Wieczorami słuchałem tych, którzy znali dwór cesarza. Kiedyś byli
ludźmi pałacu albo mieli tam prawo wstępu. Nie zostało ich wielu. Część
zginęła, rozstrzelana przez plutony egzekucyjne. Inni uciekli za granicę
albo siedzą w więzieniu znajdującym się w lochach tego samego pałacu: z salonów strącono ich do piwnic. Byli też tacy, którzy ukrywają się w górach albo żyją w klasztorach przebrani za mnichów. Każdy stara się
przetrwać na swój sposób, wedle dostępnych mu możliwości. Tylko garstka
pozostała w Addis Abebie, gdzie - okazuje się - najłatwiej zmylić
czujność władz.
Odwiedzałem ich, kiedy było już ciemno. Musiałem zmieniać samochody i przebrania. Etiopczycy są głęboko nieufni i nie chcieli uwierzyć w szczerość mojej intencji: miałem zamiar odnaleźć świat, który został
zmieniony karabinami maszynowymi Czwartej Dywizji. Te karabiny są
zamontowane na amerykańskich jeepach, obok siedzenia kierowcy. Obsługują
je strzelcy, których zawodem jest zabijanie. Z tyłu siedzi żołnierz, ten
odbiera przez radiostację rozkazy. Ponieważ jeep jest odkryty, kierowca,
strzelec i radiotelegrafista mają ciemne, chroniące przed kurzem,
motocyklowe okulary przysłonięte okapem hełmu. A więc nie widać ich
oczu, a hebanowe, zarośnięte szczeciną twarze są bez wyrazu. Te trójki w jeepach są tak obyte ze śmiercią, że ich kierowcy prowadzą wozy w sposób
samobójczy, z najwyższą szybkością wchodzą w gwałtowne zakręty, jeżdżą
ulicami pod prąd, wszystko rozpryskuje się na boki, kiedy nadciąga taka
rakieta. Lepiej nie wchodzić im w pole ostrzału. Z radiostacji, którą
trzyma na kolanach ten z tyłu, rozlegają się wśród trzasków i pisków
nerwowe głosy i krzyki. Nie wiadomo, czy któreś z tych ochrypłych
zabełkotań nie jest rozkazem do otwarcia ognia. Lepiej zniknąć. Lepiej
skręcić w boczną uliczkę i przeczekać.
Teraz zagłębiałem się w kręte i pełne błota zaułki, trafiając do domów,
które na zewnątrz sprawiały wrażenie, że są opuszczone i że nikt w nich
nie mieszka. Bałem się: domy te były obserwowane i mogłem wpaść razem z ich mieszkańcami. Bardzo to możliwe, ponieważ często przeczesują jakiś
zaułek miasta, a nawet całe dzielnice w poszukiwaniu broni, wywrotowych
ulotek i ludzi starego reżimu. Wszystkie domy podpatrują się teraz
nawzajem, podglądają się, węszą. To wojna domowa, tak ona wygląda.
Usiadłem blisko okna, a oni zaraz - proszę zmienić miejsce, jest pan
widoczny z ulicy, w ten sposób łatwo w pana trafić. Przejeżdża samochód,
zatrzymuje się, słychać strzały. Kto to był - oni czy tamci? A kim
dzisiaj są oni, a kim nie-oni, ci inni, którzy są przeciw tamtym, bo są
za tymi? Samochód odjeżdża, szczekają psy, całą noc w Addis Abebie
szczekają psy, jest to psie miasto, pełne psów rasowych i zdziczałych,
skołtunionych, zjadanych przez robactwo i malarię.
Niepotrzebnie powtarzają, abym uważał: żadnych adresów ani nazwisk, ani
nawet nie opisywać twarzy, ani że wysoki, że niski, że chudy, czoło
jakie, że ręce mu, że spojrzenie, a nogi to, kolana, już nie ma przed
kim na kolanach.
F.:
To był mały piesek rasy japońskiej. Nazywał się Lulu. Miał prawo spać w łożu cesarskim. W czasie różnych ceremonii uciekał cesarzowi z kolan i siusiał dygnitarzom na buty. Panom dygnitarzom nie wolno było drgnąć ani
zrobić żadnego gestu, kiedy poczuli, że mają mokro w bucie. Moją funkcją
było chodzić między stojącymi dygnitarzami i ocierać im mocz z butów. Do
tego służyła ściereczka z atłasu. To było moim zajęciem przez dziesięć
lat.
