Rozdział 1
ROZDZIAŁ 1
Matka niczym furia, w popłochu, szumiąc spódnicami i wychylając sznapsy, mknęła przez pokoje i grzmiała, jakby zamierzała obudzić umarłego. - Sisi!
Elżbieta nienawidziła tego infantylnego zdrobnienia. Matka o tym
wiedziała, ale mogła dzięki niemu traktować ją jak dziecko.
- Sisi, gdzie jesteś? - głos był coraz bliżej.
Elżbieta schowała się za wytworną kotarą zwisającą od sufitu do podłogi;
błękitną, dopasowaną do intensywnie niebieskich pluszowych foteli, które
z kolei świetnie komponowały się z głęboką orzechową barwą parkietu w salonie - wszystko zgodnie z upodobaniem matki do przepychu. Reszta domu
wyglądała podobnie: drzwi i sklepione przejścia w pastelowych lazurach,
mieniące się głębokimi barwami narzuty, ciepłe, drewniane podłogi
przykryte dywanami, wszędzie chmury kwiatów i sploty pnączy.
Spatz, dziesięcioletnia siostra, wśliznęła się konspiracyjnie za kotarę
tuż obok. Elżbieta zmarszczyła czoło na widok drobnej, wielkookiej
dziewczynki i przytknęła palec do ust. Ale Spatz nie trzeba było
przypominać, że ma być cicho. Doskonale znała zabawę w chowanego przed
matką. Wszystkie ją znały. Tylko Helena ostatnio zrobiła się bardzo
poważna i przestała się bawić.
Na myśl o tym Elżbieta mimo woli zamknęła oczy. Właśnie wczoraj Helena
upomniała ją, że najwyższy czas dorosnąć. - Mówisz jak nasza guwernantka
- odcięła się odruchowo; nie potrafiła się powstrzymać. Helena nie
odzywała się teraz do niej przez pół dnia.
- Si - si! - wołała matka, jakby rozdzielając sylaby imienia, mogła
wyciągnąć córkę z ukrycia.
Elżbieta wiedziała, że matka chce zabrać się za jej włosy. Wyobraziła
sobie dwie najbliższe godziny: - Siedź spokojnie, Sisi! Nie wierć się!
Pozwól, że będziemy szarpać ci głową na wszystkie strony i dźgać cię
szpilkami! - Nawet kiedy starała się wypełniać polecenia, zawsze było za
mało. Jeśli westchnęła, słyszała, że się wierci. Nie mogła drgnąć, bo
znaczyłoby to, że narzeka. Próbowała - naprawdę próbowała - ostatni raz,
kiedy zjawił się książę w sprawie zaręczyn, ale skończyło się jak
zawsze: matka wpadła w złość, a książę wyjechał.
Dzisiaj wolała się schować.
Potarła kciukiem grubą, jedwabistą materię kotary, na karku czuła lekki
powiew z otwartego okna za sobą. Wszystkie trzy wiele razy wychodziły
tędy, gdy bawiły się w chowanego, a także wtedy, kiedy trzeba było
błyskawicznie zniknąć. Helena pewnie nie zniży się już teraz, kiedy
straciła zainteresowanie przygodami, do zjeżdżania w dół, na trawę, po
trejażu. Teraz, gdy ma podobno poślubić cesarza.
Co gorsza, uświadomiła sobie, Helena straci fantazję, nabierze dystansu
i wyjedzie. Ślub z cesarzem oznacza, że zamieszka w Wiedniu. I zostawi
Elżbietę z...
- Gdzie jesteś? - wołanie i natychmiast po nim dźwięki świadczące o irytacji i przerażeniu rozległy się tak blisko, że Elżbieta drgnęła, a Spatz zakryła usta, tłumiąc chichot. Matce udało się wejść do salonu
cicho; nie usłyszały jej - niemal cud, zważywszy, że zwykle stąpała
ciężko.
Elżbieta opanowała się i mrugnęła do siostry.
- Na litość boską, Sisi. Książę będzie tu lada chwila.
Książę. Wielkie rojenia matki o przyszłości Elżbiety i jeden z najbardziej napuszonych ludzi na ziemi. Matka ma nadzieję, że się dziś
oświadczy; Elżbieta chciałaby, żeby po drodze spadł z konia.
Kolejne szybkie kroki w salonie. Na pewno pokojówka. Helena już nigdy
nie zniży się do pośpiechu.
- Jeszcze nieubrana? Niemożliwe! Książę może tu być za moment.
Elżbieta wzniosła oczy w górę. Za moment to gruba przesada. Książę nie
pojawi się wcześniej niż za parę godzin. Uśmiechnęła się do Spatz. Obie
były nieubrane - w koszulach nocnych, bose, z potarganymi włosami.
Ośmielone, zerknęły zza kotary. Pokojówka trzymała przygotowaną na dziś
suknię Elżbiety - wytworną, falbaniastą, ozdobioną wstążkami i tak
sztywno wykrochmaloną, że mogłaby stać o własnych siłach. Może to byłby
sposób na dzisiejsze kłopoty: suknia w zastępstwie Elżbiety. Wątpliwe,
by książę zauważył jej brak w środku. A nawet kto wie, czy nie uznałby,
że tak jest lepiej.
Widziały, jak matka dramatycznym gestem chwyta się za bok i ciężko
opiera na biednej, udręczonej pokojówce, z trudem utrzymującej i ją, i sztywną kreację.
Mimo zdenerwowania, w ciemnozielonej sukni z głębokim dekoltem i bufiastymi rękawami prezentowała się jak zwykle perfekcyjnie. Naszyjnik
z motywem kwiatów podkreślał jej delikatną szyję i doskonałą linię
kości. Miała miodowo połyskujące włosy i wytworne rysy, zupełnie inne
niż ciemne loki i rozbawione buzie Elżbiety i Spatz. To Helena
odziedziczyła złotawą tonację i pełne wdzięku ruchy matki, a teraz
przejęła po niej także wierność konwenansom.
Błyskawicznie zniknęły za kotarą, bo matka mogła w każdej chwili
odwrócić się i je przyłapać. A kiedy oba kobiece głosy oddaliły się do
sąsiedniego pokoju, Elżbieta teatralnym gestem chwyciła się za bok. -
Wykrwawię się na śmierć przez to dziecko! Podaj mi sznapsa!
Spatz zachichotała z dłonią na ustach.
Gdzieś z oddali wciąż słyszały przenikliwy głos matki, tym razem
skierowany do Heleny, która niefortunnie wybrała ten właśnie moment, by
wyjść ze swojego pokoju do holu.
