Century. (Tom 4). Pierwotne Źródło - Pierdomenico Baccalario


Reflow text when sidebars are open.
Międzykontynentalne połączenie telefoniczne przekracza atmosferę ziemską, by zostać przechwycone i przekazane przez prywatnego satelitę na orbicie ponad chińskim niebem.
- Heremit - zgłasza się głos.
- Uuu, stary przyjacielu! - wykrzykuje Egon Nose. Góra z górą się nie zejdzie, ale człowiek z człowiekiem zawsze, nieprawdaż?
- Egon.
- Jak zawsze w doskonałym nastroju - mówi stary właściciel "Lucyfera" głosem, w którym słychać coraz większe napięcie. - Chcesz żebym ci opowiedział, co porabiałem przez ostatnie miesiące?
- Nie.
- Nie cieszysz się, że znów słyszysz starego przyjaciela?
- Nie bardzo.
- Uuu! Heremit! Zaskakujesz mnie. Myślisz, że dzwonię tylko po to, żeby sobie pogawędzić? To nie byłoby w moim stylu, nie sądzisz? Ja jestem elegancki. Powściągliwy. Z klasą. Uuu, szkoda, że nie możesz mnie zobaczyć na monitorze, ale, wiesz, co nieco się zmieniło i nie wyposażyłem jeszcze mojego nowego biura we wszystkie elektroniczne wynalazki, które tak lubisz. Dlatego musisz zadowolić się moim głosem.
- Czego chcesz?
- Mam dla ciebie dobre wiadomości. Uuu!
Cisza.
- Pierwsza: spaliłem salę treningową Olimpii. Ale to cię pewnie nie interesuje. Powiedzmy, że zrobiłem to, żeby na nowo ustalić priorytety. Druga nowina: to samo mam zamiar zrobić z domem twojego chłopaczka.
- Zaczekaj.
- Zaczekać? - protestuje Egon Nose, kręcąc nosem. - Nie mogę tego zatrzymać! Nie po tym, co mi zrobili. I na pewno ty mnie nie powstrzymasz.
- To dzięki mnie wyszedłeś.
- Uuu! Oczywiście, Heremit. Wyciągnąłeś mnie z więzienia i jestem ci za to wdzięczny. Ale przypominam ci, że również przez ciebie się tam znalazłem. Przez twoje zlecenie: odebrać bączka i... śledzić chłopaka z Grove Court. Chłopaka, który zresztą wyjechał.
- Kiedy?
- Pół godziny temu.
Cisza.
- Jesteś tam, Heremit?
- Rób, co chcesz. Nowy Jork to już nie mój problem.
Rozmowa urywa się chwilę potem. Heremit Devil ma inne zmartwienia - rzeczy, które są w ruchu i które nie wracają.
Harvey wyjechał. Na pewno po to, by spotkać się z pozostałymi w Szanghaju. Ale gdzie dokładnie? Tylko jednej rzeczy Heremit jeszcze nie wie: kim jest ich chiński przyjaciel.
Mężczyzna spaceruje po biurze na przedostatnim piętrze swojego wieżowca i patrzy na miasto rozpościerające się za oknami, zastanawiając się, co robić. Po chwili znów podnosi słuchawkę telefonu.
- Mademoiselle Cybel - szepcze, rozłączając się natychmiast.
Na jego biurku leży kilka przedmiotów.
- Ognisty Pierścień - powtarza, obracając w dłoniach przedmiot nazywany też Lustrem Prometeusza. To odprysk antycznego lustra oprawiony w ramę, która nie ma więcej niż sto lat. "Możliwe" myśli Heremit. Stara rama mogła się zbić. A nowa została zrobiona tak, by pasowała do posągu Prometeusza stojącego przed Centrum Rockefellera w Nowym Jorku.
- Kamienna Gwiazda - mówi dalej Heremit. Starożytny, pierwotny kamień. Skała wydrążona w środku niczym wazon.
- A potem Paryż... - mamrocze Heremit. Przedmiot znaleziony w Paryżu to stary drewniany statek.
"Dlaczego drewniany statek?" zastanawia się już od tygodni. "I jaki jest związek pomiędzy tymi trzema przedmiotami?"
Obok statku leżą trzy antyczne bączki. Heremit przesuwa palcami po ich rzeźbieniach: te z psem, wieżą, wirem i okiem należały do profesora Van Der Bergera; ten z tęczą - do antykwariusza Vladimira Askenazego, a ten z czaszką - do jego rodziny.
- Sto lat - mówi na głos Heremit Devil. - Te przedmioty służą tylko raz na sto lat. Lustro, kamień, statek i wreszcie...
Podziemie jego wieżowca.
Zoe opowiedziała mu, że poprzednim razem, na początku XX wieku, przedmioty nie zostały odnalezione. I koniec. Wszechświat poszedł dalej, gwiazdy zmieniły położenie i musieli poczekać kolejne sto lat.
- Za to tym razem... - mamrocze Heremit Devil. - Wszystkie przedmioty będą tutaj.
Drzwi windy otwierają się ze szczękiem.
- Coś nie tak, mój drogi? Coś nie tak? - pyta gruboskórna mademoiselle Cybel, płynąc po podłodze w swojej jaskrawej sukni w białe i niebieskie kwiaty i okularach z oprawkami w kształcie motyli. Nie czekając na odpowiedź, podchodzi do jednego z dwóch krzeseł stojących w biurze Heremita i siada z nieoczekiwaną gracją. - Wzywałeś mnie?
Mężczyzna nie odwraca się. Stoi cały czas skoncentrowany, patrząc na przedmioty leżące na biurku. W pewnym momencie przerywa ciszę: - Nie rozumiem.
- Czego nie rozumiesz, mój drogi? Czego?
Mężczyzna siada w fotelu. - Potrzebuję tej czwórki dzieciaków.
- A - komentuje mademoiselle Cybel, poprawiając okulary na nosie. Potem, jakby rażona nagłą myślą, zdejmuje je, wyciąga z torby lusterko i ogląda swoje odbicie. - Mówiłeś, że...
- Wiem, co mówiłem.
Cybel zamyka lusterko z satysfakcją. żadnego śladu szminki na policzkach. - Jak chcesz, mój drogi, jak chcesz. Więc jedźmy po nich. Masz jeszcze kogoś w Nowym Jorku?
- Miller jest właśnie w drodze do Szanghaju.
- Więc możemy pojechać po Mistral Blanchard - skrzeczy kobieta. - Z tego, co wiem, jest w domu. Albo odbywa te swoje lekcyjki śpiewu. Zaraz kogoś tam wyślę, jeśli chcesz.
Heremit Devil nie odpowiada.
- I pewnie przyda się ktoś w Rzymie. Do panienki "elektrycznej".
Heremit Devil ma idealnie ułożoną fryzurę, nosi okulary z oprawkami z czarnego bakelitu i ciemną koreańską kurtkę, zapiętą aż pod szyję.
- Tak - odpowiada.
Ale w jego głosie słychać fałsz.
- Nieźle, panienko Blanchard, naprawdę całkiem nieźle! Jest pani najlepszą ze wszystkich moich uczennic! - śmieje się Mistral, wyciągnięta na łóżku w swojej sypialni.
Przebrała się i teraz ma na sobie dres w błękitne kwiatki. Otworzyła jeden ze swoich notesów, w których zapisuje wszystko, co się jej przydarza, i rysuje twarz profesora François Ganglofa. Zamyka oczy ma myśl o przesłuchaniu, czując jeszcze, jak trzęsą jej się nogi. Była pewna, że pomyliła liczbę nut i że jej głos był ostry, skrzypiący, prawie nieprzyjemny. Była oczywiście podekscytowana, ale profesor powiedział: "Emocje to życie, panienko Blanchard. Świat pełen jest dobrych śpiewaczek. Doskonałych śpiewaczek o głosach harmonijnych i mocnych, ale... pozbawionych emocji."
Mistral kartkuje notes, wracając do wcześniejszych zapisków. Potem odrywa się od nich i podchodzi do okna. U góry, ponad występem dachu, wisi zamknięty już i zalepiony woskiem ul. Obojętne na zmianę pór roku pszczoły obwieściły już koniec lata.
- Koszmar... - krzywi się dziewczyna, na myśl o jesieni i zimie.
Jej mama wyszła zrobić zakupy. Torba wykonana z zamknięć od puszek jest w salonie, tam gdzie Mistral ją zostawiła. żagiel Izydy wisi rozpostarty na oparciach dwóch krzeseł, niczym stary koc rozłożony, by się przewietrzył. Na stole leżą zdjęcia zrobione przez Sophie, obok książki o kaligrafii i piśmie, i księga języka zwierząt, którą Agata, przyjaciółka profesora Van Der Bergera przysłała jej z Nowego Jorku. Mistral otwiera torbę i szuka iPoda, którego podarowała jej madame Cocot.