L.C.:
Cesarz spał w łożu z jasnego orzecha, bardzo obszernym. Był tak drobny i kruchy, że ledwie go się widziało, ginął w pościeli. Na starość zmalał
jeszcze bardziej, ważył pięćdziesiąt kilo. Jadł coraz mniej i nigdy nie
pił alkoholu. Sztywniały mu kolana i kiedy był sam, powłóczył nogami i kołysał się na boki, jakby szedł na szczudłach, ale kiedy wiedział, że
ktoś na niego patrzy, największym wysiłkiem zmuszał mięśnie do pewnej
elastyczności, tak aby poruszanie się jego było godne i aby postać
imperialna mogła utrzymać się w możliwie nienagannym pionie. Każdy krok
był walką między powłóczeniem a godnością, między przechyłem a pionem.
Dostojny pan nigdy nie zapominał o swoim starczym defekcie, którego nie
chciał ujawniać, aby nie osłabić prestiżu i powagi Króla Królów. Ale my,
służba sypialni, którzy mogliśmy go podglądać, wiedzieliśmy, ile
wysiłków kosztują go te starania. Miał zwyczaj sypiać krótko i wstawać
wcześnie, kiedy na dworze było jeszcze ciemno. W ogóle sen traktował
jako ostateczność niepotrzebnie zabierającą mu czas, który wolałby
przeznaczyć na rządzenie i reprezentację. Sen to był prywatny, kameralny
wtręt w życie, mające upływać wśród dekoracji i świateł. Dlatego budził
się jak gdyby niezadowolony z tego, że spał, zniecierpliwiony samym
faktem spania, i dopiero dalsze czynności dnia przywracały mu wewnętrzną
równowagę. Dodam jednak, że cesarz nigdy nie objawiał najmniejszego
zdenerwowania, gniewu, złości czy frustracji. Mogłoby się zdawać, że
takich stanów nigdy nie doznaje, że ma nerwy zimne i martwe jak stal
albo że nie ma ich wcale. Była to cecha wrodzona, którą pan nasz umiał
rozwinąć i wydoskonalić w myśl zasady, że w polityce nerwy są oznaką
słabości, która stanowi zachętę dla przeciwników i ośmiela podwładnych
do pokątnego dowcipkowania. A pan wiedział, że dowcip to niebezpieczna
forma opozycji, i dlatego trzymał swoją psychikę w nienagannej normie.
Wstawał o czwartej, o piątej, a gdy wyjeżdżał z wizytą za granicę, nawet
o trzeciej w nocy. Później, kiedy robiło się w kraju coraz gorzej, coraz
częściej wyjeżdżał, cały pałac zajmował się tylko szykowaniem cesarza do
nowych podróży. Po przebudzeniu naciskał dzwonek przy nocnym stoliku -
na ten dźwięk czekała już czuwająca służba. W pałacu zapalano światła.
Był to sygnał dla cesarstwa, że najdostojniejszy pan rozpoczął nowy
dzień.
Y.M.:
Cesarz rozpoczynał dzień od słuchania donosów. Noc jest niebezpieczną
porą spiskowania i Hajle Sellasje wiedział, że to, co dzieje się w nocy,
jest ważniejsze od tego, co dzieje się w dzień, w dzień miał wszystkich
na oku, a w nocy było to niemożliwe. Z tego też powodu przykładał do
rannych donosów wielkie znaczenie. Tu chciałbym wyjaśnić jedną rzecz:
czcigodny pan nie miał zwyczaju czytania. Dla niego nie istniało słowo
pisane i drukowane, wszystko trzeba było referować mu ustnie. Pan nasz
nie miał szkół, jego jedynym nauczycielem - i to tylko w dzieciństwie -
był francuski jezuita monsignore Jerome, późniejszy biskup Hararu i przyjaciel poety Arthura Rimbauda. Duchowny ten nie zdążył wpoić
cesarzowi nawyku czytania, co zresztą było tym trudniejsze, że Hajle
Sellasje już od lat chłopięcych zajmował odpowiednie stanowiska
kierownicze i nie miał czasu na systematyczne lektury. Ale wydaje mi
się, że chodziło nie tylko o brak czasu i nawyku. Zwyczaj ustnego
referowania miał tę zaletę, że w razie potrzeby cesarz mógł oświadczyć,
iż dostojnik taki to a taki doniósł mu zupełnie co innego, niż miało to
miejsce w rzeczywistości, a ten nie mógł bronić się, nie mając żadnego
dowodu na piśmie. Tak więc cesarz odbierał od swoich podwładnych nie to,
co oni mu mówili, ale to, co jego zdaniem powinno być powiedziane.
