Cesarz wszech chorób. Biografia raka - Siddhartha Mukherjee

Kup ebooka

35.90 zł
27.64 zł (19,75 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wyzwanie Farbera

Przez całe wie­ki ofia­ry tej cho­ro­by były pod­da­wa­ne nie­mal wszel­kim for­mom eks­pe­ry­men­tów, ja­kie tyl­ko moż­na so­bie wy­obra­zić. W po­szu­ki­wa­niu sku­tecz­ne­go środ­ka, któ­ry przy­niósł­by ulgę w tym trud­nym do le­cze­nia scho­rze­niu, łu­pio­no pola i lasy, ap­te­ki i świą­ty­nie. W hi­sto­rii bez­owoc­nych po­szu­ki­wań leku na tę cho­ro­bę pra­wie żad­ne zwie­rzę nie unik­nę­ło da­ni­ny na jej rzecz, w po­sta­ci sier­ści czy skó­ry, kłów czy pa­zu­rów, gra­si­cy czy tar­czy­cy, wą­tro­by czy śle­dzio­ny80.

Wil­liam Ba­in­brid­ge

Po­szu­ki­wa­nie spo­so­bu na wy­eli­mi­no­wa­nie tej pla­gi [...] to po­dej­mo­wa­ne na chy­bił tra­fił pró­by le­cze­nia i nie­sko­or­dy­no­wa­ne ba­da­nia81.

"The Wa­shing­ton Post", 1946

Do­rche­ster, po­ło­żo­ne je­de­na­ście ki­lo­me­trów na po­łu­dnie od bo­stoń­skie­go kom­plek­su szpi­tal­ne­go Lon­gwo­od, to miej­sco­wość ty­po­wa dla No­wej An­glii, trój­kąt za­kli­no­wa­ny mię­dzy za­nie­czysz­czo­ny­mi te­re­na­mi prze­my­sło­wy­mi na za­cho­dzie a sza­ro­zie­lo­ny­mi wo­da­mi Atlan­ty­ku na wscho­dzie. Pod ko­niec lat czter­dzie­stych Do­rche­ster prze­ży­ło kil­ka fal imi­gra­cji ży­dow­skiej i ir­landz­kiej. Przy­by­sze - stocz­niow­cy, od­lew­ni­cy, in­ży­nie­ro­wie ko­lej­nic­twa, ry­ba­cy i ro­bot­ni­cy fa­brycz­ni - za­sie­dla­li dom­ki sze­re­go­we z de­sek i ce­gły wznie­sio­ne po obu stro­nach pną­cej się po zbo­czu głów­nej alei mia­stecz­ka. Póź­niej Do­rche­ster prze­kształ­ci­ło się w ty­po­we mia­sto ro­dzin­ne - nad rze­ką po­wsta­ły par­ki i pla­ce za­baw, zbu­do­wa­no pole gol­fo­we, ko­ściół i sy­na­go­gę. W nie­dziel­ne po­po­łu­dnia ro­dzi­ny cią­gnę­ły do Fran­klin Park, żeby po­spa­ce­ro­wać ale­ja­mi w cie­niu drzew albo po­ob­ser­wo­wać stru­sie, niedź­wie­dzie po­lar­ne i ty­gry­sy w tam­tej­szym zoo.

16 sierp­nia 1947 roku w jed­nym z do­mów nie­opo­dal zoo dziec­ko ro­bot­ni­ka z bo­stoń­skiej stocz­ni za­pa­dło na ta­jem­ni­czą cho­ro­bę - przez dwa ty­go­dnie bez żad­nej za­uwa­żal­nej pra­wi­dło­wo­ści po­ja­wia­ła się i zni­ka­ła nie­wy­so­ka go­rącz­ka, któ­rej to­wa­rzy­szy­ły osła­bie­nie i bla­dość. Ro­bert San­dler miał dwa lata82. El­liott, jego brat bliź­niak, był żwa­wym che­ru­bin­kiem w peł­ni zdro­wia.

Dzie­sięć dni po pierw­szej go­rącz­ce stan Ro­ber­ta znacz­nie się po­gor­szył. Tem­pe­ra­tu­ra pod­sko­czy­ła. Cera zmie­ni­ła ko­lor z ró­żo­we­go na mlecz­no­bia­ły, jak u du­cha. Chłop­ca przy­wie­zio­no do bo­stoń­skie­go Chil­dren's Ho­spi­tal. Jego śle­dzio­na, na­rząd wiel­ko­ści pię­ści, któ­ry ma­ga­zy­nu­je i wy­twa­rza bia­łe krwin­ki, zwy­kle le­d­wo wy­czu­wal­ny pod że­bra­mi, była wy­raź­nie po­więk­szo­na, zwi­sa­ła jak wy­peł­nio­ny cie­czą wór. Kro­pla krwi pa­cjen­ta ujaw­ni­ła pod mi­kro­sko­pem Far­be­ra toż­sa­mość cho­ro­by - ty­sią­ce bia­łacz­ko­wych lim­fo­bla­stów dzie­li­ły się w sza­lo­nym tem­pie, ich chro­mo­so­my zbi­ja­ły się cia­sno i za­raz roz­cho­dzi­ły, ni­czym za­ci­ska­ją­ce się i roz­luź­nia­ją­ce piąst­ki.

Ro­bert San­dler tra­fił do szpi­ta­la za­le­d­wie kil­ka ty­go­dni po tym, jak Far­ber otrzy­mał pierw­szą prze­sył­kę z Le­der­le Labs. 6 wrze­śnia 1947 roku Far­ber za­czął po­da­wać chłop­cu za­strzy­ki ami­no­an­fo­lu (kwa­su pte­ro­ilo­aspa­ra­gi­no­we­go), pierw­sze­go z an­ty­fo­lia­nów Sub­ba­rao83. (Zgo­da na uczest­nic­two w te­stach kli­nicz­nych no­we­go leku - na­wet tok­sycz­ne­go - za­zwy­czaj nie była wy­ma­ga­na. Ro­dzi­ców cza­sa­mi zdaw­ko­wo in­for­mo­wa­no o pró­bie; dzie­ci nie in­for­mo­wa­no pra­wie nig­dy, nie py­ta­no ich też o zda­nie. Ko­deks no­rym­ber­ski re­gu­lu­ją­cy prze­pro­wa­dza­nie eks­pe­ry­men­tów na lu­dziach, wy­ma­ga­ją­cy od pa­cjen­tów wy­raź­nej do­bro­wol­nej zgo­dy, po­wstał 9 sierp­nia 1947 roku, nie­ca­ły mie­siąc przed eks­pe­ry­men­tem z ami­no­an­fo­lem. Wąt­pli­we, żeby Far­be­ra do­szły słu­chy o za­pi­sach wy­ma­ga­ją­cych zgo­dy pa­cjen­ta).

Le­cze­nie ami­no­an­fo­lem wła­ści­wie nie przy­nio­sło skut­ku. Przez na­stęp­ny mie­siąc Ro­bert San­dler co­raz bar­dziej opa­dał z sił. Za­czął też uty­kać na sku­tek po­wsta­nia na­cie­ków bia­łacz­ko­wych uci­ska­ją­cych rdzeń krę­go­wy. Po­ja­wi­ły się bóle sta­wów i sil­ne bóle wę­dru­ją­ce. Póź­niej na­ciek bia­łacz­ko­wy po­ja­wił się w ko­ści udo­wej, po­wo­du­jąc jej pęk­nię­cie i ból nie do opi­sa­nia. W grud­niu przy­pa­dek Ro­ber­ta wy­da­wał się bez­na­dziej­ny. Kra­wędź śle­dzio­ny chłop­ca, jesz­cze bar­dziej wy­peł­nio­nej ko­mór­ka­mi bia­łacz­ki, się­gnę­ła mied­ni­cy. Pa­cjent był wy­co­fa­ny, apa­tycz­ny, opuch­nię­ty i bla­dy. Stał na pro­gu śmier­ci.

Ale 28 grud­nia Far­ber do­stał od Sub­ba­rao i Kil­tie nowy ro­dzaj anty-fo­lia­nu, ami­nop­te­ry­nę, sub­stan­cję o struk­tu­rze dość po­dob­nej do ami­no­an­fo­lu. Na­tych­miast za­czął po­da­wać chłop­cu za­strzy­ki no­we­go leku, spo­dzie­wa­jąc się, że w naj­lep­szym ra­zie uda się przy­nieść pa­cjen­to­wi ulgę w cier­pie­niu.

Re­ak­cja na lek była wy­raź­na. Licz­ba bia­łych krwi­nek, któ­ra do­tąd zwięk­sza­ła się w astro­no­micz­nym tem­pie - we wrze­śniu było ich dzie­sięć ty­się­cy, w li­sto­pa­dzie - dwa­dzie­ścia ty­się­cy, a w grud­niu - bli­sko sie­dem­dzie­siąt ty­się­cy - na­gle prze­sta­ła ro­snąć i utrzy­my­wa­ła się mniej wię­cej na sta­łym po­zio­mie. A po­tem, co było jesz­cze bar­dziej nie­zwy­kłe, za­czę­ła ma­leć. Bia­łacz­ko­wych bla­stów we krwi stop­nio­wo uby­wa­ło, aż wresz­cie nie­mal cał­ko­wi­cie znik­nę­ły. W ostat­ni dzień grud­nia po­ziom bia­łych krwi­nek spadł do pra­wie jed­nej szó­stej naj­wyż­szej za­no­to­wa­nej w prze­bie­gu cho­ro­by war­to­ści, do po­zio­mu zbli­żo­ne­go do nor­mal­ne­go. No­wo­twór nie znik­nął - pod mi­kro­sko­pem nadal wi­dać było zło­śli­we bia­łe krwin­ki - ale tym­cza­so­wo osłabł; tej mroź­nej bo­stoń­skiej zimy za­stygł w he­ma­to­lo­gicz­nym im­pa­sie.

13 stycz­nia 1948 roku Ro­bert San­dler wró­cił do kli­ni­ki, po raz pierw­szy od dwóch mie­się­cy idąc o wła­snych si­łach. Jego śle­dzio­na i wą­tro­ba zmniej­szy­ły się tak za­uwa­żal­nie, że - jak za­no­to­wał Far­ber - ubra­nia pa­cjen­ta sta­ły się "luź­ne w oko­li­cy brzu­cha". Krwa­wie­nie usta­ło. Chło­piec miał wil­czy ape­tyt, tak jak­by chciał nad­ro­bić wszyst­kie po­sił­ki, któ­re opu­ścił przez pół roku. Z no­ta­tek Far­be­ra wy­ni­ka, że w lu­tym uwa­ga chłop­ca, jego po­ziom od­ży­wie­nia i ak­tyw­no­ści były ta­kie same jak u bra­ta bliź­nia­ka. Bo­daj przez mie­siąc Ro­bert i El­liott znów wy­da­wa­li się iden­tycz­ni.

*

Re­mi­sja, któ­ra na­stą­pi­ła u Ro­ber­ta San­dle­ra - zja­wi­sko wów­czas bez pre­ce­den­su w hi­sto­rii bia­łacz­ki - zdo­pin­go­wa­ła Far­be­ra do go­rącz­ko­wej ak­tyw­no­ści. Na po­cząt­ku zimy 1948 roku w jego kli­ni­ce po­ja­wi­li się nowi pa­cjen­ci, na przy­kład trzy­let­ni chło­piec przy­wie­zio­ny z po­wo­du bólu gar­dła czy dwu­ipół­let­nia dziew­czyn­ka z gu­za­mi na gło­wie i szyi; u wszyst­kich zdia­gno­zo­wa­no osta­tecz­nie ostrą dzie­cię­cą bia­łacz­kę lim­fa­tycz­ną. Far­ber, ma­jąc pod do­stat­kiem an­ty­fo­lia­nów od Yel­li, i pa­cjen­tów, któ­rzy roz­pacz­li­wie ich po­trze­bo­wa­li, zwer­bo­wał do po­mo­cy he­ma­to­lo­ga Lo­uisa Dia­mon­da oraz ze­spół asy­sten­tów: Ja­me­sa Wolf­fa, Ro­ber­ta Mer­ce­ra i Ro­ber­ta Sy­lve­ste­ra.

Już pierw­sze ba­da­nie kli­nicz­ne Far­be­ra roz­wście­czy­ło kie­row­nic­two Chil­dren's Ho­spi­tal. Tym ra­zem uzna­no, że prze­brał mia­rę. Per­so­nel szpi­ta­la prze­gło­so­wał wnio­sek, żeby usu­nąć wszyst­kich sta­ży­stów pe­dia­trycz­nych z od­dzia­łu che­mio­te­ra­pii bia­łacz­ki (at­mos­fe­ra na od­dzia­łach, na któ­rych le­czo­no dzie­ci cho­re na bia­łacz­kę, była, jak zgod­nie uzna­no, zde­cy­do­wa­nie zbyt przy­gnę­bia­ją­ca i zbyt eks­pe­ry­men­tal­na, a tym sa­mym nie sprzy­ja­ła edu­ka­cji me­dycz­nej). W ten spo­sób po­zo­sta­wio­no wła­ści­wie całą opie­kę nad pa­cjen­ta­mi Far­be­ro­wi i jego asy­sten­tom84. Dzie­ci cho­re na no­wo­two­ry, jak na­pi­sał pe­wien chi­rurg, za­zwy­czaj "upy­cha­no w naj­ciem­niej­szych za­ka­mar­kach szpi­ta­li"85. Zda­niem pe­dia­trów tak czy owak znaj­do­wa­ły się one już na łożu śmier­ci - czy nie by­ło­by bar­dziej hu­ma­ni­tar­nie, jak upo­rczy­wie twier­dzi­li nie­któ­rzy, po pro­stu "po­zwo­lić im umrzeć w spo­ko­ju"86? Gdy je­den z kli­ni­cy­stów Far­be­ra za­pro­po­no­wał, żeby jego no­wa­tor­skie "che­mi­ka­lia" po­da­wać cho­rym na bia­łacz­kę dzie­ciom tyl­ko w osta­tecz­no­ści, Far­ber, do­sko­na­le pa­mię­ta­jąc swo­je po­przed­nie wcie­le­nie pa­to­lo­ga, od­pa­ro­wał: "Wte­dy che­mi­ka­lia będą już zbęd­ne, poza jed­nym - pły­nem do bal­sa­mo­wa­nia zwłok"87.

Urzą­dził so­bie pro­wi­zo­rycz­ną pra­cow­nię w ostat­niej sali od­dzia­łu, tuż przy ła­zien­kach. Jego mały ze­spół roz­lo­ko­wał się w naj­róż­niej­szych nie­uży­wa­nych po­miesz­cze­niach za­kła­du pa­to­lo­gii - na za­ple­czach, na klat­kach scho­do­wych i w pu­stych ga­bi­ne­tach88. Ze stro­ny szpi­ta­la otrzy­my­wał mi­ni­mal­ne wspar­cie. Asy­sten­ci Far­be­ra sa­mo­dziel­nie ostrzy­li so­bie igły do biop­sji szpi­ku, co już wte­dy było prak­ty­ką rów­nie prze­sta­rza­łą jak ostrze­nie skal­pe­li przez chi­rur­gów89. Ze­spół Far­be­ra dro­bia­zgo­wo śle­dził po­stę­py cho­ro­by u każ­de­go pa­cjen­ta - na­le­ża­ło wszyst­ko za­pi­sy­wać: każ­dy wy­nik ba­da­nia krwi, każ­dą trans­fu­zję, każ­dą go­rącz­kę. Sko­ro bia­łacz­ka mia­ła zo­stać po­ko­na­na, Far­ber chciał za­cho­wać dla po­tom­no­ści spra­woz­da­nie z każ­dej mi­nu­ty tej wal­ki - na­wet je­śli ni­ko­go poza sa­mym Far­be­rem ono nie in­te­re­so­wa­ło.

*

Zima 1948 roku była w Bo­sto­nie ostra i mroź­na. Bu­rze śnież­ne spa­ra­li­żo­wa­ły pra­cę kli­ni­ki Far­be­ra. Wą­ska as­fal­to­wa dro­ga pro­wa­dzą­ca do Lon­gwo­od Ave­nue była za­wa­lo­na hał­da­mi brud­ne­go śnie­gu i bło­tem po­śnie­go­wym, a w ko­ry­ta­rzach w su­te­re­nie szpi­ta­la, gdzie na­wet je­sie­nią było chłod­no, te­raz pa­no­wał ziąb nie do znie­sie­nia. Co­dzien­ne po­da­wa­nie za­strzy­ków z an­ty­fo­lia­nów było nie­moż­li­we, ze­spół Far­be­ra po­prze­sta­wał więc na trzech daw­kach ty­go­dnio­wo. W lu­tym, kie­dy bu­rze śnież­ne usta­ły, znów pod­ję­to po­da­wa­nie leku co dzień.

Tym­cza­sem wie­ści o pró­bach le­cze­nia bia­łacz­ki dzie­cię­cej za­czę­ły się sze­rzyć i do kli­ni­ki Far­be­ra cią­gnął sznur pa­cjen­tów. W każ­dym ko­lej­nym przy­pad­ku po­wta­rzał się do­kład­nie ten sam nie­wia­ry­god­ny wzo­rzec: an­ty­fo­lia­ny ob­ni­ża­ły licz­bę ko­mó­rek bia­łacz­ko­wych, a cza­sa­mi do­pro­wa­dza­ły wręcz do cał­ko­wi­te­go ich znik­nię­cia - przy­najm­niej na ja­kiś czas. Zda­rza­ły się re­mi­sje rów­nie spek­ta­ku­lar­ne jak w przy­pad­ku Ro­ber­ta San­dle­ra. Dwóch chłop­ców le­czo­nych ami­nop­te­ry­ną wró­ci­ło do szko­ły90. Inne dziec­ko, dwu­ipół­let­nia dziew­czyn­ka, po sied­miu mie­sią­cach le­że­nia w łóż­ku za­czę­ła się ba­wić i bie­gać91. Nor­mal­ność ob­ra­zu krwi nie­mal przy­wra­ca­ła, na chwi­lę krót­ką jak mgnie­nie oka, nor­mal­ność dzie­ciń­stwu.

Ale za każ­dym ra­zem w pew­nym mo­men­cie po­ja­wiał się ten sam pro­blem. Po kil­ku mie­sią­cach re­mi­sji no­wo­twór na­wra­cał i osta­tecz­nie nie mo­gły go zwal­czyć na­wet naj­sil­niej­sze z nad­sy­ła­nych przez Yel­lę le­ków. Ko­mór­ki bia­łacz­ki znów po­ja­wia­ły się w szpi­ku, po czym prze­do­sta­wa­ły do krwio­bie­gu i na­wet naj­bar­dziej ak­tyw­ne an­ty­fo­lia­ny nie mo­gły za­trzy­mać ich roz­wo­ju. Ro­bert San­dler zmarł w 1948 roku, choć wcze­śniej przez kil­ka mie­się­cy wy­da­wa­ło się, że jest zdro­wy.

Re­mi­sje były wpraw­dzie tym­cza­so­we, nie­mniej jed­nak au­ten­tycz­ne - i mia­ły hi­sto­rycz­ne zna­cze­nie. Do kwiet­nia 1948 roku ze­bra­no dość da­nych, żeby na­pi­sać ar­ty­kuł do "New En­gland Jo­ur­nal of Me­di­ci­ne"92. Ze­spół Far­be­ra le­czył szes­na­ścio­ro dzie­ci. Dzie­się­cio­ro za­re­ago­wa­ło na le­cze­nie. Pię­cio­ro zaś - czy­li bli­sko jed­na trze­cia ba­da­nej gru­py - żyło jesz­cze od czte­rech do na­wet sze­ściu mie­się­cy od chwi­li po­sta­wie­nia dia­gno­zy. W przy­pad­ku bia­łacz­ki była to cała wiecz­ność.

*

Ar­ty­kuł Far­be­ra, opu­bli­ko­wa­ny 3 czerw­ca 1948 roku, li­czy sie­dem stron i jest na­je­żo­ny ta­be­la­mi, licz­ba­mi, fo­to­gra­fia­mi spod mi­kro­sko­pu, war­to­ścia­mi uzy­ska­ny­mi w ba­da­niach la­bo­ra­to­ryj­nych i wy­ni­ka­mi ba­dań krwi. Na­pi­sa­ny jest sztyw­nym, for­mal­nym i oschłym na­uko­wym żar­go­nem. Ale mimo to, jak wszyst­kie prze­ło­mo­we ar­ty­ku­ły z dzie­dzi­ny me­dy­cy­ny, czy­ta się go ni­czym thril­ler. Wcią­ga w swo­ją rze­czy­wi­stość jak praw­dzi­wa po­wieść: na­wet dzi­siaj czy­tel­nik prze­no­si się za ku­li­sy burz­li­wej co­dzien­no­ści bo­stoń­skiej kli­ni­ki, gdzie pa­cjen­ci kur­czo­wo trzy­ma­ją się ży­cia, pod­czas gdy Far­ber i jego asy­sten­ci usi­łu­ją zna­leźć nowe leki na strasz­li­wą cho­ro­bę, któ­ra na ja­kiś czas zni­ka, po czym po­wra­ca. Ar­ty­kuł ma kla­sycz­ną fa­bu­łę, z po­cząt­kiem, roz­wi­nię­ciem i, nie­ste­ty, rów­nież za­koń­cze­niem.

Tekst przy­ję­to, jak wspo­mi­na pe­wien na­uko­wiec, "ze scep­ty­cy­zmem, nie­do­wie­rza­niem i obu­rze­niem"93. Z punk­tu wi­dze­nia Far­be­ra jego ba­da­nie kli­nicz­ne nio­sło opty­mi­stycz­ny prze­kaz: w le­cze­niu no­wo­two­ru, i to w jed­nej z naj­bar­dziej agre­syw­nych jego po­sta­ci, z po­wo­dze­niem za­sto­so­wa­no sub­stan­cję che­micz­ną. W cią­gu sze­ściu mie­się­cy, na prze­ło­mie lat 1947 i 1948, Far­ber wi­dział więc, jak otwie­ra­ją się przed nim drzwi, na mgnie­nie oka uka­zu­ją, co się za nimi kry­je - po czym znów z hu­kiem się za­trza­sku­ją. Przez tę krót­ką chwi­lę doj­rzał osza­ła­mia­ją­ce moż­li­wo­ści. To, że uda­ło się za po­mo­cą sztucz­nie uzy­ska­ne­go leku wy­eli­mi­no­wać ogól­no­ustro­jo­wy no­wo­twór zło­śli­wy, było w hi­sto­rii no­wo­two­rów wy­da­rze­niem wła­ści­wie bez­pre­ce­den­so­wym. La­tem 1948 roku, kie­dy je­den z asy­sten­tów Far­be­ra wy­ko­nał biop­sję szpi­ku kost­ne­go dziec­ka cho­re­go na bia­łacz­kę, któ­re le­czo­no ami­nop­te­ry­ną, nie mógł uwie­rzyć w otrzy­ma­ne wy­ni­ki. Na­pi­sał: "Szpik wy­glą­dał tak nor­mal­nie, że moż­na było ma­rzyć o osta­tecz­nym wy­le­cze­niu cho­ro­by"94.

I Far­ber o tym ma­rzył. O spe­cy­ficz­nych le­kach prze­ciw­no­wo­two­ro­wych, któ­re będą za­bi­ja­ły ko­mór­ki zło­śli­we, i o nor­mal­nych ko­mór­kach, któ­re będą się od­na­wiać i od­zy­ski­wać swo­ją fi­zjo­lo­gicz­ną prze­strzeń; ma­rzył o ga­mie sztucz­nie uzy­ska­nych sub­stan­cji-an­ta­go­ni­stów, któ­re dzie­siąt­ko­wa­ły­by zło­śli­we ko­mór­ki; ma­rzył o tym, że uda się cał­ko­wi­cie wy­le­czyć bia­łacz­kę za po­mo­cą le­ków che­micz­nych, a po­tem wy­ko­rzy­stać zdo­by­te do­świad­cze­nie w le­cze­niu po­wszech­niej­szych no­wo­two­rów. Rzu­cał on­ko­lo­gii po­waż­ne wy­zwa­nie. Pod­ję­cie tego wy­zwa­nia na­le­ża­ło do ca­łe­go po­ko­le­nia le­ka­rzy i na­ukow­ców.

"Odległe współczucie"

W le­cze­niu raka, jak na­le­ży stwier­dzić, nie moż­na po­kła­dać du­żej czy wręcz żad­nej uf­no­ści w leki we­wnętrz­ne [...] i nie skut­ku­je nic poza cał­ko­wi­tym usu­nię­ciem cho­rej czę­ści cia­ła136.

A Dic­tio­na­ry of Prac­ti­cal Sur­ge­ry, 1836

Książ­ka Mat­thew Ba­il­lie­go The Mor­bid Ana­to­my... po­ło­ży­ła in­te­lek­tu­al­ne pod­wa­li­ny pod usu­wa­nie gu­zów me­to­dą chi­rur­gicz­ną. Sko­ro, jak od­krył Ba­il­lie, czar­na żółć nie ist­nie­je, to może chi­rur­gicz­ne usu­nię­cie raka rze­czy­wi­ście po­zwo­li oczy­ścić cia­ło z cho­ro­by. Ale chi­rur­gia jako dys­cy­pli­na nie była jesz­cze na tego ro­dza­ju ope­ra­cje go­to­wa. W la­tach sześć­dzie­sią­tych XVIII wie­ku szkoc­ki chi­rurg John Hun­ter, wuj Ba­il­lie­go, za­czął usu­wać guzy swo­im pa­cjen­tom w lon­dyń­skiej kli­ni­ce, ma­ni­fe­stu­jąc ci­chy sprze­ciw wo­bec nauk Ga­le­na. Ale wni­kli­we ba­da­nia Hun­te­ra - po­cząt­ko­wo prze­pro­wa­dza­ne na zwie­rzę­tach i zwło­kach w jego wła­snym domu - utknę­ły w kry­tycz­nym wą­skim gar­dle. Hun­ter po­tra­fił zręcz­nie do­stać się do gu­zów i - je­że­li były "usu­wal­ne" (jak na­zy­wał znaj­du­ją­ce się nie­zbyt głę­bo­ko no­wo­two­ry nie­in­wa­zyj­ne) - wy­jąć je, nie na­ru­sza­jąc de­li­kat­nej ar­chi­tek­tu­ry tkan­ki znaj­du­ją­cej się głę­biej. Jak pi­sał: "Je­że­li nie tyl­ko guz jest ru­cho­my, ale i dana część cia­ła, moż­na je bez­piecz­nie usu­nąć. Ale trze­ba wiel­kiej ostroż­no­ści, żeby po­znać, czy owe ko­lej­ne guzy znaj­du­ją się w na­szym za­się­gu, gdyż czę­sto mo­że­my wy­dać myl­ną oce­nę"137.

To ostat­nie zda­nie mia­ło de­cy­du­ją­cą wagę. Hun­ter, co praw­da z grub­sza, za­kla­sy­fi­ko­wał guzy do róż­nych "stop­ni za­awan­so­wa­nia". Gu­za­mi  u s u w a l n y m i  na­zy­wał za­zwy­czaj wcze­sne, miej­sco­we no­wo­two­ry. Gu­za­mi  n i e u s u w a l n y m i  zaś - no­wo­two­ry za­awan­so­wa­ne, in­wa­zyj­ne, na­wet prze­rzu­to­we. Hun­ter do­szedł do wnio­sku, że je­dy­nie guzy usu­wal­ne war­to wy­ci­nać. W przy­pad­ku bar­dziej za­awan­so­wa­nych no­wo­two­rów za­le­cał uczci­wą, choć przy­pra­wia­ją­cą o dreszcz zgro­zy me­to­dę po­stę­po­wa­nia, któ­ra przy­wo­dzi na myśl kon­klu­zje Im­ho­te­pa: "od­le­głe współ­czu­cie"IX.

Hun­te­ro­wi jako ana­to­mo­wi nie moż­na było ni­cze­go za­rzu­cić, jed­nak jego umysł chi­rur­ga znacz­nie gó­ro­wał nad ręką. Jako czło­wiek nie­cier­pli­wy i sta­le nie­na­sy­co­ny, ob­da­rzo­ny nie­mal ma­nia­kal­ną ener­gią, sy­pia­ją­cy le­d­wie po czte­ry go­dzi­ny na dobę, Hun­ter bez koń­ca do­sko­na­lił swo­je chi­rur­gicz­ne umie­jęt­no­ści na zwło­kach stwo­rzeń ze wszyst­kich za­ka­mar­ków kró­le­stwa zwie­rząt - małp, re­ki­nów, mor­sów, ba­żan­tów, niedź­wie­dzi i ka­czek. Ale wo­bec ży­wych lu­dzi miał zwią­za­ne ręce. Na­wet je­śli pra­co­wał w bły­ska­wicz­nym tem­pie, otę­piw­szy pa­cjen­ta nie­mal do nie­przy­tom­no­ści al­ko­ho­lem i opium, prze­skok z nie­ru­cho­mych, po­zba­wio­nych krwi zwłok do ży­wych pa­cjen­tów wią­zał się z ty­sią­cem nie­bez­pie­czeństw. A prze­cież oprócz cier­pie­nia pod­czas ope­ra­cji pa­cjen­tom po­waż­nie za­gra­ża­ły in­fek­cje po­ope­ra­cyj­ne. Ci, któ­rzy prze­ży­li strasz­ną mękę sto­łu ope­ra­cyj­ne­go, czę­sto wkrót­ce po­tem umie­ra­li jesz­cze strasz­niej­szą śmier­cią we wła­snych łóż­kach.

*

W krót­kim okre­sie mię­dzy ro­kiem 1846 a 1867 dzię­ki dwóm od­kry­ciom znik­nę­ły dwa drę­czą­ce chi­rur­gię od za­wsze pro­ble­my, a chi­rur­dzy on­ko­lo­gicz­ni mo­gli wró­cić do śmia­łych za­bie­gów, ja­kie sta­rał się udo­sko­na­lić Hun­ter w Lon­dy­nie.

Pierw­sze z tych dwóch od­kryć, znie­czu­le­nie ogól­ne, pu­blicz­nie za­de­mon­stro­wa­no w 1846 roku w cia­sno wy­peł­nio­nej sali ope­ra­cyj­nej w Mas­sa­chu­setts Ge­ne­ral Ho­spi­tal, nie­ca­łe dzie­sięć mil od miej­sca, gdzie sto lat póź­niej mia­ło się mie­ścić la­bo­ra­to­rium Sid­neya Far­be­ra. 16 paź­dzier­ni­ka rano, oko­ło go­dzi­ny dzie­sią­tej, w ciem­nej, po­nu­rej sali w ser­cu szpi­ta­la spo­tka­ła się gru­pa le­ka­rzy. Bo­stoń­ski den­ty­sta Wil­liam Mor­ton po­ka­zał ze­bra­nym mały szkla­ny in­ha­la­tor, za­wie­ra­ją­cy mniej wię­cej litr ete­ru. Otwo­rzył za­wór i po­pro­sił swo­je­go pa­cjen­ta, dru­ka­rza o na­zwi­sku Edward Ab­bott, żeby wcią­gnął w płu­ca opa­ry. Gdy Ab­bott za­padł w głę­bo­ki sen, na śro­dek sali ope­ra­cyj­nej wy­szedł chi­rurg i kil­ko­ma szyb­ki­mi ru­cha­mi wpraw­nie do­ko­nał na­cię­cia na szyi Ab­bot­ta, po czym za­szył na­brzmia­łe, zde­for­mo­wa­ne na­czy­nie krwio­no­śne (okre­śla­ne na­zwą "tu­mor", co ozna­cza­ło wów­czas za­rów­no zmia­ny ła­god­ne, jak i zło­śli­we). Kil­ka mi­nut po­tem Ab­bott się obu­dził i po­wie­dział: "W żad­nym mo­men­cie nie czu­łem bólu, cho­ciaż wie­dzia­łem, że je­stem ope­ro­wa­ny"138.

Znie­czu­le­nie - czy­li od­dzie­le­nie bólu od za­bie­gu chi­rur­gicz­ne­go - otwo­rzy­ło przed chi­rur­ga­mi moż­li­wo­ści prze­pro­wa­dza­nia dłuż­szych, czę­sto na­wet kil­ku­go­dzin­nych ope­ra­cji. Po­zo­sta­ła jesz­cze jed­nak do po­ko­na­nia prze­szko­da, któ­rą sta­no­wi­ły za­ka­że­nia po­ope­ra­cyj­ne. Do po­ło­wy XIX wie­ku były po­wszech­ne i śmier­tel­ne, lecz ich przy­czy­na wciąż po­zo­sta­wa­ła za­gad­ką. "Jest to za­pew­ne ja­kaś bar­dzo drob­na za­sa­da [w ra­nie], któ­rej nie moż­na zo­ba­czyć" - pod­su­mo­wał do­cie­ka­nia swo­ich ko­le­gów po fa­chu pe­wien chi­rurg w 1819 roku139.

W roku 1865 szkoc­ki chi­rurg Jo­seph Li­ster w toku nie­zwy­kłe­go ro­zu­mo­wa­nia od­krył, jak zneu­tra­li­zo­wać tę cza­ją­cą się w ra­nach "bar­dzo drob­ną za­sa­dę". Wy­szedł od daw­no zna­ne­go z ob­ser­wa­cji fak­tu kli­nicz­ne­go: rany na­ra­żo­ne na kon­takt z po­wie­trzem pręd­ko ata­ku­je gan­gre­na, rany za­mknię­te zaś czę­sto po­zo­sta­ją czy­ste, nie­za­in­fe­ko­wa­ne. W sa­lach po­ope­ra­cyj­nych szpi­ta­la w Glas­gow Li­ster sta­le wi­dy­wał, jak wo­kół rany pa­cjen­ta po­wsta­je agre­syw­nie czer­wo­na otocz­ka, a nie­dłu­go po­tem skó­ra wy­glą­da tak, jak­by gni­ła od środ­ka, cze­mu to­wa­rzy­szą czę­sto go­rącz­ka i ro­pie­nie, a skut­kiem jest szyb­ka śmierć.

