II
Bohaterowie
-?Skurwiel? -?Jean-François podniósł wzrok znad tomu. -?To tytuł czy
zawód?
-?Ani jedno, ani drugie. To był brudnokrwisty. Kobieta. Umarła po
czterdziestce, rozkładała się ze cztery dni, zanim stała się wampirem.
Ciało miała wzdęte, zgnilizna objęła już mózg i usta, w których ukazały
się dwa ostre kły, gdy je rozwarła. Ryknąłem, kiedy wpadła przez okno i wylądowała mi na piersi. Upadając, wyciągnąłem Pożeraczkę z pochwy i wrzasnąłem, kiedy w mojej głowie rozległ się niemal ogłuszający srebrny
krzyk:
PUŚĆ MNIE, TY NĘDZNY ŁOJOŻERNY DUPOJEBNY...
Padłem na podłogę, całe powietrze uszło mi z płuc, a pod wpływem szoku
wywołanego krzykiem Pożeraczki wypuściłem ją z ręki. Wypadła mi z palców, kiedy nieszczęśnica rzuciła mi się do gardła. Syknęła i od jej
wypełnionego zgnilizną oddechu łzawiły mi oczy. Uderzyłem ją w twarz.
Wrzasnęła z powodu srebra na mojej skórze, które przypaliło jej ciało.
Wbiła mi palce w gardło, w nadgarstek i zaatakowała jak żmija,
zanurzając te obmierzłe kły w moje przedramię i gryząc naprawdę mocno.
Wyrwałem się z rykiem, krew rozbłysła, tryskając na wszystkie strony.
Argent szarpnął się, kiedy obryzgała mu bok, i spróbował zerwać się z postronka. Przeturlałem się po zimnych kamiennych płytach, a martwa
kreatura sięgała łapami, młóciła nimi, syczała, wariowała, byle tylko
posmakować mojej krwi. I chociaż straciłem Popi, nie byłem bezbronny:
zacisnąłem palce na gardle nieszczęśnicy i sięgnąłem w głąb siebie.
Wszyscy bladokrwiści zostają pobłogosławieni i przeklęci przez swoich
ojców, wampirze. Dręczy ich głód, który ostatecznie doprowadza ich do
szaleństwa, ale otrzymują także dary: siłę, szybkość i ślad talentu,
jaki ma krew ich rodu. Panowanie nad zwierzętami otrzymują synowie
Chastainów. Bezbożną siłę chłopcy zrodzeni z Dyvoków. Zdolność
wypaczania uczuć -?Ilonowie. A dla mnie błogosławieństwem od ojca,
którego nigdy nie poznałem, była plugawa sztuka Niewiernych.
-?Sangwimancja -?powiedział Jean-François.
Gabriel pokiwał głową.
-?Władza nad samą krwią. Moja moc była ledwie cieniem zdolności ojca,
zaledwie kroplą zrodzoną z oceanu, ale kiedy wbiłem palce w gardło tego
stwora, przyzwałem tę bezbożną potęgę. Wezbrała we mnie, wypłynęła przez
opuszki palców i zagotowała krew w gnijących żyłach tej jebanej bestii.
Wrzasnęła; zostało jej dość umysłu, żeby zarejestrować straszliwy ból.
Uderzyłem jej głową w kamień, chcąc zakończyć to szybko. I tak by się
stało, gdyby przez drzwi do wieży nie wpadła następna dwójka.
Chłopiec i dziewczyna niewiele starsi od Dior, dostatecznie podobni, by
wyglądać na krewniaków, wpadli na mnie i oderwali moje ręce od szyi
wrzeszczącej kobiety. Krew trysnęła, kość pękła. Odkopnąłem chłopaka na
bok, a wtedy dziewczyna rzuciła mi się do gardła. I gdy zimny strach
wypełnił mój brzuch, złapałem się na tym, że patrzę Aniołowi Śmierci w oczy.
-?Walcząc z brudnokrwistymi? -?Historyk prychnął pogardliwie. -?Błagam,
de León, doceniam fakt, że od początku silisz się na dramatyzm, ale
chyba nie oczekujesz, że uwierzę, że bałeś się o swoje życie.
-?Mówisz jak ktoś, kto nigdy nie walczył o własne życie. Gnijący czy
nie, nieszczęśnicy to wampiry. Szybsze od najbardziej rączej łani, silne
jak tuzin zwykłych ludzi. Oui, ja też nie byłem zwyczajny. Minęło jednak
wiele godzin od wypalonego przeze mnie po kolacji sakramentu i chociaż
minstrele w każdej podłej knajpie wyśpiewują, że byłem największym
szermierzem w dziejach, mój miecz leżał na kamieniu tam, gdzie upadł.
Byłem głodny, bez broni i walczyłem z trójką przeciwników. -?Gabriel
pokręcił głową. -?Jak już ci powiedziałem, cmentarze świata pełne są
głupców, którzy nie uważali strachu za przyjaciela. Zaręczam ci,
Chastain, że się bałem.
To Argent zapewnił mi przestrzeń do walki, kiedy wreszcie zerwał się z postronka i kopnął stwora podobnego do chłopaka. Zimnokrwisty uderzył w mur, a ja z krzykiem złapałem dziewczynę za nadgarstek i cisnąłem nią w ślad za nim. Zderzyła się z kamieniem, osłabiona zaprawa i cegły
posypały się w noc, oboje napastników przeleciało przez ścianę. Jednakże
moje zwycięstwo było krótkotrwałe. Wiekowa wieża drżała wokół mnie, mur
falował jak morze podczas sztormu, aż w końcu budowla się poddała i zawaliła mi się na głowę.
Argent był dostatecznie szybki, żeby uciec, a ja zdołałem uniknąć
najgorszego, wyskakując przez mur, kiedy dach z hukiem runął. Cegły
jednak posypały mi się na plecy, na mój durny łeb, bezgłośna eksplozja
buchnęła mi za oczami i w fontannie krwi wpadłem w śnieg.
Coś na mnie wylądowało, gotując się, sycząc. Znowu ta nieszczęśnica.
Miałem dość siły, żeby ją zrzucić i złapać za gardło, ale kiedy czarna
krew zagotowała się w jej ślepiach, poczułem szkieletowe palce wsuwające
się w moje włosy i usłyszałem ryk, kiedy kły wbiły mi się w kark.
To mógł być mój koniec. Koniec legendy Czarnego Lwa z Lorson. Zdobywcy
ze Szkarłatnej Polany. Wybawcy Nordlundu.
Gabriel prychnął.
-?Co za kurewski żart. W końcu zginąłbym załatwiony przez trójkę
obrzydliwych nieszczęśników na jakimś zadupiastym pagórku pośrodku
niczego. Jednakże uszy wypełnił mi przytłumiony trzask, mokry rozbryzg
mózgu pomalował mi policzki, a potem poniosło się echo wystrzału z pistoletu z zamkiem kołowym. Martwa dziewczyna siedząca mi na plecach
spadła ze mnie z dymiącą dziurą w miejscu zajmowanym niegdyś przez
twarz.
W ciemnościach zadźwięczał oburęczny miecz, ostrze zbyt wielkie, by mógł
je dzierżyć jakikolwiek śmiertelnik. Ktoś wziął nim tak potężny zamach,
że powietrze rozdarł grom. Dostrzegłem ryczącego niedźwiedzia na
rękojeści broni i długie złote włosy falujące na wietrze. Brudnokrwisty
chłopak został rozcięty od ciemienia po krocze. A kiedy dwie połówki
ciała zwaliły się na ziemię, dostrzegłem, kto stoi za nim w cieniu:
postać wysoka, groźna, spowita w mrok gęstszy niż sama noc.
Na kobietę pode mną spadł młot ze srebrostali, zmieniając jej czaszkę w miazgę na śniegu. Szarpnęła się raz, nim znieruchomiała; śmierć, której
jej odmówiono, wreszcie jej dosięgła. Próbując wstać, dostrzegłem wtedy
-?mimo czerwonej mgiełki w oczach -?drugą postać, wysoką, potężną,
wyrzeźbioną z najwspanialszego mahoniu. Kiedy chwyciłem zakrwawioną
dłoń, którą mi podała, poczułem jej ciepło. Poczułem wierność. Miłość.
-?Powinieneś bardziej na siebie uważać, mon ami. -?Zaśmiała się.
Druga postać skinęła głową.
-?Pewnej nocy może nas zabraknąć, by przyjść ci na ratunek.
-?Aaron -?szepnąłem. -?Baptiste.
Stali przede mną wśród śnieżycy, moi towarzysze broni, moi ukochani
bracia. Baptiste Sa-Ismael był potężnie zbudowanym mężczyzną o szerokiej
piersi, jego niegdyś czarne loki zostały ścięte przy samej skórze, a włosy odrastające na skroniach przyprószyła siwizna. Nosił ciemne skóry
obszyte jasnym futrem, długi zimowy płaszcz opadał z szerokich ramion i ciągnął się za nim po krwawym śniegu. Jedną rękę wciąż miał na temblaku
-?złamanie, które odniósł podczas bitwy o Dún Maergenn, jeszcze się nie
zrosło. Cień zarostu czernił mu kwadratową szczękę, a przystojną twarz
rozświetlał przyjazny uśmiech. Jednak z jakiegoś powodu nie sięgał on
oczu w takim stopniu jak dawniej.
Obok niego stał jego ukochany, również odziany w czarne skóry i ciemnogranatowy szynel. Wiatr rozwiewał mu długie blond włosy. Chłopiec,
którego serdecznie nienawidziłem jako głupi młodzik, a którego teraz
kochałem bardziej niż rodzinę. Jednakże Aaron de Coste, kiedyś walczący
u mego boku z armiami Umarłych, stał się teraz jednym z nich. Zęby
Wadery skradły mu życie i światło, a jeszcze bardziej pogłębił w nim
mrok potwór, którego piętno nadal nosił na lewej dłoni.
Czarne serce i ciernie Nikity z Krwi Dyvok.
-?Co, u diabła, tu robicie? -?wydyszałem, ocierając zakrwawione gardło.
-?Ratujemy twój żałosny tyłek! -?rozległo się wołanie za moimi plecami.
Odwróciłem się na dźwięk skrzypiącego pod butami śniegu, już wiedząc,
kogo zobaczę. Wyszedł spomiędzy martwych drzew jak myśliwy, na którego
go wyszkoliłem, z dymiącym pistoletem w ręce. Miał na sobie czarny
szynel ozdobiony siedmiogwiazdą San Michon. Cztery kolejne pistolety
nosił przypięte do piersi, a przez plecy przewiesił oburęczny miecz.
Ciemnoblond włosy miał podgolone, plecionka ze srebrnych róż zdobiła mu
skronie i sięgała na policzki. Jego tusz jarzył się srebrnym światłem,
na knykciach płonęły litery wola boża. Kiedy podszedł, Aaron syknął
cicho i się cofnął, egida srebroświętego odpychała go jak każdego
wampira.
-?Lachlan -?szepnąłem.
Mój dawny uczeń uśmiechnął się krzywo, odzywając się z miękkim
osswayskim akcentem:
-?Wyglądasz jak gówno, w które dwa razy ktoś wlazł, stary łajdusie.
-?Mam trzydzieści trzy lata, ty mały kutasino.
-?Przecież mówię. -?Lachlan wsunął pistolet za bandolier. -?Podać ci
rękę, staruszku? Trzech nieszczęśników to ciężka przeprawa dla gościa w twoim wieku.
Skrzywiłem się, łapiąc mocno Baptiste'a za nadgarstek, kiedy pociągnął
mnie do góry.
-?Dość tego chrzanienia. Co tu robicie?
-?Pojechaliśmy za tobą, rzecz jasna. -?Baptiste z westchnieniem
przesunął ręką po czaszce. -?Aaron i ja opuściliśmy Maergenn zaraz po
pogrzebie mademoiselle Lachance. Ruszyliśmy twoim śladem.
Lachlan skinął głową, patrząc na tę dwójkę.
-?A ja pojechałem za nimi. Ukradkiem.
Aaron uniósł brew.
-?Zdajesz sobie sprawę, że wyczułem twój zapach już wiele dni temu?
Mogłeś darować sobie te machlojki i zwyczajnie pojechać z nami.
-?Nie podróżuję z pijawkami.
Aaron się zjeżył, ale mój dawny uczeń już patrzył na mnie i piorunował
mnie wzrokiem.
-?Coś ty sobie myślał, żeby wypuszczać się tak w pojedynkę? Musiałeś
wiedzieć, że pojadę za tobą.
-?Miałem nadzieję, że jednak nie. Nie bez powodu wyruszyłem w drogę sam,
Lachie.
-?A dokąd prowadzi cię ta droga, bracie?
Spojrzałem na Aarona, gdy zapytał. Gula rosła mi w gardle, prawie nie
mogłem jej przełknąć. Nie mieliśmy czasu na rozmowę po bitwie: ani o tym, czym się stał, ani o mojej roli w tym wszystkim. I usłyszeć, że
wciąż nazywa mnie bratem, po wszystkim, co wycierpiał...
-?Tam, gdzie zawsze, Aaronie.
-?Voss.
Skinąłem głową.
-?I nie będę prosił nikogo, żeby szedł ze mną. Nie potrzebuję
towarzystwa w piekle.
Baptiste westchnął.
-?Gabe, wiem, że kochałeś Dior. Wiem, że opłakujesz jej śmierć...
-?"Opłakiwanie" nawet nie zbliża się do tego, co czuję. Dziewczyna
zginęła przeze mnie.
-?Więc wyruszasz samotnie, żeby rzucić się do gardła Fabiénowi? -
Lachlan pokręcił głową. Srebro płonęło mu na skórze. -?Jeśli marzy ci
się samobójstwo, to mógłbym zasugerować różne cieplejsze miejsca na
szukanie końca. I wymagałoby to o wiele mniej chodzenia.
-?Nie zamierzam zabić siebie, tylko jego.
-?Jak? -?Aaron spoglądał mi w oczy, marszcząc brwi. -?Legendy Zakonu
wyrażają się jasno. Żaden mężczyzna zrodzony z kobiety nie może zabić
Wiecznotrwałego Króla. Już raz próbowałeś. Bez powodzenia. A to było,
zanim światło twojej wiary ponownie cię zawiodło.
Zazgrzytałem zębami na te słowa, ale nie byłem zaskoczony. Aaron zawsze
był bystry i dostrzegł sedno problemu równie szybko jak ja, powód, dla
którego nie wyczułem nadejścia nieszczęśników, dopóki nie było za późno;
dla którego mógł patrzeć na mnie jasnoniebieskimi, przepełnionymi bólem,
współczuciem i miłością oczami, podczas gdy na Lachlana ledwie był w stanie spojrzeć; dla którego ty możesz patrzeć na mnie teraz.
Jean-François podniósł wzrok znad szkicu, nad którym pracował: pięknego
portretu srebroświętego i jego trzech towarzyszy, nakreślonego z typowym
dla niego talentem.
-?Twoja egida straciła blask -?mruknął. -?Znowu.
Gabriel pokiwał głową, wpatrując się w kulę chymijną.
-?Odwróciłem się od Boga, kiedy odebrał mi Astrid i Patience. Aaron
powiedział mi później, że nie liczy się, w co wierzę, ale żebym w coś
wierzył. Postanowiłem więc wierzyć w Dior. Wierzyć w jej przeznaczenie,
w to, że w jakiś sposób może wszystko naprawić. Ta wiara wystarczyła,
żeby znowu rozpalić tusz na mojej skórze. -?Srebroświęty westchnął. -?I ta wiara została pogrzebana razem z Dior tak samo jak ogień mojej egidy.
-?Czemu jednak pozostała martwa? -?Historyk wskazał tatuaże na skórze
Gabriela, srebrne, ale pozbawione blasku. -?Przecież wiesz, że Święty
Graal San Michon nie umarł w Maergenn. Dlaczego twoja egida nie
zapłonęła ponownie?
Gabriel skrzywił się, wypił potężny łyk z kielicha.
-?Powiedziałem ci na samym początku. To wszystko jest stratą czasu,
Chastain. Kielich został strzaskany. Nie ma Graala.
-?Jak to się stało? -?dopytywał się Jean-François, pochylając się w fotelu.
Ostatni Srebroświęty tylko pokręcił głową.
-?Cierpliwości.
Grzmot zakołysał niebem, drapiąc mury wieży zamarzniętymi dłońmi.
Historyk skrzywił się, wrócił do rysowania portretu. Srebroświęty
odstawił wino.
-?Przyjrzałem się Aaronowi stojącemu w śniegu, wysokiemu, mrocznemu i bezkrwistemu. Zdałem sobie sprawę, że okrutny miecz, który nosi, to
Epitafium, broń, która niegdyś należała do Nikity i odebrała życie
tysiącowi ludzi. Twarz Aarona była zimna jak kamień, blask skóry
Lachlana odbijał się w jego oczach, jeszcze bardziej podkreślając mój
własny brak wiary.
-?Masz rację, bracie. -?Skinąłem głową. -?Już raz próbowałem zabić
Wiecznotrwałego Króla, kiedy moja wiara i miecz były nietknięte. I zyskałem na tym tylko ziemię cmentarną. Teraz jednak mam broń, jakiej
nawet Fabién Voss się nie oprze.
Aaron uniósł nieco brew.
-?Broń?
Sięgnąłem do bandolieru i wyjąłem prezenty pożegnalne od Dior, a właściwie prezenty, które sam sobie wziąłem, kiedy się żegnałem. Miałem
nadzieję, że nie będzie miała mi za złe tego, że je sobie wziąłem; że
spuściłem z jej ciała, płacząc. Teraz uniosłem je przed szeroko
otwartymi oczami Aarona.
Trzy szklane fiolki napełnione czerwienią.
-?Krew Świętego Graala.
Aaron cofnął się o krok, jakby wyczuwał świętą moc zamkniętą we
wzmocnionym szkle. Baptiste wyciągnął do niego rękę, ale ukochany wyrwał
mu się jak sparzony.
-?Ostrze z zaklętej gwiazdostali namaszczone tą krwią obróciło Księcia
Wieczności w popiół -?warknąłem. -?Założę się, że to samo robi z Wiecznotrwałym Królem. Dlatego jadę, żeby mu je dostarczyć. Moje ostrze,
jej krew, prosto w zgniłe serce, które śpi w jego piersi.
-?Gabe...
-?Nie interesują mnie debaty, Lachie. Nie prosiłem was o pomoc. Ten
skurwysyn siedzi w sercu tego wszystkiego. Możliwe, że wie coś na temat
bezdnia. Może...
-?Nie szukasz odpowiedzi, Gabrielu. Szukasz zemsty.
-?Dlatego szukam sam.
Lachie położył rękę na moim ramieniu i w jego błyszczących zielonych
oczach przez chwilę widziałem cień chłopca, z którym walczyłem na murach
Báih S?de. Bladokrwisty syn niezrównanego potwora, którego dzień po dniu
uczyłem, jak stać się najlepszym człowiekiem, jakiego znałem.
-?Nigdy sam. Twoje plecy, moje ostrze, zapomniałeś?
Baptiste skinął głową.
-?Już bym nie żył, gdyby nie ty, bracie. A Aaron nadal byłby
niewolnikiem tego łajdaka, Nikity.
Aaron pokiwał głową.
-?Stoimy u twego boku, Gabrielu. Zawsze.
-?Nie -?warknąłem. -?Już dość ludzi przeze mnie zginęło.
-?Wszyscy mamy krew na rękach. Bóg jeden wie, że nie jesteś święty. -
Aaron uśmiechnął się smutno, patrząc na swoje dłonie. Kiedy jednak
podniósł wzrok, za chłodem śmierci i bólem spowodowanym przez egidę
Lachlana ujrzałem niczym nieprzyćmioną miłość. -?Jesteś jednak
bohaterem. Nie zostawimy cię, żebyś sam walczył z ciemnością. Mimo
wszystkiego, co straciłeś, wciąż masz famille.
Baptiste pokiwał głową.
-?Masz nas.
Lachlan uścisnął mi ramię tak mocno, że aż mi kości zatrzeszczały.
-?Na zawsze bracia.
Moje serce pękło na pół, a potem raz jeszcze. Wiedziałem, że narażam
tych ludzi na niebezpieczeństwo i że nie pozwolą mi samotnie stawić mu
czoła. To dziwne uczucie stawać u boku towarzysza w walce, zimnokrwisty.
Złożyć swoje życie w cudze ręce i prosić, żeby uczynił dla ciebie to
samo. W tym piekielnym ogniu wykuwa się więź, stop miłości i wierności,
jakiej czas nie pokryje rdzą. I chociaż wyruszyłbym w drogę, nie mając w nikim wsparcia, skłamałbym, gdybym powiedział, że moje zbolałe serce nie
wezbrało na myśl, że ci ludzie pojadą razem ze mną. Popędzą do walki,
która z pewnością będzie naszą ostatnią, nieugięci i niezłomni.
-?Żaden ze mnie bohater, Aaronie. -?Westchnąłem, patrząc na tę trójkę. -
Ale z pewnością znam ich paru. -?Spojrzałem na noc w górze. Na wojnę
przede mną. Na ludzi przy mnie. -?A zatem: razem.
III
Rozłam
Musiało minąć kilka dni, nim zaczęło na dobre psuć się między nami,
grożąc naszej grupie rozłamem, ale najgorszy objaw dostrzegliśmy jeszcze
tej samej nocy.
Poszedłem szukać Argenta po naszym starciu z nieszczęśnikami i wkrótce
znalazłem go pod osłoną przeżartego grzybem dębu. Kopyta miał czarne od
krwi. Objąłem go z wdzięczności, a on sapnął mi w policzek ciepło i serdecznie. Jeszcze jeden brat, na którego mogłem liczyć na długiej,
mroźnej drodze. Wróciwszy do wieży, zastałem moich pozostałych braci
pracujących ciężko przy gruzach, jakie z niej zostały.
Lachie zasłonił twarz kołnierzem, zsunął nisko trójgraniasty kapelusz i założył skórzane rękawice robocze, ale blask jego wiary nadal płonął w różach na skroniach, obrzucając ruiny upiornym srebrem. Baptiste
pracował obok niego mimo złamanej ręki -?siła krwi Dyvoków, z okresu
kiedy był niewolnym, wciąż utrzymywała się w jego żyłach. Obaj uwijali
się przy usuwaniu gruzu, ale to Aaron wykonywał lwią część pracy,
dźwigając potężne odłamki muru wielkości człowieka i ciskając nimi jak
kamykami.
To był dopiero widok: złote włosy i płonące błękitem oczy, śnieg
obsypujący alabastrową skórę jak diamenty. Aaron zawsze wyglądał jak
książę, ale Przemiana obdarzyła go urodą posępniejszą i nieskazitelną,
jeśli pominąć bliznę na zarośniętym policzku i piętno Czarnosercego na
lewej ręce. Odrzucił na bok szynel, widziałem więc miejsca, gdzie
Dyvokowie wycięli mu egidę ze skóry, zastępując srebro popiołem. Piękne
wzory przedstawiające Naél, Anioła Rozkoszy, i Sarai, Anioła Zarazy,
falowały na jego rękach. Przypominał boga z dawnych czasów,
wyrzeźbionego w marmurze rękami mistrzów. Jednak serce pękało mi na
widok mojego brata odrodzonego w ciemności. I rozumiejąc, co zrobiłem z panem, któremu służył, nie mogłem powstrzymać pytań.
Jaka ciemność obudziła się w moim starym przyjacielu?
Trójka pracowała w ciszy, usuwając gruz. Prawie się do siebie nie
odzywali. Aaron mrużył oczy oślepione blaskiem egidy Lachlana, odwracał
się do niej plecami, na ile mógł, ale srebrne światło ewidentnie
sprawiało mu ból, było palącym przypomnieniem tego, czym się stał.
Jakich czynów się dopuścił.
-?Wszystko w porządku, najdroższy? -?spytał Baptiste.
-?Ujdzie -?odpowiedział Aaron, ciskając na bok kolejnym kawałem muru.
-?Możemy z Lachlanem usunąć resztę, więc nie ma powodu, żebyś męczył
się...
-?Powiedziałem już, że nic mi nie jest -?warknął Aaron. -?Przestań
jojczyć jak przeklęta baba, Baptiste.
Kowal zamilkł urażony, podniósł strzaskaną belkę i odciągnął na bok.
Wspiąłem się mozolnie na wzniesienie z Argentem u boku, który trochę się
zdenerwował, kiedy Aaron dźwignął kolejny kawał muru i cisnął nim w martwy las w dole.
-?Coś znaleźliście?
-?Absolutnie nic. -?Aaron wyprostował się i odgarnął złote pasmo włosów
z kącika ust. -?Jesteś pewien, że to gdzieś tu leży?
-?Nie "to", tylko "ona" -?poprawiłem go, biorąc się do pracy. -?I oui,
wypuściłem ją z ręki, kiedy walczyłem z brudnokrwistymi. Pożeraczka musi
gdzieś tu leżeć.
Aaron przyjrzał się maleńkiej górze połamanego kamienia i belek,
pokręcił głową.
-?To może chwilę potrwać. Mam nadzieję, że jest tego warta.
-?Nie ma drugiego takiego ostrza na świecie, zimnokrwisty -?odpowiedział
Lachie. -?Jeśli zamierzamy zabić Wiecznotrwałego Króla, to, do diabła,
pewnie, że jest warta wysiłku. -?Obrzucił Aarona zimnym spojrzeniem od
stóp do głów. -?O wiele bardziej niż inni, o których mógłbym wspomnieć.
-?Mógłbyś, ale tego nie robisz. -?Aaron spojrzał w zielone oczy
Lachlana. -?Ciekawe czemu?
-?Mama nauczyła mnie, że jeśli nie ma się nic miłego do powiedzenia, to
lepiej się nie odzywać. Więc mam jedną ósmą dwóch piątych kompletnego
zera do powiedzenia na twój temat, de Coste.
-?A mi tak zależało na poznaniu twojego zdania na mój temat, á Craeg... -
Aaron obejrzał paznokcie i zdrapał wyimaginowaną smużkę brudu. -?Wyobraź
sobie, jak się rozczarowałem.
Popatrzyli po sobie -?pogromca wampirów i wampir -?a powietrze aż
skrzyło się od groźby. Już miałem się wtrącić, kiedy Baptiste
odchrząknął.
-?Wiesz, nigdy nie powiedziałeś nam, jak ją znalazłeś, Gabe. Mam na
myśli Pożeraczkę Popiołów. Jasne, wszyscy słyszeliśmy pieśni w karczmach
o królu kurhanu i konkursie na zagadki w Wiecznomroku.
-?Kurewscy minstrele -?warknąłem, rzucając wielkim kamieniem.
-?Chyba moja ulubiona to ta o Ainerión. -?Kowal zarechotał, odwracając
się do Aarona. -?Pamiętasz ją, kochany? Lew pośród Liści? Ten truwer z Beaufort śpiewał to na uczcie z okazji Świętokoła parę lat temu.
-?Jak mógłbym zapomnieć? Tak fałszował, że chciałem go udusić strunami
jego własnej lutni.
-?Ukradł klingę królowej faerie spod poduszki, po tym, jak zerżnął ją do
nieprzytomności. -?Baptiste wyszczerzył zęby w uśmiechu. -?Będziesz
musiał udzielić mi paru rad, bracie.
