PROLOG
KOLACJA Z HELIOGABALEM
ZABÓJCZO DOWCIPNY GOSPODARZ
Heliogabala, nastolatka z Syrii, który panował od roku 218 n.e. do
skrytobójczej śmierci w 222 roku, pamiętano za przyjęcia, które
wyprawiał niespotykanie ekstrawagancko i pomysłowo, a czasem i z nutką
sadyzmu. Starożytni pisarze przywołują nader oryginalne jadłospisy. Razu
jednego wszystkie potrawy były koloru zielonego, kiedy indziej -
błękitnego. Podawano wiktuały egzotyczne (lub odpychające) nawet jak na
wykwintne przecież upodobania rzymskich elit (wielbłądzie kopyta, mózgi
flamingów, dla psów foie gras). Niepoprawnemu, a może raczej
szczeniackiemu poczuciu humoru cesarz dawał czasem upust, prosząc na
ucztę "tematycznych" gości: grupki ośmiu łysych mężczyzn, na przykład,
lub też ośmiu jednookich, z przepukliną albo tak grubych, że nie
mieścili się na jednej sofie, ku złośliwej uciesze zebranych.
Do asortymentu sztuczek należały też poduszki-pierdziuszki (jest to
zarazem najwcześniejsze znane ich zastosowanie w zachodniej kulturze),
które stopniowo traciły powietrze, aż goście kończyli na podłodze;
woskowe lub drewniane atrapy jedzenia podawane co mniej znamienitym
stołownikom, którym przez resztę bankietu pozostawało jedynie oblizywać
się na widok potraw konsumowanych przez wyżej postawionych
współbiesiadników; a także wypuszczane między odsypiających utracjuszy
oswojone lwy, lamparty i niedźwiedzie, przez co niektórym zdarzało się
dosłownie umrzeć ze strachu. Śmiercionośny rozmach zadziałał na
wyobraźnię dziewiętnastowiecznego malarza Lawrence'a Almy-Tademy, który
uchwycił moment, gdy Heliogabal obsypał zaproszonych płatkami fiołków
tak hojnie, że przygnieceni wyzionęli ducha (tabl. 1).
1. Marmurowe popiersie Heliogabala ukazuje nastoletniego cesarza z długimi baczkami i zaledwie cieniem zarostu - nie przypomina tu doprawdy
potwora, jaki wyłania się z literackich opisów jego panowania.
Lista przewin cesarza nie kończy się na wątpliwych sposobach
podejmowania gości. Najwyraźniej dbał o znamiona blichtru tak bardzo, że
nigdy nie włożył pary butów więcej niż raz (co przywodzi na myśl Imeldę
Marcos, byłą pierwszą damę Filipin, która w przepastnej garderobie
uzbierała podobno ponad trzy tysiące par obuwia). Perwersyjnie folgował
zbytkownej fantazji, sprowadzając z gór śnieg i lód do letnich ogrodów,
a ryby jadał tylko, gdy od morza dzieliło go wiele kilometrów. Religijny
obyczaj zaś tak dalece miał za nic, że ożenił się z westalką,
najczcigodniejszą rzymską kapłanką, ślubem dziewictwa związaną pod
groźbą śmierci. Dalejże bezcześcić: w krótkotrwałym co prawda przewrocie
pozbawił Jowisza rangi naczelnego bóstwa Rzymu na rzecz "Elagabala",
patrona Emesy, skąd się wywodził (dzisiejsze Homs w Syrii) - pod którego
imieniem zresztą cesarz ten przeszedł do historii (brzmi doprawdy lepiej
niż "Marek Aureliusz Antoninus", jego oficjalny tytuł). Tradycyjnie
pojmowane normy płci biologicznej i społeczno-kulturowej również
kontestował: wiele przekazów podkreśla jego zamiłowanie do
cross-dressingu, makijażu, a nawet próbę chirurgicznej tranzycji.
Współczesny mu Kasjusz Dion, autor osiemdziesięciotomowej historii Rzymu
od jego założenia do III w. n.e., podaje, że cesarz "poprosił lekarzy o przydanie mu żeńskich części intymnych poprzez nacięcie". W naszych
czasach niektórzy chcieliby w nim widzieć pioniera transpłciowości,
który ośmielił się podważyć zatwardziale binarne kategorie. Większość
Rzymian uznałaby prawdopodobnie, że wywraca ich świat do góry
nogami.1
W starożytnych opisach jego panowania wiele stron zapełniają jaskrawe
wyliczenia zadziwiających ekscesów cesarza: tak niepokojących
transgresji, jak i haniebnych okrucieństw, na ich czele zaś, według
niektórych przekazów, plasowałaby się ofiara z dzieci. To o historiach
takich jak te, między innymi, będzie ta książka. Skąd się wzięły? W jakiej mierze były rozpowszechnione wśród przeciętnych Rzymian? Kto i dlaczego plotkował o przyjęciach u Heliogabala? I wreszcie, prawdziwe
czy nie, co mogą nam one powiedzieć o rzymskich cesarzach i o Rzymianach
w ogóle.
PRZEDSTAWIENIA JEDYNOWŁADZTWA WCZORAJ I DZIŚ
Nie każdy słyszał o Heliogabalu, mimo że występkami (czy też
desperackimi atakami na rzymskie konwenanse) zainspirował wielu
współczesnych pisarzy, działaczy i artystów, nie tylko Almę-Tademę: od
Edgara Allana Poego i Neila Gaimana po Anselma
Kiefera.2 Nikczemnością dalece prześciga słynniejszych, a przy
tym wcześniejszych cesarzy złoczyńców i ich rzekome szubrawstwa: czy to
Nerona, który grał na lirze, gdy płonął Rzym; czy to Domicjana
zwalczającego nudę, nabijając muchy na rylec; czy też rządzącego pod
koniec II wieku n.e. Kommodusa, znanego jako szwarccharakter z Gladiatora, który strzelał z łuku na oślep do widowni w Koloseum.