- Nie pozwolę, by cokolwiek poszło nie tak - tym razem nie, nie w ostatnim momencie.
Jednak na tym właśnie polegał problem: książę źle trafił od samego
początku, jego względy były niepożądane, zanim jeszcze przekroczył próg.
Ale nieważne jak uprzejmie Elżbieta o tym mówiła, i tak nikt jej nie
słuchał.
Spatz spojrzała na starszą siostrę z zaciekawieniem.
- Mama mówi, że on chce ci się oświadczyć.
- Może się sobie oświadczać do woli - Elżbieta nachyliła się
konspiracyjnie do małej - a ja i tak go nie chcę.
Uśmiechnęła się drwiąco i zmierzwiła dłonią ciemne, potargane włosy
Spatz, tak podobnej do niej samej, gdy była w jej wieku: orli nos, blada
cera, policzki zaróżowione od dokazywania. Tylko oczy miały inne:
Elżbieta tajemniczej barwy niebieskozielonej, Spatz - ciemne, piwne i lśniące - jak dno lasu po deszczu.
- Dlaczego?
Elżbieta szturchnęła siostrę i szepnęła z udawanym przerażeniem:
- Widziałaś, jak on się ubiera?
Przy pierwszym spotkaniu, podczas bardzo krępującej kolacji, książę miał
na sobie tak namarszczony kołnierz, że wyglądał jak indyk. Co gorsza,
przez cały czas mówił w kółko tylko o sobie, po czym pewnym ruchem
właściciela położył pod stołem rękę na kolanie Elżbiety. O tym jednak
Spatz nie musiała wiedzieć. Najmłodsza z księżniczek miała zapamiętać
strój.
Spatz na to wspomnienie wywróciła oczy do góry.
Elżbieta, już spoważniała, odgarnęła delikatnie lok z twarzy siostry.
- Nie kocham go i chcę decydować sama.
Spatz z przekonaniem kiwnęła głową, ale nim zdążyła zadać następne
pytanie, przez otwarte okno dobiegł znajomy odgłos karety toczącej się
po żwirowanym podjeździe. Elżbieta nie kryła zdumienia. Sądziła, że
lamenty matki o "lada chwili" są przesadne. Jak zwykle. Teraz jednak
książę już się pojawił - właśnie wysiadał. Mignął jej spoza drzew
rosnących między oknami i podjazdem. Jej mniemany luby: blada cera,
podkręcone wąsy i mina komicznie zadowolona, jak na człowieka noszącego
na głowie kapelusz z największym pióropuszem, jaki Elżbieta w życiu
widziała. Patrzyła za nim, aż zniknął za rogiem domu.
Odwróciła się od okna, ujęła w dłonie twarzyczkę siostry i pochyliła
się, by spojrzeć głęboko w jej zaciekawione oczy.
- Chcę mężczyzny, który zaspokoi moją duszę. Rozumiesz?
Spatz kiwnęła potakująco, potem zaprzeczyła ruchem głowy i zachichotała.
- Dla ciebie też tego chcę - kiedyś. - Elżbieta ucałowała siostrę w czoło, ciepłe, suche i pachnące miodem i herbatą, z których zrobione
były ich mydła.
- Sisi! - głos matki znów był blisko. Zbyt blisko.
Uprzedzając zdemaskowanie i marsz na szafot, Elżbieta uniosła spódnicę,
przełożyła nogi przez parapet i zeskoczyła na zimną od rosy trawę.
Jeszcze za rogiem domu usłyszała przenikliwy pisk matki:
- Gdzie ona jest?
I Spatz, kochaną, cudowną Spatz, mówiącą poważnie:
- Powiedziała, że chce mężczyzny, który zaspokoi jej duszę.
Tak, siostrzyczko. Albo wielka miłość, albo żadnego mężczyzny w ogóle.
Taką granicę wyznaczyła sobie Elżbieta i jej nie przekroczy.
Rozdział 2
ROZDZIAŁ 2
Franciszek kochał wszystko, co miało związek z fechtunkiem: chłodny powiew wiatru na szyi, napięcie ramion jak cięciwy łuku, słodki zapach wilgotnej trawy i zawężanie się świata aż do momentu, gdy pozostawało tylko natarcie i przeciwnatarcie. Jedynie w takich chwilach czuł się naprawdę dobrze i całkowicie pewnie. Gdy nikt dookoła nie prosił, by pomyślał o takim czy owym sojuszu albo dygnitarzu, albo o miłej dzieweczce, która mogłaby zostać cichą i uległą cesarzową. Każdy czegoś od niego chciał, a Franciszek był zmęczony. Fechtując się, mógł zapomnieć o wszystkim, mógł przez chwilę być po
prostu sobą. Nie cesarzem. Nie Habsburgiem. Nie źródłem pieniędzy,
poparcia, następców. Po prostu mężczyzną, który wśród wysokich krzewów i na śnieżnobiałych kamiennych ścieżkach królewskich ogrodów z bronią w ręku dowodzi swej inteligencji, sprytu i sprawności. Sam jeden, tylko z przeciwnikiem i osobistym służącym Teo gdzieś z boku.
- Aa...ha! - przeciwnik z okrzykiem triumfu zrobił wypad i pchnięcie,
wykorzystując chwilę, gdy Franciszek się odsłonił. Ale jak zwykle
odsłonięcie było zamierzone. Franciszek odparował i zaatakował.
- Aa...ha! - odkrzyknął, pewien trafienia.
Ale nie. Przeciwnik z łatwością zablokował pchnięcie i z werwą przeszedł
do przeciwnatarcia.
- I co teraz? - dobiegł zza maski znajomy głos. - Nie zawsze się
wygrywa, co?
Franciszek żachnął się, zaskoczony i zły, napiął mięśnie. Sądził, że
trenuje z fechmistrzem; nie odzywali się do siebie, bo tak się między
nimi utarło, od kiedy uznał, że darują sobie formalności. Ale to, co
usłyszał, nie było niskim, spokojnym głosem trenera. Ostrzejszy ton, tak
ostry, że mógł należeć tylko do braciszka, Maksa.
Ale od kiedy to Maks jest znów w pałacu? Najmniej odpowiedzialny z Habsburgów przebywał od miesięcy nie wiadomo gdzie, zajęty nie wiadomo
kim. Franciszek wysłał go z misją rozpoznawczą do Italii, ale Maks jak
zwykle zaniedbał korespondencję i nikt nie wiedział, gdzie się aktualnie
obraca.
