Cesarstwo potępionych. Cykl Wampirze cesarstwo. Księga 2 - Jay Kristoff

Kup ebooka

62.00 zł
52.70 zł (50,44 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział II. Jak i dlaczego

II

Jak i dla­czego

Zje­cha­li­śmy do doliny, a w mojej gło­wie koła­tała się tylko jedna myśl. Nie ulga, bo dowie­dzia­łem się, że moja sio­stra nie umarła, ani nie zgroza, bo odkry­łem, że jest Umarłą. Nie była to podejrz­li­wość wobec dziw­nych darów, jakie ujaw­niała, ani cie­ka­wość, jak spę­dziła ostat­nie sie­dem­na­ście lat. Kiedy razem z Dior powoli zjeż­dża­li­śmy na plat­for­mie, moje pyta­nia, zdu­mie­nie, wszyst­kie szepty w mojej gło­wie zostały zdła­wione przez jedną obawę.

- Celene zmu­siła mnie do wypi­cia swo­jej krwi.

Dior, która wła­śnie obgry­zała paznok­cie i splu­wała nimi z plat­formy, pod­nio­sła na mnie wzrok.

- Co prawda jestem cał­kiem nowa w te klocki, ale czy wam­piry nie postę­pują zwy­kle dokład­nie na odwrót?

- Sza­ro­ręki pode­rżnął mi gar­dło. Krew Celene powstrzy­mała mnie od śmierci.

- To nie brzmi naj­go­rzej, nie?

- To dokład­nie jedna trze­cia dystansu, jaka dzieli mnie od cał­ko­wi­tej kata­strofy.

Dziew­czyna pokrę­ciła głową i spoj­rzała na mnie pustym wzro­kiem.

- W wam­pi­rzej krwi kryje się moc. Siła. Leczy śmier­telne rany. Spo­wal­nia nawet sta­rze­nie się. Jed­nak kryje się w niej także mrocz­niej­sza magya. Picie krwi wam­pira daje mu wła­dzę nad tobą, tym więk­szą, im wię­cej wypi­jesz. Posil się krwią tego samego wam­pira trzy razy, a ule­gniesz jego cza­rowi. Sta­niesz się niczym wię­cej niż jego nie­wol­ni­kiem.

- To dla­tego sre­bro­święci palą krew - mruk­nęła. - Zamiast ją prze­ły­kać.

Poki­wa­łem głową, patrząc na zamar­z­niętą rzekę w dole.

- Sza­ro­ręki opo­wie­dział mi kie­dyś pewną histo­rię. O wam­pi­rze imie­niem Liame Voss. Był nie­opie­rzeń­cem z Żela­zno­ser­cych, stwo­rzo­nym w Made­isie jakieś pięć­dzie­siąt lat temu. Kiedy ludzie zaczęli zni­kać, do mia­sta wysłano sre­bro­świę­tego imie­niem Marco. Był on prze­bie­głym myśli­wym i zro­bił to, co na jego miej­scu zro­biłby każdy prze­bie­gły myśliwy. Zba­dał grób Liame'a, poroz­ma­wiał z jego famille i narze­czoną, ładną dziew­czyną imie­niem Estelle. Pra­wie dopadł swoją zwie­rzynę; dorwał wam­pira, kiedy ten zaata­ko­wał prze­chod­nia w pobliżu portu. Odciął Liame'owi rękę i pra­wie go ośle­pił sre­bro­bombą. Pijawka jed­nak sko­czyła do zatoki i wpły­nęła w mrok, gdzie Marco nie mógł jej ści­gać. Dziwne było to, że Liame dopa­dał nową ofiarę nie­mal każ­dej nocy, ale po tym, jak Marco pra­wie go zabił, mor­der­stwa się skoń­czyły. Nasz dobry fr?re przy­czaił się, prze­ko­nany, że Liame znowu zaata­kuje, ale ni­gdy do tego nie doszło. Nie było ani jed­nej ofiary wię­cej. Marco uznał, że wam­pir uciekł w poszu­ki­wa­niu bez­piecz­niej­szych tere­nów łowiec­kich. Dopiero wiele lat póź­niej poznał prawdę.

- Czego się dowie­dział? - zapy­tała ści­szo­nym gło­sem Dior.

- To się działo jesz­cze w cza­sach, kiedy słońce na­dal pło­nęło jasno na nie­bie. I żeby zapew­nić sobie bez­pie­czeń­stwo za dnia, kiedy był bez­radny, Liame znie­wo­lił swoją narze­czoną. Estelle pil­no­wała go, gdy spał. Wabiła ofiary, żeby mógł się nimi żywić. Cza­sem nawet pozby­wała się ciał. - Pokrę­ci­łem głową z ponurą miną. - Nie­wolny zabije dla swo­jego pana. Umrze dla niego. Dopu­ści się wszel­kiej potwor­no­ści dla tego, z kim jest zwią­zany. Jed­nakże Estelle szcze­rze kochała Liame'a. Cała żar­li­wość jej śmier­tel­nego uczu­cia została pogłę­biona przez pod­dań­stwo wobec Krwi. Made­mo­iselle ogar­nęło tak bez­brzeżne prze­ra­że­nie, kiedy fr?re Marco omal nie zabił jej uko­cha­nego Liame'a, że obmy­śliła spo­sób, by zapew­nić mu bez­pie­czeń­stwo na zawsze. Minęło dzie­więć lat, zanim sprawa wyszła na jaw. Estelle zgi­nęła pod kołami powozu, nad któ­rym woź­nica stra­cił pano­wa­nie. Konie ją stra­to­wały. I kiedy umie­rała, wyja­wiła kapła­nowi prawdę, ale zważ sobie, że by­naj­mniej nie w ramach spo­wie­dzi. Bła­gała go, żeby kon­ty­nu­ował jej zbożne dzieło. Kapłan zapro­wa­dził mili­cję do jej domu, gdzie prze­bito się przez ścianę w piw­nicy. I tam zna­leźli Liame'a: zdy­cha­jący z głodu worek kości, na­dal pogrą­żony w śpiączce, kiedy wywle­kli go na świa­tło sło­neczne. Widzisz, Estelle pocho­wała swo­jego narze­czo­nego, gdy spał. Zamu­ro­wała go tam, gdzie nikt nie mógł go skrzyw­dzić. Kar­miła go przez odpływ, zaty­ka­jąc uszy woskiem, żeby nie sły­szeć jego roz­ka­zów uwol­nie­nia go. Niczego na świe­cie nie pra­gnęła rów­nie mocno jak tego, żeby zacho­wać bez­piecz­nie swo­jego uko­cha­nego pana.

Dior zady­go­tała i nakre­śliła w powie­trzu znak koła.

- Na zawsze.

Jean-François prych­nął, odchy­la­jąc się w fotelu.

- To skoń­czone bred­nie, de León.

Gabriel zer­k­nął na mar­kiza, sącząc wino.

- Jak uwa­żasz.

- Rozu­miem, że ta bajeczka miała nastra­szyć biedną dziew­czynę?

- Życie jest dziw­niej­sze od opo­wie­ści, wam­pi­rze, ale ta opo­wieść miała nauczyć Dior, że pod­dań­stwo krwi to nie bła­hostka. I że w nie­któ­rych wzbu­dza odda­nie, które gra­ni­czy z sza­leń­stwem. - Gabriel ski­nął głową w stronę cieni pod drzwiami. Meline jak zawsze cza­iła się na zewnątrz. - Powi­nie­neś na to uwa­żać. Panie.

Jean-François ścią­gnął rubi­nowe usta i posłał sre­bro­świę­temu miaż­dżące spoj­rze­nie.

- Jed­nak nawet jeśli unik­niesz sza­leń­stwa - mówił dalej Gabriel - po trzech kro­plach w ciągu trzech nocy czło­wiek staje się prak­tycz­nie nie­wol­ni­kiem. Już raz napi­łem się krwi Celene i wie­dzia­łem, że jej krew działa we mnie, zmięk­cza mi serce. Bez względu na to, czym się stała w ciągu nocy, jakie upły­nęły, odkąd ostatni raz ją widzia­łem, moja młod­sza sio­stra i ja byli­śmy ogrom­nie zżyci jako dzieci. Jej krew w moich żyłach mogła tylko spra­wić, że ta miłość się pogłębi. A prawda była taka, że nie mogłem jej ufać. Tak samo jak nie mogłem wypluć krwi, którą prze­mocą wlała mi do gar­dła.

Zjeż­dża­li­śmy dalej, łań­cu­chy zgrzy­tały, kiedy wiatr koły­sał plat­formą. Dolina M?re przy­wdziała zimową suk­nię, zamar­z­nięta rzeka lśniła jak ciemna stal. Szczyty Bożych Posłań­ców maja­czyły na pół­nocno-zachod­nim hory­zon­cie, zaś na połu­dnio­wym zacho­dzie widać było spo­wite burzami wierz­chołki Noc­nych Turni. Śnieg prze­sło­nił zie­mię, szary jak popiół i gęsty.

Dior skrę­ciła sobie cyga­retkę z sidłaka w czar­nej bibułce - Bene­dict, jeden ze sta­rych braci pra­cu­ją­cych w spi­chle­rzu opac­twa, był bez­na­dziej­nym nało­gow­cem i dziew­czyna zgar­nęła jego zapasy. Zapa­liła, korzy­sta­jąc ze skra­dzio­nego krze­siwka, i blady dym popły­nął z jej ust, gdy mruk­nęła:

- Co jej się przy­tra­fiło?

- Celene?

- Oui.

Odgar­ną­łem potar­gane przez wiatr włosy i zapa­trzy­łem się na nasze rodzinne zie­mie.

- Jako nowi­cju­sze Aaron i ja wal­czy­li­śmy z jedną z córek Fabiéna. Nazy­wała się Laure. Upiór w Czer­wieni. Pod­pa­li­łem ją pod­czas walki, więc zemściła się, pod­pa­la­jąc wio­skę, w któ­rej się uro­dzi­łem. Zabiła wszyst­kich. Moją mamę. Ojczyma. Młod­szą sio­strę. Wszyst­kich.

- Wielki Odku­pi­cielu. - Dior uści­snęła mi dłoń. - Bar­dzo mi przy­kro, Gabe.

- Celene miała led­wie pięt­na­ście lat. - Wes­tchną­łem. - Umarła przeze mnie.

Plat­forma opa­dła na zie­mię z gło­śnym łosko­tem, a ja rozej­rza­łem się po zamar­z­nię­tej doli­nie. Ni­gdzie nie widzia­łem śladu mojej sio­stry. Poczła­pa­łem do stajni i stwier­dzi­łem, że nie ma koni. Pew­nie Argyle i pozo­stali je zabrali. Celene nie uznała za sto­sowne, żeby ich powstrzy­mać, ale może...

- Chwała Bogu.

Odwró­ci­łem się z dło­nią na ręko­je­ści Poże­raczki Popio­łów, sły­sząc cichy syk za ple­cami. Pod futrami poczu­łem dawno zapo­mniane cie­pło, które teraz na nowo się we mnie roz­ża­rzyło. Ogień odzy­ska­nej wiary popły­nął przez srebrne tatu­aże na moim ciele, moja egida zapło­nęła w obec­no­ści Umar­łej. Za nami stała postać - wysoka, pełna wdzięku, spo­wita w szkar­łat jak plama krwi na śniegu.

Wyglą­dała dokład­nie tak, jak ją zapa­mię­ta­łem, a mimo to serce zabiło mi szyb­ciej na jej widok. Pukle tak czarne, że aż gra­na­towe, spły­wały jej do pasa. Nosiła długi czer­wony sur­dut i jedwabną koszulę roz­piętą na bla­dej piersi. Przy­wdziała tę samą maskę z bia­łej por­ce­lany z czer­wonym odci­skiem ręki w miej­scu ust i z obwie­dzio­nymi czer­wie­nią rzę­sami. Tęczówki miała rów­nie blade jak skórę, a białka jej oczu były - wbrew swo­jej nazwie - czarne. Patrzyła wzro­kiem mar­twego bytu, cał­ko­wi­cie pozba­wio­nego świa­tła i życia.

- Ty żyjesz - szep­nęła Celene.

Sta­li­śmy na mro­zie. Tak wiel­kie brzmię i tak wiele słów zawi­sło mię­dzy nami, że trud­niej się oddy­chało. Pół mojego życia upły­nęło, odkąd uzna­łem, że moja młod­sza sio­stra została zamor­do­wana, jed­nak nawet po tak wielu latach mia­łem wra­że­nie, że na jej widok serce na nowo wyrwano mi z piersi. I cho­ciaż chcia­łem zadać tysiąc pytań, nie potra­fi­łem wymy­ślić naj­prost­szej rze­czy, jaką mógł­bym jej powie­dzieć.

- Dior Lachance... - zdo­ła­łem wykrztu­sić. - Poznaj Celene Castię.

Dior ski­nęła głową i mruk­nęła z cyga­retką w ustach:

- Ale wolisz, żeby nazy­wać cię Lia­the?

- Lia­the to naszszsz tytuł, nie imię. - Celene przy­klęk­nęła na jed­nym kola­nie jak che­va­lier przed kró­lową. - Możesz nazy­wać nasss, jak zechcesz, dziecko. Po pross­stu ogrom­nie cie­szy nas fakt, że jess­steś bez­pieczna.

Dior zamru­gała zdzi­wiona, nie­pewna. Głos Celene na­dal brzmiał jak dziwny szept, tro­chę jak seple­nie­nie, tro­chę jak syk, i przy­po­mi­nał odgłos, jaki się roz­lega, kiedy czu­bek noża prze­suwa się po tafli pęka­ją­cego lodu.

- Ura­to­wa­łeśśś ją, bra­cie - powie­działa, odwra­ca­jąc się do mnie. - Mie­li­śmy co do tego pewne wąt­pli­wośś­ści.

Wpa­try­wa­łem się w nią har­dym wzro­kiem, kiedy się wypro­sto­wała, echo krwi, którą mnie nakar­miła, trwało w moich ustach. Nawet wiele godzin póź­niej pło­nęło we mnie mocą, jakiej ni­gdy nie zasma­ko­wa­łem. Krew ancien jakimś cudem wzbie­ra­jąca w żyłach nie­opie­rzeńca, który rap­tem sie­dem­na­ście lat temu wstał z grobu.

- Twój tytuł - powie­dzia­łem. - Co ozna­cza?

- Lia­the. W sta­ro­tal­ho­skim to zna­czy rycerz. Albo święty rycerz.

- Rycerz? - prych­ną­łem. - Jaki znowu rycerz?

- Rycerz Wiary. Wierny.

- Dla­czego mnie tro­pisz? - zapy­tała ostro Dior. - Czego chcesz?

- Muss­sisz z nami pójść, dziecko. Grozi ci nie­bez­pie­czeń­stwo. A co za tym idzie, nie­bez­pie­czeń­stwo grozi wszyssst­kim duszom na tym świe­cie. To Wiecz­no­tr­wały Król cię tropi, ale jest tylko kwe­stią czasu, zanim inni prio­rem zapra­gną nagiąć cię do swo­jej woli. Nie możesz wpaść w ich ręce.

- A co to, do cho­lery, jest prio­rem? - burk­nęła dziew­czyna.

- Naj­po­tęż­niejsi z Krew­nych - odpo­wie­dzia­łem. - Głowy czte­rech wiel­kich rodów.

- Pię­ciu - popra­wiła mnie Celene, prze­no­sząc na mnie wzrok. - Ist­nieje pięć rodów, Gabrielu.

Popa­trzy­łem na moją sio­strę, przy­po­mi­na­jąc sobie naszą walkę w San Guil­laume i bitwę, jaką sto­czy­li­śmy na M?re z Dan­to­nem. W obu przy­pad­kach wal­czyła jak wcie­lony demon, sil­niej­sza i szyb­sza, niż miał prawo być jaki­kol­wiek nie­opie­rze­niec. Co wię­cej, dzier­żyła ostrze stwo­rzone z wła­snej krwi. I tak jak ja poprzez dotyk goto­wała krew innych Krew­nych. Pra­wie nic nie wie­dzia­łem na temat wam­pira, który mnie spło­dził, ale tak jak wszy­scy bla­do­kr­wi­ści odzie­dzi­czy­łem cząstkę jego mocy: szyb­kość, siłę i odro­binę magyi krwi zwa­nej san­gwi­man­cją. Wyglą­dało na to, że Celene jakimś cudem otrzy­mała te same mroczne dary.

Moja sio­stra wbiła pazno­kieć w dłoń. Wez­brała ciemna czer­wień. Naj­pierw poczu­łem zapach i zaraz tatu­aże zapło­nęły gorę­cej na mojej skó­rze. Kiedy Dior wytrzesz­czyła oczy, krew unio­sła się z dłoni Celene jak kobra, kształ­to­wana jej wolą w zna­jomy herb, ten sam, jaki odkryła moja uko­chana Astrid w biblio­tece pół mojego żywota temu.

Dwie czaszki skie­ro­wane ku sobie na tle wyso­kiej pawęży.

- Esani - szep­ną­łem.

- To także ze sta­ro­tal­ho­skiego - powie­działa Dior. - Nie­wierni. A moja przod­kini, córka Odku­pi­ciela i Michon, nazy­wała się Esan. Wiara.

- Co to wszystko, do dia­bła, zna­czy, Celene? - zapy­ta­łem ostro. - Powie­dzia­łaś mi, że Laure, Upiór w Czer­wieni, zabiła cię, kiedy spa­liła Lor­son.

- Ow­szem. Droga mamu­sia Laure. - Prze­cią­głe wes­tchnie­nie wyrwało się spod krwa­wej maski mojej sio­stry. - Ogra­bi­łeś mnie z mojej zemsty, kiedy ją zabi­łeśśś, bra­cie.

- Jeśli Laure cię stwo­rzyła, to jesteś z Krwi Voss. Jakim cudem posłu­gu­jesz się san­gwi­man­cją? To krwawy dar Esani.

- Tak wielu rze­czy nie wieszsz. Spę­dzi­łeś lata w swo­jej małej wieży, ucząc się zabi­jać faerie, zim­no­krwi­stych i tan­ce­rzy zmierz­chu, a nie wiesz nic o tym, czym jesteś.

- To mnie naucz - wark­ną­łem. - Zamiast cią­gle się do mnie dopie­przać.

Prze­chy­liła głowę, pory­wi­sty wiatr roz­wie­wał poły jej płasz­cza jak kłęby dymu.

- Esana to nie jest jedy­nie ród, bra­cie. Jeste­śmy wyzna­niem. Uczy­łam się od jed­nego z naj­więk­szych ako­li­tów Wiary, ancien imie­niem Wul­fric. - Krwawa struga przed nią zady­go­tała i przy­jęła kształt dłu­giego, ocie­ka­ją­cego kro­plami ostrza. - To od niego pocho­dzą naszsz­sze dary.

- Dla­czego ten Wul­fric posłał cię za mną? - Dior wypu­ściła dym, wpa­tru­jąc się w falu­jący miecz. - Czego chcesz?

- Tego sssa­mego, czego chcieli nie­ma­jący roze­zna­nia bra­cia Gabriela. Krew Odku­pi­ciela położy kres bez­dniowi, dziecko. Przy­wró­cisz niebu sssłońce. I zakoń­czysz ist­nie­nie cesar­stwa potę­pio­nych.

Powie­trze stało się cięż­kie od wycze­ki­wa­nia. Od obiet­nicy obja­wie­nia. Rzeź, jakiej się dopu­ści­łem w kate­drze, to był mój wła­sny wybór i zro­bił­bym to znowu, żeby ura­to­wać życie Dior, jed­nak jak tchórz odwra­ca­łem się od ceny, jaką może za to zapła­cić świat. Powstrzy­ma­łem Srebrny Zakon przed zakoń­cze­niem bez­d­nia i całego zwią­za­nego z nim cier­pie­nia. Teraz więc musia­łem sam poło­żyć mu kres.

I wyglą­dało na to, że moja sio­stra mogła znać na to spo­sób.

Wyraź­nie czu­łem cię­żar słowa, jakie wypo­wie­działa potem Dior. Wyda­wało się, że cały świat zamarł, nawet wiatr ucichł, żeby­śmy usły­szeli prze­stra­szony szept:

- Jak?

- My... - Celene zwie­siła głowę. - Ja... jesz­cze nie wiem.

Wiatr znowu zawył, świat pod­jął obrót, prze­rwa­łem ciszę, gdy par­sk­ną­łem zdu­mio­nym, zroz­pa­czo­nym śmie­chem.

- Co takiego?!

Celene popa­trzyła na mnie, cichy syk poniósł się zza jej maski.

- Żar­tu­jesz sobie? - wark­ną­łem. - Dep­czesz nam po pię­tach przez pół cesar­stwa, dwa razy pra­wie mnie zamor­do­wa­łaś, pró­bu­jąc porwać Dior, i nawet nie wiesz...

- Powie­dzia­łam, że jesz­cze nie wiem! - Ryk Celene zadźwię­czał wśród czar­nego kamie­nia. - Mistrz Wul­fric został zamor­do­wany, zanim zdą­żył mnie nauczyć. Ist­nieją jed­nak inni Esana, Gabrielu! Istoty, które stą­pały po ziemi, zanim cesar­stwo stało się choćby marze­niem! Naj­więk­szy wojow­nik Wier­nych prze­bywa rap­tem kilka tygo­dni podróży ssstąd! Odnaj­dziemy leże mistrza J?noaha i w jego kom­na­tach poznamy prawdę na temat tego, co Dior musi zro­bić, żeby przy­wró­cić słońce!

- Kilka tygo­dni? W środku zimy? Gdzie, u dia­bła, jest to miej­sce?

- Gdzieś pośród Noc­nych Turni. To cyta­dela znana jako Cairn­haem.

- Gdzieś pośród Noc­nych Turni? Ni­gdy tam nie byłaś? Pozna­łaś cho­ciaż tego fiuta?

- To nie ma zna­cze­nia! - wark­nęła. - Pod twoją tro­skliwą opieką Graal pra­wie stra­cił życie, a świat jedyną drogę oca­le­nia! Nie poj­mu­jesz, o jaką stawkę toczy się tu gra! Oto droga, jaką to dziecko musi obrać, i nie musi prze­być jej z tobą!

Celene tup­nęła ze zło­ścią i przez chwilę wyda­wała się nie tyle krwio­żer­czym potwo­rem, ile moją sio­strą, dziec­kiem, furią, dia­błem wcie­lo­nym, któ­rego tem­pe­ra­ment zara­zem prze­ra­żał mnie i budził moją miłość. Zmru­żyła jasne oczy i unio­sła drżącą dłoń do Dior.

- Chodź z nami.

Zer­k­ną­łem na dziew­czynę obok mnie i z powro­tem na stwora, który był kie­dyś moją famille.

- Chyba cał­kiem ci odpier­do­liło - powie­dzia­łem, wycią­ga­jąc Poże­raczkę Popio­łów.

Och, szep­nęła moja klinga. Śliczny płasz­czyk, szkar­łat-szkar­łat-szkar­łat w środku i na zewnątrz, śliczny kwia...

- To nie zabawa, bra­cie - wark­nęła Celene. - Nie możesz uchro­nić jej przed tym, co nad­cho­dzi. Nie masz naj­mniej­szego poję­cia, jakich odpo­wie­dzi potrze­buje to dziecko. Dziecko pój­dzie...

- To dziecko ma, do dia­bła, imię - wark­nęła Dior. - I może wszy­scy powin­ni­śmy dać sobie chwilę odde­chu. W każ­dym razie ci z nas, któ­rzy oddy­chają...

- Oss­strze­gam cię, Gabrielu - syk­nęła Celene, a powie­trze mię­dzy nami skrzyło się teraz od mrocz­nej ener­gii. - To przez cie­bie spo­tkał mnie ten los. Wszystko, czym jestem, wszystko, co robię, to twoja wina. Zabie­rzemy Dior do mistrza J?noaha. Nie sta­waj nam na dro­dze.

- Kiedy w grę wcho­dzi ta dziew­czyna, stanę na dro­dze całemu światu.

Celene unio­sła krwawe ostrze. Jej głos prze­ciął zale­ga­jący mię­dzy nami chłód:

- Więc zmu­simy cię, żebyś z niej zszedł.

Rozdział III. Zła krew

III

Zła krew

Celene rzu­ciła się na mnie - była jak czer­wona smuga na sza­rym śniegu. Ode­pchną­łem Dior w bok, zanim moja sio­stra ude­rzyła, celu­jąc krwa­wym mie­czem w moją szyję. Egida mi pło­nęła, ale nie mia­łem czasu, żeby ją odsło­nić, led­wie zdą­ży­łem spa­ro­wać cios Poże­raczką. Poczu­łem strasz­liwą siłę za ata­kiem Celene. Obró­ci­łem się i kop­ną­łem ją w plecy, gdy za bar­dzo się wychy­liła do przodu. Z impe­tem wpa­dła na gra­ni­towy słup za moimi ple­cami. Posy­pały się gra­ni­towe odłamki.

- PRZE­STAŃ­CIE! - krzyk­nęła Dior, kiedy Celene odwró­ciła się, a jej miecz wyry­so­wał szkar­łatną wstęgę w powie­trzu. I kiedy ostrze ude­rzyło w ostrze, krew ser­deczna w gwiaz­do­stal, zaczą­łem taniec z moją sio­strą.

Jak już wspo­mnia­łem, jako dziecko Celene była cho­dzącą zgrozą. Nasza droga matka rwała włosy z głowy z powodu nie­god­nych damy zapę­dów mojej sio­stry i besz­tała mnie za to, że ją do tego zachę­cam. Mój dia­be­łek zawsze twier­dził, że nie marzy o zamąż­pój­ściu. Zamiast tego Celene nie­ustan­nie mówiła o życiu peł­nym przy­gód. We dwójkę bawi­li­śmy się w walkę na mie­cze w kuźni mojego ojczyma, kiedy już wypeł­ni­li­śmy nasze obo­wiązki. Jed­nak, cho­ciaż to zabrzmi dziw­nie, ni­gdy nie wal­czy­li­śmy prze­ciwko sobie. Zamiast tego sta­wa­li­śmy zwró­ceni do sie­bie ple­cami, z kij­kami w rękach, sta­wia­jąc czoło nie­skoń­czo­nym legio­nom wyima­gi­no­wa­nych nie­przy­ja­ciół.

"Wróg licz­niej­szy" - mawia­li­śmy - "lecz nie sil­niej­szy. Lwy zawsze górą".

I tam, w cie­niu opac­twa San Michon, z początku wyda­wało się, że znowu jeste­śmy dziećmi, że mama w każ­dej chwili może wrza­snąć, że mamy zosta­wić te patyki i wra­cać na kola­cję. Kiedy jed­nak odpie­ra­łem ataki sio­stry, gdy klinga ude­rzała o klingę, zda­łem sobie sprawę, że Celene się nie bawi, że moje cie­płe wspo­mnie­nia to tylko echo jej krwi w moich żyłach.

To nie jest twoja s-s-sio­stra, Gabrielu, roz­legł się szept Poże­raczki.

Czer­wone kro­ple bry­zgały w powie­trze, gdy nasze mie­cze się zde­rzały.

Syk bólu, gdy jej klinga roz­cięła mi poli­czek.

- GABE! - krzyk­nęła Dior.

NIECH CIĘ DIA­BLI, WALCZ!

Dior bie­gła przez śnieg w naszą stronę, woła­jąc do nas, żeby­śmy prze­stali. Krzyk­ną­łem ostrze­gaw­czo, żeby się cof­nęła, ale ta dziew­czyna cza­sem miała wię­cej ikry niż rozumu, przy­się­gam. A kiedy ode­rwa­łem na chwilę wzrok od sio­stry, ta kop­nęła mnie tak, że pra­wie poła­mała mi żebra. Pole­cia­łem jak kula armat­nia. I ude­rzy­łem pro­sto w Dior.

