Słońca Dwa
Wychodzę z mroku codziennie od nowa,
Nie będzie mnie więcej, bo przecież i po co,
Wstaję ze światłem, o zmroku je chowam,
Moja baśń zmierzcha, lecz ich dzieje wschodzą.
Ja w zamyśleniu, bo przecież to oni
Mnie wydobyli z mrocznej jaskini,
Światło zalśniło w malutkiej dłoni
I uczynili, co uczynili.
Za jeden uśmiech tysiące godzin
Pędzonych gnuśnie, bez sensu i czci,
Za jeden uśmiech co ciszą wschodzi
Jak najszczęśliwsze dziecięce sny.
A wichry wściekłe, nostalgie bezbrzeżne,
Ofiary z marzeń niedoszłych do skutku,
Wszystko wpisane w tomiszcze siermiężne
Kredką niebieską, ręką za krótką.
Dziś nie ma mnie bez was, moi synowie,
Świetliste dzieci karmione słońcem,
Mrok swój porzucam w rozstajne drogi,
Gdy zechce wrócić, znów go przegońcie!
Matki Dzień
Dni bywają lawendą pachnące,
Zakochane, przybrane słodyczą,
Matka z sercem stale kwitnącym,
Które z szczęścia po prostu krzyczy.
Przytulania, olśnienia, uśmiechy,
Pierwsze słowa i zaskoczenia,
Twarz promienna i dumny przepych,
Wszak to dziecię świat cały zmienia.
Ach, te Matki, w trosce skąpane,
Zapatrzone sercem oddanym,
Jakiż klejnot Bóg im zostawił,
Jak go nie stłuc i nie zaplamić?
Ileż razy spętał je strach,
Przyszło uczyć nową istotę,
Same często nie wiedzą jak brać
Z tego życia i sens i ochotę.
Zagubione, zaspane, zmęczone
Wypatrują kolebki bezpiecznej,
By to dziecię szczęśliwie donieść,
Tam gdzie czeka je samo szczęście.
I ta duma, że Malec rośnie
I już wie gdzie Cię znaleźć o świcie
I że dni tak podobne nieznośnie
Zaczarował w kalejdoskop uczuć.
Lecz cóż słowa, gdy wszelki trud
Skrył się w cichej, mozolnej pracy,
By maleńki w szczęściu nam rósł
I Człowiekiem się w lustrze obaczył.
Rzut globusem
Gdy dziecko w rękach trzyma
Twój świat bez mała cały
I wodząc zań oczyma
Hen rzuca w kąty chwały.
Co wtedy?
Jak zebrać świata strony
Na powrót w jedną całość?
Te lądy, wody, sztormy,
Jak czynić światu zadość?
Z dzieckiem szkoda się kłócić,
Bóg rzucił perły przed wieprze,
Nic w dawne miejsce nie wróci,
Lecz dobrze Ci z tym, bo to lepsze.
Iluż na dzieci zasłużyło,
I szczęścia niż rozumu więcej?
A świat wciąż toczy się i leci,
Gdyby nie one stałby w miejscu.
A gdy już legniesz na kanapie,
Oddany nowej wizji świata,
Jakże ten rozmach w oczy kapie,
Bo przecież los nam figla spłatał.
Tak to majestat korony stworzeń
Zburzył jeden dziecięcy afekt
I wiadomo już kto co może
I kto włada dziś twoim światem.
Rumiankowa sukienka
Nikogo ważniejszego niż dzieci nie będzie,
A wszystkie zeszłe, przyszłe wiosny
Upłyną nam razem w rumianku, lawendzie,
Dzielone niczym włosów kosmyk.
Ten czas jest teraz, nie będzie go więcej,
Jak umiejętnie dzielić miłością
Mieli nauczyć później bądź prędzej,
Dawali wszystko poza mądrością.
Więc po omacku idziemy przez życie,
I popełniamy prastare błędy,
Myśląc, że grzechy zostaną w sicie
A miłość przesiejemy z lawendą.
Zostaje jeszcze słodka nadzieja,
By dla swych dzieci być wsparciem,
Opoką, dawać im siłę, kiedy zawieja
Z trzasku impetem otworzy okno.
Pójdźmy na łąkę w białe rumianki,
Splotę z miłością uścisk cierpliwy,
Pomyślicie wtedy te wonne wianki
Koroną wspomnień na włosach siwych.
I o bieluchnej Mamy sukience,
Która pachniała lawendą i słońcem,
I że Mama jest przecież kimś więcej
Niż wszystkie razem kwiaty na łące.