Włącza go, zakłada słuchawki i wraca, pogwizdując, do sypialni. Przegląda nagrane piosenki: tytuły i wykonawców, których nie zna. Muzyka klasyczna, powiedziałoby się. Naciska "odtwarzanie przypadkowe" i rzuca się na łóżko.
Szmer, oklaski i po chwili fortepian wydaje pierwsze dźwięki nokturnu Chopina. Mistral słucha z bijącym sercem. Następuje głośna symfonia, którą dziewczyna omija. Znów fortepian. Płynnie i powoli.
W tle słychać kaszel osób z publiczności. Czwarty utwór: porywający i romantyczny. Mistral odczytuje z wyświetlacza nazwisko wykonawcy. Preludium i fuga Szostakowicza w wykonaniu Vladimira Askenazego. Mistral sprawdza jeszcze raz. Zna to nazwisko, ale...
Pianista gra, potem kaszle, publiczność zaczyna głośno bić brawo. Odtwarzacz przechodzi do kolejnego kawałka.
"Cześć, Mistral..." mówi nagle głos. "Jeżeli mnie słuchasz, to znaczy, że musiałem wyjechać."
Mistral z trudem powstrzymuje krzyk. Siada momentalnie na łóżku i stawia nogi na podłodze.
"Modlę się tylko, żebyś była jeszcze w Paryżu" mówi dalej głos. "Posłuchaj mnie uważnie: musisz zrobić coś bardzo ważnego. Przy bulwarze De Magenta jest placyk. Nazywa się Jacques Bonsergent. Idź tam jak najszybciej. Tylko uważaj, bo pewnie... oni już cię śledzą."
Mistral zrywa się na równe nogi. Stoi teraz nieruchomo przed lustrem. Oczy ma szeroko otwarte z przerażenia.
"Przy tym placyku znajdziesz kiosk..." kontynuuje głos z iPoda. Vladimir Askenazy, wyświetla się na ekranie. Pianista.
Mistral nie zna pianisty Vladimira Askenazego, ale głos, który słyszy, zna aż za dobrze...
To głos nowojorskiego antykwariusza, Vladimira Askenazego.
Studnia na podwórzu "Domus Quintilia" jest bardzo stara. To kamienny wydrążony walec wysokości 1,5 metra, stojący na dwóch stopniach, zadaszony trzema kawałkami kutego żelaza w kształcie pagody, osłaniającymi wałek linowy.
Elektra przez kilka sekund patrzy na światło przy studni. Po chwili światło gaśnie i studnię, podwórze, drewniany taras, pnący bluszcz i cztery posągi strzegące "Domus Quintilia" z powrotem otula mrok.
Elektra wychodzi boso. Idzie po starym, wytartym bruku, a potem po żwirze, między którym wyrastają uparte chwasty, obok starej furgonetki ojca. W oddali słychać klaksony i śmiech ludzi.
Na palcach pokonuje dwa schodki. Opiera dłoń na kamiennej cembrowinie. Patrzy w głąb studni. Wlot jest zagrodzony czarną kratą. Pod kratą tylko ciemność. żadnego światła wokół.
- Słyszysz mnie? - dobiega w tym momencie głos ze studni, sprawiając, że dziewczyna prawie traci równowagę.
Rozgląda się wokół. Liczy okna z zamkniętymi okiennicami. Liczy piętra "Domus Quintilia". Liczy drzwi, arkady, posągi.
Otwiera usta. Kto to powiedział?
Zagląda jeszcze głębiej do studni. Opiera ręce o kratę. Nasłuchuje.
Ponownie słychać głos: - Linda, słyszysz mnie?
Elektra zakrywa usta ręką. Nie może uwierzyć w to, co usłyszała.
- Linda, proszę cię. Odezwij się - szepcze głos w studni.
Potem cisza. Całkowita cisza. Na podwórzu słychać znów odległy szum bulwaru nad Tybrem. W studni znowu zapala się blade światło. Słychać jakby skrzypienie kół. Odgłos drzwi windy.
Elektra patrzy na jadalnię za oknami. Widzi światło przebłyskujące z kabiny, która wjeżdża z podziemia i zatrzymuje się na pierwszym piętrze. Słychać jak wózek inwalidzki ciotki Irene sunie po podłodze. Drzwi jej pokoju otwierają się i zamykają.
Elektra siada na schodkach studni, zastanawiając się, co robić. Jak to możliwe, że winda zjeżdża o kolejne piętro? I co jest tam pod spodem?
Dziewczyna wraca do hotelu. Przechodzi obok lady recepcji, bierze zieloną zapalniczkę, leżącą obok papierosów ciotki Lindy, otwiera drzwi do piwnicy i oświetla strome schody prowadzące do labiryntu zakurzonych pomieszczeń.
Elektra rzuca światło na meble, przykryte prześcieradłami. Przypomina sobie, że to właśnie ciotka Linda rok wcześniej zawołała ją na górę, gdy Elektra goniła tu mysz.
- Ale jestem głupia... - mówi do siebie, zastanawiając się, gdzie może się znajdować to podziemne pomieszczenie. - Nigdy się nie zorientowałam.
Zaczyna schodzić.
- Chciałbym jednak odzyskać mój telefon - syczy Harvey, gdy samolot wzbił się w powietrze i gdy zgasły światełka kontrolne.
Stewardesa linii Air China otwiera i zamyka aluminiowe szuflady, pełne napojów. Jest bardzo ładna, drobna i uśmiechnięta.
- Oczywiście, proszę pana... - odpowiada. - Ale uprzedzam, że przez cały czas trwania lotu nie wolno telefonować...
- Ale to osiem godzin! - wykrzykuje Harvey. - Dla mnie to może okazać się za długo.
- Nie ja ustalam zasady. Podczas lotu może pan korzystać z komputera, jeżeli nie jest podłączony do drukarki, słuchać muzyki na przenośnym odtwarzaczu albo obejrzeć jeden z filmów, które nadajemy. Mamy wszystkie nowości i...
- Rozumiesz, co do ciebie mówię? - warczy Harvey. - Muszę zadzwonić do domu i to natychmiast. Moja mama może być w niebezpieczeństwie!
Pokazuje stewardesie artykuł w New York Timesie. - Wiesz, dlaczego wzniecili ten pożar? Przeze mnie.
- Proszę pana, naprawdę nie wiem, co mam powiedzieć.
- Nie jestem żaden pan! - Harvey prawie krzyczy. - Jestem tylko chłopakiem, który musi zadzwonić do domu. To tak trudno zrozumieć?
- Proszę nie podnosić głosu...
Stewardesa podnosi słuchawkę wewnętrznego telefonu i mówi kilka zdań po chińsku. Potem idzie do dwóch stewardów, szepcze im coś i wskazuje Harveya w ogonie samolotu, stojącego przy uchylonych drzwiach toalety.
- OK - domyśla się chłopak. - Wezwała posiłki.
Za oknami przemykają białe chmury.
Harvey czeka, aż dwaj mężczyźni podejdą i znów zapytają, czego potrzebuje.
- Chcę... tylko... raz... zadzwonić - sylabizuje chłopak.
- Podczas lotu... - zaczyna masywniejszy steward.
- Wiem! Ale to nagły wypadek. NAGŁY. Nie zawracałbym wam głowy, gdyby chodziło o jakąś głupotę.
- Radzimy panu udać się na miejsce - mówi masywniejszy.
- Możemy podać panu wody, jeśli ma pan ochotę - dodaje chudszy.
- Nadają Harry'ego Pottera.
- Na pewno się panu spodoba.
Harvey potrząsa głową: - Nie słuchacie mnie, prawda?
Mała dziura powietrzna sprawia, że wszyscy na chwilę tracą równowagę. Masywny steward zupełnie nie przypadkiem uderza Harveya łokciem.
- Przepraszam - mówi, ale jego spojrzenie jest jak przestroga.
Sprawa robi się poważna.
- Mogę przynajmniej dostać z powrotem mój telefon? - pyta Harvey.
- Radzimy panu...
Harvey podnosi ręce. - OK, OK - zrozumiałem.
Masywniejszy uśmiecha się. Harvey ocenia sytuację: zamknięte szuflady, wózek, masywny steward, chudy steward, łazienka. Obserwuje zamek w drzwiach toalety. Ocenia odległość między chudszym a drzwiami.
Decyduje się. Podchodzi do chudszego i pokazuje na kieszeń jego spodni. - Dlaczego ja mam mieć wyłączony telefon, kiedy twój jest włączony? Spójrz: świeci się.
Steward instynktownie sięga do kieszeni, wyjmuje telefon i sprawdza. - Można wiedzieć, o czym mówisz, chłopaczku?
Harvey reaguje w mgnieniu oka: popycha stewarda na wózek z napojami i wyrywa mu telefon z ręki. Chowa się w łazience i zamyka za sobą drzwi.