Li­ster sko­ja­rzył to z po­zor­nie nie­ma­ją­cym związ­ku z in­fek­cja­mi ran eks­pe­ry­men­tem prze­pro­wa­dzo­nym w da­le­kim Pa­ry­żu. Otóż wy­bit­ny fran­cu­ski che­mik Lo­uis Pa­steur wy­ka­zał, że wy­war z mię­sa po­zo­sta­wio­ny w kon­tak­cie z po­wie­trzem szyb­ko męt­nie­je i za­czy­na fer­men­to­wać, na­to­miast szczel­nie za­mknię­ty w uprzed­nio wy­pa­rzo­nym sło­ju za­cho­wu­je kla­row­ność. Na pod­sta­wie tych ob­ser­wa­cji Pa­steur wy­su­nął śmia­łą hi­po­te­zę: męt­nie­nie po­wo­do­wa­ne jest roz­wo­jem nie­wi­dzial­nych mi­kro­or­ga­ni­zmów - bak­te­rii - któ­re prze­do­sta­ją się z po­wie­trza do wy­wa­ru. Li­ster po­cią­gnął ro­zu­mo­wa­nie Pa­steu­ra da­lej. Otwar­ta rana - mie­sza­ni­na skrze­płej krwi i od­kry­te­go cia­ła - była osta­tecz­nie pew­ną od­mia­ną Pa­steu­row­skie­go wy­wa­ru z mię­sa, na­tu­ral­ną szal­ką Pe­trie­go dla roz­wo­ju bak­te­rii. Czy moż­li­we, że te same bak­te­rie, któ­re wpa­da­ły z po­wie­trza do sub­stan­cji przy­go­to­wa­nych przez Pa­steu­ra we Fran­cji, wpa­da­ły rów­nież do ran pa­cjen­tów Li­ste­ra w Szko­cji?

Wkrót­ce Li­ster do­ko­nał ko­lej­ne­go ge­nial­ne­go prze­sko­ku lo­gicz­ne­go. Sko­ro bak­te­rie po­wo­du­ją in­fek­cje po­ope­ra­cyj­ne, to może ja­kiś pro­ces an­ty­bak­te­ryj­ny lub sub­stan­cja che­micz­na mogą tym in­fek­cjom za­po­biec. Jak za­pi­sał w swo­ich no­tat­kach kli­nicz­nych: "Przy­szło mi na myśl, że roz­kła­du w zra­nio­nej czę­ści cia­ła moż­na by unik­nąć in­a­czej niż po­przez unie­moż­li­wie­nie kon­tak­tu z po­wie­trzem, a mia­no­wi­cie po­przez na­ło­że­nie w cha­rak­te­rze opa­trun­ku ja­kie­goś ma­te­ria­łu, któ­ry znisz­czył­by ży­cie tych nie­wi­dzial­nych czą­ste­czek"140.

W po­ło­żo­nym nie­opo­dal Glas­gow mia­stecz­ku Car­li­sle Li­ster za­uwa­żył, że czy­ści­cie­le szamb ko­rzy­sta­ją z ta­nie­go pły­nu o słod­kim za­pa­chu, za­wie­ra­ją­ce­go kwas kar­bo­lo­wy. Za­czął więc sma­ro­wać rany po­ope­ra­cyj­ne ma­ścią z kwa­sem kar­bo­lo­wym. (Nic nie wska­zu­je, by sma­ro­wa­nie pa­cjen­tów środ­kiem do czysz­cze­nia szamb wy­da­wa­ło mu się po­stę­po­wa­niem choć tro­chę eks­cen­trycz­nym).

W sierp­niu 1867 roku do lecz­ni­cy Li­ste­ra zo­stał przy­ję­ty trzy­na­sto­let­ni chło­piec, któ­ry do­znał po­waż­ne­go ura­zu ręki, gdy ob­słu­gi­wał ma­szy­nę na jar­mar­ku w Glas­gow141. Rana chłop­ca była otwar­ta i brud­na - stwa­rza­ła ide­al­ne wa­run­ki do roz­wo­ju gan­gre­ny. Le­karz po­sta­no­wił nie am­pu­to­wać ręki, tyl­ko wy­pró­bo­wać bal­sam z kwa­su kar­bo­lo­we­go, li­cząc, że uda się nie do­pu­ścić do in­fek­cji i oca­lić chłop­cu koń­czy­nę. Rana dłu­go wy­glą­da­ła tak, jak­by mia­ło się w nią wdać strasz­ne za­ka­że­nie, jak­by ist­nia­ła groź­ba utwo­rze­nia się rop­nia. Ale Li­ster nie da­wał za wy­gra­ną, apli­ko­wał co­raz więk­sze daw­ki ma­ści kar­bo­lo­wej. Przez kil­ka ty­go­dni sta­ra­nia zda­wa­ły się bez­sku­tecz­ne. Lecz na­gle, tak jak ga­śnie pło­ną­cy sznu­rek, kie­dy pło­mień do­bie­ga do jego koń­ca, rana za­czę­ła się za­skle­piać. Mie­siąc póź­niej zdję­to kom­pre­sy; skó­ra pod nimi była cał­ko­wi­cie za­go­jo­na.

Nie upły­nę­ło dużo cza­su, a wy­na­la­zek Li­ste­ra zna­lazł miej­sce w po­su­wa­ją­cym się zwy­cię­sko na­przód fron­cie chi­rur­gii on­ko­lo­gicz­nej. W 1869 Li­ster usu­nął guz pier­si swo­jej sio­strze Isa­bel­li Pim, uży­wa­jąc sto­łu w ja­dal­ni jako sto­łu ope­ra­cyj­ne­go, ete­ru w cha­rak­te­rze środ­ka znie­czu­la­ją­ce­go, a kwa­su kar­bo­lo­we­go jako środ­ka od­ka­ża­ją­ce­go142. Ope­ra­cja się uda­ła i nie do­szło do in­fek­cji (ale trzy lata póź­niej ko­bie­ta zmar­ła z po­wo­du prze­rzu­tów do wą­tro­by). Kil­ka mie­się­cy po­tem Li­ster prze­pro­wa­dził ope­ra­cję roz­le­głej am­pu­ta­cji na in­nym pa­cjen­cie cho­rym na raka, po­le­ga­ją­cą na usu­nię­ciu no­wo­two­ru (praw­do­po­dob­nie mię­sa­ka) z uda143. W po­ło­wie lat sie­dem­dzie­sią­tych XIX wie­ku ru­ty­no­wo już prze­pro­wa­dzał ma­stek­to­mie i roz­sze­rzył ob­szar za­bie­gu, tak że obej­mo­wał on te­raz tak­że za­ata­ko­wa­ne przez no­wo­twór wę­zły chłon­ne pod pa­chą.

*

An­ty­sep­ty­ka i znie­czu­le­nie sta­no­wi­ły więc bliź­nia­cze prze­ło­my tech­no­lo­gicz­ne, dzię­ki któ­rym chi­rur­gia wy­swo­bo­dzi­ła się z krę­pu­ją­cej ją zbroi śre­dnio­wiecz­nych me­tod. Nowe po­ko­le­nie chi­rur­gów, uzbro­jo­ne w eter i my­dło kar­bo­lo­we, z za­pa­łem za­bra­ło się do prze­pro­wa­dza­nia skom­pli­ko­wa­nych za­bie­gów ana­to­micz­nych, któ­re Hun­ter i jemu po­dob­ni prze­pro­wa­dza­li wcze­śniej na zwło­kach. Na­stą­pi­ło zło­te stu­le­cie chi­rur­gii on­ko­lo­gicz­nej: w la­tach 1850-1950 chi­rur­dzy śmia­ło mie­rzy­li się z ra­kiem, otwie­ra­li cia­ła pa­cjen­tów i usu­wa­li guzy.

Sym­bo­lem tej epo­ki był pra­co­wi­ty wie­deń­ski chi­rurg The­odor Bil­l­roth. Uro­dzo­ny w roku 1829, z nie­mal rów­ną pa­sją stu­dio­wał chi­rur­gię co mu­zy­kę. (Na­wia­sem mó­wiąc, te dwie pro­fe­sje wciąż czę­sto się ze sobą łą­czą - obie do­sko­na­lą się z wie­kiem i w mia­rę na­by­wa­nia prak­ty­ki; obie wy­ma­ga­ją szyb­ko­ści i pre­cy­zji ru­chów oraz zręcz­nych pal­ców). W roku 1867 w Ber­li­nie, już jako pro­fe­sor, Bil­l­roth pod­jął sys­te­ma­tycz­ne ba­da­nia nad me­to­da­mi otwie­ra­nia ludz­kiej jamy brzusz­nej, któ­re po­zwo­li­ły­by na usu­wa­nie gu­zów zło­śli­wych. Do tam­tej pory wskaź­ni­ki śmier­tel­no­ści w na­stęp­stwie ope­ra­cji w ob­rę­bie jamy brzusz­nej były prze­ra­ża­ją­ce. Bil­l­roth pod­szedł do za­gad­nie­nia w spo­sób for­mal­ny i su­mien­ny: przez bli­sko dzie­sięć lat prze­pro­wa­dzał ope­ra­cje otwie­ra­nia i za­my­ka­nia brzu­chów zwie­rząt i ludz­kich zwłok, by wy­ty­czyć czy­ste i bez­piecz­ne dro­gi do wnę­trza jamy brzusz­nej. Na po­cząt­ku lat osiem­dzie­sią­tych XIX wie­ku za­da­nie zo­sta­ło wy­ko­na­ne, dro­gi były wy­ty­czo­ne: "Już do­tych­cza­so­wy prze­bieg prac sta­no­wi do­sta­tecz­ny do­wód na to, że ope­ra­cja w ob­rę­bie jamy brzusz­nej jest moż­li­wa - pi­sał Bil­l­roth. - Na­stęp­nym ce­lem na­szych ba­dań musi być okre­śle­nie wska­zań oraz wy­pra­co­wa­nie tech­nik do­sto­so­wa­nych do roz­ma­itych przy­pad­ków. Mam na­dzie­ję, że o ko­lej­ny duży krok przy­bli­ży­li­śmy się do le­cze­nia nie­szczę­śli­wych lu­dzi uwa­ża­nych do­tąd za przy­pad­ki nie­ule­czal­ne"144.

W Al­l­ge­me­ines Kran­ken­haus, wie­deń­skiej kli­ni­ce uni­wer­sy­tec­kiej, w któ­rej zo­stał mia­no­wa­ny pro­fe­so­rem, Bil­l­roth wraz ze stu­den­ta­mi za­czął sto­so­wać i do­sko­na­lić róż­no­rod­ne tech­ni­ki usu­wa­nia gu­zów z żo­łąd­ka, je­li­ta gru­be­go, jaj­ni­ków i prze­ły­ku, li­cząc na to, że wy­le­czy pa­cjen­tów z raka. Przej­ście od po­szu­ki­wań spo­so­bu le­cze­nia do rze­czy­wi­ste­go le­cze­nia zro­dzi­ło jed­nak nie­prze­wi­dzia­ny pro­blem. Za­da­niem chi­rur­ga on­ko­lo­gicz­ne­go było usu­nię­cie zmie­nio­nej tkan­ki bez na­ru­sza­nia zdro­wej tkan­ki i na­rzą­dów. Ale, jak pręd­ko prze­ko­nał się Bil­l­roth, za­da­nie to wy­ma­ga­ło nie­mal bo­skiej kre­atyw­no­ści.

Od cza­sów We­sa­liu­sza chi­rur­dzy pil­nie stu­dio­wa­li ana­to­mię na­tu­ral­ną. Rak jed­nak na tyle czę­sto nie prze­strze­gał na­tu­ral­nych gra­nic ana­to­micz­nych, że aby go po­skro­mić, trze­ba było wy­my­ślić gra­ni­ce nie­na­tu­ral­ne. Na przy­kład żeby usu­nąć dy­stal­ną część prze­żar­te­go ra­kiem żo­łąd­ka, Bil­l­roth mu­siał po­zo­sta­ły po ope­ra­cji frag­ment żo­łąd­ka przy­szyć do prok­sy­mal­ne­go frag­men­tu je­li­ta cien­kie­go. Usu­nąw­szy całą dol­ną po­ło­wę żo­łąd­ka, po­zo­sta­łą jego część mu­siał przy­szyć do je­li­ta czcze­go. W po­ło­wie lat dzie­więć­dzie­sią­tych XIX wie­ku Bil­l­roth prze­pro­wa­dził ta­kie ope­ra­cje z wy­ko­rzy­sta­niem no­wa­tor­skich re­kon­fi­gu­ra­cji ana­to­micz­nych u czter­dzie­stu je­den pa­cjen­tów z no­wo­two­ra­mi żo­łąd­ka. Dzie­więt­na­stu z nich ope­ra­cję prze­ży­ło145.

Za­bie­gi Bil­l­ro­tha do­sko­na­le ilu­stru­ją naj­waż­niej­sze po­stę­py w le­cze­niu raka. Na po­cząt­ku XX wie­ku moż­na już było chi­rur­gicz­nie usu­wać wie­le no­wo­two­rów ogra­ni­czo­nych do jed­nej lo­ka­li­za­cji (czy­li no­wo­two­rów pier­wot­nych, bez prze­rzu­tów). Za­li­cza­ły się do nich no­wo­two­ry ma­ci­cy i jaj­ni­ków, pier­si i pro­sta­ty, je­li­ta gru­be­go i płu­ca. Je­że­li guzy zo­sta­ły usu­nię­te, nim rak za­ata­ko­wał inne na­rzą­dy, u istot­ne­go od­set­ka pa­cjen­tów ope­ra­cje te owo­co­wa­ły wy­le­cze­niem.

Ale po­mi­mo nie­zwy­kłych po­stę­pów nie­któ­re no­wo­two­ry - na­wet ta­kie, któ­re były na po­zór ogra­ni­czo­ne do jed­nej lo­ka­li­za­cji - na­wra­ca­ły po ope­ra­cji, co pro­wa­dzi­ło do dru­giej, a czę­sto tak­że trze­ciej pró­by usu­nię­cia. Chi­rur­dzy z po­wro­tem kła­dli pa­cjen­ta na sto­le ope­ra­cyj­nym, wy­ci­na­li, wy­ci­na­li i wy­ci­na­li, jak w za­ba­wie w kot­ka i mysz­kę - po­wo­li, ka­wa­łek po ka­wał­ku, wy­do­by­wa­jąc raka z ludz­kie­go cia­ła146.

A gdy­by tak wy­kar­czo­wać raka w ca­ło­ści w moż­li­wie naj­wcze­śniej­szym sta­dium, za po­mo­cą naj­sku­tecz­niej­szej ope­ra­cji, jaką moż­na so­bie wy­obra­zić? Może raka, któ­ry oka­zy­wał się nie­ule­czal­ny po za­sto­so­wa­niu kon­wen­cjo­nal­ne­go za­bie­gu miej­sco­we­go, da­ło­by się wy­eli­mi­no­wać, prze­pro­wa­dza­jąc ra­dy­kal­ną, agre­syw­ną ope­ra­cję, któ­ra usu­nę­ła­by go wraz z ko­rze­nia­mi, tak cał­ko­wi­cie, tak bez resz­ty, że nie zo­stał­by po nim na­wet ślad? W epo­ce po­dzi­wu dla mocy i kre­atyw­no­ści chi­rur­gów kon­cep­cja, że skal­pel chi­rur­ga wy­tnie raka wraz z ko­rze­nia­mi, brzmia­ła wspa­nia­le i obie­cu­ją­co. Jak się póź­niej oka­za­ło, mia­ła za­dzia­łać na kru­chy i ła­two­pal­ny świat on­ko­lo­gii ni­czym fa­jer­werk wrzu­co­ny do becz­ki pro­chu.

Od autora

Ni­niej­sza książ­ka to hi­sto­ria raka. Sta­ro­daw­nej cho­ro­by, nie­gdyś se­kret­nej, o któ­rej mó­wi­ło się wy­łącz­nie szep­tem, póki nie sta­ła się śmier­cio­no­śnym zmien­no­kształt­nym two­rem o tak wiel­kim po­ten­cja­le me­ta­fo­rycz­nym, me­dycz­nym, na­uko­wym i po­li­tycz­nym, że czę­sto na­zy­wa się ją dżu­mą na­sze­go po­ko­le­nia. Ta książ­ka jest naj­praw­dziw­szą bio­gra­fią - pró­bą wnik­nię­cia w umysł tej nie­śmier­tel­nej cho­ro­by, zro­zu­mie­nia jej oso­bo­wo­ści, de­mi­sty­fi­ka­cji jej za­cho­wa­nia. Moim naj­waż­niej­szym ce­lem jest jed­nak zna­le­zie­nie od­po­wie­dzi na py­ta­nie, któ­re wy­kra­cza poza ramy bio­gra­fii: czy mo­że­my so­bie wy­obra­zić ko­niec raka w przy­szło­ści? Czy uda nam się na za­wsze usu­nąć tę cho­ro­bę z na­szych ciał i spo­łe­czeństw?

Rak to nie jest jed­na cho­ro­ba, lecz wie­le róż­nych. Na ich okre­śle­nie uży­wa­my tej sa­mej na­zwy, po­nie­waż łą­czy je pod­sta­wo­wa ce­cha wspól­na - pa­to­lo­gicz­ne na­mna­ża­nie się ko­mó­rek. Uję­cie róż­nych wcie­leń raka w jed­nej opo­wie­ści ma, poza po­do­bień­stwem na po­zio­mie bio­lo­gicz­nym, jesz­cze jed­no uza­sad­nie­nie: roz­ma­itych po­sta­ci tej cho­ro­by nie roz­róż­nia się w sfe­rze kul­tu­ro­wej i po­li­tycz­nej. Opo­wie­dze­nie hi­sto­rii każ­de­go ro­dza­ju no­wo­two­ru osob­no jest nie­moż­li­we; ja po­sta­wi­łem so­bie cel, któ­rym jest po­ka­za­nie naj­waż­niej­szych wąt­ków prze­wi­ja­ją­cych się w li­czą­cej czte­ry ty­sią­ce lat hi­sto­rii tej cho­ro­by.

Mój za­mysł, jak wi­dać ogrom­ny, wy­rósł z cze­goś dużo skrom­niej­sze­go. La­tem 2003 roku, po ukoń­cze­niu re­zy­den­tu­ry w szpi­ta­lu i uzy­ska­niu dy­plo­mu z im­mu­no­lo­gii on­ko­lo­gicz­nej, roz­po­czą­łem spe­cja­li­za­cję w dzie­dzi­nie on­ko­lo­gii w Dana-Far­ber Can­cer In­sti­tu­te oraz Mas­sa­chu­setts Ge­ne­ral Ho­spi­tal w Bo­sto­nie. Po­cząt­ko­wo za­mie­rza­łem przez ten rok pro­wa­dzić dzien­nik - bie­żą­ce do­nie­sie­nia o le­cze­niu no­wo­two­rów, taki "ra­port z li­nii fron­tu". Ale po­mysł pręd­ko wy­ewo­lu­ował w więk­sze i bar­dziej po­głę­bio­ne przed­się­wzię­cie, tak że osta­tecz­nie przy­szło mi za­głę­bić się nie tyl­ko w na­ukę i me­dy­cy­nę, ale też w kul­tu­rę, hi­sto­rię, li­te­ra­tu­rę i po­li­ty­kę, a rów­nież w prze­szłość raka i w jego przy­szłość.

W epi­cen­trum tej hi­sto­rii znaj­du­ją się dwie po­sta­ci, męż­czy­zna i ko­bie­ta - nie­mal w tym sa­mym wie­ku, obo­je są ide­ali­sta­mi, nie­odrod­ny­mi dzieć­mi bo­omu, któ­ry na­stą­pił po II woj­nie świa­to­wej w ame­ry­kań­skiej na­uce i tech­no­lo­gii, a tak­że oso­ba­mi nie­ugię­cie, ob­se­syj­nie dą­żą­cy­mi do wy­po­wie­dze­nia ogól­no­kra­jo­wej "woj­ny z ra­kiem". Pierw­sza z nich to Sid­ney Far­ber, oj­ciec współ­cze­snej che­mio­te­ra­pii, któ­ry w ana­lo­gu wi­ta­mi­ny przy­pad­kiem od­kry­wa sub­stan­cję prze­ciw­no­wo­two­ro­wą o po­tęż­nej sile i za­czy­na ma­rzyć o uni­wer­sal­nym le­kar­stwie na no­wo­two­ry. Dru­gą jest Mary La­sker, przez kil­ka­dzie­siąt lat to­wa­rzy­szą­ca Far­be­ro­wi w jego dzia­ła­niach man­hat­tań­ska lwi­ca sa­lo­no­wa o le­gen­dar­nej wprost ener­gii do ak­tyw­no­ści na are­nie spo­łecz­nej i po­li­tycz­nej. Ale La­sker i Far­ber je­dy­nie eg­zem­pli­fi­ku­ją za­cię­cie, wy­obraź­nię, wy­na­laz­czość i en­tu­zjazm po­ko­leń, któ­re od czte­rech ty­się­cy lat to­czą wal­kę z ra­kiem. W pew­nym sen­sie jest to bo­wiem hi­sto­ria woj­ny - w któ­rej prze­ciw­nik cha­rak­te­ry­zu­je się bez­po­sta­cio­wo­ścią, po­nad­cza­so­wo­ścią i wszech­obec­no­ścią. Mamy tu zwy­cię­stwa i po­raż­ki, set­ki kam­pa­nii, bo­ha­te­rów i py­szał­ków, pierw­szo­rzęd­ne kwe­stie: jak wy­trwać i prze­żyć, a tak­że, co nie­unik­nio­ne, ran­nych, po­tę­pio­nych, za­po­mnia­nych i zmar­łych. Rak wy­ła­nia się z tej opo­wie­ści, jak na­pi­sał pe­wien dzie­więt­na­sto­wiecz­ny chi­rurg na fron­ty­spi­sie swo­jej książ­ki, jako "ce­sarz wszech cho­rób, król tego, co naj­strasz­niej­sze".

Uwa­ga: w na­uce i w me­dy­cy­nie, dzie­dzi­nach, w któ­rych pierw­szeń­stwo od­kry­cia ma ol­brzy­mie zna­cze­nie, mia­no wy­na­laz­cy czy od­kryw­cy otrzy­mu­je się od spo­łecz­no­ści na­ukow­ców i ba­da­czy. Ni­niej­sza książ­ka opi­su­je hi­sto­rie wie­lu od­kryć i wy­na­laz­ków, jed­nak nie słu­żą one temu, żeby ko­mu­kol­wiek przy­pi­sy­wać lub od­bie­rać pra­wo do pierw­szeń­stwa, i nie po­win­ny być w ten spo­sób trak­to­wa­ne.

Jako au­tor tej książ­ki sto­ję na bar­kach wie­lu in­nych osób. Moja pra­ca opie­ra się na in­nych książ­kach, opu­bli­ko­wa­nych ba­da­niach, ar­ty­ku­łach w pi­smach na­uko­wych, wspo­mnie­niach i wy­wia­dach. Ko­rzy­sta­łem tak­że z ma­te­ria­łów po­cho­dzą­cych od osób pry­wat­nych, z bi­blio­tek, ko­lek­cji, zbio­rów i ar­chi­wów, któ­re wy­mie­niam w po­dzię­ko­wa­niach za­miesz­czo­nych na koń­cu ni­niej­sze­go tomu.

Jed­ne­go po­dzię­ko­wa­nia nie mogę jed­nak zo­sta­wić na ko­niec. Ta książ­ka jest nie tyl­ko wy­pra­wą w prze­szłość raka, lecz rów­nież oso­bi­stą po­dró­żą, moim doj­rze­wa­niem jako on­ko­lo­ga. Nie by­ło­by tej po­dró­ży, gdy­by nie moi pa­cjen­ci - w stop­niu znacz­nie więk­szym niż po­zo­sta­łe oso­by, któ­re przy­czy­ni­ły się do po­wsta­nia tej książ­ki, uczy­li mnie oni i in­spi­ro­wa­li. Je­stem im wi­nien bez­gra­nicz­ną wdzięcz­ność.

Ale z każ­dym dłu­giem wią­żą się od­set­ki. Przy­ta­cza­nie w książ­ce hi­sto­rii pa­cjen­tów ro­dzi­ło pro­ble­my zwią­za­ne z ochro­ną ich pry­wat­no­ści i god­no­ści. W tych przy­pad­kach, w któ­rych wie­dza o cho­ro­bie była już wcze­śniej upu­blicz­nio­na (na przy­kład w for­mie wy­wia­du czy ar­ty­ku­łu), uży­wam praw­dzi­wych na­zwisk. W przy­pad­kach zaś, któ­re nie zo­sta­ły po­da­ne do wia­do­mo­ści pu­blicz­nej, albo je­że­li pa­cjen­ci ży­czy­li so­bie za­cho­wa­nia ano­ni­mo­wo­ści, po­słu­ży­łem się fik­cyj­ny­mi na­zwi­ska­mi i umyśl­nie po­zmie­nia­łem daty oraz szcze­gó­ły ży­cio­ry­sów, żeby nie moż­na było tych osób roz­po­znać. Nie­mniej jed­nak są to praw­dzi­wi pa­cjen­ci i praw­dzi­we roz­mo­wy. Bar­dzo pro­szę czy­tel­ni­ków o usza­no­wa­nie ich pry­wat­no­ści.

"Ropienie krwi"

We­zwa­no Sła­wy Me­dy­cy­ny,

Któ­re, po­braw­szy Znacz­ne Sumy,

Orze­kły: "Gor­sze to od Dżu­my!

Na­sza Dia­gno­za nie­omyl­na Brzmi: Me­dy­cy­na jest Bez­sil­na8.

Hi­la­ire Bel­loc

Ła­go­dze­nie jej ob­ja­wów i cier­pie­nia to na­sze co­dzien­ne za­da­nie, jej wy­le­cze­nie - na­sza żar­li­wa na­dzie­ja9.

Wil­liam Ca­stle o bia­łacz­ce, rok 1950

Pew­ne­go gru­dnio­we­go ran­ka 1947 roku w Bo­sto­nie, w pach­ną­cym wil­go­cią la­bo­ra­to­rium, mie­rzą­cym czte­ry me­try na sześć, Sid­ney Far­ber nie­cier­pli­wie wy­cze­ki­wał pacz­ki z No­we­go Jor­ku10. Jego "la­bo­ra­to­rium" było nie­wie­le więk­szym od za­ple­cza ap­te­ki, sła­bo wie­trzo­nym po­miesz­cze­niem ukry­tym w su­te­re­nie Chil­dren's Ho­spi­tal (Szpi­ta­la Dzie­cię­ce­go). Kil­ka­na­ście me­trów wy­żej od­dzia­ły za­czy­na­ły tęt­nić ak­tyw­no­ścią. Dzie­ci w bia­łych ko­szu­lach rzu­ca­ły się nie­spo­koj­nie na wą­skich że­la­znych łóż­kach. Le­ka­rze i pie­lę­gniar­ki od­wie­dza­li ko­lej­ne sale, spraw­dza­li kar­ty, wy­da­wa­li po­le­ce­nia i wy­dzie­la­li le­kar­stwa. La­bo­ra­to­rium Far­be­ra, skład che­mi­ka­liów w szkla­nych sło­jach po­łą­czo­ny z głów­ną czę­ścią szpi­ta­la la­bi­ryn­tem lo­do­wa­to zim­nych ko­ry­ta­rzy, zia­ło pust­ką i apa­tią. W po­wie­trzu uno­sił się ostry za­pach for­ma­li­ny. Tu­taj nie było pa­cjen­tów, tyl­ko ich cia­ła i prób­ki tka­nek do­star­cza­ne do au­top­sji i ba­dań. Far­ber był pa­to­lo­giem. Jego pra­ca po­le­ga­ła na pre­pa­ro­wa­niu otrzy­ma­nych pró­bek, prze­pro­wa­dza­niu au­top­sji, iden­ty­fi­ka­cji ko­mó­rek i dia­gno­zo­wa­niu cho­rób - ale nie na le­cze­niu pa­cjen­tów.

Spe­cja­li­zo­wał się w pa­to­lo­gii pe­dia­trycz­nej11. Bli­sko dwa­dzie­ścia lat spę­dził w tych pod­ziem­nych po­miesz­cze­niach, ślę­cząc ob­se­syj­nie przy oku­la­rze mi­kro­sko­pu. Za­ra­zem piął się po szcze­blach ka­rie­ry: zo­stał kie­row­ni­kiem od­dzia­łu pa­to­lo­gii Chil­dren's Ho­spi­tal. W koń­cu jed­nak pa­to­lo­gia, dys­cy­pli­na zaj­mu­ją­ca się ra­czej zmar­ły­mi niż ży­wy­mi, za­czę­ła mu się wy­da­wać su­chą ga­łę­zią me­dy­cy­ny. Miał już do­syć przy­glą­da­nia się cho­ro­bom z boku i bra­ku kon­tak­tu z ży­wy­mi pa­cjen­ta­mi. Tkan­ki i ko­mór­ki go nu­dzi­ły. Czuł się jak w po­trza­sku, tak jak­by ktoś za­mknął go w jego wła­snej ko­lek­cji sło­jów z for­ma­li­ną.

Zde­cy­do­wał się więc do­ko­nać ra­dy­kal­nej za­wo­do­wej zmia­ny. Za­miast pa­trzeć na nie­ru­cho­me prób­ki za­mknię­te pod szkieł­kiem, po­sta­no­wił spró­bo­wać włą­czyć się w ży­cie kli­ni­ki na wyż­szych pię­trach - ze świa­ta ogra­ni­czo­ne­go do mi­kro­sko­pij­nych wy­mia­rów, któ­ry znał na wy­lot, za­mie­rzał przejść do wie­lo­krot­nie po­więk­szo­ne­go świa­ta pa­cjen­tów i cho­rób. Wie­dzę zdo­by­tą w toku dłu­go­let­nich ba­dań pa­to­lo­gicz­nych chciał wy­ko­rzy­stać do opra­co­wa­nia no­wych spo­so­bów le­cze­nia pa­cjen­tów. Pacz­ka z No­we­go Jor­ku za­wie­ra­ła kil­ka fio­lek żół­tej kry­sta­licz­nej sub­stan­cji zwa­nej ami­nop­te­ry­ną. Na ad­res la­bo­ra­to­rium w Bo­sto­nie zo­sta­ła wy­sła­na dla­te­go, że po­ja­wi­ła się ni­kła na­dzie­ja, że może ona za­ha­mo­wać roz­wój bia­łacz­ki dzie­cię­cej.

*

Gdy­by Far­ber za­py­tał któ­re­go­kol­wiek spo­śród pe­dia­trów krą­żą­cych po od­dzia­łach kil­ka pię­ter wy­żej, czy praw­do­po­dob­ne jest stwo­rze­nie leku na bia­łacz­kę, w od­po­wie­dzi usły­szał­by, że naj­roz­sąd­niej by­ło­by w ogó­le nie za­wra­cać so­bie nim gło­wy. Bia­łacz­ka dzie­cię­ca fa­scy­no­wa­ła, kon­fun­do­wa­ła i fru­stro­wa­ła le­ka­rzy od po­nad stu lat. Dro­bia­zgo­wo ją ana­li­zo­wa­no, kla­sy­fi­ko­wa­no i opi­sy­wa­no. W książ­kach za­peł­nia­ją­cych pół­ki w Chil­dren's Ho­spi­tal, opraw­nych w skó­rę i pach­ną­cych stę­chli­zną - Pa­tho­lo­gy An­der­so­na czy Pa­tho­lo­gy of In­ter­nal Di­se­ases [Pa­to­lo­gii cho­rób we­wnętrz­nych] Boy­da - bia­łacz­ce po­świę­co­no mnó­stwo miej­sca. Ca­ło­stro­ni­co­wym ilu­stra­cjom ko­mó­rek to­wa­rzy­szy­ły roz­bu­do­wa­ne tak­so­no­mie, by stwo­rzyć jak naj­do­kład­niej­szy opis owych ko­mó­rek. Ale cały ten ogrom wie­dzy je­dy­nie po­tę­go­wał po­czu­cie bez­sil­no­ści me­dy­cy­ny. Bia­łacz­ka sta­ła się przed­mio­tem ja­ło­wej fa­scy­na­cji - eks­po­na­tem z mu­zeum fi­gur wo­sko­wych: czymś szcze­gó­ło­wo ob­fo­to­gra­fo­wa­nym i opi­sa­nym, ale ta bo­ga­ta do­ku­men­ta­cja nie przy­no­si­ła żad­ne­go po­żyt­ku w le­cze­niu. Dzię­ki temu, jak wspo­mi­nał pe­wien on­ko­log, "le­ka­rze nie na­rze­ka­li na brak te­ma­tów dys­ku­sji na ze­bra­niach i kon­fe­ren­cjach. Tyl­ko że pa­cjen­ci nic z tego nie mie­li"12. Gdy do szpi­ta­la tra­fiał pa­cjent cho­ry na ostrą bia­łacz­kę, wzbu­dzał duże emo­cje. Jego przy­pa­dek oma­wia­no z pro­fe­sor­ską po­wa­gą na od­pra­wach, po czym, jak su­cho od­no­to­wa­ło jed­no z pism me­dycz­nych, pa­cjen­ta "dia­gno­zo­wa­no, prze­ta­cza­no mu krew - i od­sy­ła­no go do domu, żeby tam umarł"13.

Ba­da­nia nad bia­łacz­ką grzę­zły w nie­zro­zu­mie­niu i roz­pa­czy, od­kąd cho­ro­ba ta zo­sta­ła od­kry­ta. 19 mar­ca 1845 roku szkoc­ki le­karz John Ben­nett opi­sał nie­zwy­kły przy­pa­dek dwu­dzie­sto­ośmio­let­nie­go de­ka­rza, któ­ry zgło­sił się do nie­go z ta­jem­ni­czo po­więk­szo­ną śle­dzio­ną. "Ma ciem­ną kar­na­cję - opi­sał pa­cjen­ta Ben­nett - za­zwy­czaj zdrów i rów­ne­go uspo­so­bie­nia; [mówi, że] dwa­dzie­ścia mie­się­cy temu za­czę­ły mu do­ku­czać sta­ny wiel­kie­go zmę­cze­nia po wy­sił­ku i że utrzy­mu­ją się one do dzi­siaj. W czerw­cu ubie­głe­go roku za­uwa­żył po le­wej stro­nie brzu­cha guz, któ­ry stop­nio­wo rósł. Od czte­rech mie­się­cy jego roz­miar się nie zmie­nia"14.