Opowieści grozy o Heliogabalu są gorsze. Jak dalece więc powinniśmy
traktować je poważnie?
"Nieprzesadnie", brzmi przyjęta odpowiedź. Nawet rzymski biograf
Heliogabala, pisząc prawie dwa stulecia po jego śmierci - a to od niego
wywodzi się większość sensacyjnych szczegółów na temat imprezowych
dowcipów i kulinarnych cudactw - przyznaje, że część nieprawdopodobnie
brzmiących anegdot, które dopiero co przytoczył, stanowi zapewne czarną
legendę utkaną po zabójstwie cesarza przez cmokierów zabiegających o względy jego rywala i następcy. Skrupulatnie oddzielając fikcję od
faktów, współcześni historycy nader ostrożnie przedzierają się przez
gąszcz tych opowieści, tu i ówdzie natrafiając na strzęp informacji,
który zdaje się mieć potwierdzenie gdzie indziej (jak na przykład to, że
imię westalki pojawia się na monetach bitych pod rządami Heliogabala,
wskazywałoby na jakiegoś rodzaju więź między nimi, nawet jeśli
niemałżeńską). Często nie ostaje się z tego wiele ponad daty panowania i parę rudymentarnych danych. Jednocześnie historycy przestrzegają nas
przed nadawaniem względnie niewinnym czynom złowieszczej aury. To od
naszego nastawienia do Heliogabala zależy przecież, czy jednobarwne
poczęstunki uznamy za nikczemny przejaw próżności i zamiłowania do
luksusu czy też - równie dobrze - za najwyższy wyraz wykwintnej kuchni.
Nade wszystko powinniśmy jednak pamiętać o wieku cesarza. Na tron
wstąpił, mając zaledwie czternaście lat, a cztery lata później go
zamordowano. Poduszki-pierdziuszki, proszę bardzo; makiaweliczne edykty
religijne... raczej nie.
W poważnej historii chodzi jednak o coś więcej niż tylko o nagie fakty.
Próbuję z różnych perspektyw rzucić światło na rzymskich cesarzy -
nobliwych dobrodziejów-mężów stanu, młodocianych despotów, niedoszłych
filozofów czy gladiatorów amatorów, sławnych i zapomnianych - i znaleźć
odpowiedź na tak podstawowe pytania, jak: dlaczego tak wielu z nich,
podobnie jak Heliogabal, ginęło od noża albo zatrutego grzyba. W dociekaniu tego rodzaju istotną rolę odgrywają fikcje, kłamstwa i wyolbrzymienia sięgające starożytności. Do ludzi tworzących obraz swego
władcy, debatujących nad cechami jego rządów, sądzących go i kreślących
linię podziału na "nas" i "nich" zawsze należały plotki, banialuki,
kalumnie i miejskie legendy.
Tak na przykład w opowieściach o trzech tysiącach par butów Imeldy
Marcos (których, co podejrzane, odnaleziono znacznie mniej) chodzi
raczej o potępienie świata niewyobrażalnie i bezsensownie
uprzywilejowanych niż o zamiłowanie konkretnej bogaczki do obuwia. Mniej
wybujałe anegdoty o rozpieszczonych psach corgi królowej Elżbiety II,
jedzących rzekomo karmę ze srebrnych misek, pozwalają zarysować różnicę
w doświadczeniu codzienności między życiem monarchy a naszym,
zwyczajnym, jak i niewinnie pożartować ze zbytecznej konsumpcji na
dworze królowej.
Starożytne podania na temat rządów Heliogabala dają nam więc bezcenny
wgląd w to, jak Rzymianie wyobrażali sobie cesarza najgorszego z możliwych. Rażące wyolbrzymienia i przekłamania to niemalże szkło
powiększające "złe" właściwości i zachowania, jakie miały cechować
"złego" władcę. Część jest przewidywalna: skłonność do okrucieństwa i poniżania, począwszy od ofiar z dzieci, po niefortunnych grubasków
próbujących jakoś zmieścić się na jednej sofie, czy też niczym
nieuzasadnione zbytki (psy karmił foie gras, nawet jeśli nie ze
srebrnych misek). Pośród niedorzecznych, zdawałoby się, fantazji o rozpasaniu cesarza kryją się jednak inne zupełnie, choć równie mrożące
krew w żyłach koszmary despotii.
Należy do nich lęk przed niczym nieograniczoną władzą. W osobliwych
anegdotach o tym, jak to Heliogabal przykrył letnie ogrody lodem i śniegiem albo jak jadał owoce morza, tylko gdy od morza był daleko, albo
- za innym jeszcze podaniem - jak pracował i żył w nocy, a w dzień spał,
chodzi o coś więcej niż obłęd i niepohamowanie człowieka, który na
wszystko może sobie pozwolić. Stawiają one pytanie o granice panowania
cesarza, rysując go jako władcę, który dla własnej uciechy i według
swego widzimisię próbował nagiąć prawa natury (śnieg w lecie?), zakłócić
odwieczny porządek czasu, miejsca, jak i binarny podział płci
biologicznej. Heliogabal nie pierwszy wprawdzie rozbudził lęki tego
rodzaju. Dwieście pięćdziesiąt lat wcześniej jeden z krytyków Juliusza
Cezara, republikański polityk, filozof i kpiarz Marek Tulliusz Cyceron
zażartował ponuro, że ten nawet gwiazdy na niebie zmusił do uległości.
