Rozdział II. Jak i dlaczego
II
Jak i dlaczego
Zjechaliśmy do doliny, a w mojej głowie kołatała się tylko jedna myśl.
Nie ulga, bo dowiedziałem się, że moja siostra nie umarła, ani nie
zgroza, bo odkryłem, że jest Umarłą. Nie była to podejrzliwość wobec
dziwnych darów, jakie ujawniała, ani ciekawość, jak spędziła ostatnie
siedemnaście lat. Kiedy razem z Dior powoli zjeżdżaliśmy na platformie,
moje pytania, zdumienie, wszystkie szepty w mojej głowie zostały
zdławione przez jedną obawę.
- Celene zmusiła mnie do wypicia swojej krwi.
Dior, która właśnie obgryzała paznokcie i spluwała nimi z platformy,
podniosła na mnie wzrok.
- Co prawda jestem całkiem nowa w te klocki, ale czy wampiry nie
postępują zwykle dokładnie na odwrót?
- Szaroręki poderżnął mi gardło. Krew Celene powstrzymała mnie od
śmierci.
- To nie brzmi najgorzej, nie?
- To dokładnie jedna trzecia dystansu, jaka dzieli mnie od całkowitej
katastrofy.
Dziewczyna pokręciła głową i spojrzała na mnie pustym wzrokiem.
- W wampirzej krwi kryje się moc. Siła. Leczy śmiertelne rany. Spowalnia
nawet starzenie się. Jednak kryje się w niej także mroczniejsza magya.
Picie krwi wampira daje mu władzę nad tobą, tym większą, im więcej
wypijesz. Posil się krwią tego samego wampira trzy razy, a ulegniesz
jego czarowi. Staniesz się niczym więcej niż jego niewolnikiem.
- To dlatego srebroświęci palą krew - mruknęła. - Zamiast ją przełykać.
Pokiwałem głową, patrząc na zamarzniętą rzekę w dole.
- Szaroręki opowiedział mi kiedyś pewną historię. O wampirze imieniem
Liame Voss. Był nieopierzeńcem z Żelaznosercych, stworzonym w Madeisie
jakieś pięćdziesiąt lat temu. Kiedy ludzie zaczęli znikać, do miasta
wysłano srebroświętego imieniem Marco. Był on przebiegłym myśliwym i zrobił to, co na jego miejscu zrobiłby każdy przebiegły myśliwy. Zbadał
grób Liame'a, porozmawiał z jego famille i narzeczoną, ładną
dziewczyną imieniem Estelle. Prawie dopadł swoją zwierzynę; dorwał
wampira, kiedy ten zaatakował przechodnia w pobliżu portu. Odciął
Liame'owi rękę i prawie go oślepił srebrobombą. Pijawka jednak skoczyła
do zatoki i wpłynęła w mrok, gdzie Marco nie mógł jej ścigać. Dziwne
było to, że Liame dopadał nową ofiarę niemal każdej nocy, ale po tym,
jak Marco prawie go zabił, morderstwa się skończyły. Nasz dobry fr?re
przyczaił się, przekonany, że Liame znowu zaatakuje, ale nigdy do tego
nie doszło. Nie było ani jednej ofiary więcej. Marco uznał, że wampir
uciekł w poszukiwaniu bezpieczniejszych terenów łowieckich. Dopiero
wiele lat później poznał prawdę.
- Czego się dowiedział? - zapytała ściszonym głosem Dior.
- To się działo jeszcze w czasach, kiedy słońce nadal płonęło jasno na
niebie. I żeby zapewnić sobie bezpieczeństwo za dnia, kiedy był
bezradny, Liame zniewolił swoją narzeczoną. Estelle pilnowała go, gdy
spał. Wabiła ofiary, żeby mógł się nimi żywić. Czasem nawet pozbywała
się ciał. - Pokręciłem głową z ponurą miną. - Niewolny zabije dla
swojego pana. Umrze dla niego. Dopuści się wszelkiej potworności dla
tego, z kim jest związany. Jednakże Estelle szczerze kochała Liame'a.
Cała żarliwość jej śmiertelnego uczucia została pogłębiona przez
poddaństwo wobec Krwi. Mademoiselle ogarnęło tak bezbrzeżne
przerażenie, kiedy fr?re Marco omal nie zabił jej ukochanego Liame'a,
że obmyśliła sposób, by zapewnić mu bezpieczeństwo na zawsze. Minęło
dziewięć lat, zanim sprawa wyszła na jaw. Estelle zginęła pod kołami
powozu, nad którym woźnica stracił panowanie. Konie ją stratowały. I kiedy umierała, wyjawiła kapłanowi prawdę, ale zważ sobie, że bynajmniej
nie w ramach spowiedzi. Błagała go, żeby kontynuował jej zbożne dzieło.
Kapłan zaprowadził milicję do jej domu, gdzie przebito się przez ścianę
w piwnicy. I tam znaleźli Liame'a: zdychający z głodu worek kości, nadal
pogrążony w śpiączce, kiedy wywlekli go na światło słoneczne. Widzisz,
Estelle pochowała swojego narzeczonego, gdy spał. Zamurowała go tam,
gdzie nikt nie mógł go skrzywdzić. Karmiła go przez odpływ, zatykając
uszy woskiem, żeby nie słyszeć jego rozkazów uwolnienia go. Niczego na
świecie nie pragnęła równie mocno jak tego, żeby zachować bezpiecznie
swojego ukochanego pana.
Dior zadygotała i nakreśliła w powietrzu znak koła.
- Na zawsze.
Jean-François prychnął, odchylając się w fotelu.
- To skończone brednie, de León.
Gabriel zerknął na markiza, sącząc wino.
- Jak uważasz.
- Rozumiem, że ta bajeczka miała nastraszyć biedną dziewczynę?
- Życie jest dziwniejsze od opowieści, wampirze, ale ta opowieść miała
nauczyć Dior, że poddaństwo krwi to nie błahostka. I że w niektórych
wzbudza oddanie, które graniczy z szaleństwem. - Gabriel skinął głową w stronę cieni pod drzwiami. Meline jak zawsze czaiła się na zewnątrz. -
Powinieneś na to uważać. Panie.
Jean-François ściągnął rubinowe usta i posłał srebroświętemu miażdżące
spojrzenie.
- Jednak nawet jeśli unikniesz szaleństwa - mówił dalej Gabriel - po
trzech kroplach w ciągu trzech nocy człowiek staje się praktycznie
niewolnikiem. Już raz napiłem się krwi Celene i wiedziałem, że jej krew
działa we mnie, zmiękcza mi serce. Bez względu na to, czym się stała w ciągu nocy, jakie upłynęły, odkąd ostatni raz ją widziałem, moja młodsza
siostra i ja byliśmy ogromnie zżyci jako dzieci. Jej krew w moich żyłach
mogła tylko sprawić, że ta miłość się pogłębi. A prawda była taka, że
nie mogłem jej ufać. Tak samo jak nie mogłem wypluć krwi, którą przemocą
wlała mi do gardła.
Zjeżdżaliśmy dalej, łańcuchy zgrzytały, kiedy wiatr kołysał platformą.
Dolina M?re przywdziała zimową suknię, zamarznięta rzeka lśniła jak
ciemna stal. Szczyty Bożych Posłańców majaczyły na północno-zachodnim
horyzoncie, zaś na południowym zachodzie widać było spowite burzami
wierzchołki Nocnych Turni. Śnieg przesłonił ziemię, szary jak popiół i gęsty.
Dior skręciła sobie cygaretkę z sidłaka w czarnej bibułce - Benedict,
jeden ze starych braci pracujących w spichlerzu opactwa, był
beznadziejnym nałogowcem i dziewczyna zgarnęła jego zapasy. Zapaliła,
korzystając ze skradzionego krzesiwka, i blady dym popłynął z jej ust,
gdy mruknęła:
- Co jej się przytrafiło?
- Celene?
- Oui.
Odgarnąłem potargane przez wiatr włosy i zapatrzyłem się na nasze
rodzinne ziemie.
- Jako nowicjusze Aaron i ja walczyliśmy z jedną z córek Fabiéna.
Nazywała się Laure. Upiór w Czerwieni. Podpaliłem ją podczas walki, więc
zemściła się, podpalając wioskę, w której się urodziłem. Zabiła
wszystkich. Moją mamę. Ojczyma. Młodszą siostrę. Wszystkich.
- Wielki Odkupicielu. - Dior uścisnęła mi dłoń. - Bardzo mi przykro,
Gabe.
- Celene miała ledwie piętnaście lat. - Westchnąłem. - Umarła przeze
mnie.
Platforma opadła na ziemię z głośnym łoskotem, a ja rozejrzałem się po
zamarzniętej dolinie. Nigdzie nie widziałem śladu mojej siostry.
Poczłapałem do stajni i stwierdziłem, że nie ma koni. Pewnie Argyle i pozostali je zabrali. Celene nie uznała za stosowne, żeby ich
powstrzymać, ale może...
- Chwała Bogu.
Odwróciłem się z dłonią na rękojeści Pożeraczki Popiołów, słysząc cichy
syk za plecami. Pod futrami poczułem dawno zapomniane ciepło, które
teraz na nowo się we mnie rozżarzyło. Ogień odzyskanej wiary popłynął
przez srebrne tatuaże na moim ciele, moja egida zapłonęła w obecności
Umarłej. Za nami stała postać - wysoka, pełna wdzięku, spowita w szkarłat jak plama krwi na śniegu.
Wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętałem, a mimo to serce zabiło mi
szybciej na jej widok. Pukle tak czarne, że aż granatowe, spływały jej
do pasa. Nosiła długi czerwony surdut i jedwabną koszulę rozpiętą na
bladej piersi. Przywdziała tę samą maskę z białej porcelany z czerwonym
odciskiem ręki w miejscu ust i z obwiedzionymi czerwienią rzęsami.
Tęczówki miała równie blade jak skórę, a białka jej oczu były - wbrew
swojej nazwie - czarne. Patrzyła wzrokiem martwego bytu, całkowicie
pozbawionego światła i życia.
- Ty żyjesz - szepnęła Celene.
Staliśmy na mrozie. Tak wielkie brzmię i tak wiele słów zawisło między
nami, że trudniej się oddychało. Pół mojego życia upłynęło, odkąd
uznałem, że moja młodsza siostra została zamordowana, jednak nawet po
tak wielu latach miałem wrażenie, że na jej widok serce na nowo wyrwano
mi z piersi. I chociaż chciałem zadać tysiąc pytań, nie potrafiłem
wymyślić najprostszej rzeczy, jaką mógłbym jej powiedzieć.
- Dior Lachance... - zdołałem wykrztusić. - Poznaj Celene Castię.
Dior skinęła głową i mruknęła z cygaretką w ustach:
- Ale wolisz, żeby nazywać cię Liathe?
- Liathe to naszszsz tytuł, nie imię. - Celene przyklęknęła na jednym
kolanie jak chevalier przed królową. - Możesz nazywać nasss, jak
zechcesz, dziecko. Po prossstu ogromnie cieszy nas fakt, że jesssteś
bezpieczna.
Dior zamrugała zdziwiona, niepewna. Głos Celene nadal brzmiał jak dziwny
szept, trochę jak seplenienie, trochę jak syk, i przypominał odgłos,
jaki się rozlega, kiedy czubek noża przesuwa się po tafli pękającego
lodu.
- Uratowałeśśś ją, bracie - powiedziała, odwracając się do mnie. -
Mieliśmy co do tego pewne wątpliwośśści.
Wpatrywałem się w nią hardym wzrokiem, kiedy się wyprostowała, echo
krwi, którą mnie nakarmiła, trwało w moich ustach. Nawet wiele godzin
później płonęło we mnie mocą, jakiej nigdy nie zasmakowałem. Krew
ancien jakimś cudem wzbierająca w żyłach nieopierzeńca, który raptem
siedemnaście lat temu wstał z grobu.
- Twój tytuł - powiedziałem. - Co oznacza?
- Liathe. W starotalhoskim to znaczy rycerz. Albo święty rycerz.
- Rycerz? - prychnąłem. - Jaki znowu rycerz?
- Rycerz Wiary. Wierny.
- Dlaczego mnie tropisz? - zapytała ostro Dior. - Czego chcesz?
- Musssisz z nami pójść, dziecko. Grozi ci niebezpieczeństwo. A co za
tym idzie, niebezpieczeństwo grozi wszyssstkim duszom na tym świecie. To
Wiecznotrwały Król cię tropi, ale jest tylko kwestią czasu, zanim inni
priorem zapragną nagiąć cię do swojej woli. Nie możesz wpaść w ich
ręce.
- A co to, do cholery, jest priorem? - burknęła dziewczyna.
- Najpotężniejsi z Krewnych - odpowiedziałem. - Głowy czterech wielkich
rodów.
- Pięciu - poprawiła mnie Celene, przenosząc na mnie wzrok. - Istnieje
pięć rodów, Gabrielu.
Popatrzyłem na moją siostrę, przypominając sobie naszą walkę w San
Guillaume i bitwę, jaką stoczyliśmy na M?re z Dantonem. W obu
przypadkach walczyła jak wcielony demon, silniejsza i szybsza, niż miał
prawo być jakikolwiek nieopierzeniec. Co więcej, dzierżyła ostrze
stworzone z własnej krwi. I tak jak ja poprzez dotyk gotowała krew
innych Krewnych. Prawie nic nie wiedziałem na temat wampira, który mnie
spłodził, ale tak jak wszyscy bladokrwiści odziedziczyłem cząstkę jego
mocy: szybkość, siłę i odrobinę magyi krwi zwanej sangwimancją.
Wyglądało na to, że Celene jakimś cudem otrzymała te same mroczne dary.
Moja siostra wbiła paznokieć w dłoń. Wezbrała ciemna czerwień. Najpierw
poczułem zapach i zaraz tatuaże zapłonęły goręcej na mojej skórze. Kiedy
Dior wytrzeszczyła oczy, krew uniosła się z dłoni Celene jak kobra,
kształtowana jej wolą w znajomy herb, ten sam, jaki odkryła moja
ukochana Astrid w bibliotece pół mojego żywota temu.
Dwie czaszki skierowane ku sobie na tle wysokiej pawęży.
- Esani - szepnąłem.
- To także ze starotalhoskiego - powiedziała Dior. - Niewierni. A moja
przodkini, córka Odkupiciela i Michon, nazywała się Esan. Wiara.
- Co to wszystko, do diabła, znaczy, Celene? - zapytałem ostro. -
Powiedziałaś mi, że Laure, Upiór w Czerwieni, zabiła cię, kiedy spaliła
Lorson.
- Owszem. Droga mamusia Laure. - Przeciągłe westchnienie wyrwało się
spod krwawej maski mojej siostry. - Ograbiłeś mnie z mojej zemsty, kiedy
ją zabiłeśśś, bracie.
- Jeśli Laure cię stworzyła, to jesteś z Krwi Voss. Jakim cudem
posługujesz się sangwimancją? To krwawy dar Esani.
- Tak wielu rzeczy nie wieszsz. Spędziłeś lata w swojej małej wieży,
ucząc się zabijać faerie, zimnokrwistych i tancerzy zmierzchu, a nie
wiesz nic o tym, czym jesteś.
- To mnie naucz - warknąłem. - Zamiast ciągle się do mnie dopieprzać.
Przechyliła głowę, porywisty wiatr rozwiewał poły jej płaszcza jak kłęby
dymu.
- Esana to nie jest jedynie ród, bracie. Jesteśmy wyznaniem. Uczyłam się
od jednego z największych akolitów Wiary, ancien imieniem Wulfric. -
Krwawa struga przed nią zadygotała i przyjęła kształt długiego,
ociekającego kroplami ostrza. - To od niego pochodzą naszszsze dary.
- Dlaczego ten Wulfric posłał cię za mną? - Dior wypuściła dym,
wpatrując się w falujący miecz. - Czego chcesz?
- Tego sssamego, czego chcieli niemający rozeznania bracia Gabriela.
Krew Odkupiciela położy kres bezdniowi, dziecko. Przywrócisz niebu
sssłońce. I zakończysz istnienie cesarstwa potępionych.
Powietrze stało się ciężkie od wyczekiwania. Od obietnicy objawienia.
Rzeź, jakiej się dopuściłem w katedrze, to był mój własny wybór i zrobiłbym to znowu, żeby uratować życie Dior, jednak jak tchórz
odwracałem się od ceny, jaką może za to zapłacić świat. Powstrzymałem
Srebrny Zakon przed zakończeniem bezdnia i całego związanego z nim
cierpienia. Teraz więc musiałem sam położyć mu kres.
I wyglądało na to, że moja siostra mogła znać na to sposób.
Wyraźnie czułem ciężar słowa, jakie wypowiedziała potem Dior. Wydawało
się, że cały świat zamarł, nawet wiatr ucichł, żebyśmy usłyszeli
przestraszony szept:
- Jak?
- My... - Celene zwiesiła głowę. - Ja... jeszcze nie wiem.
Wiatr znowu zawył, świat podjął obrót, przerwałem ciszę, gdy parsknąłem
zdumionym, zrozpaczonym śmiechem.
- Co takiego?!
Celene popatrzyła na mnie, cichy syk poniósł się zza jej maski.
- Żartujesz sobie? - warknąłem. - Depczesz nam po piętach przez pół
cesarstwa, dwa razy prawie mnie zamordowałaś, próbując porwać Dior, i nawet nie wiesz...
- Powiedziałam, że jeszcze nie wiem! - Ryk Celene zadźwięczał wśród
czarnego kamienia. - Mistrz Wulfric został zamordowany, zanim zdążył
mnie nauczyć. Istnieją jednak inni Esana, Gabrielu! Istoty, które
stąpały po ziemi, zanim cesarstwo stało się choćby marzeniem! Największy
wojownik Wiernych przebywa raptem kilka tygodni podróży ssstąd!
Odnajdziemy leże mistrza J?noaha i w jego komnatach poznamy prawdę na
temat tego, co Dior musi zrobić, żeby przywrócić słońce!
- Kilka tygodni? W środku zimy? Gdzie, u diabła, jest to miejsce?
- Gdzieś pośród Nocnych Turni. To cytadela znana jako Cairnhaem.
- Gdzieś pośród Nocnych Turni? Nigdy tam nie byłaś? Poznałaś chociaż
tego fiuta?
- To nie ma znaczenia! - warknęła. - Pod twoją troskliwą opieką Graal
prawie stracił życie, a świat jedyną drogę ocalenia! Nie pojmujesz, o jaką stawkę toczy się tu gra! Oto droga, jaką to dziecko musi obrać, i nie musi przebyć jej z tobą!
Celene tupnęła ze złością i przez chwilę wydawała się nie tyle
krwiożerczym potworem, ile moją siostrą, dzieckiem, furią, diabłem
wcielonym, którego temperament zarazem przerażał mnie i budził moją
miłość. Zmrużyła jasne oczy i uniosła drżącą dłoń do Dior.
- Chodź z nami.
Zerknąłem na dziewczynę obok mnie i z powrotem na stwora, który był
kiedyś moją famille.
- Chyba całkiem ci odpierdoliło - powiedziałem, wyciągając Pożeraczkę
Popiołów.
Och, szepnęła moja klinga. Śliczny płaszczyk,
szkarłat-szkarłat-szkarłat w środku i na zewnątrz, śliczny kwia...
- To nie zabawa, bracie - warknęła Celene. - Nie możesz uchronić jej
przed tym, co nadchodzi. Nie masz najmniejszego pojęcia, jakich
odpowiedzi potrzebuje to dziecko. Dziecko pójdzie...
- To dziecko ma, do diabła, imię - warknęła Dior. - I może wszyscy
powinniśmy dać sobie chwilę oddechu. W każdym razie ci z nas, którzy
oddychają...
- Ossstrzegam cię, Gabrielu - syknęła Celene, a powietrze między nami
skrzyło się teraz od mrocznej energii. - To przez ciebie spotkał mnie
ten los. Wszystko, czym jestem, wszystko, co robię, to twoja wina.
Zabierzemy Dior do mistrza J?noaha. Nie stawaj nam na drodze.
- Kiedy w grę wchodzi ta dziewczyna, stanę na drodze całemu światu.
Celene uniosła krwawe ostrze. Jej głos przeciął zalegający między nami
chłód:
- Więc zmusimy cię, żebyś z niej zszedł.
Rozdział III. Zła krew
III
Zła krew
Celene rzuciła się na mnie - była jak czerwona smuga na szarym śniegu.
Odepchnąłem Dior w bok, zanim moja siostra uderzyła, celując krwawym
mieczem w moją szyję. Egida mi płonęła, ale nie miałem czasu, żeby ją
odsłonić, ledwie zdążyłem sparować cios Pożeraczką. Poczułem straszliwą
siłę za atakiem Celene. Obróciłem się i kopnąłem ją w plecy, gdy za
bardzo się wychyliła do przodu. Z impetem wpadła na granitowy słup za
moimi plecami. Posypały się granitowe odłamki.
- PRZESTAŃCIE! - krzyknęła Dior, kiedy Celene odwróciła się, a jej miecz
wyrysował szkarłatną wstęgę w powietrzu. I kiedy ostrze uderzyło w ostrze, krew serdeczna w gwiazdostal, zacząłem taniec z moją siostrą.
Jak już wspomniałem, jako dziecko Celene była chodzącą zgrozą. Nasza
droga matka rwała włosy z głowy z powodu niegodnych damy zapędów mojej
siostry i beształa mnie za to, że ją do tego zachęcam. Mój diabełek
zawsze twierdził, że nie marzy o zamążpójściu. Zamiast tego Celene
nieustannie mówiła o życiu pełnym przygód. We dwójkę bawiliśmy się w walkę na miecze w kuźni mojego ojczyma, kiedy już wypełniliśmy nasze
obowiązki. Jednak, chociaż to zabrzmi dziwnie, nigdy nie walczyliśmy
przeciwko sobie. Zamiast tego stawaliśmy zwróceni do siebie plecami, z kijkami w rękach, stawiając czoło nieskończonym legionom wyimaginowanych
nieprzyjaciół.
"Wróg liczniejszy" - mawialiśmy - "lecz nie silniejszy. Lwy zawsze
górą".
I tam, w cieniu opactwa San Michon, z początku wydawało się, że znowu
jesteśmy dziećmi, że mama w każdej chwili może wrzasnąć, że mamy
zostawić te patyki i wracać na kolację. Kiedy jednak odpierałem ataki
siostry, gdy klinga uderzała o klingę, zdałem sobie sprawę, że Celene
się nie bawi, że moje ciepłe wspomnienia to tylko echo jej krwi w moich
żyłach.
To nie jest twoja s-s-siostra, Gabrielu, rozległ się szept Pożeraczki.
Czerwone krople bryzgały w powietrze, gdy nasze miecze się zderzały.
Syk bólu, gdy jej klinga rozcięła mi policzek.
- GABE! - krzyknęła Dior.
NIECH CIĘ DIABLI, WALCZ!