Guz de­ka­rza osią­gnął może osta­tecz­ną fazę wzro­stu, ale pro­ble­my zdro­wot­ne męż­czy­zny za­czę­ły się na­war­stwiać. W cią­gu kil­ku ko­lej­nych ty­go­dni Ben­nett ob­ser­wo­wał u pa­cjen­ta ob­jaw za ob­ja­wem - go­rącz­kę, krwa­wie­nie, na­głe ata­ki bólu brzu­cha - po­cząt­ko­wo spo­ra­dycz­ne, ale póź­niej co­raz częst­sze, tak jak­by je­den atak go­nił dru­gi. Wkrót­ce de­karz był bli­ski śmier­ci, a w jego pa­chach, pa­chwi­nach i na szyi po­ja­wia­ły się ko­lej­ne guzy. Le­czo­no go za po­mo­cą zwy­cza­jo­we­go w ta­kich wy­pad­kach przy­sta­wia­nia pi­ja­wek i po­da­wa­nia środ­ków na prze­czysz­cze­nie. Bez­sku­tecz­nie. Po prze­pro­wa­dzo­nej kil­ka ty­go­dni póź­niej au­top­sji Ben­nett był prze­ko­na­ny, że zna­lazł przy­czy­nę cho­ro­by zmar­łe­go pa­cjen­ta. W jego krwi było peł­no bia­łych krwi­nek. (Bia­łe krwin­ki, głów­ny skład­nik ropy, sy­gna­li­zu­ją za­zwy­czaj re­ak­cję or­ga­ni­zmu na in­fek­cję, Ben­nett wy­wnio­sko­wał za­tem, że de­karz był czymś za­ka­żo­ny). "Przed­sta­wio­ny przy­pa­dek wy­da­je mi się wy­jąt­ko­wo war­to­ścio­wy - pi­sał z dużą dozą pew­no­ści sie­bie - po­nie­waż po­słu­ży za do­wód ist­nie­nia praw­dzi­wej ropy, po­wsta­ją­cej uni­wer­sal­nie w ukła­dzie na­czy­nio­wym"15 I.

By­ło­by to wy­ja­śnie­nie w peł­ni za­do­wa­la­ją­ce, tyle że Ben­nett nie po­tra­fił zna­leźć źró­dła, z któ­re­go wy­pły­wa­ła­by ropa. Pod­czas ne­krop­sji sta­ran­nie zba­dał zwło­ki, uważ­nie przy­glą­da­jąc się tkan­kom i na­rzą­dom w po­szu­ki­wa­niu śla­dów rop­nia lub rany. Ale poza ropą nie zna­lazł żad­nych oznak za­ka­że­nia. Wy­glą­da­ło na to, że krew ze­psu­ła się - zro­pia­ła - sa­mo­ist­nie; spon­ta­nicz­nie prze­kształ­ci­ła się w ropę. Ben­nett na­zwał ten przy­pa­dek "ro­pie­niem krwi". I na tym za­mknął te­mat.

Oczy­wi­ście my­lił się w kwe­stii spon­ta­nicz­ne­go "ro­pie­nia" krwi. Nie­ca­łe czte­ry mie­sią­ce po tym, jak opi­sał cho­ro­bę de­ka­rza, inny me­dyk, Ru­dolf Vir­chow, dwu­dzie­stocz­te­ro­let­ni ba­dacz z Nie­miec, nie­za­leż­nie opu­bli­ko­wał spra­woz­da­nie z przy­pad­ku ude­rza­ją­co po­dob­ne­go do przy­pad­ku Ben­net­ta16. Pa­cjent­ką Vir­cho­wa była pięć­dzie­się­cio­kil­ku­let­nia ku­char­ka. W jej krwi agre­syw­nie na­mno­ży­ły się bia­łe krwin­ki, two­rząc gę­ste zło­gi w śle­dzio­nie. Praw­do­po­dob­nie pod­czas au­top­sji pa­to­lo­dzy nie po­trze­bo­wa­li na­wet mi­kro­sko­pu, by zi­den­ty­fi­ko­wać gru­bą, mlecz­no­bia­łą war­stwę bia­łych krwi­nek przy­kry­wa­ją­cą czer­wo­ną ciecz.

Vir­chow sły­szał o przy­pad­ku Ben­net­ta, ale nie miał prze­ko­na­nia do jego teo­rii. Uwa­żał, iż nie ma żad­ne­go po­wo­du, żeby krew spon­ta­nicz­nie prze­kształ­ca­ła się w co­kol­wiek in­ne­go. Nur­to­wa­ły go też nie­zwy­kłe ob­ja­wy: czym wy­ja­śnić bar­dzo po­więk­szo­ną śle­dzio­nę i brak rany lub in­ne­go źró­dła ropy w cie­le? Za­czął roz­wa­żać moż­li­wość, że może to sama krew była cho­ra. Nie mógł zna­leźć spój­ne­go wy­ja­śnie­nia dla tej cho­ro­by, a że mu­siał ją ja­koś na­zwać, zde­cy­do­wał się na na­zwę we­ißes Blut - "bia­ła krew"17 - czy­li po pro­stu do­słow­ny opis mi­lio­nów bia­łych ko­mó­rek, któ­re zo­ba­czył pod mi­kro­sko­pem. W 1847 roku zmie­nił tę na­zwę na brzmią­cą bar­dziej ucze­nie Leu­kämie - od grec­kie­go sło­wa leu­kos, "bia­ły".

*

Zmia­na na­zwy cho­ro­by - z ob­ra­zo­wej "ro­pie­nie krwi" na pro­za­icz­ną we­ißes Blut - nie spra­wia może wra­że­nia aktu na­uko­we­go ge­niu­szu, ale wy­war­ła ol­brzy­mi wpływ na ro­zu­mie­nie bia­łacz­ki. Cho­ro­ba w mo­men­cie od­kry­cia jest pla­stycz­ną ideą, cie­plar­nia­nym kwia­tem - czymś ogrom­nie, nie­pro­por­cjo­nal­nie za­leż­nym od nazw i kla­sy­fi­ka­cji. (Po­nad sto lat póź­niej, na po­cząt­ku lat osiem­dzie­sią­tych XX wie­ku, inna zmia­na na­zwy - z GRID [gay-re­la­ted im­mu­ne di­se­ase - ze­spół nie­do­bo­ru od­por­no­ści ge­jów] na AIDS [acqu­ired im­mu­no­de­fi­cien­cy syn­dro­me - ze­spół na­by­te­go nie­do­bo­ru od­por­no­ści] - świad­czy­ła o fun­da­men­tal­nej zmia­nie w poj­mo­wa­niu tej cho­ro­by18 II... Po­dob­nie jak Ben­nett, Vir­chow nie ro­zu­miał bia­łacz­ki, ale w od­róż­nie­niu od nie­go wca­le nie uda­wał, że ją ro­zu­mie. Jego wkład w roz­wój ba­dań nad tą cho­ro­bą po­le­gał na za­ne­go­wa­niu do­tych­cza­so­wej wie­dzy. Za­kwe­stio­no­wał wszyst­kie do­tych­cza­so­we za­ło­że­nia, dzię­ki cze­mu oczy­ścił pole na­stęp­com, dał im moż­li­wość pod­ję­cia do­cie­kań cał­ko­wi­cie od nowa.

Skrom­ność no­wej na­zwy (i zwią­za­na z nią skrom­ność w za­kre­sie ro­zu­mie­nia przy­czyn cho­ro­by) do­sko­na­le ilu­stru­je po­dej­ście Vir­cho­wa do me­dy­cy­ny19. Jako mło­dy pro­fe­sor na uni­wer­sy­te­cie w Würz­bur­gu wsła­wił się z cza­sem osią­gnię­cia­mi znacz­nie więk­szy­mi niż na­zwa­nie bia­łacz­ki. Z wy­kształ­ce­nia był pa­to­lo­giem, lecz za­an­ga­żo­wał się w przed­się­wzię­cie, któ­re­mu miał po­świę­cić całe ży­cie: stwo­rze­nie opi­su ludz­kich cho­rób bio­rą­ce­go za punkt wyj­ścia jed­nost­kę, jaką jest ko­mór­ka.

To przed­się­wzię­cie zro­dzi­ło się z fru­stra­cji. Vir­chow wszedł do świa­ta me­dy­cy­ny na po­cząt­ku lat czter­dzie­stych XIX wie­ku, kie­dy nie­mal wszyst­kie cho­ro­by przy­pi­sy­wa­no dzia­ła­niu ja­kiejś nie­wi­dzial­nej siły: mia­zma­tom, neu­ro­zom, nad­mia­ro­wi szko­dli­wych hu­mo­rów i hi­ste­rii. Po­nie­waż nie ro­zu­miał tego, cze­go nie wi­dać, z re­wo­lu­cyj­nym za­pa­łem rzu­cił się na to, co moż­na było zo­ba­czyć - ko­mór­ki pod mi­kro­sko­pem. W 1839 roku bo­ta­nik Mat­thias Schle­iden i fi­zjo­log The­odor Schwann, obaj pra­cu­ją­cy w Niem­czech, ogło­si­li tezę, że wszyst­kie or­ga­ni­zmy żywe są zbu­do­wa­ne z pod­sta­wo­wych ele­men­tów zwa­nych ko­mór­ka­mi. Vir­chow za­po­ży­czył i roz­bu­do­wał tę myśl: za cel po­sta­wił so­bie stwo­rze­nie "ko­mór­ko­wej teo­rii" bio­lo­gii czło­wie­ka na ba­zie dwóch pod­sta­wo­wych za­ło­żeń. Po pierw­sze, że or­ga­nizm czło­wie­ka (po­dob­nie jak or­ga­ni­zmy wszyst­kich zwie­rząt i ro­ślin) zbu­do­wa­ny jest z ko­mó­rek. Po dru­gie, że ko­mór­ki po­wsta­ją wy­łącz­nie z in­nych ko­mó­rek: jak to ujął, omnis cel­lu­la e cel­lu­la, czy­li każ­da ko­mór­ka [po­wsta­je] z ko­mór­ki.

Te dwa za­ło­że­nia wy­da­ją się może ba­nal­ne, ale dzię­ki nim Vir­chow wy­su­nął nie­zwy­kle istot­ną hi­po­te­zę do­ty­czą­cą na­tu­ry roz­wo­ju czło­wie­ka. Sko­ro ko­mór­ki po­wsta­ją wy­łącz­nie z in­nych ko­mó­rek, to roz­wój może za­cho­dzić tyl­ko na dwa spo­so­by: albo przez zwięk­sze­nie licz­by ko­mó­rek, albo przez zwięk­sze­nie ich ob­ję­to­ści. Vir­chow na­zwał te dwa część pierw­sza: "z czar­nej żół­ci, bez wy­rzu­tu" spo­so­by hi­per­pla­zją i hi­per­tro­fią. W przy­pad­ku hi­per­tro­fii licz­ba ko­mó­rek się nie zmie­nia: każ­da ko­mór­ka je­dy­nie zwięk­sza roz­miar, tak jak na­dmu­chi­wa­ny ba­lon. W przy­pad­ku hi­per­pla­zji zaś roz­wój po­le­ga na tym, że zwięk­sza się  l i c z b a  ko­mó­rek. Każ­dą ludz­ką tkan­kę moż­na opi­sać w ka­te­go­riach hi­per­tro­fii i hi­per­pla­zji. U do­ro­słych osob­ni­ków zwie­rząt roz­wój tkan­ki tłusz­czo­wej i mię­śnio­wej do­ko­nu­je się zwy­kle na za­sa­dzie hi­per­tro­fii. Z ko­lei wą­tro­ba, krew, je­li­ta i skó­ra roz­wi­ja­ją się na za­sa­dzie hi­per­pla­zji: z każ­dej ko­mór­ki po­wsta­ją ko­lej­ne, a z nich ko­lej­ne i ko­lej­ne - omnis cel­lu­la e cel­lu­la e cel­lu­la.

To prze­ko­nu­ją­ce wy­ja­śnie­nie umoż­li­wi­ło zro­zu­mie­nie nie tyl­ko roz­wo­ju nor­mal­ne­go, ale tak­że pa­to­lo­gicz­ne­go. Roz­wój pa­to­lo­gicz­ny, tak samo jak nor­mal­ny, może się do­ko­ny­wać albo w pro­ce­sie hi­per­tro­fii, albo hi­per­pla­zji. Mię­sień ser­co­wy zmu­szo­ny do na­ci­ska­nia na za­blo­ko­wa­ne uj­ście aor­ty czę­sto ad­ap­tu­je się do sy­tu­acji w ten spo­sób, że każ­da jego ko­mór­ka się po­więk­sza, by dys­po­no­wać więk­szą siłą, cze­go osta­tecz­nym re­zul­ta­tem bywa ser­ce tak prze­ro­śnię­te, że nie­zdol­ne do nor­mal­ne­go funk­cjo­no­wa­nia - to wła­śnie jest przy­kład pa­to­lo­gicz­nej hi­per­tro­fii.

Co istot­ne dla na­szej hi­sto­rii, Vir­chow szyb­ko od­krył też naj­waż­niej­szą spo­śród cho­rób spo­wo­do­wa­nych pa­to­lo­gicz­ną hi­per­pla­zją - raka. Oglą­da­jąc pod mi­kro­sko­pem zmia­ny no­wo­two­ro­we, za­ob­ser­wo­wał nie­kon­tro­lo­wa­ne na­mna­ża­nie się ko­mó­rek, roz­wój, któ­ry cza­sa­mi spra­wiał wra­że­nie, jak­by kie­ro­wał się wła­sną wolą ży­cia, tak jak­by ko­mór­ki zo­sta­ły opę­ta­ne no­wym, ta­jem­ni­czym po­pę­dem roz­mna­ża­nia i wzro­stu. To nie był bo­wiem roz­wój nor­mal­ny, tyl­ko w nie­zna­nej do­tąd po­sta­ci. Mimo nie­świa­do­mo­ści kie­ru­ją­ce­go tym me­cha­ni­zmu Vir­chow pro­ro­czo na­zwał go  n e o p l a z j ą  - roz­wo­jem no­wym, nie­wy­tłu­ma­czal­nym, wy­pa­czo­nym. Sło­wo to bę­dzie się póź­niej sta­le prze­wi­jać w hi­sto­rii rakaIII.

Do roku 1902, kie­dy zmarł Vir­chow, te wszyst­kie ob­ser­wa­cje po­wo­li zło­ży­ły się w nową teo­rię raka. Jest to cho­ro­ba po­le­ga­ją­ca na pa­to­lo­gicz­nej hi­per­pla­zji, wy­ni­ka­ją­cej stąd, że ko­mór­ki zy­sku­ją au­to­no­micz­ną wolę po­dzia­łu. Wsku­tek aber­ra­cyj­ne­go, nie­kon­tro­lo­wa­ne­go po­dzia­łu ko­mó­rek two­rzą się na­war­stwie­nia tkan­ki (guzy) ata­ku­ją­ce na­rzą­dy i nisz­czą­ce zdro­wą tkan­kę. Guzy mogą się po­ja­wiać w wię­cej niż jed­nym miej­scu, do­ko­nu­jąc tak zwa­nych prze­rzu­tów do od­le­głych czę­ści cia­ła, na przy­kład do ko­ści, mó­zgu czy płuc. Moż­na wy­róż­nić wie­le po­sta­ci raka - raka pier­si, żo­łąd­ka, skó­ry, szyj­ki ma­ci­cy, róż­ne od­mia­ny bia­łacz­ki, chło­nia­ków i tak da­lej. Ale wszyst­kie one mają ze sobą wie­le wspól­ne­go na po­zio­mie ko­mór­ko­wym. W przy­pad­ku każ­dej z nich ko­mór­ki zy­ska­ły tę samą ce­chę: pęd do nie­kon­tro­lo­wa­ne­go, pa­to­lo­gicz­ne­go po­dzia­łu.

Wy­po­sa­że­ni w tę wie­dzę pa­to­lo­dzy, któ­rzy ba­da­li bia­łacz­kę pod ko­niec lat osiem­dzie­sią­tych XIX wie­ku, wró­ci­li do prac Vir­cho­wa. Bia­łacz­ka nie była ro­pie­niem krwi, lecz jej  n e o p l a z j ą.  Z po­prze­dza­ją­cej opis Vir­cho­wa fan­ta­zji Ben­net­ta zro­dzi­ło się całe mnó­stwo fan­ta­zji na­uko­wych, a ba­da­cze po­dej­mo­wa­li po­szu­ki­wa­nia (uwień­czo­ne suk­ce­sa­mi, a jak­że) wszel­kie­go ro­dza­ju nie­wi­dzial­nych pa­so­ży­tów i bak­te­rii za­lud­nia­ją­cych ko­mór­ki bia­łacz­ki20. Kie­dy pa­to­lo­dzy prze­sta­li wresz­cie szu­kać przy­czyn in­fek­cji, a skon­cen­tro­wa­li się na sa­mej cho­ro­bie, od­kry­li oczy­wi­ste ana­lo­gie mię­dzy ko­mór­ka­mi bia­łacz­ki a ko­mór­ka­mi in­nych no­wo­two­rów. Bia­łacz­ka była zło­śli­wym na­mna­ża­niem się bia­łych krwi­nek we krwi - ra­kiem w po­sta­ci nie­sta­łej, płyn­nej.

Od mo­men­tu do­ko­na­nia tej istot­nej ob­ser­wa­cji ba­da­nia nad bia­łacz­ką na­gle przy­spie­szy­ły i zy­ska­ły na kla­row­no­ści. Już na po­cząt­ku XX wie­ku było ja­sne, że cho­ro­ba wy­stę­pu­je w kil­ku po­sta­ciach. Mo­gła przyj­mo­wać po­stać prze­wle­kłą i nie­mra­wą, po­wo­li zaj­mo­wać szpik kost­ny i śle­dzio­nę, jak w przy­pad­ku opi­sa­nym przez Vir­cho­wa (ten typ bia­łacz­ki na­zwa­no póź­niej prze­wle­kłą). Mo­gła mieć rów­nież po­stać ostrą i gwał­tow­ną, nie­mal spra­wiać wra­że­nie cał­kiem in­nej cho­ro­by, ob­ja­wia­ją­cej się okre­sa­mi go­rącz­ki, na­gły­mi krwa­wie­nia­mi i bły­ska­wicz­nym na­mna­ża­niem się ko­mó­rek - tak jak u pa­cjen­ta Ben­net­ta.

Ten dru­gi typ bia­łacz­ki, zwa­ny ostrą, dzie­li się na dwa dal­sze pod­ty­py, a kry­te­rium jest ro­dzaj ko­mór­ki no­wo­two­ro­wej. Zdro­we bia­łe krwin­ki moż­na z grub­sza po­dzie­lić na dwa ro­dza­je - ko­mór­ki szpi­ko­we mie­lo­idal­ne i lim­fo­cy­ty. Ostra bia­łacz­ka szpi­ko­wa (acu­te my­elo­id leu­ke­mia, AML) to cho­ro­ba ko­mó­rek   s z p i k o w y c h.  Ostra bia­łacz­ka lim­fo­bla­stycz­na (acu­te lym­pho­bla­stic leu­ke­mia, ALL) to no­wo­twór nie­doj­rza­łych lim­fo­cy­tów. (No­wo­twór lim­fo­cy­tów doj­rza­łych nosi na­zwę chło­nia­ka).

U dzie­ci wy­stę­po­wa­ła naj­czę­ściej ALL - bia­łacz­ka lim­fo­bla­stycz-na - i pra­wie za­wsze skut­ko­wa­ła na­tych­mia­sto­wą śmier­cią. W roku 1860 Mi­cha­el An­ton Bier­mer, stu­dent Vir­cho­wa, jako pierw­szy stwo­rzył me­dycz­ny opis przy­pad­ku tego ro­dza­ju bia­łacz­ki dzie­cię­cej21. Ma­ria Spey­er, ener­gicz­na, ru­chli­wa i sko­ra do za­ba­wy pię­cio­let­nia cór­ka sto­la­rza z Würz­bur­ga, tra­fi­ła do kli­ni­ki, po­nie­waż w szko­le za­ob­ser­wo­wa­no u niej na­gle ospa­łość, a na jej skó­rze po­ja­wi­ły się wy­bro­czy­ny. Rano w dzień po kon­sul­ta­cji do­sta­ła go­rącz­ki i ze­sztyw­nia­ła jej szy­ja, ro­dzi­ce we­zwa­li więc Bier­me­ra na wi­zy­tę do­mo­wą. Bier­mer przy­był wie­czo­rem, po­brał z żyły Ma­rii odro­bi­nę krwi, przy świe­tle świe­cy obej­rzał pre­pa­rat pod przy­nie­sio­nym ze sobą mi­kro­sko­pem i od­krył we krwi mi­lio­ny ko­mó­rek bia­łacz­ki. Ma­ria spę­dzi­ła nie­spo­koj­ną noc. Na­za­jutrz po po­łu­dniu, kie­dy pod­eks­cy­to­wa­ny Bier­mer po­ka­zy­wał ko­le­gom le­ka­rzom prób­ki "exqu­isit Fall von Leu­kämie" (wspa­nia­łe­go przy­pad­ku bia­łacz­ki), dziew­czyn­ka zwy­mio­to­wa­ła ja­sno­czer­wo­ną krwią i za­pa­dła w śpiącz­kę. Kie­dy tego sa­me­go wie­czo­ru Bier­mer do­tarł do jej domu, już od kil­ku go­dzin nie żyła. Od pierw­sze­go ob­ja­wu tej ga­lo­pu­ją­cej, bez­li­to­snej cho­ro­by do śmier­ci upły­nę­ły za­le­d­wie trzy dni22.

*

Cho­ro­ba Car­li, choć na­wet w przy­bli­że­niu nie tak agre­syw­na jak bia­łacz­ka Ma­rii Spey­er, była zdu­mie­wa­ją­ca. Na mi­kro­litr (mi­li­metr sze­ścien­ny) krwi do­ro­słe­go czło­wie­ka przy­pa­da śred­nio oko­ło pię­ciu ty­się­cy bia­łych krwi­nek. We krwi Car­li na je­den mi­kro­litr przy­pa­da­ło dzie­więć­dzie­siąt ty­się­cy ko­mó­rek - czy­li bli­sko dwa­dzie­ścia razy wię­cej niż nor­mal­nie. Dzie­więć­dzie­siąt pięć pro­cent z nich sta­no­wi­ły bla­sty - zło­śli­we ko­mór­ki lim­fa­tycz­ne wy­twa­rza­ne w sza­leń­czym tem­pie, ale nie­sta­ją­ce się doj­rza­ły­mi lim­fo­cy­ta­mi. W ostrej bia­łacz­ce lim­fo­bla­stycz­nej, po­dob­nie jak w przy­pad­ku kil­ku in­nych no­wo­two­rów, nad­pro­duk­cja ko­mó­rek no­wo­two­ro­wych wią­że się z ta­jem­ni­czym za­ha­mo­wa­niem pro­ce­su doj­rze­wa­nia ko­mór­ki. Ko­mór­ki lim­fa­tycz­ne są więc pro­du­ko­wa­ne w ogrom­nym nad­mia­rze, ale po­nie­waż nie doj­rze­wa­ją, nie mogą peł­nić swo­jej nor­mal­nej funk­cji, czy­li zwal­czać drob­no­ustro­jów. Po­mi­mo ob­fi­to­ści ko­mó­rek Car­la mia­ła bar­dzo ni­ską od­por­ność.

Bia­łe krwin­ki po­wsta­ją w szpi­ku kost­nym. Szpik Car­li, któ­re­go po­bra­ną w trak­cie biop­sji prób­kę wi­dzia­łem pod mi­kro­sko­pem tego ran­ka, kie­dy po­zna­łem tę pa­cjent­kę, był da­le­ki od nor­mal­no­ści. Szpik kost­ny, na po­zór amor­ficz­ny, to tkan­ka wy­so­ce zor­ga­ni­zo­wa­na - wła­ści­wie na­rząd, któ­ry u do­ro­słych wy­twa­rza krew. Prób­ki szpi­ku za­wie­ra­ją za­zwy­czaj drob­ne, ostre odłam­ki ko­ści, a w nich wy­sep­ki roz­wi­ja­ją­cych się ko­mó­rek - ta­kie przed­szko­la dla po­wsta­ją­cej no­wej krwi. W szpi­ku Car­li po tej or­ga­ni­za­cji nie zo­sta­ło ani śla­du. War­stwy zło­śli­wych bla­stów zaj­mo­wa­ły prze­strzeń szpi­ko­wą, cał­ko­wi­cie ni­we­lu­jąc jej ana­to­mię i ar­chi­tek­tu­rę, nie po­zo­sta­wia­jąc ani odro­bi­ny miej­sca na wy­twa­rza­nie krwi.

Car­la sta­ła na skra­ju fi­zjo­lo­gicz­nej prze­pa­ści. Po­ziom czer­wo­nych krwi­nek ob­ni­żył się tak bar­dzo, że jej krew nie mo­gła trans­por­to­wać peł­nej daw­ki tle­nu (te­raz było już wia­do­mo, że jej bóle gło­wy sta­no­wi­ły pierw­szą ozna­kę jego nie­do­bo­ru). Po­ziom pły­tek krwi, ko­mó­rek od­po­wie­dzial­nych za krzep­nię­cie, spadł nie­mal do zera, cze­go skut­kiem były siń­ce.

Le­cze­nie Car­li wy­ma­ga­ło nie­zwy­kłe­go wy­czu­cia. Po­trzeb­na była che­mio­te­ra­pia, żeby zwal­czyć bia­łacz­kę, ale wie­dzie­li­śmy, że che­mio­te­ra­pia znisz­czy rów­nież reszt­ki nor­mal­nych ko­mó­rek krwi. Usi­łu­jąc ura­to­wać Car­lę, mie­li­śmy ze­pchnąć ją ka­wa­łek głę­biej w prze­paść. In­ne­go spo­so­bu po pro­stu nie było.

*

Sid­ney Far­ber uro­dził się w Buf­fa­lo w sta­nie Nowy Jork w 1903 roku, rok po tym, jak w Ber­li­nie zmarł Vir­chow. Oj­ciec Sid­neya, pol­ski fli­sak Szy­mon Far­ber, wy­emi­gro­wał do Ame­ry­ki pod ko­niec XIX wie­ku i zo­stał agen­tem ubez­pie­cze­nio­wym. Jego ro­dzi­na żyła skrom­nie na wschod­nim krań­cu mia­sta, w sil­nie ze sobą zży­tej, nie­za­sy­mi­lo­wa­nej ży­dow­skiej spo­łecz­no­ści skle­pi­ka­rzy, ro­bot­ni­ków fa­brycz­nych, księ­go­wych i drob­nych han­dla­rzy. Dzie­ci Far­be­rów, nie­ustan­nie mo­ty­wo­wa­ne do od­no­sze­nia suk­ce­sów, mia­ły wy­so­ko usta­wio­ną po­przecz­kę. Na pię­trze ich domu, w czę­ści sy­pial­nia­nej, mó­wi­ło się w ji­dysz, ale na dole wol­no było się po­słu­gi­wać tyl­ko nie­miec­kim i an­giel­skim. Oj­ciec czę­sto przy­no­sił do domu pod­ręcz­ni­ki i roz­kła­dał je na sto­le. Dzie­ci mu­sia­ły wy­brać so­bie je­den i się go na­uczyć, a na­stęp­nie zdać ojcu szcze­gó­ło­we spra­woz­da­nie z jego za­war­to­ści.

Sid­ney, trze­cie z czter­na­ścior­ga dzie­ci, do­sko­na­le funk­cjo­no­wał w tym śro­do­wi­sku wy­so­kich aspi­ra­cji. W 1923 roku ukoń­czył bio­lo­gię i fi­lo­zo­fię na Uni­wer­sy­te­cie w Buf­fa­lo, za­ra­bia­jąc na stu­dia grą na skrzyp­cach. Dzię­ki temu, że płyn­nie mó­wił po nie­miec­ku, prak­ty­kę me­dycz­ną od­był w He­idel­ber­gu i we Fry­bur­gu. Wy­ka­zał się tam wy­bit­ny­mi osią­gnię­cia­mi, zo­stał więc przy­ję­ty od razu na dru­gi rok stu­diów me­dycz­nych na Uni­wer­sy­te­cie Ha­rvar­da w Bo­sto­nie23. (W tam­tych cza­sach do­sta­nie się z Buf­fa­lo do Bo­sto­nu okręż­ną dro­gą przez He­idel­berg nie było ni­czym nie­zwy­kłym. W po­ło­wie lat dwu­dzie­stych XX wie­ku stu­den­tom po­cho­dze­nia ży­dow­skie­go czę­sto nie uda­wa­ło się do­stać na uczel­nie me­dycz­ne w Ame­ry­ce, dla­te­go po­dej­mo­wa­li stu­dia na uczel­niach eu­ro­pej­skich, w tym nie­miec­kich, a do­pie­ro po­tem kon­ty­nu­owa­li na­ukę w kra­ju oj­czy­stym). Far­ber zja­wił się więc na Ha­rvar­dzie jako out­si­der. Ko­le­gom wy­da­wał się aro­ganc­ki. A po­nie­waż mu­siał się uczyć tego, co już umiał, źle zno­sił stu­dia. Był ofi­cjal­ny, pre­cy­zyj­ny i skru­pu­lat­ny, ubie­rał się for­mal­nie, za­cho­wy­wał sztyw­no i apo­dyk­tycz­nie. Szyb­ko zy­skał so­bie przy­do­mek Four-But­ton Sid (Sid Czte­ry Gu­zi­ki), bo na za­ję­cia przy­cho­dził w gar­ni­tu­rze.

Pod ko­niec lat dwu­dzie­stych Far­ber ukoń­czył spe­cja­li­za­cję w za­kre­sie pa­to­lo­gii i zo­stał pierw­szym peł­no­eta­to­wym pa­to­lo­giem w Chil­drens Ho­spi­tal w Bo­sto­nie. Na­pi­sał do­sko­na­łe stu­dium kla­sy­fi­ka­cji gu­zów dzie­cię­cych oraz pod­ręcz­nik do au­top­sji, The Post­mor­tem Exa­mi­na­tion [Ba­da­nie post­mor­tem], po­wszech­nie uwa­ża­ny za kla­sycz­ne dzie­ło z tej dzie­dzi­ny. W po­ło­wie lat trzy­dzie­stych miał już usta­lo­ną po­zy­cję wy­bit­ne­go pa­to­lo­ga - "le­ka­rza zmar­łych".

Ale on wciąż od­czu­wał głód le­cze­nia ży­wych. La­tem 1947 roku, w swo­im la­bo­ra­to­rium w su­te­re­nie, do któ­rej mało kto się za­pusz­czał, pod­jął nie­zwy­kle for­tun­ną de­cy­zję: spo­śród wszyst­kich po­sta­ci raka po­sta­no­wił skon­cen­tro­wać się na jed­nej z naj­dziw­niej­szych i naj­bar­dziej bez­na­dziej­nych - bia­łacz­ce dzie­cię­cej. Aby zro­zu­mieć raka jako ta­kie­go - ro­zu­mo­wał - trze­ba za­cząć od sa­mych pod­staw jego zło­żo­nej na­tu­ry, tak jak­by od jego su­te­re­ny. A bia­łacz­ka, poza tym, że na­strę­cza­ła wie­lu pro­ble­mów, mia­ła też jed­ną ce­chę po­zy­tyw­ną: da­wa­ła się zmie­rzyć.

Li­cze­nie to w na­uce pod­sta­wa. Aby ro­zu­mieć dane zja­wi­sko, uczo­ny musi je naj­pierw opi­sać; aby zaś obiek­tyw­nie je opi­sać, musi je naj­pierw pod­dać po­mia­rom. Sko­ro on­ko­lo­gia mia­ła się prze­kształ­cić w dzie­dzi­nę pod­le­ga­ją­cą wszel­kim ry­go­rom na­uko­wym, to trze­ba było raka ja­koś po­li­czyć - do­ko­nać wia­ry­god­ne­go i po­wta­rzal­ne­go po­mia­ru, któ­ry na­stęp­nie bę­dzie moż­na re­pli­ko­wać.

Pod tym wzglę­dem bia­łacz­ka róż­ni­ła się od pra­wie wszyst­kich po­zo­sta­łych no­wo­two­rów. W świe­cie, w któ­rym nie wy­na­le­zio­no jesz­cze to­mo­gra­fii kom­pu­te­ro­wej i re­zo­nan­su ma­gne­tycz­ne­go, po­miar zmia­ny ilo­ścio­wej li­te­go guza we­wnątrz cia­ła - w płu­cu czy w pier­si - był bez ope­ra­cji wła­ści­wie nie­moż­li­wy: cze­go nie było wi­dać, tego nie moż­na było zmie­rzyć. Ale bia­łacz­kę, wy­stę­pu­ją­cą we krwi, dało się zmie­rzyć rów­nie ła­two jak inne wła­ści­wo­ści ko­mó­rek - oglą­da­jąc pod mi­kro­sko­pem po­bra­ną prób­kę krwi lub szpi­ku kost­ne­go.

Sko­ro bia­łacz­kę moż­na pod­da­wać po­mia­rom, ro­zu­mo­wał Far­ber, to każ­dą in­ter­wen­cję - na przy­kład wpro­wa­dze­nie do krwio­bie­gu ja­kiejś sub­stan­cji che­micz­nej - da się wy­mier­nie oce­niać pod wzglę­dem sku­tecz­no­ści jej dzia­ła­nia w or­ga­ni­zmach ży­wych pa­cjen­tów. Ob­ser­wu­jąc, jak ko­mór­ki krwi roz­wi­ja­ją się lub umie­ra­ją, bę­dzie­my mo­gli okre­ślać sku­tecz­ność bądź nie­sku­tecz­ność da­ne­go leku. Moż­na więc było na raku prze­pro­wa­dzić "do­świad­cze­nie".

Ta myśl nie da­wa­ła Far­be­ro­wi spo­ko­ju. W la­tach czter­dzie­stych i pięć­dzie­sią­tych XX wie­ku mło­dych bio­lo­gów ze­lek­try­zo­wa­ła idea sto­so­wa­nia pro­stych mo­de­li do wy­ja­śnia­nia zło­żo­nych zja­wisk. Zło­żo­ność naj­ła­twiej było zro­zu­mieć, za­czy­na­jąc od pod­staw. Or­ga­ni­zmy jed­no­ko­mór­ko­we, na przy­kład bak­te­rie, mia­ły od­sło­nić me­cha­ni­zmy funk­cjo­no­wa­nia wiel­kich zwie­rząt wie­lo­ko­mór­ko­wych, ta­kich jak lu­dzie. "To, co jest praw­dą w przy­pad­ku [mi­kro­sko­pij­nej bak­te­rii] E. coli - miał pom­pa­tycz­nie stwier­dzić fran­cu­ski bio­che­mik Ja­cqu­es Mo­nod w 1954 roku - musi być praw­dą rów­nież w przy­pad­ku sło­nia"24.