-?Naprawdę wierzycie w te duby smalone? -?Lachie zarechotał. -?To same
kłamstwa, tępaku. W dzieciństwie mamuśka musiała upuścić cię na ziemię
jeden raz za dużo albo...
-?Nie mów o nim w taki sposób, chłopcze.
Lachlan zerknął na Aarona, który odezwał się cichym, ale śmiercionośnym
tonem.
-?Nigdy -?dodał de Coste.
-?Aaronie -?zaczął Baptiste -?Lachlan tylko żartował, nie ma powodu,
żeby...
-?Nie nazywaj mnie "chłopcem", pijawko -?warknął Lachlan, prostując się
na całą wysokość. -?Albo skopię ci dupsko bardziej, niż to zrobiłem na
murach Maergenn. Pamiętasz to, prawda? Po tym, jak z zimną krwią wybiłeś
pół tuzina srebroświętych na jedno skinienie tej nędznej kutasiny,
twojego pana?
-?Jazgotliwy smarkaczu, myślisz, że miałem wybór?
-?Spokojnie, messieurs... -?odezwałem się.
Lachlan jednak nie zamierzał dłużej tego znosić. Kły mu błysnęły, gdy
warknął:
-?Miałeś dość wolnej woli, żeby odrzucić na bok ostrze Czarnosercego,
kiedy kazał ci zamordować swojego kochaneczka, ale nie dość, żeby
powstrzymać się od poderżnięcia gardeł dawnym braciom?
Aaron z wielkim hukiem cisnął na bok głaz, który trzymał. Lachie
poluzował kołnierz i jego egida zabłysła jaśniej. Baptiste położył rękę
na ramieniu ukochanego, ale Aaron wyrwał mu się i podszedł do Lachlana,
chociaż płonął teraz między nimi blask srebrnego tuszu.
-?"Braciom"? Ci tak zwani święci z San Michon wyrzucili mnie za burtę z powodu tego, kogo kochałem! I ty nazywasz ich moimi braćmi?
-?Wyrzucono cię za złamanie świętej przysięgi, a nie za to, z kim ją
złamałeś! Tak samo potraktowali Gabe'a, ale jakoś nie słychać, żeby
biadolił i jojczył z tego powodu! Na tych murach zabiłeś dziesiątki
naszych, de Coste. Dobrzy ludzie zginęli przez cie...
-?W porządku, dość tego! -?ryknąłem, stając między nimi. -?Nie
zrobiliśmy nawet jednego jebanego kroku na naszej drodze, a ja już
żałuję, że zgodziłem się na wasze towarzystwo! Jeśli zamierzacie docinać
sobie przez cały czas, to możecie obaj wypierdalać z powrotem do
Maergenn.
Lachlan i Aaron piorunowali się wzrokiem jeszcze przez chwilę, ale z powodu blasku srebrnego tuszu wampir w końcu musiał spuścić wzrok, gdy
oczy zaszkliły mu się krwią. Warknął, odwrócił się i odszedł po gruzach.
Porwał szynel i przerzucił go sobie przez ramię. Z ciężkim westchnieniem
ruszyłem za nim, ale Baptiste złapał mnie za rękę.
-?Zostaw go. Potrzebuje chwili oddechu, żeby ochłonąć.
-?Oddechu. -?Lachlan splunął na śnieg. -?Jakby ten zadufany w sobie
kutas w ogóle oddychał.
-?Z natury jestem łagodnym człowiekiem, Lachlanie á Craeg -?odezwał się
cicho Baptiste -?ale jeśli raz jeszcze źle się wyrazisz o moim
ukochanym, to pokażę ci, jak mocno może poparzyć łagodny ogień.
Patrzyli po sobie pośród padającego śniegu. Światło na skórze Lachlana
powoli słabło, gdy Aaron oddalał się w mrok. Z ociąganiem mój dawny
uczeń skłonił głowę.
-?Już to widziałem, monsieur. Kiedy zabiłeś Czarnosercego. I nic nie
mogłoby stać się dla mnie większym powodem do dumy niż fakt, że pomogłem
ci posłać mojego przyrodniego brata do piekła, na które zasłużył. -
Lachlan przeczesał ręką włosy i westchnął. -?Nie chciałem okazać braku
szacunku. W nosie mam to, kto z kim sypia, ale wychowano mnie tak, żebym
zabijał wampiry, a twój mężczyzna...
-?Rozumiem. -?Czarnoręki skinął głową. -?Ale jeśli dobrze się orientuję,
wychowałeś się wśród Dyvoków, Lachlanie á Craeg. Musisz coś wiedzieć o torturach, jakie Aaron cierpiał pod butem Nikity. Dlatego proszę cię o wyrozumiałość.
Wyciągnął rękę. Wiatr zawodził w przestrzeni między nimi, ale w końcu
Lachie odchrząknął i uścisnął mu dłoń.
-?To uczciwe postawienie sprawy.
-?Świetnie. -?Skrzywiłem się. -?A teraz, kiedy już daliście sobie po
całusie na zgodę, możemy wrócić do kopania? Chciałbym znaleźć swój
miecz, zanim, kurna, rzeki odtają.
Lachie uśmiechnął się znacząco do Baptiste.
-?Za twoich czasów też chodził wiecznie taki skwaszony?
-?Mam wręcz wrażenie, że złagodniał, kiedy zaczął dziecinnieć na
starość.
-?Pierdolcie się obaj -?warknąłem.
Wzięliśmy się do pracy przy odrzucaniu kamieni i belek. Cieszyłem się z pomocy: sam potrzebowałbym wielu godzin, żeby przekopać się przez ten
bałagan. Jednakże pracując z Lachlanem i Baptiste'em, przypomniałem
sobie, dlaczego zamierzałem wyruszyć na polowanie na Wiecznotrwałego
Króla samotnie.
Czułem ją teraz na nocnym wietrze, pod potem na naszej skórze, na
opatrunku na złamanej ręce Baptiste'a. Jej aromat spływał mi gardłem i dźgał w brzuch jak zardzewiały nóż. Budził bolesne pragnienie. Przymus.
Krew.
Nie mogłem zapomnieć ostatniego razu, kiedy ją piłem. Stojąc pod murami
Maergenn, przebiłem kłami nadgarstek podsunięty przez Phoebe. Poczułem
żar, błogosławione szkarłatne życie płynące przeze mnie. Na samo
wspomnienie ogarnął mnie ból, łagodny smutek po wspólnych chwilach z Phoebe, tęsknota za tym, co wyrosło między nami, zanim zostało wyrwane z korzeniami.
Zastanawiałem się, czy powinienem był się pożegnać. Byłem pewien, że coś
między nami zaistniało -?czułem, że serce mi krwawi w piersi, gdy
przypominałem sobie, jak walczyła u mojego boku w piekle Maergenn. Cierń
i kolce. Krew i blizny.
-?Bałeś się.
Gabriel podniósł wzrok, ogniskując przenikliwe spojrzenie na historyku.
-?Że pokochasz inną -?uściślił Jean-François, zanurzając pióro w kałamarzu. -?Pewnie trudno cię winić. Postawiłeś swoją Astrid na takim
piedestale, że jaka żywa kobieta mogłaby jej dorównać?
-?Tak dobrze mnie znasz, co?
Uśmiech szarpnął kącikiem rubinowych ust.
-?Nie tak dobrze, jak bym chciał.
Gabriel skrzywił się i napił wina.
-?Pewnie, to strach sprawił, że się odsunąłem. Ale nie strach z powodu
uczuć. Strach z powodu tego, co mógłbym zrobić. Pracując w śniegu obok
przyjaciół, ciepłych, żywych i oddychających, tęskniłem z bólem za tamtą
krwią. Jak uzależniony za swoją fajką. Jak pijak za butelką. Ostatecznie
pragnienie pokonuje wszystkich bladokrwistych, a moje własne z każdym
dniem się pogłębiało. Wiedziałem, że już wkrótce...
-?Gabe!
Baptiste wyrwał mnie ze szkarłatnych wspomnień, oderwał od smaku krwi w ustach.
-?Gabe, chyba ją znalazłem!
Przegramoliliśmy się z Lachlanem do miejsca, gdzie kopał Baptiste.
Przyklęknął na jednym kolanie, sięgnął pod gruz zdrową ręką.
-?Muszę tylko... o, już... -?Baptiste wyciągnął się ostatni raz i zakrzyknął
triumfalnie: -?Ahaa!
Z czystym brzękiem gwiazdostali mój brat wyciągnął rękę spod gruzowiska
i podniósł Popi pod niebo. Jej ostrze lśniło mrocznie, srebrna dama jak
zawsze uśmiechała się na rękojeści, rozpościerając ręce jakby w radosnym
powitaniu. Ledwie jednak Baptiste ją uniósł, jego zwycięski uśmiech
zabarwiła konsternacja. Opuścił ostrze i spojrzał na nie pytająco,
zamrugał zaskoczony.
-?Ona... do mnie mówi.
-?Nie krzyczy? -?spytałem. -?To już coś.
-?Spokojnie, mademoiselle, wszystko dobrze, ja tylko... -?Baptiste zerknął
na mnie, potem na miecz. -?Oui, jest tutaj. Spokojnie już.
Wziąłem Popi od Baptiste'a, na wpół krzywiąc się w oczekiwaniu gradu
wywrzaskiwanych obelg. Jednakże zamiast krzyku usłyszałem coś, co
brzmiało, jakby Pożeraczka płakała. Aż ścisnęło mnie w sercu z żalu na
dźwięk smutku w jej pieśni.
Och, G-G-G-Gabrielu-Gabrielu och dzięki M-M-Matce-Dziewicy i Męczennikom
i wszystkim aniołom zastępów niebieskich tak się bałam, tak się
b-b-b-bałam!
-?Spokojnie -?odezwałem się łagodnie. -?Spokojnie, Popi. Jestem tu i już
wszystko będzie dobrze.
Nic nie widziałam, było tak c-c-ciemno, nic nie wi-wi-widziałam,
myślałam, że mnie po-po-porzuciłeś-porzuciłeś!
-?Nie, nie, nie martw się więcej. Nie porzucę cię, mon ami, nigdy.
Przecież wiesz.
Boże, przypo-po-pominam sobie, jak na ciebie nakrzyczałam, tak mi
przykro, Gabrielu. Nie chciałam, nie-nie-nie-nie chciałam... ja n-n-nigdy,
NIGDY...
-?Nie byłaś sobą, już o tym zapomniałem.
Zapomniałeś, szepnęła. Ile ja zapomniałam, jak w-w-wiele-wiele
przepadło, och, ojcze n-n-n-niebieski, dopomóż. Co się ze mną stało, że
nie pamiętam, że nigdy nie PAMIĘTAM.
Łzy napłynęły mi do oczu, ogarnęły mnie gniew, żal i poczucie
bezradności. Zmusiłem się jednak do uśmiechu, gdy odezwałem się,
dotykając jej twarzy:
-?Cieszę się tylko, że wróciłaś, Popi. Brakowało mi ciebie.
A mnie ciebie. Ale... ale-ale... g-g-gdzie-gdzie jest Dior?
Przełknąłem z trudem ślinę. Chciałem wyznać jej wszystko. Podzielić się
smutkiem. Zamiast tego uciszyłem własne serce i z obawy, jak może
wpłynąć na nią prawda, zmusiłem się do kłamstwa.
-?Nic jej nie jest. Nie obawiaj się. Jedziemy po nią.
Och, to dobrze, rozległo się srebrzyste westchnienie.
Dobrze-dobrze-dobrze. Ona jest kluczem do tego wszystkiego, Gabrielu.
Jedyne, co on nam zostawił, to smutek i popiół. M-m-musisz-musisz-musisz
zapewnić jej b-b-bezpieczeństwo.
-?Tak zrobię. Śpij teraz. Uspokój się. Bóg nam świadkiem, że na to
zasłużyłaś.
I ty też. Mój n-n-n-najdroższy przyjacielu.
Jej pieśń ucichła, a ja wsunąłem ją do pochwy u mojego pasa, żeby
zasnęła. Zostało mi tylko echo jej słów w głowie. Otarłem oczy i zobaczyłem, że Lachlan i Baptiste patrzą na mnie. Na twarzy tego
pierwszego malowało się zdumienie, na obliczu drugiego -?troska.
-?Ona... -?Potężny kowal zmarszczył czoło. -?Zawsze jest taka?
-?Nie. -?Westchnąłem. -?Odkąd złamałem ją na skórze Fabiéna, nie jest
całkiem sobą. Jednak od bitwy o Maergenn... Obawiam się, że jej się
pogorszyło.
Baptiste zagryzł usta, zerkając na ostrze.
-?Słyszy nas? W pochwie?
-?I widzi. W każdym razie jeśli chce. Jednak często zasypia. Śni.
-?Mogę?
Wyciągnął zdrową rękę, a ja odpiąłem pas i podałem mu Pożeraczkę
Popiołów. Lachlan uniósł brew, kiedy czarnoręki włożył mu klingę do rąk
i dał znać, żeby się nie ruszał, a potem przywołał mnie gestem. Zerkając
ciekawie na Lachlana, poszedłem za czarnorękim po gruzach, aż
oddaliliśmy się wystarczająco. Odwrócił się do mnie w mroku i westchnął.
-?Ma poważny kłopot ta twoja klinga.
-?W końcu to moja broń, a kłopoty to moja domena.
-?Jej rdzeń pęka.
Zamrugałem i spojrzałem na niego podejrzliwie.
-?Co?!
-?Zauważyłem pęknięcie. Ma już prawie trzy cale długości.
-?Nie -?warknąłem. -?Niemożliwe. Zauważyłbym.
-?To ledwie rysa. Niewyszkolone oko tego nie zauważy. Uszkodzenie mogło
się pogorszyć w Maergenn, osiągnąć punkt krytyczny. Tak czy inaczej,
sprawa jest poważna.
-?Ale... potrzebuję jej, żeby zabić Wiecznotrwałego Króla. Żadne zwykłe
ostrze nie przebije jego skóry.
-?Gabe, jeśli dalej będziesz zabijał nią zimnokrwistych, rysa tylko się
pogłębi. A na skórze ancien Vossów...
Zagryzłem usta. Ogarniał mnie strach. Zastanawiałem się gorączkowo.
-?Możesz ją naprawić?
-?Złamane miecze przekuwa się tylko w bajkach dla dzieci. Kiedy ostrze
pęknie...
-?Pozostaje złamane. Wiem, wiem. Ale ty jesteś najwspanialszym kowalem,
jakiego Srebrny Zakon kiedykolwiek stworzył. Nie możesz jej w jakiś
sposób pomóc?
Podrapał się po zaroście.
-?Pewnie mógłbym zgrzać klingę w kuźni. To jej nie naprawi, ale jej stan
przestanie się pogarszać. Nie będziesz mógł nią wymachiwać tak jak
kiedyś, ale przy odrobinie szczęścia zgrzeina przetrzyma jedną walkę,
może dwie.
-?Świetnie. -?Zalała mnie fala ulgi. -?To brzmi świetnie. Wobec tego...
-?Poczekaj, Gabe. Powiedziałem, że może mógłbym to zrobić, ale
Pożeraczka Popiołów została wykuta z zaczarowanej gwiazdostali. Nawet
kuźnie San Michon nie płonęły dość mocno, żeby dało się tam pracować nad
takim ostrzem. Znam tylko dwie odlewnie w całym cesarstwie, gdzie dałoby
się to zrobić.
-?Gdzie? Gdzie one są?
-?Pierwsza jest w stolicy. Należy do Gildii Metalurgów. Le Rivi?re de
Fer.
-?W Augustin? Kurna, to na drugim końcu kontynentu.
-?Druga nie jest aż tak daleko, ale założę się, że jeszcze bardziej ci
się nie spodoba.
-?Nie jestem w nastroju do zgadywanek, bracie.
-?To La Forge de San Javon. Kuźnia w León.
-?Pierdol mnie w fizis.
Baptiste skrzyżował potężne ręce i uśmiechnął się znacząco.
-?To kuszące, ale jestem z kimś po słowie.
León. Baronia mojego dziadka. Nienawistnego łajdaka, który wyrzucił moją
matkę na ulicę, kiedy była ze mną w ciąży. Życie, jakie musiała wieść w Lorson, śmierć, jaką poniosła w tym przeklętym chlewie... w pewnym sensie
to wszystko była moja wina.
Nigdy nie rozmawiałem ze starym kutasem. Nawet w czasach mojej chwały,
kiedy moje nazwisko -?jego nazwisko -?rozbrzmiewało w świętych domach i komnatach samej pary cesarskiej. Nie wiedziałem nawet, czy wciąż żyje.
Zanosiło się jednak na to, że jeśli Baptiste ma naprawić Pożeraczkę,
jeśli miała zostać mi jakakolwiek nadzieja na zabicie Wiecznotrwałego
Króla jej namaszczoną klingą...
-?Wygląda na to, że wracamy do Nordlundu.
IV
Blade cienie
Ruszyliśmy bladym świtem, skierowaliśmy się na północny wschód wzdłuż
?rd. Założę się, że tworzyliśmy najdziwniejszy kwartet, jaki ta lodowata
dzicz widziała od dłuższego czasu. Mimo towarzystwa dzień wydawał się
mroczniejszy niż zwykle, słońce ledwie zasługiwało na swoją nazwę.
Jechałem na Argencie z Pożeraczką przymocowaną do siodła. Co rusz
zerkałem na jej srebrny uśmiech. Bałem się teraz o moją przyjaciółkę;
dręczyła mnie myśl, że cierpi przeze mnie. Trzymałem się kurczowo
nadziei, że mimo to zdoła zabić Fabiéna.
Zastanawiałem się teraz, czy Popi to przetrwa.
Lachlan jechał na prawo ode mnie na dzielnym kasztanowym kucu rasy sosya
ze stajni San Michon imieniem Triumf. Kołnierz zasznurował na twarzy,
jego zielone, obmalowane czernidłem oczy przepatrywały nieustannie
pustkę, jedną rękę zawsze trzymał na pistolecie.
Aaron zachowywał dystans, żeby nie niepokoić koni, ale kiedy jechaliśmy
przez martwe lasy Osswayu, wyczuwałem napięcie wśród zwierząt -?i moich
braci. Lachie był podenerwowany, jego egida płonęła z powodu
bluźnierczej obecności Aarona. Nawet Baptiste sprawiał wrażenie
przygaszonego. Jechał na lewo ode mnie, ze złamaną ręką na temblaku,
dosiadając gniadego tarreun imieniem Różyczka. Ciemne oczy kowala
wypełniał smutek; ciągle spoglądał w stronę męża, ale rzadko napotykał
odpowiedź.
Kiedy jechaliśmy, Baptiste i Lachlan opowiedzieli o swojej ostatniej
walce z Nikitą. Wszyscy trzej odegrali rolę w śmierci Czarnosercego -
Aaron odrzucił miecz Nikity, Lachie go unieruchomił. Uśmiechałem się,
kiedy Baptiste opisywał śmiertelny cios zadany młotem ze srebrostali, i aż gęsia skórka pojawiła mi się na wytatuowanej skórze.
-?Zatem naprawdę miłość wszystko zwycięża, co?
Baptiste pokiwał głową.
-?Jak w bajkach.
Odchrząknąłem, nie chcąc być wścibskim.
-?Ty i Aaron... Wszystko między wami w porządku?
Baptiste spojrzał w stronę ukochanego, który szedł w oddali między
martwymi drzewami.
-?Tak, Gabe. Po prostu dużo na nas spadło. Nie mieliśmy wiele czasu dla
siebie, odkąd się... zmienił. Wciąż mamy sporo do ogarnięcia. -?Uśmiechnął
się i stary ogień zapłonął w jego oczach. -?Trzymamy się jednak razem. I z tobą. Bóg jeden wie, że mamy za sobą gorsze rzeczy.
Mroczne dni upływały pod pociemniałym słońcem, a my staraliśmy się
pokonać jak największą odległość, zanim zrobi się cieplej. Kraina wokół
nas była lodowatym pustkowiem, gorszym niż kiedykolwiek wcześniej -?a wędrówka przez ruiny Osswayu zimą zawsze była wystarczająco trudna sama
w sobie. Jednakże podczas krótkiego elidaeńskiego lata wszystko spłynie
gnojem i błotem, a zamarznięte rzeki zamienią się w nieprzebyte
rozlewiska. Czekała nas długa droga do León, a kłopoty już wisiały w powietrzu.
Aaron był głodny.
Widziałem to doskonale. Policzki mu się powoli zapadały, cienie
pogłębiały się pod niebieskimi oczami. Ciągle dotykał brzucha, zrobił
się wręcz niemożliwie wybuchowy. Z racji pragnienia, które we mnie
narastało, rozumiałem nieco ból, jaki musiał znosić. I wiedziałem, że
nie mając niczego innego pod ręką, mój brat wkrótce spróbuje napić się z nas.
-?Musimy zacząć polować -?oznajmiłem, gdy tej nocy siedliśmy wokół
ogniska.
Baptiste skrzywił się, oglądając swój opatrunek.
-?Już masz dość ziemniaków?
Pociągnąłem długi łyk wódki z piersiówki i skrzywiłem się, patrząc na
kartofle gotujące się na ogniu.
-?Zawsze mam dość ziemniaków, ale nie chodzi mi o jedzenie. Do León
zostało kilka tygodni drogi, a obaj z Lachlanem nie mamy wystarczająco
dużo sakramentu, żeby tyle wytrzymać. Na tych ziemiach roi się od
nieszczęśników. Musimy zacząć ich łapać i wykrwawiać, żeby zrobić więcej
sanctusu.
Lachie wydmuchnął czerwony dym w powietrze.
-?Brudnokrwiści. Nie powiem, żeby to był najlepszy z aromatów.
-?Już to robiliśmy. Podczas kampanii s?dhaemskich, pamiętasz?
-?Aż za dobrze. Pamiętasz tego farmera z okolic Qadiru? Z drewnianą
nogą, za to bez zębów?
-?Nadal czuję jego posmak. Jakbym palił świński zadek.
-?Ale co to było za oblężenie. -?Lachie wyszczerzył zęby w uśmiechu,
oczy błyszczały mu wspomnieniami. -?Trzy dni krwi i całe pole bitwy
skąpane w srebrze. Ile dostałeś potem propozycji małżeńskich?
-?O ile dobrze sobie przypominam, żonę burmistrza bardziej zauroczył
twój chudy tyłek niż mój. Ale to było wtedy. Cokolwiek teraz znajdziemy
na drodze do León, wypalimy. -?Spojrzałem na czającego się na obrzeżach
światła Aarona. -?Albo wypijemy, zależnie od potrzeb.
Niebieskie podkrążone oczy napotkały moje.
-?Oui.
Lachlan sięgnął do buta i wyciągnął sztylet ze srebrostali. Obrócił go w jarzących się palcach i rzucił do stóp Baptiste'a tak, że sztylet wbił
się w śnieg.
-?Piękne ostrze -?powiedział zwalisty kowal. -?Dzieło mistrza kuźni
Argyle'a.
Lachlan pokiwał głową.
-?Masz oko do stali.
-?Oui. -?Baptiste poklepał swój srebrostalowy młot. -?Ale mam własną
broń.
-?Tyle że nie rozetniesz nią skóry. Nie musisz ciąć głęboko. Jeśli
jednak jacyś Umarli znajdą się w pobliżu, zapach odrobiny bordo
przyciągnie ich jak gówno muchy. Gabe i ja zaraz się zagoimy, więc nie
ma sensu, żebyśmy się cięli, ale mogę...
-?Nie będziesz -?rozległ się cichy syk -?wykrwawiał mojego mężczyzny jak
jakiegoś wieprzka w rzeźni.
Lachlan uniósł brew, patrząc na Aarona.
-?Proszę tylko o zadrapanie. Nie oczekuję, że odetnie sobie interes.
-?Obawiam się, że do tego potrzebne byłoby większe ostrze -?mruknął
Baptiste.
Lachlan zapiał ze śmiechu, a ja uniosłem piersiówkę w toaście.
Czarnoręki zarechotał, mrugając do męża, lecz Aaron się nie uśmiechnął.
-?Dlaczego się śmiejesz?
Uśmiech zgasł na ustach Baptiste'a i w jego błyszczących oczach.
-?Aaronie, my tylko...
-?Uważasz, że to zabawne? Chichoczesz jak idiota z jakimś zasmarkanym
pędrakiem?
Wzruszyłem ramionami i wypiłem kolejny haust wódki.
-?Moim zdaniem to było zabawne.
-?Jasne, przecież jesteś pijany.
Lachlan z grymasem szturchnął ogień.
-?Na twoim miejscu, wampirze, mniej martwiłbym się piciem Gabriela, a bardziej własnym.
-?Odpuść, Lachie -?mruknąłem.
-?Pieprzyć go. Wszyscy mamy swoje kłopoty na tej drodze, ale tylko on
beczy z tego powodu jak owca w rui. Zniewieściały cienias mógłby wpaść
po uszy w cycki i wyszedłby stamtąd, nie przestając narzekać.
Aaron zacisnął pięści.
-?Powinienem zmiażdżyć cię jak...
-?Spróbuj, mięczaku. Wyrwę ci te błękitne ślepia prosto przez dupę.
-?Nikt nikomu nie będzie niczego wyrywał -?warknąłem. -?Odpuść sobie,
Aaron.
-?Stajesz po jego stronie?
-?Obaj jesteście po tej samej stronie. Mojej. Przestańcie robić z igły
widły, bo obu wam nabiję rozumu do łbów.
-?Do diabła z tym -?prychnął Aaron, odwrócił się i odszedł.
-?Pewnie, spierdalaj! -?zawołał za nim Lachie. -?Może jak strzelisz
focha, to znajdziesz poczucie humoru. A przynajmniej sposób na to, żeby
wyciągnąć sobie kołek z tyłka!
Wokół ogniska zapadła cisza zakłócana tylko przez wiercące się konie,
trzask płomieni i ciche kroki oddalającego się Aarona. Baptiste patrzył
na Lachlana, bębniąc palcami zdrowej ręki o skórzane spodnie.
-?Założę się, że na pogrzebach jesteś wprost uwielbiany.
-?Słuchaj, przepraszam. -?Lachie westchnął zniecierpliwiony. -?Gość
doprowadza mnie do szału. Wiem, że siedzi w gównie po uszy, ale wszyscy
dopiero co przeszliśmy piekło.
-?Był lordem Aveléne. Zanim zostało zniszczone. Wielkim talentem w Srebrnym Zakonie, zanim go z niego wydalono. Dziedzicem rozległej
baronii, zanim to także mu skradziono. Przeżyłem z Aaronem de Coste pół
życia i powiadam ci, że jednej rzeczy mój ukochany nienawidzi ponad
wszystko: poczucia bezradności. -?Czarnoręki spojrzał na Lachlana ponad
ogniem. -?Jak myślisz, jak się poczuł, kiedy Nikita zmusił go do
uklęknięcia?
-?Jest spragniony -?odezwałem się, patrząc kowalowi w oczy. -?Musi się
pożywić.
-?I myślisz, że jak się z tym czuje?
-?Nie muszę się domyślać. Ja to wiem. Ale jego ciągłe przytyki do
Lachlana zaczynają się robić męczące.
Baptiste wzruszył ramionami.
-?Jest zazdrosny.
Prychnąłem wtedy, unosząc brew.
-?O tego małego osłojeba?
-?Ej! -?Lachlan cisnął we mnie śniegiem. -?Nie mów tak brzydko o swojej
mamie!
Baptiste zapatrzył się w mrok, w którym zniknął jego ukochany.