Łazienka jest maleńka, ale to wystarczy. Chwila spokoju.
- Proszę pana!
- Proszę wyjść!
Stewardzi krzyczą, waląc w drzwi.
- Jedną chwilę! - odpowiada Harvey.
Włącza telefon.
Wybiera numer domowy.
- Proszę pana! Proszę nas nie zmuszać do wyważenia drzwi!
- Proszę pana! Mój telefon!
Harvey czeka na sygnał.
- No, dalej, mamo...
- Proszę natychmiast otworzyć!
- Cholera! - wybucha po kilku sekundach Harvey. Wstaje i przegląda się w lustrze. Otwiera drzwi i zostaje prawie przewrócony przez masywnego stewarda, który chwyta go za rękaw swetra.
- OK! OK! Wychodzę! - mówi Harvey, trzymając telefon na widoku. - Proszę - uśmiecha się gorzko: - nie ma zasięgu.
I czarne słońce w przestrzeni pochłonie Słońce, Księżyc i wszystkie planety krążące wokół Słońca. Pamiętajcie, że kiedy bliski będzie koniec, człowiek będzie podróżował w Kosmos i z Kosmosu pojmie dzień końca.
Giordano Bruno, De l'infinito universo et mondi, 1584
Tyś był jak człowiek, który, idąc w mroku,
Za sobą światło trzyma; nie dogodzi
Sobie, lecz innym przyczynia widoku,
Kiedyś powiadał: "Na nowo się rodzi
Świat; sprawiedliwość wraca z nowym ranem
Ludzkości; z nieba nowe plemię schodzi".
Dante Alighieri, Boska Komedia, Czyściec, pieśń XXII, w. 6772
(w przekł. E. Porębowicza)
W windzie, tego popołudnia przed sześcioma laty, Zoe widzi tylko swoje odbicie. Wszystko jest tak mętne, że nie wie nawet, która jest godzina. Odkąd przekroczyła próg biura tego mężczyzny, na przedostatnim piętrze jego wieżowca, straciła poczucie czasu. Tak, jakby od tego momentu świat wokół się rozmył, jakby zastąpił go inny, równoległy świat z błyszczących powierzchni, z metalu i szkła.
Jak długo trwała rozmowa? Kilka minut? Godzin? Nie wie. Jedynym objawem jest drapanie w gardle, przypominające jej, że mówiła zbyt długo. Albo że odkryła zbyt kłopotliwe sprawy.
Tak naprawdę powiedziała za dużo. I tyle.
"Popełniłam błąd" myśli, przeglądając się w lodowatej ścianie windy. "Ale musiałam mu powiedzieć. Byłam jak wąż, który gryzie swój ogon."
Tak: jak wąż, który gryzie swój ogon.
Zoe jeszcze tego nie wie, ale to właśnie wąż ją zabije sześć lat później, w Paryżu. Jej mieście.
To zbieg okoliczności, jeśli ktoś jeszcze w nie wierzy.
Winda jedzie w dół. W środku Zoe, w towarzystwie milczącego mężczyzny. Przechodzi ją dreszcz, tak jakby zanurzali się w lodzie.
- Zimno tu - mówi, czując, że jej oddech gęstnieje.
Milczący mężczyzna unosi brew. Nazywa się Mahler, Jacob Mahler. Jest znakomitym skrzypkiem i bezlitosnym zabójcą. Wbrew pozorom te dwie cechy sobie nie przeszkadzają. - Powinna pani być przyzwyczajona - odpowiada.
Mężczyzna nawiązuje do wyprawy badawczej wzdłuż wybrzeży Syberii, z której dopiero co wróciła Zoe. Albo do miejsca, w którym się spotkali: islandzkiego źródła termalnego, otoczonego śniegiem. Do czegokolwiek nawiązuje, Zoe kuli się w sobie, obejmując się ramionami, niczym mała dziewczynka.
Patrzy w górę, na światła wyświetlacza windy, które przestały zapalać się i gasnąć. Od kilku sekund wyświetlają parter, mimo że winda wciąż jedzie w dół.
- Dokąd jedziemy? - pyta Zoe, nie podejrzewając niczego.
- Na dół - odpowiada Jacob Mahler.
Zanim kobieta zdąży zapytać o coś jeszcze, winda zwalnia z metalicznym piskiem, błyszczące drzwi otwierają się, a Mahler wskazuje jej drogę, prowadzącą wąskim korytarzem. - Tędy - mówi.
Zoe idzie za nim, wciąż obejmując się ramionami.
- Gdzie on jest?
- Właśnie zjeżdża.
- Nie mógł zjechać z nami?
- To zbyt niebezpieczne.
- W jakim sensie?
Jacob Mahler zwalnia kroku, dotyka ramienia kobiety i zatrzymuje się. - W tym sensie. Zbyt wiele możliwości... kontaktu.
Zoe potakuje i mówi: - Rozumiem.
- O, nie. Nie wydaje mi się, żebyś mogła to zrozumieć.
Snop światła przecina ciemność korytarza przed nimi. Otwierają się drzwi drugiej windy, z której wysiada wysoki, elegancko ubrany mężczyzna o czarnych, błyszczących, perfekcyjnie obciętych włosach, brwiach, które wydają się namalowane niczym czarne kreski na czole, w okularach z czarnymi, bakelitowymi oprawkami. Każe do siebie mówić: Heremit Devil. Diabeł Pustelnik.
- Proszę mi wybaczyć, że kazałem na siebie czekać - mówi.
Wskazuje kobiecie korytarz na wprost. Ruszają nim wszyscy troje. Dochodzą do poręczy. Mężczyzna zapala światła i pokazuje Zoe otwartą przestrzeń oraz ruiny, które odkopał, odbudowując fundamenty swojego drapacza chmur.
Zoe chwyta poręcz i mocno ją ściska. Jest zimno. Bardzo zimno.
"Odbudowując fundamenty swojego drapacza chmur, oczywiście" myśli Zoe. "I znalazł ją". Zbiegi okoliczności. To zwykłe zbiegi okoliczności, jeśli ktoś w nie wierzy.
- I co... teraz... ma pan zamiar zrobić? - pyta Zoe, a jej serce archeologa zaczyna bić jak szalone.
Heremit Devil patrzy na nią bez mrugnięcia okiem. - Niech pani mi to powie.
Chmury zakrywają niebo nad Szanghajem. Są jednak tak delikatne, że wydaje się, iż najmniejszy podmuch wiatru mógłby je w każdej chwili rozgonić.
Sheng biegnie co tchu do Renmin Park, nie oglądając się za siebie. Biegnie jak szalony, przestraszony, zostawiając za plecami wielki, okrągły budynek miejskiego Muzeum Sztuki Starożytnej i szukając schronienia wśród stuletnich drzew w parku. Dociera do białego pnia platanu i chowa się za nim, z trudem łapiąc oddech. Rozgląda się wśród drzew, rzuca okiem na alejkę z ławkami, muzeum, plac, na którym ćwiczą miłośnicy taj ji oraz wushu.
Dziecka już nie ma. Zniknęło.
Rozpłynęło się wśród dwudziestu milionów mieszkańców miasta.
"Już dobrze" myśli Sheng, próbując się uspokoić.
To dziecko go prześladuje. Widzi je od kilku dni, zawsze w odległości kilku metrów. W sklepie. Po drugiej stronie ulicy. W oknie na drugim piętrze budynku.
Ma bladą, chorą cerę, nosi koszulkę gracza koszykówki z numerem 89. Jego oczy są czarne, oczodoły zapadłe, ma przerwy między zębami.
Jednak dziś, gdy Sheng przeglądał komiks na schodach muzeum, dziecko podeszło do niego. "Sheng, to ty?" zapytało głosem tak cichym, że aż przerażającym.
Sheng na sam jego widok poczuł niekontrolowany strach - taki, jaki paraliżuje również umysł.
"Ktokolwiek to był, już go nie ma" mówi sam do siebie Sheng, nieco już pewniejszy. Pieką go oczy, dlatego osłania je ręką, jakby chcąc je ochronić.
"Kto to był?" zastanawia się raz jeszcze. "I skąd mnie zna?"
Może to jakiś jego kolega ze szkoły. Ktoś, o kim Sheng zupełnie zapomniał. Jeden z tych kolegów, których nazwiska nie można sobie przypomnieć. Albo tych, którzy po kilku miesiącach zmieniają szkołę.
Możliwe.
Tylko że to dziecko nie mogło chodzić z Shengiem do szkoły. Było młodsze od niego co najmniej o pięć, sześć lat.
Kuzyn? Syn przyjaciół jego rodziców?
"Możliwe" myśli znów chłopak, opierając się o pień platanu. Może to ktoś, kto był w biurze podróży jego ojca, żeby zorganizować sobie zagraniczne wakacje z nauką.