Zde­rzy­li­śmy się, stęk­nę­li­śmy, przy­wa­li­łem z trza­skiem głową w twarz Dior. Z dziew­czyny uszło całe powie­trze, a wraz z nim z ust wyle­ciała jej cyga­retka. Padli­śmy w śnieg i razem kozioł­ko­wa­li­śmy, zanim wresz­cie się zatrzy­ma­li­śmy. Prze­tur­la­łem się i ukuc­ną­łem, trzy­ma­jąc mocno miecz. Zer­k­ną­łem na Dior. Z ulgą spo­strze­głem, że tylko leży oszo­ło­miona i pozba­wiona tchu. Jed­nak przy­śpie­szył mi gwał­tow­nie puls i zaschło w ustach, kiedy zoba­czy­łem, jak z nosa wypływa jej strużka jasnej, żywej czer­wieni.

Krew.

Gabriel wziął głę­boki wdech, prze­su­wa­jąc kciu­kiem po bli­znach w kształ­cie łez na policzku.

- Mawiano, że byłem naj­więk­szym szer­mie­rzem wszech cza­sów, zim­no­krwi­sty. Według pie­śni, które o mnie śpie­wano, potra­fi­łem prze­ciąć noc na dwoje. I cho­ciaż pijacka papla­nina w spe­lun­kach Augu­stin i Beau­fort to żadna miara męsko­ści, prawda jest taka, że zawsze dobrze sobie radzi­łem z ostrzem. Od małego tre­no­wa­łem u mistrzów. Uro­dzi­łem się z nor­dlundzką krwią w żyłach, krwią Lwów. I kiedy spoj­rza­łem na dziew­czynę krwa­wiącą obok mnie na śniegu, poczu­łem, że obu­dził się we mnie ten lew.

- Oż, ty kurwo, skrzyw­dzi­łaś ją! - wark­ną­łem.

Sko­czy­łem na Celene, zwa­li­łem się na nią jak lawina z egidą pło­nącą pod skórą. Stało się teraz jasne, że moja sio­stra pra­gnie mojej śmierci, żeby dorwać Dior w swoje zimne szpony. Kiedy obej­rza­łem się na pozba­wioną tchu dziew­czynę, która prze­tur­lała się na bok w śniegu i prze­su­wała kost­kami ręki po zakrwa­wio­nym nosie, przy­po­mnia­łem sobie to, co jej obie­ca­łem i ile już poświę­ci­łem dla jej bez­pie­czeń­stwa.

Losy całego świata.

Walcz!

Celene natarła, czu­bek jej ostrza celo­wał w moją pierś. Odsko­czy­łem, śnieg zatrzesz­czał mi pod butami, a Celene pra­wie stra­ciła rów­no­wagę. Dosko­czy­łem tanecz­nym kro­kiem, dopra­sza­jąc się o kolejny atak, któ­rego chęt­nie mi udzie­liła, cho­ciaż zata­czała się i chwiała, sycząc ze zło­ści. Ja jed­nak zbi­łem jej cios w dół i sztych jej klingi wbił się w śnieg. Prze­mkną­łem za ple­cami Celene z całą gra­cją, o jakiej śpie­wali tamci min­strele w mor­dow­niach, i prze­cią­gną­łem klingą Poże­raczki po jej ple­cach.

Roz­cią­łem sur­dut Celene, krew try­snęła na śnieg, a Poże­raczka ze świ­stem cięła ciało i kości. Moja sio­stra zady­go­tała na wyją­cym wie­trze. I na moich zdu­mio­nych oczach całej jej ciało roz­pa­dło się w strugę posoki u mych stóp.

Usły­sza­łem dźwięk. Cichy. Skrzy­pie­nie śniegu za ple­cami. Obró­ci­łem się w tej samej chwili, w któ­rej czer­wone ostrze prze­biło mi pierś. Klinga prze­szła tuż obok serca, krew zabul­go­tała mi w ustach, Poże­raczka wypa­dła mi z ręki. Celene stała teraz za mną, mru­żąc mar­twe śle­pia, a postać, którą zra­ni­łem, była tylko kałużą na śniegu. Dotarło do mnie, że to musiała być jakaś ilu­zja, jakieś zaklę­cie krwi.

- Pier­dol mnie w fi...

Dior krzyk­nęła. Celene obró­ciła się, roz­ci­na­jąc mi żebra, kiedy wyszarp­nęła ostrze. Padłem, kasz­ląc, i prze­tur­la­łem się na plecy. Stwór, który był kie­dyś moją sio­strą, uniósł wysoko broń. Dzie­liło mnie led­wie jedno tchnie­nie od śmierci, wie­dzia­łem to, ale zde­spe­ro­wany, łapiąc hau­stami powie­trze, poczu­łem, że pod moja skórą wciąż pło­nie ogień. Ścią­gną­łem lewą ręka­wiczkę i unio­słem rękę.

Sied­mio­gwiazda na mojej dłoni zapło­nęła, Celene syk­nęła, zasła­nia­jąc oczy ręką. Pod­czas wojen w mojej mło­do­ści ten tusz pło­nął sre­brzy­stym błę­ki­tem, roz­świe­tla­jąc pole bitwy ogniem mojej wiary. Teraz pło­nął czer­wie­nią jak prze­siąk­nięte nie­na­wi­ścią serce pie­kła. Nie pozo­stała w moim sercu żadna miłość dla Wszech­mo­gą­cego po tym, co zro­bił mnie i ma famille. Jed­nak, jak powie­dział mi mój stary przy­ja­ciel Aaron, nie miało zna­cze­nia, w co wie­rzę, dopóki w coś wie­rzy­łem.

A wie­rzy­łem w Dior.

Celene zato­czyła się do tyłu, na wpół ośle­piona. Char­cząc, roze­rwa­łem płaszcz i koszulę, odsła­nia­jąc pło­ną­cego lwa na mojej piersi. Z różową pianą na ustach, plu­jąc krwią, pod­nio­słem Poże­raczkę Popio­łów i wsta­łem z bucha­ją­cego parą śniegu.

- N-nie dzi­siaj, sio­stro.

Ona jed­nak tylko unio­sła rękę.

Poczu­łem jej dotyk jak pięść zaci­śniętą na piersi, jak żela­zne okowy zamy­ka­jące się wokół całego mojego ciała. Zła­pa­łem gwał­tow­nie powie­trze, nie mogąc się ruszyć, nie mogąc już nawet oddy­chać. Zmru­żyła oczy, kiedy dzięki dia­bel­skim sztucz­kom swej mrocz­nej sztuki zapa­no­wała nad krwią pły­nącą w moich żyłach.

Jej krwią.

Zakrzy­wiła palce jak szpony, a mnie wyrwał się z piersi słaby okrzyk bólu, gdy krew, jaką mi ofia­ro­wała, zaczęła się goto­wać. Ręka jej dygo­tała, czer­wona para buch­nęła mi ze skóry, krzyk wyrwał się z ust. Zza jej maski dobiegł syk:

- Nie dzi­siaj, bra...

Blade palce zaci­snęły się na jej wło­sach i szarp­nęły głowę do tyłu. Zza ple­ców Cele­ste wynu­rzyła się ręka, która doci­snęła szty­let ze sre­bro­stali do jej gar­dła.

- Ani dziś, ani w ogóle, wam­pi­rze - wark­nęła Dior.

Moja sio­stra zamarła. Ja rów­nież cały czas byłem unie­ru­cho­miony.

- Dziecko...

- Prze­stań mnie tak nazy­wać. Puść go.

Celene zer­k­nęła na mnie, ale jej uścisk na­dal był stalą w moich żyłach. Przez chwilę zasta­na­wia­łem się, dla­czego tak się boi - była prze­cież zro­dzona ze star­szego Żela­zno­ser­cego. Kiedy jed­nak przyj­rza­łem się uważ­niej, spo­strze­głem, że szty­let Dior lśni nie tylko sre­brem, ale i czer­wie­nią - krew roz­ma­zała się nie tylko na jej nosie i ustach, lecz także na ostrzu. Celene i ja oboje widzie­li­śmy, jak ta krew spa­liła Księ­cia Wiecz­no­ści na popiół. Wszy­scy wie­dzie­li­śmy, co może zro­bić także z nią.

- Nie chcemy cię skrzyw­dzić, chérie. Muss­sisz...

- Niczego nie muszę, chérie. A teraz. Puść. Go.

Mar­twy wzrok Celene padł na mnie, gniew tajał, zmie­niał się w strach.

- On nasss zabije.

- Może. Cho­ciaż wąt­pię. - Dior spoj­rzała mi w oczy, mówiąc w rów­nym stop­niu do mnie, co do mojej sio­stry. - Jest na to za mądry. Jeśli ja jestem klu­czem do zakoń­cze­nia tego wszyst­kiego, a ty wiesz, gdzie jest zamek, to wygląda na to, że potrze­bu­jemy sie­bie nawza­jem. Ni­gdzie mnie nie zabie­rzesz. Ale... - Pocią­gnęła mocno nosem i ode­tchnęła głę­boko. - Możemy pójść z tobą. Razem poszu­kamy tego mistrza J?noaha.

Splu­nęła szkar­ła­tem na śnieg i unio­sła pyta­jąco brew.

- Chyba że ktoś ma lep­szy pomysł?

Wpa­try­wała się we mnie, a jej jasno­nie­bie­skie oczy pło­nęły pyta­niem. Widzia­łem jej nie­uf­ność. Trwogę. Gniew, bo Celene mnie zra­niła. A mimo to także zacie­ka­wie­nie. Chciała dowie­dzieć się cze­goś wię­cej o Esani. O sobie. O tym, jak może napra­wić ten okropny, zruj­no­wany świat. I cho­ciaż nie pokła­da­łem wiel­kiej wiary w mojej sio­strze, to wyda­wało się, że wie, co Dior musi zro­bić, żeby poło­żyć kres tym wszyst­kim okrop­no­ściom. A to było wię­cej, niż mogłem powie­dzieć na swój temat.

Dla­tego, wal­cząc z uści­skiem Celene, wbrew roz­sąd­kowi ski­ną­łem leciutko głową.

- Jeśli jed­nak nie puścisz go w tej chwili - szep­nęła Dior, ści­ska­jąc moc­niej włosy mojej sio­stry - twój brat nie będzie musiał cię zabi­jać, Celene, przy­się­gam ci, kurwa, na Boga.

Jak już wspo­mnia­łem, dziew­czyna dora­stała w rynsz­to­kach Lasha­ame. Jeden Wszech­mo­gący wie­dział, co musiała robić, żeby prze­trwać. Cięż­kie czasy i twarde kamie­nie rodzą twar­dych ludzi i jesz­cze tward­sze dzie­ciaki. Ta dziew­czyna zabi­jała inkwi­zy­torki. Żoł­nie­rzy. Słodka Matko-Dzie­wico, zabiła nawet Bestię z Vel­lene. Kiedy przy­się­gała na Boga, to ja jej wie­rzy­łem. I Celene także.

Uścisk w moich żyłach zelżał, osu­ną­łem się na śnieg. Smużki czer­wo­nej pary sączyły mi się ze skóry, kiedy przy­ci­sną­łem rękę do prze­bi­tej piersi. Rana bul­go­tała i gul­go­tała przy każ­dym odde­chu, smak soli i mie­dzi wypeł­nił mi usta.

- Gabe!

Celene popra­wiła jedwabną apaszkę, a Dior pod­bie­gła do mnie, śli­zga­jąc się na śniegu. Nie odry­wała oczu od krwi pul­su­ją­cej mi mię­dzy pal­cami. Zdjęła ręka­wiczkę, przy­su­nęła szty­let do pobliź­nio­nej ręki gotowa ciąć. Krew Odku­pi­ciela czy­niła cuda, widzia­łem, jak leczyła rany, które każ­dego zwy­kłego czło­wieka posła­łyby do grobu. Ja jed­nak nie byłem zwy­kłym czło­wie­kiem.

- Nie r-rań sie­bie - szep­ną­łem, na­dal pio­ru­nu­jąc wzro­kiem moją sio­strę.

- Ale ty krwa­wisz!

- Już nie­długo. Bla­do­kr­wi­ści n-nie umie­rają tak łatwo.

Zer­k­ną­łem w dół i zoba­czy­łem, że rana się zamyka - otrzeź­wia­jące przy­po­mnie­nie o mocy krwi, którą nakar­miła mnie Celene. Pod­czas gdy ja mogłem zago­to­wać w wam­pi­rach krew, doty­ka­jąc ich, ona mogła doko­nać tego na odle­głość - wyglą­dało na to, że wła­dała każdą kro­plą swo­jej krwi. Ten pokaz san­gwi­man­cji budził podziw i trwogę; gdyby nie Dior, sio­stra mogłaby mnie poko­nać. Zasta­na­wia­łem się, do czego jesz­cze jest zdolna. Bo klę­cząc na mro­zie w cie­niu San Michon tam­tego ranka, wpa­tru­jąc się w moją Umarłą sio­strę i czarną drogę, jaką naj­wy­raź­niej kro­czy­li­śmy teraz razem, jedno wie­dzia­łem z całą pew­no­ścią.

- Na pewno nic ci nie jest? - zapy­tała Dior. - Nie potrze­bu­jesz, żebym...

- Oszczę­dzaj swoją krew, chérie. - Wes­tchną­łem.

Celene ski­nęła głową i szep­nęła:

- Tam, dokąd zmie­rzamy, będzie ci potrzebna.

Rozdział IV. Razem błądzimy

IV

Razem błą­dzimy

- Ty szczu­ro­żer­nej... świ­nio­lub­nej... kozo­jeb­nej... kur­wiej macie­rzy... synu!

Krzyk Dior odbił się echem od lodu. Szcze­rzyła zęby, war­cząc sfru­stro­wana.

- Zda­jesz sobie sprawę, że tylko obra­żasz moją mamę, kiedy tak mnie nazy­wasz?! - zawo­ła­łem. - A mnie wła­ści­wie w ogóle?

- A żryj gnój, ty pokraczny piź­dzielcu!

- O widzisz, tak trzy­mać. - Uśmiech­ną­łem się. - A teraz pod­nieś miecz.

Dior splu­nęła na śnieg.

- Gabrielu, nie nadaję się do tego.

- Fakt, jesteś bez­na­dziejna, ale jak ina­czej masz się nauczyć?

Sta­li­śmy na zamar­z­nię­tej powierzchni M?re, gęsta mgła wisiała w pół­mroku poranka. Oddech buch­nął chmurą z ust Dior na mro­zie, kiedy znowu zaklęła, odgar­nia­jąc z oczu spo­coną szopę wło­sów. Jed­nak uparta jak wóz pełen pija­nych osłów wes­tchnęła, schy­liła się do lodu i pod­nio­sła tre­nin­gowy miecz.

- Ty też byłeś taki bez­na­dziejny, kiedy zaczy­na­łeś?

- To nie jest ważne. - Wypi­łem haust wódki i scho­wa­łem pier­siówkę w wewnętrz­nej kie­szeni płasz­cza. - Oce­niaj swoje postępy, nie porów­nu­jąc się z innymi, ale z tym, co sama umia­łaś wcze­śniej.

Unio­słem miecz, patrząc na jej klingę.

- Raz jesz­cze, ale z uczu­ciem.

Wędro­wa­li­śmy w dół rzeki przez dzie­więć dni, opac­two San Michon znik­nęło za nami w pogłę­bia­ją­cym się śniegu. Wyru­szy­li­śmy tego samego ranka, kiedy star­łem się z Celene, a towa­rzy­szyła nam trójka tun­dro­wych kuców, które "poży­czy­li­śmy" ze stajni opac­twa. To była twarda trójka z tal­ho­skiej rasy zwa­nej sosya. Sosya tre­no­wano tak, żeby nie bały się Umar­łych - na całe szczę­ście, zwa­żyw­szy, w jakim towa­rzy­stwie się obra­ca­li­śmy. Teraz jed­nak moja sio­stra ruszyła przo­dem na zwiad, więc zwie­rzęta stały spo­koj­nie pod osłoną poskrę­ca­nych drzew na brzegu rzeki i obser­wo­wały, jak Dior i ja znowu zaczy­namy okła­dać się po gło­wach.

Posłu­gi­wa­li­śmy się drew­nia­nymi mie­czami pod­wę­dzo­nymi ze zbro­jowni wraz z zapa­sem sre­bro­kul, chy­mi­ka­liów, sanc­tusu i na dokładkę zawrot­nej ilo­ści klasz­tor­nej wódki. Nie mogłem zna­leźć sza­bli, którą Dior zabrała tru­powi Dan­tona, więc wypo­sa­ży­łem ją w mój wła­sny szty­let ze sre­bro­stali i nowy miecz ze zbro­jowni Argyle'a. Na razie nie była w sta­nie porząd­nie się nim zamach­nąć, nawet w obro­nie wła­snego życia, ale pamię­ta­łem, jak Bestia z Vel­lene sta­nął w pło­mie­niach, gdy tylko zetknął się z jej krwią. Wie­dzia­łem więc, że ta dziew­czyna to broń, któ­rej pijawki nauczą się bać.

- Pół­nocny wiatr - pole­ci­łem.

Dior unio­sła tre­nin­gowy miecz w posta­wie ofen­syw­nej, jakiej jej nauczy­łem. Oddy­chała szybko, policzki miała czer­wone z wysiłku.

- Krew Voss - rzu­ci­łem. - Czym są?

- To Żela­zno­sercy. Potom­stwo Fabiéna.

- Ich motto?

- "Wszy­scy klę­kają".

Zaata­ko­wała mnie bły­ska­wicz­nie jak sre­bro­kula, ude­rza­jąc zgod­nie ze wzo­rem, jaki jej poka­za­łem: brzuch, gar­dło, pierś i powtórka. Paro­wa­łem każdy cios, nasze mie­cze zde­rzały się z trza­skiem, kiedy tań­czy­li­śmy.

- Bar­dzo dobrze - powie­dzia­łem, cofa­jąc się na lodzie. - Jakie mają dary?

- Wycho­dzą obronną ręką z ran, które wykoń­czy­łyby innych zim­no­krwi­stych. Odporni na sre­bro. Ogień. A starsi potra­fią czy­tać w ludz­kich umy...

Usko­czy­łem przed jej nie­zręcz­nym pchnię­ciem i szturch­ną­łem ją w żebra, kiedy chwiej­nie mnie mijała.

- Zdra­dzasz się spoj­rze­niem. Nie patrz tam, gdzie zamie­rzasz ude­rzyć. Wyczuj kie­ru­nek. No dobrze, jakim ter­mi­nem fachowo nazywa się star­sze wam­piry?

Odwró­ciła się do mnie, sapiąc z wysiłku.

- Ancien.

- Dobrze. Postawa połu­dnio­wego wia­tru. - Na moje pole­ce­nie Dior sta­nęła w pozy­cji defen­syw­nej, zbi­ja­jąc cios, który wymie­rzy­łem w jej twarz. - Teraz Krew Ilon. Nazwa i motto.

- Szepty - odpo­wie­działa Dior, cofa­jąc się. - "Ostrzejsi niż klinga".

- Ich dary?

Skrzy­wiła się, kiedy ude­rzy­łem, zady­szana led­wie odparła mój atak.

- Bawią się emo­cjami. Wypa­czają czło­wieka, czy­niąc go bar­dziej sza­lo­nym albo szczę­śliw­szym, pogry­wają jego namięt­no­ściami. Czło­wiek może wtedy zacho­wać się w spo­sób do sie­bie nie­po­dobny, powie­dzieć coś, czego nor­mal­nie by nie powie­dział, czuć rze­czy, któ­rych naprawdę wcale nie czuje.

- To Nacisk. - Poki­wa­łem głową. - Nie jest tak wido­wi­skowy jak mie­cze łamiące się na two­jej skó­rze albo roz­wa­la­nie pię­ścią ścian, ale kiedy nie możesz ufać wła­snemu sercu, nie możesz ufać niczemu.

Pogrą­ży­li­śmy się w gra­dzie ata­ków i parad, Dior sapała, kiedy odpie­rała kilka moich następ­nych cio­sów. Włosy miała mokre od potu, z tru­dem łapała oddech.

- Dosko­nale. - Ski­ną­łem głową. - A teraz Krew Dyvok. Nazwa i motto.

- "Czyny, nie słowa".

- Kim są? Co potra­fią?

- To Nie­po­skro­mieni. Ich ancien są tak silni, że miaż­dżą stal w dłoni i roz­bi­jają mury zam­kowe gołymi rękami. Nawet mło­dzi...

Wyko­na­łem niską fintę, a potem popu­ka­łem Dior w ramię.

- Jak nazy­wamy nowo naro­dzone wam­piry?

- Nie­opie­rzeń­cami - wydy­szała.

Ude­rzy­łem ją w pierś i głowę.

- A dary ancien z rodu Dyvo­ków?

- Roz­ka­zują ludziom. Siłą głosu nagi­nają ludzką wolę.

- Tak jak Ilo­no­wie?

- Nie. - Pokrę­ciła głową. Pierś jej falo­wała, gdy sapała jak miech kowal­ski. - Ilo­no­wie są sub­tel­niejsi. Szep­czą i ludzie się zga­dzają. Dyvo­ko­wie ryczą i ludzie ich słu­chają.

- Nazy­wają to Biczem. Zagrywka rów­nie sub­telna jak cios mło­tem. I rów­nie sku­teczna.

Pono­wi­łem atak, szyb­szy niż dotąd. Pierś, brzuch, gar­dło, brzuch. Dior zbiła każdy cios, a ja zła­pa­łem się na tym, że się uśmie­cham, gdy roz­szy­fro­wała moją fintę. Kiedy jed­nak odsu­nęła się tanecz­nym kro­kiem, pośli­zgnęła się na zdra­dziec­kim kawałku lodu, a ja ude­rzy­łem ją w nad­gar­stek dosta­tecz­nie mocno, żeby zosta­wić siniaka. Upu­ściła miecz, zło­żyła się wpół i obró­ciła w miej­scu.

- Niech to dia­bli!

- Walka jest jak taniec. Zawsze uwa­żaj, gdzie sta­wiasz stopy, Lachance.

- Kurwa, to zabo­lało!

- Gdyby te mie­cze były ze stali, nie mia­ła­byś już, kurna, ręki. Myślisz, że to by nie zabo­lało?

- Pró­bo­wa­łam się prze­su­nąć!

- Nie pró­buj, tylko rób.

- Jasne, ale nie musisz zacho­wy­wać się przy tym jak wredny kutas.

- Sama popro­si­łaś, żebym cię nauczył - wark­ną­łem. - Miecz i zgrubne poję­cie o jego uży­ciu to dwa­kroć bar­dziej nie­bez­pieczne połą­cze­nie niż brak mie­cza i zerowe poję­cie o jego uży­ciu. Jeśli więc upie­rasz się, żeby wal­czyć, to mam wszel­kie powody, żeby zacho­wy­wać się jak skoń­czony kutas, ucząc cię nale­ży­cie fech­to­wać. Ten świat nie da ci tego, czego chcesz, bo ład­nie o to popro­sisz. Nie da ci sza­cunku. Miło­ści. Pokoju. Dosta­jesz to, na co zapra­cu­jesz. Zjesz to, co zabi­jesz. - Wypi­łem kolejny palący haust wódki i wska­za­łem leżący na ziemi miecz. - Więc zabi­jaj, do dia­bła.

Skrzy­wiła się. Zaklęła. Rzu­ciła jesz­cze kilka barw­nych obelg pod adre­sem mojej matki; fakt, że wszyst­kie je wyba­czy­łem, powi­nien dać pewne poję­cie na temat tego, jak bar­dzo polu­bi­łem tę dziew­czynę. Bo mimo całego swo­jego bia­do­le­nia Dior ni­gdy się nie pod­da­wała. Zaro­biła jesz­cze kilka sinia­ków, a ja tre­no­wa­łem z nią, aż była cała zlana potem. Nie prze­stała jed­nak pra­co­wać, dopóki nie powie­dzia­łem dość. Widząc stal w jej spoj­rze­niu, rozu­mia­łem powody.

Cała dru­żyna Gra­ala oddała życie w jej obro­nie: stary p?re Rafa, Bel­lamy Bouchette, Saoirse á Dúnnsair i jej puma Pho­ebe. Aaron de Coste i Bap­ti­ste Sa-Ismael byli gotowi rzu­cić na szalę cały gród Aveléne, żeby ją chro­nić. A ja w jej obro­nie zla­łem szkar­ła­tem kate­drę San Michon.

Ona chce móc się bro­nić sama, pomy­śla­łem.

- W porządku - mruk­ną­łem. - Śnia­da­nie będzie już gotowe.

Zady­szana Dior opu­ściła miecz. Była zbyt wyczer­pana, żeby się odgryźć, kiedy powle­kła się chwiej­nie do naszego ogni­ska na brzegu rzeki i padła twa­rzą na swoje futra. Posze­dłem za nią i spa­ko­wa­łem nasze ostrza do sakw nie­sio­nych przez zapa­so­wego kuca, sre­brzy­stego dere­sza, któ­rego nazwa­łem Samo­ro­dek. Mój wła­sny kuc, duży gnia­dosz, któ­remu nada­łem imię Misiek, stał obok niego z pyskiem zanu­rzo­nym w worku z obro­kiem.

- Wymy­śli­łaś już, jak ją nazwiesz? - zapy­ta­łem, mie­sza­jąc w kociołku.

- Hmmf? - roz­legł się głos Dior zdu­szony przez futra.

Ski­ną­łem głową na kudłatą kasz­tankę, która cho­wała się w cie­niu poro­śnię­tego grzy­bem dębu.

- Potrze­buje lep­szego imie­nia niż Kobyła.

- Gabrielu, ostat­nia klacz, którą nazwa­łam, kilka dni póź­niej rzu­ciła się w prze­paść.

- I zgod­nie z twoją teo­rią zro­biła to, bo nada­łaś jej imię?

- Mówię tylko, że skoń­czyło się na tym, że musia­łam prze­spać się w jej brzu­chu. - Dior na­dal miała taką minę, jakby robiło jej się nie­do­brze na samo wspo­mnie­nie. - Wybacz więc, jeśli nie śpie­szę się z nazwa­niem kolej­nej.

Zer­k­ną­łem na jej kuca, zaci­ska­jąc usta.

- Co powiesz na Derkę?

- Boże, prze­stańże! - jęk­nęła, cho­wa­jąc twarz i wyma­chu­jąc pię­tami.

Zare­cho­ta­łem, nakła­da­jąc nam pełne miski zupy z grzy­bów i kró­lika. Żaden ze mnie kucharz, ale strawa była gorąca i pożywna, lep­sza od więk­szo­ści tego, co jedli­śmy do tej pory w dro­dze. Sia­dłem pod zamar­z­nię­tym wią­zem z paru­jącą miską na kola­nach i jedząc, zaczą­łem kart­ko­wać jeden z tomów, który "poży­czy­łem" z biblio­teki San Michon.

- Po co czy­tasz?

Zamru­ga­łem zasko­czony, pod­no­sząc wzrok znad ilu­mi­no­wa­nych stro­nic. Dior sie­działa ze skrzy­żo­wa­nymi nogami, żło­piąc zupę i patrząc na mnie ponad pło­mie­niami.

- Chyba jesz­cze ni­gdy nie zadano mi takiego pyta­nia - zda­łem sobie sprawę. - Z pew­no­ścią pytano mnie "co czy­tam". Ale ni­gdy po co. Nie lubisz ksią­żek?

