Century. (Tom 3). Miasto Wiatru - Pierdomenico Baccalario

Reflow text when sidebars are open.
Paryskie lotnisko jest pełne światła. Wielkie witryny portu lotniczego im. Charlesa de Gaulle'a wychodzą na pasy lądowania i długie wewnętrzne korytarze.
Odbierając bagaże, można zobaczyć oczekujących po drugiej stronie.
Harvey dochodzi do czarnej, plastykowej taśmy, podążając za pasażerami z jego lotu. Ziewa i przeciąga się, zmęczony godzinami spędzonymi na siedzeniu i oglądaniu filmów na telewizorze wbudowanym w oparcie siedzenia przed nim. Wybrał wersję francuską z podpisami w języku angielskim, licząc na to, że podciągnie język.
Taśma z bagażami rusza. Wśród pasażerów, których większość stanowią rodziny na wakacjach i otyli staruszkowie w dresach, miga hawajska koszula i spodnie z tysiącem kieszeni Ermete De Panfilisa, utykającego i przecierającego zaspane oczy. Przy okazji powrotu na stary kontynent właściciel Królestwa Kości kupił sobie w strefie bezcłowej ekstrawaganckie okulary przeciwsłoneczne w deseń skorupy żółwia, które teraz błyszczą na głowie prawie całkowicie pozbawionej włosów. Pasują do plecaka ze sztucznej skóry imitującej skórę krokodyla, jak mówi jego właściciel - nie do zgubienia, kupionego na wyprzedaży u Macy's. W plecaku Ermete niesie zawinięte w gazety Kamienną Gwiazdę i swojego bączka. Harvey ma drugiego bączka w kieszeni.
Harvey i Ermete nie pozdrawiają się. Dla bezpieczeństwa udają, że się nie znają.
Kiedy taśma zostaje opróżniona z bagaży, z głośnika dobiega głos, informujący o czymś po francusku. Tylko rumiany mężczyzna z pomarańczowym plastykowym daszkiem na głowie i olbrzymim przewodnikiem turystycznym potrafi to przetłumaczyć, ku wielkiej radości swoich trzech córek. Jeśli Harvey dobrze pamięta, siedziały obok Ermete i ani na chwilę nie zamknęły im się buzie. Dziewczynki w podskokach kierują się do drugiej taśmy z bagażami, nad którą w chwilę później pojawia się nazwa ich lotu. Otwór zaczyna wypluwać pierwsze walizki.
Harvey patrzy przez szybę, próbując zlokalizować przyjaciółkę swojego ojca. Kto to może być? Wysoka kobieta, która wygląda jakby miała na sobie kwiecisty klosz? A może dziewczyna żująca różową gumę? A jeśli to staruszka, która wózkiem bagażowym przycisnęła do ściany pracownika obsługi? Wesoły okrzyk dziewczynek sprawia, że Harvey koncentruje się znów na taśmie z bagażami, gdzie te trzy walczą z walizką wielką jak one same, która prawie porywa je ze sobą. Za chwilę nadjeżdża walizka Harveya.
Po raz pierwszy prawie nie musi czekać.
"Vive la France" myśli sobie.
Bierze walizkę tak, żeby Ermete go widział, potem odwraca się plecami do taśmy, Ermete i trzech rozkrzyczanych dziewczynek i odchodzi w stronę wyjścia, ciągnąc za sobą bagaż. Szklane drzwi otwierają się z sapnięciem.
- Pan Miller? - pyta po kilku chwilach męski głos. Należy do wysokiego, chudego, ciemnoskórego chłopaka w białej koszuli i czarnym krawacie.
- To ja.
Za jego plecami szklane drzwi otwierają się i zamykają.
- Proszę za mną. Mademoiselle Cybel czeka na pana.
- Mademoiselle Cybel? - uśmiecha się Harvey. - Obawiam się, że to pomyłka. Nie znam nikogo o takim nazwisku...
Z kieszeni chłopaka nagle błyska nóż i w mgnieniu oka Harvey czuje go na swoich łopatkach. - Nie. To nie pomyłka, panie Miller. Proszę nic nie mówić i iść za mną.
Stojący nadal po stronie taśmy Ermete nie wierzy własnym oczom. Kim do licha jest ten ciemnoskóry chłopak? I dlaczego wyprowadza Harveya idąc tuż za nim?
Harvey otwiera i zaciska pięść prawej dłoni. Trzy razy szybko, trzy razy wolno, trzy razy szybko.
Alfabet Morse'a. S.O.S.
Nie ma czasu do stracenia. Ermete, utykając, wychodzi z terminalu przylotów międzynarodowych, zapominając o swoich walizkach.
- No i znowu... - mamrocze, nie spuszczając tych dwóch z oczu. - Jeszcze nie wyszedłem z lotniska, a ktoś już próbuje porwania.
Po przejściu strefy klimatyzowanej, za wyjściem nr 20, inżynier wchodzi jak do pieca. Hawajska koszula przykleja mu się do pleców niczym druga skóra.
Ciemnoskóry chłopak przeprowadził Harveya przez dwa pasy asfaltu i teraz kieruje go w stronę citroena o przyciemnionych szybach i krokodylej masce.
Ermete mamrocze coś przez zęby. Jeśli wsiądą do samochodu, to koniec.
Rozgląda się. Niedaleko jest postój taksówek i kolejka czekających. Szybki zwrot i inżynier kieruje się w stronę postoju. Rzut oka za siebie: Harvey zostaje wepchnięty do auta.
Ermete zaczyna biec. Mija kolejkę, co wzbudza protesty czekających.
- Przepraszam! Przepraszam! Nagły wypadek!
- Les Italiens! - krzyczy ktoś, tak jakby to było wytłumaczenie.
Ermete wciska się pomiędzy taksówkę a kobietę, odsuwając ją delikatnym uderzeniem plecaka. - Przepraszam! - krzyczy po raz kolejny.
Wsiada i zamyka za sobą drzwi zanim kobieta zareaguje.
- Proszę jechać za tym samochodem! - krzyczy po włosku do taksówkarza o długich wypomadowanych wąsach. Ten składa gazetę i kładzie na siedzeniu obok. - Pardon?
W tym momencie citroen przejeżdża przed nimi. Ermete wskazuje go palcem i powtarza po angielsku: - PROSZĘ JECHAĆ ZA TYM SAMOCHODEM!
- Mais oui! - wykrzykuje wąsacz, wrzucając pierwszy bieg.
Ermete opada na siedzenie. Kładzie obok plecak ze sztucznej skóry krokodyla.
Dopiero teraz przypomina sobie o bagażach, które samotnie kręcą się na czarnej taśmie na lotnisku.
- Hao! Jeszcze tylko 14 godzin i 49 minut i będziemy na miejscu - mówi Sheng, gdy TGV opuszcza stację Roma Termini.
Ze swoim nieodłącznym optymizmem tkwi przez kilka minut przy wyświetlaczu zegara. Potem wraca do swoich towarzyszy w kuszetce - Elektry i Fernanda Melodiów.
- Głupota... - komentuje tata Elektry, układając swoje rzeczy na stoliku.
- Pierwszy raz jadę pociągiem, odkąd jestem we Włoszech - wyznaje Sheng.
- Na szczęście nie jest to włoski pociąg - wtrąca Elektra - chociaż oczywiście nie jest wykluczone, że zatrzyma się przed granicą niedaleko Frejus.
Postanowili jechać pociągiem, ponieważ tata Elektry nie miał najmniejszego zamiaru wsiąść na pokład samolotu. Chciał koniecznie podróżować po ziemi.
Poza tym twierdzi, że pociąg sprzyja kreatywności, a to jest mu niezbędne. Zabrał ze sobą całe mnóstwo notesów, długopisów i ołówków oraz książki, z których czerpie inspiracje.
- W jakim punkcie jest powieść? - pyta go Sheng, narażając się na ostre spojrzenie Elektry.
Fernando jakby unika odpowiedzi. - W dobrym. Powie-działbym. W zasadzie... można stwierdzić, że praktycznie skończyłem drugą część.
- Hao! Świetnie.
- Teraz muszę tylko... napisać koniec. No i oczywiście pierwszą część.
Sheng i Elektra patrzą na siebie zaniepokojeni. Chłopak postanawia kontynuować: - Przepraszam, ale... jak napisał pan drugą część bez pierwszej?
Fernando wkłada ołówek do ust. - W tych sprawach nie ma ścisłych reguł. Pisze się to, co człowiekowi przyjdzie do głowy, prawda?
- Słuchaj, Sheng... - wtrąca Elektra kołysana rytmicznym stukotem kół pociągu. - Mój tata jest geniuszem i jak wszyscy geniusze musi móc pracować tak, jak chce.
Wszyscy chichoczą.
Później, gdy są już prawie we Florencji, słychać delikatne pukanie do przedziału. Po chwili ubrany w białą koszulę i czarny krawat konduktor prosi ich o bilety.
- Pierwsza podróż do Paryża? - pyta z uśmiechem, oddając bilety.
- Hao, tak! - potwierdza Sheng.
- Na wakacje?
- Niezupełnie - odpowiada Elektra, czując w środku przy-pływ energii, tej, która zawsze ostrzega ją, gdy w pobliżu jest niebezpieczeństwo.
Konduktor zamyka za sobą drzwi.
Po zrobieniu kilku kroków wybiera numer telefonu i szepcze: - Znalazłem ich w dwunastce. Zawiadom Paryż.
Kiedy wszystko niebezpiecznie się komplikuje, Ermete może być pewien, że skomplikuje się jeszcze bardziej. Telefon, który odebrał tuż po włączeniu komórki, jest tego doskonałym przykładem.
- Posłuchaj, mamo. To naturalne, że się martwisz, ale zapewniam cię, że wylądowałem cały i zdrowy... - mówi, próbując ją uspokoić.
Przytrzymuje telefon ramieniem, jednocześnie odliczając drobne do ręki francuskiego taksówkarza. Ponad 30 kilometrów drogi z lotniska na plac, gdzie się zatrzymali, pochłania jego oszczędności. - Nie jestem zły! Nie. To po prostu nie jest najlepszy moment, żeby o tym mówić.
- C'est bon - mówi w tym momencie taksówkarz, unosząc drugą dłoń. Z brzękiem rzuca garść monet na siedzenie.
Ermete bierze plecak, gramoli się z tylnego siedzenia taksówki i zostaje na ulicy. Nie ma pojęcia, jaka to ulica, ale przed restauracją za rogiem zatrzymał się citroen, do którego wepchnęli Harveya.
- Mamo, posłuchaj... - powtarza Ermete zrezygnowany. - Gdybym ci powiedział, co robię... Robi kilka kroków wzdłuż ściany, próbując wybadać, co się dzieje. Restauracja nazywa się Cybel, Cuisine de Terre. Wszystko napisane wokół profilu kobiety w kapeluszu o kształcie wieży. Ermete idzie dalej przy ścianie, kryjąc się między donicami wielkich roślin wygrzewających się w słońcu.