Dior biegła przez śnieg w naszą stronę, wołając do nas, żebyśmy
przestali. Krzyknąłem ostrzegawczo, żeby się cofnęła, ale ta dziewczyna
czasem miała więcej ikry niż rozumu, przysięgam. A kiedy oderwałem na
chwilę wzrok od siostry, ta kopnęła mnie tak, że prawie połamała mi
żebra. Poleciałem jak kula armatnia. I uderzyłem prosto w Dior.
Zderzyliśmy się, stęknęliśmy, przywaliłem z trzaskiem głową w twarz
Dior. Z dziewczyny uszło całe powietrze, a wraz z nim z ust wyleciała
jej cygaretka. Padliśmy w śnieg i razem koziołkowaliśmy, zanim wreszcie
się zatrzymaliśmy. Przeturlałem się i ukucnąłem, trzymając mocno miecz.
Zerknąłem na Dior. Z ulgą spostrzegłem, że tylko leży oszołomiona i pozbawiona tchu. Jednak przyśpieszył mi gwałtownie puls i zaschło w ustach, kiedy zobaczyłem, jak z nosa wypływa jej strużka jasnej, żywej
czerwieni.
Krew.
Gabriel wziął głęboki wdech, przesuwając kciukiem po bliznach w kształcie łez na policzku.
- Mawiano, że byłem największym szermierzem wszech czasów, zimnokrwisty.
Według pieśni, które o mnie śpiewano, potrafiłem przeciąć noc na dwoje.
I chociaż pijacka paplanina w spelunkach Augustin i Beaufort to żadna
miara męskości, prawda jest taka, że zawsze dobrze sobie radziłem z ostrzem. Od małego trenowałem u mistrzów. Urodziłem się z nordlundzką
krwią w żyłach, krwią Lwów. I kiedy spojrzałem na dziewczynę krwawiącą
obok mnie na śniegu, poczułem, że obudził się we mnie ten lew.
- Oż, ty kurwo, skrzywdziłaś ją! - warknąłem.
Skoczyłem na Celene, zwaliłem się na nią jak lawina z egidą płonącą pod
skórą. Stało się teraz jasne, że moja siostra pragnie mojej śmierci,
żeby dorwać Dior w swoje zimne szpony. Kiedy obejrzałem się na
pozbawioną tchu dziewczynę, która przeturlała się na bok w śniegu i przesuwała kostkami ręki po zakrwawionym nosie, przypomniałem sobie to,
co jej obiecałem i ile już poświęciłem dla jej bezpieczeństwa.
Losy całego świata.
Walcz!
Celene natarła, czubek jej ostrza celował w moją pierś. Odskoczyłem,
śnieg zatrzeszczał mi pod butami, a Celene prawie straciła równowagę.
Doskoczyłem tanecznym krokiem, dopraszając się o kolejny atak, którego
chętnie mi udzieliła, chociaż zataczała się i chwiała, sycząc ze złości.
Ja jednak zbiłem jej cios w dół i sztych jej klingi wbił się w śnieg.
Przemknąłem za plecami Celene z całą gracją, o jakiej śpiewali tamci
minstrele w mordowniach, i przeciągnąłem klingą Pożeraczki po jej
plecach.
Rozciąłem surdut Celene, krew trysnęła na śnieg, a Pożeraczka ze świstem
cięła ciało i kości. Moja siostra zadygotała na wyjącym wietrze. I na
moich zdumionych oczach całej jej ciało rozpadło się w strugę posoki u mych stóp.
Usłyszałem dźwięk. Cichy. Skrzypienie śniegu za plecami. Obróciłem się w tej samej chwili, w której czerwone ostrze przebiło mi pierś. Klinga
przeszła tuż obok serca, krew zabulgotała mi w ustach, Pożeraczka
wypadła mi z ręki. Celene stała teraz za mną, mrużąc martwe ślepia, a postać, którą zraniłem, była tylko kałużą na śniegu. Dotarło do mnie, że
to musiała być jakaś iluzja, jakieś zaklęcie krwi.
- Pierdol mnie w fi...
Dior krzyknęła. Celene obróciła się, rozcinając mi żebra, kiedy
wyszarpnęła ostrze. Padłem, kaszląc, i przeturlałem się na plecy. Stwór,
który był kiedyś moją siostrą, uniósł wysoko broń. Dzieliło mnie ledwie
jedno tchnienie od śmierci, wiedziałem to, ale zdesperowany, łapiąc
haustami powietrze, poczułem, że pod moja skórą wciąż płonie ogień.
Ściągnąłem lewą rękawiczkę i uniosłem rękę.
Siedmiogwiazda na mojej dłoni zapłonęła, Celene syknęła, zasłaniając
oczy ręką. Podczas wojen w mojej młodości ten tusz płonął srebrzystym
błękitem, rozświetlając pole bitwy ogniem mojej wiary. Teraz płonął
czerwienią jak przesiąknięte nienawiścią serce piekła. Nie pozostała w moim sercu żadna miłość dla Wszechmogącego po tym, co zrobił mnie i ma
famille. Jednak, jak powiedział mi mój stary przyjaciel Aaron, nie
miało znaczenia, w co wierzę, dopóki w coś wierzyłem.
A wierzyłem w Dior.
Celene zatoczyła się do tyłu, na wpół oślepiona. Charcząc, rozerwałem
płaszcz i koszulę, odsłaniając płonącego lwa na mojej piersi. Z różową
pianą na ustach, plując krwią, podniosłem Pożeraczkę Popiołów i wstałem
z buchającego parą śniegu.
- N-nie dzisiaj, siostro.
Ona jednak tylko uniosła rękę.
Poczułem jej dotyk jak pięść zaciśniętą na piersi, jak żelazne okowy
zamykające się wokół całego mojego ciała. Złapałem gwałtownie powietrze,
nie mogąc się ruszyć, nie mogąc już nawet oddychać. Zmrużyła oczy, kiedy
dzięki diabelskim sztuczkom swej mrocznej sztuki zapanowała nad krwią
płynącą w moich żyłach.
Jej krwią.
Zakrzywiła palce jak szpony, a mnie wyrwał się z piersi słaby okrzyk
bólu, gdy krew, jaką mi ofiarowała, zaczęła się gotować. Ręka jej
dygotała, czerwona para buchnęła mi ze skóry, krzyk wyrwał się z ust.
Zza jej maski dobiegł syk:
- Nie dzisiaj, bra...
Blade palce zacisnęły się na jej włosach i szarpnęły głowę do tyłu. Zza
pleców Celeste wynurzyła się ręka, która docisnęła sztylet ze
srebrostali do jej gardła.
- Ani dziś, ani w ogóle, wampirze - warknęła Dior.
Moja siostra zamarła. Ja również cały czas byłem unieruchomiony.
- Dziecko...
- Przestań mnie tak nazywać. Puść go.
Celene zerknęła na mnie, ale jej uścisk nadal był stalą w moich żyłach.
Przez chwilę zastanawiałem się, dlaczego tak się boi - była przecież
zrodzona ze starszego Żelaznosercego. Kiedy jednak przyjrzałem się
uważniej, spostrzegłem, że sztylet Dior lśni nie tylko srebrem, ale i czerwienią - krew rozmazała się nie tylko na jej nosie i ustach, lecz
także na ostrzu. Celene i ja oboje widzieliśmy, jak ta krew spaliła
Księcia Wieczności na popiół. Wszyscy wiedzieliśmy, co może zrobić także
z nią.
- Nie chcemy cię skrzywdzić, chérie. Musssisz...
- Niczego nie muszę, chérie. A teraz. Puść. Go.
Martwy wzrok Celene padł na mnie, gniew tajał, zmieniał się w strach.
- On nasss zabije.
- Może. Chociaż wątpię. - Dior spojrzała mi w oczy, mówiąc w równym
stopniu do mnie, co do mojej siostry. - Jest na to za mądry. Jeśli ja
jestem kluczem do zakończenia tego wszystkiego, a ty wiesz, gdzie jest
zamek, to wygląda na to, że potrzebujemy siebie nawzajem. Nigdzie mnie
nie zabierzesz. Ale... - Pociągnęła mocno nosem i odetchnęła głęboko. -
Możemy pójść z tobą. Razem poszukamy tego mistrza J?noaha.
Splunęła szkarłatem na śnieg i uniosła pytająco brew.
- Chyba że ktoś ma lepszy pomysł?
Wpatrywała się we mnie, a jej jasnoniebieskie oczy płonęły pytaniem.
Widziałem jej nieufność. Trwogę. Gniew, bo Celene mnie zraniła. A mimo
to także zaciekawienie. Chciała dowiedzieć się czegoś więcej o Esani. O sobie. O tym, jak może naprawić ten okropny, zrujnowany świat. I chociaż
nie pokładałem wielkiej wiary w mojej siostrze, to wydawało się, że wie,
co Dior musi zrobić, żeby położyć kres tym wszystkim okropnościom. A to
było więcej, niż mogłem powiedzieć na swój temat.
Dlatego, walcząc z uściskiem Celene, wbrew rozsądkowi skinąłem leciutko
głową.
- Jeśli jednak nie puścisz go w tej chwili - szepnęła Dior, ściskając
mocniej włosy mojej siostry - twój brat nie będzie musiał cię zabijać,
Celene, przysięgam ci, kurwa, na Boga.
Jak już wspomniałem, dziewczyna dorastała w rynsztokach Lashaame. Jeden
Wszechmogący wiedział, co musiała robić, żeby przetrwać. Ciężkie czasy i twarde kamienie rodzą twardych ludzi i jeszcze twardsze dzieciaki. Ta
dziewczyna zabijała inkwizytorki. Żołnierzy. Słodka Matko-Dziewico,
zabiła nawet Bestię z Vellene. Kiedy przysięgała na Boga, to ja jej
wierzyłem. I Celene także.
Uścisk w moich żyłach zelżał, osunąłem się na śnieg. Smużki czerwonej
pary sączyły mi się ze skóry, kiedy przycisnąłem rękę do przebitej
piersi. Rana bulgotała i gulgotała przy każdym oddechu, smak soli i miedzi wypełnił mi usta.
- Gabe!
Celene poprawiła jedwabną apaszkę, a Dior podbiegła do mnie, ślizgając
się na śniegu. Nie odrywała oczu od krwi pulsującej mi między palcami.
Zdjęła rękawiczkę, przysunęła sztylet do pobliźnionej ręki gotowa ciąć.
Krew Odkupiciela czyniła cuda, widziałem, jak leczyła rany, które
każdego zwykłego człowieka posłałyby do grobu. Ja jednak nie byłem
zwykłym człowiekiem.
- Nie r-rań siebie - szepnąłem, nadal piorunując wzrokiem moją siostrę.
- Ale ty krwawisz!
- Już niedługo. Bladokrwiści n-nie umierają tak łatwo.
Zerknąłem w dół i zobaczyłem, że rana się zamyka - otrzeźwiające
przypomnienie o mocy krwi, którą nakarmiła mnie Celene. Podczas gdy ja
mogłem zagotować w wampirach krew, dotykając ich, ona mogła dokonać tego
na odległość - wyglądało na to, że władała każdą kroplą swojej krwi. Ten
pokaz sangwimancji budził podziw i trwogę; gdyby nie Dior, siostra
mogłaby mnie pokonać. Zastanawiałem się, do czego jeszcze jest zdolna.
Bo klęcząc na mrozie w cieniu San Michon tamtego ranka, wpatrując się w moją Umarłą siostrę i czarną drogę, jaką najwyraźniej kroczyliśmy teraz
razem, jedno wiedziałem z całą pewnością.
- Na pewno nic ci nie jest? - zapytała Dior. - Nie potrzebujesz, żebym...
- Oszczędzaj swoją krew, chérie. - Westchnąłem.
Celene skinęła głową i szepnęła:
- Tam, dokąd zmierzamy, będzie ci potrzebna.
Rozdział IV. Razem błądzimy
IV
Razem błądzimy
- Ty szczurożernej... świniolubnej... kozojebnej... kurwiej macierzy... synu!
Krzyk Dior odbił się echem od lodu. Szczerzyła zęby, warcząc
sfrustrowana.
- Zdajesz sobie sprawę, że tylko obrażasz moją mamę, kiedy tak mnie
nazywasz?! - zawołałem. - A mnie właściwie w ogóle?
- A żryj gnój, ty pokraczny piździelcu!
- O widzisz, tak trzymać. - Uśmiechnąłem się. - A teraz podnieś miecz.
Dior splunęła na śnieg.
- Gabrielu, nie nadaję się do tego.
- Fakt, jesteś beznadziejna, ale jak inaczej masz się nauczyć?
Staliśmy na zamarzniętej powierzchni M?re, gęsta mgła wisiała w półmroku
poranka. Oddech buchnął chmurą z ust Dior na mrozie, kiedy znowu
zaklęła, odgarniając z oczu spoconą szopę włosów. Jednak uparta jak wóz
pełen pijanych osłów westchnęła, schyliła się do lodu i podniosła
treningowy miecz.
- Ty też byłeś taki beznadziejny, kiedy zaczynałeś?
- To nie jest ważne. - Wypiłem haust wódki i schowałem piersiówkę w wewnętrznej kieszeni płaszcza. - Oceniaj swoje postępy, nie porównując
się z innymi, ale z tym, co sama umiałaś wcześniej.
Uniosłem miecz, patrząc na jej klingę.
- Raz jeszcze, ale z uczuciem.
Wędrowaliśmy w dół rzeki przez dziewięć dni, opactwo San Michon zniknęło
za nami w pogłębiającym się śniegu. Wyruszyliśmy tego samego ranka,
kiedy starłem się z Celene, a towarzyszyła nam trójka tundrowych kuców,
które "pożyczyliśmy" ze stajni opactwa. To była twarda trójka z talhoskiej rasy zwanej sosya. Sosya trenowano tak, żeby nie bały się
Umarłych - na całe szczęście, zważywszy, w jakim towarzystwie się
obracaliśmy. Teraz jednak moja siostra ruszyła przodem na zwiad, więc
zwierzęta stały spokojnie pod osłoną poskręcanych drzew na brzegu rzeki
i obserwowały, jak Dior i ja znowu zaczynamy okładać się po głowach.
Posługiwaliśmy się drewnianymi mieczami podwędzonymi ze zbrojowni wraz z zapasem srebrokul, chymikaliów, sanctusu i na dokładkę zawrotnej ilości
klasztornej wódki. Nie mogłem znaleźć szabli, którą Dior zabrała trupowi
Dantona, więc wyposażyłem ją w mój własny sztylet ze srebrostali i nowy
miecz ze zbrojowni Argyle'a. Na razie nie była w stanie porządnie się
nim zamachnąć, nawet w obronie własnego życia, ale pamiętałem, jak
Bestia z Vellene stanął w płomieniach, gdy tylko zetknął się z jej
krwią. Wiedziałem więc, że ta dziewczyna to broń, której pijawki nauczą
się bać.
- Północny wiatr - poleciłem.
Dior uniosła treningowy miecz w postawie ofensywnej, jakiej jej
nauczyłem. Oddychała szybko, policzki miała czerwone z wysiłku.
- Krew Voss - rzuciłem. - Czym są?
- To Żelaznosercy. Potomstwo Fabiéna.
- Ich motto?
- "Wszyscy klękają".
Zaatakowała mnie błyskawicznie jak srebrokula, uderzając zgodnie ze
wzorem, jaki jej pokazałem: brzuch, gardło, pierś i powtórka. Parowałem
każdy cios, nasze miecze zderzały się z trzaskiem, kiedy tańczyliśmy.
- Bardzo dobrze - powiedziałem, cofając się na lodzie. - Jakie mają
dary?
- Wychodzą obronną ręką z ran, które wykończyłyby innych zimnokrwistych.
Odporni na srebro. Ogień. A starsi potrafią czytać w ludzkich umy...
Uskoczyłem przed jej niezręcznym pchnięciem i szturchnąłem ją w żebra,
kiedy chwiejnie mnie mijała.
- Zdradzasz się spojrzeniem. Nie patrz tam, gdzie zamierzasz uderzyć.
Wyczuj kierunek. No dobrze, jakim terminem fachowo nazywa się starsze
wampiry?
Odwróciła się do mnie, sapiąc z wysiłku.
- Ancien.
- Dobrze. Postawa południowego wiatru. - Na moje polecenie Dior stanęła
w pozycji defensywnej, zbijając cios, który wymierzyłem w jej twarz. -
Teraz Krew Ilon. Nazwa i motto.
- Szepty - odpowiedziała Dior, cofając się. - "Ostrzejsi niż klinga".
- Ich dary?
Skrzywiła się, kiedy uderzyłem, zadyszana ledwie odparła mój atak.
- Bawią się emocjami. Wypaczają człowieka, czyniąc go bardziej szalonym
albo szczęśliwszym, pogrywają jego namiętnościami. Człowiek może wtedy
zachować się w sposób do siebie niepodobny, powiedzieć coś, czego
normalnie by nie powiedział, czuć rzeczy, których naprawdę wcale nie
czuje.
- To Nacisk. - Pokiwałem głową. - Nie jest tak widowiskowy jak miecze
łamiące się na twojej skórze albo rozwalanie pięścią ścian, ale kiedy
nie możesz ufać własnemu sercu, nie możesz ufać niczemu.
Pogrążyliśmy się w gradzie ataków i parad, Dior sapała, kiedy odpierała
kilka moich następnych ciosów. Włosy miała mokre od potu, z trudem
łapała oddech.
- Doskonale. - Skinąłem głową. - A teraz Krew Dyvok. Nazwa i motto.
- "Czyny, nie słowa".
- Kim są? Co potrafią?
- To Nieposkromieni. Ich ancien są tak silni, że miażdżą stal w dłoni
i rozbijają mury zamkowe gołymi rękami. Nawet młodzi...
Wykonałem niską fintę, a potem popukałem Dior w ramię.
- Jak nazywamy nowo narodzone wampiry?
- Nieopierzeńcami - wydyszała.
Uderzyłem ją w pierś i głowę.
- A dary ancien z rodu Dyvoków?
- Rozkazują ludziom. Siłą głosu naginają ludzką wolę.
- Tak jak Ilonowie?
- Nie. - Pokręciła głową. Pierś jej falowała, gdy sapała jak miech
kowalski. - Ilonowie są subtelniejsi. Szepczą i ludzie się zgadzają.
Dyvokowie ryczą i ludzie ich słuchają.
- Nazywają to Biczem. Zagrywka równie subtelna jak cios młotem. I równie
skuteczna.
Ponowiłem atak, szybszy niż dotąd. Pierś, brzuch, gardło, brzuch. Dior
zbiła każdy cios, a ja złapałem się na tym, że się uśmiecham, gdy
rozszyfrowała moją fintę. Kiedy jednak odsunęła się tanecznym krokiem,
poślizgnęła się na zdradzieckim kawałku lodu, a ja uderzyłem ją w nadgarstek dostatecznie mocno, żeby zostawić siniaka. Upuściła miecz,
złożyła się wpół i obróciła w miejscu.
- Niech to diabli!
- Walka jest jak taniec. Zawsze uważaj, gdzie stawiasz stopy, Lachance.
- Kurwa, to zabolało!
- Gdyby te miecze były ze stali, nie miałabyś już, kurna, ręki. Myślisz,
że to by nie zabolało?
- Próbowałam się przesunąć!
- Nie próbuj, tylko rób.
- Jasne, ale nie musisz zachowywać się przy tym jak wredny kutas.
- Sama poprosiłaś, żebym cię nauczył - warknąłem. - Miecz i zgrubne
pojęcie o jego użyciu to dwakroć bardziej niebezpieczne połączenie niż
brak miecza i zerowe pojęcie o jego użyciu. Jeśli więc upierasz się,
żeby walczyć, to mam wszelkie powody, żeby zachowywać się jak skończony
kutas, ucząc cię należycie fechtować. Ten świat nie da ci tego, czego
chcesz, bo ładnie o to poprosisz. Nie da ci szacunku. Miłości. Pokoju.
Dostajesz to, na co zapracujesz. Zjesz to, co zabijesz. - Wypiłem
kolejny palący haust wódki i wskazałem leżący na ziemi miecz. - Więc
zabijaj, do diabła.
Skrzywiła się. Zaklęła. Rzuciła jeszcze kilka barwnych obelg pod adresem
mojej matki; fakt, że wszystkie je wybaczyłem, powinien dać pewne
pojęcie na temat tego, jak bardzo polubiłem tę dziewczynę. Bo mimo
całego swojego biadolenia Dior nigdy się nie poddawała. Zarobiła jeszcze
kilka siniaków, a ja trenowałem z nią, aż była cała zlana potem. Nie
przestała jednak pracować, dopóki nie powiedziałem dość. Widząc stal w jej spojrzeniu, rozumiałem powody.
Cała drużyna Graala oddała życie w jej obronie: stary p?re Rafa,
Bellamy Bouchette, Saoirse á Dúnnsair i jej puma Phoebe. Aaron de Coste
i Baptiste Sa-Ismael byli gotowi rzucić na szalę cały gród Aveléne, żeby
ją chronić. A ja w jej obronie zlałem szkarłatem katedrę San Michon.
Ona chce móc się bronić sama, pomyślałem.
- W porządku - mruknąłem. - Śniadanie będzie już gotowe.
Zadyszana Dior opuściła miecz. Była zbyt wyczerpana, żeby się odgryźć,
kiedy powlekła się chwiejnie do naszego ogniska na brzegu rzeki i padła
twarzą na swoje futra. Poszedłem za nią i spakowałem nasze ostrza do
sakw niesionych przez zapasowego kuca, srebrzystego deresza, którego
nazwałem Samorodek. Mój własny kuc, duży gniadosz, któremu nadałem imię
Misiek, stał obok niego z pyskiem zanurzonym w worku z obrokiem.
- Wymyśliłaś już, jak ją nazwiesz? - zapytałem, mieszając w kociołku.
- Hmmf? - rozległ się głos Dior zduszony przez futra.
Skinąłem głową na kudłatą kasztankę, która chowała się w cieniu
porośniętego grzybem dębu.
- Potrzebuje lepszego imienia niż Kobyła.
- Gabrielu, ostatnia klacz, którą nazwałam, kilka dni później rzuciła
się w przepaść.
- I zgodnie z twoją teorią zrobiła to, bo nadałaś jej imię?
- Mówię tylko, że skończyło się na tym, że musiałam przespać się w jej
brzuchu. - Dior nadal miała taką minę, jakby robiło jej się niedobrze na
samo wspomnienie. - Wybacz więc, jeśli nie śpieszę się z nazwaniem
kolejnej.
Zerknąłem na jej kuca, zaciskając usta.
- Co powiesz na Derkę?
- Boże, przestańże! - jęknęła, chowając twarz i wymachując piętami.
Zarechotałem, nakładając nam pełne miski zupy z grzybów i królika. Żaden
ze mnie kucharz, ale strawa była gorąca i pożywna, lepsza od większości
tego, co jedliśmy do tej pory w drodze. Siadłem pod zamarzniętym wiązem
z parującą miską na kolanach i jedząc, zacząłem kartkować jeden z tomów,
który "pożyczyłem" z biblioteki San Michon.