To tylko jeden z dystopijnych aspektów rządów Heliogabala. Był to
również mroczny czas mistyfikacji, gdy prawda i fałsz nieustannie
mieszały się z sobą. Nic nie było takie, jak się wydawało. Olśniewająca
hojność cesarza okazywała się zabójcza - od jego łask można było
postradać życie (to jedno ze znaczeń historii o obsypywaniu płatkami
kwiatów). Ci zaś niżej w porządku dziobania odkrywali, że apetyczne
jadło podawane na pałacowych ucztach jest jedynie piękną, lecz
niejadalną atrapą. Z drugiej strony imitacje okazywały się prawdą. W dziwnej wzmiance biograf Heliogabala podaje, że oglądając cudzołóstwo
odgrywane przez aktorów na scenie, cesarz zażądał, by odtworzono je
"naprawdę". Przedstawienie niewątpliwie zyskało na sprośności, z seksem
na żywo. Stoi za tym jednak niepokojąca logika zamiany prawdy i fałszu
miejscami, tworząca świat, gdzie białe jest czarne, a czarne jest białe
i nikt już nie wie, kto (lub co) jest pozorem. Skorumpowana autokracja
stała na fundamencie z piasku; rzymski biograf Heliogabala podsumował
jego żywot jako "fałszywy".
W tych historiach jak w szkle powiększającym ujrzymy obawy związane z cesarską władzą. Nie o samo panowanie nad życiem i śmiercią wszak
chodziło; władza cesarza przekraczała wszelkie granice. Mąciła zmysły, a wzrastała w chaosie.
HISTORIA CESARZY
Będę od czasu do czasu powracać do Heliogabala, choćby po to, by
wyjaśnić, jak nastolatek z Syrii wspiął się na szczyty władzy (jedna z dość przewidywalnych wersji krążących wśród Rzymian winą obarcza
machinacje jego matki i babki). Wspomnę też jeszcze o (dystopijnych i nie tylko) starożytnych wyobrażeniach o rzymskim dworze i wezmę pod lupę
więcej legend, jakie na temat cesarzy narosły. Przyjrzę się rolom, jakie
odgrywali w pieprznych kawałach, skeczach satyryków i wyolbrzymionych
anegdotach, jak tych o Heliogabalu. Zobaczymy nawet, jak pod różnymi
postaciami objawiali się poddanym w snach (co nie zawsze było dobrym
znakiem: "sen o byciu cesarzem zwiastuje choremu śmierć", przestrzegał
pewien objaśniacz snów w II w. n.e.).
To jednak tylko część tej książki. Poza "cesarzami wyobrażonymi"
przyjrzę się też ich codzienności: radzeniu sobie z jadem polityki i wymogami bezpieczeństwa militarnego, jak również rutynie i prozie
zarządzania ogromnym imperium, o których łatwo zapomnieć, chłonąc
opowieści o przepychu i okrucieństwie. Będę rozważała kwestie
papierkowej roboty i administrowania, bilansowania ksiąg, przyjmowania i zwalniania podwładnych. W jakiej mierze cesarz w tym uczestniczył? Kto
należał do jego personelu i sieci wsparcia, począwszy od żon i następców
tronu, przez sekretarzy i księgowych, na kucharzach i klaunach
skończywszy? A jeśli liczył zaledwie czternaście wiosen?
Ujrzymy zatem inny, choć nie mniej przemożny stereotyp cesarza: nie tyle
groźnego libertyna, ile ciężko pracującego biurokraty. Obaj mają miejsce
na stronach Cesarza Rzymu.
ŻYCIE ZAWODOWE
Heliogabal był dwudziestym szóstym w linii rzymskich cesarzy, mniej
więcej (w zależności od tego, czy bierzemy pod uwagę nieudanych
uzurpatorów). Cesarze przychodzili i odchodzili, wielu zostało
zapomnianych. Niektórzy zostawili ślad w kulturze Zachodu: Kaligulę
(rządził w latach 37-41) pamiętamy za obsadzenie na wysokim stanowisku
ulubionego konia; Hadriana (u władzy w latach 117-138) za budowę "wału"
w poprzek północnej Anglii. Któż jednak słyszał o Witeliuszu
(nieuleczalnym żarłoku, który rządził przez kilka miesięcy w 69 roku), o zwolenniku surowej dyscypliny Pertynaksie (panował równie krótko w 193
roku) czy nawet o Heliogabalu. Nie o wszystkich długo pamiętano.
Owi mężczyźni (wyłącznie; kobieta nigdy nie zasiadła na tronie) władali
ogromnym terytorium rozciągającym się u szczytu potęgi od Szkocji do
Sahary, od Portugalii do Iraku, i ludnością liczącą - poza samą Italią -
w przybliżeniu 50 milionów. Cesarze stanowili prawa, toczyli wojny,
nakładali podatki, rozsądzali spory, fundowali budowle i zapewniali
rozrywki, a także zalewali rzymski świat swymi podobiznami, podobnie jak
dziś twarze dyktatorów wyzierają z tysięcy billboardów. Posiadali na
własność i czerpali zyski ze znacznych połaci imperium, od latyfundiów
po mokradła papirusowe i kopalnie srebra, a niektórzy przemierzali je
wzdłuż i wszerz wiedzeni nie tyle żądzą wojskowych triumfów i łupów, ile
ciekawością i chęcią podziwiania jego skarbów. Turyści gromadzą się dziś
na obrzeżach Luksoru nad Nilem, zadzierając głowy przed parą
starożytnych egipskich posągów (datowanych na 1350 r. p.n.e.). Stoją w tym samym miejscu, co Hadrian i jego świta w 130 r. n.e., również na
wycieczce krajoznawczej. Członkowie cesarskiego orszaku pozostawili
pełne uznania komentarze (w formie lirycznej) wyryte na nodze jednego z posągów: "Tu byłem" w stylu rzymskiej elity (il. 64).
Zagadką jest, jak właściwie wyglądała władza cesarza w praktyce. Poza
oddziałami wojska stacjonującymi w niektórych punktach zapalnych miał on
do dyspozycji zaledwie szczątkową i wielce rozproszoną kadrę wyższych
urzędników (licząc tylko starszych rangą, na każde 330 tysięcy
mieszkańców przypadał jeden). W porównaniu z niektórymi współczesnymi
imperiami dozór musiał więc być w praktyce dość ograniczony. Biorąc pod
uwagę zawrotne odległości oraz czas - niekiedy liczony w miesiącach -
jaki zajmowało przekazanie informacji czy rozkazów z centrum do bardziej
oddalonych zakątków rzymskiego świata (i z powrotem), o żadnym
mikrozarządzaniu prowincjami nie mogło być mowy. Im bliżej jednak
sprawom było do samego cesarza, tym bardziej go one angażowały.
Z opisów starożytnych wyłania się obraz cesarza tonącego w czymś, co
dziś nazwalibyśmy papierkową robotą (choć wtedy były to woskowe
tabliczki i skrawki papirusu). Juliusz Cezar zajmował się
korespondencją, oglądając wyścigi rydwanów, czym zdenerwował publikę,
która uznała to za zniewagę popularnej rozrywki. Wespazjan (który w 79
r. n.e. jako jeden z nielicznych cesarzy zmarł we własnym łóżku) wstawał
przed świtem, by zapoznać się z listami i raportami. Następca
Heliogabala, Aleksander Sewer, był do tego stopnia oddany pracy, że
trzymał wojskowe dokumenty w prywatnych kwaterach, by "będąc w samotności, przeglądać budżet i rozmieszczenie wojsk". Papierkowa (czy
raczej papirusowa) robota to jednak nie wszystko. Od cesarzy oczekiwano,
że będą dostępni dla poddanych nie tylko na piśmie, ale też osobiście.
Widzimy to w opowiastce o Hadrianie zatrzymanym w podróży przez pewną
kobietę. Kiedy na jej prośbę o przysługę odparł, że nie ma czasu,
wypaliła: "A więc przestań być cesarzem!" - i wtedy wysłuchał jej
skargi.
Należy podchodzić do takich podań z ostrożnością. Zapewne niektórzy
cesarze pracowali ciężej niż inni. Każdy ustrój oparty na władzy jednego
człowieka miewa skrupulatnych Jerzych VI (ojciec Elżbiety II, skromny i przykładny ojciec rodziny), jak i fantazyjnych Edwardów VII (uchylający
się od obowiązków kobieciarz). Nie znaczy to jednak, że historie o monotonii i trudach administracji są bardziej wiarygodne od tych
ekscytująco opowiadających o przepychu i swawolach. One także spełniają
ideologiczną funkcję, składając się na wizerunek cesarza idealnego.
Historia o Hadrianie w istocie krążyła wcześniej po świecie helleńskim,
z innymi władcami w roli głównej, co nasuwa wniosek, że tak w starożytności wyobrażano sobie stereotypowego "dobrego króla". Niektóre
z doprawdy niezwykłych rzymskich dokumentów, jakie się zachowały,
potwierdzają w ogólności taki stan rzeczy. Mowa o zaprotokołowanych
decyzjach cesarzy w odpowiedzi na prośby, petycje i błagania zwyczajnych
poddanych czy też zwyczajnych rad miejskich z każdego zakątka imperium -
czasem wyrytych w kamieniu (zapewne przez samego petenta, zadowolonego z pomyślnego rozwiązania sprawy), czasem spisanych na papirusie lub
zebranych w starożytnych kompendiach wyroków i orzeczeń. Uderzające, jak
trywialne i lokalnie szczegółowe (choć nie dla samych zainteresowanych,
rzecz jasna) problemy przedkładano cesarzowi z nadzieją na ich
rozwiązanie.
Jeden z przykładów to "sprawa spadającego nocnika". W 6 r. p.n.e.
poproszono cesarza Augusta o rozstrzygnięcie skomplikowanego zatargu w Knidos, mieście na wybrzeżu dzisiejszej Turcji. Dwie miejscowe rodziny
pogrążone były w waśni, aż padł trup. Jeden z bohaterów dramatu
uczestniczył w burdzie przed siedzibą rywali i zginął uderzony w głowę
nocnikiem upuszczonym przez niewolnika z wysokiego piętra
(niewykluczone, że chciał on jedynie go opróżnić). Lokalne władze
skłaniały się ku ukaraniu właścicieli niewolnika za morderstwo, jednak,
jak wiemy z zachowanego werdyktu, August widział to zgoła inaczej:
wypadek czy nie, było to zabójstwo uzasadnione obroną własną. Trzy wieki
później ówczesnego cesarza, gdy podróżował przez naddunajskie prowincje,
zasypano setkami spornych kwestii i dylematów do rozstrzygnięcia: od
sprawy kobiety, która oddała w dzierżawę krowę, a następnie ją straciła
w wyniku "najazdu wroga", po zawiłą kwestię odpowiedzialności pieniężnej
w wyniku zderzenia dwóch łodzi na rzece; a także skargi człowieka, który
stręczył żonę i nie otrzymał za to zapłaty (możemy pocieszyć się, że
odprawiono go z kwitkiem). Jak cesarz radził sobie w gąszczu prawnych
zawiłości - nie wiadomo. Czasami zapewne wychodził z tego obronną ręką;
innym razem używał jej zaledwie do parafowania rozstrzygnięć
podsuniętych przez doradców (nie wyobrażam sobie, by młodocianego
Heliogabala stać było na więcej). Niezależnie jednak od tego, kto się
napracował, to cesarza postrzegano jako arbitra.
Mamy tu więc odtrutkę na koszmarną wizję cesarskiej władzy.
Przypomnienie, że choć według niektórych władcy ci próbowali ustanowić
straszliwą dystopię, inni liczyli, że pomogą im w rozwiązaniu problemów
- utraconej krowy nie wyłączając. A także zapewnienie, że książka
omawiająca figurę cesarza nie będzie traktować tylko o mężczyznach u władzy. W żadnym wypadku. Być może to paradoks, lecz właśnie przez
pryzmat cesarza i jego stosunków z poddanymi ujrzymy najostrzej i w najbogatszym szczególe zwykłych zjadaczy chleba w Rzymie i w imperium,
tak często pozostających na marginesie. Cesarz Rzymu jest tak o rządzących, jak i o rządzonych.
CO NAM POZOSTAWILI
Rejestry cesarskich edyktów, przynoszących niepospolity obraz życia
codziennego (i związanych z nim trudności) w imperium rzymskim, to tylko
niektóre ze starożytnych tekstów i dokumentów, jakie zamierzam uwolnić z okowów sali wykładowej czy seminarium badawczego. Rzecz jasna,
poprowadzą nas również słynni klasycy starożytnej literatury, przede
wszystkim Tacyt, którego Dzieje i Roczniki, spisane w II w. n.e.
kroniki o władcach stulecia poprzedniego, nie mają sobie równych jako
cyniczna analiza autokratycznego zepsucia; a także piszący mniej więcej
w tym samym czasie Swetoniusz, wtajemniczony w życie pałacowe (pracował
w cesarskich archiwach i w sekretariacie za panowania Trajana i Hadriana) autor barwnych Żywotów cezarów - od Juliusza Cezara po
pogromcę much Domicjana - nieodzownego źródła wiedzy na temat tej epoki
dla historyków z ostatnich pięciu stuleci. Przyjrzę się też
zaskakującym, a przy tym dużo mniej znanym tekstom, gdyż dzięki całym
wiekom żmudnego kopiowania, starannego przechowywania, a w końcu i druku
do naszych czasów przetrwało znacznie więcej materiału, niż nam się może
wydawać.
Część była stricte humorystyczna. Mamy więc minizbiór żartów
wypowiedzianych przez cesarzy - August, na przykład, dokuczał swej córce
Julii, że wyskubuje sobie siwe włosy - czy wszelkiego rodzaju satyry,
jak ta autorstwa panującego w IV w. cesarza Juliana na jego poprzedników
(pojawia się tam też Heliogabal w roli "podrostka z Emesy"), a także
zabawny paszkwil pióra Seneki, nauczyciela Nerona. Autor szydzi w nim z pomysłu, by po śmierci cesarza Klaudiusza (w 54 r.) ogłosić go bogiem
(lekko oszołomiony Klaudiusz z trudem wspina się na górę Olimp, jednak
"prawdziwi" bogowie każą mu się stamtąd zabierać).
Inne teksty pozwolą nam przyjrzeć się sprawom od kuchni. W podręczniku
greckiego nauczyciela retoryki znajdziemy rady, jak poprawnie zwracać
się do cesarza. Filozof Epiktet, niegdyś niewolnik sekretarza Nerona,
spisał swe obserwacje na temat dworskiego życia, w tym niepokojącą
wzmiankę o żołnierzach tajniakach. Po nadwornych lekarzach zostały nam
zaś opisy nie tylko obolałych monarszych gardeł, ale i problemów
żołądkowych tudzież zapisanych leków - wszystko to do naszego wglądu,
dwa tysiące lat później. Wciąż możemy też zapoznać się z zebranymi
raportami słanymi w II wieku do cesarza przez Pliniusza, urzędnika na
stanowisku nad dalekim brzegiem Morza Czarnego, w których narzeka on na
sprawiających kłopoty chrześcijan, zdewastowane łaźnie i przekroczony
budżet naprędce wzniesionego teatru.
Zdarzają się też perełki o niejasnej proweniencji. Fantazyjny i przesadzony Żywot Heliogabala, dla przykładu, to tylko jedna z ponad
pięćdziesięciu biografii cesarzy, wśród nich także uzurpatorów,
następców tronu i innych pretendentów, począwszy od obwołanego cesarzem
w 117 roku Hadriana, po krwiożercze indywiduum, którego gwiazda
rozbłysła i zgasła w 285 roku. Choć wiele z tych "żywotów" jest nader
krótkich (według dzisiejszych standardów to bardziej biogramy niż
biografie), razem obejmują kilkaset stron znanych pod tytułem Historia
Augusta [lub Scriptores Historiae Augustae, dalej SHA - dop.
T.Ch.]. Zbiór ten miał zostać spisany pod koniec III w. n.e. przez
sześciu autorów o dość pompatycznych imionach: Trebelliusz Polion,
Flawiusz Wopiskus z Syrakuz i tak dalej. Jednak uważna analiza języka i stylu wykazała, że autorem była jedna osoba, i to stulecie później, niż
głosi oficjalna wersja. Mamy tu jedną z wielkich zagadek starożytnej
literatury. Po cóż ktokolwiek miałby uciekać się do takich zabiegów? Czy
to fałszywka? Przydługi żart, satyra? A może niezwykły eksperyment w zakresie pseudohistorycznego pisarstwa? Jak było, pewnie się nie
dowiemy, jednak niech nam da do myślenia, że pracy tej nie można
zakwalifikować ani jako historii, ani jako fikcji.
2. Fragment znalezionej w XVI w. w Lyonie brązowej tablicy z zapisem
przemowy Klaudiusza do senatu, wzywającej do rozszerzenia praw Galów.
Łatwo odczytać nadzwyczaj wyraźne liternictwo: pierwszy wers zaczyna się
od słów TEMPUS EST, co znaczy "nadszedł czas".
Z tysięcy oryginalnych dokumentów wyłania się bogata i zróżnicowana
historia rzymskich cesarzy. Część wyryto w kamieniu i brązie i wystawiono na widok publiczny, część zapisano na papirusie, który
następnie archeologowie w minionym stuleciu wydobyli w znacznych
ilościach z piasków egipskich (wiele wciąż nie zostało odczytanych).