Normalna rzecz. Po prostu Sheng o nim zapomniał. Dlaczego w takim razie poczuł ten nagły strach? I przede wszystkim, dlaczego nadal go czuje? Trzyma się za głowę, w której aż dudni. Ostatnio niewiele sypiał. Przez te sny. Powracające koszmary, przez które budzi się rano całkiem wyczerpany, jakby w ogóle nie kładł się spać.
- Bolą mnie oczy... - narzeka na głos.
- Widzisz mnie, prawda? - szepcze ktoś obok.
Sheng odskakuje niczym sprężyna.
Dziecko w koszulce z numerem 89 szło za nim. Stoi teraz dziesięć kroków dalej i obserwuje chłopaka.
"To sen" myśli Sheng. "To tylko sen."
Ale to nie sen. To naprawdę jest Renmin Park. Jest połowa września. Za kilka dni spotka się z pozostałymi. A przez ostatnie dwa miesiące nikt go nie śledził.
- Czego chcesz? - pyta, opierając się o pień. - Ja nie jestem Sheng!
Dziecko wpatruje się w niego swoimi czarnymi oczami. - Nie jesteś Sheng?
- Nie - odpowiada chłopak. - A teraz muszę już iść.
Nie pozostawiając mu czasu na odpowiedź, Sheng ucieka, opuszczając park. Plecak postukuje mu na plecach.
Drzewa, ławeczki, ludzie trenujący sztuki walki. Betonowe budynki. Neonowe szyldy. Samochody. W tle głośny hałas. Syreny barek płynących w górę rzeki Huangpu.
Sheng biegnie, nie odwracając się, do stacji metra Renmin Square.
Zbiega po dwa schodki, przesuwa kartą po czytniku i popycha metalową barierkę zanim jeszcze pojawi się zielona strzałka. Dopiero teraz się odwraca, bojąc się, że znów zobaczy za sobą to dziecko. Ale nie ma go. Już go nie ma.
Wchodzi na peron i czeka, nie wiedząc, co począć. Czuje się samotny w tłumie ludzi. Nie może znieść głosu dobiegającego z głośników. Czeka z zamkniętymi oczami na dźwięk nadjeżdżającego pociągu. Słysząc rozsuwające się drzwi, otwiera oczy, wchodzi i szuka miejsca siedzącego na uboczu, mimo że od domu dzieli go tylko kilka stacji.
- Zaczynam wariować... - mamrocze pod nosem, zaniepokojony.
Również dlatego, że jego oczy zrobiły się całkiem żółte.
Mistral zamyka za sobą drzwi, idzie kilka kroków korytarzem paryskiego konserwatorium muzyczno-baletowego i opiera się o ścianę, wzdychając: ma miękkie nogi, a głowa jej ciąży. Tysiące myśli kłębią się w niej niczym wściekłe pszczoły. Poprawia wełniany kwiatek na szarej sukience i zastanawia się.
Na drzwiach pomieszczenia, z którego właśnie wyszła, wisi mosiężna tabliczka: Profesor François Ganglof. Jeden z najsłynniejszych i siejących postrach członków kolegium nauczycielskiego konserwatorium.
W głębi słychać ciche dźwięki nadawanych wiadomości. Po chwili - dźwięk obcasów uderzających w podłogę i wreszcie pojawia się madame Cocot, jej prywatna nauczycielka muzyki.
- No i? Jak poszło? - Madame Cocot ma bystry, zaciekawiony wzrok. To ona namówiła ją na to przesłuchanie w konserwatorium. To było zanim Mistral, Elektra, Sheng i Harvey schowali się w szkole muzycznej madame Cocot, uciekając przed ludźmi mademoiselle Cybel. Wtedy Sheng skoczył z balkonu na ostatnim piętrze, a Mistral go uratowała, wzywając pszczoły, by go uniosły. Wspomnienia są tak niedawne, a wydają się nierealne - tak jakby lato w Paryżu było tylko złym snem.
- Dobrze - uśmiecha się dziewczyna.
Nauczycielka chwyta ją za ręce, błyskając swoimi pierścionkami. - To znaczy jak, panienko Blanchard? Powiedz dokładniej: przyjęli cię?
- No... - Mistral szuka czegoś w kieszeniach szarej sukienki. - Chyba tak.
Podaje madame Cocot kartkę firmowego papieru konserwatorium, na której profesor François Ganglof napisał eleganckim pismem: Kształcenie muzyczne, klasa fortepianu, liryka włoska, śpiew chóralny typu "A", śpiew chóralny typu "B", ruch sceniczny, wokalistyka. Poziom drugi.
- Poziom drugi? - mówi zaskoczona madame Cocot. - To znaczy, że przeskoczysz pierwszy rok nauki? Ależ to fantastycznie! Chodź, opowiesz mi wszystko po kolei. Co kazał ci zrobić?
Mistral pozwala się poprowadzić do małej poczekalni i siada na nowoczesnym, niezbyt wygodnym krześle. - Po prostu zapytał, co chcę zaśpiewać - mówi. - Siedział przy fortepianie. A ja odpowiedziałam, że chcę zaśpiewać piosenkę Barbry Streisand.
- No nie! Nie wierzę... - śmieje się madame Cocot. - Kazałaś grać profesorowi Ganglofowi kawałek Barbry Streisand?
- Pewnie, Woman in love. On grał, a ja... śpiewałam. I tyle.
Nauczycielka obraca w dłoniach kartkę papieru firmowego. - Chcesz powiedzieć, że nie zadawał ci żadnych więcej pytań: od kiedy śpiewasz, kto cię... tu przyprowadził i... co chciałabyś robić?
Mistral potrząsa przecząco głową. - Nie. Wyglądało to tak, jakby... no nie wiem... jakby on to wszystko już wiedział.
- I nie docinał ci, tak jak zwykle to robi w stosunku do wszystkich? Nie mówił o sukience, włosach, ani nie pytał, dlaczego chciałaś zdawać egzamin właśnie u niego?
- Nie. Kazał mi zaśpiewać, a potem napisał tę ocenę. I powiedział, żebym się stawiła na lekcji w przyszły poniedziałek.
Madame Cocot opada na potwornie niewygodne oparcie krzesła, z wyrazem twarzy, jakby to był najwygodniejszy materac. - Niesamowite. Po prostu niesamowite.
- Coś nie tak, madame Cocot? Nie jest pani zadowolona?
Nauczycielka mierzy ją wzrokiem z góry na dół. - Co ty mówisz? Jestem bardzo zadowolona: zawsze ci mówiłam, że jesteś moją najlepszą uczennicą. Ale... zrozum mnie: Ganglof jest uznawany za potwora. On... nigdy nie przepuścił żadnej mojej uczennicy za pierwszym razem... Dlatego zawsze mi się wydawało, że ma coś do mnie. Ale widocznie się myliłam.
Madame Cocot nagle klaszcze w ręce. - Musisz powiedzieć o tym swojej mamie! Będzie przeszczęśliwa.
Mistral nie jest tego taka pewna: nie chce takich dużych zmian. I nie wydaje jej się, żeby jej matka chciała. Przynajmniej nie teraz.
- Co się dzieje, panienko Blanchard? Zadzwoń do niej!
W głosie madame Cocot jest jakaś nerwowość. Zbyt powierzchowna radość, pod którą zdaje się kryć coś innego. Czyżby błysk łzy?
- Przykro mi - mówi Mistral, wstając.
- Przykro? Dlaczego?
Przechodząc znów pod drzwiami pokoju profesora Ganglofa słyszą dźwięki fortepianu i damski głosik, próbujący za nimi nadążyć. Docierają do schodów.
- Przyjdę panią odwiedzić. To pani zasługa, że przyjęli mnie do konserwatorium.
- Bzdura, panienko Blanchard! Nawet tak nie mów. Jesteś zdolna, po prostu zbyt zdolna, żeby spędzać czwartki...
- Środy.
- Racja. By spędzać środy u takiej starej nauczycielki fortepianu jak ja. Nauczycielki, której nie przyjęli do konserwatorium.
Ostatniemu zdaniu towarzyszy zawadiacki ruch, ulotne, rozbawione spojrzenie. - Zresztą świat pełen jest uczniów, którzy przerośli swoich nauczycieli, prawda? A teraz... idź się przygotować. Lekcje w konserwatorium są dużo trudniejsze od moich. życzę ci dużo szczęścia, panienko Blanchard!
Ściskając ręce Mistral, nauczycielka podaje jej mały pakunek. - Mam nadzieję, że ci się spodoba. Nie jest nowy, ale...
Wewnątrz zawiniątka jest mały, srebrny iPod.
- Powiedzieli mi, że można tu wgrać wszystkie piosenki, jakie się chce. Są tam jeszcze te, które wgrał poprzedni właściciel, ale niestety... nie udało mi się ich skasować.