- Mamo! - powtarza do telefonu. - Jestem... Jak mam ci to wytłumaczyć?
W tym momencie zastyga. W restauracji zobaczył ciemnoskórego chłopaka.
- Przepraszam. Muszę kończyć. - I nie zważając na krzyki matki, wyłącza się.
Z całkowitą obojętnością podchodzi do menu, wystawionego na ulicy w witrynie z kutego żelaza. Przebiega oczami po nazwach dań, napisanych wśród tysiąca zakrętasów, próbując jednocześnie kątem oka zobaczyć, co dzieje się w środku. Wydaje mu się, że po salach ktoś chodzi w tę i z powrotem.
Patrzy na zegarek i zdaje sobie sprawę, że pokazuje on czas nowojorski. W którą stronę przesunąć wskazówki? Do przodu, czy do tyłu? I o ile godzin?
Próbuje kombinować.
Wewnątrz nie ma klientów, więc godzina obiadu musiała minąć już jakiś czas temu, a do kolacji jeszcze daleko. Mogłaby być czwarta. Najdalej piąta.
- Mama? - pyta, dzwoniąc do niej natychmiast. - Która jest godzina? Tak. Która godzina? To chyba jasne, że teraz! Nie za miesiąc...
Następuje dłuższa chwila ciszy. - To oczywiste, że skoro cię pytam, znaczy, że nie wiem. Możesz mi odpowiedzieć, czy mam napisać podanie? Nie; zegarek taty zatrzymał się prawie dwadzieścia lat temu. I nie zaczynaj teraz z baterią. Jest zepsuty, jasne?
Chwila oczekiwania.
- OK, 4.44, dzięki - rozłącza się. Przychodzi mu do głowy, że to palindrom. Nigdy nie potrafi być obojętnym wobec takich zbiegów okoliczności.
Do restauracji wchodzi dwóch innych chłopaków w czarnych krawatach.
- OK - mamrocze Ermete, oddalając się od menu, żeby chwilę pomyśleć w bezpiecznym miejscu. - Co robić?
Próbuje jeszcze raz wszystko sobie ułożyć. Zabrali Harveya. A Harvey ma ze sobą... bączka i telefon...
Wybiera numer chłopaka. Wyłączony. Potem zdaje sobie sprawę, że w ten sposób włączył funkcję identyfikacji numeru, dzięki czemu ten, kto porwał Harveya, pozna i jego numer.
- Zastanów się, Ermete - mówi do siebie, krążąc wokół budynku. - Powinieneś już wiedzieć, co się robi w takiej sytuacji. W końcu już trzeci raz porywają kogoś z nas.
Pierwszy raz to była Mistral, drugi raz on sam. Na samo wspomnienie bolą go wszystkie kości.
- Gdzie ja u licha jestem? - zastanawia się.
To dzielnica małych, czystych domów i brukowanych uliczek, które wydają się krążyć wokół siebie samych. Przypomina sobie, że przejechał Sekwanę. Restauracja leży niedaleko placu i większej ulicy. Słońce niemiłosiernie praży, wokół żadnego cienia, a odpływ jedynej fontanny, bez wody, jest zatkany piórami gołębi. Na tabliczce na rogu dwóch ulic widnieje napis: Rue Galande.
Ermete zauważa mały algierski bar po drugiej stronie placu. W dobrym miejscu, żeby obserwować restaurację.
Na zewnątrz stoi plastykowy stolik przykryty żółtą ceratą. Na nim karta z wyborem lodów o nieprawdopodobnych kształtach i urządzenie do odstraszania komarów, działające nawet o tej godzinie. Ermete siada na jednym z dwóch krzeseł znajdujących się obok stolika.
Po kilku minutach Arab z łańcuchem metalowych czaszek na szyi krzyczy coś z wnętrza lokalu.
Ermete daje znak, że nie rozumie po francusku.
Za drugim razem Arab odzywa się już po włosku: - Nie ma obsługi kelnerskiej przy stolikach.
Przez chwilę Ermete chce odpalić ironicznie: "przy jakich stolikach?". Jednak metalowa bransoleta Araba i muskuły widoczne pod koszulką przekonują go, żeby tego nie robić.
Wchodzi do środka, gdzie panuje saharyjska temperatura. Lody się skończyły. Mają jedynie kebab z baraniny.
- Jeden kebab... i piwo z lodem - zamawiając, inżynier cały czas zerka w stronę restauracji.
- Nie mamy...
- Trudno. W takim razie piwo bez lodu.
- Nie mamy piwa - kończy Arab. - Tylko kefir.
- Pięknie - prycha Ermete. - Niech będzie kefir.
Już ma wyjść, gdy Arab dodaje: - Najpierw płacimy.
"Bez sensu" myśli Harvey. "Wszystko to jest bez sensu."
Winda, do której został wepchnięty siłą, zatrzymuje się i otwiera, ukazując ciemne, wilgotne i parne pomieszczenie. To przygnębiające miejsce wygląda jak ogród. Z sufitu zwisają kaskady liści, wszędzie trzeba przeskakiwać korzenie. Całą podłogę pokrywa dywan z prawdziwej trawy. Wzdłuż ścian są ustawione orchidee o różnych barwach i dziwne rośliny w kształcie fajki. Na łupkowym podeście, opartym na dwóch surowych magmowych kamieniach, stoi tuzin olbrzymich roślin o mięsistych, błyszczących liściach. Jest również kobieta ubrana w jedwabną tunikę.
Właścicielka tego pełnego roślin pomieszczenia jest olbrzymia, ma zdeformowaną szyję, w której fałdach kryje się okazały sznur szarych pereł. Jej wytrzeszczone, rozmyte oczy wyglądają, jakby rozpływały się po policzkach. Kąciki krwistoczerwonych ust opadają. Nagie ramiona pokrywa sflaczała skóra, która faluje przy każdym ruchu, jakby pozbawiona konsystencji. Cała jest warstwami skóry, jedna na drugiej.
Wrzuca wielkiego termita do środka rośliny w kształcie fajki. Gdy tylko dostaje owada, mięsożerna roślina zamyka swój otwór zieloną pokrywą.
- Hopla! - wykrzykuje zadowolona kobieta. Zauważywszy Harveya pozdrawia go swoim potwornie kanciastym angielskim: - Na Dianę! Wreszcie przyjechał pan Miller junior. Pan Miller junior.
Harvey przebył 35 km z lotniska tutaj, mając nadzieję na porozumienie się z chłopakiem w czarnym krawacie, który teraz stoi za jego plecami. Czemu go porwał? żeby poznał tego starego wieloryba?
"Kimkolwiek są te osoby, popełniły straszną pomyłkę." - Ładnie tu - mówi z przekąsem.
Kobieta robi gest ręką i momentalnie chłopak w czarnym krawacie znika, niczym połknięty przez roślinny płaszcz i pnące bluszcze, pokrywające ścianę.
- Naprawdę? Podoba ci się? - świergocze kobieta, mimo że jej głos jest twardy. - I pomyśleć, że niczego jeszcze nie widziałeś. Niczego jeszcze nie widziałeś.
Kątem oka Harvey zauważa ruch wśród liści i trawy pokrywającej podłogę. Niepokoi go to. Czyżby tu były zwierzęta?
Kobieta porusza się szeleszcząc tuniką. Staje za łupkowym stołem.
- Utrzymanie tego małego tropikalnego ekosystemu w centrum Paryża jest takie pracochłonne... - kontynuuje. - Muszę przyznać, że masz rację. Masz rację. Ładnie tu. Bardzo ładnie. Ale...
- Pani wie, kim jestem - przerywa jej niegrzecznie Harvey - a ja nie mam przyjemności pani znać. Nie wiem też, dlaczego...
- ...u licha. Powiedz to: dlaczego u licha, co? - podpuszcza go kobieta.
- ...dlaczego u licha mnie tu przyprowadziliście? - wyrzuca z siebie Harvey.
Ona rozpościera ramiona. - Ależ po to, byś mógł osobiście zobaczyć Maison Secr?te mademoiselle Cybel! Maison Secr?te mademoiselle Cybel! - wykrzykuje dwukrotnie, a podbródek podskakuje jej niczym galareta. - Wiesz, ile osób prosiło mnie, żebym pokazała im moje sekretne królestwo? Gdybyś wiedział... Zrobiliby wszystko, żeby zobaczyć moją sekretną kolekcję Nepenthes albomarginata... - mówiąc to wskazuje dzbaneczniki białobrzegie, mięsożerne rośliny w kształcie fajki, które żywią się termitami. - Albo moje słodkie, przyjazne rosiczki... słodkie, przyjazne rosiczki. - W tym momencie rzuca garść mrówek na olbrzymie rośliny, stojące na stole. Lepkie liście sklejają się. Mrówki zostają uwięzione. Przyklejają się, bezcelowo ruszając odnóżami.
Harvey patrzy w drugą stronę. Paraliżuje go widok czarnego pająka wielkości pięści, który nurkuje szybko pod liśćmi. Rzuca okiem na swoje stopy tkwiące w wilgotnej trawie, ciesząc się w duchu, że ma na sobie sportowe buty.
- Mademoiselle Cybel... - wzdycha Harvey. - Naprawdę się cieszę, że zobaczyłem pani zielony pokój, czy jak to się tam nazywa, ale teraz, jeśli pani pozwoli...
- Trudno, żebym pozwoliła - mówi szyderczo kobieta. - Trudno, żebym pozwoliła. Bardzo trudno.
Schyla się za kryształowy stół z hałasem podobnym do tego, jaki wydaje hipopotam w błotnej kałuży, i wyciąga stamtąd białą myszkę, trzymając ją za ogon.
- Gdzie jest Marcel? Gdzie on jest? - zastanawia się, rozglądając wokół. - O, jest! - wykrzykuje po kilku rzutach swoimi wielkimi rozmytymi oczami. - Nie ruszaj się, panie Millerze juniorze. Marcel jest koło twojej nogi. Dokładnie koło twojej nogi.
Czymkolwiek jest Marcel, Harvey staje nieruchomo, niczym słup soli. Mademoiselle Cybel rzuca myszkę, a to, co wydawało się Harveyowi korzeniem, okazuje się wężem, który otwiera paszczę, pożera mysz i znika w trawie.
- Moja malutka anakonda - wyjaśnia mademoiselle Cybel z uśmiechem, wyglądającym niczym zapora z zębów. Potem dodaje: - Zbladłeś, panie Millerze juniorze. Bardzo zbladłeś. Podróż była męcząca? Brzydzisz się zwierząt?
Harvey ogranicza się do zaciśnięcia pięści i myślenia o tym, jak się stąd wydostać. Kobieta podchodzi do niego, szeleszcząc jedwabiem.
- Na Dianę!!! To naturalne w przypadku miastowego chłopaka. Co ty możesz wiedzieć o tym, jak funkcjonuje świat poza tym, co czytasz w gazetach i oglądasz w telewizji? Zabawne. Bardzo zabawne. Też dlatego, że... - mademoiselle Cybel przechodzi obok Harveya, kierując się do drzwi częściowo zakrytych bluszczem. - Ja rządzę gazetami i telewizją!
Chwyta za klamkę drzwi i ogląda się za siebie. - Idziesz ze mną, panie Millerze juniorze? Czy wolisz zostać w towarzystwie Marcela? Kiedy je, niestety, niewiele mówi.
Harvey postanawia iść za nią.
- Powiedziano mi o tobie bardzo ważne rzeczy. Bardzo ważne rzeczy - mówi mademoiselle w kolejnym pomieszczeniu.
- Na przykład? - Harveyowi wydaje się, że to pomieszczenie jest bardziej normalne - białe ściany, stół i kryształowa podłoga.
- Na przykład to, że jesteś bardzo odważny. Bardzo odważny.
Mademoiselle siada za biurkiem. Przez duże okno wychodzące na plac wpadają promienie białego światła. Na ścianach wiszą tysiące małych ekranów z pojawiającymi się wizerunkami ludzi i mnóstwo zielonych i czerwonych lampek.
Harvey robi tylko jeden krok. Potem staje jak wryty.
- Odwagi - zachęca mademoiselle Cybel zza biurka. - Odwagi. Nie gryzą. To tylko akwarium.
Harvey potrząsa z niedowierzaniem głową. Pod kryształową podłogą pływają dziesiątki piranii, które uderzają o szkło, chcąc ugryźć Harveya w nogi.
- Pani jest nienormalna.
- Być może - przyznaje kobieta. - I co z tego?
- Moi przyjaciele będą mnie szukać - mówi Harvey, próbując ignorować szalony taniec ryb pod swoimi stopami.
- Jesteś tego taki pewien? Paryż to Paryż! Jeśli ktoś chce zniknąć, to tutaj z łatwością mu się to uda. Jak to się dzisiaj nazywa? Aha, tak: ochrona danych osobowych. My, Francuzi jesteśmy bardzo przywiązani do naszej... prywatności. A poza tym, kto niby miałby cię szukać? Twoi rodzice z Nowego Jorku? Twoi przyjaciele z Rzymu?
- Skąd pani...? - prycha Harvey.
Maślana twarz kobiety wykonuje szereg grymasów, a jej oczy stają się rozbiegane. - Tak, tak! Mów dalej, mów dalej! Na Dianę! Skąd pani to wie? Bo o to chciałeś zapytać, prawda? O to? To proste. Ja mam wiadomości! Wszystkie wiadomości! Zastanawiałeś się kiedyś, jak powstaje gazeta? A transmisje telewizyjne? Kto dostarcza... faktów do opisania?
- Dziennikarze - odpowiada Harvey.
- Dziennikarze! Fiu, fiu! - kobieta z trudem powstrzymuje kolejny wybuch śmiechu. Przeciąga ręką po fałdach szyi, żeby wydobyć sznur pereł. - Jesteś jeszcze bardzo mały, chłopczyku. Bardzo, bardzo mały.
- Dlaczego? Ja zostanę dziennikarzem.
- Wspaniale! Wspaniale! - klaszcze mademoiselle Cybel. Jej dłonie uderzają jedna o drugą niczym płetwy wieloryba. - Więc może będziemy pracować razem! Będziesz mnie potrzebował.
Wskazuje tysiące ekranów zawieszonych na ścianach, zielone i czerwone lampki i biegnące napisy, podobne do tych, które pokazują notowania akcji na giełdzie.
- Nnie rozumiem - jąka się Harvey.
- A jakże byś mógł? To moi osobiści łowcy faktów! - Pod palcami kobiety pojawia się klawiatura komputera. - Mam znaleźć amerykańskiego chłopaka o nazwisku Miller, lecącego lotem międzynarodowym z Nowego Jorku do Paryża? Klik, klik. Zawiadamiam moje hostessy sms-em, klik. I gdy tylko postawisz stopę na pokładzie jakiegokolwiek samolotu, klik, ja o tym wiem. Mam znaleźć 14- - 15-letnią dziewczynę, która przyjedzie z Rzymu, prawdopodobnie w towarzystwie chińskiego przyjaciela? Klik, klik. Czym będzie jechała? Samochodem? Sms do moich przyjaciół w tunelu św. Bernarda, pod Mont Blanc i we Frejus. I na wszelki wypadek jeden sms na podwójną granicę w Ventimiglia. Klik, klik. A jeśli przyjedzie pociągiem? O, na Dianę! Szybko wysyłamy wiadomość do obsługi TGV. Możecie rzucić okiem, sprawdzając bilety? Wspaniale! Jest odpowiedź! Wagon dwunasty, wsiedli w Rzymie, dziewczyna, Chińczyk i dorosły mężczyzna. Gotowe!
Mademoiselle Cybel mówi dalej nieubłaganie, włączając i wyłączając zielone i czerwone światełka: - Chcesz wiedzieć, co się dzieje na świecie? Więc zapytaj kelnerów, woźnych, taksówkarzy, sprzedawczynie w sklepach, hostessy, personel obsługowy, konduktorów, marynarzy z promów, barmanów, muzyków w lokalach, dozorców. Wystarczy trochę drobnych, a każdy z nich będzie mógł dołączyć do swojej chudziutkiej pensji premię. A kto to wszystko zorganizował? No kto? - kobieta wychyla się przez stół tak, że jej podwójna broda faluje niczym obwisły żagiel galeonu. - Mademoiselle Cybel i jej plotkarska sieć. Mademoiselle Cybel!
Harvey nie wierzy własnym uszom. Siatka szpiegowska, składająca się ze zwyczajnych ludzi, całkowicie poza podejrzeniem. Ogromna i rozgałęziona. Od której nie można uciec. - Ależ to potworne.
- Nie wszyscy tak uważają. Nie wszyscy - odpowiada mu mademoiselle Cybel, zatapiając się w fotelu. - Ci, którzy się do mnie zwracają, czyli większość osób, które chcą znać bieżące plotki i wiedzieć, co się dzieje w mieście... bardzo cenią skuteczność moich łowców faktów.
- To wyjaśnia, dlaczego tu jestem.
- Dokładnie. Dokładnie! - wykrzykuje kobieta.
- Kto się do pani zwrócił?
- To już jest tajemnica zawodowa, panie Millerze juniorze! Tajemnica zawodowa! Chociaż sądzę, że bardzo łatwo się domyślisz.
- Niech zgadnę: mężczyzna bez twarzy, który mieszka w Szanghaju.
- Dokładnie. Dokładnie!
- Czego ode mnie chcecie?
Mademoiselle otwiera i zamyka szufladę. - Pięć bączków, drewniane pudełko i cokolwiek możesz mieć. Albo będziesz musiał powiedzieć, kto je ma: Elektra, Mistral czy wasz chiński przyjaciel, którego imienia nie znam.
- Dżingis Chan - mówi Harvey, błogosławiąc w myślach pomylone listy rezerwacji w hotelu "Domus Quintilia" i przezorność ostatnich miesięcy. Wygląda na to, że oni nie wiedzą jeszcze jak się nazywa Sheng i nie uważają Ermete za członka grupy.
- Bardzo zabawne. Naprawdę bardzo zabawne! - "gdacze" mademoiselle Cybel. - Powiem to mojemu zleceniodawcy. A teraz, panie Millerze juniorze, byłbyś łaskaw opróżnić kieszenie? Mój chłopak już sprawdził twój bagaż, ale poza twoimi białymi, okropnymi skarpetami frotté nie znaleźliśmy nic z tego, czego szukamy. Białe skarpety frotté! I wy Amerykanie chcecie dominować nad światem!
Drewniany bączek, schowany w kieszeni dżinsów, staje się nagle niezwykle ciężki. - Nawet gdybym coś miał, dlaczego miałbym ci to dać?
- Ponieważ masz tylko dwa wyjścia, panie Millerze juniorze. Tylko dwa wyjścia - odpowiada mademoiselle Cybel, odkładając kartkę do szuflady. - Pierwsze to współpracować ze mną i cieszyć się kolejnymi dniami paryskiego lata. Paryskiego lata.
- A drugie?
- Drugie to nie współpracować... - mademoiselle Cybel tupie nogą - i zabawić się w akwarium z moimi tropikalnymi rybkami.
Stuk, stuk, stuk, uderzają piranie pod stopami Harveya.
Ciszę rue de l'Abreuvoir przerywa przenikliwy dzwonek telefonu. Przestraszona Mistral aż podskakuje. Leżała na łóżku na brzuchu, całkowicie pogrążona w lekturze sekretnej księgi zwierząt. Wykonuje piruet nad łóżkiem, niczym artystka sportowa, i wyciąga szczupłe ramię, żeby chwycić słuchawkę. To Ermete.
- Jak dobrze! - wykrzykuje dziewczyna z tym uroczym paryskim akcentem. - Już jesteście! Po chwili jednak uśmiech zamiera jej na ustach.
Dźwięki dobiegające z telefonu drapią uszy niczym kreda po tablicy. Gdy Ermete opowiada, co się stało, Mistral natychmiast przypomina sobie Jacoba Mahlera, swoje uwięzienie w rzymskim domu i ucieczkę żółtym minicooperem Beatrice.
- Gdzie jesteś? - pyta.
Otwiera starą szafę z drewna wiśniowego i wyciąga z niej szarą spódnicę w czerwone, białe i czarne grochy. Wskakuje w nią błyskawicznie.
- O cholera! Rue Galande. Tak, wiem, gdzie to jest - mówi. - Trochę mi to zajmie. Nie ruszaj się stamtąd! Nie, jasne. Nikomu nie powiem. Jadę.
Widząc, jak dziewczyna wybiega z bramy, Jacob Mahler, siedzący przy stoliku barowym, znad którego ją obserwował, tylko opuszcza gazetę. Wyjmuje z uszu słuchawki i notuje: rue Galande. Potem sprawdza lokalizację na małej mapie Paryża, kładzie na stoliku magnetofon i przepisuje do notesu numer komórki, z której dzwoniono.
Obok zapisuje imię: Ermete.
Kiwa na kelnera.
- Cr?me de cassis - zamawia spokojnie.
Przez jakiś czas nie będzie innych telefonów.
Ani niczego innego na linii.
- Ej! - krzyczy Sheng, gdy pociąg opuszcza XIX-wieczną stację w Turynie. - Popatrz.
Elektra czyta wiadomość, która przyszła na komórkę przyjaciela.