-?Aaron zawsze pozostał mi wierny w głębi serca. Wiem, że nawet w ramionach Nikity kochał mnie prawdziwie, ale częścią serca kocha i ciebie, Gabe, może w sposób, do jakiego sam nie jest gotowy się
przyznać. I musi słuchać, jak obaj wspominacie dni chwały? Obleganie
murów i opędzanie się od propozycji małżeńskich, pasowanie na rycerza
przez cesarzową, kiedy on sam musiał żyć na wygnaniu i we wstydzie? -
Baptiste spojrzał mi w oczy i westchnął. -?To miało być jego
przeznaczenie. Jego historia. Czy to dziwne, że zazdrości mężczyźnie,
któremu rzeczywiście było dane to z tobą przeżyć?
Lachie zerknął wtedy na mnie, zacisnął usta i zaczął mieszać potrawkę.
Baptiste wstał z grymasem, poprawił temblak.
-?Lepiej pójdę z nim porozmawiać.
-?Nie oddalaj się za bardzo -?ostrzegł go Lachlan. -?Mrok ma zęby.
-?Dobrze o tym wiem.
I skinąwszy głową, poczłapał w martwy las. Z westchnieniem napełniłem
dwie miski i podałem jedną Lachlanowi. Siedzieliśmy w milczeniu, każdy
zmagał się z własnymi myślami. Spłukałem ziemniaki wódką. Alkohol szybko
mi się kończył, a bez znieczulenia w jego postaci pragnienie tylko się
pogarszało.
-?Powinniśmy wykopać jego bezkrwisty tyłek z łódki, zanim nas zatopi.
Podniosłem wzrok i stwierdziłem, że Lachie patrzy na mnie. Ogień tańczył
w jego szmaragdowych oczach.
-?Wiem, że przyjaźniliście się jako dzieci. Wiem, że kochasz go jak...
-?Brata. Bo jest mi bratem. Przeszedł ze mną przez piekło. Razem
zwyciężyliśmy w bitwie pod Bliźniakami. A kiedy Bestia z Vellene prawie
nas dopadł, Aaron otworzył dla nas bramy. Bez niego Dior już by nie ży...
Głos mi się załamał, myśl o jej śmierci spadła na mnie jak całun
pogrzebowy. Patrząc w ciemność, wyobraziłem sobie, że widzę kształty
wśród drzew, a zapach srebrodzwonków unosi się w powietrzu
rozbrzmiewającym muzyką śmiechu małej dziewczynki. Dwie postaci czekały
poza blaskiem ognia, blade jak trupy, spowite w splendor nocy. Pierwszą
był mroczny anioł z pieprzykiem na twarzy; od jego widoku pękało mi
serce. Drugą -?maleńki cud o włosach mamy i oczach taty, spoglądający na
mnie zza muru śmierci. Jednakże pomiędzy nimi dwiema, pomiędzy tymi
bladymi cieniami moich dwóch utraconych miłości wyobraziłem sobie, że
widzę teraz trzecią postać.
Och, męczennicy, wybaczcie mi...
-?To już nie jest twój brat, Gabe. To wampir.
Zamrugałem z całej siły, przeganiając duchy i skupiając wzrok na dawnym
uczniu.
-?Przemienił się zaledwie parę miesięcy temu. Może nie jest człowiekiem,
jakim był kiedyś, ale nie miał czasu, żeby stać się potworem.
-?Słyszałem, co mówili o nim ludzie z Maergenn, zanim wyjechałem.
Szeptali o potwornościach w sypialni Czarnosercego, o tym, jak we dwóch
spędzali tam czas.
-?Był niewolnym. Tak samo jak kiedyś ty. Kiedy jednak znalazłem cię w Báih S?de, bladokrwistego syna samego straszliwego Tolyeva, postanowiłem
uwierzyć, że możesz być czymś więcej, niż byłeś do tej pory. Po tym
wszystkim, co razem przeszliśmy, jestem winien Aaronowi taką samą wiarę.
-?Jesteś moim bratem, Gabe, moim capitaine. Zawdzięczam ci życie i jeśli
postanowiłeś zaufać pijawce, niech i tak będzie. Wybacz mi jednak, jeśli
nie podzielam tego zaufania. Modlę się tylko, żeby okazał się go
godzien.
Skinąłem głową, przesuwając kciukiem po tuszu na rękach.
-?Ja także.
Spojrzałem w stronę lasu, w którym zniknął Aaron. Na blade cienie
unoszące się wśród zapachu srebrodzwonków. Przez chwilę wspomnienie
Astrid było tak silne, że prawie rozpłatało mnie do kości; delikatny
oddech i jeszcze delikatniejsze ręce, kły drapiące gęsią skórkę, bestia
budząca się we mnie, nieskończona i podobna do węża. Upchnąłem je z powrotem do butów, nabiłem fajkę drżącymi rękami i pochyliłem się w stronę ognia, zaciągając się głęboko czerwienią. Sakrament wypełnił mi
żyły. Daleko mu było do autentyku, ale wystarczał, żeby głód wycofał się
w cień.
I czekał.
Z uśmiechem.
-?Nie ma ich już dłuższą chwilę -?mruknął Lachlan.
Zamrugałem zaskoczony, rzęsy mi ciążyły, oczy przyćmiła szkarłatna mgła.
Zaciągnąłem się znowu, wstrzymałem oddech, samotny w krwistym cieple za
oczami, dopóki Lachlan nie odezwał się znowu:
-?Może powinniśmy...
-?Pójdę. -?Westchnąłem wypełniony skotłowaną czerwienią. -?Ty zostań i pilnuj koni. Postaraj się nie nasrać nikomu do butów, kiedy mnie nie
będzie.
Zaśmiał się rozweselony szkarłatną błogością; wiedział, że to uczucie
wkrótce zniknie, ale na razie za bardzo się w nim pogrążył, żeby się
martwić. Powlokłem się przez martwy las i zatrzymałem na skraju światła,
by odwrócić się do samotnej postaci czuwającej przy ogniu.
-?Cieszę się, że tu jesteś, Lachlanie. Pomijając kłótnie, nikogo
bardziej niż ciebie nie chciałbym widzieć u swego boku na tej drodze.
-?Twoje plecy. -?Mrugnął. -?Moje ostrze.
-?Zaraz wrócę.
-?Pamiętaj o szkoleniu, kiedy będziecie rozmawiali. To syn Ilona. Zasada
Druga, jasne?
-?Kto posłucha Umarłego, ten go posmakuje.
Odszedłem w ciemność, dzięki oczom bladokrwistego dobrze widziałem w mroku. Sakrament sprawił, że wszystkie zmysły miałem rozbudzone: wzrok,
słuch, węch. Wyostrzone jak ostrze miecza. Martwe drzewa były obwieszone
girlandami zamrożonego grzyba: kolcocienia, pleśniofali i żebrobrzucha,
ale widziałem teraz drobniutkie krople na soplach, zapowiadające
nadchodzącą odwilż.
Ruszyłem po śladach w szarym śniegu, zaniepokojony teraz grobową ciszą,
jaka wokół panowała. Kiedy byłem chłopcem, dzicz nocą była hałaśliwym
miejscem, pełnym nawoływań polujących ptaków, pisków nieuważnych ofiar,
szeptów wiatru w liściach. Teraz jednak liście spadły, myśliwi i zwierzyna dawno pomarli, bezdzień opadł na te ziemie jak całun. W samotnej czerni słyszałem tylko topniejący lód, bicie własnego serca i odległe, ledwie słyszalne głosy.
Podniesione, gniewne.
Baptiste i Aaron krzyczeli. Znajoma melodia sprzeczki kochanków. Biłem
się z myślami, czy nie okażę się intruzem, kiedy usłyszałem trzask i ryk
wściekłości Aarona, a powęszywszy w powietrzu, wychwyciłem na wietrze aż
zbyt znajomy zapach.
Czerwień. Czerwień. Czerwień.
Puściłem się biegiem. Serce waliło mi jak młot w piersi, kiedy pędziłem
przez martwy las, modląc się, żeby nic złego nie stało się kowalowi.
Kiedy pokonałem plątaninę przewróconych drzew, zobaczyłem przed sobą na
polanie dwie postaci spowite w świeży zapach krwi i zawiedzionej
miłości.
-?Bierz! -?krzyczał Baptiste.
Stał z wyciągniętą ręką, oddech gotował mu się na ustach. Nawet w ciemności, że oko wykol widziałem źródło cudnego zapachu: rozcięcie na
dłoni, krwawiące ciało. Na drugim końcu polany Aaron stał jak
przekrzywiony portret, złote włosy okalały wykrzywioną ze zgrozy twarz.
-?Pij! -?nalegał Baptiste, podchodząc.
-?Nie -?warknął Aaron, cofając się.
-?Potrzebujesz tego!
-?Nie chcę!
-?Aaronie, nie bądź głupi, umrzesz z głodu...
-?Nie nazywaj mnie GŁUPCEM!
Aaron z rykiem i upiorną furią buzującą w żyłach uderzył w martwy wiąz
stojący obok niego. Drzewo złamało się przy ziemi i padło z ogłuszającym
hukiem jak pijak. Lód i śnieg zwaliły się na ziemię, ale Aaron już się
przesunął i stał teraz raptem cal od twarzy Baptiste'a.
-?Gdybym był głupcem, oddałbym się we władanie bestii, która we mnie
siedzi. Gdybym był głupcem, pocałowałbym cię, jak ogień całuje podpałkę,
nie zważając na popiół, jaki za sobą zostawię!
-?Nie zraniłbyś mnie. Kochasz mnie, jak ja kocham cie...
-?Oczywiście, że bym cię zranił! I przez wzgląd na miłość ci odmawiam!
Aaron odwrócił się, osunął w kucki w śnieg, przycisnął dłonie do skroni
i z gardła wyrwał mu się zdławiony szloch. Zęby urosły mu już długie,
ohydnie ostre i nawet w ciemności widziałem krwawe łzy w jego oczach.
-?Nie wiesz, co on robił -?szepnął. -?Do czego mnie zmuszał.
-?To mi powiedz -?poprosił Baptiste.
-?Powiedziałbym. -?Aaron zwiesił głowę. -?Niech Bóg mi pomoże, wyplułbym
z siebie tę truciznę, żeby pozbyć się jej smaku, gdyby nie strach, że
potem nigdy więcej nie spojrzałbyś na mnie tak, jak patrzysz teraz.
-?Na miłość boską, kocham cię, Aaronie, i nic tego nie zmieni!
Aaron jednak pokręcił głową.
-?Nie wiesz, Baptiste. Nie możesz wiedzieć.
Kowal zacisnął zęby.
-?Musisz się żywić. -?W jego głosie rozbrzmiewały smutek i gniew.
-?Ale nie tobą. Nigdy.
-?To co, zagłodzisz się? Wyniszczysz się pragnieniem, aż dłużej nie
będziesz mógł tego znieść? Lachlan już ma ochotę ściąć ci głowę, więc
jak myślisz, co zrobi, gdy stracisz nad sobą panowanie?
-?Mogę się żywić nieszczęśnikami. Gabe praktycznie to zapropo...
-?Będziesz więc obżerać się zgniłkami, ale mnie nie zechcesz nawet
tknąć? -?Baptiste zazgrzytał zębami. Miał łzy w oczach. -?Tak ci
spieszno zostawić mnie, mój mężu? Już się mną znudziłeś?
-?Przestań wygadywać bzdury -?warknął Aaron.
-?Uważasz mnie za prostaka? Myślisz, że nie wiem, co się kroi? Kiedy ja
z każdym dniem będę się starzał, a ty na zawsze pozostaniesz młody i piękny?
-?Baptiste, zawsze będę cię kochał.
-?Dowiedź tego. -?Baptiste wyciągnął zakrwawioną rękę. -?Weź.
Aaron spojrzał mężowi w oczy, a z jego własnych popłynęły czerwone łzy.
-?Ty tego chcesz -?zdał sobie sprawę ze zgrozą. -?Ty chcesz, żebym... cię
ugryzł.
-?To takie straszne?! -?wykrzyknął Baptiste z twarzą wykrzywioną
cierpieniem. -?Nie ty jeden posmakowałeś rozkoszy Dyvoków. Kiara piła ze
mnie kilkanaście razy i nie mogę zapomnieć, że... że... Boże... -?Zagryzł
usta, szukając w niebie słów, które mogłyby opisać rzecz niemożliwą. -
Słodka Matko-Dziewico, to, jak się wtedy czułem...
-?O, nie -?szepnął Aaron. -?Baptiste, nie, nie, ona była potworem.
-?Wiem! -?Baptiste zrobił kolejny krok naprzód i znowu wyciągnął
ociekającą krwią rękę. -?Jeśli jednak taki diabeł jak ona mógł mi
pokazać przebłysk nieba, to co mógłbym poczuć z tobą? Nie pojmujesz,
ukochany? To idealny układ! Ty tego potrzebujesz, a ja tego pragnę!
-?Nie masz pojęcia, o co mnie prosisz! Jeśli zacznę i nie będę potrafił
przestać...
-?Nie skrzywdzisz mnie. Kocham cię, Aaronie. I nie boję się.
Aaron spojrzał wtedy w oczy ukochanemu i szepnął drżącym głosem:
-?Boisz się.
-?Aaronie...
-?Nogi się pod tobą uginają -?warknął Aaron, podnosząc się teraz. -
Brzuch napełnia ci się lodem, trzewia wodą. Jesteś przerażony, Baptiste.
Ja cię przerażam.
-?Aaronie, n-nie, ja...
-?Wracaj biegiem do ogniska. Skul się w świetle i módl się do Boga o opiekę. Wzdrygniesz się, gdy usłyszysz, jak wracam.
Aaron wyprostował się na całą wysokość, jego oczy błyszczały jak odłamki
szkła, mrok opromieniał go niczym peleryna, gdy powtórzył:
-?Bój się tego, mój miły.
Baptiste'owi zaparło dech w piersi, z twarzy odpłynęła mu krew, zatoczył
się i prawie przewrócił. Z okrzykiem odwrócił się i potykając się o korzenie i gałęzie, uciekł z polany, z której w ślad za nim niósł się
szept:
-?Mnie się bój.
Aaron stał teraz samotnie na mrozie, z pochyloną głową, włosy złotymi
falami opadały mu na okrwawione policzki. Ponury wiatr szarpał jego
szynelem, ale on stał nieruchomy jak marmur przez długą i cichą chwilę.
Wreszcie nabrał tchu, żeby przemówić:
-?Możesz już wyjść, Gabrielu.
Stałem nieruchomo jeszcze przez długą chwilę i patrzyłem w ciemności.
Zaciskałem dłoń na rękojeści Pożeraczki Popiołów tak, że knykcie mi
pobielały i chociaż jej nie dobyłem, nie zdjąłem dłoni z rękojeści,
kiedy wyszedłem zza martwych drzew.
-?To dla mnie? -?spytał Aaron, patrząc na miecz.
Patrzyłem na niego w ciemności, smutek wgryzł się w jego błękitne oczy
tak głęboko, że prawie poczerniały. Gdy jednak przyjrzałem się naprawdę
uważnie, dostrzegłem cień chłopca, którego kiedyś znałem, brata, którego
wciąż kochałem, uwięzionego w piekle, które ledwie mogłem sobie
wyobrazić.
-?Nie -?odpowiedziałem i dłoń zsunęła mi się z rękojeści Popi.
-?A może powinno być dla mnie. W końcu potwory należy zabijać.
-?Nie jesteś potworem.
Roześmiał się gorzko. Jego kły wyglądały jak sztylety w dziąsłach.
-?Gdybyś nim był -?upierałem się -?obżerałbyś się właśnie z gardła
Baptiste'a, zamiast posłużyć się darem swojej krwi, żeby go odstraszyć.
-?Nie mojej, mojego ojca.
Spojrzał na swoją pierś i rozchylił koszulę, żeby pokazać mi róże i węże. Herb rodu jego ojca. Kiedyś były srebrne i lśniły światłem jego
wiary. Teraz były czarne. Jak reszta jego egidy. Jak plamy na jego
duszy.
-?Oui, jestem bladokrwistym synem Ilonów. Potrafię szeptem naginać
śmiertelników do swojej woli. Jednakże moja krew to krew Dyvoków.
Nieposkromionych. Dzikusów.
-?Nie jesteś taki jak oni, Aaronie. Jesteś czymś więcej. Jesteś od nich
lepszy.
-?Nie masz pojęcia, czym jestem. Do czego jestem zdolny. Sam o tym nie
wiedziałem. -?Spojrzał na swoją rękę, na czarne serce i ciernie wypalone
na skórze. -?Dopóki on mi nie pokazał.
-?Nie jesteś tym, co z tobą zrobił. -?Podszedłem i wziąłem go za rękę. -
Nikita zawładnął twoją wolą tak samo jak ciałem. Mimo to, spętany
łańcuchami krwi jednego z najpotężniejszych wampirów na świecie,
znalazłeś siłę, żeby mu się sprzeciwić.
-?Tylko raz. -?Jego szept był niemal zbyt cichy, kruchy jak porcelana. -
Wszyscy ci l-ludzie...
-?To nie twoja wina. To była walka. Srebroświęci próbowali cię zabić,
walczyłeś o życie. Cieszę się, że wygrałeś.
-?Nie oni. -?Spojrzał na mnie wtedy udręczony, pusty, z takim bólem, że
łzy napłynęły mi do oczu. -?Inni. W... w jego łożu. Kobiety, mężczyźni.
Wyniszczeni i rozerwani. Poskręcani, zakrwawieni i połamani, o Boże,
Gabrielu...
-?To nie twoja wina! Zmusił cię do tego!
-?Może. Ale... cząstka mnie... -?Zwiesił głowę, blade łzy barwiły śnieg. -
To mi się podobało, Gabrielu. Rozkoszowałem się tym.
Wzdrygnąłem się i żołądek tak mi się szarpnął, że musiałem przełknąć
wymioty. Czułem, jakby rozerwano mi serce. Uniosłem oczy ku niebu, na
patrzącego Boga, śmiejącego się Boga i zmełłem w kłach przekleństwo, że
stworzył takie piekło dla mojego przyjaciela. Po wszystkim, co Aaron
wycierpiał, wciąż pozostał wierny władcy niebios. I taką nagrodę
otrzymał? Nieśmiertelny głód, a potem piekło?
-?Nie wierzę w to. Jesteś jednym z najlepszych ludzi, jakich znam.
Najdzielniejszych. Najwierniejszych.
-?Wiernych? -?prychnął. -?Nie ma we mnie już wiary, bracie. Jaki to ma
sens? Nie ma łaski w niebie dla potępionych.
-?To szukaj jej gdzie indziej! Jeśli modlitwa nie niesie już pociechy,
szukaj zbawienia w innym źródle! W miłości! Przyjaźni! Honorze!
Zwiesił głowę, a jego szept był pozbawiony wyrazu:
-?Nieważne, w co wierzysz, ale w coś musisz.
-?Oui! -?Ścisnąłem mu rękę. -?Tak mi powiedziałeś w mrocznych chwilach
mojego życia i nigdy nie padły prawdziwsze słowa! Uwierz w Baptiste'a,
jeśli nie wiesz, w co innego miałbyś wierzyć! W miłość, której nawet
krew Nikity nie zdołała zatopić! Jesteś wart tysiąc takich jak on! Nie
pozwól, żeby cię zniszczył!
-?A kim ty jesteś, żeby nauczać mnie wiary, bracie? -?Spojrzał na zimne
i pozbawione światła srebro na mojej skórze. -?Ty, który w nic nie
wierzysz?
-?Aaronie...
-?Jestem Upadłym. Przepadła dla mnie wszelka nadzieja na niebo. Czeka
mnie tylko piekło. I jeśli mam złapać się jakiegoś celu, to zapewniam
cię, że nie pociągnę za sobą w otchłań mojego ukochanego. Nie praw mi
jednak kazań o zbawieniu, bracie. Bo kiedy to nie-życie zostanie mi
odebrane i zejdę do piekieł, na które zaprawdę zasłużyłem, to obaj
wiemy... -?spojrzał mi w oczy przez krwawe łzy -?...że cię tam spotkam.
Nie odezwał się więcej i odszedł w mrok. Nie widziałem sensu, by go
wołać. Powiedział prawdę i obaj to wiedzieliśmy. Obaj byliśmy potępieni.
Każdym z nas kierowało teraz tylko jedno ponure życzenie: Aaronem
potrzeba chronienia ukochanego podczas tej podróży do piekła, a mną chęć
wysłania do piekła kogoś innego, zanim sam za nim spadnę w otchłań.
Spojrzałem w niebo. Syknąłem z nienawiści.
Mój cel.
Moja modlitwa.
-?Fabién.
V
Dama z Lwiego Pyska
I tak jechaliśmy przez czarne dni z ciemnymi chmurami nad głowami.
Przecięliśmy pozbawione życia przedgórze, kierując się na północny
wschód, gdzie ciemny grzbiet M?chaich na Baloch wznosił się przed nami.
Na widok Księżycowych Tronów znowu pomyślałem o Phoebe, o jedwabiu jej
skóry, ogniu w jej krwi. Pragnienie szarpało mi żołądkiem, wykręcało go,
orało, więc odsunąłem na bok wszystkie wspomnienia, pochowałem je w popiele za sobą i przysiągłem sobie więcej o niej nie myśleć.
Tylko w bajkach dla dzieci wszyscy znajdują szczęśliwe zakończenie.
Phoebe lepiej będzie beze mnie.
Po drodze polowaliśmy: na drobną zwierzynę, żeby włożyć coś do garnka,
na brudnokrwistych, żeby włożyć coś do fajki. Wykrwawialiśmy ich do
destylarki i gotowaliśmy dawkę sanctusu, żeby zaspokoić głód mój i Lachlana. Aaron zabierał resztę. Odmawiał pożywiania się przy nas; nie
chciał znosić pogardy widocznej w oczach Lachlana. Wracał później do
obozu z zapachem martwej krwi na języku i popiołem na rękach i unikał
zbolałego spojrzenia Baptiste'a.
To był potworny widok: gniew narastający między nimi zrodzony z miłości.
Po dwóch tygodniach jazdy skończyła mi się wódka i w obliczu koszmarów z Celene, narastającego niezrównoważenia Pożeraczki i udręki głodu miałem
dość własnych kłopotów.
Początkowo utrzymywaliśmy przyzwoitą prędkość, podążając wzdłuż
osswayskiego wybrzeża, ale wiosna nadciągała, równie nieuchronna jak
podatki i pływy, a wtedy nasze tempo stało się ślimacze. Śnieg zamienił
się w breję, a breja w błoto. Drogi stały się grzęzawiskami, w które
zapadaliśmy się po kolana, zasysającymi i chlupoczącymi jak smoła, a co
gorsza, kiedy śnieg stopniał, zostały odsłonięte niezliczone trupy ludzi
zabitych podczas zimowej wojny Nikity. Nasza droga zamieniła się w otwarty grób cuchnący zgnilizną i gównem i rojący się od much.
Większość legend, na których się wychowałem, w równym stopniu opowiadała
o podróży, co o samym jej celu, historyku. Jednak, jak już wcześniej
wspomniałem, potrzebny jest lepszy gawędziarz ode mnie, żeby mile
niekończącego się mozołu wydały się ciekawe. Prawda jest taka, że
chociaż nasza wędrówka była ponura i potworna, całymi tygodniami
jechaliśmy bez żadnych wstrząsów w naszej nowej i dziwnej powszedniości.
Nastała pełnia lata, zanim doszło do prawdziwego zwrotu w tej opowieści.
Staliśmy tego dnia na grani wysokiego wzniesienia i mrużąc oczy,
wpatrywaliśmy się w przesiąkniętą wilgocią dolinę. Zachód słońca jak pół
dupy zza krzaka plamił zachodni ocean krwistą czerwienią. Aaron poszedł
tropić zwierzynę, Lachlan siedział wyprostowany w siodle i patrzył przez
moją lunetę, podczas gdy ja studiowałem starą mapę. Wiedziałem, że
musimy już znajdować się blisko baronii León, ale nie miałem pewności,
nie widząc żadnych punktów orientacyjnych. Krzywiłem się nad pergaminem
i przeklinałem pod nosem.
-?Tam jest osada rybacka -?zameldował Lachie. -?A w każdym razie to, co
z niej zostało.
-?Może to Lwi Pysk? -?zasugerowałem. -?Znajdował się kiedyś gdzieś w tej
okolicy.
-?Jak stara jest ta twoja mapa? -?spytał podejrzliwie Baptiste.
-?Starsza od niego -?mruknął Lachie.
-?Ancien, co?
-?Odpierdolcie się, mam trzydzieści trzy lata -?warknąłem.
-?Trzydzieści cztery, o ile pamięć mnie nie myli.
-?I tak jesteś starszy ode mnie, mądralo.
-?Może w latach, chevalier. -?Baptiste pogładził się po przystojnej
szczęce. -?Ale nie w milach.
Prychnąłem i zerknąłem na tonące w mroku miasteczko w dole. Niewątpliwie
była to błotnista, zepsiała dziura: wieża strażnicza otoczona
pierścieniem strzaskanego muru, powykrzywiane budynki, opierające się o siebie jak pijaczyny tuż przed zamknięciem speluny. Osada wyglądała
jednak na dostatecznie dużą, żeby mogła być Lwim Pyskiem -?jednym z warownych miasteczek na granicy wielkich posiadłości mojego dziadka.
-?Wygląda na całkiem porzucone -?mruknąłem.
Lachlan zesztywniał, unosząc się w strzemionach i wskazując wyciągniętą
ręką:
-?Nie całkiem.
Zmrużyłem oczy i wytężyłem wzrok w półmroku. Słony wiatr chłostał blizny
na moim policzku. W oddali dostrzegłem niewyraźną postać biegnącą przez
gnijące pola wokół miasteczka. A w ślad za tą postacią...
-?Daj mi to -?zażądałem, zabierając lunetę z ręki Lachlana.
Mój dawny uczeń wyciągnął pistolet, a ja uniosłem lunetę do oka.
Dostrzegłem teraz postać wyraźniej: kobieta z czerwoną twarzą, prawie w moim wieku, biegła w stronę miasteczka. Miała na sobie solidne skórzane
ubranie, buty do kolan i sięgające ziemi włosy ciemne jak noc. Twarz i kolana miała czarne od błota, ręce jasnoczerwone od krwi. Za nią przez
dawno przegniłe winnice sunął, warcząc i przewracając się, ponad tuzin...
-?Nieszczęśnicy -?szepnąłem.
-?Za San Michon! -?krzyknął Lachlan.
Uderzył piętami w boki Triumfa i kuc pogalopował, aż tętent kopyt
poniósł się niczym grzmot. Ja i Baptiste popędziliśmy jego śladem. Kowal
wyjął z uchwytu przy siodle srebrostalowy młot. Złamana ręka prawie
zrosła mu się w czasie podróży, ale nadal wolał posługiwać się drugą,
stwardniałą od kuźni pięścią. Ja także zacisnąłem dłoń na rękojeści
Pożeraczki i wydobyłem ją z pochwy pośród zapleśniałego smrodu lata przy
akompaniamencie pieśni gwiazdostali.
Aish'da nomrehaam vo k-kaiden na?
Zamrugałem zaskoczony i zazgrzytałem zębami, gdy krew zawrzała w Argencie pode mną. Pędząc po błotnistym stoku ku uciekającej kobiecie,
zerknąłem na trzymany w ręku miecz.