Zacisnął szczękę. Maks oczywiście musiał się pojawić, by mu dokuczyć w jedynym momencie, gdy Franciszek po prostu mógł być. Nie potrafił
zostawić go po prostu samego. I to właśnie dziś, kiedy bardziej niż
kiedykolwiek potrzebuje spokoju.
Stopy poruszyły się niecierpliwie same, jakby bez jego woli, gdy zrobił
wypad i pchnięcie. Maks będzie nie do wytrzymania, jeśli wygra.
Zwycięstwo stało się nagle ważniejsze od etykiety.
Broń szczęknęła; bracia zwarli się w skomplikowanym tańcu: dwa kroki w przód, w tył, w tył, naprzód i w tył. Franciszek napierał, atakował,
omal się nie zachwiał. I nagle...
Dopadł go. W końcu szpada Franciszka trafiła w serce Maksa, stępiony
czubek musnął ubranie na piersi brata.
- Jest! - Cofnął się zdyszany i podniósł maskę.
Maks opuścił ramiona, pozwolił masce opaść na trawę i niedbale
przejechał dłonią po jasnych włosach. Wydawał się nieporuszony,
Franciszek chciałby wyglądać tak beztrosko jak on. Gdyby nie znał go tak
dobrze, pomyślałby, że nie przejmuje się przegraną. Ale Maks przejmował
się zawsze. Byli tacy sami. Rywalizacja jest siłą napędową młodych
mężczyzn. Tak uważała ich matka i tak ich wychowała. Żaden z nich nie
był w stanie znieść porażki.
- Nie zaniedbywałeś treningów, bracie. - Maks uśmiechał się, ale wzrok
miał poważny. - Widzę, że pogłoski o twoim zejściu były przesadzone.
- Miło, że te pogłoski i troska o moje zdrowie przygnały cię z powrotem
już parę miesięcy temu. - Odpowiedź była cięta. Franciszek nie mógł
pozwolić, by Maks go uraził, znał jego nonszalancję aż za dobrze.
Przecież był ranny. Leżał na łożu śmierci, a brat wcale wtedy się nie
pojawił.
Maks lekceważąco machnął ręką.
- Niestety, coś mnie zatrzymało, a zresztą odrodziłeś się z popiołów
niczym cholerny Feniks, czego zresztą byłem pewny.
Istotnie. Lekarze patrzyli z niedowierzaniem, jak szybko Franciszek
wraca do zdrowia. Przyłożono mu nóż do szyi, a on wstał z łóżka,
chodził, ćwiczył i rządził znacznie wcześniej, niż zakładali.
Rzecz w tym, że musiał. Gdyby nie podniósł się z łoża boleści,
rozkleiłby się na dobre. Skóra na karku mogła z powrotem się zrosnąć,
ale rana w duszy się nie goiła. Lada dźwięk, zapach, błysk światła
wystarczały, by piekło wróciło. Dzień w dzień czuł ostrze wcinające się
w ciało, uchodzące życie i nienawiść, jaka się za tym czynem kryła.
Jedynym lekarstwem były ciągły ruch i całkowite opanowanie.
Rozluźnił barki, otrząsnął się z myśli. Właśnie dziś nie mógł sobie
pozwolić na rozważania. Miał nadzieję, że wyglądało to, jakby się
przeciągał. Nie wolno było okazać przed Maksem ani cienia słabości.
- Wasza Cesarska Mość. Już pora.
Odwrócił się do Teo, w ostatnich kilku miesiącach powiernika; jedynego
człowieka w pałacu, który znał jego sekrety i śmiał się z jego żartów.
Teraz zaledwie lekko skinęli sobie głowami, ale już to dało Franciszkowi
poczucie pewności i wsparcia. Nie wiadomo, jak przetrwałby te minione
miesiące, gdyby nie Teo.
Przeniósł wzrok ze służącego na odległy pałac. W świetle wczesnego
poranka biała elewacja nabrała ciepłego złocistego odcienia, a dachy
lśniły metaliczną zielenią. Piękna budowla kryła jednak w sobie jakiś
chłód i surowość. Zacisnął pięść.
Maks czujnie go obserwował, Franciszek więc jeszcze raz rozluźnił
ramiona i spróbował się uśmiechnąć. Niezbyt dobrze mu to wyszło, brak
praktyki.
Brat sięgnął po maskę, odwrócił się i ruszył za Teo pod górę. Franciszek
szedł tuż za nim, powoli i niechętnie. Gdy wychodził z ogrodu, serce
nagle przyspieszyło, wróciło kłujące poczucie zagrożenia. Wyciągnął
rękę, musnął jedwabiście miękkie płatki róży, żeby uświadomić sobie,
gdzie jest.
Nie umierasz, Franciszku. Nic ci nie grozi.
Idziesz tylko na egzekucję.
Rozdział 3
ROZDZIAŁ 3
Teraz to Elżbieta gnała jak wicher. Szalona i wolna, na grzbiecie Puka, który rozpędził się i przeszedł w galop. Koszula oblepiała jej ciało, włosy podskakiwały w rytm ruchów konia. Byle dalej od zadufanych książąt, od matki usiłującej wtłoczyć ją w swoje ramki, zasznurować jej duszę w ciasny gorset. Nie podda się, dla nikogo. Wiedziała, że pewnego dnia się zakocha i że to nie odbierze, a doda jej
sił i energii. Pisała kiedyś o tym wiersze, a ulubione linijki mocno
zapadły jej w duszę. Cwałując przez las i przeskakując kręte strumienie,
powtarzała je teraz:
W głębokich, skalistych jarach,
We wnękach oplecionych pnączami
Dusza szuka zawsze
Tego jedynego.
Tego jedynego. Elżbieta w głębi serca była pewna, że rozpozna go, kiedy
tylko go spotka. Jej dusza pokona dzielącą ich przestrzeń i spośród
innych wybierze jego duszę nieomylnie. Wie, że nie będzie to nadęty
książę, dlatego teraz galopuje. Daleko, daleko, jak najdalej. Niczym
wichura, huragan, nawałnica. Wspinała się na wzgórza, z których we
wszystkie strony rozpościerały się niskie zarośla, pofałdowane pola i jeziora lśniące jak zwierciadła.