- Złe wiadomości? - pyta Fernando Melodia, wertując białe kartki. Wkłada ołówek za ucho i, patrząc na krąg Alp na tle brzydkich budynków peryferii, mówi zamyślony: - Góry... mógłbym się ścigać po górskich drogach. Może na motocyklach... Przyjaciele mają wyraz twarzy sfinksa.
- Nic nie mówiłem - mówi Fernando, mnąc kolejną kartkę. - żadnych pościgów w górach.
Pociąg śmiga pod pajęczyną elektrycznych kabli. Elektra zrywa się na równe nogi. - Chcesz coś do picia?
Sheng wychodzi za nią z przedziału. Oboje zachowują się jakby nigdy nic. Odchodzą na bok, wystarczająco daleko od taty Elektry...
- Mają Harveya!
- Czyli już wcześniej go śledzili.
- Nie powinien wyjeżdżać z Nowego Jorku.
- A my nie powinniśmy wyjeżdżać z Rzymu...
- A Mistral nie powinna wychodzić z domu!
- Byliśmy bardzo nieostrożni.
Elektra nie może sobie tego darować. - Powinniśmy to przewidzieć. Nasze ruchy były zbyt czytelne. Wiedzieli, że spotkamy się w tych dniach.
- A niby skąd, przepraszam bardzo?
- Jest 19 czerwca.
- I co z tego?
Drzwi wagonu restauracyjnego otwierają się i zamykają. Stoi tam wiele stolików, jeden obok drugiego, i mały bar, za którym kelnerka próbuje utrzymać równowagę. Za oknami widać pierwsze zbocza gór.
- Pomyśl, Sheng - mówi dalej Elektra. - Poznaliśmy się w Rzymie na sylwestra. Potem widzieliśmy się w Nowym Jorku pod koniec marca.
- 21 marca, w równonoc wiosenną.
- No właśnie. A teraz brakuje dwóch dni do przesilenia letniego.
- I co z tego?
Elektra ma ochotę uderzyć pięścią w bar. - To, że ten przeklęty pociąg musi zawieźć nas jak najszybciej do Paryża. Jak najszybciej! Dlaczego nie polecieliśmy samolotem?
- No, bo twój tata...
- Wiem. Ale świadomość, że Harvey... - Palce Elektry rozsadza energia. - Myślisz, że zrobią mu jakąś krzywdę?
- Oni nie chcą... zrobić nam krzywdy.
- A czego chcą?
- Doskonale wiesz. Chcą przedmiotów, które zostawił nam profesor. I tych, które sami znaleźliśmy.
W palcach Elektry coraz bardziej kipi energia. - Oni nas znają. Tak jak znał nas profesor. - Opiera rękę na barze. W ekspresie do kawy pojawia się płomień, a przerażona kelnerka wydaje krzyk.
Wszyscy troje patrzą na siebie bez ruchu. Elektra powoli zabiera ręce z baru.
- Dwie oranżady - zamawia Sheng z uśmiechem.
Tej nocy przed sześcioma laty na niebie nie jaśnieje ani jedna gwiazda.
Niebo nad Szanghajem przykrywają chmury, z których na ziemię pada gęsty, delikatny deszcz. Mokry całun okrywa światła miasta.
Czarny samochód powoli porusza się w miejskim ruchu. W światłach ulicznych sygnalizatorów przyciemnione szyby pojazdu migoczą tysiącem maleńkich kropel.
Kobieta, siedząca na tylnym siedzeniu obok mężczyzny o siwych włosach, wciąż patrzy na kwiaty. Do wnętrza samochodu nie dochodzi najmniejszy hałas.
- Cieszę się, że miałaś dobrą podróż - mówi mężczyzna o siwych włosach.
Nazywa się Mahler. Jacob Mahler.
- To nie była podróż - odpowiada kobieta. - To moja praca.
Mężczyzna uśmiecha się. - Również dlatego, że trzymiesięczna podróż na pokładzie syberyjskiego lodołamacza nie jest najlepszym sposobem na dotarcie do Szanghaju.
- Właśnie - mówi kobieta, ucinając rozmowę.
Mężczyzna patrzy przez okno w przeciwnym kierunku. Oboje siedzą w milczeniu prawie przez kwadrans.
Potem Jacob Mahler oznajmia: - Jesteśmy na miejscu.
Samochód zatrzymuje się u stóp drapacza chmur. Mahler wysiada pierwszy, obchodzi szybko pojazd, by otworzyć drzwi kobiecie. Idą w gęstej mżawce, przez którą nie widać prawdziwych rozmiarów wieżowca, który jest niczym wielki obelisk z luster i czarnej stali.
Wchodzą do środka.
Dochodzą do windy o drzwiach zdobionych skomplikowanymi hieroglifami.
Wjeżdżają na przedostatnie z sześćdziesięciu czterech pięter.
Mahler wprowadza kobietę do gabinetu, z którego okna roztacza się widok na Szanghaj. Widok, który zapiera dech w piersiach.
W gabinecie znajduje się mężczyzna. Stoi odwrócony plecami, z rękami skrzyżowanymi z tyłu, w nienaturalnej pozycji. Ma na sobie granatowy koreański garnitur, koszulę bez kołnierzyka i lakierki. Słysząc, że przyszli, odwraca się. Jego okulary mają oprawki z czarnego bakelitu.
Nie uśmiecha się.
Nie wyciąga ręki.
Nie wita się.
Gestem wskazuje kobiecie, by usiadła. Jacob Mahler opiera się o ścianę w głębi. Kobieta siada, patrzy w podłogę. Odczekuje chwilę.
- To bardzo proste - zaczyna opowiadać. - Wiem o istnieniu tajemnicy. Długo się zastanawiałam, czy mówić o tym komuś, czy nie. Ale już raz, wiele lat temu, postanowiłam milczeć. I się pomyliłam.
- Wiele lat temu? - pyta mężczyzna w czarnych, bakelitowych okularach. Jego głos jest niezwykle szorstki. - Nie wygląda pani na tak zaawansowaną wiekiem...
- Pozory mylą - odpowiada kobieta. - A ile dałby mi pan lat?
Nawet jeśli w głosie kobiety jest złośliwość, wydaje się, że mężczyzna jej nie zauważa. Odpowiada bez zająknienia. - Czterdzieści.
- Mam ponad dwa razy więcej.
- Zaskakujące. A dlaczego miałbym pani wierzyć?
Spojrzenie mężczyzny jest przepełnione absolutnym chłodem.
- Bo wie pan, że to prawda. Ponieważ mój wiek to część tajemnicy, o której wiem. Kto tak jak ja jej strzeże, ma dar długowieczności.
- Po co?
- żeby móc przekazać tajemnicę temu, kto przyjdzie po nim.
- Pani jedyna zna tę tajemnicę?
- Nie. Jest nas czworo.
- To znaczy?
"Manekin" myśli kobieta. "To jakby rozmawiać z manekinem. Ten człowiek jest kompletnie pozbawiony ludzkich odruchów." Kręci się nerwowo na krześle. - Na tym etapie imiona nie są ważne.
- Może dla pani. Dla mnie jednak są kluczowe.
- Niech więc nas pan nazywa Czterema Mędrcami. Albo lepiej Czterema Magami.
Po raz pierwszy oczy mężczyzny łagodnieją w błysku zimnego zainteresowania. - Wiem, kim są Czterej Magowie. Chce pani, żebym uwierzył, że ma pani aż tyle lat? Dwa tysiące? Trzy?
- Tajemnica ma tyle.
- A ta tajemnica ma jakąś nazwę?
- My nazywamy ją Century. Bo przekazuje się ją co sto lat. Mniej więcej co sto lat. Jest związana z czymś, co powraca.
- Jak komety.
- Dokładnie.
Następuje dłuższa chwila ciszy, przerywanej tylko delikatnymi uderzeniami kropel deszczu o szyby.
- Dlaczego chce mi pani sprzedać tak ważną tajemnicę?
- Bo może ją pan kupić. Jest pan bardzo bogaty. I dlatego, że jest to odpowiedni moment?
- Co to oznacza?
- że nasza czwórka przekaże niedługo tajemnicę czwórce, która przyjdzie po nas.
- I co wtedy, gdy ją przekażecie?
- Będziemy mogli wreszcie umrzeć.
Mężczyzna krzyżuje ręce pod nosem. Niezauważalnie potrząsa głową, jakby chciał odgonić muchę, następnie zsuwa okulary i kładzie je delikatnie przed sobą.
- Dobrze. Słucham panią.
- Mogę o coś zapytać?
- To zależy.
- Czy pana imię jest prawdziwe?
Mężczyzna potrząsa głową, potem pyta: - A pani, Zoe?
Minęło sześć lat.
Maleńkie owady tańczą za oknem. Wzbijają się i opadają powoli, kręcąc spirale i rysując kółka w powietrzu. Są jak garść przecinków wyrzuconych bezładnie za okno.
To pszczoły. Paryskie pszczoły z Montmartre'u. Starej dzielnicy artystów.
Na szóstym piętrze budynku przy rue de l'Abreuvoir, patrząca na taniec pszczół Mistral uśmiecha się. Siedzi z twarzą opartą na dłoniach, z łokciami na parapecie, wpatrzona w ten nieustający ruch w tę i z powrotem. Gniazdo znajduje się tuż pod dachem, w osłonie rynny. Kilka miesięcy temu dom pszczół był prawie niewidoczny: tylko mały, woskowy sześciobok. Ale po powrocie z Nowego Jorku Mistral zauważyła, że urósł, jest już wielkości pojemnika na jajka wstawionego między osłonę rynny a występ ściany.
- Pięćdziesiąt trzy tysiące kilometrów... - szepcze Mistral, podążając wzrokiem za lotem pszczoły zwiadowcy, która znika w uliczce. Tyle kilometrów musi przelecieć pszczoła, żeby wyprodukować kilogram miodu, wysysając nektar z kolejnych kwiatów. Prawdziwe ściganie się z czasem przed zimą.
"Czy wystarczy im kwiatów?" zastanawia się dziewczyna. Na wszelki wypadek zawsze trzyma na parapecie rośliny i świeże kwiaty. Próbowała też wystawić pszczołom otwartą baryłkę miodu, ale nawet nie zwróciły uwagi na produkt konkurencji.
Jest popołudnie.
I tak jak podczas wielu innych popołudni spędzonych na obserwowaniu pszczół, Mistral z przerażeniem myśli o tym, że ktoś mógłby zauważyć ich istnienie i postanowić zniszczyć jednym zamachem szczotki sześć miesięcy pracy dziesięciu tysięcy pszczół. Tak wyszło z jej obliczeń, rysunków i zapisków w notatniku.
Pszczoła o żółtym, grubym korpusiku krąży nad bukietem fiołków. Mistral obserwuje jak owad siada na kwiatku, słyszy jak wibruje, delikatnie potrząsając płatkami kwiatu. Przejęta pięknem tej chwili, bierze ołówek, notatnik i zaczyna rysować. Widzi wyraźnie żółty pyłek między maleńkimi odnóżami. To niesamowite, że w jednym bukiecie kwiatów może zmieścić się cały wszechświat...