-?Co?
Aish'da no d-d-da? -?dopytywała się Popi. Tovrem ma'hai? So voth ne
demaisat, Gavrael?
Znowu zamrugałem, rozpoznając w ostatnim słowie coś podobnego do mojego
imienia. Język, w którym mówiła Popi, brzmiał lirycznie, cudownie, był
obdarzony pięknem wykraczającym poza muzykę, ale przynajmniej mnie
poznawała...
V-v-vaneth do khavalesh, besaid kiirov, Gavr...
-?Kurwa mać, nie rozumiem ani słowa z tego, co do mnie mówisz!
Wpadliśmy w żleb, ziemia tryskała spod kopyt, Argent pode mną był jak
potężna machina z mięśni i kości. W mroku widziałem damę w opałach,
uciekającą przez pola do osady rybackiej, i nieszczęśników, którzy ją
doganiali. Zbliżaliśmy się do niej szybko z boku, ale wciąż byliśmy za
daleko, żeby jej pomóc. Gdyby jednak skręciła w naszą stronę...
-?Mademoiselle, tutaj! -?zawołał Lachlan. -?Biegnij do nas!
Zerknęła w naszą stronę, zadyszana i chwiejna, ale zamiast ulgi na widok
bliskiego ratunku na jej twarzy odmalowało się zakłopotanie. Z tak
bliska widziałem, że nosi opaskę na oku i połowę twarzy ma pokrytą
straszliwą blizną od oparzenia. Zamiast skierować się do nas, klucząc,
biegła dalej w stronę rybackiego miasteczka. Jego mury zbudowano z kamienia, ale z czasem porosły kolcocieniem i świecącą marianną, a w paru miejscach całkiem się zawaliły. Obok pustego łuku, z którego dawno
temu zniknęła brama, stały dwa posągi lwów. To miejsce nie zapewniało
żadnej osłony.
-?Co ona, u diabła... -?Nabrałem powietrza w płuca i ryknąłem: -?Co ty, u diabła, wyprawiasz?!
K-k-khaval de'ali notata-ta-ta-ta Gav-gavr...
-?Kurna, Popi, stul dziób!
Lachlan uniósł pistolet i starannie wycelował. I chociaż poruszało się
pod nim pół tysiąca funtów kuca, trafił w dziesiątkę -?prosto w głowę
najbliższego nieszczęśnika, ścinając z niej całe ciemię. Srebrokula
zaskwierczała, zgniły mózg obryzgał niebo szkarłatem, a Lachie wyjął
drugi pistolet i zamienił głowę następnego brudnokrwistego w miazgę.
-?Zawróćcie!
Spojrzałem w kierunku, z którego dobiegł krzyk, i zorientowałem się, że
to dama wrzeszczy w biegu.
-?Zawróćcie, niech was piekło pochłonie!
-?Całkiem jej odbiło -?warknął Baptiste.
-?I będzie całkiem martwa, jeśli do niej nie dotrzemy! -?parsknął
Lachie.
Pognaliśmy na nieszczęśników, którzy pędzili prosto na damę. Kobieta
dotarła do wyłamanej bramy i przebiegła pod jej łukiem do schronienia,
jakie wyobrażała sobie znaleźć za murami. Zbliżaliśmy się galopem,
Lachlan popędzał Triumfa ku zapleśniałemu ogrodzeniu wzdłuż drogi. Mnie
jednak ścisnęło w żołądku, kiedy przyjrzałem się błotnistej drodze.
Instynkt myśliwego nie dawał mi spokoju, zwracając uwagę, że coś tu nie
gra. Pożeraczka Popiołów przez cały czas krzyczała w mojej głowie:
Lisaid kiirov, Gavrael! KIIROV NA'DAL!
-?Lachie, UWAŻAJ! -?wydarłem się.
Sięgnąłem po wodze konia Baptiste'a i gwałtownym szarpnięciem
zatrzymałem Różyczkę. Kowal wrzasnął i prawie wypadł z siodła. Lachie
obejrzał się, słysząc mój krzyk, ale Triumf już się rozpędził, dzielnie
przeskoczył ogrodzenie i wypadł na drogę przed nieszczęśników, uderzając
kopytami w błoto i zbitą ziemię. Z trzaskiem przebił ułożoną na wierzchu
warstwę i wpadł prosto do wilczego dołu.
Usłyszałem kwik Triumfa, ryk Lachlana, huk walącej się pod nimi ziemi.
Paru brudnokrwistych wpadło za nimi do jamy, ale następne wampiry
przeskoczyły wielką dziurę ziejącą w drodze, szeroką na trzydzieści stóp
i długą na piętnaście, i pognały dalej ku miasteczku i swojej ofierze.
Tyle że teraz za strzaskanym murem ukazały się ludzkie postaci: około
dwudziestu kuszników w czarnych kasakach i kolczugach. Trzymali dziwne
kusze z celownikami zwieńczonymi kręgami płonącego ognia. Na rozkaz
kruczowłosej damy strzelili, bełty przecięły noc. Z każdej kuszy wypadł
nie jeden, ale wiele pocisków, z których każdy płonął jakby za sprawą
magyi. Jedną salwą powalili połowę brudnokrwistych.
-?Przeładować! -?krzyknęła dama.
Wyskoczyłem z siodła, myśląc o Lachlanie. Za krawędzią jamy widziałem
tylko długie cienie okrutnie zaostrzonych drewnianych pali. Powietrze
przesycał słono-słodki aromat krwi. Usłyszałem ryk Lachlana, potem
wystrzał z pistoletu. Przede mną podniósł się z ziemi jakiś
brudnokrwisty w płonących szmatach. Rozrąbałem go Pożeraczką, tnąc kość
jak masło. Zimny szkarłat obryzgał mi twarz. Zacząłem taniec wśród
nieszczęśników, odcinając głowy od płonących szyi i nogi od płonących
korpusów, zatraciłem się w poezji stali. Pożeraczka zaczęła śpiewać -
nadal w tym pięknym, obcym języku, ale przysięgam, że sama piosenka była
tak radosna, że prawie napłynęły mi do oczu łzy.
Dama na murach wzniosła piękny miecz z wzorem płomieni wytrawionym na
klindze. Kiedy przekręciła rękojeść, usłyszałem szczęk metalowych
sprężyn, trzask żelaznego krzesiwa i jak za sprawą magyi ostrze buchnęło
ogniem. Z okrzykiem "Za León!" dama skoczyła z murów między Umarłych,
tnąc i rąbiąc ich płonącym mieczem i rycząc z nienawiści do padających
wokół niej zimnokrwistych. Żołnierze unieśli kusze, przed salwą mocując
do ich kolb podłużne pudełeczka. Powietrze znowu wypełniło się syczącymi
płonącymi bełtami. Zimnokrwiści padali jak zboże pod kosą, większość z nich za bardzo przegniła, żeby wydać z siebie choćby pomruk, gdy stawali
w ogniu.
I nagle było po wszystkim. Na ziemi walały się tlące się trupy, ale
czarny dym płonącego ciała nie wystarczał, by zdławić narastające we
mnie pragnienie. Aż mnie od niego bolało, kusiło mnie, żeby zlizać
posokę z ust, z posrebrzonych dłoni, z ciemnej stali ostrza Pożeraczki.
Zamiast tego podszedłem chwiejnie do wilczego dołu. Baptiste stanął obok
mnie z zakrwawionym młotem bojowym w ręce.
-?Lachie?
-?Słodki Odkupicielu, ja pierdolę -?usłyszałem w odpowiedzi.
Spojrzałem w dół i zobaczyłem go na dnie dołu, zgarbionego i zlanego
krwią. Wokół niego walały się szczątki trzech nieszczęśników, ale on sam
miał przebity brzuch i ramię, a jego biedny dzielny kuc nie żył -?te
same okrutne pale przebiły mu szyję i pierś. Wykrwawił się w błoto.
Lachie stęknął, wyciągając odłamany pal z brzucha. Kły miał zlane krwią.
-?Podać ci rękę? -?spytałem.
-?Wolałbym, żebyś podał mi nowy brzuch -?jęknął, przyciskając
zakrwawioną rękę do ziejącej rany i szukając fajki. -?Może daj mi
minutkę, co?
-?Przeładować -?usłyszałem cichy rozkaz.
Rozległ się szczęk kusz. Baptiste szturchnął mnie w ramię.
-?Gabe...
Podniosłem wzrok i stwierdziłem, że oddział kuszników na murze patrzy
przez płonące celowniki prosto na mnie. Było ich dwudziestu,
pobliźnionych i zaprawionych w walce, z wyrysowanymi na czole kręgami z popiołu. Z bliska zauważyłem, że ich kusze -?cudowne mechaniczne
ustrojstwa ze stali i trybików -?pozwalają wystrzeliwać tuzin bełtów z kołczanu naraz. Przelatując przez płonące celowniki, bełty same
zajmowały się ogniem. Spojrzenia strzelców były zimne, a twarze ponure -
chociaż żadna nie była aż tak ponura, jak oblicze dowodzącej nimi damy,
która stała na murze z płonącym mieczem w dłoni. Wiedziałem już, że jej
broń także jest mechaniczna; podejrzewałem, że w rękojeści krył się
zapas oleju do lamp, który zapalało się za pomocą iskry z krzesiwa.
Niewątpliwie pomysłowe rozwiązanie, ale bynajmniej nie była to magya.
Olej wypalał się, płomienie przygasały, jednak oczy kobiety wciąż pałały
ogniem, kiedy się odezwała:
-?Jak się nazywasz i co tu robisz?
Spojrzałem na nią bez słowa. Krew ściekała z Pożeraczki, która wciąż
wyśpiewywała srebrzystą arię w mojej głowie.
-?Nie takiego podziękowania się spodziewałem, madame.
-?Podziękowania? -?warknęła, spoglądając na jatkę. -?Prawie
zniszczyliście naszą pułapkę, przeklęty głupcze. I przy okazji
doprowadziliście do śmierci przyjaciela.
-?On żyje. Chociaż niewątpliwie jego duma została zraniona.
-?I nerki -?dobiegł słaby jęk z dołu.
-?Przybyliśmy w pokoju! -?zawołał Baptiste. -?Chcieliśmy pomóc, bo
uznaliśmy, że walczysz o życie. To z pewnością zasługuje na bardziej
uprzejmą reakcję, prawda?
Kobieta zmrużyła oko, jej spojrzenie było twarde jak czarna perła.
Niewątpliwie pochodziła z Nordlundu, miała bladą skórę, ostro zarysowaną
szczękę i parę lat więcej niż ja. Nosiła czarną, długą grzywkę opadającą
na przepaskę na drugim oku. Mimo oparzenia na policzku można by ją uznać
za piękną, ale wypełniał ją chłód, okrutny jak zimowa jutrzenka. Oręż w jej ręce wyglądał na często używany, a na skórzanym kaftanie nad sercem
zobaczyłem przypiętą złotą odznakę: płonący miecz. Jej ludzie także
nosili ten symbol, chociaż wykonany nie ze szlachetnego metalu, ale
wycięty z drewna lub kości. Widziałem ten sam znak w San Michon,
wyrysowany srebrem na skórze ludzi, których nazywałem braćmi i przyjaciółmi.
Symbol mojego imiennika.
Gabriela, Anioła Ognia.
-?Wkroczyłeś na włości mojego szlachetnego pana -?oznajmiła kobieta. -?A Bóg Wszechmogący wie, że walczyliśmy z Umarłymi dostatecznie długo, żeby
rozpoznać ich ohydną magyę. Wasza siła jest bezbożna. Twój przyjaciel
powinien już nie żyć. W najlepszym razie jesteście niewolnymi, w najgorszym sługami Upadłego. Mówcie, coście za jedni i co tu robicie,
albo umrzecie na miejscu.
-?Zginęłabyś, zanim wydałabyś rozkaz, petit chasseuse.
Kusznicy odwrócili się na dźwięk tego głosu i syknęli zaskoczeni, widząc
postać za ich plecami. Aaron przykucnął na szczycie strzaskanej wieży
wartowniczej jak drapieżny ptak, wiatr rozwiewał mu poły szynela. W jednej bladej dłoni trzymał potworny dwuręczny miecz.
-?Bonsoir, madame. -?Uśmiechnął się -?Messieurs.
-?Zimnokrwisty! -?ryknęli kusznicy.
-?Zabić go! -?krzyknęła kobieta.
-?Nie! STAĆ! -?wrzasnąłem.
Kusze zadźwięczały, bełty syknęły w powietrzu, ciągnąc za sobą jasne
jęzory ognia. Aaron jednak już się poderwał, tnąc mieczem. Wzburzona
Epitafium fala uderzeniowa rozdarła bełty na kawałki, płonące drewienka
posypały się jak deszcz, a on wylądował na ziemi i znowu skoczył, zaś
mroczna siła jego krwi sprawiła, że pofrunął. Rozbłysk złotych włosów,
stali i ciemnego jedwabiu... i już siedział na strzaskanym murze,
odwracając się do kuszników. Z drobnym uśmieszkiem na ustach ukłonił się
dwornie ich przywódczyni.
-?Te kusze są naprawdę imponujące, ale będziecie musieli celniej
strzelać, jeśli chcesz zabić tę bestię, mała łowczyni.
-?Przeładować! -?zagrzmiała kobieta.
-?Powstrzymajcie się chwilę, do diabła, przybywamy w pokoju! -?wydarłem
się.
-?Pokoju? -?odwarknęła. -?W towarzystwie pijawki? Słudzy ciemności, jak...
-?Nie służymy żadnemu zimnokrwistemu! -?Podniosłem rękę, pokazując
siedmiogwiazdę. -?Przybyliśmy z Maergenn, gdzie dwie Księżne Wieczności
i priori Dyvoków zginęli z naszych rąk! To Baptiste Sa-Ismael, niegdyś
capitaine z Aveléne i kowal Srebrnego Zakonu! -?Zerknąłem na wielkoluda
obok mnie, który skinął ponuro głową. -?To Aaron de Coste, lord Aveléne
i zaprzysięgły srebroświęty, zabity przez Nieposkromionych, ale nie
pokonany!
Kiedy Aaron uśmiechnął się do ciemnowłosej kobiety, usłyszałem jęk i wskazałem zakrwawioną postać gramolącą się z wilczego dołu.
-?A to fr?re Lachlan á Craeg, wierny brat z San Michon. Dzięki jego
czynom i słowom sam straszliwy Tolyev zginął na Szkarłatnej Polanie!
Lachie splunął krwią i uniósł drżącą rękę, żeby pokazać płonącą na dłoni
siedmiogwiazdę. Kusznicy patrzyli na niego zdumieni, szept niósł się
wśród nich jak zaklęcie.
-?Srebroświęci...
-?A jeśli idzie o moje imię, madame... to znano mnie pod wieloma...
-?O rety.
Gabriel podniósł wzrok i stwierdził, że Jean-François przygląda mu się z fotela naprzeciwko. W odległych górach przewalił się grzmot. Wampir
uniósł brew.
Srebroświęty się skrzywił.
-?Co znowu za "o rety"?
-?Zaraz zaczniesz wymieniać wszystkie swoje przydomki. Pogromca Tego i Owego. Zwycięzca Stąd i Zowąd. Najhojniej Obdarzony Przez Naturę. Ten,
Który Uderza Jak Drzwi Sławojki Podczas Wichury. -?Historyk z westchnieniem przekartkował resztę tomu na kolanach. -?To szalenie
imponujące, Gabrielu, ale jeśli zamierzasz to robić przy każdym nowym
spotkaniu, będziemy potrzebowali grubszego tomiszcza, żeby to zapisać.
-?Najhojniej Obdarzony?
-?No wiesz, zakładam, że...
-?Już ci wspomniałem, zimnokrwisty, kiedy ktoś upiera się przy
porównywaniu męskości...
-?...a ty masz najdłuższego, czasami najlepiej od razu nim pomachać i mieć
sprawę z głowy, wiem, wiem. Nie chcę cię krytykować, ale strasznie dużo
mówisz o penisach.
-?To ty zacząłeś ten temat, kutasino...
-?A widzisz?
Srebroświęty jęknął i sięgnął po wino. Napotkał spojrzenie
Jeana-François, uśmiechnął się kącikiem ust, a wkrótce już szczerzył
zęby. Kiedy Jean-François zarechotał, Gabriel parsknął śmiechem. Markiz
mu zawtórował i przez chwilę obaj śmiali się serdecznie; napięcie między
więźniem i strażnikiem topniało jak śnieg na letnim wietrze.
Wampir odchylił się w fotelu i z westchnieniem otarł krwawe łzy.
-?Już to mówiłem i powtórzę raz jeszcze. -?Pokręcił głową. -?Jesteś
piękny, mon ami.
Uśmiech na ustach Gabriela przygasł, resztę utopił w szybkim łyku wina.
-?Niestety dama nie była pod równie dużym wrażeniem.
-?Doprawdy?
Srebroświęty pokiwał głową, napełniając kielich.
-?Wracając do twoich narzekań na moje liczne przydomki: weszła mi w słowo, zanim zdążyłem podać choćby jeden.
-?A jeśli idzie o moje imię, madame... to znano mnie pod wieloma...
-?Daruj sobie -?warknęła, uciszając mnie gestem.
Zmarszczyłem brwi, przyglądając jej się uważniej teraz, kiedy
podniecenie walką minęło. Te ciemne włosy. Ciemne oko. Coś w zarysie
szczęki, w kształcie nosa...
-?Jesteś szubrawcem, który nosi nazwisko mojego pana jak tanią pelerynę
-?warknęła. -?Nurzając je, a wraz z nim nasze miasto, w hańbie.
Grzesznik. Porażka. Krzywoprzysięzca. Nazywasz się Gabriel de León,
monsieur. Nie wątp, że już o tobie słyszeliśmy.
-?Och, już ją lubię -?powiedział Jean-François.
-?Pierdol się, wampirze.
Historyk zarechotał, odwracając stronę księgi.
Srebroświęty opowiadał dalej.
-?Aaron i ja spojrzeliśmy po sobie. Lachlan stanął obok nas, skrępowany
i milczący, ocierając krew z brzucha.
-?Pochodzisz z León, moja pani? Szukamy Miasta Lwów. Jesteśmy w wielkiej
potrzebie.
-?Wszyscy tu są synami i córkami León -?odpowiedziała, unosząc z dumą
podbródek. -?Wierni słudzy Gerrarda, Obrońcy Wiary, trzynastego barona
rodu León.
-?Och, to nadzwyczaj imponujące -?mruknął Aaron, oglądając paznokcie.
-?Zamilcz, pijawko. Zanim wypalę ci ten bezbożny ozór.
-?Masz nad nami przewagę, moja pani -?odezwał się Lachlan. -?Znasz nasze
imiona, my zaś...
-?To moja famille, Lachie -?wyjaśniłem. -?W każdym sensie tego słowa.
Kobieta spojrzała mi władczo w oczy i zacisnęła zęby. Muszę przyznać, że
uraziła nieco moją dumę takim powitaniem: w większości miejsc byłem
witany jak bohater, a zrugać mnie jak nieposłusznego szczeniaka, który
właśnie nasrał na dywan...
-?Jestem Charlotte de León -?oznajmiła. -?Wierna sługa Boga, wnuczka
barona Gerrarda, Pani Lwów.
Skinąłem głową na powitanie. Żołądek mi się zacisnął.
-?Miło cię poznać, kuzynko.
-?Szkoda, że nie mogę powiedzieć tego samego, bękarcie.
-?Chevalier -?poprawił ją Baptiste. -?S'il vous plaît.
-?A jeśli nie zechcę, monsieur?
-?Walczyłem w bitwie pod Bliźniakami, mademoiselle. -?Baptiste skinął na
blady cień na murze. -?Podobnie jak lord Aaron. Obaj byliśmy tam
świadkami, jak Gabriel de León zabił jedno z siedmiorga Książąt
Wieczności i ocalił cały Nordlund przed legionami Fabiéna Vossa.
Staliśmy potem w katedrze San Michon, kiedy ostrze samej cesarzowej
Isabelli de Augustin ucałowało jego ramię. Tamtego dnia twój kuzyn
zasłużył na ten tytuł.
-?A potem każdego następnego dnia go kalał. A przy okazji kalał rodowe
nazwisko. Czy też sypianie z zakonnicami i łamanie świętych przysiąg to
de rigueur w Aveléne?
-?Aveléne padło, mademoiselle de León -?odparł Baptiste. -?A jego
pomordowanych synów i córki pomścił, wymierzając winnym należną
sprawiedliwość, ten człowiek, któremu tak ochoczo okazujesz pogardę.
Charlotte spojrzała mi wtedy w oczy, a jej ręka powędrowała do symbolu
na piersi.
Szpakowaty mężczyzna zszedł z murów i stanął nad nią. Szepnął jej coś do
ucha. Oceniając z wyglądu, musiał być oficerem; na rękach miał odciski
od miecza i był najstarszy w jej oddziale. Charlotte spojrzała mi w twarz i zacisnęła zęby.
-?Chwileczkę, messieurs. -?Zerknęła na Baptiste. -?S'il vous plaît.
-?Och, idzie nam po prostu wspaniale.
Aaron zeskoczył z muru jak rzucony kamień i wylądował na błocie jak
piórko. Stanął obok mnie, otrzepał sadzę z klapy szynela i odezwał się
cicho:
-?Może jednak prędzej znajdziemy to, czego potrzebujemy w stolicy.
Pewnie, że Augustin jest daleko, ale namaszczone Miecze Cesarstwa mogą
tam zostać cieplej powitane.
-?Dwa miesiące wlekliśmy tu nasze tyłki, de Coste -?syknął Lachlan. -?A ty teraz chcesz spędzić następne sześć w drodze do stolicy? Porąbało
cię?
-?Przez ten czas smród powinien się zmyć. Chociaż raczej nie twój.
Lachie przewrócił oczami i spojrzał na mnie.
-?Powinniśmy obstawać przy swoim. To pobożni ludzie.
-?Oui, pobożni. -?Baptiste skinął głową na pomazane popiołem czoła,
płonące miecze na piersiach. -?Ale noszą symbol twojego imiennika, nie
koło.
-?To patron rodu León -?wyjaśniłem. -?Według legendy anioł Gabriel
rozkazał pierwszemu baronowi de León ponieść cywilizację w tę dzicz w imię Boga. I póki wiara jego dzieci się nie zachwieje, mury miasta nie
runą.
-?Baczność!
Odwróciliśmy się do Charlotte, obok której krzywił się szpakowaty
porucznik.
-?Z rozkazu naszego lorda każdy zimnokrwisty i niewolny w baronii León
ma natychmiast zostać zabity. -?Kuzynka spojrzała mi hardo w oczy. -
Zważywszy na twoje zasługi dla cesarstwa, nie zostaniecie od razu
spaleni, ale jesteście intruzami, niemile widzianymi, których nikt nie
zapraszał i którym towarzyszy Umarły. Przysięgam na Wszechmogącego, że
nie stanie się wam krzywda, chyba że mój pan rozkaże inaczej. Poddacie
się nam jednak i oddacie broń, dopóki mój baron nie uzna, że jesteście
godni ją dzierżyć na jego ziemiach.
Dwadzieścia kusz zatrzeszczało, kiedy wycelowano je w nasze piersi.
-?Możecie być pewni, że wasza odmowa nie spędzi mi snu z oczu -?dodała
Charlotte.
Zerknąłem na moich braci. Wszyscy się krzywili. Poddając się,
narażaliśmy się na niebezpieczeństwo. Jednak nawet jeśli ci ludzie byli
zaprawieni w bojach z Umarłymi, to reszta pozostawała zwykłymi
śmiertelnikami. Wiedziałem, że nawet pozbawieni broni nie utoniemy w takim płytkim gównie.
Prawdziwy problem pojawi się dopiero w León. Najwyraźniej mój dziadek
wciąż żył, a ja nie miałem pojęcia, jak zareaguje na moje przybycie, już
nie wspominając o Aaronie. Jeśli będziemy w jego twierdzy, kiedy sprawy
się rypną, krwi będzie tyle, że możemy w niej utonąć. Jednak od początku
istniało takie ryzyko i mimo gadaniny Aarona żaden z nas nie miał ochoty
tłuc się przez całe cesarstwo, kiedy kuźnia potrzebna do naprawy
Pożeraczki Popiołów znajdowała się tak blisko.
Ukłoniłem się więc, zdjąłem bandolier i pistolet. Aaron wbił Epitafium w błoto i patrzył z ponurym uśmiechem, jak porucznik mojej kuzynki próbuje
unieść wielki miecz. Kiedy Lachlan zdjął pistolety, Charlotte w rozwianej szkarłatnej pelerynie podeszła do nas po błocie. Odpiąłem
Pożeraczkę i ucałowałem na pożegnanie.
-?Przeszedłem z tą bronią przez piekło. Proszę, opiekuj się nią dobrze,
kuzynko.
-?Będę zwracała się do ciebie twoim tytułem -?odpowiedziała Charlotte -
a ty wyświadczysz mi tę samą uprzejmość. Bo chociaż nasza cesarzowa
uznała, że zostawi ci twoje laury, kiedy nurzałeś nasze nazwisko w rynsztoku, możesz mieć pewność, że piekło, jakie przeszedłeś ze swoim
mieczem, prędzej zamarznie na kamień, niż ja potraktuję cię jak moją
famille.
Skinąłem głową, podając jej miecz.
-?Dame de León.
Ona również skinęła oschle głową.
-?Chevalier.
Wyrwała mi z ręki Pożeraczkę i odeszła.
VI
Pośród popiołów
Podróż z Charlotte była odrobinę bardziej przygnębiająca od pogrzebu.
Każda mila przybliżająca nas do rodzinnego miasta mojej matki oznaczała
brnięcie przez cuchnące grzęzawisko i niewiele rzeczy po drodze mogło
wzbudzić choćby iskierkę radości. Za posiłki mieliśmy surowe grzyby
zapijane słonawą wodą. Zamiast typowymi dla żołnierzy pijackimi i sprośnymi pogaduszkami przy ognisku każdy dzień kończył się tak samo,
jak zaczynał: mszą polową. Lachlan i Baptiste brali w nich udział z uprzejmości, ale my z Aaronem odmówiliśmy, rzecz jasna, i obserwowaliśmy
całą procedurę z bezpiecznej, znacznej odległości.
Jako capitaine swojego oddziału Charlotte odprawiała nabożeństwo,
podając każdemu ze swoich ludzi łyczek z obitej metalowej manierki i odnawiała popielne koło na każdym czole. Jej głos brzmiał jak stal,
kiedy cytowała Testamenty. I zaznaczam, że nie czytała, ale recytowała
je z pamięci.
Nie była agresywnym kaznodzieją. Nie była pyszniącym się klechą, jakich
znałem, ani zarozumiałym kanciarzem. Kiedy Charlotte mówiła o Bogu,
widziałem w jej oczach prawdziwy żar. Kiedy mówiła o potępieniu, zawsze
patrzyła w stronę mnie i Aarona. Obserwując ją każdego poranka i wieczoru, wkrótce zorientowałem się, kim naprawdę jest moja droga
kuzynka.
Zatwardziałą fanatyczką o zimnym sercu.