Gdybyż tylko mogła zabrać tu ze sobą Helenę, by znów była taka jak
kiedyś. Mogłyby szukać jagód, chodzić w sukniach mokrych od rosy. Leżeć
pod gwiazdami w nocy. Żyć, oddychać, nigdy już nie zmuszać się, by być
kimś innym, bo i po co? Nic nie jest warte zatraty samego siebie - ani
kaprysy matki, ani nawet cesarz. To właśnie powiedziała Helenie przed
tygodniem, kiedy podczas lekcji etykiety siostra pomyliła nazwy
sztućców. "Jeżeli nie kocha cię dla ciebie samej, nie jest ciebie wart".
Jeżeli masz być bez przerwy sztywna i znać nazwę każdego widelca, nie
udusisz się przypadkiem w pudełeczku, do którego chcą cię wcisnąć?
Poza tym Elżbieta słyszała rozmowę. Był zamach na cesarza. Helena
zasługuje na kogoś skromnego i wrażliwego, a nie na człowieka, któremu
ktoś chce zrobić krzywdę. Zasługuje na prawdziwą miłość, nie na
polityczne małżeństwo, które ma podreperować wizerunek cesarza.
Elżbiecie serce skręcało się w piersi na myśl, że zaręczyny mogą na
siostrę ściągnąć zagrożenie.
Skróciła wodze i Puk przyspieszył. Była wcieleniem dzikości,
niepohamowanej jak burza, jak ogień. Nigdy nie dopuści do tego, by stać
się, tak jak to sobie umyśliła matka, dziewczyną pozbawioną nadziei,
marzeń i miłości. Któregoś dnia spotka swoją wielką miłość i razem będą
nie do poskromienia.
Dziś tylko jeden jedyny Puk rozumie jej uczucia. Ukochany koń, tylko on
zna ją naprawdę, rozumie, co znaczy wolność. Ogarnęła ją fala czułości.
Zwolniła, gdy wspięli się na górę. Z obu stron grzbietu widniały strome,
skaliste urwiska; daleko przed sobą miała różowozłotą kulę słońca.
Zamknęła oczy, rozkoszowała się ciepłem promieni na skórze, zapachem
sosnowego lasu, siłą dosiadanego konia. Gdybyż tylko całe życie mogło
być takie - tak intensywne, tak prawdziwe.
I nagle świat zawirował. Puk szarpnął i Elżbieta wyleciała w powietrze,
na tyle tylko przytomna, by wylądować na czworakach. Krzyknęła, upadając
na kolana i kurczowo chwytając się trawy, jakby delikatne zielone pędy
mogły wczepić ją w ziemię.
Kiedy podniosła wzrok, Puk znikał szalonym pędem na ścieżce wzdłuż
grani, czymś wystraszony.
Zaskroniec. Niejadowity, ale Puk o tym nie wiedział. Nienawidził węży,
tak jak ona nienawidziła książąt. Oboje uciekali przed ukąszeniem.
- Puk! - zawołała zrezygnowanym tonem. Był już daleko. Nie szkodzi.
Ważne, że żadnemu z nich nic się nie stało. Odszuka go i wszystko będzie
dobrze. Przy okazji łatwiej wytłumaczy, dlaczego nie było jej w domu w czasie wizyty księcia.
- Wszystko będzie dobrze - powtarzała sobie po cichu, schodząc ścieżką
ze wzgórza. Puk stał nad brzegiem stawu, kasztanowata sierść lśniła w słońcu, wyglądał pięknie. Jakże go kocha.
A potem się odwrócił. I wcale nie było dobrze.
Ojciec spał, kiedy weszła do jego sypialni, ale nie był sam. Leżały obok
niego dwie kobiety, nie jedna, i żadną z nich nie była matka. W pokoju,
wytwornie urządzonym, jak wszystko, czego tknęła się księżna, walały się
kieliszki do wina i puste butelki. Elżbieta wśliznęła się w mrok,
ostrożnie przekraczając ubrania, które powinny mieć na sobie obie panie,
choć najwyraźniej było inaczej. Ojca oplatały ramiona, nogi, piersi i obnażone uda. Wzgórki i krągłości, które poprawiały mu samopoczucie, nie
były dokładnie tym, czego szukała.
Pachniało seksem, zwietrzałym winem i cygarami. Elżbieta mimo woli
zmarszczyła nos, stając w nogach łóżka, skąd wyjrzały ku niej sutki
trzeciej kobiety; tej w pierwszej chwili nie zauważyła.
Właśnie dlatego nie zgadza się na małżeństwo bez miłości. Nie chce żyć
tak jak matka, udająca, że nie widzi, jak mąż przyjmuje w jej własnym
domu obce kobiety. Ani jak ojciec, który nieustannie szuka pocieszenia
gdzie indziej, bo nigdy, ani przez jeden dzień nie kochał swojej żony.
Nie chodzi o seks. Nigdy jeszcze sama nie była z mężczyzną, ale
niefrasobliwe postępowanie ojca sprawiło, że wiedziała już na ten temat
dużo. Nie była pruderyjna ani się nie bała. Z nienawiścią patrzyła
tylko, jak obnaża to i uwydatnia brak miłości między rodzicami -
dwojgiem ludzi, którzy przede wszystkim winni kochać się nawzajem.
Tego ranka nie było jednak czasu na rozmyślania. Puk zranił się w nogę.
Zresztą nie po raz pierwszy i zapewne nie ostatni zastawała ojca w takiej sytuacji. Poza tym należało działać szybko.
- Tato? Musisz mi pomóc - rzuciła w ciemność.
Otworzył oczy półprzytomny. Jak zwykle, nie był zmieszany. Raczej
bezwstydny. Jej ojciec, rozpustnik.
- Puk się skaleczył - szepnęła.
Nie odpowiedział. Usiadł tylko i zaczął wydobywać się z plątaniny rąk i nóg. Elżbieta odwróciła się. Zobaczyła wystarczająco dużo.
Pojawił się w zasięgu jej wzroku już ubrany, z cygarem i strzelbą, z którymi prawie nigdy się nie rozstawał. Gestem pokazał, by prowadziła do
wyjścia.
- Co się stało? - spytał, gdy już byli na zewnątrz.
- Coś z nogą... nie chce chodzić - Elżbieta z ulgą stwierdziła, że panuje
nad sobą i mówi spokojnie.
- Zobaczymy. - Ojciec ruszył energicznie, uśmiechnął się, przypomniawszy
sobie, jaki to dzień, odwrócił się i popatrzył na średnią córkę. -
Wydawało mi się, że dziś rano się zaręczasz. Matka z księciem nie
czekają przypadkiem na ciebie?
Spojrzała na niego z ukosa.