Za oknem rozciąga się Paryż ze swoimi błyszczącymi dachami, białą kopułą bazyliki Sacré C?ur i wieżą Eiffla na drugim brzegu Sekwany. W oddali błyszczą wieżyczki Notre Dame.
- Mistral! - woła z salonu mama. - Już późno!
Mistral, tak bardzo przyzwyczajoną, że jest w domu sama, głos matki prawie przeraża. Słyszy, jak idzie bez butów po drewnianej podłodze. Szuka kluczy w torebce. Wraca, bez pukania otwiera drzwi jej pokoju i znów ją woła: - Mistral! Co robisz?
Dziewczyna uśmiecha się, podnosząc głowę. Na policzkach ma odciśnięte ślady dłoni. - Wyglądałam na zewnątrz - odpowiada.
Matka chce sprawdzić godzinę i orientuje się, że nie ma zegarka na ręku. - O, masz! Gdzie ja go położyłam? - wykrzykuje i znów szuka w torbie. - Mistral, musimy już iść!
Zostawia za sobą mgiełkę perfum, tych słodkich, które skusiłyby pewnie też pszczoły. Cecile Blanchard jest kreatorką perfum.
Mistral wychodzi z pokoju.
- Nie bierzesz nic ze sobą? - pyta mama, nadal szukając zegarka.
- Nic nie potrzebuję.
- Nie macie książek? Ani partytur?
- Dzisiaj mam prywatną lekcję. Muszę tylko śpiewać.
Mama i córka pospiesznie zamykają za sobą drzwi. Zbiegają po krętych schodach, które dzielą je od parteru.
Przez otwartą na ulicę bramę wpada niesamowity żar, taki, że woda, którą gospodarz domu umył podłogę, aż paruje. Ulica jest stroma, rozgrzana upałem. Stoliki przy barze za rogiem są puste. Jedyny dźwięk, jaki daje się słyszeć, to odległy hałas ulicznego ruchu, dochodzący z rejonów dzielnicy San Martin. Nagle, przez chwilę słychać ostry, piskliwy trel.
- Słyszałaś? - pyta Mistral, powstrzymując dreszcz.
- Co?
- Tego ptaka?
Cecile nic nie słyszała. Idzie żwawym krokiem, do zielonego citroena zaparkowanego po przeciwnej stronie ulicy. Mistral rozgląda się wokół. Ulica jest pusta. Pszczoły krążą nad nią, niewidoczne. Ptaki kreślą w górze swoje szlaki.
Przez moment ten ostry trel wydał się jej dźwiękiem skrzypiec.
Zdajesz sobie sprawę, jak to śmiesznie brzmi? - zawodzi Linda Melodia, leżąc w łóżku szpitala Fatebenefratelli w Rzymie. żeby podkreślić swój stan ducha, gestykuluje w stronę pozostałych chorych. Linda ma perfekcyjnie obcięte włosy, nosi nieskazitelną lnianą koszulę nocną i parę drewnianych chodaków w kwiaty. Wygląda jakby przed chwilą opuściła wioskę turystyczną w kurorcie, a nie położyła się w szpitalu.
Elektra próbuje ją uspokoić: - Lekarze mówią, że...
- Lekarze, właśnie! - grzmi ciotka Linda. - Co oni wiedzą? Nic. Znałam takiego jednego doktora. I mówię ci: wys-tarczy!
Kobieta rozgląda się wokół wściekła. - Wracam do domu. Zabieram moje rzeczy z szafki i wracam do domu.
- Ciociu, nie możesz! Muszą ci jeszcze zrobić badania.
- Ale ja się dobrze czuję.
- Nieprawda, nie czujesz się dobrze.
- Owszem, czuję się świetnie. W życiu nie miałam na nic alergii. I nie rozumiem, dlaczego nagle miałabym jej dostać.
- Wczoraj zemdlałaś.
- W tym kurzu każdy by zemdlał - protestuje z uporem kobieta. - I przy tych wysuszonych meblach. I tym stosie bezużytecznych szpargałów... Gdyby tylko któreś z was mi pomogło...
- W opróżnieniu piwnicy?
- Od lat się do tego zabieram. Teraz nadszedł ten moment.
- Może jednak nie mdlejąc przy tym ze zmęczenia.
Linda prycha, wstaje z łóżka i kieruje się ku drzwiom. Wydaje się niezdecydowana, czy zatrzymać się i zamienić kilka słów z którąś z pozostałych pacjentek, potem nagle odwraca się i wraca do siostrzenicy.
- Nie mam najmniejszego zamiaru poddawać się tym badaniom! Zabieram swoje rzeczy i wracam do domu.
- To tylko kilka dni. A poza tym... musisz wypoczywać.
- Kto wie, co tam się dzieje...
- Tata i ja świetnie sobie radzimy.
- Przetrzyjcie garnki odrobiną cytryny przed wstawieniem do zmywarki. I nie kładźcie zbyt dużo na suszarkę, bo... - Nagle, jakby kierowana niewidzialnym radarem, unosi palec, wskazując pęknięcie w ścianie. - Patrz! I to ma być higiena w państwowym szpitalu?
- Przeżyjesz. Inni mogą, to ty też.
Linda wraca do swoich rozważań domowych, jakby powtarzając pocieszającą mantrę. - Nastawiasz na cykle półgodzinne, nie dłuższe. Potem otwierasz kosz i...
- Wietrzę. Oczywiście. Jakby inaczej? Mówiłaś mi o tym przynajmniej ze sto razy.
- Uważasz, że ciągle się powtarzam?
- Nie. Masz tylko niewielką obsesję.
Linda milknie. Podchodzi nerwowo do okna i wygląda na zewnątrz.
- Jutro będę radioaktywna - wzdycha.
- Zrobią ci tylko kilka prześwietleń - uspokaja cierpliwie Elektra.
Kobieta wykonuje gesty rękami, machając palcami niczym nitkami makaronu nad swoją idealnie uczesaną fryzurą. - Wrr... Wrr... radioaktywna. I wszystko tylko dlatego, że nieco gorzej się poczułam.
- To nie było tylko gorsze samopoczucie. Byłaś nieprzytomna ponad godzinę.
- Jeśli już mam być radioaktywna, chcę, żeby to chociaż były takie fale, jak w mikrofalówce, co? Jeśli będę trzymała w ręku jajko, zrobi się na miękko...
- Takie podejście jest właściwe.
- Wracam do domu - zaczyna znów Linda, odchodząc gwałtownie od okna. - Nic mnie nie obchodzą jakieś tam badania. Czuję się świetnie.
- Pomyśl o czymś innym niż dom i zobaczysz, że czas szybko ci zleci.
- Pomyśl o czymś innym... Tylko jak? - Nagle przychodzi jej coś do głowy. Wpatruje się w Elektrę: - A ty?
- Co ja?
- Myślisz jeszcze o tym przystojnym Amerykaninie?
- Ciociu...
- Romanse na odległość są najlepsze. Wystarczy jeden telefon od czasu do czasu i już. Nie wylegują ci się na kanapie całymi popołudniami, oglądając telewizję, kiedy ty padasz na twarz, żeby zrobić im ciasto...
- Ciociu! Harvey nie ogląda telewizji!
- A ty nie pieczesz ciast, racja. Macie ważniejsze sprawy na głowie. Na przykład rzucać bączkami.
- Proszę cię, ciociu... - Elektra rozgląda się wokoło. - Obiecałaś, że nikomu nie powiesz.
- To musi być wielkie szczęście! Szkoda, że mi się to nie przydarzyło...
Elektra uśmiecha się. Patrzy na ciotkę zza swoich długich, czarnych kędziorków. Chciałaby odpalić jej jedną ze swych ciętych ripost, ale tym razem całkowicie się z nią zgadza.
To naprawdę wielkie szczęście być w nim zakochaną.
- W lewo! W prawo! W lewo! - krzyczy Olimpia, instruktorka boksu.
Za każdym wezwaniem cios zadany przez Harveya uderza w worek treningowy trzymany przez dziewczynę. Harvey uderza mocno, rytmicznie, przesuwa się. A jego uderzenia się coraz szybsze. Jedno za drugim.
- Lewa! Prawa! Prawa! Lewa!
Mijają dwie minuty.
Dwie i pół.
Potem trzy.
Olimpia opuszcza worek treningowy, a Harvey staje, wykończony, pot spływa po jego ramionach.
- Dobra robota! - gratuluje instruktorka, kładąc mu rękę na ramieniu. - Myślałam, że wyrwiesz mi ręce.
Harvey opiera się o kolorowe liny ringu, które odrzucają jego szczupłe, ale umięśnione ciało. Ma błyszczące, przyklejone do czoła włosy.
Wypluwa ochraniacz na zęby i powoli przesuwa rękawicami przed oczami. - Widzę wszystko jakby za mgłą - przyznaje. - Jakby tysiące małych gwiazdek.
- To normalne.
Schodzą z ringu.
- Mówiłaś serio o tym wyrwaniu ręki?
- Wyglądałeś, jakby demon w ciebie wstąpił - odpowiada dziewczyna o krótkich włosach i skórze w kolorze kakao.
Chłopak przytakuje: - To dobrze.
Pozwala, by dziewczyna zdjęła mu rękawice, po czym kieruje się szybkim krokiem do starych przebieralni. - Tylko nie w lodowatej - upomina go instruktorka.
Ale Harvey nie słucha. Zdejmując ubranie, czuje jak stawy kolan i łokci wibrują od tępego bólu.
Odkąd przychodzi na salę treningową, jego sylwetka stała się bardziej masywna. Chodzi wyprostowany, dumny. Pod prysznicem otwiera usta, próbując wytrzymać chłód. Rozgrzane ciało odczuwa lodowatą wodę jak uderzenie bicza. Ale dla Harveya nawet to jest wyzwaniem.
Musi oprzeć się zmęczeniu i bólowi.
Zaciska zęby. Oddycha głośno. Potem wychodzi spod prysznica, wyciera się i czuje, że jego ręce nie mają siły nawet podnieść plecaka.
- Do środy - żegna się z Olimpią.
Instruktorka boksu macha do niego zgodnie. Ćwiczy już dwóch innych uczniów, którzy męczą się na skakankach.
Harvey wychodzi z sali i kieruje się do wejścia do metra, nie widząc, co dzieje się wokół.
Na schodach prowadzących do metra siedzi zezowaty kruk.
- Cześć, Edgar - pozdrawia go Harvey, schodząc.
Kruk wzbija się w powietrze, znikając na nowojorskim niebie.
- Nie! - krzyczy Sheng do telefonu. - Nie wracam, tato! Nic mnie to nie obchodzi. Nie, nie każ mi rozmawiać z... Aaaa!