Czcigodny pan miał swoją koncepcję i do niej dopasowywał wszystkie
sygnały dochodzące z otoczenia. Podobnie było z pisaniem, bo monarcha
nasz nie tylko nie korzystał z umiejętności czytania, ale także nic nie
pisał i niczego własnoręcznie nie podpisywał. Choć rządził przez pół
wieku, nawet najbliżsi nie wiedzą, jak wyglądał jego podpis. W godzinach
urzędowania przy cesarzu obecny był zawsze minister pióra, który notował
wszystkie jego rozkazy i polecenia. Wyjaśnię tu, że w czasie roboczych
audiencji dostojny pan mówił bardzo cicho, ledwie tylko poruszając
wargami. Minister pióra, stojąc o pół kroku od tronu, zmuszony był
przybliżać ucho do ust imperialnych, aby usłyszeć i zanotować decyzję
cesarza. W dodatku słowa cesarza były z reguły niejasne i dwuznaczne,
zwłaszcza wówczas, gdy nie chciał zająć wyraźnego stanowiska, a sytuacja
wymagała, aby dał swoją opinię. Można było podziwiać zręczność monarchy.
Zapytany przez dostojnika o decyzję imperialną, nie odpowiadał wprost,
ale odzywał się głosem tak cichym, że docierał tylko do przysuniętego
blisko, jak mikrofon, ucha ministra pióra. Notował on skąpe i mgliste
pomruki władcy. Reszta była już tylko kwestią interpretacji, a ta była
sprawą ministra, który nadawał decyzji formę pisemną i przekazywał ją
niżej. Ten, kto kierował ministerstwem pióra, był najbliższym zaufanym
cesarza i miał potężną władzę. Z tajemnej kabały słów monarszych mógł on
układać dowolne decyzje. Jeżeli posunięcie cesarskie olśniewało
wszystkich trafnością i mądrością, było kolejnym dowodem na nieomylność
wybrańca Boga. Jeżeli natomiast gdzieś z powietrza, gdzieś z kątów
zaczynał dobiegać monarchę szmerek niezadowolenia, dostojny pan mógł
wszystko zrzucić na głowę ministra. Ten ostatni był najbardziej
znienawidzoną osobistością dworu, ponieważ opinia, będąc przekonana o mądrości i dobroci czcigodnego pana, właśnie ministra obwiniała o decyzje złośliwe i bezmyślne, jakich było bez liku. Co prawda wśród
służby szeptano, dlaczego Hajle Sellasje nie zmieni ministra, ale w pałacu pytania mogły być zadawane tylko z góry w dół, nigdy odwrotnie.
Właśnie kiedy po raz pierwszy rzucono głośno pytanie biegnące w odwrotnym niż dotychczas kierunku, było to sygnałem, że wybuchła
rewolucja. Ale wybiegam w przyszłość, a muszę wrócić do tej chwili
porannej, kiedy na stopniach pałacu ukazuje się cesarz i rusza na
wczesny spacer. Wchodzi do parku. To jest właśnie moment, w którym
zbliża się do niego szef wywiadu pałacowego - Solomon Kedir - i składa
swoje doniesienia. Cesarz idzie alejką, a krok za nim Kedir, który mówi
i mówi. Kto z kim spotkał się, gdzie to było, o czym rozmawiali. Przeciw
komu paktują. Czy można to uznać za spisek. Kedir informuje też o pracy
wydziału szyfrów wojskowych. Wydział ten, należący do urzędu Kedira,
odczytuje zaszyfrowane rozmowy, jakie prowadzą między sobą dywizje -
warto wiedzieć, czy nie lęgnie się tam myśl wywrotowa. Dostojny pan o nic nie pyta, niczego nie komentuje, idzie i słucha. Czasem zatrzyma się
przed klatką z lwami, aby rzucić im podany przez służbę udziec cielęcy.