- Ależ... Nie trzeba było!
- Teraz przynajmniej ma właścicielkę, która umie się nim posługiwać - nalega Madame Cocot.
Nie czekając na reakcję ani pożegnanie, nauczycielka muzyki odwraca się na pięcie i oddala wśród żywopłotów z bukszpanu.
Mistral jest oszołomiona. Włącza telefon, ale nie zdąży nawet wybrać numeru, gdy ten pojawia się na wyświetlaczu. To jej matka.
- Mistral, wreszcie się dodzwoniłam! Wracaj szybko do domu.
- Co się stało?
- Chyba coś odkryliśmy. - Cecile Blanchard rozłącza się, nie pytając o nic.
Tak jak przypuszczała Mistral, również dla jej matki przesłuchanie w konserwatorium jest ostatnią rzeczą, którą należałoby teraz zaprzątać sobie głowę.
"Antyczna mapa Chaldejczyków przestała działać."
To jedyna rzecz, o jakiej Elektra jest teraz w stanie myśleć. Siedzi w swoim pokoju na podłodze, pomiędzy dwoma piętrowymi łóżkami. W łazience świeci się światło, drzwi są przymknięte. Za oknem słychać ciągły szum samochodów, jadących wzdłuż Tybru: klaksony, hałas silników.
Elektra wzdycha.
Chwyta po raz kolejny bączka serca, opiera go pośrodku mapy Włoch i próbuje się skoncentrować. Wie, że bączki nigdy nie odpowiadają na konkretne pytania - pokazują miejsca i dostarczają wskazówek. Wie również, że nie ma innego wyjścia.
Ściska bączka w rękach i rzuca nim. On zaczyna się obracać, wodząc zaostrzonym końcem po bruzdach drewnianej mapy Chaldejczyków. Wiruje bezszelestnie od miasta do miasta, od wioski do wioski, żeby dać jej wskazówkę. Jej wyrocznia.
Gdzie jest Linda Melodia, która zniknęła na początku lata?
Na stoliku w pokoju leży jeszcze kilka ulotek, które Elektra rozwiesiła w mieście. Zdjęcie jej ciotki, numer telefonu i napis: Widziałeś tę kobietę?
Wiele osób twierdzi, że ją widziało. Dostali wiele telefonów, niestety również od żartownisiów. Jednak mimo pozornego spokoju jej siostry Irene, prawda jest taka, że po Lindzie ślad zaginął. Zważywszy na jej szczególne umiłowanie porządku, jest teraz całkowicie niemożliwe odgadnięcie, gdzie się podziała. A przede wszystkim, dlaczego odeszła bez słowa, nie wyjaśniając niczego.
"Wiecie, że zawsze była impulsywna" powiedziała ciotka Irene, tak jakby to było najnormalniejsze w świecie. "Chciała pobyć sama."
W pokoju Elektry bączek obraca się, zwalnia i wreszcie się zatrzymuje. Na Weronie, mieście w regionie Veneto. Kolejna odpowiedź różna od poprzedniej.
Elektra wstaje wściekła.
Znów wskazówka bez sensu. Ale dlaczego? Stwierdza, że wyrocznia już nie działa, tak jakby upadek na chodnik avenue de l'Opéra, w którego wyniku róg mapy się ukruszył, nieodwracalnie ją zniszczył.
Nerwowość Elektry rosła z upływem dni i zbliżaniem się terminu wyjazdu, który ustalili, żeby spotkać się w Szanghaju. Od wielu dni dziewczyna zakłada te same spodnie dresowe i stare, porozciągane koszulki, nie czesze się od tygodnia - skupia się tylko na jednym: dowiedzieć się czegoś o ciotce Lindzie, zanim wyjedzie do Chin.
Podnosi bączka i ogląda go pod światło: serce wyryte jakby kolcem naprowadziło ją i jej przyjaciół na myśl, że przedmiot symbolizuje życie. życie, które trwa pomimo cierpienia.
- Może po prostu nie powinnam używać go sama... - mruczy Elektra.
Może. Może. Może.
W wielkim łazienkowym lustrze odbija się pełna niepokoju twarz dziewczyny. Czarne włosy odrosły już po beznadziejnym obcięciu w Paryżu, ale wciąż są krótkie i podkreślają jej długą szyję. Oczy zwykle tak przenikliwe są jakby przysłonięte cieniem.
Elektra opiera dłoń o lustro i wdycha zapach jego zimnej powierzchni. Kiedy ją odsuwa, na szkle pozostają ślady jej linii papilarnych. Tajemniczy labirynt, który każdy z nas nosi na swoich palcach.
- Co mam robić? - pyta sama siebie, a po plecach przechodzi ją dreszcz. - I kim jestem?
Gdy zamyka oczy, jedyna odpowiedź, jaka pojawia się w jej głowie, to mieszanina obrazów: pomylona rezerwacja na koniec roku, śnieg, zamroczenie, bieg po moście Quattro Capi, profesor Van Der Berger, walizka, mapa Chaldejczyków, pierwsze cztery bączki...
Elektra jest jedną z czwórki przyjaciół, którzy urodzili się 29 lutego.
- Dlaczego? - zadaje sobie jeszcze raz pytanie, wiedząc dobrze, że nie zna odpowiedzi.
Ze złością wychodzi z łazienki, a potem z pokoju. Przechodzi przez długi korytarz prowadzący do jadalni, wchodzi po schodach, mija sypialnię ciotki Irene, pokoje gości i dociera do pokoju ciotki Lindy na ostatnim piętrze.
Nie zapala światła. Ten pokój zna już na pamięć. Przekopała tu z ojcem każdy centymetr, szufladę po szufladzie, wszystkie ubrania. I nic - żadnej wskazówki, podpowiedzi, wyjaśnienia zniknięcia ciotki.
Brakowało ośmiu koszul, czterech grubych swetrów, pięciu par wełnianych spodni, kilku par skarpet, dwóch par butów i zmiany bielizny na tydzień.
Elektra patrzy na łóżko, szafkę, stolik z małym lustrem, kolekcję szkła weneckiego na półkach. Weszła tu po raz setny.
Po raz setny zastanawia się, czy może coś tu nie gra. Coś, czego nie zauważa. Coś, co powinna wiedzieć.
Idzie na palcach do okna, z którego widać dzwonnicę kościoła Santa Cecilia i cztery posągi skierowane na wewnętrzny dziedziniec hotelu "Domus Quintilia". W nocy są czarnymi cieniami. Strażnikami z kamienia, milczącymi i nieruchomymi, na których pierwsze wrześniowe deszcze zostawiają mokre smugi.
"Cztery posągi" myśli. Potem potrząsa głową.
Zdaje sobie sprawę, że ta cyfra jest jej obsesją.
"Wrzesień" myśli po chwili.
Za kilka dni ma wyjechać do Szanghaju. I pojedzie. Bez względu na to, czy ciotka Linda się znajdzie, czy nie. Bo w tym mieście, tego jest pewna - wszystko się zakończy.
- Dzwoniłeś na salę treningową? - pyta pani Miller syna, wychodząc z nim z mieszkania. - Nie ma sensu, żebyś płacił, skoro nie będziesz chodził.
- Nie wyjeżdżam na miesiąc. Niedługo wrócę, nie martw się - odpowiada Harvey. Całuje matkę w czoło i idzie do taksówki. Kobieta uśmiecha się. - To może ja zadzwonię?
- Jak chcesz. Numer jest u mnie w pokoju, na łóżku. Zapytaj o Olimpię.
Harvey otwiera drzwi taksówki i rzuca plecak na tylne siedzenie. - Jadę. Samolot nie będzie czekał.
- Pozdrów ode mnie tatę.
- Jasne. A... właśnie - waha się Harvey, patrząc na dach budynku.
- Co takiego?
Chłopak daje znak taksówkarzowi, żeby zaczekał chwilę, i wraca do ogrodu. - Jest jeszcze coś, o czym powinnaś wiedzieć. Nie powiedziałem ci wszystkiego, mamo.
- O czym jeszcze powinnam wiedzieć, poza tym szaleństwem bokserskim?
Na twarzy Harveya maluje się dziwny uśmiech. Myśli: "Jest jeszcze coś, mamo. W Rzymie przeżyłem zawalenie się mieszkania, w Nowym Jorku Indianin tańczył w parku Inwood ze swymi braćmi, żeby ocalić moje życie, w Paryżu porwała mnie wariatka trzymająca mięsożerne ryby pod podłogą i uciekłem balonem, który rozbił się o wieżyczkę katedry Notre Dame. I straciłem wszystko, co miałem, zanim zrozumiałem, czym jest."
- Co powinnaś wiedzieć, mamo? - pyta z dziwnym uśmiechem. - Tylko jedną rzecz. Na strychu hoduję gołębia pocztowego. Mogłabyś go karmić przez tych kilka dni?