- Po co czytasz?
Zamrugałem zaskoczony, podnosząc wzrok znad iluminowanych stronic. Dior
siedziała ze skrzyżowanymi nogami, żłopiąc zupę i patrząc na mnie ponad
płomieniami.
- Chyba jeszcze nigdy nie zadano mi takiego pytania - zdałem sobie
sprawę. - Z pewnością pytano mnie "co czytam". Ale nigdy po co. Nie
lubisz książek?
Wzruszyła ramionami, nabierając kolejną łyżkę.
- Nigdy nie widziałam specjalnego pożytku w książkach.
- Specjalnego pożytku...! - wyrzuciłem z siebie oburzony w imieniu każdego
skryby, bibliotekarza i księgarza w całym cesarstwie. - Dziewczyno,
książki są użyteczne na tysiące sposobów!
- Wymień jeden. Poza tym, że można je czytać - dodała, kiedy już
otworzyłem usta, żeby rzucić dowcipną ripostę.
- W porządku. - Zacząłem odliczać na palcach. - Można... użyć ich na
podpałkę. Można rzucić nimi w kogoś. Można je podpalić i wtedy rzucić
nimi w kogoś, zwłaszcza jeśli ten ktoś jest przebrzydłym matołkiem,
który nie lubi książek. - Dior przewróciła oczami, kiedy zasłoniłem
twarz tomikiem. - Mogą być doskonałym przebraniem. - Położyłem książkę
na głowie. - Modnym nakryciem głowy. - Wsunąłem ją pod tyłek. -
Przenośnym meblem. - Oderwałem rożek stronicy, wsunąłem do ust i zacząłem głośno żuć. - Dobrym źródłem błonnika.
- Dobrze, już dobrze. - Westchnęła. - Mają swoje zastosowania.
- Oczywiście, że mają. Właściwa książka jest warta setki mieczy.
- Mówię tylko, że książka nie odetnie dla ciebie sakiewki i nie ukradnie
kolacji.
- Może jednak nauczyć cię, jak lepiej robić obie te rzeczy. - Teraz już
mówiłem całkiem poważnie, skończyły się żarty. - Życie bez książek to
nieprzeżyte życie. Można w nich znaleźć magyę, jakiej nie ma nigdzie
indziej. Otworzyć książkę to otworzyć drzwi. Drzwi do innego miejsca,
innych czasów, innego umysłu. I zwykle, mademoiselle, ten umysł jest
bystrzejszy od twojego własnego.
Dior popukała się w skroń łyżką i z pełnymi ustami odparła z powątpiewaniem:
- Ten umysł jest bystry jak górski ruczaj.
- Raczej jak zamulona struga.
Prychnęła i kopnęła grudkę śniegu z grubsza w moją stronę, kiedy
wróciłem do lektury. Nadal uśmiechając się, dokończyliśmy śniadanie w przyjaznym milczeniu. Dior pozmywała i spakowała rzeczy do naszych sakw,
podczas gdy ja zająłem się wierzchowcami.
- Nałóż sobie upiorne tchnienie - przypomniałem jej. - Całe z ciebie
spłynęło, gdy się spociłaś podczas treningu.
- Muszę? To obrzydliwe.
- Podobnie jak trupy. A właśnie trupem zostaniesz, jeśli tego nie
nałożysz.
Dior jęknęła, ale sięgnęła po chymijną miksturę, którą uwarzyłem. Mała
buteleczka z jasnym płynem była oznaczona rysunkiem wyjącej zjawy.
Pewnie, że eliksir nie pachniał jak bukiet róż, ale myśliwi z San Michon
posługiwali się nim, żeby zamaskować przed Umarłymi swój zapach, a odkąd
zacząłem podróżować z Dior, przekonałem się, że przyciąga Umarłych jak
miód muchy.
- To nie podziała - rozległ się szept.
Dior zamarła, ale ja zachowałem spokój i tylko się obejrzałem, unosząc
brew. Najwyraźniej moja siostra wróciła ze zwiadu i teraz obserwowała
nas z zagajnika martwych drzew. Długie ciemne włosy okalały porcelanową
maskę z krwawym odciskiem dłoni w miejscu ust.
- Możemy ją zwęszszyć z odległości wielu mil przy dobrym wietrze -
powiedziała Celene.
- Jesteś szlachetnokrwistą - odparłem. - Biegłą w sztuce sangwimancji.
Kto wie, czy zwykli nieszczęśnicy potrafią ją zwęszyć równie dobrze jak
ty.
- Potrafią.
- Zobaczymy.
Celene pokręciła głową. Dior obserwowała ją przez padający śnieg.
- A jak pachnę? - zapytała w końcu.
Moja siostra wbiła w nią martwy wzrok. Zimny wiatr niósł się szeptem
między nimi.
- Jak niebiosa.
Dior spuściła wzrok, a potem zerknęła na mnie nerwowo. To był jej
pomysł, żebyśmy razem wyruszyli w podróż, i słusznie twierdziła, że nie
mamy lepszego planu niż odszukać tajemniczego mistrza J?noaha. Jednak
najwyraźniej żadne z nas nie było szczególnie zachwycone tym układem.
Moja siostra podróżowała z nami przez dziewięć dni, ale tak naprawdę
tylko przez połowę czasu dotrzymywała nam towarzystwa. Poza tym
regularnie znikała, żeby przeprowadzić zwiad i ustrzec nas przed
nienazwanym niebezpieczeństwem, które - jak się upierała - nadciągało.
Poruszała się jak nóż, szybka i zimna, zachowywała dystans, nawet gdy
szliśmy razem. Twierdziła, że nie chce płoszyć kucy, ale szczerze mówiąc
podejrzewam, że czuła się w moim towarzystwie równie źle, jak ja przy
niej. Moja siostra była wampirem. Ja byłem człowiekiem, który przez całe
życie zabijał wampiry. I nadal nie uporaliśmy się z tymi faktami.
Jednakże w ostatnich dniach dręczył mnie kolejny niepokój - poza
upiornością samej jej natury i niewyjaśnionymi powodami, dla których
władała nadzwyczajnymi mocami w tak młodym wieku.
Nigdy nie widziałem, jak żeruje.
Zależnie od wieku wampir może wytrzymać bez krwi wiele dni, nawet cały
tydzień, zanim pragnienie stanie się nie do zniesienia. Nie widziałem
jednak, żeby Celene wypiła choćby kroplę, odkąd zaczęliśmy wspólną
podróż. Ani razu. I chociaż podejrzewałem, że moja siostra poluje
podczas swoich długich wypadów, przebywając z dala od nas, byłem
boleśnie świadomy, jak mało w gruncie rzeczy wiem na jej temat.
- Daleko jeszcze? - zapytała Dior.
Celene zerknęła na zakole M?re, szary lód, czarne drzewa pokryte
zamarzniętymi grzybami: kolcocieniami i żebrobrzuchami. Na południowym
wschodzie cienie ponurych, zamarzniętych szczytów Nocnych Turni wznosiły
się ponad martwym lasem.
- Może ze dwa tygodnie, jeśli będziemy podróżować szszybko.
- Robi się piekielnie zimno - powiedziała Dior, chuchając w dłonie.
- W górach będziesz jeszcze gorzej - ostrzegłem ją. - Tamtejsze wiatry
mogą zamrozić człowiekowi krew w żyłach. Moglibyśmy przemyśleć, czy nie
schronić się w jakimś ciepłym miejscu na pewien czas. Aveléne leży
niedaleko stąd.
- Nie - warknęła moja siostra. - Jadąc do Aveléne, nadłożymy drogi.
Każdy dzień bez sssłońca to kolejne zmarnowane żywoty. Kolejne utracone
duszszsze. Kierujemy się prosto w Nocne Turnie.
Nachmurzyłem się.
- Zaciągnęliśmy dług u Aarona de Coste i Baptiste'a Sa-Ismaela, Celene.
Gdyby nie ich pomoc, Dior znajdowałaby się teraz w szponach Dantona.
- Tym bardziej nie powinniśmy przekraczać progu ich domostwa. Bestia z Vellene nie żyje, ale Danton nie był jedynym dzieckiem Fabiéna. Jeśli
Wiecznotrwały Król nie wysłał już ssswoich psssów tropem Dior, to zrobi
to wkrótce. Nie możesz uchronić jej przed przeznaczeniem, Gabrielu.
Musssi być przygotowana. Musi ssstawić czoło...
Dior westchnęła.
- Mam wyżej uszu tego, jak mówicie o mnie, jakby w ogóle mnie tu nie
było.
- Musisz ssstawić czoło temu, czym jesteś - poprawiła się Celene bez
chwili wahania. - Musisz zakończyć śmierć dnia. Te sssekrety kryją się w leżu mistrza J?noaha, nie w jakiejś nadrzecznej ruderze. Uwierz w siebie, chérie. W drogę, którą wybrałaś. Jazda do Aveléne to strata
czasu.
- Bo wizyta u kogoś, kto nazywa swój dom "leżem", brzmi całkiem
rozsądnie - żachnąłem się.
- To rzeczywiście jest niebezpieczna ścieżka. - Celene pokiwała głową,
nadal patrząc na Dior. - Nie zaprzeczamy. Istnieją też inni pradawni
Wiary, których możemy szukać. Znajdują się jednak daleko stąd albo
przebywają na terytoriach wroga. Nie możemy obiecać, że droga do mistrza
J?noaha będzie bezpieczna, ale możemy obiecać, że na jej końcu mistrz
ukaże ci prawdę.
Dior zerkała to na mnie, to na nią, ewidentnie rozdarta. Potwornie
ryzykowaliśmy, ufając Celene, a ciepłe palenisko i gorący posiłek w Aveléne były kuszącą perspektywą. Teraz jednak dziewczyna niosła na
swoich ramionach brzemię losów świata i wiedziałem, że mimo moich
zapewnień nadal dźwiga ciężar tamtego krwawego świtu w San Michon.
Zastanawiała się, czy słusznie postąpiłem, ratując ją. Czuła się winna,
bo żyła, kiedy tylu innych cierpiało pod poczerniałym słońcem.
- Celene ma rację, Gabe - powiedziała w końcu i westchnęła. - Muszę się
dowiedzieć, jak to zakończyć.
Zacisnąłem usta i skinąłem powoli głową.
- Zatem błądzimy razem.
Nasze dziwne trio ruszyło w drogę: my z Dior wierzchem, a Celene
przemykając pieszo w oddali. Oddaliliśmy się od rzeki, przecięliśmy
sporą połać martwego lasu pokrytego lśniącą plątaniną grzybów. Kiedy
kierowaliśmy się w paszczę niebezpieczeństwa, postanowiłem przygotować
Dior najlepiej, jak się da, i w trakcie podróży dzieliłem się z nią
mądrością, jaką zebrałem przez całe życie walki z mrokiem. Głównie
rozmawialiśmy o zimnokrwistych, ale dla odmiany rozproszyłem kilka jej
fałszywych przekonań na temat faerie i tancerzy zmierzchu. Garbiliśmy
się, wichura wyła wśród drzew, nasze trójgraniaste kapelusze zbierały
powoli śnieg. Dior kopciła cygaretki, jakby jej płaciły za ten
przywilej, a ja stale piłem i nieustannie się chmurzyłem. Wiedziałem, że
Celene ma rację. Mimo swoich obaw nie mogłem wiecznie chronić tej
dziewczyny. A myśl, że może istnieć sposób na to, by zakończyć bezdzień,
niosła pociechę.
Jednakże jaką cenę byłem gotowy za to zapłacić?
Rozejrzałem się, szukając wzrokiem siostry, ale jak zwykle zniknęła
wśród śniegu. Wypiłem kolejny łyk, zastanawiając się, gdzie się
podziewała przez wszystkie te lata. Zastanawiałem się, kim jest ten
J?noah, do którego jedziemy, i jak Celene zetknęła się z Niewiernym po
śmierci. W najspokojniejszych chwilach zastanawiałem się, czy wie coś na
temat mojego ojca, wampira, który zapłodnił naszą matkę i skierował
naszą famille na drogę do piekła.
- Gabe.
Głos Dior wyrwał mnie z zamyślenia. Siedziała teraz na Kobyle, cygaretka
zwieszała jej się z ust. Wskazywała na południe.
- Gabe, spójrz!
Przez plątaninę gałęzi dostrzegłem w oddali ciemną postać kierującą się
chwiejnie w naszą stronę: wysoki Osswayczyk o upiornie bladej skórze i kanciastej szczęce przyprószonej krwią i zarostem. Piaskowe włosy miał
podgolone, a na czubku głowy ułożone w krótkie kolce. Nosił ciemny
szynel, który powiewał za nim, kiedy kuśtykał przed siebie. Ewidentnie
był ranny. Prawa ręka zwisała mu bezwładnie, szkarłatny trop ciągnął się
za nim na śniegu. Zatrzymał się, żeby wyciągnąć zdrową ręką jeden z pięciu pistoletów z zamkiem kołowym, jakie nosił w bandolecie
przecinającym pierś. Strzelił za siebie. Mrużąc oczy z powodu śnieżycy,
spostrzegłem jego cele.
Całe ich stado sadziło na czworakach długie susy przez oblodzone
poszycie.
Pędziły szybko wśród drzew. Martwookie, na wpół zgniłe. Ucieleśniony
głód.
- Wampiry - szepnęła Dior.
Rozdział V. Jak za starych czasów
V
Jak za starych czasów
Mieli na sobie ubrania, w których ich zamordowano.
Chłopskie koszule i szlacheckie płaszcze. Mundury żołnierzy i brudne
łachmany. To była paskudna banda, sami nieszczęśnicy, ale zebrały się
ich co najmniej dwa tuziny. Ciężka sprawa w otwartym terenie nawet dla...
- Srebroświęty - szepnęła Dior, wreszcie dostrzegając siedmiogwiazdę na
piersi Osswayczyka.
- W mordę - mruknąłem.
- Znasz go?
Nie odpowiedziałem, patrząc na mężczyznę kuśtykającego przez las.
- Gabe, musimy mu pomóc - oznajmiła Dior, kładąc dłoń na rękojeści
swojej broni.
Wstrząsnęły mną te słowa. Obejrzałem się na nią. Srebrny Zakon próbował
ją zabić niecałe dwa tygodnie temu, a jednak była gotowa bronić jednego
z jego członków, i to mieczem, którym ledwie potrafiła się zamachnąć.
Mimo wszystkich ran, jakie zadało jej życie, pod bliznami nadal miała
złote serce. Oczy, które widziały cierpienie świata, i duszę, która
chciała je uleczyć.
Tak bardzo przypominała mi moją córkę, że aż zacisnęło mi się serce.
- My niczego takiego nie zrobimy - powiedziałem. - Ja mu pomogę, a ty
będziesz kibicować.
- Gabe...
Zsunąłem się z Miśka i rozejrzałem w poszukiwaniu Celene, ale nadal
nigdzie jej nie widziałem wśród zamarzniętych drzew. Wsypałem dawkę
sanctusu do fajki, ugniotłem lepki proszek i zapaliłem krzesiwkiem.
Skłębiony czerwony dym wypełnił moje płuca, znajoma rozkosz hymnu krwi
wypełniła mnie aż po czubki palców, kły wysunęły mi się z dziąseł.
Zerknąłem na Dior.
- Poczekaj tutaj.
- Gabe, to tylko nieszczęśnicy.
- Żadne "tylko" - przestrzegłem ją. - To wciąż są wampiry i wciąż są w stanie wypatroszyć cię jak jagnię na balu rzeźników. Daleko ci jeszcze
do bycia gotową do walki. Poczekaj tutaj - powtórzyłem z naciskiem.
Mruknęła coś pod nosem, kiedy odchodziłem. Krzyknąłem, żeby zwrócić
uwagę uciekającego srebroświętego. Zmrużył oczy wśród martwych drzew i walącego gęsto śniegu i podniósł rękę, jakby w odpowiedzi na mój okrzyk.
Wyjąłem szklaną fiolkę z bandoliera i cisnąłem nią w zbliżających się do
niego nieszczęśników. Srebrobomba wybuchła, ogłuszająca eksplozja ognia
i żrącego srebra rozproszyła tłum, podpaliła kilka niższych gałęzi. I chociaż żaden z potworów nie padł, to srebroświęty zyskał nieco
potrzebnej mu przestrzeni.
Przyglądałem mu się, gdy szedł chwiejnie w moją stronę. Krew płynęła ze
złamanej ręki, obryzgiwała mu buty. Zmienił się przez lata, jakie
upłynęły, odkąd widziałem go po raz ostatni. Teraz dobiegał
trzydziestki, był bardziej muskularny, ale wciąż szybki jak dawniej.
Dodał tuszu do swojej egidy, płonące srebrne róże wiły się po bokach
jego czaszki, jarzące się ciernie i kwiaty skręcały się na policzkach.
Na rannej ręce nie miał rękawiczki. Litery słowa WOLA srebrzyły się na
jego kostkach. Bladozielone oczy miał obwiedzione czernidłem, ale białka
nie zdradzały śladu czerwieni; wyglądało na to, że dał się zaskoczyć,
gdy nie miał sanctusu we krwi. Zerknąłem na jego talię i nie zauważyłem
tam ani pochwy, ani miecza.
Dał się rozbroić.
- Fatalna robota, młodokrwisty - szepnąłem. - Nie tego cię uczono.
Nieszczęśnicy rzucili się w pogoń, zabójczo cisi i zabójczo szybcy.
Kulejący srebroświęty przybliżył się jeszcze i w końcu mnie rozpoznał.
Szeroko otworzył uczernione oczy. Słysząc krzyk za plecami, obejrzałem
się i zobaczyłem, że Dior wyciąga miecz zza pasa. Pewnym i szybkim
ruchem cisnęła bronią ze srebrostali, która zakreśliła lśniący łuk w śnieżycy.
- Niech pan łapie, monsieur!
Srebroświęty złapał ostrze w zdrową rękę i z impetem obrócił się na
pięcie, żeby stawić czoło wrogowi. Nieszczęśnicy zbliżali się szybko,
pazurami żłobiąc rysy w zamarzniętej ziemi. Mój nowy towarzysz odrzucił
jasne włosy z oczu, rozerwał koszulę, odsłaniając ryczącego niedźwiedzia
Dyvoków wytatuowanego błyszczącym srebrem na piersi. Stając plecami do
siebie, unieśliśmy miecze, kiedy wampiry zalały nas falą.
Zabijałem te potwory od szesnastego roku życia. Po to się urodziłem i tak mnie wychowano. I chociaż zgroza walki z nieszczęśnikami z czasem
przygasła, to część mnie zawsze zastanawiała się, kim były przed
śmiercią stwory, które zabijałem. Wielki mężczyzna, szarżujący na mnie i wyciągający zgrubiałe dłonie - może kamieniarz. Padł, gdy jednym ciosem
ściąłem mu głowę. Zgniły chłopak w barwnym stroju minstrela; nie zostało
z niego dość, by wydał z siebie jakiś odgłos, kiedy ciąłem go przez
nogi. Młoda kobieta z obrączką na spuchniętym palcu; może gdzieś
opłakiwał ją mąż, może gdzieś tęskniły za nią dzieci, ale nikt nie
modlił się tu za nią, gdy ją zabiłem. Przez cały czas Pożeraczka
Popiołów śpiewała w mojej głowie.
Pewna staruszka p-p-piękny zajazd miała.
Gości dusiła, ze skóry obdzierała,
jak wołowinę mięso podawała,
w rosole na zębach flaczki przyrządzała,
mieliła kości, oczy p-peklowała,
podroby i resztki w cieście zapiekała.
Pewna staruszka p-p-piękny zajazd miała.
Wiej co sił w nogach, gdyby zapraszała.
Srebroświęty obok mnie poruszał się wolniej z powodu zmęczenia i ran,
ale mimo złamanej ręki i braku sanctusu w ciele jego siła była
miażdżąca. Jednym ciosem potrafił ściąć głowę z karku i odrąbać rękę od
torsu; ujawniała się cała nieczysta moc jego rodu.
Och, p-p-przystojniaczku! P-p-p-p-przypominamy sobie ciebie...!
- Bonjour, Lachlan - powiedziałem, unosząc ostrze.
Skrzywił się i odparł z lekkim osswayskim akcentem:
- Kopę lat, Gabrielu.
- Dobrze wyglądasz - przyznałem, obrzucając go spojrzeniem od
zakrwawionych stóp po głowę. - Mimo wszystko.
- Oczywiście. - Uniósł podbródek i zacisnął zęby. - W końcu ja to ja.
Oczy mu zabłysły. Ja wykrzywiłem usta w uśmieszku. Lachlan pierwszy nie
wytrzymał, ale ja wybuchnąłem śmiechem zaraz po nim. Uściskał mnie tak
zaciekle, że zwykłego człowieka mógłby zabić. Nawet ranny, jednoręki,
uniósł mnie jak piórko, a jego ryk poniósł się wśród martwego lasu.
- Gabriel de León!
- Ostrożnie, szczeniaku, bo mi, kurna, połamiesz żebra - jęknąłem.
- Chrzanić twoje żebra! Daj mi te słodkie usta, ty piękny stary łajdaku!
- Mam dopiero trzydzieści trzy lata, smarkaczu!
Ucałował mnie głośno w policzki, a potem prosto w usta. Śmiejąc się,
spróbowałem go odepchnąć, więc po kolejnym miażdżącym uścisku z ewidentną niechęcią odstawił mnie na ziemię i ścisnął mi ramię tak, że
aż mi zazgrzytały kości.
- Chwała Wszechmogącemu. Nie myślałem, że jeszcze kiedyś cię zobaczę,
mistrzu.
- "Mistrzu" - żachnąłem się. - Nie jesteś już nowicjuszem, młodokrwisty.
- Najwidoczniej trudno się pozbyć starych nawyków. Tak jak starych
bohaterów. - Przesunął wytatuowanymi kostkami po swoim krwawym uśmiechu
i obrzucił mnie spojrzeniem błyszczących oczu. - Prawdę mówiąc,
myślałem, że nie żyjesz, Gabe. Co, na Matkę-Dziewicę, robisz w tych
stronach?
- Gabe? - rozległ się cichy głos za moimi plecami.
Dior stała teraz blisko mnie. Spojrzenie jej bladoniebieskich oczu
przesunęło się z jatki na śniegu do wciąż ociekającego krwią miecza w potężnym uścisku Lachlana. Otarłem ręce o szynel i uścisnąłem ją
przelotnie.
- Fr?re Lachlanie á Craeg, poznaj monsieur Diora Lachance -
powiedziałem.
Wysoko na czarnej wieży Sul Adair Jean-François odchrząknął głośno.
Gabriel podniósł wzrok znad kielicha wina, poirytowany, że mu przerwano.
Historyk pracował nad jedną ze swoich zręcznych ilustracji, pięknym
wizerunkiem srebroświętego, jego siostry i Graala, ale unosił przy tym
pytająco brew.
- Co znowu, wampirze? - zapytał z westchnieniem Gabriel.