Patrzy na lwią drapieżność i wtedy uśmiecha się. Potem zbliży się do
uwiązanych na łańcuchu lampartów i da im żeber wołowych. Tu pan musi być
uważny, bo podchodzi blisko do drapieżników, które potrafią być
nieobliczalne. Wreszcie idzie dalej, a za nim ciągnący swoje doniesienia
Kedir. W pewnej chwili pan kiwa głową i jest to znak dla Kedira, że ma
się oddalić. Składa ukłon i znika w alejce, cofając się w ten sposób,
aby nie obrócić się tyłem do monarchy. Dokładnie wtedy wychodzi spod
drzewa czekający już minister przemysłu i handlu - Makonen Habte-Wald.
Zbliża się do odbywającego spacer cesarza i idąc o krok za nim, składa
mu doniesienie. Habte-Wald ma prywatną sieć donosicieli, którą utrzymuje
z powodu zżerającej go pasji intryganctwa, a także aby przypodobać się
czcigodnemu panu. Teraz on na podstawie meldunków opowiada cesarzowi
przebieg ostatniej nocy. Nasz pan znowu o nic nie pyta i niczego nie
komentuje, tylko idzie i słucha z rękami założonymi do tyłu. Bywa, że
zbliży się do stada flamingów, ale płochliwe to ptactwo zaraz ucieka i cesarz uśmiecha się na widok stworzenia, które odmawia mu posłuszeństwa.
W końcu, idąc dalej, robi skłon głową, Habte-Wald milknie i cofając się
tyłem, znika w alejce. I teraz jak spod ziemi wyrasta zgarbiona postać
oddanego zausznika Ashy Walde-Mikaela. Dostojnik ten sprawuje nadzór nad
rządową policją polityczną, która współzawodniczy z wywiadem pałacowym
Solomona Kedira i prowadzi ostrą walkę konkurencyjną z prywatnymi
siatkami donosicieli w rodzaju takiej, jaką dysponuje Makonen
Habte-Wald. Zajęcie, jakiemu oddawali się ci ludzie, było ciężkie i niebezpieczne. Żyli w lęku, że czegoś nie doniosą w porę i popadną w niełaskę albo że konkurent doniesie lepiej i wtedy cesarz pomyśli:
dlaczego Solomon sprawił mi dziś ucztę, a Makonen przyniósł same plewy?
Nie mówił, bo nie wie, czy milczał, bo sam jest w spisku? Czy dostojny
pan mało doświadczył takich wypadków na własnej skórze, że zdradzali go
najbliżsi i najbardziej zaufani? I dlatego cesarz karał za milczenie.
Ale z kolei bezładne potoki słów nużyły i drażniły imperialne ucho, więc
nerwowe gadulstwo też nie było dobrym wyjściem. Już wygląd tych ludzi
mówił, w jakim żyją zagrożeniu. Niewyspani, zmęczeni działali w ciągłym
napięciu, w gorączce, w pościgu za ofiarą, w zaduchu nienawiści i strachu, jaki ich powszechnie otaczał. Za jedyną tarczę mieli cesarza,
ale cesarz mógł ich wykończyć jednym gestem ręki. O tak, dobrotliwy pan
nie ułatwiał im życia. Jak już wspomniałem, w czasie porannego spaceru
Hajle Sellasje, słuchając doniesień o stanie spisków w cesarstwie, nigdy
nie zadawał pytań i nie komentował otrzymanych informacji. Powiem teraz,
że wiedział, co robi. Pan chciał otrzymać donos w stanie czystym, to
znaczy donos prawdziwy, a gdyby pytał lub wyrażał opinię, sprawozdawca
zacząłby usłużnie zmieniać fakty, aby odpowiadały wyobrażeniom cesarza,
i wówczas całe donosicielstwo popadłoby w taką dowolność i subiektywizm,
że monarcha nie mógłby się dowiedzieć, co rzeczywiście dzieje się w państwie i w pałacu. Kończąc już spacer, cesarz słucha o tym, co
ostatniej nocy przynieśli ludzie Ashy. Karmi psy i czarną panterę, potem
podziwia otrzymanego niedawno mrówkojada - dar prezydenta Ugandy.