- Ciekaw jestem, co za cudactwo dziś na siebie włoży. - Popatrzył na nią
spod brwi; zaśmiała się, trochę smutnawo. Papa był dziwnym i zmiennym
sprzymierzeńcem, ale przynajmniej dostrzegał śmieszne strony jej
konkurentów.
- Mógłbyś to przecież przerwać i wszystkich ich odesłać.
Machnął ręką z lekceważeniem.
- Wiesz, że te rzeczy należą do matki. Ja nie mam tu nic do roboty. -
Zawsze ta sama odpowiedź. Jasne, ojciec uczył je jeździć konno i śmiał
się serdecznie z ich błazenad. W sprawy naprawdę ważne nigdy się nie
wtrącał. Nie wiadomo czemu wciąż liczyła, że będzie inaczej.
Doszli wreszcie na miejsce. Puk stał z jedną nogą podniesioną nad
ziemią. Oddychał teraz ciężej, pierś mu drżała, w oczach miał
szaleństwo. Wyglądał znacznie gorzej, niż jej się zdawało. Spojrzała na
ojca. Zmrużył oczy, kąciki warg mu opadły. Serce jej zadrżało. To jej
wina. Zabrała Puka, żeby poczuć na twarzy swobodny wiatr i teraz...
Teraz zostanie im tylko głupawy książę.
Ojciec podszedł obejrzeć nogę.
- Złamana - oświadczył, raczej zirytowany niż zasmucony. Dla Elżbiety
koń mógł być przyjacielem, dla niego mieniem. Które trzeba wymienić na
nowe.
Łzy napłynęły jej do oczu, ale ojciec potrząsnął głową.
- Złamał nogę, Elżbieto. Wiesz, co się robi, kiedy koń złamie nogę. Nie
będzie mógł biegać. Nie będziesz mogła na nim jeździć.
Jeździć. Tyle dla niego znaczy Puk. Środek transportu, koń roboczy,
nic więcej.
Kiedy była mała, ojciec powiedział jej, że konia, który złamał nogę,
trzeba zastrzelić, bo nigdy już nie będzie mógł żyć pełnią życia. Ale
była to raczej wymówka, beznamiętna decyzja biznesowa. Dlaczego ojciec
ma decydować, czym dla Puka jest pełnia i możliwości życia?
Ojciec odbezpieczył strzelbę i podał jej; poczuła w dłoniach znajomy
ciężar.
- Masz. - Głową wskazał konia.
Zlodowaciała, ręce jej dygotały. Puk był jej wierzchowcem, jej
przyjacielem, ukojeniem przez z górą dziesięć lat.
- Nie mogę - szepnęła.
- Twoja wina, musisz zapłacić.
Potrafił wywołać poczucie winy. Nie przejmując się własnymi wadami.
Elżbieta zagryzła policzek.
- Puk nie jest zepsutą rzeczą, którą można wyrzucić. To mój przyjaciel.
- Wiedziała, co usłyszy w odpowiedzi, ale Puk wart był walki. Nawet
przegranej.
- To koń, Elżbieto. Nie człowiek. A ciebie nawet nie powinno tu być. -
Odebrał jej strzelbę i wycelował w Puka. Jej biednego, najdroższego,
dzikiego, wolnego Puka.
Elżbieta chwyciła lufę.
- Nie, zaczekaj. To się zagoi. Na pewno. - Nie miała nadziei, ale
prosiła mimo wszystko. Gdyby mówiła głośno, może byłaby maleńka szansa,
że ojciec uwierzy. Albo zapomni na dłużej, na tyle, by Puk dożył sobie
spokojnie swoich dni w wygodnej zagrodzie, podjadając jabłka z ręki
Elżbiety.
Ojciec stał sztywno, nieporuszony, Elżbiecie zaparło dech, odebrało
mowę. Czas zwolnił, zatrzymał się, zamarł. Umilkły ptaki, ustał wiatr -
nawet natura ucichła na chwilę dla jej kochanego, słodkiego Puka.
Podeszła do niego ostatni raz, objęła dłońmi głowę, przytuliła policzek
do miękkich chrap. Chciała, żeby zrozumiał jej myśli. Przepraszam, Puk,
będę za tobą tęsknić.
- Odsuń się, Elżbieto - usłyszała za sobą.
Odeszła. A potem się rozpłakała.
Rozdział 4
ROZDZIAŁ 4
Całe szczęście, że habsburski mundur był sztywny i twardy jak stal, bo Franciszek trząsł się w nim niczym osika. Ze złością uświadamiał sobie, że nie może przestać. Miał nadzieję, że nikt tego nie zauważy; jakoś się opanuje. Kołnierz koszuli ocierający się o szyję drażnił bliznę, która nie pozwalała zapomnieć, ale przynajmniej była ukryta. Nie można pozwolić, by ta hołota widziała skutki swego czynu - nie zobaczy ani blizny, ani drżenia. Stał u siebie w pokoju, a armia upomadowanych służących w białych
rękawiczkach od kwadransa wciskała go w straszliwy uniform. W wiszącym
po lewej stronie lustrze w złotej ramie kątem oka widział wytworną,
królewską postać. Ale sama komnata, ponure tapety, sztywne kotary w tonie głębokiej umbry ciążyły mu dziś podobnie jak ubiór. Dziwne, jak
wnętrze może odbijać nastrój właściciela.
Gorzej niż Franciszek czuł się w tym pokoju jedynie nowy służący, który
stał na baczność koło lustra. Kukła czy żywy człowiek? Podobny był do
wepchniętego do kąta wypchanego niedźwiedzia, którego przysłano dziś
rano z życzeniami od cara Rosji i który przypominał, że jest jeszcze
coś, czego oczekuje się od Franciszka: pomoc wojskowa.
- Teo, mam prośbę - przerwał ciszę.
- Oczywiście, Wasza Cesarska Mość.
- Sprawdź, czy ten nowy jeszcze oddycha. - Mimo poważnego tonu Teo
uśmiechnął się z żartu i Franciszek poczuł się odrobinę lepiej.
Wziął głęboki oddech i poprawił kołnierz. Nowy służący trochę
przypominał Maksa - miał coś podobnego w oczach i w zarysie szczęki - i Franciszek zaczął się zastanawiać, gdzie jest teraz brat i czy matka
spróbuje ściągnąć go na egzekucję. On sam oczywiście musi być obecny,
ale Maks, jak należało się spodziewać, po ich meczu przepadł. Franciszek
nigdy nie mógł sobie na to pozwolić; Maks był wolny jak ptak. A nawet
bardziej. Ptaki muszą jednak budować gniazda i karmić młode. Dla Maksa
gniazda budowali inni, a jeśli nawet, co Franciszek podejrzewał, gdzieś
tam kwiliły jakieś dzieci o oczach jego brata, Maks z pewnością nie
zajmował się ich karmieniem.