Wzru­szyła ramio­nami, nabie­ra­jąc kolejną łyżkę.

- Ni­gdy nie widzia­łam spe­cjal­nego pożytku w książ­kach.

- Spe­cjal­nego pożytku...! - wyrzu­ci­łem z sie­bie obu­rzony w imie­niu każ­dego skryby, biblio­te­ka­rza i księ­ga­rza w całym cesar­stwie. - Dziew­czyno, książki są uży­teczne na tysiące spo­so­bów!

- Wymień jeden. Poza tym, że można je czy­tać - dodała, kiedy już otwo­rzy­łem usta, żeby rzu­cić dow­cipną ripo­stę.

- W porządku. - Zaczą­łem odli­czać na pal­cach. - Można... użyć ich na pod­pałkę. Można rzu­cić nimi w kogoś. Można je pod­pa­lić i wtedy rzu­cić nimi w kogoś, zwłasz­cza jeśli ten ktoś jest prze­brzy­dłym matoł­kiem, który nie lubi ksią­żek. - Dior prze­wró­ciła oczami, kiedy zasło­ni­łem twarz tomi­kiem. - Mogą być dosko­na­łym prze­bra­niem. - Poło­ży­łem książkę na gło­wie. - Mod­nym nakry­ciem głowy. - Wsu­ną­łem ją pod tyłek. - Prze­no­śnym meblem. - Ode­rwa­łem rożek stro­nicy, wsu­ną­łem do ust i zaczą­łem gło­śno żuć. - Dobrym źró­dłem błon­nika.

- Dobrze, już dobrze. - Wes­tchnęła. - Mają swoje zasto­so­wa­nia.

- Oczy­wi­ście, że mają. Wła­ściwa książka jest warta setki mie­czy.

- Mówię tylko, że książka nie ode­tnie dla cie­bie sakiewki i nie ukrad­nie kola­cji.

- Może jed­nak nauczyć cię, jak lepiej robić obie te rze­czy. - Teraz już mówi­łem cał­kiem poważ­nie, skoń­czyły się żarty. - Życie bez ksią­żek to nie­prze­żyte życie. Można w nich zna­leźć magyę, jakiej nie ma ni­gdzie indziej. Otwo­rzyć książkę to otwo­rzyć drzwi. Drzwi do innego miej­sca, innych cza­sów, innego umy­słu. I zwy­kle, made­mo­iselle, ten umysł jest bystrzej­szy od two­jego wła­snego.

Dior popu­kała się w skroń łyżką i z peł­nymi ustami odparła z powąt­pie­wa­niem:

- Ten umysł jest bystry jak gór­ski ruczaj.

- Raczej jak zamu­lona struga.

Prych­nęła i kop­nęła grudkę śniegu z grub­sza w moją stronę, kiedy wró­ci­łem do lek­tury. Na­dal uśmie­cha­jąc się, dokoń­czy­li­śmy śnia­da­nie w przy­ja­znym mil­cze­niu. Dior pozmy­wała i spa­ko­wała rze­czy do naszych sakw, pod­czas gdy ja zają­łem się wierz­chow­cami.

- Nałóż sobie upiorne tchnie­nie - przy­po­mnia­łem jej. - Całe z cie­bie spły­nęło, gdy się spo­ci­łaś pod­czas tre­ningu.

- Muszę? To obrzy­dliwe.

- Podob­nie jak trupy. A wła­śnie tru­pem zosta­niesz, jeśli tego nie nało­żysz.

Dior jęk­nęła, ale się­gnęła po chy­mijną mik­sturę, którą uwa­rzy­łem. Mała bute­leczka z jasnym pły­nem była ozna­czona rysun­kiem wyją­cej zjawy. Pew­nie, że elik­sir nie pach­niał jak bukiet róż, ale myśliwi z San Michon posłu­gi­wali się nim, żeby zama­sko­wać przed Umar­łymi swój zapach, a odkąd zaczą­łem podró­żo­wać z Dior, prze­ko­na­łem się, że przy­ciąga Umar­łych jak miód muchy.

- To nie podziała - roz­legł się szept.

Dior zamarła, ale ja zacho­wa­łem spo­kój i tylko się obej­rza­łem, uno­sząc brew. Naj­wy­raź­niej moja sio­stra wró­ciła ze zwiadu i teraz obser­wo­wała nas z zagaj­nika mar­twych drzew. Dłu­gie ciemne włosy oka­lały por­ce­la­nową maskę z krwa­wym odci­skiem dłoni w miej­scu ust.

- Możemy ją zwęsz­szyć z odle­gło­ści wielu mil przy dobrym wie­trze - powie­działa Celene.

- Jesteś szla­chet­no­kr­wi­stą - odpar­łem. - Bie­głą w sztuce san­gwi­man­cji. Kto wie, czy zwy­kli nie­szczę­śnicy potra­fią ją zwę­szyć rów­nie dobrze jak ty.

- Potra­fią.

- Zoba­czymy.

Celene pokrę­ciła głową. Dior obser­wo­wała ją przez pada­jący śnieg.

- A jak pachnę? - zapy­tała w końcu.

Moja sio­stra wbiła w nią mar­twy wzrok. Zimny wiatr niósł się szep­tem mię­dzy nimi.

- Jak nie­biosa.

Dior spu­ściła wzrok, a potem zer­k­nęła na mnie ner­wowo. To był jej pomysł, żeby­śmy razem wyru­szyli w podróż, i słusz­nie twier­dziła, że nie mamy lep­szego planu niż odszu­kać tajem­ni­czego mistrza J?noaha. Jed­nak naj­wy­raź­niej żadne z nas nie było szcze­gól­nie zachwy­cone tym ukła­dem.

Moja sio­stra podró­żo­wała z nami przez dzie­więć dni, ale tak naprawdę tylko przez połowę czasu dotrzy­my­wała nam towa­rzy­stwa. Poza tym regu­lar­nie zni­kała, żeby prze­pro­wa­dzić zwiad i ustrzec nas przed nie­na­zwa­nym nie­bez­pie­czeń­stwem, które - jak się upie­rała - nad­cią­gało. Poru­szała się jak nóż, szybka i zimna, zacho­wy­wała dystans, nawet gdy szli­śmy razem. Twier­dziła, że nie chce pło­szyć kucy, ale szcze­rze mówiąc podej­rze­wam, że czuła się w moim towa­rzy­stwie rów­nie źle, jak ja przy niej. Moja sio­stra była wam­pi­rem. Ja byłem czło­wie­kiem, który przez całe życie zabi­jał wam­piry. I na­dal nie upo­ra­li­śmy się z tymi fak­tami.

Jed­nakże w ostat­nich dniach drę­czył mnie kolejny nie­po­kój - poza upior­no­ścią samej jej natury i nie­wy­ja­śnio­nymi powo­dami, dla któ­rych wła­dała nad­zwy­czaj­nymi mocami w tak mło­dym wieku.

Ni­gdy nie widzia­łem, jak żeruje.

Zależ­nie od wieku wam­pir może wytrzy­mać bez krwi wiele dni, nawet cały tydzień, zanim pra­gnie­nie sta­nie się nie do znie­sie­nia. Nie widzia­łem jed­nak, żeby Celene wypiła choćby kro­plę, odkąd zaczę­li­śmy wspólną podróż. Ani razu. I cho­ciaż podej­rze­wa­łem, że moja sio­stra poluje pod­czas swo­ich dłu­gich wypa­dów, prze­by­wa­jąc z dala od nas, byłem bole­śnie świa­domy, jak mało w grun­cie rze­czy wiem na jej temat.

- Daleko jesz­cze? - zapy­tała Dior.

Celene zer­k­nęła na zakole M?re, szary lód, czarne drzewa pokryte zamar­z­nię­tymi grzy­bami: kol­co­cie­niami i żebro­brzu­chami. Na połu­dnio­wym wscho­dzie cie­nie ponu­rych, zamar­z­nię­tych szczy­tów Noc­nych Turni wzno­siły się ponad mar­twym lasem.

- Może ze dwa tygo­dnie, jeśli będziemy podró­żo­wać szszybko.

- Robi się pie­kiel­nie zimno - powie­działa Dior, chu­cha­jąc w dło­nie.

- W górach będziesz jesz­cze gorzej - ostrze­głem ją. - Tam­tej­sze wia­try mogą zamro­zić czło­wie­kowi krew w żyłach. Mogli­by­śmy prze­my­śleć, czy nie schro­nić się w jakimś cie­płym miej­scu na pewien czas. Aveléne leży nie­da­leko stąd.

- Nie - wark­nęła moja sio­stra. - Jadąc do Aveléne, nad­ło­żymy drogi. Każdy dzień bez sssłońca to kolejne zmar­no­wane żywoty. Kolejne utra­cone duszsz­sze. Kie­ru­jemy się pro­sto w Nocne Tur­nie.

Nachmu­rzy­łem się.

- Zacią­gnę­li­śmy dług u Aarona de Coste i Bap­ti­ste'a Sa-Isma­ela, Celene. Gdyby nie ich pomoc, Dior znaj­do­wa­łaby się teraz w szpo­nach Dan­tona.

- Tym bar­dziej nie powin­ni­śmy prze­kra­czać progu ich domo­stwa. Bestia z Vel­lene nie żyje, ale Dan­ton nie był jedy­nym dziec­kiem Fabiéna. Jeśli Wiecz­no­tr­wały Król nie wysłał już ssswo­ich pss­sów tro­pem Dior, to zrobi to wkrótce. Nie możesz uchro­nić jej przed prze­zna­cze­niem, Gabrielu. Musssi być przy­go­to­wana. Musi sssta­wić czoło...

Dior wes­tchnęła.

- Mam wyżej uszu tego, jak mówi­cie o mnie, jakby w ogóle mnie tu nie było.

- Musisz sssta­wić czoło temu, czym jesteś - popra­wiła się Celene bez chwili waha­nia. - Musisz zakoń­czyć śmierć dnia. Te ssse­krety kryją się w leżu mistrza J?noaha, nie w jakiejś nad­rzecz­nej rude­rze. Uwierz w sie­bie, chérie. W drogę, którą wybra­łaś. Jazda do Aveléne to strata czasu.

- Bo wizyta u kogoś, kto nazywa swój dom "leżem", brzmi cał­kiem roz­sąd­nie - żach­ną­łem się.

- To rze­czy­wi­ście jest nie­bez­pieczna ścieżka. - Celene poki­wała głową, na­dal patrząc na Dior. - Nie zaprze­czamy. Ist­nieją też inni pra­dawni Wiary, któ­rych możemy szu­kać. Znaj­dują się jed­nak daleko stąd albo prze­by­wają na tery­to­riach wroga. Nie możemy obie­cać, że droga do mistrza J?noaha będzie bez­pieczna, ale możemy obie­cać, że na jej końcu mistrz ukaże ci prawdę.

Dior zer­kała to na mnie, to na nią, ewi­dent­nie roz­darta. Potwor­nie ryzy­ko­wa­li­śmy, ufa­jąc Celene, a cie­płe pale­ni­sko i gorący posi­łek w Aveléne były kuszącą per­spek­tywą. Teraz jed­nak dziew­czyna nio­sła na swo­ich ramio­nach brze­mię losów świata i wie­dzia­łem, że mimo moich zapew­nień na­dal dźwiga cię­żar tam­tego krwa­wego świtu w San Michon. Zasta­na­wiała się, czy słusz­nie postą­pi­łem, ratu­jąc ją. Czuła się winna, bo żyła, kiedy tylu innych cier­piało pod poczer­nia­łym słoń­cem.

- Celene ma rację, Gabe - powie­działa w końcu i wes­tchnęła. - Muszę się dowie­dzieć, jak to zakoń­czyć.

Zaci­sną­łem usta i ski­ną­łem powoli głową.

- Zatem błą­dzimy razem.

Nasze dziwne trio ruszyło w drogę: my z Dior wierz­chem, a Celene prze­my­ka­jąc pie­szo w oddali. Odda­li­li­śmy się od rzeki, prze­cię­li­śmy sporą połać mar­twego lasu pokry­tego lśniącą plą­ta­niną grzy­bów. Kiedy kie­ro­wa­li­śmy się w pasz­czę nie­bez­pie­czeń­stwa, posta­no­wi­łem przy­go­to­wać Dior naj­le­piej, jak się da, i w trak­cie podróży dzie­li­łem się z nią mądro­ścią, jaką zebra­łem przez całe życie walki z mro­kiem. Głów­nie roz­ma­wia­li­śmy o zim­no­krwi­stych, ale dla odmiany roz­pro­szy­łem kilka jej fał­szy­wych prze­ko­nań na temat faerie i tan­ce­rzy zmierz­chu. Gar­bi­li­śmy się, wichura wyła wśród drzew, nasze trój­gra­nia­ste kape­lu­sze zbie­rały powoli śnieg. Dior kop­ciła cyga­retki, jakby jej pła­ciły za ten przy­wi­lej, a ja stale piłem i nie­ustan­nie się chmu­rzy­łem. Wie­dzia­łem, że Celene ma rację. Mimo swo­ich obaw nie mogłem wiecz­nie chro­nić tej dziew­czyny. A myśl, że może ist­nieć spo­sób na to, by zakoń­czyć bez­dzień, nio­sła pocie­chę.

Jed­nakże jaką cenę byłem gotowy za to zapła­cić?

Rozej­rza­łem się, szu­ka­jąc wzro­kiem sio­stry, ale jak zwy­kle znik­nęła wśród śniegu. Wypi­łem kolejny łyk, zasta­na­wia­jąc się, gdzie się podzie­wała przez wszyst­kie te lata. Zasta­na­wia­łem się, kim jest ten J?noah, do któ­rego jedziemy, i jak Celene zetknęła się z Nie­wier­nym po śmierci. W naj­spo­koj­niej­szych chwi­lach zasta­na­wia­łem się, czy wie coś na temat mojego ojca, wam­pira, który zapłod­nił naszą matkę i skie­ro­wał naszą famille na drogę do pie­kła.

- Gabe.

Głos Dior wyrwał mnie z zamy­śle­nia. Sie­działa teraz na Kobyle, cyga­retka zwie­szała jej się z ust. Wska­zy­wała na połu­dnie.

- Gabe, spójrz!

Przez plą­ta­ninę gałęzi dostrze­głem w oddali ciemną postać kie­ru­jącą się chwiej­nie w naszą stronę: wysoki Ossway­czyk o upior­nie bla­dej skó­rze i kan­cia­stej szczęce przy­pró­szo­nej krwią i zaro­stem. Pia­skowe włosy miał pod­go­lone, a na czubku głowy uło­żone w krót­kie kolce. Nosił ciemny szy­nel, który powie­wał za nim, kiedy kuś­ty­kał przed sie­bie. Ewi­dent­nie był ranny. Prawa ręka zwi­sała mu bez­wład­nie, szkar­łatny trop cią­gnął się za nim na śniegu. Zatrzy­mał się, żeby wycią­gnąć zdrową ręką jeden z pię­ciu pisto­le­tów z zam­kiem koło­wym, jakie nosił w ban­do­le­cie prze­ci­na­ją­cym pierś. Strze­lił za sie­bie. Mru­żąc oczy z powodu śnie­życy, spo­strze­głem jego cele.

Całe ich stado sadziło na czwo­ra­kach dłu­gie susy przez oblo­dzone poszy­cie.

Pędziły szybko wśród drzew. Mar­two­okie, na wpół zgniłe. Ucie­le­śniony głód.

- Wam­piry - szep­nęła Dior.

Rozdział V. Jak za starych czasów

V

Jak za sta­rych cza­sów

Mieli na sobie ubra­nia, w któ­rych ich zamor­do­wano.

Chłop­skie koszule i szla­chec­kie płasz­cze. Mun­dury żoł­nie­rzy i brudne łach­many. To była paskudna banda, sami nie­szczę­śnicy, ale zebrały się ich co naj­mniej dwa tuziny. Ciężka sprawa w otwar­tym tere­nie nawet dla...

- Sre­bro­święty - szep­nęła Dior, wresz­cie dostrze­ga­jąc sied­mio­gwiazdę na piersi Ossway­czyka.

- W mordę - mruk­ną­łem.

- Znasz go?

Nie odpo­wie­dzia­łem, patrząc na męż­czy­znę kuś­ty­ka­ją­cego przez las.

- Gabe, musimy mu pomóc - oznaj­miła Dior, kła­dąc dłoń na ręko­je­ści swo­jej broni.

Wstrzą­snęły mną te słowa. Obej­rza­łem się na nią. Srebrny Zakon pró­bo­wał ją zabić nie­całe dwa tygo­dnie temu, a jed­nak była gotowa bro­nić jed­nego z jego człon­ków, i to mie­czem, któ­rym led­wie potra­fiła się zamach­nąć. Mimo wszyst­kich ran, jakie zadało jej życie, pod bli­znami na­dal miała złote serce. Oczy, które widziały cier­pie­nie świata, i duszę, która chciała je ule­czyć.

Tak bar­dzo przy­po­mi­nała mi moją córkę, że aż zaci­snęło mi się serce.

- My niczego takiego nie zro­bimy - powie­dzia­łem. - Ja mu pomogę, a ty będziesz kibi­co­wać.

- Gabe...

Zsu­ną­łem się z Miśka i rozej­rza­łem w poszu­ki­wa­niu Celene, ale na­dal ni­gdzie jej nie widzia­łem wśród zamar­z­nię­tych drzew. Wsy­pa­łem dawkę sanc­tusu do fajki, ugnio­tłem lepki pro­szek i zapa­li­łem krze­siw­kiem. Skłę­biony czer­wony dym wypeł­nił moje płuca, zna­joma roz­kosz hymnu krwi wypeł­niła mnie aż po czubki pal­ców, kły wysu­nęły mi się z dzią­seł.

Zer­k­ną­łem na Dior.

- Pocze­kaj tutaj.

- Gabe, to tylko nie­szczę­śnicy.

- Żadne "tylko" - prze­strze­głem ją. - To wciąż są wam­piry i wciąż są w sta­nie wypa­tro­szyć cię jak jagnię na balu rzeź­ni­ków. Daleko ci jesz­cze do bycia gotową do walki. Pocze­kaj tutaj - powtó­rzy­łem z naci­skiem.

Mruk­nęła coś pod nosem, kiedy odcho­dzi­łem. Krzyk­ną­łem, żeby zwró­cić uwagę ucie­ka­ją­cego sre­bro­świę­tego. Zmru­żył oczy wśród mar­twych drzew i walą­cego gęsto śniegu i pod­niósł rękę, jakby w odpo­wie­dzi na mój okrzyk. Wyją­łem szklaną fiolkę z ban­do­liera i cisną­łem nią w zbli­ża­ją­cych się do niego nie­szczę­śni­ków. Sre­bro­bomba wybu­chła, ogłu­sza­jąca eks­plo­zja ognia i żrą­cego sre­bra roz­pro­szyła tłum, pod­pa­liła kilka niż­szych gałęzi. I cho­ciaż żaden z potwo­rów nie padł, to sre­bro­święty zyskał nieco potrzeb­nej mu prze­strzeni.

Przy­glą­da­łem mu się, gdy szedł chwiej­nie w moją stronę. Krew pły­nęła ze zła­ma­nej ręki, obry­zgi­wała mu buty. Zmie­nił się przez lata, jakie upły­nęły, odkąd widzia­łem go po raz ostatni. Teraz dobie­gał trzy­dziestki, był bar­dziej musku­larny, ale wciąż szybki jak daw­niej. Dodał tuszu do swo­jej egidy, pło­nące srebrne róże wiły się po bokach jego czaszki, jarzące się cier­nie i kwiaty skrę­cały się na policz­kach. Na ran­nej ręce nie miał ręka­wiczki. Litery słowa WOLA sre­brzyły się na jego kost­kach. Bla­do­zie­lone oczy miał obwie­dzione czer­ni­dłem, ale białka nie zdra­dzały śladu czer­wieni; wyglą­dało na to, że dał się zasko­czyć, gdy nie miał sanc­tusu we krwi. Zer­k­ną­łem na jego talię i nie zauwa­ży­łem tam ani pochwy, ani mie­cza.

Dał się roz­broić.

- Fatalna robota, mło­do­kr­wi­sty - szep­ną­łem. - Nie tego cię uczono.

Nie­szczę­śnicy rzu­cili się w pogoń, zabój­czo cisi i zabój­czo szybcy. Kule­jący sre­bro­święty przy­bli­żył się jesz­cze i w końcu mnie roz­po­znał. Sze­roko otwo­rzył uczer­nione oczy. Sły­sząc krzyk za ple­cami, obej­rza­łem się i zoba­czy­łem, że Dior wyciąga miecz zza pasa. Pew­nym i szyb­kim ruchem cisnęła bro­nią ze sre­bro­stali, która zakre­śliła lśniący łuk w śnie­życy.

- Niech pan łapie, mon­sieur!

Sre­bro­święty zła­pał ostrze w zdrową rękę i z impe­tem obró­cił się na pię­cie, żeby sta­wić czoło wro­gowi. Nie­szczę­śnicy zbli­żali się szybko, pazu­rami żło­biąc rysy w zamar­z­nię­tej ziemi. Mój nowy towa­rzysz odrzu­cił jasne włosy z oczu, roze­rwał koszulę, odsła­nia­jąc ryczą­cego niedź­wie­dzia Dyvo­ków wyta­tu­owa­nego błysz­czą­cym sre­brem na piersi. Sta­jąc ple­cami do sie­bie, unie­śli­śmy mie­cze, kiedy wam­piry zalały nas falą.

Zabi­ja­łem te potwory od szes­na­stego roku życia. Po to się uro­dzi­łem i tak mnie wycho­wano. I cho­ciaż zgroza walki z nie­szczę­śni­kami z cza­sem przy­ga­sła, to część mnie zawsze zasta­na­wiała się, kim były przed śmier­cią stwory, które zabi­ja­łem. Wielki męż­czy­zna, szar­żu­jący na mnie i wycią­ga­jący zgru­białe dło­nie - może kamie­niarz. Padł, gdy jed­nym cio­sem ścią­łem mu głowę. Zgniły chło­pak w barw­nym stroju min­strela; nie zostało z niego dość, by wydał z sie­bie jakiś odgłos, kiedy cią­łem go przez nogi. Młoda kobieta z obrączką na spuch­nię­tym palcu; może gdzieś opła­ki­wał ją mąż, może gdzieś tęsk­niły za nią dzieci, ale nikt nie modlił się tu za nią, gdy ją zabi­łem. Przez cały czas Poże­raczka Popio­łów śpie­wała w mojej gło­wie.

Pewna sta­ruszka p-p-piękny zajazd miała.

Gości dusiła, ze skóry obdzie­rała,

jak woło­winę mięso poda­wała,

w rosole na zębach flaczki przy­rzą­dzała,

mie­liła kości, oczy p-peklo­wała,

podroby i resztki w cie­ście zapie­kała.

Pewna sta­ruszka p-p-piękny zajazd miała.

Wiej co sił w nogach, gdyby zapra­szała.

Sre­bro­święty obok mnie poru­szał się wol­niej z powodu zmę­cze­nia i ran, ale mimo zła­ma­nej ręki i braku sanc­tusu w ciele jego siła była miaż­dżąca. Jed­nym cio­sem potra­fił ściąć głowę z karku i odrą­bać rękę od torsu; ujaw­niała się cała nie­czy­sta moc jego rodu.

Och, p-p-przy­stoj­niaczku! P-p-p-p-przy­po­mi­namy sobie cie­bie...!

- Bon­jour, Lachlan - powie­dzia­łem, uno­sząc ostrze.

Skrzy­wił się i odparł z lek­kim ossway­skim akcen­tem:

- Kopę lat, Gabrielu.

- Dobrze wyglą­dasz - przy­zna­łem, obrzu­ca­jąc go spoj­rze­niem od zakrwa­wio­nych stóp po głowę. - Mimo wszystko.

- Oczy­wi­ście. - Uniósł pod­bró­dek i zaci­snął zęby. - W końcu ja to ja.

Oczy mu zabły­sły. Ja wykrzy­wi­łem usta w uśmieszku. Lachlan pierw­szy nie wytrzy­mał, ale ja wybuch­ną­łem śmie­chem zaraz po nim. Uści­skał mnie tak zacie­kle, że zwy­kłego czło­wieka mógłby zabić. Nawet ranny, jed­no­ręki, uniósł mnie jak piórko, a jego ryk poniósł się wśród mar­twego lasu.

- Gabriel de León!

- Ostroż­nie, szcze­niaku, bo mi, kurna, poła­miesz żebra - jęk­ną­łem.

- Chrza­nić twoje żebra! Daj mi te słod­kie usta, ty piękny stary łaj­daku!

- Mam dopiero trzy­dzie­ści trzy lata, smar­ka­czu!

Uca­ło­wał mnie gło­śno w policzki, a potem pro­sto w usta. Śmie­jąc się, spró­bo­wa­łem go ode­pchnąć, więc po kolej­nym miaż­dżą­cym uści­sku z ewi­dentną nie­chę­cią odsta­wił mnie na zie­mię i ści­snął mi ramię tak, że aż mi zazgrzy­tały kości.

- Chwała Wszech­mo­gą­cemu. Nie myśla­łem, że jesz­cze kie­dyś cię zoba­czę, mistrzu.

- "Mistrzu" - żach­ną­łem się. - Nie jesteś już nowi­cju­szem, mło­do­kr­wi­sty.

- Naj­wi­docz­niej trudno się pozbyć sta­rych nawy­ków. Tak jak sta­rych boha­te­rów. - Prze­su­nął wyta­tu­owa­nymi kost­kami po swoim krwa­wym uśmie­chu i obrzu­cił mnie spoj­rze­niem błysz­czą­cych oczu. - Prawdę mówiąc, myśla­łem, że nie żyjesz, Gabe. Co, na Matkę-Dzie­wicę, robisz w tych stro­nach?

- Gabe? - roz­legł się cichy głos za moimi ple­cami.

Dior stała teraz bli­sko mnie. Spoj­rze­nie jej bla­do­nie­bie­skich oczu prze­su­nęło się z jatki na śniegu do wciąż ocie­ka­ją­cego krwią mie­cza w potęż­nym uści­sku Lachlana. Otar­łem ręce o szy­nel i uści­sną­łem ją prze­lot­nie.

- Fr?re Lachla­nie á Craeg, poznaj mon­sieur Diora Lachance - powie­dzia­łem.

Wysoko na czar­nej wieży Sul Adair Jean-François odchrząk­nął gło­śno. Gabriel pod­niósł wzrok znad kie­li­cha wina, poiry­to­wany, że mu prze­rwano. Histo­ryk pra­co­wał nad jedną ze swo­ich zręcz­nych ilu­stra­cji, pięk­nym wize­run­kiem sre­bro­świę­tego, jego sio­stry i Gra­ala, ale uno­sił przy tym pyta­jąco brew.

- Co znowu, wam­pi­rze? - zapy­tał z wes­tchnie­niem Gabriel.

- Zasta­na­wiam się, dla­czego pod­ją­łeś grę Lachance w uda­wa­nie chłopca.

Ostatni Sre­bro­święty patrzył przez chwilę na histo­ryka, zanim powoli wzru­szył ramio­nami.

- Chyba dla­tego, że tego sobie życzyła. Prze­bie­ra­nie się za chło­paka przez więk­szość życia poma­gało jej uni­kać kło­po­tów. Tak jak mi powie­działa, rynsz­tok jebie chłop­ców w mniej­szym stop­niu niż dziew­częta. Wie­dzia­łem też, że nie będzie mogła wiecz­nie uda­wać: cho­ciaż była chuda, to jed­nak dora­stała i widzia­łem, że coraz trud­niej będzie ukryć prawdę. Jed­nak dopóki takie było jej życze­nie, nie zamie­rza­łem się sprze­ci­wiać. Po tym wszyst­kim, co widziała, co prze­szła, chcia­łem, żeby poczuła się... - znowu wzru­szył ramio­nami - ...bez­piecz­nie.