- Zastanawiam się, dlaczego podjąłeś grę Lachance w udawanie chłopca.
Ostatni Srebroświęty patrzył przez chwilę na historyka, zanim powoli
wzruszył ramionami.
- Chyba dlatego, że tego sobie życzyła. Przebieranie się za chłopaka
przez większość życia pomagało jej unikać kłopotów. Tak jak mi
powiedziała, rynsztok jebie chłopców w mniejszym stopniu niż dziewczęta.
Wiedziałem też, że nie będzie mogła wiecznie udawać: chociaż była chuda,
to jednak dorastała i widziałem, że coraz trudniej będzie ukryć prawdę.
Jednak dopóki takie było jej życzenie, nie zamierzałem się sprzeciwiać.
Po tym wszystkim, co widziała, co przeszła, chciałem, żeby poczuła się...
- znowu wzruszył ramionami - ...bezpiecznie.
- Hmm... - mruknął Jean-François, uśmiechając się leciutko. - To dość...
- Pobłażliwe? Dobrotliwe? Nadopiekuńcze?
- Wzruszające. - Jean-François odgarnął długi pukiel złotych włosów. -
Potrafisz być naprawdę czuły, kiedy tylko chcesz, de León. To mnie po
prostu zaskakuje, nic nadto.
- Odpieprz się, wampirze.
Historyk uśmiechał się, kiedy srebroświęty podjął swoją opowieść.
- Miło pana poznać, fr?re. - Dior skinęła Lachlanowi głową, mówiąc
spokojnie chłodnym tonem. Spojrzała mi w oczy. - Z tego, co słyszę,
jesteście starymi towarzyszami broni?
- Można tak to ująć - odpowiedziałem, mierzwiąc idiotyczną czuprynę
Lachlana. - Ten szczeniak ma wątpliwy zaszczyt bycia pierwszym i jedynym
uczniem Czarnego Lwa z Lorson.
- A ten stary pies nauczył mnie wszystkich swoich sztuczek. - Lachlan
zaśmiał się, odpychając moją rękę.
- Nie wszystkich, młodokrwisty. - Uniosłem ostrzegawczo palec. -
Zachowałem parę w zanadrzu, na wypadek gdybyś za bardzo wbił się w dumę.
Lachlan posłał Dior uśmiech, po którym zakonnica rozważyłaby rezygnację
z celibatu.
- Bożego dnia, monsieur Lachance. Każdy przyjaciel mistrza Gabriela... -
Zerknął na ostrze, które Dior mu rzuciła, ciemne i zlane krwią. - Ale
przyjaciel godny noszenia srebrostali? Niewielu w tym cesarstwie
zasłużyło na ten zaszczyt, chłopcze.
- Chętnie ją teraz odzyskam, jeśli nie ma pan nic przeciwko temu -
odparła Dior. - Zapracowałem na tę broń.
Dostrzegłem niepokój w jej oczach i pytanie w oczach Lachlana. Nie
dziwiłem się żadnemu z nich. Jakkolwiek patrzeć, Srebrny Zakon próbował
zamordować Dior, a Lachlana musiało zdziwić, że chłopak nosi nowiutki
miecz ze srebrostali i ekwipunek ewidentnie zabrany z San Michon.
- Idziecie z opactwa? - Spojrzał na mnie, krzywiąc się lekko. -
Założyłbym się, że doszłoby do rozlewu krwi między Gabrielem i człowiekiem, który wylał go z Ordo Argent. Widzę jednak, że opat
Szaroręki serdecznie was powitał?
Ogromnie uradowało mnie nasze nieoczekiwane spotkanie i natychmiast
wróciły wspomnienia, ale pytanie Lachlana przywróciło mnie brutalnie do
rzeczywistości i jedno spojrzenie na siedmiogwiazdę na jego szynelu
wypełniło moje wzbierające serce smutkiem. Przypomniałem sobie katedrę
San Michon i krwawą rzeź, jaką tam urządziłem przed milczącym ołtarzem.
Oczami wyobraźni widziałem swoje palce zaciskające się na gardle
Szarorękiego, krew mojego dawnego mentora gotującą się, kiedy wysyczałem
ostatnie słowa, jakie usłyszał na tym ziemskim padole.
"A kto ci, kurwa, powiedział, że jestem bohaterem?".
- Do diabła ze mną - odparłem. - Co ty tu porabiasz z rozwaloną ręką,
bez broni i ze stadem nieszczęśników obgryzającym ten twój beznadziejny
tyłek?
- Mam rewelacyjny tyłek. A zazdrość ci nie przystoi.
- Całe szczęście, że nie zapomniałeś spakować dowcipu, kiedy zostawiałeś
swój miecz.
Przykucnął z grymasem w zakrwawionym śniegu, żeby wziąć się w garść. Bez
wątpienia zdarzyło mu się zebrać gorsze cięgi w swoim życiu, ale
widziałem, że naprawdę solidnie oberwał. Odruchowo sięgnąłem po fajkę i sanctus.
- Byłem w Osswayu na rozkaz Szarorękiego. - Zerknął na południowy
zachód, jego przystojna twarz przybrała ponury wyraz. - Pomagałem
uchodźcom pokonać granicę.
- Czy to nie dziwne zadanie dla srebroświętego?
- Przeklęta sprawa, bracie. Wszystko się posrało w całym kraju w ostatnich kilku miesiącach. Jest gorzej niż kiedyś. - Skrzywił się,
dotykając krwawiącej ręki. Jego głos stał się ponury jak noc. -
Czarnosercy zajął Dún Maergenn.
- Na Siedmioro Męczenników, ja pierdolę. - Zdumiony zerknąłem na Dior. -
Natrafiliśmy po drodze na paru uchodźców, kilka miesięcy temu.
Powiedzieli nam, że Dyvokowie zmietli z powierzchni ziemi Dún Cuinn. A teraz mają też stolicę?
- Ano tak. Z tego, co słyszałem, wyrwali miastu sześć nowych odbytów.
Nałożyłem do fajki solidną dawkę sanctusu i podałem ją Lachlanowi.
Skinął głową w podzięce, oddychając głęboko, kiedy ja osłoniłem fajkę,
żeby zapalić ją krzesiwkiem.
- To nadal nie wyjaśnia, co tu robisz bez miecza, Lachie.
Na długą chwilę wstrzymał oddech. Pozwalał, żeby sakrament wypełnił go
całego; oczy zalał mu szkarłat, kiedy wreszcie wypuścił powietrze.
- Jakieś sześć tygodni temu otrzymałem wieści od opata - odpowiedział w końcu. - Wzywał z powrotem do opactwa wszystkich srebroświętych. Każdy
brat, bez względu na zadanie, miał pośpiesznie wrócić do San Michon.
Szedłem wzdłuż M?re na północ, kiedy zobaczyłem wczoraj dym.
Zmarszczyłem brwi.
- Dym?
- Właśnie. - Zaciągnął się ponownie szkarłatem. - Nad Ave-léne.
Spięta Dior zrobiła krok naprzód, podczas gdy mnie serce zamarło na dwa
uderzenia.
- Dlaczego nad Aveléne pojawił się dym? - zapytała Dior.
Lachlan wzruszył ramionami i splunął krwią na śnieg.
- Bo stało w ogniu, chłopcze.
- Słodka Matko-Dziewico - szepnąłem. - Co się, u diabła, stało?
- Nie dotarłem dość blisko, żeby się przekonać. - Lachlan dopalił fajkę
i teraz dygotał, kiedy sanctus pracował nad ranami. - Dwóch
szlachetnokrwistych zaatakowało mnie w ciemności. Przecięli mojego
sosya dosłownie na pół. Straciłem miecz i większość sprzętu. -
Poklepał się po pięciu pistoletach w bandolierze na piersi. -
Zafundowałem im kilka nowych dziur, żeby mieli nad czym pomyśleć, ale
było tam więcej nieszczęśników, niż ja miałem kul. Musiałem uciekać,
zanim zdołałem ich załatwić, jak należy. O ile jednak dobrze widziałem,
Aveléne znalazło się w rozpaczliwym położeniu. Twierdza na wzgórzu
została rozbita jak kawałek szkła.
Krew ścięła mi się mrozem, gdy Dior spojrzała mi w oczy.
- Aaron - szepnęła. - Baptiste...
Mój żołądek zamienił się w węzeł oleistego lodu, mróz ściął mi oddech i nie mogłem nabrać powierza. Wspiąłem się na małe wzniesienie i skierowałem lunetę na południe. Padał gęsty śnieg i nie byłem w stanie
dostrzec château Aveléne za zasłoną spróchniałych drzew, ale teraz,
kiedy Lachlan o tym wspomniał, mógłbym przysiąc, że wyczuwam na wietrze
słaby zapach...
- Dym.
Dior podeszła do mnie i odgarnęła z twarzy potargane wiatrem włosy. W jej spojrzeniu kryło się pytanie. Spojrzałem jej prosto w twarz i pokręciłem głową.
- Nie możemy.
- Ale Aaron. I Baptiste...
- Wiem.
- Jeszcze dziś rano byłeś gotowy ich odwiedzić! Już by było po mnie,
gdyby nie oni!
- Wiem! Ale teraz to zbyt niebezpieczne. - Zacisnąłem zęby z bólem
serca. Każde słowo, które wypowiedziałem, ważyło, kurwa, tonę. - Lepiej
być łajdakiem niż głupcem.
- Gabe, nie możemy tak po prostu ich zostawić...
- Nie możemy tak ryzykować! - warknąłem, zniżając głos do szeptu, żeby
Lachlan mnie nie usłyszał. - Nie możemy narażać ciebie. I tak już wiele
ryzykujemy. To wojna, Dior, a Aaron i Baptiste są żołnierzami. Uwierz
mi, zrozumieliby.
Zacisnęła usta, patrząc w dół rzeki.
- Ale ja nie jestem żołnierzem. I nie rozumiem!
Śnieg zachrzęścił pod jej butami, kiedy podbiegła do Lachlana i wyrwała
mu z ręki zakrwawiony miecz. Pomaszerowała do kucy i wskoczyła w siodło
Kobyły.
- Ty gdzie się, kurwa, wybierasz? - spytałem z westchnieniem.
- Do domu twojego taty! - warknęła. - Puknąć twoją mamę, kiedy on będzie
patrzył.
- Moja matka nie żyje. Podobnie jak mężczyzna, który regularnie ją
pukał. - Podszedłem i złapałem za cugle Kobyły. - A ty nigdzie nie
jedziesz.
Zacisnęła usta, płonąc z gniewu.
- Powiedziałeś, że sam mogę wybrać swoją drogę.
- To było, zanim zdecydowałeś się wsadzić łeb we własny tyłek.
- Och, jakie to zabawne. Zamierzasz mi pomóc czy tylko będziesz sobie
kpił?
- Myślę, że zostanę przy kpinie - warknąłem. - Fakt, że nie jestem
ekspertem od wampirów... Nie, kurwa, czekaj, właśnie, że jestem!... Ale ty
nie masz zielonego pojęcia o tym bezbożnym szambie, w które właśnie
chcesz się wpakować. Siła, jaką opisał Lachie? Przeciąć kuca na pół?
Zmiażdżyć zamek jak kredę? Siła, którą opisał, oznacza Dyvoków.
Nieposkromionych. Wszyscy oni są silni jak demony, zaprawieni w boju po
dwóch dziesięcioleciach rzezi podczas osswayskich kampanii. Jeśli nadal
są w Aveléne, to tej walki nie mamy szansy wygrać. Jeżeli już je
opuścili, to nie chcesz oglądać tego, co po sobie zostawili.
- Gabe ma rację, chłopcze - powiedział Lachlan, odgarniając zlepione
krwią włosy. - Zaufaj mi, niewielu na świecie lepiej ode mnie zna
okrucieństwo Nieposkromionych.
Zerknąłem na mojego ucznia. Nadal pamiętałem dzień, kiedy go znalazłem.
Był ledwie dzieckiem, szczerzył kły, warczał i walczył o życie na murach
Báih S?de.
Boże, pomyśleć tylko, gdzie zaczynał. I jakim człowiekiem się stał...
Dior odezwała się obok mnie; jej głos był cichy, ale ostry jak noże:
- Wiem, że to niebezpieczne, Gabe. Wiem, że nadłożymy drogi. Ale nie
możemy po prostu pojechać dalej, nie wiedząc, co stało się z Aaronem i Baptiste'em. Oni cię kochają. A ty kochasz ich. Umierasz wśród
przyjaciół, zapomniałeś?
Spojrzałem jej w oczy i nabrałem powietrza w płuca.
- Nie boję się tego, że ja tam umrę, Dior.
- Wiem. - Uśmiechnęła się. Oczy jej zabłysły, gdy uścisnęła mi dłoń. -
Ale musimy pozostać wierni tym, na których nam zależy. Musimy chociaż
spróbować. Bo inaczej na diabła robić to wszystko?
Zerknąłem na południe, rozdarty aż do kości. Mógłbym zmusić Dior do
odjechania. Mógłbym ją związać i przerzucić przez siodło, zabrać stąd
przemocą. Nigdy by mi tego nie wybaczyła. Mógłbym sam udać się do
château, ale za nic w świecie nie mogłem zostawić jej samej z Lachlanem po tym, jak moi towarzysze próbowali zamordować ją w San
Michon.
Westchnąłem ciężko i ze smutkiem. Lata rozłąki z moim uczniem stały się
teraz chwilami, zaś lata, kiedy razem walczyliśmy, znajdowały się tak
blisko, że prawie mogłem ich dotknąć. Nie zawsze się zgadzaliśmy, ale na
Boga, spotkać go ponownie... Dotarło do mnie, jak bardzo mi go brakowało.
Kucał w śniegu, srebrne róże wiły mu się na policzku, wbijał we mnie
twarde spojrzenie zielonych oczu. Nauczyłem go wszystkiego, co sam
umiałem; to był mój uczeń, przyjaciel, brat, z którym przebyłem oceany
krwi, i gdybyśmy udali się na południe, z pewnością przydałoby mi się
jego wsparcie. Ostatecznie jednak był lojalnym synem Ordo Argent, bo
tak go wychowałem. I dlatego teraz stanowił zagrożenie.
Dla Dior, a także dla mnie.
- Potrzebujesz kuca, żeby udać się na północ? - zapytałem.
- Zamierzasz jechać dalej? - Uniósł brew. - Wiem, że byłeś z nimi zżyty,
bracie, ale Srebrny Zakon uznał Aarona de Coste i Baptiste'a Sa-Ismaela
za zdrajców.
- Mnie także uznał za zdrajcę, Lachie.
- Możliwe. Ale ja cię znam, Gabe.
- Tak? Naprawdę?
"A kto ci, kurwa, powiedział, że jestem bohaterem?".
Pokręciłem głową, pomagając wstać staremu przyjacielowi.
- To okrutne spotkać się po tylu latach tylko po to, żeby tak szybko się
rozstać, ale... obawiam się, że to nasze adieu.
- Całkiem ci odwaliło. - Lachlan poruszył ramionami, krzywiąc się z bólu. - Obaj wiemy, że tylko z jednego powodu Nieposkromieni
zaatakowaliby taką fortecę jak Aveléne. Jeśli zamierzasz jednak wdać się
w bójkę z potomstwem Czarnosercego, to za nic nie puszczę cię tam
samego.
- Wydawało mi się, że opat wezwał cię do San Michon?
- Z całym szacunkiem dla Szarorękiego, kocham tego starego zrzędę, ale
może poczekać jeden zmierzch albo dwa. - Lachlan zacisnął wyleczoną już
rękę i czule ścisnął moje ramię. - Nie widziałem cię od dziesięciu lat,
bracie. Będzie tak jak za dawnych czasów. Czarny Lew z Lorson zawsze
mógł liczyć na miecz Lachlana á Craeg, chociaż... - Zerknął na Dior,
rzucając jej zuchwały uśmiech. - Możliwe, że będę musiał go pożyczyć.
Dior patrzyła na młodego srebroświętego niepewna i milcząca. Po
wszystkim, co wydarzyło się w opactwie, towarzystwo członka Srebrnego
Zakonu stanowiło nieopisane zagrożenie. Co więcej, chociaż nadal nigdzie
nie było jej widać, Celene na pewno prędzej czy później wróci i Bóg
jeden wie, co wtedy pomyśli sobie mój były uczeń.
Jednakże odrzucić pomoc Lachlana, kiedy z pewnością narażaliśmy się na
niebezpieczeństwo...
- Po co nosisz te wszystkie pistolety? - zapytała Dior, zerkając na pas
z bronią palną na jego piersi. - Jesteś aż tak gównianym strzelcem?
Lachlan zarechotał, nie dając się sprowokować.
- Jak mawiał mój dawny mistrz, nawet najlepszemu strzelcowi zdarza się
czasem kiepski dzień.
Uśmiechnąłem się i skinąłem dziewczynie głową.
- Lachie to pewna para rąk.
Westchnęła i rzuciła mu srebrostal.
- Tylko go oddaj, jak już będzie po wszystkim.
Lachlan złapał miecz wdzięcznym gestem i uchylił wyimaginowanego
kapelusza.
- Wróci do ciebie w jednym kawałku, obiecuję ci, chłopcze. O ile
ktokolwiek z nas pozostanie w jednym kawałku pod koniec tej wyprawy.
Wspiąłem się na grzbiet Miśka i skierowałem się na południe, w stronę
Aveléne. Jeśli moje podejrzenia się potwierdzą, to rzeczywiście tylko
stracimy czas, tak jak powiedziała Celene. Jednak, jak zawsze
powtarzałem i co przypominała mi Dior, umieram wśród przyjaciół. I chociaż nadkładaliśmy drogi, to porzucić ich, nawet się nie oglądając...
Zerknąłem na nią. Miała rację. I zarazem się myliła. Nie wiedziałem, co
innego zrobić, jeśli nie zaufać jedynej wierze, jaka mi jeszcze
pozostała.
- Przysięgam, że czasem wystarczasz, żeby mój tyłek dostał migreny -
mruknąłem.
Naciągnęła trójgraniasty kapelusz głębiej z powodu wiatru i uśmiechnęła
się znacząco.
- To ci się udało.
- Pracowałem nad tym tekstem, odkąd się poznaliśmy.
- Fakt, że ludzie mawiają, że z wiekiem mózg staje się powolniejszy.
- Możesz włożyć trochę więcej wysiłku w dowalanie mi?
- Oui. - Wzruszyła ramionami. - Tyle że teraz w ogóle się nie staram,
przemawia przeze mnie nieoszlifowany talent.
Zwiesiłem głowę, pocierając zarost, żeby ukryć uśmiech. Za nami Lachlan
dosiadł Samorodka. Zmrużył poczernione oczy, patrząc w martwy las przed
nami. Bóg jeden wiedział, jak krwawa okaże się droga przed nami, ale
prawdę mówiąc, było mi lżej na sercu, gdy towarzyszyli mi przyjaciele.
Przez chwilę czułem się jak za starych czasów.
Byłem głupcem, zapominając, jak czarne bywały tamte noce.
Rozdział VI. Zniszczenie
VI
Zniszczenie
Zwietrzyłem prawdę na długo przed tym, jak ją ujrzałem.
Pierwsze sugestie były delikatne jak płatki śniegu na mroźnym wietrze.
Popiół i węgiel drzewny. Wygasłe palenisko w zimowy poranek. Jednakże
kiedy podjechaliśmy z Dior i Lachlanem w dół M?re, zacząłem wyczuwać
także inne nuty na wietrze. Ostry posmak przypalonego metalu drapiący w głębi gardła. Smród palonych włosów spleciony ze zjełczałym odorem
palonego gówna i skóry. Pod tym wszystkim jak nóż wbity między żebra
unosił się mdlący aromat wygotowany tak, że poczerniał i łuszczył się na
wciąż rozgrzanym kamieniu. Całe moje ciało zareagowało dreszczem na ten
zapach, który zarazem mierził potwora we mnie i go rozpalał. Czułem pod
językiem, jak wyostrzają mi się zęby.
Wielki Odkupicielu...
Przysiągłem Astrid, w dniu, kiedy ją pochowałem, że nigdy nie napiję się
z drugiej istoty. Od Najgorszego Dnia minął ponad rok. Jednak z winy
siostry złamałem tę przysięgę i pragnienie we mnie aż się zagotowało,
gdy poczułem ten potworny zapach. Mogłem tylko wypić solidny haust
alkoholu, żeby go utopić. Zazgrzytałem zębami tak mocno, że aż
zaskrzypiały.
Pierwszy raz tak się poczułem...
- Co to za woń? - szepnęła Dior.
- Krew - odpowiedziałem, z trudem przełykając ślinę.
Lachlan skinął głową, zerkając na mnie.
- Krew i ogień.
Odsunąłem na bok myśli o pragnieniu i skupiłem umysł na
niebezpieczeństwie, na jakie się narażaliśmy, zbliżając się do tego
miejsca. Potwory, które zaatakowały Aveléne, mogły już dawno zniknąć,
ale równie dobrze mogły się znajdować na wyciągnięcie ręki, a wiedziałem, że potrzebna była armia Umarłych, żeby zniszczyć tak dobrze
broniony fort. Z każdym krokiem coraz bardziej się bałem - nie o siebie,
ale o Aarona i Baptiste'a, o ludzi, których strzegli, ale nade wszystko
o dziewczynę, która mi towarzyszyła. O Dior Lachance można było
powiedzieć wiele rzeczy: że to księżna kłamców, królowa złodziei,
potencjalna wybawczyni cesarstwa. Kiedy jednak patrzyłem na nią kątem
oka, przesuwając kciukiem po imieniu córki wypisanym na palcach,
zacząłem zdawać sobie sprawę, jak wiele naprawdę znaczy.
Nie dla cesarstwa, ale dla mnie.
- Gdzie, u diabła, podziewa się Celene? - szepnąłem.
Ostatni raz widziałem ją, zanim znaleźliśmy Lachlana. Chociaż potrafiła
zniknąć na wiele godzin, z pewnością powinna była już wrócić, a ja nadal
zastanawiałem się, jak wyjaśnić jej obecność w sposób, który mój były
uczeń mógłby zrozumieć. Lachie miał więcej powodów niż większość ludzi,
żeby nienawidzić zimnokrwistych, ale po tym, co wydarzyło się w opactwie, nie ośmieliłbym się wspomnieć o Graalu. Przynajmniej ciężar
Pożeraczki Popiołów w mojej ręce dodawał mi otuchy, piękna dama na
rękojeści jak zawsze się uśmiechała, a jej głos niósł się rwaną
srebrzystą piosenką w mojej głowie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Dramatis Personae
Dramatis Personae
Długie zimy nastały i przeminęły, odkąd spotkaliśmy się poprzednio,
drogi czytelniku. Upływ czasu dla nikogo nie jest łaskawy, pamięć to
kapryśna bestia, w życiu zaś dzieje się zbyt wiele, by spamiętać
wszystkie imiona i uczynki. Dlatego też twój historyk postanowił
przypomnieć ci głównych aktorów tego dramatu. Oto oni:
Gabriel de León - Ostatni Srebroświęty, Czarny Lew z Lorson i domniemany główny bohater tej opowieści. Urodził się na dziewięć lat
przed nastaniem bezdnia, kiedy to słońce zniknęło z nieba nad całym
cesarstwem elidaeńskim. Jego dzieciństwo było krótkie i okrutne. Jest
bladokrwistym - synem śmiertelnej matki i ojca-wampira, po którym
odziedziczył zarówno wielką moc, jak i wielkie pragnienie. Jako
piętnastoletni chłopak został zwerbowany do Srebrnego Zakonu San Michon
i stał się wielkim wojownikiem tego świętego bractwa, później jednak
okrył się hańbą i popadł w niełaskę.
