Cesarstwo świtu. Cykl Wampirze cesarstwo. Księga 3 - Jay Kristoff

Kup ebooka

75.00 zł
63.75 zł (60,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

II

Bohaterowie

-?Skur­wiel? -?Jean-François pod­niósł wzrok znad tomu. -?To tytuł czy zawód?

-?Ani jedno, ani dru­gie. To był brud­no­kr­wi­sty. Kobieta. Umarła po czter­dzie­stce, roz­kła­dała się ze cztery dni, zanim stała się wam­pi­rem. Ciało miała wzdęte, zgni­li­zna objęła już mózg i usta, w któ­rych uka­zały się dwa ostre kły, gdy je roz­warła. Ryk­ną­łem, kiedy wpa­dła przez okno i wylą­do­wała mi na piersi. Upa­da­jąc, wycią­gną­łem Poże­raczkę z pochwy i wrza­sną­łem, kiedy w mojej gło­wie roz­legł się nie­mal ogłu­sza­jący srebrny krzyk:

PUŚĆ MNIE, TY NĘDZNY ŁOJO­ŻERNY DUPO­JEBNY...

Padłem na pod­łogę, całe powie­trze uszło mi z płuc, a pod wpły­wem szoku wywo­ła­nego krzy­kiem Poże­raczki wypu­ści­łem ją z ręki. Wypa­dła mi z pal­ców, kiedy nie­szczę­śnica rzu­ciła mi się do gar­dła. Syk­nęła i od jej wypeł­nio­nego zgni­li­zną odde­chu łza­wiły mi oczy. Ude­rzy­łem ją w twarz. Wrza­snęła z powodu sre­bra na mojej skó­rze, które przy­pa­liło jej ciało. Wbiła mi palce w gar­dło, w nad­gar­stek i zaata­ko­wała jak żmija, zanu­rza­jąc te obmier­złe kły w moje przed­ra­mię i gry­ząc naprawdę mocno.

Wyrwa­łem się z rykiem, krew roz­bły­sła, try­ska­jąc na wszyst­kie strony. Argent szarp­nął się, kiedy obry­zgała mu bok, i spró­bo­wał zerwać się z postronka. Prze­tur­la­łem się po zim­nych kamien­nych pły­tach, a mar­twa kre­atura się­gała łapami, młó­ciła nimi, syczała, wario­wała, byle tylko posma­ko­wać mojej krwi. I cho­ciaż stra­ci­łem Popi, nie byłem bez­bronny: zaci­sną­łem palce na gar­dle nie­szczę­śnicy i się­gną­łem w głąb sie­bie.

Wszy­scy bla­do­kr­wi­ści zostają pobło­go­sła­wieni i prze­klęci przez swo­ich ojców, wam­pi­rze. Drę­czy ich głód, który osta­tecz­nie dopro­wa­dza ich do sza­leń­stwa, ale otrzy­mują także dary: siłę, szyb­kość i ślad talentu, jaki ma krew ich rodu. Pano­wa­nie nad zwie­rzę­tami otrzy­mują syno­wie Cha­sta­inów. Bez­bożną siłę chłopcy zro­dzeni z Dyvo­ków. Zdol­ność wypa­cza­nia uczuć -?Ilo­no­wie. A dla mnie bło­go­sła­wień­stwem od ojca, któ­rego ni­gdy nie pozna­łem, była plu­gawa sztuka Nie­wier­nych.

-?San­gwi­man­cja -?powie­dział Jean-François.

Gabriel poki­wał głową.

-?Wła­dza nad samą krwią. Moja moc była led­wie cie­niem zdol­no­ści ojca, zaled­wie kro­plą zro­dzoną z oce­anu, ale kiedy wbi­łem palce w gar­dło tego stwora, przy­zwa­łem tę bez­bożną potęgę. Wez­brała we mnie, wypły­nęła przez opuszki pal­ców i zago­to­wała krew w gni­ją­cych żyłach tej jeba­nej bestii.

Wrza­snęła; zostało jej dość umy­słu, żeby zare­je­stro­wać strasz­liwy ból. Ude­rzy­łem jej głową w kamień, chcąc zakoń­czyć to szybko. I tak by się stało, gdyby przez drzwi do wieży nie wpa­dła następna dwójka.

Chło­piec i dziew­czyna nie­wiele starsi od Dior, dosta­tecz­nie podobni, by wyglą­dać na krew­nia­ków, wpa­dli na mnie i ode­rwali moje ręce od szyi wrzesz­czą­cej kobiety. Krew try­snęła, kość pękła. Odkop­ną­łem chło­paka na bok, a wtedy dziew­czyna rzu­ciła mi się do gar­dła. I gdy zimny strach wypeł­nił mój brzuch, zła­pa­łem się na tym, że patrzę Anio­łowi Śmierci w oczy.

-?Wal­cząc z brud­no­kr­wi­stymi? -?Histo­ryk prych­nął pogar­dli­wie. -?Bła­gam, de León, doce­niam fakt, że od początku silisz się na dra­ma­tyzm, ale chyba nie ocze­ku­jesz, że uwie­rzę, że bałeś się o swoje życie.

-?Mówisz jak ktoś, kto ni­gdy nie wal­czył o wła­sne życie. Gni­jący czy nie, nie­szczę­śnicy to wam­piry. Szyb­sze od naj­bar­dziej rączej łani, silne jak tuzin zwy­kłych ludzi. Oui, ja też nie byłem zwy­czajny. Minęło jed­nak wiele godzin od wypa­lo­nego przeze mnie po kola­cji sakra­mentu i cho­ciaż min­strele w każ­dej pod­łej knaj­pie wyśpie­wują, że byłem naj­więk­szym szer­mie­rzem w dzie­jach, mój miecz leżał na kamie­niu tam, gdzie upadł. Byłem głodny, bez broni i wal­czyłem z trójką prze­ciw­ni­ków. -?Gabriel pokrę­cił głową. -?Jak już ci powie­dzia­łem, cmen­ta­rze świata pełne są głup­ców, któ­rzy nie uwa­żali stra­chu za przy­ja­ciela. Zarę­czam ci, Cha­stain, że się bałem.

To Argent zapew­nił mi prze­strzeń do walki, kiedy wresz­cie zerwał się z postronka i kop­nął stwora podob­nego do chło­paka. Zim­no­krwi­sty ude­rzył w mur, a ja z krzy­kiem zła­pa­łem dziew­czynę za nad­gar­stek i cisną­łem nią w ślad za nim. Zde­rzyła się z kamie­niem, osła­biona zaprawa i cegły posy­pały się w noc, oboje napast­ni­ków prze­le­ciało przez ścianę. Jed­nakże moje zwy­cię­stwo było krót­ko­trwałe. Wie­kowa wieża drżała wokół mnie, mur falo­wał jak morze pod­czas sztormu, aż w końcu budowla się pod­dała i zawa­liła mi się na głowę.

Argent był dosta­tecz­nie szybki, żeby uciec, a ja zdo­ła­łem unik­nąć naj­gor­szego, wyska­ku­jąc przez mur, kiedy dach z hukiem runął. Cegły jed­nak posy­pały mi się na plecy, na mój durny łeb, bez­gło­śna eks­plo­zja buch­nęła mi za oczami i w fon­tan­nie krwi wpa­dłem w śnieg.

Coś na mnie wylą­do­wało, gotu­jąc się, sycząc. Znowu ta nie­szczę­śnica. Mia­łem dość siły, żeby ją zrzu­cić i zła­pać za gar­dło, ale kiedy czarna krew zago­to­wała się w jej śle­piach, poczu­łem szkie­le­towe palce wsu­wa­jące się w moje włosy i usły­sza­łem ryk, kiedy kły wbiły mi się w kark.

To mógł być mój koniec. Koniec legendy Czar­nego Lwa z Lor­son. Zdo­bywcy ze Szkar­łat­nej Polany. Wybawcy Nor­dlundu.

Gabriel prych­nął.

-?Co za kurew­ski żart. W końcu zgi­nął­bym zała­twiony przez trójkę obrzy­dli­wych nie­szczę­śni­ków na jakimś zadu­pia­stym pagórku pośrodku niczego. Jed­nakże uszy wypeł­nił mi przy­tłu­miony trzask, mokry roz­bryzg mózgu poma­lo­wał mi policzki, a potem ponio­sło się echo wystrzału z pisto­letu z zam­kiem koło­wym. Mar­twa dziew­czyna sie­dząca mi na ple­cach spa­dła ze mnie z dymiącą dziurą w miej­scu zaj­mo­wa­nym nie­gdyś przez twarz.

W ciem­no­ściach zadźwię­czał obu­ręczny miecz, ostrze zbyt wiel­kie, by mógł je dzier­żyć jaki­kol­wiek śmier­tel­nik. Ktoś wziął nim tak potężny zamach, że powie­trze roz­darł grom. Dostrze­głem ryczą­cego niedź­wie­dzia na ręko­je­ści broni i dłu­gie złote włosy falu­jące na wie­trze. Brud­no­kr­wi­sty chło­pak został roz­cięty od cie­mie­nia po kro­cze. A kiedy dwie połówki ciała zwa­liły się na zie­mię, dostrze­głem, kto stoi za nim w cie­niu: postać wysoka, groźna, spo­wita w mrok gęst­szy niż sama noc.

Na kobietę pode mną spadł młot ze sre­bro­stali, zmie­nia­jąc jej czaszkę w mia­zgę na śniegu. Szarp­nęła się raz, nim znie­ru­cho­miała; śmierć, któ­rej jej odmó­wiono, wresz­cie jej dosię­gła. Pró­bu­jąc wstać, dostrze­głem wtedy -?mimo czer­wo­nej mgiełki w oczach -?drugą postać, wysoką, potężną, wyrzeź­bioną z naj­wspa­nial­szego maho­niu. Kiedy chwy­ci­łem zakrwa­wioną dłoń, którą mi podała, poczu­łem jej cie­pło. Poczu­łem wier­ność. Miłość.

-?Powi­nie­neś bar­dziej na sie­bie uwa­żać, mon ami. -?Zaśmiała się.

Druga postać ski­nęła głową.

-?Pew­nej nocy może nas zabrak­nąć, by przyjść ci na ratu­nek.

-?Aaron -?szep­ną­łem. -?Bap­ti­ste.

Stali przede mną wśród śnie­życy, moi towa­rzy­sze broni, moi uko­chani bra­cia. Bap­ti­ste Sa-Ismael był potęż­nie zbu­do­wa­nym męż­czy­zną o sze­ro­kiej piersi, jego nie­gdyś czarne loki zostały ścięte przy samej skó­rze, a włosy odra­sta­jące na skro­niach przy­pró­szyła siwi­zna. Nosił ciemne skóry obszyte jasnym futrem, długi zimowy płaszcz opa­dał z sze­ro­kich ramion i cią­gnął się za nim po krwa­wym śniegu. Jedną rękę wciąż miał na tem­blaku -?zła­ma­nie, które odniósł pod­czas bitwy o Dún Maer­genn, jesz­cze się nie zro­sło. Cień zaro­stu czer­nił mu kwa­dra­tową szczękę, a przy­stojną twarz roz­świe­tlał przy­ja­zny uśmiech. Jed­nak z jakie­goś powodu nie się­gał on oczu w takim stop­niu jak daw­niej.

Obok niego stał jego uko­chany, rów­nież odziany w czarne skóry i ciem­no­gra­na­towy szy­nel. Wiatr roz­wie­wał mu dłu­gie blond włosy. Chło­piec, któ­rego ser­decz­nie nie­na­wi­dzi­łem jako głupi mło­dzik, a któ­rego teraz kocha­łem bar­dziej niż rodzinę. Jed­nakże Aaron de Coste, kie­dyś wal­czący u mego boku z armiami Umar­łych, stał się teraz jed­nym z nich. Zęby Wadery skra­dły mu życie i świa­tło, a jesz­cze bar­dziej pogłę­bił w nim mrok potwór, któ­rego piętno na­dal nosił na lewej dłoni.

Czarne serce i cier­nie Nikity z Krwi Dyvok.

-?Co, u dia­bła, tu robi­cie? -?wydy­sza­łem, ocie­ra­jąc zakrwa­wione gar­dło.

-?Ratu­jemy twój żało­sny tyłek! -?roz­le­gło się woła­nie za moimi ple­cami.

Odwró­ci­łem się na dźwięk skrzy­pią­cego pod butami śniegu, już wie­dząc, kogo zoba­czę. Wyszedł spo­mię­dzy mar­twych drzew jak myśliwy, na któ­rego go wyszko­li­łem, z dymią­cym pisto­le­tem w ręce. Miał na sobie czarny szy­nel ozdo­biony sied­mio­gwiazdą San Michon. Cztery kolejne pisto­lety nosił przy­pięte do piersi, a przez plecy prze­wie­sił obu­ręczny miecz. Ciem­no­blond włosy miał pod­go­lone, ple­cionka ze srebr­nych róż zdo­biła mu skro­nie i się­gała na policzki. Jego tusz jarzył się srebr­nym świa­tłem, na knyk­ciach pło­nęły litery wola boża. Kiedy pod­szedł, Aaron syk­nął cicho i się cof­nął, egida sre­bro­świę­tego odpy­chała go jak każ­dego wam­pira.

-?Lachlan -?szep­ną­łem.

Mój dawny uczeń uśmiech­nął się krzywo, odzy­wa­jąc się z mięk­kim ossway­skim akcen­tem:

-?Wyglą­dasz jak gówno, w które dwa razy ktoś wlazł, stary łaj­du­sie.

-?Mam trzy­dzie­ści trzy lata, ty mały kuta­sino.

-?Prze­cież mówię. -?Lachlan wsu­nął pisto­let za ban­do­lier. -?Podać ci rękę, sta­ruszku? Trzech nie­szczę­śni­ków to ciężka prze­prawa dla gościa w twoim wieku.

Skrzy­wi­łem się, łapiąc mocno Bap­ti­ste'a za nad­gar­stek, kiedy pocią­gnął mnie do góry.

-?Dość tego chrza­nie­nia. Co tu robi­cie?

-?Poje­cha­li­śmy za tobą, rzecz jasna. -?Bap­ti­ste z wes­tchnie­niem prze­su­nął ręką po czaszce. -?Aaron i ja opu­ści­li­śmy Maer­genn zaraz po pogrze­bie made­mo­iselle Lachance. Ruszy­li­śmy twoim śla­dem.

Lachlan ski­nął głową, patrząc na tę dwójkę.

-?A ja poje­cha­łem za nimi. Ukrad­kiem.

Aaron uniósł brew.

-?Zda­jesz sobie sprawę, że wyczu­łem twój zapach już wiele dni temu? Mogłeś daro­wać sobie te machlojki i zwy­czaj­nie poje­chać z nami.

-?Nie podró­żuję z pijaw­kami.

Aaron się zje­żył, ale mój dawny uczeń już patrzył na mnie i pio­ru­no­wał mnie wzro­kiem.

-?Coś ty sobie myślał, żeby wypusz­czać się tak w poje­dynkę? Musia­łeś wie­dzieć, że pojadę za tobą.

-?Mia­łem nadzieję, że jed­nak nie. Nie bez powodu wyru­szy­łem w drogę sam, Lachie.

-?A dokąd pro­wa­dzi cię ta droga, bra­cie?

Spoj­rza­łem na Aarona, gdy zapy­tał. Gula rosła mi w gar­dle, pra­wie nie mogłem jej prze­łknąć. Nie mie­li­śmy czasu na roz­mowę po bitwie: ani o tym, czym się stał, ani o mojej roli w tym wszyst­kim. I usły­szeć, że wciąż nazywa mnie bra­tem, po wszyst­kim, co wycier­piał...

-?Tam, gdzie zawsze, Aaro­nie.

-?Voss.

Ski­ną­łem głową.

-?I nie będę pro­sił nikogo, żeby szedł ze mną. Nie potrze­buję towa­rzy­stwa w pie­kle.

Bap­ti­ste wes­tchnął.

-?Gabe, wiem, że kocha­łeś Dior. Wiem, że opła­ku­jesz jej śmierć...

-?"Opła­ki­wa­nie" nawet nie zbliża się do tego, co czuję. Dziew­czyna zgi­nęła przeze mnie.

-?Więc wyru­szasz samot­nie, żeby rzu­cić się do gar­dła Fabiénowi? - Lachlan pokrę­cił głową. Sre­bro pło­nęło mu na skó­rze. -?Jeśli marzy ci się samo­bój­stwo, to mógł­bym zasu­ge­ro­wać różne cie­plej­sze miej­sca na szu­ka­nie końca. I wyma­ga­łoby to o wiele mniej cho­dze­nia.

-?Nie zamie­rzam zabić sie­bie, tylko jego.

-?Jak? -?Aaron spo­glą­dał mi w oczy, marsz­cząc brwi. -?Legendy Zakonu wyra­żają się jasno. Żaden męż­czy­zna zro­dzony z kobiety nie może zabić Wiecz­no­tr­wa­łego Króla. Już raz pró­bo­wa­łeś. Bez powo­dze­nia. A to było, zanim świa­tło two­jej wiary ponow­nie cię zawio­dło.

Zazgrzy­ta­łem zębami na te słowa, ale nie byłem zasko­czony. Aaron zawsze był bystry i dostrzegł sedno pro­blemu rów­nie szybko jak ja, powód, dla któ­rego nie wyczu­łem nadej­ścia nie­szczę­śni­ków, dopóki nie było za późno; dla któ­rego mógł patrzeć na mnie jasno­nie­bie­skimi, prze­peł­nio­nymi bólem, współ­czu­ciem i miło­ścią oczami, pod­czas gdy na Lachlana led­wie był w sta­nie spoj­rzeć; dla któ­rego ty możesz patrzeć na mnie teraz.

Jean-François pod­niósł wzrok znad szkicu, nad któ­rym pra­co­wał: pięk­nego por­tretu sre­bro­świę­tego i jego trzech towa­rzy­szy, nakre­ślo­nego z typo­wym dla niego talen­tem.

-?Twoja egida stra­ciła blask -?mruk­nął. -?Znowu.

Gabriel poki­wał głową, wpa­tru­jąc się w kulę chy­mijną.

-?Odwró­ci­łem się od Boga, kiedy ode­brał mi Astrid i Patience. Aaron powie­dział mi póź­niej, że nie liczy się, w co wie­rzę, ale żebym w coś wie­rzył. Posta­no­wi­łem więc wie­rzyć w Dior. Wie­rzyć w jej prze­zna­cze­nie, w to, że w jakiś spo­sób może wszystko napra­wić. Ta wiara wystar­czyła, żeby znowu roz­pa­lić tusz na mojej skó­rze. -?Sre­bro­święty wes­tchnął. -?I ta wiara została pogrze­bana razem z Dior tak samo jak ogień mojej egidy.

-?Czemu jed­nak pozo­stała mar­twa? -?Histo­ryk wska­zał tatu­aże na skó­rze Gabriela, srebrne, ale pozba­wione bla­sku. -?Prze­cież wiesz, że Święty Graal San Michon nie umarł w Maer­genn. Dla­czego twoja egida nie zapło­nęła ponow­nie?

Gabriel skrzy­wił się, wypił potężny łyk z kie­li­cha.

-?Powie­dzia­łem ci na samym początku. To wszystko jest stratą czasu, Cha­stain. Kie­lich został strza­skany. Nie ma Gra­ala.

-?Jak to się stało? -?dopy­ty­wał się Jean-François, pochy­la­jąc się w fotelu.

Ostatni Sre­bro­święty tylko pokrę­cił głową.

-?Cier­pli­wo­ści.

Grzmot zako­ły­sał nie­bem, dra­piąc mury wieży zamar­z­nię­tymi dłońmi. Histo­ryk skrzy­wił się, wró­cił do ryso­wa­nia por­tretu. Sre­bro­święty odsta­wił wino.

-?Przyj­rza­łem się Aaro­nowi sto­ją­cemu w śniegu, wyso­kiemu, mrocz­nemu i bez­kr­wi­stemu. Zda­łem sobie sprawę, że okrutny miecz, który nosi, to Epi­ta­fium, broń, która nie­gdyś nale­żała do Nikity i ode­brała życie tysiąc­owi ludzi. Twarz Aarona była zimna jak kamień, blask skóry Lachlana odbi­jał się w jego oczach, jesz­cze bar­dziej pod­kre­śla­jąc mój wła­sny brak wiary.

-?Masz rację, bra­cie. -?Ski­ną­łem głową. -?Już raz pró­bo­wa­łem zabić Wiecz­no­tr­wa­łego Króla, kiedy moja wiara i miecz były nie­tknięte. I zyska­łem na tym tylko zie­mię cmen­tarną. Teraz jed­nak mam broń, jakiej nawet Fabién Voss się nie oprze.

Aaron uniósł nieco brew.

-?Broń?

Się­gną­łem do ban­do­lieru i wyją­łem pre­zenty poże­gnalne od Dior, a wła­ści­wie pre­zenty, które sam sobie wzią­łem, kiedy się żegna­łem. Mia­łem nadzieję, że nie będzie miała mi za złe tego, że je sobie wzią­łem; że spu­ści­łem z jej ciała, pła­cząc. Teraz unio­słem je przed sze­roko otwar­tymi oczami Aarona.

Trzy szklane fiolki napeł­nione czer­wie­nią.

-?Krew Świę­tego Gra­ala.

Aaron cof­nął się o krok, jakby wyczu­wał świętą moc zamkniętą we wzmoc­nio­nym szkle. Bap­ti­ste wycią­gnął do niego rękę, ale uko­chany wyrwał mu się jak spa­rzony.

-?Ostrze z zaklę­tej gwiaz­do­stali namasz­czone tą krwią obró­ciło Księ­cia Wiecz­no­ści w popiół -?wark­ną­łem. -?Założę się, że to samo robi z Wiecz­no­tr­wa­łym Kró­lem. Dla­tego jadę, żeby mu je dostar­czyć. Moje ostrze, jej krew, pro­sto w zgniłe serce, które śpi w jego piersi.

-?Gabe...

-?Nie inte­re­sują mnie debaty, Lachie. Nie pro­si­łem was o pomoc. Ten skur­wy­syn sie­dzi w sercu tego wszyst­kiego. Moż­liwe, że wie coś na temat bez­d­nia. Może...

-?Nie szu­kasz odpo­wie­dzi, Gabrielu. Szu­kasz zemsty.

-?Dla­tego szu­kam sam.

Lachie poło­żył rękę na moim ramie­niu i w jego błysz­czą­cych zie­lo­nych oczach przez chwilę widzia­łem cień chłopca, z któ­rym wal­czy­łem na murach Báih S?de. Bla­do­kr­wi­sty syn nie­zrów­na­nego potwora, któ­rego dzień po dniu uczy­łem, jak stać się naj­lep­szym czło­wie­kiem, jakiego zna­łem.

-?Ni­gdy sam. Twoje plecy, moje ostrze, zapo­mnia­łeś?

Bap­ti­ste ski­nął głową.

-?Już bym nie żył, gdyby nie ty, bra­cie. A Aaron na­dal byłby nie­wol­ni­kiem tego łaj­daka, Nikity.

Aaron poki­wał głową.

-?Sto­imy u twego boku, Gabrielu. Zawsze.

-?Nie -?wark­ną­łem. -?Już dość ludzi przeze mnie zgi­nęło.

-?Wszy­scy mamy krew na rękach. Bóg jeden wie, że nie jesteś święty. - Aaron uśmiech­nął się smutno, patrząc na swoje dło­nie. Kiedy jed­nak pod­niósł wzrok, za chło­dem śmierci i bólem spo­wo­do­wa­nym przez egidę Lachlana ujrza­łem niczym nie­przyć­mioną miłość. -?Jesteś jed­nak boha­te­rem. Nie zosta­wimy cię, żebyś sam wal­czył z ciem­no­ścią. Mimo wszyst­kiego, co stra­ci­łeś, wciąż masz famille.

Bap­ti­ste poki­wał głową.

-?Masz nas.

Lachlan uści­snął mi ramię tak mocno, że aż mi kości zatrzesz­czały.

-?Na zawsze bra­cia.

Moje serce pękło na pół, a potem raz jesz­cze. Wie­dzia­łem, że nara­żam tych ludzi na nie­bez­pie­czeń­stwo i że nie pozwolą mi samot­nie sta­wić mu czoła. To dziwne uczu­cie sta­wać u boku towa­rzy­sza w walce, zim­no­krwi­sty. Zło­żyć swoje życie w cudze ręce i pro­sić, żeby uczy­nił dla cie­bie to samo. W tym pie­kiel­nym ogniu wykuwa się więź, stop miło­ści i wier­no­ści, jakiej czas nie pokryje rdzą. I cho­ciaż wyru­szył­bym w drogę, nie mając w nikim wspar­cia, skła­mał­bym, gdy­bym powie­dział, że moje zbo­lałe serce nie wez­brało na myśl, że ci ludzie pojadą razem ze mną. Popę­dzą do walki, która z pew­no­ścią będzie naszą ostat­nią, nie­ugięci i nie­złomni.

-?Żaden ze mnie boha­ter, Aaro­nie. -?Wes­tchną­łem, patrząc na tę trójkę. - Ale z pew­no­ścią znam ich paru. -?Spoj­rza­łem na noc w górze. Na wojnę przede mną. Na ludzi przy mnie. -?A zatem: razem.

III

Rozłam

Musiało minąć kilka dni, nim zaczęło na dobre psuć się mię­dzy nami, gro­żąc naszej gru­pie roz­ła­mem, ale naj­gor­szy objaw dostrze­gli­śmy jesz­cze tej samej nocy.

Posze­dłem szu­kać Argenta po naszym star­ciu z nie­szczę­śni­kami i wkrótce zna­la­złem go pod osłoną prze­żar­tego grzy­bem dębu. Kopyta miał czarne od krwi. Obją­łem go z wdzięcz­no­ści, a on sap­nął mi w poli­czek cie­pło i ser­decz­nie. Jesz­cze jeden brat, na któ­rego mogłem liczyć na dłu­giej, mroź­nej dro­dze. Wró­ciw­szy do wieży, zasta­łem moich pozo­sta­łych braci pra­cu­ją­cych ciężko przy gru­zach, jakie z niej zostały.

Lachie zasło­nił twarz koł­nie­rzem, zsu­nął nisko trój­gra­nia­sty kape­lusz i zało­żył skó­rzane ręka­wice robo­cze, ale blask jego wiary na­dal pło­nął w różach na skro­niach, obrzu­ca­jąc ruiny upior­nym sre­brem. Bap­ti­ste pra­co­wał obok niego mimo zła­ma­nej ręki -?siła krwi Dyvo­ków, z okresu kiedy był nie­wol­nym, wciąż utrzy­my­wała się w jego żyłach. Obaj uwi­jali się przy usu­wa­niu gruzu, ale to Aaron wyko­ny­wał lwią część pracy, dźwi­ga­jąc potężne odłamki muru wiel­ko­ści czło­wieka i ciska­jąc nimi jak kamy­kami.

To był dopiero widok: złote włosy i pło­nące błę­ki­tem oczy, śnieg obsy­pu­jący ala­ba­strową skórę jak dia­menty. Aaron zawsze wyglą­dał jak książę, ale Prze­miana obda­rzyła go urodą posęp­niej­szą i nie­ska­zi­telną, jeśli pomi­nąć bli­znę na zaro­śnię­tym policzku i piętno Czar­no­ser­cego na lewej ręce. Odrzu­cił na bok szy­nel, widzia­łem więc miej­sca, gdzie Dyvo­ko­wie wycięli mu egidę ze skóry, zastę­pu­jąc sre­bro popio­łem. Piękne wzory przed­sta­wia­jące Naél, Anioła Roz­ko­szy, i Sarai, Anioła Zarazy, falo­wały na jego rękach. Przy­po­mi­nał boga z daw­nych cza­sów, wyrzeź­bio­nego w mar­mu­rze rękami mistrzów. Jed­nak serce pękało mi na widok mojego brata odro­dzo­nego w ciem­no­ści. I rozu­mie­jąc, co zro­bi­łem z panem, któ­remu słu­żył, nie mogłem powstrzy­mać pytań.

Jaka ciem­ność obu­dziła się w moim sta­rym przy­ja­cielu?

Trójka pra­co­wała w ciszy, usu­wa­jąc gruz. Pra­wie się do sie­bie nie odzy­wali. Aaron mru­żył oczy ośle­pione bla­skiem egidy Lachlana, odwra­cał się do niej ple­cami, na ile mógł, ale srebrne świa­tło ewi­dent­nie spra­wiało mu ból, było palą­cym przy­po­mnie­niem tego, czym się stał. Jakich czy­nów się dopu­ścił.

-?Wszystko w porządku, naj­droż­szy? -?spy­tał Bap­ti­ste.

-?Ujdzie -?odpo­wie­dział Aaron, ciska­jąc na bok kolej­nym kawa­łem muru.

-?Możemy z Lachla­nem usu­nąć resztę, więc nie ma powodu, żebyś męczył się...

-?Powie­dzia­łem już, że nic mi nie jest -?wark­nął Aaron. -?Prze­stań joj­czyć jak prze­klęta baba, Bap­ti­ste.

Kowal zamilkł ura­żony, pod­niósł strza­skaną belkę i odcią­gnął na bok. Wspią­łem się mozol­nie na wznie­sie­nie z Argen­tem u boku, który tro­chę się zde­ner­wo­wał, kiedy Aaron dźwi­gnął kolejny kawał muru i cisnął nim w mar­twy las w dole.

-?Coś zna­leź­li­ście?

-?Abso­lut­nie nic. -?Aaron wypro­sto­wał się i odgar­nął złote pasmo wło­sów z kącika ust. -?Jesteś pewien, że to gdzieś tu leży?

-?Nie "to", tylko "ona" -?popra­wi­łem go, bio­rąc się do pracy. -?I oui, wypu­ści­łem ją z ręki, kiedy wal­czy­łem z brud­no­kr­wi­stymi. Poże­raczka musi gdzieś tu leżeć.

Aaron przyj­rzał się maleń­kiej górze poła­ma­nego kamie­nia i belek, pokrę­cił głową.

-?To może chwilę potrwać. Mam nadzieję, że jest tego warta.

-?Nie ma dru­giego takiego ostrza na świe­cie, zim­no­krwi­sty -?odpo­wie­dział Lachie. -?Jeśli zamie­rzamy zabić Wiecz­no­tr­wa­łego Króla, to, do dia­bła, pew­nie, że jest warta wysiłku. -?Obrzu­cił Aarona zim­nym spoj­rze­niem od stóp do głów. -?O wiele bar­dziej niż inni, o któ­rych mógł­bym wspo­mnieć.

-?Mógł­byś, ale tego nie robisz. -?Aaron spoj­rzał w zie­lone oczy Lachlana. -?Cie­kawe czemu?

-?Mama nauczyła mnie, że jeśli nie ma się nic miłego do powie­dze­nia, to lepiej się nie odzy­wać. Więc mam jedną ósmą dwóch pią­tych kom­plet­nego zera do powie­dze­nia na twój temat, de Coste.

-?A mi tak zale­żało na pozna­niu two­jego zda­nia na mój temat, á Craeg... - Aaron obej­rzał paznok­cie i zdra­pał wyima­gi­no­waną smużkę brudu. -?Wyobraź sobie, jak się roz­cza­ro­wa­łem.

Popa­trzyli po sobie -?pogromca wam­pi­rów i wam­pir -?a powie­trze aż skrzyło się od groźby. Już mia­łem się wtrą­cić, kiedy Bap­ti­ste odchrząk­nął.

-?Wiesz, ni­gdy nie powie­dzia­łeś nam, jak ją zna­la­złeś, Gabe. Mam na myśli Poże­raczkę Popio­łów. Jasne, wszy­scy sły­sze­li­śmy pie­śni w karcz­mach o królu kur­hanu i kon­kur­sie na zagadki w Wiecz­nom­roku.

-?Kurew­scy min­strele -?wark­ną­łem, rzu­ca­jąc wiel­kim kamie­niem.

-?Chyba moja ulu­biona to ta o Aine­rión. -?Kowal zare­cho­tał, odwra­ca­jąc się do Aarona. -?Pamię­tasz ją, kochany? Lew pośród Liści? Ten tru­wer z Beau­fort śpie­wał to na uczcie z oka­zji Świę­to­koła parę lat temu.

-?Jak mógł­bym zapo­mnieć? Tak fał­szo­wał, że chcia­łem go udu­sić stru­nami jego wła­snej lutni.

-?Ukradł klingę kró­lo­wej faerie spod poduszki, po tym, jak zerżnął ją do nie­przy­tom­no­ści. -?Bap­ti­ste wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu. -?Będziesz musiał udzie­lić mi paru rad, bra­cie.

-?Naprawdę wie­rzy­cie w te duby sma­lone? -?Lachie zare­cho­tał. -?To same kłam­stwa, tępaku. W dzie­ciń­stwie mamuśka musiała upu­ścić cię na zie­mię jeden raz za dużo albo...