- Hmm... - mruk­nął Jean-François, uśmie­cha­jąc się leciutko. - To dość...

- Pobłaż­liwe? Dobro­tliwe? Nado­pie­kuń­cze?

- Wzru­sza­jące. - Jean-François odgar­nął długi pukiel zło­tych wło­sów. - Potra­fisz być naprawdę czuły, kiedy tylko chcesz, de León. To mnie po pro­stu zaska­kuje, nic nadto.

- Odpieprz się, wam­pi­rze.

Histo­ryk uśmie­chał się, kiedy sre­bro­święty pod­jął swoją opo­wieść.

- Miło pana poznać, fr?re. - Dior ski­nęła Lachla­nowi głową, mówiąc spo­koj­nie chłod­nym tonem. Spoj­rzała mi w oczy. - Z tego, co sły­szę, jeste­ście sta­rymi towa­rzy­szami broni?

- Można tak to ująć - odpo­wie­dzia­łem, mierz­wiąc idio­tyczną czu­prynę Lachlana. - Ten szcze­niak ma wąt­pliwy zaszczyt bycia pierw­szym i jedy­nym uczniem Czar­nego Lwa z Lor­son.

- A ten stary pies nauczył mnie wszyst­kich swo­ich sztu­czek. - Lachlan zaśmiał się, odpy­cha­jąc moją rękę.

- Nie wszyst­kich, mło­do­kr­wi­sty. - Unio­słem ostrze­gaw­czo palec. - Zacho­wa­łem parę w zana­drzu, na wypa­dek gdy­byś za bar­dzo wbił się w dumę.

Lachlan posłał Dior uśmiech, po któ­rym zakon­nica roz­wa­ży­łaby rezy­gna­cję z celi­batu.

- Bożego dnia, mon­sieur Lachance. Każdy przy­ja­ciel mistrza Gabriela... - Zer­k­nął na ostrze, które Dior mu rzu­ciła, ciemne i zlane krwią. - Ale przy­ja­ciel godny nosze­nia sre­bro­stali? Nie­wielu w tym cesar­stwie zasłu­żyło na ten zaszczyt, chłop­cze.

- Chęt­nie ją teraz odzy­skam, jeśli nie ma pan nic prze­ciwko temu - odparła Dior. - Zapra­co­wa­łem na tę broń.

Dostrze­głem nie­po­kój w jej oczach i pyta­nie w oczach Lachlana. Nie dzi­wi­łem się żad­nemu z nich. Jak­kol­wiek patrzeć, Srebrny Zakon pró­bo­wał zamor­do­wać Dior, a Lachlana musiało zdzi­wić, że chło­pak nosi nowiutki miecz ze sre­bro­stali i ekwi­pu­nek ewi­dent­nie zabrany z San Michon.

- Idzie­cie z opac­twa? - Spoj­rzał na mnie, krzy­wiąc się lekko. - Zało­żył­bym się, że doszłoby do roz­lewu krwi mię­dzy Gabrie­lem i czło­wie­kiem, który wylał go z Ordo Argent. Widzę jed­nak, że opat Sza­ro­ręki ser­decz­nie was powi­tał?

Ogrom­nie ura­do­wało mnie nasze nie­ocze­ki­wane spo­tka­nie i natych­miast wró­ciły wspo­mnie­nia, ale pyta­nie Lachlana przy­wró­ciło mnie bru­tal­nie do rze­czy­wi­sto­ści i jedno spoj­rze­nie na sied­mio­gwiazdę na jego szy­nelu wypeł­niło moje wzbie­ra­jące serce smut­kiem. Przy­po­mnia­łem sobie kate­drę San Michon i krwawą rzeź, jaką tam urzą­dzi­łem przed mil­czą­cym ołta­rzem. Oczami wyobraźni widzia­łem swoje palce zaci­ska­jące się na gar­dle Sza­ro­rę­kiego, krew mojego daw­nego men­tora gotu­jącą się, kiedy wysy­cza­łem ostat­nie słowa, jakie usły­szał na tym ziem­skim padole.

"A kto ci, kurwa, powie­dział, że jestem boha­te­rem?".

- Do dia­bła ze mną - odpar­łem. - Co ty tu pora­biasz z roz­wa­loną ręką, bez broni i ze sta­dem nie­szczę­śni­ków obgry­za­ją­cym ten twój bez­na­dziejny tyłek?

- Mam rewe­la­cyjny tyłek. A zazdrość ci nie przy­stoi.

- Całe szczę­ście, że nie zapo­mnia­łeś spa­ko­wać dow­cipu, kiedy zosta­wia­łeś swój miecz.

Przy­kuc­nął z gry­ma­sem w zakrwa­wio­nym śniegu, żeby wziąć się w garść. Bez wąt­pie­nia zda­rzyło mu się zebrać gor­sze cięgi w swoim życiu, ale widzia­łem, że naprawdę solid­nie obe­rwał. Odru­chowo się­gną­łem po fajkę i sanc­tus.

- Byłem w Osswayu na roz­kaz Sza­ro­rę­kiego. - Zer­k­nął na połu­dniowy zachód, jego przy­stojna twarz przy­brała ponury wyraz. - Poma­ga­łem uchodź­com poko­nać gra­nicę.

- Czy to nie dziwne zada­nie dla sre­bro­świę­tego?

- Prze­klęta sprawa, bra­cie. Wszystko się posrało w całym kraju w ostat­nich kilku mie­sią­cach. Jest gorzej niż kie­dyś. - Skrzy­wił się, doty­ka­jąc krwa­wią­cej ręki. Jego głos stał się ponury jak noc. - Czar­no­sercy zajął Dún Maer­genn.

- Na Sied­mioro Męczen­ni­ków, ja pier­dolę. - Zdu­miony zer­k­ną­łem na Dior. - Natra­fi­li­śmy po dro­dze na paru uchodź­ców, kilka mie­sięcy temu. Powie­dzieli nam, że Dyvo­ko­wie zmie­tli z powierzchni ziemi Dún Cuinn. A teraz mają też sto­licę?

- Ano tak. Z tego, co sły­sza­łem, wyrwali mia­stu sześć nowych odby­tów.

Nało­ży­łem do fajki solidną dawkę sanc­tusu i poda­łem ją Lachla­nowi. Ski­nął głową w podzięce, oddy­cha­jąc głę­boko, kiedy ja osło­ni­łem fajkę, żeby zapa­lić ją krze­siw­kiem.

- To na­dal nie wyja­śnia, co tu robisz bez mie­cza, Lachie.

Na długą chwilę wstrzy­mał oddech. Pozwa­lał, żeby sakra­ment wypeł­nił go całego; oczy zalał mu szkar­łat, kiedy wresz­cie wypu­ścił powie­trze.

- Jakieś sześć tygo­dni temu otrzy­ma­łem wie­ści od opata - odpo­wie­dział w końcu. - Wzy­wał z powro­tem do opac­twa wszyst­kich sre­bro­świę­tych. Każdy brat, bez względu na zada­nie, miał pośpiesz­nie wró­cić do San Michon. Sze­dłem wzdłuż M?re na pół­noc, kiedy zoba­czy­łem wczo­raj dym.

Zmarsz­czy­łem brwi.

- Dym?

- Wła­śnie. - Zacią­gnął się ponow­nie szkar­ła­tem. - Nad Ave-léne.

Spięta Dior zro­biła krok naprzód, pod­czas gdy mnie serce zamarło na dwa ude­rze­nia.

- Dla­czego nad Aveléne poja­wił się dym? - zapy­tała Dior.

Lachlan wzru­szył ramio­nami i splu­nął krwią na śnieg.

- Bo stało w ogniu, chłop­cze.

- Słodka Matko-Dzie­wico - szep­ną­łem. - Co się, u dia­bła, stało?

- Nie dotar­łem dość bli­sko, żeby się prze­ko­nać. - Lachlan dopa­lił fajkę i teraz dygo­tał, kiedy sanc­tus pra­co­wał nad ranami. - Dwóch szla­chet­no­kr­wi­stych zaata­ko­wało mnie w ciem­no­ści. Prze­cięli mojego sosya dosłow­nie na pół. Stra­ci­łem miecz i więk­szość sprzętu. - Pokle­pał się po pię­ciu pisto­le­tach w ban­do­lie­rze na piersi. - Zafun­do­wa­łem im kilka nowych dziur, żeby mieli nad czym pomy­śleć, ale było tam wię­cej nie­szczę­śni­ków, niż ja mia­łem kul. Musia­łem ucie­kać, zanim zdo­ła­łem ich zała­twić, jak należy. O ile jed­nak dobrze widzia­łem, Aveléne zna­la­zło się w roz­pacz­li­wym poło­że­niu. Twier­dza na wzgó­rzu została roz­bita jak kawa­łek szkła.

Krew ścięła mi się mro­zem, gdy Dior spoj­rzała mi w oczy.

- Aaron - szep­nęła. - Bap­ti­ste...

Mój żołą­dek zamie­nił się w węzeł ole­istego lodu, mróz ściął mi oddech i nie mogłem nabrać powie­rza. Wspią­łem się na małe wznie­sie­nie i skie­ro­wa­łem lunetę na połu­dnie. Padał gęsty śnieg i nie byłem w sta­nie dostrzec château Aveléne za zasłoną spróch­nia­łych drzew, ale teraz, kiedy Lachlan o tym wspo­mniał, mógł­bym przy­siąc, że wyczu­wam na wie­trze słaby zapach...

- Dym.

Dior pode­szła do mnie i odgar­nęła z twa­rzy potar­gane wia­trem włosy. W jej spoj­rze­niu kryło się pyta­nie. Spoj­rza­łem jej pro­sto w twarz i pokrę­ci­łem głową.

- Nie możemy.

- Ale Aaron. I Bap­ti­ste...

- Wiem.

- Jesz­cze dziś rano byłeś gotowy ich odwie­dzić! Już by było po mnie, gdyby nie oni!

- Wiem! Ale teraz to zbyt nie­bez­pieczne. - Zaci­sną­łem zęby z bólem serca. Każde słowo, które wypo­wie­dzia­łem, ważyło, kurwa, tonę. - Lepiej być łaj­da­kiem niż głup­cem.

- Gabe, nie możemy tak po pro­stu ich zosta­wić...

- Nie możemy tak ryzy­ko­wać! - wark­ną­łem, zni­ża­jąc głos do szeptu, żeby Lachlan mnie nie usły­szał. - Nie możemy nara­żać cie­bie. I tak już wiele ryzy­ku­jemy. To wojna, Dior, a Aaron i Bap­ti­ste są żoł­nie­rzami. Uwierz mi, zro­zu­mie­liby.

Zaci­snęła usta, patrząc w dół rzeki.

- Ale ja nie jestem żoł­nie­rzem. I nie rozu­miem!

Śnieg zachrzę­ścił pod jej butami, kiedy pod­bie­gła do Lachlana i wyrwała mu z ręki zakrwa­wiony miecz. Poma­sze­ro­wała do kucy i wsko­czyła w sio­dło Kobyły.

- Ty gdzie się, kurwa, wybie­rasz? - spy­ta­łem z wes­tchnie­niem.

- Do domu two­jego taty! - wark­nęła. - Puk­nąć twoją mamę, kiedy on będzie patrzył.

- Moja matka nie żyje. Podob­nie jak męż­czy­zna, który regu­lar­nie ją pukał. - Pod­sze­dłem i zła­pa­łem za cugle Kobyły. - A ty ni­gdzie nie jedziesz.

Zaci­snęła usta, pło­nąc z gniewu.

- Powie­dzia­łeś, że sam mogę wybrać swoją drogę.

- To było, zanim zde­cy­do­wa­łeś się wsa­dzić łeb we wła­sny tyłek.

- Och, jakie to zabawne. Zamie­rzasz mi pomóc czy tylko będziesz sobie kpił?

- Myślę, że zostanę przy kpi­nie - wark­ną­łem. - Fakt, że nie jestem eks­per­tem od wam­pi­rów... Nie, kurwa, cze­kaj, wła­śnie, że jestem!... Ale ty nie masz zie­lo­nego poję­cia o tym bez­boż­nym szam­bie, w które wła­śnie chcesz się wpa­ko­wać. Siła, jaką opi­sał Lachie? Prze­ciąć kuca na pół? Zmiaż­dżyć zamek jak kredę? Siła, którą opi­sał, ozna­cza Dyvo­ków. Nie­po­skro­mio­nych. Wszy­scy oni są silni jak demony, zapra­wieni w boju po dwóch dzie­się­cio­le­ciach rzezi pod­czas ossway­skich kam­pa­nii. Jeśli na­dal są w Aveléne, to tej walki nie mamy szansy wygrać. Jeżeli już je opu­ścili, to nie chcesz oglą­dać tego, co po sobie zosta­wili.

- Gabe ma rację, chłop­cze - powie­dział Lachlan, odgar­nia­jąc zle­pione krwią włosy. - Zaufaj mi, nie­wielu na świe­cie lepiej ode mnie zna okru­cień­stwo Nie­po­skro­mio­nych.

Zer­k­ną­łem na mojego ucznia. Na­dal pamię­ta­łem dzień, kiedy go zna­la­złem. Był led­wie dziec­kiem, szcze­rzył kły, war­czał i wal­czył o życie na murach Báih S?de.

Boże, pomy­śleć tylko, gdzie zaczy­nał. I jakim czło­wie­kiem się stał...

Dior ode­zwała się obok mnie; jej głos był cichy, ale ostry jak noże:

- Wiem, że to nie­bez­pieczne, Gabe. Wiem, że nad­ło­żymy drogi. Ale nie możemy po pro­stu poje­chać dalej, nie wie­dząc, co stało się z Aaro­nem i Bap­ti­ste'em. Oni cię kochają. A ty kochasz ich. Umie­rasz wśród przy­ja­ciół, zapo­mnia­łeś?

Spoj­rza­łem jej w oczy i nabra­łem powie­trza w płuca.

- Nie boję się tego, że ja tam umrę, Dior.

- Wiem. - Uśmiech­nęła się. Oczy jej zabły­sły, gdy uści­snęła mi dłoń. - Ale musimy pozo­stać wierni tym, na któ­rych nam zależy. Musimy cho­ciaż spró­bo­wać. Bo ina­czej na dia­bła robić to wszystko?

Zer­k­ną­łem na połu­dnie, roz­darty aż do kości. Mógł­bym zmu­sić Dior do odje­cha­nia. Mógł­bym ją zwią­zać i prze­rzu­cić przez sio­dło, zabrać stąd prze­mocą. Ni­gdy by mi tego nie wyba­czyła. Mógł­bym sam udać się do château, ale za nic w świe­cie nie mogłem zosta­wić jej samej z Lachla­nem po tym, jak moi towa­rzy­sze pró­bo­wali zamor­do­wać ją w San Michon.

Wes­tchną­łem ciężko i ze smut­kiem. Lata roz­łąki z moim uczniem stały się teraz chwi­lami, zaś lata, kiedy razem wal­czy­li­śmy, znaj­do­wały się tak bli­sko, że pra­wie mogłem ich dotknąć. Nie zawsze się zga­dza­li­śmy, ale na Boga, spo­tkać go ponow­nie... Dotarło do mnie, jak bar­dzo mi go bra­ko­wało. Kucał w śniegu, srebrne róże wiły mu się na policzku, wbi­jał we mnie twarde spoj­rze­nie zie­lo­nych oczu. Nauczy­łem go wszyst­kiego, co sam umia­łem; to był mój uczeń, przy­ja­ciel, brat, z któ­rym prze­by­łem oce­any krwi, i gdy­by­śmy udali się na połu­dnie, z pew­no­ścią przy­da­łoby mi się jego wspar­cie. Osta­tecz­nie jed­nak był lojal­nym synem Ordo Argent, bo tak go wycho­wa­łem. I dla­tego teraz sta­no­wił zagro­że­nie.

Dla Dior, a także dla mnie.

- Potrze­bu­jesz kuca, żeby udać się na pół­noc? - zapy­ta­łem.

- Zamie­rzasz jechać dalej? - Uniósł brew. - Wiem, że byłeś z nimi zżyty, bra­cie, ale Srebrny Zakon uznał Aarona de Coste i Bap­ti­ste'a Sa-Isma­ela za zdraj­ców.

- Mnie także uznał za zdrajcę, Lachie.

- Moż­liwe. Ale ja cię znam, Gabe.

- Tak? Naprawdę?

"A kto ci, kurwa, powie­dział, że jestem boha­te­rem?".

Pokrę­ci­łem głową, poma­ga­jąc wstać sta­remu przy­ja­cie­lowi.

- To okrutne spo­tkać się po tylu latach tylko po to, żeby tak szybko się roz­stać, ale... oba­wiam się, że to nasze adieu.

- Cał­kiem ci odwa­liło. - Lachlan poru­szył ramio­nami, krzy­wiąc się z bólu. - Obaj wiemy, że tylko z jed­nego powodu Nie­po­skro­mieni zaata­ko­wa­liby taką for­tecę jak Aveléne. Jeśli zamie­rzasz jed­nak wdać się w bójkę z potom­stwem Czar­no­ser­cego, to za nic nie pusz­czę cię tam samego.

- Wyda­wało mi się, że opat wezwał cię do San Michon?

- Z całym sza­cun­kiem dla Sza­ro­rę­kiego, kocham tego sta­rego zrzędę, ale może pocze­kać jeden zmierzch albo dwa. - Lachlan zaci­snął wyle­czoną już rękę i czule ści­snął moje ramię. - Nie widzia­łem cię od dzie­się­ciu lat, bra­cie. Będzie tak jak za daw­nych cza­sów. Czarny Lew z Lor­son zawsze mógł liczyć na miecz Lachlana á Craeg, cho­ciaż... - Zer­k­nął na Dior, rzu­ca­jąc jej zuchwały uśmiech. - Moż­liwe, że będę musiał go poży­czyć.

Dior patrzyła na mło­dego sre­bro­świę­tego nie­pewna i mil­cząca. Po wszyst­kim, co wyda­rzyło się w opac­twie, towa­rzy­stwo członka Srebr­nego Zakonu sta­no­wiło nie­opi­sane zagro­że­nie. Co wię­cej, cho­ciaż na­dal ni­gdzie nie było jej widać, Celene na pewno prę­dzej czy póź­niej wróci i Bóg jeden wie, co wtedy pomy­śli sobie mój były uczeń.

Jed­nakże odrzu­cić pomoc Lachlana, kiedy z pew­no­ścią nara­ża­li­śmy się na nie­bez­pie­czeń­stwo...

- Po co nosisz te wszyst­kie pisto­lety? - zapy­tała Dior, zer­ka­jąc na pas z bro­nią palną na jego piersi. - Jesteś aż tak gów­nia­nym strzel­cem?

Lachlan zare­cho­tał, nie dając się spro­wo­ko­wać.

- Jak mawiał mój dawny mistrz, nawet naj­lep­szemu strzel­cowi zda­rza się cza­sem kiep­ski dzień.

Uśmiech­ną­łem się i ski­ną­łem dziew­czy­nie głową.

- Lachie to pewna para rąk.

Wes­tchnęła i rzu­ciła mu sre­bro­stal.

- Tylko go oddaj, jak już będzie po wszyst­kim.

Lachlan zła­pał miecz wdzięcz­nym gestem i uchy­lił wyima­gi­no­wa­nego kape­lu­sza.

- Wróci do cie­bie w jed­nym kawałku, obie­cuję ci, chłop­cze. O ile kto­kol­wiek z nas pozo­sta­nie w jed­nym kawałku pod koniec tej wyprawy.

Wspią­łem się na grzbiet Miśka i skie­ro­wa­łem się na połu­dnie, w stronę Aveléne. Jeśli moje podej­rze­nia się potwier­dzą, to rze­czy­wi­ście tylko stra­cimy czas, tak jak powie­działa Celene. Jed­nak, jak zawsze powta­rza­łem i co przy­po­mi­nała mi Dior, umie­ram wśród przy­ja­ciół. I cho­ciaż nad­kła­da­li­śmy drogi, to porzu­cić ich, nawet się nie oglą­da­jąc...

Zer­k­ną­łem na nią. Miała rację. I zara­zem się myliła. Nie wie­dzia­łem, co innego zro­bić, jeśli nie zaufać jedy­nej wie­rze, jaka mi jesz­cze pozo­stała.

- Przy­się­gam, że cza­sem wystar­czasz, żeby mój tyłek dostał migreny - mruk­ną­łem.

Nacią­gnęła trój­gra­nia­sty kape­lusz głę­biej z powodu wia­tru i uśmiech­nęła się zna­cząco.

- To ci się udało.

- Pra­co­wa­łem nad tym tek­stem, odkąd się pozna­li­śmy.

- Fakt, że ludzie mawiają, że z wie­kiem mózg staje się powol­niej­szy.

- Możesz wło­żyć tro­chę wię­cej wysiłku w dowa­la­nie mi?

- Oui. - Wzru­szyła ramio­nami. - Tyle że teraz w ogóle się nie sta­ram, prze­ma­wia przeze mnie nie­oszli­fo­wany talent.

Zwie­si­łem głowę, pocie­ra­jąc zarost, żeby ukryć uśmiech. Za nami Lachlan dosiadł Samo­rodka. Zmru­żył poczer­nione oczy, patrząc w mar­twy las przed nami. Bóg jeden wie­dział, jak krwawa okaże się droga przed nami, ale prawdę mówiąc, było mi lżej na sercu, gdy towa­rzy­szyli mi przy­ja­ciele. Przez chwilę czu­łem się jak za sta­rych cza­sów.

Byłem głup­cem, zapo­mi­na­jąc, jak czarne bywały tamte noce.

Rozdział VI. Zniszczenie

VI

Znisz­cze­nie

Zwie­trzy­łem prawdę na długo przed tym, jak ją ujrza­łem.

Pierw­sze suge­stie były deli­katne jak płatki śniegu na mroź­nym wie­trze. Popiół i węgiel drzewny. Wyga­słe pale­ni­sko w zimowy pora­nek. Jed­nakże kiedy pod­je­cha­li­śmy z Dior i Lachla­nem w dół M?re, zaczą­łem wyczu­wać także inne nuty na wie­trze. Ostry posmak przy­pa­lo­nego metalu dra­piący w głębi gar­dła. Smród palo­nych wło­sów sple­ciony ze zjeł­cza­łym odo­rem palo­nego gówna i skóry. Pod tym wszyst­kim jak nóż wbity mię­dzy żebra uno­sił się mdlący aro­mat wygo­to­wany tak, że poczer­niał i łusz­czył się na wciąż roz­grza­nym kamie­niu. Całe moje ciało zare­ago­wało dresz­czem na ten zapach, który zara­zem mier­ził potwora we mnie i go roz­pa­lał. Czu­łem pod języ­kiem, jak wyostrzają mi się zęby.

Wielki Odku­pi­cielu...

Przy­sią­głem Astrid, w dniu, kiedy ją pocho­wa­łem, że ni­gdy nie napiję się z dru­giej istoty. Od Naj­gor­szego Dnia minął ponad rok. Jed­nak z winy sio­stry zła­ma­łem tę przy­sięgę i pra­gnie­nie we mnie aż się zago­to­wało, gdy poczu­łem ten potworny zapach. Mogłem tylko wypić solidny haust alko­holu, żeby go uto­pić. Zazgrzy­ta­łem zębami tak mocno, że aż zaskrzy­piały.

Pierw­szy raz tak się poczu­łem...

- Co to za woń? - szep­nęła Dior.

- Krew - odpo­wie­dzia­łem, z tru­dem prze­ły­ka­jąc ślinę.

Lachlan ski­nął głową, zer­ka­jąc na mnie.

- Krew i ogień.

Odsu­ną­łem na bok myśli o pra­gnie­niu i sku­pi­łem umysł na nie­bez­pie­czeń­stwie, na jakie się nara­ża­li­śmy, zbli­ża­jąc się do tego miej­sca. Potwory, które zaata­ko­wały Aveléne, mogły już dawno znik­nąć, ale rów­nie dobrze mogły się znaj­do­wać na wycią­gnię­cie ręki, a wie­dzia­łem, że potrzebna była armia Umar­łych, żeby znisz­czyć tak dobrze bro­niony fort. Z każ­dym kro­kiem coraz bar­dziej się bałem - nie o sie­bie, ale o Aarona i Bap­ti­ste'a, o ludzi, któ­rych strze­gli, ale nade wszystko o dziew­czynę, która mi towa­rzy­szyła. O Dior Lachance można było powie­dzieć wiele rze­czy: że to księżna kłam­ców, kró­lowa zło­dziei, poten­cjalna wybaw­czyni cesar­stwa. Kiedy jed­nak patrzy­łem na nią kątem oka, prze­su­wa­jąc kciu­kiem po imie­niu córki wypi­sa­nym na pal­cach, zaczą­łem zda­wać sobie sprawę, jak wiele naprawdę zna­czy.

Nie dla cesar­stwa, ale dla mnie.

- Gdzie, u dia­bła, podziewa się Celene? - szep­ną­łem.

Ostatni raz widzia­łem ją, zanim zna­leź­li­śmy Lachlana. Cho­ciaż potra­fiła znik­nąć na wiele godzin, z pew­no­ścią powinna była już wró­cić, a ja na­dal zasta­na­wia­łem się, jak wyja­śnić jej obec­ność w spo­sób, który mój były uczeń mógłby zro­zu­mieć. Lachie miał wię­cej powo­dów niż więk­szość ludzi, żeby nie­na­wi­dzić zim­no­krwi­stych, ale po tym, co wyda­rzyło się w opac­twie, nie ośmie­lił­bym się wspo­mnieć o Gra­alu. Przy­naj­mniej cię­żar Poże­raczki Popio­łów w mojej ręce doda­wał mi otu­chy, piękna dama na ręko­je­ści jak zawsze się uśmie­chała, a jej głos niósł się rwaną sre­brzy­stą pio­senką w mojej gło­wie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Dramatis Personae

Dra­ma­tis Per­so­nae

Dłu­gie zimy nastały i prze­mi­nęły, odkąd spo­tka­li­śmy się poprzed­nio, drogi czy­tel­niku. Upływ czasu dla nikogo nie jest łaskawy, pamięć to kapry­śna bestia, w życiu zaś dzieje się zbyt wiele, by spa­mię­tać wszyst­kie imiona i uczynki. Dla­tego też twój histo­ryk posta­no­wił przy­po­mnieć ci głów­nych akto­rów tego dra­matu. Oto oni:

Gabriel de León - Ostatni Sre­bro­święty, Czarny Lew z Lor­son i domnie­many główny boha­ter tej opo­wie­ści. Uro­dził się na dzie­więć lat przed nasta­niem bez­d­nia, kiedy to słońce znik­nęło z nieba nad całym cesar­stwem eli­da­eń­skim. Jego dzie­ciń­stwo było krót­kie i okrutne. Jest bla­do­kr­wi­stym - synem śmier­tel­nej matki i ojca-wam­pira, po któ­rym odzie­dzi­czył zarówno wielką moc, jak i wiel­kie pra­gnie­nie. Jako pięt­na­sto­letni chło­pak został zwer­bo­wany do Srebr­nego Zakonu San Michon i stał się wiel­kim wojow­ni­kiem tego świę­tego brac­twa, póź­niej jed­nak okrył się hańbą i popadł w nie­ła­skę.