Sheng odsuwa słuchawkę od ucha, wznosząc oczy do nieba. Gdy przystawia ją z powrotem, słyszy potok słów swojej matki, przerywany szlochaniem.
- Mamo... - próbuje ją uspokoić. - To nie tak, że nie chcę was widzieć... Ale jestem tu już od sześciu miesięcy... Uczę się włoskiego. W Rzymie mi się podoba. No i mam tutaj przyjaciół.
Za drzwiami pokoju trzy siostry z rodziny, która go gości w ramach wymiany kulturowej młodzieży, włączają swój ogłuszający magnetofon.
- Nie. To nie czołgi. To tylko muzyka, mamo. Akurat mi się ta muzyka...
Po drugiej stronie słuchawkę przejmuje znów ojciec, który wydaje się niewzruszony.
- Jeszcze kilka tygodni, tato! Cztery...
- Dwa!
Następuje dłuższa chwila ciszy.
- Dobrze, tato. Dwa tygodnie. Potem wracam do Szanghaju. Tak, wiem, że jestem wam potrzebny. Cześć. Ty też. Pa.
Odłożywszy słuchawkę, Sheng nie wie, czy rozwalić wszystko, co znajduje się wokół, czy wybuchnąć płaczem. Czuje się całkowicie bezsilny wobec woli swojego ojca i odległy o lata świetlne od wszystkiego, co mówi jego matka.
Przegląda się w lustrze. Ma błękitne oczy i bielutkie zęby. Jednak tego wieczoru, być może po raz pierwszy w swoim życiu, Sheng zupełnie nie ma ochoty się uśmiechać.
" Mam misję do spełnienia" mówi, patrząc na siebie z poważną miną. "Jestem ważny. Jestem Sheng. Świat mnie potrzebuje. Na świecie nie ma sześciu miliardów Shengów. Jest tylko jeden."
- I to jestem właśnie ja.
Fakty są jednak takie, że ten jedyny w swoim rodzaju Sheng ma wracać do domu. Mimo że nie ma na to najmniejszej ochoty.
Spacerując podczas bezwietrznej pogody po avenue de l'Opera, Mistral zastanawia się, ile czasu minęło, odkąd ostatnio widziała pozostałych.
To już prawie trzy miesiące.
Wieczność spędzona na rozmyślaniu o ich przygodzie i o tym, co odkryli, a czego jeszcze nie rozumieją; na rozglądaniu się wokół ze strachem; na próbach pojęcia znaczenia kamienia, który znaleźli w Nowym Jorku, i ostatniej wiadomości od bączka mostu: tańca między Syberią a Paryżem.
Każde z nich czytało i szukało wiadomości, próbując odkryć tajemnicę, której te przedmioty zazdrośnie strzegły.
Profesor Van Der Berger, walizka, mapa Chaldejczyków, Ognisty Pierścień, Kamienna Gwiazda. I wyszkolone kruki, które ocaliły ich na opuszczonej stacji metra...
Mistral uśmiecha się. Jej czoło pokrywają drobne kropelki potu.
"Robi się coraz cieplej" myśli, wznosząc wzrok ku majestatycznemu budynkowi Opery i przesuwając go po zamkniętych oknach kamienic z białymi skrzyneczkami klimatyzacji.
Asfalt pod stopami jest miękki, jakby miał się zaraz rozpuścić. Na szczęście chłód w wejściu do szkoły muzycznej daje trochę wytchnienia.
Wchodząc na wewnętrzne patio, zastawione rowerami, Mistral czuje, że ubranie przylepia jej się do pleców. Skręca za rogiem i kieruje się na schody. Jakiś mężczyzna w czapce z daszkiem zbiega na dół. Zupełnie bez powodu odpycha Mistral w stronę ściany.
- Cham! - wykrztusza zdenerwowana Mistral. Jak to możliwe, że ludzie zawsze się tak spieszą i są tacy nieprzyjemni?
Wchodząc po długich, kamiennych schodach budynku, w którym nie ma windy, Mistral słyszy jak gołębie gruchają za oknami, czekając, aż upał zelżeje i będą mogły polecieć szukać okruszynek.
Dzwonek madame Cocot, Siedem nut i siedem kroków, łatwo odróżnić po breloku z pięciolinią.
"Siedem nut wymyślił Pitagoras" mówi do siebie Mistral, rozmyślając wciąż o tym, co nie daje jej spokoju.
Zza drzwi widać wypudrowaną twarz madame Cocot.
- O, panienka Blanchard - zauważa ją od razu kobieta, która nie potrafi ukryć w głosie tonu pretensji. - Zaczynałam już sądzić, że się panienka nie zjawi.
- Przepraszam za spóźnienie. Moja mama...
Madame Cocot daje znak, żeby weszła.
- Zostaw w spokoju mamę. Dziś mamy dużo do zrobienia. A poza tym chcę o czymś z tobą pomówić... - dodaje, znikając za białą kolumną. - O czymś naprawdę wyjątkowym, panienko Blanchard.
Mistral ślizga się po podłodze w kolorze białej porcelany, zdejmuje żółte baleriny i zakłada jedną ze stu par kolorowych klapek, które nauczycielka trzyma ustawione w szeregu w holu. Potem idzie za madame Cocot do sali fortepianu, gdzie lustrzany sufit przykrywa lniana tkanina zebrana w bufki. Zasłony z takiej samej tkaniny, udrapowane delikatnie, opadają na drzwi, prowadzące na taras.
Za oknami łupkowe dachy Paryża błyszczą w słońcu niczym czarne lustra, a plac Opery wydaje się basenem wypełnionym białym marmurem.
- Dobrze wiesz, jakie są wymagania, które stawiam moim uczennicom... - mówi madame Cocot, siadając przy fortepianie z czarnego drewna. Powyżej leżą książki z ćwiczeniami, partytury i pieśni wszelkiego rodzaju. Siedząca na swoim miejscu starsza pani wygląda jak porcelanowa lalka z rosyjskiej kolekcji. - Wiesz również, że za kilka dni wyjeżdżam, żeby zasiąść w jury konkursu w Biarritz.
- Chce pani powiedzieć, że beznadziejnie mi idzie? - pyta Mistral. - I że już nie będzie pani udzielać mi lekcji?
Madame Cocot patrzy na nią ze swojego stołeczka. Chciałaby powiedzieć jej tym spojrzeniem, że jest dokładnie odwrotnie, że Mistral jest doskonała, a kiedy śpiewa, nauczycielkę przechodzą dreszcze. I że ma tak rzadki talent, że madame Cocot czuje się nim prawie przytłoczona. Ponieważ nie umie przekazać tego spojrzeniem, podaje dziewczynie ulotkę.
- Rozmawiałam już o tym z twoją mamą. Jest przeciwna - dodaje.
Mistral nie rozumie, o co chodzi. To ulotka na temat kursów dla wybitnych talentów w Paryskim Konserwatorium Muzyki i Tańca.
- Przeciwna czemu?
- Mistral, nie jesteś beznadziejna. Jest dokładnie odwrotnie. Jesteś niezwykle utalentowana! I właśnie dlatego, masz rację, nie chcę już udzielać ci lekcji... Chciałabym, żeby oni cię uczyli.
- Konserwatorium paryskie?
- Nie. Sekcja wybitnych talentów Konserwatorium.
- Dlaczego więc mama powiedziała, że jest przeciwna?
- Ponieważ twierdzi, że to ty musisz zdecydować. To twój talent. Jeżeli to cię uszczęśliwi, możemy spróbować. Jeżeli nie chcesz, nie było rozmowy... - Madame Cocot wzdycha. - Chociaż to byłby grzech. Więc? Co o tym myślisz?
- Nie wiem. Muszę odpowiedzieć od razu?
- O, nie! Masz jeszcze dużo czasu. Ostateczny termin to 28 września. Wtedy odbywa się egzamin wstępny. Do tego czasu... - przebiega palcami kilka klawiszy fortepianu - musimy trochę poćwiczyć.
Na placu Piscinula stoją dwie kobiety. Jedna z nich to staruszka w poszarpanym ubraniu, mieszkająca w baraku nad Tybrem. Od czasu do czasu pomiędzy jej płowymi włosami pobłyskuje złoty kolczyk. Cyganka wróży z ręki młodej dziewczynie, która rozgląda się skrępowana wokół, tak jakby nie chciała, żeby ktokolwiek ją zobaczył.
- Musisz odbyć bardzo ważną podróż... - czyta Cyganka z jej ręki. - W góry. Naprawdę ważną podróż.
Spostrzegłszy przyjście Elektry, Cyganka pozdrawia ją i zapewnia spojrzeniem, że podczas jej nieobecności w hotelu nie zdarzyło się nic niezwykłego.
Już od pół roku Cyganka pilnuje "Domus Quintilia" i w zamian dostaje ubrania, których ciotka Linda już nie nosi, oraz jej pyszne dania. Elektra odpowiada na pozdrowienie, wyciąga klucze z kieszeni dżinsów i otwiera bramę. Na dziedzińcu "Domus Quintilia" pnący bluszcz jest w pełnym rozkwicie, a delikatne gałęzie fig, zwieszające się nad starą studnią pośrodku podwórza, rzucają mroczne cienie. Drewniany taras przypomina kil statku, wyciągnięty i suszący się na słońcu, a cztery posążki, które wydają się pilnować dziedzińca, bieleją w słońcu. Na podwórzu nie ma samochodu. Nie ma nawet rozwalającej się furgonetki jej ojca.
Elektra pokonuje kilka stopni, które dzielą ją od wejścia do hotelu, mija recepcję, kierując się do schodów, i rzuca spojrzenie na drzwi prowadzące do piwniczki, zakryte wysokimi roślinami ogrodowymi.
- Ciociu! - krzyczy. - Wróciłam!
Dziewczyna przeskakuje po kilka stopni i wbiega do pokoju na pierwszym piętrze.
Ciotka Irene wyjechała swoim wózkiem na taras, gdzie pracuje pod daszkiem. Obok niej stoi karafka z syropem miętowym i miseczka pełna sycylijskich limonek. Jej siwe włosy zebrane w kok są przypięte spinką w kształcie żółwia.
Na stoliku obok w wielu różnych kolorowych filiżankach leżą pokrojone truskawki, banany, brzoskwinie i kiwi, pistacje i orzechy i przynajmniej pięć różnych syropów - wszystko gotowe, żeby stworzyć pyszną sałatkę owocową ciotki Irene.
- No i co? Jak się czuje ciotka Linda? - pyta starsza pani, biorąc siostrzenicę delikatnie za rękę. Zanim odpowie, Elektra wyciąga się nad wózkiem, żeby chwycić wielką truskawkę. Jej długie czarne włosy łaskoczą ciotkę w nos, rozśmieszając ją.
- Mmm... dobrze... mmm - odpowiada dziewczyna przeżuwając truskawkę.
- Zrobili jej badania?
- Dziś po południu. Ale ma już dość.
Irene uśmiecha się. - I chce wracać do domu.
- Uważa, że tutaj wszystko się sypie i że już za późno, żeby interweniować - przytakuje Elektra. - Mmmm... - Kolejna truskawka. - A tata? Poszedł do kolegi?
Od pewnego czasu, próbując skończyć swoją pierwszą wielką powieść szpiegowską Fernando Melodia odświeżył kontakty z przyjacielem z policji, licząc, że ten go zainspiruje.
- Możliwe. Dzwonił Sheng. Mówił, że musi wyjechać.
Elektra wzdycha. - Pewnie znowu rozmawiał ze swoim ojcem.
- Tak, coś w tym stylu... - Irene splata ręce na brzuchu. - Wpadnie niedługo.
- OK. Coś jeszcze?
- żadnych telefonów. Chociaż nie... jeden od Mistral. Mówiła, że w Paryżu jest piękna pogoda. Chciała wiedzieć, kiedy się spotykacie.
- Jutro.
- żartujesz?
Elektra śmieje się. - Tak, chociaż chciałabym, żeby to była prawda.
- To dlaczego do niej nie pojedziesz?
- Z ciotką w szpitalu i ojcem całkowicie pochłoniętym swoją powieścią?
- Ciotka szybko wróci do formy, a co do twojego ojca... wiesz, że jedyne, co robi w hotelu, to mylenie rezerwacji. - Ciotka Irene wraca do krojenia owoców. - Dlatego wystarczyłoby mu zaproponować pewną możliwość...
- Możliwość?
- Chce napisać książkę? Musi poznać Paryż - najbardziej literackie miasto świata!
Elektra żywo przytakuje. - Świetny pomysł.
Słychać pukanie do drzwi.
- To Sheng - mówi Irene.
- Jak myślisz, czy po kolejnym pół roku spędzonym tutaj nauczy się wreszcie używać dzwonka? - żartuje Elektra, schodząc, żeby mu otworzyć.
W Nowym Jorku przy Grave Court pod numerem 11 zegar wahadłowy w głębi korytarza bije, gdy tylko Harvey przekręca klucz w zamku.
- Dwaine... - szepcze chłopak, witając się z zegarem, który przypomina mu o zmarłym kilka lat temu bracie.
W holu czuć chłód klimatyzacji. W kuchni ani śladu pani Miller. Za to ojciec Harveya kłóci się przez telefon w swoim gabinecie.
- Mówimy o zmianach wywołanych przez podwodne trzęsienie ziemi! - krzyczy profesor Miller, zaangażowany ekspert od klimatologii. - I o równinie, która w ciągu 10 lat stanie się pustynią. Uważasz, że to normalne!?
"Katastrofy. Jego ulubiony temat" myśli Harvey, wcho-dząc na górę do pokoju i rzucając na podłogę torbę treningową. Gdyby teraz się wyciągnął na łóżku, potem nie dałby już rady wstać, żeby zejść na kolację. A to mogłoby sprowokować niepotrzebne pytania. Musi wytrzymać jeszcze kilka godzin.
Zbyt zmęczony, by robić coś innego, wyciąga z torby dres, odkręca wodę, zatyka umywalkę i szybko przepiera strój. Potem wraca do pokoju i sycząc z bólu podnosi ręce, żeby rozłożyć drabinkę prowadzącą na poddasze. Wspina się po niej ze zwinnością 70-latka i wiesza mokre rzeczy obok innych, które sobie pierze i suszy.
To poddasze to jego tajemne królestwo. Tutaj schował Kamienną Gwiazdę - kamień niewiele większy od piłki do futbolu amerykańskiego, i trzy ziarna, które znalazł w jego wnętrzu. Tu zawiesił mapy geograficzne i mapy nieba, plany z zaznaczonymi kraterami od upadku meteorytów, wykresy o stanie planety i wszystko to, co uznał, że warto mieć pod ręką.
- Idę..., idę... - mamrocze, pochylając się nad klatką, w której mieszka jego gołąb pocztowy.
Zmienia mu pożółkłą wodę i dosypuje ziarna, gładząc jego miękki kark grzbietem dłoni. Wybucha śmiechem na myśl o całkowitej bezużyteczności gołębia. Ermete wytrenował go, żeby latał pomiędzy domem Harveya a domem, który inżynier wynajął w Queensie. Jednak odkąd Ermete się przeprowadził, nie dało się namówić gołębia, żeby zmienił trasę. Nowi najemcy domu nie mogli się przyzwyczaić, że od czasu do czasu gołąb pukał w ich okna.
Teraz przyjaciele wrócili do bardziej tradycyjnych sposobów komunikacji, np. spotkań w Central Parku o ustalonych godzinach, żeby wymienić nowinki - wciąż krążąc wokół jednego pytania: jakie zadanie ich czeka w Paryżu lub na Syberii?
Przez trzy minione miesiące nie potrafili znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Czy ta podróż jest naprawdę tak istotna?
Harvey patrzy na czarno-białą podobiznę Elektry na dziesiątkach fotografii, które rozwiesił na całym poddaszu. To jego osobista pajęczyna wspomnień.
Gładzi jedno ze zdjęć i szepcze: - Dobranoc, skarbie.
Przynajmniej raz w tygodniu Sheng ma ten sam sen. Razem z resztą przyjaciół znajduje się w dżungli, pogrążonej w głębokiej ciszy. Wychodzą z niej, żeby nurkować i płynąć aż do małej wyspy, pokrytej wodorostami. Na plaży siedzi kobieta i czeka na nich. Ma twarz przykrytą płaszczem i bardzo obcisłe ubranie, na którym są namalowane wszystkie zwierzęta świata. W jednej ręce trzyma małe wiadro, a w drugiej coś, czego Sheng nie widzi. Chłopak próbuje wyjść z wody, ale nie może - jest jak skamieniały. Wreszcie kobieta odwraca się i Sheng widzi to, co kobieta trzyma w prawej ręce.
W tym momencie się budzi.
Mężczyzna o siwych włosach opuszcza lornetkę, przez którą obserwował mieszkanie po drugiej stronie avenue de l'Opera. Cofa się o krok, zaskoczony, i chowa za kwiecistą zasłoną, próbując nie dotknąć wstrętnego plastikowego materiału.
Dziewczyna otworzyła drzwi, wychodzące na taras, i wyszła na zewnątrz.
Dla niej mężczyzna jest tylko cieniem za jednym z setek okien, które wychodzą na ulicę. Za to ona dla niego stanowi zaskakujący widok.
Śpiewa, a wydawane przez nią dźwięki przyciągają, nawet słyszane z drugiej strony ulicy. Jej głos jest wyostrzony i niski, tnący powietrze, ale łagodny. A zarazem pełen rozbrajającej prostoty.
Mężczyzna zamyka oczy, by delektować się nim. Tkwi tak kilka sekund. Potem wraca do swojego zadania. Szybki rzut oka na zegarek - wie już, ile czasu mu potrzeba.
Jacob Mahler po raz ostatni przygląda się Mistral, zamyka okno i odkłada lornetkę do futerału po skrzypcach.
Szybkim krokiem przechodzi przez pokój, kładzie rękę na klamce drzwi wejściowych, nagle staje nieruchomo. Na zewnątrz słychać kroki, które zatrzymują się na półpiętrze. Jacob Mahler opiera się o ścianę.
Ktoś dzwoni do drzwi.
- Claire? Wróciłaś? - pyta płaczliwy kobiecy głos.
Dla większej pewności puka dwukrotnie.
- Nie. Nie wróciła - mruczy pod nosem Jacob Mahler, nie odstępując od ściany.
Musi pozostać nieruchomo, aż kobieta sobie pójdzie. Potem wychodzi na półpiętro. W powietrzu czuć jeszcze ciężki zapach cedru.
- Dziękuję za mieszkanie, Claire... - mamrocze, zamykając za sobą drzwi.
Zakłada czapkę z daszkiem i wychodzi z budynku.
- Nie chcę, rozumiesz? Nie chcę! - wykrzykuje Sheng, przemierzając w tę i z powrotem pokój Elektry.
Siedząca po turecku na łóżku dziewczyna próbuje go pocieszyć. - To twój tata i jeśli prosi, żebyś wrócił, musi mieć swoje powody.
- I właśnie o to chodzi! Chcesz wiedzieć, jaki ma powód?
- Wal.
- Nie wytrzymuje przebywania w domu sam na sam z moją mamą. A ona nie jest w stanie wytrzymać w domu sam na sam z nim. Tak naprawdę... - Sheng podnosi z podłogi piłeczkę tenisową i obraca ją w palcach - jestem jakby piorunochronem, na którym moi rodzice wyładowują swoje burze, żeby mogli być szczęśliwi.
- Wydaje mi się, że trochę przesadzasz.
- A wiesz, co jest najgorsze? - rzuca piłeczką o ścianę i łapie ją w locie. - To, że ja godzę się być tym piorunochronem. Poprawka: godziłem się. Bo teraz...
- Teraz co?
- Teraz... - odbijając piłeczkę o podłogę, Sheng podchodzi do wielkich lustrzanych drzwi, oświetlonych wokół lampkami. - Spójrz na mnie! - krzyczy. - Nie mam nawet odwagi, żeby spojrzeć im w twarz i powiedzieć, co myślę o powrocie do Szanghaju.
- Więc jedźmy do Paryża.
- Co takiego?
- Do Paryża. Już od trzech miesięcy mamy tam pojechać. Tak przecież wskazał bączek...
Sheng kręci głową. - Nie, to fatalny pomysł. Gdyby mój ojciec się o tym dowiedział...
Elektra wstaje z łóżka. - Szkoda. Czyli będę musiała powiedzieć Mistral, że nie chciałeś przyjechać.
Dochodzi do drzwi, a Sheng biegnie za nią.
- Zaczekaj!
- Tak?
- Kiedy chciałabyś jechać?
- Harvey? - profesor Miller siedzi za biurkiem, niesamowicie rozczochrany.
Po gabinecie porozrzucane są książki. Kartki poniewierają się po podłodze. Na krześle wisi porzucony krawat.
- Cześć tato - wita ojca Harvey.
- Mama jest na spotkaniu dobroczynnym. Musimy zjeść coś na mieście sami.
- Jeśli chcesz, ja mogę coś ugotować.
Mężczyzna kręci przecząco głową. - Ja skorzystałbym z okazji, żeby sprawdzić restaurację etiopską.
- Teraz albo nigdy - przyznaje Harvey.
Pan Miller podnosi się z fotela, wzbijając przy tym kilka kartek w powietrze. - Jakieś problemy? - pyta Harvey.
- Klimat zwariował - podsumowuje profesor. Potem sprawdza dokładnie swoją wygniecioną koszulę. - Mogę tak iść?
- Chyba tak.
Wychodzą.
- Zwariował? W jakim sensie? - pyta Harvey, gdy schodzą po schodach. - Efekt cieplarniany?
Wychodzą do ogrodu. - Efekt cieplarniany jest całkiem normalny - tłumaczy ojciec. - Krowy i kozy swoimi odchodami wyrządzają więcej szkód niż większość naszych ciężarówek wzięta razem. Ale coś tu nie gra. Topnieje zbyt dużo lodowców, deszcze tropikalne padają tam, gdzie kilka lat temu wcale nie padało, wysychają miejsca, gdzie uprawiano ryż, ptaki migrujące już nie potrafią znaleźć drogi, morze bez powodu wyrzuca na brzeg wieloryby. A przyczyna tego wszystkiego jest jedna.
- To znaczy?
- Taka, że 50 lat temu na ziemi żyło o 4 miliardy ludzi mniej.
- Na szczęście to nie krowy ani kozy - zauważa Harvey - bo wtedy mielibyśmy efekt "piekarniany".
Ojciec chłopaka śmieje się. Dochodzą do etiopskiej restauracji.
W menu znajdują duże porcje pikantnego mięsa, które koniecznie trzeba jeść palcami, pomagając sobie delikatnym chlebem.
Czekając na zamówienie, profesor bębni nerwowo palcami w stolik.
- Ą propos... - mówi, jakby łapiąc myśl w locie. - Moi przyjaciele odpowiedzieli na twoje pytania. Wszyscy wydawali się bardzo zaciekawieni. Nadal jesteś pewien, że chcesz zostać dziennikarzem?
Harvey przyjmuje prowokację w milczeniu. Ojciec, kiedy tylko może, próbuje przekonać go, żeby zapisał się na jakiś uniwersytecki wydział nauk ścisłych, gdy skończy szkołę średnią.
- Czemu pytasz?
Profesor szuka w kieszeniach zwiniętej karteczki. To kolejny element niezwykły dla kogoś przyzwyczajonego do porządku w papierach.
- Co do ziarna, które mi dałeś, żebym pokazał je mojemu koledze botanikowi... pytał, gdzie je znalazłeś, chciałby je odkupić.
- Nie jest na sprzedaż. Co ci powiedział?
- Wygląda to na niezwykle rzadką odmianę Gingko biloba (miłorzębu chińskiego - przyp. tłum.), jednego z najstarszych drzew na świecie. Nazwał je nasieniem prehistorycznego drzewa, jak z muzeum.
- A mówili coś o kamieniu?
Druga kartka.
- Przesłałem te kawałki do znajomej Francuzki, która twierdzi, że to meteoryt, ale nienormalny.
- Jak to nienormalny?
- Chciałaby zobaczyć większy fragment.
Harvey kręci nosem.
- Miałaby dla ciebie propozycję, żebyś przyjechał do laboratorium collection des minéraux uniwersytetu paryskiego i był przy wszystkich badaniach kamienia.
W tym czasie nadjeżdżają dania: dwie olbrzymie wazy wyłożone miękkim chlebem, na którym spoczywają kawałki jagnięciny w ostrych przyprawach.
- Wreszcie!
Śmiejąc się do siebie, ojciec z synem uczą się jeść tyko chlebem i palcami. Po kilku chwilach pieką ich całe usta.
- Więc... - zaczyna profesor Miller po skończonym posiłku - co mam jej powiedzieć? Pojedziesz?
- Do Paryża?
- Oni płacą za podróż.
- A ty nie pojedziesz?
- Pojechałbym, ale... mam teraz inne sprawy na głowie... A dane przychodzące z Pacyfiku są tak nienormalne, że chciałbym móc pojechać sprawdzić je osobiście...
Harvey uśmiecha się. - To dlaczego nie pojedziesz?
- Nie kuś mnie.
- To ty mnie kusisz.
- Byłbym bardzo zadowolony, gdybyś przyjął zaproszenie mojej znajomej - wyznaje profesor Miller.
Po raz pierwszy od wielu lat Harveyowi wydaje się, że widzi w jego oczach zadowolenie.
- Sympatyczna ta twoja znajoma?
Ojciec uśmiecha się. - A kto to pamięta?
Harvey zastanawia się przez chwilę. - OK - odpowiada. - Powiedz jej, że przyjadę.
Po skończonej lekcji Mistral ma głowę pełną marzeń, a w kieszeni klucze do szkoły muzycznej. Madame Cocot zostawiła je jej w razie gdyby chciała powtórzyć któreś z ćwiczeń podczas jej nieobecności.
"Dobrze się zastanów" powiedziała nauczycielka, klepiąc ją w policzek.
Dziewczyna idzie pod niebem gdzieniegdzie przykrytym chmurami. Zrezygnowała z zejścia do podziemia i podróży metrem. Rozkoszuje się tą mieszanką zapachu chleba, kwiatów i przygotowywanych potraw, która stanowi tylko jeden ze składników tajemniczego aromatu ulic Paryża. Dociera na Montmartre, przed bramę domu, otoczoną pnącym bluszczem. Dozorca wychodzi ze swojego mieszkania na parterze, przywołuje ją i daje kilka kopert oraz paczkę w kremowym kolorze. Ku wielkiemu zaskoczeniu dziewczyny, paczka jest zaadresowana do niej.
Mistral Blanchard
Rue de l'Abreuvoir 22
18?me arrondissement, Paris
Wchodząc po schodach dziewczyna uchyla skrawek papieru, żeby zerknąć do środka. To książka w języku francuskim.
Sekretne pieśni zwierząt
Mistral zrywa papier z paczki. Na okładce widnieje otwarta złocona pozytywka, z której wychodzą, niczym bukiet kwiatów, dziesiątki różnych zwierząt, przeskakujących tęczę. Na pierwszej stronie jest dedykacja.
Nowy Jork, 12 czerwca
Droga Mistral,
porządkując mieszkanie znalazłam tę starą książkę Alfreda. Antykwariusz Vladimir, nasz wspólny znajomy, powiedział mi, że lubisz śpiewać, dlatego pozwalam sobie przesłać ci małą pamiątkę z Nowego Jorku.
Agata
- Agata! - powtarza Mistral, aż echo niesie się po kamiennych schodach. Wdzięczna za ten niespodziewany podarunek od starej przyjaciółki profesora Van Der Bergera, którą poznali w Nowym Jorku, kartkuje zachłannie książkę, zdobioną wspaniałymi kolorowymi ilustracjami. Opisano w niej różne głosy zwierząt. A przede wszystkim, jak je imitować.
Śpiewy do kruków. Śpiewy do kotów. Śpiewy przywołujące ryby. Przywołania psów.
"Niesamowite!" myśli Mistral, wchodząc dalej po schodach. Pieśń pszczół. Pieśń wielorybów...
Doszedłszy do drzwi mieszkania, kolejny raz patrzy na okładkę.
Zwierzęca gwara - tajemny język, którym zwierzęta posługują się między sobą, by ostrzec się przed niebezpieczeństwem, znaleźć drogę do domu, zlokalizować norę, znaleźć schronienie...
Powoli przekręca klucz w zamku. Zatrzymuje się.
- Mamo? - pyta w progu.
Otwiera drzwi, robiąc jak najwięcej hałasu, i powtórnie woła matkę.
Robi tak zawsze, od kiedy pewnego dnia zastała ją całującą się z jakimś mężczyzną. Najpierw zrobiło się krępująco, potem atmosfera jeszcze zgęstniała. Matka przepraszała, chociaż nie było za co. Nie była mężatką. Mistral nigdy nie miała prawdziwego ojca. Matka wychowała ją sama, próbując pogodzić macierzyństwo z pracą kreatorki perfum. Nie było więc nic dziwnego w tym, że od czasu do czasu chciała mieć własne życie. Dlaczego więc, zastanawiała się Mistral, za każdym razem, gdy czuła, że matka ma nowego przyjaciela, ściskał jej się żołądek i wciąż czuła strach? Gdy tak się czuła, powtarzała sobie, że jej matka za każdym razem wybierała ją.
Mimo że z powodu pracy matka często była poza domem, a Mistral spędzała całe tygodnie sama, dobrze wiedziała, ile poświęceń ją to kosztowało. To było wielkie szczęście, że praca szła tak dobrze, a Cecile zrobiła błyskotliwą karierę. Niesamowite szczęście, dzięki któremu Mistral nigdy niczego nie brakowało: mogła mieszkać w Paryżu, w apartamencie z oknami wychodzącymi na miasto, na ostatnim piętrze domu porośniętego bluszczem.
Mistral uwielbia to mieszkanie: z jego podłogą z jasnego drewna, która trzeszczy pod bosymi stopami, z krokwiami pod sufitem, pomalowanymi na biało, z półokrągłymi drzwiami, krzesłami wybranymi specjalnie tak, by każde było inne, wiklinowymi koszami, używanymi jako taborety, obrazami bez ram i białymi dywanami ułożonymi w krąg w salonie.
Upewniwszy się, że jest w domu sama, Mistral wchodzi i kieruje się do swojego pokoju. Kładzie książkę na mosiężnym łóżku, pomalowanym na liliowo, podchodzi do okna, żeby sprawdzić, co słychać u pszczół.
W domu unosi się zapach lawendy. W łazience znajduje karteczkę od mamy: Nie czekaj na mnie. Nie będę na kolacji. Buziaki. Mama.
Mistral wzdycha. Patrzy na misia nad umywalką i na motylki, które wydają się wychodzić z odpływu brodzika. Matka namalowała je i przyczepiła, kiedy Mistral miała 5 lat. Dziewczyna pamięta jej umazane po łokcie ręce, jakby to było wczoraj.
Odkleja liścik od lustra i wraca do pokoju.
Zaczyna dzwonić telefon.
To Harvey. Po kilku minutach - Elektra.
To nie zbieg okoliczności. Przyjeżdżają.
Spis treści
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Dedykacja
Epigraf
Sekret
1. Pszczoły
2. Znaki
3. Szpieg
4. Powrót
Pierwszy stasimon
5. Bagaż
6. Pociąg
7. Trucizna
8. Fabuła
9. Drzwi
10. Wieża
11. Kawiarnia
12. Zapach
Drugi stasimon
13. Zegar
14. Partytura
15. Śniadanie
16. Kwiaty
17. Alchemik
18. Strażnik
19. Zodiak
20. Dedykacja
21. Zoe
22. Balon
23. Król
24. Plac
25. Żebrak
26. Obserwatorium
27. Księgarnia
28. Uderzenie
Trzeci stasimon
29. Spotkanie
30. Pozytywka
31. Upadek
32. Przebudzenie
33. Zdrajca
34. Płótno
35. Statek
36. Ostatni
37. Obserwator
Century. Aria
Pierdomenico Baccalario
Iacopo Bruno
W serii Century