Chociaż nikt nie podważał ich odwagi, myśliwi Charlotte denerwowali się
jak chabety w końskiej rzeźni z powodu naszej obecności. Zostali
wytrenowani, żeby polować na Umarłych i ich zabijać, a teraz, podróżując
w towarzystwie wampira -?nieskutego i niezaciukanego -?nie potrafili się
uspokoić. Staraliśmy się ze wszystkich sił zachowywać jak więźniowie,
ale kuzynka oszczędziła nam wszystkich upokorzeń i nie próbowała nas
związać na czas podróży. Przyparty do muru byłem w stanie zerwać
większość oków, Lachie był silniejszy ode mnie, a Aaron potrafił
rozciągać w rękach utwardzaną w kuźni stal. Nasze ostrza i pistolety
jechały na wozie strzeżonym przez myśliwych. Osie wozu trzeszczały
niebezpiecznie pod ciężarem Epitafium. Żołnierze Charlotte jechali konno
z nienawiścią w oczach i bronią w ręku -?tymi cudownymi mechanicznymi
kuszami, które aż się prosiły, żeby dać im zaśpiewać.
Droga do siedziby mojego dziadka była czarnym trzęsawiskiem cuchnącym
zgnilizną. Wiedziałem, że w dawnych, lepszych czasach była to kraina
winnic, ale teraz wzgórza i pola porastał grzyb, a martwa winorośl
wynurzała się z ziemi jak szponiaste dłonie niespokojnych zmarłych.
Każdą milę drogi odmierzała żelazna klatka kołysząca się z jękiem na
drewnianej szubienicy. Na każdej klatce wypisano zbrodnię popełnioną
przez umieszczonego tam trupa.
Czarownica.
Niewolny.
Pijawka.
Ponieważ jego biedny koń padł, Lachie szedł obok mnie, jadącego na
Argencie, a Baptiste dosiadał Różyczki. Aaron trzymał się z boku, daleko
od nas. Trzeciego dnia powolnego marszu na północ Lachlan nabijał
właśnie fajkę i przyglądał się z namysłem Charlotte.
-?Bogobojna dziewczyna ta twoja kuzynka. I ognista.
-?Ognista? -?prychnąłem. -?Raczej uparta jak trzy pijane osły.
Baptiste się uśmiechnął.
-?Zatem upór to cecha rodzinna.
Lachie prychnął czerwonym dymem.
-?Szkoda, że rodzinna uroda go ominęła, nie?
-?I inteligencja.
-?Słuchajcie, pizdusie, znudzi się wam wreszcie obrabianie mi tyłka?
-?Raczej nie, nie sądzę -?odpowiedział Baptiste.
-?Moglibyście udzielić mi nieco moralnego wsparcia, zważywszy na to,
dokąd zmierzamy.
Lachlan parsknął, podając mi fajkę.
-?Właśnie ci go udzielamy, cieniasie.
Warknąłem na pokaz, ale uśmiechnąłem się lekko, wciągając sanctus do
płuc. Doskonale wiedziałem, że ci mężczyźni poszliby za mną do piekła,
gdybym o to poprosił, i zgodnie z uświęconą tradycją okazywali to w jedyny znany mężczyznom sposób: obrzucając kochanego człowieka taką masą
gówna, jaką tylko mogli.
Baptiste patrzył na drogę przed nami, ale czasem zerkał na Aarona w oddali.
-?A tak nawiasem mówiąc, co właściwie cię martwi, Gabe? To był twój
pomysł, ale im bliżej jesteśmy celu, tym bardziej wydajesz się
niespokojny.
Westchnąłem, opierając się pokusie ujawnienia całej listy skarg. Prawda
była taka, że chociaż minęły miesiące, moje serce wciąż krwawiło z powodu Dior. Świadomość, że zaprzepaściłem naszą jedyną nadzieję na
zakończenie bezdnia, była raną, która nigdy się nie zagoi. Dawno temu
skończył mi się alkohol i bez jego wsparcia pragnienie płonęło we mnie
rozbuchanym ogniem, który tylko czasem przytłumiała coraz większa dawka
sanctusu. Ostatecznie jednak skupiłem się na najbardziej bezpośredniej
obawie.
-?Dziadek wyrzucił moją matkę z domu, kiedy miała osiemnaście lat. Była
w trzecim miesiącu ciąży, a zabrała z León tylko to, co miała na sobie,
nazwisko i to. -?Zdjąłem rękawiczkę, pokazując mu srebrny sygnet, który
dała mi matka, gdy byłem chłopcem. -?A przyczyną jej upadku było
postanowienie, że mnie urodzi i zatrzyma.
-?Ale dzięki wszystkiemu, czego od tamtej pory dokonałeś i ilu ludzi
ocaliłeś, zostałeś bohaterem -?upierał się Baptiste. -?Każdy w cesarstwie zna twoje nazwisko.
-?Oraz fakt, że je zhańbiłem. Uwodząc służebnicę Boga. Wciągając ją w otchłań grzechu. -?Pokręciłem głową, zaciskając usta. -?Z prawnego
punktu widzenia pewnie w ogóle nie powinienem nosić tego nazwiska, ale
wampir, który sypiał z moją matką, nie był na tyle uprzejmy, żeby dać mi
własne.
-?Mówiła o nim w ogóle? O twoim ojcu?
-?Obiecała, że mi powie, lecz Upiór w Czerwieni zamordował ją, zanim
zdążyła to zrobić. Celene przynajmniej zdradziła mi jego imię. Wulfric.
Ancien Niewiernych. Lord z San Yves. Przez pewien czas była jego
uczennicą. Zanim go zamordowała.
-?Na Siedmioro Męczenników -?szepnął Baptiste, żegnając się znakiem
koła.
Wzruszyłem ramionami.
-?Starałem się, ale szczerze mówiąc, nie jestem w stanie przejąć się
śmiercią tatki. On też miał mnie w dupie.
Lachie zagwizdał przez zęby, wskazując przed siebie.
-?Patrzcie.
Zobaczyłem w błotnistej dali jasną smugę na nadmorskim klifie. Ostatni
bastion cywilizacji na zachód od Czerwonej Strażnicy. Wszystkie ziemie
wokół miasta popadły w ruinę, lenna upadły, ogromne połacie cesarstwa
Alexandre'a uległy niekończącym się atakom krwawych panów i nieszczęśników. Musiałem jednak przyznać, że ogarnęła mnie duma na widok
miasta moich przodków, wciąż stojącego w świecie, który padł na kolana.
-?La Tani?re du Lion -?mruknąłem. -?Jaskinia Lwa.
-?Przepiękna -?powiedział rozmarzonym głosem Lachlan i pokiwał głową. -
Zawsze chciałem ją zobaczyć. Została zaprojektowana przez mistrza Charla
Benoît, który jednak zmarł przed rozpoczęciem budowy. To jego córka
Annalise położyła kamień węgielny, a budowę nadzorował jego wnuk Duvall.
Większość budowli została wzniesiona z wapienia wydobytego z miejscowych
klifów, ale bazalt na zdobienia wydobyto w Bożych Posłańcach na północy.
Jej mury mają łączną długość dziesięciu mil i jest zaopatrywana z morza,
więc każdy, kto chciałby ją oblegać, musiałby uderzyć nie tylko z lądu,
ale i...
Lachie urwał, kiedy zdał sobie sprawę, że gapimy się na niego.
-?Lubię zamki, jasne?
-?Ewidentnie -?mruknąłem.
-?Przynajmniej ja studiowałem coś pożytecznego w klasztorze. A czego ty
nauczyłeś się w San Michon, poza szczotkowaniem swoich ślicznych włosów
i łapaniem zakonnic za tyłki?
-?Touché.
Noc zdążyła zapaść, jak kowadło zapada się w błoto, zanim zbliżyliśmy
się do wysokich na czterdzieści stóp miejskich murów. Koksowniki
oświetlały ich szczyty. W dole ciągnęła się sucha fosa wypełniona
okrutnie zaostrzonymi drewnianymi palami i otoczona żelaznymi klatkami
na szubienicach. Most zwodzony -?ciężka dębina okuta żelazem -?był
podniesiony. Na blankach dumnie powiewały sztandary haftowane na
przemian w lwy i skrzyżowane miecze albo symbol anioła Gabriela: miecz
spowity płomieniem. Charlotte przycisnęła do ust róg ozdobiony tym samym
znakiem i ponura nuta przeszyła noc.
-?La Lionne Cendrée! -?rozległ się słaby okrzyk przed nami.
Okrzyk podjęto na murach, żołnierze wskazywali wyciągniętymi rękami:
-?Lady Charlotte!
-?Wróciła la Lionne Cendrée!
-?Popielna Lwica -?mruknął Lachlan, patrząc z ukosa na Charlotte.
-?Dobry tytuł. -?Skinąłem głową. -?Aż się człowiek zastanawia, jak na
niego zapracowała.
-?To zastanawiaj się dalej -?odpowiedziała chłodno moja kuzynka, nie
patrząc mi w oczy. -?Nie każdy potrzebuje ulicznych grajków i burdelowych trubadurów, żeby śpiewali o jego wyczynach. Niektórym
wystarcza, że Ojciec dostrzeże ich wartość w dniu sądu.
-?Spędzałaś dużo czasu w towarzystwie burdelowych trubadurów?
Charlotte coś odwarknęła, ale zaraz jej uwagę odciągnął cichy szczęk
dobiegający z przedbramia. Z jękiem potężnych łańcuchów most zwodzony
powoli opadł nad szeroką fosę najeżoną palami i z głuchym łoskotem
zatrzymał się w błocie. Potężna żelazna brama za nim otworzyła się
szeroko ze złowieszczym skrzypieniem, odsłaniając długi korytarz o łukowatym sklepieniu. Na jego końcu stał oddział żołnierzy liczący ze
czterdziestu ludzi. Trzymali płonące pochodnie albo te cudowne kusze i mieli na sobie kolczugi i opończe. Na czarnych kasakach widniał herb
domu León.
-?Poczekajcie tutaj -?rozkazała Charlotte. -?Poruczniku Mathieu i reszta, za mną.
Ruszyła w stronę przedbramia ze swoimi ludźmi i wozem z bronią,
zostawiając nas w cieniu skrzypiących szubienic. Aaron podszedł bliżej,
Argent zatupał ostrzegawczo, jak zawsze płochliwy w jego towarzystwie.
Aaron nie odrywał oczu od ognia na murach i zebranych tam ludzi,
zerkających w dół i celujących w nas z kusz.
-?Zawsze zastanawiałem się, dlaczego Wiecznotrwały Król nigdy nie
zaatakował tego miejsca.
-?Fabién zawsze myślał przede wszystkim o Augustin -?odpowiedziałem. -?A te mury to nie żart.
-?Poszedłbym za tobą w paszczę smoka, bracie. -?Aaron zerknął na
szubienice, na kości i szczątki zamknięte w żelaznych klatkach. -?Ale
coś w tym mieście wydaje się... niezdrowe.
Zmarszczyłem brwi, spoglądając mu w oczy. Baptiste mruknął:
-?Wciąż możemy się stąd wynieść, prawda?
-?Wynieść? -?Lachlan prychnął. -?Nie po to wlekliśmy tyłki taki kawał
drogi, żeby...
-?Chodźcie!
To wołała otoczona przez legion żołnierzy Charlotte. Na drugim końcu
korytarza, w którym czekali, widziałem oświetlony ogniem dziedziniec i wapienną twierdzę wznoszącą się pośród nocy. Popatrzyliśmy po sobie z niepokojem i zsiedliśmy z koni, żeby poczłapać w paszczę lwa. Zbliżając
się do przedbramia, wszyscy byliśmy świadomi obserwujących nas teraz
oczu, wycelowanych płonących kusz i tego, jak wiele krwi może popłynąć w każdej chwili. Wiedzieliśmy jednak także, że jeśli nie zdołamy naprawić
w León ran odniesionych przez Pożeraczkę, czeka nas długa droga do
stolicy i Bóg jeden wie, czy mury Augustin wciąż będą stały, gdy tam
dotrzemy.
Pokonaliśmy most zwodzony. Kopyta koni zadudniły na ubłoconym drewnie.
Weszliśmy do tunelu. Charlotte czekała na drugim końcu; milczała, dopóki
nie przeszliśmy pod łukiem bramy.
-?Zamykać!
Z brzękiem metalowych zębów, przy wtórze jęku żelaza krata opadła za
naszymi plecami, odcinając nam wyjście z tunelu. Jednocześnie spadła
druga krata, blokując drogę do przodu. Różyczka stanęła dęba,
przestraszona ogłuszającym hukiem. Baptiste krzyknął zaniepokojony,
Aaron w okamgnieniu śmignął do tyłu. Udałoby mu się uciec, przemknąłby
po moście z bezbożną szybkością, zanim opadłaby krata, ale wtedy
porzuciłby ukochanego, a bez względu na cień, jaki gęstniał między nimi,
wiedziałem, że Aaron nigdy by tak nie postąpił.
Zamiast tego więc cała nasza czwórka została uwięziona w tunelu jak
króliki w oczekiwaniu nadbiegających rozjazgotanych terierów. Przed nami
i za nami znajdowały się solidne żelazne pręty. Charlotte stała po
drugiej stronie przedniej kraty, wpatrując się we mnie ciemnymi oczami.
Jej kusznicy wzięli nas na cel.
-?Tyle jest warta twoja przysięga? -?zapytałem. -?Przysięgłaś, że nie
stanie nam się krzywda.
-?O ile mój pan nie rozkaże inaczej. Pójdę się teraz czegoś dowiedzieć.
Módl się do tego, kogo tacy bezbożnicy jak ty czczą, żeby w przeciwieństwie do mnie mój baron uznał, że jesteś wart łaski. -
Charlotte zerknęła na swojego przybocznego i głosem zimnym jak dzielące
nas żelazo dodała: -?Jeśli spróbują się wyrwać, zabijcie wszystkich,
poruczniku Mathieu. Zaczynając od naszego poczciwego Miecza Cesarstwa.
Zacisnąłem ręce na kracie, aż jęknął metal. Charlotte odeszła. Baptiste
położył delikatnie dłoń na moim ramieniu. Spojrzałem na Aarona,
zastanawiając się, czy zdołałby rozbić kratę, zanim poleciałoby zbyt
wiele bełtów. Kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa, zimnokrwisty, ale to
byłby kiepski zakład i wszyscy o tym wiedzieliśmy.
-?No cóż... -?Lachie sięgnął po fajkę. -?Ktoś zna jakiś żart?
-?Twoja fryzura -?mruknął Aaron, przyglądając się łukowi nad nami.
-?Dobre.
-?Wręcz przeciwnie.
-?Musicie wybaczyć ma dame.
Zerknąłem przez kratę: to odezwał się przyboczny Charlotte. Porucznik
Mathieu przypominał niedźwiedzia ze swoimi szpakowatymi włosami, gęstą
brodą i ciemnymi oczami. Blizny na knykciach i sposób chodzenia mówiły o życiu spędzonym w walce, ale przemawiał łagodnie, z namysłem. Dobry
przyboczny dla capitaine z temperamentem mojej kuzynki.
-?Mademoiselle de León to wierna Boża córka -?ciągnął -?ale nie
znajdziesz w jej sercu miłości do Umarłych, chevalier. -?Zerknął z grymasem na Aarona. -?Ani do tych, którzy z nimi się zadają.
Skinąłem głową.
-?Wszyscy wiedzą, że nastały mroczne czasy. Jednak jej gniew sprawia
wrażenie... bardzo osobistego.
Mężczyzna podrapał się po brodzie i zerknął w ślad za moją kuzynką.
-?Chciałeś wiedzieć, jak zapracowała na swój przydomek.
-?Pomyślałem sobie, że poszukamy burdelu w mieście i zapytamy pierwszego
trubadura z brzegu.
Skrzywił się i ruchem głowy wskazał twierdzę.
-?To miasto to bezpieczny azyl, chevalier. Ostatnie światło na
zachodzie. Jednakże dwanaście lat temu losy León ważyły się na ostrzu
noża. Byliśmy zainfekowani. Dosięgło nas zepsucie. Szlachetnokrwiste
wampiry latami żyły tutaj w ukryciu i kiedy nastał bezdzień, przestały
bać się światła. Trójka mediae, pomiot Vossów, Chastainów i Dyvoków,
wypełzła z gniazd, uznając Jaskinię Lwa za swoją własność. Nie miały
armii, z jakimi walczyłeś w młodości; ci krwawi panowie walczyli z ukrycia. Ich niewolni przejęli kontrolę nad naszą radą, członkowie domu
barona ulegli czarowi ich krwi. Moja żona Leóna była służącą matki
Charlotte, Elsbet. -?Porucznik zwiesił głowę i westchnął. -?Została
zamordowana razem ze swoją panią i jej mężem, kiedy Chastain spróbował
zawalczyć o tron barona.
-?Moje kondolencje, monsieur.
Mathieu skinął głową, ścisnęło go w gardle.
-?Merci, chevalier.
-?A twoja pani? -?spytał Aaron. -?La Lionne Cendrée?
Porucznik się skrzywił, w jego oczach zabłysła nienawiść. Rozumiałem
teraz, co widzi, kiedy piorunuje wzrokiem mojego brata: takiego samego
demona jak ten, który zamordował jego ukochaną.
-?Ma dame pogrążyła się w żałobie po śmierci rodziców -?odpowiedział. -
Poszła do Le Dôme, wielkiej katedry w León, szukać pociechy w modlitwie.
Zamiast tego jednak doświadczyła wizji na tej poświęconej ziemi. Tak
samo jak kiedyś jej błogosławiony przodek, kiedy otrzymał przykaz
wybudowania miasta, tego światła przewodniego, które wciąż płonie w ciemnościach. -?Wskazał wpiętą w kolczugę żelazną szpilkę. -?Gabriel,
Anioł Ognia z mieczem ociekającym płomieniem i ognistymi skrzydłami. Ten
widok napełnił ją światłem Pana.
Otaczający go kusznicy Charlotte uczynili znak koła.
-?Płonąc wiarą, ma dame postanowiła odebrać miasto Umarłym. Oczyściła
radę i dom dziadka z tych, którzy ulegli wpływom szlachetnokrwistych.
Łamała ich kołem tak długo, aż dowiedziała się, gdzie śpią ich panowie.
Zniszczyła wszystkich za jednym zamachem.
Zerknąłem na Lachlana. Westchnąłem.
-?Wybacz mi, poruczniku, ale to brzmi zupełnie niewiarygodnie. Jak
dwudziestoletnia kobieta zdołała zabić trójkę szlachetnokrwistych
mediae?
-?Za pomocą trzech rzeczy, na których wybudowano to cesarstwo,
chevalier. Dzięki wierze, stali i czarnemu ignisowi.
Lachie uśmiechnął się, stukając palcami w swój rożek z prochem.
-?Wysadziła ich w powietrze.
Mathieu pokiwał głową.
-?Dyvok zajął port. Chastain spał pod ratuszem. Voss w dzielnicy
teatralnej. Pożary, jakie rozpaliła ma dame, były straszliwe. Zginęły
tysiące. Lepiej jednak spalić rękę, którą toczy gangrena, niż pozwolić
chorobie się szerzyć.
-?Na Siedmioro Męczenników... -?szepnął Baptiste.
-?Przeszła potem przez zgliszcza, patrząc w twarze tych, którym domy
spaliła i których ukochani spłonęli. Niektórzy nazywali ją bohaterką.
Wielu rzeźniczką. Po dziś dzień większość nie wie, co o niej myśleć.
Jednak przydomek, jaki jej nadano, znają wszyscy.
-?Popielna Lwica -?mruknąłem.
Jakbym ją wezwał, wypowiadając to imię, bo usłyszałem, że drzwi twierdzy
otwierają się i wychodzi przez nie moja kuzynka z kohortą świeżych
żołnierzy. Patrzyłem, jak maszeruje przez dziedziniec -?z bliznami po
oparzeniach na twarzy i ogniem w oku. Dwanaście lat temu właśnie
wyrzucano mnie ze Srebrnego Zakonu; nic dziwnego, że nie usłyszałem
wcześniej historii Charlotte. I nie dziwiło mnie, że ma na mój temat tak
złe zdanie. Kiedy ja uwodziłem zakonnice i łamałem święte przysięgi, ona
spaliła pół miasta, żeby uratować drugą połowę.
-?Co za kobieta -?powiedział Lachie.
-?Co za wariatka -?odparł Aaron.
Charlotte zatrzymała się przede mną, zadźwięczał dobywany z pochwy
miecz. Porucznik Mathieu odsunął się, jego naznaczone popiołem czoło
spochmurniało. Wciąż dzieliła nas krata. Charlotte spojrzała mi w oczy.
Zesztywniałem i zamarłem, napięty jak cięciwa w ręku łucznika. Aaron
zjeżył się obok mnie, gotowy roznieść kratę na kawałki, zanim fanatycy
wszystkich nas zabiją.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Dramatis Personae
Czas nie jest przyjacielem śmiertelników, drogi Czytelniku, i kto wie,
ile pór roku upłynęło, odkąd ostatni raz rozmawialiśmy. Pamięć w najlepszym razie jest niewiarygodnym narratorem, a w najgorszym
kłamliwym przyjacielem. Jako że twój historyk do żadnego z nich nie pała
afektem, proponuję Ci przypomnienie głównych aktorów tego dramatu:
Gabriel de León -?Ostatni Srebroświęty, Czarny Lew z Lorson i Miecz
Cesarstwa. Gabriel jest bladokrwistym -?synem śmiertelnej kobiety i ojca-wampira -?który odziedziczył moc swojego stwórcy i jego żądzę krwi.
Urodził się dziewięć lat przed nadejściem bezdnia, kiedy słońce zostało
przesłonięte na niebie cesarstwa Elidaenu, a w wieku lat piętnastu
zwerbowano go do Srebrnego Zakonu San Michon. Stał się wzorem w tym
świętym bractwie, sama cesarzowa pasowała go na rycerza, zanim popadł w niełaskę z powodu miłości.
A ja tu siedzę i nie mam słodkich dźwięków skrzypiec pod ręką.
Ponad dziesięć lat po ekskomunice Gabriel stał się wrakiem człowieka,
myślącym jedynie o pomszczeniu famille zamordowanej przez
Wiecznotrwałego Króla, Fabiéna Vossa. Jednak kiedy spotkał Dior
Lachance, poświęcił swoje życie ochronie dziewczyny i pokochał ją
szczerze jak własną córkę, Patience.
Kiedy próbował dowiedzieć się, w jaki sposób Dior mogłaby zakończyć
bezdzień, został zdradzony przez swoją siostrę Celene i rozdzielony ze
swą świętą podopieczną. Zwerbował armię tancerzy zmierzchu z Pogórza
Osswayskiego, aby wyrwać Dior z rąk demonów, które ją pojmały. Jednakże
-?jak to często bywa w przypadku tego tak zwanego bohatera -?tragedia
już czekała na końcu jego drogi.
Czyż to nie rozkoszne, że zawsze można na niego liczyć?
Dior Lachance -?w wieku jedenastu lat osierocona przez matkę
prostytutkę. Jej życie drobnej złodziejki zostało niespodziewanie
przerwane, gdy okazało się, że jej krew leczy wszelkie rany. Uciekła
Inkwizycji, która chciała ją stracić za czary, i odkryła, że jej moc nie
jest darem Upadłego, ale pochodzi z samych niebios. Dior jest potomkinią
Esan, córki śmiertelnego syna samego Boga, Odkupiciela.
Zdecydowana wypełnić swoje przeznaczenie i zakończyć bezdzień, Dior
trafiła pod opiekę Gabriela de León i jego wampirzej siostry, Celene.
Ścigana przez dzieci Wiecznotrwałego Króla została pojmana przez Nikitę
i Lilidh, najstarsze wampiry rodu Dyvok. Uwięziona w ufortyfikowanym
mieście Maergenn odkryła, że jej krew jest w stanie wyrwać każdego
człowieka z wampirzego zniewolenia -?fałszywej miłości wywołanej przez
trzykrotne picie z tego samego wampira przez trzy kolejne noce.
Zawiązawszy spisek z innymi śmiertelnikami na dworze Dyvoków, Dior
pomogła obalić ich przeklęte królestwo wampirów. Na koniec jednak
została zabita przez ancien Dyvoków, Lilidh, która skręciła jej kark,
zanim Gabriel zdążył ją uratować.
Trzy dni po swojej śmierci Dior otworzyła oczy w mauzoleum w podziemiach
Maergenn.
Celene Castia -?przyrodnia siostra Gabriela. W wieku lat piętnastu
została okaleczona i zamordowana przez Laure, najmłodszą córkę
Wiecznotrwałego Króla, w zemście za działania brata. Szesnaście lat
później powróciła do życia Gabriela, przedstawiając się jako liathe i tropiąc Dior.
Chociaż stworzył ją Voss, twierdziła, że należy do tajemniczego rodu
Esani, tego samego, którego członkiem był ojciec Gabriela. Mimo
wzajemnej nieufności rodzeństwo przez pewien czas współpracowało,
poszukując starodawnych wampirów Esani i sekretnej wiedzy o tym, jak
Dior może zakończyć bezdzień. Obawiając się jednak, że przez swoją
narastającą żądzę krwi Gabriel stanowi zagrożenie dla Dior, Celene
ostatecznie zdradziła go i próbowała zamordować.
Rodzeństwo połączyło ponownie siły, żeby uratować Dior z rąk Dyvoków.
Kiedy Gabriel odkrył, że Celene nie tylko była uczennicą jego ojca, ale
także go zamordowała, jego nieufność powróciła. Gdy zaś dowiedział się,
że sam Odkupiciel odpowiada za stworzenie pierwszych wampirów, wpadł w szał, który pozwolił Lilidh zamordować Dior.
Trzy dni później Dior zmartwychwstała, ale we wnętrznościach krypt pod
miastem Celene była świadkiem jeszcze jednego przebudzenia: starodawnej
wampirzycy z rodu Esani imieniem Maryn, która może mieć klucz do
zakończenia bezdnia raz na zawsze.
Phoebe á Dúnnsair -?Phoebe miesiącami podróżowała z Dior pod postacią
pumy, zanim ujawniła swoją prawdziwą naturę: tancerki zmierzchu, zdolnej
przybierać ludzką lub zwierzęcą postać o zachodzie słońca.
Oddzielona od Dior przez podstęp Celene, Phoebe szukała dziewczyny razem
z Gabrielem. Podczas podróży odkryli, że łączy ich tragedia, jakiej
oboje doświadczyli: mąż Phoebe zginął podczas wojny, a ona, podobnie jak
Gabriel, straciła córkę. Tancerka zmierzchu i srebroświęty zostali
kochankami, a ich śmiało opisane ze wszystkimi szczegółami miłosne
uniesienia rozwiązały zagadkę, która pozwoliła zjednoczyć Pogórze w misji ratunkowej.
Podczas finałowej walki z Nieposkromionymi Phoebe odnalazła swojego
męża, Connora, który okazał się niewolnym Lilidh Dyvok uwięzionym na
stałe w ciele wilka.
Jednakże ich ponowne spotkanie okazało się rozkosznie krótkie.
Connor á Lachlainn -?tancerz zmierzchu z Pogórza Osswayskiego, potomek
najpotężniejszej tamtejszej królowej, Ailidh Siewczyni Burzy. Connor
latami wędrował po cesarstwie Elidaenu, zanim wrócił na Pogórze i poślubił młodszą Phoebe. Chociaż miał rzekomo zginąć podczas wojny z rywalizującymi klanami, w rzeczywistości został schwytany przez Lilidh
Dyvok, a jego mistyczna krew dała jej rodowi moc potrzebną do podboju
Osswayu.