W hallu rozległy się kroki matki. Zawsze miała coś do załatwienia, który
to zwyczaj w dzieciństwie, kiedy Franciszek starał się unikać różnych
obowiązków, bardzo mu odpowiadał. Teraz na ten sygnał stanął na
baczność.
Hrabina Esterházy, ulubiona towarzyszka matki, odklepywała wyraźnym,
chłodnym głosem plan dnia.
- Po śniadaniu krótka audiencja dla delegacji czeskiej, później
przymiarka zimowej garderoby. Ale najpierw egzekucja.
Nagle kroki ucichły. Franciszek ze zdumienia otworzył szeroko oczy.
Wahanie przed egzekucją? To nie w stylu matki. Czyżby wyczuwała niepokój
w jego sercu?
Ruszyła po chwili. Ale jej oburzenie dotyczyło czegoś innego.
- Znowu przymiarki? Przełóż na kiedy indziej.
Matka: arcyksiężna Zofia Habsburg, pragmatyczka. Mówią o niej: "jedyny
mężczyzna w Hofburgu". Mógłby uznać to za afront, ale wcale go to nie
obchodzi. Mają rację. Jest najlepszym strategiem, najbystrzejszym
umysłem w całym Wiedniu. Niemal jak jasnowidz potrafi przewidzieć, co
należy zrobić, dostrzega niebezpieczeństwo, nim się pojawi na
horyzoncie. Wtedy, w dniu zamachu, mówiła mu, żeby nie wychodził, że są
rozruchy i coś mu może grozić.
Jego wina, że nie posłuchał. Że wziął tylko jednego człowieka ze straży.
Jeśli więc chodzą plotki, że jest jej posłuszny, przetrzyma to. Jest jej
to winien.
Odwrócił się ku drzwiom. Weszła, jak zwykle olśniewająca, w czarnej
sukni z wysokim sztywnym kołnierzem. I jak zawsze jej siła i spokój
wypełniały każdy cal przestrzeni.
- Matko.
Zamarkowała ukłon i uśmiech.
- Wasza Cesarska Mość.
Podszedł i ucałował jej dłoń. Z ulgą stwierdził, że ręce przestały mu
drżeć.
- Słyszałam, że już wychodziłeś. Spałeś dziś w ogóle, kochanie?
Potrząsnął głową. Nie przespał w całości ani jednej nocy od dnia, kiedy
go zraniono. Zastanawiał się, czy po egzekucji będzie spał, świadom, że
uderza w rewolucję, która chciała go zabić. Nie ma co jednak zawracać
tym głowy matce, nie zrozumie.
- Wyglądasz doskonale, Franciszku. - Zofia ruszyła ku drzwiom, on obok.
W lśniącym marmurowym hallu ich głośne kroki odbijały się echem od
wysokiego sufitu.
Może kiedyś matka stanie i zachwyci się detalami pałacu - wiszącymi w szeregach portretami przodków, misterną linią kamiennych kolumn - ale
nie dziś. Dziś jest uosobieniem działania. Zatrzymała się w pół kroku, z powagą popatrzyła na niego.
- To nie będzie miły poranek, ale musisz się do tego przyzwyczaić.
Wytrzymał jej spojrzenie.
- Sądzę, że są rzeczy, do których nie da się przyzwyczaić nigdy.
Godzinę później stali oboje na placu, gdzie ustawiono szubienice. Na
podwyższeniu z surowego drewna czekało pięciu mężczyzn o kamiennych
twarzach. Za nimi wisiało pięć pętli. Byli brudni, Franciszek patrzył na
ich dłonie, paznokcie mieli czarne albo fioletowe albo nie mieli ich
wcale. Zastanawiał się, czy od zawsze, czy to dzieło jego straży.
Zrobiło mu się niedobrze. Czy spotkanie cierpienia dwóch stron
przysparza jeszcze więcej cierpień?
- Niech cię widzą - doszedł go przez nawał myśli głos matki. - Są
chwile, kiedy władca musi okazać siłę.
Starał się zachować spokojne oblicze, gdy przenosił wzrok z dłoni
mężczyzn na ich twarze. Poczuł pod czapką i kołnierzem krople potu.
Spłynęły mu po karku i plecach; gorące, a po chwili lodowato zimne.
Wciągnął powietrze nosem, wypuścił przez usta, ale oddech wciąż był
krótki, a serce mocno biło w piersi. Wróciło mrowienie górnej wargi.
Wiedział - choć tylko on jeden, nikt poza nim - że jest bliski
zemdlenia. To zdarzało się czasem, gdy nachodziło go wspomnienie tamtego
dnia. Zaczynało się od drętwienia, pole widzenia się zawężało, po czym
zapadała ciemność. Dotychczas spotykało go tylko, gdy był sam. Boże,
błagam, nie pozwól, by to się stało teraz.
Dookoła tłum gwizdał, szydził, głosy rosły i zlewały się w niezrozumiały
ryk. Działało to na niego źle, trudniej mu było kontrolować oddech.
Matka, stojąca obok, skinęła głową szefowi policji.
- Stryczki! - wrzasnął tamten i Franciszek omal nie podskoczył, gdy
funkcjonariusze rzucili się zakładać pętle na szyje.
Sięgnął do klapy munduru, oderwał jeden z przypiętych medali i ścisnął
go tak, by poszarpane krawędzie wbiły się w dłoń. Skup się, Franciszku.
Poczuj ostrze na skórze. Jesteś teraz tutaj. Nie wtedy, nie tam. Jeśli
będzie to sobie powtarzał w nieskończoność, może któregoś dnia jego
ciało uwierzy, może skończy się mrowienie, ustaną przerażające powroty w przeszłość.
- Zostaliście skazani na śmierć za obrazę majestatu, wywrotowe
działania, kradzież i zdradę stanu - oznajmił szef policji. - Tylko Jego
Cesarska Mość ma władzę ułaskawienia skazanych na śmierć.
Franciszek mocniej ścisnął w pięści medal, ostre krawędzie przecinały
skórę. Patrzył wprost w oczy buntownika stojącego w środku, przywódcy
ruchu, który chciał go zabić.