Mamy więc zachowany na brązowej płycie tekst przemowy cesarza Klaudiusza
z 48 roku, w której przekonuje on do przyznania większych praw Galom,
zarazem częstując audytorium historią Rzymu w pigułce. Wciąż możemy też
odczytać z papirusu zapis mowy Germanika, ojca cesarza Kaliguli [i brata cesarza Klaudiusza - dop. T.Ch.] do Aleksandryjczyków, gdzie
wspomina on między innymi, że tęskni za "babunią" (szerzej znaną jako
Liwia, żona Augusta, której reputacji słowo "babunia" z pewnością nie
oddaje). Dochodzą nas też przebłyski tego, co działo się za kulisami: od
epitafiów setki bez mała sług Liwii (w tym jej masażystki,
garderobianych, malarza, a nawet czyściciela okien) po skargi egipskiego
urzędnika mierzącego się z ogromnymi trudnościami w zdobyciu
zaopatrzenia na zbliżającą się wizytę cesarza.
Możemy też dotknąć materialnego świata cesarzy. Wciąż można przechadzać
się po ich pałacach, nie tylko na Palatynie w centrum Rzymu (od którego
wzięło się słowo "pałac"), ale też w podmiejskich ogrodach rozrywki i zamiejskich rezydencjach. Jedna z nich, willa Hadriana w Tivoli, około
30 kilometrów od Rzymu - z kompleksem parkowym, kwaterami, licznymi
jadalniami i bibliotekami - zajmowała powierzchnię dwukrotnie większą od
starożytnych Pompejów. "Willa" zresztą nie oddaje rzeczywistości -
bardziej pasowałoby "prywatne miasteczko". Możemy też przyglądać się
podobiznom cesarzy. Choć do naszych czasów dotrwały nieliczne (szacuje
się, że w całym imperium znajdowało się kiedyś od 25 do 50 tysięcy
posągów samego tylko Augusta), to w naszych muzeach wciąż znajdziemy
tysiące z nich, do wyboru, do koloru. Bywało, że starożytni Rzymianie
jadali nawet ciasteczka z podobiznami cesarzy (na co wskazują
odnalezione formy do ciasta). Pewna rzymska dama około 200 r. n.e.
poszła o krok dalej i zamówiła złote kolczyki w kształcie głowy
Septymiusza Sewera, który rządził krótko przed Heliogabalem.
3. i 4. Wizerunki cesarza w nieoczekiwanych miejscach: z lewej
współczesna replika starożytnej formy do ciasta (stosowanej
prawdopodobnie do wypieku ciasteczek rozdawanych podczas świąt
religijnych) ukazującej cesarza w rydwanie podczas triumfalnej parady,
koronowanego przez boginię Wiktorię. Z prawej - cesarz na kolczyku
(niewątpliwie haczyk pierwotnie się wyginał, by głowa nie wisiała u dołu).
Na niektóre pytania nie możemy, rzecz jasna, udzielić odpowiedzi przez
brak źródeł - jak wyglądał świat widziany oczami kobiety albo jak
konkretnie prowadzono finanse. Mam jednak nadzieję, że czytelnik
zakończy tę lekturę nie sfrustrowany tym, jak niewiele wiemy o cesarzach, którzy żyli dwa tysiące lat temu, lecz raczej zaskoczony, jak
wiele o nich wiemy.
KTÓRZY CESARZE?
Wielu rządziło po Heliogabalu. W rzeczy samej, patrząc tylko na
wschodnie cesarstwo ze stolicą ustanowioną w Konstantynopolu
(dzisiejszym Stambule) w IV w. n.e., istniała nieprzerwana sukcesja
rzymskich cesarzy aż do roku 1453, kiedy to Turcy osmańscy wzięli
miasto. Dla nas byli to cesarze Bizancjum. Oni uważali się za
Rzymian. W tej książce jednak poprzestaniemy na cesarzach niewiele
późniejszych od kuzyna, adoptowanego syna i następcy Heliogabala -
Aleksandra Sewera, tego samego, który miał do późnych godzin ślęczeć nad
raportami wojskowymi. On także wstąpił na tron bardzo młodo, w wieku
zaledwie trzynastu lat, i rządził w latach 222-235. Począwszy od
architektów jedynowładztwa w Rzymie (zamordowanego w 44 r. p.n.e.
Juliusza Cezara oraz jego następcy i adoptowanego syna, Oktawiana
Augusta, który został pierwszym cesarzem) skupimy się tu na okresie
mniej więcej trzystuletnim, od połowy I w. p.n.e. do połowy III w. n.e.,
i niespełna trzydziestu cesarzach.
Wszelkie ramy czasowe tego typu są w pewnym stopniu arbitralne, raz po
raz więc je przekroczę (w istocie już to zrobiłam: historie o stręczonej
żonie i utraconej krowie pochodzą z późnego III w. n.e.). Mimo to
zasadnie jest skończyć w tym miejscu; po Aleksandrze Sewerze nic już nie
było takie samo. Przez resztę stulecia cesarze przewijali się jak w kalejdoskopie, wynoszeni i strącani z piedestału w ciągu wojen domowych
i wojskowych zamachów stanu. Wielu wywodziło się z warstw społecznych
odległych od śmietanki rzymskiej arystokracji, a geopolityka zmieniła
się do tego stopnia, że wielu podczas krótkiego panowania nigdy nawet
nie postawiło stopy w Wiecznym Mieście. Istotnie mowa tu o rządach
nader krótkich. Wyjąwszy kilku niefortunnych uzurpatorów, przez
pięćdziesiąt lat po śmierci Sewera przewinęło się tylu cesarzy, ilu
rządziło przez poprzednie trzysta lat. Charakter tych zmian ujmuje
podanie o następcy Aleksandra, Maksyminie Traku (zwanym tak, bowiem
wywodził się z Tracji). Podobno był pierwszym cesarzem analfabetą.
Możliwe, że to tylko pomówienie, ale i zarazem wskazówka, dokąd
zmierzało ówczesne cesarstwo.
W okresie między rządami Augusta i Aleksandra Sewera rzymska polityka i geopolityka były na tyle stabilne, że gdyby komuś przydarzyło się
zasnąć, dajmy na to, w 1 r. p.n.e., a jakimś cudem obudzić się dwieście
lat później, wciąż świat wokół wydawałby mu się znajomy. Po śmierci
Augusta nadal uroczyście świętowano kolejne podboje, jak ten uczczony
kolumną Trajana, wzniesioną na początku II w. n.e. na pamiątkę jego
zwycięstwa nad Dacją (w dzisiejszej Rumunii); w niej też spoczęły jego
prochy. Większość triumfów nieznacznie jednak rozszerzała obszar
panowania Rzymu i często przysparzała więcej problemów, niż była warta
(Brytanię można by nazwać "rzymskim Afganistanem"), nierzadko też nowe
terytoria wkrótce tracono. Były to przedsięwzięcia wynikłe z próżności,
jak to niedawno określił pewien historyk, lecz próżność tę przypłacono
straszliwym rachunkiem śmierci.
Zaszły, rzecz jasna, przez ten czas pewne zasadnicze zmiany. Przede
wszystkim, jak się zresztą przekonamy, pogłębiło się geograficzne - a czasem i etniczne - zróżnicowanie pochodzenia cesarzy. Rządzący w pierwszej połowie II w. n.e. Trajan i Hadrian wywodzili się z Hiszpanii.
O kilkadziesiąt lat późniejszy Septymiusz Sewer, "pierwszy afrykański
cesarz", urodził się na terenie dzisiejszej Libii (tabl. 3). Heliogabal
zaś był wnukiem ciotecznym żony Septymiusza, Julii Domny z Syrii, i to
dzięki wpływom jej rodziny wstąpił na tron w wyniku zamachu, którego
przecież sam nie zaplanował. Mimo stopniowych przemian August i Aleksander Sewer wykonywali tę samą pracę i byli oceniani według tych
samych kryteriów.
Od czasów starożytnych po dziś dzień historycy szczegółowo opisywali
cesarskie stulecia, drobiazgowo analizowali pałacowe koterie i niesnaski, kampanie wojenne i polityczne starcia. Usiłowali odmalować
tak różne temperamenty cesarzy: ponurego hipokryty Tyberiusza, następcy
Augusta, czy nieodpowiedzialnego ekscentryka Nerona, kapryśnego
Antoninusa Piusa albo jego następcy, filozoficznie usposobionego Marka
Aureliusza. Współcześni historycy starają się przeprowadzić czytelników
przez grząski grunt zależności dynastycznych, gdzie złożone więzi
rodzinne, strategiczne adopcje (jak usynowienie Aleksandra Sewera przez
Heliogabala) i wielokrotne małżeństwa nie dają się łatwo nakreślić pod
postacią konwencjonalnego drzewa genealogicznego. Z zamiłowaniem
przytaczają co bardziej kolorowe anegdotki z życia cesarzy, z należytym
krytycyzmem podchodząc jednak do ich wiarygodności, czasem pod barwną
powłoką szukając ziarna prawdy (jak zobaczymy w kolejnym rozdziale,
groźba Kaliguli, że uhonoruje swego rumaka wysokim urzędem, mogła być po
prostu rubasznym żartem, który został wzięty na serio).
Sama nie odmówię sobie przytoczenia ekscytujących anegdot, lecz robię
to, by rzucić światło na cesarski ustrój Rzymu z innej strony. Nie jest
to bowiem książka opisująca żywoty niemal trzydziestu władców po kolei.
Życie spędzone na badaniu i nauczaniu o starożytnym Rzymie pokazało mi,
że tak szczegółowa narracja (czy to o jednym cesarzu, czy o dwunastu)
więcej zakrywa, niż ukazuje. Wszak jeden naprędce zawiązany pałacowy
spisek jest w gruncie rzeczy podobny do innych i choć zmieniają się
bohaterowie, szemrane (lub wzniosłe) interesy pozostają zbliżone.
Niewiele różni błądzącego członka (obu płci) rodziny cesarskiej od
gromady im podobnych, a tak zdawałoby się wyjątkowe i przedziwne
opowieści często przytaczano w kontekście kilku innych władców.
Bezsprzecznie ciekawi mnie, dlaczego ten lub ów cesarz zapisał się w historii jako sadystyczny potwór, inny zaś jako przyzwoity człowiek,
który dawał z siebie wszystko; dlaczego jednego zapamiętano jako hojnego
dobroczyńcę, innego - jako małodusznego skąpca. Szczególnie jednak
nurtuje mnie szerszy obraz: co dla Rzymu oznaczała autokracja i autokraci, a także co tych władców łączyło bardziej, niż różniło.
Zgadzam się tu z Markiem Aureliuszem, który w Rozmyślaniach (Do siebie
samego) zauważył, że jedynowładztwo na przestrzeni stuleci istotnie się
nie zmieniło: "Inni aktorzy, to samo przedstawienie".
Cesarz Rzymu traktuje więc o ludziach z krwi i kości, jak też o roli
społecznej "cesarza". Zapewne odzwierciedla w tym perspektywę
przytłaczającej większości mieszkańców cesarstwa. Charakter człowieka w purpurze, jego przywary i upodobania mogły mieć znaczenie dla ludzi, z którymi się na co dzień stykał, także dla tych członków elity, którzy
studiowali lub sami pisali biografie cesarzy. Różni bywali cesarze.
Jednak dla owych z grubsza 50 milionów ludzi żyjących poza Italią, a także dla bardzo wielu w niej samej liczył się tylko rządzący akurat
"cysorz", bez względu na to, kim był i jak się nazywał. To do "cysorza"
słali prośby, o "cysorzu" śnili. W obliczu śmierci lub detronizacji
władcy przejście do nowego reżimu często aranżowano poprzez
przemodelowanie lub podmianę podobizny na pomnikach, by odzwierciedlała
wygląd nowego monarchy. Powody mogły być różne, od oszczędności po chęć
dosłownego wymazania rysów poprzednika. Przekaz tego jednak był taki, że
jednego cesarza od drugiego dzieliło zaledwie kilka uderzeń dłuta (il.