- Gołębia pocztowego?
- Dzięki! - ucina Harvey, zanim matka zdąży zaprotestować. Całuje ją jeszcze raz w czoło i wraca pospiesznie do taksówki.
Potem, gdy samochód rusza, sprawdza, czy ma wszystkie dokumenty: bilet do Szanghaju, paszport, wizę wjazdową do Chin. Tam, w największym porcie Chin, ma się spotkać ze swoim ojcem na statku Uniwersytetu Columbia, którym ojciec teraz podróżuje i który od kilku miesięcy jest jego drugim domem. Przynajmniej od momentu, gdy po przeczytaniu danych z ostatnich pomiarów jest całkowicie przekonany, że z oceanem dzieje się coś nienormalnego.
Harvey w myślach sprawdza, czy wziął wszystko, o co prosił go ojciec: kilka zmian ubrań jesiennych, zapiski i wykresy z jego gabinetu, parę paczek, które przyszły do profesora Millera z uniwersytetu i od kilku anonimowych nadawców.
"Niczego nie otwieraj. I niczego mi nie wysyłaj" polecił mu ojciec. "Weź wszystko ze sobą." Przez telefon wydawał się wręcz przestraszony.
- Sheng! - woła matka, gdy tylko przekroczył próg domu. - Gdzieś ty był? Sheng! - Biegnie do niego, trzymając zewnętrzną część dłoni przytkniętą do czoła, niczym gwiazda filmowa. - Sheng! To diabelstwo znowu działa!
Chłopak stawia swój nieodłączny plecak na ziemi. - Jakie diabelstwo? - pyta.
Faktycznie może chodzić o faks, komputer, odtwarzacz DVD, wieżę stereo albo każde inne urządzenie, przy którym świecą się lampki i które wydaje trzaski.
- Nie wiem! Włączyły się jakieś światełka i zaczęło wydawać z siebie straszne dźwięki! - krzyczy matka Shenga.
Chłopak idzie z nią do środka. Ich dom stoi w samym centrum starówki Szanghaju, w rejonie, gdzie założono pierwotne miasto, wielokrotnie burzone i odbudowywane, które jednak zachowało typową architekturę chińskich shikumenów: dwupiętrowych domów z charakterystycznym wejściem z kamienia, wychodzącym na główną ulicę, i wewnętrznym małym dziedzińcem do wieszania ubrań, czytania i odpoczynku. Tym dwóm ostatnim czynnościom Sheng nie jest w stanie się poświęcić, przynajmniej od kiedy wrócił z Rzymu. Dlatego woli wyjść do parku, żeby poczytać - by robić to w domu, musiałby zbudować wokół siebie dodatkowy mur, zdolny powstrzymać nachalność jego ojca, coraz lepiej prosperującego przedsiębiorcy turystycznego, i niepokoje jego matki, coraz bardziej zdającej się mówić: "nie wiem, co robicie, ale pewnie zostawicie mnie samą w domu". I nie dopuszczającej do siebie, że Sheng ma już własne, wystarczające powody do zmartwienia.
- Zobacz, jaka katastrofa! - jęczy matka w ciemności domu, opierającej się jeszcze zmrokowi, przekonana, że energia elektryczna jest demonicznym wynalazkiem kapitalizmu. Staje kilka metrów od plastykowego urządzenia wypluwającego kartki usiane chińskimi ideogramami.
- To tylko faks, mamo... - mówi Sheng, mijając ją.
- Faks czego?
Chłopak zerka na wydruki: to rezerwacja wczasów z nauką, organizowanych przez biuro turystyczne jego ojca.
Zbierając kartki, Sheng wyjaśnia matce, że ktoś z agencji musiał omyłkowo podać klientowi numer domowy, zamiast do biura.
Kobieta nie wydaje się jednak przekonana tym wyjaśnieniem.
- A dlaczego sam się włączył?
- Bo tak właśnie powinien działać, mamo... - wyjaśnia Sheng. - Kiedy ktoś wysyła nam faks, my go tu odbieramy.
- Więc to inni decydują, kiedy to diabelstwo się włączy?
- W pewnym sensie tak.
- A możemy im na to nie pozwolić?
- No... nie. Jeśli jest włączony, to nie.
- Potworne. Typowo zachodnie. żadnego szacunku dla naszej intymności...
- Mamo, to tylko faks!
- A dla ciebie to normalne, żeby ktoś wszedł do naszego domu bez pozwolenia? Ja was po prostu nie rozumiem - ciebie i twojego ojca. I wy to nazywacie postępem? To jest inwazja!
Sheng wzdycha. Nie ma sensu walczyć z taką tradycjonalistką. Zbiera kartki adresowane do jego ojca i przegląda je pobieżnie: nadawca pyta o wymianę kulturową w Paryżu, chce się nauczyć francuskiego.
Sheng podnosi nagle kartki, jakby uderzony wspomnieniami niedawnego, burzliwego lata w Paryżu. Upał nie do wytrzymania, korytarze Luwru, bieg przez miasto z zegarem Napoleona, zepsuty motocykl, którym razem z Elektrą dotarli do domu Mistral...
Przesuwa ręką za kołnierzykiem swojej koszulki, zauważając, że jest całkiem mokry.
Faks wypluwa ostatnią kartkę.
Sheng patrzy na datę wydrukowaną na górze. Osiemnasty września.
- O nie! - krzyczy.
To już 18 września.
A on zapomniał o spotkaniu.
- Mamo! - woła przerażony. - Muszę wyjść!
- Ale dopiero co wróciłeś...
- Mam dziś odebrać przyjaciela z dworca!
- Jakiego przyjaciela? Chyba nie jednego z tych...
- Daj spokój, mamo! Właśnie tak - jednego z tych: "coca-cola, dżinsy, komiksy i komputer"!
Matka chłopaka prawie mdleje. - Ale nie przyprowadzisz go, żeby tutaj spał?
- Nie. Zatrzyma się w hotelu.
- Pewnie. Założę się, że będzie spał w jednym z tych hoteli dla miliarderów, którzy nie wiedzą, co robić z pieniędzmi.
- Mamo, w Chinach jest więcej takich miliarderów niż tam, gdzie on mieszka!
Matka patrzy na niego podejrzliwie. - Nie poznaję cię, synu. Nie poznaję cię.
Sheng wraca do drzwi, zarzuca na ramię swój plecak i szykuje się do wyjścia.
Przedtem jednak wygląda na ulicę. Ma szerokość kilku metrów, jest szara i pełna ludzi.
- Weź chociaż to - mówi matka, podając mu torebkę z ryżowymi pulpecikami. - Przynajmniej coś zjesz.
Sheng uśmiecha się. - Dzięki, mamo.
Pewnie są paskudne, jak większość potraw, które przygotowuje jego matka, ale najważniejsze są dobre chęci.
- Czy ty przypadkiem się nie zakochałeś? - pyta matka, gładząc jego czarne włosy.
Sheng odskakuje nagle, odwracając się w drugą stronę.
"To naprawdę aż tak widać?" myśli, biegnąc na dworzec.
- To ty, Mistral? - pyta Cecile Blanchard, kiedy dziewczyna wchodzi do mieszkania.
Jest w jadalni, zgięta nad stołem, który zmieniły w centrum operacyjne prowadzonego śledztwa.
- Szukałam cię... - urywa, zaciekawiona odświętnym ubraniem córki. Chwilę potem uderza się dłonią w czoło. - Twój egzamin!
- Przesłuchanie.
Cecile podbiega, by ją uściskać. - Jak mogłam zapomnieć! No i jak poszło?
Mistral uśmiecha się. - Przyjęli mnie.
- Wspaniale! Musimy to uczcić!
- No - przytakuje Mistral, stawiając na podłodze swoją torebkę z wielu aluminiowych zamknięć od puszek coca-coli.
O przesłuchaniu opowiada ze spokojem. żadnego entuzjazmu czy szczególnych emocji. Nawet nie ma pretensji, że matka zapomniała. Podchodzi do stołu.
- Mówiłaś, że jest coś nowego - zmienia temat. - Znalazła się ciotka Elektry?
- Niestety nie - odpowiada kobieta. - Rozmawiałam niedawno z Fernandem.
- Więc o co chodzi?
Cecile wskazuje córce kilka zdjęć ułożonych na stole niczym płatki margerytki. - Pamiętasz Sophie?
- Nie bardzo - odpowiada Mistral.
- To ta moja koleżanka... Wysoka blondynka, zawsze ubrana na czarno... Nieważne... Zajmuje się tkaninami. Jeździ po świecie, szukając najlepszej wełny, najdelikatniejszej bawełny, ale nie tylko. Studiując skład różnych tkanin syntetycznych, jest już prawie chemikiem. A w laboratorium pracuje na urządzeniach, których nawet sobie nie wyobrażasz.