Connor żył pod postacią wielkiego białego wilka, kiedy służył na dworze
Dyvoków, ale gdy jego więź z Lilidh została zerwana, zażarcie bronił
Graala i księżniczki Reyne á Maergenn przed pazurami wampirzycy.
Jak na złość hrabina zabiła go, zanim mógł wyjaśnić swoje powody.
Reyne á Maergenn -?piąta córka legendarnej Niamh Dziewięć Mieczy,
księżnej Osswayu. Ojciec Reyne był nieznanym wędrowcem, którego Niamh
wzięła sobie na kochanka po śmierci męża. Narodziny Reyne z nieprawego
łoża były źródłem wstydu dla Niamh, zatem dziewczynę wychowywała starsza
siostra, Yvaine, w Elidaenie, z dala od dworu Dziewięciu Mieczy.
Kiedy wiele lat później Reyne wróciła, żeby bronić ojczyzny, wpadła w ręce Dyvoków, gdy ci zdobyli Maergenn. Dior przełamała jej zniewolenie i we dwie pomogły uwolnić resztę niewolnych, pokonać armie Dyvoków i zabić
najstarsze wampiry.
Jak znalazły w tym wszystkim czas na miłostki, to mi się w głowie nie
mieści.
Nastolatki, oui?
Astrid Rennier -?była nieślubną córką cesarza Alexandre'a III, którą
zamknięto w klasztorze San Michon, kiedy jej istnienie stało się
krępujące dla nowej żony cesarza, Isabelli. Po tym, jak jej przyjaźń z Gabrielem rozkwitła w odwzajemnioną miłość, została ekskomunikowana
razem z nim, gdy wyszło na jaw, że jest w ciąży.
Po narodzinach córki i ślubie osiedli razem na południowych rubieżach
cesarstwa, by wieść cichy, spokojny, szczęśliwy żywot.
Wiecie, co było potem.
Patience de León -?córka Gabriela i Astrid. Kiedy przyszła na świat, jej
ojciec, dawny srebroświęty, wytatuował sobie jej imię srebrem na
knykciach, żeby nigdy nie zapomnieć, co jest naprawdę ważne. Była jego
radością i dumą, prawdziwym słońcem na nieboskłonie jego życia.
Miała jedenaście lat, kiedy została zamordowana przez Wiecznotrwałego
Króla, Fabiéna Vossa.
A to mnie ludzie nazywają potworem.
Pożeraczka Popiołów -?zaczarowany miecz Gabriela, który telepatycznie
porozumiewa się z właścicielem. Chociaż nie została wykuta ze srebra,
jest śmiertelnie niebezpieczna dla zimnokrwistych i w czasach swojej
największej chwały we dwoje z Gabrielem wyrąbywali sobie drogę przez
szeregi Umarłych.
Zdarzają jej się krótkie przebłyski przytomności umysłu, najczęściej
jednak nie bardzo wie, gdzie -?a nawet kiedy -?przebywa. Zmieniła się na
zawsze po tym, jak jej ostrze zostało złamane na skórze Wiecznotrwałego
Króla. Sposób, w jaki Gabriel wszedł w jej posiadanie, pozostaje
przedmiotem licznych spekulacji pośród minstreli, truwerów i knajpianych
proroków z całego cesarstwa.
Jeśli o mnie chodzi, to chciałbym wreszcie usłyszeć jakieś odpowiedzi!
Aaron de Coste -?był synem baronowej i wampira z Krwi Ilon. Terminował w Srebrnym Zakonie razem z Gabrielem, a ich początkowa zaciekła
rywalizacja z czasem przerodziła się w prawdziwą przyjaźń. Odszedł z zakonu po tym, jak odkryto jego związek z kowalem Baptiste'em
Sa-Ismaelem.
Osiadł ze swoim ukochanym w château Aveléne, gdzie wiedli sielankowy
żywot, dopóki ponad dziesięć lat później Gabriel nie pojawił się
ponownie w ich życiu. W efekcie ich dom został zniszczony przez Dyvoków,
zaś Aaron zginął z ręki Kiary, córki Nikity, i powrócił jako
szlachetnokrwisty wampir. Trafił na dwór Nikity, gdzie został zniewolony
przez ancien Dyvoków i został jego kochankiem, biorąc udział we
wszelkich deprawacjach w krwawym buduarze Czarnosercego.
Jego umysł został ostatecznie wyzwolony od wpływu Nikity przez
ukochanego Baptiste'a.
Kto jednak wie, co kryje się w jego sercu?
Baptiste Sa-Ismael -?dawny czarnoręki ze Srebrnego Zakonu, przyjaciel
Gabriela i geniusz kuźni. Opuścił zakon razem z Aaronem, kiedy wyszedł
na jaw ich związek, i został pojmany, gdy wiele lat później ich siedzibę
zniszczyli Dyvokowie.
Został zniewolony przez Kiarę i uwolniony przez Dior. Chwycił za broń i stanął do walki z Dyvokami; w bitwie o Dún Maergenn walczył dzielnie
ramię w ramię z Gabrielem i swoimi byłymi braćmi ze Srebrnego Zakonu.
Zadał ostateczny cios Nikicie, uwalniając ukochanego Aarona z niewoli i dowodząc, że nawet w najzimniejszych klimatach i najmroczniejszych
czasach miłość doprawdy wszystko zwycięża.
Tak, drogi Czytelniku. To był sarkazm.
Chloe Sauvage -?siostra Ordo Argent, przyjaciółka Astrid i Gabriela z dzieciństwa. Spotkawszy ponownie przyjaciela wiele lat po jego
ekskomunice, zwerbowała go do pomocy w ochronie Dior Lachance. Kierując
się starożytnym proroctwem, zamierzała sprowadzić Dior do opactwa San
Michon, wierzyła bowiem, że tam uda się zakończyć bezdzień za pomocą
rytuału, którego opis odnalazła w bibliotece. Gdy Gabriel odkrył, że
rytuał sprowadza się do złożenia Dior w ofierze, zamordował Chloe i pół
tuzina innych srebroświętych, stając w obronie dziewczyny.
S?ur Sauvage niewątpliwie była fanatyczką, ale może nie całkiem
zwariowała. Po bitwie o Dún Maergenn w grobie pod miastem odkryto drugą
połowę jej proroctwa, która może skrywać tajemnicę zakończenia bezdnia
na zawsze.
Lachlan á Craeg -?pierwszy i ostatni uczeń Gabriela w Srebrnym Zakonie.
Lachlan był bladokrwistym synem Tolyeva, priori Dyvoków. Całe
dzieciństwo spędził w poddaństwie krwi, służył swojemu potwornemu ojcu.
Pojmany w wieku lat piętnastu przejrzał na oczy, dostrzegł okrucieństwo
swojej rodziny i został zwerbowany przez Gabriela do Srebrnego Zakonu.
Stali się serdecznymi przyjaciółmi i nawet kiedy wyszedł na jaw romans
Gabriela z Astrid, Lachlan nie chciał wyrzec się mentora.
Wiele lat później młody srebroświęty dowiedział się o ataku Gabriela na
katedrę San Michon w obronie Dior. Omyłkowo uznał, że dziewczyna opętała
Gabriela czarami, i z tego powodu tropił swojego dawnego mistrza w całym
cesarstwie. Ostatecznie uwierzył w boskie pochodzenie Dior. Zebrał grupę
srebroświętych, żeby wesprzeć Gabriela podczas bitwy o Maergenn, i pomógł Sa-Ismaelowi zabić swojego przyrodniego brata, Nikitę.
Jednakże wierność Lachlana miała wysoką cenę -?jako jedyny srebroświęty
przeżył walkę.
Joaquin Marenn -?psiarczyk z Aveléne, który został niewolnym Kiary Dyvok
po zniszczeniu jego domu. Uwolniony przez Dior, został w Maergenn,
zdecydowany uratować swoją ukochaną: osswayską dziewczynę imieniem Isla
á Cuinn.
Chociaż Isla okazała się zdrajczynią, Joaquin wykazał się w ostatecznej
bitwie, pomógł Dior uwolnić ludzi zniewolonych przez Dyvoków i skrzyknął
ich do walki w obronie Graala.
Brynne á Killaech -?tancerka zmierzchu z Pogórza z rodzaju zwanego
úrfuil -?niedźwiedzi lud. Podobnie jak większość jej rodzaju, Brynne
uległa nieodwracalnej zmianie spowodowanej przez Czas Skalanej Krwi i w ludzkiej postaci zachowuje wiele zwierzęcych cech.
Jest zaciekłą wojowniczką i dzielnie walczyła podczas bitwy o Dún
Maergenn.
Fabién Voss -?Wiecznotrwały Król, priori Krwi Voss. Fabién jako pierwszy
ancien wykorzystał nieszczęśników (bezrozumną odmianę wampirów, której
liczebność ogromnie wzrosła podczas bezdnia) do walki: stworzył z nich
armię znaną jako Bezkresny Legion. Fabién od tego czasu podbił większość
cesarstwa i zamierza teraz zdobyć jego stolicę, Augustin.
Wymordował famille Gabriela, a odkąd dowiedział się o istnieniu Dior,
obsesyjnie wysyłał swoje dzieci, żeby ją pojmały -?w nieznanym celu.
Gabriel odkrył, że Fabién był kiedyś jednym z Rycerzy Krwi -?wampirzych
wojowników, którzy zniszczyli ród Esani podczas bitwy o Charbourg kilka
stuleci wcześniej. Jednak w grobie pod Maergenn czekało na Ostatniego
Srebroświętego o wiele bardziej mrożące w żyłach odkrycie na temat jego
śmiertelnego wroga: Fabién był jednym z pięciu śmiertelnych kapłanów
odpowiedzialnych za zabicie Odkupiciela, których przekleństwo syna
bożego zmusiło do trwania pod postacią nieumarłych.
Jest jednym z pięciu pierwszych wampirów na świecie.
Danton Voss -?Bestia z Vellene, najmłodszy syn Fabiéna, jeden z siedmiorga Książąt Wieczności. Zginął z ręki Dior, która zadała mu cios
Pożeraczką Popiołów, uprzednio namaściwszy miecz własną świętą krwią.
Laure Voss -?Upiór w Czerwieni, najmłodsza córka Fabiéna, stwórczyni
Celene Castii. Zginęła z ręki Gabriela w bitwie pod Bliźniakami.
Alba i Aléne Voss -?Zgrozy -?najstarsze dzieci Fabiéna, posłane do Dún
Maergenn, żeby odebrały Dyvokom Dior. Zamiast tego jednak same zginęły -
Albę zabił Gabriel w pojedynku, a Celene wypiła swoją cioteczkę Aléne,
aż zostały z niej same popioły.
Nikita Dyvok -?Czarnosercy, priori Krwi Dyvok. Posłużył się splugawioną
krwią tancerzy zmierzchu, żeby wzmocnić i tak już przerażającą siłę
swojego rodu. W ten sposób podsycił inwazję na Ossway i zmienił niegdyś
potężny kraj w kostnicę. Zniewolił Aarona de Coste i prowadził właśnie
negocjacje w związku z przekazaniem Dior swojemu dawnemu kochankowi,
Fabiénowi, kiedy zginął w bitwie o Maergenn z ręki Baptiste'a Sa-Ismaela.
Lilidh Dyvok -?Bezserdeczna, Zimowa Oblubienica, najstarsza z rodu
Dyvok. Bardziej przebiegła od swojego wojowniczego brata, odkryła magyę
krwi tancerzy zmierzchu i zakwestionowała prawdziwy powód, dla którego
Fabién poszukiwał Dior. Zginęła podczas bitwy o Dún Maergenn, ale
wcześniej zdążyła złamać kark Dior i zabić męża Phoebe, Connora.
Zostawiła po sobie potomka, Żmija, który teraz jest nestorem Krwi Dyvok.
Jakże nisko upadają potężni.
Illia -?była priori Krwi Esani, założycielką ich religii. Krążą wieści,
że za życia była czarownicą, ale kiedy stała się wampirzycą, znalazła
religię w postaci Jednej Wiary i poświęciła nie-życie na podtrzymywanie
rodu wywodzącego się od Odkupiciela.
Została zamordowana podczas kataklizmu, jakim była bitwa o Charbourg, w której dowodził jej wielki wróg, Fabién Voss.
Maryn -?Matka Potworów i obecna priori Krwi Esani. Ród Esani praktycznie
przestał istnieć w Charbourgu, ocalały z niego tylko cztery osoby. By
zapewnić sobie przetrwanie, ostatni Esani rozproszyli się po całym
cesarstwie i wypatrywali w tajemnicy oznak obecności potomków
Odkupiciela, którzy mogli przeżyć tamtą potworną noc.
Chociaż wygląda jak dziecko, Maryn jest najstarszą przedstawicielką
Niewiernych, którzy przetrwali. Pogrążona w stanie zwanym pomroką
została pogrzebana w Dún Maergenn, gdzie czekała ponad stulecie na swoją
kolej, żeby wypatrywać narodzin Graala. W swoim ciele przechowuje
mnóstwo dusz, skradzionych w kanibalistycznym akcie, który Niewierni
nazywają komunią.
Kto wie, co jej szepczą w ciemnościach?
J?noah -?jeden z czterech członków rodu Esani, jacy przetrwali. Był
panem ponurej twierdzy zwanej Cairnhaem, ukrytej głęboko w Nocnych
Turniach. Gabriel, Celene i Dior udali się do niej, licząc na mądrość
J?noah, ale odkryli jedynie, że ancien odebrał sobie życie. W kaplicy w cichym château trójka odnalazła jego ostatnie słowa wypisane własną
krwią na podłodze.
"To oczekiwanie: zbyt długie. To brzemię: zbyt ciężkie. Ojcze, wybacz
mi".
Wulfric -?ojciec Gabriela i wojownik z rodu Esani. Niewiele wiadomo na
jego temat, poza tym, że mieszkał przez pewien czas w León, gdzie został
kochankiem matki Gabriela, Auriél. Dziewczyna porzuciła kochanka, gdy
zaszła w ciążę, więc Wulfric nie miał wpływu na wychowanie Gabriela.
Powrócił jednakże na krótko wezwany przez Auriél, gdy jego syn
zachorował.
Po swojej Przemianie Celene odnalazła Wulfrica w jego domu w San Yves.
Tam została jego uczennicą, zanim go pożarła, przejmując jego moc i wszystkie dusze, które w sobie nosił.
Dlaczego? Oto jest pytanie, do diaska.
Alexandre de Augustin III -?jako cesarz Elidaenu, Obrońca Jednej Wiary i Protektor Królestwa władał ze Złotych Sal w Augustin od siedemnastego
roku życia. Teraz dobiega siedemdziesiątki i wieść niesie, że brzemię
korony spada głównie na czoło jego ukochanej (i znacznie młodszej)
małżonki.
Isabella Augustin -?żona Alexandre'a III, cesarzowa Elidaenu. Była
patronką Ordo Argent i po bitwie pod Bliźniakami pasowała Gabriela na
rycerza. Pozostał jej prawą ręką przez wiele lat, okrywając się pod jej
patronatem wielką chwałą.
Maximille de Augustin -?król-wojownik, który przed z górą sześciuset
laty rozpoczął proces jednoczenia pięciu wojujących państw w wielkie
cesarstwo elidaeńskie. Zginął, zanim jego marzenie mogło się
urzeczywistnić, ale jego potomkowie po dziś dzień zasiadają na
Pięciorakim Tronie. W uznaniu jego doczesnych zasług Kościół Jednej
Wiary ogłosił go swoim siódmym Świętym Męczennikiem.
Michon -?Pierwsza Męczenniczka, prosta łowczyni, która została uczennicą
Odkupiciela, a po zgładzeniu go na kole poniosła jego świętą wojnę w świat. Mało kto wie, że była również jego kochanką i że z ich związku
narodziła się córka imieniem Esan, co w języku starotalhoskim znaczy
"wiara".
Esan -?córka Michon i Odkupiciela. Cztery stulecia temu jej potomkowie
wzniecili bunt przeciw dynastii Augustinów. Powstanie, które później
nazwano herezją aavsencką, zostało stłumione przez świętych rycerzy
Jednej Wiary. Ich stolicę, Charbourg, splądrowano, a większość
buntowników zginęła.
Dior Lachance jest ostatnią przedstawicielką tego rodu.
Krew Voss -?ród wampirzy wywodzący się od Fabiéna, który nazywa siebie
Żelaznosercymi. Odznaczają się nadludzką odpornością na fizyczny ból, a ich nestorzy potrafią czytać w myślach i przemawiać wprost do umysłów.
Krew Dyvok -?potomstwo straszliwego Tolyeva, zwane także
Nieposkromionymi. Wszystkie wampiry są nadzwyczaj silne, ale nawet
najmłodszy Dyvok jest w stanie zawstydzić nestorów z innych rodów.
Ancien Dyvoków potrafią zapanować nad ludźmi siłą swojego głosu, a zdolność tę nazywa się Biczem.
Krew Ilon -?Szepty, latorośle wielkiego Ilona. O wiele subtelniejsi od
Dyvoków, umieją manipulować emocjami za pomocą jednego słowa, a ich
nestorzy potrafią jednym spojrzeniem sprawić, że całe sale wypełni
zgroza lub zachwyt. Zdolność tę nazywa się Naciskiem.
Krew Chastain -?potomkowie cesarzowej Margot, zwani także Pasterzami.
Chastainowie panują nad stworzeniami ziemi i nieba i potrafią przybierać
ich rozliczne formy; im są starsi, tym więcej postaci mogą przyjąć.
Pasterze są także upiornie szybcy, a ich nestorzy wydają się zdolni iść
z wiatrem w zawody.
Krew Esani -?Niewierni. Heretycki kult kanibali i czarowników, którzy
potrafią manipulować krwią za pomocą mrocznej sztuki zwanej
sangwimancją. Im mniej będziemy o nich mówić, tym lepiej.
Bladokrwiści -?półludzie, dzieci zrodzone z wampirzych ojców. Posiadają
słabszą wersję nadnaturalnych darów swoich ojców, dziedziczą jednak po
nich także żądzę krwi, przekleństwo zwane sangir?, czerwone pragnienie.
Na długie lata można zapanować nad tą przypadłością za pomocą narkotyku
zwanego sanctusem, ostatecznie jednak sprowadza ona wszystkich
bladokrwistych do żądnych krwi zwierząt.
A teraz, mes amis, czas kończyć.
Zmierzch.
I
Był dwudziesty siódmy rok bezdnia w państwie Wiecznotrwałego Króla, a jego zabójca wciąż czekał na śmierć.
Znowu stał przy wąskim oknie, patrząc, jak nadciąga jego koniec.
Wytatuowane dłonie splótł za plecami, poplamione krwią zarówno świeżą,
jak i taką, którą ledwie pamiętał. Pomieszczenie, w którym się
znajdował, mieściło się na wysokiej kondygnacji samotnej wieży
szturmowanej przez burzę tak samo jak on trapioną bezsennością. Drzwi
wciąż były zamknięte solidnie jak wrota skarbca. Wrota do jego serca
były zatrzaśnięte jeszcze mocniej.
Z wysokości zabójca studiował sunący w dole pochód, jego oczy miały
kolor szary jak burza na niebie. Postaci kluczące ku przedbramiu były
nieliczne, podobne do mrówek; maleńkie czarne kropki pełznące po
zamarzniętej równinie. Jednakże ich nadejście było ważną zapowiedzią,
wstrząsało kamieniami pod nim, jak żaden ziemski grom nie byłby w stanie, ich przybycie mówiło mu, że jego odejście jest rychłe. Że jego
gra, jak wszystko, co dobre, musi dobiec końca.
Château przebudził się już i bezśmiertni, którzy nazywali go domem,
zebrali się w całej swojej chwale, by zaimponować przybyłym. Niewolni
żołnierze zakuci w ciemną stal rozstawili się na blankowanych murach,
ich czarne peleryny zdobił symbol dwóch wilków i dwóch księżyców.
Wszędzie wzdłuż kolistych szańców płonące koksowniki lizały lodowate
powietrze, ozory płomieni były jaśniejsze od nędznego zachodu słońca. Na
najbardziej wewnętrznym dziedzińcu Cesarzowa Wilków i Ludzi czekała na
gości w otoczeniu swojego bezkrwistego dworu. Czaił się obok niej blady
historyk, którego czekoladowe oczy co rusz spozierały na zabójcę w oknie
wieży.
Niebo było czarne jak grzech.
Horyzont -?czerwony jak usta damy jego serca, kiedy ostatni raz ją
całował.
Zabójca powiódł kciukiem po wierzchu palców i po literach wytatuowanych
poniżej knykci.
-?Patience, chevalier -?wyszeptał.
II
Brama Sul Adair otworzyła się przy wtórze pieśni kruszącego się lodu i jęku zamarzniętych zawiasów.
Markiz Jean-François, historyk Krwi Chastain, stał po prawicy swojej
cesarzowej i patrzył, jak ogromna krata unosi się niczym katowski miecz.
Trzy inne kraty podniosły się wcześniej jedna po drugiej, otwierając
drogę przez cztery dziedzińce otoczone potężnymi szańcami z czarnego
żelazokamienia. Oblodzone koła zębate trzeszczały i jęczały, wiatry
ostre jak brzytwa wzbijały kurzawę szarego śniegu na długiej brukowanej
drodze prowadzącej poza zewnętrzne mury. Patrząc na drobne postaci
zbliżające się z jej końca, markiz przyłapał się na tym, że się krzywi.
Szron przywarł mu do rzęs, złote włosy chłostały go po twarzy, targane
przenikliwą wichurą. Denerwowały go -?kazałby swojej ochmistrzyni Meline
związać je należycie, gdyby miał czas, ale został obudzony przed
zmierzchem przez jednego ze sługusów matki, który dobijał się do drzwi
jego sypialni, jakby samo piekło przybyło. Jean-François podniósł głowę
znad krwawej uczty między udami Meline i warknął zirytowany tym
najściem, ale prawie nie siląc się na przeprosiny, niewolny chłopak w liberii cesarzowej poinformował go, że oczekuje się jego natychmiastowej
obecności na dziedzińcu. Jean-François ledwie zdążył otrzeć podbródek,
zanim rozbrzmiały dzwony sygnalizujące pojawienie się nadzwyczaj
szacownych gości. Narzucił jakiś odświętny strój z ciemnego jedwabiu i haftowany surdut z etolą z jastrzębich piór i zbiegł pospiesznie,
przeklinając nieobyczajność całej tej sytuacji.
Ci padlinożercy nie powinni przekroczyć ich progu przez jeszcze dwie
noce, ale na szczęście ich przedwczesne nadejście nie wywołało zbyt
wielkiego zamętu na dworze Margot. Zanim goście dotarli do zewnętrznych
murów, mała armia dworzan zgromadziła się na wielkich schodach château,
tworząc wokół swojej nestorki mur szkarłatnych jedwabi, czarnego futra i jasnego brokatu. Sama cesarzowa Margot prezentowała się, jak przystało
władczyni: nosiła olśniewającą suknię ze złotego aksamitu z czarną
koronką, siwe włosy miała związane z tyłu w zdobione klejnotami
warkocze, cztery ogromne czarne wilki siedziały przed nią w rzędzie.
Była drobną kobietą w średnim wieku, kiedy przeszła Przemianę, ale
długie stulecia obdarzyły Margot Chastain majestatem przyćmiewającym
wszystkich wokół. Jej skóra była jak najczystszy marmur, twarz niczym
bezkrwawa maska, oczy czarne jak piekło obserwowały nieruchomiejącą
wreszcie kratę.
Stojąc posłusznie u jej boku w śnieżycy, markiz przyglądał się tuzinowi
postaci jadących pod łukami przedbramia na zbieraninie niewolnych koni.
Nawiązywanie kontaktu ze zwierzętami było darem jego krwi, wyczuwał więc
wyczerpanie wierzchowców, poganianych przez siedem dni i nocy bez chwili
snu, żeby tu dotrzeć.
Zerkając z ukosa na swoją stwórczynię, Jean-François zastanawiał się od
niechcenia, czy rano jego cesarzowa kazała sługom umyć sobie stopy.
W końcu za chwilę będą je całować członkowie królewskiego rodu.
Przywódca jeźdźców zatrzymał wierzchowca, którego boki aż buchały parą,
i zsiadł. Śnieg zachrzęścił pod jego butami, gdy wylądował na bruku. Do
siodła miał przymocowany dwuręczny miecz prawie dwa razy dłuższy niż
wzrost człowieka, z rękojeścią ozdobioną ryczącymi niedźwiedziami. Jego
towarzysze zsiedli z koni, a przywódca zsunął kaptur i chłodnym wzrokiem
powiódł po niewolnych na ośnieżonych murach w szalejącej zawiei. Był
wysoki i w żadnym razie nie zwalisty, ale widząc straszliwą klingę,
Jean-François nie miał złudzeń co do siły ukrytej w tym żylastym ciele.
Przybysz miał długie i szare jak śnieg włosy, taka sama była jego broda,
oszroniona i targana wiatrem. Jasna jak lód skóra sprawiała wrażenie
stwardniałej jak u człowieka, który przez długie lata żeglował pod
prażącym słońcem, zanim przeszedł Przemianę. Z boku jego szyi wił się
wyblakły tatuaż dziewicy o nagich piersiach i rybim ogonie. Kiedy się
odezwał, Jean-François spostrzegł błysk złotych kłów w górnych dziąsłach
przybysza.
-?Margot Chastain z Krwi Chastain, najstarsza w swoim rodzie, priori
Pasterzy. -?Wampir skłonił lekko głowę. -?Pozdrawiam cię, kuzynko.
-?Żmiju Dyvok z Krwi Dyvok, pierworodny bezśmiertny synu Lilidh i obecny
priori Nieposkromionych. -?Margot uśmiechnęła się niemal
niedostrzegalnie. -?Witamy cię, kuzynie.
-?Uprzejmie dziękujemy za twe zaproszenie, lady Chastain, i za...
-?Cesarzowo.
Wampir zwany Żmijem zająknął się, kiedy Margot się odezwała.
-?Cesarzowo Chastain -?poprawiła go, uśmiechając się odrobinę cieplej.
Grzmot przewalił się po niebie. Żmij zerknął na Krewnych, z którymi
przybył. Mała grupka była w równie opłakanym stanie jak wierzchowce, na
których przyjechali. Był tam młody drab odziany w wybrudzoną w podróży
pelerynę z dziecięcej skóry -?na podstawie opowieści srebroświętego i jego siostry Jean-François wiedział, że nazywa się Rémille. Ładna
kobieta w szatach świątobliwej siostry; przysadzisty zbir z wąsami
dostatecznie długimi, żeby dało się go na nich powiesić; zasuszona
starucha, bezzębna, jeśli pominąć kły, które błyszczały w jej
poczerniałych dziąsłach; oraz garstka innych. Herb przedstawiający
wspiętego niedźwiedzia na strzaskanej tarczy zdobił ich ubiór i broń: a to klamrę pasa, a to głowicę miecza. To były niedobitki po ataku na Dún
Maergenn, pozostałości zniszczonego dworu, ostatki niegdyś potężnego
rodu.
Żałosny widok, pomyślał Jean-François.
Żmij spojrzał na Margot.
-?Wiele o tobie słyszałem, kuzynko, i zdaję sobie sprawę, że jesteśmy
gośćmi w twoim domu, więc ostrożnie będę dobierał słowa, lecz nawet
jeśli Margot jest cesarzową wilków i ludzi, to ja i moi podkomendni nie
należymy do żadnej z tych grup. Wywodzimy się z krwi potężnego Tolyeva.