Żaden z tych ludzi nie rzucił się na niego z nożem. Ale wszyscy
stanowili zagrożenie. Zaplanowali to. Zaaprobowali. Uosabiali ferment
wśród ludu, jego zbrojne ramię, które uderzyło w serce monarchii
Habsburgów.
- Czy skazani chcą coś powiedzieć? - spytał szef policji. Tłum zamilkł.
Franciszek czuł w uszach łomot serca.
- Siedzisz w swoim pałacu, a my żyjemy w gnoju - przemówił ten w środku.
- Nie mamy co jeść. Nie mamy zapasów. Nie mamy jak zdobyć
najpotrzebniejszych rzeczy. Nie obchodzi cię to, że cierpimy. Nie
obchodzi cię twój lud.
Franciszek zmusił się do zachowania nieporuszonej twarzy.
- Wasza Cesarska Mość - dodał tamten szyderczo, z lekkim ukłonem,
niezdarnym, bo na szyi miał pętlę. - Możesz nas zabić, ale to niczego
nie zmieni. Lud powstanie przeciw tobie.
Chóralne "tak" przeleciało złowieszczo przez tłum. Franciszek skupił się
na oddechu, metal kaleczył zaciśniętą dłoń; czuł lepkość krwi tam, gdzie
wbijał się zbyt mocno.
Jeszcze jedno potwierdzenie tego, o czym chciałby zapomnieć. Wciąż nie
jest bezpieczny. Kolejny nóż, może tym razem rewolwer, miecz, sto
pięści stu głodnych ludzi, ich głosy wznoszące się jak ocean. Matka
wymieniła spojrzenia z szefem policji. Wiedział, że tak jak jego,
zaskoczyła ją reakcja tłumu. Tłum powinien być po ich stronie, a jednak
stanął za tymi, którzy mieli umrzeć.
- Ginę za lud - ciągnął mężczyzna.
Tłum wydał ryk uznania.
I wtedy, wśród grzmotu, otwarła się zapadnia, rozległ się trzask i słowa
skazańca się urwały. Franciszek starał się stać nieruchomo, ale czuł ten
dźwięk w kościach, w końcach palców rąk i stóp. Poszły w ruch pozostałe
dźwignie i reszta buntowników podążyła za swoim przywódcą.
Tłum milczał. Obsługa zeszła z podwyższenia.
Skończyło się.
Rozdział 5
ROZDZIAŁ 5
Wdech. Wydech. Elżbieta stała przy drzwiach salonu. Powtarzała sobie te dwa słowa,
próbując uspokoić rwany oddech i nierówne bicie serca. Puk nie żyje.
Poplamiła koszulę trawą i jego krwią, kiedy go objęła. Twarz miała
ściągniętą od słonych łez. Tam, za ścianą, siedzi śmieszny mężczyzna,
który chce się z nią ożenić. Zaczynała dzień w dobrym humorze, ale teraz
zmęczenie zbyt mocno dawało się we znaki.
To było jedno z jej ulubionych miejsc w domu. Wysokie stropy i kamienne
schody łagodnie prowadzące na piętro. Wnętrze eleganckie w swojej
prostocie; jedyna przestrzeń, której nie spowiły w całości ulubione
przez matkę ciężkie materie i złote liście. Drewniana balustrada
schodów, rzeźbiona w róże i winogrona, miała drobne sęczki, jakby świat
z zewnątrz wtargnął radosnym tanecznym krokiem do środka. Zazwyczaj
cieszył ją ten widok. Dziś ją przytłaczał. Prowadził ku życiu, którego
nie chciała.
Przez drzwi słyszała matkę.
- Sisi będzie niebawem. Przykłada wielką wagę do porannych modlitw.
Elżbieta wywróciłaby oczy w górę, gdyby miała na to siłę.
- Ostatniego lata rozkwitła, dojrzała. Jest gotowa do małżeństwa...
Matka paplała, jak zwykle. Elżbieta nie znosiła, kiedy przedstawiała ją
nie taką, jaką w rzeczywistości jest, ale jaką być powinna. Ciekawe, co
mogłoby skłonić matkę, by powiedziała, że córka jest błyskotliwa,
szalona albo spontaniczna. W obliczu tego rodzaju prawdy jej wrzód
zapewne pękłby natychmiast.
- Moja córka została obdarzona bystrym umysłem, ale nie nadmiernie
bystrym, oczywiście.
Elżbieta wydała ciche, smętne westchnienie.
- A co najważniejsze, jest skromna i podporządkuje się we wszystkim
pańskiej woli.
Odwróciła się gwałtownie. Matka może sobie kłamać, ale to nie znaczy, że
ona będzie tego słuchać.
- Sisi! - Helena wpadła na nią u dołu schodów. - Książę chyba za chwilę
odjedzie.
Elżbieta uważnie przyglądała się starszej siostrze: idealnie upiętym
jasnym włosom, zaróżowionej cerze, świetnie dopasowanej sukni w radosnym
żółtym kolorze. Kilka miesięcy temu, kiedy przybył z wizytą pewien
książę, Helena ukryła Elżbietę w kufrze, teraz jednak stała zdecydowanie
po stronie matki. Po stronie powinności i obowiązków. Ta strata głęboko
zraniła serce Elżbiety.
- Nie obchodzi mnie to, Néné - miękko, zrezygnowanym tonem zwróciła się
do niej domowym zdrobnieniem.
Helena lekko potrząsnęła głową.
- Ależ wszystko jest ustalone. Przyjechał się zaręczyć.
- No to weź go sobie - głos miała zmęczony i ochrypły z żalu. Nie ma
matki, która kochałaby ją taką, jaką jest, nie ma siostry, która by ją
wsparła, ani ojca, który mógłby interweniować. A teraz nawet konia, na
którym mogłaby uciec.
Nim zdążyła prześliznąć się obok Heleny na schody, drzwi salonu
otworzyły się z trzaskiem i ukazali się w nich matka i książę.
Elżbieta odwróciła się ku nim od schodów. Przyglądała się księciu. Dziś
do żółtego pióropusza dobrał żółte pończochy, żółtą kamizelkę i purpurowy żakiet. Wyglądał jeszcze bardziej komicznie niż ostatnim
razem.
Matka na jej widok głośno się zachłysnęła, ale Elżbieta tylko złożyła
ukłon.
- Książę.
- Ach, jest tutaj - matka zaskrzeczała, wytrzeszczyła oczy i usiłowała
udawać, że jej najdroższa córeczka na wydaniu nie ma na sobie plam z zaschniętego błota, krwi i łez. - Sisi, pamiętasz księcia Fryderyka
Anhalckiego. Książę bardzo chciałby omówić z tobą pewną ważną sprawę...
