ROZDZIAŁ PIERWSZY
SEN O KOCIE
Dość szybko uznała, że się pomyliła. Błądziła wzrokiem po jasnym i bezosobowym pomieszczeniu, na dłużej zatrzymując się przy oknie. Na parapecie dogorywał wyblakły kroton. Mleczna matowa szyba skutecznie oddzielała wnętrze od świata zewnętrznego, pozbawiając roślinę życiodajnego słońca.
Zegarek na nadgarstku lekarki tykał irytująco, gdy pocierała w zamyśleniu czoło, uważnie studiując plik kartek przyniesionych przez Izabelę.
- Nic tu nie widzę. Według wyników jest pani fizycznie zdrowa.
- To dlaczego tak źle się czuję? - Iza skuliła się na krześle po drugiej stronie biurka. Spodziewała się, że lekarka zapamięta ją jako hipochondryczkę, i było jej wstyd, jednocześnie każda komórka ciała wołała o wytchnienie. Zamarzyła, by położyć się na leżance upchniętej między parawanem a ścianą.
- Jak pani sypia? - odpowiedziała pytaniem doktor Rostkowska.
- Kiepsko.
- Czy w pani życiu wydarzyło się ostatnio coś ważnego, trudnego, co spowodowało silniejszy stres?
- To znaczy?
- Jakieś problemy w pracy? Czy ktoś z bliskich choruje? Może odszedł? - Rozłożyła bezradnie ręce. Starała się naprowadzić pacjentkę i szukała po omacku.
- Nie. - Izabela zdecydowanie ucięła temat i zacisnęła dłonie na kolanach. Miała na sobie czarną sukienkę. Od ciągłego noszenia zdążyła zblaknąć, ale kobieta nie potrafiła się z nią rozstać. Jeszcze nie teraz.
- No dobrze. A czy brała pani pod uwagę wizytę u psychiatry?
- Po co? Boli mnie brzuch, mam w nocy skurcze, kręgosłup mi dokucza, najbardziej odcinek szyjny. Z głową wszystko w porządku.
- Objawy, o których pani mówi, mogą wynikać z napięcia. Żyjemy szybko, w ciągłym stresie, nie odpoczywamy... - Kobieta postukała długopisem o blat stołu i nerwowo zerknęła na zegarek. Pod drzwiami gabinetu szmery przybrały na sile.
Iza zdała sobie sprawę, że jej czas minął.
- Może chociaż jakieś witaminy mi pani przepisze, coś, żebym miała więcej energii. Wstawanie przychodzi mi z coraz większym trudem. I może pigułki na sen, o ile to nie problem. - Powstrzymała się przed błaganiem. Nerwowo skubała brzeg sukienki.
- Aktualnie nie widzę wskazań. Tabletki nie rozwiązują wszystkich problemów. Zalecam wizytę u psychiatry. - W głosie lekarki pojawiły się twarde nuty. Czyżby często się zdarzało, że ktoś przychodził wyłudzić recepty? - Jeśli ciało jest zdrowe, trzeba gdzie indziej szukać rozwiązania.
- Z moją głową wszystko w porządku. Po prostu... tak bardzo brakuje mi sił.
- Jeśli się pani upiera, zalecam odpoczynek. Proszę nie czekać na lato, wziąć dwa tygodnie urlopu, odłożyć komórkę i nie zaglądać do komputera. Zmienić otoczenie i zwolnić. Umiarkowany ruch, świeże powietrze i będzie pani jak nowa. Potem zobaczymy.
- Byłam niedawno na wyjeździe.
- Ach tak - odpowiedziała lekarka bez zainteresowania, skupiona na pisaniu. Jej palce błyskawicznie skakały po klawiaturze.
- Na wycieczce objazdowej. - Iza wzdrygnęła się na wspomnienie tłumów, dreptania niemal w miejscu, prób wyłowienia słów przewodnika, któremu co chwilę wyłączał się mikrofon, i godzin spędzonych w autokarze. Katorga.
- Miałam na myśli coś innego, mniej angażującego i wyczerpującego. Ciszę, spokój, bliskość przyrody.
Iza zmarszczyła brwi. Gdyby pozwoliła sobie na taką formę relaksu, już chyba nigdy by nie wstała. Musiała ciągle coś robić. Mimo oporu ciała.
- Pomyślę. - Podniosła się, gotowa wyjść. Zmarnowała czas swój i lekarki, a przy tym jej samopoczucie tylko się pogorszyło.
- Obiecuje pani? - Rostkowska oderwała się od komputera. Może nie do końca był jej obojętny los pacjentki.