Z punk­tu wi­dze­nia Far­be­ra bia­łacz­ka była ide­al­nym przy­kła­dem tego bio­lo­gicz­ne­go pa­ra­dyg­ma­tu. Wy­cho­dząc od ba­da­nia pro­ste­go, nie­ty­po­we­go stwo­ra, bę­dzie mógł wnio­sko­wać o nie­skoń­cze­nie bar­dziej zło­żo­nym świe­cie no­wo­two­rów in­ne­go ro­dza­ju; dzię­ki bak­te­rii na­uczy się, jak my­śleć o sło­niu. Far­ber był z na­tu­ry szyb­ki i im­pul­syw­ny. I w tym przy­pad­ku do­ko­nał szyb­kie­go, in­stynk­tow­ne­go prze­sko­ku my­ślo­we­go. Tam­te­go gru­dnio­we­go po­ran­ka prze­sył­ka z No­we­go Jor­ku już cze­ka­ła na nie­go w la­bo­ra­to­rium. Kie­dy ją otwie­rał i wyj­mo­wał szkla­ne fiol­ki z che­mi­ka­lia­mi, nie miał po­ję­cia, że otwie­ra oto zu­peł­nie nowy spo­sób my­śle­nia o raku.

Onkos

Czar­na żółć bez wy­rzu­tu po­wo­du­je raka117.

Ga­len, II wiek na­szej ery

Nie od­kry­li­śmy za­tem nic no­we­go, je­śli cho­dzi o praw­dzi­wą przy­czy­nę raka i jego praw­dzi­wą na­tu­rę. Je­ste­śmy w tym sa­mym miej­scu co sta­ro­żyt­ni Gre­cy118.

Fran­cis Car­ter Wood w roku 1914

Zła żółć. Złe na­wy­ki. Źli sze­fo­wie. Złe geny119.

Mel Gre­aves, Can­cer. The Evo­lu­tio­na­ry Le­ga­cy, 2000

W pew­nym sen­sie cho­ro­ba nie ist­nie­je, do­pó­ki tego mię­dzy sobą nie uzgod­ni­my - po­przez to, że do­strze­że­my ją i na­zwie­my, i bę­dzie­my na nią re­ago­wać120.

Char­les E. Ro­sen­berg

Na­wet od­wiecz­ne mon­strum trze­ba ja­koś na­zwać. Nada­nie cho­ro­bie na­zwy jest rów­no­znacz­ne z opi­sem pew­ne­go sta­nu cier­pie­nia - sta­no­wi za­tem w pierw­szym rzę­dzie akt li­te­rac­ki, a do­pie­ro po­tem me­dycz­ny. Pa­cjent, na dłu­go przed tym, nim sta­je się obiek­tem ba­dań me­dycz­nych, jest naj­pierw zwy­czaj­nym opo­wia­da­czem, nar­ra­to­rem wła­sne­go cier­pie­nia, po­dróż­ni­kiem, któ­ry od­wie­dził kró­le­stwo cho­rych. Aby uwol­nić się od cho­ro­by, musi za­cząć od zrzu­ce­nia z sie­bie cię­ża­ru jej hi­sto­rii.

Na­zwy daw­nych cho­rób to wła­ści­wie całe hi­sto­rie upa­ko­wa­ne w jed­nym sło­wie. Na przy­kład na­zwa ty­fu­su, cho­ro­by burz­li­wej, z wy­stę­pu­ją­cy­mi nie­prze­wi­dzia­nie okre­sa­mi go­rącz­ki, jest ety­mo­lo­gicz­nie spo­krew­nio­na z grec­kim Ty­fo­nem, oj­cem wia­trów (zresz­tą od jego imie­nia wziął się tak­że zna­ny nam współ­cze­śnie taj­fun). Daw­na na­zwa gry­py, in­flu­en­ca, po­cho­dzi od ła­ciń­skie­go in­flu­en­tia (wpływ), po­nie­waż śre­dnio­wiecz­ni le­ka­rze wie­rzy­li, że na jej cy­klicz­ne epi­de­mie wpły­wał ruch gwiazd i pla­net krą­żą­cych raz bli­żej, raz da­lej od Zie­mi. Gruź­li­ca (łac. tu­ber­cu­lo­sis) wzię­ła swą na­zwę od gru­zeł­ków, któ­re two­rzą się z po­więk­szo­nych gru­czo­łów i sko­ja­rzy­ły się ko­muś z ma­ły­mi bul­wa­mi (łac. tu­ber). Gruź­li­cę wę­złów chłon­nych na­zwa­no skro­fu­ła­mi, od ła­ciń­skie­go scro­fu­la - zdrob­nie­nie od scro­fa, "ma­cio­ra", co przy­wo­ły­wa­ło dość ma­ka­brycz­ny ob­raz sze­re­gu po­więk­szo­nych wę­złów chłon­nych uło­żo­nych bli­sko sie­bie jak sut­ki kar­mią­cej ma­cio­ry.

Na­zwa raka po­ja­wi­ła się w pi­smach me­dycz­nych za cza­sów Hi­po­kra­te­sa, na prze­ło­mie V i IV wie­ku przed na­szą erą: kar­ki­nos, po grec­ku "rak" lub "krab". Guz no­wo­two­ro­wy oto­czo­ny na­brzmia­ły­mi na­czy­nia­mi krwio­no­śny­mi sko­ja­rzył się Hi­po­kra­te­so­wi z wcze­pio­nym w pia­sek kra­bem z od­nó­ża­mi roz­sta­wio­ny­mi w kształt koła. Był to ob­raz dość oso­bli­wy (mało któ­ry no­wo­twór rze­czy­wi­ście przy­po­mi­na kra­ba czy raka), ale bar­dzo wy­ra­zi­sty. I le­ka­rze, i pa­cjen­ci do­da­wa­li do nie­go póź­niej róż­ne szcze­gó­ły121. Nie­któ­rym stward­nia­ła, ma­to­wa po­wierzch­nia no­wo­two­ru ko­ja­rzy­ła się z twar­dym pan­ce­rzem chi­ty­no­wym kra­ba. Inni z ko­lei, kie­dy cho­ro­ba roz­cho­dzi­ła się cich­cem po ich cie­le, mie­li ta­kie uczu­cie, jak­by w ich wnętrz­no­ściach po­ru­szał się krab. Jesz­cze inni po­rów­ny­wa­li spo­wo­do­wa­ne cho­ro­bą ukłu­cia bólu do uszczyp­nięć szczy­piec raka.

W hi­sto­rii raka dużą rolę mia­ło ode­grać tak­że inne grec­kie sło­wo uży­wa­ne nie­kie­dy na okre­śle­nie no­wo­two­rów: on­kos, od któ­re­go po­cho­dzi współ­cze­sna na­zwa on­ko­lo­gii. On­kos zna­czy tyle, co "masa" czy "cię­żar"; raka wy­obra­ża­no so­bie jako do­dat­ko­wy ba­last, któ­ry mu­siał nieść czło­wiek. W te­atrze grec­kim sło­wa on­kos uży­wa­no na okre­śle­nie ma­ski tra­gicz­nej, któ­ra czę­sto by­wa­ła "ob­cią­żo­na" na czub­ku stoż­ko­wa­tym cię­żar­kiem, aby zo­bra­zo­wać psy­chicz­ne brze­mię dźwi­ga­ne przez bo­ha­te­ra.

Te wy­ra­zi­ste me­ta­fo­ry ko­re­spon­du­ją z dzi­siej­szym ro­zu­mie­niem raka. Nie­mniej to, co Hi­po­kra­tes na­zwał kar­ki­nos, i cho­ro­ba, któ­rą zna­my dziś jako raka, to dwa zu­peł­nie róż­ne two­ry. Hi­po­kra­tes miał na my­śli ra­czej duży guz, ła­two do­strze­gal­ny go­łym okiem: na przy­kład no­wo­twór pier­si, skó­ry, szczę­ki, szyi czy ję­zy­ka. Moż­li­we, że nie roz­róż­niał na­wet no­wo­two­rów zło­śli­wych i nie­zło­śli­wych: wy­raz kar­ki­nos obej­mo­wał wszyst­kie moż­li­we ro­dza­je obrzę­ków - guz­ki, czy­ra­ki, po­li­py, zgru­bie­nia, gru­zeł­ki, kro­sty i gru­czo­ły - Hi­po­kra­tes wszyst­kie za­li­czał do tej sa­mej ka­te­go­rii pa­to­lo­gii.

Gre­cy nie zna­li mi­kro­sko­pu; na­wet so­bie nie wy­obra­ża­li, że ist­nie­je coś ta­kie­go jak ko­mór­ka, dla­te­go nie mo­gli wpaść na myśl, że kar­ki-nos to nie­kon­tro­lo­wa­ne na­mna­ża­nie się ko­mó­rek. Żywo in­te­re­so­wa­li się za to me­cha­ni­ką cie­czy - ko­ła­mi młyń­ski­mi, tło­ka­mi, za­wo­ra­mi, ko­mo­ra­mi i ślu­za­mi. Dało to po­czą­tek ist­nej re­wo­lu­cji w hy­drau­li­ce, po­cząw­szy od iry­ga­cji i ko­pa­nia ka­na­łów, a skoń­czyw­szy na słyn­nym od­kry­ciu pra­wa Ar­chi­me­de­sa pod­czas ką­pie­li. Owo za­in­te­re­so­wa­nie hy­drau­li­ką prze­nik­nę­ło do grec­kiej me­dy­cy­ny i pa­to­lo­gii. W celu wy­ja­śnie­nia cho­ro­by - cho­ro­by w ogó­le - na pod­sta­wie pro­por­cji cie­czy Hi­po­kra­tes stwo­rzył zło­żo­ną dok­try­nę, za po­mo­cą któ­rej z rów­ną swo­bo­dą wy­ja­śniał ta­kie scho­rze­nia, jak za­pa­le­nie płuc, cho­ro­ba wrzo­do­wa, dy­zen­te­ria i he­mo­ro­idy. Cia­ło ludz­kie, we­dług Hi­po­kra­te­sa, skła­da się z czte­rech głów­nych cie­czy, zwa­nych hu­mo­ra­mi: krwi, czar­nej żół­ci, żół­ci i fleg­my. Każ­da z nich ma inny ko­lor (od­po­wied­nio: czer­wo­ny, czar­ny, żół­ty i bia­ły), lep­kość i cha­rak­ter. W zdro­wym cie­le wszyst­kie czte­ry cie­cze znaj­du­ją się w ide­al­nej, choć de­li­kat­nej, rów­no­wa­dze. W sta­nie cho­ro­by na sku­tek nad­mia­ru jed­ne­go z hu­mo­rów rów­no­wa­ga zo­sta­je za­chwia­na.

Teo­rię Hi­po­kra­te­sa udo­sko­na­lił Klau­diusz Ga­len, sza­no­wa­ny w me­dy­cy­nie przez wie­le stu­le­ci grec­ki le­karz, któ­ry prak­ty­ko­wał w Rzy­mie po 160 roku na­szej ery, a tak­że płod­ny pi­sarz. Wzo­rem Hi­po­kra­te­sa skla­sy­fi­ko­wał wszyst­kie cho­ro­by na po­sta­wie nad­mia­ru da­nej cie­czy. Za­pa­le­nie - z to­wa­rzy­szą­cym mu za­czer­wie­nie­niem, go­rącz­ką i bo­le­snym obrzę­kiem - przy­pi­sa­ne zo­sta­ło nad­mia­ro­wi krwi. Guz­ki, kro­sty i ka­tar - chłod­ne, gę­ste i bia­łe - były skut­kiem nad­mia­ru fleg­my. Żół­tacz­kę po­wo­do­wał nad­miar żół­ci. Dla raka Ga­len za­re­zer­wo­wał naj­bar­dziej zło­śli­wy i nie­po­ko­ją­cy z czte­rech hu­mo­rów: czar­ną żółć. Nad­mia­ro­wi tego ole­iste­go, lep­kie­go hu­mo­ru przy­pi­sy­wał poza ra­kiem tyl­ko jed­ną cho­ro­bę - de­pre­sję. Śre­dnio­wiecz­ne okre­śle­nie de­pre­sji, "me­lan­cho­lia", po­wsta­ło ze zło­że­nia grec­kich słów me­las (czar­ny) i cho­le (żółć). De­pre­sja i rak, cho­ro­ba du­cha i cho­ro­ba cia­ła spo­wo­do­wa­ne przez czar­ną żółć, były za­tem nie­ro­ze­rwal­nie zwią­za­ne. We­dług Ga­le­na rak był w isto­cie "uwię­zio­ną" czar­ną żół­cią - któ­ra nie mo­gła zna­leźć uj­ścia z da­ne­go miej­sca i dla­te­go za­sty­ga­ła w litą masę. W XVI wie­ku Tho­mas Gale, an­giel­ski chi­rurg, tak pi­sał o teo­rii Ga­le­na: "Rak po­cho­dzi z czar­nej żół­ci, bez wy­rzu­tu, a je­że­li hu­mor ów jest szcze­gól­nie gę­sty, po­wo­du­je owrzo­dze­nie, i dla­te­go guzy te czar­niej­sze są w bar­wie"122.

Ten krót­ki, ob­ra­zo­wy opis miał ogrom­ny wpływ na przy­szłość on­ko­lo­gii - znacz­nie więk­szy, niż Ga­len (czy póź­niej Gale) mógł przy­pusz­czać. Po­nie­waż, jak wy­ni­ka­ło z teo­rii Ga­le­na, rak był skut­kiem  o g ó l n o u s t r o j o w e g o  sta­nu cho­ro­by - nad­mia­ru czar­nej żół­ci w ca­łym cie­le - guzy były je­dy­nie lo­kal­ny­mi ob­ja­wa­mi głę­bo­ko za­ko­rze­nio­nej dys­funk­cji cia­ła, fi­zjo­lo­gicz­nej nie­rów­no­wa­gi, któ­ra ob­ję­ła cały or­ga­nizm. Hi­po­kra­tes twier­dził, że raka "le­piej jest po­zo­sta­wić bez le­cze­nia, po­nie­waż wów­czas pa­cjen­ci dłu­żej żyją"123. Pięć wie­ków póź­niej Ga­len wy­ja­śnił afo­ryzm swo­je­go mi­strza za po­mo­cą nie­zwy­kłej fi­zjo­lo­gicz­nej fan­ta­zji. Chi­rur­gicz­ne le­cze­nie raka, jak wy­ni­ka­ło z teo­rii Ga­le­na, nie mia­ło sen­su o tyle, że czar­na żółć była wszę­dzie, nie zna­ła gra­nic, jak każ­da ciecz. Guz moż­na było wy­ciąć, ale czar­na żółć na­pły­nę­ła­by z po­wro­tem w to miej­sce, tak jak ży­wi­ca w miej­scu na­cię­cia kory drze­wa.

Ga­len zmarł w Rzy­mie oko­ło 200 roku na­szej ery, ale jego wpływ na me­dy­cy­nę trwał jesz­cze przez wie­le stu­le­ci. Teo­ria tłu­ma­czą­ca raka nad­mia­rem czar­nej żół­ci była me­ta­fo­rycz­nie tak atrak­cyj­na, że umy­słom le­ka­rzy trud­no było się uwol­nić od jej wpły­wu. Chi­rur­gicz­ne usu­wa­nie gu­zów - miej­sco­we roz­wią­za­nie pro­ble­mu ogól­no­ustro­jo­we­go - uwa­ża­no za­tem za ope­ra­cję, któ­rej po­dej­mo­wał­by się tyl­ko głu­piec. Całe po­ko­le­nia chi­rur­gów wzbo­ga­ca­ły teo­rię Ga­le­na o wła­sne spo­strze­że­nia, jesz­cze sil­niej ją ugrun­to­wu­jąc. "Nie daj się zwieść i nie pro­po­nuj ope­ra­cji - pi­sał John z Ar­der­ne w po­ło­wie XIV wie­ku. - Przyj­dzie ci z niej bo­wiem je­dy­nie hań­ba"124. Le­onar­do Ber­ti­pa­glia, bo­daj naj­bar­dziej re­no­mo­wa­ny chi­rurg XV wie­ku, do­da­wał wła­sną prze­stro­gę: "Ci, co rosz­czą so­bie pre­ten­sje do le­cze­nia raka za po­mo­cą na­ci­na­nia skó­ry i usu­wa­nia go, prze­kształ­ca­ją je­dy­nie raka nie­wrzo­dzie­ją­ce­go we wrzo­dzie­ją­cy. [...] W ca­łej swo­jej prak­ty­ce nig­dy nie wi­dzia­łem raka wy­le­czo­ne­go za po­mo­cą ope­ra­cji, nie znam też ni­ko­go, kto by ta­ko­we­go wi­dział"125.

Być może więc Ga­len bez­wied­nie od­dał przy­słu­gę póź­niej­szym ofia­rom raka - przy­najm­niej tym­cza­so­wą. Wo­bec bra­ku znie­czu­le­nia i an­ty­bio­ty­ków za­bie­gi chi­rur­gicz­ne prze­pro­wa­dza­ne w zim­nych i wil­got­nych po­miesz­cze­niach śre­dnio­wiecz­nych kli­nik - lub, co było po­wszech­niej­sze, na za­ple­czu za­kła­du bal­wier­skie­go, za po­mo­cą rdze­wie­ją­ce­go noża i skó­rza­nych pa­sów dla unie­ru­cho­mie­nia pa­cjen­ta - na ogół za­gra­ża­ły ży­ciu. Szes­na­sto­wiecz­ny chi­rurg Am­bro­ise Pare opi­sał pro­ces wy­pa­la­nia gu­zów roz­grza­nym na wę­glach przy­rzą­dem do lu­to­wa­nia i che­micz­ne­go wy­su­sza­nia ich ma­ścią z kwa­sem siar­ko­wym126. Na­wet drob­ne dra­śnię­cie skó­ry po­trak­to­wa­ne w taki spo­sób mo­gło pręd­ko prze­ro­dzić się w śmier­tel­ną in­fek­cję. Guzy czę­sto ob­fi­cie krwa­wi­ły przy naj­mniej­szej na­wet in­ter­wen­cji.

Osiem­na­sto­wiecz­ny le­karz nie­miec­ki Lo­renz He­ister opi­sał prze­pro­wa­dza­ne w jego kli­ni­ce ma­stek­to­mie, jak­by były to ry­tu­ały ofiar­ne: "Wie­le nie­wiast po­tra­fi wy­trzy­mać ope­ra­cję z wiel­ką od­wa­gą, pra­wie bez wy­da­wa­nia ję­ków. Inne zaś pod­no­szą ta­kie la­rum, że mogą znie­chę­cić na­wet naj­bar­dziej nie­ustra­szo­ne­go chi­rur­ga i utrud­nić ope­ra­cję. Aże­by prze­pro­wa­dzić za­bieg, chi­rurg po­wi­nien być nie­ugię­ty i nie po­zwo­lić so­bie na to, by krzyk pa­cjent­ki wy­pro­wa­dził go z rów­no­wa­gi"127.

Nic więc dziw­ne­go, że za­miast od­da­wać swo­je ży­cie w ręce ta­kich "nie­ustra­szo­nych" chi­rur­gów, więk­szość pa­cjen­tów wo­la­ła za­wie­rzyć Ga­le­no­wi i zdać się na leki ogól­no­ustro­jo­we, by oczy­ścić się z czar­nej żół­ci. Le­ko­dzie­je za­czę­li za­tem sprze­da­wać ol­brzy­mi asor­ty­ment le­ków na raka: tynk­tu­rę z oło­wiu, wy­ciąg z ar­sze­ni­ku, kieł odyń­ca, li­sie płu­co, tar­tą kość sło­nio­wą, łu­ska­ny ry­cy­nus, mie­lo­ny bia­ły grzyb z ro­dzi­ny goź­dzień­co­wa­tych, wy­miot­ni­cę, se­nes i naj­roz­ma­it­sze środ­ki prze­czysz­cza­ją­ce128. Na upo­rczy­wy ból le­ka­mi były al­ko­hol i tynk­tu­ra z opium. W XVII wie­ku po­pu­lar­ność zdo­by­ła maść z oczu kra­ba, po pięć szy­lin­gów za funt - czy­li me­to­da zwal­cza­nia ognia ogniem. W ko­lej­nych stu­le­ciach cu­dow­ne leki sta­ły się jesz­cze dziw­niej­sze: ko­zie łaj­no, żaby, kru­cze łap­ki, sa­dziec, żół­wia wą­tro­ba, na­kła­da­nie rąk, woda świę­co­na czy spłasz­cza­nie guza mię­dzy dwie­ma oło­wia­ny­mi płyt­ka­mi.

Po­mi­mo rad Ga­le­na co ja­kiś czas małe guzy usu­wa­no chi­rur­gicz­nie. (Na­wet sam Ga­len po­dob­no prze­pro­wa­dzał ta­kie za­bie­gi, być może w ce­lach ko­sme­tycz­nych lub pa­lia­tyw­nych). Ale do kon­cep­cji chi­rur­gicz­ne­go usu­nię­cia raka jako sku­tecz­nej me­to­dy le­cze­nia ucie­ka­no się tyl­ko w sy­tu­acjach na­praw­dę skraj­nych. Gdy zaś leki i ope­ra­cje nie przy­no­si­ły skut­ku, le­ka­rze sto­so­wa­li je­dy­ną w przy­pad­ku raka uzna­ną te­ra­pię, za­czerp­nię­tą z nauk Ga­le­na: se­rię ry­tu­ałów upusz­cza­nia krwi i oczysz­cza­nia cia­ła w celu wy­ci­śnię­cia z nie­go hu­mo­rów, jak gdy­by cho­re cia­ło było cięż­ką, prze­siąk­nię­tą gąb­ką.

Plaga skrywana w sekrecie

W me­ta­fo­rach, któ­re wy­bie­ra­my do opi­sa­nia wszech­świa­ta w mi­nia­tu­rze, wy­cho­dzi na jaw praw­da o nas95.

Ste­phen Jay Gould

Me­dy­cy­na zna za­tem tę cho­ro­bę od po­nad trzech ty­się­cy lat.

I od po­nad trzech ty­się­cy lat ludz­kość stu­ka do drzwi me­dy­cy­ny, bła­ga­jąc o "lek"96.

"For­tu­ne", ma­rzec 1937

W dzi­siej­szych cza­sach [to] rak wziął na sie­bie rolę cho­ro­by-in­tru­za, któ­ry po­ja­wia się bez za­po­wie­dzi [...]97.

Su­san Son­tag

Zwy­kle my­śli­my o raku jako o cho­ro­bie "współ­cze­snej", po­nie­waż mó­wiąc o nim, uży­wa­my na wskroś no­wo­cze­snych me­ta­for. To cho­ro­ba nad­pro­duk­cji, bły­ska­wicz­ne­go roz­wo­ju - roz­wo­ju nie­po­wstrzy­ma­ne­go, roz­wo­ju, któ­ry wy­mknął się spod kon­tro­li. Współ­cze­sna bio­lo­gia pro­po­nu­je, by­śmy wy­obra­ża­li so­bie ko­mór­kę jako mo­le­ku­lar­ną ma­szy­nę. Rak to nic in­ne­go jak owa ma­szy­na, któ­ra nie umie wy­łą­czyć wy­da­ne­go jej po­le­ce­nia (dzie­le­nia się), a tym sa­mym sta­je się nie­znisz­czal­nym per­pe­tu­um mo­bi­le.

My­śle­nie o raku jako scho­rze­niu na­le­żą­cym nie­ja­ko z de­fi­ni­cji do XX wie­ku przy­wo­dzi na myśl, o czym prze­ko­nu­ją­co pi­sze Su­san Son­tag w książ­ce Cho­ro­ba jako me­ta­fo­ra, sko­ja­rze­nie z inną cho­ro­bą, uwa­ża­ną nie­gdyś za ty­po­wą dla swo­ich cza­sów - z dzie­więt­na­sto­wiecz­ną gruź­li­cą. I rak, i gruź­li­ca, jak słusz­nie za­uwa­ża Son­tag, są ohyd­ne - wstręt­ne, od­strę­cza­ją­ce dla zmy­słów. Obie te cho­ro­by wy­czer­pu­ją siły wi­tal­ne; obie roz­cią­ga­ją w cza­sie spo­tka­nie ze śmier­cią; w obu przy­pad­kach ce­chą cha­rak­te­ry­stycz­ną cho­ro­by jest na­wet nie śmierć, ale umie­ra­nie.

Po­mi­mo tych wszyst­kich po­do­bieństw gruź­li­ca to jed­nak cho­ro­ba przy­na­le­żą­ca do XIX wie­ku. Su­cho­ty (jak ją wte­dy zwa­no) to wik­to­riań­ski ro­man­tyzm, go­rącz­ko­wy i ob­se­syj­ny, do­pro­wa­dzo­ny do pa­to­lo­gicz­nej skraj­no­ści. Był cho­ro­bą po­etów: weź­my na przy­kład Joh­na Ke­at­sa, któ­ry mar­niał i w mil­cze­niu zbli­żał się do śmier­ci w cia­snym po­ko­iku z wi­do­kiem na Scho­dy Hisz­pań­skie w Rzy­mie98, czy By­ro­na, sza­lo­ne­go ro­man­ty­ka, któ­ry fan­ta­zjo­wał o śmier­ci na gruź­li­cę, by za­im­po­no­wać ko­chan­ce. "Śmierć i cho­ro­ba są nie­kie­dy pięk­ne, ni­czym [...] go­rącz­ko­wa po­świa­ta tu­ber­ku­lo­zy", pi­sał w 1852 roku Tho­re­au99. W Cza­ro­dziej­skiej gó­rze Tho­ma­sa Man­na owa "go­rącz­ko­wa po­świa­ta" wy­zwa­la u swo­ich ofiar go­rącz­ko­wą ak­tyw­ność twór­czą - kre­atyw­ną, dzia­ła­ją­cą ni­czym ka­thar­sis siłę, któ­ra wy­da­je się prze­peł­nio­na esen­cją tam­tej epo­ki.

Rak z ko­lei przy­wo­łu­je ob­ra­zy bar­dziej współ­cze­sne. Ko­mór­ka no­wo­two­ro­wa to zde­spe­ro­wa­na in­dy­wi­du­alist­ka, "non­kon­for­mist­ka, w każ­dym sen­sie tego sło­wa", jak na­pi­sał chi­rurg Sher­win Nu­land"100. Ła­ciń­skie sło­wo uży­wa­ne na okre­śle­nie prze­rzu­tów, me­ta­sta­sis, to dziw­na kon­struk­cja zło­żo­na z metasta­sis, co moż­na by tłu­ma­czyć jako "poza bez­ru­chem" - płyn­ny, czę­ścio­wo nie­sta­bil­ny stan, do­brze od­da­ją­cy cha­rak­te­ry­stycz­ną nie­sta­bil­ność współ­cze­sno­ści. Gruź­li­ca za­bi­ja­ła swo­je ofia­ry po­przez pa­to­lo­gicz­ne usu­wa­nie ko­mó­rek (prąt­ki gruź­li­cy wy­drą­ża­ją płu­co), rak zaś dusi czło­wie­ka, na­peł­nia­jąc cia­ło zbyt wie­lo­ma ko­mór­ka­mi - jest pa­to­lo­gią nad­mia­ru. Jest to cho­ro­ba eks­pan­syw­na - do­ko­nu­je in­wa­zji w tkan­kach, za­kła­da ko­lo­nie we wro­gich so­bie oko­li­cach, "osie­dla się" w jed­nym na­rzą­dzie, po czym emi­gru­je do ko­lej­nych. Żyje stra­ceń­czo, po­my­sło­wo, za­wzię­cie, te­ry­to­rial­nie, spryt­nie i de­fen­syw­nie - nie­kie­dy mo­gło­by się wy­da­wać, że chce nas na­uczyć, na czym po­le­ga prze­trwa­nie. Kon­fron­ta­cja z ra­kiem jest ni­czym spo­tka­nie z rów­no­rzęd­nym ga­tun­kiem, bo­daj na­wet le­piej niż my przy­sto­so­wa­nym do wal­ki o prze­trwa­nie.

Ten ob­raz raka - jako na­sze­go za­wzię­te­go, zło­śli­we­go współ­cze­sne­go so­bo­wtó­ra - od­dzia­łu­je z tak dużą siłą, gdyż przy­najm­niej czę­ścio­wo jest praw­dzi­wy. Ko­mór­ka no­wo­two­ro­wa sta­no­wi zdu­mie­wa­ją­cą, prze­wrot­ną ko­pię nor­mal­nej ko­mór­ki. Rak jest fe­no­me­nal­nie sku­tecz­nym na­jeźdź­cą i ko­lo­ni­za­to­rem mię­dzy in­ny­mi dla­te­go, że wy­ko­rzy­stu­je te ce­chy, dzię­ki któ­rym my, lu­dzie, je­ste­śmy sku­tecz­ni - czy to jako ga­tu­nek, czy jako po­szcze­gól­ne or­ga­ni­zmy.

Tak samo jak w przy­pad­ku zdro­wej ko­mór­ki, roz­wój ko­mór­ki no­wo­two­ro­wej spro­wa­dza się do pod­sta­wo­we­go me­cha­ni­zmu: po­dzia­łu jed­nej ko­mór­ki na dwie. W zdro­wej ko­mór­ce ten pro­ces pod­le­ga ide­al­nej re­gu­la­cji: pew­ne sy­gna­ły sta­no­wią sty­mu­la­cję do roz­wo­ju, inne do jego za­trzy­ma­nia. W przy­pad­ku raka roz­wój jest nie­po­ha­mo­wa­ny, wsku­tek cze­go po­wsta­ją nie­zli­czo­ne po­ko­le­nia ko­mó­rek. W bio­lo­gii na okre­śle­nie ko­mó­rek, któ­re po­cho­dzą od tego sa­me­go ge­ne­tycz­ne­go przod­ka, uży­wa się ter­mi­nu klo­ny. Dziś wie­my już, że rak to wła­śnie cho­ro­ba klo­nal­na. Pra­wie każ­dy zna­ny me­dy­cy­nie no­wo­twór po­cho­dzi od jed­nej ko­mór­ki przod­ki­ni, któ­ra, zy­skaw­szy zdol­ność do nie­ogra­ni­czo­ne­go po­dzia­łu i prze­trwa­nia, pro­du­ku­je nie­zli­czo­nych po­tom­ków - jest to for­mu­ła Vir­cho­wa omnis cel­lu­la e cel­lu­la e cel­lu­la po­wta­rza­na w nie­skoń­czo­ność.

Ale rak nie jest cho­ro­bą czy­sto klo­nal­ną - to tak­że cho­ro­ba ewo­lu­ują­ca. Gdy­by roz­wój do­ko­ny­wał się bez ewo­lu­cji, ko­mór­ki no­wo­two­ro­we nie by­ły­by ob­da­rzo­ne tak wiel­ką zdol­no­ścią do in­wa­zji, prze­trwa­nia i da­wa­nia prze­rzu­tów. W każ­dym po­ko­le­niu ko­mó­rek no­wo­two­ro­wych po­wsta­je nie­licz­na grup­ka ko­mó­rek ge­ne­tycz­nie róż­nych od ro­dzi­ca. Kie­dy raka ata­ku­je lek prze­ciw­no­wo­two­ro­wy albo zwal­cza go układ od­por­no­ścio­wy, po­wsta­ją zmu­to­wa­ne klo­ny, któ­re po­tra­fią atak ode­przeć. Za­wsze prze­trwa­ją naj­sil­niej­sze ko­mór­ki no­wo­two­ro­we. Ten po­nu­ry, nie­ustan­ny cykl mu­ta­cji, se­lek­cji i na­mna­ża­nia się ge­ne­ru­je ko­mór­ki co­raz le­piej przy­sto­so­wa­ne do prze­trwa­nia i roz­wo­ju. W nie­któ­rych przy­pad­kach za­cho­dzą­ce mu­ta­cje przy­spie­sza­ją ko­lej­ne. Ge­ne­tycz­na nie­sta­bil­ność, ni­czym naj­czyst­sze sza­leń­stwo, przy­spie­sza za­tem pro­ces po­wsta­wa­nia zmu­to­wa­nych ko­mó­rek. Rak, jak żad­na inna cho­ro­ba, wy­ko­rzy­stu­je pod­sta­wo­wą lo­gi­kę ewo­lu­cji. Je­że­li my, lu­dzie, jako ga­tu­nek sta­no­wi­my naj­wyż­sze osią­gnię­cie za­sa­dy do­bo­ru na­tu­ral­ne­go, to samo da się po­wie­dzieć o tej nie­sły­cha­nej cho­ro­bie, któ­rą w so­bie no­si­my.

Moż­na dać się po­nieść za da­le­ko tym uwo­dzi­ciel­skim me­ta­fo­rom, ale w przy­pad­ku raka są one nie­unik­nio­ne. Kie­dy za­czy­na­łem pi­sać tę książ­kę, wy­obra­ża­łem ją so­bie jako "hi­sto­rię" raka. Ale z cza­sem co­raz sil­niej czu­łem, że pi­szę nie o  c z y m ś,   a l e   o   k i m ś.  Mój bo­ha­ter z każ­dym dniem co­raz wy­raź­niej przy­bie­rał kształt przy­po­mi­na­ją­cy czło­wie­ka - niby ta­jem­ni­cze i nie­bez­piecz­ne lu­strza­ne od­bi­cie. Oka­za­ło się, że pi­szę nie tyle me­dycz­ną hi­sto­rię pew­nej cho­ro­by, ile coś bar­dziej oso­bi­ste­go, bar­dziej emo­cjo­nal­ne­go: jej bio­gra­fię.

*

Za­cznę więc jesz­cze raz, po­nie­waż każ­dy au­tor bio­gra­fii musi opi­sać na­ro­dzi­ny swo­je­go bo­ha­te­ra: gdzie "uro­dził się" rak? Jak daw­no temu? Kto jako pierw­szy od­no­to­wał tę cho­ro­bę?