-?Nie mów o nim w taki spo­sób, chłop­cze.

Lachlan zer­k­nął na Aarona, który ode­zwał się cichym, ale śmier­cio­no­śnym tonem.

-?Ni­gdy -?dodał de Coste.

-?Aaro­nie -?zaczął Bap­ti­ste -?Lachlan tylko żar­to­wał, nie ma powodu, żeby...

-?Nie nazy­waj mnie "chłop­cem", pijawko -?wark­nął Lachlan, pro­stu­jąc się na całą wyso­kość. -?Albo sko­pię ci dup­sko bar­dziej, niż to zro­bi­łem na murach Maer­genn. Pamię­tasz to, prawda? Po tym, jak z zimną krwią wybi­łeś pół tuzina sre­bro­świę­tych na jedno ski­nie­nie tej nędz­nej kuta­siny, two­jego pana?

-?Jazgo­tliwy smar­ka­czu, myślisz, że mia­łem wybór?

-?Spo­koj­nie, mes­sieurs... -?ode­zwa­łem się.

Lachlan jed­nak nie zamie­rzał dłu­żej tego zno­sić. Kły mu bły­snęły, gdy wark­nął:

-?Mia­łeś dość wol­nej woli, żeby odrzu­cić na bok ostrze Czar­no­ser­cego, kiedy kazał ci zamor­do­wać swo­jego kocha­neczka, ale nie dość, żeby powstrzy­mać się od pode­rżnię­cia gar­deł daw­nym bra­ciom?

Aaron z wiel­kim hukiem cisnął na bok głaz, który trzy­mał. Lachie polu­zo­wał koł­nierz i jego egida zabły­sła jaśniej. Bap­ti­ste poło­żył rękę na ramie­niu uko­cha­nego, ale Aaron wyrwał mu się i pod­szedł do Lachlana, cho­ciaż pło­nął teraz mię­dzy nimi blask srebr­nego tuszu.

-?"Bra­ciom"? Ci tak zwani święci z San Michon wyrzu­cili mnie za burtę z powodu tego, kogo kocha­łem! I ty nazy­wasz ich moimi braćmi?

-?Wyrzu­cono cię za zła­ma­nie świę­tej przy­sięgi, a nie za to, z kim ją zła­ma­łeś! Tak samo potrak­to­wali Gabe'a, ale jakoś nie sły­chać, żeby bia­do­lił i joj­czył z tego powodu! Na tych murach zabi­łeś dzie­siątki naszych, de Coste. Dobrzy ludzie zgi­nęli przez cie...

-?W porządku, dość tego! -?ryk­ną­łem, sta­jąc mię­dzy nimi. -?Nie zro­bi­li­śmy nawet jed­nego jeba­nego kroku na naszej dro­dze, a ja już żałuję, że zgo­dzi­łem się na wasze towa­rzy­stwo! Jeśli zamier­za­cie doci­nać sobie przez cały czas, to może­cie obaj wypier­da­lać z powro­tem do Maer­genn.

Lachlan i Aaron pio­ru­no­wali się wzro­kiem jesz­cze przez chwilę, ale z powodu bla­sku srebr­nego tuszu wam­pir w końcu musiał spu­ścić wzrok, gdy oczy zaszkliły mu się krwią. Wark­nął, odwró­cił się i odszedł po gru­zach. Porwał szy­nel i prze­rzu­cił go sobie przez ramię. Z cięż­kim wes­tchnie­niem ruszy­łem za nim, ale Bap­ti­ste zła­pał mnie za rękę.

-?Zostaw go. Potrze­buje chwili odde­chu, żeby ochło­nąć.

-?Odde­chu. -?Lachlan splu­nął na śnieg. -?Jakby ten zadu­fany w sobie kutas w ogóle oddy­chał.

-?Z natury jestem łagod­nym czło­wie­kiem, Lachla­nie á Craeg -?ode­zwał się cicho Bap­ti­ste -?ale jeśli raz jesz­cze źle się wyra­zisz o moim uko­cha­nym, to pokażę ci, jak mocno może popa­rzyć łagodny ogień.

Patrzyli po sobie pośród pada­ją­cego śniegu. Świa­tło na skó­rze Lachlana powoli sła­bło, gdy Aaron odda­lał się w mrok. Z ocią­ga­niem mój dawny uczeń skło­nił głowę.

-?Już to widzia­łem, mon­sieur. Kiedy zabi­łeś Czar­no­ser­cego. I nic nie mogłoby stać się dla mnie więk­szym powo­dem do dumy niż fakt, że pomo­głem ci posłać mojego przy­rod­niego brata do pie­kła, na które zasłu­żył. - Lachlan prze­cze­sał ręką włosy i wes­tchnął. -?Nie chcia­łem oka­zać braku sza­cunku. W nosie mam to, kto z kim sypia, ale wycho­wano mnie tak, żebym zabi­jał wam­piry, a twój męż­czy­zna...

-?Rozu­miem. -?Czar­no­ręki ski­nął głową. -?Ale jeśli dobrze się orien­tuję, wycho­wa­łeś się wśród Dyvo­ków, Lachla­nie á Craeg. Musisz coś wie­dzieć o tor­tu­rach, jakie Aaron cier­piał pod butem Nikity. Dla­tego pro­szę cię o wyro­zu­mia­łość.

Wycią­gnął rękę. Wiatr zawo­dził w prze­strzeni mię­dzy nimi, ale w końcu Lachie odchrząk­nął i uści­snął mu dłoń.

-?To uczciwe posta­wie­nie sprawy.

-?Świet­nie. -?Skrzy­wi­łem się. -?A teraz, kiedy już dali­ście sobie po cału­sie na zgodę, możemy wró­cić do kopa­nia? Chciał­bym zna­leźć swój miecz, zanim, kurna, rzeki odtają.

Lachie uśmiech­nął się zna­cząco do Bap­ti­ste.

-?Za two­ich cza­sów też cho­dził wiecz­nie taki skwa­szony?

-?Mam wręcz wra­że­nie, że zła­god­niał, kiedy zaczął dzie­cin­nieć na sta­rość.

-?Pier­dol­cie się obaj -?wark­ną­łem.

Wzię­li­śmy się do pracy przy odrzu­ca­niu kamieni i belek. Cie­szy­łem się z pomocy: sam potrze­bo­wał­bym wielu godzin, żeby prze­ko­pać się przez ten bała­gan. Jed­nakże pra­cu­jąc z Lachla­nem i Bap­ti­ste'em, przy­po­mnia­łem sobie, dla­czego zamie­rza­łem wyru­szyć na polo­wa­nie na Wiecz­no­tr­wa­łego Króla samot­nie.

Czu­łem ją teraz na noc­nym wie­trze, pod potem na naszej skó­rze, na opa­trunku na zła­ma­nej ręce Bap­ti­ste'a. Jej aro­mat spły­wał mi gar­dłem i dźgał w brzuch jak zardze­wiały nóż. Budził bole­sne pra­gnie­nie. Przy­mus.

Krew.

Nie mogłem zapo­mnieć ostat­niego razu, kiedy ją piłem. Sto­jąc pod murami Maer­genn, prze­bi­łem kłami nad­gar­stek pod­su­nięty przez Pho­ebe. Poczu­łem żar, bło­go­sła­wione szkar­łatne życie pły­nące przeze mnie. Na samo wspo­mnie­nie ogar­nął mnie ból, łagodny smu­tek po wspól­nych chwi­lach z Pho­ebe, tęsk­nota za tym, co wyro­sło mię­dzy nami, zanim zostało wyrwane z korze­niami.

Zasta­na­wia­łem się, czy powi­nie­nem był się poże­gnać. Byłem pewien, że coś mię­dzy nami zaist­niało -?czu­łem, że serce mi krwawi w piersi, gdy przy­po­mi­na­łem sobie, jak wal­czyła u mojego boku w pie­kle Maer­genn. Cierń i kolce. Krew i bli­zny.

-?Bałeś się.

Gabriel pod­niósł wzrok, ogni­sku­jąc prze­ni­kliwe spoj­rze­nie na histo­ryku.

-?Że poko­chasz inną -?uści­ślił Jean-François, zanu­rza­jąc pióro w kała­ma­rzu. -?Pew­nie trudno cię winić. Posta­wi­łeś swoją Astrid na takim pie­de­stale, że jaka żywa kobieta mogłaby jej dorów­nać?

-?Tak dobrze mnie znasz, co?

Uśmiech szarp­nął kąci­kiem rubi­no­wych ust.

-?Nie tak dobrze, jak bym chciał.

Gabriel skrzy­wił się i napił wina.

-?Pew­nie, to strach spra­wił, że się odsu­ną­łem. Ale nie strach z powodu uczuć. Strach z powodu tego, co mógł­bym zro­bić. Pra­cu­jąc w śniegu obok przy­ja­ciół, cie­płych, żywych i oddy­cha­ją­cych, tęsk­ni­łem z bólem za tamtą krwią. Jak uza­leż­niony za swoją fajką. Jak pijak za butelką. Osta­tecz­nie pra­gnie­nie poko­nuje wszyst­kich bla­do­kr­wi­stych, a moje wła­sne z każ­dym dniem się pogłę­biało. Wie­dzia­łem, że już wkrótce...

-?Gabe!

Bap­ti­ste wyrwał mnie ze szkar­łat­nych wspo­mnień, ode­rwał od smaku krwi w ustach.

-?Gabe, chyba ją zna­la­złem!

Prze­gra­mo­li­li­śmy się z Lachla­nem do miej­sca, gdzie kopał Bap­ti­ste. Przy­klęk­nął na jed­nym kola­nie, się­gnął pod gruz zdrową ręką.

-?Muszę tylko... o, już... -?Bap­ti­ste wycią­gnął się ostatni raz i zakrzyk­nął trium­fal­nie: -?Ahaa!

Z czy­stym brzę­kiem gwiaz­do­stali mój brat wycią­gnął rękę spod gru­zo­wi­ska i pod­niósł Popi pod niebo. Jej ostrze lśniło mrocz­nie, srebrna dama jak zawsze uśmie­chała się na ręko­je­ści, roz­po­ście­ra­jąc ręce jakby w rado­snym powi­ta­niu. Led­wie jed­nak Bap­ti­ste ją uniósł, jego zwy­cię­ski uśmiech zabar­wiła kon­ster­na­cja. Opu­ścił ostrze i spoj­rzał na nie pyta­jąco, zamru­gał zasko­czony.

-?Ona... do mnie mówi.

-?Nie krzy­czy? -?spy­ta­łem. -?To już coś.

-?Spo­koj­nie, made­mo­iselle, wszystko dobrze, ja tylko... -?Bap­ti­ste zer­k­nął na mnie, potem na miecz. -?Oui, jest tutaj. Spo­koj­nie już.

Wzią­łem Popi od Bap­ti­ste'a, na wpół krzy­wiąc się w ocze­ki­wa­niu gradu wywrza­ski­wa­nych obelg. Jed­nakże zamiast krzyku usły­sza­łem coś, co brzmiało, jakby Poże­raczka pła­kała. Aż ści­snęło mnie w sercu z żalu na dźwięk smutku w jej pie­śni.

Och, G-G-G-Gabrielu-Gabrielu och dzięki M-M-Matce-Dzie­wicy i Męczen­ni­kom i wszyst­kim anio­łom zastę­pów nie­bie­skich tak się bałam, tak się b-b-b-bałam!

-?Spo­koj­nie -?ode­zwa­łem się łagod­nie. -?Spo­koj­nie, Popi. Jestem tu i już wszystko będzie dobrze.

Nic nie widzia­łam, było tak c-c-ciemno, nic nie wi-wi-widzia­łam, myśla­łam, że mnie po-po-porzu­ci­łeś-porzu­ci­łeś!

-?Nie, nie, nie martw się wię­cej. Nie porzucę cię, mon ami, ni­gdy. Prze­cież wiesz.

Boże, przypo-po-pomi­nam sobie, jak na cie­bie nakrzy­cza­łam, tak mi przy­kro, Gabrielu. Nie chcia­łam, nie-nie-nie-nie chcia­łam... ja n-n-ni­gdy, NI­GDY...

-?Nie byłaś sobą, już o tym zapo­mnia­łem.

Zapo­mnia­łeś, szep­nęła. Ile ja zapo­mnia­łam, jak w-w-wiele-wiele prze­pa­dło, och, ojcze n-n-n-nie­bie­ski, dopo­móż. Co się ze mną stało, że nie pamię­tam, że ni­gdy nie PAMIĘ­TAM.

Łzy napły­nęły mi do oczu, ogar­nęły mnie gniew, żal i poczu­cie bez­rad­no­ści. Zmu­si­łem się jed­nak do uśmie­chu, gdy ode­zwa­łem się, doty­ka­jąc jej twa­rzy:

-?Cie­szę się tylko, że wró­ci­łaś, Popi. Bra­ko­wało mi cie­bie.

A mnie cie­bie. Ale... ale-ale... g-g-gdzie-gdzie jest Dior?

Prze­łkną­łem z tru­dem ślinę. Chcia­łem wyznać jej wszystko. Podzie­lić się smut­kiem. Zamiast tego uci­szy­łem wła­sne serce i z obawy, jak może wpły­nąć na nią prawda, zmu­si­łem się do kłam­stwa.

-?Nic jej nie jest. Nie oba­wiaj się. Jedziemy po nią.

Och, to dobrze, roz­le­gło się sre­brzy­ste wes­tchnie­nie. Dobrze-dobrze-dobrze. Ona jest klu­czem do tego wszyst­kiego, Gabrielu. Jedyne, co on nam zosta­wił, to smu­tek i popiół. M-m-musisz-musisz-musisz zapew­nić jej b-b-bez­pie­czeń­stwo.

-?Tak zro­bię. Śpij teraz. Uspo­kój się. Bóg nam świad­kiem, że na to zasłu­ży­łaś.

I ty też. Mój n-n-n-naj­droż­szy przy­ja­cielu.

Jej pieśń uci­chła, a ja wsu­ną­łem ją do pochwy u mojego pasa, żeby zasnęła. Zostało mi tylko echo jej słów w gło­wie. Otar­łem oczy i zoba­czy­łem, że Lachlan i Bap­ti­ste patrzą na mnie. Na twa­rzy tego pierw­szego malo­wało się zdu­mie­nie, na obli­czu dru­giego -?tro­ska.

-?Ona... -?Potężny kowal zmarsz­czył czoło. -?Zawsze jest taka?

-?Nie. -?Wes­tchną­łem. -?Odkąd zła­ma­łem ją na skó­rze Fabiéna, nie jest cał­kiem sobą. Jed­nak od bitwy o Maer­genn... Oba­wiam się, że jej się pogor­szyło.

Bap­ti­ste zagryzł usta, zer­ka­jąc na ostrze.

-?Sły­szy nas? W pochwie?

-?I widzi. W każ­dym razie jeśli chce. Jed­nak czę­sto zasy­pia. Śni.

-?Mogę?

Wycią­gnął zdrową rękę, a ja odpią­łem pas i poda­łem mu Poże­raczkę Popio­łów. Lachlan uniósł brew, kiedy czar­no­ręki wło­żył mu klingę do rąk i dał znać, żeby się nie ruszał, a potem przy­wo­łał mnie gestem. Zer­ka­jąc cie­ka­wie na Lachlana, posze­dłem za czar­no­rękim po gru­zach, aż odda­li­li­śmy się wystar­cza­jąco. Odwró­cił się do mnie w mroku i wes­tchnął.

-?Ma poważny kło­pot ta twoja klinga.

-?W końcu to moja broń, a kło­poty to moja domena.

-?Jej rdzeń pęka.

Zamru­ga­łem i spoj­rza­łem na niego podejrz­li­wie.

-?Co?!

-?Zauwa­ży­łem pęk­nię­cie. Ma już pra­wie trzy cale dłu­go­ści.

-?Nie -?wark­ną­łem. -?Nie­moż­liwe. Zauwa­żył­bym.

-?To led­wie rysa. Nie­wy­szko­lone oko tego nie zauważy. Uszko­dze­nie mogło się pogor­szyć w Maer­genn, osią­gnąć punkt kry­tyczny. Tak czy ina­czej, sprawa jest poważna.

-?Ale... potrze­buję jej, żeby zabić Wiecz­no­tr­wa­łego Króla. Żadne zwy­kłe ostrze nie prze­bije jego skóry.

-?Gabe, jeśli dalej będziesz zabi­jał nią zim­no­krwi­stych, rysa tylko się pogłębi. A na skó­rze ancien Vos­sów...

Zagry­złem usta. Ogar­niał mnie strach. Zasta­na­wia­łem się gorącz­kowo.

-?Możesz ją napra­wić?

-?Zła­mane mie­cze prze­kuwa się tylko w baj­kach dla dzieci. Kiedy ostrze pęk­nie...

-?Pozo­staje zła­mane. Wiem, wiem. Ale ty jesteś naj­wspa­nial­szym kowa­lem, jakiego Srebrny Zakon kie­dy­kol­wiek stwo­rzył. Nie możesz jej w jakiś spo­sób pomóc?

Podra­pał się po zaro­ście.

-?Pew­nie mógł­bym zgrzać klingę w kuźni. To jej nie naprawi, ale jej stan prze­sta­nie się pogar­szać. Nie będziesz mógł nią wyma­chi­wać tak jak kie­dyś, ale przy odro­bi­nie szczę­ścia zgrze­ina prze­trzyma jedną walkę, może dwie.

-?Świet­nie. -?Zalała mnie fala ulgi. -?To brzmi świet­nie. Wobec tego...

-?Pocze­kaj, Gabe. Powie­dzia­łem, że może mógł­bym to zro­bić, ale Poże­raczka Popio­łów została wykuta z zacza­ro­wa­nej gwiaz­do­stali. Nawet kuź­nie San Michon nie pło­nęły dość mocno, żeby dało się tam pra­co­wać nad takim ostrzem. Znam tylko dwie odlew­nie w całym cesar­stwie, gdzie dałoby się to zro­bić.

-?Gdzie? Gdzie one są?

-?Pierw­sza jest w sto­licy. Należy do Gil­dii Meta­lur­gów. Le Rivi?re de Fer.

-?W Augu­stin? Kurna, to na dru­gim końcu kon­ty­nentu.

-?Druga nie jest aż tak daleko, ale założę się, że jesz­cze bar­dziej ci się nie spodoba.

-?Nie jestem w nastroju do zga­dy­wa­nek, bra­cie.

-?To La Forge de San Javon. Kuź­nia w León.

-?Pier­dol mnie w fizis.

Bap­ti­ste skrzy­żo­wał potężne ręce i uśmiech­nął się zna­cząco.

-?To kuszące, ale jestem z kimś po sło­wie.

León. Baro­nia mojego dziadka. Nie­na­wist­nego łaj­daka, który wyrzu­cił moją matkę na ulicę, kiedy była ze mną w ciąży. Życie, jakie musiała wieść w Lor­son, śmierć, jaką ponio­sła w tym prze­klę­tym chle­wie... w pew­nym sen­sie to wszystko była moja wina.

Ni­gdy nie roz­ma­wia­łem ze sta­rym kuta­sem. Nawet w cza­sach mojej chwały, kiedy moje nazwi­sko -?jego nazwi­sko -?roz­brzmie­wało w świę­tych domach i kom­na­tach samej pary cesar­skiej. Nie wie­dzia­łem nawet, czy wciąż żyje. Zano­siło się jed­nak na to, że jeśli Bap­ti­ste ma napra­wić Poże­raczkę, jeśli miała zostać mi jaka­kol­wiek nadzieja na zabi­cie Wiecz­no­tr­wa­łego Króla jej namasz­czoną klingą...

-?Wygląda na to, że wra­camy do Nor­dlundu.

IV

Blade cienie

Ruszy­li­śmy bla­dym świ­tem, skie­ro­wa­li­śmy się na pół­nocny wschód wzdłuż ?rd. Założę się, że two­rzy­li­śmy naj­dziw­niej­szy kwar­tet, jaki ta lodo­wata dzicz widziała od dłuż­szego czasu. Mimo towa­rzy­stwa dzień wyda­wał się mrocz­niej­szy niż zwy­kle, słońce led­wie zasłu­gi­wało na swoją nazwę. Jecha­łem na Argen­cie z Poże­raczką przy­mo­co­waną do sio­dła. Co rusz zer­ka­łem na jej srebrny uśmiech. Bałem się teraz o moją przy­ja­ciółkę; drę­czyła mnie myśl, że cierpi przeze mnie. Trzy­ma­łem się kur­czowo nadziei, że mimo to zdoła zabić Fabiéna.

Zasta­na­wia­łem się teraz, czy Popi to prze­trwa.

Lachlan jechał na prawo ode mnie na dziel­nym kasz­ta­no­wym kucu rasy sosya ze stajni San Michon imie­niem Triumf. Koł­nierz zasznu­ro­wał na twa­rzy, jego zie­lone, obma­lo­wane czer­ni­dłem oczy prze­pa­try­wały nie­ustan­nie pustkę, jedną rękę zawsze trzy­mał na pisto­le­cie.

Aaron zacho­wy­wał dystans, żeby nie nie­po­koić koni, ale kiedy jecha­li­śmy przez mar­twe lasy Osswayu, wyczu­wa­łem napię­cie wśród zwie­rząt -?i moich braci. Lachie był pode­ner­wo­wany, jego egida pło­nęła z powodu bluź­nier­czej obec­no­ści Aarona. Nawet Bap­ti­ste spra­wiał wra­że­nie przy­ga­szo­nego. Jechał na lewo ode mnie, ze zła­maną ręką na tem­blaku, dosia­da­jąc gnia­dego tar­reun imie­niem Różyczka. Ciemne oczy kowala wypeł­niał smu­tek; cią­gle spo­glą­dał w stronę męża, ale rzadko napo­ty­kał odpo­wiedź.

Kiedy jecha­li­śmy, Bap­ti­ste i Lachlan opo­wie­dzieli o swo­jej ostat­niej walce z Nikitą. Wszy­scy trzej ode­grali rolę w śmierci Czar­no­ser­cego - Aaron odrzu­cił miecz Nikity, Lachie go unie­ru­cho­mił. Uśmie­cha­łem się, kiedy Bap­ti­ste opi­sy­wał śmier­telny cios zadany mło­tem ze sre­bro­stali, i aż gęsia skórka poja­wiła mi się na wyta­tu­owa­nej skó­rze.

-?Zatem naprawdę miłość wszystko zwy­cięża, co?

Bap­ti­ste poki­wał głową.

-?Jak w baj­kach.

Odchrząk­ną­łem, nie chcąc być wścib­skim.

-?Ty i Aaron... Wszystko mię­dzy wami w porządku?

Bap­ti­ste spoj­rzał w stronę uko­cha­nego, który szedł w oddali mię­dzy mar­twymi drze­wami.

-?Tak, Gabe. Po pro­stu dużo na nas spa­dło. Nie mie­li­śmy wiele czasu dla sie­bie, odkąd się... zmie­nił. Wciąż mamy sporo do ogar­nię­cia. -?Uśmiech­nął się i stary ogień zapło­nął w jego oczach. -?Trzy­mamy się jed­nak razem. I z tobą. Bóg jeden wie, że mamy za sobą gor­sze rze­czy.

Mroczne dni upły­wały pod pociem­nia­łym słoń­cem, a my sta­ra­li­śmy się poko­nać jak naj­więk­szą odle­głość, zanim zrobi się cie­plej. Kra­ina wokół nas była lodo­wa­tym pust­ko­wiem, gor­szym niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej -?a wędrówka przez ruiny Osswayu zimą zawsze była wystar­cza­jąco trudna sama w sobie. Jed­nakże pod­czas krót­kiego eli­da­eń­skiego lata wszystko spły­nie gno­jem i bło­tem, a zamar­z­nięte rzeki zamie­nią się w nie­prze­byte roz­le­wi­ska. Cze­kała nas długa droga do León, a kło­poty już wisiały w powie­trzu.

Aaron był głodny.

Widzia­łem to dosko­nale. Policzki mu się powoli zapa­dały, cie­nie pogłę­biały się pod nie­bie­skimi oczami. Cią­gle doty­kał brzu­cha, zro­bił się wręcz nie­moż­li­wie wybu­chowy. Z racji pra­gnie­nia, które we mnie nara­stało, rozu­mia­łem nieco ból, jaki musiał zno­sić. I wie­dzia­łem, że nie mając niczego innego pod ręką, mój brat wkrótce spró­buje napić się z nas.

-?Musimy zacząć polo­wać -?oznaj­mi­łem, gdy tej nocy sie­dli­śmy wokół ogni­ska.

Bap­ti­ste skrzy­wił się, oglą­da­jąc swój opa­tru­nek.

-?Już masz dość ziem­nia­ków?

Pocią­gną­łem długi łyk wódki z pier­siówki i skrzy­wi­łem się, patrząc na kar­to­fle gotu­jące się na ogniu.

-?Zawsze mam dość ziem­nia­ków, ale nie cho­dzi mi o jedze­nie. Do León zostało kilka tygo­dni drogi, a obaj z Lachla­nem nie mamy wystar­cza­jąco dużo sakra­mentu, żeby tyle wytrzy­mać. Na tych zie­miach roi się od nie­szczę­śni­ków. Musimy zacząć ich łapać i wykrwa­wiać, żeby zro­bić wię­cej sanc­tusu.

Lachie wydmuch­nął czer­wony dym w powie­trze.

-?Brud­no­kr­wi­ści. Nie powiem, żeby to był naj­lep­szy z aro­ma­tów.

-?Już to robi­li­śmy. Pod­czas kam­pa­nii s?dhaemskich, pamię­tasz?

-?Aż za dobrze. Pamię­tasz tego far­mera z oko­lic Qadiru? Z drew­nianą nogą, za to bez zębów?

-?Na­dal czuję jego posmak. Jak­bym palił świń­ski zadek.

-?Ale co to było za oblę­że­nie. -?Lachie wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu, oczy błysz­czały mu wspo­mnie­niami. -?Trzy dni krwi i całe pole bitwy ską­pane w sre­brze. Ile dosta­łeś potem pro­po­zy­cji mał­żeń­skich?

-?O ile dobrze sobie przy­po­mi­nam, żonę bur­mi­strza bar­dziej zauro­czył twój chudy tyłek niż mój. Ale to było wtedy. Cokol­wiek teraz znaj­dziemy na dro­dze do León, wypa­limy. -?Spoj­rza­łem na cza­ją­cego się na obrze­żach świa­tła Aarona. -?Albo wypi­jemy, zależ­nie od potrzeb.

Nie­bie­skie pod­krą­żone oczy napo­tkały moje.

-?Oui.

Lachlan się­gnął do buta i wycią­gnął szty­let ze sre­bro­stali. Obró­cił go w jarzą­cych się pal­cach i rzu­cił do stóp Bap­ti­ste'a tak, że szty­let wbił się w śnieg.

-?Piękne ostrze -?powie­dział zwa­li­sty kowal. -?Dzieło mistrza kuźni Argyle'a.

Lachlan poki­wał głową.

-?Masz oko do stali.

-?Oui. -?Bap­ti­ste pokle­pał swój sre­bro­sta­lowy młot. -?Ale mam wła­sną broń.

-?Tyle że nie roze­tniesz nią skóry. Nie musisz ciąć głę­boko. Jeśli jed­nak jacyś Umarli znajdą się w pobliżu, zapach odro­biny bordo przy­cią­gnie ich jak gówno muchy. Gabe i ja zaraz się zago­imy, więc nie ma sensu, żeby­śmy się cięli, ale mogę...

-?Nie będziesz -?roz­legł się cichy syk -?wykrwa­wiał mojego męż­czy­zny jak jakie­goś wie­przka w rzeźni.

Lachlan uniósł brew, patrząc na Aarona.

-?Pro­szę tylko o zadra­pa­nie. Nie ocze­kuję, że ode­tnie sobie inte­res.

-?Oba­wiam się, że do tego potrzebne byłoby więk­sze ostrze -?mruk­nął Bap­ti­ste.

Lachlan zapiał ze śmie­chu, a ja unio­słem pier­siówkę w toa­ście. Czar­no­ręki zare­cho­tał, mru­ga­jąc do męża, lecz Aaron się nie uśmiech­nął.

-?Dla­czego się śmie­jesz?

Uśmiech zgasł na ustach Bap­ti­ste'a i w jego błysz­czą­cych oczach.

-?Aaro­nie, my tylko...

-?Uwa­żasz, że to zabawne? Chi­cho­czesz jak idiota z jakimś zasmar­ka­nym pędra­kiem?

Wzru­szy­łem ramio­nami i wypi­łem kolejny haust wódki.

-?Moim zda­niem to było zabawne.

-?Jasne, prze­cież jesteś pijany.

Lachlan z gry­ma­sem szturch­nął ogień.

-?Na twoim miej­scu, wam­pi­rze, mniej mar­twił­bym się piciem Gabriela, a bar­dziej wła­snym.

-?Odpuść, Lachie -?mruk­ną­łem.

-?Pie­przyć go. Wszy­scy mamy swoje kło­poty na tej dro­dze, ale tylko on beczy z tego powodu jak owca w rui. Znie­wie­ściały cie­nias mógłby wpaść po uszy w cycki i wyszedłby stam­tąd, nie prze­sta­jąc narze­kać.

Aaron zaci­snął pię­ści.

-?Powi­nie­nem zmiaż­dżyć cię jak...

-?Spró­buj, mię­czaku. Wyrwę ci te błę­kitne śle­pia pro­sto przez dupę.

-?Nikt nikomu nie będzie niczego wyry­wał -?wark­ną­łem. -?Odpuść sobie, Aaron.

-?Sta­jesz po jego stro­nie?

-?Obaj jeste­ście po tej samej stro­nie. Mojej. Prze­stań­cie robić z igły widły, bo obu wam nabiję rozumu do łbów.

-?Do dia­bła z tym -?prych­nął Aaron, odwró­cił się i odszedł.

-?Pew­nie, spier­da­laj! -?zawo­łał za nim Lachie. -?Może jak strze­lisz focha, to znaj­dziesz poczu­cie humoru. A przy­naj­mniej spo­sób na to, żeby wycią­gnąć sobie kołek z tyłka!

Wokół ogni­ska zapa­dła cisza zakłó­cana tylko przez wier­cące się konie, trzask pło­mieni i ciche kroki odda­la­ją­cego się Aarona. Bap­ti­ste patrzył na Lachlana, bęb­niąc pal­cami zdro­wej ręki o skó­rzane spodnie.

-?Założę się, że na pogrze­bach jesteś wprost uwiel­biany.

-?Słu­chaj, prze­pra­szam. -?Lachie wes­tchnął znie­cier­pli­wiony. -?Gość dopro­wa­dza mnie do szału. Wiem, że sie­dzi w gów­nie po uszy, ale wszy­scy dopiero co prze­szli­śmy pie­kło.

-?Był lor­dem Aveléne. Zanim zostało znisz­czone. Wiel­kim talen­tem w Srebr­nym Zako­nie, zanim go z niego wyda­lono. Dzie­dzi­cem roz­le­głej baro­nii, zanim to także mu skra­dziono. Prze­ży­łem z Aaro­nem de Coste pół życia i powia­dam ci, że jed­nej rze­czy mój uko­chany nie­na­wi­dzi ponad wszystko: poczu­cia bez­rad­no­ści. -?Czar­no­ręki spoj­rzał na Lachlana ponad ogniem. -?Jak myślisz, jak się poczuł, kiedy Nikita zmu­sił go do uklęk­nię­cia?

-?Jest spra­gniony -?ode­zwa­łem się, patrząc kowa­lowi w oczy. -?Musi się poży­wić.

-?I myślisz, że jak się z tym czuje?

-?Nie muszę się domy­ślać. Ja to wiem. Ale jego cią­głe przy­tyki do Lachlana zaczy­nają się robić męczące.

Bap­ti­ste wzru­szył ramio­nami.

-?Jest zazdro­sny.

Prych­ną­łem wtedy, uno­sząc brew.

-?O tego małego osło­jeba?

-?Ej! -?Lachlan cisnął we mnie śnie­giem. -?Nie mów tak brzydko o swo­jej mamie!

Bap­ti­ste zapa­trzył się w mrok, w któ­rym znik­nął jego uko­chany.

-?Aaron zawsze pozo­stał mi wierny w głębi serca. Wiem, że nawet w ramio­nach Nikity kochał mnie praw­dzi­wie, ale czę­ścią serca kocha i cie­bie, Gabe, może w spo­sób, do jakiego sam nie jest gotowy się przy­znać. I musi słu­chać, jak obaj wspo­mi­na­cie dni chwały? Oble­ga­nie murów i opę­dza­nie się od pro­po­zy­cji mał­żeń­skich, paso­wa­nie na ryce­rza przez cesa­rzową, kiedy on sam musiał żyć na wygna­niu i we wsty­dzie? - Bap­ti­ste spoj­rzał mi w oczy i wes­tchnął. -?To miało być jego prze­zna­cze­nie. Jego histo­ria. Czy to dziwne, że zazdro­ści męż­czyź­nie, któ­remu rze­czy­wi­ście było dane to z tobą prze­żyć?

