zarządzają zasobami ludzkimi, powinni posiadać nie tylko większą wrażliwość, ale także zdolność świadomego regulowania emocjami innych przez lepszy kontakt z własnymi. Można zarażać nie tylko uśmiechem, pasją czy nadzieją, ale również w sensie szerokim - sobą i własnym samopoczuciem. Dobry lider powinien wykorzystywać takie możliwości dla realizacji celów grupowych.

Wiedza na temat afektywnego "zarażania" jest też wykorzystywana w sektorze pracy i marketingu. Tutaj zwraca się uwagę, aby kelner był uśmiechnięty i uprzejmy, bo jego reakcje, ale i sposób, w jaki podaje potrawy, może mieć wpływ na to, czy klient powróci do restauracji. Jak pisze w swojej książce Monika Wróbel: "Stan afektywny sprzedawcy nie tylko udziela się klientowi, ale też służy mu jako komunikat na temat jakości usługi, towaru czy firmy, którą dany sprzedawca reprezentuje".

Ponadto, zrozumienie mechanizmu "zarażenia" afektywnego jest pomocne w budowaniu relacji społecznych. Znane powiedzenie "Kto z kim przestaje, takim się staje" odnajduje częściowe potwierdzenie w badaniach. Im dłużej osoby ze sobą przebywają, tym bardziej stają się do siebie podobne emocjonalnie. Niektórzy mówią o interpersonalnym kleju, by podkreślić, jak silnie afekt spaja relacje między ludźmi.

Tak jak dystans społeczny w związku z chorobą COVID-19 jest formą troski o siebie, ale również o drugiego, podobnie może być uzasadnioną postawą względem tych, którzy destrukcyjnie na nas wpływają. Wiedzę i świadomość "zarażenia" afektywnego można twórczo wykorzystać do budowania własnego dobrostanu i rozwijania lepszych relacji międzyludzkich.

dr Piotr Kwiatek

Psycholog i psychoterapeuta, prowadzi zajęcia z interwencji pozytywnych na Uniwersytecie SWPS. Wykłada w Seminarium Braci Mniejszych Kapucynów w Krakowie. Jest autorem kilku książek z serii Psychologia pozytywna i wiara, m.in. Ucieszyć się życiem i Sztuka życia bez narzekania.

psychologia i życie

Jak pracować nad odpornością psychiczną i czego na pewno nie robić

z Amy Morin rozmawia Elżbieta Filipow

AMY MORIN

Psychoterapeutka, licencjonowana kliniczna pracowniczka socjalna, wykładowczyni psychologii na Northeastern University, autorka książek 13 rzeczy, których nie robią silni psychicznie ludzie, 13 rzeczy, których nie robią silni psychicznie rodzice i 13 rzeczy, których nie robią silne psychicznie kobiety.  

Elżbieta Filipow: Co zainspirowało Panią do badań nad osobami silnymi psychicznie?

Amy Morin: Jako terapeutka zawsze byłam zainteresowana tym, co sprawia, że niektórzy ludzie odznaczają się rezyliencją, czyli adaptacją do sytuacji, zdolnością do odbudowania sił, odpornością na stres. Przeszłam przez doświadczenia kilku strat we własnym życiu, więc rozwinęłam osobiste zainteresowanie siłą psychiczną. W dość krótkim odstępie czasu umarła moja mama, mąż i teść. Chciałam dowiedzieć się, jak mogę uleczyć moje złamane serce.

Wzmacnianie siły psychicznej można porównać do zwiększania siły fizycznej. Wielu ludzi ma pewne niezdrowe nawyki, które wstrzymują ich przed byciem w dobrej formie. Podobnie jest z naszą siłą psychiczną. Od czego powinniśmy zacząć, żeby móc zwiększać siłę naszych "psychicznych mięśni"?

Najważniejsze to zarządzać tym, jak myślimy, odczuwamy emocje i zachowujemy się. Gdy będziemy zdolni do realistycznego myślenia, będziemy radzili sobie z naszymi emocjami w zdrowy sposób i podejmiemy konstruktywne, pozytywne działania, wtedy nasza siła psychiczna będzie rosła.

Jest Pani autorką książki 13 rzeczy, których nie robią silni psychicznie ludzie. Na przykład nie tracą czasu na użalanie się nad sobą. Wyjaśnia Pani, że istnieje różnica między doświadczaniem cierpienia i smutku a autodestrukcyjnym rozpamiętywaniem nieszczęścia. "Mentalność ofiary" nie uczyni z nas dobrych kompanów, w końcu nikt, jak to Pani ujęła, nie powie: "najbardziej lubię w niej to, że ciągle się nad sobą użala". Jak możemy zmienić taki nawyk?

Należy rozpoznać, kiedy nasze myśli są przesadnie negatywne. Gdy nadmiernie wyolbrzymiamy to, jak złe jest nasze życie, bądź zaczynamy odczuwać beznadziejność lub bezradność, prawdopodobnie wpadamy w pułapkę użalania się nad sobą. Praktykowanie wdzięczności i podjęcie pozytywnych działań, na przykład dobroczynnych na rzecz jakiejś wspólnoty lub celu, może pomóc nam w wydostaniu się z niezdrowego użalania się nad sobą. Kiedy jest nam smutno, oczywiście zdrowe będzie pozwolenie sobie na odczuwanie takiej emocji. To może nas uzdrawiać. Ważne jednak, by umieć dostrzegać, kiedy przekraczamy pewną granicę i zmierzamy w stronę autodestrukcyjnego użalania się nad sobą.

Pisze Pani, że silni psychicznie ludzie nie pozwalają innym decydować o sobie?). Zajęło mi nieco czasu nauczenie się stawiania zdrowszych granic osobie, która mnie raniła. Uświadomiłam sobie, że to ode mnie zależy, jaką obiorę postawę wobec tej osoby. Co można poradzić osobom, które poświęcają zbyt wiele energii na swoich wrogów?

Duże znaczenie ma to, żeby dostrzec, ile czasu poświęcamy na myślenie o kimś, ile energii możemy skierować w stronę tej osoby i ile czasu na to wszystko przeznaczamy. Czasami konieczne może być postawienie zdrowszych fizycznych granic, ograniczając ilość czasu, jaki z kimś spędzamy. W innym przypadku możemy chcieć wyznaczyć zdrowsze emocjonalnie granice, na przykład postawienie jasno sprawy, że nie będziemy rozmawiać o pewnych tematach. To od nas zależy, ile czasu i energii poświęcamy innym ludziom.

Rozpamiętywałam za bardzo przeszłość i nie mogłam ruszyć do przodu. Aż zrozumiałam, że roztrząsanie spraw z przeszłości nie rozwiąże naszych obecnych problemów, za to może doprowadzić do nagromadzenia się ich w przyszłości. Jak możemy przestawić nasz sposób myślenia i ruszyć do przodu?

Lepiej jest skupić się na tym, jakie lekcje możemy wynieść z przeszłości, zamiast rozpamiętywać w kółko krzywdy, które nas spotkały, i wciąż powtarzać te same błędy. Jedynym momentem, kiedy możemy zmienić nasze zachowanie, jest czas teraźniejszy - to, co jest tu i teraz. Więc zwróćmy naszą uwagę ku temu, co możemy zrobić teraz, żeby pomóc sobie stworzyć jaśniejszą przyszłość.

I skupmy się na rzeczach, nad którymi mamy kontrolę. James - jeden z Pani pacjentów - przez lata nie mógł zaakceptować, że sędzia przyznał byłej żonie prawa do opieki nad jego córką. Próbował przekonać Panią, żeby wzięła jego stronę i napisała do sądu, dlaczego to on powinien zajmować się córką. Jak udało się pomóc mu uświadomić sobie, że lepiej dla niego będzie, jeśli spróbuje odpuścić?

Mój proces terapeutyczny tak naprawdę koncentrował się na tym, żeby pomóc mu uświadomić sobie, że mógł wybrać różne rzeczy. Mógł dalej koncentrować się na tych wszystkich sprawach, które nie podobały mu się w byłej żonie, lub mógł zaakceptować je i skupić się na sobie. Ta druga opcja oznaczała lepsze przyjrzenie się temu, co chciał robić inaczej. Było to dla niego trudne, ale sam doszedł do tej decyzji. Ja nie mogłam mu powiedzieć, co ma robić. Potrzebne mu było podjęcie decyzji, co będzie dla niego słuszne. Moje zadanie polegało po prostu na tym, żeby pomóc mu zdecydować, co chce zrobić.

Nie będziemy silniejsi, starając się zadowolić wszystkich. Taka osoba może łatwo dać się zmanipulować, raczej nie nawiąże żadnych głębokich lub autentycznych relacji z innymi. Może wtedy łatwo stracić kierunek z obranej drogi życiowej. Co może nam pomóc w tym, żebyśmy nie zwracali tak wielkiej uwagi na oczekiwania innych ludzi?

Na pewno istotne jest, żeby znać samego siebie. Umieć jasno określić i być świadomym tego, jakie są nasze wartości oraz priorytety życiowe. Kiedy już potrafimy je wytyczyć, możemy praktykować umiejętność mówienia "nie" w stosunku do spraw, które nie są w zgodzie z wizją życia, jakiego chcemy dla siebie.

Odnoszę wrażenie, że kobiety bardziej starają się zadowalać innych. Czy zauważa to Pani w swojej pracy terapeutycznej? Jak to można wyjaśnić?

Każdy może się stać osobą próbującą zadowolić innych, ale rzeczywiście widzę, że kobiety bardziej niż mężczyźni się z tym zmagają. Dziewczyny są często chwalone za przestrzeganie reguł, bycie cichymi, spokojnymi czy też "słodkimi". To wszystko może zwiększać szanse, że będą próbowały zadowalać innych swoim kosztem. Kobiety również z większym prawdopodobieństwem będą ukarane lub postrzegane negatywnie za okazywanie złości. Ludzie myślą, że kobiety są zbyt agresywne lub emocjonalne, kiedy się nie zgadzają. Mężczyznom natomiast w takim samym przypadku przyklaskuje się za ich płomienny temperament.

Czego zatem nie powinny robić silne psychicznie kobiety?

Nie powinny porównywać się do innych ludzi i nie powinny dążyć tak bardzo do perfekcji. Poza tym silne psychicznie kobiety nie powinny bagatelizować swoich sukcesów. To są najpowszechniejsze nawyki i mogą być najbardziej szkodliwe.

Osoby silne psychicznie nie boją się podjąć ryzyka, eksperymentują w życiu. Konfrontujemy się z różnym poziomem ryzyka. Jak możemy oszacować jego poziom, co powinniśmy wziąć pod uwagę?

Wiele osób unika rzeczy, które budzą w nich przerażenie, jak na przykład branie udziału w wystąpieniach publicznych. Strach nie jest jednak dobrym sposobem oszacowania ryzyka. Istotne jest przyjrzenie się rzeczywistej sytuacji, z jaką się konfrontujemy. Można spisać korzyści i straty z podjęcia lub niepodjęcia określonego ryzyka. Takie działanie może wzmocnić nasze logiczne myślenie, które jest kluczem do zrównoważenia naszego strachu.

Silni psychicznie ludzie nie wzbraniają się przed zmianą. Jakie są różne etapy wdrażania zmiany, gdy na przykład próbujemy schudnąć?

Pewne jest, że nie zmienimy naszego życia w przeciągu jednej nocy. Zamiast tego możemy przejść przez pięć etapów zmiany. Zaczynamy od prekontemplacji, wtedy myślimy, że żadnego problemu z nadwagą nie mamy. Możemy myśleć, że jesteśmy szczęśliwi tacy, jacy jesteśmy. Drugi etap to kontemplacja. Polega on na tym, że zaczynamy sobie zadawać pytanie, czy moglibyśmy chcieć dokonać zmiany w naszym życiu. Na przykład, może coraz bardziej nie podobać się nam to, jak leżą na nas ubrania albo zaczynamy szukać jakichś zmian w sposobie odżywiania czy też w rozpoczęciu ćwiczeń fizycznych. Przygotowanie jest kolejnym etapem, wtedy jesteśmy już gotowi na zmianę. Możemy zacząć rozważać, co zrobić, by włożyć większy wysiłek w ćwiczenia fizyczne lub zacząć kupować jedzenie, które pomoże nam schudnąć. Kolejne jest działanie, wtedy też zaczynamy wprowadzać zmiany w życie. Przestajemy niezdrowo się odżywiać i zaczynamy jeść zdrowsze posiłki, jesteśmy gotowi wprowadzać większą aktywność fizyczną. Ostatnim etapem jest utrzymanie. Utrzymujemy zmiany, które zaczęliśmy wprowadzać w życie. Gdy nasza waga zmniejsza się o kolejne kilogramy, tworzymy plan dalszego trwania w procesie zmiany, nawet jeżeli konfrontujemy się z wyzwaniami, takimi jak zaproszenie przez przyjaciół na obiad w restauracji.

Pięć etapów zmiany na przykładzie rzucania palenia papierosów

1. Prekontemplacja - zaprzeczamy problemowi, szukamy wymówek, np. fajnie jest iść na przerwie w pracy na papierosa.

2. Kontemplacja - uświadamiamy sobie chęć zmiany w naszym życiu, np. zauważamy niekorzystne dla zdrowia konsekwencje palenia.

3. Przygotowanie - jesteśmy gotowi na zmianę i zastanawiamy się, jak ją skutecznie zrealizować, np. zbieramy informacje o metodach rzucania palenia, rozmawiamy z farmaceutą.

4. Działanie - wprowadzamy zmianę w życie, np. przestajemy palić na przerwie, stosujemy nikotynową terapię zastępczą bądź leki na receptę.

5. Podtrzymanie - planujemy wytrwanie w procesie zmiany, np. jak będziemy unikać pokusy, gdy szykujemy się na urlop lub przyjęcie.

Jakie emocje wstrzymują nas przed zmianami?

Często jest to strach przed nieznanym i strach, że możemy wszystko tylko pogorszyć. To często zatrzymuje nas przed robieniem różnych rzeczy w inny sposób.

Podczas pandemii koronawirusa doświadczamy różnych strat, niepewności, braku poczucia bezpieczeństwa i izolacji. Jeśli chcemy mimo to pozostać tak silni psychicznie, jak to tylko możliwe, czego w szczególności powinniśmy się wystrzegać?

Najważniejsze, w moim przekonaniu, jest powstrzymanie się przed użalaniem się nad sobą. Oczywiście, naturalne jest i zdrowe odczuwanie w tej sytuacji smutku, ale użalanie się nad sobą jest czymś innym. Polega raczej na przesadnym wyolbrzymianiu tego, jak złe jest nasze życie, a to powoduje, że popadamy w coraz większe poczucie beznadziejności i bezradności. To jest szczególnie niezdrowe w obecnej sytuacji, będzie nas też trzymało w pozycji ofiary i przedłużało nasze cierpienie, co nie wzmocni naszej siły.

WARTO PRZECZYTAĆ

Piotr Klimski, Wojciech Sulimierski, Kocham Cię! Współczesne mity o miłości, W drodze, Poznań 2020

Popularne zachodnie produkcje romantyczne narobiły sporo szkód w naszym myśleniu na temat miłości i związków. Mamy poczucie, że związek z drugą osobą to bajka i zawsze kończy się happy endem. Powszechnie wiadomo, że to nieprawda, a życie nie raz nam o tym przypomina.

Kocham Cię! Współczesne mity o miłości wykorzystuje najnowszą wiedzę psychologiczną, aby obalić powszechne przekonania na temat zakochania i miłości. Pozycja obdziera to uczucie z narzuconych nam przez filmy czy kulturę stereotypów. Autorzy swoje argumenty popierają wieloma badaniami i w prosty sposób przezentują fakty.

Piotr Klimski oraz Wojciech Sulimierski rozbierają miłość na czynniki pierwsze oraz wyjaśniają czym dokładnie ona jest. Książka zawiera sporo naukowych definicji i tłumaczy stereotypowe różnice np. między kobietami a mężczyznami. Dużym plusem jest wykorzystanie praktycznych przykładów z pracy gabinetowej autorów. Bazując na własnym doświadczeniu autorzy, obalają kolejne mity i zachęcają do zmierzenia się z nimi.

Niektóre poglądy przedstawione przez autorów mogą wydawać się kontrowersyjne czy staroświeckie, co zachęca czytelnika do zastanowienia się nad złożonością ludzkich relacji miłosnych. Dzięki temu pozycja pobudza do krytycznego myślenia i pozwala spojrzeć ponad własne ograniczenia. Taki zabieg sprawia, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie, nawet kiedy nie zgadza się z poglądami twórców.

Kocham Cię! Współczesne mity o miłości w prosty sposób tłumaczy realizm relacji międzyludzkich i pozwala lepiej zrozumieć dynamikę i strukturę związków miłosnych. Książka pokazuje jak uczyć się miłości i przeżywać ją bardziej świadomie. Ukazuje dlaczego warto kochać. Pomimo tego że książka jest dyskusją na temat miłości między kobietą a mężczyzną, wiedza w niej zawarta jest jak najbardziej do przełożenia na inne relacje miłosne, niezależnie od płci.

Nicola Wrębiak

Michael C. Reichert, Jak wychowywać chłopca. Potęga relacji w kształtowaniu dobrych ludzi,

przekład: Anna Czechowska, Mamania, Warszawa 2020.

Premiera książki

30 września 2020 roku

Wychowywanie dzieci wiąże się z wielogodzinnymi rozmowami, mnóstwem poświęconego czasu, uwagi i zrozumienia. Rodzice często słyszą od innych - czy to bliskich, czy obcych im ludzi "złote rady" jak powinni wychowywać swoje dziecko. Zdarzyć się może również, że rodzice, często nieświadomie, kierują się różnego rodzaju stereotypami, wpajając je dziecku.

Autor książki Jak wychowywać chłopca. Potęga relacji w kształtowani dobrych ludzi opowiada właśnie o stereotypach, które mogą mieć negatywny wpływ na rozwój społeczny i emocjonalny dzieci. Powyższa książka skupia się głównie na stereotypach dotyczących chłopców i tego, że oni zawsze powinni być "męscy" i "twardzi", że "płacz jest dla słabych/jest niemęski".

Jak wychowywać chłopca. Potęga relacji w kształtowaniu dobrych ludzi pokazuje jak ze stereotypami powinni walczyć rodzice, nauczyciele, opiekunowie. To zbiór praktycznych wskazówek, które ułatwią komunikację między dzieckiem a rodzicem, nauczą słuchać i pomogą w budowaniu więzi i relacji pełnej miłości.

Książka jest swego rodzaju poradnikiem jak wychować chłopca, aby wyrósł na pewnego siebie, życzliwego, pełnego szacunku i empatii mężczyznę.

Klaudia Przyłucka

PSYCHOLOGIA i ŻYCIE

O iluzji kontroli

prof. dr hab. Tomasz Maruszewski

Specjalizuje się w psychologii procesów poznawczych i emocji; autor m.in. książki Gdzie podziewa się nasza pamięć

Jednym z atrybutów władzy jest kontrolowanie tych, którzy jej podlegają. Tę kontrolę można sprawować na różne sposoby, poczynając od ślepego przymusu, a kończąc na wpajaniu ludziom przekonania, że żyją w najlepszym ze światów. Pośrodku leży manipulowanie zachowaniem za pomocą kar i nagród. Nie wszystkie mają charakter materialny, a wiele z nich przybiera postać symboliczną.

Przekonanie, że wszystko jest pod kontrolą, jest raczej rodzajem iluzji niż trafnym opisem rzeczywistości. Sytuacje, nad którymi nie potrafimy w pełni zapanować, są raczej regułą w naszym życiu. Sięgnijmy do przykładu. Najbliższe osoby, którym bezgranicznie ufamy, nagle robią coś zupełnie nieoczekiwanego. Co więcej, sądzą, że powinniśmy się czegoś takiego spodziewać, gdyż ich zachowanie jest całkowicie usprawiedliwione. Nawet w sytuacjach losowych uważamy, że nasze ulubione liczby dają większą szansę wygrania w Totolotka niż liczby wygenerowane przez maszynę. Ellen Langer, która była pionierką badań nad iluzją kontroli, sądzi, że u jej podłoża leży zróżnicowana tendencja do spostrzegania świata. Niektóre osoby wykazują tendencję do postrzegania świata w kategoriach sprawnościowych: zachowują się jak kierowca wyścigowy, który uważa, że potrafi poradzić sobie w każdej sytuacji. Natomiast inne ujmują świat w kategoriach losowych i nie wierzą w to, że wszystko zależy od ich umiejętności i kompetencji.

Analogiczna sytuacja występuje podczas prowadzenia samochodu - kierowca jest przekonany, że lepiej kontroluje to, co dzieje się na drodze niż siedzący obok pasażer. Nie zawsze tak jest, ponieważ nie może on kontrolować zachowania innych kierowców, którzy jadą w bardzo niebezpieczny sposób. Wymowne gesty pod ich adresem mogą tylko pogarszać sytuację. Świat społeczny nie jest tak urządzony, że mamy dostęp do magicznego guzika, po naciśnięciu którego wszystko znajduje się pod naszą kontrolą.

Iluzja kontroli rodzi duże niebezpieczeństwa dla osób sprawujących władzę. Są przekonane o posiadaniu wystarczających środków sprawiających, że wszystko będzie przebiegało po ich myśli. Kiedy tak się nie dzieje, czują się sfrustrowani i poszukują kogoś, kogo mogą obarczyć winą za swoje niepowodzenia.

W historii można napotkać wiele przykładów, kiedy władzy nie udaje się w pełni zrealizować własnych zamiarów. Jak pisze Richard Pipes, Lenin liczył, że dzięki nacjonalizacji i terrorowi przekształci Rosję w mocarstwo światowe, ale takie wprowadzanie własnej wizji w życie skończyło się zrujnowaniem gospodarki, która funkcjonowała gorzej niż w czasach carskich. Stosowanie terroru uzasadniano względami moralnymi i ideologicznymi, takimi jak przywrócenie sprawiedliwości dziejowej czy podniesienie poziomu życia szerokich mas. De facto masy z tego nie korzystały. Świadczyło o tym m.in. to, że poborowi byli w latach dwudziestych i trzydziestych poprzedniego stulecia gorzej odżywieni niż poborowi z ostatniego dziesięciolecia XIX wieku. Pojawiło się to w kraju, w którym władzę sprawował "lud pracujący miast i wsi". W innych krajach pojawia się idea, że władzę sprawuje naród lub suweren, choć nadal utrzymują się znaczne różnice poziomu życia między posiadającymi władzę a resztą społeczeństwa.

Wróćmy jednak do iluzji kontroli w życiu pojedynczych osób. Badania prowadzone od wielu lat wskazują, że na tę iluzję są mniej podatne osoby depresyjne, pesymistycznie interpretujące świat. Osoby takie pozwalają sprawom toczyć się własnym torem i nie liczą na to, że zdołają cokolwiek zmienić - trochę przypominają Kłapouchego z historii o Kubusiu Puchatku. Na drugim biegunie mamy osoby obsesyjno-kompulsywne, które starają się maksymalnie kontrolować i porządkować własne życie. Wszystko musi być u nich na swoim miejscu, a na najmniejsze zmiany reagują złością. Czasami takie zachowanie jest bardzo adaptacyjne - w czasie epidemii stosowanie się do wszelkich zaleceń jest całkowicie zrozumiałe. Osoby takie na klamkę naciskają łokciem, noszą maseczki, które często piorą i wymieniają w nich filtry i obficie korzystają z rozmaitych środków odkażających. Są też pilnymi czytelnikami raportów epidemiologicznych.

trening psychologiczny

Otyłość - słowo klucz XXI wieku

Jak rozmawiać o otyłości, aby nie piętnować i nie wzbudzać poczucia winy?

tekst: Małgorzata Majewska

Kilka lat temu siedziałam ze znajomymi w prywatnym mieszkaniu. Koleżanka była w trudnym emocjonalnie stanie, gdyż tydzień wcześniej jej ówczesny mąż oznajmił, że ma inny pomysł na życie niż małżeństwo i się wyprowadza. Wszyscy byliśmy zaskoczeni tą sytuacją. Równocześnie gospodyni donosiła co chwilę jakieś przekąski. Pojawiły się słodkie drożdżówki z jagodami. Koleżanka sięgnęła po ciastko, na co inny znajomy natychmiast zareagował: "Ej, może akurat ty nie powinnaś? Wiesz, jak tak będziesz jadła i tyła, to trudno ci będzie nowego chłopa znaleźć". Reakcja była natychmiastowa i przybrała językową formę wulgaryzmu. Znajomy poczuł się mocno urażony, bo przecież on "chciał dobrze", a "grubej dziewczynie jest trudniej".

Z ewolucyjnego punktu widzenia wspólnota ma dwa cele: przetrwanie i rozmnażanie się. Brak przynależności społecznej oznacza brak opieki, a co za tym idzie, budzi lęk o poczucie bezpieczeństwa.

Inna znajoma para na każdej imprezie odgrywała ten sam scenariusz. Kiedy on nie patrzył, ona jadła. Ale jak zauważył, natychmiast rozpoczynał tyradę pouczeń o tym, czemu tego nie powinna jeść. Tłumaczył, że o nią dba i chce, żeby dobrze się czuła we własnym ciele. Spotkałam ją po latach. Wróciłam do tamtego tematu: "Moje ciało należało do X i wypowiadania się o ciele przez X. Mogłam się dobrze czuć w ciele tylko wtedy, gdy on mnie pochwalił, zauważył, pogłaskał. Nie miałam ciała. On je posiadał i jak w starożytnym Rzymie, gdy cesarz wykonywał gest Pollice verso, czyli dawał kciuk do góry, to gladiator miał prawo żyć. Gdy kciuk wędrował w dół, dla pokonanego gladiatora był to wyrok śmierci. Tak w moim związku mój partner decydował, czy i jak się mam czuć: szczupła, gruba, a jeśli gruba, to natychmiast uruchamiał mi poczucie winy, że powinnam coś z tym zrobić. Przy czym w tych komentarzach o ciele, wcale nie o ciało mu chodziło". Dopytałam, o co więc. "No jak? O kontrolę. Dzięki komentowaniu mnie, zyskał nade mną władzę. A właściwie to ja mu tę władzę w pełni dałam".

Co to znaczy "normalny" człowiek i po co nam standardy?

Ashley Graham, ikona ruchu body positive staje przed lustrem ustawionym na scenie TED (najpopularniejsza platforma wykładów online na świecie). Mówi do swojego odbicia: "Jesteś silna. Jesteś mądra. Jesteś piękna". Opowiada o swojej karierze modelki, wskazując, że świat zewnętrzny nazywa ją modelką "plus size". Ona woli o sobie mówić "my size". Ta scena jest idealną ilustracją mechanizmu społecznego, który wrzuca każdego z nas gdzieś w miejsce na osi. Oś ma dwa skrajne punkty: JA i MY. JA to ta część w nas samych, która ma swoje potrzeby, emocje do wyrażenia, więc szuka strategii, by je w świecie zaspokajać. Drugi, równie ważny punkt, to nasza potrzeba przynależności do wspólnoty, a więc MY. MY to mechanizm ewolucyjny, który mówi: przetrwasz w grupie. Im wyższy Twój status społeczny, tym szanse na przetrwanie dla Ciebie i Twojego potomstwa rosną. Warto więc rozpoznać, co ów status winduje, a co go obniża.

Z ewolucyjnego punktu widzenia wspólnota ma dwa cele: przetrwanie i rozmnażanie się. Na przestrzeni setek lat obserwuje się, które cechy to przetrwanie wzmacniają, a które mu zagrażają. Tak wypracowuje się cały skomplikowany system norm, zakazów i nakazów, które mówią: jak jesteś NORMALNY(-A), to weźmiemy Cię pod swoje skrzydła, a więc Twoje szanse na przeżycie wzrosną. Jeśli z jakiegoś powodu nie przystajesz do normy, to zostaniesz wykluczony(-a). Na poziomie emocjonalnym niektórzy z nas mogą to przeżywać jako komunikat "umrzesz". Zresztą w dawnych czasach ta śmierć miała fizyczny, a nie symboliczny, wymiar. Brak przynależności społecznej oznaczał brak opieki. Pamiętajmy, że założenie, iż każdemu dziecku należy się opieka medyczna, to zdobycz ostatnich stu lat. Wcześniej bękart, a więc potomstwo urodzone poza małżeństwem, był nikim. Mógł umrzeć śmiercią głodową na ulicy. Mógł żebrać. Nie miał żadnych praw. Kobieta bez męża nie miała żadnych praw (to jeden z meandrów). Człowiek musiał zasłużyć na miano przynależności do kategorii "człowieka" poprzez spełnienie pewnych oczekiwań społecznych, dotyczących moralnego prowadzenia się, wyglądu czy zachowania.

Aby było prościej rozpoznać normy konieczne do przeżycia, wspólnota utrwaliła je w języku. Możemy więc usłyszeć jako reakcję na nasze niestosowne zachowanie, zdanie: "Czy ty nie możesz się zachowywać NORMALNIE?". Przy czym słowo "normalność" ma dwa, często przeciwstawne znaczenie. Norma może być postulowana, czyli odpowiadać na pytanie: jak według społeczności powinno być, i rzeczywista, czyli zauważająca to, jak jest. Więc mimo że więcej w społeczeństwie mamy ludzi otyłych niż szczupłych i wysportowanych, "normalna" w znaczeniu postulatywnym oznacza, że kobieta ma płaski brzuch i jędrne piersi, chociaż norma rzeczywista zdecydowanie temu zaprzecza.

Innymi słowy, gdyby ktoś z obcej planety miał zbudować swoje przekonanie na temat tego, jak wygląda normalna kobieta czy normalny mężczyzna na podstawie mediów i zwykłej ulicy, to dostałby dwie przeciwstawne informacje: media mówią, że normalny człowiek jest szczupły, a obserwacja zwykłego życia podpowiada, że normalna kobieta czy mężczyzna ma nadwagę - i to czasem sporą. Jednak z pewnego powodu ufamy, a czasem wręcz traktujemy jako wyznacznik siebie i swojej tożsamości to, co nam świat zewnętrzny podpowiada i wyraża w języku.

Mamy więc ustalone i utrwalone, co znaczy bycie "normalną kobietą/normalnym mężczyzną", czyli kimś, kogo szanse na seksualne zainteresowanie ze strony płci przeciwnej rosną, co biologicznie obiecuje potomstwo. Język to też nazywa "seksownością", a potoczna warstwa wypracowała sobie swoje określenia: "laska, ciacho, dupeczka, przystojniak itp.".

Ten mechanizm przejęła i bezlitośnie eksploruje kultura masowa, podpowiadając nam, która osoba publiczna zasługuje na to, by ją naśladować, co zwiększy nasze szanse na wskoczenie na wyższy poziom w strukturze społecznej. Jeśli więc ktoś osiągnie pupę Jennifer Lopez czy sześciopak Ryana Gosslinga, to świat mu obiecuje gwarancję, że jej/jego szanse na przetrwanie są większe. Obok niezauważalnie pojawią się reklamy produktów, które nam te pośladki czy brzuch pomogą doprowadzić do posturalnego stanu. Ale nikt nam nie powie, że stan idealny nie istnieje. Bo takie odkrycie odcięłoby od stałego dochodu duże segmenty rynku przemysłu kosmetycznego, medycznego i fitnesowego. Najlepiej więc trzymać każdego członka wspólnoty w niepewności, czy mieści się w kategorii atrakcyjności, czy nie.

Seksowna jest kobieta w określonym rozmiarze. Takim, jaki prezentowany jest na okładkach pism i w teledyskach. Przekaz jest taki: "Jeśli będziesz wyglądać tak, jak występujące tam dziewczyny, twoja pozycja w hierarchii społecznej będzie wyższa". Oczywiście to prawo psychologii ewolucyjnej. W praktyce oznacza to: im bliżej Ci do ideału z okładki, tym bardziej atrakcyjna masz prawo się czuć. Im dalej Ci od tego modelu, tym Twoje miejsce w rankingu atrakcyjności spada. A Ty powinieneś/powinnaś odczuwać wstyd. Wstyd, czyli emocję, która zdaniem Brene Brown wyklucza możliwość zbudowania prawdziwie głębokiej relacji. Jeśli czegoś się wstydzimy, to w tle ukryte jest przekonanie, że "jeśli druga osoba dowie się o mnie tego, czego się wstydzę, to mnie odrzuci i wykluczy". Zatem w naturalny sposób człowiek ukrywa to, czego się wstydzi. Ale "im mniej o tym mówimy, tym większą władzę ma nad nami wstyd". Brene Brown umieszcza wstyd na przeciwstawnej osi do empatii i wskazuje na trzy jego wzmacniacze: strach, poczucie winy i brak poczucia połączenia z drugą osobą. Tymczasem w świecie, w którym norma dotycząca wyglądu jest tak mocno wyśrubowana, osoby postrzegające swoje ciało jako niedoskonałe mają zazwyczaj nasilone poczucie wstydu, często wstyd przeżywają. W związku z tym czują presję, by filtrować swoją opowieść i swój wizerunek przez pryzmat tego, czego świat oczekuje. Oczekiwania względem osób z nadwagą są w kwestii ciała często dokładnie sprecyzowane: "powinieneś//powinnaś się wstydzić tego, ile ważysz". Przybiera to formę porad: "z takim brzuchem nie powinnaś takich spodni nosić", "na twoim miejscu przy takich biodrach nie odważyłabym się na taką obcisłą bluzkę". W tle zaś wybrzmiewa założenie, że gdyby ta osoba miała mniejszy brzuch czy biodra, to te same spodnie czy bluzka byłyby dobre, czyli coś nie tak jest z człowiekiem, a nie spodniami.

Dlaczego świat ma przyzwolenie, by nas zawstydzać?

Bo do zawstydzania innych bierze na pomoc naukę, która nie ma wątpliwości, że otyłość jest groźną chorobą. Hasło: "cukier groźniejszy niż proch" z każdym rokiem zyskuje na aktualności. Bo medal związany z akceptacją cielesności, która nie mieści się w kanonie "Vogue", ma też drugą, smutniejszą stronę - etykieta "gruby(-a)" wyklucza, stanowi piętno, a owo bycie piętnowanym budzi emocje, które nie dają spać. Otyłość to słowo klucz XXI wieku. Yuval Harari w książce pod znamiennym tytułem Homo deus. Krótka historia jutra wskazuje na skalę problemu: "Po raz pierwszy w dziejach więcej ludzi umiera dlatego, że jedzą za dużo, a nie dlatego, że jedzą za mało". "W XVIII wieku Maria Antonina miała podobno radzić głodnym tłumom, by skoro skończył im się chleb, zaczęli jeść ciastka. Dzisiaj ubodzy stosują tę radę dosłownie. Podczas gdy bogaci mieszkańcy Beverly Hills jedzą sałatę i tofu gotowane na parze z komosą ryżową, w slumsach i gettach ubodzy obżerają się ciastkami Twinkie, cheetosami, hamburgerami i pizzą. W 2014 roku ponad 2,1 mld ludzi miało nadwagę, gdy tymczasem niedożywieniem było dotknięte 850 mln. Przewiduje się, że do 2030 r. nadwagę będzie miała ponad połowa ludzkości".

To napięcie między medycznym postrzeganiem otyłości jako choroby a zawstydzaniem i wykluczaniem ludzi ze względu na dodatkowe kilogramy jest efektem pewnych uproszczeń myślowych, które powstały przez lata. Uprawianie sportu uruchamia skojarzenia, słuszne zresztą, z pracowitością i samozaparciem. A stąd już niedaleko do często nieuprawnionego wniosku, że osoby z nadwagą sportu nie uprawiają. W stereotypie społecznym często nie dostrzega się innych niż nadmierne obżarstwo powodów nadwagi, takich jak choroba, niektóre leki sterydowe czy uwarunkowania genetyczne.

Narracja o atrakcyjnym świecie była jedna i to kultura masowa ją wyznaczała. Wstydzić się powinniśmy tego, co nas sytuuje niżej w hierarchii, a więc w świecie jednej narracji - jest to wałek na brzuchu czy cellulit na udach.

W 2016 r. słowem roku zostaje POSTPRAWDA, czyli zgoda na wielość narracji. Wirtualny świat, który powoli zyskuje status świata równoległego do rzeczywistego, a z czasem buduje z rzeczywistym jedną wspólną przestrzeń, tworzy kolejne wspólnoty. Wspólnota "body positive" zapewne ograniczała się do tej pory do koleżanek, które na babskim wyjeździe dawały sobie wsparcie. Odkąd powstały media społecznościowe, w dowolnym momencie dnia i nocy dowolna osoba znajdzie wspólnotę, która jej powie: "możesz być taka, jaka jesteś, i dalej masz prawo przynależeć". Co więcej, wspólnoty te wypracowują sobie swój język, swoje narracje i swoją zgodę na zdefiniowaną na nowo NORMĘ. Oczywiście wielość narracji oznacza też miejsce dla tych, które zawstydzają. Na stronie motywujemy24.pl na głównej tapecie widnieje hasło: "Swojego ciała się nie wstydź, tylko swojego lenistwa, bo ze swoim ciałem możesz zrobić wszystko". A jeśli nie robisz, to jesteś leniwy, czyli lecisz w hierarchii społecznej na dół. Ale jest też ogromny wybór grup wspierających osoby, które szukają innych niż siłownia i diety strategii na swoją cielesność: poprzez akceptowanie i przyzwolenie na ciało, które nie spełnia nierealistycznych oczekiwań.

Co ważne, zachowania punktujące negatywnie czyjeś kilogramy zyskały już nazwę fat shaming, czyli zawstydzania kogoś ze względu na jego wagę. A skoro mamy nazwę, to powoli zyskujemy też narzędzia do nazywania tego typu komentarzy "przemocą".

Body shaming, czyli wstydź się

W rozmowie o otyłości nie o samą otyłość w moim przekonaniu chodzi - tylko o sposób mówienia o niej. Język jest wytworem kultury, wspólnoty i ma do spełnienia kilka zadań. Jednym z nich jest dawanie zgody na istnienie. Jeśli jakaś rzeczywistość ma swoją nazwę i ona budzi pozytywne skojarzenia, to osoba, która czuje, że ta sytuacja określona danym pojęciem jakoś ją samą wyraża, buduje sobie na tej podstawie identyfikację, czyli tożsamość. Kiedy Ashley Graham przyznaje w jednym z wywiadów, że waży 91 kilogramów i nazywa siebie "barrier-breaking body activist", to tak jakby kobietom w podobnej wadze mówiła: "Macie prawo tyle ważyć i nazywać się aktywistkami, które łamią bariery dotyczące ciała. Zarówno w myśleniu, jak i działaniu". Kiedy więc ruch "body positive" z każdym dniem rośnie w siłę, przybywa też w języku określeń, które nazywają temat nadwagi i nie wartościują negatywnie, by osoba, która się z tematem utożsamiała, nie czuła się wykluczona. Narrację, która buduje przestrzeń na własne potrzeby seksualne, wyrażanie kobiecości czy męskości, ważność we wspólnocie "normalnych". Im więcej w przestrzeni publicznej pojawia się kobiet, które mówią o swojej cielesności w sposób pozytywny, tym więcej sygnałów zwrotnych dostają osoby, które do tej pory czuły się wykluczane.

Bo żeby JA mogło skupić się na realnym działaniu związanym z nadwagą, najpierw dobrze, żeby miało poczucie, że przynależy do wspólnoty MY, że jego wartość jako człowieka nie ogranicza się do wałków na brzuchu. By to się mogło wydarzyć, warto rozumieć, że fat shaming jest narzędziem kontroli społecznej, ale może mieć taką moc tylko dlatego, że przywołuje wiedzę medyczną dotyczącą nadwagi i szuka potwierdzenia w badaniach, że otyłość jest chorobą, z którą należy walczyć. Jednak oddzielmy to, co kultura masowa tak chętnie i bezlitośnie połączyła: walkę z otyłością z wykluczaniem kogoś ze wspólnoty właśnie ze względu na nią.

dr Małgorzata Majewska

Zajmuje się językiem w kontekście psychologii, pracuje w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UJ, autorka kanału "Językobranie", obecnie pisze książkę pod tym tytułem.

trening psychologiczny

Tornado czy flamenco - jak się kłócić na zgodę? 

Kłótnia potrafi siać spustoszenie i być jak tornado przynoszące gigantyczne straty w relacji. Czy można nauczyć się nią zarządzać?

tekst: Katarzyna Kucewicz

W złości wszyscy stajemy się malcami. Kiedy jesteśmy silnie wzburzeni, uruchamiamy w sobie dziecięcą cząstkę: zaciskamy pięści, czerwieniejemy na twarzy, zaczynamy kierować się emocjami, a nie rozumem. To sprawia, że przy awanturach padają słowa, na które często byśmy sobie nie pozwolili, nierzadko potwornie raniące. Część osób po takich scysjach przechodzi do porządku dziennego, inne noszą w sobie uraz, pamiętają, co się wydarzyło. Są pary, które po silnych konfliktach godzą się namiętnym seksem, a są takie, które na skutek wysłuchiwania obelg pod swoim adresem nabawiają się awersji wobec ukochanych.

Wiele osób marzy o związku, w którym "naczynia będą zmywały się same", a różnice charakteru będą się pięknie dopełniać, tworząc idylliczną sielankę. Część z nas myśli, że takie relacje są możliwe do zbudowania, tylko trzeba trafić na właściwą osobę. Inni z rozrzewnieniem wspominają swoich rodziców albo dziadków, którzy nigdy się nie kłócili, albo opowiadają o idealnych relacjach koleżanek, w których nie ma sprzeczek. Oglądając filmy lub seriale romantyczne, czytając różnego rodzaju książki o miłości, możemy nabrać przekonania, że większość świata się nie kłóci, tylko u nas ciągle wybuchają awantury i sprzeczki o sprawy ważne lub zupełnie błahe. Czasami polemiki są tak uciążliwe, że para decyduje się skorzystać z psychoterapii, ale równie często sprzeczki stają się przyczynkiem do złożenia pozwu rozwodowego. Wracając potem na rynek matrymonialny, poturbowana nieporozumieniami osoba myśli: "dobra, to teraz znajdę kogoś, z kim się nie będę kłócić".

Jako psychoterapeuta par zacznę od tego, że powyższe założenie jest najgorsze z możliwych. Związki, w których nie ma żadnych potyczek, to relacje będące na dwóch biegunach. Albo te świeże, w których partnerzy jeszcze nie czują się na tyle swobodnie, by się sprzeczać i noszą tzw. różowe okulary, albo pary wypalone, w których już wygasły emocje i zastąpiła je obecnie chłodna obojętność. W zdrowych związkach, w których namiętność jest żywa, co jakiś czas dochodzi do sprzeczek czy wymiany zdań i jest to normalne, a wręcz potrzebne. Świadczy bowiem o tym, że różnicujemy się od partnera, że jeśli coś nam nie gra, to pragniemy jeszcze włożyć wysiłek, by razem to przepracować, zachęcić do przyjęcia naszej perspektywy. Pragniemy, by partner zgadzał się z nami, myślał podobnie, by przekonał się do naszej wizji. Szukamy więc kontaktu z nim, wymiany informacji, chcemy być w jego oczach ważni, przezeń słuchani, akceptowani, doceniani i zauważani. A jeśli przestajemy się sprzeczać, bywa to sygnał, że kierujemy się w stronę odpuszczenia tematu i obojętności. Ona z kolei, zdaniem psychologa par prof. Johna Gottmana, bywa zwiastunem końca relacji, tzw. ostatnim stadium destruktywnego konfliktu. Obojętność często pojawia się w odpowiedzi na nadmierne naciski, agresję i jest świadomym wycofaniem się z prób komunikacji i załagodzenia sporu. Przejawia się napiętą postawą ciała, ubogą mimiką, unikaniem patrzenia w oczy oraz odpowiadaniem półsłówkami na próby porozumienia. W postawie tej nie ma już chęci na porozumienie, na wypracowanie jakiegoś rozwiązania. To odcięcie się, zamknięcie w sobie i pewnego rodzaju "emigracja wewnętrzna" z własnego związku.

Każdy ma swoją definicję kłótni, jednak nie mylmy kłótni z przemocą

Ale bynajmniej nie jest tak, że wymiany zdań oparte na agresywnych i pełnych przemocy komunikatach to właśnie coś pożądanego w relacjach miłosnych. Jeśli w ten sposób pojmujemy kłótnię, to mylimy ją z przemocą wobec siebie. Niestety, sporo ludzi, definiując sprzeczki małżeńskie, ma na myśli sytuacje, w których dwie strony ze sobą walczą i bezpardonowo przekraczają swoje granice. Gdy uparcie stawiają na swoim, nie szanując potrzeb i wrażliwości swych rozmówców. Nierzadko wyobrażenia te biorą się z własnych dziecięcych wspomnień - kłótni rodziców czy dziadków. Jeśli jako dzieci przyglądaliśmy się niepohamowanej agresji dorosłych wobec siebie, to nauczyliśmy się, że obrzucanie inwektywami jest naturalnym sposobem na rozstrzyganie sporów i konfliktów. Wtedy tak definiujemy pojęcie "kłótnia". Jako dorośli mający za sobą takie doświadczenia przyjmujemy wówczas podobnie agresywną postawę lub przeciwnie - na wszelkie wymiany zdań reagujemy lękiem i wycofaniem. Możemy też z pozoru zachowywać spokój, a w środku dusić w sobie ryk wściekłości.

Unikanie konfrontacji, gdy czujemy w sobie owe piętrzące się pokłady wściekłości, może powodować przyjmowanie postawy bierno-agresywnej, czyli wyrażania dezaprobaty w formie zawoalowanych, pozornie neutralnych informacji zwrotnych. Na przykład taką bierną agresją będzie komunikat żony o mężu podczas jego przyjęcia urodzinowego: "Ach ten mój mąż to taki miś o małym rozumku". Może też przejawiać się pozorną troską, złośliwym żartem albo wymownym milczeniem. Bierną agresję często zauważa się w sytuacjach, gdy kobieta otrzymuje bardzo wysoki awans, a jej mąż kwituje: "Aha, gratuluję" i to jest cały jego komentarz do sytuacji. Taka postawa, mimo że nie jest jawnie atakująca czy przemocowa, stanowi jak najbardziej formę agresji: to przemilczenie sukcesu partnerki i zdewaluowanie go. Kiedy milczymy, choć w sercu wybrzmiewa nam ryk bólu, szkodzimy sobie i całej relacji. Nierzadko obserwuje się, że niewyartykułowana złość jednego z partnerów sprawia, że drugi gniewa się podwójnie, współodczuwając napięcie drugiej strony.

Postawa unikająca wszelkiej konfrontacji nie jest jednak postawą służącą naszemu dobrostanowi psychicznemu. Często jej efektem jest zahamowanie uczuć, zduszanie w trzewiach niezgody na rzeczywistość. Prowadzić to może do kierowania niewypowiedzianej złości wprost na siebie. Uwewnętrzniona złość przybiera niekiedy postać zaburzeń depresyjnych, które większość terapeutów definiuje jako kierowanie wektora gniewu do siebie. Stąd pełne autoagresji myśli u osób chorujących na zaburzenia nastroju w rodzaju: "Jesteś do niczego, nie zasługujesz na to, żeby mieć takiego partnera, nic ci nie wychodzi, on cię pewnie już nie kocha, wszyscy się z ciebie śmieją, twoja żona zasługuje na lepszego" itp.

Sposób na rozładowanie napięcia

Okrutny głos wewnętrzny sprawia czasem, że człowiekowi odechciewa się żyć, że pragnie on ukarania, a nawet unicestwienia siebie. Człowiek przygnębiony, mając poczucie swojej bezużyteczności, przestaje dbać również o relację partnerską, jest przekonany, że nic z tego nie będzie. W związkach, w których jedno zmaga się z obniżeniem nastroju, wypaleniem, silnym stresem, kłótnie przeplatane bywają grobową ciszą. Ciszę tę przerywają wybuchy agresji któregoś z partnerów, czasem też tego bezradnego wobec cierpienia drugiej połówki. Jeśli dopada nas taki rodzaj bólu wewnętrznego, najważniejsze, co można zrobić, to nauczyć się relaksowania i wyciszania napięcia. Pomocne mogą być tu nieobciążające ćwiczenia pogłębionego oddechu, ćwiczenia qigonk czy mindfulness.

Kiedy zdarza się nam cyklicznie wybuchać i zamykać w sobie, warto ad hoc spróbować zadbać o związek, rozładowując napięcie metodą tzw. listy naprawczej, o której w swoich pracach wspomina prof. Gottman. Polega ona na wyartykułowaniu w stronę zaatakowanego partnera pięciu komunikatów: powiedzenia o trudnych uczuciach, jakie teraz przeżywamy, szczerych przeprosinach, wyrażenia potrzeby zgody i naprawienia relacji, prośby o krótką przerwę w rozmowie, by trochę odtajać, oraz prośby o to, by partner pomógł nam uspokoić wzburzone emocje. Zdania te są budowaniem swoistego mostu porozumienia w sytuacji konfliktowej, są wyrazem tego, że mimo ogromu napięcia zależy nam na podtrzymaniu relacji, ale na ten moment jesteśmy w bardzo silnych i trudnych emocjach. Lista wskazuje, że nie chcemy unikać partnera, pragniemy porozumienia.

Adaptacyjny gniew i nieadaptacyjna wściekłość

Złość w związku to rzecz naturalna i potrzebna - jest emocją tak samo ważną jak radość. Pełni funkcję ostrzegawczą, że nasza granica w konflikcie została właśnie przekroczona. Sygnalizuje nam dyskomfort i dezaprobatę. Złość jest normalną reakcją na krzywdę i stanowi wewnętrzny komunikat, że to, co widzimy, słyszymy, czego doświadczamy, nie współgra z naszym systemem wartości i go narusza. Prof. Leslie Greenberg, twórca terapii skoncentrowanej na emocjach, różnicuje złość na gniew adaptacyjny i nieadaptacyjną wściekłość. Gniew, jego zdaniem, będzie reakcją adaptacyjną, kiedy zmotywuje nas do asertywnego działania w celu zakończenia trudnej dla nas sytuacji albo konfliktu. Na przykład, kiedy ktoś przyłapuje bliską osobę na zdradzie, może poczuć gniew wobec tego, jak został potraktowany i co właśnie zobaczył. Będąc w kontakcie ze swoją adaptacyjną złością, będzie czuł, że choć reakcja jest bardzo nieprzyjemna, to jednak pozostaje w zgodzie z JA. Pozwolenie sobie na odczuwanie adaptacyjnego gniewu pomaga czuć się mniej obciążonym, a bardziej wolnym i skontaktowanym ze sobą. Taka złość pozwala zrozumieć, jakie nasze potrzeby zostały naruszone i o co musimy zadbać tu i teraz.

Z kolei złość nieadaptacyjna, jak zauważa prof. Greenberg, wpływa na nas bardzo destrukcyjnie. Po pierwsze, może przyczynić się do wejścia w rolę ofiary i utknięcia w poczuciu krzywdy. Takie osoby często przez lata noszą w sobie urazę, obrażają się na swoich partnerów i są długo nadąsane. Nieprzystosowawcza złość skierowana do wewnątrz może przejawiać się nadmiernym krytycyzmem, postrzeganiem siebie jako bezsilnych, żałosnych lub bezradnych. Badacz zauważył, że ten nieadaptacyjny gniew to reakcja oparta na schematach emocjonalnych, powstałych na skutek traumatycznych doświadczeń z przeszłości. Za przykład można podać parę z ośmioletnim stażem - Asię i Piotrka. Piotrek jest ofiarą brutalnej przemocy rówieśniczej, której zaznał w dzieciństwie. Dziś jest niespełna 32-letnim mężczyzną, ale dalej relacje międzyludzkie sprawiają mu trudność. Kocha Asię, ale ciągle ma wrażenie, że ona odejdzie do kogoś innego, a jego upokorzy. Wszystkie żarty Asi odbiera jako atak, każdą krytykę za obrazę jego osoby. Trudno mu zachować dystans. Kiedy wchodzi do mieszkania, a Asia śmieje się z koleżankami - on myśli, że pewnie z niego żartują. Kiedy Asia nie ma ochoty na coś, Piotrek zaczyna się martwić, że zbliża się koniec ich związku. Ciągle odnosi wrażenie, że Asia z nim zerwie. Kobieta narzeka, że choć codziennie po kilka razy zapewnia go o swojej miłości, on wydaje się nie mieć do tego przekonania, cały czas czuje się niepewny i bywa w swoich lękach atakujący, dlatego kłócą się. Piotrek przyznaje, że powody ich awantur nierzadko wynikają z jego błędnych interpretacji rzeczywistości. Mówi: "wiem, wszędzie doszukuję się ukrytego podtekstu, kpiny, szyderstwa, czyli wszystkiego tego, co zaznałem jako nastolatek od swoich kolegów i koleżanek z klasy. Bywa, że po czasie przyznaję, że faktycznie Asia nie miała niczego złego na myśli, a ja się zagalopowałem i na nią nawrzeszczałem, bo przypomniały mi się tamte okrutne dla mnie czasy". Dr Richard C. Schwartz, autor koncepcji systemu wewnętrznej rodziny, zachęca, by słysząc tego typu utyskiwania lub pełne rozżalenia krzyki partnera, uświadomić sobie, że ten prawdopodobnie w taki właśnie niedojrzały sposób reaguje na własny, intensywny ból wewnętrzny. Mając świadomość, że słowa, które wypowiada w tej (zwykle przecież chwilowej) gorączce złości, nie są tym, co naprawdę myśli, nie warto więc ich brać do siebie ani reagować na nie w przesadny sposób. Zdaniem dr Schwartza na eskalację wstydu, strachu, bólu najlepiej odpowiadać po prostu współczuciem i sprawdzaniem w sobie, czy nasze granice nie zostały przekroczone.

Dlaczego się kłócimy

W związkach, w których wiele sprzeczek dotyczy tematów abstrakcyjnych, kluczowe jest rozpoznawanie i rozmawianie o swoich emocjach. Często bowiem złość to tak naprawdę lęk wynikający z wrażliwości na zranienie, z obawy przed odrzuceniem ze strony partnera. Nierzadko awanturujemy się i krzyczymy na siebie dlatego, że czujemy niesprawiedliwość, odrzucenie, czujemy się niechciani i niewidoczni. Niczym małe dzieci, które w inny sposób niż krzyk i płacz nie potrafią wyartykułować tego, że potrzebują, by poświęcić im czas, potrzymać za rękę, pobyć z nimi, pokazać, że są ważne i chciane. Olbrzymia ilość nieporozumień bierze się z tego, że partnerzy wzajemnie oczekują, że druga strona zadba o to, by poczuli się spełnieni, godni uwagi, szczęśliwi i bezpieczni. Znacznie mniej konfliktów pojawia się u ludzi, którzy te potrzeby potrafią zaspokajać samodzielnie, bez udziału partnera, którzy nie czynią z ukochanego autora swojego szczęścia i cierpienia. Takie osoby potrafią brać odpowiedzialność za swoje emocje i samodzielnie nimi zarządzać, zdając sobie sprawę, że drugi człowiek nie ma władzy nad ich uczuciami, że sami mogą i potrafią nimi sterować, przyjmując różne komunikaty zwrotne. To, czy krytyczną opinię partnerki odbierzemy neutralnie, czy też jako atak, a może jako troskę o nas, zależy także od naszej interpretacji słów i tonu, które słyszymy. Nawiasem mówiąc, psycholodzy zajmujący się relacjami - prof. Matthew McKay i Kim Paleg, autorzy książki Złość w związku. Proste metody na trudne emocje zachęcają do tego, by w czasie wolnym od awantur ustalić z partnerem listę tych najbardziej raniących i upokarzających komunikatów, które następnie będą całkowicie zakazane podczas kolejnej sprzeczki. Psycholodzy zachęcają też do tego, by na osi czasu rozrysować dokładnie przebieg kłótni i komunikaty, jakie po kolei padały ze strony obojga. Bo zwykle kłótnia to eskalacja coraz bardziej niedorzecznych komunikatów. Zaczyna się od wymiany logicznych argumentów, a kończy na zupełnie niezwiązanych z tematem "wypominkach".

Porady, jak asertywnie kłócić się na zgodę:

1. W kłótni mów o sobie i o swoich uczuciach, zamiast oczerniać partnera i etykietować go niepotrzebnymi określeniami.

2. Jeśli czujesz, że Twoje granice zostały naruszone, nie wahaj się powiedzieć: "STOP. Potrzebuję ochłonąć, potrzebuję oddechu, to dla mnie za dużo. Wrócimy do tej rozmowy".

3. Zamiast wywlekać sprawy z przeszłości zakomunikuj wprost, czego oczekujesz od partnera.

4. Wystrzegaj się słów i zdań, które oboje ustaliliście jako zakazane w Waszym domu (np. przekleństw, nawiązywania do rodziny pochodzenia itp.).

5. Jeśli czujesz, że jesteś o krok przed wybuchem, weź głęboki oddech. Przejdź do drugiego pomieszczenia. Daj sobie chwilę, nim zaatakujesz.

6. Słysząc przykre słowa, wsłuchaj się w siebie. Jeśli czujesz, że partner mówi rzeczy "na emocjach", nie bierz ich do siebie, potraktuj je jak przerywniki i eskalację jego napięcia, a nie prawdę na Twój temat.

7. Pamiętaj, że milczenie, przewracanie oczami i ignorowanie partnera, może być tak samo raniące jak kąśliwa uwaga.

8. Po kłótni, nawet jeśli się szybko pogodziliście, porozmawiajcie ze sobą, wyjaśnijcie, o co chodziło, prześledźcie na osi czasu, jakie zdania doprowadziły do takiej eskalacji.

9. Jeśli awantury pojawiają się nagminnie i czujecie się coraz bardziej poróżnieni, zastanówcie się nad wizytą u psychoterapeuty par. Może jest tak, że pozornie błahe sprzeczki są związane z konfliktem na innym poziomie?

10. Jeśli obraziłeś albo zraniłeś, nie zapomnij o powiedzeniu szczerego "przepraszam". Choć to jedno słowo - ma ono wielką moc. Okazuje szacunek, potrzebę zgody i skruchę. Możesz też okrasić je komunikatem: biorę na siebie odpowiedzialność za to, co powiedziałem, i jest mi przykro, że sprawiłem ci tyle przykrości.

Kłótnia w związku przypomina flamenco

Czy można kłócić się tak, aby z jednej strony wyrazić całą swoją frustrację, a z drugiej nie doprowadzić do rozpadu relacji? Czy jest to w ogóle możliwe? Te pytania często wybrzmiewają w moim gabinecie. Klienci pytają, ale jakoś tak, jakby znali odpowiedź. Mówią mi: "Sądzę, że nie, tyle razy próbowaliśmy, czasami byle iskierka roznieca płomień karczemnej awantury". Są też tacy, którzy mówią: "Przynajmniej nie jest nudno! Czasami dobrze jest sobie nawrzucać do pieca".

Jako psychoterapeutka zdecydowanie nie podzielam entuzjazmu i opinii, że atakowanie siebie obelżywymi słowami przyniesie pożytek jakiemukolwiek związkowi.

Kłócenie się w moim odczuciu jest sztuką. Sztuką, której można się nauczyć, ale wymaga to od nas sporej pracy nad sobą, cierpliwości i wyrozumiałości. Im lepiej znamy siebie, tym lepiej radzimy sobie z własnymi emocjami. Im lepiej potrafimy się uspokajać i wyciszać, tym bardziej stabilną mamy samoocenę i tym samym sprawniej potrafimy przyjmować nieprzyjemne komunikaty, krytyczne komentarze. Im większe mamy zaufanie do siebie, tym mniej nas ranią słowa innych ludzi. Bo gdy nasza samoocena jest stabilna, wiemy, czego chcemy i kim jesteśmy, to wypowiedziane w nerwach słowa nie zburzą naszego poczucia własnej wartości. Sztuka kłótni jest jak taniec flamenco, do którego musimy mieć odpowiednie buty (czyli nasze wewnętrzne zasoby), ale też i odpowiedniego partnera. Nie z każdym bowiem partnerem warto uczyć się kłótni. Jeśli żyjemy ze sprawcą przemocy, który niszczy nas, nadużywa, upokarza i nie bierze żadnej odpowiedzialności za swoje zachowanie, nie uczmy się z nim tańczyć. Zatrzymajmy się, bo taki taniec jest gwarantem olbrzymiej kontuzji. Ale jeśli nasz partner to jednocześnie choleryk i kochany dobry człowiek, warto nauczyć się właściwego reagowania i wspólnie ćwiczyć asertywną komunikację, opartą o szacunek do siebie, współczucie i wyrozumiałość wobec ludzkich słabości.

Katarzyna Kucewicz

Psycholog, pedagog, psychoterapeuta, terapeutka zaburzeń seksualnych. Prowadzi w Warszawie własną praktykę psychoterapeutyczną. Jest współautorką książki Pięknie Odmienni. Jak uwolnić związek od codziennych sprzeczek i nieporozumień? (Sensus, 2020).

trening psychologiczny

Jak wychowywać, by nie krzywdzić?

- kiedy dziecko przekracza granice rodzica 

Co robić, kiedy dziecko chce od nas tego, czego nie możemy mu dać? Czy jestem złym rodzicem, kiedy czegoś dziecku odmawiam? Jak mówić "nie" bez poczucia winy?

tekst: Anna Bajus

Przekraczanie granic przez dziecko

Kiedy słodki bobas pojawia się na świecie, zwykle wywraca świat dorosłych do góry nogami. W swoich pierwszych miesiącach wyraża swoje potrzeby w jedyny znany sobie sposób - płaczem i krzykiem. Początkowo rola rodzica sprowadza się głównie do nieustannej opieki nad niemowlakiem, czyli pielęgnacji, noszenia, dotykania, karmienia. Te aktywności, mimo iż wydają się często wręcz "mechaniczne", nie mogą być pozbawione swojego emocjonalnego wymiaru.

Dziecko czuje różnicę, gdy ktoś wykonuje czynności wokół niego w sposób chłodny i pozbawiony uczuć. Jego rozwój jest zależny od szczerego i ciepłego dotyku matki lub ojca, od dźwięku miłych słów do niego skierowanych i spojrzenia pełnego miłości. W dużej mierze to od sposobu opieki zależy kształtowanie się cielesności dziecka oraz postrzeganie samego siebie w przyszłości.

Z wiekiem dziecka zmieniają się jego potrzeby oraz wymagania wobec rodziców odnośnie do procesu wychowania - nie wystarczy już zmienić pieluszkę i przytulić, by dziecko rozwijało się prawidłowo. Dziecko, zyskując większą niezależność, stawia przed rodzicami coraz trudniejsze emocjonalne wyzwania. Już niemowlę, które zaczyna raczkować, z reakcji rodzica wnioskuje, na co może sobie pozwolić, a co jest kategorycznie zabronione. Obserwuje, gdzie leżą granice, i bada, na ile może je przekroczyć, by nadal czuć się bezpiecznie. Naśladuje też zachowania starszych - z chęcią podąża ich śladem, próbuje korzystać z tych samych przedmiotów, a także powtarza dźwięki. Rodzic jest pierwszym i najważniejszym strażnikiem norm społecznych dla dziecka.

Im dziecko starsze, tym jego potrzeba autonomii i niezależności staje się silniejsza. Bynajmniej nie oznacza to mniejszych potrzeb w zakresie uwagi ze strony rodzica. Dziecko, które jest coraz bardziej świadome siebie i swojego wpływu na otoczenie, w różny sposób będzie komunikowało światu swoje oczekiwania. Często granice rodzica zostają naruszone, zarówno psychicznie, jak i fizycznie. W takich sytuacjach to od reakcji rodzica zależy, w jaki sposób dane zachowanie zostanie "zakodowane" w głowie dziecka.

Stawianie granic i komunikowanie potrzeb

By komunikacja z dzieckiem była skuteczna, język wypowiedzi powinien być jak najbardziej zrozumiały i czytelny. Im bardziej personalny i zdecydowany będzie komunikat, tym łatwiej dziecko zorientuje się, czego się od niego wymaga.

"Nie chcę, żebyś ciągnął mnie za rękę. To boli".

"Dzisiaj nie kupię ci tej zabawki".

"Chętnie posłucham, co wydarzyło się w szkole, ale teraz rozmawiam z tatą. Powiesz mi o tym później".

Tak jasno przedstawione komunikaty odniosą lepszy efekt niż pełne pretensji wypowiedzi czy też zbyt pedagogiczny ton, pozbawiony osobistego wymiaru. Rodzice często myślą, że do dziecka należy mówić w określony, wyuczony sposób:

"Mama prosiła cię tyle razy, żebyś tak nie robił. Dlaczego nigdy nie możesz się posłuchać?".

"Nie wezmę cię więcej do sklepu, nie mam zamiaru ciągle słuchać jęczenia o zabawkach".

"Nie widzisz, że rozmawiamy? Dlaczego to dziecko jest takie niegrzeczne?".

Zdania wypowiadane w ten sposób nie wyrażają w jasny sposób naszych oczekiwań. Dziecko widzi, że jesteśmy niezadowoleni, jednak nie będzie do końca rozumiało, co właściwie powinno zrobić, lub zorientuje się, o co chodziło, znacznie później. Im prostrzy sposób komunikacji wybierzemy, używając personalnego tonu (np. "nie chcę" zamiast "mama mówiła, że nie chciałaby"), tym łatwiej dziecko będzie wiedziało, jaki jest cel naszej wypowiedzi.

Zmęczona mama po powrocie do domu z pracy może chcieć przez chwilę odpocząć i poleżeć. Dzieci w wieku szkolnym będą w stanie zrozumieć jasny komunikat: "Dzisiaj jestem bardzo zmęczona, potrzebuję pół godziny dla siebie. Później porozmawiamy o waszych sprawach". W tym zdaniu mamy zarówno proste wyjaśnienie sytuacji, jak i wyznaczony czas na daną aktywność. Rodzic, który chce nauczyć swoje dziecko mówienia "nie" w sytuacjach, które będą tego wymagały, powinien sam mówić "nie" wtedy, kiedy czuje, że chce to powiedzieć.

Zaspokajanie potrzeb dziecka jest ważne, jednak nie kosztem potrzeb rodzica. Istotne jest tutaj zaznaczenie różnicy między "potrzebą" a "chęcią". Nie zawsze to, o co dziecko nas prosi (np. nowa zabawka czy też kolejna bajka w telewizji) jest tym, czego dziecko naprawdę potrzebuje. Dziecko będzie szukało możliwości do zaspokojenia swoich potrzeb. Jednak nie zawsze będą to sposoby, które wpłyną pozytywnie na jego rozwój.

Czteroletnia Maja odmawia założenia kapelusza na plaży, gdy mocno świeci słońce. Rodzic może próbować zmusić dziecko do założenia nakrycia głowy. ALTERNATYWA: Oferta wyboru dla dziecka: "Jeśli zdecydujesz się nie zakładać kapelusza, nie zgodzę się na zabawę w słońcu. Możesz siedzieć ze mną pod parasolką w cieniu lub założyć kapelusz i bawić się dalej w piasku. Co wybierasz?".

Dyscyplina oparta na oferowaniu dziecku wyboru również wpływa na budowanie relacji z dzieckiem. Dzieci wbrew pozorom są zwykle chętne do współpracy z rodzicem, a traktując ich jako świadome osoby, które mogą o sobie decydować, wspomagamy ich rozwój psychiczny i emocjonalny.

Siedmioletni Staś nie chce wieczorem się kąpać, gdyż woli się bawić. Rodzic może zareagować złością i kategorycznie kazać synkowi się kąpać. ALTERNATYWA: Rodzic przedstawia dziecku sytua­cję: "Jeśli nie skończysz zabawy i nie rozpoczniemy szykowania się do snu, skróci się Twój ulubiony czas wieczornego czytania, który tak bardzo lubisz". Dziecko nie odczuwa tego jako kary, ale jako naturalną konsekwencję.

Wzmocnienie w niepożądanym zachowaniu

Najczęściej rodzice reagują impulsywnie na negatywne zachowania dziecka. W sytuacji gdy syn lub córka zachowują się agresywnie, np. biją, rzucają rzeczami, zagrażają bezpieczeństwu swojemu lub innych, natychmiastowa reakcja dorosłego jest oczywiście wymagana. W sytuacjach kryzysowych konieczne jest fizyczne powstrzymanie przed kolejnymi ciosami, np. objęcie dziecka, które wymachuje dookoła rękoma, chcąc uderzyć siebie lub innych. Najważniejsze w takiej chwili jest zapewnienie bezpieczeństwa - fizyczne zablokowanie dalszej możliwości ataku.

Według badań najsilniejszą motywacją dziecka jest chęć przynależności do grupy i czucia się ważnym członkiem swojej rodziny. Oznacza to, że każda podejmowana aktywność dziecka, nawet ta niepożądana przez dorosłych, ma na celu zbudowanie swojego miejsca w domostwie i bycie znaczącym członkiem rodziny.

W temacie wychowania dzieci warto także pamiętać o wpływie nagród i kar na wzmacnianie zachowania. Dziecko, które zostanie nagrodzone za jakąś aktywność, prawdopodobnie będzie ją powtarzać. Natomiast aktywność, która będzie ignorowana, z czasem zaniknie. Dzieci, które nie dostały od rodziców pozytywnego zainteresowania, będą starały się uzyskać jego namiastkę, nawet jeśli jest to krzyk lub bicie. Erich Fromm w swojej książce Anatomia ludzkiej destrukcyjności (1997) pisze o tym, że wywieranie wpływu, zarówno pozytywnego, jak i negatywnego, jest nieodłączną cechą i potrzebą ludzkiej natury.

Naturalna chęć naśladowania rodzica również jest mechanizmem, który wzmacnia pewne określone zachowania. Dziecko postrzega proces upodabniania się do rodzica jako nagrodę, tym samym kontynuując powtarzanie danej aktywności. Mając tę wiedzę, rodzice mogą w inny sposób spojrzeć na zachowanie swojego dziecka.

Ćwiczenie dla rodzica: Weź kartkę i zrób listę, na której wypiszesz wszystkie zachowania swojego dziecka, które uważasz za niepożądane i które przekraczają Twoje granice. Następnie po drugiej stronie wypisz swoje reakcje na dane zachowanie. Pomyśl także o innych korzyściach, które dziecko może zyskiwać dzięki danej aktywności (np. uwaga kolegów, zmniejszenie napięcia).

Jak mówić "NIE" bez poczucia winy

"Moje dziecko wchodzi mi na głowę".

"Nie mogę przez kilka minut porozmawiać przez telefon, bo córka zaczyna krzyczeć".

"Zgadzam się na wszystko, a on i tak jest niezadowolony".

"Proszę tyle razy, a on się nadal nie słucha".

Każdy rodzic pragnie, by jego dziecko było asertywne, pewne siebie i swoich decyzji, a także szanowało zarówno swoje zasady, jak i przestrzeń innych. Dziecko chłonie jak gąbka system wartości i funkcjonowania swoich rodziców. Opiekun, poprzez własny przykład, pokazuje dziecku, w jaki sposób dbać o swoje granice. Jeśli mama za każdym razem, gdy jest pora obiadu, zamiast usiąść i zjeść z innymi domownikami swój posiłek, biega do kuchni i sprząta, daje tym samym sygnał, że jej potrzeby nie są tak istotne jak innych.

Dzieci są świetnymi obserwatorami, wyciągają wnioski na podstawie swoich spostrzeżeń i na nich budują wewnętrzny system wartości. Jeśli widzą, że mama nie szanuje swoich granic i nie dba o nie, sami również ich nie szanują. Dzieci obserwują sytuacje, gdy mama lub tata pozwalają innym na wkraczanie w ich osobistą przestrzeń. W ten sposób trudno jest rozpoznać, w jaki sposób zaznaczać swoje własne granice.

Nie mając wzoru do naśladowania, dzieci nie będą potrafiły w asertywny sposób odmówić czegoś, na co nie mają ochoty. Rodzice często odczuwają wyrzuty sumienia, gdy chcą powiedzieć dziecku "nie". Tak naprawdę powinni zdać sobie sprawę, że mówiąc "nie" innym (zarówno dziecku, jak i np. partnerowi czy innym dorosłym), mówią w ten sposób "tak" swoim potrzebom.

Sześciolatek podbiega do mamy, która czyta właśnie książkę.

- Mamo, pograj ze mną w grę.

- Teraz nie chcę grać.

- Proszę, dlaczego nie?

- Chcę skończyć rozdział w książce. Potem będę mieć czas dla ciebie.

- Nie lubię cię już!

- Rozumiem, że teraz jesteś zły, bo chciałeś coś innego. Ale ja chcę skończyć czytać i wtedy będziemy mogli razem pograć w grę.

Wiele osób, słysząc taki dialog, może pomyśleć, że dziecko poczuje się "odrzucone". Jednakże jak to opisuje w swojej książce Jespeer Juul NIE z miłości (duński terapeuta rodzinny, autor wielu książek z zakresu pedagogiki i wychowania dzieci), taka postawa wobec dziecka uczy je, że można w spokojny i przyjazny sposób zakomunikować swoje potrzeby i postawić granice. Nie ma w tej wypowiedzi agresji i krytyki - jest tylko jasny przekaz, w którym zawarto istotne informacje.

Wielokrotne powtarzanie frazesów i zdań na temat "wyższych wartości" nie przyniesie skutku, jeśli nie będzie poparte realnym przykładem. Najważniejsze w procesie wychowania jest modelowanie (czyli obserwowanie zachowania innych ludzi i jego naśladownictwo). Wniosek dla rodzica: jeśli pragnie wychować swoje dziecko na świadomego i asertywnego dorosłego, sam powinien takim być.

Kiedy złość krzywdzi dziecko

Nie zawsze rodzic odczuwa poczucie winy przy stawianiu granic dzieciom. Często zdarza się, że osoba, której granice zostały przekroczone, reaguje irytacją, a czasem wręcz wybuchem złości w kierunku dziecka. Badania przeprowadzone w 1995 r. przez Juergen Korbanka i Matthew McKay wykazały, że im więcej gróźb, krzyku i przemocy w zachowaniu rodziców, tym mniej emocjonalnego wsparcia otrzymują dzieci. Różne sytuacje, w których dziecko zachowuje się w sposób odmienny od oczekiwań, mogą wpłynąć na negatywną ocenę i srogą krytykę ze strony rodzica.

Problemy, z którymi często borykają się rodzice:

- Dziecko nie robi tego, o co się je poprosi.

- Dziecko przeszkadza, gdy rodzic jest zajęty.

- Celowo niszczy rzeczy w domu.

- Krzyczy i awanturuje się w sklepie.

- Robi coś bez pozwolenia rodzica.

Rodzice często przypisują takie zachowania "złośliwości" dziecka. Określają te sytuacje jako celowe i świadome, dodatkowo wyolbrzymiając ocenę takiego czynu. W konsekwencji sami reagują agresywnie: krzycząc, wymierzając srogie kary lub nawet dopuszczając się cielesnego naruszenia dziecka w postaci klapsów.

W takiej sytuacji najważniejszą sprawą powinna być praca rodzica nad zmianą sposobu myślenia o dziecku i jego funkcjonowania. Ważne jest także uświadomienie sobie własnych problemów, do czego zwykle konieczna jest praca terapeutyczna. Pozbywając się negatywnego przeświadczenia, że dziecko robi coś na złość lub samo jest "złe", ułatwi to zachowanie spokoju w trudnych chwilach i pomoże rozwiązać problemy w świadomy i spokojny sposób - taki, który nie jest podyktowany irytacją lub gniewem.

Przede wszystkim wielu rodzicom brakuje elementarnej wiedzy na temat rozwoju psychicznego dziecka. Dzieci rozwijają w sobie potrzebę autonomii i niezależności, pragnąc nadal zainteresowania ze strony dorosłych. Opiekunowie nie zdają sobie sprawy, że pewne zachowania dzieci wynikają głównie ze zmian wynikających ze specyfiki danego etapu, a także z ich temperamentu oraz niezaspokojonych potrzeb.

Elżbieta Dziuba, psychoterapeutka i psycholożka, pracująca w nurcie integracyjnym w rozmowie przeprowadzonej na potrzeby niniejszego artykułu podkreśliła znaczenie samoświadomości rodziców i jej wpływu na styl wychowania: "Jeżeli rodzice wynieśli swoje deficyty z okresu dzieciństwa, wówczas będzie to oddziaływało na ich relacje z dzieckiem. Konsekwencją może być zaburzone określanie swoich granic w stosunku do dziecka, a także jego niezdolność do stawiania własnych granic i brak asertywności. Często dochodzi do przenoszenia na dziecko własnych niezaspokojonych potrzeb. Jeśli dziecko czuje, że nie jest ważne, może to skutkować jego brakiem wiary w siebie. Wystarczająco dobry rodzic, który potrafi wysłuchać, rozpoznawać potrzeby dziecka, stawiać wyzwania i doceniać, doprowadza do budowania poczucia własnej wartości u dziecka" - powiedziała pani Dziuba.

Przykład: dzieci w wieku trzech lat często tak bardzo dają się ponieść własnej wyobraźni, że same wierzą w swoje fantazje. Tym samym potrafią "okłamać" rodzica, który nieświadomy tych procesów będzie oskarżać dziecko o "okropne" zachowanie. W wieku starszym, cztero- i sześciolatki przejawiają zachowania buntownicze i w ten sposób sprawdzają reakcje rodzica na przekraczanie granic. Nadal jednak nie wynika to z ich "złośliwości" czy też "złego" charakteru. Świadomość rodzica, że ten etap przechodzi większość dzieci, pozwala im spojrzeć na dane zachowanie z szerszej perspektywy. Możliwe też, że rodzic sam wzmacnia mówienie nieprawdy - poprzez karanie za przyznanie się do winy. Dziecko nabiera wtedy przekonania, że nie warto mówić prawdy.

Temperament odgrywa dużą rolę w zachowaniu dziecka. Wysoki poziom aktywności, łatwe rozproszenie uwagi, wytrwałość w działaniu to niektóre z cech, które mogą przyczyniać się do uporczywego przekraczania granic rodzica przez dziecko.

Chęć dziecka do uzyskania natychmiastowej reakcji rodzica to zachowania, które są typowe dla określonego wieku. Dziecko może na przykład kłamać, by poczuć się lepiej, wpasować w środowisko rówieśników. Może to świadczyć o zaniżonej pewności siebie oraz niskim poczuciu własnej wartości u dziecka. Warto wtedy przyjrzeć się dynamice rodziny oraz temu, jaką pozycję dziecko w niej zajmuje. Może się okazać, że takie zachowanie jest desperacką próbą zwrócenia na siebie uwagi, gdy pozytywne aktywności nie przynosiły pożądanego rezultatu.

Przykład sytuacji: dziecko za każdym razem, gdy rozmawiamy przez telefon, zaczyna mówić. Gdy nie reagujemy na jego zaczepki i usilnie staramy się nadal prowadzić rozmowę, dziecko mówi coraz głośniej, prawie pokrzykując i ciągnąc nas za rękaw.

Wniosek rodzica: "Moje dziecko specjalnie chce mi przerwać rozmowę, by pokazać, że jest tu najważniejsze. Robi to złośliwie".

Możliwe powody zachowania: dziecko nie potrafi jeszcze poczekać na "nagrodę", czyli naszą uwagę - chce jej tu i teraz. Nawet jeśli będzie to złość lub irytacja, uzyska tym samym zainteresowanie, którego pożąda.

Sposób na rozwiązanie sytuacji: ustalamy z dzieckiem, że za każdym razem, gdy chce nam coś powiedzieć, a akurat rozmawiamy przez telefon, położy nam swoją rękę na dłoni ("sekretny znak"). Przykrywając jego dłoń swoją, dajemy sygnał, że jest zauważone, jednak dopiero po rozmowie telefonicznej zwracamy się do dziecka.

Opinia innych

Wielu rodziców obawia się, że zostanie posądzonych o bycie nieodpowiedzialnymi opiekunami, jeśli nie będą stawiać surowych wymagań dziecku. Często nie do końca mają świadomość, że ich chęć do zmiany zachowania swoich pociech wynika tylko i wyłącznie ze strachu przed oceną innych.

Warto zastanowić się, w jakim celu stawiamy dziecku określone granice. Czy faktycznie mamy poczucie, że dziecko przekracza nasze granice? Czy też sztucznie tworzymy je z powodu zewnętrznej presji społeczeństwa?

"Nie chcę, by sąsiedzi myśleli, że nie umiem zająć się swoim dzieckiem".

"Teściowa twierdzi, że syn jest zbyt głośny".

"Pani w przedszkolu powiedziała, że córka za dużo mówi".

Takie zdania często pojawiają się w czasie rozmów z rodzicami. Zaniepokojeni opiekunowie przyprowadzają swoje dzieci do gabinetu psychologicznego, by sprawdzić, czy faktycznie występują jakieś nieprawidłowości w zakresie funkcjonowania ich rodziny. Warto jednak pamiętać, że każda rodzina działa według własnych, indywidualnych zasad, które różnią się w zależności od wartości, jakimi kierują się poszczególni jej członkowie.

Bywa tak, że zaniepokojona babcia nie rozumie, dlaczego wnuczka stale ubiera stroje księżniczki. Starszy pan w sklepie może nie rozumieć, że dziecko, które krzyczy i płacze, potrzebuje przytulenia, bo jest przytłoczone ilością bodźców, a nagana ze strony obcej osoby jedynie pogorszy sytuację. Jeśli dzieci rozwijają się w sposób prawidłowy, a rodzice i dzieci odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością, uwagi z zewnątrz nie pomogą, a wprowadzą jedynie niepotrzebny zamęt. To, co dla osób z zewnątrz może wyglądać jak "fanaberia" lub "wchodzenie na głowę", dla rodziny może być po prostu ich codziennością, w której świetnie się odnajdują.

Przykład: Pani w przedszkolu zwróciła uwagę, że czteroletnia Zosia bardzo dużo mówi i "wszędzie jej pełno". Mama Zosi nie zastanawiała się wcześniej nad tym, jednak po słowach pani zaczęła o tym myśleć. Gdyby mama Zosi nie wiedziała, skąd się biorą zachowania córki, mogłaby myśleć, że ją "źle wychowuje" lub dziewczynka jest "niegrzeczna".

Możliwe powody takiego zachowania: temperament (dziecko, które łatwo ulega pobudzeniu, głośno i szybko reaguje na wszelkie bodźce), cechy typowe dla wieku: nie potrafi powstrzymać swoich reakcji, potrzeby: zmęczenie, głód i stres zmniejszają zdolność do panowania nad sobą.

Granice w relacjach

Granice między osobami w rodzinie, zarówno w relacji małżeńskiej, jak i między rodzicem a dzieckiem, mają duży wpływ na ich jakość. Każdą z rodzin można umiejscowić na "skali" pomiędzy dwoma skrajnościami - na jednym końcu będzie rodzina z bardzo sztywnymi, nieprzepuszczalnymi granicami, natomiast na drugim rodzina z niewykształconymi, przepuszczalnymi granicami. Zadbanie o to, by rodzina znalazła się pomiędzy tymi punktami, jest trudnym procesem, jednak właśnie tam znajduje się "złoty środek".

Wielu rodziców myśli, że trzymając się twardych zasad, których przestrzegają bezwzględnie i bez żadnych wyjątków, unikną rodzicielskiej porażki. Jednakże to właśnie elastyczność i zdolność do adaptacji w różnorodnych warunkach jest kluczem do sukcesu wychowawczego. Rodzic buduje z dzieckiem głęboką relację właśnie przez pokazywanie swojego "ludzkiego oblicza" zamiast wyłącznie nauki żelaznej konsekwencji. Jest to więź oparta na zaufaniu i szacunku dla drugiej osoby.

Rodzic - rola autorytarna czy kumpelska?

Zarówno tradycyjny, autorytarny sposób wychowania, jak i jego przeciwieństwo, czyli "kumpelskie" podejście rodzica do dziecka, w którym brak jakichkolwiek zasad i wyznaczonych granic, może wpłynąć negatywnie na rozwój emocjonalny dziecka. Relacja z dzieckiem, w której rodzic jest "kolegą", może być porównana do bezstresowego wychowania. W takim podejściu brakuje jakichkolwiek zasad, a rodzice przedkładają zachcianki dziecka ponad jego potrzeby.

warto pamiętać

Wniosek dla rodzica: jeśli pragnie wychować swoje dziecko na świadomego i asertywnego dorosłego, sam powinien takim być.

Pani Elżbieta Dziuba zaznacza, że trudno jest jednoznacznie przewidzieć, jak w życiu dorosłym będzie czuło się dziecko wychowywane w taki sposób. "Wiele osób boryka się z poczuciem pustki, a także odczuwa mieszankę różnorodnych uczuć - złość, nienawiść, a także uwielbienie rodzica. Styl wychowania może skutkować także powstaniem negatywnego postrzegania w stosunku do siebie lub innych ludzi. Można określić pewne tendencje występujące u dorosłych, którzy jako dzieci byli wychowywani w autorytarny sposób. Wielu z nich ma problemy z określeniem własnych potrzeb i uczuć. Wywierają silną presję na sobie lub innych, przyzwalają na złe traktowanie, a także sami często przejawiają chęć do kontroli i dominacji. Natomiast osoby z domów, w których granice nie były zaznaczone w żaden sposób i relacje z rodzicami były "kumpelskie", często dopiero w gabinecie psychoterapeutycznym są w stanie rozpoznać i zrozumieć swoje potrzeby i wyznaczyć granice. Zdarza się również, że sami narzucają sobie w dorosłości sztywne normy, gdyż nie potrafią odnaleźć balansu pomiędzy sztywnymi granicami a ich zupełnym brakiem" - podkreśla psychoterapeutka.

Równowaga w relacji

Stawianie granic daje dziecku poczucie bezpieczeństwa i porządkuje jego świat. Świadomi rodzice wiedzą, że naturalnym jest protest dziecka, objawiający się np. krzykiem lub płaczem, jeśli nie dostaje ono wszystkiego, co tylko by chciało. Wyznaczone granice są konieczne i potrzebne dla zachowania rodzinnej równowagi oraz dla prawidłowego rozwoju dziecka.

Wszelkie emocje, zarówno malucha, jak i dorosłego, są normalne. Złość i frustracja nie są czymś, czego za wszelką cenę należy unikać. Dziecko, poprzez obserwację dorosłego oraz jego reakcje na przekraczanie własnych granic, uczy się, w jaki sposób radzić sobie z emocjami. Warto pamiętać, że zarówno zbyt sztywne stawianie granic kosztem relacji może być krzywdzące, jak i ich zupełny brak. Rodzic nie może poświęcać swoich granic, by pozwolić dziecku na wszystko. Granice powinny być plastyczne, dostosowane do sytuacji, a przede wszystkim zależne od potrzeb dziecka oraz rodzica.

Anna Bajus

Psycholożka, absolwentka Uniwersytetu SWPS w Warszawie. Członkini British Psychological Society. Propagatorka rodzicielstwa bliskości. Bliska jest jej tematyka traumy oraz zaburzeń lękowych. Specjalizuje się we wsparciu mam i kobiet w ciąży.

trening psychologiczny

Uwolnić ciało

Mowa ciała jest wyrazem potrzeb, źródłem informacji o naszych przejściach ­i doświadczanych emocjach. W jaki sposób nawiązać kontakt ze swoim ciałem oraz nauczyć się lepiej rozpoznawać i rozumieć swoje reakcje emocjonalne?

tekst: Anna Bajus

Ciało. Budzi pożądanie i trwogę jednocześnie. Jest źródłem przyjemności, ale też lęku przed chorobą i starzeniem. Kult młodości, tężyzny, atrakcyjności stawia ciało w centrum, na piedestale. Zarazem każe nam tłumić jego naturalną ekspresję. Wstydzić się zapachu, owłosienia, wydzielin. Czuć odrazę do oznak starzenia i niedoskonałości. W ten sposób spacyfikowane ciało staje się zaledwie kostiumem wiecznie upiększanym. Zredukowane do roli przedmiotu jest "czymś", lecz na pewno nie nami.

Zachodnie religie uwypuklają jeszcze ten rozłam ciała i duszy, zdając się przeciwstawiać je sobie. Boska moc odebrana jest ciału jako siedlisku nieczystości i grzechu. Więziona w nim dusza jest święta, bo wieczna, ciało zaś umiera, ulega rozkładowi, gnije. Nauka z kolei głosi potęgę ludzkiego umysłu. Koncentracja nauki na umyśle, a religii na duchu spowodowała, że ciało stało się odrębne.

Ciało wie, kim jestem, z czym się zmagam i jak sobie z tym radzę

Człowiek został podzielony na fragmenty, rozczłonkowany. Jak zauważył Ken Wilber w książce Niepodzielone, większość osób zapytanych: "Czujesz, że jesteś ciałem, czy też czujesz, że posiadasz ciało?" odpowie, że posiada je, mniej więcej na tej samej zasadzie, na jakiej są właścicielami samochodu czy mieszkania. Tymczasem to właśnie przez ciało doświadczamy rzeczywistości, kontaktujemy się ze wszystkim, co nas otacza, reagujemy na świat. Za pomocą ruchu mięśni wyrażamy uczucia, wykonujemy gesty, poruszamy się, wpływamy na środowisko, tworzymy, wchodzimy w relacje z innymi, ustanawiamy granice. W ciele zapisują się nasze życiowe doświadczenia. Nasze ciało stale reaguje na nasze myśli i emocje. Wilhelm Reich, austriacki psychiatra i psychoanalityk, zauważył, że psychiczne cechy człowieka są widoczne w postawie jego ciała. Był przekonany, że zbroja charakteru jest tym samym, co zbroja mięśniowa, czyli chroniczne napięcia fizyczne. Uważał, że charakterystyczny sposób bycia człowieka, z jego stereotypowym zachowaniem, tworzy obronę przeciwko przykrym wspomnieniom. Sami często dostrzegamy tę "zbroję" u innych instynktownie: patrząc na kogoś, sposób, w jaki się porusza, gestykuluje, obserwując mimikę, słuchając melodii jego głosu - wyciągamy wnioski, z jakim "typem charakterologicznym" mamy do czynienia.Alexander Lowen, amerykański psychiatra i psychoterapeuta, uczeń Wilhelma Reicha, przekonywał, że podobnie jak leśniczy odczytuje historię drzewa z jego słojów, terapeuta bioenergetyczny potrafi, patrząc na ciało człowieka, odtworzyć historię jego życia: postawy, jakie przyjmuje, wewnętrzne konflikty, schematy osobiste, mechanizmy obronne. Analiza bioenergetyczna, której jest twórcą, zakłada, że źródłem nerwic i depresji jest tłumienie uczuć, które przejawia się w chronicznych napięciach mięśniowych, a te blokują przepływ życiowej energii.

Dlaczego zakładamy emocjonalny kaftan bezpieczeństwa

Wiedza o rozwijaniu świadomości ciała ma starożytne korzenie, głównie we wschodnich praktykach medytacji i jogi. Idea wykorzystania tego w psychoterapii została prawdopodobnie po raz pierwszy wprowadzona przez Fritza Perlsa, twórcę terapii Gestalt, w jego książce Ego, Hunger and Aggresion wydanej w 1942 r. Obecnie bardzo dużo mówi się o znaczeniu pracy z ciałem w psychoterapii, nie tylko w obszarze terapii traumy i zespołu stresu pourazowego, choć jeszcze niedawno tradycyjne modele terapeutyczne traktowały ciało i umysł człowieka jako odrębne całości. Kultywowano przekonanie, że terapeutycznie można oddziaływać albo na umysł - przez terapię werbalną (psychoterapię), albo na ciało - lecząc je fizycznie przez oddziaływania medyczne. Zintegrowana dziś wizja człowieka dostrzega, że procesy cielesne i umysłowe są nierozłączne. Podejście holistyczne reprezentują wspomniane już analiza bioenergetyczna oraz terapia Gestalt, ale także wiele innych podejść, m.in. będąca nurtem humanistycznym terapia skoncentrowana na emocjach (EFT) Lesliego Greenberga, somatic experiencing (SE) Petera Levine'a, terapia skoncentrowana na współczuciu (CFT) Paula Gilberta, TRE (trauma releasing exercises), psychoterapia tańcem i ruchem czy eye movement desensitization and reprocessing (EMDR). Dziś wszystkie główne nurty terapii - w tym także podejścia psychodynamiczne, psychoanaliza i terapia poznawczo-behawioralna - nie lekceważą znaczenia ciała w procesie przepracowywania bolesnych i ważnych doświadczeń. U podstaw tego podejścia leży przekonanie, że tylko człowiek świadomy w równej mierze "mowy" swojego ciała i umysłu może w konsekwencji doświadczyć integracji, co skutkuje redukcją lub nawet eliminacją problematycznych objawów, głęboką ulgą i znaczną poprawą jakości życia.Traktując człowieka holistycznie, nie można nie zauważyć, że naszym odczuciom zawsze towarzyszą doznania somatyczne. Na przykład doznanie smutku wiąże się często z wrażeniem ciężaru w klatce piersiowej, napięciem w przeponie, ściskaniem w gardle i ze łzami w oczach. Przez ciało doświadczamy własnych emocji. Nie zawsze są przyjemne, dlatego wolimy się od nich odcinać. Niejednokrotnie pojawienie się jakiegoś uczucia budzi w nas niechęć. Przykładowo, pojawiający się gniew może napotkać wewnętrzne przekonanie: "U nas w rodzinie nie okazuje się złości". Gdybyśmy więc przeżyli ją i wyrazili w pełni, moglibyśmy narazić się na odrzucenie przez ważne dla nas osoby. Aby uniknąć tego ryzyka, sami zakładamy sobie rodzaj emocjonalnego kaftana bezpieczeństwa. Naturalny ruch związany z wyrażaniem uczuć zostaje zahamowany i następuje odcięcie od doznań fizycznych. Jednak każda niewyrażona emocja zostawia ślad w ciele, który przeradza się w chroniczne napięcie konkretnych grup mięśni. W wyniku tego możemy skarżyć się na bóle pleców, żołądka, gardła czy głowy, co z czasem może doprowadzić do poważnych dysfunkcji tych organów, które są symbolicznie terytorium "wojny domowej".

Dlaczego autentyczność w wyrażaniu emocji jest ważna

Wielu ludzi nie ma kontaktu ze swoimi uczuciami i pragnieniami. Jesteśmy świadomi kulturowej presji, która sprawiła, że mężczyźni przez wieki musieli zaprzeczać pojawiającym się w nich naturalnie odczuciom strachu, bezradności czy smutku. Z kolei kobiety wychowywano tak, aby koncentrowały się przede wszystkim na zaspokajaniu oczekiwań otoczenia i stawianiu na pierwszym miejscu uczuć innych ludzi, ale nie własnych. Z brakiem aprobaty społecznej spotykał się ich gniew i otwarte wyrażanie sprzeciwu, demonstracja własnej siły, autonomii i woli. Nic dziwnego, że trudno nam być w kontakcie z własnym ciałem, skoro jest ono siedliskiem tych wszystkich represjonowanych przez pokolenia, niechcianych emocji. Wiele o naturze uczuć mówi etymologia słowa "emocja". Pochodzi z łaciny: e ("poza, na zewnątrz") i movere ("poruszać") oznacza "poruszać się na zewnątrz". Uczucia, jeśli pozwolimy im rozwijać się naturalnie, będą się uzewnętrzniać, np. smutek objawi się najpewniej przez szloch. Tymczasem od dzieciństwa uczeni jesteśmy czegoś przeciwnego. Od rodziców i innych opiekunów odebraliśmy lekcję, aby nie poddawać się "irracjonalnym" emocjom, tłumić je. Naturalna ekspresja uczuć, taka jak: krzyk, płacz, jęk, a nawet głośny śmiech, wciąż nie spotyka się ze społeczną akceptacją. W świecie, który ufa "rozumowi", emocje przeszkadzają, są niepraktyczne. Podczas gdy zdrowy rozsądek kojarzy się z siłą, to emocjonalność - ze słabością i histerią. Tłamsząc w sobie tę autentyczność, tracimy kontakt z sobą i zaufanie do siebie. Przestajemy wierzyć własnym doznaniom i reakcjom. Ograniczamy swoje zachowanie. Bojąc się smutku, być może zrezygnujemy z miłości, a obawiając się porażki - z realizacji ważnych pragnień. "Jeśli nasze próby sięgania po coś, uzyskiwania czegoś od innych są stale krytykowane lub odrzucane, wtedy ujawnianie potrzeby miłości wydawać się zacznie wielkim ryzykiem. Rezultatem będzie stałe napięcie mięśni ramion i klatki piersiowej w okolicy serca, uniemożliwiające sięganie po miłość" - pisze James I. Kepner w książce Ciało w procesie psychoterapii Gestalt. Według Alexandra Lowena człowiek, który nie ma kontaktu z własnym ciałem, nie może nawet wiedzieć, że jest zamknięty: "Będzie mówił o miłości, będzie nawet dokonywał czynów miłości, ale nie będą one przekonujące, bo ani w słowa, ani w działania nie włoży serca".

"Witaj Kłębku", czyli jak nawiązać kontakt z własnym ciałem

Wielu z nas czuje opór przed zwróceniem się w stronę swojego ciała. Instynktownie czujemy, że poruszymy bolesne obszary, tkliwe miejsca, że spotkamy się z tym, co trudne. Uwolnienie emocji budzi lęk przed ich siłą i całkowitą utratą nad nimi kontroli. Twardy pancerz mięśniowy niczym zbroja pełnił przecież w naszym życiu przez lata ważną funkcję - miał zagłuszać ból dawnych ran, chronić przed trudnymi do zniesienia uczuciami, a także stanowić obronę przed ponownym zranieniem. To zrozumiałe, że nawiązując kontakt z własnym ciałem, możemy początkowo czuć się poważnie zaniepokojeni. Nasza zbroja będzie przecież mięknąć, może całkiem zniknie. Co wtedy będzie z nami? "Fala tsunami" latami tłumionych emocji wydaje się realną perspektywą. Odmrożą się uczucia i wspomnienia, duchy przeszłości, o których chcieliśmy nie pamiętać. Dla wielu osób taki scenariusz wydaje się zbyt przerażający, by ryzykować kontaktowanie się z ciałem na własną rękę. Wówczas pomoc psychoterapeuty może okazać się nieodzowna - jego wsparcie pozwoli w bezpieczny sposób otworzyć się na to doświadczenie, przyjąć je i objąć refleksją. Może pojawić się także ból fizyczny spowodowany pobudzeniem krążenia, ruchu energii w dotąd skurczonym obszarze. Ponieważ trudne emocje wywołują nieprzyjemne doznania, na co dzień nawykowo staramy się od nich odcinać. Gdy pojawia się ucisk w gardle lub ściskanie w klatce piersiowej, wielu z nas chce natychmiast pozbyć tych uczuć. Zazwyczaj nie przychodzi nam do głowy, by zrobić coś przeciwnego: skierować światło świadomości w ich stronę, towarzyszyć im, wsłuchać się w nie. Paradoks polega na tym, że tylko pozwalając uczuciom być, obdarzając je swoją uwagą, doświadczając ich, możemy sprawić, że emocjonalny i często także fizyczny dyskomfort, a nawet ból, okażą się - z dużym prawdopodobieństwem - niezagrażające i przemijające. Przez świadomą obecność, bycie w kontakcie z własnymi doznaniami cielesnymi i uczuciami tkanki rozluźniają się, postępuje odprężenie mięśni i pojawia się doznanie ulgi.Focusing to doświadczeniowy proces terapeutyczny nakierowany na ciało, jego twórcą jest Eugene Gendlin. Ta niezwykła podróż do wieloaspektowego świata naszego wnętrza zaczyna się od skierowania uwagi na ciało, zwłaszcza na gardło, klatkę piersiową, żołądek, brzuch. Później łagodnie zadajemy pytanie: "Co teraz domaga się mojej uwagi?". Ważna jest postawa uważności i współczucia. Jesteśmy obserwatorem przepełnionym życzliwością wobec wszystkiego, co się wyłania. Niczego nie robimy na siłę. Z delikatnością rozglądamy się "po okolicy", wyczuwając, co się dzieje w centrum naszego ciała. Nie próbujemy niczego prowokować, by odszukać coś koniecznie, spowodować, aby się wydarzyło. Jesteśmy "tym-który-zauważa". Kiedy coś odnajdujemy, uświadamiamy to sobie, pozostając wrażliwi na najdrobniejsze zmiany w "poczuciach", które się mogą wyłaniać z "chwili-na-chwilę". Jesteśmy cierpliwi, wytrwali, z zaciekawieniem zbliżając się do tego cielesnego doświadczania. Sprawdzam, gdzie "to coś" czuję fizycznie? Jakie to jest? Czy mogę spróbować znaleźć właściwe słowa opisujące to doznanie? Czy pasują one do tego, czego właśnie doświadczam? Mogę się przywitać z tym poczuciem, które przykładowo jest jak "coś ściśniętego w kłębek w moim brzuchu". Nie chcę tego spłoszyć, więc postępuję z delikatnością i wyczuciem. Nie naciskam. Mogę dać "temu czemuś" znać, że je widzę, kierując ku temu w myśli słowa: "Witaj, Kłębku". Po prostu obserwuję "to coś" z intencją poznania go i wysłuchania. To jak siedzenie z przyjacielem, który coś przeżywa, ale nie wiemy jeszcze co. Łagodnie sprawdzam, czy woli, gdy usiądę jeszcze bliżej, czy może chce zachować dystans. Szanuję to. Niczego nie staram się w nim naprawiać, zmieniać. Nie jestem tu, by dawać mu rady, oceniać. Może Kłębek zechce mi opowiedzieć, co czuje? Nie zmuszam go do niczego, ale daję znać, że jestem z nim i obchodzi mnie, co się z nim dzieje. Może uda mi się "wyczuć" jego emocje, zobaczyć, jak to jest z jego punktu widzenia. Obserwuję, czy to poczucie się zmienia. Jak teraz daje o sobie znać to doznanie w ciele? Być może teraz już czuję Kłębek bardziej w okolicach serca niż w brzuchu i zauważam, że się troszkę "rozsupłał", stając ciepły w odczuciu. Wciąż daję mu znać, że jestem tu, dla niego, ale nie narzucam się z niczym. Sprawdzam jedynie, czy coś się zmienia, czy zauważam to, czego jeszcze przed momentem nie dostrzegałam.Jesteśmy zatem towarzyszami tego, co dzieje się w nas. Różne nasze doświadczające części, aspekty naszego "ja" dają o sobie znać przez fizyczne doznania. Jeśli poczują się bezpiecznie, zaufają nam jako wspierającym towarzyszom, zapewne odsłonią się, pokażą i powiedzą wiele. Jest szansa, że otrzymamy wgląd w istotę jakiejś ważnej dla siebie sprawy, pojawi się wiele zrozumienia i poczucia bliskości z samym sobą. Z pewnością nie będzie to wyłącznie intelektualna analiza ani tylko zatapianie w emocjach bez udziału głowy. Tutaj ciało i umysł pracują jednocześnie i są ze sobą w dialogu. Nasze ciało potrafi bardzo dużo opowiedzieć przez odczucia fizyczne, odsłonić to, co było dotąd przed nami zakryte, wyłonić wiele ważnych informacji z nieświadomości. Możemy posłuchać o naszych zranieniach, emocjach czy kluczowych potrzebach, które na co dzień są ignorowane. Ale też o tym, jak możemy je właściwie zaspokoić.

Żyjemy w twardym gorsecie, który uniemożliwia przepływ i pełną ekspresję energii. Bez kontaktu z ciałem jesteśmy kontrolowani przez wyparte, nieuświadomione emocje, działające z ukrycia i bez naszej wiedzy. Skazujemy się na wciąż powracające schematy osobiste, automatyczne reakcje, odgrywanie tych samych niekorzystnych scenariuszy życiowych

Ruch ekspresyjny, czyli o uwalnianiu emocji

Większość z nas nie zdaje sobie sprawy z siły i rozległości chronicznych napięć mięśniowych oraz z tego, jak dalece nas blokują i ograniczają. Mamy sztywną i napiętą pierś, skurczone mięśnie wokół nasady szyi, skurcze mięśni ramion, łopatek, mięśni kręgosłupa, wokół miednicy, szczęk. Żyjemy w twardym gorsecie, który uniemożliwia przepływ i pełną ekspresję energii. Rezultatem jest zmęczenie, apatia, odrętwienie, a często także depresja. Bez kontaktu z ciałem jesteśmy kontrolowani przez wyparte, nieuświadomione emocje, działające z ukrycia i bez naszej wiedzy. Skazujemy się w ten sposób na wciąż powracające schematy osobiste, automatyczne reakcje, odgrywanie tych samych niekorzystnych scenariuszy życiowych. 

W pracy z ciałem istotne jest też wykorzystanie jego ruchu w celu swobodniej ekspresji uczuć. Ćwiczenia stosowane w bioenergetyce można przetestować podczas cyklu zajęć grupowych oferowanych przez wielu terapeutów. Uwzględniają uderzanie w materac, wypowiadanie słów i wydawanie dźwięków o zabarwieniu emocjonalnym, naśladowanie gestów i ruchów pojawiających się w stanach silnego pobudzenia, skręcanie i ściskanie ręcznika, poruszanie miednicą, sięganie rękami i chwytanie ustami, przyjmowanie bardzo różnych pozycji ciała oraz rozciąganie mięśni w celu wywołania w nich wibracji. Uderzanie w poduszkę i inne formy ekspresji emocji przez ruchy mięśni są obecne także w terapii Gestalt. Ważnym elementem nawiązywania kontaktu z ciałem jest również praca z głosem, przez główne nurty psychoterapii wciąż traktowana po macoszemu. Stosuje się w niej m.in. wszelkie formy naturalnej wokalnej ekspresji: westchnienia, jęki, śmiech. Terapeutka pracy z głosem, Diane Austin, w książce The Theory and Practice of Vocal Psychotherapy - Song of the Self zauważa, że kiedy klient zaczyna świadomie uczestniczyć w wokalizie, rozpoczyna się jego głęboki proces wewnętrzny. Szybko pojawią się silne uczucia i emocje. Zaczynają powracać obrazy źródłowych wspomnień z dzieciństwa, które wykreowały przekonania przynoszące zgłaszane dziś problemy. 

Również praca z oddechem jest ważną częścią procesu nawiązywania głębokiego kontaktu ze swoim ciałem. Odruchową reakcją na niechciane uczucia jest zatrzymany oddech, w związku z tym zaciśnięte gardło, szczęki, podbrzusze, pośladki. Niemal wszyscy robimy to na co dzień: spłycając oddech, trzymamy odrzucone przez nas uczucia z dala od świadomości. Obserwując, jak ktoś oddycha, można zauważyć, że w momencie jego wstrzymania całe ciało sztywnieje. Jednak dopóki oddychamy płytko, nie wejdziemy głębiej w doświadczane emocje, nie połączymy się ze świadomością ciała. Dlatego tak ważna jest praca z oddechem w procesie uwalniania emocji. Pracując przez wiele lat z ofiarami traumy, David Berceli, twórca metody TRE (ang. trauma releasing exercises) zaobserwował coś interesującego: dzieci, doświadczając traumatycznych zdarzeń, dygocą, podczas gdy dorośli powstrzymują te mimowolne ruchy. W naszej kulturze osobę, która drży, uważa się za chorą lub niezdolną do samokontroli. Żyjąc w świecie, w którym emocje "trzyma się na wodzy", oduczyliśmy się trząść. Niedobrze, bo naturalne drżenie w sytuacji silnego stresu pozwala nam szybko wrócić do równowagi po nadmiernym przeciążeniu. Pozwalając ciału na wibrację, rozluźniamy mięśnie, uspokajamy układ nerwowy i hormonalny, stwarzamy warunki powrotu do homeostazy. David Berceli zapewnia, że drżenie jest warunkiem zdrowia - uwalnia silne nagromadzone emocje. Wszystkie ssaki rodzą się z tą umiejętnością. Wystarczy spojrzeć na psa, który gdy się boi, cały się trzęsie. Ludzie odebrali sobie możliwość otrząsania się z tego, co trudne. Można powiedzieć, że terapia TRE polega więc na przypominaniu sobie tego, z czym przyszliśmy na świat, na pozwoleniu ciału, by nabyło znów zdolność "otrząsania się" z traumy. I nie chodzi tu wyłącznie o traumę przez duże "T", czyli poważne wypadki, katastrofy naturalne czy wojny. Także w dzieciństwie doświadczamy bardzo bolesnych wydarzeń. Dziś do obszaru traumy badacze coraz częściej zaliczają również z pozoru drobne niepowodzenia, upokorzenia, sytuacje odrzucenia lub kłótnie. Ciało często reaguje chorobą na długotrwałe lekceważenie sygnałów, które wysyła. Jego mowa jest wyrazem naszych potrzeb, źródłem informacji potrzebnych do coraz większej świadomości i swobody wewnętrznej. Dlatego warto dać mu się wypowiedzieć, pozwolić sobie na świadome odczucie i przeżycie nawet tego, co początkowo może wydawać się przytłaczające i trudne. Dzięki skierowaniu łagodnej, życzliwej uwagi skierowanej na swoje ciało możemy ponownie zaprosić "wygnane" części siebie "do wspólnego stołu", wydobyć z pancerza to, co najdelikatniejsze w nas, i bez lęku przed skrzywdzeniem przywrócić temu wolność. Nie porzucając przy tym uczuć, ale dając przestrzeń, w której jesteśmy pełnymi wsparcia i akceptacji towarzyszami dla wszystkiego, czym i kim jesteśmy.

Ćwiczenie 1

Dziennik obserwacji niezrozumiałych emocji

Czasem nie potrafimy zrozumieć, dlaczego w danej sytuacji czujemy się w jakiś określony sposób. Siła afektu przytłacza nas albo emocja wydaje się nieadekwatna. Gdy zauważamy dysonans między tym, co czujemy, a tym, co myślimy o danej sprawie, możemy również czuć zmieszanie i wtórny lęk. Aby lepiej rozpoznawać, rozumieć swoje reakcje emocjonalne, potrzebujemy nawiązać kontakt ze swoim ciałem. Jednak bywa, że to nie wystarcza, wtedy dobrym pomysłem jest prowadzenie specjalnego dziennika obserwacji. Narysuj w notatniku tabelkę z sześcioma kolumnami. Pierwszą z nich zatytułuj Spust, kolejną Obraz, następne zaś: Przekonanie, Emocje, Ciało oraz Potrzeby.

Spust to wyzwalacz reakcji. Zauważ okoliczności, sytuację, która wyzwoliła Twoje emocje. Może jakiś gest albo wyraz twarzy bliskiej Ci osoby, podniesiony głos przełożonego, jakieś konkretne słowo, które właśnie usłyszałeś, kłótnia, której jesteś świadkiem, a może ktoś nie zaprosił Cię na ważną uroczystość albo nie odpowiedziano Ci "dzień dobry". Zanotuj, co się stało, kiedy poczułeś przypływ silnych, niezrozumiałych uczuć.

Obraz - możesz zamknąć oczy i przywołać wspomnienie tej sytuacji. Jaki obraz wyłania się w Twojej głowie? Zwróć uwagę na najgorszy fragment tego obrazu. Co wywołuje najsilniejsze Twoje poruszenie? Co powoduje, że czujesz tak silnie wzburzenie, rozpacz, wszechogarniający lęk albo szarpnięcie zazdrości? 

Przekonanie - zastanów się, co dla Ciebie znaczy to, co przed chwilą się wydarzyło? Co ta sytuacja mówi o Tobie? Jakie przekonanie najlepiej oddaje to, co myślisz, gdy przypominasz sobie tę sytuację. Może sądzisz, że jesteś nielubiany, bezwartościowy, nie dość dobry? A może uważasz, że nikomu nie możesz ufać, że nie jesteś bezpieczny? Albo wierzysz, że jesteś bezsilny, nie poradzisz sobie, nie możesz osiągnąć tego, czego pragniesz?

Emocje - jakie emocje czujesz teraz, gdy wracasz do tej sytuacji, a jej obraz pojawia się w wyobrażeniu w Twoim umyśle?

Ciało - skieruj uwagę do swojego ciała. Gdzie to odczuwasz fizycznie? W jaki sposób? Odnotuj to. Zapisz np. "ciężar na sercu". Jaka jest siła tego doznania? Spróbuj ocenić to w skali od 0 do 10, gdzie 0 oznacza, że wspomnienie tej sytuacji jest dla Twojego ciała całkowicie neutralne, a 10 - że jest maksymalnie przykre i przeszkadzające. 

Potrzeby - możesz się teraz zastanowić, czego potrzebujesz w tej sytuacji dla siebie. Jak chciałbyś myśleć o sobie w tej sytuacji, która się zdarzyła? Jakie inne przekonanie chciałbyś żywić w zamian? Może chciałbyś wierzyć, że jesteś wystarczająco dobry, że zasługujesz na miłość? Albo że jesteś bezpieczny? Może chciałbyś mieć przekonanie, że możesz na sobie polegać, że dajesz sobie radę i że możesz osiągnąć sukces? Jakich wówczas doświadczałbyś emocji? Jak by się czuło, jak by reagowało Twoje ciało w tamtej oryginalnej, spustowej sytuacji?

 .

Ćwiczenie 2

Rysunek cielesnego "ja"

Usiądź w ciszy. Zamknij oczy i postępuj według instrukcji:

Daj sobie chwilę, aby poczuć swoje ciało. 

Możesz zadać mu pytania: "Jak reaguję na myśl o sytuacji, która jest dla mnie ważna?", "Jak teraz czuję tę sprawę?" albo po prostu: "Co teraz domaga się mojej uwagi?".

Spróbuj dostrzec cielesne poczucie.

Możesz łagodnie się z tym przywitać. 

Daj sobie chwilę, by słowami opisać to doznanie. Jest ciepłe, zimne? Ciężkie, lekkie? Może jak parząca kula? Albo jak zimny pręt? Odnajdź swoje słowa, obrazy i symbole.

Teraz otwórz oczy i spróbuj narysować swoje wewnętrzne odczucia. Możesz użyć do tego dowolnego środka wyrazu: pasteli, akwareli, flamastrów, kredek świecowych. W trakcie rysowania sprawdzaj poczucie w ciele z tym, co powstaje na kartce. Zadawaj sobie pytania: "Czy to pasuje?", "Czy rysunek dobrze oddaje to, czego moje ciało właśnie doświadcza?". Jeśli nie, pozwól sobie stworzyć kolejny rysunek. Weź czystą kartkę i narysuj raz jeszcze. 

Ponownie zamknij oczy. Może będzie dobrze, jeśli bez pośpiechu posiedzisz z tym z życzliwym zaciekawieniem? 

Być może to poczucie zacznie się zmieniać? Obserwuj to łagodnie. 

Daj sobie chwilę, by wyczuć, jak to się czuje z "jego" punktu widzenia. 

Pozwól sobie dostrzec, jakie emocje mogą być z tym związane. 

Być może "to" zechce Ci pokazać, co sprawia, że tak się czuje?

Sprawdź, czy możesz dostrzec, czego potrzebuje, żeby czuć się lepiej.

Możesz poprosić swoje ciało, aby Ci pokazało, jakie byłoby to odczucie, jeśli wszystko byłoby w porządku.

Rozważ, czy będzie w porządku podziękować swojemu ciału za to, co mogłeś zobaczyć, uświadomić sobie albo poczuć. Jeśli tak, zrób to.

Otwórz oczy i zanotuj na kartce z rysunkiem swoje przemyślenia. Jak to, co zauważyłeś, odnosi się do sytuacji, o której oryginalnie myślałeś, do Twojego obecnego życia? Co Twoje ciało powiedziało Ci dzisiaj? Jak zamierzasz skorzystać z tego w swoim życiu w celu polepszenia swojej sytuacji albo zwiększenia dobrostanu? Jakie działanie mógłbyś podjąć?

Możesz założyć specjalną teczkę na rysunki swoich fizycznych "poczuć" i swoje wglądy, refleksje, olśnienia i przemyślenia.

 .

ANNA CZARNECKA

Psychoterapeuta, coach ACC ICF. Pracuje w nurcie integracyjnej psychoterapii doświadczeniowej, głównie na podstawie terapii schematów oraz terapii skoncentrowanej na emocjach L. Greenberga (EFT) i Focusing. W swojej pracy korzysta również z elementów ACT oraz CFT. Jest członkinią Polskiego Towarzystwa Integracyjnej Psychoterapii Doświadczeniowej i Edukacji Społecznej Stowarzyszenie INTRA oraz ICF Global.

poradnik pozytywnego myślenia

Muzyka i relacje

Bycie razem to wspólna droga i wspólny wysiłek. Każda relacja jest trochę jak orkiestra - powstaje wtedy, gdy tworzy spójną całość.

tekst: Bj?rn Ihler

tłumaczenie: Taida Meredith

Nie wiem jak Wy, ale czasami czuję się, jakbym tonął. Żyjemy w erze gloryfikującej bycie zajętym. Produktywność to nasz Święty Graal, prokrastynacja to nasza trucizna. Eksponujemy publicznie nasze życie, w związku z czym coraz bardziej koncentruje się ono wokół marketingu własnej osoby jako doskonałego pracownika, idealnego partnera czy też perfekcyjnego lidera. Jednak dążąc do perfekcji, często zapominamy o tym, by kochać sam ten proces, tę drogę do wyznaczonego celów. W pośpiechu zapominamy o zrobieniu kroku wstecz, rozwijaniu naszej wizji, dbałości o szczegóły, pasji oraz dążeniu do doskonałości.

Sam wpadłem w tę pułapkę. Poświęciłem się pracy. Stawaniu się liderem, rzecznikiem przemawiającym do światowych przywódców, opowiadającym się za opartym na prawach człowieka podejściem do budowania zdrowszych społeczności.

Podobnie jak wielu innych ludzi, zazwyczaj zapełniam chwile, które mam dla siebie, wygodą zamiast jakością, niekończącym się strumieniem rozrywkowego ekwiwalentu fast foodu.

Netflix udostępnia różne, w miarę przyzwoite, programy telewizyjne, które mógłbym kiedykolwiek zechcieć oglądać. Spotify zawiera nieskończoną ilość algorytmicznie wygenerowanych playlist zagłuszających hałas życia. Instagram, Twitter i Facebook umożliwiają nam wgląd w to, co się dzieje w otaczającym nas świecie - na Twitterze i Facebooku toczą się zwykle kłótnie wokół spolaryzowanej polityki i wiadomości, ale nie stanowią żadnej przerwy od pracy, pozostawiając mnie w trybie "włączony" 24 godziny na dobę. Instagram staje się schronieniem, ale liczba filiżanek kawy przy kominku i osób w otoczeniu przyrody, którą można obejrzeć, zanim to również stanie się zbyt powtarzalne, jest ograniczona - ciągłe zalewanie ludzi "targetowanymi" treściami wydaje się końcem kreatywności.

Jest to wyczerpujące, niebezpieczne i nie pozostawia wiele miejsca na uważność.

Uważność zaczyna się od samoświadomości, a stamtąd rozrasta się do świadomości obejmującej całe Twoje otoczenie. Ważne, abyś był świadomy swoich potrzeb i celów, aby móc być czujnym na potrzeby i cele tych, którzy Cię otaczają. Warto zatem, abyś zatrzymał się, posłuchał i obserwował siebie i innych oraz oddał się refleksji.

Co to znaczy być w orkiestrze?

Niedawno przeczytałem Absolutely on Music, Murakamiego, opowieść o relacji tego znakomitego pisarza z doskonałym dyrygentem Seijim Ozawą. Ozawa wspomina tam o "Ma". W języku japońskim terminu "Ma" używa się do opisania chwilowej przerwy w muzyce, pauzy, która wciąga Cię w głąb samego siebie. To wymaga, aby wszyscy oddychali razem, w zsynchronizowany sposób. Wspólnie.

Książka ta i pojęcie "Ma" przypomniały mi o mojej młodości. Kiedyś grałem na skrzypcach w amatorskiej orkiestrze symfonicznej. Traktowałem to jako hobby i nigdy nie chciałem zostać zawodowcem, ale dążyłem do doskonałości. Angażowałem się, ćwiczyłem i chodziłem na lekcje. Uwielbiałem to. Wkładałem w to pasję i energię, a kiedy orkiestra oddychała razem, kiedy zatrzymywaliśmy się i graliśmy razem, czyli de facto odnajdywaliśmy nasze "Ma" - to była magia.

Komunikacja w orkiestrze zawsze mnie fascynowała. Zazwyczaj wydaje się, że orkiestrą kieruje dyrygent. Dobry dyrygent nie oznacza jednak bycia dyktatorem, ale wizjonerem wyznaczającym kierunek, zachowującym przy tym czujność wobec intencji kompozytora, a także mocnych i słabych stron poszczególnych muzyków, grup instrumentalnych i orkiestry jako całości. Wszystko to zależy od dnia, ale może się zmieniać nawet w jego trakcie, w zależności od wielu czynników: poczynając od tego, kiedy była ostatnia przerwa na kawę, a kończąc na tym, kto z orkiestry imprezował ostatniej nocy zamiast zostać w domu i ćwiczyć.

Przypadkowemu obserwatorowi może się wydawać, że dyrygent jest wielkim komunikatorem orkiestry, osobą dyktującą muzykę, ale dla muzyków szybko staje się oczywiste, że cała rozmowa toczy się między poszczególnymi muzykami, liderami sekcji i pierwszym pulpitem, w obrębie sekcji oraz pomiędzy czwartym rzędem skrzypków i drugim wiolonczelistą. Dobrzy muzycy są świadomi swoich poczynań i tego, jak one wpływają na ich otoczenie, a jednocześnie są świadomi swojego otoczenia i tego, jak ono wpływa na nich.

Dobry dyrygent to ktoś, kto potrafi słyszeć nie tylko muzykę i ją interpretować, ale także mieć umiejętność dostrzegania wszystkich drobnych szczegółów dookoła, których nie da się wyrazić słowami, czyli energii orkiestry jako całości, jej dynamiki, miejsca, w którym gra, publiczności i wszystkich innych czynników biorących udział w tworzeniu muzyki.

Tworzenie dobrej muzyki jest wspólnym wysiłkiem. Muzyka nie jest kreacją dyrygenta ani poszczególnych muzyków, kompozytora czy członków orkiestry. Dobra muzyka powstaje wtedy, gdy wszystkie te elementy tworzą spójną całość. W tym sensie bycie w orkiestrze ma na celu stworzenie przestrzeni dla uważności, dla spostrzegawczej świadomości siebie i swojej roli, jak również roli osób dookoła. Celem jest, by orkiestra stworzyła jedność, by "Ma" zostało odnalezione, a powstająca muzyka miała swą najczystszą postać. Dobra muzyka jest jak dobry związek.

Treść wymaga czasu i skupienia

Każdej zimy, po miesiącach podróży związanych z pracą, w poszukiwaniu spokoju wracam do mojego domu w szwedzkich lasach, by zregenerować się i przygotować na nadchodzący rok.

Zwykle potrzeba mi kilku tygodni, aby zwolnić tempo i odnaleźć się w świecie między miastami i lotniskami a ciszą pokrytych śniegiem szwedzkich wsi. Potrzeba mi czasu, aby pogodzić się z faktem, że piękno tego miejsca polega na tym, że nic się tu nie dzieje i nic nie musi się dziać. Ilekroć tam wracam, muszę nauczyć się być sam ze sobą, słuchać siebie, a po jakimś czasie docieram do punktu, w którym słyszę otoczenie, i z tego miejsca mogę iść dalej.

Cisza tego miejsca daje mi przestrzeń do nauki i refleksji. Przestrzeń do zatrzymania się, słuchania, eksperymentowania, akceptowania i doceniania procesu ewoluowania, uczenia się na podstawie doświadczeń z przeszłości i otaczającego środowiska, by znaleźć jasny kierunek i skupienie, dostosować się do własnych wartości i celów. Zapewniając dystans, uzdalnia do wyraźnego, jasnego oglądu ponad małymi szczegółami codziennej polityki i biurokracji, do opracowania strategii przywództwa w kierunku najwyższych celów budowania zdrowszych społeczności.

Wracając do obrazu dyrygenta i orkiestry, dobry dyrygent nie jest dyrygentem dlatego, że stoi między orkiestrą a publicznością. Dobry dyrygent poświęca czas na uczenie się partytury, zrozumienie roli każdego instrumentu, każdej nuty i frazy, a także złożoności tego, w jaki sposób są one ze sobą powiązane. Rolą dyrygenta jest więc także dogłębne zrozumienie intencji kompozytora i emocji, jakie zamierzał on wzbudzić u publiczności za pomocą muzyki.

Dopiero po dokładnym przestudiowaniu, interpretacji i zrozumieniu partytury dyrygent spotyka się z orkiestrą, aby rozpocząć proces prób. W tym momencie każdy członek orkiestry ma zazwyczaj własną interpretację swojej roli. Zadaniem, zarówno dyrygenta, jak i muzyków jest ujednolicenie tych ról, a poprzez jasność wizji i głębokie zrozumienie treści partytury - wyznaczenie wyraźnego kierunku dla orkiestry jako całości.

Bj?rn Ihler

Norweski działacz na rzecz pokoju oraz mówca publiczny, który przeżył masową strzelaninę na wyspie Ut?ya 22 lipca 2011 r. Jest zaangażowany w projekt Extremely together poprzez Fundację Kofiego Annana. Autor artykułów dla "The Guardian", Huffington Post i innych publikacji na temat terroryzmu. Uczestniczył w Oslo Freedom Forum (forum wolności), gdzie w 2016 r. mówił o swoich doświadczeniach z terroryzmem i pracy na rzecz przeciwdziałania brutalnemu ekstremizmowi. Jego praca w walce z brutalnym ekstremizmem doprowadziła do rozmów z wieloma byłymi członkami grup ekstremistycznych i radykalnych. W profilu BBC o j ego pracy stwierdzono, że "dzierży on niezwykły i nie do pozazdroszczenia rekord liczby napotkanych zreformowanych ekstremistów".

PORADNIK POZYTYWNEGO MYŚLENIA

Surowe osądy miłości

tekst: Natalia de Barbaro

ilustracja: Hanna Shumska

NATALIA DE BARBARO

Psycholożka, socjolożka, trenerka, felietonistka. Prowadzi warsztaty dla kobiet "Własny Pokój", szkolenia z komunikacji i współpracy dla firmy House of Skills i sesje coachingowe.

nataliadebarbaro@gmail.com 

Siedziałyśmy w knajpie, ja i moja bliska koleżanka, z którą z powodów pandemicznych długo się nie widziałam. Fajnie było znowu znaleźć się w jej towarzystwie. Moja koleżanka zdawała się bowiem aniołem: mówiła z wielką łagodnością i patrzyła z wielką łagodnością. "Nic tylko czekać, aż rozlegnie się cichy szum skrzydeł" - pomyślałam. Była serdeczna dla kelnerki i pełna głębokiego zrozumienia dla problemów, które powierzałam jej miękkim uszom. Kiedy poszła do toalety, przez chwilę kontemplowałam kontrast pomiędzy nami, sama bywam zapalczywa, oburzona, impulsywna i wprost waląca. Mój namysł nad tym kontrastem przerwał dochodzący z tyłu głos jakiejś kobiety (jako psycholożka jestem absolutnie zdeterminowana podsłuchiwać każdą rozmowę, która odbywa się w mojej okolicy - to silniejsze ode mnie). Głos był szorstki, obcesowy i mroźny jak lutowy poranek. "Jak to, kiedy przyjadę? Nie wiem kiedy! Czasu nie mam, ja mam pracę, nie wiesz tego? Zadzwonię później!". Poczułam na karku lodowaty oddech: kobieta, która właśnie skończyła rozmowę, stała blisko.

A potem wróciła do naszego stolika. "Z kim rozmawiałaś?" - wydukałam słabo, bo ciągle nie mogłam dojść do siebie. "Z mamą moją" - wyjaśniła, znowu łagodnie, jak nie ona, a może właśnie jak ona. Już sama nie mogłam się połapać, która jest nią, a która nie i jak takie dwie w jednej mogą się pomieścić. "Kłócicie się?" - spytałam jeszcze, w sumie z nadzieją, że to jakaś wyjątkowa sytuacja, że normalnie anioł jest aniołem, tylko teraz akurat coś się niecodziennie "skichało". "Nie, czemu?" - wyszeptała ku mnie aksamitnie koleżanka.

W książce Podróż bohaterki amerykańska terapeutka, Maureen Mudrock, pisze o tym, w jaki sposób kobiety, kształtując własną tożsamość, przechodzą przez etap odrzucania własnej matki: "Wiele młodych kobiet przekształca swoje matki w obraz archetypowej mściwej, zaborczej i pożerającej kobiety, którą muszą odrzucić, by przeżyć. Rzeczywista matka może, lecz nie musi uosabiać tych cech, jednak córka internalizuje je jako konstrukt matki wewnętrznej". Jeśli jest to jakiś etap - spoko. Ale gdyby na tym miało się skończyć? Czy nie byłybyśmy dalej od jakiejś Prawdy, której częścią dla zdecydowanej większości z nas nie były tylko surowe spojrzenia po wywiadówkach, przygany wokół długości spódnic czy męczące codzienne wyrzuty, ale też całkiem nierzadkie chwile czułości, starannie plecione warkocze, ocierane łzy, kanapki z podwójnym serem, ale bez ogórka, bo nie lubisz ogórków, wakacyjne podróże w upakowanym po dach samochodzie i te wszystkie inne skrawki miłości, których nie da się sprowadzić do kciuka obróconego w dół? Czy nie doświadczyliśmy tego, co Robert Hayden, amerykański poeta, nazwał "surowymi, samotnymi posługami miłości", kiedy w wierszu Te zimowe niedziele przywoływał obraz swojego ojca, który w niedziele "wstawał wcześnie/i w sinoczarnym zimnie ubierał się, aby/spękanymi rękami, które go bolały/od roboty na mrozie w dni powszednie, sypnąć/węgla do pieca"?

Wielu z nas ma odruch, żeby to właśnie rodziców z wielką surowością oceniać, jakby bycie rodzicem było co najmniej najłatwiejszą robotą na świecie, chociaż akurat jest odwrotnie.

Ale jest jeden dość niezawodny sposób, żeby uleczyć swoje niesprawiedliwe, niesymetryczne spojrzenie na tatę i mamę: samemu zostać rodzicem. Jeśli ma się trochę inteligencji intrapsychicznej, nie trzeba wiele czasu, żeby zobaczyć własne "zawałki". Obstawiam, że już po kilku miesiącach, jeśli nie tygodniach, będziesz miał(-a) na koncie, co następuje: (a) doświadczenie bezbrzeżnej miłości, (b) doświadczenie totalnej, wszechogarniającej irytacji, (c) wspomnienie własnego głosu, który wypowiada teksty, które sam słyszałeś od swoich rodziców i obiecałeś sobie, że nigdy ich nie powtórzysz i (d) wspomnienie tego, że kilka razy zachowałaś się na tyle okropnie, że nie przyznałaś się do tego nawet przyjaciółce, a i sama próbujesz o tym zapomnieć.

Prawda o miłości rodzicielskiej jest złożona, jak prawda o każdej miłości. Ci z nas, którzy się na nią decydują, biorą na siebie robotę nieporównywalną do żadnej innej.

Firma American Greetings nagrała i umieściła na YouTube filmik: rekruter przeprowadza rozmowę o pracę z kilkorgiem kandydatów. "Zakres odpowiedzialności i wymagania są dość rozległe" -mówi kandydatkom i kandydatom - "potrzebna jest mobilność". "Większość pracy odbywa się na stojąco. Potrzeba dużo energii". W głosie jednej z kandydatek pojawia się niepewność - "Przez ile godzin?" - pyta. "Od 135 godzin" - odpowiada bez wahania rekruter - "do nielimitowej liczby godzin. W gruncie rzeczy 24 godziny dziennie, przez 7 dni w tygodniu". Inny z kandydatów sam próbuje się pocieszyć: "Ale pewnie od czasu do czasu można sobie usiąść?". Rekruter precyzuje: "Nie. Nie przewidujemy przerw". Kandydatka zaczyna mieć poważne wątpliwości: "Czy to jest w ogóle legalne? Co z lunchami?". Tu rekruter ma dobrą wiadomość: "Można zjeść lunch, ale po tym, jak twój współpracownik skończy swój. Potrzebne są świetne umiejętności interpersonalne i negocjacyjne" - ciągnie, niezrażony coraz bardziej niewyraźnymi minami kandydatów. "Dobrze byłoby mieć tytuł naukowy z obszaru finansów i medycyny. Czasami trzeba towarzyszyć współpracownikowi w nocy. W trakcie świąt ilość pracy się zwiększa. Ale poczucie spełnienia, poczucie zażyłości są ogromne!" - przekonuje. Kiedy przychodzi do rozmowy o pieniądzach, rekruter oferuje zerowe wynagrodzenie. Aż w końcu mówi, że miliony ludzi na świecie zdecydowały się na tę pracę: matki. Kandydaci i kandydatki zaczynają mówić o swoich i ocierać łzy.

Czy tak samo zrobiłaby moja koleżanka anioł? Czy przypomniałaby sobie coś poza tym, co oblodziło jej ton w rozmowie w restauracji? A my - co chcemy uczynić naszą linią mety w podróży, jaką jest niewątpliwie relacja z naszymi rodzicami? Przebaczenie za nieuchronne przewiny? Tylko tyle?

PORADNIK POZYTYWNEGO MYŚLENIA

O chłopcu i jego ojcu

tekst: Bartek Jaślikowski

Bartek Jaślikowski

Trener, coach, konsultant, mediator. Na co dzień pracuje z organizacjami, wspierając pracowników w rozwoju dzięki własnej firmie szkoleniowej GetThere! Trener treningu interpersonalnego. Prowadzi warsztaty dla grup męsko-kobiecych "O co Ci chodzi". 

Czasem bez powodu, zupełnie niespodziewanie, wraca w mojej pamięci obraz nagrania z kasety, jakie były wykorzystywane w kamerach VHS z początku lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku. Jeśli pamiętacie te kamery, to wiecie, że ten sprzęt zajmował powierzchnię większą niż męskie ramię, na którym musiał się opierać, żeby można było cokolwiek nagrać. Ówczesne kamery przypominały bardziej te używane w studiach telewizyjnych - ogromne, kanciaste i ciężkie. Jestem niemal pewien, że gdyby zobaczył ją dzisiaj mój syn, jedynym sposobem, dzięki któremu mógłby poznawczo ogarnąć ten cud technologii, byłaby wysilona dedukcja połączona z procesem wyszukiwania informacji z pomocą słynnego "internetowego wujka".

Na nagraniu mam około czternastu, może piętnastu lat. Siedzę w pokoju moich kuzynów, do których tak bardzo lubiłem jeździć, będąc dzieckiem. Na pierwszym planie widać pokój i grupę osób. To właśnie moi kuzyni, moje rodzeństwo i wreszcie ja. Na drugim planie widać mojego wujka. Tuż obok niego, bezpośrednio za mną, stoi mój ojciec.

W kilkuminutowym filmie nie ma nic nadzwyczajnego. Jego jakość, jak to w formacie VHS, pozostawia wiele do życzenia, a obraz jest ziarnisty, z jakby wyblakłymi kolorami. Raz na jakiś czas pojawiają się na nim pasy zakłóceń z głowicy nagrywającej. Mimo to bez większego trudu można dostrzec szczegóły, wyłowić twarze i gesty.

Nie widziałem tego fragmentu co najmniej kilkanaście, jeśli nie ponad dwadzieścia lat, aż do przypadkowego momentu selekcji starych materiałów podczas domowych porządków. Ten długi czas "śmierci klinicznej" spowodowany był tym, że nie bardzo lubię wracać do zdjęć i nagrań z przeszłości. Lubię wiedzieć, że są gdzieś pod ręką i w odpowiedniej chwili, kiedy jest ku temu dobra okazja, mogę do nich wrócić, ale nic więcej. Nie jestem nadmiernie sentymentalny i zbyt długie oglądanie takich rzeczy po prostu mnie nudzi. Jednak tym razem wydarzyło się coś, co przywołało ważne momenty i pogłębiło moje postrzeganie niektórych relacji.

W jednej ze scen żywiołowej dyskusji, gdzie młode pokolenie przekonuje starsze, że "należy im się jeszcze jeden dzień pobytu i zabawy", a to drugie argumentuje, że jednak "trzeba już wracać do domu, bo są plany, obowiązki" i inne czynności, koszmarnie nudne z punktu widzenia dziecka, w tle dzieje się coś, co ma ogromne znaczenie w budowaniu więzi. Mój ojciec - w tamtej sytuacji reprezentujący oczywiście stanowisko starszego pokolenia - jest ze mną w nieustannym kontakcie cielesnym, głaszcząc mnie, swojego syna, po głowie. Mimo tego że w oczywisty sposób w tym momencie stoimy na przeciwległych biegunach zażartej wymiany stanowisk - ja: zabawa, wolny czas, swawola; ojciec: obowiązki, odpowiedzialność, dorosłość - jego niewerbalna mądrość, w swoim cichym, delikatnie wyrażanym dotyku, jednocześnie mówi mi: "Jestem tutaj, rozmawiamy, jest trudno, bo mamy różne zdania, ale jest okej".

Pamiętam emocje towarzyszące mi w tamtej dyskusji. Pamiętam zaciętość argumentacji i gotowość do wdrożenia obywatelskiego nieposłuszeństwa rodem z Thoreau. Pamiętam ekscytację kryjącą się w jawnych próbach grupowego konfliktowania się ze starszym pokoleniem. Jednak najwyraźniej czuję towarzyszące mi przez cały czas poczucie bezpieczeństwa. W tamtych chwilach wiedziałem, że pomimo momentami stanowczych i kategorycznych poleceń, stawianych granic i oczekiwań, mogę bezpiecznie zderzać się i konfliktować z ojcem. Byłem pewien, że nic zagrażającego mi nie może się wydarzyć. Jestem przekonany, że wtedy, a także i wiele razy później, jednym z filarów tego poczucia bezpieczeństwa był właśnie dotyk.

Każde dziecko, małe czy nieco większe, potrzebuje kontaktu fizycznego z rówieśnikami, rodzeństwem, rodzicami w formie przytulenia, pogłaskania czy zwyczajnego, wykonanego mimochodem muśnięcia dłonią. My, dorośli, również tego potrzebujemy. Mam wrażenie, że nie różnimy się tutaj zbytnio od dzieci. Różnica być może leży bardziej w strategiach okazywania tej potrzeby, bo czasem może nie być nam tak łatwo, jak dzieciom się do niej przyznać. Dzieci, przynajmniej do pewnego wieku, bezpardonowo biorą sobie przytulenie czy "głask" od tego, od kogo ich potrzebują.

My dorośli, czasem częściowo, a czasem całkowicie tę potrzebę kontaktu fizycznego chowamy przed światem. Może nieświadomie wypieramy ją ze swojego życia, żeby nie musieć chcieć, jeśli chcieć nam za bardzo nie pozwalano? Bywa też, że całkiem odpowiedzialnie i dorośle wiemy, że to nie miejsce, czas i okoliczności, i wtedy pozwalamy sobie na zachowanie tego "potrzebuję" na później. Jakiejś części z nas - i intuicja podpowiada mi, że to część zdecydowanie mniejsza - udaje się zachować pełny kontakt ze swoim cielesnym Ja. Wtedy potrafimy słuchać i podążać za nim, uwzględniając to, co ważne.

Dlaczego dotyk jest ważny? Po co świadomie podejmować wysiłek, żeby było go więcej? Jaki wymiar dodajemy do swojego życia, dbając także i o tę sferę?

Możesz komunikować się z bliskimi Ci osobami na poziomie werbalnym - słowami czy frazami, kwiecistymi opisami czy rzeczową analizą. Jednak jeśli masz za sobą doświadczenie prawdziwie bliskiej relacji z własnym dzieckiem, rodzicem, partnerem, to pewnie czujesz, że taka komunikacja, pozbawiona odczuwania przez ciało, będzie niepełna, niewykorzystująca potencjału bycia Homo sapiens - tego, co w człowieku duchowe i cielesne.

W naszym nieco przeintelektualizowanym świecie warto, aby znalazło się miejsce na spotkanie z dotykiem naszych bliskich i zatrzymanie na chwilę w tym doświadczeniu. To ważne, aby znaleźć przestrzeń na sprawdzenie, jak to jest być w kontakcie, w ciele, ze sobą i innymi. Jeśli tego miejsca nie ma, to trzeba podjąć wysiłek, żeby je wygospodarować, poprosić o nie, zadbać. No bo po co żyć jakby "w części", kiedy można żyć "w całości"?

Jeśli uda Ci się stworzyć codzienną przestrzeń na dotyk, na pogłaskanie syna czy córki, na przytulenie partnerki częściej niż w biegu i z automatu, na poklepanie najlepszego kumpla po ramieniu czy też "pójście w niedźwiedzia" z kuzynem, to znajdziesz w tym rzeczy dobre i dla siebie, i dla innych. Ci ważni dla Ciebie "inni" wezmą z tych mikrogestów to, co będzie im potrzebne. Kolejne pokolenie chłopców i dziewczynek nauczy się nie wypierać i nie zamykać na dotyk płynący z miłości rodzicielskiej. Z nich wyrośnie pokolenie dorosłych mężczyzn i kobiet zdolne do odważnego komunikowania swoich potrzeb kontaktu. Dzięki tej otwartości będzie też potrafiło ten kontakt dać innym, kolejnym pokoleniom, bez wstydu i zakłopotania.

Być może nawet dzięki fizycznemu kontaktowi Twojemu synowi lub córce uda się kiedyś wynegocjować pozostanie jeden dzień dłużej w ważnym dla nich miejscu, na zabawie z kuzynami. Mi się udało, a do tego - w bezcennym pakiecie promocyjnym - mam wspomnienie, które zostanie ze mną na zawsze.

poradnik pozytywnego myślenia

Przewlekły stres -

nieodłączny element życia w XXI wieku

Stres to silne napięcie nerwowe, które ma negatywne skutki dla organizmu. Według obserwacji prowadzonych przez amerykańskich naukowców, co roku w USA gwałtownie wzrasta liczba osób cierpiących z powodu stresu. W Polsce również prowadzono takie ankiety - co piąty ankietowany deklarował w nich, że odczuwa dyskomfort spowodowany wzmożoną nerwowością, a niemalże 100% pytanych przyznało, iż stres jest integralną częścią ich codzienności.

Czym grozi ciągłe przeżywanie stresu?

Stres wpływa również fizycznie na organizm - pojawiają się dolegliwości, takie jak: nasilone bóle brzucha, nudności lub wymioty.

Wyniki ankiet wzbudzają niepokój, ponieważ chroniczne doświadczanie stresu może skutkować zapadnięciem na jedną z wielu chorób cywilizacyjnych, np.: dysfunkcję układu krążenia, otyłość lub zmiany nowotworowe. Co więcej, zestresowani są narażeni na rozwój zaburzeń emocjonalnych.

Problemy przewodu pokarmowego a mózg

W latach 80. XVIII wieku dwóch badaczy - William James oraz Carl Lange - stworzyło nowatorską teorię emocji. Zasugerowali oni, że istnieje rodzaj komunikacji między mózgowiem a układem pokarmowym, który działa dwukierunkowo. Naukowcy byli również zgodni co do tego, iż część fizjologiczna silnie oddziałuje na psychikę.

W 1910 roku Philips opublikował w "British Journal of Psychiatry" pracę naukową, w której wykazał, że obecność w diecie odpowiednich kultur bakterii ma znaczenie dla poprawy nastroju. Pozytywnie wypadły też testy fermentowanych produktów mlecznych, które poprawiły samopoczucie osób pogrążonych w psychozie. I choć potwierdzono wówczas komunikację między mózgiem a jelitami, to dopiero w 1970 roku Bahr i wsp. odkryli, że nie miałaby ona miejsca, gdyby nie mikrobiota jelitowa, czyli zamieszkujące układ pokarmowy drobnoustroje. To one wpływają na produkcję neuroprzekaźników (m.in. serotoniny, dopaminy, GABA), hormonów czy cytokin.

Bakterie a równowaga organizmu

Aby jelita mogły prawidłowo funkcjonować, mikrobiota jelitowa musi być w stanie eubiozy, czyli w równowadze. Od kondycji mikrobioty zależy m.in. szczelność bariery jelitowej. W takiej sytuacji transport substancji odżywczych z jelita do krwiobiegu przebiega bez żadnych problemów. Układ immunologiczny jest w stanie kontrolować przepływ.

Zakłócenia pojawiają się w przypadku, gdy zaczynają działać czynniki dysbiotyczne, czyli takie, które mają negatywny wpływ na środowisko bakterii. Przez takie działania dochodzi do uszkodzenia bariery, a co za tym idzie również do przepływu cząsteczek na dużą skalę. Jeśli są nimi molekuły nierozpoznane przez układ odpornościowy, to po chwili uznaje je on za potencjalne zagrożenie dla zdrowia, co w efekcie powoduje wystąpienie stanu zapalnego w organizmie.

Początkowo zasięg takiego zapalenia dotyczy jedynie przewodu pokarmowego, ale ze względu na istnienie osi mózgowo-jelitowej możliwe jest jego dotarcie do mózgu. To powoduje aktywację osi podwzgórze-przysadka-nadnercza, a w efekcie wyrzut większej ilości kortyzolu w nadnerczach. Powstaje błędne koło, bo hormony stresu (w tym właśnie kortyzol) to niszczyciele bariery jelitowej.

Stres a degradacja układu pokarmowego i nerwowego

Przez wiele lat szukano wspólnego mianownika między zaburzeniami przewodu pokarmowego a układem neurologicznym. Zaobserwowano, że problemy z niestrawnością dotyczą w równym stopniu pacjentów leczonych z powodów gastrologicznych, jak i psychiatrycznych. Zaburzenia, takie jak mdłości czy też uczucie pełnego żołądka zdarzały się nawet częściej u osób z zaburzeniami psychicznymi, niż u tych zmagających się z dysfunkcjami układu pokarmowego.

Zauważono również wzrost epizodów depresyjnych i częstsze stany lękowe u pacjentów gastrologicznych. Z danych z 2017 roku jasno wynika, że połowa badanych cierpiących z powodu zaparć i więcej niż 30% osób z zespołem jelita nadwrażliwego, kwalifikowała się do otrzymania diagnozy zaburzeń psychicznych.

Najskuteczniejsze szczepy bakterii

Jak już wiemy, aby na osi mózgowo-jelitowej wszystko funkcjonowało prawidłowo, mikrobiota musi działać bez zarzutu. W momencie gdy oddziałuje na nas wiele czynników dysbiotycznych, nieocenione okazują się psychobiotyki, czyli bakterie, które korzystnie oddziałują na nasze zdrowie psychiczne. Odpowiednio dobrany psychobiotyk może zmniejszyć lęk, poprawić samopoczucie i zmniejszyć dolegliwości żołądkowo-jelitowe wywołane stresem.

W jednej z prac powstałych w 2008 roku (Diop i wsp.) sprawdzono, że po trzech tygodniach suplementacji szczepami Lactobacillus helveticus Rosell? - 52, Bifidobacterium longum Rosell? - 175 doszło do zmniejszenia intensywności występowania bólów brzucha oraz nudności i wymiotów. Te same szczepy wziął pod uwagę w 2011 zespół Messaoudiego. Tu badanie trwało 30 dni, a jego uczestnicy sprawdzili, jak psychobiotyk oddziałuje na natężenie ich stresu. Jak się okazało, po przeprowadzonej probiotykoterapii osoby te nie tylko czuły się lepiej (co potwierdzały testy psychologiczne), ale także lepiej radziły sobie z rozwiązywaniem problemów niż osoby z grupy przyjmującej placebo. Z pewnością mogło się do tego przyczynić obniżenie poziomu kortyzolu, o którym również wspomniano w badaniu.

Oddziaływanie na oś mózgowo-jelitową jest tylko jednym z czynników branych pod uwagę w terapii zaburzeń depresyjnych i lękowych. Wielu specjalistów jest jednak zgodnych, że psychoterapię warto łączyć z probiotykoterapią.

PORADNIK POZYTYWNEGO MYŚLENIA

Między porażką a ultraszczęściem

O miłościach nieoczywistych

z Sylwią Chutnik rozmawia Marcin Wilk

Sylwia Chutnik

Pisarka z doktoratem, aktywistka, laureatka Paszportu Polityki za rok 2008, kilkukrotnie nominowana do Nagrody Literackiej Nike. Wydała między innymi Kieszonkowy atlas kobiet (2008), Cwaniary (2012), W krainie czarów (2014), Smutek cinkciarza (2016). 

- Chciałbym porozmawiać z Tobą na początek o miłości do "papiernika". Pamiętasz swój pierwszy raz?

- Oczywiście! Miałam jedenaście lat i mama mnie namówiła, żebym zaczęła pisać pamiętnik. Akurat wchodził wtedy do Polski UNICEF. W kioskach firmowanych logo organizacji sprzedawano piękne, kolorowe rzeczy, między innymi pocztówki. Jeden z takich kiosków mieścił się przy ulicy Świętokrzyskiej, zaraz obok Emilii Plater, czyli obok mojej babci i dziadka. I to właśnie w takim kiosku kupiła mi mama zeszyt.

- Jaki on był?

- Piękny, w czarnej oprawie, z kolorowymi literami na okładce. Papier był w dotyku przyjemny, ale - co najważniejsze - wystarczająco gruby, czyli idealnie sprawdzał się do pisania piórem. Mama kupiła mi też do tego zeszytu tak zwaną rygę, liniuszek, dzięki czemu mogłam ćwiczyć równe pisanie. Na końcu tego zeszytu była informacja o UNICEF wraz ze zdjęciem dzieci. Wiesz, że ten papier jest tak dobrej jakości, że po tylu latach wciąż nie pożółkł?

- Po prostu dobry materiał.

- Ale o tym, że jakość jest ważna, umiem powiedzieć dopiero dzisiaj, czyli po wielu latach. Wtedy nie przywiązywałam do tego takiej wagi. Teraz macam rzeczy, zwracam uwagę na fakturę. Wtedy pojawiło się dużo papierniczych punktów, człowiek za młodu dostawał gorączki, gdy wchodził. Można było dostać wszystko - od plastikowych klipsów po mydełko i pachnące truskawkami gumki do ścierania. Pojawiały się też różnego rodzaju notesiki, karteczki do segregatorów - każda inna. Wymieniałyśmy się potem nimi z koleżankami. Idealnie było mieć segregator z różnymi kartkami. No, mówię ci, szaleństwo.

- Pamiętam ten wybuch kolorów w latach dziewięćdziesiątych. Wszyscy wtedy chyba się na to rzucili.

- Miałam do takich rzeczy dostęp już wcześniej, bo mój tata jako muzyk w latach osiemdziesiątych jeździł po świecie i przywoził z podróży, a to piękny długopis zakończony dzwoneczkiem, a to piórnik obustronny na magnesy (szpanowałam nim w "zerówie", pamiętam!). Zresztą chyba to dzięki rodzicom zaczęłam na to zwracać uwagę.

- Wydaje mi się, że ludzie, którzy doceniają tak zwane rzeczy papiernicze, mają potencjał czułości wobec świata i rzeczy. Zgodzisz się?

- Poniekąd tak, jednak chcę podkreślić, że mój gust jest totalnie bazarowy i kiczowaty. Kiedy miałam trzynaście lat i dostałam prawdziwy długopis Parkera, to byłam podjarana, że jest taki drogi i że dostałam go od mamy. Ale szczerze mówiąc, wydawał mi się też nudny, był ciężki, a ja nie lubię ciężkich długopisów. No i był błękitno-szary.

- A ty wolisz kolorowe?

- Celuję w róż i turkus. Albo w ogóle pomieszanie i eklektyzm. Odkąd pamiętam, to właśnie taka definicja tego, co ładne - trochę kiczu - bardziej wpływa na moje wybory. Jak sroczka zwracam uwagę na coś kolorowego. Gdy pytasz mnie, co jest ładne, musisz najpierw spytać o definicję ładności.

- No to słucham.

- Dla mnie ładną jest rzecz, która wywołuje ukłucie w sercu ze wzruszenia, a działają na mnie różne przedmioty. Może to być papier czerpany z fragmentami kwiatów albo cekinowa okładka zeszytu. I zawsze będzie to pierwotna radość. Gdy wchodzę do papierników, którzy są dobrze zaopatrzeni, czyli mają nie tylko zeszyty szkolne, ale również inne rzeczy dla osób w każdym wieku, to czuję się, jakbym weszła do galerii sztuki.

- Może po prostu potrafisz się cieszyć z małych rzeczy?

- Tak właśnie jest. Ja sobie zawsze jakoś ozdabiam życie. Gdy przez ponad dziesięć lat prowadziłam Fundację Mama - co w dużej mierze polega na tym, że spędzasz dnie z nudnymi segregatorami, skoroszytami i koszulkami - to wszystkie dokumenty starałam się ozdabiać na wiele sposobów. Sam fakt, że podpisuję dokumenty turkusowym czy fioletowym atramentem, jest trochę działaniem w stylu "fuck the system".

- Brzmi bardzo inspirująco.

- Gdy szłam do banku po kredyt, to nosiłam te wszystkie nudne papiery w różowej teczce oklejonej naklejkami od koleżanek. Widzisz więc, zawsze próbuję uładnić, zrobić po swojemu na tyle, na ile okrutne przepisy pozwalają. Pisała zresztą o tym Olga Drenda w książce Wyroby, która jest opowieścią o uładnionych produktach ludzkiej wyobraźni - jest więc też trochę o mnie. Jeśli jest brama do działki - nudna i szara, to owija się ją w serduszka, a kiedy dostajesz oponę, to raczej do pomalowania na biało i zrobienia z niej łabędzia.

- Ciekawi mnie ta postawa.

- Nazwałabym ją małymi strategiami oporu. Jasne, wiem: fioletowy atrament nie dokona rewolucji. Ale dla mnie oznacza to dodanie elementu ludzkiego w potwornej biurokratycznej machinie. To strategia przerabiania rzeczywistości na coś lepszego. Opisywali ją badacze i kulturoznawcy, a my znamy to z doświadczenia. Gdy - na przykład - droga na przystanek jest źle zaprojektowana, można mieć wtedy pewność, że ludzie wydreptają swoją ścieżkę. Dla mnie taką ścieżką jest uładnianie.

- A aktywizm? To też uładnianie rzeczywistości? Według mnie aktywizm łączy się z wielkimi namiętnościami.

- Coś w tym jest. Aktywizm jest i romantyczny, i zgubny. Dzięki psychofizycznym zrywom dzieją się zmiany, dokonuje emancypacja. Profesor Maria Janion pięknie o tym pisała, zwracając uwagę na to, jak wolność "niesie lud na barykady". Robi to niemal w stanie manii. To może być zgubne w tym sensie, że aktywizm wykańcza wiele osób.

- Namiętności często spalają.

- Owszem. Dlatego poza światem zawsze trzeba myśleć o sobie, bo bez tego nie zrobisz żadnej zmiany. Te problemy są mi zresztą znane, bo i ja w przeszłości starałam się złapać dziesięć srok za ogon. Byłam potem sfrustrowana, bo nie mogłam robić nic z tego, co wymyśliłam, ani twórczo, ani życiowo, ani aktywistycznie. A z drugiej strony ta namiętność i pytanie "Co mogę zrobić?" - zamiast siedzenia i psioczenia - sprawia, że są zmiany na świecie.

- Ale aby pokochać innych, trzeba zadbać o siebie. Niby proste, a jednak nie każdy potrafi.

- Owszem. Od tego są te wszystkie praktyki selfcare i mindfulness. Trochę się z tego śmieję, bo pewnie sama bym chciała to umieć, ale - no cóż - jestem multitasking i nadal robię sto rzeczy naraz, taka natura. Dlatego nad moim biurkiem wisi napis "Nie oraj się". Postęp nastąpił o tyle, że nauczyłam się, by czasem wypoczywać, usiąść na tyłku i pozachwycać się swoimi kolekcjami pocztówek albo żelowych długopisów. Wiem, że konstytucja płonie, ale trudno - są chwile, że siadam, piszę swój pamiętnik, bo mam przerwę.

- Musiałaś się nauczyć takiego odpoczywania?

- U mnie zadziałało wpisanie odpoczynku do kalendarza. Poza tym zrozumiałam, że nie trzeba mieć wszystkiego naraz, a rzeczy mogą krążyć.

- To znaczy?

- Najłatwiej mi będzie to chyba wyjaśnić na przedmiotach, na przykład na pięknych zeszytach, których wcale nie muszę kupować na potęgę i za wielkie pieniądze. Wystarczy, że dostanę choćby pięknie zrobiony zeszyt od Małgosi Halber. Albo jakiś inny przedmiot na spotkaniach autorskich, albo pióro wieczne, bo też dostaję. Zresztą z ciuchami działa to podobnie, po to są te wszystkie wymianki. Ktoś przyniesie starą kieckę, a zabierze spodnie, sweter, kurtkę. I tak to krąży.

- Trochę taki konsumpcjonizm bez konsumpcjonizmu.

- No właśnie. Nie wszystko trzeba mieć na własność, od razu, w ilościach hurtowych. Zresztą nie jestem szaloną szoperką, nie kolekcjonuję drogich rzeczy, ale nauczyłam się dość wcześnie cieszyć przedmiotami. Wystarczy, gdy pooglądam piękny album ze sztuką, nie muszę mieć go na własność, nie mam domu z gumy. Dlatego też dużo wytwarzam sama, wymieniam się, uwielbiam korespondencję papierową.

- Akurat coś o tym wiem! Też uwielbiam. A myślisz, że pasjami można zarazić?

- No pewnie! U mnie tak zadziałała miłość do Warszawy. Kiedyś, gdy to w ogóle nie było "seksi", byłam przewodniczką po mieście. Sądzę, że wiele osób ode mnie się tą pasją zaraziło. Mam też pewne osiągnięcia o charakterze, tak to nazwijmy, influencerskim. Myślę tu o herstoriach, którymi zajęłam się w 2007 roku, zanim zaczęto o historii kobiet mówić w ten sposób. Moja pasja podobała się wielu osobom - najpierw najbliższym, a potem takim, których nie znałam. Ale tak to działa. Wszystko, co mi bliskie, zaraża często inne osoby. Tak też było z ekslibrisami i kaligrafią.

- I promocją czytelnictwa. Prowadziłaś nawet kiedyś kanał na YouTubie.

- Barłóg Literacki z Karoliną Sulej, a teraz mam Kącik Różowej Grzywki na swoim profilu facebookowym, gdzie też aktywnie promuję czytelnictwo. I to nie tylko nowości. Zawsze uwielbiałam książki stare, w Barłogu miałyśmy nawet dział Książek osobliwych. Teraz wygrzebuję razem z Olgą Szkolnicką książki ze śmietnika. Wiesz, ile tam skarbów?

- Myślę, że najwyższa pora spytać Cię, czy jest możliwa pedagogika miłości. Pytam o to z troską, bo wydaje mi się, że wszystkim nam odrobina uczucia by się przydała.

- O czułości wspominała Olga Tokarczuk w swojej mowie noblowskiej. To znaczy, że potrzeba jest pilna i czułości na pewno nam brakuje. W ogóle uważam, że wiele napięć często jest rozładowanych przez małe sprawy, a hobby bywa antidotum dla frustracji. Miłości się nie boję wcale, z definicji. "#dobredobro" to jeden z moich ulubionych hasztagów. Zwłaszcza w miesiącach pandemicznych takich zachowań odnotowywałam bardzo dużo. Potęga fajnych i pozytywnych gestów jest czymś, co może nas uratować. Robienie dobra w sposób zwyczajny i nieskrępowany jako działaczce społecznej jest mi w ogóle bardzo bliskie. Czasem wystarczy przynieść komuś zakupy.

- No właśnie.

- I tworzenie - to też piekielnie ważne. Prowadzę od lat kursy pisania i kreatywności. Sama jestem wokalistką punkowego zespołu Zimny Maj, ozdabiam przestrzeń naokoło siebie. Staram się więc uspokoić, pokazać, że nie wszystko musi być na sprzedaż i przeliczone na zysk. Wyklejanie przy włączonym radiu czegoś ładnego dla znajomych jest totalnie politycznie. Nasz czas jest poza systemem. Jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że nie każda osoba może sobie pozwolić na tworzenie i autoekspresję. To jest sposób spędzania czasu, który nie jest dla wszystkich, a przynajmniej - ze względów ekonomicznych - takim być nie może.

- Podobają mi się te zastrzeżenia, podoba mi się też, że powiedziałaś, że nie boisz się miłości.

- Czasem boimy się zaryzykować, że nie może być to miłość na całe życie. Ale wiesz co? Ja jestem na takim etapie życia, że już nie przeliczam i podejmuję ryzyko. Jasne, to może zakończyć się porażką, ale też może czeka na nas ultraszczęście. Poza tym po prostu zachęcam - jakkolwiek to może zabrzmieć jak Eksperymentalny Sygnał Dobra z Jeżycjady Małgorzaty Musierowicz - do nieburczenia, do życzliwości, do śmiechu, przede wszystkim z samej siebie.

style życia

Albo... albo, czyli skazani na wybór

Do bez-tęsknoty i do bez-myślenia,

Do tych, co mają tak za tak - nie za nie,

Bez światłocienia...

Tęskno mi Panie.

C.K. Norwid

prof. dr hab. Tadeusz Zgółka

Profesor językoznawca w UAM, doktor nauk humanistycznych w zakresie logiki i metodologii nauk, doktor honoris causa Państwowego Pomorskiego Uniwersytetu w Archangielsku, wiceprzewodniczący Rady Języka Polskiego przy Prezydium Polskiej Akademii Nauk.

Ten esej nie będzie dotyczył tęsknoty. O niej napisano już tomy i trudno byłoby zaproponować coś nowego. Wydobądźmy z hymnu Norwidowego raczej kategorię wyboru. Wybór taki może być ściśle powiązany z pytaniem rozstrzygnięcia, rozpoczynanym od partykuły czy. Na każde takie pytanie mogę wszak odpowiedzieć najkrócej, jak można: TAK albo NIE. Norwid domaga się, by między jedną a drugą odpowiedzią nie było - jak powiada - światłocienia. To zresztą zasada ewangeliczna: niech mowa wasza będzie tak - tak; nie - nie. Chrystus swoim uczniom nakazywał nieco metaforycznie, aby byli gorącymi lub zimnymi; ale nie letnimi. Taką radykalną postawę nazywa się w literaturze poświęconej etyce manicheizmem. W klasycznej logice zaś przesądza się, że każde zdanie (oznajmujące) może być albo prawdziwe albo fałszywe, tertium non datur: trzeciej możliwości nie ma.

Spójnik albo jest więc sygnałem wyboru: wybieraj między TAK i NIE. Wybierać mogę między zdaniami, wskazując prawdziwe, np. Mikołaj Kopernik był Polakiem vs. Mikołaj Kopernik nie był Polakiem. Zgodnie z tymi zasadami klasycznej, zwłaszcza dwuwartościowej, logiki tylko jedno z tych zdań może być prawdziwe. Więc albo - albo. Co prawda respondent może odpowiedzieć na różne sposoby, w szczególności nie wiem. Ale rygoryści tacy jak Norwid domagają się odpowiedzi bez światłocienia. Może więc jednak warto dokonywać wyboru radykalnego, ostrzejszego, zdecydowanego, czyli opartego na spójniku albo, a zwłaszcza na jego wersji wzmocnionej, z powtórzeniem: albo... albo.

Zacznijmy od polskiego tytułu ogromnego dzieła - ni to powieści, ni traktatu filozoficznego - autorstwa pisarza i filozofa: S?rena Kierkegaarda Enten-Eller, czyli w polskim tłumaczeniu Jarosława Iwaszkiewicza właśnie Albo-albo. Tym razem chodzi o tzw. wartości życiowe, a dokładniej - o wybór modelu, czyli drogi życiowej między niefrasobliwym stylem artysty a zgodnym z etyką społeczną stylem obywatela w społeczeństwie. Wybór radykalny, ostry, przeklęty czasem przez ludzi zmuszonych do dokonywania go, czyli ten oparty na mocnym albo - albo. Na marginesie, jedynie zauważmy, że dzieło S. Kierkegaarda tkwi swoimi myślowymi korzeniami w filozofii egzystencjalistów, którzy uznali, że skazanie jednostki ludzkiej na wieczne dokonywanie różnorakich wyborów jest egzystencjalnym właśnie przekleństwem.

Jednak chyba najsłynniejszy w świecie cytat z użyciem albo to początek monologu Hamleta: "Być albo nie być. Oto jest pytanie". Tylko z pozoru albo łączy wyrazy. Ale co to za wyraz: być? Przecież zawiera się w nim pytanie o ciężar całej egzystencji, o istnienie w świecie! Monolog ten doczekał się bardzo wielu interpretacji i odnotowany jest w rozlicznych antologiach sentencji, aforyzmów i skrzydlatych słów. To oczywiście Szekspir, a nie egzystencjalizm. Odnotujmy jednak jeszcze i drugą odmianę - interpunkcyjną lub deklamacyjną - tego wersetu: Być albo nie. Być! Oto jest pytanie. Alternatywa zostaje rozstrzygnięta: Być. Pytanie jednak pozostaje. Pojawia się ono jednak dopiero po rozstrzygnięciu alternatywy. Jak być? Jak egzystować w świecie między skrytobójcami?

Inny powszechnie znany jest konflikt zwany tragicznym, czyli - najprościej mówiąc - nierozwiązywalny. Oto znowu konflikt między wartościami: nakazem boskim a prawem ludzkim, politycznym. Stanowi oś główną tragedii klasycznej. Oto wybór, przed którym staje odbiorca Antygony Sofoklesa: albo Kreon albo Antygona w sporze o pochowanie ciała ludzkiego. Ciała brata albo zdrajcy ojczyzny.

W pewnej sytuacji pojawiło się nieco podobne hasło wojenne: "Patria o muerte - Ojczyzna albo śmierć". Z tym okrzykiem na ustach walczyli Kubańczycy, ale stał się on popularny nie tylko na Kubie. Pewien polski polityk nawet ośmieszył go do postaci "Nicea albo śmierć".

Przykłady można by mnożyć. Oto sytuacja wyboru codziennego: Albo ja albo ona; wybieraj. Albo ten albo tamten / Albo ta albo żadna. Albo dobro albo zło. Odejść albo zostać. Nadzieja albo rozpacz. Jak widać - z punktu widzenia języka potocznego takie spójniki mogą być używane jako połączenie (spajanie) dowolnych wyrazów, nie tylko całych zdań. Pozostańmy jeszcze na chwilę przy języku potocznym. Oto codzienne (niby)dylematy: Wóz albo przewóz. Albo rybka albo... I kpina z ludowych prognoz pogody: Na świętego Hieronima jest dysc albo go nima.

Trudno oczywiście być rygorystą. Przejdźmy zatem do sytuacji znacznie bardziej skomplikowanych i przyjrzyjmy się możliwości wyboru oferowanej przez inne spójniki. Zacznijmy od pozornie banalnej obserwacji na temat wyboru tzw. drogi życiowej: mieć wybór oznacza mieć alternatywę, którą nazwać się da jednym z kilku spójników: Marzę o karierze celebrytki, a skończy się pewnie na szarości. Odpowiada mi ten, ale i tamtego nie odrzucam. Preferuję czynienie dobra, choć jednocześnie toleruję czyny złe. Powinienem iść do domu, ale bardzo chcę tu z tobą zostać. Mówią mi, że mam żywić nadzieję, a ja pogrążam się w rozpaczy.

Postawa księcia Danii bywa określana nieco ironicznym mianem hamletyzowania. Można oczywiście odrzucić rygory dwuwartościowej logiki i etycznego rygoryzmu i hamletyzować, wyznając potrzebę kompromisu albo - tak modną ostatnio - postawę symetryzmu. Prawda (jak zwykle) leży pośrodku. Spotkajmy się w połowie drogi. Obie strony - i PiS i KO mają swoją porcję winy za sytuację w kraju. Nie wiem. Nie mam zdania. Nic mnie to nie obchodzi. To tylko pozornie łagodne interpretacje sytuacji opisanych zdaniami. Jestem tu letni, łagodny, jestem wyznawcą światłocienia. Powiedzmy jednak otwarcie: tu też dokonałem wyboru albo - albo: Albo mnie to obchodzi albo nie. Prawda jest albo tylko jedna, albo jej po prostu nie ma. I tak dalej.

Czy tego chcę, czy nie, pozostaję z tym groźnym spójnikiem, zwłaszcza w powtórzonej wersji albo / albo. Będą rygoryści, którzy będą mnie zmuszali do ostrego wyboru. I będą inni, którzy będą namawiali do kompromisu, symetryzmu. I będą jeszcze inni: prześmiewcy drwiący z mojego hamletyzowania. Oczywiście wybór postawy należy do mnie: Albo rygoryzm logiczny i moralny albo kompromis. Albo..., albo..., albo...

style życia

W ramach zwyczajności

Jacek Dehnel

Prozaik, poeta, tłumacz, malarz. Mieszka w Warszawie.

W tym dwojgu nie było nic szczególnego. Młoda dziewczyna, dwudziestoparoletnia, z lekko kręconymi włosami. Musi siedzieć w oknie lub na balkonie, bo w tle zdjęcia widać szeroką aleję i fasady kamienic. I berbeć: dwuletni może, pyzaty, z błyskiem w uśmiechniętych oczkach, tak mały, że jego twarz nie ma jeszcze płci (chyba chłopiec, sądząc po tym, że na białej koszulce odcinają się dwa czarne pasma szelek).

Wygrzebałem ich z pudła na pchlim targu. Z początku myślałem, że to notesik: niewielkie, szaroczarne okładki introligatorskie we wzorek podobny do moro, oklejone zgniłozieloną taśmą, wyglądały jak coś wojskowego - ale nie z kajzerowskiej armii ani z ustandaryzowanego wyposażenia oddziałów III Rzeszy, prędzej z dedeerowskiej nędzy, z przaśności odpowiadającej przaśności peerelowskiej. Nie był to jednak żaden miniaturowy mapnik ani książeczka wojskowa, tylko ramka na zdjęcia - taka, którą zabiera się ze sobą w podróż i potem trzyma gdzieś na podorędziu, wstydliwie otwiera w wolnej chwili, żeby popatrzeć na tę parę.

Jak wszystko w świecie ludzi, tak i pchle targi mają swoje hierarchie - w metropoliach, gdzie takich bazarów jest kilka, niektóre są bardziej prestiżowe, inne mniej; na tych ktoś handluje z kocyka starymi butami, na tamtych można natrafić na antyki godne muzeów (w cenach godnych domów aukcyjnych). Tak jest i w Berlinie. Z nazwy to może Flohmarkt, fleamarket, marché aux puces, ale żadnych pcheł się tu nie uświadczy, to nie tandeta z Mauerparku ani współczesne rękodzieło z Kupfergraben, tylko porządne starocie. Ale i tu są wewnętrzne podziały. Na długim placu - ciągnącym się pomiędzy szeroką aleją, wytyczoną jeszcze przez księcia elektora, a nazistowskim gmaszyskiem, wybudowanym jako dopełnienie Speerowskiej osi wschód-zachód spotykają się najróżniejsi klienci i handlarze.

Klienci niech was nie zwiodą wyglądem. Zbieracze-maniacy w wytartych kapotkach i rozpadających się butach bywają właścicielami kolekcji wartych całe szafy garniturów z Saville Row, a niepozorna emerytka może być w swoją niepozorność tylko przebrana, żeby uzyskać lepsze ceny. Po drugiej stronie natomiast są i wielcy geszeftsmeni, którym wydaje się, że są co najmniej właścicielami wypasionego antykwariatu przy Fasanenstraße, i bazarowe zwyklaki, i najniższa kasta handlarzy starym szmelcem. Ci pierwsi mają zamykane na kluczyk szklane gabloty z miśnieńskimi filiżankami oraz stragany wyłożone czarnym aksamitem, na którym leżą w równych odstępach francuskie srebra i japońskie netsuke, ci ostatni zaś - ustawione na długich, prostych stołach rzędy kartonów, do których na chybił-trafił wrzucono poobijane fajanse, zapleśniałe maskotki, pamiątki z dawno odbytych podróży, puchary sportowe z szajsmetalu, słowem: rzeczy, które albo nigdy nie były ładne i cenne, albo takie, które swoją urodę i cenę bezpowrotnie straciły. Choć i tam, przy dużym szczęściu i większej jeszcze cierpliwości, można wygrzebać jakieś kolekcjonerskie skarby.

Moja parka leżała właśnie w jednym z takich pudeł. Na innych stoiskach można było znaleźć ich doskonalsze wersje: portrety członków rodziny cesarskiej, matki i dzieci zamożnych inżynierów w kosztownych medalionach albo w ramkach z emaliowanego mosiądzu i złoconego srebra, które stawiano na honorowym miejscu w salonie. Ci dwoje już na pierwszy rzut oka przynależeli tutaj, do kartonów, może obok innych przedmiotów z tego samego, najzupełniej zwykłego mieszkania. Nie było w nich nic szczególnego, nic wyjątkowego, pewnie zresztą jak i w tym, który zabierał ze sobą tę ramkę w podróż czy do koszar. Nic nie wskazywało, by z tego dziecka wyrósł słynny myśliciel, aktor czy generał, ani żeby ta kobieta dokonała znakomitych odkryć albo zdobyła renomę jako polityczka. Zwykłość tanich okładek zdawała się potwierdzać zwykłość ich życia. Zastanawiałem się nawet przez moment, czy nie zabrać ich ze sobą, kosztowali z pewnością grosze; nie było w nich jednak nic szczególnego, nic kolekcjonerskiego, więc odłożyłem okładki na jakiś talerz i szperałem dalej.

Wieczorem jednak wrócili do mnie: sam zdziwiłem się, jak dokładnie zapamiętałem zaczesane na bok fale, rząd fasad w głębi i szelki, ale też świeżość ich spojrzeń i czułość w tym niepozornym przedmiocie. Następnego dnia wróciłem więc na targ i przegrzebałem ze dwa razy wszystkie pudła, ale już ich tam nie było. Mignęli i przepadli w całym morzu zwyczajności, jakby nic innego nie mogło im być pisane.

Książka na jesIeń

Ananda Devi, Zielone sari,

przekład i posłowie: Krzysztof Jarosz,

Wydawnictwo w Podwórku, Gdańsk 2018

Dom w sercu Mauritiusa. W jego wnętrzu stary, umierający doktor i trzy kobiety: córka, wnuczka i żona, której śmierć przed laty stała się największym rodzinnym tabu, skrzętnie przemilczaną tajemnicą. Doktor przez całe życie sprawował wobec swojej rodziny niepodważalną władzę domowego tyrana i cynicznego manipulatora. Teraz, na łożu śmierci, we wspomnieniach, rozmowach oraz monologach podejmuje być może ostatnią próbę odtworzenia i utrzymania dawnej uprzywilejowanej pozycji partiarchalnego despoty.

Zielone Sari to pierwsza powieść Anandy Devi przełożona na język polski; zaliczana jest do najważniejszych i najbardziej oryginalnych utworów maurytyjskiej pisarki. Ukazała się pierwotnie w wydawnictwie Gallimard (2009), w prestiżowej serii "Collection blanche". W 2010 roku została wyróżniona nagrodą Prix Louis-Guilloux.

Powyższy opis pochodzi ze strony internetowej wydawcy.

Zygmunt Miłoszewski, Kwestia ceny,

Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2020

Brawurowa, błyskotliwa, poruszająca i pełna akcji nowa powieść jednego z najpopularniejszych polskich pisarzy. Kwestia ceny to thriller przygodowy na nowe czasy, niepozostawiający nikogo obojętnym. Thriller o naszych największych marzeniach i o cenie, jaką jesteśmy gotowi zapłacić za spełnienie tych pragnień. O nauce, o religii, głodzie wiedzy, genie ryzyka, roli wspomnień i o wielkiej przygodzie ludzkości. Która być może właśnie dobiega końca.

Lisa Damour Pod presją. Twarzą w twarz z epidemią stresu i lęku wśród dziewcząt,

przekład: Joanna Dżdża, Mamania, Warszawa 2020

Premiera książki 28 października 2020 roku

Poziom odczuwanego lęku nieustająco wzrasta u młodych ludzi, a u dziewcząt liczby wyglądają szczególnie alarmująco. Doktor Lisa Damour przedstawia współczesny świat dziewcząt, w których doświadczają one napięcia w wielu obszarach, takich jak relacje w domu, presja w szkole, lęk społeczny w towarzystwie innych dziewcząt, chłopców oraz życie toczące się w przestrzeni wirtualnej. Pokazuje, jakie działania mogą podjąć dorośli, aby uchronić swoje córki przed toksyczną presją, której nasza kultura, włącznie z samymi rodzicami, poddaje dziewczynki. Nie jest to jednak książka, która zachęca do trzymania dziewczynek pod kloszem. Przeciwnie - Darmour pokazuje również zaskakującą i niedocenianą wartość stresu i lęku. Stres ma duże znaczenie dla rozwoju nowych kompetencji, a lęk jest kluczowy dla zachowania bezpieczeństwa.

style życia

Przepis na wyborny kompot z renklod, czyli ze śliwek królowej Klaudyny

prof. dr hab. Jacek Bomba

Psychiatra i psychoterapeuta, emerytowany kierownik Katedry Psychiatrii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Najlepszy kompot śliwkowy zrobisz z białych renklod. Weź po trzy dojrzałe śliwki na osobę, zalej w garnku zimną wodą, dobrze je przykrywając. Dodaj cukru białego po dwie łyżeczki herbaciane na trzy śliwki. Wrzuć jeden goździk. Doprowadź do wrzenia i trzymaj na małym ogniu przez kwadrans. Odstaw do wystygnięcia. Ochłodzone śliwki wyjmij po trzy na małe kompotierki. Polej kieliszkiem syropu (goździk odrzuć) i kieliszkiem sauterne.

Tak przyrządzony kompot zadowoli najdelikatniejsze upodobania i zaspokoi najsubtelniejsze potrzeby. Śliwki królowej Klaudyny, podobnie jak inne śliwki, niewiele różnią się między sobą. Przynajmniej w obrębie tej samej odmiany i w tym samym etapie dojrzałości. Renkloda zanurzona w wodzie nie miała śladu wątpliwości co do odmienności, którą wyróżniał się w garnku goździk. Jakieś chude, ciemnoskóre brzydactwo. Czegoś tak pokracznego żadna z renklod do tej pory nie widziała. Ani wtedy, gdy wisiała na gałązce, ani kiedy leżała w koszyku. Każda widziała brzydotę goździka, ale nie wymieniały między sobą wniosków z obserwacji.

Patrząc na siebie nawzajem, kiedy wisiały na drzewie, i potem w koszyku, i w wodzie, zanim zawrzała, dostrzegały kuliste, pulchne kształty. Świat był piękny, tak pełen kulistości. Odmienność goździka (cukier, jak to cukier, rozpłynął się, zanim zdążyły go zauważyć; śliwki nie są szczególnie bystrymi obserwatorami rzeczywistości i z wolna dochodzą do konkluzji) wywołała wstrząs w każdej renklodzie. Patrzyły na siebie wzajemnie, a każda była pewna, że otacza ją jej własny, zwielokrotniony obraz. Tak tkwiąc w zachwycie nad niepowtarzalnością własnego piękna, każda z nich utraciła zdolność rozumienia czegokolwiek, kiedy temperatura sirop léger osiągnęła 80oC. Ani chłodzenie, ani polewanie wybornym winem nie przywróciły żadnej śliwce zdolności obserwacji i sądzenia.

Bez śliwkowej świadomości dokonała się ewolucja surowca w kompot.

Małpa w kąpieli

Ilustracja: Aleksandra Grzegorek

Zimna kąpiel, zimna świadomość

Idę czytać do wanny - nie z wygody, ale z zagonienia. Planuję się ukryć w łazience przed mężem i dziećmi i złapać (mały) oddech. Wiadomo, że w łazience można się nie tylko ukryć, ale i zachować godność, udając konieczność przeprowadzenia skomplikowanych zabiegów higienicznych. No więc, wanna jest moim szampanem i truskawką z czekoladą, ale bez wyrzutów sumienia. Jest już późno, nikt nie powinien mieć żadnych potrzeb koniecznych do zrealizowania tu i teraz. Zamierzam czytać w wannie również z innego powodu - podobno w kąpieli nie można zasnąć, więc może uda mi się trochę podgonić lekturę.

tekst: Paulina Małochleb

Czytanie o przemocy to w jakiś sposób zawsze czynność dydaktyczna - często mająca na celu autoanalizę, budowanie w sobie systemu oporu, ale też sprawdzanie, jak używamy naszej przewagi wobec istot, które są od nas zależne. Powieść Anandy Devi Zielone sari (w przekładzie Krzysztofa Jarosza), rozgrywająca się na Mauritiusie, w kulturze całkowicie dla Polaków egzotycznej, stanowi dla takiej analitycznej lektury materiał idealny. Devi bardzo przewrotnie osadza w roli narratora domowego kata - nigdy nie spodziewalibyśmy się, że możemy z zainteresowaniem obserwować to, co robi człowiek znęcający się nad żoną, a potem też córką, stosujący przemoc werbalną i fizyczną, utrzymujący obie kobiety w strachu i podległości.

Główny bohater nie pochodzi wcale z rodziny patologicznej, nie chodzi też o przyzwolenie na przemoc, jakie daje obca, egzotyczna kultura. Przeciwnie - kat jest lekarzem, człowiekiem służącym swojej społeczności, ambitnym i inteligentnym, zakochanym w żonie. Ta zmiana perspektywy, wejście w jego psychikę, oddanie mu głosu (zwłaszcza że całą historię przemocy opowiada jako człowiek stary i schorowany, zdany na łaskę i niełaskę opiekującej się nim córki) oznacza, że widzimy bez żadnych przesłon proces psychologiczny, jaki musi się dokonać, by człowiek pokojowy i spokojny stał się agresywnym, sfrustrowanym typem, zastawiającym na najbliższe mu kobiety różnego rodzaju pułapki, umożliwiające zastosowanie przemocy. W innych swoich powieściach (m.in. w Ewie ze swych zgliszcz) Devi pokazuje, co się dzieje w ludzkiej psychice, że kobieta staje się ofiarą i tę rolę przyjmuje, akceptuje. Tutaj, w Zielonym sari, chodzi właśnie o mechanizmy, które sprawiają, że kat się katem w ogóle nie czuje: to one zawsze są winne, to one go upokarzają publicznie, zawstydzają, to żonie ucieka oko w stronę innych mężczyzn, jest leniwa i brudna, a córka ciągle płacze i jest głupia. Te setki wyjaśnień stosowanych na porządku dziennym przez głowę rodziny tylko pozornie brzmią jak banały. Devi wchodzi głęboko w psychikę ambitnego, ale wywodzącego się z ubogiej rodziny mężczyzny, wybijającego się w społeczeństwie kastowym, a więc nieprzygotowanym na obecność kogoś z awansu społecznego. Jego liczne uprzedzenia, kompleksy, poczucie niskiej wartości połączone z chorobliwą ambicją oraz miłość, która szybko zamienia się w pragnienie zawłaszczenia żony, odciśnięcia na niej swojego śladu-piętna, sprawiają, że obie kobiety nie mają z nim właściwie żadnych szans.

Tym, co mnie w tej książce najbardziej interesuje, jest właśnie rozejście się perspektyw: oczywista dla wszystkich z zewnątrz skłonność głównego bohatera do przemocy i brak jakiegokolwiek poczucia winy u człowieka, który jest przemocowcem, kłamcą i mordercą. To on nie widzi w sobie żadnej wady, to zawsze otoczenie wymusza na nim użycie siły, manipulację, upokarzanie. Nie traktuje w ogóle swoich czynów w porządku moralnym, nie ma wyrzutów sumienia, szykuje się po prostu do kolejnego polowania na swoje domowe ofiary. I tutaj płynnie przeskakujemy do naszej kultury rodzimej, cywilizacji europejskiej: ile znamy takich oczywistych przypadków, gdy kat nie wie, że jest katem, nie zdaje sobie sprawy z tego, co robi?

dr Paulina Małochleb

Krytyczka i historyczka literatury, sekretarz Nagrody im. Wisławy Szymborskiej. Autorka książki Przepisywanie historii. Powstanie styczniowe w powieści polskiej. Na Uniwersytecie Jagiellońskim prowadzi zajęcia z literatury i współczesnego życia literackiego. Prowadzi blog krytykanaostro.blogspot.com. Laureatka Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego "Młoda Polska".