Jesteśmy z Krwi Dyvok. Jesteśmy Nieposkromieni, lady Chastain. I przed
nikim nie klękamy.
Wśród dworzan rozeszła się fala niezadowolenia; zgromadzeni mrużyli
oczy, szeptem poniosły się pogróżki. Margot jednak tylko uśmiechnęła się
łagodniej.
-?Czas pokaże.
Wyciągnęła rękę do bliższego wilka, zwalistego samca imieniem Wierny.
Podniósł łeb, ciesząc się z dotyku cesarzowej muskającej pazurami jego
futro. Margot ani na chwilę nie spuściła wzroku ze Żmija.
-?Serce nam pękło na wieść o zamordowaniu twej matki. Wielką czułość
żywiliśmy dla hrabiny Lilidh. -?Uśmiech cesarzowej przygasł odrobinę. -
Mniejszą dla jej brata, Nikity. Niemniej śmierć priori to nie jest błaha
kwestia. Składamy nasze kondolencje, kuzynie, z powodu utraty nestora,
upadku stolicy i zniszczenia twego rodu.
Dyvoków zabolały jej słowa, ale żaden nie był na tyle głupi, żeby złapać
się na tę przynętę.
-?Dziękujemy za twoją dobroć, kuzynko. -?Żmij zacisnął zęby. -?I za
szansę wymierzenia sprawiedliwości temu, który splamił się krwią
Dyvoków.
Margot zamrugała. Jej czarne oczy zabłysły.
-?Sprawiedliwości?
-?W swoim zaproszeniu... wspomniałaś, że pojmałaś psa, który zabił
potężnego Tolyeva na Szkarłatnej Polanie. Który poprowadził atak na Dún
Maergenn. Który zamordował dziesiątki moich pobratymców, wśród nich moją
rodzicielkę. -?Żmij rozejrzał się po bezśmiertnych dworzanach, a w jego
tonie pojawiła się ostra nuta, gdy błysnął złotymi kłami. -?Czy
przetrzymujesz Gabriela de León? Czy też wyprawiliśmy się do tej
parszywej nory na darmo?
-?Zapominasz się, Dyvok.
Jean-François spojrzał na tę, która się odezwała. Stała wśród Krewnych
na lewo od Margot: wysoka, piersiasta kobieta, która długie włosy w kolorze blond nosiła splecione w przetykaną złotem koronę nad czołem, a na to spotkanie włożyła aksamitną suknię rozlewającą się powodzią
szkarłatu na ziemi. Pod pachą trzymała maleńki kłębek jasnego puchu -
psa ledwie godnego tego miana.
-?Ta parszywa nora to najbardziej niezwyciężona forteca w całym
Elidaenie -?oznajmiła. -?A cesarzowa, przed którą nie chcesz uklęknąć,
to obecnie najstarsza Krewna na świecie. Jeśli nie wierność, to jesteś
winien wielkiej Margot przynajmniej szacu...
-?Wicehrabino.
Margot nie oderwała wzroku od Dyvoków, ale jej chłodny ton natychmiast
uciął wykład młodszej wampirzycy. Jean-François uśmiechnął się, kiedy
wicehrabina ukłoniła się i pogrążyła w grobowym milczeniu.
-?Istotnie mamy w swojej pieczy Czarnego Lwa -?potwierdziła cesarzowa
Margot, ponownie uśmiechając się do Żmija. -?Dzięki pomysłowości naszej
rozmownej wnuczki, Nicolette. Jednakże nie dla kiczowatych pokazów
sprawiedliwości śmiertelników zaprosiliśmy was do swego domostwa.
Żmij skrzywił się, lecz trzymał język za zębami.
-?Te wojny między naszym rodzajem a owcami wykrwawiły cesarstwo tak, że
pobielało niczym śniegi z dawnych dni -?ciągnęła Margot. -
Parweniuszowscy krwawi panowie wycinają sobie maleńkie lenna i toczą
spory o to, co jeszcze się ostało. Brudnokrwiści grasują
niekontrolowani, z każdą nocą ich gnijące zastępy rosną w siłę. A ten,
który tytułował się naszym Wiecznotrwałym Królem, został zabity. Jeśli
nasze wielkie rody nie dojdą do porozumienia, wszyscy dołączymy wkrótce
do Fabiéna na brzegach piekła. A jeżeli o mnie chodzi, to nie płonę z niecierpliwości, by odpokutować za swoje winy w Domach Upadłych.
Żmij zacisnął zęby.
-?Ani ja, lady Chastain.
-?Zatem nie frasuj się, kuzynie. Raptem stulecie albo dwa przemierzasz
te ziemie na bezśmiertnych stopach, ale twa rodzicielka była prawdziwą
ancien i dobrze wiesz, jak święta jest Uprzejmość oferowana przez
nestorów. Ty i twoi pobratymcy jesteście mile widziani w Sul Adair.
Wszyscy co do jednego jesteście naszymi honorowymi gośćmi. Wiatr
przynosi nam wieści, że Kariim Pająk się zbliża, a Żelazna Dziewica
powinna przybyć przed Świętem Pani. Kiedy już priorem Ilonów i Vossów
zasiądą obok ciebie przy moim stole, zdecydujemy, jak będziemy władać tą
nową nocą. -?Uśmiech Margot był lodowaty jak pocałunek zimy. -?I kto
przed kim uklęknie.
Żmij zacisnął usta niknące w zamarzniętej brodzie, zerknął jednak
przelotnie na zbieraninę swoich dworzan i skinął głową, jak przystało na
króla-żebraka.
-?Prawdę powiadasz, kuzynko. Nie ma fałszu w słowach o mądrości priori
Krwi Chastain. Niestety w jednej kwestii muszę z żalem zaprotestować.
-?Proszę, zachowaj zimną krew, priori. Zaspokoisz swą żądzę zemsty, nie
wątp w to. Czarny Lew zabawi nas jeszcze odrobinę, ale wkrótce jego
kielich wyschnie. Pozwolimy ci patrzeć, jak jego gardło ostatecznie
zostanie poderżnięte.
-?Dziękuję, pani. -?Żmij przy tych słowach ukłonił się, jak należy, a dworzanie poszli w jego ślady. -?I będziemy rozkoszować się należytą
karą. Jednak to nie kwestia de Leóna budzi mój sprzeciw, ale ocena pory
przybycia twoich pozostałych gości.
-?Doprawdy? -?zdumiała się cesarzowa.
-?Być może śnieżyce uziemiły twoich szpiegów, kuzynko, ale nie
spowolniły Żelaznosercych. Jeśli spodziewasz się ich nadejścia przed
końcem tygodnia, to nie doceniasz determinacji, z jaką pragną pomścić
swojego stwórcę. Dostrzegliśmy ich po drodze i powiadam ci: Kestrel i jej dwór zapukają do twoich drzwi przed Świętem Pani.
Margot zachowała beznamiętną twarz i tylko raz skinęła głową, jakby
nowina o rychłym przybyciu Żelaznosercych miała taką wagę jak piórko.
Jednakże zerkający z nienawiścią na szalejącą zawieję Jean-François
doskonale zdawał sobie sprawę z powagi tych wieści.
-?Chodźcie -?powiedziała Margot, wskazując okute żelazem drzwi do
wspaniałej fortecy. -?Musicie być spragnieni po tak długiej podróży.
Wejdźcie i czujcie się jak u siebie, dzieci Krwi Dyvok. Nie obawiajcie
się niczego. Krew Chastain zadba, by wasze pragnienie zostało stosownie
zaspokojone.
Gromada Nieposkromionych raz jeszcze się ukłoniła, dworzanie Margot
rozstąpili się jak czarne wody, a niewolni wybiegli na śnieżycę, żeby
zająć się wierzchowcami. Sami Dyvokowie czekali jednak uprzejmie -
synowie i córki Lilidh nie byli niezdyscyplinowanym motłochem. Żmij
pochylił głowę, wskazując twierdzę.
-?Pani przodem.
-?Jakże rzadko widuje się dżentelmenów w tych bezsłonecznych dniach...
Musisz jednak nam wybaczyć, priori. Sprawy wagi państwowej domagają się
naszej uwagi. Jesteśmy przekonani, że znasz brzemię, jakie musi dźwigać
nestor. Nawet mając tak imponujące ramiona jak twoje.
Żmij skinął głową.
-?Zatem w twierdzy poczekam na rozkosz twego towarzystwa, pani.
Uśmiech cesarzowej był mroczny jak trucizna.
-?Niezbyt długo. -?Margot zerknęła na dopiero co gadatliwą wicehrabinę
stojącą na lewo od niej. -?Wskaż naszym gościom drogę do jadalni,
Nicolette. Wkrótce do was dołączymy.
Z oschłym skinieniem głową i szelestem czerwonego aksamitu Nicolette
wspięła się po ośnieżonych schodach, prowadząc Dyvoków przez ogromne
drzwi ozdobione okuciami w kształcie walczących aniołów. Za nimi ruszyli
dworzanie Margot, procesja jadowitych szeptów i spojrzeń jak sztylety.
Jean-François został z cesarzową, przyglądając się fasadzie twierdzy.
Wspaniałe, wysokie jak drzewa okna z witrażami, przypory, iglice
przeszywające wieczorne niebo.
Chociaż mieszkał tu od dekady, wciąż pozostawał pod wrażeniem skali tej
budowli. Wicehrabina powiedziała prawdę: Sul Adair -?w języku
s?dhaemskim "Czarna Wieża" -?była najpotężniejszą twierdzą w królestwie,
odkąd Augustin upadło. Co najmniej tuzin różnych armii rozbił się jak
tanie gliniane dzbanki na tych murach w ciągu stuleci, a potężne
wzniesienie, na którym zbudowano fortecę, zasłynęło jako Akhiv Dha
Th'oth -?Góra, Która Wypija Żołnierzy. Niegdyś zamek chronił kopalnie
złotoszkła w Lashaame i Raa, wielkie miasto portowe Asheve, teraz
jednak...
-?Na co czekasz, dziecię?
Jean-François zamrugał zaskoczony i odwrócił się do cesarzowej. Margot
stała pośród śniegu, o całą głowę niższa od niego, a mimo to górowała
nad nim. Krewni nie mogli wybierać, która z ich ofiar otrzyma Dar, i Jean-François wiedział, że wielu mieszkańców Sul Adair szepcze, iż
mroczna matka rozpieszcza swojego najmłodszego syna. Jednak teraz, gdy
na niego patrzyła, wydawała się zimniejsza od wszelkiej zawiei, a jej
oczy były równie ciemne jak lochy pod twierdzą. Ognie płonące na murach
na przekór zawiei rzucały długie cienie na ziemię, a kiedy Margot
spojrzała na Jean-François, wydawało się, że cienie te pociemniały i wykrzywiły się, jakby ciemność między nimi falowała i zniekształcała
się, podczas gdy jej wzrok wypijał go, jak pustynia wypija deszcz.
-?Matko? Co...
-?Ta burza nas oślepia, jeśli jednak ten głupiec powiedział prawdę,
zaledwie kilka obrotów księżyców może dzielić Kestrel Voss od progu
naszego domu. Chociaż ten Żmij to żebrak przebrany za króla, Żelazna
Dziewica nie jest ubogą sierotą. Kestrel jest najstarsza spośród
Żelaznosercych, zaprawiona w walce, prawdziwa Księżna Wieczności. I zbliża się, synu.
Jean-François zerknął w okno na wieży, zaciskając zęby. Wyczuwał na
sobie spojrzenie szarych jak burza oczu, wspomniał palce zaciśnięte na
gardle, sięgnął dłonią do fularu, muskając wciąż gojące się pod nim
rany. W górze przetoczył się grzmot.
-?De León -?powiedział.
-?I jego siostra. Coś więcej kryje się w ich opowieści, markizie. Armia
Księżycowych Tronów, upadek Dún Maergenn, odkrycie straszliwej Maryn w podziemiach miasta, bitwa pod Charbourgiem, los Graala...
-?To kłamcy, matko -?warknął markiz. -?Od pierwszej nocy naszej rozmowy
de León powtarzał zawzięcie: "Kielich został zniszczony. Graala nie ma".
Płakał, relacjonując śmierć Lachance z rąk Lilidh. A godzinę później
jego siostra wyznała, że Graal przebudził się w grobie, gdzie go
pochowano, cały i zdrowy.
-?Zatem jej koniec jeszcze nie pojawił się w jego opowieści. -?Margot
opuściła podbródek, świdrując markiza wzrokiem. -?A ja poznam ją do
końca.
-?Ostatni Srebroświęty i Ostatnia Liathe to żmije wypełnione tą samą
ohydną trucizną. Ich umiłowaniu do fałszu dorównuje tylko ich wzajemna
dla siebie nienawiść.
-?Więc to wykorzystaj.
Cienie wykrzywiły się jeszcze bardziej, ponad wyciem wiatru poniósł się
słaby krzyk, kiedy cesarzowa Chastain zrobiła krok w stronę swojego
najmłodszego potomka.
-?Żelazna Dziewica i Pająk zbliżają się. Ich pośpiech wiele mówi o sile
ich pragnienia. Wciąż jednak potrzebujemy przewagi, jeśli oczekujemy, że
ugną przed nami kolano, a de León i jego przeklęta siostra mogą nam ją
zapewnić. W jakim celu Wiecznotrwały Król pragnął zdobyć Dior Lachance?
Dlaczego chciał jej żywej? Jeśli rzeczywiście była kluczem do
zakończenia bezdnia, to jakim cudem słońce wciąż jest obleczone w szary
całun, a jutrzenka nadal przywdziewa koronę zmierzchu?
Margot zamilkła, napierając spojrzeniem na swojego historyka; niewiele
brakowało, żeby pod tym wzrokiem padł na kolana. Kiedy jednak grom
rozdarł niebo, wyciągnęła rękę, zbyt szybko, by nadążył za tym ruchem
wzrok śmiertelnika, i położyła dłoń na jego nieskazitelnym policzku.
-?De Leóna wciąż łączy z tobą więź, mój bladolicy adonisie. Jego duma i nienawiść do siostry załatwią resztę. Posłuż się nim, Jeanie-François,
obiecaj mu świat. Zdobądź tylko to, czego potrzebuję. Prawdę leżącą u korzeni upadku Graala, klęski Niewiernych, złamania nieszczęsnego serca
naszego Lwa.
Delikatnie przycisnęła dłoń do jego skóry. Przebiegł mu dreszcz po
kręgosłupie, kiedy jej palce przesunęły się ku zranionemu gardłu.
-?I nie ociągaj się, dziecię.
Jean-François przełknął ślinę, powoli kiwając głową.
-?Wedle rozkazu mojej cesarzowej.
Dłoń Margot opadła jak suche liście. Cesarzowa weszła po schodach przy
akompaniamencie grzmotu, a wilki ruszyły za nią. Markiz został sam
pośród śnieżycy.
Dotknął szyi.
Spojrzał w górę na obserwującą go postać.
Zacisnął zęby i wszedł do środka.
III
Pokonał połowę schodów w wieży, kiedy uderzyła go woń krwi.
Rzecz jasna nie był to rzadki aromat w twierdzy pełnej potworów, a zmysły Jeana-François były tak wyczulone, że wychwytywał zapach uczty
trwającej w jadalni. Mimo gromów na zewnątrz i chóru Margot wewnątrz
budynku dało się usłyszeć pomruk jedwabistych głosów i wtórujących im
urywków śmiechu w oddali. Historyk wspinał się po schodach, ale
miedziano-słodki bukiet świeżej krwi ciągnął go w dół. Jean-François
obejrzał się przez ramię na Meline, która jak zawsze szła trzy kroki za
nim. Dostrzegł, że krzywi się na wspomnienie przerwanej wcześniej tego
popołudnia jego własnej uczty. Mimo że towarzyszył im oddział
niewolnych, markiz rozważał myśl, czy nie zedrzeć sukni ze swojej
ochmistrzyni tu i teraz, na schodach, i nie skończyć tego, co zaczął,
kiedy nagle poczuł zapach napływający z wyższych pięter wieży.
Żelaziście jasny. Ciężki jak ołów.
-?Dario -?dotarło do niego.
Meline zjeżyła się na dźwięk tego imienia i zacisnęła usta w grymasie
nadąsania. Jean-François nadal pamiętał jej zazdrość, kiedy wicehrabina
Nicolette podarowała mu chłopca. Oczywiście nie był to dar płynący z dobrego serca -?cesarzowa Margot była niezadowolona z zachowania
wicehrabiny podczas jej ostatniej wyprawy do Talhostu i Nicolette
liczyła na dobre słowo wyszeptane do ucha Margot w zamian za chłopca.
Była jego siostrzenicą krwi, a Dario był tak piękny, że markiz nie
znalazł w sobie dość siły woli, by odmówić. Teraz jednak zastanawiał
się, ile zostało z jego najnowszego niewolnego.
Lwy rzadko obchodzą się łagodnie ze zwierzyną.
Bezgłośnie jak kot historyk pokonał ostatnie schody i otworzył drzwi
celi. Przy oknie stała postać z rękami złożonymi za plecami i umazanymi
świeżą krwią. Spojrzawszy na kominek, Jean-François dostrzegł źródło tej
krwi -?leżało przy ogniu jak zmięta szmata: przystojny młodzian, ledwie
dwudziestoletni, ciemne włosy rozsypane na ziemistych policzkach. Krew
krzepła w dwóch bliźniaczych dziurkach w jego gardle.
Jean-François podszedł do kominka i stanął nad leżącym niewolnym.
Chłopak wyglądał jak trup, ale dzięki ledwie wyczuwalnemu biciu jego
serca wampir zorientował się, że...
-?Nie zabiłeś go.
Postać zesztywniała na dźwięk głosu markiza, ale nie raczyła się
odwrócić.
-?Oczywiście, że go nie zabiłem.
-?Nie miałbym nic przeciwko temu.
Postać spiorunowała go wtedy wzrokiem, oglądając się przez ramię.
-?Oczywiście, że nie miałbyś.
Jean-François złapał się na tym, że uśmiech wykrzywia mu usta na widok
rozwścieczonego Lwa. Ciemne skóry otulały potężną sylwetkę, włosy
opadały na plecy ciemnymi jak atrament falami, szeroką i ostrą jak
szpadel szczękę przyprószył zarost. Dwie blizny znaczyły mu prawy
policzek jak identyczne łzy. Oczy miał szare jak ocean przed sztormem,
skórę w odcieniu popiołów cesarstwa, a nad przepysznym łukiem ust
malowała się ciemna i rozkoszna smuga grzechu.
Gabriel de León.
Ostatni Srebroświęty.
Słodka Matko-Dziewico, czego Jean-François by nie oddał...
-?Wezwać pomoc, markizie?
Jean-François obejrzał się na drzwi, gdzie dowódca jego oddziału
niewolnych stał w progu obok Meline. Kapitan Delphine był ogromnym
mężczyzną, ciemną brodę nosił przyciętą w szpic, wąskie pasmo włosów
między głębokimi zakolami zaczesywał gładko do tyłu. Wbijał wzrok w srebroświętego, nie zdejmując dłoni z rękojeści miecza. Jednak de León
już odwrócił się z powrotem do okna.
-?Chwileczkę, capitaine -?odpowiedział markiz. -?Merci.
Uniósł nadgarstek do ust i zagryzł mocno. Popłynęła krew, kleista i powolna; namiętność rozpalona w łożu już stygła w jego żyłach. Kiedy
jednak przyklęknął i przycisnął nadgarstek do ust leżącego niewolnego,
chłopiec natychmiast otworzył oczy. Źrenice skurczyły mu się do
punkcików, kiedy chwycił rękę i zaczął pić łapczywie, zachłannie i moc
krwi markiza wywlekła go z powrotem z zimnej ciemności, w którą się
osunął.
A dokładniej -?ciemności, w której go porzucono, kiedy srebroświęty
zrobił już swoje.
Jean-François spojrzał na Gabriela. Żelazisty zapach krwi zawisł między
nimi. Markiz czuł, jak puls Dario dudni, gdy chłopak pije, i rozkoszował
się tą słodką uległością -?zarówno młodzieńca leżącego pod nim, jak i starszego mężczyzny, który uporczywie wyglądał przez okno, udając, że
nie nasłuchuje.
-?Spokojnie, mój miły -?szepnął Jean-François, odgarniając Dario włosy.
-?Wysuszysz mnie do cna. Mam pracę do wykonania tej nocy.
Niewolny udał, że nie słyszy. Chciwie pił i pojękiwał.
-?Dość! -?syknął Jean-François, zabierając rękę.
Dario zamrugał zdumiony jak noworodek wybudzony ze snu. Kiedy jego
zaspany wzrok padł na srebroświętego przy oknie, musiał stłumić drżenie.
Jednak patrząc w oczy markiza, rozciągnął mokre od krwi usta w rozmiłowanym uśmiechu.
-?Mój panie -?szepnął.
-?Cicho już, słodkie stworzenie. Twój pan tu jest i wszystko będzie
dobrze. -?Jean-François zerknął na niewolnego capitaine. -?Zabierz go do
mojej sypialni, Delphine. Dopilnuj, żeby go napojono i nakarmiono.
Żadnych obowiązków dzisiaj. Mój dzielny młody piękniś zasłużył na
odpoczynek.
Capitaine skinął głową na swoich ludzi, którzy podeszli do kominka i pomogli Dario wstać. Chłopiec nadal sprawiał wrażenie słabego jak nowo
narodzony źrebak. Głód Gabriela może i go nie zabił, ale wyglądało na
to, że niebezpiecznie blisko zbliżył się do tej granicy.
Meline patrzyła, jak Dario jest wyprowadzany z pokoju. Z grymasem
postawiła na okrągłym stoliku świeże kielichy, nową butelkę monéta i jarzącą się kulę chymijną między nimi. Kładąc wielką, oprawną w skórę
księgę na jednym ze zbytkownych foteli, odwróciła się do Jeana-François,
splatając przed sobą palce jak przeorysza do modlitwy.
-?Czy pragniesz jeszcze czegoś, panie?
-?Nie jestem pewien. -?Jean-François spuścił koronkowy mankiet na
zakrwawiony nadgarstek, nie odrywając oczu od postaci przy oknie. -?A ty
pragniesz czegoś jeszcze, Gabrielu?
-?Niech cię diabli wezmą -?warknął srebroświęty. -?Niech cię porwą
prosto do piekła.
-?Myślę, że to życzenie może się spełnić. Jeśli kiedykolwiek będę na
tyle głupi, żeby umrzeć. -?Jean-François zerknął na Meline i uśmiechnął
się blado. -?Dopilnuj, żeby Dario niczego nie zabrakło, moja droga, ale
potem wróć szybko. Będę cię potrzebował przed końcem tej nocy. -
Spojrzał na postać przy oknie, krzywiąc rubinowe usta. -?Obaj możemy cię
potrzebować.
Oddech Meline przyspieszył, podobnie jak puls pod bladą powierzchnią
gardła. Dygnąwszy nisko i zerknąwszy przelotnie na splamione krwią ręce
srebroświętego, wymknęła się z pokoju. Jean-François usłyszał szczęk
zamka i ciche tętno żołnierzy Delphine'a czających się za drzwiami. W okamgnieniu, z nienaturalną szybkością zajął miejsce w jednym z zabytkowych foteli i położył na kolanach oprawny w skórę tom.
-?Usiądziesz? -?Wyjął zza pazuchy drewniany piórnik, a z niego gęsie
pióro zakończone złotem. -?Czy też za bardzo dręczy cię sumienie, żebyś
pozwolił sobie na chwilę wytchnienia?
Gabriel de León nie odpowiedział, nadal patrząc przez szybę.
-?Nie wstydź się swojego głodu, Gabrielu. Jak wszystko co w niebie i na
ziemi, i on istnieje z woli Boga. -?Jean-François wyjął buteleczkę
atramentu z kieszeni surduta i ją odkorkował. -?A że stworzył cię na
swoje podobieństwo, twoja choroba jest ledwie cieniem jego własnej, mon
ami. Bowiem żaden z nas nie jest równie żądny krwi jak sam władca nieba.
-?W tej kwestii, wampirze, jesteśmy całkowicie zgodni.
-?Siadaj zatem. Moja cesarzowa pragnie poznać finał. Usiądź i porozmawiaj ze mną. Nie folguj poczuciu winy z powodu cierpienia, jakie
zadałeś chłopcu. Jestem pewien, że ta mała flądra doskonale się bawiła.
-?Jean-François uśmiechnął się jadowicie. -?Niewątpliwie rozkoszuje się
bólem, jaki ja mu sprawiam.
-?Pierdolone potwory. Wy wszyscy.
-?Oui. Jednak potwory nie mogą zmienić swojej natury, tak samo jak nie
może zmienić jej człowiek.
Spojrzeli wtedy sobie w oczy, szarość burzy napotkała ciemny brąz
czekolady.
-?Płacisz bestii, co jej się należy. -?Jean-François uśmiechnął się.
-?Albo sama to z ciebie wyrwie. -?Gabriel westchnął.
Jean-François patrzył spod ciężkich powiek oczami rozżarzonymi niczym
węgielki na Ostatniego Srebroświętego, jak odwraca się od okna i siada.
Nie dało się zaprzeczyć gracji Gabriela de León; nie była równie
odwieczna jak gracja Margot, przepełniała ją drapieżność i żywotność,
dudniła życiem i żarem. Miał ręce wojownika i oczy myśliwego. Wpatrywał
się nimi w twarz markiza, gdy sięgnął po butelkę monéta i wytatuowanymi
palcami wyjął korek.
-?Dyvokowie przyjechali.
Jean-François otworzył księgę i wygładził świeżą stronę.
-?I co w związku z tym?
-?I w związku z tym twojej cesarzowej kończy się czas.
-?Czas nic nie znaczy dla żyjących poza czasem.
-?Słyszałem plotki. Margot zwołała konwokację jeszcze przed bitwą pod
Augustin. Zgromadzenie priorem, żeby zdecydować o losie cesarstwa. -
Srebroświęty napełnił kielich po brzegi, plamiąc powietrze mrocznym
aromatem wina. -?Czy to Żmija dostrzegłem z góry? Nieposkromieni
ostatnimi czasy nie mają już spośród kogo wybierać. Jak twoja cesarzowa
go tu ściągnęła? Obietnicą zemsty za Maergenn? Zrobi się bałagan, kiedy
Vossowie zaczną domagać się tego samego.
-?To nie twoje zmartwienie, mon ami.
-?Oui, to twoje zmartwienie. Bo jeśli wszystkie pijawki, które wkurzyłem
przez lata, zaczną ustawiać się w kolejce przed drzwiami twojej
cesarzowej, oczekując przyjemności zakończenia mojego życia, w jej
klepsydrze może zabraknąć piasku. Margot chce poznać historię Graala. Ty
zaś skłoniłeś mnie do tej długiej rozmowy, grożąc mi głodem. A teraz nie
masz już na to czasu.
Grzmot wstrząsnął murami. Jean-François przesunął piórem po
uśmiechniętych ustach.