Czas pły­nął. Od eks­ko­mu­niki minęło z górą dzie­sięć lat i Gabriel stał się wra­kiem czło­wieka, uza­leż­nio­nym od przyj­mo­wa­nia sanc­tusu (nar­ko­tyku, który pozwala mu powścią­gnąć nie­ustan­nie wzma­ga­jącą się żądzę krwi). I wła­śnie wtedy na swo­jej dro­dze do zemsty nasz upa­dły wzór cnót wsze­la­kich spo­tkał dziew­czynę, która miała na zawsze odmie­nić jego życie.

Dior Lachance - w wieku jede­na­stu lat osie­ro­cona przez matkę-pro­sty­tutkę zaczęła ubie­rać się jak chło­pak, żeby unik­nąć kło­po­tów czy­ha­ją­cych w ciem­nych zauł­kach i rynsz­to­kach, w któ­rych spę­dziła mło­dość. Życie drob­nej zło­dziejki przy­brało nie­spo­dzie­wany obrót, gdy odkryła, że jej krew leczy rany i wszel­kie cho­roby. Została oskar­żona o czary i ska­zana przez Świętą Inkwi­zy­cję na śmierć. Ura­to­wała ją Chloe Sau­vage, sio­stra Srebr­nego Zakonu i przy­ja­ciółka Gabriela.

Dobra sio­strzyczka wyja­śniła Dior, że moc jej krwi to nie żadne cza­ro­dziej­stwo, lecz bło­go­sła­wień­stwo wprost z nieba. Dior jest potom­ki­nią kobiety imie­niem Esan, córki Odku­pi­ciela, śmier­tel­nego syna samego Boga. Dziś na jej bar­kach spo­częła misja zakoń­cze­nia bez­d­nia i wypeł­nie­nia swo­jego prze­zna­cze­nia w roli Świę­tego Gra­ala San Michon.

Celene Castia - sio­stra Gabriela, zamor­do­wana w wieku lat pięt­na­stu, gdy Umarli znisz­czyli ich rodzinną wio­skę. Przez lata Gabriel żył ze świa­do­mo­ścią, że jego sio­stra spo­czywa w gro­bie, ona jed­nak wró­ciła jako wam­pi­rzyca o imie­niu Lia­the i zaczęła tro­pić Dior. Z początku rodzeń­stwo sta­nęło po prze­ciw­nych stro­nach bary­kady, póź­niej jed­nak Celene ura­to­wała Gabrie­lowi życie i pomo­gła mu uchro­nić Dior przed zdradą i oca­lić ją od śmierci.

Celene jest znacz­nie bar­dziej prze­ra­ża­jąca od prze­cięt­nego wam­pira w jej wieku. Pocho­dzi z Krwi Voss, ale jest obda­rzona krwa­wymi darami rodu Esani, tej samej tajem­ni­czej rodziny, do któ­rej nale­żał ojciec Gabriela. Skrywa przed świa­tem zarówno swoją twarz, jak i moty­wa­cję. Z bra­tem... nie doga­duje się naj­le­piej.

Astrid Ren­nier - sio­stra ze Srebr­nego Zakonu, uko­chana Gabriela i nie­ślubna córka Ale­xan­dre'a III, zesłana dys­kret­nie do klasz­toru, kiedy jej obec­ność stała się krę­pu­jąca dla nowej żony cesa­rza. Po tym, jak jej przy­jaźń z Gabrie­lem roz­kwi­tła w odwza­jem­nioną miłość, została eks­ko­mu­ni­ko­wana razem z nim, gdy wyszło na jaw, że jest w ciąży. Po naro­dzi­nach córki i ślu­bie osie­dli razem na połu­dnio­wych rubie­żach cesar­stwa, by wieść cichy, spo­kojny, szczę­śliwy żywot.

Szczę­ście nie trwało jed­nak długo.

Patience de León - córka Gabriela i Astrid. Kiedy przy­szła na świat, jej ojciec, dawny sre­bro­święty, wyta­tu­ował sobie jej imię sre­brem na knyk­ciach, żeby ni­gdy nie zapo­mnieć, co jest naprawdę ważne. Była jego rado­ścią i dumą, naj­ja­śniej­szą gwiazdą jego życia.

Zgi­nęła wraz z matką, zamor­do­wana przez Wiecz­no­tr­wa­łego Króla, Fabiéna Vossa.

Nie wstydź się, dobry czy­tel­niku. Ja też pła­ka­łem.

Poże­raczka Popio­łów - zacza­ro­wany miecz Gabriela, który tele­pa­tycz­nie poro­zu­miewa się ze swoim wła­ści­cie­lem. Zda­rzają jej się krót­kie prze­bły­ski przy­tom­no­ści umy­słu, naj­czę­ściej jed­nak nie bar­dzo wie, gdzie - a nawet kiedy - się znaj­duje. Zmie­niła się na zawsze po tym, jak jej ostrze zostało zła­mane na skó­rze Wiecz­no­tr­wa­łego Króla.

Spo­sób, w jaki Gabriel wszedł w jej posia­da­nie, pozo­staje przed­mio­tem licz­nych spe­ku­la­cji pośród min­streli i tru­we­rów.

Aaron de Coste - dawny sre­bro­święty z San Michon, syn baro­no­wej i wam­pira z Krwi Ilon, obda­rzony zdol­no­ścią mani­pu­lo­wa­nia cudzymi emo­cjami. Ter­mi­no­wał w Srebr­nym Zako­nie wraz z Gabrie­lem, a ich począt­kowa zacie­kła rywa­li­za­cja z cza­sem prze­ro­dziła się w praw­dziwą przy­jaźń. Odszedł z zakonu, gdy okrzyk­nięto go bluź­niercą po tym, jak odkryto jego zwią­zek z kowa­lem Bap­ti­ste'em Sa-Isma­elem.

Bap­ti­ste Sa-Ismael - dawny czar­no­ręki ze Srebr­nego Zakonu. Wykuł Lwi Pazur, pierw­szy miecz Gabriela. Kiedy jego miłość do Aarona wyszła na jaw, razem z nim porzu­cił zakon. Osie­dlili się na połu­dniu, w odre­stau­ro­wa­nym wła­snymi środ­kami château Aveléne.

Wiele lat póź­niej odwie­dził ich dawny przy­ja­ciel, który tym­cza­sem wziął Dior Lachance pod swoje opie­kuń­cze skrzy­dła. Bap­ti­ste z Aaro­nem udzie­lili Gabrie­lowi i Dior schro­nie­nia przed mor­der­czymi zapę­dami Dan­tona Vossa.

Opat Sza­ro­ręki - dawny mistrz Gabriela, wywo­dzący się z Krwi Cha­stain. Wam­piry tej Krwi potra­fią przyj­mo­wać zwie­rzęcą postać i poro­zu­mie­wać się ze zwie­rzę­tami. Usi­ło­wał zaszcze­pić mło­demu Gabrie­lowi poczu­cie obo­wiązku i prze­strzegł go przed ule­ga­niem stale obec­nemu w jego krwi pra­gnie­niu.

Po latach został mia­no­wany opa­tem Srebr­nego Zakonu i ode­grał klu­czową rolę w misji Chloe Sau­vage, mają­cej na celu odna­le­zie­nie Świę­tego Gra­ala.

Chloe Sau­vage - sio­stra Ordo Argent, przy­ja­ciółka Astrid i Gab-riela z dzie­ciń­stwa. Pomo­gła Gabrie­lowi pokrzy­żo­wać plany Fabiéna Vossa, kiedy ten zamie­rzał naje­chać Nor­dlund. Po tym to wyczy­nie cesa­rzowa paso­wała szes­na­sto­let­niego Gabriela na ryce­rza.

Minęły lata i spo­tkali się ponow­nie: tym razem Chloe zwer­bo­wała Gabriela do pomocy w ochro­nie Dior Lachance. Zamie­rzała spro­wa­dzić ją do opac­twa San Michon, by tam odpra­wić odszu­kany w biblio­tece pra­stary rytuał, który miał zakoń­czyć bez­dzień. Kiedy jed­nak Gabriel odkrył, że cere­mo­nia wyma­ga­łaby zło­że­nia Dior w ofie­rze, wpadł w szał i w obro­nie nie­win­nej dziew­czyny zabił Sza­ro­rę­kiego, Chloe i pół tuzina innych sre­bro­świę­tych.

Saoirse á Dúnnsair - człon­kini dru­żyny Gra­ala zło­żo­nej z boha­te­rów zwer­bo­wa­nych przez Chloe do ochrony Dior. Wojow­niczka z Pogó­rza Ossway­skiego, wal­czyła zacza­ro­wa­nym topo­rem o nazwie Dobroć, a za towa­rzyszkę miała pumę imie­niem Pho­ebe. Obie zgi­nęły w bitwie z Dan­to­nem Vos­sem w San Guil­laume.

P?re Rafa - jesz­cze jeden boha­ter z dru­żyny Gra­ala, uczony z Brac­twa San Guil­laume, przy­ja­ciel Chloe Sau­vage. Towa­rzy­szył jej w poszu­ki­wa­niach Dior. Czę­sto sprze­czał się z Gabrie­lem o sprawy zwią­zane z wiarą. On rów­nież zgi­nął z ręki Dan­tona pod­czas masa­kry w San Guil­laume.

Bel­lamy Bouchette - tru­wer z Opus Grande, czło­nek dru­żyny Gra­ala. Wraz z Gabrie­lem, Dior i pozo­sta­łymi prze­mie­rzał pust­ko­wia połu­dnio­wego Nor­dlundu, zawsze skory do śpiewu i gawędy.

I oui: jego też zamor­do­wał Dan­ton.

Mistrz kuźni Argyle - naczelny kowal Srebr­nego Zakonu. Stary czar­no­ręki wal­czył u boku Gabriela, Aarona i Bap­ti­ste'a w bitwie pod Bliź­nia­kami, w któ­rej udało się powstrzy­mać najazd Wiecz­no­tr­wa­łego Króla. Był obecny przy rytu­ale, w któ­rym Dior miała zostać zgła­dzona, ale uszedł cało z ataku Gabriela na kate­drę w San Michon.

Talon - sera­fin Srebr­nego Zakonu, czło­wiek okrutny i nie­przy­chylny Gabrie­lowi. Uległ sangir?, czer­wo­nemu pra­gnie­niu - dzie­dzicz­nej przy­pa­dło­ści, która prę­dzej czy póź­niej dopro­wa­dza wszyst­kich bla­do­kr­wi­stych do obłędu. Został zabity przez Gabriela i Sza­ro­rę­kiego.

Fabién Voss - Wiecz­no­tr­wały Król, priori Krwi Voss i praw­do­po­dob­nie naj­star­szy ist­nie­jący Krewny. Jako pierw­szy spo­śród priori wyko­rzy­stał nie­szczę­śni­ków (bez­ro­zumną odmianę wam­pi­rów, któ­rej liczeb­ność ogrom­nie wzro­sła pod­czas bez­d­nia) do walki: stwo­rzył z nich armię znaną jako Bez­kre­sny Legion. Wysiłki Gabriela spo­wol­niły postępy Fabiéna, ale osta­tecz­nie udało mu się pod­bić Nor­dlund, skąd ruszył następ­nie na wschód i zajął więk­szość eli­da­eń­skiego kon­ty­nentu. W tej inwa­zji nie­zwy­kle ważną rolę ode­grało jego potom­stwo, sied­mioro Ksią­żąt Wiecz­no­ści. Dotknięty do żywego fak­tem, że Gabriel zabił naj­młod­szą z jego córek, Laure, po latach krwawo zemścił się na sre­bro­świę­tym i jego famille.

Dan­ton Voss - Bestia z Vel­lene, naj­młod­szy syn Fabiéna. Ojciec zle­cił mu schwy­ta­nie Dior Lachance, cho­ciaż tajem­nicą pozo­staje, po co Święty Graal San Michon jest potrzebny Wiecz­no­tr­wa­łemu Kró­lowi żywy. W San Guil­laume zgła­dził więk­szość dru­żyny Gra­ala, po czym ruszył w pościg za Gabrie­lem i Dior aż do Aveléne. Zgi­nął z ręki Dior, która zadała mu cios Poże­raczką Popio­łów, uprzed­nio nama­ściw­szy miecz wła­sną świętą krwią.

Laure Voss - Upiór w Czer­wieni, naj­młod­sza córka Fabiéna. Pro­wa­dziła w Nor­dlun­dzie reko­ne­sans poprze­dza­jący inwa­zję ojca, kiedy na swo­jej dro­dze spo­tkała Gabriela, Aarona i Sza­ro­rę­kiego. Sza­ro­rę­kiemu ode­rwała rękę, a Aarona oszpe­ciła na resztę życia, zanim Gabriel zdo­łał ją pod­pa­lić. Wie­dziona żądzą zemsty udała się do Lor­son, jego rodzin­nego mia­steczka. Spa­liła je i wymor­do­wała jego miesz­kań­ców - wśród nich młod­szą sio­strę Gabriela, Celene.

Zgi­nęła z ręki Gabriela w bitwie pod Bliź­nia­kami.

Valya d'Naél - sio­stra Świę­tej Inkwi­zy­cji. Wspól­nie z sio­strą-bliź­niaczką Talyą ści­gała oskar­żoną o czary Dior po całym cesar­stwie. Osta­tecz­nie zła­pały ją i Gabriela w Czer­wo­nej Straż­nicy i pod­dały oboje bru­tal­nym tor­tu­rom. Dior zdo­łała się uwol­nić, zabić Talyę i ura­to­wać Gabe'a przed dal­szymi mękami.

Isa­bella Augu­stin - żona Ale­xan­dre'a III, cesa­rzowa Eli­da­enu. Była patronką Ordo Argent, któ­remu przy­wró­ciła dawną świet­ność po stu­le­ciach nędz­nej wege­ta­cji. Po bitwie pod Bliź­nia­kami paso­wała Gabriela na ryce­rza. Pozo­stał jej prawą ręką przez wiele lat, zysku­jąc wielką sławę i chwałę.

Maxi­mille de Augu­stin - król-wojow­nik, który przed z górą sze­ściu­set laty roz­po­czął pro­ces jed­no­cze­nia pię­ciu woju­ją­cych państw w wiel­kie cesar­stwo eli­da­eń­skie. Zgi­nął, zanim jego sen mógł się urze­czy­wist­nić, ale jego dyna­stia po dziś dzień spra­wuje wła­dzę w cesar­stwie. W uzna­niu docze­snych zasług Kościół Jed­nej Wiary mia­no­wał go swoim siód­mym Świę­tym Męczen­ni­kiem.

Michon - Pierw­sza Męczen­niczka, pro­sta łow­czyni, która została uczen­nicą Odku­pi­ciela, a po zgła­dze­niu go na kole ponio­sła jego świętą wojnę w świat. Mało kto wie, że była rów­nież jego kochanką i że z ich związku naro­dziła się córka imie­niem Esan, które to imię w języku sta­ro­tal­ho­skim zna­czy "wiara".

Esan - córka Michon i Odku­pi­ciela. Cztery stu­le­cia temu jej potom­ko­wie wznie­cili bunt prze­ciw dyna­stii Augu­sti­nów. Powsta­nie, które póź­niej nazwano here­zją aavsencką, zostało stłu­mione przez świę­tych ryce­rzy Jed­nej Wiary. Więk­szość bun­tow­ni­ków zgi­nęła. Dior Lachance jest ostat­nią przed­sta­wi­cielką tego rodu.

A teraz, mes amis, zaczy­namy.

Zachód słońca

Zachód słońca

I

Mar­twy chło­piec otwo­rzył oczy.

Wszystko było nie­ru­chome i ciche, on rów­nież, może nawet on naj­bar­dziej. Był jak posąg, poru­szały się tylko jego roz­wie­ra­jące się źre­nice i miękko roz­chy­la­jące się bez­kr­wawe wargi. Powrót do świata jawy nie wią­zał się z przy­śpie­sze­niem odde­chu ani pogłę­bie­niem bicia serca pod por­ce­la­nową skórą. Leżał w ciem­no­ściach, aniel­ski i obna­żony, wpa­try­wał się w wysłu­żony bal­da­chim nad głową i zasta­na­wiał się, co go obu­dziło.

Z pew­no­ścią nie był to zmierzch. Dzienna gwiazda jesz­cze wid­niała nad hory­zon­tem, zale­d­wie w czę­ści pochło­nięta przez ciem­ność. Śmier­tel­nicy dzie­lący z nim jego ogromne łoże z kolu­mien­kami leżeli nie­ru­chomo jak trupy - gdyby nie liczyć lek­kiego jak piórko muśnię­cia prze­rzu­co­nej przez jego brzuch ręki pięk­ni­sia i płyn­nego rytmu odde­chu dziew­czyny na jego piersi. Wśród tej obfi­to­ści nie mogło być mowy o gło­dzie, a pomię­dzy takimi doj­rza­łymi pięk­no­ściami nie gro­ził mu także chłód. Co więc wyrwało go z drzemki?

Nie śnił za dnia, tym z Krwi ni­gdy się to nie przy­da­rzało. Zdał sobie jed­nak sprawę, że sen nie przy­niósł mu ulgi, a kru­che świa­tło dnia wytchnie­nia. Wynu­rzyw­szy się na dobre z bez­den­nej jak sama śmierć otchłani, Jean-François zro­zu­miał.

Obu­dził go ból.

Wró­ciły wspo­mnie­nia. Pod­niósł dłoń do gar­dła. Obrazy tań­czyły mu w gło­wie jak muchy krą­żące nad tru­chłem. Palce jak z żelaza zagłę­bia­jące się w popioły jego szyi. Obna­żone w gry­ma­sie kły spla­mione winem. Prze­peł­nione nie­na­wi­ścią burzo­wo­szare oczy.

Z impe­tem ude­rzył o ścianę, jego skóra wrzała kłę­bami czer­wo­nego dymu.

"Zapo­wie­dzia­łem ci, że będziesz wrzesz­czał, jebana pijawko".

Zna­lazł się o krok od swo­jego końca - i wie­dział o tym. Gdyby nie Meline i jej sre­bro­sta­lowy szty­let...

Wyobraź to sobie.

Po wszyst­kim, co widzia­łeś i zro­bi­łeś.

Wyobraź sobie, że umie­rasz tutaj, w tej brud­nej celi.

W ciem­no­ściach musnął miej­sce, w które zra­nił go Gabriel de León. Wyobra­ził sobie te bez­li­to­sne szare oczy spo­wite czer­wo­nym dymem i odru­chowo zaci­snął zęby. Przez moment - przez jedno tchnie­nie śmier­tel­nika - doświad­czył uczu­cia, o któ­rym myślał, że bez­pow­rot­nie pokrył je kurz minio­nych dzie­się­cio­leci.

"Nikt nie boi się śmieci bar­dziej niż stwory, które żyją wiecz­nie".

Dziew­czyna obok zare­ago­wała na jego ruch, ale tylko wes­tchnęła i znów zapa­dła w sen. Śliczny był z niej kwia­tu­szek: S?dhaemka o oliw­ko­wej skó­rze i ciem­nych lokach. Tro­chę może chu­der­lawa, ale w ostat­nie noce o każ­dym można to było powie­dzieć. Nie­wiele młod­sza od Jeana-François, kiedy otrzy­mał Dar. Skórę miała jed­nak cie­płą, dotyk arcy­zmyślny, a ile­kroć na niego patrzyła, w jej inten­syw­nie zie­lo­nych oczach wzbie­rał głód oso­bli­wie nie­pa­su­jący do fizjo­no­mii pierw­szej naiw­nej.

Od bli­sko czte­rech mie­sięcy słu­żyła w jego stajni, roz­pustna i chętna. Przez moment żało­wał, że nie pamięta jej imie­nia.

Błą­kał się wzro­kiem po obiet­nicy jej nagiego ciała; pięk­nej linii tęt­nicy po wewnętrz­nej stro­nie uda; sma­ko­wi­tych żył­kach na prze­gu­bach dłoni i wyżej, wyżej, aż do ostro zary­so­wa­nej żuchwy. Śle­dził deli­katne drże­nie pulsu pod skórą, hip­no­ty­zu­jące, sen­nie mięk­kie. Obu­dziło się w nim pra­gnie­nie - znie­na­wi­dzony kocha­nek i zara­zem uko­chany wróg. Oczami wyobraźni znów ujrzał Gabriela de León. Twarz sre­bro­świę­tego zawi­sła w powie­trzu dosłow­nie kilka cali od niego.

Palce zato­nęły głę­biej w ciele.

Tak bli­sko, że mógłby poca­ło­wać go w usta.

"Wrzeszcz dla mnie, pijawko".

Dźwi­gnął się na łok­ciu. Złote loki osy­pały mu się na policzki. Z tyłu młody kochaś wydał wes­tchnie­nie sprze­ciwu, wodząc dło­nią po zim­nej pościeli. Był praw­dziwą nor­dlundzką pięk­no­ścią: kru­czo­czarne włosy, śmie­tan­kowa skóra... Wyglą­dał na nie­całe dwa­dzie­ścia lat. Sio­strze­nica krwi Jeana-François, wiceh­ra­bina Nico­lette, spre­zen­to­wała mu go kilka tygo­dni temu, by tym prze­kup­stwem skło­nić go do szep­nię­cia życz­li­wego słówka do ucha cesa­rzo­wej. Mimo że nie cier­piał Nico­lette jak tru­ci­zny, pre­zent przy­jął. Kochaś był kształtny jak koń peł­nej krwi. Skórę na nad­garst­kach, szyi i w oko­li­cach intym­nych miał deli­kat­nie pozna­czoną śla­dami ostrych jak igły zębów.

Jak on miał na imię? Jakoś na "D"...

Jean-François powiódł mar­mu­ro­wymi pal­cami po skó­rze dziew­czyny. Jego dotyk był łagodny jak pierw­sze tchnie­nie wio­sny. Zafa­scy­no­wany zmru­żył cze­ko­la­dowe oczy, śle­dząc reak­cję jej ciała, cha­rak­te­ry­styczną gęsią skórkę, gdy ostry jak brzy­twa pazno­kieć prze­śli­znął się po śla­dach uką­sze­nia na szyi. Nachy­lił się i szybko prze­su­nął języ­kiem po tward­nie­ją­cym wzgórku sutka. Oddech dziew­czyny przy­śpie­szył, wzdry­gnęła się i na dobre obu­dziła. Cie­pło krwi, którą wysą­czył z niej, zanim wszy­scy osu­nęli się w mroki snu, przy­bla­dło i jego wargi musiały być w tej chwili zimne jak lód. Mimo to dziew­czyna aż jęk­nęła, gdy zaczął ssać i mocno - choć zara­zem nie dość mocno - zaci­snął zęby. Roz­chy­liła uda i ośmie­liła się wpleść palce w jego złote włosy.

- Mój panie... - wyszep­tała.

Pięk­niś też już się ock­nął, pod­nie­cony wes­tchnie­niami dziew­czyny. Obsy­pał poca­łun­kami nagie ramiona mar­kiza, leniwy jak topiący się wosk świecy. Dło­nią się­gnął w oko­lice bio­der zim­no­krwi­stego, prze­śli­znął się po jasnych mię­śniach brzu­cha i zje­chał niżej. Wam­pir pozwo­lił mu się doty­kać, gła­skać, pie­ścić. Siłą woli skie­ro­wał swoją krew w dół i kochaś aż jęk­nął, gdy stward­niał i zacią­żył mu w dłoni jak kawał żelaza.

- Mój panie - sap­nął.

Dziew­czyna cało­wała go deli­kat­nie po szyi, z wolna przy­bli­ża­jąc się do ran zada­nych przez de Leóna. Jean-François zła­pał ją gar­ścią za włosy i odcią­gnął jej głowę wstecz. Zaparło jej dech w piersi, serce dud­niło jej teraz jak bęben wojenny. Poca­ło­wał ją, mocno, roz­ciął kłami wargę dziew­czyny i uro­nił kilka kro­pli krwi na ich tań­czące języki.

Nagle pra­gnie­nie wez­brało w nim jak fala i przez moment nie­wiele bra­ko­wało, a stra­ciłby nad nim pano­wa­nie. Ponie­waż jed­nak polo­wa­nie spra­wiało mu nie mniej­szą przy­jem­ność od zabi­cia ofiary, prze­rwał ten krwawy poca­łu­nek i napro­wa­dził dziew­czynę na twar­dego jak kamień mło­dzieńca.

W lot pojęła, o co mu cho­dzi. Roz­chy­liła wargi, a Nor­dlund­czyk uklęk­nął jej na spo­tka­nie i jęk­nął, gdy wzięła go do ust. Puls zatęt­nił moc­niej pod jego gładką, cie­płą skórą. Przez chwilę mar­kiz patrzył na koły­szącą się ryt­micz­nie parę, podzi­wiał grę świa­tła i cie­nia na ich cia­łach. Cha­rak­te­ry­styczny zapach pod­po­wia­dał Jeanowi-François, że dziew­czyna jest mokra i cie­pła jak letni deszcz; kiedy leciu­teńko musnął jej srom, zadrżała na całym ciele, aż po czubki pod­ku­lo­nych pal­ców u nóg, i naparła na jego dłoń, dopra­sza­jąc się o wię­cej.

- Jesz­cze nie, naj­droż­sza - wyszep­tał. - Jesz­cze nie - powtó­rzył, kiedy z jej gar­dła wyrwał się jęk pro­te­stu.

Leni­wie wstał i przy­klęk­nął na łóżku za ple­cami dyszą­cego ciężko kocha­sia. Odgar­nął opa­da­jące mu na szyję dłu­gie czarne włosy. Nor­dlund­czyk zady­go­tał, czu­jąc bli­skość dra­pież­nika i muśnię­cie jego pazu­rów na skó­rze. Dło­nie mar­kiza prze­su­nęły się po cudow­nych wybrzu­sze­niach i zagłę­bie­niach mię­śni, by na koniec objąć gorący, roz­pa­lony czło­nek. Ponad roze­dr­ga­nym pła­skim brzu­chem mło­dzieńca spoj­rzał w oczy dziew­czyny i nie­zno­szą­cym sprze­ciwu pół­gło­sem wydał pole­ce­nie:

- Dokończ go.

Jęk­nęła w odpo­wie­dzi, nie odry­wa­jąc od niego wzroku: kapłanka bez reszty oddana bóstwu. Kochaś, trzę­sąc się, zła­pał ją za włosy. W tej samej chwili kły wam­pira dra­snęły jego skórę. Jean-François cały czas czuł zaci­ska­jące się na szyi palce sre­bro­świę­tego.

- Wrzeszcz dla mnie - wyszep­tał.

Mło­dzie­niec posłu­chał, wpló­tł­szy drugą dłoń w jego włosy. Dziew­czyna wchło­nęła go głę­boko, jesz­cze głę­biej, a gdy Jean-François poczuł pul­su­jący żar, wzbie­ra­jący w pod­brzu­szu chło­paka i wybie­ga­jący jej na spo­tka­nie, ugryzł, prze­bił sta­wia­jącą chwi­lowy, upojny opór skórę i wyzwo­lił strugę tęt­nią­cego roz­ko­szą życia.

Wszystko znik­nęło: drżące ciało w jego ramio­nach, żar­liwy krzyk odbity echem od ścian. Była tylko krew roz­pa­lona każdą dro­binką namięt­no­ści pięk­ni­sia, elik­sir złą­czo­nych życia i żądzy, który uniósł mar­kiza wysoko, wysoko, pod bez­kre­sne niebo.

Teraz naprawdę żył.