Odwróciła się do księcia, jakby było w tej sytuacji coś romantycznego,
jakby nadal zamierzał się oświadczyć. Elżbieta nie była pewna, czy chce
jej się śmiać, płakać, czy krzyczeć.
Książę zamilkł, nie odzywał się przez długą chwilę, po czym ryknął
śmiechem. Trząsł mu się brzuch, podrygiwały ramiona. Był w szoku.
Elżbieta uznała, że lepsze to niż oświadczyny, ale jednak bezczelne.
- Śmiejesz się pan ze mnie? - nie wytrzymała. - Mając coś takiego na
głowie?
Śmiech zamarł mu w gardle. Ze wstydu spurpurowiał i - nie składając
najlżejszego nawet ukłonu - jak burza wypadł z domu.
Gdyby wzrok mógł zabijać, Elżbieta leżałaby już dwa metry pod ziemią.
Matka zdążyła jednak rzucić jej tylko przelotne spojrzenie, bo pobiegła
za księciem, coś tam plotąc, że Elżbieta nie jest dziś całkiem sobą.
- Nie możesz wciąż tak się zachowywać, Sisi - Elżbieta usłyszała za sobą
zmęczony głos Heleny i odwróciła się do siostry. - Szkodzisz nam
wszystkim.
Tylko tyle obchodziło teraz Néné? Elżbieta chciała, by siostra spytała
ją, czy dobrze się czuje, czy nie cierpi. I co takiego się wydarzyło
rano, że tak się pobrudziła.
Nie mogła zrozumieć, dlaczego jakiś niechciany książę i nigdy w życiu
niewidziany cesarz są ważniejsi od siostry o złamanym sercu i w pokrwawionej koszuli nocnej.
Kilka minut później weszła do salonu na rozmowę z matką. Jasne, białe
ściany irytująco kontrastowały z jej przygnębieniem. Helena, która
weszła razem z nią, na polecenie matki zamknęła drzwi i stanęła z boku.
Była kompletnym przeciwieństwem Elżbiety. Nie chodziła boso z ubłoconymi
stopami. Nie wyrzucała z siebie słów w pośpiechu. Serce Elżbiety
wyrywało się do niej z daleka. Tęsknię za tobą, Néné. Gdzie się
podziałaś?
Otworzyła usta i zamknęła je, niepewna, co ma powiedzieć. Poza tym nie
miało to sensu. Matka jasno dała do zrozumienia, że nie interesują jej
opinie Elżbiety.
Stała teraz daleko, przy oknie, obok wnęki, w której Elżbieta często się
ukrywała, by marzyć i pisać. Miejsce to, z widokiem na otoczenie pałacu,
idealnie nadawało się do układania wierszy o miłości, pragnieniach, o górach i niebie - ale teraz wypełniała je złość matki. Paląca i odpychająca jak rozżarzone węgle.
Księżna odwróciła się gwałtownie, przemierzyła pokój i nachyliła się nad
Elżbietą.
- Odstraszyłaś dwóch hrabiów i dwóch książąt. Bardzo odpowiednich
mężczyzn! - rzuciła jej w twarz.
Ile razy by matka to powtarzała, niesprawiedliwość jej słów zapierała
Elżbiecie dech. Pierwszy z książąt rozpiął spodnie, kiedy jedli ciasto.
Drugi uważał, że na każde dziesięć słów wypowiedzianych przez mężczyznę
kobieta może powiedzieć jedno. Czy to, zdaniem matki, byli odpowiedni
mężczyźni? Własnego męża ganiła za to, że podobny jest do pierwszego z nich. To zakłamanie było szokujące. Książęta i hrabiowie mogli
zachowywać się tak źle, jak im się podobało, ale to Elżbietę obarczano
winą i karano.
- Wiesz, że mam wrzód - ciągnęła matka; oskarżała, nie informowała. -
Doktor powiedział, że może pęknąć i wtedy wykrwawię się w środku na
śmierć. Wszystko przez ciebie, Sisi. - Cofnęła się i ciężko oparła o fotel.
Elżbieta zawsze była źródłem cierpień matki. Dlatego, że miała odwagę
odrzucać rozpustników, zarozumialców i mężczyzn dwa razy od siebie
starszych. Być może także dlatego, że nie chciała tego, czego chciała
matka i nie była taka jak ona. Miała dość.
- Mam na imię Elżbieta - powiedziała powoli i wyraźnie.
Matka spojrzała na nią, w pierwszej chwili zszokowana, a potem wściekła.
Uniosła spódnicę i w mgnieniu oka znalazła się przy niej, z podniesioną
ręką. Elżbieta wyczuła furię i impet uderzenia, nim padło. Jakby
policzkowano ją nie tylko za dziś, ale za wszystkie zniewagi, jakich
dopuściła się w życiu. Spięła się, czekając i na cios, i na pogardę,
jaką miał wyrażać, złość i rozczarowanie.
Ale...
Helena ruszyła z miejsca, oddychała nierówno.
- Mamo - szepnęła, podając kieliszek - może coś na orzeźwienie?
Matka opuściła rękę, sięgnęła po czerwonawe sherry i wycelowała dłoń w Elżbietę.
- Dlaczego nie możesz być taka jak siostra? Co ona robi, kiedy jest
nieszczęśliwa?
Elżbieta spojrzała na Helenę. Czekała, że się odezwie, że coś odpowie.
Milczenie. Elżbieta odwróciła się do matki.
- Nie wiem.
- Ja też nie wiem! I tak powinno być!
Elżbieta jeszcze raz powoli nabrała powietrza i spróbowała wypowiedzieć
swoje zdanie.
- Chcę sama decydować. Chcę żyć pełnią życia. Co w tym złego?
- I co chcesz zrobić ze swoim życiem - pisać wiersze?
- A dlaczego nie? - Dlaczego nie miałaby mieć swoich wierszy, swoich
marzeń? Lepsze to niż przepijać życie, jak matka, czy marnować je na
bezsensowne romanse, jak ojciec.
Matka potrząsnęła głową.
- Nie masz pojęcia, jaki naprawdę jest świat.
- Wiem, że coś mnie czeka - szepnęła Elżbieta niemal do siebie.
Matka urwała, zmrużyła oczy.
- Kochana dziewczynko - słowa były jak nóż wymierzony w serce córki -
uwierz mi, nie czeka na ciebie absolutnie nic i nikt.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki