ROZDZIAŁ DRUGI
ECHA MINIONYCH MIESIĘCY
Czasami Sławka ją zaskakiwała. Gdy córka usłyszała o zaproszeniu od Izy, od razu zakomunikowała, że zajmie się kotem. Trafiła się idealna okazja, by połączyć wizytę zwierzaka u weterynarza oraz Danieli u przyjaciółki. Przyjechała w tygodniu bez uprzedzenia, żeby wszystko ustalić, czym wprawiła matkę w osłupienie.
- Zjesz coś? - Daniela stała przy kuchni, wyławiając z wody kluski ziemniaczane.
- Nie, dzięki. Jadłam w pracy.
- Dobrze wyglądasz. - Postawiła talerz na stole. Zignorowała odmowę i wyjęła dwa nakrycia. - Spróbuj chociaż, takich nigdzie nie dostaniesz. - Wymieszała kluchy z twarogiem i sowicie okrasiła skwarkami. Na koniec dostawiła miskę pełną kapusty.
- Odrobinę, dla świętego spokoju. - Sławka odgarnęła jasne, proste włosy sięgające bioder.
Kiedy tylko dostała pozwolenie od rodziców, zaczęła je farbować. Były niemal białe, gładkie i lśniące, przez co wyglądała niczym postać ze snu. Urodziła się jako jasna blondynka. Śliczne, ale całkiem zwyczajne dziecko. Daniela nie potrafiła przypomnieć sobie momentu, gdy nastąpiła zmiana, a ich aniołek został podmieniony na istotę wyraźnie podkreślającą swoją niezależność. Zaczęło się od wyglądu, ale poszło znacznie dalej. Mały kłębek gniewu napędzał dziewczynkę, rósł wraz z nią i Daniela zastanawiała się, czy nie robi córce krzywdy. Być może Sławka spalała się, sama próbując walczyć z całym światem.
Daniela potarła czoło. Nie była najlepszą matką. Nie rozumiała własnego dziecka, chociaż kochała je nad życie.
- Kiedy chcesz jechać do Izy? - Córka przerwała jej wewnętrzny rozrachunek.
- Zapraszała na ten weekend.
- Przyjadę w piątek, ale proszę, bądź spakowana. Kota też przygotuj. Transporter masz, prawda?
- Tak. W budynku gospodarczym. - Usiadła na brzegu krzesła i splotła palce. - Nie jestem przekonana do tego wyjazdu.
- Mamo, to tylko weekend - zirytowała się Sławka.
Wbrew wcześniejszej deklaracji wrzuciła sobie na talerz solidną porcję jedzenia. Wyglądało smakowicie. Daniela z aprobatą obserwowała, jak córka je z apetytem.
- Jak ja potem wrócę?
- Przywiozę cię w niedzielę. Do weterynarza pójdę w sobotę. Wszystko ogarnę, nie martw się.
- Masz tyle na głowie, a ja ci jeszcze dokładam dodatkowych zajęć. Praca, studia. - Zorientowała się, że ze spiżarni, czyli niewielkiego regału ustawionego za jej sypialnią, przyniosła kompot i gdzieś go posiała. Zakręciła się wokół własnej osi, zastanawiając się, gdzie go postawiła. Nie znosiła tych chwilowych zaników pamięci. Jakby rzeczy same złośliwie zmieniały swoje miejsce. Mogłaby przysiąc, że odłożyła go na kredens. Okazało się, że stał na lodówce. - Tu się schował.
- Studia nie uciekną... - Sławka bąknęła z dziwną miną i zamieszała łyżką w misce z surówką z kiszonej kapusty.
Daniela znieruchomiała ze słoikiem w dłoniach. Właśnie miała go otworzyć i wlać słodki napój wraz z owocami do salaterek po babci.
- Znowu robisz sobie przerwę?
- Mamo, daj spokój... - Uciekła wzrokiem.
- Proszę, powiedz mi, co się dzieje.
- Nic. - Zniecierpliwiona machnęła ręką. Wierciła się na krześle. Nagle odsunęła talerz i wyjrzała przez okno. - Niebawem się ściemni, może pojedziesz ze mną na cmentarz? Chcę odwiedzić grób Dawida.
- Oczywiście. - Jeszcze przed chwilą chciała usiąść do stołu i zjeść obiad, ale teraz czuła w ustach gorycz.