Pił nie mniej łap­czy­wie od dziew­czyny, nie chciał niczego innego, tylko wła­śnie tego, wszyst­kiego, wię­cej i wię­cej. Daw­niej, w tamte noce przed zga­śnię­ciem dzien­nej gwiazdy, niczym innym by się nie zado­wo­lił, ale dzi­siaj owce stały się rzad­ko­ścią, ich żywoty były zbyt cenne, żeby je mar­no­wać. Dla­tego roz­orał sobie kciuk paznok­ciem dru­giej dłoni i pod­su­nął go do ust mło­dzieńca, któ­remu na moment zaparło dech w piersi. Zaraz jed­nak zła­pał kciuk w usta i z jedną dło­nią wciąż zaplą­taną w loki dziew­czyny zaczął zachłan­nie ssać, nie prze­sta­jąc przy tym poru­szać bio­drami w przód i w tył w ide­al­nym zespo­le­niu, brał i dawał jed­no­cze­śnie, a cały świat wokół nich tonął w...

- Panie?

Głos dobiegł zza drzwi sypialni, zaraz potem roz­le­gło się dziar­skie puka­nie. Zapach per­fum prze­bił się przez nie­biań­ski aro­mat krwi.

- Meline... - Wes­tchnął z ustami ocie­ka­ją­cymi krwią. - Wejdź.

Drzwi się otwo­rzyły. Zza progu dobiegł szczęk metalu, chro­bo­ta­nie o kamień, szepty słu­żą­cych w poko­jach na innych pię­trach. Château budziło się ze snu. Woń krwi w tuzi­nie led­wie uchwyt­nych odcieni roze­szła się w powie­trzu, gdy och­mi­strzyni wkro­czyła do pokoju.

Była ubrana w gor­set na fisz­bi­nach i olśnie­wa­jącą suk­nię z czar­nego ada­maszku, nieco tylko zno­szoną. Jej szyję opi­nał koron­kowy kanak. Dłu­gie rude włosy zaplo­tła w war­ko­czyki, któ­rych pół tuzina opa­dało jej arty­stycz­nie na twarz i prze­sła­niało oczy na podo­bień­stwo cien­kich łań­cusz­ków. Wyglą­dała na damę po trzy­dzie­stce, cho­ciaż w rze­czy­wi­sto­ści dobie­gała pięć­dzie­siątki: coty­go­dniowa dawka krwi spi­ja­nej z żył mar­kiza powstrzy­my­wała nie­ustę­pliwy napór czasu. Sta­nęła w obra­mo­wa­niu drzwi, wysoka i dostojna, i lodo­wa­tym spoj­rze­niem obrzu­ciła prze­rwaną ucztę.

Mło­dzian leżał na ple­cach, pobla­dły, ale wciąż twardy jak stal. Na widok Meline dziew­czyna spo­sęp­niała, spu­ściła wzrok i pod­cią­gnęła prze­ście­ra­dło pod brodę, żeby zakryć swoją nagość.

- O co cho­dzi, Meline?

Dygnęła.

- Cesa­rzowa chce cię widzieć, panie.

Narzu­cił szla­frok. Deli­katny jasny mate­riał zaczy­nał się pomału strzę­pić na brze­gach: w kra­inie, w któ­rej nic nie rosło, bra­ko­wało jedwa­biu. Histo­ryk musnął pal­cami chy­mijną kulę, która roz­świe­tliła się i roz­ja­śniła prze­pyszną kom­natę. Pod ścia­nami cią­gnęły się dębowe regały, któ­rych półki ugi­nały się pod cię­ża­rem fascy­nu­ją­cych go opo­wie­ści. Biurko zaście­łały cał­kiem udatne szkice zwie­rząt, archi­tek­tury i nagich ciał, wśród któ­rych leżały kawałki węgla rysow­ni­czego. Wrzu­cił do szkla­nego ter­ra­rium garść okru­chów chleba ziem­nia­cza­nego i z uśmie­chem na ustach patrzył, jak pięć czar­nych myszy - jego cho­wań­ców - wynu­rza się z małego drew­nia­nego château. Rzu­ciły się na posi­łek. Clau­dia jak zwy­kle kła­pała ząb­kami na Davide'a, a Mar­cel piskli­wie nawo­ły­wał ich do opa­mię­ta­nia.

Jean-François prze­niósł wzrok na Meline.

- Jeśli się nie mylę, jeste­śmy umó­wieni na spo­tka­nie w pri?di, czyż nie?

- Pro­szę o wyba­cze­nie, panie, ale Jej Wyso­kość życzy sobie widzieć cię bez­zwłocz­nie.

Zamru­gał zasko­czony. Wszyst­kie jego zmy­sły się wyostrzyły. Meline zasty­gła w dygnię­ciu - dosko­nale wyćwi­czo­nym, ide­al­nie nie­ru­cho­mym - on jed­nak wychwy­cił fał­szywy ton w jej gło­sie, oso­bliwe napię­cie ramion... Pod­szedł do niej z sze­le­stem jedwa­biu i dotknął jej policzka.

- Mów, naj­droż­sza.

- Przy­był posła­niec od pani Kestrel, mój panie.

- Żela­zna Dzie­wica przy­jęła zapro­sze­nie Jej Wyso­ko­ści - uświa­do­mił sobie Jean-François.

Meline ski­nęła głową.

- Pan Kariim rów­nież - dodała. - Dziś rano przy­był herold z wia­do­mo­ścią, że Pająk zamie­rza wziąć udział w zwo­ła­nym przez cesa­rzową Zjeź­dzie.

- Priori Krwi Voss i Ilon? - sap­nął z nie­do­wie­rza­niem histo­ryk. - Przy­będą tutaj? - Odwró­cił się do łóżka. - Wyno­cha - roz­ka­zał.

Dziew­czyna natych­miast usia­dła, ewi­dent­nie prze­stra­szona. Nacią­ga­jąc koszulę nocną, jed­no­cze­śnie pomo­gła wstać pięk­ni­siowi, zarzu­ciw­szy sobie jego rękę na ramiona. Uni­ka­jąc chłod­nego spoj­rze­nia Meline (bystra dziew­czynka), popro­wa­dziła swo­jego towa­rzy­sza ze stajni do wyj­ścia. Prze­cho­dząc obok Jeana-François, Nor­dlund­czyk uniósł wzrok: jego oczy wciąż pałały sza­leń­stwem Poca­łunku.

- Kocham cię - wyszep­tał.

Jean-François przy­tknął długi pazno­kieć do lep­kich warg kochanka i spoj­rzał zna­cząco na dziew­czynę, która nie potrze­bo­wała dal­szych ostrze­żeń. W oka­mgnie­niu wymknęli się za drzwi.

Meline odpro­wa­dziła ich nie­chęt­nym spoj­rze­niem.

- Nie prze­pa­dasz za nimi - mruk­nął wam­pir.

Spu­ściła wzrok.

- Wybacz, panie. Nie są cie­bie godni.

- Ach, uko­chana... - Musnął poli­czek Meline, ujął ją pod brodę i uniósł jej głowę, żeby znów spoj­rzała mu w oczy. - Moja droga, nie do twa­rzy ci z zazdro­ścią. Oni są jak wino przed ucztą. Wiesz prze­cież, że tylko tobie jed­nej ufam; że tylko cie­bie naprawdę uwiel­biam.

Ośmie­liła się wtu­lić poli­czek w jego dłoń i obsy­pać poca­łun­kami knyk­cie.

- Oui - wyszep­tała w odpo­wie­dzi.

- Jesteś krwią w moich żyłach, Meline. A jeśli cze­go­kol­wiek się lękam, moja gołą­beczko naj­droż­sza, to tylko wizji wiecz­no­ści bez cie­bie u mego boku. Wiesz o tym, prawda?

- Oui - szep­nęła ponow­nie, bli­ska pła­czu.

Uśmiech­nął się i prze­su­nął pal­cem w dół jej policzka. Patrzył, jak jej tętno przy­śpie­sza, a pierś unosi się i opada gwał­tow­niej, gdy dotknął kanaka. Zaha­czył paznok­ciem od dołu o pod­bró­dek; nie­wiele bra­ko­wało, a prze­ciąłby skórę.

- A teraz mnie ubierz - pole­cił.

Zady­go­tała.

- Wedle życze­nia, panie.

II

Tru­wer Dan­nael á Riagán powie­dział kie­dyś, że czło­wiek, który potrze­bo­wałby dowodu, że piękno może zro­dzić się z potwor­no­ści, powi­nien zoba­czyć Sul Adair.

Wybu­do­wane w sku­tym lodem sercu gór Muath na wscho­dzie S?dhaemu warowne mia­sto było świa­dec­twem zarówno pomy­sło­wo­ści, jak i okru­cień­stwa śmier­tel­ni­ków. Powia­dano, że Eskan­der IV, ostatni szan S?dhaemu, wybu­do­wał je kosz­tem dzie­się­ciu tysięcy nie­wol­ni­czych żywo­tów. Ciemny żela­zo­ka­mień, od któ­rego château wzięło swoją nazwę (w miej­sco­wej mowie Sul Adair zna­czyło "Czarna Wieża"), wydo­by­wano w kamie­nio­ło­mie odle­głym o bli­sko tysiąc mil, a szlak, któ­rym trans­por­to­wano go na plac budowy, zasły­nął od tam­tej pory jako Ne'seit Dha Saath: Droga Bez­i­mien­nych Gro­bów.

Sul Adair wyro­sło na prze­łę­czy Jastrzę­biej Wieży, skąd mogło chro­nić kopal­nie zło­tosz­kła w Lasha­ame i Raa oraz mia­sto por­towe Asheve. Blask tych skar­bów z cza­sem przy­gasł, ale Sul Adair trwało nie­na­ru­szone zębem czasu i dło­nią prze­zna­cze­nia. I wła­śnie wśród tych lodo­wych szczy­tów cesa­rzowa Mar­got Cha­stain posta­no­wiła ulo­ko­wać swój tron.

Jean-François prze­mie­rzał dłu­gie kory­ta­rze, jego kroki odbi­jały się echem od wyso­kich skle­pień. Meline wystro­iła go naprawdę odświęt­nie: sur­dut z bia­łego aksa­mitu, pele­ryna z jasnych piór jastrzę­bia. Na jego piersi wid­niały wyha­fto­wane dwa księ­życe i wilki Krwi Cha­stain. Dłu­gie włosy, które tak zachwy­cały cesa­rzową, spły­wały mu na ramiona niczym płynne złoto. Za nim - w odle­gło­ści trzech kro­ków, jak przy­stało na nie­wolną - szła Meline, o któ­rej obec­no­ści przy­po­mi­nał cichy szmer ada­masz­ko­wej sukni.

Krzą­ta­jący się po mrocz­nych wnę­trzach słu­żący klę­kali na jego widok. Cho­wańce - koty, szczury, kruki - scho­dziły mu z drogi. Napo­ty­kał też innych Krew­nych: mediae i nie­opie­rzeńcy Krwa­wego Dworu Mar­got kła­niali mu się i dygali, kiedy prze­cho­dził. On jed­nak rzadko zaszczy­cał ich spoj­rze­niem, wolał patrzeć na ściany i strze­li­ste skle­pie­nia, wyso­kie jak konary dźwi­ga­jące nie­biosa.

Wnę­trza château zostały ozdo­bione nie­zrów­na­nymi, zapie­ra­ją­cymi dech w pier­siach fre­skami. Wielki mistrz Javion Sa-Judhail mozo­lił się nad nimi przez trzy­dzie­ści lat. Podobno nie ode­rwał się od pracy nawet na wieść o przyj­ściu na świat pier­wo­rod­nego syna. Kiedy s?dhaemski wódz Khu­sru, zwany Lisem, roz­po­czął swoją nie­for­tunną kam­pa­nię zmie­rza­jącą do wydar­cia mia­sta spod wła­dzy Augu­sti­nów, Javion malo­wał bez prze­rwy, nie bacząc na toczące się na murach star­cia wojsk cesa­rza i nie­do­szłego szana. A gdy jego uko­chana żona Dalia rzu­ciła się z naj­wyż­szej wieży Sul Adair, żeby w ten spo­sób zapro­te­sto­wać prze­ciw jego zobo­jęt­nie­niu, nie zna­lazł czasu, by wziąć udział w jej pogrze­bie.

Jean-François podzi­wiał jego pasję, ale jesz­cze wyżej cenił jego dzieła, piękno, które trwało długo po tym, jak jego twórcę zja­dły robaki.

Mury pię­ciu wspa­nia­łych kon­dy­gna­cji château Javion poma­lo­wał jak kolejne stop­nie na dro­dze do wnie­bo­wstą­pie­nia. Par­ter poświę­cił kró­le­stwu natury i czło­wie­kowi jako uko­cha­nemu dziecku Boga. Pierw­sze pię­tro przy­ozdo­bił ilu­stra­cjami z przy­po­wie­ści o świę­tych, na dru­gim zło­żył hołd Sied­miorgu Męczen­ni­kom. Wyżej, na ścia­nach czwar­tej kon­dy­gna­cji, anioły z nie­biań­skich zastę­pów - Elo­ise, Mahné, Raphael, nawet stary, kochany Gabriel - roz­po­ście­rały białe jak u gołę­bicy skrzy­dła.

Dziś Jean-François szedł jesz­cze dalej, jesz­cze wyżej. Z tyłu sły­szał cichy oddech Meline, gdy w końcu zna­leźli się na ostat­nim, naj­wyż­szym pozio­mie château. Przed nimi cią­gnął się wspa­niały hol, któ­rego ciemną kamienną posadzkę przy­rzu­cono czer­wo­nym jak krew dywa­nem. Z belek stro­po­wych zwie­szały się prze­cudne żyran­dole przy­wo­dzące na myśl wiel­kie paję­czyny ze zło­tosz­kła, gęsto obwie­szone cie­niami gnież­dżą­cych się na nich nie­to­pe­rzy. Ściany, na któ­rych Javion Sa-Judhail nama­lo­wał roz­cią­gnięty na dekady hołd dla Boga Wszech­mo­gą­cego, władcy nie­bios, były ciemne i gład­kie. Dzieło mistrza zostało zeszli­fo­wane pia­skiem do gołego kamie­nia i zastą­pione dzie­siąt­kami obra­zów w zło­tych ramach: por­tre­tami jed­nej i tej samej osoby, powta­rza­ją­cymi się bez końca w róż­nych wer­sjach.

Prze­szedł­szy wzdłuż rzędu odzia­nych w stal nie­wol­nych żoł­nie­rzy, Jean-François dotarł w końcu do wyso­kich drzwi pry­wat­nych kom­nat wład­czyni. Tam przy­sta­nął i zapa­trzył się na por­tret zawie­szony nad wej­ściem.

Por­tret tej, która uni­ce­stwiła niebo i prze­jęła od niego wła­dzę nad zie­mią.

- Wejść - zabrzmiał roz­kaz.

Nie­wolni otwo­rzyli masywne wrota, za któ­rymi znaj­do­wała się kolejna wspa­niała kom­nata. Meline wystą­piła naprzód.

- Mar­kiz Jean-François z Krwi Cha­stain - zaczęła dźwięcz­nym gło­sem - nadworny histo­ryk Jej Wyso­ko­ści Mar­got Cha­stain, Pierw­szej i Ostat­niej Tego Imie­nia, Bez­śmiert­nej Cesa­rzo­wej Wil­ków i Ludzi.

Wyty­czona gru­bym czer­wo­nym bież­ni­kiem ścieżka pro­wa­dziła w mrok pomię­dzy wyso­kimi jak drzewa kolum­nami. Z kom­naty wio­nęło chło­dem, który bły­ska­wicz­nie roz­pro­szył wspo­mnie­nie o cie­płym od krwi i namięt­no­ści łożu. Mar­kiz sam wszedł za próg i z dłońmi sple­cio­nymi jak u skru­szo­nego pokut­nika ruszył po dywa­nie przy akom­pa­nia­men­cie pogod­nej pie­śni nie­wi­docz­nego w pół­mroku kastrata. Z każ­dym kolej­nym kro­kiem chłód moc­niej napie­rał na jego skórę. Towa­rzy­szyło mu prze­możne wra­że­nie bli­sko­ści jakiejś nie­wia­ry­god­nej, mrocz­nej mocy.

Z przodu dobiegł stłu­miony ostrze­gaw­czy pomruk. Mar­kiz sta­nął jak wryty i zgiął się w ukło­nie tak głę­bo­kim, że ślicz­nymi zło­tymi puklami zamiótł pod­łogę.

- Cesa­rzowo. Życzy­łaś sobie mnie widzieć.

- W rze­czy samej. - Głos był dźwięczny i głę­boki, jakby docho­dził spod ziemi.

- Słowo Waszej Wyso­ko­ści jest dla mnie sło­wem bożym.

- Spójrz zatem na mnie, mar­ki­zie. Patrz i módl się.

Jean-François pod­niósł wzrok. Dywan był rzeką krwi spły­wa­jącą ze wspa­nia­łego tronu. Na pod­wyż­sze­niu wokół niego wyle­gi­wały się cztery wilki, czarne i dzi­kie. Z boku klę­czał paź w libe­rii Cha­sta­inów i w zwró­co­nych ku górze dło­niach trzy­mał opra­wioną w skórę księgę nie­wiele mniej­szą niż on sam. Za tro­nem zaś wisiał wysoki na dwa­dzie­ścia stóp kolejny por­tret priori Krwi Cha­stain, seniorki rodu Paste­rzy, budzą­cej grozę wład­czyni całego swo­jego rodzaju.

Cesa­rzowa Mar­got.

Nie był to naj­lep­szy obraz pędzla Jeana-François, który oso­bi­ście nama­lo­wał wszyst­kie znaj­du­jące się w twier­dzy por­trety, ale cesa­rzowa szcze­gól­nie go sobie upodo­bała. Przed­sta­wiał ją sie­dzącą na zło­tym pół­księ­życu, odzianą w prze­piękną suk­nię w kolo­rze czar­nego onyksu. U jej stóp leżały dwa wilki, dwa księ­życe zdo­biły jej niebo. Miała ciało dziew­czyny, lecz zara­zem posturę bogini o skó­rze bia­łej jak wypra­żone słoń­cem kości jej wro­gów. Por­tret - sko­pio­wany w ogrom­nej licz­bie egzem­pla­rzy - został roze­słany do wszyst­kich księstw Krwi w S?dhaemie jako przy­po­mnie­nie, komu zło­żyły wie­czy­sty hołd lenny. A ponie­waż cesa­rzowa była z natury samot­niczką, więk­szo­ści pod­da­nych nie będzie dane poznać innej jej wer­sji.

Poni­żej por­tretu sie­działa cesa­rzowa Mar­got we wła­snej oso­bie.

Przy­naj­mniej taka wer­sja, jaką znał Jean-François.

Daleko jej było do nad­zwy­czaj­nej postaci, jaką przed­sta­wił na płót­nie. Drob­nej budowy, wręcz niska, jak mógłby zauwa­żyć ktoś nie­roz­sądny, nie była ani pier­sia­stą hożą dzie­woją, ani per­fek­cyjną blond pięk­no­ścią. Kiedy prze­szła Prze­mianę, nie była młódką, lecz kobietą w śred­nim wieku i - choć wyrzeź­biona teraz z bia­łego mar­muru i czar­nego maje­statu - nie wyzbyła się śla­dów znoj­nego życia śmier­tel­niczki i nie­ła­ska­wego upływu czasu, na zawsze utrwa­lo­nych w histo­rii jej ciała.

Jed­nakże arty­sta, jakim był mar­kiz, w tym wła­śnie odnaj­dy­wał jej urodę - a także drogę do jej łask. Żadne bowiem zwier­cia­dło, żadna szyba ani roz­świe­tlona księ­ży­co­wym bla­skiem sadzawka nie mogły poka­zać wam­pi­rowi jego odbi­cia. Zli­cze­nie zaś lat, które upły­nęły, odkąd ostatni raz cesa­rzowa oglą­dała swoje obli­cze ina­czej niż na pochleb­nych por­tre­tach pędzla Jeana-François, gra­ni­czyło z nie­moż­li­wo­ścią.

Mar­got była tak stara, że zapo­mniała, jak wygląda.

Cesa­rzowa Wil­ków i Ludzi wbiła w Jeana-François spoj­rze­nie oczu czar­nych jak niebo. Jej cień kładł się przed nią, piesz­cząc jego cień, i choć powie­trza w kom­na­cie nie poru­szał nawet naj­lżej­szy prze­ciąg, włosy mar­kiza zafa­lo­wały lekko jak trą­cone wia­trem. Pazu­rza­sta dłoń pogła­dziła naj­bliż­szego z wil­ków, starą samicę imie­niem Zło­śliwa.

- Dobrze się czu­jesz, mar­ki­zie? - Głos cesa­rzo­wej dobie­gał jakby ze wszyst­kich stron jed­no­cze­śnie.

- Wyśmie­ni­cie, Wasza Wyso­kość. Merci.

Usta cesa­rzo­wej wykrzy­wiły się leciutko. Inny z wil­ków, smu­kły i piękny Dzielny, wark­nął, gdy prze­mó­wiła po raz kolejny:

- Podejdź, moje dziecko.

Jean-François wszedł na pod­wyż­sze­nie i klęk­nął u stóp cesa­rzo­wej. Tron stał wpraw­dzie wyżej, ale sie­dząca na nim wład­czyni led­wie prze­wyż­szała swo­jego histo­ryka - a mimo to w jej obec­no­ści wyda­wał się kar­łem. Cie­nie się wydłu­żyły. Kiedy Mar­got wycią­gnęła rękę, miało się wra­że­nie, że jej dłoń nie tyle poru­szyła się, ile w ułamku sekundy prze­nio­sła się z jej kolan na poli­czek Jeana-François.

Poczuł mro­wie­nie w brzu­chu. Cesa­rzowa ujęła go pod brodę i lekko unio­sła jego głowę, by mógł na nią spoj­rzeć. Minęło pięć­dzie­siąt lat, a on wciąż pamię­tał jej mor­der­czą namięt­ność z tam­tej nocy, kiedy go zabiła. Mroczną radość w jej oczach, gdy powstał z zakrwa­wio­nej pod­łogi w swo­jej pra­cowni, prze­ra­żony, zdjęty zgrozą i jed­no­cze­śnie zdu­miony, że zamiast go uni­ce­stwić, obda­rzyła go nowym życiem, o jakim nie śmiał nawet marzyć.

- Wciąż ran­nyś.

"Wrzeszcz dla mnie...".

- To bła­hostka, Wasza Wyso­kość.

- Nocy sześć minęło, a bła­hostka na­dal daje ci się we znaki?

- Rana się goi, choć wolno. Zapew­niam cię, matko, że nie zasłu­guje na twoją uwagę.

Cesa­rzowa się uśmiech­nęła.

- Kim jestem, synu?

- Pra­wo­witą wład­czy­nią tego cesar­stwa - odparł z nie­skry­waną dumą w gło­sie. - Mądrą zdo­byw­czy­nią. Pro­ro­ki­nią. Ancien Krew­nych i priori Krwi Cha­stain.

- Czy zatem sądzisz, żem nie­zdolna samo­dziel­nie oce­nić, co zasłu­guje na mą uwagę, a co nie?

Prze­ma­wiała łagod­nym tonem, muska­jąc paznok­ciami jego zra­nioną szyję. Wam­piry nie mogły wybie­rać, któ­rym z ich ofiar przy­pad­nie w udziale Dar. Więk­szość gniła przez wiele dni, zanim wresz­cie docho­dziło do Prze­miany; prze­obra­żali się wtedy w odra­ża­ją­cych brud­no­kr­wi­stych. Jean-François był ostat­nim szla­chet­no­kr­wi­stym wam­pi­rem stwo­rzo­nym przez Mar­got i zda­wał sobie sprawę, że wielu dwo­rzan za ple­cami cesa­rzo­wej zarzuca jej fawo­ry­zo­wa­nie naj­młod­szego ze swo­ich dzieci. Kiedy jed­nak teraz moc­niej przy­ci­snęła pazno­kieć do jego skóry, wystar­czyła ta suge­stia drze­mią­cej w niej potwor­nej siły, by prze­szedł go lodo­waty dreszcz.

- Pro­szę o wyba­cze­nie, Wasza Wyso­kość. Nie moją rolą jest wska­zy­wa­nie, co może, a co nie może cię zain­te­re­so­wać.

- Twier­dzisz zatem, że ta sprawa powinna mnie zain­te­re­so­wać?

- Ja... nic nie twier­dzę, Wasza Wyso­kość.

Kciuk zdolny dru­zgo­tać mar­mury prze­śli­znął się po krtani histo­ryka. Zimny dreszcz się wzmógł, cie­nie zaczęły się odkształ­cać. I wrzesz­czeć.

- Po co mi histo­ryk, który mil­czy?

- Matko, ja...

Po kom­na­cie poniósł się cichy śmiech. Zalśniły kły. Ciem­ność zamarła.

- Igram z tobą, mój drogi. - Z bły­skiem w oczach Mar­got przy­tu­liła dłoń do jego policzka. - Bywasz taki chło­pięcy. Taki młody. Radzi­ła­bym ci wystrze­gać się tej sła­bo­ści, ale przez nią tylko jesz­cze bar­dziej cię uwiel­biam. Miłuję cię całym moim mat­czy­nym ser­cem. - Uśmiech opadł z jej ust jak suche liście. - Atoli cuch­niesz owcami, z któ­rymi się pokła­dasz, Jean-François. Odsuń się.

Trzeci wilk, stara wadera imie­niem Roz­tropna, odpro­wa­dzała go wzro­kiem, gdy cofał się ze spusz­czoną głową. Przy­wdział maskę na twarz, by ukryć burzę sza­le­jącą w jego wnę­trzu: żar­li­wość, wstyd, strach, odda­nie. Matka zawsze wytrą­cała go z rów­no­wagi, po roz­mo­wie z nią czuł się jak ostatni...

Cesa­rzowa zer­k­nęła na klę­czą­cego obok niej pazia. Chło­pak przez cały czas tkwił w abso­lut­nym bez­ru­chu, pod­trzy­mu­jąc ciężki tom z mosięż­nymi oku­ciami. Miał wpraw­dzie siłę nie­wol­nego, ale ręce musiały pło­nąć mu bólem - i zapewne o to wła­śnie cho­dziło, domy­ślił się Jean-François. Wie­dział, że wład­czyni nie podoba się spo­sób, w jaki jej histo­ryk spę­dza noce; ten nie­dbały pokaz okru­cień­stwa miał mu przy­po­mnieć, czym w isto­cie jest. Czym są wszy­scy tacy jak on.

Wilka nie obcho­dzą kło­poty robaka.

- Przej­rza­łam twoją kro­nikę.

- Czy spra­wiła Waszej Wyso­ko­ści radość?

- Jej artyzm zachwyca, jak zwy­kle zresztą, jed­nakże sama opo­wieść wydaje się cokol­wiek... nie­kom­pletna.

- To dzieło nie­ukoń­czone, Wasza Wyso­kość.

Powiało chło­dem... i cesa­rzowa po pro­stu znik­nęła: dopiero co sie­działa na tro­nie, a potem w oka­mgnie­niu tron opu­sto­szał. Jean-François odgar­nął włosy z twa­rzy i zoba­czył Mar­got sto­jącą przy jed­nym z wyso­kich okien wycho­dzą­cych na pół­noc.

- Kto się śpie­szy, ten bieży na oślep - mruk­nęła. - Nie­cier­pli­wość prze­są­dziła o losie Wiecz­no­tr­wa­łego Króla, a ja nie zamie­rzam podą­żyć za pięk­nym Fabiénem do pie­kła. - Zwró­ciła smo­li­ście czarne oczy na swo­jego potomka. - Nie­mniej jed­nak poja­wiła się pewna... pre­sja, mój drogi.

- Wasza Wyso­kość ma na myśli Żela­zną Dzie­wicę. I Pająka.

Usta cesa­rzo­wej uło­żyły się w kształt, który głu­piec mógłby nazwać uśmie­chem.

- Przy­będą tutaj - dodał szep­tem Jean-François i pod­szedł do niej.

- Ow­szem. A wiatr nie­sie wieść, że zza mórz zmie­rza tu Żmij, ści­ska­jąc w żebra­czej dłoni nasze zapro­sze­nie. Dotrze przed Świę­tem Pani.

- Priori aż trzech rodów zja­wią się tu przed upły­wem tygo­dnia. Voss. Ilon. Dyvok. - Jean-François z nie­do­wie­rza­niem powiódł wzro­kiem po górach za oknem. Na widocz­nych w dole blan­kach roiły się malut­kie syl­wetki zakute w czarną stal. Roz­sta­wione na koro­nie nie­zdo­by­tego muru kok­sow­niki pło­nęły jak gwiazdy. - Czy Wasza Wyso­kość zamie­rza udzie­lić im przy­wi­leju Uprzej­mo­ści?

- Nie­grzecz­nie byłoby odmó­wić, zwłasz­cza że to ja zwo­ła­łam Zjazd.

- Poprzedni taki zjazd odbył się setki lat temu. Od nie­pa­mięt­nych cza­sów toczymy uta­jone wojny z innymi prio­rem. Jak mamy im teraz zaufać?

Cesa­rzowa aż par­sk­nęła śmie­chem na te słowa.

- Im samym? Wcale, mój słodki mar­ki­zie. Co innego zaufać ich instynk­towi samo­za­cho­waw­czemu. Nasze wojny wykrwa­wiły tę kra­inę. Z każ­dym naj­mar­niej­szym len­nem wyszar­pa­nym przez jakie­goś krwa­wego par­we­niu­sza, z każ­dym kęsem pożar­tym przez roz­sza­lałe hordy brud­no­kr­wi­stych kun­dli chwiej­nym kro­kiem przy­bli­żamy się do kata­strofy. Kestrel to wie. Kariim rów­nież. Nawet Żmij. - Skrzy­wiła się, krę­cąc głową. - Mimo to, nawet gdy przy­będą tu z wła­snej woli, nie klękną przede mną. Do tego potrze­bu­jemy dodat­ko­wego atutu, który w tej chwili leży i wrzesz­czy w dziu­rze, gdzie go zosta­wi­łeś.

Jean-François zaci­snął zęby.

- Jest nie­bez­pieczny, matko.

- To oczy­wi­ste. Jakże ina­czej miałby prze­żyć w tak zim­nym świe­cie? - Palce Mar­got pie­ściły ukrytą pod fula­rem ranę na szyi histo­ryka, deli­katne jak szept. - Wsze­lako to wła­śnie jest klucz: ta zagadka, ta broń, ten cały Graal...

- De León nie­na­wi­dzi naszego rodzaju, matko. Nie powie­dział nam niczego, co...

- A jak ci się wydaje, z jakiej przy­czyny wła­śnie tobie powie­rzy­łam to zada­nie?

Oszo­ło­miony Jean-François zmarsz­czył brwi.

- Jestem histo­ry­kiem Waszej Wyso­ko­ści, a na cesar­skim dwo­rze nie ma nikogo innego, kto by...

- Dla­tego, żeś młody, Jean-François, wystar­cza­jąco młody, by pamię­tać, jak to jest być czło­wie­kiem. Jest w tym moc, jest poczu­cie bli­sko­ści i bra­ter­stwa, które sprytny wilk mógłby obró­cić na swoją korzyść. - Mach­nię­ciem ręki cesa­rzowa wska­zała księgę w rękach pazia. - Te karty zawie­rają histo­rię czło­wieka, któ­rego puchar jest prze­peł­niony gnie­wem, żalem, nade wszystko jed­nak pychą. Może opo­no­wać, ile zechce, ale uwierz mi: Gabriel de León chce, żeby świat poznał jego dzieje. Oto praw­dziwa głę­bia jego próż­no­ści i zara­zem klucz do jego zguby. - Mroczne spoj­rze­nie wład­czyni znów spo­częło na szyi histo­ryka. - Wyczuwa wasze powi­no­wac­two, słodki mar­ki­zie, waszą zaży­łość. Zamor­do­wana rodzina, więź łącząca go z Dior Lachance... Jak myślisz, czy w roz­mo­wie ze mną byłby rów­nie szczery w swo­ich wyzna­niach?

- Zaży­łość? - Jean-François zaci­snął szczęki. - Pró­bo­wał mnie zamordo...

- Dość już się zaba­wi­łeś - ucięła Mar­got. - Przy­szedł czas, by prze­łknąć dumę, mój mały, i po okru­cień­stwie ofia­ro­wać życz­li­wość, która jest darem mędr­ców.

Mar­kiz zadrżał, znów prze­szły go ciarki. Cesa­rzowa dotknęła jego policzka.

- Tylko tobie skłon­nam powie­rzyć to zada­nie, Jean-François. Nie pokła­dam takiej wiary w żad­nym z two­ich braci, sióstr, kuzy­nów ani moich dwo­rzan. Czyż po wszyst­kich potwor­no­ściach, jakich się dopu­ści­łam, nie widzisz, że tylko tobie ufam? Tylko cie­bie naprawdę uwiel­biam?

Prze­chy­liła głowę, patrząc mu pyta­jąco w oczy.

- Oui - potak­nął szep­tem.

Na pod­wyż­sze­niu za jego ple­cami czwarty z wil­ków, Wierny, istny potwór, obli­zał ocie­ka­jący śliną pysk. Mar­got znów poru­szyła się, wcale się nie poru­sza­jąc: w jed­nej chwili doty­kała policzka histo­ryka, w następ­nej wycią­gała do niego rękę. Na jej dłoni spo­czy­wały szklana fiolka z krwi­sto­czer­wo­nym prosz­kiem i ciężki żela­zny klucz.

- Daj mi to, czego potrze­buję, moje dziecko. Daj mi cesar­stwo.

Jean-François ukło­nił się nisko.

- Wedle życze­nia, Wasza Wyso­kość - wymam­ro­tał.

III

Zabójca stał przy wąskim oknie, wciąż wycze­ku­jąc swo­jego końca.

Kom­nata wyglą­dała ina­czej, niż kiedy wywle­kli go z niej na dół, do pie­kła. Kamienne płyty posadzki zostały wyszo­ro­wane nie­mal do czy­sta, a oporne krwawe plamy przy­rzu­cono sta­rym dywa­ni­kiem z jagnię­cej wełny. Komi­nek był wpraw­dzie wyga­szony, ale na­dal cie­pły: napa­lono w nim przed kil­koma godzi­nami, żeby roz­pro­szyć ziąb. Pośrodku kom­naty usta­wiono dwa zabyt­kowe fotele prze­dzie­lone okrą­głym sto­li­kiem, na któ­rego bla­cie stały dwa złote puchary - puste, a zara­zem pełne obiet­nic.

Pokój został upo­rząd­ko­wany jak plan­sza do gry, na któ­rej figury cze­kają już tylko na przy­by­cie gra­czy. Jed­nakże mimo sta­rań gospo­da­rzy, by tym razem wnę­trze stało się przy­tul­niej­sze, ostatni sre­bro­święty nie dał się zwieść. Wie­dział, czym naprawdę jest.

Lep­sze to jed­nak od wię­zie­nia, które dopiero co opu­ścił.

Przez sześć nocy gło­do­wał na dnie pustej studni w trze­wiach wieży. Język jak spę­kane gli­nia­ste dno wyschnię­tej rzeki. Gar­dło jak pustynna rów­nina. Ból jako jedyny towa­rzysz, cier­pie­nie, udrę­czone krzyki, przy któ­rych z ust pry­skały mu krwawe kro­pelki, i mięk­kie jak dym sny o niej.

Maja­czył, kiedy go w końcu wywle­kli i pozwo­lili mu wcią­gnąć do płuc haust sanc­tusu tak słodki, że gdy poczuł zna­jomy smak, dosłow­nie się popła­kał. Oddział nie­wol­nych żoł­nie­rzy zapro­wa­dził go do łaźni w samym sercu château, gdzie dwoje ślicz­nych śmier­tel­ni­ków - zie­lo­no­oka S?dhaemka i ciem­no­włosy nor­dlundzki pięk­niś - zanu­rzyło go po pierś w cudow­nie cie­płej wodzie. Kąpali go nie­śpiesz­nie, wycze­sy­wali mu krew i brud z wło­sów, a on tylko trze­po­tał rzę­sami, muska­ją­cymi pobliź­nione policzki. Zanim skoń­czyli, znów poczuł się nie­mal na wpół ludzko. Kiedy więc dziew­czyna prze­su­nęła czub­kami pal­ców po wewnętrz­nej stro­nie jego uda, a pięk­niś zaczął go deli­kat­nie cało­wać po ramie­niu, tylko wes­tchnął, zamiast zama­rzyć o się­gnię­ciu po miecz.

- Co robi­cie? - zachry­piał; gar­dło wciąż miał obo­lałe od krzyku.

- Nasz pan kazał nam zadbać o twoje potrzeby, che­va­lier - odpo­wie­działa dziew­czyna. - Wszyst­kie.

- Jak się nazy­wa­cie?

Zamru­gała zdez­o­rien­to­wana.

- Mój...

- Jak ci na imię, made­mo­iselle?

- Jasminne.

- Dario - mruk­nął mło­dzie­niec, łasko­cząc Gabriela zębami w ucho.

Gabriel ode­pchnął ich deli­kat­nie razem z ich dłońmi i ustami.

- Merci, mes chers, ale nie trawi mnie głód tego rodzaju. Nie jestem rów­nież tego typu łaj­da­kiem.

Ubrali go w jego stary skó­rzany strój (uprzed­nio wyczysz­czony), wyglan­so­wane do poły­sku buty, koszulę bez nawet jed­nej plamki. Po trzech miskach potrawki z kró­lika i pół butelki wina tak nie­zwy­kle rzad­kiego, że można by za nią kupić château w Nor­dlun­dzie, Gabriel został ode­skor­to­wany z powro­tem na szczyt wieży, by w zna­jo­mej kom­na­cie ponow­nie cze­kać na przy­jem­ność spo­tka­nia z mar­ki­zem Jeanem-François Cha­sta­inem.

Nie cze­kał długo.

Patrząc na pię­trzące się w oddali góry, poczuł mro­wie­nie na karku, jakby ktoś odgar­nął mu włosy. Odwró­cił się: dwa­dzie­ścia stóp od niego, po dru­giej stro­nie foteli, sto­lika i pustych pucha­rów, stał zna­jomy zim­no­krwi­sty.

- Jak mnie­mam, odświe­ży­łeś się, che­va­lier? - zagad­nął wystro­jony w biel Jean-François.

Złote loki opa­dały mu na mar­mu­rowe policzki, rubi­nowe wargi były wykrzy­wione w lek­kim uśmie­chu, świeża krew pla­miła białka oczu. Przez ostat­nie sześć nocy Gabriel nie widział go ani razu, nie miał jed­nak cie­nia wąt­pli­wo­ści, że to wła­śnie ten potwór odpo­wiada za każdą chwilę jego tor­tur: była to kara za napaść, któ­rej dopu­ścił się pod­czas ich ostat­niej roz­mowy.

- Jak szyja? - zapy­tał Gabriel.

- Lepiej.

- Mogę temu zara­dzić.

Uśmiech zim­no­krwi­stego stał się bar­dziej mroczny, przy­wo­dził na myśl łowcę, który dla zabawy poluje na inne, praw­dziwe uśmie­chy. Na moment powie­trze zgęst­niało i pociem­niało jak krew.

- Pomy­śla­łem, że mogli­by­śmy spró­bo­wać jesz­cze raz, de León. Zapo­mnieć wza­jemne krzywdy, uznać rachunki za wyrów­nane i poroz­ma­wiać jak dwaj szla­chet­nie uro­dzeni. - Mar­kiz wska­zał jeden z foteli. - Usią­dziesz?

- A jeśli nie? Co wtedy?

- Przy­pusz­czam, że wtedy poleje się krew. - Z kie­szeni sur­duta Jean-François wyjął mały skła­dany nożyk z per­łową ręko­je­ścią. - I nie będzie to nic miłego.

- Jakiś taki nie­po­zorny, nie uwa­żasz? - zauwa­żył Gabriel, obrzu­ciw­szy wzro­kiem nóż.

- Od roz­miaru waż­niej­sze są umie­jęt­no­ści, che­va­lier.

- Śpiewka wszyst­kich mar­nie wypo­sa­żo­nych face­tów, jakich w życiu spo­tka­łem.

Mar­kiz par­sk­nął śmie­chem i pstryk­nął pal­cami. Drzwi się otwo­rzyły. Za pro­giem stała wierna nie­wolna Jeana-François, Meline. Czarny sta­nik sukni pod­kre­ślał jej talię osy i płyn­nie prze­cho­dził w kaskadę gru­bej spód­nicy. Wpły­nęła do pokoju i posta­wiła na sto­liku złoty pół­mi­sek.

Gabriel ujrzał na nim kulę chy­mijną, nakrytą skraw­kiem muślinu miseczkę paru­ją­cej wody, nie­wielki pędzel z koń­skiego wło­sia i kostkę naj­praw­dziw­szego mydła na spodeczku. Wró­cił spoj­rze­niem do brzy­twy w dłoni wam­pira.

- Chyba żar­tu­jesz.

- Moje ciało nie doj­rzało do momentu, w któ­rym doro­bi­łoby się cze­goś wię­cej niż zale­d­wie cień zaro­stu, sły­sza­łem jed­nak, że broda bywa... iry­tu­jąca. - Jean-François się skrzy­wił. - Poza tym będę z tobą szczery, che­va­lier: w twoim wypadku to nie jest broda, lecz bluź­nier­stwo.

- W kwe­stii bluź­nierstw cie­szę się repu­ta­cją, o którą zamie­rzam dbać.

- Potrak­tuj moją usługę jak prze­pro­siny. Odro­binę luk­susu po tym, jak odmó­wi­łem ci wszel­kich wygód. Chyba że... nie ufasz mi i nie chcesz, żebym przy­ło­żył ci nóż do gar­dła?

Potwór uśmiech­nął się, powie­trze aż zgęst­niało od jego sady­stycz­nego roz­ba­wie­nia. Gabriel zda­wał sobie sprawę, o co toczy się gra i jaki praw­dziwy okrutny cel skrywa. Sześć dni mąk, po któ­rych zawle­czono go tutaj, na górę, i rzu­cono do stóp tej bestii, by przy­po­mnieć mu, że na­dal tkwi w jej szpo­nach. Miał odsło­nić gar­dło przed tą pijawką i modlić się, by nie zechciała mu go roz­pła­tać.

Miał ska­pi­tu­lo­wać.

Odrzu­cił opa­da­jące na ramiona włosy i powoli usa­do­wił się w ozdob­nym skó­rza­nym fotelu. Jean-François uśmiech­nął się doń z góry, roz­ko­szu­jąc się jego znie­wo­le­niem. Gabriel zamknął oczy i odchy­lił głowę w tył.

Zaufać skor­pio­nowi, że nie użą­dli.

Minęły trzy dłu­gie ude­rze­nia serca, zanim jego twarz okrył muślin cie­pły od per­fu­mo­wa­nej wody. Wcią­gnął w płuca parę wodną... i dostał gęsiej skórki, sły­sząc, jak zim­no­krwi­sty zacho­dzi go z lewej. Zdła­wił instynkt wyostrzony przez lata wojen i rzezi, stłu­mił pier­wotny odruch, który naka­zy­wał mu walkę lub ucieczkę, siłą woli spo­wol­nił bicie serca.

Patience, wyszep­tał głos w jego gło­wie. Cier­pli­wo­ści.

Patience...

- Moja cesa­rzowa prze­czy­tała twoją histo­rię, che­va­lier. - Cichy głos wam­pira dobie­gał teraz zza jego ple­ców. - Prze­czy­tała o two­jej nauce w San Michon, podróży w towa­rzy­stwie Dior Lachance, bitwie z Ordo Argent, w któ­rej stawką było życie Gra­ala... Saga godna naszych cza­sów. Jej Wyso­kość była bar­dzo zado­wo­lona.

- Kamień spadł mi z serca - mruk­nął Gabriel.

- Mnie rów­nież, zapew­niam cię. Mnie rów­nież.

- Boisz się roz­cza­ro­wać mamu­się, zim­no­krwi­sty?

- Taka per­spek­tywa mnie prze­raża.

Ktoś zdjął muślin z jego twa­rzy i Gabriel poczuł, jak Jean-François nakłada mu mydlaną pianę na żuchwę. Zapach nie był do końca nie­miły: miód głup­ców, popiół z palo­nego drewna, do tego led­wie wyczu­walna nuta sino­kory.

- Cesa­rzo­wej nie przy­pa­dła jed­nak do gustu dłu­gość tej histo­rii - dodał histo­ryk.

Stał teraz na prawo od sre­bro­świę­tego, który moc­niej zaci­snął zęby przy pierw­szym dotknię­ciu brzy­twy. Przy­trzy­mu­jąc pal­cami pod­bró­dek Gabriela, Jean-François dłu­gim, płyn­nym ruchem prze­cią­gnął ostrzem po policzku.

- Dopo­mi­nała się o ciąg dal­szy - mówił dalej.

Brzy­twa, ostra jak szkło, szep­tała cicho przy każ­dym muśnię­ciu skóry. Dotyk mar­kiza był twardy jak kamień, ale zara­zem deli­katny, a jego skóra była cie­pła po nie­daw­nym żero­wa­niu. Gabriel sie­dział bez ruchu, cho­ciaż drze­miąca w nim bestia z tru­dem zno­siła wymu­szoną bez­bron­ność; nie­wi­dzialna sierść zje­żyła mu się na krę­go­słu­pie, gdy Jean-François z wprawą prze­su­nął ostrzem po łuku gór­nej wargi.

- Zda­rzały nam się w prze­szło­ści nie­po­ro­zu­mie­nia, de León, ale nie jestem z natury mściwy. Jej Wyso­kość wyra­ziła się jed­nak jasno. Dla­tego, mimo że nie zamie­rzam być dla cie­bie źró­dłem dal­szej udręki, zostanę do tego zmu­szony, jeśli jej odmó­wisz. Żaden z nas by tego nie chciał.

Brzy­twa zsu­nęła się na szyję. Cie­płe jak krew dotknię­cie na gar­dle, lek­kie muśnię­cie kro­cza potwora o zwie­szoną swo­bod­nie dłoń.

- Sypiasz z kobie­tami, zim­no­krwi­sty? Albo z męż­czy­znami?

Ostrze znie­ru­cho­miało.

- Dla­czego pytasz, sre­bro­święty?

Wzru­sze­nie ramion.

- Powiedz.

Twardy jak kamień kciuk spo­czął na war­dze Gabriela, by leciu­teń­kim ruchem zetrzeć dro­binki piany.

- Męż­czyźni, kobiety... Bła­hostki, które prędko toną w oce­anie wiecz­no­ści. A piękno można zna­leźć wszę­dzie.

- No dobrze. A kiedy pukasz te swoje pięk­no­ści, to roz­grze­wasz je jakoś wcze­śniej? Czy po pro­stu roz­kła­dasz im nogi i jedziesz?

Brzy­twa kolejny raz się zatrzy­mała.

- Czy ty...

- Powiem wprost. - Gabriel otwo­rzył oczy i spoj­rzał na mar­kiza. - Jeżeli zamie­rzasz mnie wydy­mać, to miej choć tyle przy­zwo­ito­ści, żeby wcze­śniej posta­wić mi kie­lo­nek.

Jean-François zaci­snął szczęki. Brzy­twa zawi­sła nad aortą Gabriela.

Sre­bro­święty tylko się uśmiech­nął. Wie­dział, że grozi mu nie­bez­pie­czeń­stwo, ale - choć zmę­czony i udrę­czony - nie był głup­cem. Gdyby te bestie chciały go zabić, już byłby tru­pem. Tym­cza­sem zapro­wa­dziły go na sam skraj obłędu, lecz nie pozwo­liły mu spaść w otchłań. Wie­dział, czego chcą, inte­re­so­wała je opo­wieść o tym, jak doszło do znisz­cze­nia Gra­ala San Michon. Chciały wie­dzieć, czy ist­nieje jakiś spo­sób, żeby zdo­łały go wyko­rzy­stać do swo­ich celów. Dla­tego - mimo że zaufa­nie skor­pio­nowi, że ten nie użą­dli, mogło się wydać głu­pim pomy­słem - Gabriel zda­wał sobie sprawę, że sie­dząc na tym fotelu, nic nie ryzy­kuje.

Kiedy obna­żał gar­dło przed tym łaj­da­kiem, wcale przed nim nie kapi­tu­lo­wał.

On z nim rywa­li­zo­wał.

Ponow­nie zamknął oczy i odchy­lił głowę daleko w tył.

- Monét, jeśli łaska, chérie - dodał.

- Meline? Zaj­mij się tym - pole­cił Jean-François.

Drzwi skrzyp­nęły i zamknęły się. Szczęk­nął zamek: zda­niem nie­wol­nej Gabriel był dosta­tecz­nie groźny, żeby zamy­kać go na klucz. Dali mu do wypa­le­nia zale­d­wie szczyptę sanc­tusu, ale zmy­sły wciąż miał wyostrzone i gdy mar­kiz ponow­nie przy­ci­snął mu ostrze do skóry, Gabriel liczył dobie­ga­jące zza drzwi kroki scho­dzą­cej Meline.

Wie­dział już, że masywne żela­zne drzwi na dole wiodą do zachod­niego skrzy­dła château. Kiedy pro­wa­dzili go z powro­tem na górę, odli­czał każdy krok od scho­dów do jadalni, zapa­mię­ty­wał każ­dego mija­nego żoł­nie­rza, noto­wał w pamięci każde więk­sze okno, przez które dałoby się wysko­czyć, i każde drzwi do pomiesz­czeń dla służby. Wszystko to zło­żył w oku­tym żela­zem skarbcu swo­jej pamięci.

Mar­kiz golił go w mil­cze­niu, ota­cza­jąca go trium­falna aura samo­za­do­wo­le­nia ulot­niła się bez śladu. Brzy­twa jesz­cze raz prze­je­chała po gar­dle - o jeden kaprys od mor­der­stwa - ale w końcu potwór wytarł ją do czy­sta, zło­żył i scho­wał do kie­szeni sur­duta.

Chwilę póź­niej przy­ło­żył dło­nie do twa­rzy Gabriela: były chłodne i wil­gotne, ostro pach­niały alko­ho­lem, spod któ­rego prze­zie­rała led­wie wyczu­walna nuta...

Kwia­tów.

Otwo­rzył oczy. Jean-François patrzył na niego z góry, złote pukle koły­sały się lekko, gdy maso­wał mu policzki.

- Przy­kro mi, de León - mruk­nął. - Sre­bro­dzwo­nek to jeden z bar­dzo nie­wielu miłych aro­ma­tów, jakie w te noce na­dal umiemy pozy­ski­wać. Wiem, że był to ulu­biony kwiat two­jej żony. Córki rów­nież. Jeżeli budzi nie­przy­jemne sko­ja­rze­nia, zechciej mi wyba­czyć. Jak już rze­kłem, nie jest moim zamia­rem przy­spa­rza­nie ci cier­pień.

Gabriel zapa­trzył się w dal i zato­pił w prze­szło­ści. Mała latar­nia mor­ska. Cie­pły uśmiech Patience, cie­płe obję­cia Astrid. Pieśń fal, mewy, daleki brzeg...

I trzy­krotne puka­nie do drzwi, jak ude­rze­nia młota.

- Wejdź - mruk­nął Jean-François.

Do pokoju wśli­znęła się Meline z butelką z zie­lo­nego szkła pełną prze­pysz­nego czer­wo­nego trunku. Gabriel zacią­gnął się aro­ma­tem wina, patrząc na pul­su­jącą pod kana­kiem tęt­nicę dziew­czyny i wodząc wzro­kiem po mlecz­no­bia­łych krzy­wi­znach jej piersi, kiedy pochy­liła się nad sto­łem, by napeł­nić jeden z kie­li­chów. Serce zabiło mu żywiej. Uni­kał jej wzroku, kiedy podała mu puchar.

- Życzysz sobie jesz­cze cze­goś, mój panie?

Sre­bro­święty nie zauwa­żył, kiedy histo­ryk się poru­szył, ale Jean-François sie­dział już na fotelu naprze­ciwko. Trzy­mał na kola­nach księgę w skó­rza­nej opra­wie.

- Nie w tej chwili, moja droga. Zostaw nas samych.

- Jak sobie życzysz, panie. - Meline zer­k­nęła na Gabriela. - Będę w pobliżu.

Gabriel mru­gnął do niej poro­zu­mie­waw­czo i uniósł kie­lich. Kobieta wyszła. Odchy­lił głowę i jed­nym hau­stem opróż­nił naczy­nie. Zaskrzy­piało skó­rzane obi­cie fotela, kiedy się­gnął po dolewkę. Nalał sobie po brzegi, aż tru­nek zadrżał na kra­wę­dzi pucharu, po czym roz­siadł się wygod­nie i spoj­rzał na sie­dzą­cego vis-a-vis potwora.

- To, co Wiecz­no­tr­wały Król zro­bił two­jej rodzi­nie... - Jean- François pokrę­cił głową i prze­niósł wzrok na wąskie okno. - Muszę przy­znać, że twoja opo­wieść prze­jęła mnie do głębi serca.

- Ty nie masz serca, zim­no­krwi­sty. Obaj o tym wiemy.

- Ow­szem, bywam okrutny, ist­nieje jed­nak pewna gra­nica, którą tylko praw­dziwe potwory ośmie­lają się prze­kro­czyć. Fabién Voss był jed­nym z nich, bez wąt­pie­nia. Tylko że kiedy go zabi­łeś, dopro­wa­dzi­łeś do kata­strofy. Cesar­stwo balan­suje na ostrzu noża, de León. Jeżeli Dwory Krwi nie zostaną zjed­no­czone, ta histo­ria będzie mogła zakoń­czyć się tylko w jeden spo­sób.

- A ty myślisz, że Graal wam pomoże? - Gabriel prych­nął. - Prze­cież już ci powie­dzia­łem, zim­no­krwi­sty: kie­lich został znisz­czony. Nie ma Gra­ala.

- Nie­ważne, co myślę. Ani ty, ani ja nie chcemy, żebyś znów wylą­do­wał na dnie tam­tej studni, ale to się wła­śnie sta­nie, jeżeli nie dasz jej tego, czego chce.

- A jeśli jej to dam? Co wtedy?

- Nie­śmier­tel­ność. Być może jedyna nie­śmier­tel­ność, jaką kto­kol­wiek z nas naprawdę zna.

Mar­kiz wyjął drew­nianą skrzy­neczkę zdo­bioną rzeź­bio­nym moty­wem wil­ków i księ­ży­ców. Z niej z kolei wydo­był dłu­gie pióro, czarne jak serce w piersi Gabriela. Na pod­ło­kiet­niku fotela usta­wił mały kała­marz. Zanu­rzył pióro w atra­men­cie i posłał swo­jemu roz­mówcy wycze­ku­jące spoj­rze­nie ciem­nych oczu.

- Zaczy­naj - pole­cił.

Ostatni Sre­bro­święty wes­tchnął.

- Wedle życze­nia.