Czas płynął. Od ekskomuniki minęło z górą dziesięć lat i Gabriel stał
się wrakiem człowieka, uzależnionym od przyjmowania sanctusu (narkotyku,
który pozwala mu powściągnąć nieustannie wzmagającą się żądzę krwi). I właśnie wtedy na swojej drodze do zemsty nasz upadły wzór cnót
wszelakich spotkał dziewczynę, która miała na zawsze odmienić jego
życie.
Dior Lachance - w wieku jedenastu lat osierocona przez
matkę-prostytutkę zaczęła ubierać się jak chłopak, żeby uniknąć kłopotów
czyhających w ciemnych zaułkach i rynsztokach, w których spędziła
młodość. Życie drobnej złodziejki przybrało niespodziewany obrót, gdy
odkryła, że jej krew leczy rany i wszelkie choroby. Została oskarżona o czary i skazana przez Świętą Inkwizycję na śmierć. Uratowała ją Chloe
Sauvage, siostra Srebrnego Zakonu i przyjaciółka Gabriela.
Dobra siostrzyczka wyjaśniła Dior, że moc jej krwi to nie żadne
czarodziejstwo, lecz błogosławieństwo wprost z nieba. Dior jest
potomkinią kobiety imieniem Esan, córki Odkupiciela, śmiertelnego syna
samego Boga. Dziś na jej barkach spoczęła misja zakończenia bezdnia i wypełnienia swojego przeznaczenia w roli Świętego Graala San Michon.
Celene Castia - siostra Gabriela, zamordowana w wieku lat piętnastu,
gdy Umarli zniszczyli ich rodzinną wioskę. Przez lata Gabriel żył ze
świadomością, że jego siostra spoczywa w grobie, ona jednak wróciła jako
wampirzyca o imieniu Liathe i zaczęła tropić Dior. Z początku rodzeństwo
stanęło po przeciwnych stronach barykady, później jednak Celene
uratowała Gabrielowi życie i pomogła mu uchronić Dior przed zdradą i ocalić ją od śmierci.
Celene jest znacznie bardziej przerażająca od przeciętnego wampira w jej
wieku. Pochodzi z Krwi Voss, ale jest obdarzona krwawymi darami rodu
Esani, tej samej tajemniczej rodziny, do której należał ojciec Gabriela.
Skrywa przed światem zarówno swoją twarz, jak i motywację. Z bratem... nie
dogaduje się najlepiej.
Astrid Rennier - siostra ze Srebrnego Zakonu, ukochana Gabriela i nieślubna córka Alexandre'a III, zesłana dyskretnie do klasztoru, kiedy
jej obecność stała się krępująca dla nowej żony cesarza. Po tym, jak jej
przyjaźń z Gabrielem rozkwitła w odwzajemnioną miłość, została
ekskomunikowana razem z nim, gdy wyszło na jaw, że jest w ciąży. Po
narodzinach córki i ślubie osiedli razem na południowych rubieżach
cesarstwa, by wieść cichy, spokojny, szczęśliwy żywot.
Szczęście nie trwało jednak długo.
Patience de León - córka Gabriela i Astrid. Kiedy przyszła na świat,
jej ojciec, dawny srebroświęty, wytatuował sobie jej imię srebrem na
knykciach, żeby nigdy nie zapomnieć, co jest naprawdę ważne. Była jego
radością i dumą, najjaśniejszą gwiazdą jego życia.
Zginęła wraz z matką, zamordowana przez Wiecznotrwałego Króla, Fabiéna
Vossa.
Nie wstydź się, dobry czytelniku. Ja też płakałem.
Pożeraczka Popiołów - zaczarowany miecz Gabriela, który
telepatycznie porozumiewa się ze swoim właścicielem. Zdarzają jej się
krótkie przebłyski przytomności umysłu, najczęściej jednak nie bardzo
wie, gdzie - a nawet kiedy - się znajduje. Zmieniła się na zawsze po
tym, jak jej ostrze zostało złamane na skórze Wiecznotrwałego Króla.
Sposób, w jaki Gabriel wszedł w jej posiadanie, pozostaje przedmiotem
licznych spekulacji pośród minstreli i truwerów.
Aaron de Coste - dawny srebroświęty z San Michon, syn baronowej i wampira z Krwi Ilon, obdarzony zdolnością manipulowania cudzymi
emocjami. Terminował w Srebrnym Zakonie wraz z Gabrielem, a ich
początkowa zaciekła rywalizacja z czasem przerodziła się w prawdziwą
przyjaźń. Odszedł z zakonu, gdy okrzyknięto go bluźniercą po tym, jak
odkryto jego związek z kowalem Baptiste'em Sa-Ismaelem.
Baptiste Sa-Ismael - dawny czarnoręki ze Srebrnego Zakonu. Wykuł Lwi
Pazur, pierwszy miecz Gabriela. Kiedy jego miłość do Aarona wyszła na
jaw, razem z nim porzucił zakon. Osiedlili się na południu, w odrestaurowanym własnymi środkami château Aveléne.
Wiele lat później odwiedził ich dawny przyjaciel, który tymczasem wziął
Dior Lachance pod swoje opiekuńcze skrzydła. Baptiste z Aaronem
udzielili Gabrielowi i Dior schronienia przed morderczymi zapędami
Dantona Vossa.
Opat Szaroręki - dawny mistrz Gabriela, wywodzący się z Krwi
Chastain. Wampiry tej Krwi potrafią przyjmować zwierzęcą postać i porozumiewać się ze zwierzętami. Usiłował zaszczepić młodemu Gabrielowi
poczucie obowiązku i przestrzegł go przed uleganiem stale obecnemu w jego krwi pragnieniu.
Po latach został mianowany opatem Srebrnego Zakonu i odegrał kluczową
rolę w misji Chloe Sauvage, mającej na celu odnalezienie Świętego
Graala.
Chloe Sauvage - siostra Ordo Argent, przyjaciółka Astrid i Gab-riela z dzieciństwa. Pomogła Gabrielowi pokrzyżować plany Fabiéna
Vossa, kiedy ten zamierzał najechać Nordlund. Po tym to wyczynie
cesarzowa pasowała szesnastoletniego Gabriela na rycerza.
Minęły lata i spotkali się ponownie: tym razem Chloe zwerbowała Gabriela
do pomocy w ochronie Dior Lachance. Zamierzała sprowadzić ją do opactwa
San Michon, by tam odprawić odszukany w bibliotece prastary rytuał,
który miał zakończyć bezdzień. Kiedy jednak Gabriel odkrył, że ceremonia
wymagałaby złożenia Dior w ofierze, wpadł w szał i w obronie niewinnej
dziewczyny zabił Szarorękiego, Chloe i pół tuzina innych srebroświętych.
Saoirse á Dúnnsair - członkini drużyny Graala złożonej z bohaterów
zwerbowanych przez Chloe do ochrony Dior. Wojowniczka z Pogórza
Osswayskiego, walczyła zaczarowanym toporem o nazwie Dobroć, a za
towarzyszkę miała pumę imieniem Phoebe. Obie zginęły w bitwie z Dantonem
Vossem w San Guillaume.
P?re Rafa - jeszcze jeden bohater z drużyny Graala, uczony z Bractwa
San Guillaume, przyjaciel Chloe Sauvage. Towarzyszył jej w poszukiwaniach Dior. Często sprzeczał się z Gabrielem o sprawy związane
z wiarą. On również zginął z ręki Dantona podczas masakry w San
Guillaume.
Bellamy Bouchette - truwer z Opus Grande, członek drużyny Graala.
Wraz z Gabrielem, Dior i pozostałymi przemierzał pustkowia południowego
Nordlundu, zawsze skory do śpiewu i gawędy.
I oui: jego też zamordował Danton.
Mistrz kuźni Argyle - naczelny kowal Srebrnego Zakonu. Stary
czarnoręki walczył u boku Gabriela, Aarona i Baptiste'a w bitwie pod
Bliźniakami, w której udało się powstrzymać najazd Wiecznotrwałego
Króla. Był obecny przy rytuale, w którym Dior miała zostać zgładzona,
ale uszedł cało z ataku Gabriela na katedrę w San Michon.
Talon - serafin Srebrnego Zakonu, człowiek okrutny i nieprzychylny
Gabrielowi. Uległ sangir?, czerwonemu pragnieniu - dziedzicznej
przypadłości, która prędzej czy później doprowadza wszystkich
bladokrwistych do obłędu. Został zabity przez Gabriela i Szarorękiego.
Fabién Voss - Wiecznotrwały Król, priori Krwi Voss i prawdopodobnie najstarszy istniejący Krewny. Jako pierwszy spośród
priori wykorzystał nieszczęśników (bezrozumną odmianę wampirów, której
liczebność ogromnie wzrosła podczas bezdnia) do walki: stworzył z nich
armię znaną jako Bezkresny Legion. Wysiłki Gabriela spowolniły postępy
Fabiéna, ale ostatecznie udało mu się podbić Nordlund, skąd ruszył
następnie na wschód i zajął większość elidaeńskiego kontynentu. W tej
inwazji niezwykle ważną rolę odegrało jego potomstwo, siedmioro Książąt
Wieczności. Dotknięty do żywego faktem, że Gabriel zabił najmłodszą z jego córek, Laure, po latach krwawo zemścił się na srebroświętym i jego
famille.
Danton Voss - Bestia z Vellene, najmłodszy syn Fabiéna. Ojciec
zlecił mu schwytanie Dior Lachance, chociaż tajemnicą pozostaje, po co
Święty Graal San Michon jest potrzebny Wiecznotrwałemu Królowi żywy. W San Guillaume zgładził większość drużyny Graala, po czym ruszył w pościg
za Gabrielem i Dior aż do Aveléne. Zginął z ręki Dior, która zadała mu
cios Pożeraczką Popiołów, uprzednio namaściwszy miecz własną świętą
krwią.
Laure Voss - Upiór w Czerwieni, najmłodsza córka Fabiéna. Prowadziła
w Nordlundzie rekonesans poprzedzający inwazję ojca, kiedy na swojej
drodze spotkała Gabriela, Aarona i Szarorękiego. Szarorękiemu oderwała
rękę, a Aarona oszpeciła na resztę życia, zanim Gabriel zdołał ją
podpalić. Wiedziona żądzą zemsty udała się do Lorson, jego rodzinnego
miasteczka. Spaliła je i wymordowała jego mieszkańców - wśród nich
młodszą siostrę Gabriela, Celene.
Zginęła z ręki Gabriela w bitwie pod Bliźniakami.
Valya d'Naél - siostra Świętej Inkwizycji. Wspólnie z siostrą-bliźniaczką Talyą ścigała oskarżoną o czary Dior po całym
cesarstwie. Ostatecznie złapały ją i Gabriela w Czerwonej Strażnicy i poddały oboje brutalnym torturom. Dior zdołała się uwolnić, zabić Talyę
i uratować Gabe'a przed dalszymi mękami.
Isabella Augustin - żona Alexandre'a III, cesarzowa Elidaenu. Była
patronką Ordo Argent, któremu przywróciła dawną świetność po
stuleciach nędznej wegetacji. Po bitwie pod Bliźniakami pasowała
Gabriela na rycerza. Pozostał jej prawą ręką przez wiele lat, zyskując
wielką sławę i chwałę.
Maximille de Augustin - król-wojownik, który przed z górą sześciuset
laty rozpoczął proces jednoczenia pięciu wojujących państw w wielkie
cesarstwo elidaeńskie. Zginął, zanim jego sen mógł się urzeczywistnić,
ale jego dynastia po dziś dzień sprawuje władzę w cesarstwie. W uznaniu
doczesnych zasług Kościół Jednej Wiary mianował go swoim siódmym Świętym
Męczennikiem.
Michon - Pierwsza Męczenniczka, prosta łowczyni, która została
uczennicą Odkupiciela, a po zgładzeniu go na kole poniosła jego świętą
wojnę w świat. Mało kto wie, że była również jego kochanką i że z ich
związku narodziła się córka imieniem Esan, które to imię w języku
starotalhoskim znaczy "wiara".
Esan - córka Michon i Odkupiciela. Cztery stulecia temu jej
potomkowie wzniecili bunt przeciw dynastii Augustinów. Powstanie, które
później nazwano herezją aavsencką, zostało stłumione przez świętych
rycerzy Jednej Wiary. Większość buntowników zginęła. Dior Lachance jest
ostatnią przedstawicielką tego rodu.
A teraz, mes amis, zaczynamy.
Zachód słońca
Zachód słońca
I
Martwy chłopiec otworzył oczy.
Wszystko było nieruchome i ciche, on również, może nawet on najbardziej.
Był jak posąg, poruszały się tylko jego rozwierające się źrenice i miękko rozchylające się bezkrwawe wargi. Powrót do świata jawy nie
wiązał się z przyśpieszeniem oddechu ani pogłębieniem bicia serca pod
porcelanową skórą. Leżał w ciemnościach, anielski i obnażony, wpatrywał
się w wysłużony baldachim nad głową i zastanawiał się, co go obudziło.
Z pewnością nie był to zmierzch. Dzienna gwiazda jeszcze widniała nad
horyzontem, zaledwie w części pochłonięta przez ciemność. Śmiertelnicy
dzielący z nim jego ogromne łoże z kolumienkami leżeli nieruchomo jak
trupy - gdyby nie liczyć lekkiego jak piórko muśnięcia przerzuconej
przez jego brzuch ręki pięknisia i płynnego rytmu oddechu dziewczyny na
jego piersi. Wśród tej obfitości nie mogło być mowy o głodzie, a pomiędzy takimi dojrzałymi pięknościami nie groził mu także chłód. Co
więc wyrwało go z drzemki?
Nie śnił za dnia, tym z Krwi nigdy się to nie przydarzało. Zdał sobie
jednak sprawę, że sen nie przyniósł mu ulgi, a kruche światło dnia
wytchnienia. Wynurzywszy się na dobre z bezdennej jak sama śmierć
otchłani, Jean-François zrozumiał.
Obudził go ból.
Wróciły wspomnienia. Podniósł dłoń do gardła. Obrazy tańczyły mu w głowie jak muchy krążące nad truchłem. Palce jak z żelaza zagłębiające
się w popioły jego szyi. Obnażone w grymasie kły splamione winem.
Przepełnione nienawiścią burzowoszare oczy.
Z impetem uderzył o ścianę, jego skóra wrzała kłębami czerwonego dymu.
"Zapowiedziałem ci, że będziesz wrzeszczał, jebana pijawko".
Znalazł się o krok od swojego końca - i wiedział o tym. Gdyby nie Meline
i jej srebrostalowy sztylet...
Wyobraź to sobie.
Po wszystkim, co widziałeś i zrobiłeś.
Wyobraź sobie, że umierasz tutaj, w tej brudnej celi.
W ciemnościach musnął miejsce, w które zranił go Gabriel de León.
Wyobraził sobie te bezlitosne szare oczy spowite czerwonym dymem i odruchowo zacisnął zęby. Przez moment - przez jedno tchnienie
śmiertelnika - doświadczył uczucia, o którym myślał, że bezpowrotnie
pokrył je kurz minionych dziesięcioleci.
"Nikt nie boi się śmieci bardziej niż stwory, które żyją wiecznie".
Dziewczyna obok zareagowała na jego ruch, ale tylko westchnęła i znów
zapadła w sen. Śliczny był z niej kwiatuszek: S?dhaemka o oliwkowej
skórze i ciemnych lokach. Trochę może chuderlawa, ale w ostatnie noce o każdym można to było powiedzieć. Niewiele młodsza od Jeana-François,
kiedy otrzymał Dar. Skórę miała jednak ciepłą, dotyk arcyzmyślny, a ilekroć na niego patrzyła, w jej intensywnie zielonych oczach wzbierał
głód osobliwie niepasujący do fizjonomii pierwszej naiwnej.
Od blisko czterech miesięcy służyła w jego stajni, rozpustna i chętna.
Przez moment żałował, że nie pamięta jej imienia.
Błąkał się wzrokiem po obietnicy jej nagiego ciała; pięknej linii
tętnicy po wewnętrznej stronie uda; smakowitych żyłkach na przegubach
dłoni i wyżej, wyżej, aż do ostro zarysowanej żuchwy. Śledził delikatne
drżenie pulsu pod skórą, hipnotyzujące, sennie miękkie. Obudziło się w nim pragnienie - znienawidzony kochanek i zarazem ukochany wróg. Oczami
wyobraźni znów ujrzał Gabriela de León. Twarz srebroświętego zawisła w powietrzu dosłownie kilka cali od niego.
Palce zatonęły głębiej w ciele.
Tak blisko, że mógłby pocałować go w usta.
"Wrzeszcz dla mnie, pijawko".
Dźwignął się na łokciu. Złote loki osypały mu się na policzki. Z tyłu
młody kochaś wydał westchnienie sprzeciwu, wodząc dłonią po zimnej
pościeli. Był prawdziwą nordlundzką pięknością: kruczoczarne włosy,
śmietankowa skóra... Wyglądał na niecałe dwadzieścia lat. Siostrzenica
krwi Jeana-François, wicehrabina Nicolette, sprezentowała mu go kilka
tygodni temu, by tym przekupstwem skłonić go do szepnięcia życzliwego
słówka do ucha cesarzowej. Mimo że nie cierpiał Nicolette jak trucizny,
prezent przyjął. Kochaś był kształtny jak koń pełnej krwi. Skórę na
nadgarstkach, szyi i w okolicach intymnych miał delikatnie poznaczoną
śladami ostrych jak igły zębów.
Jak on miał na imię? Jakoś na "D"...
Jean-François powiódł marmurowymi palcami po skórze dziewczyny. Jego
dotyk był łagodny jak pierwsze tchnienie wiosny. Zafascynowany zmrużył
czekoladowe oczy, śledząc reakcję jej ciała, charakterystyczną gęsią
skórkę, gdy ostry jak brzytwa paznokieć prześliznął się po śladach
ukąszenia na szyi. Nachylił się i szybko przesunął językiem po
twardniejącym wzgórku sutka. Oddech dziewczyny przyśpieszył, wzdrygnęła
się i na dobre obudziła. Ciepło krwi, którą wysączył z niej, zanim
wszyscy osunęli się w mroki snu, przybladło i jego wargi musiały być w tej chwili zimne jak lód. Mimo to dziewczyna aż jęknęła, gdy zaczął ssać
i mocno - choć zarazem nie dość mocno - zacisnął zęby. Rozchyliła uda i ośmieliła się wpleść palce w jego złote włosy.
- Mój panie... - wyszeptała.
Piękniś też już się ocknął, podniecony westchnieniami dziewczyny.
Obsypał pocałunkami nagie ramiona markiza, leniwy jak topiący się wosk
świecy. Dłonią sięgnął w okolice bioder zimnokrwistego, prześliznął się
po jasnych mięśniach brzucha i zjechał niżej. Wampir pozwolił mu się
dotykać, głaskać, pieścić. Siłą woli skierował swoją krew w dół i kochaś
aż jęknął, gdy stwardniał i zaciążył mu w dłoni jak kawał żelaza.
- Mój panie - sapnął.
Dziewczyna całowała go delikatnie po szyi, z wolna przybliżając się do
ran zadanych przez de Leóna. Jean-François złapał ją garścią za włosy i odciągnął jej głowę wstecz. Zaparło jej dech w piersi, serce dudniło jej
teraz jak bęben wojenny. Pocałował ją, mocno, rozciął kłami wargę
dziewczyny i uronił kilka kropli krwi na ich tańczące języki.
Nagle pragnienie wezbrało w nim jak fala i przez moment niewiele
brakowało, a straciłby nad nim panowanie. Ponieważ jednak polowanie
sprawiało mu nie mniejszą przyjemność od zabicia ofiary, przerwał ten
krwawy pocałunek i naprowadził dziewczynę na twardego jak kamień
młodzieńca.
W lot pojęła, o co mu chodzi. Rozchyliła wargi, a Nordlundczyk uklęknął
jej na spotkanie i jęknął, gdy wzięła go do ust. Puls zatętnił mocniej
pod jego gładką, ciepłą skórą. Przez chwilę markiz patrzył na kołyszącą
się rytmicznie parę, podziwiał grę światła i cienia na ich ciałach.
Charakterystyczny zapach podpowiadał Jeanowi-François, że dziewczyna
jest mokra i ciepła jak letni deszcz; kiedy leciuteńko musnął jej srom,
zadrżała na całym ciele, aż po czubki podkulonych palców u nóg, i naparła na jego dłoń, dopraszając się o więcej.
- Jeszcze nie, najdroższa - wyszeptał. - Jeszcze nie - powtórzył, kiedy
z jej gardła wyrwał się jęk protestu.
Leniwie wstał i przyklęknął na łóżku za plecami dyszącego ciężko
kochasia. Odgarnął opadające mu na szyję długie czarne włosy.
Nordlundczyk zadygotał, czując bliskość drapieżnika i muśnięcie jego
pazurów na skórze. Dłonie markiza przesunęły się po cudownych
wybrzuszeniach i zagłębieniach mięśni, by na koniec objąć gorący,
rozpalony członek. Ponad rozedrganym płaskim brzuchem młodzieńca
spojrzał w oczy dziewczyny i nieznoszącym sprzeciwu półgłosem wydał
polecenie:
- Dokończ go.
Jęknęła w odpowiedzi, nie odrywając od niego wzroku: kapłanka bez reszty
oddana bóstwu. Kochaś, trzęsąc się, złapał ją za włosy. W tej samej
chwili kły wampira drasnęły jego skórę. Jean-François cały czas czuł
zaciskające się na szyi palce srebroświętego.
- Wrzeszcz dla mnie - wyszeptał.
Młodzieniec posłuchał, wplótłszy drugą dłoń w jego włosy. Dziewczyna
wchłonęła go głęboko, jeszcze głębiej, a gdy Jean-François poczuł
pulsujący żar, wzbierający w podbrzuszu chłopaka i wybiegający jej na
spotkanie, ugryzł, przebił stawiającą chwilowy, upojny opór skórę i wyzwolił strugę tętniącego rozkoszą życia.
Wszystko zniknęło: drżące ciało w jego ramionach, żarliwy krzyk odbity
echem od ścian. Była tylko krew rozpalona każdą drobinką namiętności
pięknisia, eliksir złączonych życia i żądzy, który uniósł markiza
wysoko, wysoko, pod bezkresne niebo.
Teraz naprawdę żył.
Pił nie mniej łapczywie od dziewczyny, nie chciał niczego innego, tylko
właśnie tego, wszystkiego, więcej i więcej. Dawniej, w tamte noce przed
zgaśnięciem dziennej gwiazdy, niczym innym by się nie zadowolił, ale
dzisiaj owce stały się rzadkością, ich żywoty były zbyt cenne, żeby je
marnować. Dlatego rozorał sobie kciuk paznokciem drugiej dłoni i podsunął go do ust młodzieńca, któremu na moment zaparło dech w piersi.
Zaraz jednak złapał kciuk w usta i z jedną dłonią wciąż zaplątaną w loki
dziewczyny zaczął zachłannie ssać, nie przestając przy tym poruszać
biodrami w przód i w tył w idealnym zespoleniu, brał i dawał
jednocześnie, a cały świat wokół nich tonął w...
- Panie?
Głos dobiegł zza drzwi sypialni, zaraz potem rozległo się dziarskie
pukanie. Zapach perfum przebił się przez niebiański aromat krwi.
- Meline... - Westchnął z ustami ociekającymi krwią. - Wejdź.
Drzwi się otworzyły. Zza progu dobiegł szczęk metalu, chrobotanie o kamień, szepty służących w pokojach na innych piętrach. Château
budziło się ze snu. Woń krwi w tuzinie ledwie uchwytnych odcieni
rozeszła się w powietrzu, gdy ochmistrzyni wkroczyła do pokoju.
Była ubrana w gorset na fiszbinach i olśniewającą suknię z czarnego
adamaszku, nieco tylko znoszoną. Jej szyję opinał koronkowy kanak.
Długie rude włosy zaplotła w warkoczyki, których pół tuzina opadało jej
artystycznie na twarz i przesłaniało oczy na podobieństwo cienkich
łańcuszków. Wyglądała na damę po trzydziestce, chociaż w rzeczywistości
dobiegała pięćdziesiątki: cotygodniowa dawka krwi spijanej z żył markiza
powstrzymywała nieustępliwy napór czasu. Stanęła w obramowaniu drzwi,
wysoka i dostojna, i lodowatym spojrzeniem obrzuciła przerwaną ucztę.
Młodzian leżał na plecach, pobladły, ale wciąż twardy jak stal. Na widok
Meline dziewczyna sposępniała, spuściła wzrok i podciągnęła
prześcieradło pod brodę, żeby zakryć swoją nagość.
- O co chodzi, Meline?
Dygnęła.
- Cesarzowa chce cię widzieć, panie.
Narzucił szlafrok. Delikatny jasny materiał zaczynał się pomału strzępić
na brzegach: w krainie, w której nic nie rosło, brakowało jedwabiu.
Historyk musnął palcami chymijną kulę, która rozświetliła się i rozjaśniła przepyszną komnatę. Pod ścianami ciągnęły się dębowe regały,
których półki uginały się pod ciężarem fascynujących go opowieści.
Biurko zaściełały całkiem udatne szkice zwierząt, architektury i nagich
ciał, wśród których leżały kawałki węgla rysowniczego. Wrzucił do
szklanego terrarium garść okruchów chleba ziemniaczanego i z uśmiechem
na ustach patrzył, jak pięć czarnych myszy - jego chowańców - wynurza
się z małego drewnianego château. Rzuciły się na posiłek. Claudia jak
zwykle kłapała ząbkami na Davide'a, a Marcel piskliwie nawoływał ich do
opamiętania.
Jean-François przeniósł wzrok na Meline.
- Jeśli się nie mylę, jesteśmy umówieni na spotkanie w pri?di, czyż
nie?
- Proszę o wybaczenie, panie, ale Jej Wysokość życzy sobie widzieć cię
bezzwłocznie.
Zamrugał zaskoczony. Wszystkie jego zmysły się wyostrzyły. Meline
zastygła w dygnięciu - doskonale wyćwiczonym, idealnie nieruchomym - on
jednak wychwycił fałszywy ton w jej głosie, osobliwe napięcie ramion...
Podszedł do niej z szelestem jedwabiu i dotknął jej policzka.
- Mów, najdroższa.
- Przybył posłaniec od pani Kestrel, mój panie.
- Żelazna Dziewica przyjęła zaproszenie Jej Wysokości - uświadomił sobie
Jean-François.
Meline skinęła głową.
- Pan Kariim również - dodała. - Dziś rano przybył herold z wiadomością,
że Pająk zamierza wziąć udział w zwołanym przez cesarzową Zjeździe.
- Priori Krwi Voss i Ilon? - sapnął z niedowierzaniem historyk. -
Przybędą tutaj? - Odwrócił się do łóżka. - Wynocha - rozkazał.
Dziewczyna natychmiast usiadła, ewidentnie przestraszona. Naciągając
koszulę nocną, jednocześnie pomogła wstać pięknisiowi, zarzuciwszy sobie
jego rękę na ramiona. Unikając chłodnego spojrzenia Meline (bystra
dziewczynka), poprowadziła swojego towarzysza ze stajni do wyjścia.
Przechodząc obok Jeana-François, Nordlundczyk uniósł wzrok: jego oczy
wciąż pałały szaleństwem Pocałunku.
- Kocham cię - wyszeptał.
Jean-François przytknął długi paznokieć do lepkich warg kochanka i spojrzał znacząco na dziewczynę, która nie potrzebowała dalszych
ostrzeżeń. W okamgnieniu wymknęli się za drzwi.
Meline odprowadziła ich niechętnym spojrzeniem.
- Nie przepadasz za nimi - mruknął wampir.
Spuściła wzrok.
- Wybacz, panie. Nie są ciebie godni.
- Ach, ukochana... - Musnął policzek Meline, ujął ją pod brodę i uniósł
jej głowę, żeby znów spojrzała mu w oczy. - Moja droga, nie do twarzy ci
z zazdrością. Oni są jak wino przed ucztą. Wiesz przecież, że tylko
tobie jednej ufam; że tylko ciebie naprawdę uwielbiam.
Ośmieliła się wtulić policzek w jego dłoń i obsypać pocałunkami knykcie.
- Oui - wyszeptała w odpowiedzi.
- Jesteś krwią w moich żyłach, Meline. A jeśli czegokolwiek się lękam,
moja gołąbeczko najdroższa, to tylko wizji wieczności bez ciebie u mego
boku. Wiesz o tym, prawda?
- Oui - szepnęła ponownie, bliska płaczu.
Uśmiechnął się i przesunął palcem w dół jej policzka. Patrzył, jak jej
tętno przyśpiesza, a pierś unosi się i opada gwałtowniej, gdy dotknął
kanaka. Zahaczył paznokciem od dołu o podbródek; niewiele brakowało, a przeciąłby skórę.
- A teraz mnie ubierz - polecił.
Zadygotała.
- Wedle życzenia, panie.
II
Truwer Dannael á Riagán powiedział kiedyś, że człowiek, który
potrzebowałby dowodu, że piękno może zrodzić się z potworności, powinien
zobaczyć Sul Adair.
Wybudowane w skutym lodem sercu gór Muath na wschodzie S?dhaemu warowne
miasto było świadectwem zarówno pomysłowości, jak i okrucieństwa
śmiertelników. Powiadano, że Eskander IV, ostatni szan S?dhaemu,
wybudował je kosztem dziesięciu tysięcy niewolniczych żywotów. Ciemny
żelazokamień, od którego château wzięło swoją nazwę (w miejscowej
mowie Sul Adair znaczyło "Czarna Wieża"), wydobywano w kamieniołomie
odległym o blisko tysiąc mil, a szlak, którym transportowano go na plac
budowy, zasłynął od tamtej pory jako Ne'seit Dha Saath: Droga
Bezimiennych Grobów.
Sul Adair wyrosło na przełęczy Jastrzębiej Wieży, skąd mogło chronić
kopalnie złotoszkła w Lashaame i Raa oraz miasto portowe Asheve. Blask
tych skarbów z czasem przygasł, ale Sul Adair trwało nienaruszone zębem
czasu i dłonią przeznaczenia. I właśnie wśród tych lodowych szczytów
cesarzowa Margot Chastain postanowiła ulokować swój tron.
Jean-François przemierzał długie korytarze, jego kroki odbijały się
echem od wysokich sklepień. Meline wystroiła go naprawdę odświętnie:
surdut z białego aksamitu, peleryna z jasnych piór jastrzębia. Na jego
piersi widniały wyhaftowane dwa księżyce i wilki Krwi Chastain. Długie
włosy, które tak zachwycały cesarzową, spływały mu na ramiona niczym
płynne złoto. Za nim - w odległości trzech kroków, jak przystało na
niewolną - szła Meline, o której obecności przypominał cichy szmer
adamaszkowej sukni.
Krzątający się po mrocznych wnętrzach służący klękali na jego widok.
Chowańce - koty, szczury, kruki - schodziły mu z drogi. Napotykał też
innych Krewnych: mediae i nieopierzeńcy Krwawego Dworu Margot kłaniali
mu się i dygali, kiedy przechodził. On jednak rzadko zaszczycał ich
spojrzeniem, wolał patrzeć na ściany i strzeliste sklepienia, wysokie
jak konary dźwigające niebiosa.
Wnętrza château zostały ozdobione niezrównanymi, zapierającymi dech w piersiach freskami. Wielki mistrz Javion Sa-Judhail mozolił się nad nimi
przez trzydzieści lat. Podobno nie oderwał się od pracy nawet na wieść o przyjściu na świat pierworodnego syna. Kiedy s?dhaemski wódz Khusru,
zwany Lisem, rozpoczął swoją niefortunną kampanię zmierzającą do
wydarcia miasta spod władzy Augustinów, Javion malował bez przerwy, nie
bacząc na toczące się na murach starcia wojsk cesarza i niedoszłego
szana. A gdy jego ukochana żona Dalia rzuciła się z najwyższej wieży Sul
Adair, żeby w ten sposób zaprotestować przeciw jego zobojętnieniu, nie
znalazł czasu, by wziąć udział w jej pogrzebie.
Jean-François podziwiał jego pasję, ale jeszcze wyżej cenił jego dzieła,
piękno, które trwało długo po tym, jak jego twórcę zjadły robaki.
Mury pięciu wspaniałych kondygnacji château Javion pomalował jak
kolejne stopnie na drodze do wniebowstąpienia. Parter poświęcił
królestwu natury i człowiekowi jako ukochanemu dziecku Boga. Pierwsze
piętro przyozdobił ilustracjami z przypowieści o świętych, na drugim
złożył hołd Siedmiorgu Męczennikom. Wyżej, na ścianach czwartej
kondygnacji, anioły z niebiańskich zastępów - Eloise, Mahné, Raphael,
nawet stary, kochany Gabriel - rozpościerały białe jak u gołębicy
skrzydła.
Dziś Jean-François szedł jeszcze dalej, jeszcze wyżej. Z tyłu słyszał
cichy oddech Meline, gdy w końcu znaleźli się na ostatnim, najwyższym
poziomie château. Przed nimi ciągnął się wspaniały hol, którego ciemną
kamienną posadzkę przyrzucono czerwonym jak krew dywanem. Z belek
stropowych zwieszały się przecudne żyrandole przywodzące na myśl wielkie
pajęczyny ze złotoszkła, gęsto obwieszone cieniami gnieżdżących się na
nich nietoperzy. Ściany, na których Javion Sa-Judhail namalował
rozciągnięty na dekady hołd dla Boga Wszechmogącego, władcy niebios,
były ciemne i gładkie. Dzieło mistrza zostało zeszlifowane piaskiem do
gołego kamienia i zastąpione dziesiątkami obrazów w złotych ramach:
portretami jednej i tej samej osoby, powtarzającymi się bez końca w różnych wersjach.
Przeszedłszy wzdłuż rzędu odzianych w stal niewolnych żołnierzy,
Jean-François dotarł w końcu do wysokich drzwi prywatnych komnat
władczyni. Tam przystanął i zapatrzył się na portret zawieszony nad
wejściem.
Portret tej, która unicestwiła niebo i przejęła od niego władzę nad
ziemią.
- Wejść - zabrzmiał rozkaz.
Niewolni otworzyli masywne wrota, za którymi znajdowała się kolejna
wspaniała komnata. Meline wystąpiła naprzód.
- Markiz Jean-François z Krwi Chastain - zaczęła dźwięcznym głosem -
nadworny historyk Jej Wysokości Margot Chastain, Pierwszej i Ostatniej
Tego Imienia, Bezśmiertnej Cesarzowej Wilków i Ludzi.
Wytyczona grubym czerwonym bieżnikiem ścieżka prowadziła w mrok pomiędzy
wysokimi jak drzewa kolumnami. Z komnaty wionęło chłodem, który
błyskawicznie rozproszył wspomnienie o ciepłym od krwi i namiętności
łożu. Markiz sam wszedł za próg i z dłońmi splecionymi jak u skruszonego
pokutnika ruszył po dywanie przy akompaniamencie pogodnej pieśni
niewidocznego w półmroku kastrata. Z każdym kolejnym krokiem chłód
mocniej napierał na jego skórę. Towarzyszyło mu przemożne wrażenie
bliskości jakiejś niewiarygodnej, mrocznej mocy.
Z przodu dobiegł stłumiony ostrzegawczy pomruk. Markiz stanął jak wryty
i zgiął się w ukłonie tak głębokim, że ślicznymi złotymi puklami zamiótł
podłogę.
- Cesarzowo. Życzyłaś sobie mnie widzieć.
- W rzeczy samej. - Głos był dźwięczny i głęboki, jakby dochodził spod
ziemi.
- Słowo Waszej Wysokości jest dla mnie słowem bożym.
- Spójrz zatem na mnie, markizie. Patrz i módl się.
Jean-François podniósł wzrok. Dywan był rzeką krwi spływającą ze
wspaniałego tronu. Na podwyższeniu wokół niego wylegiwały się cztery
wilki, czarne i dzikie. Z boku klęczał paź w liberii Chastainów i w zwróconych ku górze dłoniach trzymał oprawioną w skórę księgę niewiele
mniejszą niż on sam. Za tronem zaś wisiał wysoki na dwadzieścia stóp
kolejny portret priori Krwi Chastain, seniorki rodu Pasterzy, budzącej
grozę władczyni całego swojego rodzaju.
Cesarzowa Margot.
Nie był to najlepszy obraz pędzla Jeana-François, który osobiście
namalował wszystkie znajdujące się w twierdzy portrety, ale cesarzowa
szczególnie go sobie upodobała. Przedstawiał ją siedzącą na złotym
półksiężycu, odzianą w przepiękną suknię w kolorze czarnego onyksu. U jej stóp leżały dwa wilki, dwa księżyce zdobiły jej niebo. Miała ciało
dziewczyny, lecz zarazem posturę bogini o skórze białej jak wyprażone
słońcem kości jej wrogów. Portret - skopiowany w ogromnej liczbie
egzemplarzy - został rozesłany do wszystkich księstw Krwi w S?dhaemie
jako przypomnienie, komu złożyły wieczysty hołd lenny. A ponieważ
cesarzowa była z natury samotniczką, większości poddanych nie będzie
dane poznać innej jej wersji.
Poniżej portretu siedziała cesarzowa Margot we własnej osobie.
Przynajmniej taka wersja, jaką znał Jean-François.
Daleko jej było do nadzwyczajnej postaci, jaką przedstawił na płótnie.
Drobnej budowy, wręcz niska, jak mógłby zauważyć ktoś nierozsądny, nie
była ani piersiastą hożą dziewoją, ani perfekcyjną blond pięknością.
Kiedy przeszła Przemianę, nie była młódką, lecz kobietą w średnim wieku
i - choć wyrzeźbiona teraz z białego marmuru i czarnego majestatu - nie
wyzbyła się śladów znojnego życia śmiertelniczki i niełaskawego upływu
czasu, na zawsze utrwalonych w historii jej ciała.
Jednakże artysta, jakim był markiz, w tym właśnie odnajdywał jej urodę -
a także drogę do jej łask. Żadne bowiem zwierciadło, żadna szyba ani
rozświetlona księżycowym blaskiem sadzawka nie mogły pokazać wampirowi
jego odbicia. Zliczenie zaś lat, które upłynęły, odkąd ostatni raz
cesarzowa oglądała swoje oblicze inaczej niż na pochlebnych portretach
pędzla Jeana-François, graniczyło z niemożliwością.
Margot była tak stara, że zapomniała, jak wygląda.
Cesarzowa Wilków i Ludzi wbiła w Jeana-François spojrzenie oczu czarnych
jak niebo. Jej cień kładł się przed nią, pieszcząc jego cień, i choć
powietrza w komnacie nie poruszał nawet najlżejszy przeciąg, włosy
markiza zafalowały lekko jak trącone wiatrem. Pazurzasta dłoń pogładziła
najbliższego z wilków, starą samicę imieniem Złośliwa.
- Dobrze się czujesz, markizie? - Głos cesarzowej dobiegał jakby ze
wszystkich stron jednocześnie.
- Wyśmienicie, Wasza Wysokość. Merci.
Usta cesarzowej wykrzywiły się leciutko. Inny z wilków, smukły i piękny
Dzielny, warknął, gdy przemówiła po raz kolejny:
- Podejdź, moje dziecko.
Jean-François wszedł na podwyższenie i klęknął u stóp cesarzowej. Tron
stał wprawdzie wyżej, ale siedząca na nim władczyni ledwie przewyższała
swojego historyka - a mimo to w jej obecności wydawał się karłem. Cienie
się wydłużyły. Kiedy Margot wyciągnęła rękę, miało się wrażenie, że jej
dłoń nie tyle poruszyła się, ile w ułamku sekundy przeniosła się z jej
kolan na policzek Jeana-François.
Poczuł mrowienie w brzuchu. Cesarzowa ujęła go pod brodę i lekko uniosła
jego głowę, by mógł na nią spojrzeć. Minęło pięćdziesiąt lat, a on wciąż
pamiętał jej morderczą namiętność z tamtej nocy, kiedy go zabiła.
Mroczną radość w jej oczach, gdy powstał z zakrwawionej podłogi w swojej
pracowni, przerażony, zdjęty zgrozą i jednocześnie zdumiony, że zamiast
go unicestwić, obdarzyła go nowym życiem, o jakim nie śmiał nawet
marzyć.
- Wciąż rannyś.
"Wrzeszcz dla mnie...".
- To błahostka, Wasza Wysokość.
- Nocy sześć minęło, a błahostka nadal daje ci się we znaki?
- Rana się goi, choć wolno. Zapewniam cię, matko, że nie zasługuje na
twoją uwagę.
Cesarzowa się uśmiechnęła.
- Kim jestem, synu?
- Prawowitą władczynią tego cesarstwa - odparł z nieskrywaną dumą w głosie. - Mądrą zdobywczynią. Prorokinią. Ancien Krewnych i priori
Krwi Chastain.
- Czy zatem sądzisz, żem niezdolna samodzielnie ocenić, co zasługuje na
mą uwagę, a co nie?
Przemawiała łagodnym tonem, muskając paznokciami jego zranioną szyję.
Wampiry nie mogły wybierać, którym z ich ofiar przypadnie w udziale Dar.
Większość gniła przez wiele dni, zanim wreszcie dochodziło do Przemiany;
przeobrażali się wtedy w odrażających brudnokrwistych. Jean-François był
ostatnim szlachetnokrwistym wampirem stworzonym przez Margot i zdawał
sobie sprawę, że wielu dworzan za plecami cesarzowej zarzuca jej
faworyzowanie najmłodszego ze swoich dzieci. Kiedy jednak teraz mocniej
przycisnęła paznokieć do jego skóry, wystarczyła ta sugestia drzemiącej
w niej potwornej siły, by przeszedł go lodowaty dreszcz.
- Proszę o wybaczenie, Wasza Wysokość. Nie moją rolą jest wskazywanie,
co może, a co nie może cię zainteresować.
- Twierdzisz zatem, że ta sprawa powinna mnie zainteresować?
- Ja... nic nie twierdzę, Wasza Wysokość.
Kciuk zdolny druzgotać marmury prześliznął się po krtani historyka.
Zimny dreszcz się wzmógł, cienie zaczęły się odkształcać. I wrzeszczeć.
- Po co mi historyk, który milczy?
- Matko, ja...
Po komnacie poniósł się cichy śmiech. Zalśniły kły. Ciemność zamarła.
- Igram z tobą, mój drogi. - Z błyskiem w oczach Margot przytuliła dłoń
do jego policzka. - Bywasz taki chłopięcy. Taki młody. Radziłabym ci
wystrzegać się tej słabości, ale przez nią tylko jeszcze bardziej cię
uwielbiam. Miłuję cię całym moim matczynym sercem. - Uśmiech opadł z jej
ust jak suche liście. - Atoli cuchniesz owcami, z którymi się pokładasz,
Jean-François. Odsuń się.
Trzeci wilk, stara wadera imieniem Roztropna, odprowadzała go wzrokiem,
gdy cofał się ze spuszczoną głową. Przywdział maskę na twarz, by ukryć
burzę szalejącą w jego wnętrzu: żarliwość, wstyd, strach, oddanie. Matka
zawsze wytrącała go z równowagi, po rozmowie z nią czuł się jak ostatni...
Cesarzowa zerknęła na klęczącego obok niej pazia. Chłopak przez cały
czas tkwił w absolutnym bezruchu, podtrzymując ciężki tom z mosiężnymi
okuciami. Miał wprawdzie siłę niewolnego, ale ręce musiały płonąć mu
bólem - i zapewne o to właśnie chodziło, domyślił się Jean-François.
Wiedział, że władczyni nie podoba się sposób, w jaki jej historyk spędza
noce; ten niedbały pokaz okrucieństwa miał mu przypomnieć, czym w istocie jest. Czym są wszyscy tacy jak on.
Wilka nie obchodzą kłopoty robaka.
- Przejrzałam twoją kronikę.
- Czy sprawiła Waszej Wysokości radość?
- Jej artyzm zachwyca, jak zwykle zresztą, jednakże sama opowieść wydaje
się cokolwiek... niekompletna.
- To dzieło nieukończone, Wasza Wysokość.
Powiało chłodem... i cesarzowa po prostu zniknęła: dopiero co siedziała na
tronie, a potem w okamgnieniu tron opustoszał. Jean-François odgarnął
włosy z twarzy i zobaczył Margot stojącą przy jednym z wysokich okien
wychodzących na północ.
- Kto się śpieszy, ten bieży na oślep - mruknęła. - Niecierpliwość
przesądziła o losie Wiecznotrwałego Króla, a ja nie zamierzam podążyć za
pięknym Fabiénem do piekła. - Zwróciła smoliście czarne oczy na swojego
potomka. - Niemniej jednak pojawiła się pewna... presja, mój drogi.
- Wasza Wysokość ma na myśli Żelazną Dziewicę. I Pająka.
Usta cesarzowej ułożyły się w kształt, który głupiec mógłby nazwać
uśmiechem.
- Przybędą tutaj - dodał szeptem Jean-François i podszedł do niej.
- Owszem. A wiatr niesie wieść, że zza mórz zmierza tu Żmij, ściskając w żebraczej dłoni nasze zaproszenie. Dotrze przed Świętem Pani.
- Priori aż trzech rodów zjawią się tu przed upływem tygodnia. Voss.
Ilon. Dyvok. - Jean-François z niedowierzaniem powiódł wzrokiem po
górach za oknem. Na widocznych w dole blankach roiły się malutkie
sylwetki zakute w czarną stal. Rozstawione na koronie niezdobytego muru
koksowniki płonęły jak gwiazdy. - Czy Wasza Wysokość zamierza udzielić
im przywileju Uprzejmości?
- Niegrzecznie byłoby odmówić, zwłaszcza że to ja zwołałam Zjazd.
- Poprzedni taki zjazd odbył się setki lat temu. Od niepamiętnych czasów
toczymy utajone wojny z innymi priorem. Jak mamy im teraz zaufać?
Cesarzowa aż parsknęła śmiechem na te słowa.
- Im samym? Wcale, mój słodki markizie. Co innego zaufać ich instynktowi
samozachowawczemu. Nasze wojny wykrwawiły tę krainę. Z każdym
najmarniejszym lennem wyszarpanym przez jakiegoś krwawego parweniusza, z każdym kęsem pożartym przez rozszalałe hordy brudnokrwistych kundli
chwiejnym krokiem przybliżamy się do katastrofy. Kestrel to wie. Kariim
również. Nawet Żmij. - Skrzywiła się, kręcąc głową. - Mimo to, nawet gdy
przybędą tu z własnej woli, nie klękną przede mną. Do tego potrzebujemy
dodatkowego atutu, który w tej chwili leży i wrzeszczy w dziurze, gdzie
go zostawiłeś.
Jean-François zacisnął zęby.
- Jest niebezpieczny, matko.
- To oczywiste. Jakże inaczej miałby przeżyć w tak zimnym świecie? -
Palce Margot pieściły ukrytą pod fularem ranę na szyi historyka,
delikatne jak szept. - Wszelako to właśnie jest klucz: ta zagadka, ta
broń, ten cały Graal...
- De León nienawidzi naszego rodzaju, matko. Nie powiedział nam niczego,
co...
- A jak ci się wydaje, z jakiej przyczyny właśnie tobie powierzyłam to
zadanie?
Oszołomiony Jean-François zmarszczył brwi.
- Jestem historykiem Waszej Wysokości, a na cesarskim dworze nie ma
nikogo innego, kto by...
- Dlatego, żeś młody, Jean-François, wystarczająco młody, by pamiętać,
jak to jest być człowiekiem. Jest w tym moc, jest poczucie bliskości i braterstwa, które sprytny wilk mógłby obrócić na swoją korzyść. -
Machnięciem ręki cesarzowa wskazała księgę w rękach pazia. - Te karty
zawierają historię człowieka, którego puchar jest przepełniony gniewem,
żalem, nade wszystko jednak pychą. Może oponować, ile zechce, ale uwierz
mi: Gabriel de León chce, żeby świat poznał jego dzieje. Oto prawdziwa
głębia jego próżności i zarazem klucz do jego zguby. - Mroczne
spojrzenie władczyni znów spoczęło na szyi historyka. - Wyczuwa wasze
powinowactwo, słodki markizie, waszą zażyłość. Zamordowana rodzina, więź
łącząca go z Dior Lachance... Jak myślisz, czy w rozmowie ze mną byłby
równie szczery w swoich wyznaniach?
- Zażyłość? - Jean-François zacisnął szczęki. - Próbował mnie zamordo...
- Dość już się zabawiłeś - ucięła Margot. - Przyszedł czas, by przełknąć
dumę, mój mały, i po okrucieństwie ofiarować życzliwość, która jest
darem mędrców.
Markiz zadrżał, znów przeszły go ciarki. Cesarzowa dotknęła jego
policzka.
- Tylko tobie skłonnam powierzyć to zadanie, Jean-François. Nie pokładam
takiej wiary w żadnym z twoich braci, sióstr, kuzynów ani moich dworzan.
Czyż po wszystkich potwornościach, jakich się dopuściłam, nie widzisz,
że tylko tobie ufam? Tylko ciebie naprawdę uwielbiam?
Przechyliła głowę, patrząc mu pytająco w oczy.
- Oui - potaknął szeptem.
Na podwyższeniu za jego plecami czwarty z wilków, Wierny, istny potwór,
oblizał ociekający śliną pysk. Margot znów poruszyła się, wcale się nie
poruszając: w jednej chwili dotykała policzka historyka, w następnej
wyciągała do niego rękę. Na jej dłoni spoczywały szklana fiolka z krwistoczerwonym proszkiem i ciężki żelazny klucz.
- Daj mi to, czego potrzebuję, moje dziecko. Daj mi cesarstwo.
Jean-François ukłonił się nisko.
- Wedle życzenia, Wasza Wysokość - wymamrotał.
III
Zabójca stał przy wąskim oknie, wciąż wyczekując swojego końca.
Komnata wyglądała inaczej, niż kiedy wywlekli go z niej na dół, do
piekła. Kamienne płyty posadzki zostały wyszorowane niemal do czysta, a oporne krwawe plamy przyrzucono starym dywanikiem z jagnięcej wełny.
Kominek był wprawdzie wygaszony, ale nadal ciepły: napalono w nim przed
kilkoma godzinami, żeby rozproszyć ziąb. Pośrodku komnaty ustawiono dwa
zabytkowe fotele przedzielone okrągłym stolikiem, na którego blacie
stały dwa złote puchary - puste, a zarazem pełne obietnic.
Pokój został uporządkowany jak plansza do gry, na której figury czekają
już tylko na przybycie graczy. Jednakże mimo starań gospodarzy, by tym
razem wnętrze stało się przytulniejsze, ostatni srebroświęty nie dał się
zwieść. Wiedział, czym naprawdę jest.
Lepsze to jednak od więzienia, które dopiero co opuścił.
Przez sześć nocy głodował na dnie pustej studni w trzewiach wieży. Język
jak spękane gliniaste dno wyschniętej rzeki. Gardło jak pustynna
równina. Ból jako jedyny towarzysz, cierpienie, udręczone krzyki, przy
których z ust pryskały mu krwawe kropelki, i miękkie jak dym sny o niej.
Majaczył, kiedy go w końcu wywlekli i pozwolili mu wciągnąć do płuc
haust sanctusu tak słodki, że gdy poczuł znajomy smak, dosłownie się
popłakał. Oddział niewolnych żołnierzy zaprowadził go do łaźni w samym
sercu château, gdzie dwoje ślicznych śmiertelników - zielonooka
S?dhaemka i ciemnowłosy nordlundzki piękniś - zanurzyło go po pierś w cudownie ciepłej wodzie. Kąpali go nieśpiesznie, wyczesywali mu krew i brud z włosów, a on tylko trzepotał rzęsami, muskającymi pobliźnione
policzki. Zanim skończyli, znów poczuł się niemal na wpół ludzko. Kiedy
więc dziewczyna przesunęła czubkami palców po wewnętrznej stronie jego
uda, a piękniś zaczął go delikatnie całować po ramieniu, tylko
westchnął, zamiast zamarzyć o sięgnięciu po miecz.
- Co robicie? - zachrypiał; gardło wciąż miał obolałe od krzyku.
- Nasz pan kazał nam zadbać o twoje potrzeby, chevalier -
odpowiedziała dziewczyna. - Wszystkie.
- Jak się nazywacie?
Zamrugała zdezorientowana.
- Mój...
- Jak ci na imię, mademoiselle?
- Jasminne.
- Dario - mruknął młodzieniec, łaskocząc Gabriela zębami w ucho.
Gabriel odepchnął ich delikatnie razem z ich dłońmi i ustami.
- Merci, mes chers, ale nie trawi mnie głód tego rodzaju. Nie jestem
również tego typu łajdakiem.
Ubrali go w jego stary skórzany strój (uprzednio wyczyszczony),
wyglansowane do połysku buty, koszulę bez nawet jednej plamki. Po trzech
miskach potrawki z królika i pół butelki wina tak niezwykle rzadkiego,
że można by za nią kupić château w Nordlundzie, Gabriel został
odeskortowany z powrotem na szczyt wieży, by w znajomej komnacie
ponownie czekać na przyjemność spotkania z markizem Jeanem-François
Chastainem.
Nie czekał długo.
Patrząc na piętrzące się w oddali góry, poczuł mrowienie na karku, jakby
ktoś odgarnął mu włosy. Odwrócił się: dwadzieścia stóp od niego, po
drugiej stronie foteli, stolika i pustych pucharów, stał znajomy
zimnokrwisty.
- Jak mniemam, odświeżyłeś się, chevalier? - zagadnął wystrojony w biel Jean-François.
Złote loki opadały mu na marmurowe policzki, rubinowe wargi były
wykrzywione w lekkim uśmiechu, świeża krew plamiła białka oczu. Przez
ostatnie sześć nocy Gabriel nie widział go ani razu, nie miał jednak
cienia wątpliwości, że to właśnie ten potwór odpowiada za każdą chwilę
jego tortur: była to kara za napaść, której dopuścił się podczas ich
ostatniej rozmowy.
- Jak szyja? - zapytał Gabriel.
- Lepiej.
- Mogę temu zaradzić.
Uśmiech zimnokrwistego stał się bardziej mroczny, przywodził na myśl
łowcę, który dla zabawy poluje na inne, prawdziwe uśmiechy. Na moment
powietrze zgęstniało i pociemniało jak krew.
- Pomyślałem, że moglibyśmy spróbować jeszcze raz, de León. Zapomnieć
wzajemne krzywdy, uznać rachunki za wyrównane i porozmawiać jak dwaj
szlachetnie urodzeni. - Markiz wskazał jeden z foteli. - Usiądziesz?
- A jeśli nie? Co wtedy?
- Przypuszczam, że wtedy poleje się krew. - Z kieszeni surduta
Jean-François wyjął mały składany nożyk z perłową rękojeścią. - I nie
będzie to nic miłego.
- Jakiś taki niepozorny, nie uważasz? - zauważył Gabriel, obrzuciwszy
wzrokiem nóż.
- Od rozmiaru ważniejsze są umiejętności, chevalier.
- Śpiewka wszystkich marnie wyposażonych facetów, jakich w życiu
spotkałem.
Markiz parsknął śmiechem i pstryknął palcami. Drzwi się otworzyły. Za
progiem stała wierna niewolna Jeana-François, Meline. Czarny stanik
sukni podkreślał jej talię osy i płynnie przechodził w kaskadę grubej
spódnicy. Wpłynęła do pokoju i postawiła na stoliku złoty półmisek.
Gabriel ujrzał na nim kulę chymijną, nakrytą skrawkiem muślinu miseczkę
parującej wody, niewielki pędzel z końskiego włosia i kostkę
najprawdziwszego mydła na spodeczku. Wrócił spojrzeniem do brzytwy w dłoni wampira.
- Chyba żartujesz.
- Moje ciało nie dojrzało do momentu, w którym dorobiłoby się czegoś
więcej niż zaledwie cień zarostu, słyszałem jednak, że broda bywa...
irytująca. - Jean-François się skrzywił. - Poza tym będę z tobą szczery,
chevalier: w twoim wypadku to nie jest broda, lecz bluźnierstwo.
- W kwestii bluźnierstw cieszę się reputacją, o którą zamierzam dbać.
- Potraktuj moją usługę jak przeprosiny. Odrobinę luksusu po tym, jak
odmówiłem ci wszelkich wygód. Chyba że... nie ufasz mi i nie chcesz, żebym
przyłożył ci nóż do gardła?
Potwór uśmiechnął się, powietrze aż zgęstniało od jego sadystycznego
rozbawienia. Gabriel zdawał sobie sprawę, o co toczy się gra i jaki
prawdziwy okrutny cel skrywa. Sześć dni mąk, po których zawleczono go
tutaj, na górę, i rzucono do stóp tej bestii, by przypomnieć mu, że
nadal tkwi w jej szponach. Miał odsłonić gardło przed tą pijawką i modlić się, by nie zechciała mu go rozpłatać.
Miał skapitulować.
Odrzucił opadające na ramiona włosy i powoli usadowił się w ozdobnym
skórzanym fotelu. Jean-François uśmiechnął się doń z góry, rozkoszując
się jego zniewoleniem. Gabriel zamknął oczy i odchylił głowę w tył.
Zaufać skorpionowi, że nie użądli.
Minęły trzy długie uderzenia serca, zanim jego twarz okrył muślin ciepły
od perfumowanej wody. Wciągnął w płuca parę wodną... i dostał gęsiej
skórki, słysząc, jak zimnokrwisty zachodzi go z lewej. Zdławił instynkt
wyostrzony przez lata wojen i rzezi, stłumił pierwotny odruch, który
nakazywał mu walkę lub ucieczkę, siłą woli spowolnił bicie serca.
Patience, wyszeptał głos w jego głowie. Cierpliwości.
Patience...
- Moja cesarzowa przeczytała twoją historię, chevalier. - Cichy głos
wampira dobiegał teraz zza jego pleców. - Przeczytała o twojej nauce w San Michon, podróży w towarzystwie Dior Lachance, bitwie z Ordo
Argent, w której stawką było życie Graala... Saga godna naszych czasów.
Jej Wysokość była bardzo zadowolona.
- Kamień spadł mi z serca - mruknął Gabriel.
- Mnie również, zapewniam cię. Mnie również.
- Boisz się rozczarować mamusię, zimnokrwisty?
- Taka perspektywa mnie przeraża.
Ktoś zdjął muślin z jego twarzy i Gabriel poczuł, jak Jean-François
nakłada mu mydlaną pianę na żuchwę. Zapach nie był do końca niemiły:
miód głupców, popiół z palonego drewna, do tego ledwie wyczuwalna nuta
sinokory.
- Cesarzowej nie przypadła jednak do gustu długość tej historii - dodał
historyk.
Stał teraz na prawo od srebroświętego, który mocniej zacisnął zęby przy
pierwszym dotknięciu brzytwy. Przytrzymując palcami podbródek Gabriela,
Jean-François długim, płynnym ruchem przeciągnął ostrzem po policzku.
- Dopominała się o ciąg dalszy - mówił dalej.
Brzytwa, ostra jak szkło, szeptała cicho przy każdym muśnięciu skóry.
Dotyk markiza był twardy jak kamień, ale zarazem delikatny, a jego skóra
była ciepła po niedawnym żerowaniu. Gabriel siedział bez ruchu, chociaż
drzemiąca w nim bestia z trudem znosiła wymuszoną bezbronność;
niewidzialna sierść zjeżyła mu się na kręgosłupie, gdy Jean-François z wprawą przesunął ostrzem po łuku górnej wargi.
- Zdarzały nam się w przeszłości nieporozumienia, de León, ale nie
jestem z natury mściwy. Jej Wysokość wyraziła się jednak jasno. Dlatego,
mimo że nie zamierzam być dla ciebie źródłem dalszej udręki, zostanę do
tego zmuszony, jeśli jej odmówisz. Żaden z nas by tego nie chciał.
Brzytwa zsunęła się na szyję. Ciepłe jak krew dotknięcie na gardle,
lekkie muśnięcie krocza potwora o zwieszoną swobodnie dłoń.
- Sypiasz z kobietami, zimnokrwisty? Albo z mężczyznami?
Ostrze znieruchomiało.
- Dlaczego pytasz, srebroświęty?
Wzruszenie ramion.
- Powiedz.
Twardy jak kamień kciuk spoczął na wardze Gabriela, by leciuteńkim
ruchem zetrzeć drobinki piany.
- Mężczyźni, kobiety... Błahostki, które prędko toną w oceanie wieczności.
A piękno można znaleźć wszędzie.
- No dobrze. A kiedy pukasz te swoje piękności, to rozgrzewasz je jakoś
wcześniej? Czy po prostu rozkładasz im nogi i jedziesz?
Brzytwa kolejny raz się zatrzymała.
- Czy ty...
- Powiem wprost. - Gabriel otworzył oczy i spojrzał na markiza. - Jeżeli
zamierzasz mnie wydymać, to miej choć tyle przyzwoitości, żeby wcześniej
postawić mi kielonek.
Jean-François zacisnął szczęki. Brzytwa zawisła nad aortą Gabriela.
Srebroświęty tylko się uśmiechnął. Wiedział, że grozi mu
niebezpieczeństwo, ale - choć zmęczony i udręczony - nie był głupcem.
Gdyby te bestie chciały go zabić, już byłby trupem. Tymczasem
zaprowadziły go na sam skraj obłędu, lecz nie pozwoliły mu spaść w otchłań. Wiedział, czego chcą, interesowała je opowieść o tym, jak
doszło do zniszczenia Graala San Michon. Chciały wiedzieć, czy istnieje
jakiś sposób, żeby zdołały go wykorzystać do swoich celów. Dlatego -
mimo że zaufanie skorpionowi, że ten nie użądli, mogło się wydać głupim
pomysłem - Gabriel zdawał sobie sprawę, że siedząc na tym fotelu, nic
nie ryzykuje.
Kiedy obnażał gardło przed tym łajdakiem, wcale przed nim nie
kapitulował.
On z nim rywalizował.
Ponownie zamknął oczy i odchylił głowę daleko w tył.
- Monét, jeśli łaska, chérie - dodał.
- Meline? Zajmij się tym - polecił Jean-François.
Drzwi skrzypnęły i zamknęły się. Szczęknął zamek: zdaniem niewolnej
Gabriel był dostatecznie groźny, żeby zamykać go na klucz. Dali mu do
wypalenia zaledwie szczyptę sanctusu, ale zmysły wciąż miał wyostrzone i gdy markiz ponownie przycisnął mu ostrze do skóry, Gabriel liczył
dobiegające zza drzwi kroki schodzącej Meline.
Wiedział już, że masywne żelazne drzwi na dole wiodą do zachodniego
skrzydła château. Kiedy prowadzili go z powrotem na górę, odliczał
każdy krok od schodów do jadalni, zapamiętywał każdego mijanego
żołnierza, notował w pamięci każde większe okno, przez które dałoby się
wyskoczyć, i każde drzwi do pomieszczeń dla służby. Wszystko to złożył w okutym żelazem skarbcu swojej pamięci.
Markiz golił go w milczeniu, otaczająca go triumfalna aura
samozadowolenia ulotniła się bez śladu. Brzytwa jeszcze raz przejechała
po gardle - o jeden kaprys od morderstwa - ale w końcu potwór wytarł ją
do czysta, złożył i schował do kieszeni surduta.
Chwilę później przyłożył dłonie do twarzy Gabriela: były chłodne i wilgotne, ostro pachniały alkoholem, spod którego przezierała ledwie
wyczuwalna nuta...
Kwiatów.
Otworzył oczy. Jean-François patrzył na niego z góry, złote pukle
kołysały się lekko, gdy masował mu policzki.
- Przykro mi, de León - mruknął. - Srebrodzwonek to jeden z bardzo
niewielu miłych aromatów, jakie w te noce nadal umiemy pozyskiwać. Wiem,
że był to ulubiony kwiat twojej żony. Córki również. Jeżeli budzi
nieprzyjemne skojarzenia, zechciej mi wybaczyć. Jak już rzekłem, nie
jest moim zamiarem przysparzanie ci cierpień.
Gabriel zapatrzył się w dal i zatopił w przeszłości. Mała latarnia
morska. Ciepły uśmiech Patience, ciepłe objęcia Astrid. Pieśń fal, mewy,
daleki brzeg...
I trzykrotne pukanie do drzwi, jak uderzenia młota.
- Wejdź - mruknął Jean-François.
Do pokoju wśliznęła się Meline z butelką z zielonego szkła pełną
przepysznego czerwonego trunku. Gabriel zaciągnął się aromatem wina,
patrząc na pulsującą pod kanakiem tętnicę dziewczyny i wodząc wzrokiem
po mlecznobiałych krzywiznach jej piersi, kiedy pochyliła się nad
stołem, by napełnić jeden z kielichów. Serce zabiło mu żywiej. Unikał
jej wzroku, kiedy podała mu puchar.
- Życzysz sobie jeszcze czegoś, mój panie?
Srebroświęty nie zauważył, kiedy historyk się poruszył, ale
Jean-François siedział już na fotelu naprzeciwko. Trzymał na kolanach
księgę w skórzanej oprawie.
- Nie w tej chwili, moja droga. Zostaw nas samych.
- Jak sobie życzysz, panie. - Meline zerknęła na Gabriela. - Będę w pobliżu.
Gabriel mrugnął do niej porozumiewawczo i uniósł kielich. Kobieta
wyszła. Odchylił głowę i jednym haustem opróżnił naczynie. Zaskrzypiało
skórzane obicie fotela, kiedy sięgnął po dolewkę. Nalał sobie po brzegi,
aż trunek zadrżał na krawędzi pucharu, po czym rozsiadł się wygodnie i spojrzał na siedzącego vis-a-vis potwora.
- To, co Wiecznotrwały Król zrobił twojej rodzinie... - Jean- François
pokręcił głową i przeniósł wzrok na wąskie okno. - Muszę przyznać, że
twoja opowieść przejęła mnie do głębi serca.
- Ty nie masz serca, zimnokrwisty. Obaj o tym wiemy.
- Owszem, bywam okrutny, istnieje jednak pewna granica, którą tylko
prawdziwe potwory ośmielają się przekroczyć. Fabién Voss był jednym z nich, bez wątpienia. Tylko że kiedy go zabiłeś, doprowadziłeś do
katastrofy. Cesarstwo balansuje na ostrzu noża, de León. Jeżeli Dwory
Krwi nie zostaną zjednoczone, ta historia będzie mogła zakończyć się
tylko w jeden sposób.
- A ty myślisz, że Graal wam pomoże? - Gabriel prychnął. - Przecież już
ci powiedziałem, zimnokrwisty: kielich został zniszczony. Nie ma Graala.
- Nieważne, co myślę. Ani ty, ani ja nie chcemy, żebyś znów wylądował na
dnie tamtej studni, ale to się właśnie stanie, jeżeli nie dasz jej tego,
czego chce.
- A jeśli jej to dam? Co wtedy?
- Nieśmiertelność. Być może jedyna nieśmiertelność, jaką ktokolwiek z nas naprawdę zna.
Markiz wyjął drewnianą skrzyneczkę zdobioną rzeźbionym motywem wilków i księżyców. Z niej z kolei wydobył długie pióro, czarne jak serce w piersi Gabriela. Na podłokietniku fotela ustawił mały kałamarz. Zanurzył
pióro w atramencie i posłał swojemu rozmówcy wyczekujące spojrzenie
ciemnych oczu.
- Zaczynaj - polecił.
Ostatni Srebroświęty westchnął.
- Wedle życzenia.
Rozdział I. Nic, tylko ciemność
I
Nic, tylko ciemność
- Od czego powinniśmy zacząć? - zapytał Gabriel.
- Najmądrzej byłoby od miejsca, w którym przerwałeś - odpowiedział
Jean-François.
- Jeśli to mądrości szukasz, zimnokrwisty, to rozmawiasz z niewłaściwym
człowiekiem.
- Jakież to niefortunne, zważywszy że jesteś jedynym człowiekiem w tym
pokoju.
Gabriel prychnął szyderczo i odchylił się w fotelu.
- Już taki, kurwa, mój los.
- Wobec tego kontynuuj, proszę. - Historyk strzepnął wyimaginowany
paproszek z rękawa surduta i ściągnął usta. - Przebyłeś pół cesarstwa z zamiarem pomszczenia śmierci zamordowanej żony i córki. Zdecydowałeś, że
zniszczysz Wiecznotrwałego Króla, Fabiéna Vossa, a zamiast tego zostałeś
opiekunem dziewczyny, Dior Lachance, ostatniej potomkini rodu świętego
Odkupiciela. Twoi bracia z Ordo Argent próbowali cię zamordować, a twoja stara przyjaciółka Chloe Sauvage usiłowała złożyć mademoiselle
Lachance w ofierze w ramach pradawnego rytuału, który miał zakończyć
bezdzień. Jednakże dzięki pomocy twojej siostry, która, jak się teraz
okazało, jest jedną z Krewnych i nazywa siebie Liathe... - wampir
wykrzywił pogardliwie usta - ...wspiąłeś się na wyżyny San Michon,
zarżnąłeś swoich dawnych towarzyszy jak prosięta i uratowałeś Graala
przed pewną śmiercią. Szczęśliwe zakończenie dla wszystkich. - Machnął
piórem, unosząc brew. - Chyba że jest się członkiem Srebrnego Zakonu,
rzecz jasna.
Ostatni Srebroświęty nie odezwał się ani słowem, wpatrując się w chymijną kulę płonącą między nimi. Myślami powrócił do odległych czasów.
Blada jak czaszka ćma wypełzła z jakiegoś załomu w celi i teraz latała
wokół światła. Patrzył, jak owad uderza bezsilnie w szkło, przypominając
sobie trzepot tysięcy skrzydełek, gdy spadał z wyżyn opactwa po tym, jak
rzekomi bracia poderżnęli mu gardło. Smak w ustach krwi ancien, która
zawlekła go z powrotem do życia, gdy znalazł się na krawędzi śmierci.
Bladą postać w szkarłatnym surducie, która zdjęła porcelanową maskę,
ukazując twarz monstrum, koszmaru, twarz jego siostry.
"Dlaczego mi nie powiedziałaś, Celene?".
"Ponieważ wszystko, co wycierpiałam, wszystko, czym się stałam, to twoja
wina".
Ostatni Srebroświęty wypił kolejny łyk wina.
"Ponieważ nienawidzę cię, bracie".
- De León?
- Zastanawiasz się czasem, gdzie to się kończy, Chastain? - zapytał w końcu Gabriel. - Kiedy już zostanie rozdarte gardło ostatniego
śmiertelnika? Kiedy wyschnie ostatnia kropla naszej krwi? Kiedy szalone
pomysły twojej cesarzowej związane z Graalem wyjdą na jaw i twoi
pobratymcy rzucą się na siebie jak psy na ostatnią kość? Myślisz, że
zginiesz, walcząc? Czy raczej na klęczkach?
- Najróżniejszego rodzaju rozkosze można odnaleźć na klęczkach. -
Historyk uśmiechnął się, przesuwając piórem po ustach. - Jednak
zapewniam cię, nie zamierzam umierać.
- Ona też nie zamierzała. - Gabriel de León westchnął i zapatrzył się w światło. - Ona też.
Odchylił się w fotelu, blask kuli przelotnie zapłonął w jego
burzowoszarych oczach. Powietrze było zimne i nieruchome, jeśli pominąć
ciepły szept jego oddechu, cichy hymn pulsu i aksamitne pocałunki
nietoperzych skrzydeł na nocnym niebie za oknem.
Historyk zamarł z piórem tuż nad stronicą.
Cały świat wstrzymał oddech.
W końcu Ostatni Srebroświęty zaczął opowiadać.
- Wiesz, nadal pamiętam to tak dobrze, jakby to wydarzyło się wczoraj.
Widzę wszystko tak wyraźnie, że to wręcz przerażające. Nasza dwójka
stojąca przed ołtarzem. Katedra pusta i cicha. Dym wznoszący się ku
sklepieniu i żałosny świt bezdnia wlewający się przez okna. Posąg
Odkupiciela patrzący z góry na jatkę, jaką tam urządziłem. Jednak
najlepiej pamiętam krew. Stygnącą na posadzce. Dudniącą w moich żyłach.
Rozbryzganą na twarzy towarzyszącej mi dziewczyny.
Dior nadal miała na sobie rytualne szaty, w których zamierzano ją zabić.
Taka była cena, którą uważali, że warto zapłacić dla uratowania świata.
Dziewczyna stała pośród ciszy, od której aż dzwoniło w uszach, wbijając
we mnie spojrzenie szeroko otwartych niebieskich, podbitych oczu. Jej
grzesznik. Jej wybawca. Odgarniając z twarzy popielatobiałe włosy,
szepnęła:
- Co teraz?
- Chyba powinnaś poznać moją siostrę. - Westchnąłem.
- Siostrę?
- To długa historia.
Patrzyła bez słowa, gdy uklęknąłem koło ciała Chloe. Mysie włosy mojej
starej przyjaciółki były mokre od krwi, jej puste zielone oczy,
niewidzące i oskarżycielskie, wpatrywały się w mężczyznę, który skazał
ten świat na ciemność. Zamknąłem jej powieki zakrwawionymi palcami, a potem powlokłem się nawą, robiąc to samo dla każdego srebroświętego,
jakiego zamordowałem. Dużego de Séverina, małego Finchera, starego opata
Szarorękiego. Przyjaciół. Braci. Mentora. Położyłem miecze na ich
piersiach, zamknąłem im na zawsze oczy. Nie pomodliłem się jednak za
żadnego z nich. A kiedy odsunąłem na bok połę szynela Szarorękiego,
znalazłem...
- Pożeraczka Popiołów! - wykrzyknęła Dior.
Wyciągnąłem mój stary, złamany miecz ze zniszczonej pochwy. Ciemna
gwiazdostal zabłysła, symbole wytrawione na zakrzywionym ostrzu. Sześć
ostatnich cali klingi odłamało się, kiedy próbowałem bez powodzenia
zabić Wiecznotrwałego Króla. Mimo krwi na moich rękach, piękna dama na
rękojeści jak zawsze uśmiechnęła się do mnie, jej ramiona rozpościerały
się na jelcu, jakby chciała mnie objąć. Jej krzyk poniósł się echem w mojej głowie, srebrzysty i skrzący się radością:
Gabrielu!
- Dobrze cię widzieć, Popi - szepnąłem.
D-D-D-Dior, czy...
- Jest tutaj - zagruchałem do broni. - Nic jej nie jest.
Podaj jej mnie, podaj jej m-m-m...
Podałem Pożeraczkę Popiołów, a Dior wzięła ją z uśmiechem. Nie
słyszałem, jakie słowa wypowiedziała Popi do umysłu Dior, ale usłyszałem
odpowiedź.
- Nic mi nie jest, Popi - mruknęła dziewczyna. - Nie masz za co
przepraszać.
Zwiesiła głowę, odgarniając jasny pukiel za ucho. A potem rozpromieniła
się uśmiechem równie jasnym jak dawno utracone słońce i przytuliła
złamany miecz do piersi jak własną siostrę.
- Merci, Popi.
Oddała mi klingę - jej ciężar w mojej zakrwawionej dłoni był doskonałym
ukojeniem. Ścisnąłem mocno owiniętą w skórę rękojeść, wdzięczny w niewysłowionym stopniu za to, że znowu jest u mego boku. Jeden pewnik
powrócił mimo chaosu i szaleństwa tego świata.
Nie możemy tu zwlekać, Gabrielu, szepnęła. Chociaż może to wyglądać
inaczej, nie ma azylu dla nas n-n-na tej poświęconej ziemi, nie ma.
- Ogromnie sobie cenię twój zwyczaj mówienia mi pierdół, o których sam
dobrze wiem.
Całe szczęście, bo jak zwykle tego p-p-potrzebujesz.
Wsunąłem ostrze do pochwy z uśmieszkiem na ustach, wziąłem Dior za rękę
i razem poczłapaliśmy przez nawę ku mozolącemu się świtowi. Powietrze na
zewnątrz było mroźne, gęsty śnieg walił wśród ogromnych filarów opactwa,
na których wznosiły się wspaniałe gotyckie budowle. San Michon było
niezdobytą twierdzą; bastionem, który utrzymał się nawet wtedy, gdy
większość królestwa uległa ciemności. Jednak chociaż Pożeraczce Popiołów
całkiem odbiła szajba, to mówiła prawdę: nie znajdziemy tu wytchnienia.
Przeznaczenie Dior nie kryło się w ostrzu noża Chloe, ale z pewnością
coś było jej pisane i nie mogliśmy po prostu chować się tu wśród kałuż
krwi. Choćby dlatego, że w końcu inni srebroświęci wrócą z polowań i odkryją, że zamordowałem ich opata na świętej ziemi.
Uznałem, że rozmowa, jaka by wtedy wynikła, nie byłaby przyjemna.
Jednakże zima już przyszła do Nordlundu, rzeki zamarzły na kamień. Nie
będą przeszkodą dla wampirów, o których wiedziałem, że nadal na nas
polują. Wiecznotrwały Król posłał tropem Dior swojego najmłodszego syna
i chociaż Danton nie żył, Voss nie był na tyle głupi, żeby postawić
wszystko na jeden rzut kośćmi. Schodząc z poświęconej ziemi, pakowaliśmy
się prosto w paszczę wilka.
Źle, jeśli odejdziemy. Źle, jeśli zostaniemy.
Usłyszałem zgrzyt wciągarki i kiedy spojrzałem przez krużganki,
dostrzegłem na platformie tuzin sióstr ze Srebrnego Klasztoru.
Towarzyszyło im trzech Braci Paleniska, którym przewodził olbrzymi
mistrz kuźni, Argyle. Byli owinięci w futra, nieśli pośpiesznie zebrane
rzeczy i mieli ponure miny ludzi, którzy uciekają, żeby ratować życie.
Dotarło do mnie, że uciekają przede mną.
Na nasz widok Argyle uniósł młot ze srebrostali. Stary czarnoręki był
obecny w katedrze, żeby wziąć udział w rytuale, tak jak pozostali gotowy
poświęcić niewinną istotę dla ratowania świata. Uciekł jednak, kiedy
wziąłem się do ratowania Dior. Przypomniałem sobie, jaki był w szczęśliwszych czasach, gdy tyrał w ukochanej kuźni, wykuwając broń,
która nie raz uratowała mi życie podczas polowań. Teraz jednak splunął
na kamień, stając między mną a siostrami, a ślady po oparzeniach
malowały się na jego bladej twarzy wściekłą czerwienią.
- Ni kroku dalej - ostrzegł mnie.
- Argyle...
- Odstąp, Gabrielu de León! Nie waż się ruszyć tymi zakrwawionymi
rękami, ostrzegam!
Pewnie mogłem ich zatrzymać. Jeśli ujdą z życiem, opowiedzą o tym, co
się stało, każdemu, kto zechce słuchać. A co znaczyłoby jeszcze kilka
morderstw po tym, co już zrobiłem? Patrzyłem jednak tylko w milczeniu.
Wiedziałem, co ci ludzie widzą, kiedy na mnie patrzą. Nie bohatera,
który uratował niewinne dziecko, lecz zdrajcę, który sprofanował ich
opactwo, zabił ich przyjaciół, skazał ich świat na potępienie. Jedna z sióstr zrobiła znak koła. Siwa broda mistrza kuźni Argyle aż się jeżyła,
kiedy warknął:
- Modlę się, byś dożył dnia, kiedy pożałujesz tego świętokradztwa,
złoczyńco. Niech cię Bóg za to przeklnie.
Platforma zjechała w dół pośród wycia śnieżycy. Od porywistego wiatru
piekły mnie oczy. Dziewczyna obok mnie ściskała moją zakrwawioną rękę.
- Nie jesteś złoczyńcą, Gabe.
Uścisnąłem jej dłoń w odpowiedzi i uśmiechnąłem się do niej z ukosa.
- Jestem złoczyńcą, kiedy muszę.
Objąłem ją ramieniem i poszliśmy w stronę klasztoru, garbiąc się z powodu skowyczącej wichury. Wspaniały stary budynek stał teraz pusty,
nasze kroki dźwięczały na zimnym kamieniu, kiedy wspinaliśmy się
schodami. Dior zaprowadziła mnie do pokoju, w którym spała. Kopniakiem
wyważyłem drzwi. Znaleźliśmy jej ubranie schludnie złożone na łóżku,
obok stały buty.
- Dzięki niech będą Matce-Dziewicy. Odmrażam sobie cycki w tej
idiotycznej szacie. - Uniosła ostrzegawczo palec. - I żadnych żartów na
temat tego, że najpierw muszę mieć jakieś, żeby je sobie odmrozić.
Uniosłem ręce w obronnym geście.
- Słowem się nie odezwałem.
- Tak trzymać.
- Słodki Odkupicielu, wystarczy raz zażartować na temat walorów damy, a już przez resztę życia będziesz musiał za to przepraszać.
- Myślę, że kryje się w tym lekcja dla nas wszystkich.
Prychnąłem, a ona zerwała z siebie zakrwawioną szatę i rzuciła ją na
podłogę. Odwróciłem się do niej plecami i obserwowałem korytarz. Dior
nie marnowała czasu, wciągnęła solidne spodnie, które jej dałem, koszulę
i kamizelkę, piękny surdut - jasny ze złotymi zakrętasami, podbity
porządnym lisim futrem. Odgarnęła włosy, odsłaniając ciemny pieprzyk na
policzku, wykręciła piruecik i rozłożyła ręce.
- Lepiej?
Obejrzałem się przez ramię i skrzywiłem.
- Ujdzie.
- Łajdak - żachnęła się. - Myślisz, że sam wyglądasz jak malowany?
- Jak najbardziej. Mój całkiem przyzwoity portret wisi w cesarskiej
galerii w Augustin. Pędzla samego Moulina. - Podrapałem się po
podbródku. - W każdym razie kiedyś tam wisiał. Zanim zostałem
ekskomunikowany. Pewnie teraz powiesili go w wychodku.
- Stosownie.
- Odpieprz się.
- Ależ ty masz cięty dowcip, chevalier.
- Po co ostrzyć dowcip, gdy się ma do czynienia z tępą głową,
mademoiselle? No dobrze, czas ruszać w drogę, bo to ostatnie miejsce,
w którym powinniśmy być. Więc ładuj nóżęta w buty, zanim moja noga
załaduje się w twoją pupę.
Prychnęła, klepiąc się po tyłku.
- Najpierw musiałbyś zdążyć w nią trafić, staruszku.
Dior Lachance radziła sobie na ulicy od jedenastego roku życia i te lata
pozostawiły jej po sobie brutalny pragmatyzm, sprośny dowcip i odwagę,
która zawstydziłaby większość znanych mi wojowników. Dlatego, chociaż
dopiero co omal nie została zamordowana przez kogoś, kogo uważała za
przyjaciółkę, uznałem, że dzięki żartobliwym przycinkom poczuje znajomy
grunt pod nogami. Początkowo podjęła tę grę i odpłacała się pięknym za
nadobne, ale kiedy próbowała zawiązać fular, zauważyłem, że trzęsą się
jej palce.
- Zmarzłaś - skłamałem, podchodząc, żeby oszczędzić jej wysiłków. -
Pomogę.
Uniosła brodę, pozwalając mi zawiązać fular. Kiedy robiłem węzeł,
zauważyłem, że Dior stara się nie patrzeć mi w oczy.
- Mam chyba szczęście, że siostra Chloe zostawiła moje rzeczy tu na
łóżku - mruknęła. - Zważywszy, że nigdy nie miałam tu wrócić.
- Szczęście. Albo po prostu złego diabli nie biorą.
- Dobrze, że chociaż oni się mnie nie czepiają. Bo Bogu to raczej nie
mam za co dziękować.
- Bóg! - żachnąłem się, mierzwiąc jej popielate włosy. - Nie
potrzebujesz Boga. Masz mnie.
W końcu spojrzała mi w oczy. Odezwała się szeptem:
- Mówisz serio?
Spojrzałem jej w oczy i zobaczyłem ból, który teraz wypływał na
powierzchnię. Była twarda i ostra jak stal, ta Dior Lachance, ale
zrozumiałem, że mimo tej fasady nadal ma dopiero szesnaście lat. Wpadła
głową naprzód w świat, którego nie miała szansy nawet sobie wyobrazić.
Wszyscy, na których kiedykolwiek jej zależało, opuścili ją albo zostali
jej odebrani. Niełatwo było zapracować na jej zaufanie, ale fakt, że
obdarzyła nim Chloe tylko po to, żeby w nagrodę dostać nóż przytknięty
do szyi... Cóż, widziałem, że ta zdrada zraniła ją głębiej, niż początkowo
myślałem.
- Tak - potwierdziłem, patrząc jej głęboko w oczy. - Klnę się na Krew.
Nie wiem, dokąd ta droga nas zawiedzie, dziewczyno, ale pokonam ją razem
z tobą, bez względu na to, jaki czeka nas los. Nawet jeśli sam Bóg
miałby roznieść nas na strzępy, gdyby wszyscy z Bezkresnego Legionu
mieli stanąć na mojej drodze, znajdę drogę powrotną z krawędzi czeluści,
żeby walczyć u twego boku. Nie opuszczę cię, Dior. - Uścisnąłem jej dłoń
najmocniej, jak śmiałem. - Nigdy cię nie opuszczę.
Walczyła z tym jeszcze przez chwilę, strząsając włosy na oczy, wciągając
zbroję brawury, jaką nauczyła się nosić jako dziecko... Dziecko! Na
Siedmioro Męczenników, a za kogo teraz ją uważałem? I chociaż z nim
walczyła, płacz wyrwał się z niej, zaschnięta krew na jej skórze
popękała, gdy skrzywiła twarz. Łzy popłynęły i zmoczyły policzki, kiedy
spuściła głowę i warknęła:
- Pieprzony tchórz...
- Słodka Matko-Dziewico, dziewczyno, tchórzem to ty na pewno nie jesteś.
Wyciągnąłem do niej niezręcznie rękę, dotknąłem jej ramienia, a ona
zaszlochała w głos i zarzuciła mi ręce na szyję. Przez chwilę stałem
nieruchomo jak sparaliżowany. Wreszcie jednak wziąłem się w garść i objąłem ją, gdy płakała. Cała się trzęsła od szlochu, a ja kołysałem ją,
tak jak to robiłem z własną córką, wydawałoby się, że w innym życiu.
Wspomnienie było jak złamane ostrze i na myśl o mojej własnej famille
w gardle wyrosła mi gula.
- Już nie płacz - mruknąłem. - Wszystko będzie dobrze, obiecuję.
Pociągnęła mocno nosem, wtulając twarz w moją pierś, jakby chciała
zdławić własne pytanie.
- Czy... Czy postąpiliśmy słusznie?
- Co masz na myśli?
- Rytuał - warknęła. - Bezdzień. Mogliśmy go zakończyć! Mogliśmy
zakończyć to wszystko!
Serce mnie zabolało na te słowa, moje krwawe uczynki w katedrze
zaciążyły mi nagle. Poszatkowałem moje dawne bractwo, żeby uratować
Dior, i chociaż nie potrafiłem współczuć ludziom gotowym zamordować
dziecko, to nadal miałem świadomość, że rytuał, który przerwałem, mógł
rzeczywiście zadziałać. Od chwili, kiedy dokonałem tego wyboru, każde
osierocone dziecko, każda zamordowana matka, każda chwila cierpienia pod
niebem bezdnia... od tej chwili to wszystko było po części moją winą.
Moją tak. Ale nie Dior.
- Posłuchaj mnie. - Odsunąłem ją od siebie, żeby popatrzeć jej w twarz.
- Masz zakorkować tę butelkę z pierdoletami, rozumiesz? Wybór należał
tylko do mnie i jeśli trzeba za to zapłacić, to ja to zrobię. -
Prychnąłem, siląc się na więcej pewności, niż czułem. - Zresztą pisma w tym opactwie to w większości dyrdymały i bujdy. Celene powiedziała mi,
że jeśli pozwolę Zakonowi, żeby cię zabili, wszystko przepadnie.
- Celene?
- Moja młodsza siostra. Ta, którą znasz jako Liathe.
Dior wytrzeszczyła zapłakane oczy.
- Ta krwawa wiedźma w masce? Próbowała mnie dopaść, odkąd opuściliśmy
Dhahaeth.
- Pomogła nam też pokonać Dantona i jego potomstwo. Nie jest
przyjaciółką Wiecznotrwałego Króla.
- Zatem wróg naszego wroga...
- Zwykle jest po prostu kolejnym wrogiem. - Wyjrzałem przez okno, za
którym pojawiło się blade światło. - Ale ocaliła mi życie. I pomogła mi
uratować twoje. Powinniśmy przynajmniej wysłuchać tego, co ma do
powiedzenia. To miejsce nie jest dla nas bezpieczne. Musisz zdecydować,
jaką ścieżkę mamy teraz obrać.
Zamrugała zdumiona.
- Ja? Dlaczego ja?
- Bo to twoje życie. Twoje przeznaczenie. Ty jesteś świętym Graalem San
Michon. Będę stał przy tobie zawsze i do końca, ale twoja droga jest
tylko twoja. Ty powinnaś ją wybrać.
Pociągnęła nosem i z trudem przełknęła ślinę.
- A jeśli wybiorę niewłaściwą?
- To razem zabłądzimy.
Popatrzyła mi w oczy. Zobaczyłem, że zapala się w nich stara iskra.
- Droga przed nami jest czarna - powiedziałem jej. - I trudno jest
podążać przed siebie, kiedy nie widzisz gruntu pod nogami. Tym właśnie
jest odwaga. Gotowością pójścia w ciemność. Wiarą, że koniec czeka tuż
poza wyciągniętą ręką, a nie milion mil dalej. I chociaż niektórzy mogą
osłabnąć, niektórzy mogą zawieść, niektórzy mogą zwinąć się w kłębek jak
dziecko, zamiast iść dalej pośród samotnej nocy, to ty nie jesteś taką
dziewczyną.
Uścisnąłem jej rękę i przyjrzałem się badawczo.
- Nie jesteś taką dziewczyną.
Wyprostowała się w swoim wspaniałym surducie, aż przybyło jej troszkę
wzrostu. Odgarnęła jasne pukle z twarzy. I chociaż nadal była drobna,
zmęczona i - dobry Boże - tak bardzo, bardzo młodziutka, to w jej
lśniących oczach dostrzegłem przebłysk kobiety, na jaką mogłaby
wyrosnąć.
I przez chwilę mrok nie wydawał się aż tak bardzo mroczny.
- Chodźmy więc - powiedziała. - Lepiej nie kazać famille czekać.