Cecile zbiera kilka zdjęć i siada obok córki. - Więc dałam jej do analizy, wiesz co.
Mistral wie, co matka ma na myśli: żagiel Izydy - tajemniczą tkaninę, którą znaleźli w kościele Saint Germain des Prés, razem z czarnym posągiem kobiety o twarzy pooranej czasem.
- Sophie zrobiła głębszą analizę - uśmiecha się Cecile.
- I?...
Pierwsze zdjęcie.
- Mówi, że to stara tkanina, ale nie tak bardzo. Bawełna z jedwabiem, sprzed przynajmniej siedmiu, ośmiu wieków. Powiedzmy... z początków XII wieku, z czasów Marca Polo.
- OK - Mistral może znów zaczerpnąć powietrza. - Mów dalej.
Drugie zdjęcie.
- Mówi, że jako tkanina, świetnie się zakonserwowała. Linie tarcia tu i tam zbiegają się ze złożeniami i z ich układu wynika, że materiał długo leżał złożony. Po tej stronie, na brzegu, jest częściowo przerwany, tak jakby tu były dwie pętelki albo sznurowadła, na których wisiał albo... był do czegoś przymocowany.
- Tak jak żagiel?
- Możliwe. Ale żagle zwykle mają otwory z góry na dół, tam gdzie przechodzą liny, dzięki którym mogą się rozwinąć. Ta tkanina wygląda bardziej na flagę. Bardzo dużą, ale jednak flagę.
Cecile podaje Mistral kolorową grafikę.
- W osnowie tkaniny Sophie odkryła duże stężenie sody. To znaczy soli.
- Tak jakby długo była wystawiona na działanie wody morskiej?
- Dokładnie.
Mistral i jej matka wymieniają długie spojrzenie.
Potem Cecile kontynuuje: - Jednak to jeszcze nie najciekawsza rzecz, jaką odkryła Sophie. Najciekawsze, co nam umknęło, to to, że tuż nad tymi naddarciami materiał jest zdobiony prawie niewidoczną złotą osnową.
- Złotą osnową?
Trzecie zdjęcie.
- Spójrz tu i tu. A teraz tu. Po tej stronie materiału kilka złotych nitek jest przeplecionych bawełną i jedwabiem. Od góry do dołu po tej stronie, jakby w linii. Zebrane po drugiej stronie. Tworzą koła, niektóre pełne, inne urwane.
Teraz, na powiększonych zdjęciach Mistral dobrze je widzi. Maleńkie osnowy nici tworzą jakby profil po lewej stronie, u dołu żagla, i serię małych rysunków po drugiej stronie, albo...
- To są litery? - pyta, przesuwając palcem po zdjęciach.
Cecile przytakuje. - Wydaje mi się, że tak. Jednak litery całkiem niezrozumiałe.
Bierze ilustrowaną księgę i kartkuje ją, kładąc przed Mistral kilka tablic z ideogramami chińskimi. - Nie przypominają tych... - przekłada szybko strony, wracając do pisma klinowego Asyryjczyków - ani tych. Przypominają jakby coś pośredniego.
- Musimy koniecznie powiedzieć o tym reszcie - mruczy Mistral.
- Poczekaj, to jeszcze nie wszystko - mówi Cecile, zamykając księgę. - Sophie przeprowadziła jeszcze jedno badanie, nawet trochę nazbyt się narażając. Na szczęście nikt się nie zorientował. Poddała żagiel spektroskopii w odbitym świetle i promieniowaniu X oraz szybkiej termografii. To są badania, które zwykle przeprowadza się, żeby ocenić zdolność przepuszczania wody przez nowe tkaniny, bo ujawniają plamy potu, wody, krwi, pozostałości pigmentu i tego typu rzeczy. Cóż, Sophie pewnie nie spodziewała się takiego wyniku...
- Jakiego wyniku?
Ostatnie zdjęcie z przyklejoną karteczką z wyjaśnieniem: pośrodku żagla jest ślad pozostawiony prawdopodobnie przez utlenienie bezwodne celulozy powierzchniowych włókien bawełny. Mistral wydaje okrzyk przerażenia. Pośrodku tkaniny widnieje ślad olbrzymiego węża o kwadratowej głowie, czterech nogach i długości przynajmniej trzech metrów.
- I co o tym myślisz?
- Jak to możliwe, że jest tam odciśnięty? - zastanawia się Mistral.
- Nad tym samym zastanawia się Sophie: to nie może być posąg, bo posągi nie oddychają. A jeśli to nie jest posąg...
"To jest smok" myśli Mistral.
Ale nie ma odwagi powiedzieć tego głośno.
Elektra budzi się w środku nocy. Serce wali jej jak młotem.
W sypialni jest ciemno i cicho.
Wierci się w pościeli, wtula twarz w poduszkę. Co jej się śniło? Nie pamięta. Jakieś pomieszane obrazy. Była tam Mistral. I był Harvey. Siedzieli na tylnym siedzeniu samochodu o przyciemnianych szybach. Wokół nich miasto jakby całe ze świateł. Niezrozumiałe miejsce, w którym kamienice i drapacze chmur wydawały się płynne. Jakby z wody.
Elektra prostuje się w łóżku, czując tępy ból w plecach. Napięcie. Zbiera się w niej napięcie, którego nie może w żaden sposób rozładować.
Znów przewraca się w łóżku. I znowu. Wciąż ma otwarte oczy.
Stara się myśleć o czymś przyjemnym. Na przykład o Harveyu. Ale im bardziej się skupia, tym trudniej jej odtworzyć przed oczami rysy chłopaka.
"Winda" myśli, nadstawiając nagle uszu. "Kto o tej porze jeździ windą?"
Elektra przeciera oczy, próbując sobie przypomnieć: weszła do pokoju ciotki, a zaraz potem poszła spać, nie oglądając już telewizji ani nie czytając lektury szkolnej, którą powinna przeczytać w czasie wakacji. Szuka budzika.
Trzecia nad ranem. Niemożliwe. O tej godzinie wszyscy śpią. I rzeczywiście, znów cisza. Musiało jej się coś przyśnić.
A jednak znów to słyszy: odległy świst przeciwwagi, która rusza, by winda mogła jechać. Elektra nasłuchuje uważnie. Ktokolwiek korzysta z windy o trzeciej nad ranem, zjeżdża do jadalni. Spóźniony gość? Ojciec wiedziony atakiem głodu? Czy ciotka Irene, która gorzej się poczuła?
Elektra wyślizguje się z łóżka, szuka skarpetek w fioletowe paski, które nosi zamiast kapci, uchyla delikatnie drzwi sypialni i widząc słabe światło w głębi korytarza, przebiega go w mgnieniu oka. Jej nocna koszula przemyka niczym cień na tle okratowanych okien wychodzących na podwórze.
Wrr...
Wrr...
Hotel pełen jest szumów i hałasów, jakie wydają stare domy. W meblach czerwy, które uciekły przed dzikimi dezynfekcjami ciotki Lindy, osiadające drewniane belki, podłogi skrzypiące bez powodu. Stare rzeczy uwielbiają dawać znak, że jeszcze żyją.
Doszedłszy do jadalni, Elektra chowa się za wielkim kredensem, który ciotka Linda przyozdabiała białymi serwetami i wypełniała ciastami i innymi pysznymi potrawami, a który teraz jest jedynie czarnym meblem o groźnym wyglądzie. Udaje jej się zobaczyć w ostatnim momencie smugę białego światła wpadającego do jadalni przez drzwi windy z kutego żelaza. Po chwili mała kabina znika. Ponieważ jadalnia znajduje się na parterze, winda mogła pojechać tylko na górę. Do pokojów.
Elektra przechodzi jednak przez jadalnię i dociera do schodów. Patrzy w górę. Obok niej jest lada recepcji i drzwiczki składziku, zasłonięte przez kilka roślin. Nie słysząc kroków w korytarzu, dziewczyna pokonuje kilka schodków, by lepiej się przysłuchać. Jednak mimo wysiłków nie słyszy zwykłego zgrzytu otwierających się i zamykających drzwi z kutego żelaza ani szczęku kluczy w zamku.
Zauważa, że winda nie zatrzymała się na pierwszym piętrze. Ani na drugim.
"Niemożliwe" myśli Elektra, stojąc w mroku. "Nie mogła przecież się rozpłynąć."
A jednak w korytarzu na drugim piętrze panuje całkowita ciemność, w której słychać jedynie miarowe chrapanie gościa z Niemiec.
Elektra wraca pospiesznie do jadalni. Ale tu również nie ma śladu windy.
A "Domus Quintilia" nie ma więcej pięter. Ani wyżej, ani pod spodem.