-?Możemy obmyślić inne tortury, srebroświęty. O wiele szybsze w wymierzaniu i o wiele bardziej raniące. Jednak obietnice, jakimi moja
cesarzowa ściągnęła te muchy do swojej pajęczyny, nie są istotne. To cię
może zszokować, Gabrielu, ale Margot zdarzało się czasem kłamać. Jeśli
twoja opowieść ją zadowoli, nie ma powodu, żebyś nie dożył swych dni
jako jej honorowy gość. -?Obrzucił srebroświętego mrocznym spojrzeniem
od stóp do głów. -?Pomyśl o tym. Żyć tu, w Sul Adair, składając
rozkoszny hołd najmroczniejszym bogom, zaznać błogiej...
-?Przestań pieprzyć, wampirze. Obaj wiemy, że już jest po mnie. Nawet
gdyby Margot raczyła darować mi życie, ono już mnie ma. Już mnie
posiadło.
Ostatni Srebroświęty pochylił się ku światłu i za burzową szarością jego
oczu Jean-François dostrzegł błysk -?dług, który trzeba spłacić za
wszystkie lata krwi i grzechu w ramionach oblubienicy. Przekleństwo.
Szaleństwo, jakie czeka na każdego bladokrwistego.
-?Sangir? -?mruknął Jean-François.
-?Czerwone pragnienie. -?Srebroświęty skierował udręczone spojrzenie
przed kominek, gdzie wcześniej porzucił Dario, i załamał drżące ręce. -
Ten chłopiec... Na Siedmioro Męczenników, ledwie się powstrzymałem.
Sangir? zawładnie moim umysłem, głód będzie władał moim sercem. Nie
zostanie nic poza bestią. Na końcu tej drogi nie czeka mnie rozkoszne
życie, tylko szaleństwo. Zepsucie. Od zawsze zabijałem potwory. I niech
mnie diabli wezmą, jeśli pozwolę sobie stać się jednym z nich. -?Porwał
kielich i opróżnił go jednym haustem. -?Wolę już, żebyś nakarmił mną
Dyvoków.
-?Szkoda by było. -?Markiz popatrzył na wytatuowane ręce, splamione
krwią usta i wreszcie w oczy srebroświętego. -?Ktoś inny mógłby ci dać o wiele piękniejszy koniec.
-?Nie zawsze dostajemy to, czego chcemy, historyku.
-?Ty wciąż jeszcze możesz. Jeśli powiesz mi, czego pragniesz.
Ostatni Srebroświęty wbił wzrok w ziemię i wydawało się, że trwa tak
całą wieczność. Hymn odległego grzmotu dźwięczał za oknem, światło
chymijnej kuli zabłysło w jego oczach, gdy odstawił puchar. Kalejdoskop
martwych motyli poderwał się do lotu w brzuchu Jeana-François, kiedy
Gabriel pochylił się tak blisko, że czuć było zapach wina w tchnieniu
jego szeptu:
-?Celene.
Markiz zamrugał zaskoczony.
-?Ale co, Celene?
-?Chcę patrzeć, jak światło gaśnie w jej oczach -?warknął Gabriel. -
Chcę widzieć jej przerażenie, kiedy wpadnie do piekła, które na nią
czeka. Chcę zobaczyć, jak ta zdradliwa maciora umiera, Chastain.
Jean-François zacmokał z niesmakiem.
-?Ejże, ejże, ileż w tym urazy.
Gabriel odchylił się. W jego gorzkim uśmiechu zalśniły kły, kiedy
napełniał kielich.
-?To wymagało wielkiej miłości, żeby znienawidzić ją tak bardzo jak ja.
-?Aż się człowiek zastanawia, czym Ostatnia Liathe zasłużyła sobie na
taką nienawiść.
-?Nie wątpię. A ta opowieść będzie miała swoją cenę. Reszta mojej
historii. Mojej i Dior. Bitwa pod Augustin. Masakra w Charbourgu.
Ostateczna zdrada. Dam ci twoją przeklętą historię, Jeanie-François, ale
ty dasz mi gardło mojej siostry.
Potwór i mężczyzna spojrzeli sobie w oczy ponad napełnionym złotym
pucharem.
-?Myślę, że to da się załatwić, Gabrielu.
Ostatni Srebroświęty skinął powoli głową. Spojrzał znowu na chymijną
kulę. Blada ćma wynurzyła się z jakiegoś mrocznego kąta jego celi i zaczęła uderzać skrzydłami w szkło. Powiódł za nią wzrokiem, gdy tłukła
się bezsilnie o zakrzywioną, lśniącą powierzchnię, zatracona w blasku
fałszywej gwiazdy.
-?Nie jesteś spragniony, zimnokrwisty? Obawiam się, że czeka nas bardzo
długa noc.
Jean-François zanurzył pióro w kałamarzu.
-?Nie brak mi cierpliwości.
Srebroświęty zaśmiał się, ale zaraz jego uśmiech zgasł.
-?Kiedyś i ja ją miałem. -?Westchnął i przesunął kciukiem po palcach
poniżej knykci. -?I ja ją miałem.
I
Prezenty pożegnalne
-?Celene powiedziała ci, że nie zostałem na pogrzebie Dior.
-?Oui. -?Jean-François uniósł smukłą dłoń w ostrzegawczym geście. -
Zanim jednak znowu pogrążysz się w ckliwych lamentach, myślę, że
uczciwie byłoby ostrzec cię, że wspomniała także, iż Lachance nie
zginęła w bitwie o Dún Maergenn. Trzy dni później, po tym, jak ciało
pochowano w grobowcu Matki-Dziewicy, Święty Graal otworzył ponownie swe
niebieściutkie oczęta. Oszczędź więc swoje łzy dla trubadurów.
-?Trzy dni. -?Gabriel pokręcił głową. -?Równie dobrze mogło upłynąć całe
życie.
-?Rozumiem, że nie dowiedziałeś się zbyt rychło o tym powrocie do życia?
-?Już dawno mnie tam wtedy nie było.
-?Jakie to wygodne.
Srebroświęty posłał markizowi ostre spojrzenie, zatrzeszczał ściśnięty
podłokietnik.
-?Nie było w tym niczego wygodnego, ty bezduszny kutasie. Myślałem, że
ona nie żyje! Rozumiesz to? Du kurwy nędzy, na Boga Wszechmogącego,
kiedy myślę o piekle, jakie przeszedłem, o cierpieniu na myśl, że ta
dziewczyna odeszła, bo zawiodłem ją jak moją córkę, jak moją żonę, jak
każdą inną duszę na tym zapomnianym przez Boga padole łez, jaką
KIEDYKOLWIEK KOCHAŁEM...
-?Spokojnie, Gabrielu.
Srebroświęty stał, zaciskając pięści. Jean-François słyszał serce walące
mu w piersi, zapach krwi i żelaza wypełniał powietrze. Siedział z nogą
założoną na nogę, starając się sprawiać wrażenie pogodnego. Jednakże
cień ataku Gabriela z pierwszej nocy ich rozmowy zawisł nagle między
nimi, a Jean-François nadal miał blizny na ciele.
-?Delphine czeka za drzwiami wraz z oddziałem uzbrojonych niewolnych. -
Wampir skinął piórem. -?I jeśli dasz mi powód, żeby go wezwać, obawiam
się, że nie obejdzie się z tobą łagodnie. -?Pochylił się i szepnął
konspiracyjnie: -?Niebiosa jedne wiedzą, czemu dobry capitaine za tobą
nie przepada.
Gabriel zapanował nad gniewem, odetchnął głęboko i zapadł się ponownie w fotelu. Upił łyk wina i skrzywił się.
-?Serce mi pęka, kiedy to słyszę.
-?Nie potrafię nawet wyobrazić sobie twojego cierpienia. -?Jean-François
odpowiedział takim samym uśmiechem, przewracając oczami. -?Ale skoro już
mowa o pękniętym sercu, to jak to możliwe, że wieść o cudownym
zmartwychwstaniu Graala nie dotarła do ciebie? Jak daleko mogłeś się
oddalić, zanim szelmowski mały trupek wywlekł się ze swojego grobu?
-?Powiedziałbym ci, żebyś zapytał Celene i przekonał się, czy kłamstwa,
którymi cię karmi, pasują do tych, jakie mi wysyczała. Jednak nigdy nie
pozwól, żeby dwa razy ukąsił cię ten sam wąż, wampirze. -?Gabriel
wzruszył ramionami. -?Pewnie ostatecznie nie ma to znaczenia. W tamtym
czasie wiedziałem tylko, że dziewczyna, którą przysiągłem chronić,
została zamordowana na moich oczach. W dodatku z mojej winy. Tak samo
jak moja Patience.
Srebroświęty przesunął kciukiem po wytatuowanym na palcach imieniu.
-?Wiesz, zawieść ukochaną to jedno, ale zawieść własne dziecko to coś
całkiem innego. Nie pojmujesz głębi tego uczucia, będąc tym, kim jesteś.
Kiedy jednak decydujesz się sprowadzić na ten świat życie, idzie za tym
obietnica. Sięgająca szpiku kości. Poczułem ją w sobie, kiedy tylko
wziąłem Patience na ręce.
Pokręcił głową ze zdumieniem i szeptał dalej:
-?Boże, była taka maleńka. Bałem się, że zrobię jej krzywdę. Nie
chciałem jej wziąć na ręce, kiedy Astrid próbowała mi ją podać.
Zrozumiała jednak. Znała mnie lepiej, niż znałem sam siebie. I kiedy
wepchnęła mi to małe ciepłe zawiniątko na ręce, poczułem, jak zgroza we
mnie... topnieje. Stopiła się, zagotowała i stwardniała w stal takiej
determinacji, że rozcięłaby ziemię na dwoje. Łatwiej jest, gdy
nienawidzisz tego, z czym walczysz, ale o wiele lepiej jest kochać to,
czego bronisz. Patrząc w oczy mojego dziecka, wiedziałem, że zrobiłbym
wszystko, żeby zapewnić mu bezpieczeństwo. Wszystko. To samo obiecałem
Dior. Powiedziałem, że wywalczę sobie drogę powrotną z otchłani, żeby
stanąć u jej boku. Nie rozumiałem, jak bardzo wtedy tego potrzebowałem.
Nie dostrzegałem pustki w sobie, którą ta dziewczyna powoli wypełniała.
Ale po wielu wspólnych milach i przejściach Dior Lachance zaczęła
znaczyć dla mnie tyle samo co córka, którą kiedyś trzymałem na rękach. -
Pokręcił głową i odetchnął głęboko. -?I zawiodłem je obie. Pożegnałem
się z nią. Zakradłem się do zimnej komnaty, gdzie położono ją na noc
przed pogrzebem. Dawno już minęła godzina duchów, wygłodniałe wiatry
wyły pośród ruin Maergenn, a chaos bitwy zastąpiła gorzka świadomość,
jaką cenę przyszło nam wszystkim zapłacić. Aaron odjechał z Baptiste'em,
żeby spróbować odszukać iskrę miłości pośród popiołów. Lachlan zbliżał
się do dna butelki i szukał pociechy w mętach; przeżył jako jedyny ze
srebrnego oddziału, który sprowadził na pomoc Dior. Phoebe została ze
swoimi, płacząc nad trupem męża, którego straciła, odnalazła i znowu
straciła.
-?A Celene?
-?Pieprzyć Celene -?warknął Gabriel, przesuwając wytatuowanymi knykciami
po ustach. -?Wiedziała od samego początku. O Odkupicielu. Jego klątwie.
Syn Boga, którego czciła, ściągnął to piekło na nas wszystkich, a ona
nadal chciała przed nim klękać. Wbiła mi nóż w plecy. Kłamała mi prosto
w twarz. Na temat mojego ojca. Esani. I ostatecznie to przez nią
straciłem Dior. Moja siostra mogła spłonąć w piekle, jeśli o mnie
chodzi.
Stałem w tym zimnym pomieszczeniu i patrzyłem na biedne dziecko. Rany,
które wyorała mi w policzku, płonęły od moich łez. Długie, jasne włosy
ułożono wokół jej głowy jak aureolę, ubrano ją w piękną zbroję płytową,
lśniącą w słabym świetle. Jednak lewą rękę celowo zostawiono odsłoniętą,
wciąż poranioną i poszarpaną -?straciła wszystkie palce poza kciukiem i palcem wskazującym w bitwie, którą ostatecznie przypłaciła życiem. Cały
świat pogrążył się w burzy, a ja bez niej straciłem grunt pod nogami.
Przepadła nadzieja na sprowadzenie słońca z powrotem. Myśl o lepszym
jutrze. Zostałem w końcu z jedyną rzeczą, jaka pozostała mi po nocy,
kiedy on zapukał do mych drzwi. Z zemstą.
Płonąłem pragnieniem zemsty; to był jedyny ogień, jaki mnie jeszcze
rozgrzewał. Zdjąwszy szynel z martwego srebrnego brata, dosiadłem konia
i pogalopowałem w wichurę. Przysiągłem tej biednej dziewczynie, że nawet
jeśli niczego więcej nie dokonam, zanim trafię do piekła, na które
naprawdę zasłużyłem, dopilnuję, żeby Fabién Voss zmarł na moich oczach.
Pomszczę świat, który on zniszczył. Z tą obietnicą i prezentami
pożegnalnymi od Dior pojechałem zabić Wiecznotrwałego Króla.
Jean-François zmarszczył brwi.
-?Prezenty pożegnalne?
Gabriel pokręcił głową, oczy mu się zaszkliły. Popatrzył w chymijną kulę
-?duchy przeszłości migotały w jej blasku.
-?Przez niekończącą się noc jechałem na północny wschód z biegiem ?rd i powoli plan formował się w mojej głowie. Wkrótce miał minąć najcięższy
okres zimy, co było błogosławieństwem i przekleństwem zarazem. Odkąd
nastał bezdzień, wiosna, lato i jesień trwały razem raptem trzy
miesiące, ale żaden wampir nie może przekroczyć płynącej wody inaczej
niż po moście lub w trumnie. Nadejście odwilży znaczyło, że wkrótce będę
podróżował wolniej, ale z drugiej strony Bezkresny Legion będzie musiał
zakończyć marsz. Armia Fabiéna znajdowała się gdzieś we wschodnim
Elidaenie, bo on jak zawsze kierował wzrok na Augustin, ale przy
odrobinie szczęścia potężne châteaux broniące stolicy od północy
wytrzymały kolejną zimę i Wiecznotrwały Król będzie musiał się wycofać i poczekać na kolejną porę mrozów.
Poczekać na mnie.
Znajdowałem w drodze tylko dwie pociechy, a obie rozgrzewały mnie
bardziej niż myśl o nadchodzącej wiośnie. Pierwszą był mój wierzchowiec,
dzielny Argent, podarunek od mojej starej przyjaciółki Fionny z Czerwonej Strażnicy. Wielki wałach przeprowadził mnie bezpiecznie przez
przeklętą Uroczną Puszczę i zamarznięte Pogórze aż pod mury Maergenn. To
była szlachetna osswayska rasa zwana tarreun, znana z siły i wytrzymałości. Był zasadniczo myszatej maści o lekkim połysku
przywodzącym na myśl metal -?pewnie stąd wzięło się jego imię -?miał
jednak białe skarpetki na przednich nogach i białe plamy na głowie,
układające się niemal w kształt czaszki. Biegł niezmordowany, pokonywał
całe mile śniegu bez wytchnienia, tak niezawodny, jak tylko można sobie
życzyć.
Druga moja pociecha jechała przymocowana do siodła Argenta, połyskując
srebrem w bezgranicznej ciemności: moja wierna klinga, Pożeraczka
Popiołów. Trzymałem ją, kiedy wycinałem sobie krwawą drogę przez
Maergenn, zabijając jednakowo nieszczęśników i szlachetnokrwistych.
Schowałem ją jednak do pochwy, gdy zszedłem chwiejnie do grobu, gdzie
zobaczyłem koniec Dior, i od tamtej pory nie miałem odwagi jej dobyć.
Wiedziałem, że Popi szczerze mnie kocha, ale kochała też Dior, w końcu
razem zabiły Dantona Vossa. Chociaż mogła przemawiać tylko wtedy, gdy
dzierżyło się ją w dłoni, musiała widzieć wszystko, co wydarzyło się
między Celene a mną w ostatnich chwilach, zanim Lilidh...
Gabriel z trudem przełknął ślinę i pokręcił głową.
-?Już ci wspomniałem: najlepszy przyjaciel to szczery przyjaciel,
zimnokrwisty, ale prawda to najostrzejszy nóż. I bałem się tego, jak
głęboko może zranić mnie Popi, kiedy wreszcie znowu jej dobędę.
Potrzebowałem dwóch nocy, żeby zebrać się na odwagę. Moje dni były
mroczne jak zmierzch, a zmierzchy ciemne jak środek nocy; zdławione
słońce kuśtykało po niebie, kiedy jechałem nieustannie na północ.
Przemierzałem ten kraj lata temu, kiedy walczyłem w kampaniach
osswayskich, mimo to wstrząsnęło mną, jak głęboko wżarło się w niego
zepsucie. Połacie martwych drzew, grubych od lodu i zdławionych grzybem.
Lodowate wiatry wyły nad martwymi ziemiami uprawnymi. Szary śnieg
cuchnął siarką i ciągnął się jak okiem sięgnąć. Nigdzie śpiewu ptaków.
Ani śladu ciepła. Ani śladu nadziei.
Nocowałem w zniszczonej wieży strażniczej. To był ledwie krąg walącego
się kamienia z próchniejącym drewnianym dachem zatrzymującym śnieg.
Dopaliłem poobiednią fajkę sanctusu, sakrament osadzał się w moich
żyłach i uspokajał szalejący we mnie głód. Siedząc przy ogniu, położyłem
Pożeraczkę na kolanach. Przyglądałem się damie na rękojeści, włosom
wyrzeźbionym w długie, srebrne fale i rękom wyciągniętym na jelcu.
Wziąłem głęboki wdech i powoli wyciągnąłem miecz z pochwy. Jednak w głowie usłyszałem tylko ciszę.
-?Popi...? -?szepnąłem.
Ostrze było długie i zakrzywione w starotalhoskim stylu, tajemnicze
znaki lśniły na klindze w świetle ognia i urywały się sześć cali od
miejsca, gdzie powinien być koniec. Przyjrzałem się srebrzystej damie na
rękojeści o twarzy zamrożonej w wiecznym uśmiechu, anielskiej i pogodnej.
-?Pożeraczko Popiołów?
PUUUUUŚĆ MNIE, Z-Z-Z-ZŁOCZYŃCO!
Głos w mojej głowie mniej przypominał pieśń, a bardziej wrzask, który
uderzył tak nagle i głośno, że prawie wypuściłem ją z ręki. Zamykając
dłonie na gładkiej skórze rękojeści, skrzywiłem się i czekałem, aż echo
krzyku wygaśnie w mojej czaszce.
-?Jak pragnę wygrzmocić słodką Matkę-Dziewicę, Popi, nie ma potrzeby,
żeby...
OBMIERZŁY NĘDZNIKU! N-N-N-NIEWIERNY KUNDLU! NIE PLAM M-M-MOJEJ RĘKOJEŚCI
SWOIM GRZESZNYM D-D-DOTYKIEM ANI MOICH USZU SWYMI BEZBOŻNYMI ZNIEWAGAMI!
WSTYDŹ SIĘ, TY OSPOWATA GNIDO, WYPOWIADAJĄC TAK OBRZYDLIWE
B-B-BLUŹNIERSTWA!
-?Myślałem, że do tej pory już się przyzwyczaiłaś.
WYPUŚĆ MNIE, SKURWYSYNU!
-?Posłuchaj, Popi, przepraszam, ale...
MYDŁEK! CH-CHAM! PODŁEGO POCHODZENIA BĘKART PUSZCZALSKIEJ...
-?Słuchaj no, przestań na mnie WRESZCIE WRZESZCZEĆ, DOBRZE?
Argent parsknął i uniósł wzrok, kiedy mój ryk rozbrzmiał wśród walących
się ścian. Moja klinga zamilkła, dama na rękojeści wciąż się uśmiechała,
chociaż jakimś cudem jednocześnie zdołała spiorunować mnie wzrokiem.
Westchnąłem wtedy, przesunąłem dłonią po twarzy i aż syknąłem, gdy
kciukiem podrażniłem rany. Zmrużyłem oczy, patrząc na ciemną stal ostrza
Popi, i zobaczyłem ich mętne odbicie: dwa wyżłobienia wyrwane przez
kości biednej, pogruchotanej ręki Dior. Minęło kilka dni, a one wciąż
się nie goiły, ciało pod prawym okiem i na policzku zostało głęboko
rozorane. Wyglądały prawie jak łzy uronione nad dziewczyną, która mi je
podarowała.
-?Nadal są widoczne.
Srebroświęty podniósł wzrok na Jeana-François, który popukał się piórem
w gładki policzek. Gabriel odruchowo podniósł rękę, musnął blizny pod
prawym okiem.
-?Bladokrwiści leczą się ze wszystkich ran oprócz tych najbardziej
śmiercionośnych, de León. Tak samo jak Krewni. Bardzo niewiele rzeczy
zostawia nam blizny. Nie uznałeś tego za dziwne, że rany zadane przez
Lachance się nie goją?
-?Oui. -?Gabriel wzruszył ramionami. -?Widziałem jednak już wcześniej,
jak jej krew spopiela wampiry. A w końcu sam byłem w połowie wampirem.
Prawdę mówiąc, byłem zbyt zbolały z powodu jej śmierci, żeby dużo o tym
myśleć. Patrząc tamtej nocy na swoje odbicie w klindze Pożeraczki,
uznałem, że zasłużyłem na odrobinę bólu.
-?Masz wszelkie prawo być na mnie zła, Pożeraczko Popiołów -
powiedziałem jej wtedy. -?Wiem, że cię zawiodłem. Że zawiodłem ją.
Jednakże od dnia, kiedy pierwszy raz wziąłem cię do ręki, pozostałem
wierny...
N-n-nie mów mi o wierze! Kalasz moją rękojeść swoimi rękami
z-z-z-złodzieja!
-?Nie jestem złodziejem.
Ty w gnoju toczony kozojebco, jakim cudem m-m-m-mnie dzierżysz? Gdzie
mój p-p-prawowity pan? O, nieszczęsny głupcze, jeśli go skrzywdziłeś,
zastępy niebieskie odwrócą wzrok od piekła, jakie c-c-c-ci urządzę!
-?Popi, to ja jestem twoim panem. Twoim przyjacielem.
Diabła tam, powiadam! Co za perfidia i podłość, wyrwać mnie z rąk,
którym mnie powierzono! N-n-n-n-niego-go-godnyś mnie, ty świniolubny
worze kłaków!
Serce zacisnęło mi się w piersi, gdy dotarła do mnie prawda. Od nocy,
kiedy pękła na skórze Wiecznotrwałego Króla, Pożeraczka Popiołów nigdy
do końca się nie otrząsnęła. Jej umysł błądził, zacinała się, mówiąc,
czasem traciła orientację, gdzie, a nawet kiedy się znajduje, ale nigdy
dotąd nie doszła do tego, żeby...
Nie kalaj mnie więcej swoimi l-l-l-lepkimi łapskami i zwróć mnie
m-m-mojemu panu! Będę POTRZEBNA w n-nadchodzącej bitwie! ZWRÓĆ MNIE,
POWIADAM!
Jej głos ucichł, kiedy wsunąłem ją z powrotem do pochwy i puściłem
rękojeść. Chyba nigdy dotąd nie czułem się bardziej samotny niż w tamtej
chwili. Bez względu na moje porażki nawet najciemniejsze godziny mojego
życia rozświetlał ciężar tego ostrza w ręce. A teraz...
Słodka Matko-Dziewico, ona nawet nie pamiętała, kim jestem.
Zastanawiałem się nad powodem tego stanu rzeczy. Nad tym, co się
zmieniło między nami. Jednak w minionych czasach, kiedy Popi traciła
poczucie czasu, zawsze odnajdywała drogę powrotną do teraźniejszości. Do
mnie. Mając nadzieję, że wspomnienia wrócą do niej wraz z wątłym
światłem jutrzenki, odłożyłem ją na bok i ucałowałem srebrne czoło.
Zwinąłem się powoli obok ognia i ruszyłem na poszukiwanie snu.
Jean-François zanurzył pióro w atramencie.
-?To dość niemądre, co? Pomijając nienawiść do siebie? Wędrówka po
pustkowiach Elidaenu bez nikogo, kto czuwałby nad tobą, to proszenie się
o kłopoty, oui?
-?Nie miałem dużego wyboru. -?Gabriel wzruszył ramionami. -?Jednak
według mojej oceny byłem względnie bezpieczny. Kampania Nikity w Osswayu
nie pozostawiła za sobą niczego żywego, a zorientowałbym się, gdyby
jakiś Umarły się zbliżał, zanimby do mnie dotarł.
-?W jaki sposób?
Gabriel przesunął palcem po srebrnym wzorze na dłoniach: girlandzie
czaszek na prawej, plecionce z róż na lewej. Historyk wiedział, że takie
tatuaże pokrywają większość jego ciała, a przynajmniej te części, które
Gabriel był uprzejmy mu pokazać.
-?Egida srebroświętego -?mruknął Jean-François.
-?Tusz zacząłby płonąć w obecności zła, i to tak jasno, żeby je oślepić.
Dar, któremu nie dorówna żadna doczesna zbroja. -?Gabriel wzruszył
ramionami. -?A poza tym Argent robił za pochodnię płonącą niemal równie
jasno jak srebro na mojej skórze. Stworzenia ziemi i nieba nienawidzą
twojego rodzaju, wampirze. Wasz zapach, sama wasza obecność wyprowadza
je z równowagi. Uznawszy więc, że jestem dostatecznie bezpieczny,
zasnąłem, mając nadzieję, że nie będę pamiętał snów. -?Gabriel upił łyk
wina i się skrzywił. -?Mimo to wciąż prześladowała mnie w snach. Więź
między nami została spisana czerwienią w moich żyłach. Dwa razy już
piłem jej krew, raz w San Michon, kiedy uratowała mi życie, i potem
znowu w Cairnhaem, kiedy próbowała mi je odebrać. Przekonałem się, że
Celene czeka na mnie za murem snu: postać w falującym szkarłacie. Stała
przede mną na murach Dún Maergenn z Aléne Voss więdnącą w jej objęciach.
A kiedy podniosła okrwawione usta znad gardła Księżnej Wieczności,
uśmiechnęła się, ukazując nagą szczękę pełną ostrych jak brzytwa zębów.
-?Przesss tę krew będziemy mieć życie wieczne.
Obudziłem się od tego syku i sięgnąłem po miecz, ale, mrugając pośród
zimnej ciemności, przypomniałem sobie, gdzie jestem. Ogień zgasł, burza
ucichła, zapach siarki spadał wraz ze świeżym śniegiem. Zerknąłem przez
okno mojej walącej się wieży, słuchałem szeptu wiatru i pośród niego
usłyszałem delikatne jak oddech dziecka skrzypienie mrozu pod szybko
biegnącymi stopami.
Argent prychnął, uderzając kopytami w zimną, kamienną podłogę.
Oprzytomniałem całkowicie, brzuch wypełnił mi się lodem, gdy pojąłem, że
nie jestem sam. Chociaż wierzchowiec się denerwował, moja egida wciąż
nie płonęła, byłem więc przekonany, że cokolwiek zbliża się nocą, nie
jest to wampir.
Ostatni Srebroświęty zaśmiał się, obracając kielich w zręcznych palcach.
-?Możesz wyobrazić sobie moje zdziwienie, kiedy skurwiel wpadł przez
okno i spróbował urwać mi głowę.