- Tak. Zastanowię się nad formą, którą pani rekomenduje. - Uśmiechnęła się sztucznie i sięgnęła po torebkę wiszącą na oparciu krzesła. Zawiesiła ją na ramię i skrzywiła się, gdy przeszył ją ból w napiętej szyi.
- Gdyby coś się działo, proszę się umówić na kolejną wizytę.
- Oczywiście. Bardzo dziękuję.
Na korytarzu czekała kolejka poirytowanych pacjentów. Pod ich karcącymi spojrzeniami skuliła się w sobie i skręciła na schody, zamiast iść do windy. Żeby jak najszybciej opuścić to nieprzyjazne miejsce.
Na dworze, kiedy promienie wczesnowiosennego słońca połaskotały ją po twarzy, poddała się.
Nie potrafiła wytłumaczyć, co się z nią działo, ale intuicja podpowiadała jej, że chodzi o coś innego niż problemy fizyczne lub psychiczne. Owszem, psychiatra pewnie przepisałby leki i poczułaby się lepiej. Na chwilę. Tak naprawdę nic by się nie zmieniło. Problem, którego nie zlokalizowała, zostałby zagłuszony.
Przysiadła na brzegu wolnej ławki. Nad jej głową kołysały się rzadkie i nagie gałęzie drzew. Spomiędzy na wpół rozłożonych liści nieśmiało wyglądały na świat krokusy. Koło niej przeszła grupka rozbawionej młodzieży. Po drugiej stronie alejki ptak buszował po ziemi w poszukiwaniu smakowitych kąsków.
W domu czekały ją obowiązki. Jutro będzie musiała odpracować wcześniejsze wyjście z pracy. Powinna czym prędzej zająć się zaległościami, a ona siedziała bez ruchu i śledziła poczynania ganiających się wiewiórek.
- Proszę pani. Halo, proszę pani, czy wszystko w porządku? - Młody chłopak nachylił się nad nią, położył rękę na jej ramieniu i zatroskany delikatnie nią potrząsnął.
- Tak. Oczywiście. Dlaczego pytasz? - Wyprostowała się i zamrugała powiekami, jak wyrwana z głębokiego snu.
- Płacze pani. - Odsunął się o krok i palcem wskazał na jej policzek.
Odruchowo przeciągnęła dłonią po skórze twarzy. Była mokra.
- To alergia, dziękuję. - Znalazła w sobie motywację, by wrócić na utarte tory. Wciąż udawała przed innymi, że nic złego się z nią nie dzieje.
Jak automat. Sklep, paczkomat, dom. Zapomniała o przepełnionym śmietniku. Musiała znowu zejść z wielkim workiem. Pozbyła się go, a wracając, poczuła znajomy uścisk w klatce piersiowej. Zgięła się z pięścią na mostku i zacisnęła powieki. Kilka oddechów później znowu mogła normalnie funkcjonować.
Jeśli nie zacznie działać, przyjdzie moment, gdy ból przejmie kontrolę nad jej ciałem i nie będzie w stanie zmusić go do posłuszeństwa. Rozumiała powagę sytuacji. Co z tego? Nikt nie potrafił zaradzić jej dolegliwościom.
Z pokorą godziła się, że nie ma na to wpływu.
Chociaż... Może...
W mieszkaniu przemogła nieodpartą chęć położenia się na łóżku. Otworzyła okno, wzięła prysznic, zaparzyła kawę i włączyła laptop. Poczta służbowa pękała w szwach. Nie odczytała żadnej wiadomości. Rozpraszało ją okno, a za nim niezmącony nawet jedną chmurką błękit nieba. Wiosna jeszcze nieśmiało rozglądała się po świecie. Obudziła pierwsze kwiaty i musnęła zielenią krzewy. Temperatury w nocy wciąż oscylowały wokół zera, ale dzień stawał się dłuższy.
Niespodziewanie dla samej siebie zminimalizowała okno poczty i weszła w przeglądarkę.
Agroturystyka, wystukała jednym palcem. Zawahała się przed naciśnięciem enter, zmazała słowo i napisała od nowa: wypoczynek na łonie natury.
Zaczęła przeglądać strony. Gdy widziała hasła w stylu: "u nas aktywnie spędzisz czas" albo "moc atrakcji", opuszczała stronę. W ten sposób przejrzała kilkanaście różnego rodzaju ofert skierowanych do miłośników koni, grzybiarzy i wędkarzy.
Zniechęcona dopiła stygnącą kawę i wtedy to zauważyła. Chabrowe Ustronie zwabiło ją nazwą. Zamiast strony było tylko konto na jednym z portali społecznościowych. Kilka zdjęć, enigmatyczny opis i żadnych opinii. Obejrzała zdjęcia. Zwyczajne, najprawdopodobniej zrobione telefonem. Pole z dojrzewającym zbożem, brzozowy zagajnik, przekrzywiony płot z suszącymi się glinianymi garnkami, pod którym rosły malwy, i deska z sękami z kilkoma intensywnie niebieskimi, nieporadnie namalowanymi kwiatami.
Z każdego kadru bił spokój.
Nie, nie wierzyła, że lekarka miała rację i że zmiana otoczenia może cokolwiek poprawić. Przecież już raz próbowała i rozbiła się o ścianę. Z wyjazdu wróciła bardziej zmęczona i obiecywała sobie, że nigdy więcej tego nie powtórzy. Czy teraz z własnej woli znowu spakuje walizkę i pojedzie na koniec świata? Po co?
Jednak coś ją przyciągało do miejsca, które obudziło w niej ciekawość.
Nie znalazła informacji o cenie, standardzie pokoi... Nic. Tylko kontakt. Przygryzła wargę i najechała kursorem na przycisk: wyślij wiadomość. Kliknęła i pozwoliła, by otworzyło się okno.
Nie, to bez sensu. Ledwie jest w stanie chodzić do pracy, a co dopiero zorganizować wyjazd. Poza tym jest tyle spraw do załatwienia. Nie może teraz zostawić szefa. Co prawda kadrowa naciskała, żeby Iza wreszcie wybrała zaległy urlop, ale to nie jest odpowiedni moment, gdy wszystko wali się na głowę. Szef wspominał, że mają przed sobą okres wzmożonej pracy i że na nią liczy. Była jego prawą ręką i nie mogła sobie pozwolić na nieobecność, kiedy najbardziej jej potrzebował. Przecież tak powiedział: "Pani Izo, bez pani wszystko by się zawaliło". A innym razem, gdy uratowała go przed karą za niedopilnowanie formalności przy inwentaryzacji, usłyszała: "Jest pani niezastąpiona, co ja bym bez pani zrobił".
Chociaż argumenty przeciwko realizacji szalonego pomysłu podsuniętego przez lekarkę zaczęły się mnożyć, ona zrozumiała, że pragnie pojechać do Chabrowego Ustronia. Zalec na hamaku i leżeć pod kwitnącą jabłonią.
Ponownie zerknęła na zdjęcia. Wyglądały, jak zrobione w skansenie, co jeszcze bardziej zachęciło ją, by spróbować dowiedzieć się czegoś więcej o warunkach. Wróciła do biurka i bez namysłu wystukała kilka zdań.
Dzień dobry,
jestem zainteresowana odpoczynkiem w Chabrowym Ustroniu. Proszę o cenę i warunki.
Z poważaniem
Izabela Kaliszewska
Pożałowała swojego ruchu zaraz po wysłaniu wiadomości. Dla spokojnego sumienia zawarła ze sobą układ. Jeśli dostanie odpowiedź, najwyżej odpisze, że wyjazd już nieaktualny. To ją uspokoiło.
Mogła wreszcie zabrać się za sprawy służbowe. Nikt od niej tego nie wymagał, ale dzięki temu jutro w pracy będzie miała opanowaną sytuację. Nie znosiła, gdy obowiązki się nawarstwiały. Poza tym tak było łatwiej. Mniej myślała i mniej bolało.
Pracowała do późna, by móc się położyć z satysfakcją, że nie zmarnowała dnia. Wyłączyła komputer, zgasiła światło w pokoju. Wzięła szybki prysznic i przeszła do sypialni. Wsunęła się pod chłodną kołdrę, przygotowując się na bezsenną noc. Błądziła wzrokiem po suficie, na którym tańczyły cienie, a jej powieki stawały się coraz cięższe.
Uległa.
Wtedy wróciły obrazki z Internetu i ożyły. W jej wyobraźni zboża zafalowały, a sercowate listki brzóz zaszeleściły. W powietrzu wyłowiła zapach kwiatów, nagrzanej ziemi i ziół. Usłyszała ciche szemranie rzeki i plusk, jakby ktoś zanurzył stopy w wodzie. Lekki wiatr przyprawił ją o gęsią skórkę. Tuż przed jej twarzą przeleciał motyl. Zaciekawiony, powrócił, by znowu się oddalić. Tańczył, ciesząc jej oczy kolorowymi skrzydłami. Zniknął, gdy pochyliła się nad kotem. Biały w czarne łaty zaczął się ocierać o jej nagie łydki, mrucząc przy tym zachęcająco. Nie mogła mu odmówić pieszczoty. Przeciągnęła dłonią po gładkiej sierści, wyczuwając mięśnie i bijące serce.
Westchnęła i poddała się uczuciu błogości.
Po raz pierwszy od dawna spała spokojnie.