Lachie zer­k­nął wtedy na mnie, zaci­snął usta i zaczął mie­szać potrawkę. Bap­ti­ste wstał z gry­ma­sem, popra­wił tem­blak.

-?Lepiej pójdę z nim poroz­ma­wiać.

-?Nie odda­laj się za bar­dzo -?ostrzegł go Lachlan. -?Mrok ma zęby.

-?Dobrze o tym wiem.

I ski­nąw­szy głową, poczła­pał w mar­twy las. Z wes­tchnie­niem napeł­ni­łem dwie miski i poda­łem jedną Lachla­nowi. Sie­dzie­li­śmy w mil­cze­niu, każdy zma­gał się z wła­snymi myślami. Spłu­ka­łem ziem­niaki wódką. Alko­hol szybko mi się koń­czył, a bez znie­czu­le­nia w jego postaci pra­gnie­nie tylko się pogar­szało.

-?Powin­ni­śmy wyko­pać jego bez­kr­wi­sty tyłek z łódki, zanim nas zatopi.

Pod­nio­słem wzrok i stwier­dzi­łem, że Lachie patrzy na mnie. Ogień tań­czył w jego szma­rag­do­wych oczach.

-?Wiem, że przy­jaź­ni­li­ście się jako dzieci. Wiem, że kochasz go jak...

-?Brata. Bo jest mi bra­tem. Prze­szedł ze mną przez pie­kło. Razem zwy­cię­ży­li­śmy w bitwie pod Bliź­nia­kami. A kiedy Bestia z Vel­lene pra­wie nas dopadł, Aaron otwo­rzył dla nas bramy. Bez niego Dior już by nie ży...

Głos mi się zała­mał, myśl o jej śmierci spa­dła na mnie jak całun pogrze­bowy. Patrząc w ciem­ność, wyobra­zi­łem sobie, że widzę kształty wśród drzew, a zapach sre­bro­dzwon­ków unosi się w powie­trzu roz­brzmie­wa­ją­cym muzyką śmie­chu małej dziew­czynki. Dwie postaci cze­kały poza bla­skiem ognia, blade jak trupy, spo­wite w splen­dor nocy. Pierw­szą był mroczny anioł z pie­przy­kiem na twa­rzy; od jego widoku pękało mi serce. Drugą -?maleńki cud o wło­sach mamy i oczach taty, spo­glą­da­jący na mnie zza muru śmierci. Jed­nakże pomię­dzy nimi dwiema, pomię­dzy tymi bla­dymi cie­niami moich dwóch utra­co­nych miło­ści wyobra­zi­łem sobie, że widzę teraz trze­cią postać.

Och, męczen­nicy, wybacz­cie mi...

-?To już nie jest twój brat, Gabe. To wam­pir.

Zamru­ga­łem z całej siły, prze­ga­nia­jąc duchy i sku­pia­jąc wzrok na daw­nym uczniu.

-?Prze­mie­nił się zale­d­wie parę mie­sięcy temu. Może nie jest czło­wie­kiem, jakim był kie­dyś, ale nie miał czasu, żeby stać się potwo­rem.

-?Sły­sza­łem, co mówili o nim ludzie z Maer­genn, zanim wyje­cha­łem. Szep­tali o potwor­no­ściach w sypialni Czar­no­ser­cego, o tym, jak we dwóch spę­dzali tam czas.

-?Był nie­wol­nym. Tak samo jak kie­dyś ty. Kiedy jed­nak zna­la­złem cię w Báih S?de, bla­do­kr­wi­stego syna samego strasz­li­wego Toly­eva, posta­no­wi­łem uwie­rzyć, że możesz być czymś wię­cej, niż byłeś do tej pory. Po tym wszyst­kim, co razem prze­szli­śmy, jestem winien Aaro­nowi taką samą wiarę.

-?Jesteś moim bra­tem, Gabe, moim capi­ta­ine. Zawdzię­czam ci życie i jeśli posta­no­wi­łeś zaufać pijawce, niech i tak będzie. Wybacz mi jed­nak, jeśli nie podzie­lam tego zaufa­nia. Modlę się tylko, żeby oka­zał się go godzien.

Ski­ną­łem głową, prze­su­wa­jąc kciu­kiem po tuszu na rękach.

-?Ja także.

Spoj­rza­łem w stronę lasu, w któ­rym znik­nął Aaron. Na blade cie­nie uno­szące się wśród zapa­chu sre­bro­dzwon­ków. Przez chwilę wspo­mnie­nie Astrid było tak silne, że pra­wie roz­pła­tało mnie do kości; deli­katny oddech i jesz­cze deli­kat­niej­sze ręce, kły dra­piące gęsią skórkę, bestia budząca się we mnie, nie­skoń­czona i podobna do węża. Upchną­łem je z powro­tem do butów, nabi­łem fajkę drżą­cymi rękami i pochy­li­łem się w stronę ognia, zacią­ga­jąc się głę­boko czer­wie­nią. Sakra­ment wypeł­nił mi żyły. Daleko mu było do auten­tyku, ale wystar­czał, żeby głód wyco­fał się w cień.

I cze­kał.

Z uśmie­chem.

-?Nie ma ich już dłuż­szą chwilę -?mruk­nął Lachlan.

Zamru­ga­łem zasko­czony, rzęsy mi cią­żyły, oczy przy­ćmiła szkar­łatna mgła. Zacią­gną­łem się znowu, wstrzy­ma­łem oddech, samotny w krwi­stym cie­ple za oczami, dopóki Lachlan nie ode­zwał się znowu:

-?Może powin­ni­śmy...

-?Pójdę. -?Wes­tchną­łem wypeł­niony sko­tło­waną czer­wie­nią. -?Ty zostań i pil­nuj koni. Posta­raj się nie nasrać nikomu do butów, kiedy mnie nie będzie.

Zaśmiał się roz­we­se­lony szkar­łatną bło­go­ścią; wie­dział, że to uczu­cie wkrótce znik­nie, ale na razie za bar­dzo się w nim pogrą­żył, żeby się mar­twić. Powlo­kłem się przez mar­twy las i zatrzy­ma­łem na skraju świa­tła, by odwró­cić się do samot­nej postaci czu­wa­ją­cej przy ogniu.

-?Cie­szę się, że tu jesteś, Lachla­nie. Pomi­ja­jąc kłót­nie, nikogo bar­dziej niż cie­bie nie chciał­bym widzieć u swego boku na tej dro­dze.

-?Twoje plecy. -?Mru­gnął. -?Moje ostrze.

-?Zaraz wrócę.

-?Pamię­taj o szko­le­niu, kiedy będzie­cie roz­ma­wiali. To syn Ilona. Zasada Druga, jasne?

-?Kto posłu­cha Umar­łego, ten go posma­kuje.

Odsze­dłem w ciem­ność, dzięki oczom bla­do­kr­wi­stego dobrze widzia­łem w mroku. Sakra­ment spra­wił, że wszyst­kie zmy­sły mia­łem roz­bu­dzone: wzrok, słuch, węch. Wyostrzone jak ostrze mie­cza. Mar­twe drzewa były obwie­szone gir­lan­dami zamro­żo­nego grzyba: kol­co­cie­nia, ple­śnio­fali i żebro­brzu­cha, ale widzia­łem teraz drob­niut­kie kro­ple na soplach, zapo­wia­da­jące nad­cho­dzącą odwilż.

Ruszy­łem po śla­dach w sza­rym śniegu, zanie­po­ko­jony teraz gro­bową ciszą, jaka wokół pano­wała. Kiedy byłem chłop­cem, dzicz nocą była hała­śli­wym miej­scem, peł­nym nawo­ły­wań polu­ją­cych pta­ków, pisków nie­uważ­nych ofiar, szep­tów wia­tru w liściach. Teraz jed­nak liście spa­dły, myśliwi i zwie­rzyna dawno pomarli, bez­dzień opadł na te zie­mie jak całun. W samot­nej czerni sły­sza­łem tylko top­nie­jący lód, bicie wła­snego serca i odle­głe, led­wie sły­szalne głosy.

Pod­nie­sione, gniewne.

Bap­ti­ste i Aaron krzy­czeli. Zna­joma melo­dia sprzeczki kochan­ków. Biłem się z myślami, czy nie okażę się intru­zem, kiedy usły­sza­łem trzask i ryk wście­kło­ści Aarona, a powę­szyw­szy w powie­trzu, wychwy­ci­łem na wie­trze aż zbyt zna­jomy zapach.

Czer­wień. Czer­wień. Czer­wień.

Puści­łem się bie­giem. Serce waliło mi jak młot w piersi, kiedy pędzi­łem przez mar­twy las, modląc się, żeby nic złego nie stało się kowa­lowi. Kiedy poko­na­łem plą­ta­ninę prze­wró­co­nych drzew, zoba­czy­łem przed sobą na pola­nie dwie postaci spo­wite w świeży zapach krwi i zawie­dzio­nej miło­ści.

-?Bierz! -?krzy­czał Bap­ti­ste.

Stał z wycią­gniętą ręką, oddech goto­wał mu się na ustach. Nawet w ciem­no­ści, że oko wykol widzia­łem źró­dło cud­nego zapa­chu: roz­cię­cie na dłoni, krwa­wiące ciało. Na dru­gim końcu polany Aaron stał jak prze­krzy­wiony por­tret, złote włosy oka­lały wykrzy­wioną ze zgrozy twarz.

-?Pij! -?nale­gał Bap­ti­ste, pod­cho­dząc.

-?Nie -?wark­nął Aaron, cofa­jąc się.

-?Potrze­bu­jesz tego!

-?Nie chcę!

-?Aaro­nie, nie bądź głupi, umrzesz z głodu...

-?Nie nazy­waj mnie GŁUP­CEM!

Aaron z rykiem i upiorną furią buzu­jącą w żyłach ude­rzył w mar­twy wiąz sto­jący obok niego. Drzewo zła­mało się przy ziemi i padło z ogłu­sza­ją­cym hukiem jak pijak. Lód i śnieg zwa­liły się na zie­mię, ale Aaron już się prze­su­nął i stał teraz rap­tem cal od twa­rzy Bap­ti­ste'a.

-?Gdy­bym był głup­cem, oddał­bym się we wła­da­nie bestii, która we mnie sie­dzi. Gdy­bym był głup­cem, poca­ło­wał­bym cię, jak ogień całuje pod­pałkę, nie zwa­ża­jąc na popiół, jaki za sobą zosta­wię!

-?Nie zra­nił­byś mnie. Kochasz mnie, jak ja kocham cie...

-?Oczy­wi­ście, że bym cię zra­nił! I przez wzgląd na miłość ci odma­wiam!

Aaron odwró­cił się, osu­nął w kucki w śnieg, przy­ci­snął dło­nie do skroni i z gar­dła wyrwał mu się zdła­wiony szloch. Zęby uro­sły mu już dłu­gie, ohyd­nie ostre i nawet w ciem­no­ści widzia­łem krwawe łzy w jego oczach.

-?Nie wiesz, co on robił -?szep­nął. -?Do czego mnie zmu­szał.

-?To mi powiedz -?popro­sił Bap­ti­ste.

-?Powie­dział­bym. -?Aaron zwie­sił głowę. -?Niech Bóg mi pomoże, wypluł­bym z sie­bie tę tru­ci­znę, żeby pozbyć się jej smaku, gdyby nie strach, że potem ni­gdy wię­cej nie spoj­rzał­byś na mnie tak, jak patrzysz teraz.

-?Na miłość boską, kocham cię, Aaro­nie, i nic tego nie zmieni!

Aaron jed­nak pokrę­cił głową.

-?Nie wiesz, Bap­ti­ste. Nie możesz wie­dzieć.

Kowal zaci­snął zęby.

-?Musisz się żywić. -?W jego gło­sie roz­brzmie­wały smu­tek i gniew.

-?Ale nie tobą. Ni­gdy.

-?To co, zagło­dzisz się? Wynisz­czysz się pra­gnie­niem, aż dłu­żej nie będziesz mógł tego znieść? Lachlan już ma ochotę ściąć ci głowę, więc jak myślisz, co zrobi, gdy stra­cisz nad sobą pano­wa­nie?

-?Mogę się żywić nie­szczę­śni­kami. Gabe prak­tycz­nie to zapropo...

-?Będziesz więc obże­rać się zgnił­kami, ale mnie nie zechcesz nawet tknąć? -?Bap­ti­ste zazgrzy­tał zębami. Miał łzy w oczach. -?Tak ci spieszno zosta­wić mnie, mój mężu? Już się mną znu­dzi­łeś?

-?Prze­stań wyga­dy­wać bzdury -?wark­nął Aaron.

-?Uwa­żasz mnie za pro­staka? Myślisz, że nie wiem, co się kroi? Kiedy ja z każ­dym dniem będę się sta­rzał, a ty na zawsze pozo­sta­niesz młody i piękny?

-?Bap­ti­ste, zawsze będę cię kochał.

-?Dowiedź tego. -?Bap­ti­ste wycią­gnął zakrwa­wioną rękę. -?Weź.

Aaron spoj­rzał mężowi w oczy, a z jego wła­snych popły­nęły czer­wone łzy.

-?Ty tego chcesz -?zdał sobie sprawę ze zgrozą. -?Ty chcesz, żebym... cię ugryzł.

-?To takie straszne?! -?wykrzyk­nął Bap­ti­ste z twa­rzą wykrzy­wioną cier­pie­niem. -?Nie ty jeden posma­ko­wa­łeś roz­ko­szy Dyvo­ków. Kiara piła ze mnie kil­ka­na­ście razy i nie mogę zapo­mnieć, że... że... Boże... -?Zagryzł usta, szu­ka­jąc w nie­bie słów, które mogłyby opi­sać rzecz nie­moż­liwą. - Słodka Matko-Dzie­wico, to, jak się wtedy czu­łem...

-?O, nie -?szep­nął Aaron. -?Bap­ti­ste, nie, nie, ona była potwo­rem.

-?Wiem! -?Bap­ti­ste zro­bił kolejny krok naprzód i znowu wycią­gnął ocie­ka­jącą krwią rękę. -?Jeśli jed­nak taki dia­beł jak ona mógł mi poka­zać prze­błysk nieba, to co mógł­bym poczuć z tobą? Nie poj­mu­jesz, uko­chany? To ide­alny układ! Ty tego potrze­bu­jesz, a ja tego pra­gnę!

-?Nie masz poję­cia, o co mnie pro­sisz! Jeśli zacznę i nie będę potra­fił prze­stać...

-?Nie skrzyw­dzisz mnie. Kocham cię, Aaro­nie. I nie boję się.

Aaron spoj­rzał wtedy w oczy uko­cha­nemu i szep­nął drżą­cym gło­sem:

-?Boisz się.

-?Aaro­nie...

-?Nogi się pod tobą ugi­nają -?wark­nął Aaron, pod­no­sząc się teraz. - Brzuch napeł­nia ci się lodem, trze­wia wodą. Jesteś prze­ra­żony, Bap­ti­ste. Ja cię prze­ra­żam.

-?Aaro­nie, n-nie, ja...

-?Wra­caj bie­giem do ogni­ska. Skul się w świe­tle i módl się do Boga o opiekę. Wzdry­gniesz się, gdy usły­szysz, jak wra­cam.

Aaron wypro­sto­wał się na całą wyso­kość, jego oczy błysz­czały jak odłamki szkła, mrok opro­mie­niał go niczym pele­ryna, gdy powtó­rzył:

-?Bój się tego, mój miły.

Bap­ti­ste'owi zaparło dech w piersi, z twa­rzy odpły­nęła mu krew, zato­czył się i pra­wie prze­wró­cił. Z okrzy­kiem odwró­cił się i poty­ka­jąc się o korze­nie i gałę­zie, uciekł z polany, z któ­rej w ślad za nim niósł się szept:

-?Mnie się bój.

Aaron stał teraz samot­nie na mro­zie, z pochy­loną głową, włosy zło­tymi falami opa­dały mu na okrwa­wione policzki. Ponury wiatr szar­pał jego szy­ne­lem, ale on stał nie­ru­chomy jak mar­mur przez długą i cichą chwilę. Wresz­cie nabrał tchu, żeby prze­mó­wić:

-?Możesz już wyjść, Gabrielu.

Sta­łem nie­ru­chomo jesz­cze przez długą chwilę i patrzy­łem w ciem­no­ści. Zaci­ska­łem dłoń na ręko­je­ści Poże­raczki Popio­łów tak, że knyk­cie mi pobie­lały i cho­ciaż jej nie doby­łem, nie zdją­łem dłoni z ręko­je­ści, kiedy wysze­dłem zza mar­twych drzew.

-?To dla mnie? -?spy­tał Aaron, patrząc na miecz.

Patrzy­łem na niego w ciem­no­ści, smu­tek wgryzł się w jego błę­kitne oczy tak głę­boko, że pra­wie poczer­niały. Gdy jed­nak przyj­rza­łem się naprawdę uważ­nie, dostrze­głem cień chłopca, któ­rego kie­dyś zna­łem, brata, któ­rego wciąż kocha­łem, uwię­zio­nego w pie­kle, które led­wie mogłem sobie wyobra­zić.

-?Nie -?odpo­wie­dzia­łem i dłoń zsu­nęła mi się z ręko­je­ści Popi.

-?A może powinno być dla mnie. W końcu potwory należy zabi­jać.

-?Nie jesteś potwo­rem.

Roze­śmiał się gorzko. Jego kły wyglą­dały jak szty­lety w dzią­słach.

-?Gdy­byś nim był -?upie­ra­łem się -?obże­rał­byś się wła­śnie z gar­dła Bap­ti­ste'a, zamiast posłu­żyć się darem swo­jej krwi, żeby go odstra­szyć.

-?Nie mojej, mojego ojca.

Spoj­rzał na swoją pierś i roz­chy­lił koszulę, żeby poka­zać mi róże i węże. Herb rodu jego ojca. Kie­dyś były srebrne i lśniły świa­tłem jego wiary. Teraz były czarne. Jak reszta jego egidy. Jak plamy na jego duszy.

-?Oui, jestem bla­do­kr­wi­stym synem Ilo­nów. Potra­fię szep­tem nagi­nać śmier­tel­ni­ków do swo­jej woli. Jed­nakże moja krew to krew Dyvo­ków. Nie­po­skro­mio­nych. Dzi­ku­sów.

-?Nie jesteś taki jak oni, Aaro­nie. Jesteś czymś wię­cej. Jesteś od nich lep­szy.

-?Nie masz poję­cia, czym jestem. Do czego jestem zdolny. Sam o tym nie wie­dzia­łem. -?Spoj­rzał na swoją rękę, na czarne serce i cier­nie wypa­lone na skó­rze. -?Dopóki on mi nie poka­zał.

-?Nie jesteś tym, co z tobą zro­bił. -?Pod­sze­dłem i wzią­łem go za rękę. - Nikita zawład­nął twoją wolą tak samo jak cia­łem. Mimo to, spę­tany łań­cu­chami krwi jed­nego z naj­po­tęż­niej­szych wam­pi­rów na świe­cie, zna­la­złeś siłę, żeby mu się sprze­ci­wić.

-?Tylko raz. -?Jego szept był nie­mal zbyt cichy, kru­chy jak por­ce­lana. - Wszy­scy ci l-ludzie...

-?To nie twoja wina. To była walka. Sre­bro­święci pró­bo­wali cię zabić, wal­czy­łeś o życie. Cie­szę się, że wygra­łeś.

-?Nie oni. -?Spoj­rzał na mnie wtedy udrę­czony, pusty, z takim bólem, że łzy napły­nęły mi do oczu. -?Inni. W... w jego łożu. Kobiety, męż­czyźni. Wynisz­czeni i roze­rwani. Poskrę­cani, zakrwa­wieni i poła­mani, o Boże, Gabrielu...

-?To nie twoja wina! Zmu­sił cię do tego!

-?Może. Ale... cząstka mnie... -?Zwie­sił głowę, blade łzy bar­wiły śnieg. - To mi się podo­bało, Gabrielu. Roz­ko­szo­wa­łem się tym.

Wzdry­gną­łem się i żołą­dek tak mi się szarp­nął, że musia­łem prze­łknąć wymioty. Czu­łem, jakby roze­rwano mi serce. Unio­słem oczy ku niebu, na patrzą­cego Boga, śmie­ją­cego się Boga i zmeł­łem w kłach prze­kleń­stwo, że stwo­rzył takie pie­kło dla mojego przy­ja­ciela. Po wszyst­kim, co Aaron wycier­piał, wciąż pozo­stał wierny władcy nie­bios. I taką nagrodę otrzy­mał? Nie­śmier­telny głód, a potem pie­kło?

-?Nie wie­rzę w to. Jesteś jed­nym z naj­lep­szych ludzi, jakich znam. Naj­dziel­niej­szych. Naj­wier­niej­szych.

-?Wier­nych? -?prych­nął. -?Nie ma we mnie już wiary, bra­cie. Jaki to ma sens? Nie ma łaski w nie­bie dla potę­pio­nych.

-?To szu­kaj jej gdzie indziej! Jeśli modli­twa nie nie­sie już pocie­chy, szu­kaj zba­wie­nia w innym źró­dle! W miło­ści! Przy­jaźni! Hono­rze!

Zwie­sił głowę, a jego szept był pozba­wiony wyrazu:

-?Nie­ważne, w co wie­rzysz, ale w coś musisz.

-?Oui! -?Ści­sną­łem mu rękę. -?Tak mi powie­dzia­łeś w mrocz­nych chwi­lach mojego życia i ni­gdy nie padły praw­dziw­sze słowa! Uwierz w Bap­ti­ste'a, jeśli nie wiesz, w co innego miał­byś wie­rzyć! W miłość, któ­rej nawet krew Nikity nie zdo­łała zato­pić! Jesteś wart tysiąc takich jak on! Nie pozwól, żeby cię znisz­czył!

-?A kim ty jesteś, żeby nauczać mnie wiary, bra­cie? -?Spoj­rzał na zimne i pozba­wione świa­tła sre­bro na mojej skó­rze. -?Ty, który w nic nie wie­rzysz?

-?Aaro­nie...

-?Jestem Upa­dłym. Prze­pa­dła dla mnie wszelka nadzieja na niebo. Czeka mnie tylko pie­kło. I jeśli mam zła­pać się jakie­goś celu, to zapew­niam cię, że nie pocią­gnę za sobą w otchłań mojego uko­cha­nego. Nie praw mi jed­nak kazań o zba­wie­niu, bra­cie. Bo kiedy to nie-życie zosta­nie mi ode­brane i zejdę do pie­kieł, na które zaprawdę zasłu­ży­łem, to obaj wiemy... -?spoj­rzał mi w oczy przez krwawe łzy -?...że cię tam spo­tkam.

Nie ode­zwał się wię­cej i odszedł w mrok. Nie widzia­łem sensu, by go wołać. Powie­dział prawdę i obaj to wie­dzie­li­śmy. Obaj byli­śmy potę­pieni. Każ­dym z nas kie­ro­wało teraz tylko jedno ponure życze­nie: Aaro­nem potrzeba chro­nie­nia uko­cha­nego pod­czas tej podróży do pie­kła, a mną chęć wysła­nia do pie­kła kogoś innego, zanim sam za nim spadnę w otchłań.

Spoj­rza­łem w niebo. Syk­ną­łem z nie­na­wi­ści.

Mój cel.

Moja modli­twa.

-?Fabién.

V

Dama z Lwiego Pyska

I tak jecha­li­śmy przez czarne dni z ciem­nymi chmu­rami nad gło­wami. Prze­cię­li­śmy pozba­wione życia przed­gó­rze, kie­ru­jąc się na pół­nocny wschód, gdzie ciemny grzbiet M?chaich na Baloch wzno­sił się przed nami. Na widok Księ­ży­co­wych Tro­nów znowu pomy­śla­łem o Pho­ebe, o jedwa­biu jej skóry, ogniu w jej krwi. Pra­gnie­nie szar­pało mi żołąd­kiem, wykrę­cało go, orało, więc odsu­ną­łem na bok wszyst­kie wspo­mnie­nia, pocho­wa­łem je w popiele za sobą i przy­sią­głem sobie wię­cej o niej nie myśleć.

Tylko w baj­kach dla dzieci wszy­scy znaj­dują szczę­śliwe zakoń­cze­nie.

Pho­ebe lepiej będzie beze mnie.

Po dro­dze polo­wa­li­śmy: na drobną zwie­rzynę, żeby wło­żyć coś do garnka, na brud­no­kr­wi­stych, żeby wło­żyć coś do fajki. Wykrwa­wia­li­śmy ich do desty­larki i goto­wa­li­śmy dawkę sanc­tusu, żeby zaspo­koić głód mój i Lachlana. Aaron zabie­rał resztę. Odma­wiał poży­wia­nia się przy nas; nie chciał zno­sić pogardy widocz­nej w oczach Lachlana. Wra­cał póź­niej do obozu z zapa­chem mar­twej krwi na języku i popio­łem na rękach i uni­kał zbo­la­łego spoj­rze­nia Bap­ti­ste'a.

To był potworny widok: gniew nara­sta­jący mię­dzy nimi zro­dzony z miło­ści. Po dwóch tygo­dniach jazdy skoń­czyła mi się wódka i w obli­czu kosz­ma­rów z Celene, nara­sta­ją­cego nie­zrów­no­wa­że­nia Poże­raczki i udręki głodu mia­łem dość wła­snych kło­po­tów.

Począt­kowo utrzy­my­wa­li­śmy przy­zwo­itą pręd­kość, podą­ża­jąc wzdłuż ossway­skiego wybrzeża, ale wio­sna nad­cią­gała, rów­nie nie­uchronna jak podatki i pływy, a wtedy nasze tempo stało się śli­ma­cze. Śnieg zamie­nił się w breję, a breja w błoto. Drogi stały się grzę­za­wi­skami, w które zapa­da­li­śmy się po kolana, zasy­sa­ją­cymi i chlu­po­czą­cymi jak smoła, a co gor­sza, kiedy śnieg stop­niał, zostały odsło­nięte nie­zli­czone trupy ludzi zabi­tych pod­czas zimo­wej wojny Nikity. Nasza droga zamie­niła się w otwarty grób cuch­nący zgni­li­zną i gów­nem i rojący się od much.

Więk­szość legend, na któ­rych się wycho­wa­łem, w rów­nym stop­niu opo­wia­dała o podróży, co o samym jej celu, histo­ryku. Jed­nak, jak już wcze­śniej wspo­mnia­łem, potrzebny jest lep­szy gawę­dziarz ode mnie, żeby mile nie­koń­czą­cego się mozołu wydały się cie­kawe. Prawda jest taka, że cho­ciaż nasza wędrówka była ponura i potworna, całymi tygo­dniami jecha­li­śmy bez żad­nych wstrzą­sów w naszej nowej i dziw­nej powsze­dnio­ści.

Nastała peł­nia lata, zanim doszło do praw­dzi­wego zwrotu w tej opo­wie­ści.

Sta­li­śmy tego dnia na grani wyso­kiego wznie­sie­nia i mru­żąc oczy, wpa­try­wa­li­śmy się w prze­siąk­niętą wil­go­cią dolinę. Zachód słońca jak pół dupy zza krzaka pla­mił zachodni ocean krwi­stą czer­wie­nią. Aaron poszedł tro­pić zwie­rzynę, Lachlan sie­dział wypro­sto­wany w sio­dle i patrzył przez moją lunetę, pod­czas gdy ja stu­dio­wa­łem starą mapę. Wie­dzia­łem, że musimy już znaj­do­wać się bli­sko baro­nii León, ale nie mia­łem pew­no­ści, nie widząc żad­nych punk­tów orien­ta­cyj­nych. Krzy­wi­łem się nad per­ga­mi­nem i prze­kli­na­łem pod nosem.

-?Tam jest osada rybacka -?zamel­do­wał Lachie. -?A w każ­dym razie to, co z niej zostało.

-?Może to Lwi Pysk? -?zasu­ge­ro­wa­łem. -?Znaj­do­wał się kie­dyś gdzieś w tej oko­licy.

-?Jak stara jest ta twoja mapa? -?spy­tał podejrz­li­wie Bap­ti­ste.

-?Star­sza od niego -?mruk­nął Lachie.

-?Ancien, co?

-?Odpier­dol­cie się, mam trzy­dzie­ści trzy lata -?wark­ną­łem.

-?Trzy­dzie­ści cztery, o ile pamięć mnie nie myli.

-?I tak jesteś star­szy ode mnie, mądralo.

-?Może w latach, che­va­lier. -?Bap­ti­ste pogła­dził się po przy­stoj­nej szczęce. -?Ale nie w milach.

Prych­ną­łem i zer­k­ną­łem na tonące w mroku mia­steczko w dole. Nie­wąt­pli­wie była to błot­ni­sta, zepsiała dziura: wieża straż­ni­cza oto­czona pier­ście­niem strza­ska­nego muru, powy­krzy­wiane budynki, opie­ra­jące się o sie­bie jak pija­czyny tuż przed zamknię­ciem spe­luny. Osada wyglą­dała jed­nak na dosta­tecz­nie dużą, żeby mogła być Lwim Pyskiem -?jed­nym z warow­nych mia­ste­czek na gra­nicy wiel­kich posia­dło­ści mojego dziadka.

-?Wygląda na cał­kiem porzu­cone -?mruk­ną­łem.

Lachlan zesztyw­niał, uno­sząc się w strze­mio­nach i wska­zu­jąc wycią­gniętą ręką:

-?Nie cał­kiem.

Zmru­ży­łem oczy i wytę­ży­łem wzrok w pół­mroku. Słony wiatr chło­stał bli­zny na moim policzku. W oddali dostrze­głem nie­wy­raźną postać bie­gnącą przez gni­jące pola wokół mia­steczka. A w ślad za tą posta­cią...

-?Daj mi to -?zażą­da­łem, zabie­ra­jąc lunetę z ręki Lachlana.

Mój dawny uczeń wycią­gnął pisto­let, a ja unio­słem lunetę do oka. Dostrze­głem teraz postać wyraź­niej: kobieta z czer­woną twa­rzą, pra­wie w moim wieku, bie­gła w stronę mia­steczka. Miała na sobie solidne skó­rzane ubra­nie, buty do kolan i się­ga­jące ziemi włosy ciemne jak noc. Twarz i kolana miała czarne od błota, ręce jasno­czer­wone od krwi. Za nią przez dawno prze­gniłe win­nice sunął, war­cząc i prze­wra­ca­jąc się, ponad tuzin...

-?Nie­szczę­śnicy -?szep­ną­łem.

-?Za San Michon! -?krzyk­nął Lachlan.

Ude­rzył pię­tami w boki Triumfa i kuc poga­lo­po­wał, aż tętent kopyt poniósł się niczym grzmot. Ja i Bap­ti­ste popę­dzi­li­śmy jego śla­dem. Kowal wyjął z uchwytu przy sio­dle sre­bro­sta­lowy młot. Zła­mana ręka pra­wie zro­sła mu się w cza­sie podróży, ale na­dal wolał posłu­gi­wać się drugą, stward­niałą od kuźni pię­ścią. Ja także zaci­sną­łem dłoń na ręko­je­ści Poże­raczki i wydo­by­łem ją z pochwy pośród zaple­śnia­łego smrodu lata przy akom­pa­nia­men­cie pie­śni gwiaz­do­stali.

Aish'da nom­re­haam vo k-kaiden na?

Zamru­ga­łem zasko­czony i zazgrzy­ta­łem zębami, gdy krew zawrzała w Argen­cie pode mną. Pędząc po błot­ni­stym stoku ku ucie­ka­ją­cej kobie­cie, zer­k­ną­łem na trzy­many w ręku miecz.

-?Co?

Aish'da no d-d-da? -?dopy­ty­wała się Popi. Tovrem ma'hai? So voth ne dema­isat, Gavrael?

Znowu zamru­ga­łem, roz­po­zna­jąc w ostat­nim sło­wie coś podob­nego do mojego imie­nia. Język, w któ­rym mówiła Popi, brzmiał lirycz­nie, cudow­nie, był obda­rzony pięk­nem wykra­cza­ją­cym poza muzykę, ale przy­naj­mniej mnie pozna­wała...

V-v-vaneth do kha­va­lesh, besaid kii­rov, Gavr...

-?Kurwa mać, nie rozu­miem ani słowa z tego, co do mnie mówisz!

Wpa­dli­śmy w żleb, zie­mia try­skała spod kopyt, Argent pode mną był jak potężna machina z mię­śni i kości. W mroku widzia­łem damę w opa­łach, ucie­ka­jącą przez pola do osady rybac­kiej, i nie­szczę­śni­ków, któ­rzy ją doga­niali. Zbli­ża­li­śmy się do niej szybko z boku, ale wciąż byli­śmy za daleko, żeby jej pomóc. Gdyby jed­nak skrę­ciła w naszą stronę...

