Dwa uderzenia. Godzina druga.
Jak szybko leci czas. Karylion w soborze Twierdzy Pietropawłowskiej chyba też wybija już drugą i wydzwania melodie. Piter po tamtej naszej podróży zamówił dla Moskwy i dla Petersburga kuranty i karyliony z Holandii, żeby grały muzykę jak w miastach na Zachodzie. W Baszcie Spasskiej moskiewskiego Kremla zawieszono kuranty, które wygrywały śmieszną niemiecką piosenkę o kochanym Augustynie Ach, du lieber Augustin. Zupełnie jakby Niemiecka Słoboda ze swoimi piosneczkami wdrapała się na dzwonnicę Kremla - zemsta Pitera na starodawnej Moskwie i jej obyczajach...
A niedokończonej wieży Soboru Piotra i Pawła, której iglicę wciąż jeszcze budują, przypadł pięknie grający karylion. Gdy pewnego razu po uderzeniu pioruna mechanizm się zaciął i jeden z dekarzy, niejaki Teliuszkin, nie bojąc się, że się zabije, wlazł na dzwonnicę, żeby go naprawić, Piter odwdzięczył mu się później ukazem, który pozwalał temu mużykowi do końca życia pić za darmo w każdej karczmie czy traktierni w całej Rosji. Można było iść o zakład, że Teliuszkin długo nie pożył.
Lubił sobie Piter czasami pożartować. Nie ma co. Nagrodzić człowieka tak, żeby przyspieszyć jego koniec...
Ale wówczas, w Gdańsku, gdy tak mnie zachwycił karylion, pomyślałam, że tylko bardzo bogaci ludzie, tylko bajecznie bogate miasto odmierza skracający się czas swego życia, uświetniając to muzyką z tak drogiego karylionu.
Usłużny kamerjunkier Willem Mons, zauważywszy moje zaciekawienie tym urządzeniem, wypytał się u miejscowych i pewien duchowny tak mu to uprzejmie objaśnił: celebrowanie mijających godzin muzycznymi dzwonami nie ma żadnego związku z bogactwem. Zbytkowny mechanizm jedynie przypomina o tym, że z każdą godziną skraca się nasze życie, a przybliża się spotkanie ze Stwórcą. To spotkanie, jeśli tylko sumienie masz czyste, powinno być radosne, zwieńczające trudy pobożnego żywota. Dlatego śmierć zbliża się razem z muzyką. Mówił jeszcze, że niektórzy z najbogatszych burgerów i patrycjuszy Gdańska mają nawet w domach małe automatyczne zegary-karyliony z pozłacanymi posążkami, gdzie w główny dzwon o równych godzinach uderza młotem kostucha, a kiedy zagra melodia mniejszych dzwoneczków, z zegara wyłażą i obracają się w tańcu aniołowie. Mówił, iż to przypomina im, że powinni żyć tak, żeby jak najmniej bali się śmierci oraz Sądu Ostatecznego.
Nie dziwiłam się, że dla Gdańszczan ich obraz Sądu Ostatecznego był najcenniejszą rzeczą w mieście.
Gdyśmy z Piterem wreszcie go ujrzeli, zaparło nam dech.
Jezus z narzędziami męki i wszyscy święci, i Święty Michał Archanioł ważący dusze: która pusta i leciutka - do piekła, która ciężka od Bożej pełni w sercu - do raju. Po jednej stronie Jezusa - wstępujący do nieba, a po drugiej - strącani do piekła. Opowiedziano nam, co gdzie zostało ukazane, bo na ten obraz mógłbyś patrzeć cały dzień, tyle było na nim wielkich i małych tajemnic: Bóg w ludzkiej postaci, stworzenie głosicielki grzechu, Ewy, przedstawione na bramie do raju, a niżej, na kapie wchodzącego do nieba biskupa - zwiastowanie Maryi Pannie i obietnica zbawienia. Tak jak kobieta wepchnęła nas w grzech, tak kobieta pomaga grzech odkupić, poprzez zbawienie. Potworne czarne diabły z barwnymi skrzydłami motyli - bo grzech często bywa zwodniczy przez swoje jednodniowe i powierzchowne piękno. Pastor, skończywszy opowiadać, nawet zażartował: o człowieku wiele można powiedzieć, widząc, na które skrzydło obrazu dłużej patrzy.
Piter spoglądał na stronę piekła - nie mógł się napodziwiać płomieni i diabłów. Zachwycał się nimi jak mały chłopiec, ze złośliwą przyjemnością patrzył na męczonych grzeszników, na ich wykrzywione z przerażenia twarze, poskręcane z bólu ciała. Nigdy jeszcze nie widziałam go tak oglądającego obraz.
Jeden z diabłów trzymał na ramieniu związaną parę nagich cudzołożników, gdzie głowa kobiety była przy przyrodzeniu mężczyzny, a głowa mężczyzny - przy nogach kobiety, i już zamierzał ich rzucić w ogień piekielny.
Od razu przypomniał mi się Woroneż i Aleksander. Aż mnie ciarki przeszły...