Stłumiła pragnienie wyszarpania z najbliższej jej osoby prawdy o tym, co się z nią dzieje, ale już dawno się przekonała, że naciskami nic nie wskóra. Pozostało trzymać nerwy na wodzy i czekać, aż Sławka sama zechce się podzielić powodami swojej decyzji.
* * *
Ruszyły spod domu, gdy niebo na horyzoncie zaróżowiło się, zwiastując pogodną noc i być może następny dzień.
- Dostałam w pracy ofertę przejścia na etat. Nie chcę tego spieprzyć.
- Ale twoje studia, masz przecież stypendium... - Daniela szybko pożałowała, że się odezwała.
Sławka mocniej zacisnęła dłonie na kierownicy i zamilkła. Ciszę między nimi wypełniały szum silnika i stukanie dochodzące z bagażnika. Nie zabezpieczyły wkładów do zniczy i te turlały się radośnie, na przekór ich przeznaczeniu. Przy lusterku kołysała się zapachowa choinka. Daniela skupiała się na szczegółach, byle tylko uniknąć pogorszenia sytuacji, ale zbliżała się do niebezpiecznej granicy wybuchu. Wystarczyło kilka zdań wypowiedzianych podniesionym głosem, aby Sławka reagowała podobnie.
- Mamo, wiem, że nie pochwalasz tej decyzji. Już dawno się zorientowałam, że jestem dla ciebie rozczarowaniem, więc dajmy temu spokój. Po prostu odpuść. Studia dzisiaj nie są do niczego potrzebne, a stała praca już tak. Wiele zmienia. Nikt o mnie nie zadba, jeśli sama tego nie zrobię. Potrzebuję pieniędzy, nie papierka. - Sławka pierwsza się pohamowała i zachowała jak osoba dorosła, wyciągając rękę w postaci próby kontynuowania tematu, który obu ciążył niczym sterta kamieni. Jednak ostatnie zdanie zabrzmiało jak wyrzut.
- Przecież masz mnie, ojca. Nie jesteś sama jak palec.
- Nie żartuj. Ledwo wiążesz koniec z końcem. A ojciec? Szkoda gadać. Jeszcze teraz? Ma dziecko, nową rodzinę, pewnie przeżywa drugą młodość. Co innego go absorbuje, nie sądzę, żeby poświęcił mi chociaż jedną myśl. Ma w dupie, jak sobie radzę. Muszę zarabiać, a oferta spadła mi z nieba. Na studia wrócę zaocznie, kiedyś. Może na jesieni?
Daniela mieliła to, co właśnie usłyszała. Schowała głęboko swoje oczekiwania, brutalnie wytknięte przez Sławkę, i postawiła się na jej miejscu. Nie mogła nie przyznać jej racji.
- Przepraszam, że nie zapewniłam ci niczego lepszego - wydusiła z siebie.
* * *
Dojechały na cmentarz o zmierzchu. Przywitała je szeroko otwarta brama. W zasięgu wzroku nie było ani jednego człowieka. Odruchowo zbliżyły się do siebie. Daniela pożałowała, że zostawiła kijki w domu. Niepewnie oparła się o ramię córki. Ta jej nie odtrąciła, za to nieświadomie pogłaskała po przedramieniu. Z oddali dobiegło je wycie psa. Wydawało się, że z każdym krokiem robi się coraz ciemniej i straszniej. Wraz z dziecięcymi lękami o złu czającym się w cieniu pojawiły się dobrze znane i konsekwentnie uciszane wyrzuty sumienia.
- Uważaj, jest ślisko. - Sławka odruchowo ostrzegła matkę, gdy weszły między groby. Spomiędzy plątaniny bezlistnych jeszcze gałęzi wychynął rogal księżyca. - Gdzie to było? - Sławka wyszarpała z kieszeni płaszcza komórkę i włączyła latarkę. Za dnia nie miałaby problemu ze znalezieniem grobu. Niestety, o tej porze rzadko rozstawione latarnie ledwo oświetlały główną drogę.
- Auć... - Daniela uderzyła kolanem w kant kamiennego pomnika. Przed oczami zatańczyły jej kolorowe plamy. Kuśtykając, dotarła do najbliższej ławki i przysiadła.
- Pokaż. - Sławka pochyliła się nad nią.
- Nic się nie stało - wychrypiała, chociaż zranione miejsce pulsowało palącym bólem. Pomasowała je i kilka razy wyprostowała nogę. - Już lepiej. Co najwyżej skończy się na siniaku. - Idziemy?
- Może tutaj poczekasz? Zapalę znicz i wrócę. To zajmie chwilkę - zaproponowała bez przekonania Sławka. - Już wystarczy wypadków. Twoja noga swoje wycierpiała.
- Nie. Idę z tobą. Jesteśmy już blisko.
Wbrew przypuszczeniom Danieli błądziły jeszcze długo, aż natrafiły na miejsce, gdzie pochowano Dawida. Między dwiema tujami stał krzyż i płyta z wyrytym imieniem, nazwiskiem i datami.
Znieruchomiały w zadumie, skryte w mroku, nasłuchując swoich oddechów. Czyżby Sławka płakała? Straciła przyjaciela, którego Daniela nie tolerowała. Obie jednak równie intensywnie odczuły jego odejście, chociaż z innych powodów. Mimo tłumaczeń Izy i podpowiedzi rozumu Daniela uważała, że w niewytłumaczalny sposób sprowokowała los i sprowadziła na młodego mężczyznę nieszczęście. Gdyby tylko nie klepała ozorem na prawo i lewo i nie cieszyła się tak bardzo, że nie szła mu renowacja pobliskiego dworku, być może nic by się nie stało, a on miałby szansę dojrzeć, zmienić się. W końcu Sławka widziała w nim coś wartościowego. Poza tym uratował Danieli życie.
- Zapalę... - Sławka przerwała ciszę i zaszeleściła torbą. Ustawiła znicz i włożyła do środka wkład. Błysnął płomień zapalniczki, przez krótki moment rozświetlił jej pogrążoną w żalu twarz. - Był za młody na śmierć - powiedziała cicho i pociągnęła nosem.
Zimno podstępnie wkradało się między warstwy ubrań i przeganiało ciepło. Dziewczyna zaczęła przestępować z nogi na nogę, ale nic nie wskazywało, by miała ochotę odejść. - Brakuje mi go. Wiem, że go nie trawiłaś, ale nie znałaś go tak jak ja.
Daniela już dawno zarzuciła chęć dociekania, co tak naprawdę było między Dawidem a jej córką. Wielokrotnie zastanawiała się, czy nie są parą, ale kiedyś Sławka jasno dała jej do zrozumienia, że tylko się przyjaźnią. Co ich połączyło? Niezrozumienie przez bliskich? Podczas pogrzebu okazało się, że Dawid ma syna, o którego dbał. Chociaż wszyscy w okolicy źle go oceniali, nie starał się zmienić opinii o sobie. Nie zależało mu. Miał swój plan. Najpewniej zamierzał wyremontować dworek i park, żeby potem przeznaczyć go na centrum konferencyjne lub na hotel. Dlatego tak się zżymał, gdy Sławka wpadła na pomysł, że Daniela powinna poprowadzić agroturystykę. Perspektywa konkurencji mu się nie spodobała. Ale w czym najbardziej zawinił? Owszem, plotki miały wpływ na to, jak go postrzegano, oprócz tego posiadał cechy, które od pierwszego spotkania usztywniały drugą osobę i zmuszały do ostrożności. Jakby wszystko, co mówił i robił, miało ukryty cel. Sławka tego nie widziała. Przekopała się przez skorupę pozorów i poznała go prawdziwego. Doceniała i lubiła, bez uprzedzeń.
No proszę, córka okazała się mądrzejsza i bardziej przenikliwa od doświadczonej matki. Daniela zaś odczuła małostkową radość po odkryciu legendy dotyczącej dworku.
Ogrom nieszczęść związanych z tym miejscem kazał dopatrywać się ziarenka prawdy w opowiadanych sobie strasznych historiach o klątwie ciążącej na posiadłości. Dawid najwyraźniej nie miał o niczym pojęcia albo jako światły człowiek dwudziestego pierwszego wieku po prostu je zignorował. Mimo problemów, jakie stwarzała nieruchomość od momentu zakupu. Nie mógł ruszyć z miejsca z remontem i coraz bardziej sfrustrowany dawał się we znaki przypadkowym mieszkańcom okolicy. Jeździł swoim terenowym samochodem, strasząc, zaczepiając i narzucając się przypadkowym osobom. Co tu ukrywać, Daniela go nie znosiła. Wydawał się jej lepki i odpychający. Nie wierzyła w jego czyste intencje i obawiała się, że skrzywdzi Sławkę.
Ale nie musiał od razu ginąć, jeszcze w tak paskudny sposób. Wbił się na przejeździe kolejowym w przejeżdżający pociąg. Pech chciał, że składem jechała akurat Iza... A przecież gdyby zrezygnował z kupna dworku, wyjechał do miasta i kontynuował rozwijanie swojej firmy, nic by się nie stało.
- Mamo?!
Daniela musiała głośno westchnąć, choć tego nie zarejestrowała. Zdezorientowana poprawiła czapkę.
- No co? Jedziemy?
- Myślałam, że coś się z tobą dzieje.
- Oj, daj już spokój. Nie musisz mnie niańczyć. Wystarczy, że zaoferowałaś bycie szoferem.
- Mówisz, jakbyś była dla mnie ciężarem. Przestań wpędzać mnie w poczucie winy. Mam swoje życie. Nie przeprowadzę się do Chabrowego Ustronia.
- A kto by tego chciał?
Naturalnie wróciły do zwyczajnego rytmu. Mimo ostrzejszej wymiany pretensji, szczęśliwie dotarły do domu. Sławka wypiła jeszcze herbatę, wzięła resztę obiadu do odgrzania i kawałek ciasta, powtórzyła ustalenia i wyszła, zostawiając matkę z sercem pełnym wątpliwości, czy tak powinny się traktować kochające osoby, i bez wiedzy, jak mogłaby to zmienić.
Po odjeździe córki Daniela długo stała w drzwiach. Bijąca po uszach cisza była ciężka do zniesienia. W końcu zimno zmusiło ją do wejścia do środka. Stanęła przy kuchni i potarła ramiona, próbując się rozgrzać.
Skoro czekał ją weekendowy wyjazd, równie dobrze mogła spakować się już teraz. I tak nie miała nic lepszego do zrobienia. Działanie pozwoliło pozbyć się melancholii niepasującej do tej pory roku. Wiosna zawsze niosła ze sobą powiew nadziei na dobre zmiany. Poza tym jechała do Izy, a właśnie w weekend minie rok, odkąd przyjaciółka zjawiła się niezapowiedziana w jej domu.
Przypadek oraz nieporozumienie zdecydowały o tym, że Daniela znalazła bratnią duszę. Sławka wymyśliła i przedstawiła mamie pomysł zamiany budynku gospodarczego w niewielkie apartamenty do wynajęcia. Chociaż idea spotkała się z kategoryczną odmową Danieli, córka zdążyła bez jej wiedzy zamieścić ogłoszenie o wynajmie pokoi w mediach społecznościowych.
W ten sposób pewnego marcowego dnia na podwórku pojawiła się wystraszona i wyglądająca jak chodzące nieszczęście kobieta. Wystarczyła rozmowa, by Daniela nie miała sumienia wyrzucić niezapowiedzianego gościa.
Do dzisiaj dziękowała sobie podjętej wtedy decyzji.
* * *
Wstawiła czajnik pełen wody na ogień. Dorzuciła do pieca i przygotowała filiżankę. Nasypała łyżeczkę mieszanki ziół. Z naparem przeszła do swojej sypialni i z sekretarzyka wyjęła kopertę.
W środku było zdjęcie. Według niej najlepsze jakie kiedykolwiek zrobiła. Podczas sesji, na którą Iza dała się z trudem namówić, oprócz biżuterii, zupełnie przypadkiem, sfotografowała twarz przyjaciółki. Nieco skrytą w cieniu, zamyśloną, z włosami opadającymi na policzek. Obiecała, że wywoła fotografię i podaruje przyjaciółce na pamiątkę, ale tyle się działo, że dopiero niedawno Daniela się za to zabrała.
Na szafce stał kartonik, a w nim ramka zamówiona w Internecie. Daniela przymierzyła zdjęcie i włożyła pod szkło. Pasowało idealnie. Następnie zapakowała prezent w lśniący papier i przewiązała wstążką. To będzie idealny upominek na rocznicę ich poznania. Zadowolona upiła pierwszy łyk herbaty. Perspektywa wyjazdu do Izy zaczęła się jej podobać.
Ciąg dalszy w wersji pełnej