-?Made­mo­iselle, tutaj! -?zawo­łał Lachlan. -?Bie­gnij do nas!

Zer­k­nęła w naszą stronę, zady­szana i chwiejna, ale zamiast ulgi na widok bli­skiego ratunku na jej twa­rzy odma­lo­wało się zakło­po­ta­nie. Z tak bli­ska widzia­łem, że nosi opa­skę na oku i połowę twa­rzy ma pokrytą strasz­liwą bli­zną od opa­rze­nia. Zamiast skie­ro­wać się do nas, klu­cząc, bie­gła dalej w stronę rybac­kiego mia­steczka. Jego mury zbu­do­wano z kamie­nia, ale z cza­sem poro­sły kol­co­cie­niem i świe­cącą marianną, a w paru miej­scach cał­kiem się zawa­liły. Obok pustego łuku, z któ­rego dawno temu znik­nęła brama, stały dwa posągi lwów. To miej­sce nie zapew­niało żad­nej osłony.

-?Co ona, u dia­bła... -?Nabra­łem powie­trza w płuca i ryk­ną­łem: -?Co ty, u dia­bła, wypra­wiasz?!

K-k-kha­val de'ali notata-ta-ta-ta Gav-gavr...

-?Kurna, Popi, stul dziób!

Lachlan uniósł pisto­let i sta­ran­nie wyce­lo­wał. I cho­ciaż poru­szało się pod nim pół tysiąca fun­tów kuca, tra­fił w dzie­siątkę -?pro­sto w głowę naj­bliż­szego nie­szczę­śnika, ści­na­jąc z niej całe cie­mię. Sre­bro­kula zaskwier­czała, zgniły mózg obry­zgał niebo szkar­ła­tem, a Lachie wyjął drugi pisto­let i zamie­nił głowę następ­nego brud­no­kr­wi­stego w mia­zgę.

-?Zawróć­cie!

Spoj­rza­łem w kie­runku, z któ­rego dobiegł krzyk, i zorien­to­wa­łem się, że to dama wrzesz­czy w biegu.

-?Zawróć­cie, niech was pie­kło pochło­nie!

-?Cał­kiem jej odbiło -?wark­nął Bap­ti­ste.

-?I będzie cał­kiem mar­twa, jeśli do niej nie dotrzemy! -?par­sk­nął Lachie.

Pogna­li­śmy na nie­szczę­śni­ków, któ­rzy pędzili pro­sto na damę. Kobieta dotarła do wyła­ma­nej bramy i prze­bie­gła pod jej łukiem do schro­nie­nia, jakie wyobra­żała sobie zna­leźć za murami. Zbli­ża­li­śmy się galo­pem, Lachlan popę­dzał Triumfa ku zaple­śnia­łemu ogro­dze­niu wzdłuż drogi. Mnie jed­nak ści­snęło w żołądku, kiedy przyj­rza­łem się błot­ni­stej dro­dze. Instynkt myśli­wego nie dawał mi spo­koju, zwra­ca­jąc uwagę, że coś tu nie gra. Poże­raczka Popio­łów przez cały czas krzy­czała w mojej gło­wie:

Lisaid kii­rov, Gavrael! KII­ROV NA'DAL!

-?Lachie, UWA­ŻAJ! -?wydar­łem się.

Się­gną­łem po wodze konia Bap­ti­ste'a i gwał­tow­nym szarp­nię­ciem zatrzy­ma­łem Różyczkę. Kowal wrza­snął i pra­wie wypadł z sio­dła. Lachie obej­rzał się, sły­sząc mój krzyk, ale Triumf już się roz­pę­dził, dziel­nie prze­sko­czył ogro­dze­nie i wypadł na drogę przed nie­szczę­śni­ków, ude­rza­jąc kopy­tami w błoto i zbitą zie­mię. Z trza­skiem prze­bił uło­żoną na wierz­chu war­stwę i wpadł pro­sto do wil­czego dołu.

Usły­sza­łem kwik Triumfa, ryk Lachlana, huk walą­cej się pod nimi ziemi. Paru brud­no­kr­wi­stych wpa­dło za nimi do jamy, ale następne wam­piry prze­sko­czyły wielką dziurę zie­jącą w dro­dze, sze­roką na trzy­dzie­ści stóp i długą na pięt­na­ście, i pognały dalej ku mia­steczku i swo­jej ofie­rze. Tyle że teraz za strza­ska­nym murem uka­zały się ludz­kie postaci: około dwu­dzie­stu kusz­ni­ków w czar­nych kasa­kach i kol­czu­gach. Trzy­mali dziwne kusze z celow­ni­kami zwień­czo­nymi krę­gami pło­ną­cego ognia. Na roz­kaz kru­czo­wło­sej damy strze­lili, bełty prze­cięły noc. Z każ­dej kuszy wypadł nie jeden, ale wiele poci­sków, z któ­rych każdy pło­nął jakby za sprawą magyi. Jedną salwą powa­lili połowę brud­no­kr­wi­stych.

-?Prze­ła­do­wać! -?krzyk­nęła dama.

Wysko­czy­łem z sio­dła, myśląc o Lachla­nie. Za kra­wę­dzią jamy widzia­łem tylko dłu­gie cie­nie okrut­nie zaostrzo­nych drew­nia­nych pali. Powie­trze prze­sy­cał słono-słodki aro­mat krwi. Usły­sza­łem ryk Lachlana, potem wystrzał z pisto­letu. Przede mną pod­niósł się z ziemi jakiś brud­no­kr­wi­sty w pło­ną­cych szma­tach. Roz­rą­ba­łem go Poże­raczką, tnąc kość jak masło. Zimny szkar­łat obry­zgał mi twarz. Zaczą­łem taniec wśród nie­szczę­śni­ków, odci­na­jąc głowy od pło­ną­cych szyi i nogi od pło­ną­cych kor­pu­sów, zatra­ci­łem się w poezji stali. Poże­raczka zaczęła śpie­wać - na­dal w tym pięk­nym, obcym języku, ale przy­się­gam, że sama pio­senka była tak rado­sna, że pra­wie napły­nęły mi do oczu łzy.

Dama na murach wznio­sła piękny miecz z wzo­rem pło­mieni wytra­wio­nym na klin­dze. Kiedy prze­krę­ciła ręko­jeść, usły­sza­łem szczęk meta­lo­wych sprę­żyn, trzask żela­znego krze­siwa i jak za sprawą magyi ostrze buch­nęło ogniem. Z okrzy­kiem "Za León!" dama sko­czyła z murów mię­dzy Umar­łych, tnąc i rąbiąc ich pło­ną­cym mie­czem i rycząc z nie­na­wi­ści do pada­ją­cych wokół niej zim­no­krwi­stych. Żoł­nie­rze unie­śli kusze, przed salwą mocu­jąc do ich kolb podłużne pude­łeczka. Powie­trze znowu wypeł­niło się syczą­cymi pło­ną­cymi beł­tami. Zim­no­krwi­ści padali jak zboże pod kosą, więk­szość z nich za bar­dzo prze­gniła, żeby wydać z sie­bie choćby pomruk, gdy sta­wali w ogniu.

I nagle było po wszyst­kim. Na ziemi walały się tlące się trupy, ale czarny dym pło­ną­cego ciała nie wystar­czał, by zdła­wić nara­sta­jące we mnie pra­gnie­nie. Aż mnie od niego bolało, kusiło mnie, żeby zli­zać posokę z ust, z posre­brzo­nych dłoni, z ciem­nej stali ostrza Poże­raczki. Zamiast tego pod­sze­dłem chwiej­nie do wil­czego dołu. Bap­ti­ste sta­nął obok mnie z zakrwa­wio­nym mło­tem bojo­wym w ręce.

-?Lachie?

-?Słodki Odku­pi­cielu, ja pier­dolę -?usły­sza­łem w odpo­wie­dzi.

Spoj­rza­łem w dół i zoba­czy­łem go na dnie dołu, zgar­bio­nego i zla­nego krwią. Wokół niego walały się szczątki trzech nie­szczę­śni­ków, ale on sam miał prze­bity brzuch i ramię, a jego biedny dzielny kuc nie żył -?te same okrutne pale prze­biły mu szyję i pierś. Wykrwa­wił się w błoto.

Lachie stęk­nął, wycią­ga­jąc odła­many pal z brzu­cha. Kły miał zlane krwią.

-?Podać ci rękę? -?spy­ta­łem.

-?Wolał­bym, żebyś podał mi nowy brzuch -?jęk­nął, przy­ci­ska­jąc zakrwa­wioną rękę do zie­ją­cej rany i szu­ka­jąc fajki. -?Może daj mi minutkę, co?

-?Prze­ła­do­wać -?usły­sza­łem cichy roz­kaz.

Roz­legł się szczęk kusz. Bap­ti­ste szturch­nął mnie w ramię.

-?Gabe...

Pod­nio­słem wzrok i stwier­dzi­łem, że oddział kusz­ni­ków na murze patrzy przez pło­nące celow­niki pro­sto na mnie. Było ich dwu­dzie­stu, pobliź­nio­nych i zapra­wio­nych w walce, z wyry­so­wa­nymi na czole krę­gami z popiołu. Z bli­ska zauwa­ży­łem, że ich kusze -?cudowne mecha­niczne ustroj­stwa ze stali i try­bi­ków -?pozwa­lają wystrze­li­wać tuzin beł­tów z koł­czanu naraz. Prze­la­tu­jąc przez pło­nące celow­niki, bełty same zaj­mo­wały się ogniem. Spoj­rze­nia strzel­ców były zimne, a twa­rze ponure - cho­ciaż żadna nie była aż tak ponura, jak obli­cze dowo­dzą­cej nimi damy, która stała na murze z pło­ną­cym mie­czem w dłoni. Wie­dzia­łem już, że jej broń także jest mecha­niczna; podej­rze­wa­łem, że w ręko­je­ści krył się zapas oleju do lamp, który zapa­lało się za pomocą iskry z krze­siwa. Nie­wąt­pli­wie pomy­słowe roz­wią­za­nie, ale by­naj­mniej nie była to magya. Olej wypa­lał się, pło­mie­nie przy­ga­sały, jed­nak oczy kobiety wciąż pałały ogniem, kiedy się ode­zwała:

-?Jak się nazy­wasz i co tu robisz?

Spoj­rza­łem na nią bez słowa. Krew ście­kała z Poże­raczki, która wciąż wyśpie­wy­wała sre­brzy­stą arię w mojej gło­wie.

-?Nie takiego podzię­ko­wa­nia się spo­dzie­wa­łem, madame.

-?Podzię­ko­wa­nia? -?wark­nęła, spo­glą­da­jąc na jatkę. -?Pra­wie znisz­czy­li­ście naszą pułapkę, prze­klęty głup­cze. I przy oka­zji dopro­wa­dzi­li­ście do śmierci przy­ja­ciela.

-?On żyje. Cho­ciaż nie­wąt­pli­wie jego duma została zra­niona.

-?I nerki -?dobiegł słaby jęk z dołu.

-?Przy­by­li­śmy w pokoju! -?zawo­łał Bap­ti­ste. -?Chcie­li­śmy pomóc, bo uzna­li­śmy, że wal­czysz o życie. To z pew­no­ścią zasłu­guje na bar­dziej uprzejmą reak­cję, prawda?

Kobieta zmru­żyła oko, jej spoj­rze­nie było twarde jak czarna perła. Nie­wąt­pli­wie pocho­dziła z Nor­dlundu, miała bladą skórę, ostro zary­so­waną szczękę i parę lat wię­cej niż ja. Nosiła czarną, długą grzywkę opa­da­jącą na prze­pa­skę na dru­gim oku. Mimo opa­rze­nia na policzku można by ją uznać za piękną, ale wypeł­niał ją chłód, okrutny jak zimowa jutrzenka. Oręż w jej ręce wyglą­dał na czę­sto uży­wany, a na skó­rza­nym kafta­nie nad ser­cem zoba­czy­łem przy­piętą złotą odznakę: pło­nący miecz. Jej ludzie także nosili ten sym­bol, cho­ciaż wyko­nany nie ze szla­chet­nego metalu, ale wycięty z drewna lub kości. Widzia­łem ten sam znak w San Michon, wyry­so­wany sre­brem na skó­rze ludzi, któ­rych nazy­wa­łem braćmi i przy­ja­ciółmi.

Sym­bol mojego imien­nika.

Gabriela, Anioła Ognia.

-?Wkro­czy­łeś na wło­ści mojego szla­chet­nego pana -?oznaj­miła kobieta. -?A Bóg Wszech­mo­gący wie, że wal­czy­li­śmy z Umar­łymi dosta­tecz­nie długo, żeby roz­po­znać ich ohydną magyę. Wasza siła jest bez­bożna. Twój przy­ja­ciel powi­nien już nie żyć. W naj­lep­szym razie jeste­ście nie­wol­nymi, w naj­gor­szym słu­gami Upa­dłego. Mów­cie, coście za jedni i co tu robi­cie, albo umrze­cie na miej­scu.

-?Zgi­nę­ła­byś, zanim wyda­ła­byś roz­kaz, petit chas­seuse.

Kusz­nicy odwró­cili się na dźwięk tego głosu i syk­nęli zasko­czeni, widząc postać za ich ple­cami. Aaron przy­kuc­nął na szczy­cie strza­ska­nej wieży war­tow­ni­czej jak dra­pieżny ptak, wiatr roz­wie­wał mu poły szy­nela. W jed­nej bla­dej dłoni trzy­mał potworny dwu­ręczny miecz.

-?Bon­soir, madame. -?Uśmiech­nął się -?Mes­sieurs.

-?Zim­no­krwi­sty! -?ryk­nęli kusz­nicy.

-?Zabić go! -?krzyk­nęła kobieta.

-?Nie! STAĆ! -?wrza­sną­łem.

Kusze zadźwię­czały, bełty syk­nęły w powie­trzu, cią­gnąc za sobą jasne jęzory ognia. Aaron jed­nak już się pode­rwał, tnąc mie­czem. Wzbu­rzona Epi­ta­fium fala ude­rze­niowa roz­darła bełty na kawałki, pło­nące dre­wienka posy­pały się jak deszcz, a on wylą­do­wał na ziemi i znowu sko­czył, zaś mroczna siła jego krwi spra­wiła, że pofru­nął. Roz­błysk zło­tych wło­sów, stali i ciem­nego jedwa­biu... i już sie­dział na strza­ska­nym murze, odwra­ca­jąc się do kusz­ni­ków. Z drob­nym uśmiesz­kiem na ustach ukło­nił się dwor­nie ich przy­wód­czyni.

-?Te kusze są naprawdę impo­nu­jące, ale będzie­cie musieli cel­niej strze­lać, jeśli chcesz zabić tę bestię, mała łow­czyni.

-?Prze­ła­do­wać! -?zagrzmiała kobieta.

-?Powstrzy­maj­cie się chwilę, do dia­bła, przy­by­wamy w pokoju! -?wydar­łem się.

-?Pokoju? -?odwark­nęła. -?W towa­rzy­stwie pijawki? Słu­dzy ciem­no­ści, jak...

-?Nie słu­żymy żad­nemu zim­no­krwi­stemu! -?Pod­nio­słem rękę, poka­zu­jąc sied­mio­gwiazdę. -?Przy­by­li­śmy z Maer­genn, gdzie dwie Księżne Wiecz­no­ści i priori Dyvo­ków zgi­nęli z naszych rąk! To Bap­ti­ste Sa-Ismael, nie­gdyś capi­ta­ine z Aveléne i kowal Srebr­nego Zakonu! -?Zer­k­ną­łem na wiel­ko­luda obok mnie, który ski­nął ponuro głową. -?To Aaron de Coste, lord Aveléne i zaprzy­się­gły sre­bro­święty, zabity przez Nie­po­skro­mio­nych, ale nie poko­nany!

Kiedy Aaron uśmiech­nął się do ciem­no­wło­sej kobiety, usły­sza­łem jęk i wska­za­łem zakrwa­wioną postać gra­mo­lącą się z wil­czego dołu.

-?A to fr?re Lachlan á Craeg, wierny brat z San Michon. Dzięki jego czy­nom i sło­wom sam strasz­liwy Tolyev zgi­nął na Szkar­łat­nej Pola­nie!

Lachie splu­nął krwią i uniósł drżącą rękę, żeby poka­zać pło­nącą na dłoni sied­mio­gwiazdę. Kusz­nicy patrzyli na niego zdu­mieni, szept niósł się wśród nich jak zaklę­cie.

-?Sre­bro­święci...

-?A jeśli idzie o moje imię, madame... to znano mnie pod wie­loma...

-?O rety.

Gabriel pod­niósł wzrok i stwier­dził, że Jean-François przy­gląda mu się z fotela naprze­ciwko. W odle­głych górach prze­wa­lił się grzmot. Wam­pir uniósł brew.

Sre­bro­święty się skrzy­wił.

-?Co znowu za "o rety"?

-?Zaraz zaczniesz wymie­niać wszyst­kie swoje przy­domki. Pogromca Tego i Owego. Zwy­cięzca Stąd i Zowąd. Naj­hoj­niej Obda­rzony Przez Naturę. Ten, Który Ude­rza Jak Drzwi Sła­wojki Pod­czas Wichury. -?Histo­ryk z wes­tchnie­niem prze­kart­ko­wał resztę tomu na kola­nach. -?To sza­le­nie impo­nu­jące, Gabrielu, ale jeśli zamie­rzasz to robić przy każ­dym nowym spo­tka­niu, będziemy potrze­bo­wali grub­szego tomisz­cza, żeby to zapi­sać.

-?Naj­hoj­niej Obda­rzony?

-?No wiesz, zakła­dam, że...

-?Już ci wspo­mnia­łem, zim­no­krwi­sty, kiedy ktoś upiera się przy porów­ny­wa­niu męsko­ści...

-?...a ty masz naj­dłuż­szego, cza­sami naj­le­piej od razu nim poma­chać i mieć sprawę z głowy, wiem, wiem. Nie chcę cię kry­ty­ko­wać, ale strasz­nie dużo mówisz o peni­sach.

-?To ty zaczą­łeś ten temat, kuta­sino...

-?A widzisz?

Sre­bro­święty jęk­nął i się­gnął po wino. Napo­tkał spoj­rze­nie Jeana-François, uśmiech­nął się kąci­kiem ust, a wkrótce już szcze­rzył zęby. Kiedy Jean-François zare­cho­tał, Gabriel par­sk­nął śmie­chem. Mar­kiz mu zawtó­ro­wał i przez chwilę obaj śmiali się ser­decz­nie; napię­cie mię­dzy więź­niem i straż­ni­kiem top­niało jak śnieg na let­nim wie­trze.

Wam­pir odchy­lił się w fotelu i z wes­tchnie­niem otarł krwawe łzy.

-?Już to mówi­łem i powtó­rzę raz jesz­cze. -?Pokrę­cił głową. -?Jesteś piękny, mon ami.

Uśmiech na ustach Gabriela przy­gasł, resztę uto­pił w szyb­kim łyku wina.

-?Nie­stety dama nie była pod rów­nie dużym wra­że­niem.

-?Doprawdy?

Sre­bro­święty poki­wał głową, napeł­nia­jąc kie­lich.

-?Wra­ca­jąc do two­ich narze­kań na moje liczne przy­domki: weszła mi w słowo, zanim zdą­ży­łem podać choćby jeden.

-?A jeśli idzie o moje imię, madame... to znano mnie pod wie­loma...

-?Daruj sobie -?wark­nęła, uci­sza­jąc mnie gestem.

Zmarsz­czy­łem brwi, przy­glą­da­jąc jej się uważ­niej teraz, kiedy pod­nie­ce­nie walką minęło. Te ciemne włosy. Ciemne oko. Coś w zary­sie szczęki, w kształ­cie nosa...

-?Jesteś szu­braw­cem, który nosi nazwi­sko mojego pana jak tanią pele­rynę -?wark­nęła. -?Nurza­jąc je, a wraz z nim nasze mia­sto, w hań­bie. Grzesz­nik. Porażka. Krzy­wo­przy­sięzca. Nazy­wasz się Gabriel de León, mon­sieur. Nie wątp, że już o tobie sły­sze­li­śmy.

-?Och, już ją lubię -?powie­dział Jean-François.

-?Pier­dol się, wam­pi­rze.

Histo­ryk zare­cho­tał, odwra­ca­jąc stronę księgi.

Sre­bro­święty opo­wia­dał dalej.

-?Aaron i ja spoj­rze­li­śmy po sobie. Lachlan sta­nął obok nas, skrę­po­wany i mil­czący, ocie­ra­jąc krew z brzu­cha.

-?Pocho­dzisz z León, moja pani? Szu­kamy Mia­sta Lwów. Jeste­śmy w wiel­kiej potrze­bie.

-?Wszy­scy tu są synami i cór­kami León -?odpo­wie­działa, uno­sząc z dumą pod­bró­dek. -?Wierni słu­dzy Ger­rarda, Obrońcy Wiary, trzy­na­stego barona rodu León.

-?Och, to nad­zwy­czaj impo­nu­jące -?mruk­nął Aaron, oglą­da­jąc paznok­cie.

-?Zamilcz, pijawko. Zanim wypalę ci ten bez­bożny ozór.

-?Masz nad nami prze­wagę, moja pani -?ode­zwał się Lachlan. -?Znasz nasze imiona, my zaś...

-?To moja famille, Lachie -?wyja­śni­łem. -?W każ­dym sen­sie tego słowa.

Kobieta spoj­rzała mi wład­czo w oczy i zaci­snęła zęby. Muszę przy­znać, że ura­ziła nieco moją dumę takim powi­ta­niem: w więk­szo­ści miejsc byłem witany jak boha­ter, a zru­gać mnie jak nie­po­słusz­nego szcze­niaka, który wła­śnie nasrał na dywan...

-?Jestem Char­lotte de León -?oznaj­miła. -?Wierna sługa Boga, wnuczka barona Ger­rarda, Pani Lwów.

Ski­ną­łem głową na powi­ta­nie. Żołą­dek mi się zaci­snął.

-?Miło cię poznać, kuzynko.

-?Szkoda, że nie mogę powie­dzieć tego samego, bękar­cie.

-?Che­va­lier -?popra­wił ją Bap­ti­ste. -?S'il vous plaît.

-?A jeśli nie zechcę, mon­sieur?

-?Wal­czy­łem w bitwie pod Bliź­nia­kami, made­mo­iselle. -?Bap­ti­ste ski­nął na blady cień na murze. -?Podob­nie jak lord Aaron. Obaj byli­śmy tam świad­kami, jak Gabriel de León zabił jedno z sied­miorga Ksią­żąt Wiecz­no­ści i oca­lił cały Nor­dlund przed legio­nami Fabiéna Vossa. Sta­li­śmy potem w kate­drze San Michon, kiedy ostrze samej cesa­rzo­wej Isa­belli de Augu­stin uca­ło­wało jego ramię. Tam­tego dnia twój kuzyn zasłu­żył na ten tytuł.

-?A potem każ­dego następ­nego dnia go kalał. A przy oka­zji kalał rodowe nazwi­sko. Czy też sypia­nie z zakon­ni­cami i łama­nie świę­tych przy­siąg to de rigu­eur w Aveléne?

-?Aveléne padło, made­mo­iselle de León -?odparł Bap­ti­ste. -?A jego pomor­do­wa­nych synów i córki pomścił, wymie­rza­jąc win­nym należną spra­wie­dli­wość, ten czło­wiek, któ­remu tak ocho­czo oka­zu­jesz pogardę.

Char­lotte spoj­rzała mi wtedy w oczy, a jej ręka powę­dro­wała do sym­bolu na piersi.

Szpa­ko­waty męż­czy­zna zszedł z murów i sta­nął nad nią. Szep­nął jej coś do ucha. Oce­nia­jąc z wyglądu, musiał być ofi­ce­rem; na rękach miał odci­ski od mie­cza i był naj­star­szy w jej oddziale. Char­lotte spoj­rzała mi w twarz i zaci­snęła zęby.

-?Chwi­leczkę, mes­sieurs. -?Zer­k­nęła na Bap­ti­ste. -?S'il vous plaît.

-?Och, idzie nam po pro­stu wspa­niale.

Aaron zesko­czył z muru jak rzu­cony kamień i wylą­do­wał na bło­cie jak piórko. Sta­nął obok mnie, otrze­pał sadzę z klapy szy­nela i ode­zwał się cicho:

-?Może jed­nak prę­dzej znaj­dziemy to, czego potrze­bu­jemy w sto­licy. Pew­nie, że Augu­stin jest daleko, ale namasz­czone Mie­cze Cesar­stwa mogą tam zostać cie­plej powi­tane.

-?Dwa mie­siące wle­kli­śmy tu nasze tyłki, de Coste -?syk­nął Lachlan. -?A ty teraz chcesz spę­dzić następne sześć w dro­dze do sto­licy? Porą­bało cię?

-?Przez ten czas smród powi­nien się zmyć. Cho­ciaż raczej nie twój.

Lachie prze­wró­cił oczami i spoj­rzał na mnie.

-?Powin­ni­śmy obsta­wać przy swoim. To pobożni ludzie.

-?Oui, pobożni. -?Bap­ti­ste ski­nął głową na poma­zane popio­łem czoła, pło­nące mie­cze na pier­siach. -?Ale noszą sym­bol two­jego imien­nika, nie koło.

-?To patron rodu León -?wyja­śni­łem. -?Według legendy anioł Gabriel roz­ka­zał pierw­szemu baro­nowi de León ponieść cywi­li­za­cję w tę dzicz w imię Boga. I póki wiara jego dzieci się nie zachwieje, mury mia­sta nie runą.

-?Bacz­ność!

Odwró­ci­li­śmy się do Char­lotte, obok któ­rej krzy­wił się szpa­ko­waty porucz­nik.

-?Z roz­kazu naszego lorda każdy zim­no­krwi­sty i nie­wolny w baro­nii León ma natych­miast zostać zabity. -?Kuzynka spoj­rzała mi hardo w oczy. - Zwa­żyw­szy na twoje zasługi dla cesar­stwa, nie zosta­nie­cie od razu spa­leni, ale jeste­ście intru­zami, nie­mile widzia­nymi, któ­rych nikt nie zapra­szał i któ­rym towa­rzy­szy Umarły. Przy­się­gam na Wszech­mo­gą­cego, że nie sta­nie się wam krzywda, chyba że mój pan roz­każe ina­czej. Pod­da­cie się nam jed­nak i odda­cie broń, dopóki mój baron nie uzna, że jeste­ście godni ją dzier­żyć na jego zie­miach.

Dwa­dzie­ścia kusz zatrzesz­czało, kiedy wyce­lo­wano je w nasze piersi.

-?Może­cie być pewni, że wasza odmowa nie spę­dzi mi snu z oczu -?dodała Char­lotte.

Zer­k­ną­łem na moich braci. Wszy­scy się krzy­wili. Pod­da­jąc się, nara­ża­li­śmy się na nie­bez­pie­czeń­stwo. Jed­nak nawet jeśli ci ludzie byli zapra­wieni w bojach z Umar­łymi, to reszta pozo­sta­wała zwy­kłymi śmier­tel­ni­kami. Wie­dzia­łem, że nawet pozba­wieni broni nie uto­niemy w takim płyt­kim gów­nie.

Praw­dziwy pro­blem pojawi się dopiero w León. Naj­wy­raź­niej mój dzia­dek wciąż żył, a ja nie mia­łem poję­cia, jak zare­aguje na moje przy­by­cie, już nie wspo­mi­na­jąc o Aaro­nie. Jeśli będziemy w jego twier­dzy, kiedy sprawy się rypną, krwi będzie tyle, że możemy w niej uto­nąć. Jed­nak od początku ist­niało takie ryzyko i mimo gada­niny Aarona żaden z nas nie miał ochoty tłuc się przez całe cesar­stwo, kiedy kuź­nia potrzebna do naprawy Poże­raczki Popio­łów znaj­do­wała się tak bli­sko.

Ukło­ni­łem się więc, zdją­łem ban­do­lier i pisto­let. Aaron wbił Epi­ta­fium w błoto i patrzył z ponu­rym uśmie­chem, jak porucz­nik mojej kuzynki pró­buje unieść wielki miecz. Kiedy Lachlan zdjął pisto­lety, Char­lotte w roz­wia­nej szkar­łat­nej pele­ry­nie pode­szła do nas po bło­cie. Odpią­łem Poże­raczkę i uca­ło­wa­łem na poże­gna­nie.

-?Prze­sze­dłem z tą bro­nią przez pie­kło. Pro­szę, opie­kuj się nią dobrze, kuzynko.

-?Będę zwra­cała się do cie­bie twoim tytu­łem -?odpo­wie­działa Char­lotte - a ty wyświad­czysz mi tę samą uprzej­mość. Bo cho­ciaż nasza cesa­rzowa uznała, że zostawi ci twoje laury, kiedy nurza­łeś nasze nazwi­sko w rynsz­toku, możesz mieć pew­ność, że pie­kło, jakie prze­sze­dłeś ze swoim mie­czem, prę­dzej zamar­z­nie na kamień, niż ja potrak­tuję cię jak moją famille.

Ski­ną­łem głową, poda­jąc jej miecz.

-?Dame de León.

Ona rów­nież ski­nęła oschle głową.

-?Che­va­lier.

Wyrwała mi z ręki Poże­raczkę i ode­szła.

VI

Pośród popiołów

Podróż z Char­lotte była odro­binę bar­dziej przy­gnę­bia­jąca od pogrzebu.

Każda mila przy­bli­ża­jąca nas do rodzin­nego mia­sta mojej matki ozna­czała brnię­cie przez cuch­nące grzę­za­wi­sko i nie­wiele rze­czy po dro­dze mogło wzbu­dzić choćby iskierkę rado­ści. Za posiłki mie­li­śmy surowe grzyby zapi­jane sło­nawą wodą. Zamiast typo­wymi dla żoł­nie­rzy pijac­kimi i spro­śnymi poga­dusz­kami przy ogni­sku każdy dzień koń­czył się tak samo, jak zaczy­nał: mszą polową. Lachlan i Bap­ti­ste brali w nich udział z uprzej­mo­ści, ale my z Aaro­nem odmó­wi­li­śmy, rzecz jasna, i obser­wo­wa­li­śmy całą pro­ce­durę z bez­piecz­nej, znacz­nej odle­gło­ści.

Jako capi­ta­ine swo­jego oddziału Char­lotte odpra­wiała nabo­żeń­stwo, poda­jąc każ­demu ze swo­ich ludzi łyczek z obi­tej meta­lo­wej manierki i odna­wiała popielne koło na każ­dym czole. Jej głos brzmiał jak stal, kiedy cyto­wała Testa­menty. I zazna­czam, że nie czy­tała, ale recyto­wała je z pamięci.

Nie była agre­syw­nym kazno­dzieją. Nie była pysz­nią­cym się kle­chą, jakich zna­łem, ani zaro­zu­mia­łym kan­cia­rzem. Kiedy Char­lotte mówiła o Bogu, widzia­łem w jej oczach praw­dziwy żar. Kiedy mówiła o potę­pie­niu, zawsze patrzyła w stronę mnie i Aarona. Obser­wu­jąc ją każ­dego poranka i wie­czoru, wkrótce zorien­to­wa­łem się, kim naprawdę jest moja droga kuzynka.

Zatwar­działą fana­tyczką o zim­nym sercu.

Cho­ciaż nikt nie pod­wa­żał ich odwagi, myśliwi Char­lotte dener­wo­wali się jak cha­bety w koń­skiej rzeźni z powodu naszej obec­no­ści. Zostali wytre­no­wani, żeby polo­wać na Umar­łych i ich zabi­jać, a teraz, podró­żu­jąc w towa­rzy­stwie wam­pira -?nie­sku­tego i nie­za­ciu­ka­nego -?nie potra­fili się uspo­koić. Sta­ra­li­śmy się ze wszyst­kich sił zacho­wy­wać jak więź­nio­wie, ale kuzynka oszczę­dziła nam wszyst­kich upo­ko­rzeń i nie pró­bo­wała nas zwią­zać na czas podróży. Przy­party do muru byłem w sta­nie zerwać więk­szość oków, Lachie był sil­niej­szy ode mnie, a Aaron potra­fił roz­cią­gać w rękach utwar­dzaną w kuźni stal. Nasze ostrza i pisto­lety jechały na wozie strze­żo­nym przez myśli­wych. Osie wozu trzesz­czały nie­bez­piecz­nie pod cię­ża­rem Epi­ta­fium. Żoł­nie­rze Char­lotte jechali konno z nie­na­wi­ścią w oczach i bro­nią w ręku -?tymi cudow­nymi mecha­nicz­nymi kuszami, które aż się pro­siły, żeby dać im zaśpie­wać.

Droga do sie­dziby mojego dziadka była czar­nym trzę­sa­wi­skiem cuch­ną­cym zgni­li­zną. Wie­dzia­łem, że w daw­nych, lep­szych cza­sach była to kra­ina win­nic, ale teraz wzgó­rza i pola pora­stał grzyb, a mar­twa wino­rośl wynu­rzała się z ziemi jak szpo­nia­ste dło­nie nie­spo­koj­nych zmar­łych. Każdą milę drogi odmie­rzała żela­zna klatka koły­sząca się z jękiem na drew­nia­nej szu­bie­nicy. Na każ­dej klatce wypi­sano zbrod­nię popeł­nioną przez umiesz­czo­nego tam trupa.

Cza­row­nica.

Nie­wolny.

Pijawka.

Ponie­waż jego biedny koń padł, Lachie szedł obok mnie, jadą­cego na Argen­cie, a Bap­ti­ste dosia­dał Różyczki. Aaron trzy­mał się z boku, daleko od nas. Trze­ciego dnia powol­nego mar­szu na pół­noc Lachlan nabi­jał wła­śnie fajkę i przy­glą­dał się z namy­słem Char­lotte.

-?Bogo­bojna dziew­czyna ta twoja kuzynka. I ogni­sta.

-?Ogni­sta? -?prych­ną­łem. -?Raczej uparta jak trzy pijane osły.

Bap­ti­ste się uśmiech­nął.

-?Zatem upór to cecha rodzinna.

Lachie prych­nął czer­wo­nym dymem.

-?Szkoda, że rodzinna uroda go omi­nęła, nie?

-?I inte­li­gen­cja.

-?Słu­chaj­cie, piz­du­sie, znu­dzi się wam wresz­cie obra­bia­nie mi tyłka?

-?Raczej nie, nie sądzę -?odpo­wie­dział Bap­ti­ste.

-?Mogli­by­ście udzie­lić mi nieco moral­nego wspar­cia, zwa­żyw­szy na to, dokąd zmie­rzamy.

Lachlan par­sk­nął, poda­jąc mi fajkę.

-?Wła­śnie ci go udzie­lamy, cie­nia­sie.

Wark­ną­łem na pokaz, ale uśmiech­ną­łem się lekko, wcią­ga­jąc sanc­tus do płuc. Dosko­nale wie­dzia­łem, że ci męż­czyźni poszliby za mną do pie­kła, gdy­bym o to popro­sił, i zgod­nie z uświę­coną tra­dy­cją oka­zy­wali to w jedyny znany męż­czy­znom spo­sób: obrzu­ca­jąc kocha­nego czło­wieka taką masą gówna, jaką tylko mogli.

Bap­ti­ste patrzył na drogę przed nami, ale cza­sem zer­kał na Aarona w oddali.

-?A tak nawia­sem mówiąc, co wła­ści­wie cię mar­twi, Gabe? To był twój pomysł, ale im bli­żej jeste­śmy celu, tym bar­dziej wyda­jesz się nie­spo­kojny.

Wes­tchną­łem, opie­ra­jąc się poku­sie ujaw­nie­nia całej listy skarg. Prawda była taka, że cho­ciaż minęły mie­siące, moje serce wciąż krwa­wiło z powodu Dior. Świa­do­mość, że zaprze­pa­ści­łem naszą jedyną nadzieję na zakoń­cze­nie bez­d­nia, była raną, która ni­gdy się nie zagoi. Dawno temu skoń­czył mi się alko­hol i bez jego wspar­cia pra­gnie­nie pło­nęło we mnie roz­bu­cha­nym ogniem, który tylko cza­sem przy­tłu­miała coraz więk­sza dawka sanc­tusu. Osta­tecz­nie jed­nak sku­pi­łem się na naj­bar­dziej bez­po­śred­niej oba­wie.

-?Dzia­dek wyrzu­cił moją matkę z domu, kiedy miała osiem­na­ście lat. Była w trze­cim mie­siącu ciąży, a zabrała z León tylko to, co miała na sobie, nazwi­sko i to. -?Zdją­łem ręka­wiczkę, poka­zu­jąc mu srebrny sygnet, który dała mi matka, gdy byłem chłop­cem. -?A przy­czyną jej upadku było posta­no­wie­nie, że mnie uro­dzi i zatrzyma.

-?Ale dzięki wszyst­kiemu, czego od tam­tej pory doko­na­łeś i ilu ludzi oca­li­łeś, zosta­łeś boha­te­rem -?upie­rał się Bap­ti­ste. -?Każdy w cesar­stwie zna twoje nazwi­sko.

-?Oraz fakt, że je zhań­bi­łem. Uwo­dząc słu­żeb­nicę Boga. Wcią­ga­jąc ją w otchłań grze­chu. -?Pokrę­ci­łem głową, zaci­ska­jąc usta. -?Z praw­nego punktu widze­nia pew­nie w ogóle nie powi­nie­nem nosić tego nazwi­ska, ale wam­pir, który sypiał z moją matką, nie był na tyle uprzejmy, żeby dać mi wła­sne.

-?Mówiła o nim w ogóle? O twoim ojcu?

-?Obie­cała, że mi powie, lecz Upiór w Czer­wieni zamor­do­wał ją, zanim zdą­żyła to zro­bić. Celene przy­naj­mniej zdra­dziła mi jego imię. Wul­fric. Ancien Nie­wier­nych. Lord z San Yves. Przez pewien czas była jego uczen­nicą. Zanim go zamor­do­wała.

-?Na Sied­mioro Męczen­ni­ków -?szep­nął Bap­ti­ste, żegna­jąc się zna­kiem koła.

Wzru­szy­łem ramio­nami.

-?Sta­ra­łem się, ale szcze­rze mówiąc, nie jestem w sta­nie prze­jąć się śmier­cią tatki. On też miał mnie w dupie.

Lachie zagwiz­dał przez zęby, wska­zu­jąc przed sie­bie.

-?Patrz­cie.

Zoba­czy­łem w błot­ni­stej dali jasną smugę na nad­mor­skim kli­fie. Ostatni bastion cywi­li­za­cji na zachód od Czer­wo­nej Straż­nicy. Wszyst­kie zie­mie wokół mia­sta popa­dły w ruinę, lenna upa­dły, ogromne poła­cie cesar­stwa Ale­xan­dre'a ule­gły nie­koń­czą­cym się ata­kom krwa­wych panów i nie­szczę­śni­ków. Musia­łem jed­nak przy­znać, że ogar­nęła mnie duma na widok mia­sta moich przod­ków, wciąż sto­ją­cego w świe­cie, który padł na kolana.

-?La Tani?re du Lion -?mruk­ną­łem. -?Jaski­nia Lwa.

-?Prze­piękna -?powie­dział roz­ma­rzo­nym gło­sem Lachlan i poki­wał głową. - Zawsze chcia­łem ją zoba­czyć. Została zapro­jek­to­wana przez mistrza Charla Benoît, który jed­nak zmarł przed roz­po­czę­ciem budowy. To jego córka Anna­lise poło­żyła kamień węgielny, a budowę nad­zo­ro­wał jego wnuk Duvall. Więk­szość budowli została wznie­siona z wapie­nia wydo­by­tego z miej­sco­wych kli­fów, ale bazalt na zdo­bie­nia wydo­byto w Bożych Posłań­cach na pół­nocy. Jej mury mają łączną dłu­gość dzie­się­ciu mil i jest zaopa­try­wana z morza, więc każdy, kto chciałby ją oble­gać, musiałby ude­rzyć nie tylko z lądu, ale i...

Lachie urwał, kiedy zdał sobie sprawę, że gapimy się na niego.

-?Lubię zamki, jasne?

-?Ewi­dent­nie -?mruk­ną­łem.

-?Przy­naj­mniej ja stu­dio­wa­łem coś poży­tecz­nego w klasz­to­rze. A czego ty nauczy­łeś się w San Michon, poza szczot­ko­wa­niem swo­ich ślicz­nych wło­sów i łapa­niem zakon­nic za tyłki?

-?Touché.

Noc zdą­żyła zapaść, jak kowa­dło zapada się w błoto, zanim zbli­ży­li­śmy się do wyso­kich na czter­dzie­ści stóp miej­skich murów. Kok­sow­niki oświe­tlały ich szczyty. W dole cią­gnęła się sucha fosa wypeł­niona okrut­nie zaostrzo­nymi drew­nia­nymi palami i oto­czona żela­znymi klat­kami na szu­bie­ni­cach. Most zwo­dzony -?ciężka dębina okuta żela­zem -?był pod­nie­siony. Na blan­kach dum­nie powie­wały sztan­dary hafto­wane na prze­mian w lwy i skrzy­żo­wane mie­cze albo sym­bol anioła Gabriela: miecz spo­wity pło­mie­niem. Char­lotte przy­ci­snęła do ust róg ozdo­biony tym samym zna­kiem i ponura nuta prze­szyła noc.

-?La Lionne Cendrée! -?roz­legł się słaby okrzyk przed nami.

Okrzyk pod­jęto na murach, żoł­nie­rze wska­zy­wali wycią­gnię­tymi rękami:

-?Lady Char­lotte!

-?Wró­ciła la Lionne Cendrée!

-?Popielna Lwica -?mruk­nął Lachlan, patrząc z ukosa na Char­lotte.

-?Dobry tytuł. -?Ski­ną­łem głową. -?Aż się czło­wiek zasta­na­wia, jak na niego zapra­co­wała.

-?To zasta­na­wiaj się dalej -?odpo­wie­działa chłodno moja kuzynka, nie patrząc mi w oczy. -?Nie każdy potrze­buje ulicz­nych graj­ków i bur­de­lo­wych tru­ba­du­rów, żeby śpie­wali o jego wyczy­nach. Nie­któ­rym wystar­cza, że Ojciec dostrzeże ich war­tość w dniu sądu.

-?Spę­dza­łaś dużo czasu w towa­rzy­stwie bur­de­lo­wych tru­ba­du­rów?

Char­lotte coś odwark­nęła, ale zaraz jej uwagę odcią­gnął cichy szczęk dobie­ga­jący z przed­bra­mia. Z jękiem potęż­nych łań­cu­chów most zwo­dzony powoli opadł nad sze­roką fosę naje­żoną palami i z głu­chym łosko­tem zatrzy­mał się w bło­cie. Potężna żela­zna brama za nim otwo­rzyła się sze­roko ze zło­wiesz­czym skrzy­pie­niem, odsła­nia­jąc długi kory­tarz o łuko­wa­tym skle­pie­niu. Na jego końcu stał oddział żoł­nie­rzy liczący ze czter­dzie­stu ludzi. Trzy­mali pło­nące pochod­nie albo te cudowne kusze i mieli na sobie kol­czugi i opoń­cze. Na czar­nych kasa­kach wid­niał herb domu León.

-?Pocze­kaj­cie tutaj -?roz­ka­zała Char­lotte. -?Porucz­niku Mathieu i reszta, za mną.

Ruszyła w stronę przed­bra­mia ze swo­imi ludźmi i wozem z bro­nią, zosta­wia­jąc nas w cie­niu skrzy­pią­cych szu­bie­nic. Aaron pod­szedł bli­żej, Argent zatu­pał ostrze­gaw­czo, jak zawsze pło­chliwy w jego towa­rzy­stwie. Aaron nie odry­wał oczu od ognia na murach i zebra­nych tam ludzi, zer­ka­ją­cych w dół i celu­ją­cych w nas z kusz.

-?Zawsze zasta­na­wia­łem się, dla­czego Wiecz­no­tr­wały Król ni­gdy nie zaata­ko­wał tego miej­sca.

-?Fabién zawsze myślał przede wszyst­kim o Augu­stin -?odpo­wie­dzia­łem. -?A te mury to nie żart.

-?Poszedł­bym za tobą w pasz­czę smoka, bra­cie. -?Aaron zer­k­nął na szu­bie­nice, na kości i szczątki zamknięte w żela­znych klat­kach. -?Ale coś w tym mie­ście wydaje się... nie­zdrowe.

Zmarsz­czy­łem brwi, spo­glą­da­jąc mu w oczy. Bap­ti­ste mruk­nął:

-?Wciąż możemy się stąd wynieść, prawda?

-?Wynieść? -?Lachlan prych­nął. -?Nie po to wle­kli­śmy tyłki taki kawał drogi, żeby...

-?Chodź­cie!

To wołała oto­czona przez legion żoł­nie­rzy Char­lotte. Na dru­gim końcu kory­ta­rza, w któ­rym cze­kali, widzia­łem oświe­tlony ogniem dzie­dzi­niec i wapienną twier­dzę wzno­szącą się pośród nocy. Popa­trzy­li­śmy po sobie z nie­po­ko­jem i zsie­dli­śmy z koni, żeby poczła­pać w pasz­czę lwa. Zbli­ża­jąc się do przed­bra­mia, wszy­scy byli­śmy świa­domi obser­wu­ją­cych nas teraz oczu, wyce­lo­wa­nych pło­ną­cych kusz i tego, jak wiele krwi może popły­nąć w każ­dej chwili. Wie­dzie­li­śmy jed­nak także, że jeśli nie zdo­łamy napra­wić w León ran odnie­sio­nych przez Poże­raczkę, czeka nas długa droga do sto­licy i Bóg jeden wie, czy mury Augu­stin wciąż będą stały, gdy tam dotrzemy.

Poko­na­li­śmy most zwo­dzony. Kopyta koni zadud­niły na ubło­co­nym drew­nie. Weszli­śmy do tunelu. Char­lotte cze­kała na dru­gim końcu; mil­czała, dopóki nie prze­szli­śmy pod łukiem bramy.

-?Zamy­kać!

Z brzę­kiem meta­lo­wych zębów, przy wtó­rze jęku żelaza krata opa­dła za naszymi ple­cami, odci­na­jąc nam wyj­ście z tunelu. Jed­no­cze­śnie spa­dła druga krata, blo­ku­jąc drogę do przodu. Różyczka sta­nęła dęba, prze­stra­szona ogłu­sza­ją­cym hukiem. Bap­ti­ste krzyk­nął zanie­po­ko­jony, Aaron w oka­mgnie­niu śmi­gnął do tyłu. Uda­łoby mu się uciec, prze­mknąłby po moście z bez­bożną szyb­ko­ścią, zanim opa­dłaby krata, ale wtedy porzu­ciłby uko­cha­nego, a bez względu na cień, jaki gęst­niał mię­dzy nimi, wie­dzia­łem, że Aaron ni­gdy by tak nie postą­pił.

Zamiast tego więc cała nasza czwórka została uwię­ziona w tunelu jak kró­liki w ocze­ki­wa­niu nad­bie­ga­ją­cych roz­ja­zgo­ta­nych terie­rów. Przed nami i za nami znaj­do­wały się solidne żela­zne pręty. Char­lotte stała po dru­giej stro­nie przed­niej kraty, wpa­tru­jąc się we mnie ciem­nymi oczami. Jej kusz­nicy wzięli nas na cel.

-?Tyle jest warta twoja przy­sięga? -?zapy­ta­łem. -?Przy­się­głaś, że nie sta­nie nam się krzywda.

-?O ile mój pan nie roz­każe ina­czej. Pójdę się teraz cze­goś dowie­dzieć. Módl się do tego, kogo tacy bez­boż­nicy jak ty czczą, żeby w prze­ci­wień­stwie do mnie mój baron uznał, że jesteś wart łaski. - Char­lotte zer­k­nęła na swo­jego przy­bocz­nego i gło­sem zim­nym jak dzie­lące nas żelazo dodała: -?Jeśli spró­bują się wyrwać, zabij­cie wszyst­kich, porucz­niku Mathieu. Zaczy­na­jąc od naszego poczci­wego Mie­cza Cesar­stwa.

Zaci­sną­łem ręce na kra­cie, aż jęk­nął metal. Char­lotte ode­szła. Bap­ti­ste poło­żył deli­kat­nie dłoń na moim ramie­niu. Spoj­rza­łem na Aarona, zasta­na­wia­jąc się, czy zdo­łałby roz­bić kratę, zanim pole­cia­łoby zbyt wiele beł­tów. Kto nie ryzy­kuje, ten nie wygrywa, zim­no­krwi­sty, ale to byłby kiep­ski zakład i wszy­scy o tym wie­dzie­li­śmy.

-?No cóż... -?Lachie się­gnął po fajkę. -?Ktoś zna jakiś żart?

-?Twoja fry­zura -?mruk­nął Aaron, przy­glą­da­jąc się łukowi nad nami.

-?Dobre.

-?Wręcz prze­ciw­nie.

-?Musi­cie wyba­czyć ma dame.

Zer­k­ną­łem przez kratę: to ode­zwał się przy­boczny Char­lotte. Porucz­nik Mathieu przy­po­mi­nał niedź­wie­dzia ze swo­imi szpa­ko­wa­tymi wło­sami, gęstą brodą i ciem­nymi oczami. Bli­zny na knyk­ciach i spo­sób cho­dze­nia mówiły o życiu spę­dzo­nym w walce, ale prze­ma­wiał łagod­nie, z namy­słem. Dobry przy­boczny dla capi­ta­ine z tem­pe­ra­men­tem mojej kuzynki.

-?Made­mo­iselle de León to wierna Boża córka -?cią­gnął -?ale nie znaj­dziesz w jej sercu miło­ści do Umar­łych, che­va­lier. -?Zer­k­nął z gry­ma­sem na Aarona. -?Ani do tych, któ­rzy z nimi się zadają.

Ski­ną­łem głową.

-?Wszy­scy wie­dzą, że nastały mroczne czasy. Jed­nak jej gniew spra­wia wra­że­nie... bar­dzo oso­bi­stego.

Męż­czy­zna podra­pał się po bro­dzie i zer­k­nął w ślad za moją kuzynką.

-?Chcia­łeś wie­dzieć, jak zapra­co­wała na swój przy­do­mek.

-?Pomy­śla­łem sobie, że poszu­kamy bur­delu w mie­ście i zapy­tamy pierw­szego tru­ba­dura z brzegu.

Skrzy­wił się i ruchem głowy wska­zał twier­dzę.

-?To mia­sto to bez­pieczny azyl, che­va­lier. Ostat­nie świa­tło na zacho­dzie. Jed­nakże dwa­na­ście lat temu losy León ważyły się na ostrzu noża. Byli­śmy zain­fe­ko­wani. Dosię­gło nas zepsu­cie. Szla­chet­no­kr­wi­ste wam­piry latami żyły tutaj w ukry­ciu i kiedy nastał bez­dzień, prze­stały bać się świa­tła. Trójka mediae, pomiot Vos­sów, Cha­sta­inów i Dyvo­ków, wypeł­zła z gniazd, uzna­jąc Jaski­nię Lwa za swoją wła­sność. Nie miały armii, z jakimi wal­czy­łeś w mło­do­ści; ci krwawi pano­wie wal­czyli z ukry­cia. Ich nie­wolni prze­jęli kon­trolę nad naszą radą, człon­ko­wie domu barona ule­gli cza­rowi ich krwi. Moja żona Leóna była słu­żącą matki Char­lotte, Els­bet. -?Porucz­nik zwie­sił głowę i wes­tchnął. -?Została zamor­do­wana razem ze swoją panią i jej mężem, kiedy Cha­stain spró­bo­wał zawal­czyć o tron barona.

-?Moje kon­do­len­cje, mon­sieur.

Mathieu ski­nął głową, ści­snęło go w gar­dle.

-?Merci, che­va­lier.

-?A twoja pani? -?spy­tał Aaron. -?La Lionne Cendrée?

Porucz­nik się skrzy­wił, w jego oczach zabły­sła nie­na­wiść. Rozu­mia­łem teraz, co widzi, kiedy pio­ru­nuje wzro­kiem mojego brata: takiego samego demona jak ten, który zamor­do­wał jego uko­chaną.

-?Ma dame pogrą­żyła się w żało­bie po śmierci rodzi­ców -?odpo­wie­dział. - Poszła do Le Dôme, wiel­kiej kate­dry w León, szu­kać pocie­chy w modli­twie. Zamiast tego jed­nak doświad­czyła wizji na tej poświę­co­nej ziemi. Tak samo jak kie­dyś jej bło­go­sła­wiony przo­dek, kiedy otrzy­mał przy­kaz wybu­do­wa­nia mia­sta, tego świa­tła prze­wod­niego, które wciąż pło­nie w ciem­no­ściach. -?Wska­zał wpiętą w kol­czugę żela­zną szpilkę. -?Gabriel, Anioł Ognia z mie­czem ocie­ka­ją­cym pło­mie­niem i ogni­stymi skrzy­dłami. Ten widok napeł­nił ją świa­tłem Pana.

Ota­cza­jący go kusz­nicy Char­lotte uczy­nili znak koła.

-?Pło­nąc wiarą, ma dame posta­no­wiła ode­brać mia­sto Umar­łym. Oczy­ściła radę i dom dziadka z tych, któ­rzy ule­gli wpły­wom szla­chet­no­kr­wi­stych. Łamała ich kołem tak długo, aż dowie­działa się, gdzie śpią ich pano­wie. Znisz­czyła wszyst­kich za jed­nym zama­chem.

Zer­k­ną­łem na Lachlana. Wes­tchną­łem.

-?Wybacz mi, porucz­niku, ale to brzmi zupeł­nie nie­wia­ry­god­nie. Jak dwu­dzie­sto­let­nia kobieta zdo­łała zabić trójkę szla­chet­no­kr­wi­stych mediae?

-?Za pomocą trzech rze­czy, na któ­rych wybu­do­wano to cesar­stwo, che­va­lier. Dzięki wie­rze, stali i czar­nemu igni­sowi.

Lachie uśmiech­nął się, stu­ka­jąc pal­cami w swój rożek z pro­chem.

-?Wysa­dziła ich w powie­trze.

Mathieu poki­wał głową.

-?Dyvok zajął port. Cha­stain spał pod ratu­szem. Voss w dziel­nicy teatral­nej. Pożary, jakie roz­pa­liła ma dame, były strasz­liwe. Zgi­nęły tysiące. Lepiej jed­nak spa­lić rękę, którą toczy gan­grena, niż pozwo­lić cho­ro­bie się sze­rzyć.

-?Na Sied­mioro Męczen­ni­ków... -?szep­nął Bap­ti­ste.

-?Prze­szła potem przez zglisz­cza, patrząc w twa­rze tych, któ­rym domy spa­liła i któ­rych uko­chani spło­nęli. Nie­któ­rzy nazy­wali ją boha­terką. Wielu rzeź­niczką. Po dziś dzień więk­szość nie wie, co o niej myśleć. Jed­nak przy­do­mek, jaki jej nadano, znają wszy­scy.

-?Popielna Lwica -?mruk­ną­łem.

Jak­bym ją wezwał, wypo­wia­da­jąc to imię, bo usły­sza­łem, że drzwi twier­dzy otwie­rają się i wycho­dzi przez nie moja kuzynka z kohortą świe­żych żoł­nie­rzy. Patrzy­łem, jak masze­ruje przez dzie­dzi­niec -?z bli­znami po opa­rze­niach na twa­rzy i ogniem w oku. Dwa­na­ście lat temu wła­śnie wyrzu­cano mnie ze Srebr­nego Zakonu; nic dziw­nego, że nie usły­sza­łem wcze­śniej histo­rii Char­lotte. I nie dzi­wiło mnie, że ma na mój temat tak złe zda­nie. Kiedy ja uwo­dzi­łem zakon­nice i łama­łem święte przy­sięgi, ona spa­liła pół mia­sta, żeby ura­to­wać drugą połowę.

-?Co za kobieta -?powie­dział Lachie.

-?Co za wariatka -?odparł Aaron.

Char­lotte zatrzy­mała się przede mną, zadźwię­czał doby­wany z pochwy miecz. Porucz­nik Mathieu odsu­nął się, jego nazna­czone popio­łem czoło spo­chmur­niało. Wciąż dzie­liła nas krata. Char­lotte spoj­rzała mi w oczy. Zesztyw­nia­łem i zamar­łem, napięty jak cię­ciwa w ręku łucz­nika. Aaron zje­żył się obok mnie, gotowy roz­nieść kratę na kawałki, zanim fana­tycy wszyst­kich nas zabiją.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Dramatis Personae

Czas nie jest przy­ja­cie­lem śmier­tel­ni­ków, drogi Czy­tel­niku, i kto wie, ile pór roku upły­nęło, odkąd ostatni raz roz­ma­wia­li­śmy. Pamięć w naj­lep­szym razie jest nie­wia­ry­god­nym nar­ra­to­rem, a w naj­gor­szym kłam­li­wym przy­ja­cie­lem. Jako że twój histo­ryk do żad­nego z nich nie pała afek­tem, pro­po­nuję Ci przy­po­mnie­nie głów­nych akto­rów tego dra­matu:

Gabriel de León -?Ostatni Sre­bro­święty, Czarny Lew z Lor­son i Miecz Cesar­stwa. Gabriel jest bla­do­kr­wi­stym -?synem śmier­tel­nej kobiety i ojca-wam­pira -?który odzie­dzi­czył moc swo­jego stwórcy i jego żądzę krwi. Uro­dził się dzie­więć lat przed nadej­ściem bez­d­nia, kiedy słońce zostało prze­sło­nięte na nie­bie cesar­stwa Eli­da­enu, a w wieku lat pięt­na­stu zwer­bo­wano go do Srebr­nego Zakonu San Michon. Stał się wzo­rem w tym świę­tym brac­twie, sama cesa­rzowa paso­wała go na ryce­rza, zanim popadł w nie­ła­skę z powodu miło­ści.

A ja tu sie­dzę i nie mam słod­kich dźwię­ków skrzy­piec pod ręką.

Ponad dzie­sięć lat po eks­ko­mu­nice Gabriel stał się wra­kiem czło­wieka, myślą­cym jedy­nie o pomsz­cze­niu famille zamor­do­wa­nej przez Wiecz­no­tr­wa­łego Króla, Fabiéna Vossa. Jed­nak kiedy spo­tkał Dior Lachance, poświę­cił swoje życie ochro­nie dziew­czyny i poko­chał ją szcze­rze jak wła­sną córkę, Patience.

Kiedy pró­bo­wał dowie­dzieć się, w jaki spo­sób Dior mogłaby zakoń­czyć bez­dzień, został zdra­dzony przez swoją sio­strę Celene i roz­dzie­lony ze swą świętą pod­opieczną. Zwer­bo­wał armię tan­ce­rzy zmierz­chu z Pogó­rza Ossway­skiego, aby wyrwać Dior z rąk demo­nów, które ją poj­mały. Jed­nakże -?jak to czę­sto bywa w przy­padku tego tak zwa­nego boha­tera -?tra­ge­dia już cze­kała na końcu jego drogi.

Czyż to nie roz­koszne, że zawsze można na niego liczyć?

Dior Lachance -?w wieku jede­na­stu lat osie­ro­cona przez matkę pro­sty­tutkę. Jej życie drob­nej zło­dziejki zostało nie­spo­dzie­wa­nie prze­rwane, gdy oka­zało się, że jej krew leczy wszel­kie rany. Ucie­kła Inkwi­zy­cji, która chciała ją stra­cić za czary, i odkryła, że jej moc nie jest darem Upa­dłego, ale pocho­dzi z samych nie­bios. Dior jest potom­ki­nią Esan, córki śmier­tel­nego syna samego Boga, Odku­pi­ciela.

Zde­cy­do­wana wypeł­nić swoje prze­zna­cze­nie i zakoń­czyć bez­dzień, Dior tra­fiła pod opiekę Gabriela de León i jego wam­pi­rzej sio­stry, Celene. Ści­gana przez dzieci Wiecz­no­tr­wa­łego Króla została poj­mana przez Nikitę i Lilidh, naj­star­sze wam­piry rodu Dyvok. Uwię­ziona w ufor­ty­fi­ko­wa­nym mie­ście Maer­genn odkryła, że jej krew jest w sta­nie wyrwać każ­dego czło­wieka z wam­pi­rzego znie­wo­le­nia -?fał­szy­wej miło­ści wywo­ła­nej przez trzy­krotne picie z tego samego wam­pira przez trzy kolejne noce.

Zawią­zaw­szy spi­sek z innymi śmier­tel­ni­kami na dwo­rze Dyvo­ków, Dior pomo­gła oba­lić ich prze­klęte kró­le­stwo wam­pi­rów. Na koniec jed­nak została zabita przez ancien Dyvo­ków, Lilidh, która skrę­ciła jej kark, zanim Gabriel zdą­żył ją ura­to­wać.

Trzy dni po swo­jej śmierci Dior otwo­rzyła oczy w mau­zo­leum w pod­zie­miach Maer­genn.

Celene Castia -?przy­rod­nia sio­stra Gabriela. W wieku lat pięt­na­stu została oka­le­czona i zamor­do­wana przez Laure, naj­młod­szą córkę Wiecz­no­tr­wa­łego Króla, w zemście za dzia­ła­nia brata. Szes­na­ście lat póź­niej powró­ciła do życia Gabriela, przed­sta­wia­jąc się jako lia­the i tro­piąc Dior.

Cho­ciaż stwo­rzył ją Voss, twier­dziła, że należy do tajem­ni­czego rodu Esani, tego samego, któ­rego człon­kiem był ojciec Gabriela. Mimo wza­jem­nej nie­uf­no­ści rodzeń­stwo przez pewien czas współ­pra­co­wało, poszu­ku­jąc sta­ro­daw­nych wam­pi­rów Esani i sekret­nej wie­dzy o tym, jak Dior może zakoń­czyć bez­dzień. Oba­wia­jąc się jed­nak, że przez swoją nara­sta­jącą żądzę krwi Gabriel sta­nowi zagro­że­nie dla Dior, Celene osta­tecz­nie zdra­dziła go i pró­bo­wała zamor­do­wać.

Rodzeń­stwo połą­czyło ponow­nie siły, żeby ura­to­wać Dior z rąk Dyvo­ków. Kiedy Gabriel odkrył, że Celene nie tylko była uczen­nicą jego ojca, ale także go zamor­do­wała, jego nie­uf­ność powró­ciła. Gdy zaś dowie­dział się, że sam Odku­pi­ciel odpo­wiada za stwo­rze­nie pierw­szych wam­pi­rów, wpadł w szał, który pozwo­lił Lilidh zamor­do­wać Dior.

Trzy dni póź­niej Dior zmar­twych­wstała, ale we wnętrz­no­ściach krypt pod mia­stem Celene była świad­kiem jesz­cze jed­nego prze­bu­dze­nia: sta­ro­daw­nej wam­pi­rzycy z rodu Esani imie­niem Maryn, która może mieć klucz do zakoń­cze­nia bez­d­nia raz na zawsze.

Pho­ebe á Dúnnsair -?Pho­ebe mie­sią­cami podró­żo­wała z Dior pod posta­cią pumy, zanim ujaw­niła swoją praw­dziwą naturę: tan­cerki zmierz­chu, zdol­nej przy­bie­rać ludzką lub zwie­rzęcą postać o zacho­dzie słońca.

Oddzie­lona od Dior przez pod­stęp Celene, Pho­ebe szu­kała dziew­czyny razem z Gabrie­lem. Pod­czas podróży odkryli, że łączy ich tra­ge­dia, jakiej oboje doświad­czyli: mąż Pho­ebe zgi­nął pod­czas wojny, a ona, podob­nie jak Gabriel, stra­ciła córkę. Tan­cerka zmierz­chu i sre­bro­święty zostali kochan­kami, a ich śmiało opi­sane ze wszyst­kimi szcze­gó­łami miło­sne unie­sie­nia roz­wią­zały zagadkę, która pozwo­liła zjed­no­czyć Pogó­rze w misji ratun­ko­wej.

Pod­czas fina­ło­wej walki z Nie­po­skro­mio­nymi Pho­ebe odna­la­zła swo­jego męża, Con­nora, który oka­zał się nie­wol­nym Lilidh Dyvok uwię­zio­nym na stałe w ciele wilka.

Jed­nakże ich ponowne spo­tka­nie oka­zało się roz­kosz­nie krót­kie.

Con­nor á Lachla­inn -?tan­cerz zmierz­chu z Pogó­rza Ossway­skiego, poto­mek naj­po­tęż­niej­szej tam­tej­szej kró­lo­wej, Ailidh Siew­czyni Burzy. Con­nor latami wędro­wał po cesar­stwie Eli­da­enu, zanim wró­cił na Pogó­rze i poślu­bił młod­szą Pho­ebe. Cho­ciaż miał rze­komo zgi­nąć pod­czas wojny z rywa­li­zu­ją­cymi kla­nami, w rze­czy­wi­sto­ści został schwy­tany przez Lilidh Dyvok, a jego mistyczna krew dała jej rodowi moc potrzebną do pod­boju Osswayu.

Con­nor żył pod posta­cią wiel­kiego bia­łego wilka, kiedy słu­żył na dwo­rze Dyvo­ków, ale gdy jego więź z Lilidh została zerwana, zażar­cie bro­nił Gra­ala i księż­niczki Reyne á Maer­genn przed pazu­rami wam­pi­rzycy.

Jak na złość hra­bina zabiła go, zanim mógł wyja­śnić swoje powody.

Reyne á Maer­genn -?piąta córka legen­dar­nej Niamh Dzie­więć Mie­czy, księż­nej Osswayu. Ojciec Reyne był nie­zna­nym wędrow­cem, któ­rego Niamh wzięła sobie na kochanka po śmierci męża. Naro­dziny Reyne z nie­pra­wego łoża były źró­dłem wstydu dla Niamh, zatem dziew­czynę wycho­wy­wała star­sza sio­stra, Yva­ine, w Eli­da­enie, z dala od dworu Dzie­wię­ciu Mie­czy.

Kiedy wiele lat póź­niej Reyne wró­ciła, żeby bro­nić ojczy­zny, wpa­dła w ręce Dyvo­ków, gdy ci zdo­byli Maer­genn. Dior prze­ła­mała jej znie­wo­le­nie i we dwie pomo­gły uwol­nić resztę nie­wol­nych, poko­nać armie Dyvo­ków i zabić naj­star­sze wam­piry.

Jak zna­la­zły w tym wszyst­kim czas na miłostki, to mi się w gło­wie nie mie­ści.

Nasto­latki, oui?

Astrid Ren­nier -?była nie­ślubną córką cesa­rza Ale­xan­dre'a III, którą zamknięto w klasz­to­rze San Michon, kiedy jej ist­nie­nie stało się krę­pu­jące dla nowej żony cesa­rza, Isa­belli. Po tym, jak jej przy­jaźń z Gabrie­lem roz­kwi­tła w odwza­jem­nioną miłość, została eks­ko­mu­ni­ko­wana razem z nim, gdy wyszło na jaw, że jest w ciąży.

Po naro­dzi­nach córki i ślu­bie osie­dli razem na połu­dnio­wych rubie­żach cesar­stwa, by wieść cichy, spo­kojny, szczę­śliwy żywot.

Wie­cie, co było potem.

Patience de León -?córka Gabriela i Astrid. Kiedy przy­szła na świat, jej ojciec, dawny sre­bro­święty, wyta­tu­ował sobie jej imię sre­brem na knyk­ciach, żeby ni­gdy nie zapo­mnieć, co jest naprawdę ważne. Była jego rado­ścią i dumą, praw­dzi­wym słoń­cem na nie­bo­skło­nie jego życia.

Miała jede­na­ście lat, kiedy została zamor­do­wana przez Wiecz­no­tr­wa­łego Króla, Fabiéna Vossa.

A to mnie ludzie nazy­wają potwo­rem.

Poże­raczka Popio­łów -?zacza­ro­wany miecz Gabriela, który tele­pa­tycz­nie poro­zu­miewa się z wła­ści­cie­lem. Cho­ciaż nie została wykuta ze sre­bra, jest śmier­tel­nie nie­bez­pieczna dla zim­no­krwi­stych i w cza­sach swo­jej naj­więk­szej chwały we dwoje z Gabrie­lem wyrą­by­wali sobie drogę przez sze­regi Umar­łych.

Zda­rzają jej się krót­kie prze­bły­ski przy­tom­no­ści umy­słu, naj­czę­ściej jed­nak nie bar­dzo wie, gdzie -?a nawet kiedy -?prze­bywa. Zmie­niła się na zawsze po tym, jak jej ostrze zostało zła­mane na skó­rze Wiecz­no­tr­wa­łego Króla. Spo­sób, w jaki Gabriel wszedł w jej posia­da­nie, pozo­staje przed­mio­tem licz­nych spe­ku­la­cji pośród min­streli, tru­we­rów i knaj­pia­nych pro­ro­ków z całego cesar­stwa.

Jeśli o mnie cho­dzi, to chciał­bym wresz­cie usły­szeć jakieś odpo­wie­dzi!

Aaron de Coste -?był synem baro­no­wej i wam­pira z Krwi Ilon. Ter­mi­no­wał w Srebr­nym Zako­nie razem z Gabrie­lem, a ich począt­kowa zacie­kła rywa­li­za­cja z cza­sem prze­ro­dziła się w praw­dziwą przy­jaźń. Odszedł z zakonu po tym, jak odkryto jego zwią­zek z kowa­lem Bap­ti­ste'em Sa-Isma­elem.

Osiadł ze swoim uko­cha­nym w château Aveléne, gdzie wie­dli sie­lan­kowy żywot, dopóki ponad dzie­sięć lat póź­niej Gabriel nie poja­wił się ponow­nie w ich życiu. W efek­cie ich dom został znisz­czony przez Dyvo­ków, zaś Aaron zgi­nął z ręki Kiary, córki Nikity, i powró­cił jako szla­chet­no­kr­wi­sty wam­pir. Tra­fił na dwór Nikity, gdzie został znie­wo­lony przez ancien Dyvo­ków i został jego kochan­kiem, bio­rąc udział we wszel­kich depra­wa­cjach w krwa­wym budu­arze Czar­no­ser­cego.

Jego umysł został osta­tecz­nie wyzwo­lony od wpływu Nikity przez uko­cha­nego Bap­ti­ste'a.

Kto jed­nak wie, co kryje się w jego sercu?

Bap­ti­ste Sa-Ismael -?dawny czar­no­ręki ze Srebr­nego Zakonu, przy­ja­ciel Gabriela i geniusz kuźni. Opu­ścił zakon razem z Aaro­nem, kiedy wyszedł na jaw ich zwią­zek, i został poj­many, gdy wiele lat póź­niej ich sie­dzibę znisz­czyli Dyvo­ko­wie.

Został znie­wo­lony przez Kiarę i uwol­niony przez Dior. Chwy­cił za broń i sta­nął do walki z Dyvo­kami; w bitwie o Dún Maer­genn wal­czył dziel­nie ramię w ramię z Gabrie­lem i swo­imi byłymi braćmi ze Srebr­nego Zakonu. Zadał osta­teczny cios Niki­cie, uwal­nia­jąc uko­cha­nego Aarona z nie­woli i dowo­dząc, że nawet w naj­zim­niej­szych kli­ma­tach i naj­mrocz­niej­szych cza­sach miłość doprawdy wszystko zwy­cięża.

Tak, drogi Czy­tel­niku. To był sar­kazm.

Chloe Sau­vage -?sio­stra Ordo Argent, przy­ja­ciółka Astrid i Gabriela z dzie­ciń­stwa. Spo­tkaw­szy ponow­nie przy­ja­ciela wiele lat po jego eks­ko­mu­nice, zwer­bo­wała go do pomocy w ochro­nie Dior Lachance. Kie­ru­jąc się sta­ro­żyt­nym pro­roc­twem, zamie­rzała spro­wa­dzić Dior do opac­twa San Michon, wie­rzyła bowiem, że tam uda się zakoń­czyć bez­dzień za pomocą rytu­ału, któ­rego opis odna­la­zła w biblio­tece. Gdy Gabriel odkrył, że rytuał spro­wa­dza się do zło­że­nia Dior w ofie­rze, zamor­do­wał Chloe i pół tuzina innych sre­bro­świę­tych, sta­jąc w obro­nie dziew­czyny.

S?ur Sau­vage nie­wąt­pli­wie była fana­tyczką, ale może nie cał­kiem zwa­rio­wała. Po bitwie o Dún Maer­genn w gro­bie pod mia­stem odkryto drugą połowę jej pro­roc­twa, która może skry­wać tajem­nicę zakoń­cze­nia bez­d­nia na zawsze.

Lachlan á Craeg -?pierw­szy i ostatni uczeń Gabriela w Srebr­nym Zako­nie. Lachlan był bla­do­kr­wi­stym synem Toly­eva, priori Dyvo­ków. Całe dzie­ciń­stwo spę­dził w pod­dań­stwie krwi, słu­żył swo­jemu potwor­nemu ojcu. Poj­many w wieku lat pięt­na­stu przej­rzał na oczy, dostrzegł okru­cień­stwo swo­jej rodziny i został zwer­bo­wany przez Gabriela do Srebr­nego Zakonu. Stali się ser­decz­nymi przy­ja­ciółmi i nawet kiedy wyszedł na jaw romans Gabriela z Astrid, Lachlan nie chciał wyrzec się men­tora.

Wiele lat póź­niej młody sre­bro­święty dowie­dział się o ataku Gabriela na kate­drę San Michon w obro­nie Dior. Omył­kowo uznał, że dziew­czyna opę­tała Gabriela cza­rami, i z tego powodu tro­pił swo­jego daw­nego mistrza w całym cesar­stwie. Osta­tecz­nie uwie­rzył w boskie pocho­dze­nie Dior. Zebrał grupę sre­bro­świętych, żeby wes­przeć Gabriela pod­czas bitwy o Maer­genn, i pomógł Sa-Isma­elowi zabić swo­jego przy­rod­niego brata, Nikitę.

Jed­nakże wier­ność Lachlana miała wysoką cenę -?jako jedyny sre­bro­święty prze­żył walkę.

Joaquin Marenn -?psiar­czyk z Aveléne, który został nie­wol­nym Kiary Dyvok po znisz­cze­niu jego domu. Uwol­niony przez Dior, został w Maer­genn, zde­cy­do­wany ura­to­wać swoją uko­chaną: ossway­ską dziew­czynę imie­niem Isla á Cuinn.

Cho­ciaż Isla oka­zała się zdraj­czy­nią, Joaquin wyka­zał się w osta­tecz­nej bitwie, pomógł Dior uwol­nić ludzi znie­wo­lo­nych przez Dyvo­ków i skrzyk­nął ich do walki w obro­nie Gra­ala.

Brynne á Kil­la­ech -?tan­cerka zmierz­chu z Pogó­rza z rodzaju zwa­nego úrfuil -?niedź­wie­dzi lud. Podob­nie jak więk­szość jej rodzaju, Brynne ule­gła nie­od­wra­cal­nej zmia­nie spo­wo­do­wa­nej przez Czas Ska­la­nej Krwi i w ludz­kiej postaci zacho­wuje wiele zwie­rzę­cych cech.

Jest zacie­kłą wojow­niczką i dziel­nie wal­czyła pod­czas bitwy o Dún Maer­genn.

Fabién Voss -?Wiecz­no­tr­wały Król, priori Krwi Voss. Fabién jako pierw­szy ancien wyko­rzy­stał nie­szczę­śni­ków (bez­ro­zumną odmianę wam­pi­rów, któ­rej liczeb­ność ogrom­nie wzro­sła pod­czas bez­d­nia) do walki: stwo­rzył z nich armię znaną jako Bez­kre­sny Legion. Fabién od tego czasu pod­bił więk­szość cesar­stwa i zamie­rza teraz zdo­być jego sto­licę, Augu­stin.

Wymor­do­wał famille Gabriela, a odkąd dowie­dział się o ist­nie­niu Dior, obse­syj­nie wysy­łał swoje dzieci, żeby ją poj­mały -?w nie­zna­nym celu. Gabriel odkrył, że Fabién był kie­dyś jed­nym z Ryce­rzy Krwi -?wam­pi­rzych wojow­ni­ków, któ­rzy znisz­czyli ród Esani pod­czas bitwy o Char­bo­urg kilka stu­leci wcze­śniej. Jed­nak w gro­bie pod Maer­genn cze­kało na Ostat­niego Sre­bro­świę­tego o wiele bar­dziej mro­żące w żyłach odkry­cie na temat jego śmier­tel­nego wroga: Fabién był jed­nym z pię­ciu śmier­tel­nych kapła­nów odpo­wie­dzial­nych za zabi­cie Odku­pi­ciela, któ­rych prze­kleń­stwo syna bożego zmu­siło do trwa­nia pod posta­cią nie­umar­łych.

Jest jed­nym z pię­ciu pierw­szych wam­pi­rów na świe­cie.

Dan­ton Voss -?Bestia z Vel­lene, naj­młod­szy syn Fabiéna, jeden z sied­miorga Ksią­żąt Wiecz­no­ści. Zgi­nął z ręki Dior, która zadała mu cios Poże­raczką Popio­łów, uprzed­nio nama­ściw­szy miecz wła­sną świętą krwią.

Laure Voss -?Upiór w Czer­wieni, naj­młod­sza córka Fabiéna, stwór­czyni Celene Castii. Zgi­nęła z ręki Gabriela w bitwie pod Bliź­nia­kami.

Alba i Aléne Voss -?Zgrozy -?naj­star­sze dzieci Fabiéna, posłane do Dún Maer­genn, żeby ode­brały Dyvo­kom Dior. Zamiast tego jed­nak same zgi­nęły - Albę zabił Gabriel w poje­dynku, a Celene wypiła swoją cio­teczkę Aléne, aż zostały z niej same popioły.

Nikita Dyvok -?Czar­no­sercy, priori Krwi Dyvok. Posłu­żył się splu­ga­wioną krwią tan­ce­rzy zmierz­chu, żeby wzmoc­nić i tak już prze­ra­ża­jącą siłę swo­jego rodu. W ten spo­sób pod­sy­cił inwa­zję na Ossway i zmie­nił nie­gdyś potężny kraj w kost­nicę. Znie­wo­lił Aarona de Coste i pro­wa­dził wła­śnie nego­cja­cje w związku z prze­ka­za­niem Dior swo­jemu daw­nemu kochan­kowi, Fabiénowi, kiedy zgi­nął w bitwie o Maer­genn z ręki Bap­ti­ste'a Sa-Isma­ela.

Lilidh Dyvok -?Bez­ser­deczna, Zimowa Oblu­bie­nica, naj­star­sza z rodu Dyvok. Bar­dziej prze­bie­gła od swo­jego wojow­ni­czego brata, odkryła magyę krwi tan­ce­rzy zmierz­chu i zakwe­stio­no­wała praw­dziwy powód, dla któ­rego Fabién poszu­ki­wał Dior. Zgi­nęła pod­czas bitwy o Dún Maer­genn, ale wcze­śniej zdą­żyła zła­mać kark Dior i zabić męża Pho­ebe, Con­nora. Zosta­wiła po sobie potomka, Żmija, który teraz jest nesto­rem Krwi Dyvok.

Jakże nisko upa­dają potężni.

Illia -?była priori Krwi Esani, zało­ży­cielką ich reli­gii. Krążą wie­ści, że za życia była cza­row­nicą, ale kiedy stała się wam­pi­rzycą, zna­la­zła reli­gię w postaci Jed­nej Wiary i poświę­ciła nie-życie na pod­trzy­my­wa­nie rodu wywo­dzą­cego się od Odku­pi­ciela.

Została zamor­do­wana pod­czas kata­kli­zmu, jakim była bitwa o Char­bo­urg, w któ­rej dowo­dził jej wielki wróg, Fabién Voss.

Maryn -?Matka Potwo­rów i obecna priori Krwi Esani. Ród Esani prak­tycz­nie prze­stał ist­nieć w Char­bo­urgu, oca­lały z niego tylko cztery osoby. By zapew­nić sobie prze­trwa­nie, ostatni Esani roz­pro­szyli się po całym cesar­stwie i wypa­try­wali w tajem­nicy oznak obec­no­ści potom­ków Odku­pi­ciela, któ­rzy mogli prze­żyć tamtą potworną noc.

Cho­ciaż wygląda jak dziecko, Maryn jest naj­star­szą przed­sta­wi­cielką Nie­wier­nych, któ­rzy prze­trwali. Pogrą­żona w sta­nie zwa­nym pomroką została pogrze­bana w Dún Maer­genn, gdzie cze­kała ponad stu­le­cie na swoją kolej, żeby wypa­try­wać naro­dzin Gra­ala. W swoim ciele prze­cho­wuje mnó­stwo dusz, skra­dzio­nych w kani­ba­li­stycz­nym akcie, który Nie­wierni nazy­wają komu­nią.

Kto wie, co jej szep­czą w ciem­no­ściach?

J?noah -?jeden z czte­rech człon­ków rodu Esani, jacy prze­trwali. Był panem ponu­rej twier­dzy zwa­nej Cairn­haem, ukry­tej głę­boko w Noc­nych Tur­niach. Gabriel, Celene i Dior udali się do niej, licząc na mądrość J?noah, ale odkryli jedy­nie, że ancien ode­brał sobie życie. W kaplicy w cichym château trójka odna­la­zła jego ostat­nie słowa wypi­sane wła­sną krwią na pod­ło­dze.

"To ocze­ki­wa­nie: zbyt dłu­gie. To brze­mię: zbyt cięż­kie. Ojcze, wybacz mi".

Wul­fric -?ojciec Gabriela i wojow­nik z rodu Esani. Nie­wiele wia­domo na jego temat, poza tym, że miesz­kał przez pewien czas w León, gdzie został kochan­kiem matki Gabriela, Auriél. Dziew­czyna porzu­ciła kochanka, gdy zaszła w ciążę, więc Wul­fric nie miał wpływu na wycho­wa­nie Gabriela. Powró­cił jed­nakże na krótko wezwany przez Auriél, gdy jego syn zacho­ro­wał.

Po swo­jej Prze­mia­nie Celene odna­la­zła Wul­frica w jego domu w San Yves. Tam została jego uczen­nicą, zanim go pożarła, przej­mu­jąc jego moc i wszyst­kie dusze, które w sobie nosił.

Dla­czego? Oto jest pyta­nie, do dia­ska.

Ale­xan­dre de Augu­stin III -?jako cesarz Eli­da­enu, Obrońca Jed­nej Wiary i Pro­tek­tor Kró­le­stwa wła­dał ze Zło­tych Sal w Augu­stin od sie­dem­na­stego roku życia. Teraz dobiega sie­dem­dzie­siątki i wieść nie­sie, że brze­mię korony spada głów­nie na czoło jego uko­cha­nej (i znacz­nie młod­szej) mał­żonki.

Isa­bella Augu­stin -?żona Ale­xan­dre'a III, cesa­rzowa Eli­da­enu. Była patronką Ordo Argent i po bitwie pod Bliź­nia­kami paso­wała Gabriela na ryce­rza. Pozo­stał jej prawą ręką przez wiele lat, okry­wa­jąc się pod jej patro­na­tem wielką chwałą.

Maxi­mille de Augu­stin -?król-wojow­nik, który przed z górą sze­ściu­set laty roz­po­czął pro­ces jed­no­cze­nia pię­ciu woju­ją­cych państw w wiel­kie cesar­stwo eli­da­eń­skie. Zgi­nął, zanim jego marze­nie mogło się urze­czy­wist­nić, ale jego potom­ko­wie po dziś dzień zasia­dają na Pię­cio­ra­kim Tro­nie. W uzna­niu jego docze­snych zasług Kościół Jed­nej Wiary ogło­sił go swoim siód­mym Świę­tym Męczen­ni­kiem.

Michon -?Pierw­sza Męczen­niczka, pro­sta łow­czyni, która została uczen­nicą Odku­pi­ciela, a po zgła­dze­niu go na kole ponio­sła jego świętą wojnę w świat. Mało kto wie, że była rów­nież jego kochanką i że z ich związku naro­dziła się córka imie­niem Esan, co w języku sta­ro­tal­ho­skim zna­czy "wiara".

Esan -?córka Michon i Odku­pi­ciela. Cztery stu­le­cia temu jej potom­ko­wie wznie­cili bunt prze­ciw dyna­stii Augu­sti­nów. Powsta­nie, które póź­niej nazwano here­zją aavsencką, zostało stłu­mione przez świę­tych ryce­rzy Jed­nej Wiary. Ich sto­licę, Char­bo­urg, splą­dro­wano, a więk­szość bun­tow­ni­ków zgi­nęła.

Dior Lachance jest ostat­nią przed­sta­wi­cielką tego rodu.

Krew Voss -?ród wam­pi­rzy wywo­dzący się od Fabiéna, który nazywa sie­bie Żela­zno­ser­cymi. Odzna­czają się nad­ludzką odpor­no­ścią na fizyczny ból, a ich nesto­rzy potra­fią czy­tać w myślach i prze­ma­wiać wprost do umy­słów.

Krew Dyvok -?potom­stwo strasz­li­wego Toly­eva, zwane także Nie­po­skro­mio­nymi. Wszyst­kie wam­piry są nad­zwy­czaj silne, ale nawet naj­młod­szy Dyvok jest w sta­nie zawsty­dzić nesto­rów z innych rodów. Ancien Dyvo­ków potra­fią zapa­no­wać nad ludźmi siłą swo­jego głosu, a zdol­ność tę nazywa się Biczem.

Krew Ilon -?Szepty, lato­ro­śle wiel­kiego Ilona. O wiele sub­tel­niejsi od Dyvo­ków, umieją mani­pu­lo­wać emo­cjami za pomocą jed­nego słowa, a ich nesto­rzy potra­fią jed­nym spoj­rze­niem spra­wić, że całe sale wypełni zgroza lub zachwyt. Zdol­ność tę nazywa się Naci­skiem.

Krew Cha­stain -?potom­ko­wie cesa­rzo­wej Mar­got, zwani także Paste­rzami. Cha­stainowie panują nad stwo­rze­niami ziemi i nieba i potra­fią przy­bie­rać ich roz­liczne formy; im są starsi, tym wię­cej postaci mogą przy­jąć. Paste­rze są także upior­nie szybcy, a ich nesto­rzy wydają się zdolni iść z wia­trem w zawody.

Krew Esani -?Nie­wierni. Here­tycki kult kani­bali i cza­row­ni­ków, któ­rzy potra­fią mani­pu­lo­wać krwią za pomocą mrocz­nej sztuki zwa­nej san­gwi­man­cją. Im mniej będziemy o nich mówić, tym lepiej.

Bla­do­kr­wi­ści -?pół­lu­dzie, dzieci zro­dzone z wam­pi­rzych ojców. Posia­dają słab­szą wer­sję nad­na­tu­ral­nych darów swo­ich ojców, dzie­dzi­czą jed­nak po nich także żądzę krwi, prze­kleń­stwo zwane sangir?, czer­wone pra­gnie­nie. Na dłu­gie lata można zapa­no­wać nad tą przy­pa­dło­ścią za pomocą nar­ko­tyku zwa­nego sanc­tu­sem, osta­tecz­nie jed­nak spro­wa­dza ona wszyst­kich bla­do­kr­wi­stych do żąd­nych krwi zwie­rząt.

A teraz, mes amis, czas koń­czyć.

Zmierzch.

I

Był dwu­dzie­sty siódmy rok bez­d­nia w pań­stwie Wiecz­no­tr­wa­łego Króla, a jego zabójca wciąż cze­kał na śmierć.

Znowu stał przy wąskim oknie, patrząc, jak nad­ciąga jego koniec. Wyta­tu­owane dło­nie splótł za ple­cami, popla­mione krwią zarówno świeżą, jak i taką, którą led­wie pamię­tał. Pomiesz­cze­nie, w któ­rym się znaj­do­wał, mie­ściło się na wyso­kiej kon­dy­gna­cji samot­nej wieży sztur­mo­wa­nej przez burzę tak samo jak on tra­pioną bez­sen­no­ścią. Drzwi wciąż były zamknięte solid­nie jak wrota skarbca. Wrota do jego serca były zatrza­śnięte jesz­cze moc­niej.

Z wyso­ko­ści zabójca stu­dio­wał sunący w dole pochód, jego oczy miały kolor szary jak burza na nie­bie. Postaci klu­czące ku przed­bra­miu były nie­liczne, podobne do mró­wek; maleń­kie czarne kropki peł­znące po zamar­z­nię­tej rów­ni­nie. Jed­nakże ich nadej­ście było ważną zapo­wie­dzią, wstrzą­sało kamie­niami pod nim, jak żaden ziem­ski grom nie byłby w sta­nie, ich przy­by­cie mówiło mu, że jego odej­ście jest rychłe. Że jego gra, jak wszystko, co dobre, musi dobiec końca.

Château prze­bu­dził się już i bez­śmiertni, któ­rzy nazy­wali go domem, zebrali się w całej swo­jej chwale, by zaim­po­no­wać przy­by­łym. Nie­wolni żoł­nie­rze zakuci w ciemną stal roz­sta­wili się na blan­ko­wa­nych murach, ich czarne pele­ryny zdo­bił sym­bol dwóch wil­ków i dwóch księ­ży­ców. Wszę­dzie wzdłuż koli­stych szań­ców pło­nące kok­sow­niki lizały lodo­wate powie­trze, ozory pło­mieni były jaśniej­sze od nędz­nego zachodu słońca. Na naj­bar­dziej wewnętrz­nym dzie­dzińcu Cesa­rzowa Wil­ków i Ludzi cze­kała na gości w oto­cze­niu swo­jego bez­kr­wi­stego dworu. Czaił się obok niej blady histo­ryk, któ­rego cze­ko­la­dowe oczy co rusz spo­zie­rały na zabójcę w oknie wieży.

Niebo było czarne jak grzech.

Hory­zont -?czer­wony jak usta damy jego serca, kiedy ostatni raz ją cało­wał.

Zabójca powiódł kciu­kiem po wierz­chu pal­ców i po lite­rach wyta­tu­owa­nych poni­żej knykci.

-?Patience, che­va­lier -?wyszep­tał.

II

Brama Sul Adair otwo­rzyła się przy wtó­rze pie­śni kru­szą­cego się lodu i jęku zamar­z­nię­tych zawia­sów.

Mar­kiz Jean-François, histo­ryk Krwi Cha­stain, stał po pra­wicy swo­jej cesa­rzo­wej i patrzył, jak ogromna krata unosi się niczym katow­ski miecz. Trzy inne kraty pod­nio­sły się wcze­śniej jedna po dru­giej, otwie­ra­jąc drogę przez cztery dzie­dzińce oto­czone potęż­nymi szań­cami z czar­nego żela­zo­ka­mie­nia. Oblo­dzone koła zębate trzesz­czały i jęczały, wia­try ostre jak brzy­twa wzbi­jały kurzawę sza­rego śniegu na dłu­giej bru­ko­wa­nej dro­dze pro­wa­dzą­cej poza zewnętrzne mury. Patrząc na drobne postaci zbli­ża­jące się z jej końca, mar­kiz przy­ła­pał się na tym, że się krzywi.

Szron przy­warł mu do rzęs, złote włosy chło­stały go po twa­rzy, tar­gane prze­ni­kliwą wichurą. Dener­wo­wały go -?kazałby swo­jej och­mi­strzyni Meline zwią­zać je nale­ży­cie, gdyby miał czas, ale został obu­dzony przed zmierz­chem przez jed­nego ze słu­gu­sów matki, który dobi­jał się do drzwi jego sypialni, jakby samo pie­kło przy­było. Jean-François pod­niósł głowę znad krwa­wej uczty mię­dzy udami Meline i wark­nął ziry­to­wany tym naj­ściem, ale pra­wie nie siląc się na prze­pro­siny, nie­wolny chło­pak w libe­rii cesa­rzo­wej poin­for­mo­wał go, że ocze­kuje się jego natych­mia­sto­wej obec­no­ści na dzie­dzińcu. Jean-François led­wie zdą­żył otrzeć pod­bró­dek, zanim roz­brzmiały dzwony sygna­li­zu­jące poja­wie­nie się nad­zwy­czaj sza­cow­nych gości. Narzu­cił jakiś odświętny strój z ciem­nego jedwa­biu i hafto­wany sur­dut z etolą z jastrzę­bich piór i zbiegł pospiesz­nie, prze­kli­na­jąc nie­oby­czaj­ność całej tej sytu­acji.

Ci padli­no­żercy nie powinni prze­kro­czyć ich progu przez jesz­cze dwie noce, ale na szczę­ście ich przed­wcze­sne nadej­ście nie wywo­łało zbyt wiel­kiego zamętu na dwo­rze Mar­got. Zanim goście dotarli do zewnętrz­nych murów, mała armia dwo­rzan zgro­ma­dziła się na wiel­kich scho­dach château, two­rząc wokół swo­jej nestorki mur szkar­łat­nych jedwabi, czar­nego futra i jasnego bro­katu. Sama cesa­rzowa Mar­got pre­zen­to­wała się, jak przy­stało wład­czyni: nosiła olśnie­wa­jącą suk­nię ze zło­tego aksa­mitu z czarną koronką, siwe włosy miała zwią­zane z tyłu w zdo­bione klej­no­tami war­ko­cze, cztery ogromne czarne wilki sie­działy przed nią w rzę­dzie. Była drobną kobietą w śred­nim wieku, kiedy prze­szła Prze­mianę, ale dłu­gie stu­le­cia obda­rzyły Mar­got Cha­stain maje­sta­tem przy­ćmie­wa­ją­cym wszyst­kich wokół. Jej skóra była jak naj­czyst­szy mar­mur, twarz niczym bez­kr­wawa maska, oczy czarne jak pie­kło obser­wo­wały nie­ru­cho­mie­jącą wresz­cie kratę.

Sto­jąc posłusz­nie u jej boku w śnie­życy, mar­kiz przy­glą­dał się tuzi­nowi postaci jadą­cych pod łukami przed­bra­mia na zbie­ra­ni­nie nie­wol­nych koni. Nawią­zy­wa­nie kon­taktu ze zwie­rzę­tami było darem jego krwi, wyczu­wał więc wyczer­pa­nie wierz­chow­ców, poga­nia­nych przez sie­dem dni i nocy bez chwili snu, żeby tu dotrzeć.

Zer­ka­jąc z ukosa na swoją stwór­czy­nię, Jean-François zasta­na­wiał się od nie­chce­nia, czy rano jego cesa­rzowa kazała słu­gom umyć sobie stopy.

W końcu za chwilę będą je cało­wać człon­ko­wie kró­lew­skiego rodu.

Przy­wódca jeźdź­ców zatrzy­mał wierz­chowca, któ­rego boki aż buchały parą, i zsiadł. Śnieg zachrzę­ścił pod jego butami, gdy wylą­do­wał na bruku. Do sio­dła miał przy­mo­co­wany dwu­ręczny miecz pra­wie dwa razy dłuż­szy niż wzrost czło­wieka, z ręko­je­ścią ozdo­bioną ryczą­cymi niedź­wie­dziami. Jego towa­rzy­sze zsie­dli z koni, a przy­wódca zsu­nął kap­tur i chłod­nym wzro­kiem powiódł po nie­wol­nych na ośnie­żo­nych murach w sza­le­ją­cej zawiei. Był wysoki i w żad­nym razie nie zwa­li­sty, ale widząc strasz­liwą klingę, Jean-François nie miał złu­dzeń co do siły ukry­tej w tym żyla­stym ciele. Przy­bysz miał dłu­gie i szare jak śnieg włosy, taka sama była jego broda, oszro­niona i tar­gana wia­trem. Jasna jak lód skóra spra­wiała wra­że­nie stward­nia­łej jak u czło­wieka, który przez dłu­gie lata żeglo­wał pod pra­żą­cym słoń­cem, zanim prze­szedł Prze­mianę. Z boku jego szyi wił się wybla­kły tatuaż dzie­wicy o nagich pier­siach i rybim ogo­nie. Kiedy się ode­zwał, Jean-François spo­strzegł błysk zło­tych kłów w gór­nych dzią­słach przy­by­sza.

-?Mar­got Cha­stain z Krwi Cha­stain, naj­star­sza w swoim rodzie, priori Paste­rzy. -?Wam­pir skło­nił lekko głowę. -?Pozdra­wiam cię, kuzynko.

-?Żmiju Dyvok z Krwi Dyvok, pier­wo­rodny bez­śmiertny synu Lilidh i obecny priori Nie­po­skro­mio­nych. -?Mar­got uśmiech­nęła się nie­mal nie­do­strze­gal­nie. -?Witamy cię, kuzy­nie.

-?Uprzej­mie dzię­ku­jemy za twe zapro­sze­nie, lady Cha­stain, i za...

-?Cesa­rzowo.

Wam­pir zwany Żmi­jem zająk­nął się, kiedy Mar­got się ode­zwała.

-?Cesa­rzowo Cha­stain -?popra­wiła go, uśmie­cha­jąc się odro­binę cie­plej.

Grzmot prze­wa­lił się po nie­bie. Żmij zer­k­nął na Krew­nych, z któ­rymi przy­był. Mała grupka była w rów­nie opła­ka­nym sta­nie jak wierz­chowce, na któ­rych przy­je­chali. Był tam młody drab odziany w wybru­dzoną w podróży pele­rynę z dzie­cię­cej skóry -?na pod­sta­wie opo­wie­ści sre­bro­świę­tego i jego sio­stry Jean-François wie­dział, że nazywa się Rémille. Ładna kobieta w sza­tach świą­to­bli­wej sio­stry; przy­sa­dzi­sty zbir z wąsami dosta­tecz­nie dłu­gimi, żeby dało się go na nich powie­sić; zasu­szona sta­ru­cha, bez­zębna, jeśli pomi­nąć kły, które błysz­czały w jej poczer­nia­łych dzią­słach; oraz garstka innych. Herb przed­sta­wia­jący wspię­tego niedź­wie­dzia na strza­ska­nej tar­czy zdo­bił ich ubiór i broń: a to klamrę pasa, a to gło­wicę mie­cza. To były nie­do­bitki po ataku na Dún Maer­genn, pozo­sta­ło­ści znisz­czo­nego dworu, ostatki nie­gdyś potęż­nego rodu.

Żało­sny widok, pomy­ślał Jean-François.

Żmij spoj­rzał na Mar­got.

-?Wiele o tobie sły­sza­łem, kuzynko, i zdaję sobie sprawę, że jeste­śmy gośćmi w twoim domu, więc ostroż­nie będę dobie­rał słowa, lecz nawet jeśli Mar­got jest cesa­rzową wil­ków i ludzi, to ja i moi pod­ko­mendni nie nale­żymy do żad­nej z tych grup. Wywo­dzimy się z krwi potęż­nego Toly­eva. Jeste­śmy z Krwi Dyvok. Jeste­śmy Nie­po­skro­mieni, lady Cha­stain. I przed nikim nie klę­kamy.

Wśród dwo­rzan roze­szła się fala nie­za­do­wo­le­nia; zgro­ma­dzeni mru­żyli oczy, szep­tem ponio­sły się pogróżki. Mar­got jed­nak tylko uśmiech­nęła się łagod­niej.

-?Czas pokaże.

Wycią­gnęła rękę do bliż­szego wilka, zwa­li­stego samca imie­niem Wierny. Pod­niósł łeb, cie­sząc się z dotyku cesa­rzo­wej muska­ją­cej pazu­rami jego futro. Mar­got ani na chwilę nie spu­ściła wzroku ze Żmija.

-?Serce nam pękło na wieść o zamor­do­wa­niu twej matki. Wielką czu­łość żywi­li­śmy dla hra­biny Lilidh. -?Uśmiech cesa­rzo­wej przy­gasł odro­binę. - Mniej­szą dla jej brata, Nikity. Nie­mniej śmierć priori to nie jest błaha kwe­stia. Skła­damy nasze kon­do­len­cje, kuzy­nie, z powodu utraty nestora, upadku sto­licy i znisz­cze­nia twego rodu.

Dyvo­ków zabo­lały jej słowa, ale żaden nie był na tyle głupi, żeby zła­pać się na tę przy­nętę.

-?Dzię­ku­jemy za twoją dobroć, kuzynko. -?Żmij zaci­snął zęby. -?I za szansę wymie­rze­nia spra­wie­dli­wo­ści temu, który spla­mił się krwią Dyvo­ków.

Mar­got zamru­gała. Jej czarne oczy zabły­sły.

-?Spra­wie­dli­wo­ści?

-?W swoim zapro­sze­niu... wspo­mnia­łaś, że poj­ma­łaś psa, który zabił potęż­nego Toly­eva na Szkar­łat­nej Pola­nie. Który popro­wa­dził atak na Dún Maer­genn. Który zamor­do­wał dzie­siątki moich pobra­tym­ców, wśród nich moją rodzi­cielkę. -?Żmij rozej­rzał się po bez­śmiert­nych dwo­rza­nach, a w jego tonie poja­wiła się ostra nuta, gdy bły­snął zło­tymi kłami. -?Czy prze­trzy­mu­jesz Gabriela de León? Czy też wypra­wi­li­śmy się do tej par­szy­wej nory na darmo?

-?Zapo­mi­nasz się, Dyvok.

Jean-François spoj­rzał na tę, która się ode­zwała. Stała wśród Krew­nych na lewo od Mar­got: wysoka, pier­sia­sta kobieta, która dłu­gie włosy w kolo­rze blond nosiła sple­cione w prze­ty­kaną zło­tem koronę nad czo­łem, a na to spo­tka­nie wło­żyła aksa­mitną suk­nię roz­le­wa­jącą się powo­dzią szkar­łatu na ziemi. Pod pachą trzy­mała maleńki kłę­bek jasnego puchu - psa led­wie god­nego tego miana.

-?Ta par­szywa nora to naj­bar­dziej nie­zwy­cię­żona for­teca w całym Eli­da­enie -?oznaj­miła. -?A cesa­rzowa, przed którą nie chcesz uklęk­nąć, to obec­nie naj­star­sza Krewna na świe­cie. Jeśli nie wier­ność, to jesteś winien wiel­kiej Mar­got przy­naj­mniej szacu...

-?Wiceh­ra­bino.

Mar­got nie ode­rwała wzroku od Dyvo­ków, ale jej chłodny ton natych­miast uciął wykład młod­szej wam­pi­rzycy. Jean-François uśmiech­nął się, kiedy wiceh­ra­bina ukło­niła się i pogrą­żyła w gro­bo­wym mil­cze­niu.

-?Istot­nie mamy w swo­jej pie­czy Czar­nego Lwa -?potwier­dziła cesa­rzowa Mar­got, ponow­nie uśmie­cha­jąc się do Żmija. -?Dzięki pomy­sło­wo­ści naszej roz­mow­nej wnuczki, Nico­lette. Jed­nakże nie dla kiczo­wa­tych poka­zów spra­wie­dli­wo­ści śmier­tel­ni­ków zapro­si­li­śmy was do swego domo­stwa.

Żmij skrzy­wił się, lecz trzy­mał język za zębami.

-?Te wojny mię­dzy naszym rodza­jem a owcami wykrwa­wiły cesar­stwo tak, że pobie­lało niczym śniegi z daw­nych dni -?cią­gnęła Mar­got. - Par­we­niu­szow­scy krwawi pano­wie wyci­nają sobie maleń­kie lenna i toczą spory o to, co jesz­cze się ostało. Brud­no­kr­wi­ści gra­sują nie­kon­tro­lo­wani, z każdą nocą ich gni­jące zastępy rosną w siłę. A ten, który tytu­ło­wał się naszym Wiecz­no­tr­wa­łym Kró­lem, został zabity. Jeśli nasze wiel­kie rody nie dojdą do poro­zu­mie­nia, wszy­scy dołą­czymy wkrótce do Fabiéna na brze­gach pie­kła. A jeżeli o mnie cho­dzi, to nie płonę z nie­cier­pli­wo­ści, by odpo­ku­to­wać za swoje winy w Domach Upa­dłych.

Żmij zaci­snął zęby.

-?Ani ja, lady Cha­stain.

-?Zatem nie fra­suj się, kuzy­nie. Rap­tem stu­le­cie albo dwa prze­mie­rzasz te zie­mie na bez­śmiert­nych sto­pach, ale twa rodzi­cielka była praw­dziwą ancien i dobrze wiesz, jak święta jest Uprzej­mość ofe­ro­wana przez nesto­rów. Ty i twoi pobra­tymcy jeste­ście mile widziani w Sul Adair. Wszy­scy co do jed­nego jeste­ście naszymi hono­ro­wymi gośćmi. Wiatr przy­nosi nam wie­ści, że Kariim Pająk się zbliża, a Żela­zna Dzie­wica powinna przy­być przed Świę­tem Pani. Kiedy już prio­rem Ilo­nów i Vos­sów zasiądą obok cie­bie przy moim stole, zde­cy­du­jemy, jak będziemy wła­dać tą nową nocą. -?Uśmiech Mar­got był lodo­waty jak poca­łu­nek zimy. -?I kto przed kim uklęk­nie.

Żmij zaci­snął usta nik­nące w zamar­z­nię­tej bro­dzie, zer­k­nął jed­nak prze­lot­nie na zbie­ra­ninę swo­ich dwo­rzan i ski­nął głową, jak przy­stało na króla-żebraka.

-?Prawdę powia­dasz, kuzynko. Nie ma fał­szu w sło­wach o mądro­ści priori Krwi Cha­stain. Nie­stety w jed­nej kwe­stii muszę z żalem zapro­te­sto­wać.

-?Pro­szę, zacho­waj zimną krew, priori. Zaspo­ko­isz swą żądzę zemsty, nie wątp w to. Czarny Lew zabawi nas jesz­cze odro­binę, ale wkrótce jego kie­lich wyschnie. Pozwo­limy ci patrzeć, jak jego gar­dło osta­tecz­nie zosta­nie pode­rżnięte.

-?Dzię­kuję, pani. -?Żmij przy tych sło­wach ukło­nił się, jak należy, a dwo­rza­nie poszli w jego ślady. -?I będziemy roz­ko­szo­wać się nale­żytą karą. Jed­nak to nie kwe­stia de Leóna budzi mój sprze­ciw, ale ocena pory przy­by­cia two­ich pozo­sta­łych gości.

-?Doprawdy? -?zdu­miała się cesa­rzowa.

-?Być może śnie­życe uzie­miły two­ich szpie­gów, kuzynko, ale nie spo­wol­niły Żela­zno­ser­cych. Jeśli spo­dzie­wasz się ich nadej­ścia przed koń­cem tygo­dnia, to nie doce­niasz deter­mi­na­cji, z jaką pra­gną pomścić swo­jego stwórcę. Dostrze­gli­śmy ich po dro­dze i powia­dam ci: Kestrel i jej dwór zapu­kają do two­ich drzwi przed Świę­tem Pani.

Mar­got zacho­wała bez­na­miętną twarz i tylko raz ski­nęła głową, jakby nowina o rychłym przy­by­ciu Żela­zno­ser­cych miała taką wagę jak piórko. Jed­nakże zer­ka­jący z nie­na­wi­ścią na sza­le­jącą zawieję Jean-François dosko­nale zda­wał sobie sprawę z powagi tych wie­ści.

-?Chodź­cie -?powie­działa Mar­got, wska­zu­jąc okute żela­zem drzwi do wspa­nia­łej for­tecy. -?Musi­cie być spra­gnieni po tak dłu­giej podróży. Wejdź­cie i czuj­cie się jak u sie­bie, dzieci Krwi Dyvok. Nie oba­wiaj­cie się niczego. Krew Cha­stain zadba, by wasze pra­gnie­nie zostało sto­sow­nie zaspo­ko­jone.

Gro­mada Nie­po­skro­mio­nych raz jesz­cze się ukło­niła, dwo­rza­nie Mar­got roz­stą­pili się jak czarne wody, a nie­wolni wybie­gli na śnie­życę, żeby zająć się wierz­chow­cami. Sami Dyvo­ko­wie cze­kali jed­nak uprzej­mie - syno­wie i córki Lilidh nie byli nie­zdy­scy­pli­no­wa­nym motło­chem. Żmij pochy­lił głowę, wska­zu­jąc twier­dzę.

-?Pani przo­dem.

-?Jakże rzadko widuje się dżen­tel­me­nów w tych bez­sło­necz­nych dniach... Musisz jed­nak nam wyba­czyć, priori. Sprawy wagi pań­stwo­wej doma­gają się naszej uwagi. Jeste­śmy prze­ko­nani, że znasz brze­mię, jakie musi dźwi­gać nestor. Nawet mając tak impo­nu­jące ramiona jak twoje.

Żmij ski­nął głową.

-?Zatem w twier­dzy pocze­kam na roz­kosz twego towa­rzy­stwa, pani.

Uśmiech cesa­rzo­wej był mroczny jak tru­ci­zna.

-?Nie­zbyt długo. -?Mar­got zer­k­nęła na dopiero co gada­tliwą wiceh­ra­binę sto­jącą na lewo od niej. -?Wskaż naszym gościom drogę do jadalni, Nico­lette. Wkrótce do was dołą­czymy.

Z oschłym ski­nie­niem głową i sze­le­stem czer­wo­nego aksa­mitu Nico­lette wspięła się po ośnie­żo­nych scho­dach, pro­wa­dząc Dyvo­ków przez ogromne drzwi ozdo­bione oku­ciami w kształ­cie wal­czą­cych anio­łów. Za nimi ruszyli dwo­rza­nie Mar­got, pro­ce­sja jado­wi­tych szep­tów i spoj­rzeń jak szty­lety. Jean-François został z cesa­rzową, przy­glą­da­jąc się fasa­dzie twier­dzy. Wspa­niałe, wyso­kie jak drzewa okna z witra­żami, przy­pory, iglice prze­szy­wa­jące wie­czorne niebo.

Cho­ciaż miesz­kał tu od dekady, wciąż pozo­sta­wał pod wra­że­niem skali tej budowli. Wiceh­ra­bina powie­działa prawdę: Sul Adair -?w języku s?dhaemskim "Czarna Wieża" -?była naj­po­tęż­niej­szą twier­dzą w kró­le­stwie, odkąd Augu­stin upa­dło. Co naj­mniej tuzin róż­nych armii roz­bił się jak tanie gli­niane dzbanki na tych murach w ciągu stu­leci, a potężne wznie­sie­nie, na któ­rym zbu­do­wano for­tecę, zasły­nęło jako Akhiv Dha Th'oth -?Góra, Która Wypija Żoł­nie­rzy. Nie­gdyś zamek chro­nił kopal­nie zło­tosz­kła w Lasha­ame i Raa, wiel­kie mia­sto por­towe Asheve, teraz jed­nak...

-?Na co cze­kasz, dzie­cię?

Jean-François zamru­gał zasko­czony i odwró­cił się do cesa­rzo­wej. Mar­got stała pośród śniegu, o całą głowę niż­sza od niego, a mimo to góro­wała nad nim. Krewni nie mogli wybie­rać, która z ich ofiar otrzyma Dar, i Jean-François wie­dział, że wielu miesz­kań­ców Sul Adair szep­cze, iż mroczna matka roz­piesz­cza swo­jego naj­młod­szego syna. Jed­nak teraz, gdy na niego patrzyła, wyda­wała się zim­niej­sza od wszel­kiej zawiei, a jej oczy były rów­nie ciemne jak lochy pod twier­dzą. Ognie pło­nące na murach na prze­kór zawiei rzu­cały dłu­gie cie­nie na zie­mię, a kiedy Mar­got spoj­rzała na Jean-François, wyda­wało się, że cie­nie te pociem­niały i wykrzy­wiły się, jakby ciem­ność mię­dzy nimi falo­wała i znie­kształ­cała się, pod­czas gdy jej wzrok wypi­jał go, jak pusty­nia wypija deszcz.

-?Matko? Co...

-?Ta burza nas ośle­pia, jeśli jed­nak ten głu­piec powie­dział prawdę, zale­d­wie kilka obro­tów księ­ży­ców może dzie­lić Kestrel Voss od progu naszego domu. Cho­ciaż ten Żmij to żebrak prze­brany za króla, Żela­zna Dzie­wica nie jest ubogą sie­rotą. Kestrel jest naj­star­sza spo­śród Żela­zno­ser­cych, zapra­wiona w walce, praw­dziwa Księżna Wiecz­no­ści. I zbliża się, synu.

Jean-François zer­k­nął w okno na wieży, zaci­ska­jąc zęby. Wyczu­wał na sobie spoj­rze­nie sza­rych jak burza oczu, wspo­mniał palce zaci­śnięte na gar­dle, się­gnął dło­nią do fularu, muska­jąc wciąż gojące się pod nim rany. W górze prze­to­czył się grzmot.

-?De León -?powie­dział.

-?I jego sio­stra. Coś wię­cej kryje się w ich opo­wie­ści, mar­ki­zie. Armia Księ­ży­co­wych Tro­nów, upa­dek Dún Maer­genn, odkry­cie strasz­li­wej Maryn w pod­zie­miach mia­sta, bitwa pod Char­bo­ur­giem, los Gra­ala...

-?To kłamcy, matko -?wark­nął mar­kiz. -?Od pierw­szej nocy naszej roz­mowy de León powta­rzał zawzię­cie: "Kie­lich został znisz­czony. Gra­ala nie ma". Pła­kał, rela­cjo­nu­jąc śmierć Lachance z rąk Lilidh. A godzinę póź­niej jego sio­stra wyznała, że Graal prze­bu­dził się w gro­bie, gdzie go pocho­wano, cały i zdrowy.

-?Zatem jej koniec jesz­cze nie poja­wił się w jego opo­wie­ści. -?Mar­got opu­ściła pod­bró­dek, świ­dru­jąc mar­kiza wzro­kiem. -?A ja poznam ją do końca.

-?Ostatni Sre­bro­święty i Ostat­nia Lia­the to żmije wypeł­nione tą samą ohydną tru­ci­zną. Ich umi­ło­wa­niu do fał­szu dorów­nuje tylko ich wza­jemna dla sie­bie nie­na­wiść.

-?Więc to wyko­rzy­staj.

Cie­nie wykrzy­wiły się jesz­cze bar­dziej, ponad wyciem wia­tru poniósł się słaby krzyk, kiedy cesa­rzowa Cha­stain zro­biła krok w stronę swo­jego naj­młod­szego potomka.

-?Żela­zna Dzie­wica i Pająk zbli­żają się. Ich pośpiech wiele mówi o sile ich pra­gnie­nia. Wciąż jed­nak potrze­bu­jemy prze­wagi, jeśli ocze­ku­jemy, że ugną przed nami kolano, a de León i jego prze­klęta sio­stra mogą nam ją zapew­nić. W jakim celu Wiecz­no­tr­wały Król pra­gnął zdo­być Dior Lachance? Dla­czego chciał jej żywej? Jeśli rze­czy­wi­ście była klu­czem do zakoń­cze­nia bez­d­nia, to jakim cudem słońce wciąż jest oble­czone w szary całun, a jutrzenka na­dal przy­wdziewa koronę zmierz­chu?

Mar­got zamil­kła, napie­ra­jąc spoj­rze­niem na swo­jego histo­ryka; nie­wiele bra­ko­wało, żeby pod tym wzro­kiem padł na kolana. Kiedy jed­nak grom roz­darł niebo, wycią­gnęła rękę, zbyt szybko, by nadą­żył za tym ruchem wzrok śmier­tel­nika, i poło­żyła dłoń na jego nie­ska­zi­tel­nym policzku.

-?De Leóna wciąż łączy z tobą więź, mój bla­do­licy ado­ni­sie. Jego duma i nie­na­wiść do sio­stry zała­twią resztę. Posłuż się nim, Jeanie-François, obie­caj mu świat. Zdo­bądź tylko to, czego potrze­buję. Prawdę leżącą u korzeni upadku Gra­ala, klę­ski Nie­wier­nych, zła­ma­nia nie­szczę­snego serca naszego Lwa.

Deli­kat­nie przy­ci­snęła dłoń do jego skóry. Prze­biegł mu dreszcz po krę­go­słu­pie, kiedy jej palce prze­su­nęły się ku zra­nio­nemu gar­dłu.

-?I nie ocią­gaj się, dzie­cię.

Jean-François prze­łknął ślinę, powoli kiwa­jąc głową.

-?Wedle roz­kazu mojej cesa­rzo­wej.

Dłoń Mar­got opa­dła jak suche liście. Cesa­rzowa weszła po scho­dach przy akom­pa­nia­men­cie grzmotu, a wilki ruszyły za nią. Mar­kiz został sam pośród śnie­życy.

Dotknął szyi.

Spoj­rzał w górę na obser­wu­jącą go postać.

Zaci­snął zęby i wszedł do środka.

III

Poko­nał połowę scho­dów w wieży, kiedy ude­rzyła go woń krwi.

Rzecz jasna nie był to rzadki aro­mat w twier­dzy peł­nej potwo­rów, a zmy­sły Jeana-François były tak wyczu­lone, że wychwy­ty­wał zapach uczty trwa­ją­cej w jadalni. Mimo gro­mów na zewnątrz i chóru Mar­got wewnątrz budynku dało się usły­szeć pomruk jedwa­bi­stych gło­sów i wtó­ru­ją­cych im uryw­ków śmie­chu w oddali. Histo­ryk wspi­nał się po scho­dach, ale mie­dziano-słodki bukiet świe­żej krwi cią­gnął go w dół. Jean-François obej­rzał się przez ramię na Meline, która jak zawsze szła trzy kroki za nim. Dostrzegł, że krzywi się na wspo­mnie­nie prze­rwa­nej wcze­śniej tego popo­łu­dnia jego wła­snej uczty. Mimo że towa­rzy­szył im oddział nie­wol­nych, mar­kiz roz­wa­żał myśl, czy nie zedrzeć sukni ze swo­jej och­mi­strzyni tu i teraz, na scho­dach, i nie skoń­czyć tego, co zaczął, kiedy nagle poczuł zapach napły­wa­jący z wyż­szych pię­ter wieży.

Żela­zi­ście jasny. Ciężki jak ołów.

-?Dario -?dotarło do niego.

Meline zje­żyła się na dźwięk tego imie­nia i zaci­snęła usta w gry­ma­sie nadą­sa­nia. Jean-François na­dal pamię­tał jej zazdrość, kiedy wiceh­ra­bina Nico­lette poda­ro­wała mu chłopca. Oczy­wi­ście nie był to dar pły­nący z dobrego serca -?cesa­rzowa Mar­got była nie­za­do­wo­lona z zacho­wa­nia wiceh­ra­biny pod­czas jej ostat­niej wyprawy do Tal­ho­stu i Nico­lette liczyła na dobre słowo wyszep­tane do ucha Mar­got w zamian za chłopca. Była jego sio­strze­nicą krwi, a Dario był tak piękny, że mar­kiz nie zna­lazł w sobie dość siły woli, by odmó­wić. Teraz jed­nak zasta­na­wiał się, ile zostało z jego naj­now­szego nie­wol­nego.

Lwy rzadko obcho­dzą się łagod­nie ze zwie­rzyną.

Bez­gło­śnie jak kot histo­ryk poko­nał ostat­nie schody i otwo­rzył drzwi celi. Przy oknie stała postać z rękami zło­żo­nymi za ple­cami i uma­za­nymi świeżą krwią. Spoj­rzaw­szy na komi­nek, Jean-François dostrzegł źró­dło tej krwi -?leżało przy ogniu jak zmięta szmata: przy­stojny mło­dzian, led­wie dwu­dzie­sto­letni, ciemne włosy roz­sy­pane na zie­mi­stych policz­kach. Krew krze­pła w dwóch bliź­nia­czych dziur­kach w jego gar­dle.

Jean-François pod­szedł do kominka i sta­nął nad leżą­cym nie­wol­nym. Chło­pak wyglą­dał jak trup, ale dzięki led­wie wyczu­wal­nemu biciu jego serca wam­pir zorien­to­wał się, że...

-?Nie zabi­łeś go.

Postać zesztyw­niała na dźwięk głosu mar­kiza, ale nie raczyła się odwró­cić.

-?Oczy­wi­ście, że go nie zabi­łem.

-?Nie miał­bym nic prze­ciwko temu.

Postać spio­ru­no­wała go wtedy wzro­kiem, oglą­da­jąc się przez ramię.

-?Oczy­wi­ście, że nie miał­byś.

Jean-François zła­pał się na tym, że uśmiech wykrzy­wia mu usta na widok roz­wście­czo­nego Lwa. Ciemne skóry otu­lały potężną syl­wetkę, włosy opa­dały na plecy ciem­nymi jak atra­ment falami, sze­roką i ostrą jak szpa­del szczękę przy­pró­szył zarost. Dwie bli­zny zna­czyły mu prawy poli­czek jak iden­tyczne łzy. Oczy miał szare jak ocean przed sztor­mem, skórę w odcie­niu popio­łów cesar­stwa, a nad prze­pysz­nym łukiem ust malo­wała się ciemna i roz­koszna smuga grze­chu.

Gabriel de León.

Ostatni Sre­bro­święty.

Słodka Matko-Dzie­wico, czego Jean-François by nie oddał...

-?Wezwać pomoc, mar­ki­zie?

Jean-François obej­rzał się na drzwi, gdzie dowódca jego oddziału nie­wol­nych stał w progu obok Meline. Kapi­tan Del­phine był ogrom­nym męż­czy­zną, ciemną brodę nosił przy­ciętą w szpic, wąskie pasmo wło­sów mię­dzy głę­bo­kimi zako­lami zacze­sy­wał gładko do tyłu. Wbi­jał wzrok w sre­bro­świę­tego, nie zdej­mu­jąc dłoni z ręko­je­ści mie­cza. Jed­nak de León już odwró­cił się z powro­tem do okna.

-?Chwi­leczkę, capi­ta­ine -?odpo­wie­dział mar­kiz. -?Merci.

Uniósł nad­gar­stek do ust i zagryzł mocno. Popły­nęła krew, kle­ista i powolna; namięt­ność roz­pa­lona w łożu już sty­gła w jego żyłach. Kiedy jed­nak przy­klęk­nął i przy­ci­snął nad­gar­stek do ust leżą­cego nie­wol­nego, chło­piec natych­miast otwo­rzył oczy. Źre­nice skur­czyły mu się do punk­ci­ków, kiedy chwy­cił rękę i zaczął pić łap­czy­wie, zachłan­nie i moc krwi mar­kiza wywle­kła go z powro­tem z zim­nej ciem­no­ści, w którą się osu­nął.

A dokład­niej -?ciem­no­ści, w któ­rej go porzu­cono, kiedy sre­bro­święty zro­bił już swoje.

Jean-François spoj­rzał na Gabriela. Żela­zi­sty zapach krwi zawisł mię­dzy nimi. Mar­kiz czuł, jak puls Dario dudni, gdy chło­pak pije, i roz­ko­szo­wał się tą słodką ule­gło­ścią -?zarówno mło­dzieńca leżą­cego pod nim, jak i star­szego męż­czy­zny, który upo­rczy­wie wyglą­dał przez okno, uda­jąc, że nie nasłu­chuje.

-?Spo­koj­nie, mój miły -?szep­nął Jean-François, odgar­nia­jąc Dario włosy. -?Wysu­szysz mnie do cna. Mam pracę do wyko­na­nia tej nocy.

Nie­wolny udał, że nie sły­szy. Chci­wie pił i poję­ki­wał.

-?Dość! -?syk­nął Jean-François, zabie­ra­jąc rękę.

Dario zamru­gał zdu­miony jak nowo­ro­dek wybu­dzony ze snu. Kiedy jego zaspany wzrok padł na sre­bro­świę­tego przy oknie, musiał stłu­mić drże­nie. Jed­nak patrząc w oczy mar­kiza, roz­cią­gnął mokre od krwi usta w roz­mi­ło­wa­nym uśmie­chu.

-?Mój panie -?szep­nął.

-?Cicho już, słod­kie stwo­rze­nie. Twój pan tu jest i wszystko będzie dobrze. -?Jean-François zer­k­nął na nie­wol­nego capi­ta­ine. -?Zabierz go do mojej sypialni, Del­phine. Dopil­nuj, żeby go napo­jono i nakar­miono. Żad­nych obo­wiąz­ków dzi­siaj. Mój dzielny młody pięk­niś zasłu­żył na odpo­czy­nek.

Capi­ta­ine ski­nął głową na swo­ich ludzi, któ­rzy pode­szli do kominka i pomo­gli Dario wstać. Chło­piec na­dal spra­wiał wra­że­nie sła­bego jak nowo naro­dzony źre­bak. Głód Gabriela może i go nie zabił, ale wyglą­dało na to, że nie­bez­piecz­nie bli­sko zbli­żył się do tej gra­nicy.

Meline patrzyła, jak Dario jest wypro­wa­dzany z pokoju. Z gry­ma­sem posta­wiła na okrą­głym sto­liku świeże kie­li­chy, nową butelkę monéta i jarzącą się kulę chy­mijną mię­dzy nimi. Kła­dąc wielką, oprawną w skórę księgę na jed­nym ze zbyt­kow­nych foteli, odwró­ciła się do Jeana-François, spla­ta­jąc przed sobą palce jak prze­ory­sza do modli­twy.

-?Czy pra­gniesz jesz­cze cze­goś, panie?

-?Nie jestem pewien. -?Jean-François spu­ścił koron­kowy man­kiet na zakrwa­wiony nad­gar­stek, nie odry­wa­jąc oczu od postaci przy oknie. -?A ty pra­gniesz cze­goś jesz­cze, Gabrielu?

-?Niech cię dia­bli wezmą -?wark­nął sre­bro­święty. -?Niech cię porwą pro­sto do pie­kła.

-?Myślę, że to życze­nie może się speł­nić. Jeśli kie­dy­kol­wiek będę na tyle głupi, żeby umrzeć. -?Jean-François zer­k­nął na Meline i uśmiech­nął się blado. -?Dopil­nuj, żeby Dario niczego nie zabra­kło, moja droga, ale potem wróć szybko. Będę cię potrze­bo­wał przed koń­cem tej nocy. - Spoj­rzał na postać przy oknie, krzy­wiąc rubi­nowe usta. -?Obaj możemy cię potrze­bo­wać.

Oddech Meline przy­spie­szył, podob­nie jak puls pod bladą powierzch­nią gar­dła. Dygnąw­szy nisko i zer­k­nąw­szy prze­lot­nie na spla­mione krwią ręce sre­bro­świę­tego, wymknęła się z pokoju. Jean-François usły­szał szczęk zamka i ciche tętno żoł­nie­rzy Del­phine'a cza­ją­cych się za drzwiami. W oka­mgnie­niu, z nie­na­tu­ralną szyb­ko­ścią zajął miej­sce w jed­nym z zabyt­ko­wych foteli i poło­żył na kola­nach oprawny w skórę tom.

-?Usią­dziesz? -?Wyjął zza pazu­chy drew­niany piór­nik, a z niego gęsie pióro zakoń­czone zło­tem. -?Czy też za bar­dzo drę­czy cię sumie­nie, żebyś pozwo­lił sobie na chwilę wytchnie­nia?

Gabriel de León nie odpo­wie­dział, na­dal patrząc przez szybę.

-?Nie wstydź się swo­jego głodu, Gabrielu. Jak wszystko co w nie­bie i na ziemi, i on ist­nieje z woli Boga. -?Jean-François wyjął bute­leczkę atra­mentu z kie­szeni sur­duta i ją odkor­ko­wał. -?A że stwo­rzył cię na swoje podo­bień­stwo, twoja cho­roba jest led­wie cie­niem jego wła­snej, mon ami. Bowiem żaden z nas nie jest rów­nie żądny krwi jak sam władca nieba.

-?W tej kwe­stii, wam­pi­rze, jeste­śmy cał­ko­wi­cie zgodni.

-?Sia­daj zatem. Moja cesa­rzowa pra­gnie poznać finał. Usiądź i poroz­ma­wiaj ze mną. Nie fol­guj poczu­ciu winy z powodu cier­pie­nia, jakie zada­łeś chłopcu. Jestem pewien, że ta mała flą­dra dosko­nale się bawiła. -?Jean-François uśmiech­nął się jado­wi­cie. -?Nie­wąt­pli­wie roz­ko­szuje się bólem, jaki ja mu spra­wiam.

-?Pier­do­lone potwory. Wy wszy­scy.

-?Oui. Jed­nak potwory nie mogą zmie­nić swo­jej natury, tak samo jak nie może zmie­nić jej czło­wiek.

Spoj­rzeli wtedy sobie w oczy, sza­rość burzy napo­tkała ciemny brąz cze­ko­lady.

-?Pła­cisz bestii, co jej się należy. -?Jean-François uśmiech­nął się.

-?Albo sama to z cie­bie wyrwie. -?Gabriel wes­tchnął.

Jean-François patrzył spod cięż­kich powiek oczami roz­ża­rzo­nymi niczym węgielki na Ostat­niego Sre­bro­świę­tego, jak odwraca się od okna i siada. Nie dało się zaprze­czyć gra­cji Gabriela de León; nie była rów­nie odwieczna jak gra­cja Mar­got, prze­peł­niała ją dra­pież­ność i żywot­ność, dud­niła życiem i żarem. Miał ręce wojow­nika i oczy myśli­wego. Wpa­try­wał się nimi w twarz mar­kiza, gdy się­gnął po butelkę monéta i wyta­tu­owa­nymi pal­cami wyjął korek.

-?Dyvo­ko­wie przy­je­chali.

Jean-François otwo­rzył księgę i wygła­dził świeżą stronę.

-?I co w związku z tym?

-?I w związku z tym two­jej cesa­rzo­wej koń­czy się czas.

-?Czas nic nie zna­czy dla żyją­cych poza cza­sem.

-?Sły­sza­łem plotki. Mar­got zwo­łała kon­wo­ka­cję jesz­cze przed bitwą pod Augu­stin. Zgro­ma­dze­nie prio­rem, żeby zde­cy­do­wać o losie cesar­stwa. - Sre­bro­święty napeł­nił kie­lich po brzegi, pla­miąc powie­trze mrocz­nym aro­ma­tem wina. -?Czy to Żmija dostrze­głem z góry? Nie­po­skro­mieni ostat­nimi czasy nie mają już spo­śród kogo wybie­rać. Jak twoja cesa­rzowa go tu ścią­gnęła? Obiet­nicą zemsty za Maer­genn? Zrobi się bała­gan, kiedy Vos­so­wie zaczną doma­gać się tego samego.

-?To nie twoje zmar­twie­nie, mon ami.

-?Oui, to twoje zmar­twie­nie. Bo jeśli wszyst­kie pijawki, które wku­rzy­łem przez lata, zaczną usta­wiać się w kolejce przed drzwiami two­jej cesa­rzo­wej, ocze­ku­jąc przy­jem­no­ści zakoń­cze­nia mojego życia, w jej klep­sy­drze może zabrak­nąć pia­sku. Mar­got chce poznać histo­rię Gra­ala. Ty zaś skło­ni­łeś mnie do tej dłu­giej roz­mowy, gro­żąc mi gło­dem. A teraz nie masz już na to czasu.