91).
5. Egipski papirus z listą rzymskich cesarzy, spisaną w grece pod
tytułem "Rządy basileis", tzn. "cesarzy" czy też "królów". Kaligula
winien być trzeci na liście, został jednak pominięty (toteż Klaudiusz
występuje zaraz po Tyberiuszu).
Możemy z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że niektórzy mieszkańcy
cesarstwa nie byli w stanie podać imienia rządzącego władcy. To miał na
myśli pewien chrześcijański biskup i filozof z Afryki Północnej, pisząc
na początku V w. n.e. o ludziach w jego stronach, którzy wiedzieli o istnieniu cesarza, bowiem płacili mu podatki, "lecz kimże on jest,
trudno powiedzieć" (dalej żartował, że "są pośród nas i tacy, którzy
myślą, że wciąż żyjemy pod rządami Agamemnona", odnosząc się do
mitycznego helleńskiego dowódcy z czasów wojny trojańskiej). Z pewnością
niewielu potrafiło w przybliżeniu nawet wymienić cesarzy, dawnych i bliższych. Nawet ów skrupulatny przecież skryba z połowy III w. n.e.,
którego próba ułożenia takiej listy zachowała się na skrawku papirusu,
pomylił się srodze w kilku miejscach, pomijając kilku władców, w tym
Kaligulę, a długość panowania innych podając błędnie. Tam gdzie to
stosowne, poznamy szczegóły z życia omawianych cesarzy. Bez obaw, nic
się jednak nie stanie, jeśli nie będziemy potrafili odróżnić Marka
Aureliusza od Antoninusa Piusa. Większość zwykłych Rzymian
prawdopodobnie też tego nie potrafiła.
W ŚWIECIE CESARZY
Poprzez rzymskich cesarzy obcujemy z najniezwyklejszymi obrazami
starożytnej władzy, jak i z najcodzienniejszą prozą życia w imperium. Co
więcej, do dziś służą oni za wzór autokratom i ostrzeżenie politykom: od
wszelkiej maści monarchów i wysoko urodzonych, każących portretować się
w cesarskiej purpurze, po prezydentów i premierów przedstawianych
satyrycznie jako Neron grający na lirze, podczas gdy Rzym płonie. Warto
jednak potraktować cesarzy Rzymu poważnie i zgłębić to, jak sami
Rzymianie rozumieli, omawiali i podważali wizję władzy, od której wciąż
nie możemy się uwolnić.
Przez całą moją karierę starałam się zdefiniować owych nieuchwytnych i odległych, a zarazem dziwnie znajomych władców. W Cesarzu Rzymu chcę
podzielić się wynikami tej eksploracji świata cesarzy, rzeczywistego i wyobrażonego, od wzniosłej domeny bogów (do której aspirował nie tylko
Klaudiusz) po mętne wody Tybru, gdzie niektórzy zakończyli karierę. Choć
wątpię, by tak liczni byli w rzeczywistości krwiożerczymi bądź
obłąkanymi psychopatami, jak ich malowano, tak też nie uważam za
wskazane próby rehabilitacji co bardziej zaciekłych "potworów". Rozmaite
przymiarki do ukazania Kaliguli, Nerona czy Kommodusa jako
niezrozumianych reformatorów, którzy po prostu mieli złą prasę, nigdy
mnie nie przekonywały. Wąska jest granica między przychylnością a niesmakiem.
Przez długie lata badań nad starożytnym Rzymem coraz większą miałam
awersję do autokracji jako ustroju, coraz bardziej zaś współczułam nie
tylko jej ofiarom, ale i wszystkim jakoś w nią uwikłanym: od zwykłych
kobiet i mężczyzn żyjących w cieniu cesarza, głowiących się nad naturą
władzy i jedynowładztwa, by nie nadepnąć nikomu na odcisk, po
(prawdopodobnie równie zwykłego) człowieka zasiadającego na tronie.
Łatwo zapomnieć, że on również niewątpliwie głowił się, jak być
autokratą i co oznacza być cesarzem Rzymu.
6. Były prezydent Brazylii Jair Bolsonaro pod rozpoznawalną postacią
"Nerona grającego na lirze, podczas gdy Rzym płonie" na okładce
czasopisma "Istoé". Barack Obama, Boris Johnson czy Narendra Modi -
rzadko który prominentny polityk uniknął takiego przedstawienia.
W dalszych rozdziałach podążymy tropem cesarza, przedzierając się przez
fakty i mity - od cesarskiego stołu po pole bitwy, od medycznych
raportów po wystąpienia w żartach, satyrach i snach, od biurka do słów
wypowiedzianych na łożu śmierci. Najpierw jednak, z dala od
poduszek-pierdziuszek Heliogabala, poznamy tło tej sceny: politykę i definicję jedynowładztwa w cesarstwie rzymskim. Autokracje mogą
przybierać wiele form. W kolejnych dwóch rozdziałach rozłożymy na części
pierwsze autokrację po rzymsku: jaki był zakres obowiązków cesarza, jak
się ten ustrój narodził, kim byli ci, których dziś zwiemy rzymskimi
cesarzami, i jak dochodzili do władzy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Co ciekawe, krótko po wydaniu Emperor of Rome brytyjskie North Hertfordshire Museum oświadczyło, że odtąd będzie uznawać Heliogabala za osobę transpłciową i używać w jego kontekście zaimka "ona" (przyp. T.Ch.). [wróć]
Warto również wspomnieć traktat Antonina Artauda Heliogabal albo anarchista ukoronowany (oryg. 1934, wyd. pol. w tłum. B. Banasiaka, K. Matuszewskiego, Wydawnictwo KR, Kraków 1999), a na polskim rynku - dziejący się w czasach Heliogabala dramat Irydion Zygmunta Krasińskiego (1836) (przyp. T.Ch.). [wróć]