W 1862 roku Edwin Smith - nie­tu­zin­ko­wa po­stać: na poły uczo­ny, na poły oszust, fał­szerz an­ty­ków i egip­to­log sa­mo­uk - za­ku­pił (lub, jak twier­dzą nie­któ­rzy, ukradł) od an­ty­kwa­riu­sza w Luk­so­rze pa­pi­rus dłu­go­ści pię­ciu me­trów101. Na­by­tek był w fa­tal­nym sta­nie - po­żół­kłe stro­ni­ce po­kry­te egip­skim pi­smem roz­pa­da­ły się w rę­kach. Dziś uwa­ża się, że pa­pi­rus po­cho­dzi z XVII wie­ku przed na­szą erą i jest trans­kryp­cją rę­ko­pi­su da­tu­ją­ce­go się mniej wię­cej z roku 2500 przed na­szą erą. Ko­pi­sta - pla­gia­tor pra­cu­ją­cy w wiel­kim po­śpie­chu - my­lił się przy prze­pi­sy­wa­niu i czę­sto na­no­sił na mar­gi­ne­sie po­praw­ki czer­wo­nym tu­szem.

Pa­pi­rus ten, prze­tłu­ma­czo­ny w 1930 roku, za­wie­ra, jak się dzi­siaj są­dzi, zbiór nauk Im­ho­te­pa, wiel­kie­go egip­skie­go le­ka­rza, któ­ry żył oko­ło 2625 roku przed na­szą erą. Im­ho­tep to je­den z nie­wie­lu zna­nych nam sta­ro­żyt­nych Egip­cjan nie­wy­wo­dzą­cych się z dy­na­stii kró­lew­skich. Był czło­wie­kiem re­ne­san­su - tego, któ­ry prze­ży­wa­ło wów­czas Kró­le­stwo Egip­tu. Jako we­zyr na dwo­rze fa­ra­ona Dże­se­ra Im­ho­tep pró­bo­wał swo­ich sił w ope­ra­cjach na otwar­tym mó­zgu, zaj­mo­wał się ar­chi­tek­tu­rą, a tak­że pio­nier­sko zgłę­biał astro­lo­gię i astro­no­mię. Na­wet Gre­cy, kie­dy kil­ka­set lat póź­niej w prze­mar­szu przez Egipt na­tknę­li się na po­zo­sta­ło­ści po jego bły­sko­tli­wym in­te­lek­cie, uzna­li go za pra­daw­ne­go cza­row­ni­ka i po­łą­czy­li z wła­snym bo­giem me­dy­cy­ny, Askle­pio­sem.

Naj­cie­kaw­szą ce­chą pa­pi­ru­su Smi­tha jest fakt, że zu­peł­nie nie ma tam mowy o ma­gii ani re­li­gii. W świe­cie, w któ­rym cza­ry, za­klę­cia i uro­ki były nie­od­łącz­nym ele­men­tem co­dzien­no­ści, Im­ho­tep pi­sał o zła­ma­nych ko­ściach i prze­miesz­czo­nych krę­gach zdy­stan­so­wa­nym, ste­ryl­nym ję­zy­kiem na­uki, tak jak­by dzi­siaj two­rzył pod­ręcz­nik chi­rur­gii. Opi­sa­ne na pa­pi­ru­sie czter­dzie­ści osiem przy­pad­ków - pęk­nię­cia ko­ści dło­ni, ro­pie­ją­ce wrzo­dy na skó­rze, strza­ska­ne ko­ści czasz­ki - trak­to­wa­ne są nie jak ta­jem­ni­cze zja­wi­ska, tyl­ko jak scho­rze­nia. Każ­de opa­trzo­no ob­ja­śnie­niem ter­mi­nów ana­to­micz­nych, dia­gno­zą, krót­kim opi­sem i ro­ko­wa­niem.

Wła­śnie spod ręki tego sta­ro­żyt­ne­go chi­rur­ga wy­szedł pierw­szy zna­ny opis raka jako osob­nej cho­ro­by. Opi­su­jąc przy­pa­dek czter­dzie­sty pią­ty, Im­ho­tep ra­dzi: "Je­że­li ba­dasz cho­re­go, któ­ry ma na pier­si na­pęcz­nia­łe guzy, i oka­zu­je się, że jest ich kil­ka; je­że­li po­ło­żysz mu na pier­siach dłoń i wy­czu­jesz, że owe guzy są zim­ne, nie to­wa­rzy­szy im go­rącz­ka, nie wy­ka­zu­ją ziar­ni­sto­ści, nie za­wie­ra­ją pły­nu, nie wy­cie­ka z nich ciecz, a jed­nak w do­ty­ku są wy­pu­kłe, po­wi­nie­neś rzec: "Oto przy­pa­dek na­pęcz­nia­łych gu­zów. [...] Na­pęcz­nia­łe guzy w pier­siach ozna­czaj ą ist­nie­nie obrzmień w pier­siach, du­żych, roz­le­głych i twar­dych; w do­ty­ku są ni­czym cia­sno zwi­nię­te płó­cien­ne opa­trun­ki, moż­na je też po­rów­nać do nie­doj­rza­łe­go owo­cu he­matVIII. któ­ry, kie­dy się go weź­mie do ręki, jest twar­dy i chłod­ny""102.

"Na­pęcz­nia­ły guz w pier­si", chłod­ny, twar­dy, na­bi­ty jak nie­doj­rza­ły owoc i ukrad­ko­wo roz­prze­strze­nia­ją­cy się pod skó­rą - trud­no wy­obra­zić so­bie bar­dziej ewi­dent­ny opis raka pier­si. Każ­de­mu opi­sa­ne­mu na pa­pi­ru­sie przy­pad­ko­wi to­wa­rzy­szy zwię­zły opis le­cze­nia, choć­by tyl­ko pa­lia­tyw­ne­go: pa­cjen­tom neu­ro­chi­rur­gicz­nym wle­wa się do uszu mle­ko, rany opa­tru­je się ka­ta­pla­zma­mi, opa­rze­nia - bal­sa­ma­mi. Ale opis przy­pad­ku czter­dzie­ste­go pią­te­go wy­jąt­ko­wo spro­wa­dza się do jed­ne­go sło­wa. W ko­lum­nie za­ty­tu­ło­wa­nej "le­cze­nie" Im­ho­tep za­pi­sał: "Brak".

Wraz z tym ak­tem przy­zna­nia się czło­wie­ka do nie­mo­cy rak wła­ści­wie znik­nął ze sta­ro­żyt­nej hi­sto­rii me­dy­cy­ny. Inne cho­ro­by prze­ta­cza­ją­ce się gwał­tow­nie przez świat zo­sta­wia­ły po so­bie za­ka­mu­flo­wa­ne śla­dy w le­gen­dach i do­ku­men­tach. Wie­my, że strasz­li­wa pla­ga - za­pew­ne ty­fus - zdzie­siąt­ko­wa­ła po­pu­la­cję mia­sta por­to­we­go Awa­ris w roku 1715 przed na­szą erą103. Co ja­kiś czas wy­bu­cha­ły epi­de­mie ospy, a jed­na z nich w XII wie­ku przed na­szą erą na­zna­czy­ła cha­rak­te­ry­stycz­ny­mi dzio­ba­mi twarz Ram­ze­sa V104. Gruź­li­ca za­le­wa­ła do­li­nę In­du­su ni­czym po­wo­dzie, któ­re po­wta­rza­ły się tam z re­gu­lar­no­ścią pór roku105. A rak, je­że­li ist­niał w okre­sach mię­dzy tymi gi­gan­tycz­ny­mi epi­de­mia­mi, to ist­niał w mil­cze­niu, nie zo­sta­wia­jąc żad­ne­go moż­li­we­go do od­szy­fro­wa­nia śla­du w li­te­ra­tu­rze me­dycz­nej - ani żad­nej in­nej.

*

Rak po­now­nie daje znać o swym ist­nie­niu do­pie­ro po upły­wie po­nad dwóch ty­się­cy lat od opi­su Im­ho­te­pa. I znów uka­zu­je się jako cho­ro­ba okry­ta ta­jem­ni­cą, coś in­tym­ne­go i wsty­dli­we­go, o czym się nie mówi. W opa­słych Dzie­jach, na­pi­sa­nych oko­ło 440 roku przed na­szą erą, grec­ki hi­sto­ryk He­ro­dot od­no­to­wał hi­sto­rię Atos­sy, kró­lo­wej per­skiej, któ­ra za­pa­dła na nie­zwy­kłą cho­ro­bę. Atos­sa była cór­ką Cy­ru­sa II Wiel­kie­go i żoną Da­riu­sza, dwóch ko­lej­nych ce­sa­rzy z dy­na­stii Ache­me­ni­dów, sły­ną­cych z bru­tal­no­ści wład­ców ogrom­ne­go ob­sza­ru roz­cią­ga­ją­ce­go się od Li­dii nad Mo­rzem Śród­ziem­nym po Ba­bi­lo­nię nad Za­to­ką Per­ską. Kró­lo­wa Atos­sa wy­kry­ła w swo­jej pier­si krwa­wią­cy guz, za­pew­ne ob­jaw wy­jąt­ko­wo zło­śli­wej po­sta­ci raka pier­si, zwa­nej za­pal­ną (w jej prze­bie­gu ko­mór­ki raka two­rzą za­to­ry w na­czy­niach chłon­nych skó­ry, po­wsta­je obrzęk i za­czer­wie­nie­nie, któ­re obej­mu­je całą pierś lub bar­dzo dużą jej część).

Gdy­by Atos­sa wy­ra­zi­ła ta­kie ży­cze­nie, na jej dwór zje­cha­li­by się le­ka­rze od Ba­bi­lo­nii po Gre­cję. Ona jed­nak za­mknę­ła się w strasz­nej sa­mot­no­ści. Owi­ja­ła się płó­cien­ny­mi opa­trun­ka­mi w ra­mach na­ło­żo­nej na samą sie­bie kwa­ran­tan­ny. Być może le­ka­rze Da­riu­sza pró­bo­wa­li ją le­czyć, ale bez­sku­tecz­nie. Wresz­cie jed­nak grec­ki nie­wol­nik, le­karz imie­niem De­mo­ke­des, na­mó­wił ją, by po­zwo­li­ła wy­ciąć guz106.

Wkrót­ce po ope­ra­cji Atos­sa ta­jem­ni­czo zni­ka z tek­stu He­ro­do­ta. Jej hi­sto­ria sta­no­wi­ła dla nie­go je­dy­nie wą­tek po­bocz­ny. Nie wie­my, czy no­wo­twór na­wró­cił ani jak i kie­dy kró­lo­wa zmar­ła, wia­do­mo tyl­ko tyle, że za­bieg przy­najm­niej tym­cza­so­wo się udał. Dzię­ki De­mo­ke­de­so­wi Atos­sa nadal żyła. Wol­ną od bólu i cho­ro­by kró­lo­wą ogar­nął szał wdzięcz­no­ści i am­bi­cja pod­bo­jów te­ry­to­rial­nych. Da­riusz pla­no­wał woj­nę ze Scy­tią, kra­iną przy­le­ga­ją­cą do wschod­niej gra­ni­cy jego ce­sar­stwa. Jed­nak Atos­sa, pod­bu­rza­na przed De­mo­ke­de­sa, któ­ry pra­gnął wró­cić do oj­czy­stej Gre­cji, na­mó­wi­ła męża, by ru­szył z woj­skiem na za­chód i na­je­chał Gre­cję. Ów zwrot im­pe­rium per­skie­go ze wscho­du na za­chód i wy­ni­ka­ją­ca z nie­go se­ria wo­jen grec­ko-per­skich mia­ły sta­no­wić jed­no z prze­ło­mo­wych wy­da­rzeń we wcze­snej hi­sto­rii cy­wi­li­za­cji Za­cho­du. A za­tem nie pięk­na twarz He­le­ny wy­wo­ła­ła woj­nę, lecz skry­wa­ny w ta­jem­ni­cy guz Atos­sy. Choć rak był cho­ro­bą, o któ­rej się nie mó­wi­ło, od­ci­snął na świe­cie sta­ro­żyt­nym swo­je pięt­no.

*

He­ro­dot i Im­ho­tep to jed­nak opo­wia­da­cze hi­sto­rii, a w ich hi­sto­riach, jak zresz­tą we wszyst­kich, peł­no luk i nie­spój­no­ści. Opi­sa­ne przez nich przy­pad­ki "raka" to mo­gły być praw­dzi­we no­wo­two­ry, ale rów­nie do­brze - nie­ja­sno opi­sa­ne wrzo­dy, bro­daw­ki czy zna­mio­na. Je­dy­ne nie­wąt­pli­we przy­pad­ki no­wo­two­rów w hi­sto­rii to ta­kie, po któ­rych za­cho­wa­ły się prób­ki tka­nek. A żeby zo­ba­czyć taki no­wo­twór - spoj­rzeć w oczy tej od­wiecz­nej cho­ro­bie - trze­ba się wy­brać do li­czą­ce­go so­bie ty­siąc lat miej­sca po­chów­ku na od­lud­nej piasz­czy­stej rów­ni­nie na po­łu­dniu Peru.

Rów­ni­na ta leży na pół­noc­nym krań­cu pu­sty­ni Ata­ca­ma, su­che­go, opu­sto­sza­łe­go pasa zie­mi dłu­gie­go na po­nad ty­siąc ki­lo­me­trów, skry­te­go w cie­niu ol­brzy­mie­go pa­sma An­dów, któ­re cią­gnie się od po­łu­dnia Peru do Chi­le. Ten ka­wa­łek zie­mi, sta­le owie­wa­ny cie­płym, wy­su­sza­ją­cym wia­trem, ani razu w udo­ku­men­to­wa­nej hi­sto­rii nie za­znał opa­dów desz­czu. Trud­no so­bie wręcz wy­obra­zić, że nie­gdyś za­miesz­ki­wa­li go lu­dzie. Rów­ni­na jest bo­wiem usia­na set­ka­mi gro­bów - płyt­kich do­łów wy­ko­pa­nych w gli­nie, a na­stęp­nie sta­ran­nie wy­ło­żo­nych ka­mie­nia­mi. Z upły­wem stu­le­ci wie­le gro­bów od­ko­pa­li zło­dzie­je, psy i bu­rze. Do­ko­na­na zo­sta­ła eks­hu­ma­cja hi­sto­rii.

W mo­gi­łach spo­czy­wa­ją zmu­mi­fi­ko­wa­ne szcząt­ki człon­ków ple­mie­nia Chi­ri­baya. Nie kon­ser­wo­wa­ło ono w ża­den spo­sób ciał zmar­łych, ale tam­tej­szy kli­mat nie­mal ide­al­nie słu­ży mu­mi­fi­ka­cji zwłok. Od spodu gli­na wchła­nia wodę i pły­ny, z góry zaś tkan­ki osu­sza wiatr. Cia­ła zmar­łych, czę­sto cho­wa­nych w po­zy­cji sie­dzą­cej, szyb­ko więc za­sty­ga­ją w cza­sie i prze­strze­ni.

W roku 1990 na jed­no z ta­kich miejsc po­chów­ku, gdzie spo­czy­wa­ło oko­ło stu czter­dzie­stu ciał, zwró­cił uwa­gę Ar­thur Au­fder­he­ide, pro­fe­sor Uni­ver­si­ty of Min­ne­so­ta w Du­luth. Au­fder­he­ide jest z wy­kształ­ce­nia pa­to­lo­giem, a spe­cja­li­zu­je się w pa­le­opa­to­lo­gii, czy­li ba­da­niu an­tycz­nych pró­bek tka­nek. Nie prze­pro­wa­dza - jak Far­ber - au­top­sji na pa­cjen­tach, któ­rzy zmar­li nie­daw­no, tyl­ko na zmu­mi­fi­ko­wa­nych szcząt­kach zna­le­zio­nych pod­czas wy­ko­pa­lisk ar­che­olo­gicz­nych. Prze­cho­wu­je prób­ki w ste­ryl­nych po­jem­ni­kach na mle­ko w przy­po­mi­na­ją­cym ko­ściel­ną kryp­tę po­miesz­cze­niu w Min­ne­so­cie. Zgro­ma­dził bli­sko pięć ty­się­cy oka­zów ludz­kich tka­nek oraz nie­zli­czo­ne ilo­ści pró­bek po­bra­nych pod­czas biop­sji i set­ki po­ła­ma­nych szkie­le­tów.

W po­bli­żu miej­sca po­chów­ku człon­ków ple­mie­nia Chi­ri­baya Au­fder­he­ide po­sta­wił pro­wi­zo­rycz­ny stół do au­top­sji i w cią­gu kil­ku ty­go­dni prze­pro­wa­dził ich sto czter­dzie­ści107. W jed­nym z ciał - w mu­mii mło­dej, trzy­dzie­sto­kil­ku­let­niej ko­bie­ty, zna­le­zio­nej w płyt­kim gli­nia­nym gro­bie w po­zy­cji sie­dzą­cej, z pod­wi­nię­ty­mi no­ga­mi - od­krył coś nie­zwy­kłe­go. W trak­cie ba­da­nia Au­fder­he­ide wy­czuł pod pal­ca­mi twar­dy "ce­bu­lo­wa­ty guz" na jej le­wym ra­mie­niu. Wy­su­szo­na skó­ra, za­cho­wa­na w do­sko­na­łym sta­nie, pę­kła pod na­po­rem guza, któ­ry był na­szpi­ko­wa­ny drob­ny­mi odłam­ka­mi ko­ści. Bez wąt­pie­nia był to no­wo­twór zło­śli­wy ko­ści, mię­sak ko­ścio­po­chod­ny - za­kon­ser­wo­wa­ny w mu­mii ty­siąc­let­ni no­wo­twór.

Au­fder­he­ide po­dej­rze­wa, że guz prze­bił się przez skó­rę jesz­cze za ży­cia ko­bie­ty. Na­wet nie­wiel­ki mię­sak po­tra­fi spra­wiać nie­wy­obra­żal­ny ból. Zda­niem pro­fe­so­ra cier­pie­nie tej ko­bie­ty było nie­opi­sa­ne.

No­wo­two­ry ko­ści, two­rzą­ce twar­dą, zwap­nia­łą tkan­kę, mają zde­cy­do­wa­nie więk­szą od in­nych no­wo­two­rów szan­sę prze­trwać set­ki lat, za­cho­wu­ją się też w lep­szym sta­nie; Au­fder­he­ide nie jest zresz­tą je­dy­nym pa­le­opa­to­lo­giem, któ­ry na­tra­fił na no­wo­twór w zmu­mi­fi­ko­wa­nych ludz­kich szcząt­kach. Jak sam po­wie­dział: "W mu­miach zda­rza się rów­nież znaj­do­wać inne no­wo­two­ry, je­że­li za­cho­wa­ła się zmie­nio­na tkan­ka. Naj­star­szym ta­kim przy­pad­kiem jest rak żo­łąd­ka z miej­sco­wo­ści Ad-Da­chi­la w Egip­cie, po­cho­dzą­cy mniej wię­cej z 400 roku na­szej ery". Cza­sa­mi pa­le­opa­to­lo­dzy nie znaj­du­ją sa­mych gu­zów, lecz po­zo­sta­wio­ne przez nie śla­dy. Czasz­ki i ra­mio­na nie­któ­rych szkie­le­tów są usia­ne dziur­ka­mi spo­wo­do­wa­ny­mi przez no­wo­two­ry ko­ści, któ­re z ko­lei są skut­kiem prze­rzu­tów raka skó­ry lub pier­si. W roku 1914 ze­spół ar­che­olo­gów od­krył w ka­ta­kum­bach w egip­skiej Alek­san­drii li­czą­cą dwa ty­sią­ce lat mu­mię oso­by, u któ­rej rak za­ata­ko­wał kość mied­ni­cy108. Lo­uis Le­akey, ar­che­olog, któ­ry wy­ko­pał je­den z naj­star­szych zna­nych ludz­kich szkie­le­tów, Lucy, od­krył tak­że na jed­nym z po­bli­skich wy­ko­pa­lisk żu­chwę z roku 4000 przed na­szą erą no­szą­cą zna­mio­na pew­ne­go szcze­gól­ne­go ro­dza­ju chło­nia­ka, wy­stę­pu­ją­ce­go en­de­micz­nie w po­łu­dnio­wo-wschod­niej Afry­ce (choć ba­da­nia pa­to­lo­gicz­ne nie po­twier­dzi­ły pier­wot­ne­go ob­sza­ru wy­stę­po­wa­nia tego no­wo­two­ru)109. Je­że­li to od­kry­cie rze­czy­wi­ście ilu­stru­je skut­ki dzia­ła­nia no­wo­two­ru zło­śli­we­go, to rak, cho­ro­ba uwa­ża­na za "współ­cze­sną", jest w isto­cie jed­ną z naj­star­szych, ja­kie za­ob­ser­wo­wa­no w cie­le czło­wie­ka - moż­li­we na­wet, że naj­star­szą.

*

Jed­nak naj­bar­dziej ude­rza­ją­cym od­kry­ciem nie jest to, że rak ist­niał w od­le­głej prze­szło­ści, tyl­ko fakt, że na jego śla­dy na­ty­ka­my się tak nie­zwy­kle rzad­ko. Kie­dy za­py­ta­łem o to pro­fe­so­ra Au­fder­he­ide­go, ro­ze­śmiał się i od­parł: "Wcze­sną hi­sto­rię raka moż­na opo­wie­dzieć jed­nym zda­niem: wcze­snej hi­sto­rii raka pra­wie nie ma"110. Miesz­kań­cy Me­zo­po­ta­mii wie­dzie­li, co to są mi­gre­ny. Egip­cja­nie mie­li w swo­im ję­zy­ku sło­wo na okre­śle­nie ata­ku pa­dacz­ki. Na­zwa cho­ro­by przy­po­mi­na­ją­cej trąd, tsa­ra­at, pada w bi­blij­nej Księ­dze Ka­płań­skiej111. W in­dyj­skich We­dach znaj­du­ją się wzmian­ki o pu­chli­nie wod­nej i o bo­gi­ni-pa­tron­ce ospy. Gruź­li­ca była w sta­ro­żyt­no­ści czymś tak wszech­obec­nym i zna­jo­mym, że - po­dob­nie jak w przy­pad­ku śnie­gu u Eski­mo­sów - na każ­de jej wcie­le­nie uży­wa­no osob­ne­go sło­wa. Za to ude­rza­ją­co nie­obec­ne w źró­dłach hi­sto­rycz­nych są na­wet naj­pow­szech­niej­sze po­sta­ci raka - rak pier­si, płu­ca czy pro­sta­ty. Poza kil­ko­ma god­ny­mi uwa­gi wy­jąt­ka­mi w ca­łych dzie­jach me­dy­cy­ny nie ma książ­ki, w któ­rej moż­na by zna­leźć wzmian­kę o raku czy o przy­pi­sa­nym do tej cho­ro­by bó­stwie.

Ist­nie­je ku temu kil­ka po­wo­dów. Pierw­szy i naj­waż­niej­szy to ten, że rak jest cho­ro­bą zwią­za­ną z wie­kiem - cza­sa­mi szan­sa za­cho­ro­wa­nia ro­śnie wręcz w po­stę­pie wy­kład­ni­czym, w mia­rę jak czło­wiek się sta­rze­je. Na przy­kład ry­zy­ko za­cho­ro­wa­nia na raka pier­si wy­no­si oko­ło i do 400 w przy­pad­ku ko­bie­ty trzy­dzie­sto­let­niej, sie­dem­dzie­się­cio­let­niej zaś - aż i do 9112. W więk­szo­ści spo­łe­czeństw sta­ro­żyt­nych lu­dzie nie żyli wy­star­cza­ją­co dłu­go, by zdą­żyć za­cho­ro­wać na raka. Znacz­nie wcze­śniej żni­wo śmier­ci zbie­ra­ły gruź­li­ca, pu­chli­na wod­na, cho­le­ra, ospa, trąd, dżu­ma i za­pa­le­nie płuc. Je­że­li na­wet rak ist­niał, przy­kry­wa­ło go całe mo­rze in­nych cho­rób. Wy­ło­nił się na po­wierzch­nię, po­nie­waż wszyst­kie po­zo­sta­łe śmier­tel­ne cho­ro­by zo­sta­ły uśmier­co­ne. W XIX wie­ku le­ka­rze czę­sto ko­ja­rzy­li raka z cy­wi­li­za­cją - wy­obra­ża­li so­bie, że po­wo­du­ją go po­śpiech i za­wi­ro­wa­nia współ­cze­sne­go ży­cia, któ­re w ja­kiś spo­sób za­po­cząt­ko­wu­ją roz­wój pa­to­lo­gicz­nych zmian w cie­le. Sko­ja­rze­nie ze sobą tych dwóch zja­wisk było po­praw­ne, ale za­leż­ność przy­czy­no­wo-skut­ko­wa już nie: cy­wi­li­za­cja nie po­wo­do­wa­ła raka, lecz, przez to, że wy­dłu­ży­ła ludz­kie ży­cie, wy­do­by­ła go na jaw.

Dłu­go­wiecz­ność, nie­wąt­pli­wie naj­waż­niej­szy czyn­nik wpły­wa­ją­cy na czę­stość wy­stę­po­wa­nia raka na po­cząt­ku XX wie­ku, praw­do­po­dob­nie nie jest je­dy­nym czyn­ni­kiem. W ubie­głym wie­ku na­stą­pi­ła za­uwa­żal­na po­pra­wa moż­li­wo­ści co­raz wcze­śniej­sze­go wy­kry­wa­nia cho­rób no­wo­two­ro­wych, a tak­że traf­ne­go iden­ty­fi­ko­wa­nia ich jako przy­czy­ny śmier­ci. Śmierć dziec­ka cho­re­go na bia­łacz­kę w roku 1850 zo­sta­ła­by przy­pi­sa­na rop­nio­wi lub in­fek­cji (czy, jak ujął­by to Ben­nett, "ro­pie­niu krwi"). Dzię­ki po­stę­pom chi­rur­gii, a tak­że tech­nik biop­sji i au­top­sji udo­sko­na­li­li­śmy umie­jęt­ność dia­gno­zo­wa­nia no­wo­two­rów. Wpro­wa­dze­nie mam­mo­gra­fii, ba­da­nia wy­kry­wa­ją­ce­go raka pier­si na wcze­snym eta­pie, spo­wo­do­wa­ło gwał­tow­ny wzrost czę­sto­ści jego wy­stę­po­wa­nia - efekt po­zor­nie pa­ra­dok­sal­ny, któ­ry jest jed­nak do­sko­na­le lo­gicz­ny, kie­dy uświa­do­mi­my so­bie, że zdję­cia rent­ge­now­skie umoż­li­wia­ją dia­gno­zę na­wet w przy­pad­ku wy­stę­po­wa­nia bar­dzo ma­łych ognisk no­wo­two­ru.

Wresz­cie zmia­ny w spo­so­bie ży­cia wpły­nę­ły na znacz­ne prze­su­nię­cia w spek­trum cho­ro­by no­wo­two­ro­wej - pew­ne no­wo­two­ry sta­ły się po­wszech­niej­sze, a inne - rzad­sze. Na przy­kład w nie­któ­rych po­pu­la­cjach do koń­ca XIX wie­ku czę­stym no­wo­two­rem był rak żo­łąd­ka, co praw­do­po­dob­nie było skut­kiem wy­stę­po­wa­nia kan­ce­ro­ge­nów w za­le­wach do kon­ser­wo­wa­nia prze­two­rów, do cze­go do­łą­cza­ła się obec­na en­de­micz­nie bak­te­ria wy­wo­łu­ją­ca ten no­wo­twór. Wszyst­ko wska­zu­je na to, że epi­de­mia raka żo­łąd­ka ustą­pi­ła wraz z wpro­wa­dze­niem no­wo­cze­sne­go sys­te­mu prze­cho­wy­wa­nia żyw­no­ści w chło­dziar­kach (może rów­nież ze zmia­na­mi w hi­gie­nie pu­blicz­nej, któ­re za­owo­co­wa­ły mniej­szą licz­bą za­ka­żeń ową bak­te­rią). Z ko­lei licz­ba za­cho­ro­wań na raka płu­ca wśród męż­czyzn dra­ma­tycz­nie wzro­sła w la­tach pięć­dzie­sią­tych XX wie­ku z po­wo­du zwięk­sze­nia po­pu­lar­no­ści pa­le­nia pa­pie­ro­sów na po­cząt­ku stu­le­cia. W przy­pad­ku ko­biet, gru­py, któ­ra za­czę­ła ma­so­wo pa­lić w la­tach pięć­dzie­sią­tych, szczyt za­cho­ro­wal­no­ści jesz­cze nie na­stą­pił.

Kon­se­kwen­cje tych zmian de­mo­gra­ficz­nych i epi­de­mio­lo­gicz­nych były i są ogrom­ne. W roku 1900, jak za­ob­ser­wo­wał Ro­swell Park, zde­cy­do­wa­nie naj­częst­szą przy­czy­ną śmier­ci w Ame­ry­ce była gruź­li­ca. Za nią pla­so­wa­ły się: za­pa­le­nie płuc (Wil­liam Osler, słyn­ny le­karz z Uni­wer­sy­te­tu John­sa Hop­kin­sa, na­zwał je "ka­pi­ta­nem ar­mii śmier­ci"113), bie­gun­ka oraz nie­żyt żo­łąd­ka i je­lit. Rak zaj­mo­wał da­le­kie siód­me miej­sce114. Z po­cząt­kiem lat czter­dzie­stych wsko­czył na miej­sce dru­gie, za­raz za cho­ro­bą wień­co­wą ser­ca115. W tym sa­mym okre­sie ocze­ki­wa­na dłu­gość ży­cia Ame­ry­ka­nów wzro­sła mniej wię­cej o dwa­dzie­ścia sześć lat116. Od­se­tek osób po­wy­żej sześć­dzie­sią­te­go roku ży­cia - czy­li w wie­ku, w któ­rym za­czy­na ata­ko­wać więk­szość no­wo­two­rów - nie­mal się po­dwo­ił.

Nie­za­leż­nie od tego, jak rzad­kie są opi­sa­ne przy­pad­ki raka sprzed wie­ków, nie spo­sób za­po­mnieć o gu­zie ro­sną­cym w ko­ści trzy­dzie­sto­kil­ku­let­niej ko­bie­ty, któ­rej mu­mię zba­dał Au­fder­he­ide. Ta ko­bie­ta na pew­no za­da­wa­ła so­bie py­ta­nie, czym jest ten nę­ka­ją­cy ją bez prze­rwy ból w ko­ści i po­wo­li po­ja­wia­ją­ce się na niej wy­brzu­sze­nie. Spo­glą­da­jąc na ten guz, trud­no nie do­znać uczu­cia, że oto wi­dzi się po­tęż­ne mon­strum w fa­zie nie­mow­lęc­twa.

Prolog

[...] Je­śli

Cho­ro­ba wkra­cza w osta­tecz­ne sta­dium,

Le­karz sto­su­je osta­tecz­ne środ­ki Lub [...] żad­nych.

Wil­liam Sha­ke­spe­are, Ham­let2

Rak za­czy­na się od czło­wie­ka i na czło­wie­ku się koń­czy. W na­tło­ku na­uko­wych abs­trak­cji moż­na cza­sa­mi za­po­mnieć o tym pod­sta­wo­wym fak­cie. [...] Le­ka­rze le­czą cho­ro­by, ale le­czą rów­nież lu­dzi i ten wa­ru­nek ich za­wo­do­we­go ist­nie­nia cza­sa­mi cią­gnie ich w dwóch prze­ciw­nych kie­run­kach.

June Go­od­field3

Ran­kiem 19 maja 2004 roku Car­la Reed, trzy­dzie­sto­let­nia przed­szko­lan­ka z Ip­swich w sta­nie Mas­sa­chu­setts, mat­ka troj­ga ma­łych dzie­ci, obu­dzi­ła się z bó­lem gło­wy. "Ale nie był to zwy­czaj­ny ból - wspo­mi­na­ła póź­niej - tyl­ko pew­ne­go ro­dza­ju odrę­twie­nie gło­wy. Ta­kie odrę­twie­nie, któ­re na­tych­miast sy­gna­li­zu­je, że dzie­je się coś bar­dzo złe­go".

Coś bar­dzo złe­go dzia­ło się od bli­sko mie­sią­ca. Pod ko­niec kwiet­nia Car­la od­kry­ła na ple­cach kil­ka siń­ców. Po­ja­wi­ły się pew­ne­go ran­ka, ni stąd, ni zo­wąd, jak ja­kieś styg­ma­ty, póź­niej się roz­ro­sły, a w cią­gu ko­lej­nych ty­go­dni zbla­dły, zo­sta­wia­jąc po so­bie śla­dy przy­po­mi­na­ją­ce mapę. Stop­nio­wo, nie­mal nie­zau­wa­żal­nie, Car­li za­czę­ły bled­nąć dzią­sła. Na po­cząt­ku maja ta ener­gicz­na, peł­na ży­cia ko­bie­ta, przy­zwy­cza­jo­na do spę­dza­nia wie­lu go­dzin z pię­cio- i sze­ścio­lat­ka­mi, za któ­ry­mi trze­ba bie­gać po ca­łej sali, le­d­wie mia­ła siłę wejść po scho­dach na pię­tro. W nie­któ­re po­ran­ki czu­ła się tak wy­czer­pa­na, że nie mo­gła ustać na no­gach i z po­ko­ju do po­ko­ju prze­miesz­cza­ła się na czwo­ra­kach. Sy­pia­ła nie­spo­koj­nie po dwa­na­ście, czter­na­ście go­dzin na dobę, po czym bu­dzi­ła się tak skraj­nie zmę­czo­na, że mu­sia­ła się znów po­ło­żyć spać.

Pod­czas tych czte­rech ty­go­dni Car­la wraz z mę­żem zgło­si­ła się do le­ka­rza ogól­ne­go i dwa razy do pie­lę­gniar­ki, ale z każ­dej z tych wi­zyt wy­szła bez ba­dań i bez dia­gno­zy. Za­czę­ła od­czu­wać w ko­ściach upior­ne bóle, któ­re przy­cho­dzi­ły i od­cho­dzi­ły. Le­kar­ka sta­ra­ła się zna­leźć ja­kieś wy­tłu­ma­cze­nie dla złe­go sa­mo­po­czu­cia Car­li. Stwier­dzi­ła, że to może być mi­gre­na, i ka­za­ła pa­cjent­ce za­ży­wać aspi­ry­nę. Aspi­ry­na tyl­ko na­si­li­ła krwa­wie­nie z bla­dych dzią­seł.

Car­la, oso­ba z na­tu­ry otwar­ta, to­wa­rzy­ska i try­ska­ją­ca ener­gią, bar­dziej się dzi­wi­ła, niż przej­mo­wa­ła swo­ją po­ja­wia­ją­cą się i zni­ka­ją­cą cho­ro­bą. Nig­dy wcze­śniej po­waż­nie nie cho­ro­wa­ła. Szpi­tal był dla niej miej­scem cał­ko­wi­cie abs­trak­cyj­nym - nig­dy nie mia­ła stycz­no­ści z le­ka­rzem spe­cja­li­stą, a co do­pie­ro z on­ko­lo­giem. Tłu­ma­czy­ła so­bie, że jej ob­ja­wy mogą mieć róż­ne przy­czy­ny - prze­pra­co­wa­nie, de­pre­sja, nie­straw­ność, ner­wi­ca, bez­sen­ność. Ale osta­tecz­nie coś w niej - ja­kiś siód­my zmysł - dało znać, że w jej cie­le dzie­je się coś po­waż­ne­go i groź­ne­go.

19 maja po po­łu­dniu Car­la zo­sta­wi­ła dzie­ci pod opie­ką są­siad­ki, po­je­cha­ła do kli­ni­ki i za­żą­da­ła wy­ko­na­nia ba­dań krwi. Le­kar­ka zle­ci­ła stan­dar­do­we ba­da­nie. Gdy pie­lę­gniarz po­brał z żyły krew, wle­pił wzrok w jej ko­lor, naj­wy­raź­niej za­in­try­go­wa­ny. Płyn, któ­ry wy­pły­wał z żyły Car­li - ja­sny, rzad­ki i wod­ni­sty - wła­ści­wie ni­czym krwi nie przy­po­mi­nał.

Do koń­ca dnia Car­la nie otrzy­ma­ła żad­nej wia­do­mo­ści. Na­za­jutrz przed po­łu­dniem, kie­dy ro­bi­ła za­ku­py na tar­gu ryb­nym, za­dzwo­nił te­le­fon.

- Mu­si­my jesz­cze raz po­brać pani krew - po­wie­dzia­ła pie­lę­gniar­ka z kli­ni­ki.

- Kie­dy mam przy­je­chać? - za­py­ta­ła Car­la, przy­po­mi­na­jąc so­bie jed­no­cze­śnie plan gę­sto wy­peł­nio­ne­go obo­wiąz­ka­mi dnia. Pa­mię­ta, że spoj­rza­ła na ze­gar. Ćwierć­ki­lo­gra­mo­wy stek z ło­so­sia roz­mra­żał się w tor­bie i mógł się ze­psuć, je­że­li nie tra­fi szyb­ko do lo­dów­ki.

Na wspo­mnie­nia Car­li z prze­bie­gu cho­ro­by skła­da­ją się wła­śnie ta­kie ba­nal­ne szcze­gó­ły: ze­gar, dzie­ci, gra­fik do­wo­że­nia ich do szko­ły, fiol­ka ja­snej krwi, ta­ją­ca w słoń­cu ryba na obiad, na­głe na­pię­cie w gło­sie w słu­chaw­ce. Car­la nie pa­mię­ta do­kład­nie słów pie­lę­gniar­ki, tyl­ko ogól­ne wra­że­nie, że spra­wa jest po­waż­na.

- Na­tych­miast - tak chy­ba po­wie­dzia­ła pie­lę­gniar­ka. - Pro­szę przy­je­chać na­tych­miast.

*

O przy­pad­ku Car­li do­wie­dzia­łem się o siód­mej rano 21 maja, w wa­go­nie me­tra mię­dzy sta­cja­mi Ken­dall Squ­are a Char­les Stre­et w Bo­sto­nie. Zda­nie, któ­re wy­świe­tli­ło mi się na pa­ge­rze, mia­ło cha­rak­te­ry­stycz­ny rytm stac­ca­to i siłę prze­ka­zu po­waż­ne­go przy­pad­ku me­dycz­ne­go: Car­la Reed / nowa pa­cjent­ka, bia­łacz­ka / 14 pię­tro / pro­szę od­wie­dzić za­raz po przyj­ściu. Gdy po­ciąg wy­strze­lił z dłu­gie­go ciem­ne­go tu­ne­lu, na­gle uka­za­ły mi się prze­szklo­ne wie­że szpi­ta­la ogól­ne­go, Mas­sa­chu­setts Ge­ne­ral Ho­spi­tal, i okna sal na czter­na­stym pię­trze.

Do­my­śla­łem się, że Car­la leży w jed­nej z nich, sama, prze­raź­li­wie sa­mot­na. Na ko­ry­ta­rzach już pew­nie roz­brzmie­wał szum go­rącz­ko­wej ak­tyw­no­ści. Mię­dzy od­dzia­łem a la­bo­ra­to­rium na pierw­szym pię­trze krą­ży­ły pro­bów­ki z krwią. Pie­lę­gniar­ki no­si­ły prób­ki do ba­da­nia, re­zy­den­ci zbie­ra­li dane do po­ran­nych spra­woz­dań, brzę­cza­ły dzwon­ki, wy­sy­ła­no wia­do­mo­ści na pa­ge­ry le­ka­rzy. Gdzieś w głę­bi szpi­ta­la ktoś włą­czał mi­kro­skop i w jego oku­la­rze ob­raz ko­mó­rek krwi Car­li na­bie­rał wy­ra­zi­sto­ści.

Opo­wia­dam o tym wszyst­kim ze sto­sun­ko­wą pew­no­ścią, po­nie­waż po­ja­wie­nie się pa­cjen­ta cho­re­go na ostrą bia­łacz­kę wciąż spra­wia, że całą kli­ni­kę prze­szy­wa dreszcz - od od­dzia­łów on­ko­lo­gicz­nych na gór­nych pię­trach po la­bo­ra­to­ria kli­nicz­ne miesz­czą­ce się głę­bo­ko w piw­ni­cach. Bia­łacz­ka to no­wo­twór bia­łych krwi­nek - jed­na z naj­bar­dziej gwał­tow­nych, burz­li­wie prze­bie­ga­ją­cych od­mian raka. Jak lu­bi­ła przy­po­mi­nać pa­cjen­tom pew­na pie­lę­gniar­ka z od­dzia­łu on­ko­lo­gicz­ne­go, w przy­pad­ku tej cho­ro­by "na­wet prze­cię­cie skó­ry pa­pie­rem to po­waż­ny wy­pa­dek".

Dla on­ko­lo­ga szko­lą­ce­go się w za­wo­dzie ostra bia­łacz­ka rów­nież sta­no­wi wy­jąt­ko­wą od­mia­nę raka. Jej na­głość, gwał­tow­ność, bły­ska­wicz­ny, nie­po­wstrzy­ma­ny roz­wój wy­mu­sza­ją szyb­kie, czę­sto dra­stycz­ne de­cy­zje; jest to cho­ro­ba prze­ra­ża­ją­ca dla tego, kto na nią cier­pi, dla tego, kto pa­trzy na nią z boku, i dla tego, kto ją le­czy. Cia­ło za­ata­ko­wa­ne przez bia­łacz­kę zo­sta­je do­pro­wa­dzo­ne do kru­chych gra­nic fi­zjo­lo­gicz­ne­go funk­cjo­no­wa­nia - każ­dy układ, ser­ce, płu­ca i krew pra­cu­ją na gra­ni­cy swo­ich moż­li­wo­ści. Pie­lę­gniar­ki uzu­peł­ni­ły luki w mo­jej wie­dzy na te­mat przy­pad­ku Car­li. Zle­co­ne przez jej le­kar­kę ba­da­nia krwi wy­ka­za­ły, że po­ziom czer­wo­nych krwi­nek był kry­tycz­nie ni­ski, po­ni­żej jed­nej trze­ciej nor­my. Za­miast nor­mal­nych bia­łych krwi­nek w jej krwi znaj­do­wa­ły się mi­lio­ny du­żych, zło­śli­wych bia­łych ko­mó­rek - w ter­mi­no­lo­gii on­ko­lo­gicz­nej zwa­nych bla­sta­mi. Le­kar­ka, któ­ra wresz­cie po­sta­wi­ła po­praw­ną dia­gno­zę, skie­ro­wa­ła Car­lę do Mas­sa­chu­setts Ge­ne­ral Ho­spi­tal.

*

Idąc do sali Car­li dłu­gim, pu­stym ko­ry­ta­rzem, po an­ty­sep­tycz­nie błysz­czą­cej pod­ło­dze świe­żo prze­tar­tej wodą ze środ­kiem de­zyn­fe­ku­ją­cym, prze­bie­ga­łem w my­ślach li­stę ba­dań, któ­rym bę­dzie trze­ba pod­dać krew cho­rej, i ostat­ni raz po­wtó­rzy­łem swo­je kwe­stie w cze­ka­ją­cej nas roz­mo­wie. Po­my­śla­łem z ża­lem, że w moim współ­czu­ciu jest coś wy­kal­ku­lo­wa­ne­go, wręcz me­cha­nicz­ne­go. Był to dzie­sią­ty mie­siąc mo­je­go sta­żu na on­ko­lo­gii - dwu­let­nie­go in­ten­syw­ne­go pro­gra­mu szko­le­nia spe­cja­li­stów od no­wo­two­rów - i mia­łem po­czu­cie, że osią­gną­łem punkt, po­ni­żej któ­re­go już się nie da zejść. Przez tych dzie­sięć nie­opi­sa­nie trud­nych, przej­mu­ją­cych mie­się­cy zmar­ły dzie­siąt­ki pa­cjen­tów, któ­ry­mi się opie­ko­wa­łem. Czu­łem, że po­wo­li uod­par­niam się na śmierć i przy­gnę­bie­nie - jak­bym do­stał szcze­pion­kę na cią­głą emo­cjo­nal­ną szar­pa­ni­nę.

Ta­kich sta­ży­stów jak ja było w szpi­ta­lu sied­miu. Na pa­pie­rze wy­da­wa­li­śmy się po­tęż­ną siłą: by­li­śmy ab­sol­wen­ta­mi pię­ciu uczel­ni me­dycz­nych i czte­rech kli­nik uni­wer­sy­tec­kich, mie­li­śmy za sobą łącz­nie sześć­dzie­siąt sześć lat po­bie­ra­nia nauk me­dycz­nych i mo­gli­śmy się po­szczy­cić dwu­na­sto­ma dy­plo­ma­mi ukoń­cze­nia stu­diów wyż­szych i po­dy­plo­mo­wych. Ale ani lata na­uki, ani dy­plo­my nie przy­go­to­wa­ły nas do tego sta­żu. Uczel­nia me­dycz­na, spe­cja­li­za­cja i re­zy­den­tu­ra były wy­czer­pu­ją­ce fi­zycz­nie i emo­cjo­nal­nie, ale pierw­sze mie­sią­ce sta­żu zdmuch­nę­ły ich wspo­mnie­nie, jak­by to była tyl­ko za­ba­wa, ze­rów­ka przed praw­dzi­wym szko­le­niem na le­ka­rza.

Rak był w na­szym ży­ciu wszech­obec­ny. Za­wład­nął na­szą wy­obraź­nią, opa­no­wał wspo­mnie­nia, prze­do­sta­wał się do każ­dej roz­mo­wy, prze­ni­kał każ­dą myśl. Sko­ro my, le­ka­rze, mie­li­śmy po­czu­cie, że rak cał­ko­wi­cie za­pa­no­wał nad na­szym ży­ciem, to nasi pa­cjen­ci czu­li za­pew­ne, że prak­tycz­nie ode­brał im ży­cie. Pa­weł Ni­ko­ła­je­wicz Ru­sa­now, bo­ha­ter po­wie­ści Alek­san­dra Soł­że­ni­cy­na Od­dział cho­rych na raka4, mło­dy du­chem Ro­sja­nin po czter­dzie­st­ce, od­kry­wa guz na szyi i zo­sta­je na­tych­miast skie­ro­wa­ny na od­dział on­ko­lo­gicz­ny pew­ne­go bez­i­mien­ne­go szpi­ta­la na mroź­nej pół­no­cy. Dia­gno­za - nie sama cho­ro­ba, lecz jej styg­mat - sta­je się dla Ru­sa­no­wa wy­ro­kiem śmier­ci. Cho­ro­ba od­bie­ra mu toż­sa­mość. Przy­odzie­wa go w szpi­tal­ną pi­ża­mę (strój tra­gi­ko­micz­nie okrut­ny, nie mniej niż wię­zien­ny dre­lich) i zu­peł­nie przej­mu­je kon­tro­lę nad jego dzia­ła­niem. Usły­szeć dia­gno­zę: "rak" to - od­kry­wa Ru­sa­now - zna­leźć się w nie­ma­ją­cym gra­nic me­dycz­nym gu­ła­gu, pań­stwie jesz­cze bar­dziej opre­syj­nym i pa­ra­li­żu­ją­cym niż to, w któ­rym bo­ha­ter żył wcze­śniej. (Soł­że­ni­cyn chciał może, by jego ab­sur­dal­nie to­ta­li­tar­ny od­dział on­ko­lo­gicz­ny sta­no­wił pa­ra­le­lę ab­sur­dal­nie to­ta­li­tar­ne­go świa­ta poza mu­ra­mi szpi­ta­la, kie­dy jed­nak za­py­ta­łem pew­ną ko­bie­tę cho­rą na raka szyj­ki ma­ci­cy, co są­dzi o tej pa­ra­le­li, po­wie­dzia­ła z prze­ką­sem: "Nie­ste­ty, mnie przy tej książ­ce nie były po­trzeb­ne żad­ne me­ta­fo­ry. Dla mnie od­dział on­ko­lo­gicz­ny rze­czy­wi­ście był pań­stwem kon­tro­lu­ją­cym każ­dy ruch, wię­zie­niem").

Jako le­karz uczą­cy się po­stę­po­wa­nia z pa­cjen­ta­mi on­ko­lo­gicz­ny­mi owo po­czu­cie by­cia kon­tro­lo­wa­nym i ogra­ni­cza­nym zna­łem tyl­ko z po­zy­cji ob­ser­wa­to­ra. Ale na­wet z ta­kiej ze­wnętrz­nej per­spek­ty­wy wy­raź­nie czu­łem moc tego wię­zie­nia - tępą, upo­rczy­wą siłę przy­cią­ga­nia, któ­ra po­ry­wa w or­bi­tę raka wszyst­kich i wszyst­ko. W pierw­szym ty­go­dniu mo­je­go sta­żu pe­wien ko­le­ga, któ­ry wła­śnie swój staż ukoń­czył, wziął mnie na stro­nę i udzie­lił mi kil­ku rad. "To jest niby pro­gram in­ten­syw­ny - po­wie­dział, ści­sza­jąc głos. - Ale tak na­praw­dę to pro­gram za­bój­czo in­ten­syw­ny. Nie do­puść, żeby ta rze­czy­wi­stość prze­nik­nę­ła wszyst­ko, co ro­bisz. Miej ja­kieś ży­cie poza szpi­ta­lem. Przy­da ci się. In­a­czej to tu­taj cię we­ssie".

Ale nie moż­na było nie dać się we­ssać. Co wie­czór po ob­cho­dzie sie­dzia­łem przez ja­kiś czas w au­cie na szpi­tal­nym par­kin­gu, w nie­przy­ja­znym be­to­no­wym la­bi­ryn­cie oświe­tlo­nym ja­rze­niów­ka­mi, otę­pia­ły i nie­zbor­ny. Ra­dio bez­myśl­nie trzesz­cza­ło w tle, a ja kom­pul­syw­nie usi­ło­wa­łem od­two­rzyć wy­da­rze­nia mi­nio­ne­go dnia. Gło­wę mia­łem peł­ną hi­sto­rii pa­cjen­tów, a pod­ję­te de­cy­zje cho­dzi­ły za mną i nie da­wa­ły mi spo­ko­ju. Czy war­to było zle­cić ko­lej­ny cykl che­mio­te­ra­pii sześć­dzie­się­cio­sze­ścio­let­niej ap­te­kar­ce cho­rej na raka płu­ca, u któ­rej nie za­dzia­ła­ły żad­ne inne leki? Czy w przy­pad­ku dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­niej ko­bie­ty cho­rej na ziar­ni­cę zło­śli­wą le­piej było wy­pró­bo­wać spraw­dzo­ne sil­ne po­łą­cze­nie le­ków i ry­zy­ko­wać, że sta­nie się bez­płod­na, czy ra­czej wy­brać po­łą­cze­nie bar­dziej eks­pe­ry­men­tal­ne, dzię­ki któ­re­mu za­cho­wa­ła­by szan­se na uro­dze­nie dziec­ka? Czy hisz­pań­sko­ję­zycz­ną mat­kę troj­ga dzie­ci z ra­kiem je­li­ta gru­be­go po­win­no się włą­czyć do no­we­go pro­gra­mu kli­nicz­ne­go, sko­ro le­d­wo umie prze­czy­tać for­mu­larz zgo­dy na le­cze­nie, na­pi­sa­ny trud­nym urzę­do­wym ję­zy­kiem?

Po­zo­sta­jąc w co­dzien­nym kon­tak­cie z ra­kiem, nie wi­dzia­łem nic poza ży­ciem i lo­sem swo­ich pa­cjen­tów, uka­zu­ją­cym mi się w prze­sy­co­nych bar­wach ni­czym ob­raz w te­le­wi­zo­rze, w któ­rym usta­wio­no zbyt moc­ny kon­trast. Nie umia­łem się od­su­nąć od ekra­nu. In­stynk­tow­nie wie­dzia­łem, że moje do­świad­cze­nia sta­no­wią ele­ment to­czą­cej się na znacz­nie więk­szą ska­lę wal­ki z ra­kiem, ale ogar­nię­cie jej umy­słem było zde­cy­do­wa­nie poza za­się­giem mo­ich moż­li­wo­ści. Jak każ­dy no­wi­cjusz by­łem spra­gnio­ny hi­sto­rii, ale też jak każ­dy no­wi­cjusz nie po­tra­fi­łem jej so­bie wy­obra­zić.

*

Gdy wy­sze­dłem ze sta­nu dziw­ne­go przy­gnę­bie­nia, w któ­rym po­grą­ży­łem się pod­czas dwu­let­nie­go sta­żu, wró­ci­ły i za­czę­ły do­ma­gać się od­po­wie­dzi py­ta­nia o szer­szy kon­tekst raka: Ile lat ma rak? Ja­kie są ko­rze­nie na­szej wal­ki z tą cho­ro­bą? Czy też - jak czę­sto­kroć for­mu­ło­wa­li to py­ta­nie pa­cjen­ci - na ja­kim je­ste­śmy eta­pie "woj­ny" z ra­kiem? W jaki spo­sób do­szli­śmy do tego punk­tu? Czy jest ja­kiś ko­niec? Czy tę woj­nę kie­dy­kol­wiek uda się wy­grać?

Ni­niej­sza książ­ka wy­ro­sła z prób od­po­wie­dzi na te wła­śnie py­ta­nia. Za­głę­bi­łem się w hi­sto­rię raka, żeby nadać kształt tej zmien­no­kształt­nej cho­ro­bie, z któ­rą po­sta­no­wi­łem się zmie­rzyć. Się­ga­łem do prze­szło­ści, żeby rzu­cić świa­tło na te­raź­niej­szość. Osa­mot­nie­nie i wście­kłość, któ­re ogar­nia­ją trzy­dzie­sto­sze­ścio­let­nią ko­bie­tę cho­rą na raka pier­si w III stop­niu za­awan­so­wa­nia, po­wta­rza­ją jak echo uczu­cia zna­ne już w sta­ro­żyt­no­ści: Atos­sa, kró­lo­wa per­ska5, owi­ja­ła cho­rą pierś, by ukryć ją przed ludz­kim wzro­kiem, aż wresz­cie, w na­pa­dzie de­struk­cyj­nej i pro­ro­czej fu­rii, ka­za­ła nie­wol­ni­ko­wi od­ciąć tę pierś no­żem. Pra­gnie­nie pew­nej pa­cjent­ki, by am­pu­to­wać so­bie brzuch pe­łen prze­rzu­tów - "żeby ab­so­lut­nie nic nie zo­sta­ło", jak to uję­ła - przy­wo­dzi na myśl opę­ta­ne­go per­fek­cjo­ni­zmem dzie­więt­na­sto­wiecz­ne­go chi­rur­ga Wil­lia­ma Hal­ste­da, któ­ry ocio­sy­wał cia­ła pa­cjen­tów z raka, prze­pro­wa­dza­jąc co­raz roz­le­glej­sze i co­raz bar­dziej de­for­mu­ją­ce ope­ra­cje w na­dziei, że im wię­cej się usu­nie, tym le­piej się wy­le­czy.

Pod me­dycz­ny­mi, kul­tu­ro­wy­mi i me­ta­fo­rycz­ny­mi in­ter­pre­ta­cja­mi raka przez całe wie­ki kry­ło się bio­lo­gicz­ne ro­zu­mie­nie cho­ro­by - ro­zu­mie­nie, któ­re zmie­nia­ło kształt, czę­sto ra­dy­kal­nie, z de­ka­dy na de­ka­dę. Jak wie­my dzi­siaj, rak to cho­ro­ba wy­wo­ła­na nie­kon­tro­lo­wa­nym roz­wo­jem po­je­dyn­czej ko­mór­ki. Przy­czy­ną tego roz­wo­ju są pew­ne spe­cy­ficz­ne mu­ta­cje (zmia­ny w DNA), któ­re po­wo­du­ją nie­po­wstrzy­ma­ne na­mna­ża­nie się ko­mór­ki. Po­dzia­łem i śmier­cią zdro­wej ko­mór­ki za­wia­du­ją po­tęż­ne me­cha­ni­zmy ge­ne­tycz­ne. W przy­pad­ku ko­mór­ki ra­ko­wej te me­cha­ni­zmy są po­psu­te - w re­zul­ta­cie ko­mór­ka nie może prze­stać się dzie­lić.

Fakt, że owa po­zor­nie pro­sta pro­ce­du­ra - nie­uzna­ją­cy żad­nych prze­szkód roz­rost tkan­ki - może sta­no­wić sed­no tej sur­re­ali­stycz­nej, wie­lo­wy­mia­ro­wej cho­ro­by, świad­czy o tym, jak nie­po­ję­ta moc tkwi w me­cha­ni­zmie roz­wo­ju ko­mó­rek. Dzię­ki ich po­dzia­ło­wi czło­wiek jako or­ga­nizm ro­śnie i się roz­wi­ja, przy­sto­so­wu­je się do śro­do­wi­ska, wra­ca do sie­bie po cho­ro­bie - sło­wem, żyje. Kie­dy pro­ces po­dzia­łu ko­mó­rek ule­ga wy­pa­cze­niu i prze­sta­ją go po­wścią­gać ja­kie­kol­wiek ba­rie­ry, tkan­ki no­wo­two­ro­we ro­sną, roz­wi­ja­ją się, przy­sto­so­wu­ją do śro­do­wi­ska, po­tra­fią się bro­nić i na­pra­wiać, gdy zo­sta­ną za­ata­ko­wa­ne. Żyją kosz­tem na­sze­go ży­cia. Ko­mór­ki raka po­tra­fią się mno­żyć szyb­ciej niż nor­mal­ne i prę­dzej ad­ap­to­wać do no­wych wa­run­ków. Są do­sko­nal­szą wer­sją nas sa­mych.

Se­kret wal­ki z ra­kiem po­le­ga za­tem na zna­le­zie­niu spo­so­bu, by za­po­bie­gać wy­stę­po­wa­niu mu­ta­cji w po­dat­nych na nie ko­mór­kach, lub też na zna­le­zie­niu me­to­dy eli­mi­na­cji zmu­to­wa­nych ko­mó­rek bez szko­dy dla roz­wo­ju zdro­wych. Zwię­złość po­wyż­szych słów ra­żą­co kon­tra­stu­je z ogro­mem opi­sa­ne­go nimi za­da­nia. Roz­rost zło­śli­wy i nor­mal­ny roz­wój są pod wzglę­dem ge­ne­tycz­nym tak nie­ro­ze­rwal­nie złą­czo­ne, że roz­plą­ta­nie ich to być może jed­no z naj­więk­szych na­uko­wych wy­zwań dla ludz­ko­ści. Rak jest wbu­do­wa­ny w nasz ge­nom: geny, któ­re za­kłó­ca­ją nor­mal­ny po­dział ko­mó­rek, nie są w na­szych cia­łach czymś ob­cym, lecz zmu­to­wa­ny­mi, znie­kształ­co­ny­mi wer­sja­mi tych sa­mych ge­nów, któ­re peł­nią naj­istot­niej­sze funk­cje ko­mór­ko­we. Rak jest rów­nież trwa­le wpi­sa­ny w na­sze spo­łe­czeń­stwo: jako ga­tu­nek sta­le zwięk­sza­my dłu­gość ży­cia, co nie­uchron­nie wy­wo­łu­je zło­śli­wy roz­wój ko­mó­rek (mu­ta­cje on­ko­ge­nów aku­mu­lu­ją się z wie­kiem; rak za­tem nie­uchron­nie łą­czy się z pro­ce­sem sta­rze­nia). Dą­ży­my do nie­śmier­tel­no­ści i do tego sa­me­go celu - choć brzmi to dość prze­wrot­nie - dążą ko­mór­ki ra­ko­we.

Ta­jem­ni­cą po­zo­sta­je, jak do­kład­nie przy­szłe po­ko­le­nia mia­ły­by roz­dzie­lić sple­cio­ne ze sobą pro­ce­sy roz­wo­ju nor­mal­ne­go i zło­śli­we­go. ("Wszech­świat - jak lu­bił ma­wiać dwu­dzie­sto­wiecz­ny bio­log J. B. S. Hal­da­ne - jest nie tyl­ko dziw­niej­szy, niż my­śli­my, ale dziw­niej­szy, niż w ogó­le umie­my po­my­śleć"6 - i to samo od­no­si się do toku roz­wo­ju na­uki). Jed­no jest pew­ne: nie­za­leż­nie od tego, jak po­to­czy się hi­sto­ria, bę­dzie w niej tkwi­ło nie­usu­wal­ne ją­dro prze­szło­ści. Bę­dzie to hi­sto­ria po­my­sło­wo­ści, od­por­no­ści i nie­ugię­to­ści wo­bec tego, co ktoś na­zwał naj­bar­dziej "bez­li­to­snym i zdra­dli­wym wro­giem" spo­śród ludz­kich cho­rób. Ale bę­dzie to rów­nież hi­sto­ria py­chy, aro­gan­cji, pro­tek­cjo­nal­no­ści, po­my­łek, płon­nych na­dziei i szu­mu me­dial­ne­go - a wszyst­ko to prze­ciw­ko cho­ro­bie, któ­rą za­le­d­wie trzy­dzie­ści lat temu okrzyk­nię­to "ule­czal­ną" w per­spek­ty­wie naj­bliż­szych kil­ku lat.

*

W pra­wie pu­stej sali szpi­tal­nej wen­ty­lo­wa­nej ja­ło­wym po­wie­trzem Car­la to­czy­ła wła­sną wal­kę z ra­kiem. Kie­dy wsze­dłem, sie­dzia­ła na łóż­ku, dziw­nie spo­koj­na, i pi­sa­ła coś w no­te­sie. ("Ale co ja ta­kie­go mo­głam pi­sać? - pró­bo­wa­ła so­bie póź­niej przy­po­mnieć. - Po pro­stu za­pi­sy­wa­łam w kół­ko te same my­śli"). Po chwi­li do sali wpa­dła z im­pe­tem jej mat­ka, pro­sto z lot­ni­ska po noc­nym lo­cie, z ocza­mi za­czer­wie­nio­ny­mi od pła­czu i zmę­cze­nia. Usia­dła w mil­cze­niu na krze­śle pod oknem i za­czę­ła się ko­ły­sać w przód i w tył. Per­so­nel wo­kół Car­li krzą­tał się tak szyb­ko, że po­sta­ci nie­mal roz­ma­zy­wa­ły się w oczach: pie­lę­gniar­ki przy­no­si­ły i wy­no­si­ły róż­ne pły­ny, re­zy­den­ci wkła­da­li far­tu­chy i ma­ski, na sto­ja­kach wie­sza­no kro­plów­ki z an­ty­bio­ty­ka­mi.

Wy­tłu­ma­czy­łem całą sy­tu­ację naj­le­piej, jak umia­łem. Car­lę cze­kał dzień wy­peł­nio­ny po­bie­ra­niem pró­bek, któ­re tra­fią do kil­ku la­bo­ra­to­riów. Po­bio­rę jej szpik. Pa­to­lo­dzy prze­pro­wa­dzą ko­lej­ne ba­da­nia. Ale ze wstęp­ne­go roz­po­zna­nia wy­ni­ka, że Car­la cier­pi na ALL - ostrą bia­łacz­kę lim­fo­bla­stycz­ną. To no­wo­twór wy­stę­pu­ją­cy głów­nie u dzie­ci, a u do­ro­słych bar­dzo rzad­ko. I, co waż­ne - tu spoj­rza­łem Car­li w oczy i zro­bi­łem krót­ką pau­zę dla więk­sze­go efek­tu - czę­sto jest wy­le­czal­ny.

Wy­le­czal­ny. Sły­sząc to, Car­la ski­nę­ła gło­wą, a w jej oczach po­ja­wił się wy­raz więk­sze­go sku­pie­nia. W po­wie­trzu wi­sia­ły nie­unik­nio­ne py­ta­nia: W ja­kim stop­niu wy­le­czal­ny? Ja­kie są szan­se prze­ży­cia? Jak dłu­gie to bę­dzie le­cze­nie? Po­da­łem sza­cun­ko­we dane. Po po­twier­dze­niu dia­gno­zy na­tych­miast roz­pocz­nie­my che­mio­te­ra­pię, któ­ra po­trwa po­nad rok. Szan­se Car­li na wy­zdro­wie­nie wy­no­szą mniej wię­cej trzy­dzie­ści pro­cent, czy­li pra­wie jak je­den do trzech.

Roz­ma­wia­li­śmy go­dzi­nę, może tro­chę dłu­żej. Była te­raz dzie­wią­ta trzy­dzie­ści rano. W dole, pod nami, mia­sto cał­kiem się roz­bu­dzi­ło. Gdy wy­cho­dzi­łem z sali, za­nim za­mknę­ły się za mną drzwi, po­dmuch po­wie­trza wy­pchnął mnie na ze­wnątrz, a Car­lę od­ciął od świa­ta.

"Monstrum bardziej nienasycone niż gilotyna"

Uwa­ga, jaką w me­dy­cy­nie po­świę­ca­no bia­łacz­ce, za­wsze była nie­pro­por­cjo­nal­na do rze­czy­wi­stej czę­sto­ści jej wy­stę­po­wa­nia.

[...] Pro­ble­my na­po­ty­ka­ne w sys­te­mo­wym le­cze­niu bia­łacz­ki wy­ty­cza­ły ogól­ne kie­run­ki, w któ­rych zmie­rza­ły póź­niej ba­da­nia nad ra­kiem25.

Jo­na­than Tuc­ker, El­lie. A Childs Fi­ght Aga­inst Leu­ke­mia

W le­cze­niu no­wo­two­ru roz­prze­strze­nio­ne­go na cały or­ga­nizm nie­wie­le było suk­ce­sów. [...] Zwy­kle wszyst­ko spro­wa­dza­ło się do ob­ser­wo­wa­nia, jak no­wo­twór ro­śnie, a pa­cjent stop­nio­wo co­raz bar­dziej nik­nie26.

John Lasz­lo, The Cure of Chil­dho­od Leu­ke­mia. Into the Age of Mi­rac­les

Prze­sył­ka z che­mi­ka­lia­mi do­tar­ła do Sid­neya Far­be­ra w wy­jąt­ko­wo waż­nym mo­men­cie w hi­sto­rii me­dy­cy­ny. Pod ko­niec lat czter­dzie­stych w la­bo­ra­to­riach i kli­ni­kach w ca­łych Sta­nach Zjed­no­czo­nych otwo­rzył się róg ob­fi­to­ści z od­kry­cia­mi far­ma­ceu­tycz­ny­mi27. Naj­le­piej wi­dać to na przy­kła­dzie an­ty­bio­ty­ków. Pe­ni­cy­li­na, cen­na sub­stan­cja, któ­rą jesz­cze pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej trze­ba było od­zy­ski­wać do ostat­niej kro­pel­ki (w 1939 roku od­zy­ski­wa­no ją z mo­czu le­czo­nych nią pa­cjen­tów, by nie zmar­no­wa­ła się ani jed­na mo­le­ku­ła)28, na po­cząt­ku lat pięć­dzie­sią­tych była pro­du­ko­wa­na w ka­dziach o po­jem­no­ści czte­rech ty­się­cy li­trów. W 1942 roku fir­ma Merck wy­sła­ła za Atlan­tyk pierw­szą tran­szę pe­ni­cy­li­ny, za­le­d­wie pięć i pół gra­ma, co sta­no­wi­ło po­ło­wę za­pa­sów an­ty­bio­ty­ku w ca­łych Sta­nach Zjed­no­czo­nych29. Dzie­sięć lat póź­niej pro­duk­cja pe­ni­cy­li­ny na ska­lę ma­so­wą była tak wy­daj­na, że cena jed­nej daw­ki spa­dła do czte­rech cen­tów (litr mle­ka kosz­to­wał osiem razy wię­cej)30.

Po pe­ni­cy­li­nie po­ja­wi­ły się ko­lej­ne an­ty­bio­ty­ki: w 1947 roku chlo­ram­fe­ni­kol31, w 1948 te­tra­cy­kli­na32. Zimą 1949 roku, kie­dy z grud­ki zie­mi z ku­rzej fer­my uzy­ska­no ko­lej­ny an­ty­bio­tyk, strep­to­my­cy­nę, ty­go­dnik "Time" ob­wiesz­czał wiel­ki­mi li­te­ra­mi na okład­ce: "Leki są na na­szych po­dwór­kach"33. Na po­dwór­ku Far­be­ra, w sto­ją­cym da­le­ko od wej­ścia do kom­plek­su Chil­dren's Ho­spi­tal bu­dyn­ku z czer­wo­nej ce­gły, mi­kro­bio­log John En­ders ho­do­wał w cy­lin­drycz­nych pla­sti­ko­wych kol­bach kul­tu­ry wi­ru­sa po­lio - był to pierw­szy krok w pro­ce­sie, któ­ry zwień­czy­ło wy­na­le­zie­nie przez Al­ber­ta Bru­ce'a Sa­bi­na i Jo­na­sa Sal­ka szcze­pion­ki na po­lio34. Nowe leki po­ja­wia­ły się w zdu­mie­wa­ją­cym tem­pie: po­nad po­ło­wa le­karstw po­wszech­nie sto­so­wa­nych w me­dy­cy­nie w 1950 roku za­le­d­wie dzie­sięć lat wcze­śniej jesz­cze nie ist­nia­ła35.

