Chalepianka. Zapiski z Krety - Anna Laudańska

Reflow text when sidebars are open.
Dziesięć powodów, dla których warto odwiedzić Kretę Zachodnią i pomieszkać tu trochę:
1. Słońce. Jeśli należycie do typów ciepłolubnych, to tu jest wasze miejsce na ziemi. Kreta to wyspa słońca. Jej barwy, pejzaż, zapachy i smaki dzięki witalnej sile obecnych tu przez cały rok promieni słonecznych mają uzdrowicielską moc.
2. Cztery pory roku w południowym stylu. Kreta to nie tylko monotonia lejącego się żaru z nieba. Podczas wiosennego przebudzenia staje się kolorowa i energetyczna. Tu przeżyjecie łagodną jesień zroszoną ciepłymi kroplami deszczu czy zimę o smaku kasztanów i zapachu palonego w kominkach drewna z ośnieżonymi stokami Lefka Ori w tle.
3. Jedzenie. Proste, świeże, autentyczne. Tu wszystko ma wyjątkowy smak. Zachodnia Kreta ze swoimi tawernami, barami, kawiarniami, piekarniami, cukierniami, mleczarniami i bazarami to podróż kulinarna do świata smaków, które rozpieszczą każde podniebienie.
4. Ludzie - i ci, którzy mieszkają tu od pokoleń, Kreteńczycy z dziada pradziada, i ci, którzy przyjechali tu i wsiąkli w wyspiarską atmosferę. Coś ciepłego, bezinteresownego, życzliwego unosi się w powietrzu dzięki codziennym rozmowom jednego człowieka z drugim. Tutaj każdy szybko zaczyna się czuć jak u siebie w domu.
5. Gościnność. Kreteńczycy są gościnni i wylewni jak mało kto. Nie szczędzą środków i wysiłków, aby swoim gościom, za których uważają również turystów odwiedzających wyspę, dogodzić i zadbać o ich żołądki i rozrywkę. Ich gościnność jest zupełnie bezinteresowna i opiera się na zwykłej ludzkiej życzliwości.
6. Plaże. Chanię otacza bezlik najprzeróżniejszych morskich zakątków. Jej plaże, skaliste zatoki, półwyspy tworzą atmosferę wymarzonych wakacji, a każdy znajdzie tu coś dla siebie. Położone jedne obok drugich nie ograniczają naszych wyborów i kaprysów, pozwalając na spędzenie wolnego czasu, tak jak go sobie wymarzyliśmy.
7. Historia. Czasy minojskie, Wenecjanie, Turcy, Egipcjanie, wojny, bitwy, vendetty - a w tym wszystkim Grecy i Kreteńczycy. Neoklasyczne wille, antyczne ruiny, stare monastyry, mistyczne kaplice schowane pośród oliwnych wzgórz. Bogactwo ziemi, tradycje kulinarne, obrzędy i wierzenia. Miasta, miasteczka, wioski. To wszystko czeka na was w rzeczywistości lub opowieściach, jeśli zdecydujecie się zobaczyć Kretę Zachodnią.
8. Bliskość natury. Nieskażone przemysłem, dzikie tereny; pustkowia, gdzie naturalne zapachy kreteńskiej ziemi zakręcą wam w głowie; oliwkowa zieleń i ceglaste barwy poszarpanych skał; morze, góry, lasy - to wszystko znajduje się na wyciągnięcie ręki. Zachodnia Kreta to ulubione wakacyjne miejsce rodzin z małymi dziećmi.
9. Niewielki dystans. Kreta nie leży na końcu świata. Dla nas Polaków to niespełna trzygodzinna podróż samolotem, żeby dostać się do Chanii i już wieczorem zasiąść do kolacji z widokiem na morze, popijając kreteńskie domowe wino.
10. Siga siga! Chania to nieduże miasto, zresztą jedyne na zachodniej Krecie. Jej okolice to oliwne i pomarańczowe gaje i mnóstwo maleńkich wiosek. Wszędzie jest blisko, wszędzie się zdąży. Tu wciąż człowiek opiera się pędzącemu czasowi, powtarzając sobie codziennie siga siga - "powoli, powoli". To jedno z tych miejsc na ziemi, gdzie nie przyjdzie wam z trudem powiedzenie: "Trwaj, chwilo, jesteś tak piękna!".
Kiedy zaczyna się pisać książkę o miejscu, jego historii, zabytkach, klimacie, kuchni, ludziach, obyczajach, to oczywiście przeszukuje się przeróżne źródła i zasięga informacji u osób bardziej doświadczonych, zżytych z danym miejscem, bo tu się urodziły, ich rodziny mieszkają tu od pokoleń, oddychając miejscowym powietrzem legend i tradycji. Czymże więc jest te moje jedenaście lat życia Polki na Krecie w porównaniu z wiekami przemian, w których uczestniczą mieszkańcy wyspy?
Moje zapiski to przewodnik po Krecie Zachodniej, obejmującej - moim zdaniem - również region Apokoronas. Wszystkie nazwy podaję w takiej formie, żebyście jak najłatwiej mogli się rozeznać, posługując się internetowymi wyszukiwarkami. Taką pisownię ulic, zabytków, nazw własnych i imion napotkacie również w miejscowych przewodnikach i mapach. We wszystkich tych słowach będą pojawiać się obok siebie zbitki "ou" lub "ei". Aby poprawnie wymówić nazwę, należy przeczytać tylko drugą samogłoskę.
Zachód słońca widziany ze wzgórz Chalepy
Ta książka to moje życiowe doświadczenia, obserwacje, zwykła ludzka ciekawość, ale także wiedza, którą zawdzięczam wielu wyspiarzom - Kreteńczykom, którzy tak jak ja kochają Kretę, są jej wierni, znają swoją wyspę od podszewki i wciąż poszukują, bo nikt nie jest alfą i omegą.