"Ciemność i nerwy płatają mi brzydkiego figla" mówi Elektra do siebie. "Winda jest, tylko ja jej nie widzę."
A jednak...
Już chce sprawdzić piętra jeszcze raz, ale się powstrzymuje. Idzie obok kredensu z zamiarem powrotu do sypialni i spania dalej, ale w połowie korytarza zatrzymuje się.
Nie wierzy własnym oczom.
Wpatruje się przed siebie, w uchylone drzwi swojej sypialni, ale kątem oka zauważa coś niezwykłego za oknem. Coś bardzo dziwnego.
W studni pośrodku podwórza zapaliło się światło.
Znalazłszy się na terminalu międzynarodowym nowojorskiego lotniska, Harvey szuka swojego stanowiska. Numer czternaście. Staje w kolejce, podaje dokumenty do sprawdzenia i oddaje walizkę na kółkach. Jako bagaż podręczny zatrzymuje tylko plecak z książką i nieotwarte dokumenty, które polecił mu przywieźć ojciec. Oddaje plecak do prześwietlenia przed salą oczekiwania. Ubrany w dżinsy, podwójną koszulkę i wełniany sweter chłopak jest kilkakrotnie sprawdzany. Musi zdjąć buty i dać je osobno do prześwietlenia.
Wzdycha. Sprawdza, czy w kosmetyczce jest szczoteczka do zębów.
"Jak dotąd, wszystko w porządku" myśli, zatrzymując się, by zawiązać sznurówki.
Czekając na wejście do samolotu, ogląda przez szybę pasy do lądowania, które przyjmują samoloty z całego świata. Próbuje zgadnąć, który będzie jego. Potem znajduje wygodny fotel w poczekalni i wysyła do Shenga wiadomość, uprzedzając go, że za osiem godzin wyląduje na lotnisku w Szanghaju. Wysyła też wiadomość do Elektry i, po chwili wahania, również do Mistral.
Swoim przyjaciołom nie pisze o swoich prawdziwych zamiarach. Tylko tyle, że po wylądowaniu jedzie prosto do ojca, a potem spotka się z nimi, żeby... coś wymyślić.
Harvey nie jest pewien, czy podjął najlepszą decyzję, ale jest zadowolony, że coś postanowił. To był wybór trudny, ciężki, ale przyzwyczaił się już żyć z odpowiedzialnością, jaką musi ponosić, robiąc rzeczy trudne. Nauczył się akceptować swoje niezwykłe cechy, które sprawiają, że różni się od rówieśników. żaden inny chłopak nie może usłyszeć głosu mówiącej do niego Ziemi ani sprawić, by roślina w mgnieniu oka zakwitła mu w dłoni.
Głos dobiegający z głośnika i ludzie tworzący długą kolejkę to znak, że zaraz będą wsiadali na pokład. Harvey posłusznie staje w kolejce, podaje bilet i paszport, postępuje zgodnie ze wskazówkami obsługi, bierze ze sterty darmowych gazet New York Timesa, szuka miejsca oznaczonego numerem 14E i siada. Wkłada plecak pod fotel, by móc bez problemu wyjąć książkę w czasie lotu, sprawdza, czy któreś z przyjaciół odpowiedziało na sms i wyłącza telefon. Zapina pasy i otwiera gazetę, przeskakując wszystkie artykuły o polityce. Szybko kartkuje strony, tak jak ogląda się komiks czytany już wiele razy albo czasopismo kobiece u męskiego fryzjera.
- Przepraszam...
Harvey opuszcza gazetę. Kobieta wyglądająca jak żywcem wyjęta z kreskówki, niczym dziwaczna nauczycielka, próbuje przejść obok niego. Chłopak odpina pas, wstaje i z uśmiechem przepuszcza kobietę. Potem znów otwiera gazetę. Kobieta zaczyna majstrować przy pasie bezpieczeństwa.
- O rany - mówi Harvey, wzbudzając zainteresowanie sąsiadki.
Informacja jest lakoniczna, tylko kilka linijek. Bronx. Pożar sali treningowej.
Harvey momentalnie czyta cały artykuł.
- O rany - powtarza na końcu, mając już pewność, że chodzi o salę treningową Olimpii. Jego salę.
Kobieta siedząca obok patrzy na niego surowo, ale Harvey nie ma czasu na formalności. Wyjmuje telefon z kieszeni i włącza go. Szuka numeru Olimpii i dzwoni.
- Podczas startu trzeba wyłączyć telefon... - zwraca mu uwagę kobieta z miejsca 14F.
Harvey odwraca się w drugą stronę. - Odbierz - mówi, słuchając wolnego sygnału. - No, Olimpia, odbierz.
Trenerka boksu zgłasza się po piątym sygnale, a Harvey może wreszcie odetchnąć.
- To ja, Harvey. Właśnie przeczytałem. Co się stało?
- Harvey! Szukałam cię w domu! Gdzie jesteś?
- W samolocie do Szanghaju. Dopiero co wsiadłem na pokład... Czy może się pani przez chwilę nie ruszać? - protestuje w stronę sąsiadki, która próbuje wstać.
- Musisz uważać! To były te przeklęte dziewczyny - mówi Olimpia.
- Jakie dziewczyny? - pyta Harvey, a po chwili wykrzykuje: - Te z "Lucyfera"? Dziewczyny Nose'a?
Kobieta obok odwraca się, próbując przywołać jedną ze stewardes.
- Dokładnie. Rozlały benzynę w sali i podpaliły. Na szczęście nie było tam wtedy nikogo z trenujących ... - wyjaśnia Olimpia.
- Ale skąd wiesz, że to były one?
- Zadzwoniły do mnie do domu, żeby mnie ostrzec.
Harvey czuje, że huczy mu w głowie: dziewczyny Egona Nose'a, mężczyzny, który prześladował ich w Nowym Jorku. Pana nocnych lokali.
- Nose wyszedł z więzienia, Harvey - kontynuuje Olimpia. - Trzy dni temu. I nie kazał długo na siebie czekać. To było tylko ostrzeżenie. Dla nas i... dla ciebie. Jest ktoś u ciebie w domu?
- Tylko... mama... - szepcze Harvey.
- Ostrzeż ją. I to szybko! Może być w niebezpieczeństwie!
Harvey przerażony kończy rozmowę. Wybiera numer domowy.
- Przepraszam pana... - mówi grzeczny głos nad nim. - Musi pan wyłączyć telefon.
Harvey podnosi wzrok na stewardesę, ale zamyślony nawet jej nie widzi.
Wolny sygnał. Dwa. Trzy.
- Proszę pana - powtarza stewardesa. - Muszę prosić, żeby przerwał pan rozmowę.
Harvey unosi dłoń w geście obrony, potem palec, dając znak, by chwilę zaczekała. To ważne.
Cztery sygnały. Pięć.
Przy szóstym włącza się automatyczna sekretarka. "Dom państwa Millerów. Nie ma nas w tej chwili w domu. Proszę zostawić wiadomość po usłyszeniu..."
Harvey traci telefon. Kobieta siedząca na miejscu 14F szybkim ruchem wyrywa mu go z ręki. - Dosyć, chłopcze!
- Proszę mi natychmiast oddać telefon! To ważne! - protestuje Harvey.
Ale dziwaczna kobieta wyłącza telefon i podaje go stewardesie. - Niech pani go weźmie. Proszę się nie martwić. Jestem nauczycielką matematyki i wiem, jak postępować w takich przypadkach.
Harvey patrzy bezradny. Chciałby coś powiedzieć i odzyskać telefon, ale nie może nic zrobić: siedzi nieruchomo, milcząc jak sparaliżowany. Patrzy jak skrzydła samolotu zaczynają wibrować na pasie startowym.
Egon Nose wyszedł na wolność.
I jest nieźle wkurzony.
Spis treści
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Dedykacja
Epigraf
Fundamenty
1. Dziecko
2. Podróżnik
3. Ślady
4. Winda
5. Wątpliwość
6. Głos
7. Studnia
8. Pasażer
9. Cień
10. Pomieszczenie
11. Kawiarnia
12. Furgonetka
Pierwszy stasimon
13. Pociąg
14. Przyjazd
15. Miller
16. Grand Hyatt
17. Diabeł
18. Wjazd
19. Nietoperz
20. Wezwanie
21. Alfabet
22. Przyjaciel
23. Ucieczka
24. Piętro
25. Dorośli
26. Gonitwa
Drugi stasimon
27. Przebudzenie
28. Biblioteka
29. Gabinet
30. Jezuita
31. Samochód
32. Park
33. Zakładnik
34. Woda
35. Jasnowidzka
36. Smok
37. HiNau
38. Więźniowie
39. Wołanie
40. Tajemnica
41. Statek
42. Pocałunek
43. Przyjęcie
Epilog
Century. Aqua
Pierdomenico Baccalario
Iacopo Bruno
W serii Century