Rów­nież zmia­ny w zdro­wiu pu­blicz­nym i hi­gie­nie, bo­daj jesz­cze istot­niej­sze niż cu­dow­ne leki, przy­czy­ni­ły się do dia­me­tral­ne­go prze­obra­że­nia się wi­ze­run­ku cho­rób w Ame­ry­ce. Dur brzusz­ny, cho­ro­ba za­kaź­na, któ­ra nie­gdyś po­tra­fi­ła w kil­ka ty­go­dni zdzie­siąt­ko­wać w śmier­cio­no­śnym po­cho­dzie całe dziel­ni­ce wiel­kich me­tro­po­lii, znik­nął, kie­dy kosz­tem ogrom­nych sta­rań władz miast oczysz­czo­no źró­dła za­opa­trze­nia w wodę36. Za­ni­ka­ła na­wet gruź­li­ca, nie­sław­na "bia­ła dżu­ma" XIX wie­ku - w la­tach 1910-1940 czę­stość jej wy­stę­po­wa­nia zma­la­ła o po­nad po­ło­wę, w du­żej mie­rze dzię­ki po­pra­wie wa­run­ków sa­ni­tar­nych i hi­gie­ny pu­blicz­nej37. Przez pięć de­kad ocze­ki­wa­na dłu­gość ży­cia Ame­ry­ka­nów wzro­sła z czter­dzie­stu sied­miu do sześć­dzie­się­ciu ośmiu lat: w cią­gu jed­ne­go pół­wie­cza ży­cie wy­dłu­ży­ło się bar­dziej niż w cią­gu kil­ku po­przed­nich stu­le­ci38.

Zna­czą­ce suk­ce­sy po­wo­jen­nej me­dy­cy­ny sta­no­wi­ły do­wód po­tę­gi na­uki i tech­no­lo­gii i zmie­nia­ły ży­cie w Ame­ry­ce. Mno­ży­ły się szpi­ta­le - w la­tach 1945-1960 w ca­łym kra­ju otwar­to bli­sko ty­siąc no­wych pla­có­wek; mię­dzy ro­kiem 1935 a 1952 licz­ba przy­ję­tych pa­cjen­tów wzro­sła po­nad dwu­krot­nie: z sied­miu do sie­dem­na­stu mi­lio­nów rocz­nie39. A wraz z roz­wo­jem opie­ki me­dycz­nej po­ja­wi­ło się po­wszech­ne ocze­ki­wa­nie, że roz­wój ten po­wi­nien do­ko­ny­wać się da­lej bez żad­nych ogra­ni­czeń. Jak za­uwa­żył pe­wien stu­dent: "Kie­dy le­karz jest zmu­szo­ny po­wie­dzieć pa­cjen­to­wi, że na jego cho­ro­bę nie ma sku­tecz­ne­go le­kar­stwa, [pa­cjent] za­zwy­czaj re­agu­je ura­zą albo po­dej­rze­niem, że ów le­karz nie dys­po­nu­je ak­tu­al­ną wie­dzą"40.

Mło­de po­ko­le­nie, za­miesz­ku­ją­ce nowe, czy­ste przed­mie­ścia, ma­rzy­ło za­tem o sku­tecz­nym leku na wszyst­ko, o eg­zy­sten­cji bez cho­rób i bez śmier­ci. Kar­miąc się opty­mi­stycz­ną wi­zją trwa­ło­ści ży­cia, lu­dzie rzu­ci­li się tłum­nie do kon­sump­cji dóbr trwa­łych: ku­po­wa­li stu­de­ba­ke­ry o ga­ba­ry­tach so­lid­ne­go jach­tu, dre­sy z ray­onu, te­le­wi­zo­ry, ra­dio­od­bior­ni­ki, gril­le i pral­ki, jeź­dzi­li do dom­ków let­ni­sko­wych, za­pi­sy­wa­li się do klu­bów gol­fo­wych41. W Le­vit­town, miej­sco­wo­ści wy­bu­do­wa­nej na daw­nym polu ziem­nia­ków na Long Is­land - sym­bo­licz­nej uto­pii - "cho­ro­ba" zna­la­zła się na trze­cim miej­scu li­sty "zmar­twień", po "pie­nią­dzach" i "wy­cho­wa­niu dzie­ci"42. W isto­cie wy­cho­wy­wa­nie dzie­ci sta­ło się w ca­łym kra­ju za­ję­ciem na bez­pre­ce­den­so­wą ska­lę. Dziet­ność sta­le ro­sła - w roku 1957 w Sta­nach Zjed­no­czo­nych śred­nio co sie­dem se­kund ro­dzi­ło się dziec­ko43. "Spo­łe­czeń­stwo za­moż­ne", jak okre­ślił je eko­no­mi­sta John Gal­bra­ith44, wy­obra­ża­ło so­bie, że jest rów­nież wiecz­nie mło­de, a mło­do­ści to­wa­rzy­szy gwa­ran­cja wiecz­ne­go zdro­wia. Wy­obra­ża­ło so­bie, że jest nie­po­ko­na­ne.

*

Ale rak nie za­mie­rzał do­łą­czyć do tego mar­szu po­stę­pu. Je­że­li no­wo­twór był stric­te miej­sco­wy (czy­li ogra­ni­czo­ny do jed­ne­go na­rzą­du czy oko­li­cy, tak że moż­na go było usu­nąć ope­ra­cyj­nie), ist­nia­ła szan­sa na wy­le­cze­nie. Wy­ci­na­nie było spad­kiem po im­po­nu­ją­cym roz­wo­ju chi­rur­gii dzie­więt­na­sto­wiecz­nej. Na przy­kład po­je­dyn­czy zło­śli­wy guz w pier­si moż­na było usu­nąć za po­mo­cą ma­stek­to­mii ra­dy­kal­nej, któ­rej pio­nie­rem był w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych XIX wie­ku wy­bit­ny chi­rurg Wil­liam Hal­sted z Uni­wer­sy­te­tu John­sa Hop­kin­sa. Inną me­to­dą le­cze­nia gu­zów miej­sco­wych było na­pro­mie­nia­nie od­kry­ty­mi na po­cząt­ku XX wie­ku pro­mie­nia­mi Rönt­ge­na.

W sen­sie na­uko­wym jed­nak rak wciąż po­zo­sta­wał ta­jem­ni­czym by­tem, któ­ry ła­twiej było wy­ciąć w ca­ło­ści, niż le­czyć we­dług ja­kichś głęb­szych me­dycz­nych za­sad. Le­ka­rze chcą­cy wy­le­czyć raka (je­że­li w ogó­le moż­na mó­wić o wy­le­cze­niu raka) mie­li do dys­po­zy­cji tyl­ko dwie stra­te­gie: usu­nię­cie guza me­to­dą ope­ra­cyj­ną albo znisz­cze­nie go za po­mo­cą na­pro­mie­nia­nia. Wy­bór przed­sta­wiał się więc na­stę­pu­ją­co: albo go­rą­cy pro­mień, albo zim­ny skal­pel.

W maju 1937 roku, nie­mal de­ka­dę przed tym, jak Far­ber pod­jął eks­pe­ry­men­ty z sub­stan­cja­mi che­micz­ny­mi, w pi­śmie "For­tu­ne" uka­zał się, we­dle okre­śle­nia re­dak­cji, "prze­gląd pa­no­ra­micz­ny" on­ko­lo­gii jako dzie­dzi­ny45. Ra­port by­najm­niej nie na­pa­wał opty­mi­zmem: "Choć trud­no w to uwie­rzyć, nie wpro­wa­dzo­no żad­nej no­wej za­sa­dy po­stę­po­wa­nia w przy­pad­ku cho­rych na raka, czy to w za­kre­sie le­cze­nia, czy pro­fi­lak­ty­ki [...]. Me­to­dy po­stę­po­wa­nia sta­ły się sku­tecz­niej­sze i bar­dziej hu­ma­ni­tar­ne. Pry­mi­tyw­ną ope­ra­cję bez znie­czu­le­nia i asep­ty­ki za­stą­pił no­wo­cze­sny, bez­bo­le­sny za­bieg ze wszel­ki­mi moż­li­wy­mi udo­sko­na­le­nia­mi. Sub­stan­cje, któ­re wże­ra­ły się w cia­ła po­przed­nich po­ko­leń pa­cjen­tów, ode­szły do la­mu­sa, gdy za­czę­to wy­ko­rzy­sty­wać pro­mie­nie Rönt­ge­na i rad. [...] Fak­tem po­zo­sta­je jed­nak, że "le­cze­nie" raka wciąż opie­ra się je­dy­nie na dwóch za­sa­dach - na usu­nię­ciu i znisz­cze­niu cho­rej tkan­ki [to pierw­sze za po­mo­cą ope­ra­cji, dru­gie za po­mo­cą na­pro­mie­nia­nia]. Nie za­pro­po­no­wa­no ni­cze­go no­we­go".

Ty­tuł tego ar­ty­kuł brzmiał Can­cer. The Gre­at Dark­ness [Rak. Wiel­ka ciem­ność], a ty­tu­ło­wa ciem­ność, jak su­ge­ro­wa­li au­to­rzy, od­no­si­ła się nie tyl­ko do me­dy­cy­ny, lecz w rów­nej mie­rze do po­li­ty­ki. On­ko­lo­gia utknę­ła w miej­scu nie tyl­ko ze wzglę­du na głę­bię ota­cza­ją­cych raka ta­jem­nic me­dycz­nych, ale tak­że z po­wo­du sys­te­ma­tycz­ne­go za­nie­dby­wa­nia ba­dań na­uko­wych nad no­wo­two­ra­mi: "W ca­łych Sta­nach Zjed­no­czo­nych ist­nie­je za­le­d­wie oko­ło dwu­dzie­stu fun­du­szy zaj­mu­ją­cych się do­fi­nan­so­wa­niem pod­sta­wo­wych ba­dań nad ra­kiem. Dys­po­nu­ją one bu­dże­ta­mi w wy­so­ko­ści od pię­ciu­set do dwóch mi­lio­nów do­la­rów, lecz ich łącz­ny ka­pi­tał z pew­no­ścią nie­wie­le prze­kra­cza kwo­tę pię­ciu mi­lio­nów do­la­rów. [...] Rów­no­war­tość jed­nej trze­ciej tej sumy ame­ry­kań­skie spo­łe­czeń­stwo wy­da­je z wła­snej woli w cią­gu jed­ne­go po­po­łu­dnia, żeby obej­rzeć mecz któ­rejś z naj­lep­szych dru­żyn fut­bo­lo­wych".

Nie­mra­wy wzrost fun­du­szy na ba­da­nia sil­nie kon­tra­sto­wał z tym, jak szyb­ko sama cho­ro­ba prze­dzie­ra­ła się do świa­do­mo­ści pu­blicz­nej. W Ame­ry­ce XIX wie­ku rak był nie­wąt­pli­wie obec­ny i za­uwa­żal­ny, ale prze­waż­nie krył się w cie­niu cho­rób znacz­nie po­wszech­niej­szych. W roku 1899, kie­dy Ro­swell Park, zna­ny chi­rurg z Buf­fa­lo, wy­su­nął tezę, że rak kie­dyś wy­sfo­ru­je się przed ospę, dur brzusz­ny i gruź­li­cę i sta­nie się naj­częst­szą przy­czy­ną śmier­ci w USA, ode­bra­no to jako "dość za­ska­ku­ją­cą prze­po­wied­nię", wy­ol­brzy­mio­ne spe­ku­la­cje czło­wie­ka, któ­ry dniem i nocą ope­ru­je cho­rych na no­wo­two­ry46. Ale już pod ko­niec pierw­szej de­ka­dy XX wie­ku, po upły­wie za­le­d­wie dzie­się­ciu lat, sło­wa Par­ka brzmia­ły co­raz mniej za­ska­ku­ją­co, co­raz bar­dziej zaś zda­wa­ły się pro­ro­cze. Dur brzusz­ny, nie li­cząc kil­ku od­osob­nio­nych epi­de­mii, wy­stę­po­wał co­raz rza­dziej. Za­cho­ro­wal­ność na ospę ma­la­ła; rok 1949 uzna­je się za datę, kie­dy ta cho­ro­ba cał­ko­wi­cie znik­nę­ła ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych47. Tym­cza­sem rak już wy­prze­dzał inne scho­rze­nia, część pierw­sza: "z czar­nej żół­ci, bez wy­rzu­tu" pnąc się w hie­rar­chii cho­rób śmier­tel­nych. W la­tach 1900-1916 licz­ba zgo­nów z po­wo­du no­wo­two­rów wzro­sła o 29,8 pro­cent i tym sa­mym rak prze­ści­gnął gruź­li­cę48. W roku 1926 stał się dru­gą pod wzglę­dem po­wszech­no­ści przy­czy­ną śmier­ci, pla­su­jąc się tuż za cho­ro­ba­mi ser­ca49.

Ar­ty­kuł Can­cer. The Gre­at Dark­ness nie był je­dy­nym gło­sem na­wo­łu­ją­cym do sko­or­dy­no­wa­ne­go ogól­no­kra­jo­we­go dzia­ła­nia w spra­wie wal­ki z no­wo­two­ra­mi. W tym sa­mym cza­sie pi­smo "Life" za­mie­ści­ło wła­sny ra­port o sta­nie ba­dań nad tą gru­pą cho­rób. Wnio­sek był taki sam: ową kwe­stią na­le­ży się pil­nie za­jąć50. W kwiet­niu i w czerw­cu na ła­mach "New York Ti­me­sa" uka­za­ły się dwa ra­por­ty o ro­sną­cych wskaź­ni­kach za­cho­ro­wal­no­ści na no­wo­two­ry. Kie­dy w lip­cu tego sa­me­go roku o no­wo­two­rach na­pi­sał "Time", za­in­te­re­so­wa­nie "pro­ble­mem raka" w me­diach rów­nież za­czę­ło przy­po­mi­nać ostrą cho­ro­bę za­kaź­ną51.

*

Su­ge­stie, że na­le­ży wdro­żyć sys­te­ma­tycz­ny ogól­no­kra­jo­wy pro­gram ba­daw­czy, po­ja­wia­ły się i zni­ka­ły cy­klicz­nie, ni­czym pły­wy, od po­cząt­ku XX wie­ku. W roku 1907 w ho­te­lu New Wil­lard w Wa­szyng­to­nie od­był się zjazd chi­rur­gów on­ko­lo­gicz­nych, któ­rzy po­sta­no­wi­li za­ło­żyć or­ga­ni­za­cję lob­bu­ją­cą w Kon­gre­sie za zwięk­sze­niem do­ta­cji na ba­da­nia nad no­wo­two­ra­mi. W cią­gu trzech lat ta or­ga­ni­za­cja, Ame­ri­can As­so­cia­tion for Can­cer Re­se­arch52, zdo­ła­ła prze­ko­nać pre­zy­den­ta Ta­fta do zło­że­nia w Kon­gre­sie wnio­sku o stwo­rze­nie ogól­no­kra­jo­wej jed­nost­ki po­świę­co­nej ba­da­niom nad cho­ro­ba­mi no­wo­two­ro­wy­mi. Ale mimo za­in­te­re­so­wa­nia, któ­re po­cząt­ko­wo wzbu­dzał ten plan, wy­sił­ki po­dej­mo­wa­ne w Wa­szyng­to­nie po kil­ku pró­bach utknę­ły w miej­scu, w du­żej mie­rze ze wzglę­du na brak po­par­cia po­li­tycz­ne­go.

Pod ko­niec lat dwu­dzie­stych XX wie­ku, pra­wie dzie­sięć lat po tym, jak pod­da­no pod dys­ku­sję wnio­sek pre­zy­den­ta Ta­fta, ba­da­nia nad no­wo­two­ra­mi do­cze­ka­ły się no­we­go, nie­spo­dzie­wa­ne­go ad­wo­ka­ta. Był nim se­na­tor Mat­thew Ne­ely, za­wzię­ty, ener­gicz­ny praw­nik z Fa­ir­mont w Wir­gi­nii Za­chod­niej. Miał sto­sun­ko­wo małe do­świad­cze­nie w po­li­ty­ce na­uko­wej, ale za­uwa­żył znacz­ny wzrost umie­ral­no­ści na no­wo­two­ry w cią­gu kil­ku­na­stu ostat­nich lat: z sie­dem­dzie­się­ciu ty­się­cy osób w roku 1911 do stu pięt­na­stu ty­się­cy w roku 192753 Zwró­cił się do Kon­gre­su o wy­zna­cze­nie na­gro­dy wy­so­ko­ści pię­ciu mi­lio­nów do­la­rów za "wszel­kie in­for­ma­cje pro­wa­dzą­ce do po­wstrzy­ma­nia cho­ro­by no­wo­two­ro­wej"54.

Była to stra­te­gia bar­dzo nie­wy­szu­ka­na - od­po­wied­nik wy­wie­sze­nia zdję­cia po­szu­ki­wa­ne­go prze­stęp­cy w biu­rze sze­ry­fa - to­też spo­tka­ła się z od­ze­wem na od­po­wied­nio ni­skim po­zio­mie. Nie mi­nę­ło kil­ka ty­go­dni, a wa­szyng­toń­skie biu­ro se­na­to­ra Ne­ely­ego za­la­ły ty­sią­ce li­stów od szar­la­ta­nów i sa­mo­zwań­czych uzdro­wi­cie­li, z pro­po­zy­cja­mi wszel­kich moż­li­wych le­karstw na raka: ma­ści, bal­sa­mów, olej­ków, po­świę­co­nych chu­s­te­czek i wody świę­co­nej55. Ro­ze­źlo­ny tym od­ze­wem Kon­gres zgo­dził się wy­asy­gno­wać ża­ło­sny je­den pro­cent kwo­ty, o któ­rą pro­sił Ne­ely: pięć­dzie­siąt ty­się­cy do­la­rów. Pie­nią­dze te mia­ły sta­no­wić bu­dżet zgło­szo­nej przez se­na­to­ra Usta­wy o kon­tro­li no­wo­two­rów.

W roku 1937 nie­zmor­do­wa­ny Ne­ely, po­now­nie wy­bra­ny do Se­na­tu, pod­jął ko­lej­ną pró­bę przy­pusz­cze­nia ogól­no­kra­jo­we­go ata­ku na no­wo­two­ry, tym ra­zem we współ­pra­cy z se­na­to­rem Ho­me­rem Bo­ne­em i człon­kiem Izby Re­pre­zen­tan­tów War­re­nem Ma­gnu­so­nem. Do tego cza­su znacz­nie wzro­sła pu­blicz­na świa­do­mość cho­rób no­wo­two­ro­wych. Ar­ty­ku­ły opu­bli­ko­wa­ne w "Time" i "For­tu­ne" wzbu­dzi­ły lęk i nie­za­do­wo­le­nie, po­li­ty­kom za­le­ża­ło więc na za­de­mon­stro­wa­niu, że nie sie­dzą z za­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi. W czerw­cu od­by­ło się wspól­ne po­sie­dze­nie obu izb Kon­gre­su, po­świę­co­ne stwo­rze­niu od­po­wied­nich roz­wią­zań le­gi­sla­cyj­nych56. Po wstęp­nych czy­ta­niach usta­wa bły­ska­wicz­nie prze­szła przez Kon­gres i zo­sta­ła jed­no­gło­śnie przy­ję­ta na ko­lej­nym wspól­nym po­sie­dze­niu 23 lip­ca 1937 roku. Dwa ty­go­dnie póź­niej, 5 sierp­nia, pre­zy­dent Ro­ose­velt pod­pi­sał Usta­wę o Na­ro­do­wym In­sty­tu­cie Ba­dań nad No­wo­two­ra­mi (Na­tio­nal Can­cer In­sti­tu­te Act).

Na mocy tej usta­wy po­wsta­ła nowa jed­nost­ka na­uko­wa, Na­ro­do­wy In­sty­tut Ba­dań nad No­wo­two­ra­mi (Na­tio­nal Can­cer In­sti­tu­te, NCI), któ­rej dzia­łal­ność mia­ła się kon­cen­tro­wać na ba­da­niach nad no­wo­two­ra­mi oraz edu­ka­cji na ich te­matIV. W ce­lach do­radz­twa po­wo­ła­no radę na­uko­wą, do któ­rej we­szli ucze­ni z ame­ry­kań­skich uczel­ni i wy­bra­nych szpi­ta­li57. O kil­ka mil od sto­li­cy, w mie­ście Be­thes­da, wśród cie­ni­stych alej i ogro­dów wy­rósł bu­dy­nek wy­po­sa­żo­ny w naj­no­wo­cze­śniej­sze la­bo­ra­to­ria. Ko­ry­ta­rze i sale kon­fe­ren­cyj­ne lśni­ły no­wo­ścią. "Nasz kraj gro­ma­dzi siły, by po­ko­nać raka, naj­więk­szą spo­śród plag drę­czą­cych ludz­kość" - oznaj­mił pew­nym sie­bie to­nem se­na­tor Bone, uro­czy­ście wbi­ja­jąc ło­pa­tę pod bu­do­wę in­sty­tu­tu 3 paź­dzier­ni­ka 1938 roku58. Wy­da­wa­ło się, że po bli­sko dwu­dzie­stu la­tach sta­rań, na ogół bez­owoc­nych, na­resz­cie do­pro­wa­dzo­no do sko­or­dy­no­wa­nej ogól­no­kra­jo­wej re­ak­cji na co­raz częst­sze wy­stę­po­wa­nie cho­rób no­wo­two­ro­wych.

Wszyst­ko sprzy­ja­ło temu śmia­łe­mu kro­ko­wi we wła­ści­wym kie­run­ku - wszyst­ko, z wy­jąt­kiem sy­tu­acji po­li­tycz­nej. Z po­cząt­kiem zimy 1938 roku, za­le­d­wie kil­ka mie­się­cy po roz­po­czę­ciu bu­do­wy sie­dzi­by NCI w Be­thes­dzie, wal­kę z ra­kiem od­su­nę­ły w cień pierw­sze zwia­stu­ny wal­ki zu­peł­nie in­ne­go ro­dza­ju. W li­sto­pa­dzie woj­sko nie­miec­kie prze­pro­wa­dzi­ło ogól­no­kra­jo­wy po­grom i ty­sią­ce Ży­dów tra­fi­ło do obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych. Zimą w ca­łej Eu­ro­pie i Azji roz­go­rza­ły kon­flik­ty mi­li­tar­ne, przy­go­to­wu­jąc grunt pod dru­gą woj­nę świa­to­wą. W roku 1939 wy­bu­chła woj­na, a w grud­niu 1941 roku do to­czą­cych się na ca­łym świe­cie walk do­łą­czy­ły Sta­ny Zjed­no­czo­ne.

Wszyst­ko to wy­mu­si­ło ra­dy­kal­ną zmia­nę prio­ry­te­tów. U. S. Ma­ri­ne Ho­spi­tal w Bal­ti­mo­re, któ­ry NCI pla­no­wa­ło prze­kształ­cić w ośro­dek on­ko­lo­gii kli­nicz­nej, te­raz na­pręd­ce ad­ap­to­wa­no na szpi­tal wo­jen­ny59. W fi­nan­so­wa­niu ba­dań na­uko­wych na­stą­pił okres sta­gna­cji, a fun­du­sze zo­sta­ły prze­kie­ro­wa­ne na pro­jek­ty bez­po­śred­nio zwią­za­ne z woj­ną. Na­ukow­cy, lob­by­ści, kli­ni­cy­ści i chi­rur­dzy znik­nę­li z pola wi­dze­nia opi­nii pu­blicz­nej - jak pod­su­mo­wał to pe­wien ba­dacz, "prze­waż­nie było o nich ci­cho, a o ich do­ko­na­niach moż­na się było do­wie­dzieć za­zwy­czaj je­dy­nie z ne­kro­lo­gów"60.

Rów­nie do­brze mógł wła­ści­wie po­wstać ne­kro­log dla obie­ca­nych NCI środ­ków na "pro­gra­mo­wą re­ak­cję na raka"61, któ­re nie zdą­ży­ły się zma­te­ria­li­zo­wać. Głów­ny kom­pleks NCI stał opu­sto­sza­ły i nisz­czał. Wy­po­sa­żo­ny we wszyst­kie no­wo­cze­sne urzą­dze­nia, ja­kie tyl­ko moż­na było so­bie wy­obra­zić w la­tach czter­dzie­stych, wy­mu­ska­ny in­sty­tut prze­ro­dził się w na­uko­we mia­sto du­chów. Je­den z na­ukow­ców żar­tem okre­ślił go jako "miłe, spo­koj­ne miej­sce za mia­stem, gdzie przy­jem­nie się drze­ma­ło w słoń­cu wpa­da­ją­cym przez duże okna"62 V.

Gło­sy opi­nii pu­blicz­nej w kwe­stii no­wo­two­rów tak­że po­wo­li uci­chły. Po krót­ko­trwa­łej go­rącz­ce za­in­te­re­so­wa­nia pra­sy rak zno­wu stał się wiel­kim prze­mil­cza­nym, cho­ro­bą, o któ­rej się szep­cze, ale nie mówi się pu­blicz­nie. Na po­cząt­ku lat pięć­dzie­sią­tych Fan­ny Ro­se­now, ko­bie­ta, któ­ra po­ko­na­ła raka pier­si i za­an­ga­żo­wa­ła się w krze­wie­nie wie­dzy o no­wo­two­rach, za­dzwo­ni­ła do "New York Ti­me­sa", chcąc za­mie­ścić ogło­sze­nie o gru­pie wspar­cia dla ko­biet zma­ga­ją­cych się z cho­ro­bą, przez któ­rą sama prze­szła63. Prze­łą­czo­no ją, o dzi­wo, do re­dak­to­ra z dzia­łu spo­łecz­ne­go. Kie­dy za­py­ta­ła, czy może dać ogło­sze­nie, na­stą­pi­ła dłu­ga chwi­la mil­cze­nia. W koń­cu re­dak­tor po­wie­dział: "Przy­kro mi, pro­szę pani, ale "Ti­mes" nie może pu­bli­ko­wać na swo­ich ła­mach słów "pierś" ani "rak". Może sfor­mu­łu­je to pani ja­koś in­a­czej, na przy­kład że od­bę­dzie się spo­tka­nie w spra­wie cho­rób klat­ki pier­sio­wej".

Fan­ny Ro­se­now zde­gu­sto­wa­na odło­ży­ła słu­chaw­kę.

*

Kie­dy w 1947 roku pa­to­log Sid­ney Far­ber po­sta­no­wił wkro­czyć do świa­ta on­ko­lo­gii, żywe w po­przed­niej de­ka­dzie za­in­te­re­so­wa­nie ra­kiem zdą­ży­ło znik­nąć bez śla­du. Znów była to cho­ro­ba, o któ­rej po­li­ty­ka mil­czy. W prze­stron­nych sa­lach Chil­drens Ho­spi­tal le­ka­rze i pa­cjen­ci to­czy­li pry­wat­ne bi­twy z no­wo­two­ra­mi. A w pod­ziem­nych la­bi­ryn­tach szpi­ta­la Far­ber to­czył jesz­cze bar­dziej pry­wat­ną bi­twę ze swo­imi che­mi­ka­lia­mi i do­świad­cze­nia­mi.

Izo­la­cja mia­ła dla jego po­cząt­ko­we­go suk­ce­su de­cy­du­ją­ce zna­cze­nie. Z dala od ośle­pia­ją­ce­go bla­sku re­flek­to­rów opi­nii pu­blicz­nej Far­ber pra­co­wał nad ma­łym, nie­oczy­wi­stym ka­wał­kiem ukła­dan­ki. Bia­łacz­kę trak­to­wa­no po ma­co­sze­mu: kli­ni­cy­ści nie chcie­li się nią zaj­mo­wać, gdyż nie mie­li na nią le­kar­stwa, a chi­rur­dzy dla­te­go, że krwi nie da się zo­pe­ro­wać. Jak ujął to pe­wien le­karz: "Przed dru­gą woj­ną świa­to­wą bia­łacz­ka w pew­nym sen­sie nie była [na­wet] no­wo­two­rem"64. Ist­nia­ła na po­gra­ni­czu cho­rób, ni­czym pa­rias błą­ka­ła się mię­dzy wie­lo­ma dys­cy­pli­na­mi i od­dzia­ła­mi - po­dob­nie jak Far­ber.

Gdy­by jed­nak bia­łacz­kę trze­ba było gdzieś "przy­pi­sać", to chy­ba do he­ma­to­lo­gii, dzie­dzi­ny zaj­mu­ją­cej się ba­da­niem zdro­wej krwi65. Je­śli w ogó­le uda się zna­leźć le­kar­stwo na tę cho­ro­bę, ro­zu­mo­wał Far­ber, to tyl­ko dzię­ki ba­da­niom nad krwią. Gdy­by od­krył, jak po­wsta­ją zdro­we ko­mór­ki krwi, to może uda­ło­by mu się zna­leźć spo­sób na za­trzy­ma­nie pro­ce­su po­wsta­wa­nia cho­rych ko­mó­rek. Jako punkt wyj­ścia do zro­zu­mie­nia cho­ro­by przy­jął jej brak, czy­li nor­mę. In­ny­mi sło­wy, Far­ber pla­no­wał zmie­rzyć się z ra­kiem na sa­mym po­cząt­ku jego dro­gi.

Wie­dza Far­be­ra na te­mat krwi po­cho­dzi­ła głów­nie od Geo­r­ge'a Mi­no­ta. Ten szczu­pły, ły­sie­ją­cy ary­sto­kra­ta o prze­ni­kli­wym spoj­rze­niu ja­snych oczu był kie­row­ni­kiem la­bo­ra­to­rium w oto­czo­nym ko­lum­na­dą bu­dyn­ku z ce­gły i ka­mie­nia przy Har­ri­son Ave­nue w Bo­sto­nie, za­le­d­wie kil­ka mil od po­tęż­ne­go kom­plek­su szpi­tal­ne­go przy Lon­gwo­od Ave­nue, w któ­re­go skład wcho­dził Chil­dren's Ho­spi­tal. Far­ber od­był krót­ki staż u Mi­no­ta - po­dob­nie jak wie­lu he­ma­to­lo­gów z Ha­rvar­du - w la­tach dwu­dzie­stych, przed pod­ję­ciem pra­cy w Chil­dren's Ho­spi­tal.

Każ­de dzie­się­cio­le­cie ma swo­ją za­gad­kę he­ma­to­lo­gicz­ną - w epo­ce Mi­no­ta była to nie­do­krwi­stość zło­śli­wa. Nie­do­krwi­stość jest cho­ro­bą po­le­ga­ją­cą na zbyt ma­łej licz­bie czer­wo­nych krwi­nek. W jej naj­pow­szech­niej­szej po­sta­ci przy­czy­ną jest nie­do­bór że­la­za, istot­ne­go skład­ni­ka słu­żą­ce­go do ich wy­twa­rza­nia. Przy­czy­ną nie­do­krwi­sto­ści zło­śli­wej, rzad­kiej od­mia­ny tej cho­ro­by, któ­rą ba­dał Mi­not, nie jest jed­nak brak że­la­za. (In­a­czej niż w przy­pad­ku "zwy­kłej" nie­do­krwi­sto­ści, cho­ro­by tej nie da się le­czyć w stan­dar­do­wy spo­sób, czy­li przez do­star­cze­nie cho­re­mu że­la­za - stąd okre­śle­nie "zło­śli­wa"). Po­da­jąc pa­cjen­tom co­raz bar­dziej ma­ka­brycz­ne me­dy­ka­men­ty - ćwierć ki­lo­gra­ma ku­rzej wą­trób­ki, nie­do­sma­żo­ne ham­bur­ge­ry, su­ro­we żo­łąd­ki wie­przo­we66, a raz na­wet zwy­mio­to­wa­ne soki żo­łąd­ko­we jed­ne­go ze stu­den­tów67 (do­pra­wio­ne ma­słem, cy­try­ną i na­tką pie­trusz­ki68) - w 1926 roku Mi­not i jego ze­spół ba­daw­czy69 wy­ka­za­li, że nie­do­krwi­stość zło­śli­wą po­wo­du­je nie­do­bór nie­zwy­kle waż­ne­go mi­kro­ele­men­tu, związ­ku che­micz­ne­go na­zwa­ne­go póź­niej wi­ta­mi­ną B1270. W 1934 roku Mi­not wraz z dwo­ma współ­pra­cow­ni­ka­mi otrzy­mał za to pio­nier­skie od­kry­cie Na­gro­dę No­bla71. Wy­ka­zał, że w tej skom­pli­ko­wa­nej cho­ro­bie he­ma­to­lo­gicz­nej uzu­peł­nie­nie nie­do­bo­ru jed­nej sub­stan­cji che­micz­nej może przy­wró­cić krwi zdro­wie. Tym sa­mym krew oka­za­ła się or­ga­nem, któ­re­go ak­tyw­ność moż­na re­gu­lo­wać przez in­ge­ren­cję w jego skład che­micz­ny.

Ist­nia­ła jesz­cze jed­na po­stać nie­do­krwi­sto­ści po­kar­mo­wej, któ­rą ze­spół Mi­no­ta się nie zaj­mo­wał - rów­nie "zło­śli­wej", choć tym ra­zem w mo­ral­nym zna­cze­niu tego sło­wa. W od­da­lo­nym o trzy­na­ście ty­się­cy ki­lo­me­trów Bom­ba­ju, w przę­dzal­niach na­le­żą­cych do an­giel­skich kup­ców, a za­rzą­dza­nych przez ich bez­względ­nych miej­sco­wych agen­tów, pen­sje zo­sta­ły zbi­te do tak ni­skie­go po­zio­mu, że ro­bot­ni­cy żyli w nę­dzy, nie­do­ży­wie­ni i po­zba­wie­ni opie­ki me­dycz­nej72. W la­tach dwu­dzie­stych XX wie­ku, ba­da­jąc tych ro­bot­ni­ków fa­brycz­nych w celu osza­co­wa­nia skut­ków prze­wle­kłe­go nie­do­ży­wie­nia, an­giel­scy le­ka­rze od­kry­li, że wie­lu z nich, a szcze­gól­nie ko­bie­ty, któ­re nie­daw­no ro­dzi­ły, cier­pia­ło na sil­ną nie­do­krwi­stość. (Była to jed­na z wie­lu fa­scy­nu­ją­cych roz­ry­wek ko­lo­ni­za­to­rów: stwo­rzyć w da­nej po­pu­la­cji opła­ka­ne wa­run­ki ży­cia, a na­stęp­nie prze­pro­wa­dzać na niej eks­pe­ry­men­ty spo­łecz­ne czy me­dycz­ne).

W roku 1928 Lucy Wills, mło­da an­giel­ska le­kar­ka, świe­żo upie­czo­na ab­sol­went­ka Lon­don Scho­ol of Me­di­ci­ne for Wo­men, wy­je­cha­ła na sty­pen­dium do Bom­ba­ju, żeby za­jąć się ba­da­niem tej wła­śnie po­sta­ci nie­do­krwi­sto­ści73. Wills była jak na he­ma­to­lo­ga isto­tą eg­zo­tycz­ną - od­waż­ną, spra­gnio­ną przy­gód ko­bie­tą, któ­rą nie­prze­par­ta cie­ka­wość krwi pchnę­ła do da­le­kich kra­jów, gdzie, jak so­bie wy­ma­rzy­ła, roz­wią­że za­gad­kę ta­jem­ni­czej cho­ro­by. Zna­ła pra­ce Mi­no­ta. Prze­ko­na­ła się jed­nak, że w od­róż­nie­niu od cho­ro­by, któ­rą opi­sał ame­ry­kań­ski ba­dacz, nie­do­krwi­sto­ści wy­stę­pu­ją­cej w Bom­ba­ju nie da się wy­le­czyć ani sto­so­wa­ny­mi przez nie­go na­tu­ral­ny­mi me­dy­ka­men­ta­mi, ani wi­ta­mi­ną B12. Ku swo­je­mu zdu­mie­niu od­kry­ła, że pa­cjen­ci zdro­wie­ją wsku­tek po­da­wa­nia im mar­mi­te, ciem­nej pa­sty droż­dżo­wej, po­pu­lar­nej wów­czas wśród fa­na­ty­ków zdro­we­go ży­wie­nia w An­glii i Au­stra­lii. Wills nie po­tra­fi­ła wy­od­ręb­nić głów­ne­go che­micz­ne­go skład­ni­ka od­żyw­cze­go pa­sty. Na­zwa­ła go więc po pro­stu "czyn­ni­kiem Wills"74. Był to, jak się póź­niej oka­za­ło, kwas fo­lio­wy - wi­ta­mi­na wy­stę­pu­ją­ca w owo­cach i wa­rzy­wach (i ob­fi­cie w pa­ście mar­mi­te).

Pod­czas po­dzia­łu każ­da ko­mór­ka musi stwo­rzyć za­pa­so­wą ko­pię DNA - sub­stan­cji, któ­ra jest no­śni­kiem ca­ło­kształ­tu in­for­ma­cji ge­ne­tycz­nych w ko­mór­ce. Kwas fo­lio­wy jest nie­zbęd­nym bu­dul­cem DNA, a za­tem od­gry­wa ży­wot­ną rolę w po­dzia­le ko­mó­rek. A po­nie­waż krwin­ki są bo­daj naj­szyb­ciej mno­żą­cy­mi się ko­mór­ka­mi w or­ga­ni­zmie czło­wie­ka - dzien­nie po­wsta­je po­nad trzy­sta mi­liar­dów no­wych krwi­nek - od­po­wied­ni po­ziom kwa­su fo­lio­we­go jest szcze­gól­nie istot­ny dla pa­ra­me­trów krwi. W sy­tu­acji jego nie­do­bo­ru (na przy­kład u osób, któ­re nie je­dzą wa­rzyw, jak owi ro­bot­ni­cy w Bom­ba­ju) do­cho­dzi do za­bu­rze­nia pro­duk­cji no­wych ko­mó­rek krwi w szpi­ku kost­nym. Two­rzą się mi­lio­ny ko­mó­rek na pół doj­rza­łych, za­le­ga­ją­cych we krwi jak nie­go­to­we to­wa­ry, któ­re utknę­ły na li­nii pro­duk­cyj­nej. Szpik sta­je się nie­do­ży­wio­ną bio­lo­gicz­ną fa­bry­ką, któ­ra nie speł­nia swo­jej funk­cji.

*

Te wła­śnie związ­ki - mię­dzy wi­ta­mi­na­mi, szpi­kiem kost­nym i zdro­wą krwią - za­przą­ta­ły my­śli Far­be­ra na po­cząt­ku lata 1946 roku. Co cie­ka­we, jego pierw­szy eks­pe­ry­ment che­micz­ny, za­in­spi­ro­wa­ny owy­mi związ­ka­mi, oka­zał się strasz­ną po­mył­ką. Lucy Wills za­ob­ser­wo­wa­ła, że je­że­li poda się kwas fo­lio­wy pa­cjen­tom wy­ka­zu­ją­cym nie­do­bór sub­stan­cji od­żyw­czych, wzno­wi się u nich nor­mal­ną pro­duk­cję krwi. Far­ber za­sta­na­wiał się, czy je­śli poda kwas fo­lio­wy dzie­ciom cho­rym na bia­łacz­kę, to rów­nież w ich przy­pad­ku przy­wró­ci on nor­mal­ną pro­duk­cję krwi. By się o tym prze­ko­nać, zdo­był od­po­wied­nią ilość syn­te­tycz­ne­go kwa­su fo­lio­we­go, ze­brał gru­pę cho­rych dzie­ci i za­czął im po­da­wać za­strzy­ki z tą sub­stan­cją.

W cią­gu na­stęp­nych mie­się­cy od­krył, że kwas fo­lio­wy nie tyl­ko nie za­trzy­mał po­stę­pu bia­łacz­ki, ale wręcz go przy­spie­szył. U jed­ne­go pa­cjen­ta po­ziom bia­łych krwi­nek zwięk­szył się nie­mal dwu­krot­nie. Far­ber czym prę­dzej za­koń­czył eks­pe­ry­ment. Za­ob­ser­wo­wa­ne zja­wi­sko na­zwał ak­ce­le­ra­cją75, wy­wo­łu­jąc tym sa­mym sko­ja­rze­nie z nie­bez­piecz­nym przed­mio­tem, któ­ry spa­da z co­raz więk­szą pręd­ko­ścią, nie­chyb­nie dą­żąc ku znisz­cze­niu.

Pe­dia­trzy z Chil­dren's Ho­spi­tal byli wście­kli na Far­be­ra. Ana­lo­gi kwa­su fo­lio­we­go nie tyl­ko sprzy­ja­ły po­stę­po­wi nie­do­krwi­sto­ści, ale praw­do­po­dob­nie przy­spie­szy­ły tak­że śmierć dzie­ci. Far­be­ra jed­nak uzy­ska­ny wy­nik przede wszyst­kim za­in­try­go­wał. Sko­ro fo­lian spo­wo­do­wał ak­ce­le­ra­cję ko­mó­rek bia­łacz­ki u dzie­ci, to co by było, gdy­by uda­ło się od­ciąć jego do­sta­wę za po­mo­cą ja­kie­goś in­ne­go leku -  a n t y f o l i a n u?  Czy sub­stan­cja che­micz­na ha­mu­ją­ca roz­wój bia­łych krwi­nek mo­gła­by za­trzy­mać po­stęp bia­łacz­ki?

Ob­ser­wa­cje Mi­no­ta i Wills za­czę­ły się ukła­dać w spój­ny, choć nie­wy­raź­ny ob­raz. Gdy­by po­rów­nać szpik kost­ny do fa­bry­ki ko­mó­rek pra­cu­ją­cej na peł­nych ob­ro­tach, to szpik oso­by cho­rej na bia­łacz­kę jest jak ta sama fa­bry­ka wy­ko­nu­ją­ca kil­ka­set pro­cent nor­my - sza­lo­na wy­twór­nia ko­mó­rek no­wo­two­ro­wych. Mi­not i Wills  u r u c h o m i l i  li­nie pro­duk­cyj­ne szpi­ku kost­ne­go, wpro­wa­dza­jąc do or­ga­ni­zmu sub­stan­cje od­żyw­cze. A czy moż­na by unie­ru­cho­mić ze­zło­śli­wia­ły szpik, od­ci­na­jąc do­pływ sub­stan­cji od­żyw­czych? Czy nie­do­krwi­stość ro­bot­ni­ków z fa­bryk w Bom­ba­ju moż­na by od­two­rzyć w ce­lach lecz­ni­czych w pla­ców­kach me­dycz­nych w Bo­sto­nie?

Co dzień, wra­ca­jąc pie­szo z la­bo­ra­to­rium w su­te­re­nie Chil­drens Ho­spi­tal do domu przy Amo­ry Stre­et w mia­stecz­ku Bro­okli­ne pod Bo­sto­nem, Far­ber przez całą dłu­gą dro­gę roz­my­ślał o ta­kim leku76. Ko­la­cja, po­da­na w ja­dal­ni wy­ło­żo­nej ciem­nym drze­wem, była u nie­go w domu zwy­kle po­sił­kiem skrom­nym i nie­spe­cjal­nie ce­le­bro­wa­nym. Jego żona Nor­ma, mu­zyk i pi­sar­ka, mó­wi­ła o ope­rze i po­ezji; Sid­ney opo­wia­dał o au­top­sjach, ba­da­niach kli­nicz­nych i pa­cjen­tach. Wie­czo­rem, wra­ca­jąc do szpi­ta­la, zo­sta­wiał za sobą cich­ną­cy dźwięk gam, któ­re Nor­ma ćwi­czy­ła na for­te­pia­nie, i resz­tę dro­gi po­ko­ny­wał z nie­od­stę­pu­ją­cą go wi­zją an­ty­no­wo­two­ro­wej sub­stan­cji che­micz­nej. Wy­obra­żał ją so­bie do­kład­nie, nie­mal na­ma­cal­nie, z en­tu­zja­zmem praw­dzi­we­go fa­na­ty­ka. Nie wie­dział tyl­ko, czym jest ta sub­stan­cja ani jak ją na­zwać. Sło­wa "che­mio­te­ra­pia", tak jak ro­zu­mie­my je dzi­siaj, nie uży­wa­no do okre­śla­nia le­ków prze­ciw no­wo­two­romVI. Bo­ga­ty ar­se­nał "an­ty­wi­ta­min", któ­ry Far­ber tak wy­raź­nie wi­dział w swo­ich fan­ta­zjach, nie ist­niał w rze­czy­wi­sto­ści.

*

Kwas fo­lio­wy do nie­uda­ne­go pierw­sze­go ba­da­nia kli­nicz­ne­go Far­ber otrzy­mał z la­bo­ra­to­rium swo­je­go sta­re­go zna­jo­me­go, che­mi­ka na­zwi­skiem Yel­la­pra­ga­da Sub­ba­rao, na któ­re­go więk­szość ko­le­gów mó­wi­ła Yel­la. Był on pio­nie­rem pod kil­ko­ma wzglę­da­mi - le­ka­rzem, któ­ry zo­stał spe­cja­li­stą od fi­zjo­lo­gii ko­mór­ki, oraz che­mi­kiem, któ­ry przy­pad­kiem za­pu­ścił się w dzie­dzi­nę bio­lo­gii. Za­nim jed­nak do­szło do owych za­wi­ro­wań w sfe­rze na­uki, Sub­ba­rao od­był dra­ma­tycz­ne pe­re­gry­na­cje w świe­cie fi­zycz­nym. Przy­je­chał do Bo­sto­nu w 1923 roku, bez pie­nię­dzy i po­ję­cia o tym, co go cze­ka77. Miał dy­plom ukoń­cze­nia me­dy­cy­ny w In­diach i za­świad­cze­nie o przy­zna­nym sty­pen­dium na­uko­wym w Scho­ol of Tro­pi­cal He­alth na Ha­rvar­dzie. Kli­mat w Bo­sto­nie, jak się pręd­ko prze­ko­nał, ani tro­chę nie przy­po­mi­nał tro­pi­kal­ne­go. Po­nie­waż tej pierw­szej mroź­nej zimy nie mógł zna­leźć pra­cy jako le­karz (nie miał li­cen­cji na wy­ko­ny­wa­nie za­wo­du w Sta­nach Zjed­no­czo­nych), za­trud­nił się jako noc­ny por­tier w Bri­gham and Wo­men's Ho­spi­tal, gdzie jego obo­wiąz­ki spro­wa­dza­ły się do otwie­ra­nia drzwi, zmie­nia­nia po­ście­li i szo­ro­wa­nia klo­ze­tów.

Bli­ski kon­takt ze świa­tem me­dy­cy­ny się opła­cił. Sub­ba­rao zdo­był w szpi­ta­lu przy­ja­ciół i na­wią­zał kon­tak­ty. Za­czął pra­co­wać na dzien­nej zmia­nie jako la­bo­rant na od­dzia­le bio­che­mii. Jego pierw­sze za­da­nie po­le­ga­ło na izo­lo­wa­niu z ży­wych ko­mó­rek po­szcze­gól­nych sub­stan­cji i ba­da­niu ich skła­du che­micz­ne­go - uj­mu­jąc rzecz ob­ra­zo­wo, na prze­pro­wa­dza­niu bio­che­micz­nych "au­top­sji" na ko­mór­kach. Wy­ma­ga­ło to ra­czej wy­trwa­ło­ści niż wy­obraź­ni, ale przy­nio­sło nie­zwy­kłe dy­wi­den­dy. Sub­ba­rao zi­den­ty­fi­ko­wał sub­stan­cję na­zwa­ną póź­niej ATP - źró­dło ener­gii u wszyst­kich istot ży­wych (ATP jest no­śni­kiem "ener­gii" che­micz­nej w ko­mór­ce) - a tak­że zwią­zek na­zwa­ny kre­aty­ną, no­śnik ener­gii w ko­mór­kach mię­śnio­wych. Każ­de z tych od­kryć z osob­na po­win­no było za­gwa­ran­to­wać mu pro­fe­su­rę na Ha­rvar­dzie. Ale Sub­ba­rao był ob­co­kra­jow­cem mó­wią­cym z sil­nym ak­cen­tem, a w do­dat­ku noc­nym mar­kiem, sa­mot­ni­kiem i we­ge­ta­ria­ni­nem; miesz­kał w gar­so­nie­rze w cen­trum mia­sta i przy­jaź­nił się tyl­ko z in­ny­mi noc­ny­mi sa­mot­ni­ka­mi, ta­ki­mi jak Far­ber. W roku 1940, nie zdo­byw­szy ani uzna­nia, ani po­sa­dy na uni­wer­sy­te­cie, ura­żo­ny Yel­la prze­niósł się do Le­der­le Labs (la­bo­ra­to­rium far­ma­ceu­tycz­ne­go na­le­żą­ce­go do kon­cer­nu Ame­ri­can Cy­ana­mid) na pół­no­cy sta­nu Nowy Jork, gdzie za­pro­po­no­wa­no mu kie­ro­wa­nie ze­spo­łem zaj­mu­ją­cym się syn­te­zą che­micz­ną.

Skon­cen­tro­wał się na pro­duk­cji syn­te­tycz­nych od­po­wied­ni­ków na­tu­ral­nych sub­stan­cji che­micz­nych, któ­re znaj­du­ją się w ko­mór­kach; li­czył, że jego syn­te­ty­ki znaj­dą za­sto­so­wa­nie jako su­ple­men­ty od­żyw­cze. W la­tach dwu­dzie­stych kon­ku­ren­cyj­na fir­ma far­ma­ceu­tycz­na, Eli Lil­ly, zbi­ła for­tu­nę na sprze­da­ży kon­cen­tra­tu wi­ta­mi­ny B12, sub­stan­cji od­żyw­czej, któ­rej nie­do­bór wy­wo­łu­je nie­do­krwi­stość zło­śli­wą78. Sub­ba­rao po­sta­no­wił sku­pić się na in­nej cho­ro­bie z tej gru­py - za­nie­dba­nej do­tych­czas nie­do­krwi­sto­ści spo­wo­do­wa­nej nie­do­bo­rem kwa­su fo­lio­we­go. Ale w roku 1946, po wie­lu nie­uda­nych pró­bach uzy­ska­nia tej sub­stan­cji z wą­tro­by wie­przo­wej, zmie­nił tak­ty­kę i za­jął się syn­te­ty­zo­wa­niem kwa­su fo­lio­we­go od zera, z po­mo­cą ze­spo­łu na­ukow­ców, wśród któ­rych zna­la­zła się mię­dzy in­ny­mi mło­da che­micz­ka Har­riet Kil­tie79.

Re­ak­cje che­micz­ne ma­ją­ce na celu uzy­ska­nie kwa­su fo­lio­we­go przy­nio­sły do­dat­ko­we ko­rzy­ści. Po­nie­waż re­ak­cje te skła­da­ły się z kil­ku eta­pów, Sub­ba­rao i Kil­tieVII.mo­gli two­rzyć róż­ne wa­rian­ty kwa­su fo­lio­we­go za po­mo­cą drob­nych ko­rekt w skła­dzie. A owe wa­rian­ty kwa­su fo­lio­we­go - któ­rych czą­stecz­ki mia­ły bar­dzo po­dob­ną struk­tu­rę - wy­ka­zy­wa­ły wła­ści­wo­ści prze­ciw­ne, niż się po nich spo­dzie­wa­no. Dzia­ła­nie en­zy­mów i re­cep­to­rów w ko­mór­kach zwy­kle po­le­ga na tym, że roz­po­zna­ją one po­szcze­gól­ne mo­le­ku­ły na pod­sta­wie ich bu­do­wy che­micz­nej. Ale mo­le­ku­ła o struk­tu­rze "zmył­ko­wej" - taka, któ­ra pra­wie ide­al­nie na­śla­du­je mo­le­ku­łę na­tu­ral­ną - wią­że się cza­sa­mi z re­cep­to­rem czy en­zy­mem i blo­ku­je jego dzia­ła­nie, tak jak nie­wła­ści­wy klucz cza­sa­mi kli­nu­je się w zam­ku. Nie­któ­re uzy­ska­ne przez Yel­lę wa­rian­ty kwa­su fo­lio­we­go mo­gły za­tem dzia­łać jak  a n t a g o n i ś c i  kwa­su fo­lio­we­go.

I to wła­śnie były an­ty­wi­ta­mi­ny, o któ­rych ma­rzył Far­ber. Na­pi­sał on do Kil­tie i Sub­ba­rao z py­ta­niem, czy może wy­ko­rzy­stać stwo­rzo­nych przez nich an­ta­go­ni­stów kwa­su fo­lio­we­go w pró­bach le­cze­nia pa­cjen­tów cho­rych na bia­łacz­kę. Sub­ba­rao wy­ra­ził zgo­dę. Tak oto pod ko­niec lata 1947 roku pierw­sza pacz­ka z an­ty­fo­lia­na­mi, nada­na w Le­der­le Labs w sta­nie Nowy Jork, do­tar­ła do la­bo­ra­to­rium Far­be­ra.

Znikający humor

Rack't car­cas­ses make ill Ana­to­mies.

[dosł. Tor­tu­ro­wa­ne zwło­ki dają złe Ana­to­mie]129

John Don­ne

Zimą 1533 roku An­dre­as We­sa­liusz, dzie­więt­na­sto­let­ni stu­dent z Bruk­se­li, przy­je­chał do Pa­ry­ża, by na­uczyć się ga­le­now­skiej ana­to­mii i pa­to­lo­gii, a na­stęp­nie pod­jąć pra­cę chi­rur­ga. Ku jego nie­do­wie­rza­niu i roz­cza­ro­wa­niu na za­ję­ciach z ana­to­mii na uni­wer­sy­te­cie pa­no­wał gro­te­sko­wy cha­os. Nie było jed­ne­go wy­zna­czo­ne­go miej­sca do sek­cji zwłok. Piw­ni­ce l'Hôpi­tal-Dieu, gdzie od­by­wa­ły się po­ka­zy z ana­to­mii, były prze­strze­nią wręcz te­atral­nie ma­ka­brycz­ną: pro­fe­so­ro­wie dłu­ba­li w roz­kła­da­ją­cych się zwło­kach, a na pod­ło­dze pod sto­ła­mi psy ogry­za­ły ko­ści i wnętrz­no­ści. "Poza ośmio­ma mię­śnia­mi brzusz­ny­mi, w złym sta­nie i nie­wła­ści­wej ko­lej­no­ści, nig­dy nie po­ka­za­no mi żad­ne­go mię­śnia ani ko­ści, nie mó­wiąc już o ukła­dzie ner­wów, żył i tęt­nic" - pi­sał We­sa­liusz w li­ście130. Nie dys­po­nu­jąc mapą ludz­kich or­ga­nów dla orien­ta­cji, chi­rur­dzy mu­sie­li prze­dzie­rać się przez cia­ła pa­cjen­tów na chy­bił tra­fił, jak ma­ry­na­rze, któ­rych wy­sła­no w rejs bez map i kom­pa­sów. Śle­pi wie­dli nie­do­ma­ga­ją­cych.

We­sa­liusz, sfru­stro­wa­ny ob­ser­wo­wa­niem sek­cji, któ­ry­mi rzą­dził przy­pa­dek, po­sta­no­wił stwo­rzyć wła­sną mapę ana­to­mii ludz­kie­go cia­ła. Po­trze­bo­wał ma­te­ria­łów, za­czął więc cho­dzić po pod­pa­ry­skich cmen­ta­rzach w po­szu­ki­wa­niu zwłok i szkie­le­tów"131. W Mont­fau­con od­krył dłu­gą szu­bie­ni­cę miej­ską Pa­ry­ża, gdzie czę­sto wi­sia­ły cia­ła spraw­ców drob­niej­szych prze­stępstw. Kil­ka mil da­lej, na Cmen­ta­rzu Nie­wi­nią­tek, w roz­ko­pa­nych gro­bach le­ża­ły wy­sta­wio­ne pra­wie w ca­ło­ści na wi­dok szkie­le­ty ofiar wiel­kiej za­ra­zy.

Szu­bie­ni­ca i cmen­tarz - dla śre­dnio­wiecz­ne­go ana­to­ma skle­py z ar­ty­ku­ła­mi pierw­szej po­trze­by - do­star­cza­ły We­sa­liu­szo­wi po­trzeb­nych oka­zów, a on za­chłan­nie czer­pał z ich za­pa­sów. Czę­sto na­wet dwa razy dzien­nie wy­bie­rał się, żeby od­ci­nać ka­wał­ki mar­twych ciał i szmu­glo­wać je do swo­jej pra­cow­ni, gdzie do­ko­ny­wał sek­cji. Tym spo­so­bem w ma­ka­brycz­nym świe­cie umar­łych po­znał ana­to­mię, któ­ra tak żywo go in­te­re­so­wa­ła. W 1538 roku, we współ­pra­cy z ar­ty­sta­mi z pra­cow­ni Ty­cja­na, za­czął pu­bli­ko­wać swo­je szcze­gó­ło­we ry­sun­ki w po­sta­ci ta­blic i ca­łych ksią­żek. Były to sub­tel­nie, pre­cy­zyj­nie wy­ko­na­ne ilu­stra­cje ukła­du tęt­nic i żył, ner­wów i wę­złów chłon­nych. Na nie­któ­rych ta­bli­cach We­sa­liusz od­su­wał skó­rę i ko­lej­ne war­stwy tka­nek, by po­ka­zać kry­ją­ce się pod nimi na­rzą­dy istot­ne dla chi­rur­ga. Na jed­nym z ry­sun­ków wpraw­nie uka­zał po­zio­my prze­krój mó­zgu w pla­strach - ni­czym ludz­ki to­mo­graf, set­ki lat przed wy­na­le­zie­niem kom­pu­te­ro­we­go - ilu­stru­jąc układ ko­mór i zbior­ni­ków mó­zgo­wych.

Stwo­rzo­ny przez We­sa­liu­sza opis ana­to­micz­ny był po­cząt­ko­wo ćwi­cze­niem czy­sto in­te­lek­tu­al­nym, ale szyb­ko za­czął słu­żyć ce­lom prak­tycz­nym. Z opar­tej na hu­mo­rach Ga­le­now­skiej teo­rii cho­ro­by - zgod­nie z któ­rą każ­da cho­ro­ba to sku­tek pa­to­lo­gicz­ne­go na­gro­ma­dze­nia jed­nej z czte­rech głów­nych cie­czy ludz­kie­go cia­ła - wy­ni­ka­ła prak­ty­ka upusz­cza­nia pa­cjen­tom krwi i oczysz­cza­nia ich ciał z cho­ro­bo­twór­czych hu­mo­rów. Aby jed­nak upusz­cza­nie krwi przy­nio­sło ocze­ki­wa­ny re­zul­tat, za­bie­gów na­le­ża­ło do­ko­ny­wać w kon­kret­nych miej­scach. Je­że­li pa­cjent miał mieć krew upusz­czo­ną  p r o f i l a k t y c z n i e  (to jest aby za­po­biec cho­ro­bie), na­le­ża­ło upu­ścić ją da­le­ko od moż­li­wej lo­ka­li­za­cji cho­ro­by, tak by od­cią­gnąć od niej hu­mo­ry. Je­że­li zaś upusz­cza­nie krwi mia­ło cel lecz­ni­czy - mia­ło  w y l e c z y ć  zdia­gno­zo­wa­ną cho­ro­bę - na­le­ża­ło upu­ścić krew z na­czyń krwio­no­śnych w po­bli­żu, pro­wa­dzą­cych  w   s t r o n ę  cho­re­go miej­sca.

Aby wy­ja­śnić tę dość mgli­stą teo­rię, Ga­len za­po­ży­czył od Hi­po­kra­te­sa rów­nie mgli­ste wy­ra­że­nie ???'?'??? - po grec­ku "pro­sto do" - do opi­sa­nia na­czyń krwio­no­śnych pro­wa­dzą­cych "pro­sto do" no­wo­two­ru. Ale ta ter­mi­no­lo­gia spo­wo­do­wa­ła wśród le­ka­rzy jesz­cze więk­sze po­mie­sza­nie. Cóż, na Boga, miał na my­śli Ga­len - za­cho­dzi­li w gło­wę - mó­wiąc "pro­sto do"? Któ­re na­czy­nia pro­wa­dzą "pro­sto do" no­wo­two­ru czy na­rzą­du, a któ­re z nich "wy­cho­dzą"? Z ta­ki­mi wska­zów­ka­mi moż­na było tyl­ko gu­bić się w do­my­słach i brnąć w nie­po­ro­zu­mie­nia. Wo­bec bra­ku sys­te­ma­tycz­nej mapy ana­to­micz­nej - in­ny­mi sło­wy, bez wzor­ca nor­mal­nych, zdro­wych struk­tur - nie da­wa­ło się roz­wi­kłać za­ga­dek ana­to­mii pa­to­lo­gicz­nej.

We­sa­liusz po­sta­no­wił roz­wią­zać ten pro­blem, sys­te­ma­tycz­nie na­no­sząc na pa­pier każ­de na­czy­nie krwio­no­śne i każ­dy nerw w ludz­kim cie­le, z cze­go miał po­wstać atlas ana­to­micz­ny dla chi­rur­gów. "Tłu­ma­cząc my­śli bo­skich Hi­po­kra­te­sa i Ga­le­na - jak na­pi­sał w li­ście - na­szki­co­wa­łem układ żył, są­dząc, że dzię­ki temu ła­two uda mi się po­ka­zać, co Hi­po­kra­tes ro­zu­miał po­przez wy­ra­że­nie ???'????. Wiesz prze­cież, jak wie­le spo­rów i kon­tro­wer­sji bu­dzi te­mat fle­bo­to­mii, na­wet po­śród uczo­nych"132.

Roz­po­cząw­szy to przed­się­wzię­cie, We­sa­liusz nie mógł go za­rzu­cić. "Moje ry­sun­ki żył tak bar­dzo od­po­wia­da­ły pro­fe­so­rom me­dy­cy­ny i stu­den­tom, że z całą po­wa­gą zwró­ci­li się do mnie z proś­bą o po­dob­ne ry­ci­ny tęt­nic, a tak­że ner­wów. [...] Nie mo­głem nie speł­nić tej proś­by". W ludz­kim cie­le ist­nie­je nie­skoń­cze­nie wie­le po­łą­czeń: żyły bie­gną rów­no­le­gle do ner­wów, ner­wy łą­czą się z krę­go­słu­pem, krę­go­słup z mó­zgiem i tak da­lej. Ana­to­mię moż­na ująć tyl­ko w jej ca­ło­kształ­cie, dla­te­go też pro­jekt We­sa­liu­sza oka­zał się przed­się­wzię­ciem tak mo­nu­men­tal­nym i skom­pli­ko­wa­nym, że aby do­pro­wa­dzić je do koń­ca, ko­niecz­ne było za­trud­nie­nie do po­mo­cy in­nych ilu­stra­to­rów.

We­sa­liusz ba­dał taj­ni­ki ludz­kie­go cia­ła nie­zwy­kle skru­pu­lat­nie, a mimo to nig­dzie nie mógł zna­leźć źró­dła ga­le­now­skiej czar­nej żół­ci. Sło­wo "au­top­sja" po­cho­dzi od grec­kie­go "zo­ba­czyć na wła­sne oczy"; kie­dy We­sa­liusz na wła­sne oczy zo­ba­czył ca­łe­go czło­wie­ka od środ­ka, oka­za­ło się, że mi­stycz­ne opi­sy Ga­le­na nie mają od­zwier­cie­dle­nia w rze­czy­wi­sto­ści. W ukła­dzie lim­fa­tycz­nym krą­żył ja­sny, wod­ni­sty płyn; na­czy­nia krwio­no­śne, jak moż­na było ocze­ki­wać, trans­por­to­wa­ły krew. Żółć znaj­do­wa­ła się w wą­tro­bie. Czar­nej żół­ci - we­dług Ga­le­na spraw­czy­ni raka i de­pre­sji - w ludz­kim cie­le nie było.

Tym sa­mym We­sa­liusz zna­lazł się w dziw­nym po­ło­że­niu. Wy­wo­dził się z tra­dy­cji hoł­du­ją­cej na­ukom Ga­le­na; uczył się z jego ksiąg, uczest­ni­czył w pro­ce­sie ich re­dak­cji i przy­go­to­wy­wa­nia no­wych wy­dań. Ale ba­da­jąc ludz­kie cia­ło, nig­dzie nie zna­lazł czar­nej żół­ci - owej gę­stej cie­czy sta­no­wią­cej ją­dro ga­le­now­skiej fi­zjo­lo­gii. Ży­wił w sto­sun­ku do tego od­kry­cia mie­sza­ne uczu­cia. Chcąc za­głu­szyć po­czu­cie winy, jesz­cze gor­li­wiej niż przed­tem sła­wił daw­no nie­ży­ją­ce­go ana­to­ma. Ale jako em­pi­ry­sta do szpi­ku ko­ści ni­cze­go w swo­ich ry­sun­kach nie zmie­nił, wy­cią­gnię­cie wnio­sków po­zo­sta­wia­jąc in­nym. Czar­na żółć nie ist­nia­ła. We­sa­liusz pod­jął ba­da­nia nad ana­to­mią, żeby oca­lić teo­rię Ga­le­na, lecz osta­tecz­nie cich­cem ją po­grze­bał.

*

W 1793 roku w Lon­dy­nie ana­tom Mat­thew Ba­il­lie opu­bli­ko­wał pod­ręcz­nik za­ty­tu­ło­wa­ny The Mor­bid Ana­to­my of Some of the Most Im­por­tant Parts of the Hu­man Body [Pa­to­lo­gicz­na ana­to­mia wy­bra­nych naj­waż­niej­szych czę­ści ludz­kie­go cia­ła]. Książ­ka ta, na­pi­sa­na dla chi­rur­gów i ana­to­mów, sta­no­wi­ła od­wrot­ność pro­jek­tu We­sa­liu­sza: tam­ten wy­ty­czył bo­wiem mapę "nor­mal­nej ana­to­mii", Ba­il­lie zaś - ana­to­mii w sta­nie cho­ro­bo­wym, zmie­nio­nym. Tu­taj fan­ta­stycz­ne spe­ku­la­cje Ga­le­na na te­mat cho­rób po­nio­sły jesz­cze do­tkliw­szą klę­skę. Czar­nej żół­ci może i nie da­wa­ło się za­ob­ser­wo­wać w zdro­wych tkan­kach, za to no­wo­two­ry po­win­ny prze­cież być jej peł­ne. A jed­nak Ba­il­lie nig­dzie nie zdo­łał jej zna­leźć. Opi­sał guzy płu­ca ("duże jak po­ma­rań­cza"133), żo­łąd­ka ("wy­gląd grzy­bo­po­dob­ny"134) i ją­der ("od­ra­ża­ją­cy głę­bo­ki wrzód"135), a tak­że przed­sta­wił ich su­ge­styw­ne ilu­stra­cje. Nig­dzie jed­nak nie uda­ło mu się zna­leźć źró­deł czar­nej żół­ci - ani w gu­zach wiel­ko­ści po­ma­rań­czy, ani w głę­bi "od­ra­ża­ją­ce­go głę­bo­kie­go wrzo­du". Je­że­li opi­sa­na przez Ga­le­na sieć na­czyń, w któ­rych pły­nę­ły nie­wi­dzial­ne cie­cze, rze­czy­wi­ście ist­nia­ła, to z pew­no­ścią poza no­wo­two­ra­mi, poza świa­tem pa­to­lo­gii, a tak­że poza gra­ni­ca­mi nor­mal­nej ana­to­mii - sło­wem, poza gra­ni­ca­mi me­dy­cy­ny jako na­uki. Po­dob­nie jak u We­sa­liu­sza, ry­sun­ki Ba­il­lie­go przed­sta­wia­ły ana­to­mię i raka tak, jak ry­sow­nik je w rze­czy­wi­sto­ści wi­dział. W ten spo­sób wresz­cie znik­nę­ły do­pły­wy czar­nej żół­ci, hu­mo­ry w no­wo­two­rach, któ­re przez całe wie­ki zdo­mi­no­wa­ły wy­obraź­nię tak le­ka­rzy, jak i pa­cjen­tów.