Skłania głowę i Asha odchodzi skulony, niepewny, czy powiedział więcej,
czy mniej od tego, co donieśli dziś jego najbardziej zaciekli wrogowie -
Solomon, wróg Makonena i Ashy, i Makonen, wróg Ashy i Solomona. Ostatnią
rundę przechadzki Hajle Sellasje odbywa już samotnie. W parku robi się
jasno, rzednie mgła, w trawie zapalają się słoneczne światła. Cesarz
rozmyśla, jest to czas układania taktyki i strategii, rozwiązywania
łamigłówek personalnych i szykowania następnego ruchu na szachownicy
władzy. Zgłębia treść meldunków dostarczonych przez donosicieli. Mało
rzeczy ważnych, oni najczęściej donoszą jeden na drugiego. Nasz pan ma
wszystko zanotowane w głowie, jego umysł to komputer, który przechowuje
każdy szczegół, najmniejszy drobiazg będzie zapamiętany. W pałacu nie
było żadnego biura kadr, teczek ani ankiet. To wszystko cesarz nosił w swoim umyśle, całą najtajniejszą kartotekę ludzi elity. Widzę go teraz,
jak idzie, przystaje, podnosi do góry twarz, jakby pogrążył się w modlitwie. O Boże, wybaw mnie od tych, co czołgając się na kolanach,
skrywają nóż, który chcieliby wbić w moje plecy. Ale co Pan Bóg może
pomóc? Wszyscy ludzie otaczający cesarza są właśnie tacy - na kolanach i z nożem. Na szczytach nigdy nie jest ciepło. Wieją lodowate wichry,
każdy stoi skulony i musi pilnować się, żeby sąsiad nie strącił go w przepaść.
T.K-B.:
Drogi przyjacielu, oczywiście, że pamiętam. To przecież było niemal
wczoraj. Niemal wczoraj, przed wiekiem. W tym mieście, ale już na innej
planecie, która się oddaliła. Jak to się miesza - czasy, miejsca, świat
rozsypany na kawałki, nie do zlepienia. Tylko wspomnienie, to jedyne, co
ocalało, jedyne, co pozostaje z życia. Dużo czasu spędziłem przy cesarzu
jako urzędnik ministerstwa pióra. Zaczynaliśmy pracę o ósmej, aby
wszystko było gotowe na dziewiątą, kiedy przyjedzie monarcha. Pan nasz
mieszkał w nowym pałacu, naprzeciw Africa Hall, a czynności oficjalne
spełniał w pałacu starym, zbudowanym przez cesarza Menelika, a położonym
na sąsiednim wzgórzu. Nasz urząd był właśnie w starym pałacu, gdzie
mieściła się większość instytucji cesarskich, gdyż Hajle Sellasje chciał
mieć wszystko pod ręką. Przyjeżdżał jednym z dwudziestu siedmiu aut,
jakie tworzyły jego prywatny park. Lubił samochody, najwyżej cenił sobie
rolls-royce'y z powodu ich poważnej i dostojnej linii, ale dla odmiany
korzystał też z mercedesów i lincoln-continentalów. Przypomnę, że pan
nasz pierwszy sprowadził samochody do Etiopii i zawsze odnosił się
życzliwie do entuzjastów postępu technicznego, których, niestety, nasz
tradycyjny naród traktował z niechęcią. Przecież cesarz omal nie stracił
władzy, a nawet życia, kiedy w latach dwudziestych sprowadził z Europy
pierwszy samolot! Prosty aeroplan uznano wówczas za dzieło szatana i po
dworach magnackich zawiązywano spiski przeciw tak szalonemu monarsze,
niemal kabaliście i czarnoksiężnikowi. Odtąd czcigodny pan musiał
ostrożniej dawać upust swoim pionierskim ambicjom, dopóki z powodu
niechęci, jaką budzi wszelka nowość w człowieku sędziwym, nie zaniechał
tych poczynań prawie zupełnie. Więc o dziesiątej rano przybywał do
starego pałacu. Przed bramą oczekiwał go tłum poddanych, który usiłował
wręczyć cesarzowi petycje. Była to, teoretycznie biorąc, najprostsza
droga poszukiwania w cesarstwie sprawiedliwości i dobroci. Ponieważ
naród nasz jest niepiśmienny, a sprawiedliwości poszukuje z reguły
biedota, ludzie ci zadłużali się na lata, aby opłacić kancelistę, który
spisałby ich żale i prośby. W dodatku powstawał kłopot protokolarny, bo
zwyczaj nakazywał maluczkim, aby przed cesarzem klęczeli z twarzą przy
ziemi, a jak podać z tej pozycji kopertę do przejeżdżającej limuzyny?