Ja najdłużej patrzyłam na środek: tam, na samym dole, bardzo blisko piekła, ale jeszcze na sądzie, spod belki, z grobowej jamy wyłaziła czy może chowała się w niej wystraszona dziewczyna z rękami złożonymi do modlitwy. Zdawało się, że nawet jeśli i coś złego uczyniła - to jedynie dlatego, że po prostu przeżyć chciała. I patrząc na nią, nie wiedziałeś, co ją czeka na wadze Archanioła - czy jej dusza przeważy szalę na stronę raju, czy jednak poleci do piekła. Zupełnie to było niejasne. Kuliła się przy sądzonych grzesznikach, ale wyglądała na dobrą, bardzo, bardzo wystraszoną, z rękami złożonymi do pokuty.
I jeszcze coś zauważyłam, coś, co pastor przemilczał: odbicie na złotym napierśniku pancerza Michała Archanioła. Malarz namalował tu widok spoza obrazu: to, co jest po tej stronie, na wprost Archanioła, czyli - nas i ten świat, w owym odbiciu. Samotnych ludzi, maleńkie postaci, bezradnie pełznące i czołgające się przez brudną pustynię życia.
Piter wciąż z zachwytem wpatrywał się w diabły i piekło.
Później z pałającymi oczyma zwrócił się do burmistrza i do duchownego i zapytał: "Za ile byście go sprzedali? Zapłacę, ilekolwiek zechcecie".
Byłam świadkiem, jak w owej chwili rozpaliła się miłość Pitera do obrazów i sztuki.
Jednak nawet największe miłości czasami pozostają nieodwzajemnione. Zwłaszcza jeśli miłość chce się tak bezceremonialnie kupić za pieniądze.
Wyjaśniono mu, że obraz Sądu Ostatecznego to nie jest rzecz, lecz świętość: a zatem - wspólna własność wszystkich wierzących mieszkańców miasta, niczyja i wszystkich, nie ma i nigdy nie będzie mieć właściciela, i dlatego - w żaden sposób nie do sprzedania.
Wtedy Piter zagroził im, że nałoży na Gdańsk takie wojskowe kontrybucje, iż sami będą go błagać, przypełzną na kolanach, żeby car od nich odkupił ten obraz. Sami będą prosić, żeby go wziął, oddadzą w prezencie, żeby tylko zdjąć z miasta haracz.
Burmistrz, duchowni i rajcy miejscy odrzekli mu na to, że już raczej zapłacą kontrybucję. Ponieważ w Gdańsku, wolnym mieście królewskim, mającym własne prawa i pieniądze, są rzeczy, których się nie sprzedaje: wiara, prawda, sprawiedliwość, sądy i zwłaszcza obraz Sądu Ostatecznego.
Wszak nie istnieją na świecie takie bogactwa, które mogłyby kupić Sędziego Sądu Ostatecznego.
Ciekawe, czym to się skończyło dla tamtej dziewczyny z obrazu, tej wystraszonej, z rękami złożonymi do modlitwy?
Chciałabym wierzyć, że Sędzia o nas decyduje do ostatniej chwili. Że w Jego wszystkowidzącej obecności na poprawę czy skruchę nigdy nie jest za późno... Może ona zdążyła odkupić się szczerą pokutą? Tak sobie teraz myślę, że i ja też nie powinnam zwlekać.
- Aleksandrze Daniłowiczu, przyślijcie mi tu pisarza z tym wyrokiem, który trzeba podpisać.
- Chwała Bogu, chwała Bogu, Wasza Wysokość, już dawno trzeba było... Zaraz tu będzie!
Aleksander klaszcze w ręce i posyła Olsufjewa po pisarza. Dziwne: myślałam, że - już dawno oczekuje za drzwiami. A okazuje się, że gdzieś przepadł albo jeszcze nie przyszedł. Bardak, nawet Najjaśniejszy nie panuje nad wszystkim.
Ciekawe, czy Aleksander kiedykolwiek jeszcze wspomina Woroneż?
Dziwne rzeczy czasami z pamięci wydobywają obrazy, nawet jeśli samych obrazów już nie widzisz, tylko je sobie przypominasz. Wrażenie, szczegóły... a zapadają w pamięć i nic nie da się z tym zrobić.
Uroczystości weselne w Gdańsku niezbyt sobie przypominam: może najlepiej pamiętam przybycie polskiego króla, który zatrzymał się przy głównym placu, naprzeciwko Fontanny Neptuna, w rzędzie najokazalszych domów, nazywanych Kamienicami Królewskimi. Oprócz tego, że z ich okien roztaczał się wspaniały widok, były też bardzo zbytkownie urządzone; nawet porównywać nie można było z naszą karczmą, z Zur Hoffnung.
August Mocny, odkąd go ostatnio widziałam, postarzał się, przytył. Mówiono, że poważnie niedomaga. On też lubił wypić, i jeszcze zjeść, i często zmieniał metresy. Nie oszczędzał ani żołądka, ani nerek, ani królewskich jąder.
Królewski tryb życia często całkowicie wyczerpuje i niszczy zdrowie. Człowiek ciężko znosi nieustanny nadmiar wszystkiego. Sama jestem tego dowodem.