Znajdziecie tu zbiór informacji praktycznych dla turysty, w tym gastronomicznych, zakupowych, geograficznych oraz historycznych. Bedą też sylwetki osób, legendy i opowieści, które zasłyszałam przy kawiarnianych stolikach, gdzie nigdy, przenigdy nie pozwolono mi zapłacić za kawę (dumni i hojni są Kreteńczycy!), że nie wspomnę o ilości wypitej rakii lub - jak się ją na Krecie nazywa - tsikudii. Wyspa słynie ze swojej gościnności, o czym mogę was zapewnić, ale po co, skoro sami wkrótce się przekonacie.
Te zapiski nie powstałyby, gdyby nie wiara w to, co robię, poświęcony mi czas, wspaniała kreteńska dusza wielu przychylnych mi osób, przyjaciół, a przede wszystkim cierpliwość i zaangażowanie mojej rodziny.
Mój tekst zapewne nie byłby przekonujący, gdyby nie materiał zdjęciowy, który w większości na specjalne moje zamówienie wykonał i oddał mi do dyspozycji mój mąż i przyjaciel Andreas Markakis. Moje szczęście polega na tym, że na co dzień Andreas zajmuje się fotografią profesjonalnie, a jego estetyka i emocjonalne podejście do obrazu są bliskie również mojemu sercu.
A oto lista osób, którym chciałabym wyrazić wdzięczność:
Lefteris Bouzakis - właściciel sklepu Aristea's Jewellery
Manousos Chalkiadakis - artysta ceramik
Antonis i Evi Dourakisowie - właściciele winiarni Dourakis
Magda Farantaki - chodząca książka kucharska z głową pełną tradycyjnych kreteńskich przepisów, szyja współczesnego kreteńskiego domu z jego archaicznymi smakami i recepturami
Nikos Giakoumakis - prawnik i aktywny członek towarzystwa przyjaciół kultury kreteńskiej To Rodo
Ewa, Nikos, Katerina i Spiros Makriyianniowie - właściciele sklepu Technima
Alexandra Manousaki - właścicielka winiarni Manousakis
Manolis Mavrakis - przyjaciel rodziny i przewodnik górski
Vasilis Mavromatakis - kierownik produkcyjny zrzeszenia producentów oliwy Agia Triada
Dimitris Nikolakakis - badacz historii i pisarz, mieszkaniec Chalepy od trzydziestu pięciu lat
Angela Sgourou - moja nauczycielka greckiego i właścicielka szkoły językowej dla obcokrajowców Kleis
Filio i Voula Sika - właścicielki firmy Fisika w Tavronitis
Josif Vasilodimitrakis - projektant wnętrz z Chanii
Antonis Leivaditakis - rybak specjalizujący się w metodzie paragadi (????????)
Eleni i Anna Stamataki - właścicielki tradycyjnej kreteńskiej piekarni, znajdującej się przy ulicy Selinou 92 w Chanii
Manousos Tsitsiridis - producent tradycyjnych kreteńskich serów we wsi Askifu (Askifou) Sfakion.
Jestem wdzięczna wszystkim i mam nadzieję, że dzięki moim wyborom i waszej nieocenionej wiedzy czytelnicy Chalepianki zobaczą Kretę, jakiej jeszcze nie znali, zakochają się w tej wyspie na wieki wieków i będą żyli powrotami do krainy błękitnego morza, Gór Białych, naturalnych smaków i zapachów.
?????????! Dziękuję!
Słońce. Mnóstwo słońca. Wypalone źdźbła trawy, pochylające się ze zmęczenia od kilkutygodniowych upałów. Ani kropli deszczu od połowy czerwca, a czasami już od początku maja. Nie oznacza to jednak, że ominie nas jesienna aura i że nie nadejdą deszcze i wiatry kreteńskiej zimy.
Kiedy zaczynam pisać tę książkę, jest koniec sierpnia. Bliżej końca sezonu, dni stają się krótsze, rankami powiewa bryza orzeźwiającego powietrza z gór Lefka Ori.
Zawsze chciałam opowiedzieć historię o moim życiu na wyspie, bo nieodmiennie wydawało mi się, że doświadczam czegoś wyjątkowego. Przez kilka lat układałam sobie w głowie różne opowiastki i opisy, ale nie miałam odwagi dzielić się nimi na forum publicznym, bo jak można z pewnością siebie opowiadać o miejscu, gdzie się żyje, ale nie zna się języka, nie wydeptało się ścieżek codziennej rutyny? Potem powstał blog, długie myśli skracałam i okraszałam licznymi fotografiami, aczkolwiek zawsze wszystko działo się zbyt szybko, żeby od razu to uwiecznić, zapisać, utrwalić. Tym trzeba żyć, pomieszkać tu trochę, posłuchać, co mówią ludzie, którzy znają Kretę i Chanię od pokoleń.
Kreta wysuszona letnimi upałami
Ta wyspa z pewnością was zauroczy; można się w niej zakochać od pierwszego wejrzenia - wpaść jak śliwka w kompot, uzależnić od wyspiarskiego życia, które ma swój rytm szalonego lata i nostalgicznej zimy. Przekonują się o tym ci, którzy od pierwszej, niezobowiązującej wizyty na wyspie nie mogą o niej zapomnieć. Kreta zafascynowała już rzesze fanów tutejszych krajobrazów i stylu życia. Powstają fankluby wyspy, strony internetowe pisane przez tych, którzy co roku tu wracają i odkrywają nowe zakątki.
Dla mnie Kreta to przede wszystkim wyspa słońca, którym mieszkańcy cieszą się przez większość roku i któremu miejsce to zawdzięcza swoje zapachy, kolory, smaki i styl życia. Żar leje się z nieba wręcz nieprzyzwoicie błękitnego. To słońce to magnes, który przyciąga wszystkich odwiedzających i marzących, żeby kiedyś się tu przenieść, rozkoszować się pogodą i obrazami, z których Kreta żyje i bez których nie byłaby taka sama. Dzikie plaże, śródziemnomorska architektura, wzgórza pokryte gajami oliwnymi. O każdej porze roku wygląda to wszystko dość bajkowo, jeśli tylko damy radę uporać się z trudnościami wyspiarskiej rzeczywistości, zwolnić i przystanąć, żeby nacieszyć się tym, co nas otacza. Fajna jest ta ich, a dziś i moja filozofia siga siga - takie "spiesz się powoli" w południowym wydaniu.
Kontemplacja przyrody wśród gajów oliwnych Krety Zachodniej
Do wyspiarskich pejzaży dołączają zapachy świeżego tymianku, lawendy i oregano rosnących tuż pod nosem. Smaki? Jedzenie to druga po prawosławiu religia dla Kreteńczyków. Mają na tym punkcie obsesję, mogą o tym gadać bez końca. Każdy gdzieś ma swój ogródek, kawałek poletka - a to z pomidorami, a to z sałatą siewną. W kreteński pejzaż na stałe wkomponowane są rozklekotane furgonetki przewożące dorodne arbuzy, melony, pomarańcze i oliwki. Jadąc w stronę słońca, zawsze spotka się stragan z domowymi wyrobami. Nic tak nie smakuje jak domowej roboty rakija (tsikudia) z cytrynowym syropem ze świeżych owoców czy rakomelo - rakija z miodem sączona przy chrupiących kritsiniach (sucharki wszelkiej maści i rozmiarów, o których dowiecie się w jednym z rozdziałów tej książki) lub wędzonych oliwkach na chłodniejsze wieczory. Produkcja domowych win kwitnie, chociaż państwo próbuje gonić biednych Kreteńczyków za brak licencji, kontroli i różnych biurokratycznych stempelków, które mogą popsuć ten niepowtarzalny smak palonych winogron. Serdeczny sąsiad czy przyjaciel, przyjeżdżając ze swojej działki z chorio (wsi), zawsze zostawi ci pod drzwiami siatkę cytryn, pomarańczy, mandarynek czy awokado. Czym chata bogata. Dobra ciotka wpadnie z kalitsuniami, koleżanka przywiezie oliwki, które tata marynował pod grubym pledem morskiej soli. Leci wam ślinka? To dobrze, bo czasami do szczęścia potrzebny jest kosz słonecznych promieni i soczysty kawał arbuza, którego słodkie krople radośnie spływają nam po brodzie (i nowej białej bluzce, ale co tam!).
Popołudniowa przerwa na arbuza
Chciałabym, żebyście razem ze mną poczuli ten smak i klimat wyspy; żebyście przeżyli kilka miłych chwil, czytając o tym, jak kreteńskie popołudniowe słońce odbija się od ceglanych dachówek wyspiarskich domów; przespacerowali się ze mną brzegiem morza (na przykład w Maleme), które latem czy zimą, szerokie i puste, zachęca do samotnych, relaksujących spacerów z kubkiem kawy w ręku; wyszli ze mną na wędrówkę po Chanii, uczestniczyli w kreteńskim ślubie czy chrzcie.
Jeśli jeszcze was tu nie było, to mam nadzieję, że nabierzecie ochoty na odwiedziny - na kilka dni, na kilka tygodni, a może na dłużej.
Zabawnie jest patrzeć na siebie z perspektywy lat i stwierdzić, że dzika przyroda i pocztówkowe widoki mogą człowieka rozczulić, natchnąć, przemienić w fana opisów przyrody, które do niedawna wydawały mu się za długim i nudnawym elementem każdej książki.
Sądziłam, że jestem dziewczyną z miasta, a dziś robię za wyspiarskiego meteorologa, który obserwując strukturę i siłę fal oraz kolor nieba, daje rady innym, w co się ubrać, mówi, jaki będzie wieczór, czy jutro nadejdzie upał i na co uważać przy pierwszych kroplach deszczu po okresie wielomiesięcznej suszy.
Przystawka po kreteńsku: grillowany chleb, ser grawiera, oliwki i świeże warzywa Krety
Są takie chwile, kiedy brakuje mi smaków dzieciństwa: flaczków, porządnej polskiej kiełbasy, pierogów czy mamusinej szarlotki z polskich jabłek. Są takie chwile, kiedy tęsknię za lasami i jeziorami, bo tego na Krecie niewiele. Tutaj jest sucho, wzgórza pomalowane ochrą czy obsadzone karłowatymi drzewkami oliwnymi lub pomarańczowymi, z małymi chatkami pochowanymi wśród bluszczu, ale... Kreta jest moim domem. Pierwszym czy drugim - nie lubię się nad tym zastanawiać.
Lubię natomiast marzyć, że kiedyś i ja będę tu miała swoje chorio, swoją wieś. Kupię kiedyś chałupkę wśród gajów oliwnych, z brukowanym podjazdem, z palmą pod niebiosa, zasadzę granaty, pomarańcze, bananowce i będę żyła rytmem starzejącej się wyspiarki, goszcząc przyjaciół na olbrzymiej werandzie przy kreteńskim winie, greckiej sałatce z nutką kreteńskich dodatków i przy bogactwie świeżych meze wprost od kreteńskiego rolnika. A to wszystko w ciepłym, przytulnym klimacie śródziemnomorskiej wyspy.
Dziś żyję na wzgórzu, z którego przy porannej kawie, jeśli tylko nie spieszę się do pracy, podziwiam morską otchłań, siedzącą na falach wyspę Theodorou (Thodorou) i wynurzające się ze słonecznej mgły poweneckie i potureckie budynki starówki w Chanii. Do miasta mam rzut beretem, tylko pół godzinki piechotą.
Zapraszam was na moją dzisiejszą malowniczą werandę, do liczenia cykad, które obsiadają oliwne drzewka bladym letnim świtem i do nurkowania pod rozłożystymi liśćmi figowca w poszukiwaniu świeżych owoców.
Mam nadzieję, że ta książka przyniesie wam chwile wytchnienia, oderwie od codzienności, pozwoli się rozmarzyć i pomyśleć, że za rogiem czekają kolorowe i smaczne chwile.
Wierzę, że dzięki informacjom, które znajdziecie w moich zapiskach, będziecie mogli z bliska spojrzeć na Kretę i na Chanię, jak również na tutejszych mieszkańców. Może tu odnajdziecie wasz drugi dom, waszą życiową przystań? Może Kreta Zachodnia będzie od dziś waszym tymczasowym miejscem ucieczki od absorbującej, stresującej, zalatanej rzeczywistości pełnej naburmuszonych twarzy?
Nie mogę i nie chcę opisać wszystkiego. Każda ścieżka, człowiek i smak w tych zapiskach to moja codzienność: Chania, półwysep Akrotiri, zachodnia i południowa część Krety, a także mój ukochany zielony zakątek w stronę Rethymnonu: Apokoronas. Okolice Rethymnonu i Heraklionu pozostawiam sobie na przyszłość. Bo przecież Kreta to największa i najbogatsza grecka wyspa.
Mam nadzieję, że ze mną złapiecie wyspiarskiego bakcyla i zakochacie się w tych wszystkich widokach nierozerwalnie złączonych z aromatami i swojskim codziennym rytmem.
Pame, let's go, zaczynamy!
To były jedne z takich beztroskich wakacji w Grecji. Zawsze ciągnęło mnie na południe, chociaż nigdy nie marzyłam o domu z widokiem na morze. Może gdzieś w głowie szumiały gaje oliwne, potrzeba wyspiarskiego spokoju. Na pewno pociągała mnie magia orientu, ale z pierwiastkiem cywilizacji. Do dziś lubię patrzeć na te zwisające zewsząd poplątane kable owijające niskie budynki wszelkich kolorów i stylów architektonicznych (przeważnie dzieło inwencji twórczej właścicieli), kiedy wyjeżdżam ulicą Kissamou z miasta. Dziś już mojego miasta - Chanii.
Na tyłach hali targowej Agora - ulica Tsuderon (Tsouderon)
Dopasowywanie się do grecko-kreteńskiej rzeczywistości, zresztą pewnie jak zwykle w wypadku emigrantów przebywających z daleka od rodzinnych stron, nie należało do płynnych czy pozbawionych stresów; wylałam mnóstwo samotnych łez w poduszkę. Zrozumiałam, że zapuściłam korzenie, dopiero po kilku latach. Zmiany w moim podejściu, moje grecko-kreteńskie ja dochodziło do głosu stopniowo. Chcąc nie chcąc, przejmowałam pewne zachowania, przyzwyczajenia, które kształtuje środowisko. Chciałam się zaaklimatyzować, ale jedną nogą, myślami, w sposób całkiem naturalny, na początku pobytu na Krecie pozostawałam w Warszawie. Tkwiła we mnie tęsknota za tymi, których zostawiłam w Polsce. Ale walczyłam o stabilizację na wyspiarskim gruncie. Z początku kreteńską rzeczywistość obserwowałam okiem antropologa, którym przecież jestem, chociaż nie biegałam już z kwestionariuszem po mieście. Wiele spraw mnie bawiło, inne dziwiły, do niektórych do tej pory się nie przyzwyczaiłam, ale to już nie kwestia kultury, tylko charakteru. Nadal drażni mnie popołudniowa sjesta. Nawet kryzys nie zdołał zmusić mieszkańców Chanii do zmiany przyzwyczajeń i tak w poniedziałki, środy i soboty sklepy czynne są tylko do godziny czternastej, a w niedziele rozrywka zakupów i wydawania ciężko zarobionych euro nie wchodzi w grę. No chyba, że bawi nas chodzenie do tawerny. Może dlatego, kiedy w moich podróżach trafiam na duże centra handlowe, skupiska kolorowych wystaw, dostaję zakupowego szału i najchętniej wrzuciłabym do koszyka wszystko na zapas (pozostałości przyzwyczajeń z dużego miasta). Do tej pory też nie rozumiem sensu popołudniowej drzemki, którą uważam za stratę czasu, aczkolwiek obecnie zdarzają mi się takie dni, kiedy spuszczam rolety, włączam klimatyzację i wyciągam się na kanapie w gorące kreteńskie popołudnie. Co do snu, to wciąż wychodzę z założenia, że zdążę się wyspać w nocy. Nie ma się jednak co okłamywać - po latach przejęłam mnóstwo różnych cech, o których nie miałam zielonego pojęcia, że stały się częścią mojego dnia. Dowiadywałam się o tych zmianach, kiedy po długiej nieobecności w Polsce zderzałam się ponownie z moimi polskimi korzeniami.
Staromodny motocykl Vespa. Takich rozklekotanych motorków wciąż sporo jeździ po Chanii
Pomimo tęsknoty, czytania polskiej literatury (nawet Chłopi Reymonta na obczyźnie wydali mi się bajkowym dziełem), pomimo godzinnych rozmów telefonicznych na linii Chania-Warszawa, nigdy nie wciągnęłam się w tryb dudniącej od rana do wieczora polskiej telewizji w moim domu na Krecie. Zerkałam, co się dzieje, ale nie śledziłam wszystkich wiadomości, zachowując się tak, jakbym żyła w Warszawie. Nie zamawiałam sobie z Polski dekoderów do odbioru wyłącznie polskiej telewizji satelitarnej, żeby oglądać wszystkie polskie seriale, polityczne dysputy, teleexpressy. Bardziej stresowałam się brakiem znajomości języka, brakiem pracy i tym, że nie potrafię po tych wszystkich wąskich drogach trafić do celu, a przy każdym znaku "stop" ustawionym na szczycie kolejnej górki muszę zaciągać ręczny, żebym się komuś nie stoczyła na maskę wypucowanego drogiego auta, których dziesięć lat temu znacznie więcej jeździło po drogach Chanii.
Jak to kiedyś mój kolega ze szkoły języka greckiego powiedział: "Najbardziej stresują mnie te wszystkie suwlaki latające po mieście", a miał na myśli małe motorki, przemykające slalomem, żeby dowieźć świeże pity z suwlakami do kreteńskich domów. Wyskakują one z małych zakamarków, wciskają się pomiędzy lusterko twojego samochodu a maskę innego. Jadą zwinnie, ryzykownie i wszędzie ich pełno.
Tęskniąc, tak byłam zaabsorbowana radzeniem sobie, że chyba tylko moja dusza wojownika, która szeptała: "padnę, ale na czworakach dotrę do celu", pomogła mi przetrwać okres życia między dwiema rzeczywistościami - tą, którą zostawiłam, znałam, i tą, którą wybrałam na dalszą drogę życia, niepewną, obcą, wymagającą, żeby zaczynać wszystko od zera. Nawet jeśli obok była bliska mi osoba, gotowa pomóc, poruszająca sznurkami nieznanych mi kulturowych kodów, to pod koniec dnia z wieloma kwestiami musiałam zmagać się sama. Nawet największa miłość nie może się wiązać z całkowitym poświęceniem, a za takie uważam wieczne prowadzenie kogoś za rękę. Im szybciej wyfrunie się na szerokie emigranckie wody bez czyjejś codziennej asekuracji, tym większe ma się szanse przystosowania i polubienia samego siebie w nowym środowisku. Poza tym warto pamiętać, że odległości mogą kreować złudne wyobrażenia o miejscach, które znajdują się setki tysięcy kilometrów od nas. Ja dość szybko uzmysłowiłam sobie tę jakże prostą zależność i pracowałam nad sobą, aby pozbyć się syndromu dzielenia rzeczywistości na tę polską - lepszą, wyidealizowaną, bo widzianą z oddali, i tę grecką - gorszą, bo dającą codziennie w kość.
Dopiero po roku poleciałam odwiedzić rodzinny dom. Było gorąco jak na polską jesień. Przemierzyłam całe miasto w poszukiwaniu porządnie zmrożonej wody. Nie znalazłam. Zadzwoniła koleżanka, chciała się umówić na kolację. Zaproponowałam dziesiątą wieczorem. Usłyszałam w odpowiedzi: "Czyś ty oszalała? O tej porze kuchnia już dawno zamknięta!". Usiadłam przy wspólnym stole, przed swoim talerzem, nurkując widelcem w cudzych daniach, tak, żeby popróbować, może ktoś ma coś smaczniejszego. Było zabawnie, inaczej. Duże miasto zaczęło mnie męczyć. Kreta ma inny rytm, ludzie są zapracowani, zamknięci we własnym świecie, w rodzinie i pracy, ale bardziej skorzy do codziennej, niezobowiązującej pogawędki, do kawy gdzieś na mieście w towarzystwie przypadkowo spotkanych znajomych. Na wyspie przywiązuje się sporą wagę do konwenansów, dłuższego wstępu do rozmowy. Nie oznacza to, że ludzie nie myślą o własnym interesie, ale tradycyjne "dzień dobry" (kalimera!), "jak się masz" (ti kanis?), chwilka humoru i wymiany błahych zdań, chociażby pożalenia się tej drugiej osobie, że jest gorąco, dużo pracy, szkoda gadać, oswaja relacje i pozwala przejść do konkretów. Mogę sobie tylko wyobrazić, ile osób czuło się urażonych, kiedy z początku nie przestrzegałam tej niepisanej reguły. Niby takie patyczkowanie się, bo czas leci, ale bez grzecznościowej wymiany kilku zdań daleko się nie zajdzie. Ludzie poczytują cię wtedy za osobę oschłą, skupioną tylko na tym, żeby osiągnąć cel, i od razu włącza im się alarm, że ktoś chce ich wykorzystać (wrażliwi są na tym punkcie, o tak). Tutaj naprawdę trzeba się nagadać, poopowiadać o sobie. Kreteńczycy, tak jak reszta Greków, ubóstwiają pytać o osobiste sprawy, o pracę, rodzinę. Jakkolwiek by się człowiek przed tym bronił, na Krecie życie zawodowe bardzo miesza się z przyjacielsko-rodzinnym. Może dlatego króluje względne bezpieczeństwo, bo nikt nie może pozostać anonimowy (takie kreteńskie "wielki brat czuwa").
Komboloi (?????????) są w Grecji obracane w ręku dla zabicia czasu, a nie, jak się często podejrzewa, w celach modlitewnych
Po roku nieobecności w Polsce, w Warszawie, duże miasto wydało mi się bezosobowe, chłodne, bezduszne. W sklepach panie podpierały ściany, stojąc w kolejce nikt nie komentował sytuacji politycznej w kraju czy pogody. Wszyscy wydali mi się wyizolowani. Zatęskniłam, żeby wrócić na wyspę, która właśnie zaczynała po burzliwym lecie wchodzić w okres zimowego snu. Czekały zbiory oliwek z tych kilku starych, karłowatych drzewek, które mamy za oknami. Znowu trzeba było coś połatać, nareperować w domu, zaplanować zimowy urlop wyspiarskim sposobem, gdzie latem wszyscy jesteśmy zapracowani, a wraz z pierwszymi deszczami szykujemy się na wakacje.
Kilka lat później poleciałam do Aten w czerwcu. Myślałam, że się ugotuję żywcem. Powietrze stało, do morza trzeba było brnąć w dzikim korku przez ponad dwie godziny. Wieczorem, siedząc na werandzie otoczonej blokowiskami, marzyłam o moim kamiennym patio owiewanym bryzą Morza Egejskiego. A nawet gdyby tego patio nie było, to zawsze gdzieś grałyby cykady, a nie szczekałyby umęczone psy, wystawiając pyski z balkonów w poszukiwaniu odrobiny świeżego powietrza. Do Aten latem w celach rekreacyjnych już nie wróciłam. Zrozumiałam, że jeśli lato greckiego południa, to tylko na wyspie. Moja wyspiarska natura tęskniła za plażą, za szumem fal. W dużym mieście przy takich upałach czułam się pokryta kurzem, spuchnięta jak napompowany helem balon. Rok - tyle trzeba, aby zacząć odbierać na wyspiarskich falach.
Chania powoli stawała się dla mnie oswojoną krainą. Jest wyjątkowa dzięki swojej malowniczej starówce i położeniu. Jeśli stanie się w centrum przy Agorze (starej hali targowej otwartej przez cały rok, a nie tylko w sezonie letnim), to w pół godziny, jeśli dysponuje się samochodem, można dotrzeć na piaszczyste, kamieniste lub pokryte muszelkowym żwirem plaże; usiąść przed morską otchłanią lub skryć się w zaciszu maleńkich zatok. Można delektować się smakiem świeżych pomarańczy, dopiero co zerwanych z drzewka, wyśmienitą oliwą dzień wcześniej wyciśniętą z drobnych, zielonych kreteńskich oliwek.
Jesienno-zimowa starówka w Chanii
Dziś już jak przez mgłę pamiętam, kiedy pierwszy raz wylądowałam na Krecie. Lot łączony i zmiana samolotu jeszcze na starym lotnisku w Atenach. Był listopad. Decyzja średnio przemyślana, bo leciałam do chłopaka, którego zaledwie kilka miesięcy wcześniej poznałam podczas jednej z wakacyjnych wycieczek. Do dziś stoi u nas w barku butelka białego wina, które mąż kupił podczas tamtejszej podróży i której do tej pory nie wypiliśmy (ciągle czeka na specjalną okazję).Wtedy wszystko na Krecie wydawało mi się inne, egzotyczne, szalenie romantyczne. Warszawa była o tej porze roku zalana jesiennymi deszczami, a tu ludzie siedzieli w nadmorskich kafejkach, jeździli na papakiach (papaki to mały motorower, robiący przeważnie dużo hałasu), wszystko toczyło się swoim odprężonym rytmem. Pamiętam, że podczas pierwszych wizyt na wyspie sporo spałam odurzona świeżym powietrzem i przestrzenią. Apetyt też miałam przedni. Nie mogłam się najeść tych wszystkich świeżych owoców, warzyw, domowych, grubo ciętych frytek, żeberek z baraniny. Przez kilka lat tak sobie kursowałam między wyspą a kontynentem. Zawsze żal mi było zostawiać Kretę. W Warszawie wpadałam w dzikie tempo studiów, a potem pracy. Gubiłam kilogramy nabyte na tych wszystkich późnonocnych kreteńskich ucztach. Jeszcze za czasów studiów podczas letniej przerwy zjeżdżałam do Chanii na dwa lub trzy miesiące. Mogłam siedzieć na słońcu godzinami. Był też rok, kiedy zostałam zatrudniona w barze na plaży i wtedy przekonałam się, że praca kelnerki absolutnie nie jest dla mnie i że czas najwyższy zrobić prawo jazdy, bo życie na Krecie bez samochodu to trochę jak życie bez ręki. Zastanawiałam się, jakby to było, gdybym się tu przeniosła, obserwowałam, co mi odpowiada, co mi przeszkadza. Wracałam w październiku do ponurej i szarej Warszawy, która już dziś wygląda weselej, ale ponad dziesięć lat temu wciąż wiało tu małymi smuteczkami. Wchodziłam do tramwaju wypełnionego białymi twarzami, z tą swoją czekoladowo-brzoskwiniową opalenizną wprost z południa, a dziewczyny szeptały po kątach: "Zobacz, miss solarium".
Dojrzałe już kreteńskie oliwki, małe jak naparstek
Kreteńskie sałatki i warzywa - najlepsze na świecie
To nie była taka miłość "rzucam wszystko dla tego jedynego". Wszystko odbywało się w swoim tempie, raczej powolnym, aczkolwiek burzliwym. Była w tym szczypta szaleństwa, ale i spora doza rozsądku. Po prostu w którymś momencie poczułam, że muszę się zdecydować. Dorośliśmy.
Sporo rozmawialiśmy o tym, jak to wszystko zorganizować, kłóciliśmy się, docieraliśmy, aż w końcu przyszedł moment, że życie na walizkach zamieniliśmy na coś bardziej realnego, stałego.