Rozwiązywano sprawę w ten sposób, że wóz cesarski zwalniał, za szybą
ukazywała się pełna dobroci twarz monarchy, a jadąca w następnym
samochodzie ochrona zabierała część kopert z rąk, jakie wyciągało
pospólstwo, część, bo tych rąk był las. Jeżeli tłum podczołgiwał się
zbyt blisko nadjeżdżających samochodów, gwardia musiała odpychać i przeganiać natrętów, gdyż względy bezpieczeństwa, a także powaga
majestatu wymagały, aby przejazd odbywał się płynnie i bez nieplanowanej
zwłoki. Teraz wozy wjeżdżały biegnącą pod górę aleją i zatrzymywały się
na dziedzińcu pałacowym. Tu także oczekiwał cesarza tłum, ale zupełnie
inny niż owa hołota przed bramą, rozpędzana z furią przez doborowych
gwardzistów z Imperial Body Guard. Ten tłum witający monarchę na
dziedzińcu tworzyli ludzie z cesarskiego otoczenia. Wszyscy zbieraliśmy
się tu wcześniej, żeby nie spóźnić się na przyjazd cesarza, bo ta chwila
miała dla nas szczególne znaczenie. Każdy chciał się koniecznie pokazać,
bo miał nadzieję, że będzie zauważony przez cesarza. Nie, nie marzyło
się nawet jakieś specjalne zauważenie: czcigodny pan zauważył, podchodzi
i wszczyna rozmowę. Nie, nie aż takie! Powiem otwarcie - pragnęło się
bodaj minimalnego zauważenia, po prostu najmniejszego, najzupełniej byle
jakiego, wręcz podrzędnego, zdawkowego, nienakładającego na cesarza
żadnych zobowiązań, przelotnego jak ułamek sekundy, a jednak takiego,
aby potem odczuło się wstrząs wewnętrzny i opanowała nas triumfalna
myśl: zostałem zauważony! Jakiej to potem dodawało siły! Jakie stwarzało
nieograniczone możliwości! Bo załóżmy, oko dostojnego pana prześliznęło
się po twarzy, tylko prześliznęło! Właściwie można by powiedzieć, że nic
nie było, ale z drugiej strony - jakże nie było, kiedy się prześliznęło!
Czujemy zaraz, jak temperatura twarzy podnosi się, krew idzie do głowy,
a serce uderza mocniej. Są to najlepsze dowody, że dotknęło nas oko
protektora, ale co tam, te dowody nie mają w tej chwili znaczenia.
Ważniejszy jest proces, jaki mógł się dokonać w pamięci naszego pana.