Grzmot wstrzą­snął murami. Jean-François prze­su­nął pió­rem po uśmiech­nię­tych ustach.

-?Możemy obmy­ślić inne tor­tury, sre­bro­święty. O wiele szyb­sze w wymie­rza­niu i o wiele bar­dziej raniące. Jed­nak obiet­nice, jakimi moja cesa­rzowa ścią­gnęła te muchy do swo­jej paję­czyny, nie są istotne. To cię może zszo­ko­wać, Gabrielu, ale Mar­got zda­rzało się cza­sem kła­mać. Jeśli twoja opo­wieść ją zado­woli, nie ma powodu, żebyś nie dożył swych dni jako jej hono­rowy gość. -?Obrzu­cił sre­bro­świę­tego mrocz­nym spoj­rze­niem od stóp do głów. -?Pomyśl o tym. Żyć tu, w Sul Adair, skła­da­jąc roz­koszny hołd naj­mrocz­niej­szym bogom, zaznać bło­giej...

-?Prze­stań pie­przyć, wam­pi­rze. Obaj wiemy, że już jest po mnie. Nawet gdyby Mar­got raczyła daro­wać mi życie, ono już mnie ma. Już mnie posia­dło.

Ostatni Sre­bro­święty pochy­lił się ku świa­tłu i za burzową sza­ro­ścią jego oczu Jean-François dostrzegł błysk -?dług, który trzeba spła­cić za wszyst­kie lata krwi i grze­chu w ramio­nach oblu­bie­nicy. Prze­kleń­stwo. Sza­leń­stwo, jakie czeka na każ­dego bla­do­kr­wi­stego.

-?Sangir? -?mruk­nął Jean-François.

-?Czer­wone pra­gnie­nie. -?Sre­bro­święty skie­ro­wał udrę­czone spoj­rze­nie przed komi­nek, gdzie wcze­śniej porzu­cił Dario, i zała­mał drżące ręce. - Ten chło­piec... Na Sied­mioro Męczen­ni­ków, led­wie się powstrzy­ma­łem. Sangir? zawład­nie moim umy­słem, głód będzie wła­dał moim ser­cem. Nie zosta­nie nic poza bestią. Na końcu tej drogi nie czeka mnie roz­koszne życie, tylko sza­leń­stwo. Zepsu­cie. Od zawsze zabi­ja­łem potwory. I niech mnie dia­bli wezmą, jeśli pozwolę sobie stać się jed­nym z nich. -?Porwał kie­lich i opróż­nił go jed­nym hau­stem. -?Wolę już, żebyś nakar­mił mną Dyvo­ków.

-?Szkoda by było. -?Mar­kiz popa­trzył na wyta­tu­owane ręce, spla­mione krwią usta i wresz­cie w oczy sre­bro­świę­tego. -?Ktoś inny mógłby ci dać o wiele pięk­niej­szy koniec.

-?Nie zawsze dosta­jemy to, czego chcemy, histo­ryku.

-?Ty wciąż jesz­cze możesz. Jeśli powiesz mi, czego pra­gniesz.

Ostatni Sre­bro­święty wbił wzrok w zie­mię i wyda­wało się, że trwa tak całą wiecz­ność. Hymn odle­głego grzmotu dźwię­czał za oknem, świa­tło chy­mij­nej kuli zabły­sło w jego oczach, gdy odsta­wił puchar. Kalej­do­skop mar­twych motyli pode­rwał się do lotu w brzu­chu Jeana-François, kiedy Gabriel pochy­lił się tak bli­sko, że czuć było zapach wina w tchnie­niu jego szeptu:

-?Celene.

Mar­kiz zamru­gał zasko­czony.

-?Ale co, Celene?

-?Chcę patrzeć, jak świa­tło gaśnie w jej oczach -?wark­nął Gabriel. - Chcę widzieć jej prze­ra­że­nie, kiedy wpad­nie do pie­kła, które na nią czeka. Chcę zoba­czyć, jak ta zdra­dliwa maciora umiera, Cha­stain.

Jean-François zacmo­kał z nie­sma­kiem.

-?Ejże, ejże, ileż w tym urazy.

Gabriel odchy­lił się. W jego gorz­kim uśmie­chu zalśniły kły, kiedy napeł­niał kie­lich.

-?To wyma­gało wiel­kiej miło­ści, żeby znie­na­wi­dzić ją tak bar­dzo jak ja.

-?Aż się czło­wiek zasta­na­wia, czym Ostat­nia Lia­the zasłu­żyła sobie na taką nie­na­wiść.

-?Nie wąt­pię. A ta opo­wieść będzie miała swoją cenę. Reszta mojej histo­rii. Mojej i Dior. Bitwa pod Augu­stin. Masa­kra w Char­bo­urgu. Osta­teczna zdrada. Dam ci twoją prze­klętą histo­rię, Jeanie-François, ale ty dasz mi gar­dło mojej sio­stry.

Potwór i męż­czy­zna spoj­rzeli sobie w oczy ponad napeł­nio­nym zło­tym pucha­rem.

-?Myślę, że to da się zała­twić, Gabrielu.

Ostatni Sre­bro­święty ski­nął powoli głową. Spoj­rzał znowu na chy­mijną kulę. Blada ćma wynu­rzyła się z jakie­goś mrocz­nego kąta jego celi i zaczęła ude­rzać skrzy­dłami w szkło. Powiódł za nią wzro­kiem, gdy tłu­kła się bez­sil­nie o zakrzy­wioną, lśniącą powierzch­nię, zatra­cona w bla­sku fał­szy­wej gwiazdy.

-?Nie jesteś spra­gniony, zim­no­krwi­sty? Oba­wiam się, że czeka nas bar­dzo długa noc.

Jean-François zanu­rzył pióro w kała­ma­rzu.

-?Nie brak mi cier­pli­wo­ści.

Sre­bro­święty zaśmiał się, ale zaraz jego uśmiech zgasł.

-?Kie­dyś i ja ją mia­łem. -?Wes­tchnął i prze­su­nął kciu­kiem po pal­cach poni­żej knykci. -?I ja ją mia­łem.

I

Prezenty pożegnalne

-?Celene powie­działa ci, że nie zosta­łem na pogrze­bie Dior.

-?Oui. -?Jean-François uniósł smu­kłą dłoń w ostrze­gaw­czym geście. - Zanim jed­nak znowu pogrą­żysz się w ckli­wych lamen­tach, myślę, że uczci­wie byłoby ostrzec cię, że wspo­mniała także, iż Lachance nie zgi­nęła w bitwie o Dún Maer­genn. Trzy dni póź­niej, po tym, jak ciało pocho­wano w gro­bowcu Matki-Dzie­wicy, Święty Graal otwo­rzył ponow­nie swe nie­bie­ściut­kie oczęta. Oszczędź więc swoje łzy dla tru­ba­du­rów.

-?Trzy dni. -?Gabriel pokrę­cił głową. -?Rów­nie dobrze mogło upły­nąć całe życie.

-?Rozu­miem, że nie dowie­dzia­łeś się zbyt rychło o tym powro­cie do życia?

-?Już dawno mnie tam wtedy nie było.

-?Jakie to wygodne.

Sre­bro­święty posłał mar­ki­zowi ostre spoj­rze­nie, zatrzesz­czał ści­śnięty pod­ło­kiet­nik.

-?Nie było w tym niczego wygod­nego, ty bez­duszny kuta­sie. Myśla­łem, że ona nie żyje! Rozu­miesz to? Du kurwy nędzy, na Boga Wszech­mo­gą­cego, kiedy myślę o pie­kle, jakie prze­sze­dłem, o cier­pie­niu na myśl, że ta dziew­czyna ode­szła, bo zawio­dłem ją jak moją córkę, jak moją żonę, jak każdą inną duszę na tym zapo­mnia­nym przez Boga padole łez, jaką KIE­DY­KOL­WIEK KOCHA­ŁEM...

-?Spo­koj­nie, Gabrielu.

Sre­bro­święty stał, zaci­ska­jąc pię­ści. Jean-François sły­szał serce walące mu w piersi, zapach krwi i żelaza wypeł­niał powie­trze. Sie­dział z nogą zało­żoną na nogę, sta­ra­jąc się spra­wiać wra­że­nie pogod­nego. Jed­nakże cień ataku Gabriela z pierw­szej nocy ich roz­mowy zawisł nagle mię­dzy nimi, a Jean-François na­dal miał bli­zny na ciele.

-?Del­phine czeka za drzwiami wraz z oddzia­łem uzbro­jo­nych nie­wol­nych. - Wam­pir ski­nął pió­rem. -?I jeśli dasz mi powód, żeby go wezwać, oba­wiam się, że nie obej­dzie się z tobą łagod­nie. -?Pochy­lił się i szep­nął kon­spi­ra­cyj­nie: -?Nie­biosa jedne wie­dzą, czemu dobry capi­ta­ine za tobą nie prze­pada.

Gabriel zapa­no­wał nad gnie­wem, ode­tchnął głę­boko i zapadł się ponow­nie w fotelu. Upił łyk wina i skrzy­wił się.

-?Serce mi pęka, kiedy to sły­szę.

-?Nie potra­fię nawet wyobra­zić sobie two­jego cier­pie­nia. -?Jean-François odpo­wie­dział takim samym uśmie­chem, prze­wra­ca­jąc oczami. -?Ale skoro już mowa o pęk­nię­tym sercu, to jak to moż­liwe, że wieść o cudow­nym zmar­twych­wsta­niu Gra­ala nie dotarła do cie­bie? Jak daleko mogłeś się odda­lić, zanim szel­mow­ski mały tru­pek wywlekł się ze swo­jego grobu?

-?Powie­dział­bym ci, żebyś zapy­tał Celene i prze­ko­nał się, czy kłam­stwa, któ­rymi cię karmi, pasują do tych, jakie mi wysy­czała. Jed­nak ni­gdy nie pozwól, żeby dwa razy uką­sił cię ten sam wąż, wam­pi­rze. -?Gabriel wzru­szył ramio­nami. -?Pew­nie osta­tecz­nie nie ma to zna­cze­nia. W tam­tym cza­sie wie­dzia­łem tylko, że dziew­czyna, którą przy­sią­głem chro­nić, została zamor­do­wana na moich oczach. W dodatku z mojej winy. Tak samo jak moja Patience.

Sre­bro­święty prze­su­nął kciu­kiem po wyta­tu­owa­nym na pal­cach imie­niu.

-?Wiesz, zawieść uko­chaną to jedno, ale zawieść wła­sne dziecko to coś cał­kiem innego. Nie poj­mu­jesz głębi tego uczu­cia, będąc tym, kim jesteś. Kiedy jed­nak decy­du­jesz się spro­wa­dzić na ten świat życie, idzie za tym obiet­nica. Się­ga­jąca szpiku kości. Poczu­łem ją w sobie, kiedy tylko wzią­łem Patience na ręce.

Pokrę­cił głową ze zdu­mie­niem i szep­tał dalej:

-?Boże, była taka maleńka. Bałem się, że zro­bię jej krzywdę. Nie chcia­łem jej wziąć na ręce, kiedy Astrid pró­bo­wała mi ją podać. Zro­zu­miała jed­nak. Znała mnie lepiej, niż zna­łem sam sie­bie. I kiedy wepchnęła mi to małe cie­płe zawi­niątko na ręce, poczu­łem, jak zgroza we mnie... top­nieje. Sto­piła się, zago­to­wała i stward­niała w stal takiej deter­mi­na­cji, że roz­cię­łaby zie­mię na dwoje. Łatwiej jest, gdy nie­na­wi­dzisz tego, z czym wal­czysz, ale o wiele lepiej jest kochać to, czego bro­nisz. Patrząc w oczy mojego dziecka, wie­dzia­łem, że zro­bił­bym wszystko, żeby zapew­nić mu bez­pie­czeń­stwo. Wszystko. To samo obie­ca­łem Dior. Powie­dzia­łem, że wywal­czę sobie drogę powrotną z otchłani, żeby sta­nąć u jej boku. Nie rozu­mia­łem, jak bar­dzo wtedy tego potrze­bo­wa­łem. Nie dostrze­ga­łem pustki w sobie, którą ta dziew­czyna powoli wypeł­niała. Ale po wielu wspól­nych milach i przej­ściach Dior Lachance zaczęła zna­czyć dla mnie tyle samo co córka, którą kie­dyś trzy­ma­łem na rękach. - Pokrę­cił głową i ode­tchnął głę­boko. -?I zawio­dłem je obie. Poże­gna­łem się z nią. Zakra­dłem się do zim­nej kom­naty, gdzie poło­żono ją na noc przed pogrze­bem. Dawno już minęła godzina duchów, wygłod­niałe wia­try wyły pośród ruin Maer­genn, a chaos bitwy zastą­piła gorzka świa­do­mość, jaką cenę przy­szło nam wszyst­kim zapła­cić. Aaron odje­chał z Bap­ti­ste'em, żeby spró­bo­wać odszu­kać iskrę miło­ści pośród popio­łów. Lachlan zbli­żał się do dna butelki i szu­kał pocie­chy w mętach; prze­żył jako jedyny ze srebr­nego oddziału, który spro­wa­dził na pomoc Dior. Pho­ebe została ze swo­imi, pła­cząc nad tru­pem męża, któ­rego stra­ciła, odna­la­zła i znowu stra­ciła.

-?A Celene?

-?Pie­przyć Celene -?wark­nął Gabriel, prze­su­wa­jąc wyta­tu­owa­nymi knyk­ciami po ustach. -?Wie­działa od samego początku. O Odku­pi­cielu. Jego klą­twie. Syn Boga, któ­rego czciła, ścią­gnął to pie­kło na nas wszyst­kich, a ona na­dal chciała przed nim klę­kać. Wbiła mi nóż w plecy. Kła­mała mi pro­sto w twarz. Na temat mojego ojca. Esani. I osta­tecz­nie to przez nią stra­ci­łem Dior. Moja sio­stra mogła spło­nąć w pie­kle, jeśli o mnie cho­dzi.

Sta­łem w tym zim­nym pomiesz­cze­niu i patrzy­łem na biedne dziecko. Rany, które wyorała mi w policzku, pło­nęły od moich łez. Dłu­gie, jasne włosy uło­żono wokół jej głowy jak aure­olę, ubrano ją w piękną zbroję pły­tową, lśniącą w sła­bym świe­tle. Jed­nak lewą rękę celowo zosta­wiono odsło­niętą, wciąż pora­nioną i poszar­paną -?stra­ciła wszyst­kie palce poza kciu­kiem i pal­cem wska­zu­ją­cym w bitwie, którą osta­tecz­nie przy­pła­ciła życiem. Cały świat pogrą­żył się w burzy, a ja bez niej stra­ci­łem grunt pod nogami. Prze­pa­dła nadzieja na spro­wa­dze­nie słońca z powro­tem. Myśl o lep­szym jutrze. Zosta­łem w końcu z jedyną rze­czą, jaka pozo­stała mi po nocy, kiedy on zapu­kał do mych drzwi. Z zemstą.

Pło­ną­łem pra­gnie­niem zemsty; to był jedyny ogień, jaki mnie jesz­cze roz­grze­wał. Zdjąw­szy szy­nel z mar­twego srebr­nego brata, dosia­dłem konia i poga­lo­po­wa­łem w wichurę. Przy­sią­głem tej bied­nej dziew­czy­nie, że nawet jeśli niczego wię­cej nie doko­nam, zanim tra­fię do pie­kła, na które naprawdę zasłu­ży­łem, dopil­nuję, żeby Fabién Voss zmarł na moich oczach. Pomsz­czę świat, który on znisz­czył. Z tą obiet­nicą i pre­zen­tami poże­gnal­nymi od Dior poje­cha­łem zabić Wiecz­no­tr­wa­łego Króla.

Jean-François zmarsz­czył brwi.

-?Pre­zenty poże­gnalne?

Gabriel pokrę­cił głową, oczy mu się zaszkliły. Popa­trzył w chy­mijną kulę -?duchy prze­szło­ści migo­tały w jej bla­sku.

-?Przez nie­koń­czącą się noc jecha­łem na pół­nocny wschód z bie­giem ?rd i powoli plan for­mo­wał się w mojej gło­wie. Wkrótce miał minąć naj­cięż­szy okres zimy, co było bło­go­sła­wień­stwem i prze­kleń­stwem zara­zem. Odkąd nastał bez­dzień, wio­sna, lato i jesień trwały razem rap­tem trzy mie­siące, ale żaden wam­pir nie może prze­kro­czyć pły­ną­cej wody ina­czej niż po moście lub w trum­nie. Nadej­ście odwilży zna­czyło, że wkrótce będę podró­żo­wał wol­niej, ale z dru­giej strony Bez­kre­sny Legion będzie musiał zakoń­czyć marsz. Armia Fabiéna znaj­do­wała się gdzieś we wschod­nim Eli­da­enie, bo on jak zawsze kie­ro­wał wzrok na Augu­stin, ale przy odro­bi­nie szczę­ścia potężne châteaux bro­niące sto­licy od pół­nocy wytrzy­mały kolejną zimę i Wiecz­no­tr­wały Król będzie musiał się wyco­fać i pocze­kać na kolejną porę mro­zów.

Pocze­kać na mnie.

Znaj­do­wa­łem w dro­dze tylko dwie pocie­chy, a obie roz­grze­wały mnie bar­dziej niż myśl o nad­cho­dzą­cej wio­śnie. Pierw­szą był mój wierz­cho­wiec, dzielny Argent, poda­ru­nek od mojej sta­rej przy­ja­ciółki Fionny z Czer­wo­nej Straż­nicy. Wielki wałach prze­pro­wa­dził mnie bez­piecz­nie przez prze­klętą Uroczną Pusz­czę i zamar­z­nięte Pogó­rze aż pod mury Maer­genn. To była szla­chetna ossway­ska rasa zwana tar­reun, znana z siły i wytrzy­ma­ło­ści. Był zasad­ni­czo mysza­tej maści o lek­kim poły­sku przy­wo­dzą­cym na myśl metal -?pew­nie stąd wzięło się jego imię -?miał jed­nak białe skar­petki na przed­nich nogach i białe plamy na gło­wie, ukła­da­jące się nie­mal w kształt czaszki. Biegł nie­zmor­do­wany, poko­ny­wał całe mile śniegu bez wytchnie­nia, tak nie­za­wodny, jak tylko można sobie życzyć.

Druga moja pocie­cha jechała przy­mo­co­wana do sio­dła Argenta, poły­sku­jąc sre­brem w bez­gra­nicz­nej ciem­no­ści: moja wierna klinga, Poże­raczka Popio­łów. Trzy­ma­łem ją, kiedy wyci­na­łem sobie krwawą drogę przez Maer­genn, zabi­ja­jąc jed­na­kowo nie­szczę­śni­ków i szla­chet­no­kr­wi­stych. Scho­wa­łem ją jed­nak do pochwy, gdy zsze­dłem chwiej­nie do grobu, gdzie zoba­czy­łem koniec Dior, i od tam­tej pory nie mia­łem odwagi jej dobyć. Wie­dzia­łem, że Popi szcze­rze mnie kocha, ale kochała też Dior, w końcu razem zabiły Dan­tona Vossa. Cho­ciaż mogła prze­ma­wiać tylko wtedy, gdy dzier­żyło się ją w dłoni, musiała widzieć wszystko, co wyda­rzyło się mię­dzy Celene a mną w ostat­nich chwi­lach, zanim Lilidh...

Gabriel z tru­dem prze­łknął ślinę i pokrę­cił głową.

-?Już ci wspo­mnia­łem: naj­lep­szy przy­ja­ciel to szczery przy­ja­ciel, zim­no­krwi­sty, ale prawda to naj­ostrzej­szy nóż. I bałem się tego, jak głę­boko może zra­nić mnie Popi, kiedy wresz­cie znowu jej dobędę. Potrze­bo­wa­łem dwóch nocy, żeby zebrać się na odwagę. Moje dni były mroczne jak zmierzch, a zmierz­chy ciemne jak śro­dek nocy; zdła­wione słońce kuś­ty­kało po nie­bie, kiedy jecha­łem nie­ustan­nie na pół­noc. Prze­mie­rza­łem ten kraj lata temu, kiedy wal­czy­łem w kam­pa­niach ossway­skich, mimo to wstrzą­snęło mną, jak głę­boko wżarło się w niego zepsu­cie. Poła­cie mar­twych drzew, gru­bych od lodu i zdła­wio­nych grzy­bem. Lodo­wate wia­try wyły nad mar­twymi zie­miami upraw­nymi. Szary śnieg cuch­nął siarką i cią­gnął się jak okiem się­gnąć. Ni­gdzie śpiewu pta­ków. Ani śladu cie­pła. Ani śladu nadziei.

Noco­wa­łem w znisz­czo­nej wieży straż­ni­czej. To był led­wie krąg walą­cego się kamie­nia z próch­nie­ją­cym drew­nia­nym dachem zatrzy­mu­ją­cym śnieg. Dopa­li­łem poobied­nią fajkę sanc­tusu, sakra­ment osa­dzał się w moich żyłach i uspo­ka­jał sza­le­jący we mnie głód. Sie­dząc przy ogniu, poło­ży­łem Poże­raczkę na kola­nach. Przy­glą­da­łem się damie na ręko­je­ści, wło­som wyrzeź­bio­nym w dłu­gie, srebrne fale i rękom wycią­gnię­tym na jelcu. Wzią­łem głę­boki wdech i powoli wycią­gną­łem miecz z pochwy. Jed­nak w gło­wie usły­sza­łem tylko ciszę.

-?Popi...? -?szep­ną­łem.

Ostrze było dłu­gie i zakrzy­wione w sta­ro­tal­ho­skim stylu, tajem­ni­cze znaki lśniły na klin­dze w świe­tle ognia i ury­wały się sześć cali od miej­sca, gdzie powi­nien być koniec. Przyj­rza­łem się sre­brzy­stej damie na ręko­je­ści o twa­rzy zamro­żo­nej w wiecz­nym uśmie­chu, aniel­skiej i pogod­nej.

-?Poże­raczko Popio­łów?

PUUUUUŚĆ MNIE, Z-Z-Z-ZŁO­CZYŃCO!

Głos w mojej gło­wie mniej przy­po­mi­nał pieśń, a bar­dziej wrzask, który ude­rzył tak nagle i gło­śno, że pra­wie wypu­ści­łem ją z ręki. Zamy­ka­jąc dło­nie na gład­kiej skó­rze ręko­je­ści, skrzy­wi­łem się i cze­ka­łem, aż echo krzyku wyga­śnie w mojej czaszce.

-?Jak pra­gnę wygrzmo­cić słodką Matkę-Dzie­wicę, Popi, nie ma potrzeby, żeby...

OBMIER­ZŁY NĘDZ­NIKU! N-N-N-NIE­WIERNY KUN­DLU! NIE PLAM M-M-MOJEJ RĘKO­JE­ŚCI SWOIM GRZESZ­NYM D-D-DOTY­KIEM ANI MOICH USZU SWYMI BEZ­BOŻ­NYMI ZNIE­WA­GAMI! WSTYDŹ SIĘ, TY OSPO­WATA GNIDO, WYPO­WIA­DA­JĄC TAK OBRZY­DLIWE B-B-BLUŹ­NIER­STWA!

-?Myśla­łem, że do tej pory już się przy­zwy­cza­iłaś.

WYPUŚĆ MNIE, SKUR­WY­SYNU!

-?Posłu­chaj, Popi, prze­pra­szam, ale...

MYDŁEK! CH-CHAM! POD­ŁEGO POCHO­DZE­NIA BĘKART PUSZ­CZAL­SKIEJ...

-?Słu­chaj no, prze­stań na mnie WRESZ­CIE WRZESZ­CZEĆ, DOBRZE?

Argent par­sk­nął i uniósł wzrok, kiedy mój ryk roz­brzmiał wśród walą­cych się ścian. Moja klinga zamil­kła, dama na ręko­je­ści wciąż się uśmie­chała, cho­ciaż jakimś cudem jed­no­cze­śnie zdo­łała spio­ru­no­wać mnie wzro­kiem.

Wes­tchną­łem wtedy, prze­su­ną­łem dło­nią po twa­rzy i aż syk­ną­łem, gdy kciu­kiem podraż­ni­łem rany. Zmru­ży­łem oczy, patrząc na ciemną stal ostrza Popi, i zoba­czy­łem ich mętne odbi­cie: dwa wyżło­bie­nia wyrwane przez kości bied­nej, pogru­cho­ta­nej ręki Dior. Minęło kilka dni, a one wciąż się nie goiły, ciało pod pra­wym okiem i na policzku zostało głę­boko roz­orane. Wyglą­dały pra­wie jak łzy uro­nione nad dziew­czyną, która mi je poda­ro­wała.

-?Na­dal są widoczne.

Sre­bro­święty pod­niósł wzrok na Jeana-François, który popu­kał się pió­rem w gładki poli­czek. Gabriel odru­chowo pod­niósł rękę, musnął bli­zny pod pra­wym okiem.

-?Bla­do­kr­wi­ści leczą się ze wszyst­kich ran oprócz tych naj­bar­dziej śmier­cio­no­śnych, de León. Tak samo jak Krewni. Bar­dzo nie­wiele rze­czy zosta­wia nam bli­zny. Nie uzna­łeś tego za dziwne, że rany zadane przez Lachance się nie goją?

-?Oui. -?Gabriel wzru­szył ramio­nami. -?Widzia­łem jed­nak już wcze­śniej, jak jej krew spo­piela wam­piry. A w końcu sam byłem w poło­wie wam­pi­rem. Prawdę mówiąc, byłem zbyt zbo­lały z powodu jej śmierci, żeby dużo o tym myśleć. Patrząc tam­tej nocy na swoje odbi­cie w klin­dze Poże­raczki, uzna­łem, że zasłu­ży­łem na odro­binę bólu.

-?Masz wszel­kie prawo być na mnie zła, Poże­raczko Popio­łów - powie­dzia­łem jej wtedy. -?Wiem, że cię zawio­dłem. Że zawio­dłem ją. Jed­nakże od dnia, kiedy pierw­szy raz wzią­łem cię do ręki, pozo­sta­łem wierny...

N-n-nie mów mi o wie­rze! Kalasz moją ręko­jeść swo­imi rękami z-z-z-zło­dzieja!

-?Nie jestem zło­dzie­jem.

Ty w gnoju toczony kozo­jebco, jakim cudem m-m-m-mnie dzier­żysz? Gdzie mój p-p-pra­wo­wity pan? O, nie­szczę­sny głup­cze, jeśli go skrzyw­dzi­łeś, zastępy nie­bie­skie odwrócą wzrok od pie­kła, jakie c-c-c-ci urzą­dzę!

-?Popi, to ja jestem twoim panem. Twoim przy­ja­cie­lem.

Dia­bła tam, powia­dam! Co za per­fi­dia i pod­łość, wyrwać mnie z rąk, któ­rym mnie powie­rzono! N-n-n-n-niego-go-god­nyś mnie, ty świ­nio­lubny worze kła­ków!

Serce zaci­snęło mi się w piersi, gdy dotarła do mnie prawda. Od nocy, kiedy pękła na skó­rze Wiecz­no­tr­wa­łego Króla, Poże­raczka Popio­łów ni­gdy do końca się nie otrzą­snęła. Jej umysł błą­dził, zaci­nała się, mówiąc, cza­sem tra­ciła orien­ta­cję, gdzie, a nawet kiedy się znaj­duje, ale ni­gdy dotąd nie doszła do tego, żeby...

Nie kalaj mnie wię­cej swo­imi l-l-l-lep­kimi łap­skami i zwróć mnie m-m-mojemu panu! Będę POTRZEBNA w n-nad­cho­dzą­cej bitwie! ZWRÓĆ MNIE, POWIA­DAM!

Jej głos ucichł, kiedy wsu­ną­łem ją z powro­tem do pochwy i puści­łem ręko­jeść. Chyba ni­gdy dotąd nie czu­łem się bar­dziej samotny niż w tam­tej chwili. Bez względu na moje porażki nawet naj­ciem­niej­sze godziny mojego życia roz­świe­tlał cię­żar tego ostrza w ręce. A teraz...

Słodka Matko-Dzie­wico, ona nawet nie pamię­tała, kim jestem.

Zasta­na­wia­łem się nad powo­dem tego stanu rze­czy. Nad tym, co się zmie­niło mię­dzy nami. Jed­nak w minio­nych cza­sach, kiedy Popi tra­ciła poczu­cie czasu, zawsze odnaj­dy­wała drogę powrotną do teraź­niej­szo­ści. Do mnie. Mając nadzieję, że wspo­mnie­nia wrócą do niej wraz z wątłym świa­tłem jutrzenki, odło­ży­łem ją na bok i uca­ło­wa­łem srebrne czoło. Zwi­ną­łem się powoli obok ognia i ruszy­łem na poszu­ki­wa­nie snu.

Jean-François zanu­rzył pióro w atra­men­cie.

-?To dość nie­mą­dre, co? Pomi­ja­jąc nie­na­wiść do sie­bie? Wędrówka po pust­ko­wiach Eli­da­enu bez nikogo, kto czu­wałby nad tobą, to pro­sze­nie się o kło­poty, oui?

-?Nie mia­łem dużego wyboru. -?Gabriel wzru­szył ramio­nami. -?Jed­nak według mojej oceny byłem względ­nie bez­pieczny. Kam­pa­nia Nikity w Osswayu nie pozo­sta­wiła za sobą niczego żywego, a zorien­to­wał­bym się, gdyby jakiś Umarły się zbli­żał, zanimby do mnie dotarł.

-?W jaki spo­sób?

Gabriel prze­su­nął pal­cem po srebr­nym wzo­rze na dło­niach: gir­lan­dzie cza­szek na pra­wej, ple­cionce z róż na lewej. Histo­ryk wie­dział, że takie tatu­aże pokry­wają więk­szość jego ciała, a przy­naj­mniej te czę­ści, które Gabriel był uprzejmy mu poka­zać.

-?Egida sre­bro­świę­tego -?mruk­nął Jean-François.

-?Tusz zacząłby pło­nąć w obec­no­ści zła, i to tak jasno, żeby je ośle­pić. Dar, któ­remu nie dorówna żadna docze­sna zbroja. -?Gabriel wzru­szył ramio­nami. -?A poza tym Argent robił za pochod­nię pło­nącą nie­mal rów­nie jasno jak sre­bro na mojej skó­rze. Stwo­rze­nia ziemi i nieba nie­na­wi­dzą two­jego rodzaju, wam­pi­rze. Wasz zapach, sama wasza obec­ność wypro­wa­dza je z rów­no­wagi. Uznaw­szy więc, że jestem dosta­tecz­nie bez­pieczny, zasną­łem, mając nadzieję, że nie będę pamię­tał snów. -?Gabriel upił łyk wina i się skrzy­wił. -?Mimo to wciąż prze­śla­do­wała mnie w snach. Więź mię­dzy nami została spi­sana czer­wie­nią w moich żyłach. Dwa razy już piłem jej krew, raz w San Michon, kiedy ura­to­wała mi życie, i potem znowu w Cairn­haem, kiedy pró­bo­wała mi je ode­brać. Prze­ko­na­łem się, że Celene czeka na mnie za murem snu: postać w falu­ją­cym szkar­ła­cie. Stała przede mną na murach Dún Maer­genn z Aléne Voss więd­nącą w jej obję­ciach. A kiedy pod­nio­sła okrwa­wione usta znad gar­dła Księż­nej Wiecz­no­ści, uśmiech­nęła się, uka­zu­jąc nagą szczękę pełną ostrych jak brzy­twa zębów.

-?Prze­sss tę krew będziemy mieć życie wieczne.

Obu­dzi­łem się od tego syku i się­gną­łem po miecz, ale, mru­ga­jąc pośród zim­nej ciem­no­ści, przy­po­mnia­łem sobie, gdzie jestem. Ogień zgasł, burza uci­chła, zapach siarki spa­dał wraz ze świe­żym śnie­giem. Zer­k­ną­łem przez okno mojej walą­cej się wieży, słu­cha­łem szeptu wia­tru i pośród niego usły­sza­łem deli­katne jak oddech dziecka skrzy­pie­nie mrozu pod szybko bie­gną­cymi sto­pami.

Argent prych­nął, ude­rza­jąc kopy­tami w zimną, kamienną pod­łogę. Oprzy­tom­nia­łem cał­ko­wi­cie, brzuch wypeł­nił mi się lodem, gdy poją­łem, że nie jestem sam. Cho­ciaż wierz­cho­wiec się dener­wo­wał, moja egida wciąż nie pło­nęła, byłem więc prze­ko­nany, że cokol­wiek zbliża się nocą, nie jest to wam­pir.

Ostatni Sre­bro­święty zaśmiał się, obra­ca­jąc kie­lich w zręcz­nych pal­cach.

-?Możesz wyobra­zić sobie moje zdzi­wie­nie, kiedy skur­wiel wpadł przez okno i spró­bo­wał urwać mi głowę.