Niektórzy mają tak, że skaczą bez wahania do basenu i nie interesuje ich, czy tam jest woda, czy nie. Ja się wokół decyzji wyjazdu kręciłam, wahałam. Analizowałam za i przeciw. Tak jakby ten basen stał przede mną, a ja chodziłam, moczyłam nogi i sprawdzałam, czy temperatura będzie dla mnie odpowiednia. Potem i tak kilka razy dostałam po głowie, bo nie da się wszystkiego przewidzieć.
Odpoczynek w oliwnym gaju. Kreteński styl życia
Ale to ja z nas dwojga zdecydowałam się przenieść. Wiedziałam, że mnie będzie łatwiej przystosować się do kultury, klimatu, nauczyć języka. Mąż lubi Polskę, czasami przylatuje ze mną do Warszawy, ale jest ciepłolubny, wszystko musi mieć polane oliwą extra virgin, przez cały rok przemieszcza się na skuterze (dlatego przy napiętym programie zawodowo-rodzinnym wciąż dajemy radę z jednym samochodem).
Życie na Krecie rozpieszcza pod wieloma względami. On o tym wiedział i upierał się, że tu w Chanii będzie nam dobrze. Dziś wiem, że miał rację. Życie na wyspie wciąga, nabiera jakości, a o tych wszystkich obrazach, smakach i chwilach, które wpływają na moje poczucie bezpieczeństwa, bliskości z drugim człowiekiem w naszym skomercjalizowanym, zaganianym świecie, jeszcze napiszę.
Wyjazd za granicę na stałe, nawet jeśli ma się w kimś oparcie, nie jest łatwą decyzją. Z perspektywy tych dziś już jedenastu lat jestem przekonana, że wszyscy, którzy wyjeżdżamy daleko od domu, rodzinnych stron, przechowujemy w sobie duszę samotnika, a kiedy stajemy na nogi, to jest to mieszanka ciężkiej pracy, kupy szczęścia i uporu. Bez uporu ani rusz!
Tak jak wszędzie, kiedy zaczyna się od zera, poszukuje pracy, uczy nowego języka, z początku nie brakuje momentów frustracji, zmęczenia, kiedy utrudzeni mimowolnie zaczynamy krytykować: "A bo Grecy to tacy i owacy". I rzeczywiście, mogą na naszej drodze stanąć osoby o niskim poziomie tolerancji wobec inności. Nietrudno się otrzeć o rasizm, obraźliwe komentarze, ksenofobię. Tylko czy my się u siebie zachowujemy inaczej? Grunt to nie poddać się generalizacji i pułapce obwiniania obcego za wszystko, co się nam przytrafia.
Kiedy przyjeżdża się do Chanii w wakacje, świeci słońce, plaże wypełnione są po brzegi, wszyscy się uśmiechają, skłonni są do rozmowy, pogaduszek. Jest tłoczno, wszystko tętni życiem.
Jest tu sporo barów, tawern i restauracji. Chania to popularne miasto wypoczynkowe wśród par czy rodzin z dziećmi (pomimo wciąż kulejącej infrastruktury, takiej jak porządne chodniki bez przeszkód w postaci słupa wysokiego napięcia na środku). W miesiącach mniej gorących lub zimowych do Chanii w większości zjeżdżają się turyści w wieku emerytalnym (jak to często bywa w ciepłych, malowniczych i spokojniejszych zakątkach na świecie).
W latach kreteńskiej prosperity i boomu deweloperskiego (lata 2004-2008) wielu obcokrajowców kupiło sobie na Krecie domy czy mieszkania, przeprowadzając się tu na stałe lub przylatując tu na częsty wypoczynek. Część została, część pod ekonomiczną presją posprzedawała domy i wróciła do ojczyzny. Wciąż jednak na Krecie nie brakuje przyjezdnych, trwa międzynarodowa rotacja.
Jest coś takiego w tej wyspie, w atmosferze kreteńskich miasteczek i wiosek, co skłania ludzi do powrotu i pozwala im czuć się jak u siebie w domu.
Chanię zamieszkuje mała społeczność. Ludzie znają się jak łyse konie, a nawet jeśli się nie znają, to poczta pantoflowa pomaga w uzyskaniu informacji.
Agora i ruch w centrum Chanii we wczesnych godzinach porannych
Atmosfera beztroskiego lata na plażach Krety Zachodniej
Kreta to nie jest miejsce na szalone kariery. Jeśli ktoś ma ciśnienie, żeby piąć się po szczeblach do jakichś zarządów, na kierownicze stanowiska, to powinien od razu wybić sobie Kretę z głowy (chyba że mu się z biegiem lat zmienią priorytety). Nie oznacza to, że nie można się wykazać, spełnić zawodowo, ale warto zdać sobie sprawę z wyspiarskich realiów. Nie ma tu dużych firm, nikt nie zaprząta sobie głowy wybieganiem w daleką przyszłość, planowaniem z dużym wyprzedzeniem. Gama ścieżek zawodowych ograniczona jest przeważnie do turystyki, niektórych stanowisk biurowych, handlu i gastronomii. Można też zająć się rolnictwem, co ostatnio jest bardzo modne. Młode pokolenie zaczęło dbać o podtrzymywanie tradycji upraw nieskażonych chemią, wykorzystując zalety kreteńskiego klimatu.
Jeśli ma się pomysł, trafi na niszę rynkową i konsekwentnie będzie użerało się z lokalną biurokracją, to wciąż atrakcyjną opcją na samorealizację jest prowadzenie indywidualnej działalności gospodarczej. Warto jednak uzmysłowić sobie, że na wyspie króluje inne poczucie czasu, a ludzie dziś (w dwudziestym pierwszym wieku) wciąż preferują komunikację w formie werbalnej. Można długo czekać na pisemną odpowiedź, zanim się człowiek nie zdenerwuje i nie podniesie słuchawki. Z niektórymi komunikacja mailowa nigdy nie dochodzi do skutku. Wiele lokalnych firm prowadzonych z dziada pradziada wciąż posługuje się telefonicznymi zamówieniami, faksem, a o Internecie wiedzą tyle, że jest to pożyteczne narzędzie biznesowe (osobiście nie kuszą się jednak na korzystanie z niego). Do niedawna przecież wszystko przekazywano sobie z ust do ust na słowo honoru i świat szedł do przodu. "Stare" to znaczy "wypróbowane, oswojone". Nowości nie chwyta się tu za rogi, proces przyswajania jest powolny, nieufny. W Grecji i - co za tym idzie - na Krecie trzeba na wszystko więcej czasu. Tam, gdzie starsze pokolenie pokornie odchodzi na emeryturę, oddając pałeczkę młodym, wykształconym, jest szansa, że firma się odrodzi, nabierze rozpędu. Tutaj wierzy się, że odpowiedzialne stanowiska przysługują osobom w dojrzałym wieku. Rzadko można spotkać młodych gniewnych zarabiających krocie. Trochę w tym winy systemu, który nie promuje młodych, trochę to wina śródziemnomorskiego wychowania, które za bardzo dopieszcza dziecko, stara się nie obarczać go odpowiedzialnością (przynajmniej przed trzydziestką), nie uczy samodzielności.
Uprawy winorośli na półwyspie Akrotiri
Króluje siatka znajomości, rodzinnych powiązań, muszą cię poznać, przekonać się do twoich umiejętności. Prawo zmienia się jak obrazki w kalejdoskopie. Wszystko to i hamuje szybki rozwój, i broni lokalny rynek przed gwałtownym napływem komercji, wyprzedania wszystkiego wszystkim.
Dziś poszukiwanie stałej pracy na Krecie w Chanii to trochę jak szukanie igły w stogu siana. Można się wesprzeć lokalną gazetą "Chaniotika Nea", aczkolwiek najlepiej zawsze trafić gdzieś z polecenia.
Jeśli chcemy szukać pracy na Krecie, to dobrze jest zająć się tym na początku roku. Na wyspie sporo jest prac sezonowych, do których nabór rozpoczyna się po Nowym Roku. Sezon przeważnie rusza w okolicach Wielkanocy, zwanej tu Paschą. Raz wypada to w kwietniu raz w maju. Około marca zaczyna się malowanie trawników, skrobanie i pucowanie zawilgoconych budynków smaganych słonymi wiatrami kreteńskiej zimy. Almira (??????), czyli słona bryza, bywa bezlitosna. Wydobywa z tynków każdą rysę, pękniecie, wgryza się w metalowe ogrodzenia, potrafi przebić się przez uchylone lub źle uszczelnione okna i poniszczyć krany, przykrywki - wszystko, co ma połysk. Każde przygotowania do wiosny i przylotu pierwszych turystów to żmudna i kosztowna praca.
Wiosenna bugenwilla
Nieco wcześniej, w lutym, kiedy między deszczowymi dniami pojawiają się oazy słońca, wszyscy zajmują się ogrodnictwem. Ścina się przerośnięte zimą gałęzie, zbiera liście powiędłych bugenwilli, ale jeszcze się nie kosi, aby nie prowokować ponownego wzrostu dzikiego szczawiku i chwastów.
Ponieważ większość osób w Chanii i na Krecie pracuje w sezonie letnim, urlopy i czas wolny wykorzystuje się przeważnie zimą. Zimą też, kiedy hotele zostają zamknięte, osoby zatrudnione sezonowo (jeśli tylko spełniają wymogi stawiane przez państwo - a zmienia się to dość często) zyskują prawo do pobierania zasiłku dla bezrobotnych. W takim ekonomicznym cyklu, jak nietrudno się domyślić, aczkolwiek czasami ciężko to sobie wyobrazić, żyje wiele osób. Na Krecie zimą żyjemy z tego, co zarobiliśmy latem, a zasiłek (jeśli tylko nam przysługuje), przeważnie wynoszący miesięcznie mniej więcej trzysta pięćdziesiąt euro, jest ważnym zastrzykiem dla budżetu rodzinnego. Ci, którzy mają działki lub znają się na sztuce, w zimowe miesiące zajmują się pracą w choriach, uprawiając własne chorafia. Chorio (?????) to wieś, chorafia (???????) zaś - ziemia, która do nas należy. Trudno mi sobie wyobrazić, żebyśmy w Polsce pytali się wzajemnie: "Z której wsi jesteś?", ale tu na wyspie to naturalne. Wieś to ojczyzna - patrida (???????). Oj, jaka radość panuje, jeśli nieznane sobie osoby odkrywają, że w którymś pokoleniu ich rodziny mieszkały po sąsiedzku w tej samej lub sąsiedniej wsi. To tak jakby się odkrywało dalekich krewnych po latach. A jeszcze jak takiej osobie się powiodło, odniosła sukces, to aż duma rozpiera, bo to przecież prawie jak sukces rodzinny.
I na tych wsiach zimą toczy się życie, zbiory oliwek, pomarańczy.
Latem zaś wszyscy ciągną na wybrzeże, do nadmorskich pensjonatów, hoteli, tawern i barów.
W takim cyklu, kompletnie do tej pory mi nieznanym, znalazłam się, kiedy na stałe przyleciałam na Kretę.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.