Otóż wiadomo było, że pan dzięki temu, iż nie korzystał z umiejętności
czytania ani pisania, miał fenomenalnie rozwiniętą pamięć wzrokową. I na
tym darze natury mógł budować nadzieje właściciel twarzy, po której
przemknęła źrenica cesarska. Bo już liczył, że jakiś ulotny ślad, choćby
tylko nieostry cień odcisnął się w pańskiej pamięci. Teraz trzeba było z wytrwałością i determinacją tak manewrować w tłumie, tak się
prześlizgiwać i przeciskać, tak dobijać i dopychać, aby coraz to
podsuwać swoją twarz, manewrując nią i manipulując w ten sposób, żeby
spojrzenie cesarskie, nawet mimowolnie i bezwiednie, notowało, notowało
i notowało. Następnie czekało się, że przyjdzie taki moment, kiedy
cesarz pomyśli: zaraz, zaraz, twarz znana, a nazwiska nie znam. I,
powiedzmy, spyta o nazwisko. Tylko o nazwisko, ale to wystarczy! Teraz
twarz i nazwisko połączą się i powstanie osoba, gotowy kandydat do
nominacji. Ba, sama twarz - to anonim, samo nazwisko - to abstrakcja, a tu należy zmaterializować się i ukonkretnić, przybrać kształt, formę,
zdobyć odrębność. O, był to los najbardziej wyczekiwany, ale też jakże
trudny do spełnienia. Bo na tym dziedzińcu, gdzie otoczenie witało
cesarza, chętnych do podsuwania twarzy były dziesiątki i nie przesadzę -
setki, twarz ocierała się o twarz, wyższe tłamsiły niższe, ciemniejsze
przyciemniały jaśniejsze, twarz gardziła twarzą, starsze wysuwały się
przed młodsze, słabsze ulegały silniejszym, twarz nienawidziła twarzy,
pospolite zderzały się ze szlachetnymi, zaborcze z wątłymi, twarz
miażdżyła twarz, ale nawet te poniżone, odepchnięte, trzeciorzędne i pokonane, nawet one, w pewnym oddaleniu co prawda, narzuconym przez
prawo hierarchii, ale przesuwały się do przodu, wychylając się to tu, to
tam spoza twarzy pierwszorzędnych i utytułowanych bodaj skrawkiem tylko,
uchem lub kawałkiem skroni, policzkiem lub szczęką, byle bliżej
cesarskiej źrenicy! Gdyby dobrotliwy pan chciał ogarnąć spojrzeniem całą
scenę, jaka otwierała się przed nim po wyjściu z samochodu, dostrzegłby,
że nie tylko toczy się ku niemu pokorna i zarazem rozgorączkowana magma
stugębna, ale że poza tą grupą centralną i wysoce utytułowaną, na prawo
i na lewo, przed nim i za nim, dalej i zupełnie daleko, w drzwiach, w oknach, pod drzwiami i na ścieżkach całe rzesze lokajów, służby
kuchennej, sprzątaczy, ogrodników i policjantów również podsuwają mu
swoje twarze do zauważenia. I pan nasz na to wszystko patrzy. Czy pan
dziwi się? Wątpię. Pan kiedyś też był częścią stugębnej magmy. Czy nie
musiał podsuwać twarzy, aby ledwie w wieku dwudziestu czterech lat
zostać następcą tronu? A konkurencję miał piekielną! Cały zastęp
wytrawnych notabli zabiegał o koronę. Ale oni spieszyli się, jeden przed
drugim, skakali sobie do gardeł rozdygotani, niecierpliwi, żeby już, już
tron! Najosobliwszy pan umiał czekać. A to jest zdolność arcyważna. Bez
tej umiejętności czekania, cierpliwej, a nawet pokornej zgody na to, że
szansa może pojawić się dopiero po latach, nie ma polityka. Dostojny pan
czekał dziesięć lat, aby zdobyć następstwo tronu, a potem czternaście
lat, aby zostać cesarzem. W sumie - blisko ćwierć wieku ostrożnych, ale
energicznych zabiegów o koronę. Mówię - ostrożnych, gdyż pana cechowała
skrytość, dyskrecja i milczenie. Znał pałac, wiedział, że każda ściana
ma uszy, że spoza kotar wyłaniają się uważnie obserwujące go spojrzenia.
Więc musiał być przebiegły i chytry. Przede wszystkim nie wolno było
przedwcześnie odsłonić się, okazać pazernej pożądliwości władzy, bo to
natychmiast jednoczy konkurentów i podrywa ich do walki. Uderzą i zniszczą tego, który wysunął się do przodu. Nie, latami trzeba iść w szeregu, bacząc, aby nikt nie wysforował się, i czujnie wyczekiwać
momentu. W roku trzydziestym ta gra przyniosła panu koronę, którą
zachował przez następne czterdzieści cztery lata.