Rozdział I. Nic, tylko ciemność

I

Nic, tylko ciem­ność

- Od czego powin­ni­śmy zacząć? - zapy­tał Gabriel.

- Naj­mą­drzej byłoby od miej­sca, w któ­rym prze­rwa­łeś - odpo­wie­dział Jean-François.

- Jeśli to mądro­ści szu­kasz, zim­no­krwi­sty, to roz­ma­wiasz z nie­wła­ści­wym czło­wie­kiem.

- Jakież to nie­for­tunne, zwa­żyw­szy że jesteś jedy­nym czło­wie­kiem w tym pokoju.

Gabriel prych­nął szy­der­czo i odchy­lił się w fotelu.

- Już taki, kurwa, mój los.

- Wobec tego kon­ty­nuuj, pro­szę. - Histo­ryk strzep­nął wyima­gi­no­wany papro­szek z rękawa sur­duta i ścią­gnął usta. - Prze­by­łeś pół cesar­stwa z zamia­rem pomsz­cze­nia śmierci zamor­do­wa­nej żony i córki. Zde­cy­do­wa­łeś, że znisz­czysz Wiecz­no­tr­wa­łego Króla, Fabiéna Vossa, a zamiast tego zosta­łeś opie­ku­nem dziew­czyny, Dior Lachance, ostat­niej potom­kini rodu świę­tego Odku­pi­ciela. Twoi bra­cia z Ordo Argent pró­bo­wali cię zamor­do­wać, a twoja stara przy­ja­ciółka Chloe Sau­vage usi­ło­wała zło­żyć made­mo­iselle Lachance w ofie­rze w ramach pra­daw­nego rytu­ału, który miał zakoń­czyć bez­dzień. Jed­nakże dzięki pomocy two­jej sio­stry, która, jak się teraz oka­zało, jest jedną z Krew­nych i nazywa sie­bie Lia­the... - wam­pir wykrzy­wił pogar­dli­wie usta - ...wspią­łeś się na wyżyny San Michon, zarżną­łeś swo­ich daw­nych towa­rzy­szy jak pro­sięta i ura­to­wa­łeś Gra­ala przed pewną śmier­cią. Szczę­śliwe zakoń­cze­nie dla wszyst­kich. - Mach­nął pió­rem, uno­sząc brew. - Chyba że jest się człon­kiem Srebr­nego Zakonu, rzecz jasna.

Ostatni Sre­bro­święty nie ode­zwał się ani sło­wem, wpa­tru­jąc się w chy­mijną kulę pło­nącą mię­dzy nimi. Myślami powró­cił do odle­głych cza­sów. Blada jak czaszka ćma wypeł­zła z jakie­goś załomu w celi i teraz latała wokół świa­tła. Patrzył, jak owad ude­rza bez­sil­nie w szkło, przy­po­mi­na­jąc sobie trze­pot tysięcy skrzy­de­łek, gdy spa­dał z wyżyn opac­twa po tym, jak rze­komi bra­cia pode­rżnęli mu gar­dło. Smak w ustach krwi ancien, która zawle­kła go z powro­tem do życia, gdy zna­lazł się na kra­wę­dzi śmierci. Bladą postać w szkar­łat­nym sur­du­cie, która zdjęła por­ce­la­nową maskę, uka­zu­jąc twarz mon­strum, kosz­maru, twarz jego sio­stry.

"Dla­czego mi nie powie­dzia­łaś, Celene?".

"Ponie­waż wszystko, co wycier­pia­łam, wszystko, czym się sta­łam, to twoja wina".

Ostatni Sre­bro­święty wypił kolejny łyk wina.

"Ponie­waż nie­na­wi­dzę cię, bra­cie".

- De León?

- Zasta­na­wiasz się cza­sem, gdzie to się koń­czy, Cha­stain? - zapy­tał w końcu Gabriel. - Kiedy już zosta­nie roz­darte gar­dło ostat­niego śmier­tel­nika? Kiedy wyschnie ostat­nia kro­pla naszej krwi? Kiedy sza­lone pomy­sły two­jej cesa­rzo­wej zwią­zane z Gra­alem wyjdą na jaw i twoi pobra­tymcy rzucą się na sie­bie jak psy na ostat­nią kość? Myślisz, że zgi­niesz, wal­cząc? Czy raczej na klęcz­kach?

- Naj­róż­niej­szego rodzaju roz­ko­sze można odna­leźć na klęcz­kach. - Histo­ryk uśmiech­nął się, prze­su­wa­jąc pió­rem po ustach. - Jed­nak zapew­niam cię, nie zamie­rzam umie­rać.

- Ona też nie zamie­rzała. - Gabriel de León wes­tchnął i zapa­trzył się w świa­tło. - Ona też.

Odchy­lił się w fotelu, blask kuli prze­lot­nie zapło­nął w jego burzo­wo­sza­rych oczach. Powie­trze było zimne i nie­ru­chome, jeśli pomi­nąć cie­pły szept jego odde­chu, cichy hymn pulsu i aksa­mitne poca­łunki nie­to­pe­rzych skrzy­deł na noc­nym nie­bie za oknem.

Histo­ryk zamarł z pió­rem tuż nad stro­nicą.

Cały świat wstrzy­mał oddech.

W końcu Ostatni Sre­bro­święty zaczął opo­wia­dać.

- Wiesz, na­dal pamię­tam to tak dobrze, jakby to wyda­rzyło się wczo­raj. Widzę wszystko tak wyraź­nie, że to wręcz prze­ra­ża­jące. Nasza dwójka sto­jąca przed ołta­rzem. Kate­dra pusta i cicha. Dym wzno­szący się ku skle­pie­niu i żało­sny świt bez­d­nia wle­wa­jący się przez okna. Posąg Odku­pi­ciela patrzący z góry na jatkę, jaką tam urzą­dzi­łem. Jed­nak naj­le­piej pamię­tam krew. Sty­gnącą na posadzce. Dud­niącą w moich żyłach. Roz­bry­zganą na twa­rzy towa­rzy­szą­cej mi dziew­czyny.

Dior na­dal miała na sobie rytu­alne szaty, w któ­rych zamie­rzano ją zabić. Taka była cena, którą uwa­żali, że warto zapła­cić dla ura­to­wa­nia świata. Dziew­czyna stała pośród ciszy, od któ­rej aż dzwo­niło w uszach, wbi­ja­jąc we mnie spoj­rze­nie sze­roko otwar­tych nie­bie­skich, pod­bi­tych oczu. Jej grzesz­nik. Jej wybawca. Odgar­nia­jąc z twa­rzy popie­la­to­białe włosy, szep­nęła:

- Co teraz?

- Chyba powin­naś poznać moją sio­strę. - Wes­tchną­łem.

- Sio­strę?

- To długa histo­ria.

Patrzyła bez słowa, gdy uklęk­ną­łem koło ciała Chloe. Mysie włosy mojej sta­rej przy­ja­ciółki były mokre od krwi, jej puste zie­lone oczy, nie­wi­dzące i oskar­ży­ciel­skie, wpa­try­wały się w męż­czy­znę, który ska­zał ten świat na ciem­ność. Zamkną­łem jej powieki zakrwa­wio­nymi pal­cami, a potem powlo­kłem się nawą, robiąc to samo dla każ­dego sre­bro­świę­tego, jakiego zamor­do­wa­łem. Dużego de Séverina, małego Fin­chera, sta­rego opata Sza­ro­rę­kiego. Przy­ja­ciół. Braci. Men­tora. Poło­ży­łem mie­cze na ich pier­siach, zamkną­łem im na zawsze oczy. Nie pomo­dli­łem się jed­nak za żad­nego z nich. A kiedy odsu­ną­łem na bok połę szy­nela Sza­ro­rę­kiego, zna­la­złem...

- Poże­raczka Popio­łów! - wykrzyk­nęła Dior.

Wycią­gną­łem mój stary, zła­many miecz ze znisz­czo­nej pochwy. Ciemna gwiaz­do­stal zabły­sła, sym­bole wytra­wione na zakrzy­wio­nym ostrzu. Sześć ostat­nich cali klingi odła­mało się, kiedy pró­bo­wa­łem bez powo­dze­nia zabić Wiecz­no­tr­wa­łego Króla. Mimo krwi na moich rękach, piękna dama na ręko­je­ści jak zawsze uśmiech­nęła się do mnie, jej ramiona roz­po­ście­rały się na jelcu, jakby chciała mnie objąć. Jej krzyk poniósł się echem w mojej gło­wie, sre­brzy­sty i skrzący się rado­ścią:

Gabrielu!

- Dobrze cię widzieć, Popi - szep­ną­łem.

D-D-D-Dior, czy...

- Jest tutaj - zagru­cha­łem do broni. - Nic jej nie jest.

Podaj jej mnie, podaj jej m-m-m...

Poda­łem Poże­raczkę Popio­łów, a Dior wzięła ją z uśmie­chem. Nie sły­sza­łem, jakie słowa wypo­wie­działa Popi do umy­słu Dior, ale usły­sza­łem odpo­wiedź.

- Nic mi nie jest, Popi - mruk­nęła dziew­czyna. - Nie masz za co prze­pra­szać.

Zwie­siła głowę, odgar­nia­jąc jasny pukiel za ucho. A potem roz­pro­mie­niła się uśmie­chem rów­nie jasnym jak dawno utra­cone słońce i przy­tu­liła zła­many miecz do piersi jak wła­sną sio­strę.

- Merci, Popi.

Oddała mi klingę - jej cię­żar w mojej zakrwa­wio­nej dłoni był dosko­na­łym uko­je­niem. Ści­sną­łem mocno owi­niętą w skórę ręko­jeść, wdzięczny w nie­wy­sło­wio­nym stop­niu za to, że znowu jest u mego boku. Jeden pew­nik powró­cił mimo cha­osu i sza­leń­stwa tego świata.

Nie możemy tu zwle­kać, Gabrielu, szep­nęła. Cho­ciaż może to wyglą­dać ina­czej, nie ma azylu dla nas n-n-na tej poświę­co­nej ziemi, nie ma.

- Ogrom­nie sobie cenię twój zwy­czaj mówie­nia mi pier­dół, o któ­rych sam dobrze wiem.

Całe szczę­ście, bo jak zwy­kle tego p-p-potrze­bu­jesz.

Wsu­ną­łem ostrze do pochwy z uśmiesz­kiem na ustach, wzią­łem Dior za rękę i razem poczła­pa­li­śmy przez nawę ku mozo­lą­cemu się świ­towi. Powie­trze na zewnątrz było mroźne, gęsty śnieg walił wśród ogrom­nych fila­rów opac­twa, na któ­rych wzno­siły się wspa­niałe gotyc­kie budowle. San Michon było nie­zdo­bytą twier­dzą; bastio­nem, który utrzy­mał się nawet wtedy, gdy więk­szość kró­le­stwa ule­gła ciem­no­ści. Jed­nak cho­ciaż Poże­raczce Popio­łów cał­kiem odbiła szajba, to mówiła prawdę: nie znaj­dziemy tu wytchnie­nia. Prze­zna­cze­nie Dior nie kryło się w ostrzu noża Chloe, ale z pew­no­ścią coś było jej pisane i nie mogli­śmy po pro­stu cho­wać się tu wśród kałuż krwi. Choćby dla­tego, że w końcu inni sre­bro­święci wrócą z polo­wań i odkryją, że zamor­do­wa­łem ich opata na świę­tej ziemi.

Uzna­łem, że roz­mowa, jaka by wtedy wyni­kła, nie byłaby przy­jemna.

Jed­nakże zima już przy­szła do Nor­dlundu, rzeki zamar­zły na kamień. Nie będą prze­szkodą dla wam­pi­rów, o któ­rych wie­dzia­łem, że na­dal na nas polują. Wiecz­no­tr­wały Król posłał tro­pem Dior swo­jego naj­młod­szego syna i cho­ciaż Dan­ton nie żył, Voss nie był na tyle głupi, żeby posta­wić wszystko na jeden rzut kośćmi. Scho­dząc z poświę­co­nej ziemi, pako­wa­li­śmy się pro­sto w pasz­czę wilka.

Źle, jeśli odej­dziemy. Źle, jeśli zosta­niemy.

Usły­sza­łem zgrzyt wcią­garki i kiedy spoj­rza­łem przez kruż­ganki, dostrze­głem na plat­for­mie tuzin sióstr ze Srebr­nego Klasz­toru. Towa­rzy­szyło im trzech Braci Pale­ni­ska, któ­rym prze­wo­dził olbrzymi mistrz kuźni, Argyle. Byli owi­nięci w futra, nie­śli pośpiesz­nie zebrane rze­czy i mieli ponure miny ludzi, któ­rzy ucie­kają, żeby rato­wać życie.

Dotarło do mnie, że ucie­kają przede mną.

Na nasz widok Argyle uniósł młot ze sre­bro­stali. Stary czar­no­ręki był obecny w kate­drze, żeby wziąć udział w rytu­ale, tak jak pozo­stali gotowy poświę­cić nie­winną istotę dla rato­wa­nia świata. Uciekł jed­nak, kiedy wzią­łem się do rato­wa­nia Dior. Przy­po­mnia­łem sobie, jaki był w szczę­śliw­szych cza­sach, gdy tyrał w uko­cha­nej kuźni, wyku­wa­jąc broń, która nie raz ura­to­wała mi życie pod­czas polo­wań. Teraz jed­nak splu­nął na kamień, sta­jąc mię­dzy mną a sio­strami, a ślady po opa­rze­niach malo­wały się na jego bla­dej twa­rzy wście­kłą czer­wie­nią.

- Ni kroku dalej - ostrzegł mnie.

- Argyle...

- Odstąp, Gabrielu de León! Nie waż się ruszyć tymi zakrwa­wio­nymi rękami, ostrze­gam!

Pew­nie mogłem ich zatrzy­mać. Jeśli ujdą z życiem, opo­wie­dzą o tym, co się stało, każ­demu, kto zechce słu­chać. A co zna­czy­łoby jesz­cze kilka mor­derstw po tym, co już zro­bi­łem? Patrzy­łem jed­nak tylko w mil­cze­niu. Wie­dzia­łem, co ci ludzie widzą, kiedy na mnie patrzą. Nie boha­tera, który ura­to­wał nie­winne dziecko, lecz zdrajcę, który spro­fa­no­wał ich opac­two, zabił ich przy­ja­ciół, ska­zał ich świat na potę­pie­nie. Jedna z sióstr zro­biła znak koła. Siwa broda mistrza kuźni Argyle aż się jeżyła, kiedy wark­nął:

- Modlę się, byś dożył dnia, kiedy poża­łu­jesz tego świę­to­kradz­twa, zło­czyńco. Niech cię Bóg za to prze­klnie.

Plat­forma zje­chała w dół pośród wycia śnie­życy. Od pory­wi­stego wia­tru pie­kły mnie oczy. Dziew­czyna obok mnie ści­skała moją zakrwa­wioną rękę.

- Nie jesteś zło­czyńcą, Gabe.

Uści­sną­łem jej dłoń w odpo­wie­dzi i uśmiech­ną­łem się do niej z ukosa.

- Jestem zło­czyńcą, kiedy muszę.

Obją­łem ją ramie­niem i poszli­śmy w stronę klasz­toru, gar­biąc się z powodu sko­wy­czą­cej wichury. Wspa­niały stary budy­nek stał teraz pusty, nasze kroki dźwię­czały na zim­nym kamie­niu, kiedy wspi­na­li­śmy się scho­dami. Dior zapro­wa­dziła mnie do pokoju, w któ­rym spała. Kop­nia­kiem wywa­ży­łem drzwi. Zna­leź­li­śmy jej ubra­nie schlud­nie zło­żone na łóżku, obok stały buty.

- Dzięki niech będą Matce-Dzie­wicy. Odmra­żam sobie cycki w tej idio­tycz­nej sza­cie. - Unio­sła ostrze­gaw­czo palec. - I żad­nych żar­tów na temat tego, że naj­pierw muszę mieć jakieś, żeby je sobie odmro­zić.

Unio­słem ręce w obron­nym geście.

- Sło­wem się nie ode­zwa­łem.

- Tak trzy­mać.

- Słodki Odku­pi­cielu, wystar­czy raz zażar­to­wać na temat walo­rów damy, a już przez resztę życia będziesz musiał za to prze­pra­szać.

- Myślę, że kryje się w tym lek­cja dla nas wszyst­kich.

Prych­ną­łem, a ona zerwała z sie­bie zakrwa­wioną szatę i rzu­ciła ją na pod­łogę. Odwró­ci­łem się do niej ple­cami i obser­wo­wa­łem kory­tarz. Dior nie mar­no­wała czasu, wcią­gnęła solidne spodnie, które jej dałem, koszulę i kami­zelkę, piękny sur­dut - jasny ze zło­tymi zakrę­ta­sami, pod­bity porząd­nym lisim futrem. Odgar­nęła włosy, odsła­nia­jąc ciemny pie­przyk na policzku, wykrę­ciła piru­ecik i roz­ło­żyła ręce.

- Lepiej?

Obej­rza­łem się przez ramię i skrzy­wi­łem.

- Ujdzie.

- Łaj­dak - żach­nęła się. - Myślisz, że sam wyglą­dasz jak malo­wany?

- Jak naj­bar­dziej. Mój cał­kiem przy­zwo­ity por­tret wisi w cesar­skiej gale­rii w Augu­stin. Pędzla samego Moulina. - Podra­pa­łem się po pod­bródku. - W każ­dym razie kie­dyś tam wisiał. Zanim zosta­łem eks­ko­mu­ni­ko­wany. Pew­nie teraz powie­sili go w wychodku.

- Sto­sow­nie.

- Odpieprz się.

- Ależ ty masz cięty dow­cip, che­va­lier.

- Po co ostrzyć dow­cip, gdy się ma do czy­nie­nia z tępą głową, made­mo­iselle? No dobrze, czas ruszać w drogę, bo to ostat­nie miej­sce, w któ­rym powin­ni­śmy być. Więc ładuj nóżęta w buty, zanim moja noga zała­duje się w twoją pupę.

Prych­nęła, kle­piąc się po tyłku.

- Naj­pierw musiał­byś zdą­żyć w nią tra­fić, sta­ruszku.

Dior Lachance radziła sobie na ulicy od jede­na­stego roku życia i te lata pozo­sta­wiły jej po sobie bru­talny prag­ma­tyzm, spro­śny dow­cip i odwagę, która zawsty­dzi­łaby więk­szość zna­nych mi wojow­ni­ków. Dla­tego, cho­ciaż dopiero co omal nie została zamor­do­wana przez kogoś, kogo uwa­żała za przy­ja­ciółkę, uzna­łem, że dzięki żar­to­bli­wym przy­cin­kom poczuje zna­jomy grunt pod nogami. Począt­kowo pod­jęła tę grę i odpła­cała się pięk­nym za nadobne, ale kiedy pró­bo­wała zawią­zać fular, zauwa­ży­łem, że trzęsą się jej palce.

- Zmar­z­łaś - skła­ma­łem, pod­cho­dząc, żeby oszczę­dzić jej wysił­ków. - Pomogę.

Unio­sła brodę, pozwa­la­jąc mi zawią­zać fular. Kiedy robi­łem węzeł, zauwa­ży­łem, że Dior stara się nie patrzeć mi w oczy.

- Mam chyba szczę­ście, że sio­stra Chloe zosta­wiła moje rze­czy tu na łóżku - mruk­nęła. - Zwa­żyw­szy, że ni­gdy nie mia­łam tu wró­cić.

- Szczę­ście. Albo po pro­stu złego dia­bli nie biorą.

- Dobrze, że cho­ciaż oni się mnie nie cze­piają. Bo Bogu to raczej nie mam za co dzię­ko­wać.

- Bóg! - żach­ną­łem się, mierz­wiąc jej popie­late włosy. - Nie potrze­bu­jesz Boga. Masz mnie.

W końcu spoj­rzała mi w oczy. Ode­zwała się szep­tem:

- Mówisz serio?

Spoj­rza­łem jej w oczy i zoba­czy­łem ból, który teraz wypły­wał na powierzch­nię. Była twarda i ostra jak stal, ta Dior Lachance, ale zro­zu­mia­łem, że mimo tej fasady na­dal ma dopiero szes­na­ście lat. Wpa­dła głową naprzód w świat, któ­rego nie miała szansy nawet sobie wyobra­zić. Wszy­scy, na któ­rych kie­dy­kol­wiek jej zale­żało, opu­ścili ją albo zostali jej ode­brani. Nie­ła­two było zapra­co­wać na jej zaufa­nie, ale fakt, że obda­rzyła nim Chloe tylko po to, żeby w nagrodę dostać nóż przy­tknięty do szyi... Cóż, widzia­łem, że ta zdrada zra­niła ją głę­biej, niż począt­kowo myśla­łem.

- Tak - potwier­dzi­łem, patrząc jej głę­boko w oczy. - Klnę się na Krew. Nie wiem, dokąd ta droga nas zawie­dzie, dziew­czyno, ale poko­nam ją razem z tobą, bez względu na to, jaki czeka nas los. Nawet jeśli sam Bóg miałby roz­nieść nas na strzępy, gdyby wszy­scy z Bez­kre­snego Legionu mieli sta­nąć na mojej dro­dze, znajdę drogę powrotną z kra­wę­dzi cze­lu­ści, żeby wal­czyć u twego boku. Nie opusz­czę cię, Dior. - Uści­sną­łem jej dłoń naj­moc­niej, jak śmia­łem. - Ni­gdy cię nie opusz­czę.

Wal­czyła z tym jesz­cze przez chwilę, strzą­sa­jąc włosy na oczy, wcią­ga­jąc zbroję bra­wury, jaką nauczyła się nosić jako dziecko... Dziecko! Na Sied­mioro Męczen­ni­ków, a za kogo teraz ją uwa­ża­łem? I cho­ciaż z nim wal­czyła, płacz wyrwał się z niej, zaschnięta krew na jej skó­rze popę­kała, gdy skrzy­wiła twarz. Łzy popły­nęły i zmo­czyły policzki, kiedy spu­ściła głowę i wark­nęła:

- Pie­przony tchórz...

- Słodka Matko-Dzie­wico, dziew­czyno, tchó­rzem to ty na pewno nie jesteś.

Wycią­gną­łem do niej nie­zręcz­nie rękę, dotkną­łem jej ramie­nia, a ona zaszlo­chała w głos i zarzu­ciła mi ręce na szyję. Przez chwilę sta­łem nie­ru­chomo jak spa­ra­li­żo­wany. Wresz­cie jed­nak wzią­łem się w garść i obją­łem ją, gdy pła­kała. Cała się trzę­sła od szlo­chu, a ja koły­sa­łem ją, tak jak to robi­łem z wła­sną córką, wyda­wa­łoby się, że w innym życiu. Wspo­mnie­nie było jak zła­mane ostrze i na myśl o mojej wła­snej famille w gar­dle wyro­sła mi gula.

- Już nie płacz - mruk­ną­łem. - Wszystko będzie dobrze, obie­cuję.

Pocią­gnęła mocno nosem, wtu­la­jąc twarz w moją pierś, jakby chciała zdła­wić wła­sne pyta­nie.

- Czy... Czy postą­pi­li­śmy słusz­nie?

- Co masz na myśli?

- Rytuał - wark­nęła. - Bez­dzień. Mogli­śmy go zakoń­czyć! Mogli­śmy zakoń­czyć to wszystko!

Serce mnie zabo­lało na te słowa, moje krwawe uczynki w kate­drze zacią­żyły mi nagle. Poszat­ko­wa­łem moje dawne brac­two, żeby ura­to­wać Dior, i cho­ciaż nie potra­fi­łem współ­czuć ludziom goto­wym zamor­do­wać dziecko, to na­dal mia­łem świa­do­mość, że rytuał, który prze­rwa­łem, mógł rze­czy­wi­ście zadzia­łać. Od chwili, kiedy doko­na­łem tego wyboru, każde osie­ro­cone dziecko, każda zamor­do­wana matka, każda chwila cier­pie­nia pod nie­bem bez­d­nia... od tej chwili to wszystko było po czę­ści moją winą.

Moją tak. Ale nie Dior.

- Posłu­chaj mnie. - Odsu­ną­łem ją od sie­bie, żeby popa­trzeć jej w twarz. - Masz zakor­ko­wać tę butelkę z pier­do­le­tami, rozu­miesz? Wybór nale­żał tylko do mnie i jeśli trzeba za to zapła­cić, to ja to zro­bię. - Prych­ną­łem, siląc się na wię­cej pew­no­ści, niż czu­łem. - Zresztą pisma w tym opac­twie to w więk­szo­ści dyr­dy­mały i bujdy. Celene powie­działa mi, że jeśli pozwolę Zako­nowi, żeby cię zabili, wszystko prze­pad­nie.

- Celene?

- Moja młod­sza sio­stra. Ta, którą znasz jako Lia­the.

Dior wytrzesz­czyła zapła­kane oczy.

- Ta krwawa wiedźma w masce? Pró­bo­wała mnie dopaść, odkąd opu­ści­li­śmy Dha­ha­eth.

- Pomo­gła nam też poko­nać Dan­tona i jego potom­stwo. Nie jest przy­ja­ciółką Wiecz­no­tr­wa­łego Króla.

- Zatem wróg naszego wroga...

- Zwy­kle jest po pro­stu kolej­nym wro­giem. - Wyj­rza­łem przez okno, za któ­rym poja­wiło się blade świa­tło. - Ale oca­liła mi życie. I pomo­gła mi ura­to­wać twoje. Powin­ni­śmy przy­naj­mniej wysłu­chać tego, co ma do powie­dze­nia. To miej­sce nie jest dla nas bez­pieczne. Musisz zde­cy­do­wać, jaką ścieżkę mamy teraz obrać.

Zamru­gała zdu­miona.

- Ja? Dla­czego ja?

- Bo to twoje życie. Twoje prze­zna­cze­nie. Ty jesteś świę­tym Gra­alem San Michon. Będę stał przy tobie zawsze i do końca, ale twoja droga jest tylko twoja. Ty powin­naś ją wybrać.

Pocią­gnęła nosem i z tru­dem prze­łknęła ślinę.

- A jeśli wybiorę nie­wła­ściwą?

- To razem zabłą­dzimy.

Popa­trzyła mi w oczy. Zoba­czy­łem, że zapala się w nich stara iskra.

- Droga przed nami jest czarna - powie­dzia­łem jej. - I trudno jest podą­żać przed sie­bie, kiedy nie widzisz gruntu pod nogami. Tym wła­śnie jest odwaga. Goto­wo­ścią pój­ścia w ciem­ność. Wiarą, że koniec czeka tuż poza wycią­gniętą ręką, a nie milion mil dalej. I cho­ciaż nie­któ­rzy mogą osłab­nąć, nie­któ­rzy mogą zawieść, nie­któ­rzy mogą zwi­nąć się w kłę­bek jak dziecko, zamiast iść dalej pośród samot­nej nocy, to ty nie jesteś taką dziew­czyną.

Uści­sną­łem jej rękę i przyj­rza­łem się badaw­czo.

- Nie jesteś taką dziew­czyną.

Wypro­sto­wała się w swoim wspa­nia­łym sur­du­cie, aż przy­było jej troszkę wzro­stu. Odgar­nęła jasne pukle z twa­rzy. I cho­ciaż na­dal była drobna, zmę­czona i - dobry Boże - tak bar­dzo, bar­dzo mło­dziutka, to w jej lśnią­cych oczach dostrze­głem prze­błysk kobiety, na jaką mogłaby wyro­snąć.

I przez chwilę mrok nie wyda­wał się aż tak bar­dzo mroczny.

- Chodźmy więc - powie­działa. - Lepiej nie kazać famille cze­kać.