Kiedy pokazałem koledze to, co piszę o Hajle Sellasje - a raczej rzecz
o dworze cesarskim i jego upadku opowiedzianą przez tych, którzy
zaludniali salony, urzędy i korytarze pałacu - ten zapytał, czy
odwiedzałem sam ukrywających się ludzi. Sam? To nie byłoby możliwe!
Biały człowiek, obcokrajowiec - nikt z nich nie wpuściłby mnie za próg
bez mocnych rekomendacji. A już w żadnym wypadku nikt nie chciałby się
zwierzać (w ogóle Etiopczyków trudno nakłonić do zwierzeń, potrafią
milczeć jak Chińczycy). Skąd wiedziałbym, gdzie ich szukać, gdzie są,
kim byli, co mogli powiedzieć?
Nie, nie byłem sam, miałem przewodnika.
Teraz, kiedy już nie żyje, mogę powiedzieć, jak się nazywał: Teferra
Gebrewold. Przyjechałem do Addis Abeby w połowie maja 1963. Za kilka dni
mieli się tu zebrać prezydenci niepodległej Afryki i cesarz
przygotowywał miasto do tego spotkania. Addis Abeba była wtedy dużą,
kilkusettysięczną wsią położoną na wzgórzach, wśród gajów
eukaliptusowych. Na trawnikach przy głównej ulicy Churchill Road pasły
się stada krów i kóz, a samochody musiały przystawać, kiedy koczownicy
przeganiali przez jezdnię gromady spłoszonych wielbłądów. Padał deszcz i w bocznych uliczkach wozy buksowały w kleistym, brunatnym błocie,
grzęznąc coraz bardziej i tworząc w końcu kolumny zatopionych,
unieruchomionych aut.
Cesarz rozumiał, że stolica Afryki musi wyglądać znacznie okazalej, i polecił wybudować kilka nowoczesnych gmachów oraz uporządkować
najważniejsze ulice. Niestety, budowy wlokły się w nieskończoność i kiedy oglądałem stojące w różnych punktach miasta rusztowania i pracujących tam ludzi, przypomniała mi się scena, którą opisał Evelyn
Waugh, kiedy w roku 1930 przyjechał do Addis Abeby obejrzeć koronację
cesarza:
"Wydawało się, że dopiero teraz przystąpiono do budowy miasta. Na
każdym rogu stały na pół ukończone budynki. Niektóre już porzucono, przy
innych pracowały gromady oberwanych tubylców. Pewnego popołudnia
widziałem dwudziestu lub trzydziestu takich ludzi, którzy pod kierunkiem
majstra Ormianina usuwali stosy gruzu i kamieni zalegające dziedziniec
przed głównym wjazdem do pałacu. Praca polegała na tym, że musieli oni
napełnić gruzem drewniane nosiłki i następnie opróżnić je na usypisku
znajdującym się pięćdziesiąt jardów dalej. Majster krążył między ludźmi,
trzymając w rękach długi kij. Jeżeli musiał na chwilę odejść, wszystko
natychmiast ustawało. Nie oznaczało to, że ludzie zaczynali siadać,
rozmawiać, rozkładać się na ziemi, nie, oni po prostu zamierali w tym
miejscu, w którym znajdowali się, nieruchomieli jak krowy na pastwisku,
czasem zapadali w letarg, trzymając w rękach jedną cegłę. Wreszcie
zjawiał się majster i wówczas znowu zaczynali poruszać się, ale bardzo
ospale, jak postacie na zwolnionym filmie. Kiedy tłukł ich kijem, nie
wzywali pomocy, nie protestowali, tylko nieco przyspieszali swoje ruchy.
Ciosy ustawały i wtedy wracali do powolnego tempa, a gdy majster
ponownie odchodził, natychmiast nieruchomieli i zamierali".
Tym razem wielki ruch panował przy głównych ulicach. Skrajem ulic
toczyły się gigantyczne spychacze, burząc najbliżej stojące lepianki,
już opustoszałe, bo poprzedniego dnia policja wypędziła ich mieszkańców
z miasta. Następnie brygady murarzy budowały wysoki mur, aby zasłonić
nim pozostałe lepianki. Inne brygady pomalowały mur w narodowe wzory.
Miasto pachniało świeżym betonem i farbą, stygnącym asfaltem i wonią
palmowych liści, którymi ozdobiono bramy powitalne.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki