Century. (Tom 2). Kamienna Gwiazda - Pierdomenico Baccalario


Reflow text when sidebars are open.
Długi, ciemny korytarz prowadzący w górę. Para szpilek rytmicznie uderza w lustrzaną podłogę. Zatrzymuje się. Czarna ręka z paznokciami pomalowanymi czarnym lakierem puka trzykrotnie do złotych drzwi. I znów trzy razy. Słychać elektroniczny dźwięk i drzwi znikają w ścianie.
Za nimi znajduje się pokój wyłożony czerwoną tapetą. Wielkie złote ramy. Stojący tyłem człowiek obserwuje pojawiające się w nich obrazy. To monitor telewizora.
Mężczyzna ma na sobie aksamitną granatową kurtkę i koszulę w stylu XVIII-wiecznym, z długimi mankietami zakrywającymi dłonie. Wspiera się na lasce o gałce w kształcie kiści winogron.
- Mów, Pantero - nakazuje, nie przestając śledzić obrazów.
Dziewczyna wchodzi do pokoju, zanurzając szpilki w wykładzinie w lamparcie cętki, pokrywającej podłogę. Jest bardzo wysoka, wyglądem przypomina balerinę. Ma na sobie czarny obcisły dres z kołnierzem podszytym białym futerkiem, a na głowie srebrzyście błyszczącą perukę.
Milczy.
Mężczyzna wciąż obserwuje monitor. Widać na nim wnętrze nocnego lokalu. Nazywa się Lucyfer i jest własnością mężczyzny.
Właściciel jest stary, choć nikt nie umiałby podać jego wieku. Niektórzy mówią, że pierwszy nocny lokal założył, gdy powstał Nowy Jork. Inni - że jest jeszcze starszy. Nazywa się Egon Nose, Doktor Nose - jak go nazywają, ze względu na niezwykłego nosa do interesów. I jego wielki, orli nos.
Nie znosi, gdy ktoś mówi o jego nosie.
Mężczyzna wzdycha głośno i wyłącza monitor. Odwraca się. Pantera trzyma w dłoni ciało martwego gołębia.
- A, tak. Wzięliście go - komentuje mężczyzna zmęczonym głosem.
Pokonuje kilka kroków, wsparty na lasce. Oczy błyszczą mu z podekscytowania, ale kark jest zgięty, tak jakby ciężar nosa był nie do utrzymania.
- Hm... tak... bardzo dobrze. Połóż go tutaj.
Pantera kładzie gołębia na barokowym biurku królującym pośrodku pokoju. Cztery masywne nogi lwa, aniołki i kwiatowe intarsje. Z przodu róg obfitości, a na nim zwierzęta i kosze kwiatów.
- Przesuń tacę, moja droga... - sugeruje Egon Nose, uderzając czubkiem laski w dużą srebrną tacę z bananami i czerwonymi jabłkami. - Nie jestem dziś głodny.
Pantera nadal nie odzywa się ani słowem.
- Nie miał nic przy sobie? - pyta starzec, szukając czegoś wskazującym palcem prawej ręki na brzuchu gołębia. Jego paznokcie są długie i zaostrzone, w kolorze alabastru.
Dziewczyna wyjmuje karteczkę zza kołnierza i podaje szefowi.
Egon czyta zachłannie. - Wspaniale, wspaniale... - mówi, potakując głową. - Na taką wiadomość czekaliśmy. Hm, tak... - Chowa kartkę w kieszeni kurtki i całym ciężarem opiera się na lasce. - Teraz któraś z was będzie miała robotę...
Pantera podchodzi bliżej. Dotyka jego ramienia, głaszcze kark palcami z czarnym lakierem.
Starzec pozwala sobie na dziecięcy śmiech, który porusza jego pomarszczonym nosem.
- Pantero, zwołaj pozostałe dziewczyny i... idźcie do tego okropnego klubu Montauk.
Pantera odsuwa się i siada prosto na drewnianym biurku.
Laska Egona uderza w kryształową szklankę stojącą na meblu obok.
- Weź sobie coś do picia - dodaje starzec. Obok szklanki stoi karafka do połowy napełniona napojem o rubinowym kolorze. - Ja muszę zadzwonić.
Dziewczyna odprowadza wzrokiem swojego szefa, który siada na adamaszkowym fotelu. Za nim znajdują się ogromne złote ramy, nad nim - wielki żyrandol z kropel kryształu pochodzący z domu w Wenecji. Jego światło nie wystarcza, by oświetlić ściany.
Egon Nose wzdycha przeciągle. - Możesz iść, moja droga - mówi. Jego oczy są jak brzeg morski nad przepaścią.
Dziewczyna posłusznie wycofuje się. Schodzi z biurka i wskazuje ciało gołębia.
- Nie, zostaw go tutaj.... Może później wróci mi apetyt.
Pantera wychodzi z biura, kołysząc biodrami. Obcasy jej kozaków stukają na lustrzanej podłodze korytarza. Złote drzwi zamykają się za nią.
Zostawszy sam, doktor Nose otwiera ciężkie szuflady biurka. W trzeciej znajduje telefon komórkowy. Kładzie go na biurku. Szuka w prawej kieszeni spodni w szkocką kratę. Wyciąga z niej złotą zapalniczkę, otwiera i przygląda się biuru w świetle płomienia.
- Uuu - powtarza, czekając aż telefon się włączy. Potem rzuca zapalniczkę na biurko.
Wybiera numer dokładnie, bo jakakolwiek inna kombinacja od właściwej spowodowałaby wybuch telefonu. 666.
Słychać szum.
Egon Nose przysuwa telefon do ucha tak, że prawie znika on w jego małżowinie.
Nadal słychać ten sam szum.
- Uuu - powtarza mężczyzna, podnosząc laskę, by pogładzić miękkie ciało gołębia. - Stare metody są lepsze!
Szum nagle znika.
Teraz słychać w telefonie wolny sygnał.
Nose opiera laskę o podłogę. Bawi się karteczką.
- Heremit - odpowiada głos z drugiego końca świata. Jest ostry i jakby nierealny.
- Jakaś alergia, stary przyjacielu! - odpowiada Egon, poruszając nosem. - Czy może dzwonię w nieodpowiednim momencie? Która tam u ciebie jest godzina? Niech mnie Zeus porazi, jeśli znów dzwonię w środku nocy! Prawda jest taka, że nie pamiętam, jak wygląda dzień. Nadal jest tak śmiesznie... jasny?
Z drugiej strony słuchawki słychać niepokojący dźwięk.
- Nie.
- Chciałbym z tobą porozmawiać. Już od dawna nie gawędzimy, jak powinniśmy. Ile to? Miesiące? Lata? No, już przestaję... Wiem, że obsesyjnie boisz się czasu. Ale nic na to nie poradzisz. Ty też się starzejesz, nawet jeśli chodzisz w drugą stronę. Mam dla ciebie wiadomość. Ponieważ nie mogę nazwać jej świeżą... uuu... - Laska Egona dotyka jeszcze raz gołębia. - Nazwę ją "nową" wiadomością. Nasz człowiek się pokazał. Jutro o czwartej. W klubie Montauk. Mówi ci to coś? - Nie czekając na odpowiedź, pan nowojorskich nocy po raz setny przeciągle wzdycha. - Ale jak miałbyś wiedzieć, skoro nigdy się stamtąd nie ruszasz? Montauk to historyczny klub na Brooklynie. Stary, dekadencki, amerykańsko-włoski lokal.
- Wyślij kogoś - odpowiada głos z drugiego końca świata.
- Ej, dobrze wiedzieć, że jeszcze żyjesz. Właśnie to chciałem zrobić. Wysłać kogoś. Nawet, jeśli miałoby to być... kosztowne.
- Pieniądze nie grają roli.
- Dobrze. To mi się podoba. Skoro już rozmawiamy, mam dla ciebie drugą wiadomość. Dotyczy pierwszego zlecenia, które mi powierzyłeś. Pamiętasz, miałem zająć się złodziejaszkiem z Rzymu i twoim znajomym muzykiem... Chcesz wiedzieć, jak poszło?
- Już wiem.
- Uuu - chichocze Egon Nose. - To prawda, że wieści szybko się rozchodzą! Przykro mi z powodu twojego przyjaciela! Chciałem zorganizować im wieczorek ze skrzypcami w lokalu. No, ale... stało się. Na jutro mogę upoważnić dziewczyny do...
- Nie.
- Jasne. Powiem, żeby patrzyły i nie jadły...
Z drugiej strony słuchawki czuć wahanie, bieg myśli. Trwa to ułamek sekundy, potem głos mówi: - Tylko, jeśli zobaczą bączki.
- Jak to, stary?
- Jeśli będą tam bączki... - powtarza Heremit Devil, jakby każde słowo wymagało od niego wysiłku - twoje dziewczyny mogą wkroczyć.
Dwanaście dni to długo.
A dwanaście zimowych dni to jeszcze dłużej.
Jednak tyle właśnie czasu Jacob Mahler się nie ruszał.
Był w lesie. Wyssał ostatni śnieg. Jadł kasztany. Surowe grzyby. Korzonki. Praktycznie się nie ruszając.
Jego największymi wrogami były zimno i złamana ręka. Jedynym sposobem, żeby je przezwyciężyć, było niemyślenie. Pozostawanie w bezruchu, niczym posąg. Jak te stojące w ogrodzie, z którego uciekł.
Były łowczyniami.
I przyszły po niego.
Wysiadły z samochodu Joe Vinilego, wiedząc, co będą musiały zrobić: zabić.
Miały plan, misję, cel.
Brakowało tylko jednego szczegółu: jego twarzy.
Dwanaście dni i nocy wcześniej Jacob Mahler leczył się w prywatnej klinice. Mało ludzi. Niewiele pytań.
Widział, jak Joe Vinile wysiada na podwórzu w towarzystwie łowczyni. "Głupi Vinile" pomyślał Mahler, ruszając najszybciej, jak to było możliwe. Nie rozumiał, że jego również zaproszono na bankiet...
Potem zdjął bandaże, które chroniły poparzoną podczas eksplozji twarz i założył je na twarz swojego towarzysza z pokoju. Kiedy łowczynie czarowały personel kliniki, Jacob Mahler wyszedł tylnym wyjściem. I ukrył się w lesie.
Gdy przyszły łowczynie, jego towarzysz z pokoju zaczął krzyczeć, a Joe Vinile zrozumiał, jaki był głupi.
W lesie Mahler nieruchomo czeka, ignorując ból.
Jeszcze jeden dzień. Potem się poruszy.
Klub Montauk to dziwna mieszanina złotego stylu weneckiego i amerykańskiego country. Białe stoliki oddzielone drewnianymi przegrodami, lustra na ścianach i jasne żyrandole. Kelnerzy w smokingach płynący po marmurowej posadzce.
Punkt czwarta wchodzi Harvey.
Wahając się, szuka Ermete, ale nie znajduje go. Wybiera stolik w rogu i wrzuca pod krzesło swój worek z sali gimnastycznej. Zaczyna przeglądać menu.
Ktoś kładzie mu rękę na ramieniu. - Hej!
Harvey gwałtowanie się odwraca.
Nie rozpoznaje mężczyzny, który stoi naprzeciw niego: biały płaszcz przeciwdeszczowy, wełniany golf i przede wszystkim kaskada długich blond włosów.
Mężczyzna uśmiecha się.
- Ermete? - szepcze niepewnie Harvey.
- Psst! - szepcze inżynier, odgarniając włosy z oczu. - Peruka. Genialne, prawda?
Ermete gramoli się pomiędzy stolikiem a chropowatym oparciem kanapy, ciągnąc za sobą zniszczoną walizkę. Zdmuchuje sobie włosy z czoła i podaje Harveyowi rękę, jak wytrawny biznesmen. - Miło mi cię widzieć, Harveyu. Naprawdę. Już prawie nie miałem na to nadziei. Widzę, że przydają się moje gołębie?
- Bardzo. Są jak prawdziwi szpiedzy.
- Trzeba niezwykle uważać - mówi Ermete, rozglądając się. Poci się pod płaszczem i peruką. - Co myślisz o tym miejscu? Nie przypomina tych z filmów Hitchcocka?
- Hao, mityczne! - przytakuje Harvey, cytując Shenga.
- Przede wszystkim... jest blisko mojego domu. Jedyna ulica w kodzie Nowego Jorku.
- Czyli?
- A1 V4 E1 N1 U1 E1 145
- Co znaczą?
- Wartości liter "AVENUE" w skarabeuszu, grze z krzyżówkami. Znasz? Człowiek, który ją wymyślił mieszkał tutaj, a tabliczkę na ulicy umieszczono, żeby to upamiętnić.
- Przysięgnij!
- Przysięgam!
Obaj wybuchają śmiechem i zamawiają dwa soki owocowe.
Potem Ermete wyciąga się na ławce i znów rozgląda wokół. - Łał - komentuje po rozejrzeniu się.
- Co łał?
- Nie odwracaj się, ale za tobą są dwie superdziewczyny. Jak ja kocham Amerykę!
- Widzę, że wszystko u ciebie w porządku.
- A u ciebie? Wydajesz się... grubszy. Po co ci ten wór?
- Idę na trening. Zapisałem się na boks.
- Boks?
Harvey odsuwa włosy z oczu. - No. A moją instruktorką jest dziewczyna.
- No! Wystawianie się na uderzenia panienki musi być przyjemne...
Ermete uśmiecha się do kelnera. Harvey odwraca się, by spojrzeć na dziewczyny. - Rzeczywiście ładne - przyznaje.
- Może się przy nich zakręcić w głowie.
- Ą propos kręcenia...
- Bączek. Wyjaśnij mi wszystko.
Harvey pokazuje mu katalog i wizytówkę z adresem antykwariusza.
- To niedaleko od mojego domu - mówi Ermete, obracając karteczkę w dłoniach.
- Nie wydaje ci się to dziwne?
- Bardzo. Zawsze, gdy czegoś szukam w tym mieście, okazuje się leżeć przynajmniej trzy godziny drogi stąd.
- Miałem na myśli... czy nie wydaje ci się dziwne, że katalog trafił właśnie do mnie?
- Nie przyszedł do ciebie, tylko do twojego ojca.
- Antykwariusz zaznaczył bączka.
- Fakt. A dlaczego?
- Ojciec nie wie dokładnie, ale wydaje mu się, że ten przedmiot został już sprzedany.
Ermete ogląda pod światło zdjęcie bączka.
- Tęcza?
- Dokładnie.
- Przejście. Koniec burzy... - Ermete kładzie kartkę na stole i stuka palcami w brzeg szklanki. - Moim zdaniem należy zaraz iść do tego... Vladimira Askenazego.
- Miałeś wiadomości od pozostałych?
- Wysłałem przez Internet zakodowaną wiadomość do całej trójki. Przyszła odpowiedź: mają się dobrze, pozdrawiają cię i cieszą się z informacji o bączku w katalogu. Piszą, że chcieliby się spotkać.
- Ja też. I może właśnie nadarza się okazja do tego...
Ermete kładzie ręce na walizce. - No. Ale musimy być ostrożni.
- Co ty tam tachasz?
Ermete odrywa na chwilę palce od walizki. - Zadania na wakacje. Całą wiedzę o Mitrze, Chaldejczykach, starożytnych religiach, lustrach i kometach.
- Jakieś nowości na temat Ognistego Pierścienia?
- Mało konkretne... - Inżynier opiera się na łokciach i szepcze: - Znalazłem pewną wskazówkę. Na przykład: słowo Mitra oznacza... "pakt". I oczywiście pakt starożytnego boga Słońca i światła nie jest paktem sekretnym. Ale pamiętasz, co było wyryte za lustrem?
- Za światem widzialnym kryje się niewidzialna przyczyna... - cytuje z pamięci Harvey.
- Właśnie. Pomyślałem, że wcześniej czy później, niewidzialne przyczyny staną się widzialne.
- Coś jeszcze?
- Mógłbym cię zanudzać aktami z kongresu na temat tajemnic Mitry, który odbył się w Rzymie 28 marca 1978 roku, o irańskich magach i ich związkach z kultem światła, o bogini Izydzie, ale... tak naprawdę nie mam wiele. Tylko legendy.
- Na przykład?
Ermete kładzie sobie walizkę na kolanach i otwiera ją. Wewnątrz mieści się wiele kartek.
- Ja nazwałem Ognisty Pierścień Lustrem Prometeusza, bo właśnie przez lustro tytan ukradł ogień bogom. Ale historia Prometeusza jest złożona: nie tylko ukradł ogień bogom, ale stworzył ludzi, łącząc deszczówkę z ziemią - Inżynier wypija łyk soku. - I odkryłem, że jest jeszcze jedna postać w mitologii greckiej, która ma coś wspólnego z lustrami. Nazywa się Hefajstos i jest bogiem kowalem. On też używa ognia: do kucia tarczy Herkulesa i broni Achillesa. Na tarczy Achillesa są przedstawione Plejady i siedem gwiazd Wielkiej Niedźwiedzicy. A Grecy byli przekonani, że od Wielkiej Niedźwiedzicy zależy koniec świata. Gwiazdy, rozumiesz?
- Profesor miał obsesję na punkcie gwiazd - przypomina sobie Harvey.
- No właśnie - Ermete splata dłonie. - Wszystko się łączy. W sposób, którego na razie nie mogę pojąć. Jednak... wiesz, co było, gdy Prometeusz ukradł ogień bogom? Zeus idzie do Hefajstosa i wymyśla z nim najgorszą karę. Prometeusz zostaje przykuty do skały, a orzeł wyjada mu wątrobę. A ludziom, których stworzył... - Pokazuje Harveyowi posąg kobiety trzymającej naczynie. - Hefajstos tworzy Pandorę. Pierwszą kobietę - Ermete opada na oparcie. - Wymyśliłbyś gorszą karę?
Po wyjściu z klubu Montauk, Harvey i inżynier wchodzą do metra, kierując się do Queens, pod adres antykwariusza.
- Nie rozumiem jednak na razie... - przyznaje Ermete po kilku krokach - czego i gdzie mam szukać. Wszystko jest takie zamglone, miesza się i staje się niemożliwe do oddzielenia... Legenda i prawda. Mit i historia.
- A... w książkach profesora?
Ermete wzrusza ramionami. - Znalazłem to: u starożytnych Persów istniała kasta uczonych astronomów, nazywanych magami. Znali boga Słońca, zwanego Mitrą. Część ich nauk dotarła na Zachód w czasach wojen między Persami a Grekami i stała się podstawą wierzeń egipskich. Rzymianie podbili i Grecję, i Egipt...
- I przywłaszczyli sobie wszystko.
- Odkryli niezwykły bagaż tajemnej wiedzy. Między innymi... mapę Chaldejczyków z ich bączkami. Ognisty Pierścień. Albo i wszystkie trzy rzeczy.
- Niezły bałagan - podsumowuje Harvey.
- Nawet nie wiesz, jaki. Tu jest potrzebny poważny naukowiec, nie taki dyletant jak ja.
- Ale tylko dyletanci tacy jak ty są wystarczająco szaleni, żeby...
Ermete zatrzymuje się i patrzy na chłopaka. - Nie wiem, czy to był komplement, czy wręcz przeciwnie.
Czarne skały omiata silny wiatr, niosący ze sobą śnieg. Niebo jest stalowoszare. Morze wydaje się równiną, stykającą się z nadbrzeżem: kamienne arkady, jedna za drugą zanurzone w wodzie. Kobieta obserwuje zaciekłą walkę żywiołów: wody, wiatru, ziemi i ognia. To zmienny charakter tej starej wyspy, Islandii.
Sanie zatrzymują się. Sześć wilków stoi na śniegu, pobrzękują miedziane dzwoneczki przy uprzęży, którą przywiązane są do sań.
Kobieta niedawno opuściła swoje schronienie wśród lodu. I pozostałą trójkę przyjaciół.
Powiedziała im, że Century rozpocznie się w Rzymie. Irene zaproponowała spotkanie w jej hoteliku.
Zastanawiali się, jak to zrobić.
W ostatni dzień roku.
Dobry pomysł.
Zadecydowali i pożegnali się.
Na szczycie skały wiatr owiewa ubranie kobiety. Stwardniała lawa dawnego wybuchu ugina się pod jej stopami. To krew świata skrzepła w soli.
Daje znak do powrotu. Wilki zrywają się i zaczynają biec po śniegu. Ich celem są wysokie słupy pary, odcinające się na szarym niebie jak szczyty wyimaginowanych katedr. Wilki biegną, wyjąc jak podczas polowania. Nagle, wśród dymu pojawia się laguna ciepłej, niebieskiej wody. To Błękitna Laguna - stacja wód termalnych wśród tańczącej śnieżycy.
Kobieta podjeżdża do drewnianego ogrodzenia. Uwalnia wilki i szorstkim głosem wydaje im kilka rozkazów.
Potem wchodzi. Zdejmuje wilgotne ubranie i zakłada kostium kąpielowy. Długie włosy opadają jej na ramiona. Schodzi po kilku schodkach i zanurza się w gorącej wodzie. Przymyka oczy, rozkoszując się ciepłem. Płynie do części basenu znajdującej się pod gołym niebem.
Czeka w padającym śniegu.
Kilka minut później, w ciszy, prawie bezszelestnie podpływa do niej mężczyzna. Zagaduje ją po imieniu.
Kobieta nie otwiera oczu. - To ja - odpowiada.
Mężczyzna przedstawia się. To Jacob Mahler. Ma włosy koloru pajęczyny i unosi się w wodzie kilka metrów od kobiety.
- Inaczej się umawialiśmy - mówi kobieta. - Miałam się spotkać z panem Heremitem.
Jacob Mahler gwałtownie podnosi rękę. - Nigdy nie wypowiadaj tego nazwiska.
- Nie gadaj bzdur - mówi kobieta.
- To nie są bzdury.
Kobieta zanurza się. Gdy wypływa na powierzchnię, mężczyzna nadal tkwi nieruchomo przy niej.
- Nie mam czasu na żarty - ucina krótko kobieta, patrząc na niego przez mokre włosy. - Niedługo muszę jechać.
- Twój statek może zaczekać jeszcze kilka godzin.
- Przede mną długa podróż.
- Spitzbergen, Norwegia, Syberia, Kamczatka, cieśnina Beringa. Długa i mroźna podróż.
- Uwielbiam chłód. Konserwuje przeszłość.
- Mówisz jak archeolog...
- Jestem archeologiem.
- Kilka lat temu plemię syberyjskich Ewenków znalazło mamuta doskonale zakonserwowanego w lodzie. Ugotowali go i zjedli kawałek po kawałku, zanim ktokolwiek mógł go obejrzeć.
- Zaspokojenie głodu jest pierwszą potrzebą człowieka.
- A drugą?
- Władza.
- Która zresztą jest powodem naszego spotkania.
- Nie mogę z tobą rozmawiać, Jacobie Mahlerze.
- On się nie ruszy ze swojego wieżowca. Ale chce wiedzieć. I jeśli nie chcesz ze mną rozmawiać, wychodzi na to, że będziesz musiała nas odwiedzić.
Kobieta milczy. Odsuwa włosy z czoła.
- W Szanghaju - kontynuuje Jacob. - Po zakończeniu ekspedycji. Podamy coś ciepłego. Z doskonałą muzyką.
- Grasz?
- Trochę na skrzypcach.
Kobieta patrzy na ręce mężczyzny poruszające się pod powierzchnią wody, jak dziwne podwodne zwierzęta. Zastanawia się chwilę i odpowiada: - Powiedz swojemu szefowi, że przyjadę.
Mahler kiwa głową. - W takim razie czekamy - uśmiecha się.
Potem zanurza się w błękitnej wodzie i znika.
Od tego momentu minęło sześć lat.
Pociąg linii nr 3 metra znika w mroku, wśród peronów. Harvey, chłopak o długich, zmierzwionych włosach opadających na oczy czeka na chodniku, aż zostanie sam. Potem znudzony wkłada ręce do kieszeni i idzie w kierunku schodów. Na zewnątrz czuć silny zapach spalenizny. Asfalt błyszczy od deszczu. Niebo nad Harlemem wydaje się delikatne, ledwie oparte na dachach.
Chłopak sprawdza adres zapisany na kartce, którą trzyma w kieszeni. Przed nim jest kilka ciemnych zaułków. Samochody wydają się porzucone na chodniku, a ulice wiją się niczym labirynt, schodząc w stronę rzeki.
Nowy Jork, styczeń, północne obrzeża Manhattanu. Harvey idzie.
Pod adresem, który ma zapisany, stoi ceglany budynek mieszkalny. Na ścianie podarte afisze i czerwone schody przeciwpożarowe, wyglądające jak wielka szrama. Obok, za zardzewiałą metalową siatką, podwórko pełne starych mebli.
Wokół stoją stare, surowe budynki bez wyrazu. Dalej bar, sklep warzywniczy, lokal kuchni azjatyckiej. W rogu przyczepione do lampy ogłoszenia o festiwalu dziedzictwa afro-amerykańskiego Black History Month, pomazane białą farbą. Idealna dzielnica, jak na salę treningową.
Na aluminiowym domofonie nie zaznaczono sali. Jest kancelaria adwokacka i kilka numerów z niezrozumiałymi oznaczeniami. Harvey przygląda się bliżej prywatnemu numerowi na żelaznej plakietce na prawo od wejścia.
To numer z kartki. Obchodzi pół budynku, opiera się o zardzewiałą kratę na podwórzu, próbując podejrzeć miejsce z boku. W suterenie są zapalone wszystkie światła. Harvey spogląda na zegarek. Jest piąta.
Niebo jest prawie czarne.
Co robić? Nie może się zdecydować... Nie jest umówiony i nie ma się spotkać z nikim szczególnym. Ma jednak adres, który nosi w kieszeni od tygodnia, odkąd zobaczył biało-czarne ogłoszenie przyklejone na filarze stacji Columbus Circle. Ponad nim był namalowany chłopak w spodenkach i koszulce z napisem na rękawicach bokserskich:
Olimpia
Sala treningowa boksu
Walka grecko-rzymska
Spodobało mu się, więc zapisał nazwę i adres. Pomysł, żeby tu przyjść nie dawał mu spokoju. Wyobraził sobie, jak zadaje ciosy. Uśmiechnął się na tę myśl. Przydałoby mu się, gdyby umiał się obronić i nie obawiał spotkania żadnego typa na ulicy.
Zwłaszcza po Nowym Roku w Rzymie.
Harvey napina mięśnie nóg i prostuje plecy, jak robi to zawsze, gdy czuje się zagrożony.
Stary kruk siada niedaleko chłopaka, utrzymując równowagę na jednym z prętów, które podtrzymują kratę. Ma zaostrzony dziób i chore oko.
Harvey nie zwraca na niego uwagi.
Wraca i próbuje opuścić schody przeciwpożarowe, które prowadzą do sutereny. Będąc na ostatnim stopniu, słyszy dobiegające zza drzwi piski sportowych butów na posadzce i głosy.
Znalazł salę.
Puka, zauważa dzwonek i dzwoni.
Czeka. Rzuca okiem na ulicę nad nim.
Kruk wciąż siedzi nieruchomo na żelaznym pręcie. Drapie chore oko. Gdy drzwi sali zamykają się, odlatuje, znikając wśród dachów.
Za drzwiami stoi czarnoskóra dziewczyna.
- Nie znam cię - mówi do Harveya z lekkim uśmiechem.
Jest bardzo ładna. Ma krótkie, mokre od potu włosy i duże, brązowe oczy. Lekko krzywy nos nadaje jej łobuzerskiego wyglądu. Jest ubrana w szary dres, opaskę na włosy tego samego koloru i bawełniane podkolanówki lila. Nie ma butów. Jest zgrzana.
Harvey robi niezauważalny krok w tył, myśląc, że się pomylił. Co w sali treningowej bokserów miałaby niby robić dziewczyna?
- Nazywam się Harvey Miller i...
Za plecami dziewczyny coś nagle upada z łoskotem na ziemię.
Dziewczyna odwraca się gwałtownie i krzyczy: - Michael! Uważaj z tym workiem, inaczej będziesz go musiał odkupić! - Zwraca się do Harveya: - Przepraszam. Co mówiłeś?
Harvey przeczesuje zmierzwione włosy ręką. - Nic, nic... - mamrocze, czując, że najchętniej by sobie stąd poszedł. - Chyba po prostu się pomyliłem...
- W czym się pomyliłeś, Harveyu Millerze? - pyta dziewczyna, wbijając w niego spojrzenie. Jej ton jest ostry, prowokujący. - Pomyliłeś się, bo nie chciałeś tu przychodzić, czy dlatego, że zdałeś sobie sprawę, że brakuje ci odwagi?
- Ej! - protestuje Harvey. - Przecież nic nie powiedziałem...
Dziewczyna nie odpowiada, tylko odsuwa się nieco na bok, pozwalając mu zobaczyć brudną podłogę z szarego linoleum, ścianę z dwoma rzędami pustych haczyków, kilka płaszczy i drewnianą ławkę z zawieszonym nad nią workiem treningowym.
- Ty nic nie powiedziałeś, ale twoja twarz owszem. Chcesz wejść?
Harvey pochyla głowę, jakby podejrzliwie kuląc ją między ramionami.
- Tak wydajesz się mniejszy, Harveyu Millerze.
- Jakbym słyszał moją matkę.
- Twoja matka ma więc rację.
Harvey, urażony, prostuje się.
- Tak lepiej - mówi dziewczyna. - A więc?
Harvey odkrywa karty. - A więc co? Co mam ci powiedzieć? Przyszedłem tylko popatrzeć.
- I co widzisz?
- Ciebie stojącą w drzwiach!
- Przyszedłeś do sali treningowej dla bokserów, żeby zobaczyć dziewczynę w drzwiach?
- Nie! - odpowiada rozgoryczony Harvey.
Dziewczyna daje mu znak, żeby wszedł do sali. Wydaje się, że ma wielką satysfakcję.
- Zasada pierwsza: - mówi - kto traci spokój i koncentrację, przegrywa walkę. Zasada druga: jeśli chcesz wejść do sali treningowej dla bokserów, przyjdź w dresie i koszulce, a nie ubrany jak do szkoły. Nawet, jeśli mam coś, co mogę pożyczyć.
- Ale ja nie mam...
- Za pierwszą lekcję się nie płaci. Jeśli ci się spodoba, będziesz trenował dalej. Jeśli nie - nie ma sprawy. Chodź.
Nieco zmieszany Harvey wchodzi do sali.
- I zamknij drzwi! - krzyczy dziewczyna, nie odwracając się. - Bo inaczej wszyscy się pochorujemy!
Sala jest dosyć duża. Oświetlają ją rzędy białych neonówek. Nie stoi tu żadne urządzenie, żadne przyrządy. Są tylko dziesiątki leżących na podłodze niebieskich materacy, drewniane drabinki przy ścianie i szereg worków treningowych zamocowanych przy suficie. Chłopak z twarzą schowaną pod szarym, pluszowym kapturem skacze na skakance, krzyżując ją pod stopami.
Pośrodku jest ring: biała antresola otoczona grubymi sznurami. Dwóch innych chłopaków z gumowymi, czerwono-niebieskimi kaskami na głowach właśnie toczy sparing. Słychać świst rękawic i uderzenia padające na kaski.
Harvey, gdy tylko ich zauważa, zatrzymuje się zafascynowany. Pięściarze mają na sobie przylegające koszulki, połyskujące spodenki i skarpety o ciemnoniebieskich mankietach. Poruszają się na palcach, jak baleriny, jednak to nie jest taniec.
To walka.
- Terence i Evelyn debiutują za miesiąc. Oboje startują w wadze piórkowej, ale w różnych zawodach, oczywiście - wyjaśnia czarnoskóra dziewczyna, stojąc kilka kroków przed Harveyem.
- Evelyn? - pyta chłopak, dopiero teraz orientując się, że jednym z pięściarzy jest kobieta.
- Tak, Evelyn. Ta, która silniej uderza. - Zauważając zdziwienie Harveya, dodaje: - Myślałeś, że boks jest tylko dla mężczyzn?
Gdy Harvey odrywa wzrok od ringu, zauważa wyciągniętą ku niemu rękę dziewczyny: - Witamy wśród nas, Harveyu Millerze. Ja nazywam się Olimpia i kieruję salą.
Olimpia opiera się o ścianę na zewnątrz męskiej przebieralni; zza polerowanej papierem ściernym szyby widać jej profil. Na ścianach pomieszczenia widnieją podpisy pięściarzy. Jedyny prysznic od dawna ma nieczynny mieszalnik wody, stąd zaduch, smród potu i źle działających odpływów.
Siedząc na drewnianej ławce, Harvey zakłada wytarte skarpety. Rozciąga je kciukami w pięcie i wstaje. Jego odbicie w lustrze jest zabawne; również dlatego, że żadna z rzeczy, które założył, nie jest w jego rozmiarze. I nie jest nawet czysta. To jest dla niego jednak nieistotne.
Harvey wychodzi z przebieralni i spotyka Olimpię, która nawet nie komentuje jego wyglądu.
- Możemy zaczynać, jeśli chcesz.
- Skąd wiedziałaś, że zostanę? - pyta chłopak, idąc za nią do materacy.
- Pewne sprawy rozpoznaję na pierwszy rzut oka.
- To znaczy...
- Przyszedłeś sam. Bez ojca, który opowiedziałby mi, jak to boksował w twoim wieku, a potem zaciągnął się do wojska; bez mamy, która obwąchałaby szatnie i zwróciła mi uwagę, że sala jest brudna.
- No - mruknął Harvey, przypominając sobie swoich rodziców.
- Jesteśmy tu, żeby boksować, a nie robić porządki - kontynuuje nauczycielka.
Potem prowadzi go do przeciwległego rogu sali, gdzie wisi u sufitu olbrzymi czarny worek. Obejmuje go i pokazuje Harveyowi. - To będzie twój wróg. Ale zanim nauczysz się go uderzać... - popycha worek w stronę chłopaka, uderzając go prosto w twarz - musisz nauczyć się zadawać ciosy. - Worek łagodnie wraca do jej rąk. - A zanim nauczysz się zadawać ciosy, musisz nauczyć się ich unikać.
Harvey masuje sobie policzek, na którym czuje jeszcze szorstki materiał worka.
- Przydałoby się - komentuje.
- Żeby nauczyć się unikać ciosów, musisz poznać równowagę swojego ciała. Nóg, rąk, ramion, tułowia, szyi. I jest na to tylko jeden sposób.
Olimpia pochyla się i podnosi z ziemi skakankę. Podaje ją Harveyowi i wydaje polecenie: - Skacz.
Chłopak bierze ją rozczarowany. - Żadnych rękawic?
- Żadnych rękawic, za to sto dobrze wykonanych skoków. Potem rozciąganie, drabinki i kolejne sto skoków. Jak skończysz, zobaczymy, czy jeszcze trzymasz się na nogach. Umiesz skakać na skakance?
Harvey kładzie sobie skakankę za kostkami, przerzuca nad głową i skacze niepewnie. - Mogę się nauczyć.
Olimpia patrzy na niego krytycznym wzrokiem. - Masz przyjaciół, Harvey?
Chłopak nie przestaje skakać. - Kilku. Czemu pytasz?
- Tak tylko, z ciekawości.
- Można wiedzieć, dokąd idziesz taka rozczochrana? - pyta Linda Melodia Elektrę w drzwiach "Domus Quintilia". Potem opiera się na kiju szczotki i mierzy siostrzenicę krytycznym spojrzeniem.
- O co chodzi? - parska dziewczyna. Ma burzę kruczoczarnych włosów i ciemne oczy. Jest ubrana w obcisły puchowy płaszcz, spod którego wystają czarno-fioletowe sportowe buty.
- O buty - mówi Linda, wskazując je czubkiem szczotki.
Elektra podnosi swoje tigery. - Są super! - protestuje.
- Ale są brudne. Na obcasie... Co to jest? Błoto?
- Ciociu! Na ulicach jest pełno błota. Dopiero co stopniał śnieg.
- Elegancka dziewczynka zawsze powinna mieć czyste buty.
- Chcesz powiedzieć, że ja nie jestem elegancka!
- Gdyby cię słyszała...
- ... moja mama, tak! Ciociu, muszę już iść... - Elektra wspina się na czubki palców i całuje ciotkę; potem znika w bramie.
Linda uśmiecha się, rozpoznając w powietrzu zapach Mistral, serdecznej przyjaciółki Elektry. - Czegoś jednak się nauczyła, dzikuska... - mruczy do siebie.
Podśpiewując, zamiata wyjątkowo oporną szczelinę w chodniku. Nie poddaje się, dopóki nie wyczyści ostatniej kropli błota. Potem, kątem oka dostrzega ukradkiem przechodzącego Fernanda, ojca Elektry; mężczyzna wciąż porusza się niepewnie, po noworocznym spotkaniu z Jacobem Mahlerem.
- Fernando! - woła ciotka Linda, zmuszając go, by się zatrzymał. - Co to ma być?
Fernando Melodia niesie stos starych, zakurzonych książek. - Witaj Lindo... - pozdrawia ją, próbujący swych sił w kryminałach, zwykłym tonem między pobłażliwością a lękiem. - Nie zauważyłem cię...
- Chyba nie niesiesz ich do domu? - pyta groźnie Linda, wskazując na książki.
- To znaczy... tak naprawdę... były mi potrzebne do pracy.
- Ale nie możesz ich wnieść w takim stanie! - Linda wycofuje Fernanda do ściany. - Są potwornie brudne!
- Są z piwnicy - usprawiedliwia się mężczyzna.
Kobieta przesuwa palcem po książce, tworząc rowek w warstwie kurzu spoczywającego na okładce pierwszej książki. Jej oko momentalnie wyłapuje białe ślady między stronicami. - Kurz! Pajęczyny! A to co?
Dmucha w twarz Fernandowi, wzniecając tuman czarnych ziarenek.
- Myszy! Mysie odchody! - krzyczy z obrzydzeniem Linda Melodia.
Fernando zaczyna kaszleć; przy trzecim kaszlnięciu stos książek traci równowagę i upada na ziemię wśród kurzu i starych pajęczyn.
Linda Melodia blednie i unosi szczotkę nad głowę. - Moje podwórze! - krzyczy.
Elektra przechodzi przez plac Piscinula, skąd dociera do viale Trastevere i wsiada do tramwaju nr 3. Podróż nie trwa długo.
Wysiadłszy na przystanku, szuka wśród dachów jedenastu małych piramid fasady kościoła Santa Maria dell'Orto. Dochodzi do wejścia i spogląda na zegarek: jest punkt czwarta.
Sheng czeka na nią pomiędzy dwiema białymi kolumnami. Ma czarne włosy i tajemnicze, jasne oczy. Jest ubrany w kurtkę z błyszczącego jedwabiu, dżinsy, podkoszulek i sportowe buty.
- Cholera, przepraszam. Kurtka jest mojego ojca - wita się z nią.
- Niezbyt odpowiednia... jak na tę okazję... - komentuje dziewczyna, obejmując go pospiesznie.
- Chyba nikt nie będzie narzekał - mówi Sheng, idąc przodem, wewnątrz kościoła. - Pewnie nawet nie będzie komu narzekać.
W kościele panuje mrok i chłód, ale jest przytulnie.
Dwójka przyjaciół obejmuje się i idzie w stronę ołtarza. Pomiędzy rzędami ławek stoi, oparta na metalowej podpórce, trumna z czarnego drewna.
Żadnego kwiatu. I nikogo, poza kobietą w pierwszej ławce - niską, w kapeluszu z pawim piórem i w szarym płaszczu, które sprawiają, że wygląda jak wielka turkawka. To Ilda, kioskarka z Largo Argentina.
Elektra i Sheng siadają obok i uśmiechają się do niej. Podają sobie ręce.
- Przykro mi... - mówi kobieta, łkając. - Tak bardzo mi przykro.
Zza drzwi zakrystii obserwuje ich ksiądz. Kaszle, potem idzie się przebrać.
W powietrzu zaczyna być wyczuwalna woń kadzidła. Mikrofon skrzeczy, a potem płynie przez niego melancholijna muzyka.
- Może trzeba było przynieść kwiaty... lub coś... - szepce posmutniała nagle Elektra.
Odwracają się na dźwięk szurania. Przyszła też Cyganka z via della Gatta. Złote kółko w jej uchu pobłyskuje między włosami. Opiera o trumnę dwa ukradzione kwiaty i chowa się w mroku, z tyłu kościoła.
Przychodzi także mężczyzna. To kelner z Caff? Greco.
Nie chciał opuścić pogrzebu profesora Alfreda Van Der Bergera.
Widoczne za oknem dachy Paryża są masą dachówek zdobionych mansardami i okrągłymi oknami w suficie, wyglądającymi jak czekoladka na śmietankowym kremie. W cieniu okien z wykuszami usadowiło się kilka szpaków, jedne przy drugich, żeby się ogrzać. Inne fruwają wśród puszystych jak bawełna chmur.
Siedząca w głębi klasy Mistral błądzi wzrokiem po Sekwanie i kopułach kościołów.
Głos nauczycielki szybko przywołuje ją do rzeczywistości: - Panienko Blanchard? Jest panienka tutaj? Czy znów wybrała się w jedną ze swoich długich podróży? - pyta kobieta tonem godnym dziewiętnastowiecznych guwernantek.
Koleżanki chichoczą, jednak Mistral jest zbytnią marzycielką, żeby się tym przejmować. Uśmiecha się i szybko wraca do lekcji. Wybiera salę prób, robi krok naprzód, zapina ostatni guzik przy sweterku w serek i pyta, tak niewinnie, że aż słychać w jej głosie zuchwalstwo: - Teraz ja?
Nauczycielka śpiewu siedzi przy fortepianie. Na policzkach ma mocny makijaż, jej białe włosy upięte są na karku spinką, która wygląda jak pocisk. Ma na sobie olbrzymią suknię z czarnymi falbanami, która zdaje się więzić ją pomiędzy taboretem a pedałami.
- Oczywiście, Mistral, że teraz twoja kolej! Już od kilku minut! - Uderza ostro obcasem w drewnianą podłogę, żeby uciszyć pozostałe uczennice. - Co zaśpiewasz w tym tygodniu?
Mistral podchodzi do fortepianu i podaje jej partyturę.
- Przygotowałam... Woman in love Barbry Streisand.
- Amerykanki, co? Nic innego nie odkryłaś w Nowy Rok w Rzymie?
Pozostałe dziewczęta nagle milkną, ciekawe odpowiedzi.
- Nie, proszę pani. A właściwie tak: odkryłam jedną rzecz.
Nauczycielka podnosi się kilkakrotnie z taboretu, żeby lepiej się usadowić, rozkłada partyturę na pulpicie i pyta bez zainteresowania: - Co takiego?
- Że nie podoba mi się już muzyka klasyczna. Ani skrzypce. A zwłaszcza Mahler.
- I dlatego chcesz śpiewać amerykańskie piosenki?
- Również dlatego - odpowiada Mistral.
Nauczycielka nie komentuje. Zresztą nie mogłaby. Nikt nie wie, co wydarzyło się w Nowy Rok w Rzymie.
Z fortepianu płyną pierwsze nuty. Dziewczyna bierze wdech, czeka na odpowiedni moment i zaczyna śpiewać. Jej głos jest czysty, perfekcyjny.
Żadna z jej koleżanek już nie chichocze.
Za oknem, nad schodzącymi ku Sekwanie dachami, ptaki fruwają, słuchając jej.
Trzydzieści jeden dolarów... trzydzieści jeden i pięćdziesiąt centów... trzydzieści dwa! - Ermete De Panfilis uśmiecha się podając taksówkarzowi ostatnie dwie monety ze swojego zbioru amerykańskich drobnych.
Portorykańczyk wyglądający jakby niedawno opuścił więzienie nie wydaje się zadowolony z otrzymania tylu monet. Czeka, aż Włoch sam wyjmie ostatnią ze swoich ogromnych toreb podróżnych i odjeżdża, pryskając wokół błotem.
- Ej! - krzyczy Ermete, próbując uniknąć ochlapania. - Co za maniery!
Ogląda sztruksowe spodnie i wzruszając ramionami stawia bagaże bezpiecznie na chodniku. Na plakietkach z lotniska widnieje napis: New York, NY.
A dokładniej: 35th Street, Queens.
Dzielnica willowa. Mieszkanie na pierwszym piętrze willi z czerwonych cegieł, o spokojnym wyglądzie, niedaleko domu prawdziwej legendy amerykańskiej: Alfreda Buttsa, wynalazcy scrabble'a, ulubionej gry planszowej Ermete.
Z paczkami i plecakami na plecach inżynier szuka właściwego klucza wśród tych, które dostał w agencji, wnosi połowę walizek, bierze resztę i wchodzi, gdy jego telefon dzwoni.
- Cześć, mamo! - mówi, przeskakując walizkę. - Nie. Tak. Oczywiście... Dopiero przyjechałem. Dopiero co. Bardzo ładne. Pada. Leje. Szaleje tornado. No coś ty, żartuję! Tak. Naprawdę... Głupi żart. Wiem, że się martwisz...
Ermete wyciąga się na wygodnej kanapie, chwyta pilota i włącza w telewizorze kanał, na którym nadawana jest właśnie retransmisja meczu mistrzostw w futbolu amerykańskim.
- Co? To telewizja, mamo. W Stanach telewizja jest wszędzie. Nie. Nie możesz mnie odwiedzić. Nie ma miejsca. Przykro mi... A poza tym podróż jest straszna. Bardzo długa. Dłuższa. Nawet jeszcze dłuższa.
Ermete pogłaśnia telewizor, ogląda pokój, łazienkę, kuchnię, lodówkę. Pusta.
- Oczywiście, że mam przyjaciół, mamo. No pewnie. Dzwonię do nich. Nie jestem sam. Nie martw się. Świetnie. Cześć. Tak. Pa.
Inżynier kończy rozmowę i rzuca komórkę na kanapę. Bierze książkę telefoniczną i szuka nazwiska "Miller".
Jest ich dziesięć stron.
- To chyba nie jest dobry moment, żeby dzwonić do Harveya...
Ermete podchodzi do okna i wygląda na zewnątrz. Na ulicy nie ma żywego ducha.
- A poza tym to nie jest bezpieczne przekazywać takie informacje przez telefon... - mówi dalej do siebie, jakby recytował dialog z filmu szpiegowskiego. - W Nowym Jorku są lepsze sposoby komunikacji.
Wyciąga z bagażu film Ghost Dog Jima Jarmusha ze swojej kolekcji. To historia zabójcy mafijnego, któremu zwierzchnicy przekazują zlecenia gołębiami pocztowymi.
Ustawia film na pustej półce w swoim nowym amerykańskim apartamencie. Rozgląda się wokół. W telewizji wciąż leci mecz.
Z torby podróżnej wyciąga wyściełany futerał. Otwiera bardzo ostrożnie i wyjmuje okrągłe lusterko w oprawce z brązu.
Kładzie je na dywanie i wraca do książki telefonicznej.
- Sklepy zoologiczne... - mruczy pod nosem, przeglądając.
Światła neonów sali gimnastycznej wirują w mroku sutereny. Harvey siedzi na drewnianej ławce, prawie nie mogąc się poruszyć. Bolą go wszystkie mięśnie. Opiera głowę o ścianę. Oczy ma przymknięte, jest wycieńczony.
- Pierwszy tydzień? - słysząc głos, porusza się.
To chłopak w dresie, Michael. Siada koło Harveya i podaje mu rękę.
- No - uśmiecha się Harvey. - Jestem ledwo żywy.
- To jeszcze nic, mówię ci. Zobaczysz, co będzie potem.
- Nie wydaje mi się, żeby mogło być jeszcze gorzej.
Michael chichocze: - Bo nigdy nie próbowałeś biegać z workiem na plecach...
- Żartujesz?
- Nie.
Obserwują ring. Olimpia założyła rękawice i rozgrywa sparing z jednym z uczniów. Łokcie trzyma uniesione, rękawice przy twarzy.
Po wybiciu gongu zaczynają krążyć wokół siebie. Chłopak wymierza jeden cios, drugi, ale wydaje się zawstydzony tym, że ma bić swoją instruktorkę.
Ona za to zachęca go, by uderzał mocniej. I szybciej.
- W ten sposób - mówi. I wymierza mu trzy, cztery ciosy, które odrzucają go do tyłu, zaskoczonego i obolałego.
- Jest wielka! - krzyczy Harvey.
Michael uśmiecha się. - Jeszcze nawet nie zaczęli.
Olimpia "tańczy" po ringu na palcach. Unika ciosów, odpiera je, odsuwa się zwinnie jak wąż. I nie przestaje mówić, prowokując ucznia. Wielki okrągły zegar zawieszony na ścianie odmierza kolejne sekundy.
- Kiedy stoisz tam... - wyjaśnia Michael, wskazując na ring - przeżywasz najdłuższe minuty swojego życia.
Harvey potakuje. Nagle rękawica Olimpii uderza ucznia prosto w policzek. Słychać dźwięk wypadającego z ust ochraniacza na zęby.
- Aj! - wydaje z siebie okrzyk Harvey, pocierając brodę. - Ale uderzenie!
- Ledwo go musnęła - wtrąca Michael. - Ale pokazała mu, jak może zacząć uderzać, jeśli będzie się tak słabo bronił.
Harvey obserwuje chłopaka, który chwieje się na ringu.
- Wierz mi, nic mu nie będzie - zapewnia Michael. - Naprawdę można zrobić sobie krzywdę, jeśli uderzą cię tu - mówi, wskazując nos, wystający spod kaptura bluzy dresowej. - Jeśli podczas walki przeciwnik złamie ci przegrodę nosową, przegrałeś. Niektórzy trenerzy łamią ją bokserom przed zawodami.
Harvey potrząsa głową, a gwałtowny ból przebiega mu po plecach. - Chcę zachować mój nos w całości. Nie chcę walczyć. Chcę tylko nauczyć się bronić.
- Ja też tak myślałem, kiedy się zapisywałem... - Michael wskazuje gestem brody na Olimpię. Sparing się skończył. Dziewczyna schodzi z ringu.
- I co się stało?
Michael wstaje, opiera ręce na kolanach. - Olimpia powiedziała mi: "Życie to nie obrona. To walka".
Jak tam, Harveyu Millerze? - pyta instruktorka, stając koło niego. - Poznałeś Michaela? - wyciąga nadgarstki, prosząc o odpięcie taśmy mocującej rękawice.
- Jestem cały obolały - uśmiecha się Harvey.
- Ale...?
- Zadowolony.
Rękawice upadają na ziemię. Michael podnosi je.
Olimpia powoli rozmasowuje sobie palce.
- Dałaś mu niezłą lekcję! - stwierdza Harvey, wskazując chłopaka na ringu.
- Nie biliśmy się naprawdę! Musi się nauczyć trzymać gardę. Ma kłopoty z koncentracją i zawsze ją opuszcza. A jeśli chociaż raz opuścisz gardę... bach! I już po tobie.
- No - potwierdza Harvey, idąc z nią ku przebieralniom.
- Wrócisz jeszcze, Miller?
Chłopak milczy. - Myślę, że tak.
- Więc od przyszłych zajęć płacisz 40 dolarów. Trzy razy w tygodniu, inaczej to tak, jakbyś nie przychodził w ogóle. Pierwsze dwa dni ćwiczysz na siłowni, trzeciego - zakładasz rękawice. Zobaczymy, jak sobie poradzisz. OK?
- OK.
Mijają dni, tygodnie.
Wychodząc z "Domus Quintilia", Elektra za każdym razem widzi Cygankę, która przeniosła się z via della Gatta na piazza in Piscinula.
"Co tu robisz?" zapytała za pierwszym razem, niosąc jej gorącą kawę.
Cyganka uśmiechnęła się. Potem odpowiedziała: "Stoję na straży".
Co tydzień Elektra zanosi kobiecie napiwki od gości z hotelu, nie mówiąc jej skąd pochodzą pieniądze.
I tak sobie wzajemnie pomagają.
Miesiące wymiany kulturalnej w Rzymie są dla Shenga jak wojna. Chińczyk wysłany do rodziny z trzema córkami, młodszymi i z pewnością bardziej histerycznymi od niego, często zamyka się w pokoju, ćwiczy pisanie po włosku i uczy się. Gwiazdy, mitologia, historia - nie ma rzeczy, która by go nie pasjonowała. Nocą wyciąga spod łóżka drewnianego bączka i długo obraca go w dłoniach.
Patrząc na niego, jak zaczarowany, przypomina sobie słowa profesora.
"Jakie ma znaczenie, na której drodze znajdziesz prawdę?" szepce jak modlitwę, przymykając oczy. "Do tak wielkiego sekretu prowadzi ich wiele".
W nocy nawiedzają go koszmarne sny pełne groźnych zwierząt: raz śnią mu się myśliwi na tropie wielkiej, dzikiej niedźwiedzicy, innym razem pustynia, po której biegnie dziki byk. Widzi olbrzymie wilki wyjące do księżyca i wieloryby schodzące na głębiny, by wśród zatopionych ruin rzymskich poczuć miniony czas.
W lutym ojciec Shenga wraca do Rzymu i opowiada mu, co nowego w jego agencji turystycznej. Inicjatywa wymiany młodzieży okazała się sukcesem, a pan See-Young Wan Ho jest w siódmym niebie. W domu zamienił pokój Shenga na biuro, do którego wciąż napływają zamówienia: wielu rodziców z Szanghaju chce wysłać swoje latorośle do rodzin w europejskich stolicach.
- Wszystkie te rodziny trzeba sprawdzić, jedną po drugiej! - wyjaśnia gorączkowo pan See-Young Wan Ho. - Musimy wiedzieć dokładnie, jacy to ludzie. Inaczej, jeśli popełnimy błąd, nikt już nie zaufa naszej agencji!
- Ale ja... - skarży się Sheng, podejrzewając, że ojciec wykorzystuje go jako królika doświadczalnego. - Nie zamierzam jeździć po świecie od jednej bezsensownej rodziny do drugiej!
Pan See-Young Wan Ho próbuje przekonać syna wszelkimi sposobami. - Daję ci okazję, żebyś podróżował po świecie!
- Teraz uczę się włoskiego - mówi Sheng - Rzym mi się podoba i...
- O Rzymie już wszystko wiemy - przerywa mu zdecydowanie ojciec. - Ta rodzina się nadaje. Teraz trzeba sprawdzić inne: został jeszcze Paryż, Buenos Aires, Nowy Jork, Madryt...
Sheng wzdycha. - Niczego ci nie obiecuję, tato - próbuje jeszcze raz, ale i tak zostaje zarzucony otwartymi biletami lotniczymi do RPA, Nowego Jorku, Paryża i dziesiątków innych miast oraz kartkami z adresami rodzin do przetestowania i pakietami pobytowymi w luksusowych hotelach, na wszelki wypadek.
W Paryżu wody Sekwany nabrały herbacianego koloru.
W każdy czwartek Mistral chodzi do prywatnego studia na lekcje śpiewu, tańca i chodzenia, ale jej wzrok coraz częściej błądzi za oknem, wśród latających wokół gołębi i szpaków. Odkryła, że szpaki naśladują dźwięki świata ludzi: niektóre umieją odtworzyć dźwięk klaksonu lub odgłosy ruchu ulicznego blokującego przedmieścia.
"Może kiedyś naśladowały pieśni poetów" myśli Mistral.
Jej melancholijna dusza realizuje się w rysunkach, coraz bogatszych i bardziej zdobnych, nad którymi spędza godziny lekcji i samotne wieczory. Jej matka jeździ po świecie, tworząc swoje perfumy i w domu pozostał po niej już niewielki ślad.
Tymczasem w Nowym Jorku Ermete wyhodował stado gołębi pocztowych, trenując je w skutych lodem ogrodach Queensu. Spędzał całe dnie na moście Brooklińskim, ucząc je, jak przebyć rzekę i latać między drapaczami chmur na Manhattanie.
Teraz wreszcie może powierzyć im sekretne wiadomości. Pierwsza, która zostanie doręczona między dachami Grove Court do Harveya Millera będzie tej treści: "Cześć Harvey, pójdziemy na pizzę?"
Marzec. Nowy Jork nadal w okowach zimna. Harvey przy-chodzi wciąż do sali treningowej. Przychodzi tu, kiedy tylko może, nie mówiąc o niczym rodzicom. I często zostając do późnej nocy.
Pewnego wieczoru Olimpia bierze go na stronę. - Obserwowałam cię, gdy ćwiczyłeś na worku.
- Fatalnie mi idzie?
- Nie. Bardzo się podciągnąłeś. I masz w sobie jakąś dziwną złość. Nie chcę się wtrącać, ale masz sobie coś do wybaczenia?
- Nie - odpowiada Harvey. - Raczej nie.
- To nie jest normalne, jak na chłopaka w twoim wieku...
- Płacę ci regularnie.
- Ale więcej czasu spędzasz tu niż w domu.
- Lubię tu być. Dobrze się tu czuję.
- Trzy razy w tygodniu. Godzinę dziennie. Nie więcej!
Harvey drętwieje, a ból przebiega mu po plecach. - Nie rozumiem, czemu.
- Masz rodzeństwo, Harvey?
- Już nie.
Olimpia unosi ręce w geście przeproszenia i zrozumienia. - Przepraszam, nie wiedziałam.
- To nie twoja wina.
- Nie było rozmowy.
Harvey rzuca jej lodowate spojrzenie.
- Teraz rozumiem - kontynuuje Olimpia. - Jeśli chcesz, ćwicz na worku, aż się rozleci.
Drzwi przebieralni otwierają się i zaraz zamykają. Woda leci z prysznica lodowatym strumieniem. Harvey nawet nie próbuje odkręcić ciepłej. Zaciska zęby i nie myśli o tym.
Wie, jak to się robi.
Harvey jedzie metrem na południe. Jest szósta.
Gdy pociąg dociera do Central Parku, wagony wypełniają się ludźmi.
Harvey nadal uparcie siedzi na swoim miejscu, chociaż wie, że powinien ustąpić miejsca komuś starszemu.
Nikt nie zwraca na niego uwagi. Wszyscy schowani za książkami, gazetami czy kolorowymi wyświetlaczami iPodów - pociąg wiezie tysiące wrogich nieznajomych. Z dziesiątków słuchawek słychać przytłumioną muzykę. Obolały Harvey opiera się o oparcie pokryte graffiti, cierpliwie czekając na swój przystanek: Christopher Street, w samym centrum Village.
W głowie wyraźnie słyszy jeszcze słowa Olimpii: "Przepraszam... Idź, potrenuj jeszcze ma worku".
Zaciska zęby, myśląc jak bardzo chciałby tak wyraźnie pamiętać głos swojego brata.
Nic z tego. Tylko cisza. I dźwięki. Tysiące niepotrzebnych dźwięków.
Na stacji przy 23. Ulicy do pociągu wsiada bardzo wysoka dziewczyna, o odurzającym zapachu. Patrząc na nią, Harvey myśli o Mistral i jej matce, która kreuje perfumy. Powinien do niej zadzwonić. Powinien zadzwonić też do Elektry. Odpowiedzieć na wiadomości Ermete i pójść z nim kolejny raz na pizzę.
Jednak na nic z tego nie ma ochoty. Już od bardzo dawna nie myśli o tym, co się zdarzyło we Włoszech, o Ognistym Pierścieniu, bączkach, cieniu Jacoba Mahlera i niesamowitych wiadomościach Alfreda Van Der Bergera. Czasem udaje mu się przekonać samego siebie, że były tylko złym snem, nierealną przygodą. Ale przy każdym dźwięku pociągu wjeżdżającego na peron, Harvey czuje szum w głowie. I ciągle widzi wokół willę profesora.
Dziewczyna stojąca obok niego wyciąga z torby małe złocone lusterko, w którym sprawdza swój nienaganny makijaż. Ten gest również przypomina Harveyowi Sylwestra: stare lustro z brązu, które Elektra znalazła w bazylice San Clemente. Ognisty Pierścień. Który teraz schowany jest gdzieś w Nowym Jorku, żeby mógł go zbadać najmniej dokładny z uczonych - jedyny będący w stanie uwierzyć, że Pierścień znaleziono, podążając za wskazówkami Cyganki, szalonym profesorem, czterema bączkami i domem pełnym zębów.
Dojeżdża do Christopher Street.
Wysiada z pociągu i idzie chodnikiem. Naciąga lepiej płaszcz. Kawiarnie zapaliły już światło w witrynach, za którymi widać relaksujących się biznesmenów. Greenwich Village jest małym labiryntem niskich domów z cegły i bożodrzewi. W tej dzielnicy kręcone są wszystkie filmowe sceny miłosne. Być może dlatego, że nie przypomina ona żadnej z pozostałych dzielnic Nowego Jorku: ulice są tutaj wąskie i kręte, domy kilkupiętrowe, z drewnianymi okiennicami i małymi ogródkami. A ludzie spacerują nieco wolniej niż w innych częściach miasta.
Harvey zamyślony kieruje się ku Bleecker Street. Ma nieprzyjemne wrażenie... Zatrzymuje się, nasłuchuje, odwraca. Wełniane płaszcze. Modne oprawki okularów. Błyszcząca biżuteria. Czarne ubrania. Stukot obcasów. Próbuje zrozumieć, skąd bierze się to niemiłe uczucie.
Na Bleecker Street, wśród wielu innych, porusza się cień.
"Śledzą mnie" myśli Harvey.
To absurd, oczywiście. Ale nadal tak myśli. I próbuje coś dostrzec.
Zatrzymuje się, by przejrzeć się w witrynie piekarni specjalizującej się w słonych ciastach, wypatrując jakiejś podejrzanej osoby po drugiej stronie ulicy. Jednak żadnej nie znajduje.
Albo znajduje ich zbyt dużo.
Przekracza bramę dwukrotnie, zanim decyduje się wejść. Wokół pięknego ogrodu stoi sześć starych domów o różowych ścianach i białych framugach okien i drzwi.
Harvey, nie oglądając się za siebie, przebiega prywatną ścieżkę. Biegnie pochylony, pod gałęziami drzew, które puszczają już pierwsze pąki.
Jego dom jest pod numerem dziesiątym. Znalazłszy się przy drzwiach, po raz ostatni odwraca się. Ogród stanowi serię cieni, pozbawionych świateł padających z mieszkań. W powietrzu wisi deszcz.
- Musisz z tym skończyć... - mamrocze Harvey, przekręcając klucz w zamku.
To Ermete zaszczepił w nim obsesję widzenia wszędzie szpiegów i manię prześladowczą.
Drzwi otwierają się, skrzypiąc. Fotokomórka wykrywa jego obecność i włącza oświetlenie schodów.
- Nikt mnie nie śledzi... - powtarza sam do siebie. Wchodzi do domu i krzyczy: - Wróciłem!
Jego matka krząta się po kuchni. W powietrzu unosi się zapach zupy.
Atmosfera jest gorąca, ciężka. Pani Miller zawsze włącza ogrzewanie do maksimum. Jednak to nie kwestia temperatury. Harvey wiesza płaszcz przy wejściu, zdejmuje buty, szuka kapci.
Ciężką atmosferę powoduje jeden pusty pokój, do którego nikt z nich nie jest w stanie normalnie wejść.
To pokój jego brata.
Na zewnątrz, na chodnik pada podzielony przez pręty bramy potężny cień mężczyzny. Jego masywne ręce schowane są w głębokich kieszeniach ciemnoszarej kurtki, jakie zakładają listonosze. Gdy wyłaniają się z nich, widać, że mężczyzna trzyma blaszane pudełko.
Otwiera je z niezwykłą gracją i wyjmuje zielonego cukierka.
Żuje powoli. Czuć miętę. Obserwuje ogród i drzwi, w których zniknął chłopak. Potem bierze notes i skrupulatnie zapisuje. Godzina, adres, data.
Wreszcie wkłada notes do kieszeni i spokojnie ssie mięto-wego cukierka. Patrzy na zegarek. Zbliża się pora kolacji. Wzdycha.
Na szczycie bramy, kilka kroków od mężczyzny, siada kruk.
- Zostaniesz na straży, Edgar? - pyta go człowiek ubrany na szaro.
Kruk ma chore oko. Próbuje usadowić się wygodnie wśród żelaznych prętów bramy, kuli się.
Jakby w odpowiedzi, mężczyzna odwraca się, chowa ręce do kieszeni i oddala się w mrok.
- Cześć, Harvey - wita go matka, gdy tylko pojawia się w zasięgu jej wzroku.
- Cześć. Taty nie ma?
- Jest w gabinecie. Zawołasz go? Kolacja jest już prawie gotowa.
- Kapuśniak?
- Brokułowa.
Chłopak utykając, wychodzi z kuchni.
- Wszystko w porządku, Harvey?
Zatrzymuje się w drzwiach. - Dlaczego pytasz?
- Dziwnie chodzisz.
- To nic. Po prostu źle spałem.
Gabinet George'a Millera znajduje się w głębi korytarza, po prawej stronie, za drzwiami, których strzegą dwa dzbany z czasów Imperium Rzymskiego, dar tureckiego uniwersytetu.
Do pokoju prowadzą dwa wejścia: jedno z korytarza i drugie, niezależne, z małego przedpokoiku, gdzie zwykle czekają studenci oddający profesorowi swoje prace badawcze.
Napis głosi "Klimatologia dynamiczna" Uniwersytet Columbia. Co dla Harveya znaczy wszystko i nic.
Jego ojciec specjalizuje się w kataklizmach: wybuchach wulkanów, burzach, anormalnych falach... Bada, jak można przewidzieć trzęsienia ziemi. Dokonuje skomplikowanych obliczeń na temat pochodzenia kontynentów. Ma w głowie wszystkie liczby świata: temperatury, wysokości, głębokości. Jest chodzącą encyklopedią, pasjonatem statystyki o nadzwyczajnej pamięci, w marynarce i z muszką. Interesują go tylko sprawdzone dane. Chcąc mu je dostarczyć, studenci przychodzą z plecakami pełnymi liczb. Profesor przyjmuje ich w swoim gabinecie i potakując, sprawdza. I zawsze znajduje błąd, fałszywe dane. Studenci muszą zaczynać od nowa.
- Dwanaście, mówię ci! Dwanaście procent na podstawie tysiąca! - słychać w korytarzu, delikatnie mówiąc, oschły głos George'a Millera.
Harvey wzdycha, zmęczony jego wszechobecną nerwowością. Staje pomiędzy dwoma dzbanami i czeka na koniec rozmowy.
- To niemożliwe! - upiera się ojciec. - Może w końcu przestanie nas nabierać?
Na komodzie w korytarzu stoi kilka zdjęć w ramkach. Harvey zna je na pamięć, ale i tak je ogląda, po raz setny.
Na tym zrobionym w Górach Skalistych stoją obok siebie. Jego brat po prawej stronie, dwa razy wyższy od niego, sześć lat starszy, blondyn. Dwaine.
Dwaine był dobry we wszystkim. Umiał też wszystko naprawić: kawałkiem sznurka reperował sprzęty gospodarstwa domowego, samochodziki - przykręcając dwie śrubki. Ostatnią zimę spędzili na składaniu części XVIII-wiecznego zegara wahadłowego z antykwariatu w Quensie. Harvey do dziś doskonale pamięta jego złotą tarczę, wskazówki spiczaste jak groty strzał, sprężyny, które pojedynczo wkładali pęsetami, i koła zębate do zamocowania wokół śrub.
Zegar stoi teraz w głębi korytarza. Chodzi doskonale, mimo że od tamtej pory nikt go nie nakręcał.
W gabinecie ojciec nadal komuś wymyśla. Harvey postanawia się wtrącić.
- Tato? - mówi, uchylając drzwi i wsadzając głowę dośrodka.
Ojciec siedzi pośrodku, za biurkiem wypucowanym na błysk, niczym lustro. Wokół, na czterech ścianach regały uginają się pod książkami.
Zobaczywszy syna, gestem ręki każe mu wejść i być cicho.
- Bez wątpienia, Matt... - mówi przez telefon - jednak nie ma teorii możliwych. Albo są prawdziwe, albo błędne. A ta, wybacz, jest po prostu absurdalna. Taki wzrost jest niemożliwy w ciągu trzech miesięcy. Temperatury nie zostały dobrze zarejestrowane i tyle... Nie wiem, gdzie jest błąd! Złe narzędzia, nieuważni ludzie... sam sprawdź. - Nerwowo wachluje się leżącymi przed nim kartkami. - Faktem jest, że to, co mi przysłałeś, jest bezużytecznym świstkiem. A uniwersytet nie finansuje wyprawy oceanograficznej, żeby dostawać świstki. Jeżeli macie tam już dosyć opalania się, wystarczy powiedzieć! Co...? - George Miller poprawia sobie muszkę, patrząc w górę. Jednocześnie wskazuje Harveyowi fotel.
Biurko jego ojca przypomina dział mleczny w supermarkecie. Wszystko na swoim miejscu. Ani jednego zbędnego przedmiotu, ani jednego krzywo położonego długopisu. Na blacie leży tylko wielka zielona księga, którą ojciec wertuje od czasu do czasu, i kartki, którymi wymachuje, co najmniej jakby były wymówieniem z pracy.
Po kolejnym akcie oburzenia, profesor nagle się uspokaja. - Słuchaj, porozmawiamy w przyszłym tygodniu, przy nowych danych, OK? Czekam na nie. Tylko, żeby tym razem były poprawne! - Odkłada słuchawkę, wzdychając. - Zwariować można! Nie można liczyć na nowe pokolenia! Należałoby ich wszystkich wysłać na Alaskę na roboty!
- Kolacja na stole - mówi Harvey obojętnym tonem, ponieważ nie może nie zauważyć, że on też jest nowym pokoleniem.
Ojciec mamrocze coś pod nosem na temat godziny i odsuwa zieloną księgę.
- Co to?
- Nic, co by mogło cię interesować... - odpowiada sucho ojciec.
- Życie Karola Darwina... - odczytuje Harvey na grzbiecie książki.
- Czytałeś już?
- Oczywiście - odpowiada chłopak. - To ten, który uważał, że pochodzimy od małpy.
Profesor obchodzi biurko. - Zaskakujące.
- Co?
- Że tak skomplikowana teoria pochodzenia gatunku ludzkiego może być streszczona w ten sposób.
- Powiedziałem coś nie tak?
- Nie. Rzeczywiście... to jest istota problemu - odpowiada, gasząc lampę na biurku. - Darwin twierdził, że dziś znamy jedynie 1,1% zwierząt, które żyły na Ziemi w jej początkach.
- Straciliśmy 99% zwierząt?
- Nie straciliśmy. One się zmieniły. Człowiek tak samo.
Profesor Miller bierze czarną kartkę i wychodzi z Harveyem z gabinetu.
- A jeśli to małpy pochodzą od człowieka? - pyta syna, gdy dochodzą do kuchni.
- Możliwe, ale nieprawdopodobne.
W kuchni pani Miller podaje już zupę brokułową. - O czym tam rozmawiacie?
- O małpach i małpiszonach.
- Nie macie nic lepszego do roboty?
Mąż podaje jej katalog. - Jeśli chcesz, możesz rzucić na to okiem.
- Co to jest?
- Katalog antykwariatu. Przyniósł go jeden student. Dziwny typ, ale wykształcony. Szkielet o rosyjskim akcencie. Mmm... - dodaje, siadając do stołu - jaki wspaniały zapach.
- Brokuły i soczewica.
- Zupa z soczewicy w marcu? - protestuje Harvey, który po ćwiczeniach na sali bardzo zgłodniał. - To nie jest przypadkiem zimowe danie?
- Teoretycznie jeszcze jest zima - precyzuje ojciec. - Do 21 marca, czyli przesilenia wiosennego.
- A jest drugie? - pyta Harvey, próbując zupy.
Matka pogrąża się w czytaniu katalogu.
- Na 7. Ulicy otworzyli nową restaurację - mówi pan Miller.
Kobieta na chwilę podnosi wzrok. - Mówisz o tej etiopskiej? Okropność. Trzeba wszystko jeść rękami.
- Jest coś jeszcze po zupie?
- Nie wydaje mi się, żeby Etiopczycy kiedykolwiek używali nakryć - odpiera profesor.
- Mogę dostać stek? - nalega Harvey.
Pani Miller odkłada katalog, wstaje i wyjmuje z lodówki kawałek schabu. - Rozmrożę ci go w mikrofalówce.
- Jeśli chodzi o jedzenie - komentuje w tym czasie profesor - jedni ewoluowali, inni nie.
- A Chińczycy? - pyta Harvey.
- Nienawidzę tych głupich pałeczek!
- Powinieneś powiedzieć to Shengowi.
- Kto to jest Sheng?
- Jak to, kto to jest?
- A, tak - kontynuuje profesor Miller, przypominając sobie rzymskiego Sylwestra. - Twój chiński przyjaciel. Ten z chorobą oczu.
- Jaką chorobą? - wtrąca jego żona, do maksimum przekręcając pokrętło mikrofalówki.
- A widziałaś kiedykolwiek Chińczyka z niebieskimi oczami?
Stek obraca się w mikrofalówce przez kilka minut, wreszcie słychać sygnał.
- Są dwa, prawda? - pyta profesor.
- Chyba tak, kochanie.
Mężczyzna potakuje, zadowolony z odpowiedzi. - Wszystko w porządku w szkole, Harvey?
- Pewnie.
- Zadania?
- To spokojny okres.
- Nie zmieniłeś zdania?
- George! - strofuje go żona, zapalając gaz.
- Na razie nie - odpowiada Harvey.
- Nawet, gdyby chodziło o geologię?
Z garnka z mięsem postawionego na ogniu wydobywa się chmura pary.
- Myślę, że już wystarczająco to przedyskutowaliśmy. Harvey chce zostać dziennikarzem.
- Dokładnie - chłopak wstaje od stołu i wstawia talerz do zlewu.
- Wybaczcie, że nalegam - protestuje profesor Miller - ale ponieważ mam już pewne doświadczenie w naukach ścisłych, chciałbym, żeby Harvey był naprawdę pewien.
- Nie naciskaj, tato.
- Nie naciskam. Twój brat...
- Nie możemy choć raz zostawić Dwaine'a w spokoju? - krzyczy pani Miller.
Mięso roztapia się w garnku. Łyżka w ręku profesora Millera uderza o dno talerza. Rodzina jest jak zlodowaciała.
Harvey chwyta katalog antykwariatu tylko dlatego, że leży akurat najbliżej. Przegląda go bez większego zainteresowania.
Jego ojciec odzywa się: - Odesłałem dziś wykaz danych Oceanu Spokojnego, przygotowany przez chłopaków z uniwersytetu...
- Jak to? - pyta żona, której myśli są tak naprawdę lata świetlne stąd.
- Informowali o podniesieniu się temperatury wody o pół stopnia w ciągu zaledwie trzech miesięcy. To niemożliwe.
- To nie przez efekt cieplarniany?
- Nie. To przez kogoś niekompetentnego, kto pomylił się w obliczeniach. Albo ocean pochłonie nas za życia jednego pokolenia.
- To już było - komentuje Harvey, przeglądając katalog.
- Co? - dopytuje ojciec.
- Potop.
- To tylko legenda... - parska profesor. - W rzeczywistości jest kompletnie niemożliwe, żeby temperatura wody oceanu podnosiła się o pół stopnia co trzy miesiące.
- Steki są gotowe.
Harvey zamyka stronę, podczas gdy jego ojciec kontynuuje:
- A poza tym... dużo łatwiej jest myśleć, że grupa studentów źle użyła narzędzi pomiaru!
Chłopak potakuje. Potem wpatruje się w półmisek: matka przygotowała trzy steki.
Gdy był jeszcze z nimi Dwaine, wieczorny stek był prawie rytuałem.
- Ten jest dla mnie... - kłamie pani Miller, próbując zatuszować swój błąd.
Nie znosi mięsa.
Po jedzeniu państwo Miller parzą sobie rumianek, a Harvey sprząta ze stołu.
- Co...?! - wykrzykuje nagle chłopak, gdy jego wzrok pada na stronę katalogu antykwariatu.
Stawia karafkę z wodą, chwyta kartkę i przygląda się uważniej. Kręci z niedowierzaniem głową. Zdjęcie jest zaznaczone na żółto.
- Tato... - mamrocze. - Kto ci przyniósł ten katalog?
- Już ci mówiłem - antykwariusz podobny do szkieletu. Powinna tam gdzieś być włożona jego wizytówka...
Harveyowi zatyka dech w piersiach, gdy ogląda zdjęcie w katalogu. Widnieje na nim stary drewniany bączek. Powyżej jest rysunek mostu, a może raczej tęczy. Jest taki sam, jak cztery okrągłe przykrywki - bączki, które znaleźli w Rzymie razem z mapą Chaldejczyków i których nigdy potem nie użyli.
To jest piąty bączek.
- Tęczowy bączek - mamrocze Harvey. Potem powtarza na głos myśl, która przyszła mu do głowy, jakby mówił to kto inny. - Pozostali. Muszę zawiadomić pozostałych.
- Co mówisz, Harvey?
Chłopak rozgląda się wokoło. "Kto to powiedział?" pyta sam siebie. A głos w jego głowie wciąż powtarza: "Pozostali. Musisz zawiadomić pozostałych".
Harvey go poznaje. Wybiega z kuchni do przedpokoju.
Rzym.
Sylwester.
Most.
"Pozostali" powtarza głos.
Harvey biegnie jak szalony do pokoju brata, otwiera drzwi na oścież, spogląda do środka.
- Dwaine! - krzyczy.
Pokój jest pusty.
"To tęczowy bączek" mówi nadal niczyj głos w jego głowie.
Harvey chwieje się, zatyka uszy, patrzy niedowierzająco w mrok. Wraca do kuchni. Jego rodzice milczą z filiżankami rumianku w dłoniach.
- Dlaczego do ciebie przyszedł? - pyta ojca Harvey.
Profesor wydaje się zdezorientowany. - Mówisz o antykwariuszu?
- Tak, dlaczego przyszedł?
- Nie wiem... - odpowiada ojciec. - To był zwyczajny antykwariusz. Z rosyjskim akcentem. Już ci mówiłem...
Harvey chwyta znów katalog i kartkuje go nerwowo w poszukiwaniu wizytówki. - Zdarzało się to wcześniej? Mam na myśli to, czy ktoś do ciebie przychodził, żeby ci coś sprzedać?
- O, praktycznie co tydzień. Obrazy, sprzęt gospodarstwa domowego, encyklopedie...
"To zbieg okoliczności" myśli Harvey. "To tylko zbieg okoliczności".
Przeglądając katalog ma jakby wyłączony umysł. Czy to był głos jego brata? I co dokładnie mu powiedział?
"To tęczowy bączek. Musisz zawiadomić pozostałych..."
- Gdzie, do cholery, jest ta wizytówka? - krzyczy zdesperowany Harvey.
Profesor podchodzi do niego. Otwiera katalog na ostatniej stronie, zza której wypada ręcznie wypisana wizytówka:
Vladimir Askenazy
Sztuka Antyczna
48. Ulica Queens - Nowy Jork
- Vladimir Askenazy... - szepcze Harvey. - Mogę ją zatrzymać?
Nie czekając na odpowiedź, wychodzi z kuchni i wbiega, pokonując po dwa schodki, do pokoju na poddaszu. Zamyka się w środku. Serce mu wali jak młotem.
- Bączek... - powtarza, zaczynając przewracać pokój do góry nogami.
Nagle zatrzymuje się. "Głupi jestem" myśli.
Nie ukrył bączka w pokoju.
Siada na łóżku. Oddycha z trudem. Nie wie, czy bardziej jest przerażony zdjęciem bączka, czy głosem, który słyszał w głowie.
"Vladimir Askenazy" powtarza, próbując się zastanowić.
Nie słyszał jeszcze tego nazwiska. Beatrycze, Joe Vinile, Jacob Mahler... Harvey przypomina sobie nazwiska z włoskiego sylwestra.
Na piętrze niżej słychać przerzucanie kanałów telewizyjnych.
Po raz setny chłopak czyta nazwisko antykwariusza na wizytówce. Sprawdza, czy drzwi pokoju są zamknięte, staje na krześle i otwiera właz, który prowadzi na strych. Wyciąga schody i wdrapuje się w ciemności. Potem idzie w mroku, zgięty wpół, orientując się na pamięć w tym labiryncie staroci, aż dochodzi do metalowej klatki, naprzeciwko okna dachowego.
- Nie myślałem, że kiedykolwiek będę musiał cię użyć... - szepcze.
Obok klatki stoją pudła z karmą, które dostał od Ermete, stara lampa i leżą kartki w kratkę.
Harvey zapala lampę, bierze kartkę i długopis: Znalazłem nowego bączka. Musimy się spotkać, pisze.
Potem wsuwa karteczkę do ołowianego naczynia i przywiązuje do nogi gołębia.
- Gotowe, przyjacielu. Teraz twoja kolej. Mam nadzieję, że naprawdę znasz drogę...
Otwiera okno łokciem i wypuszcza posłannika w czarne niebo nad miastem. Śledzi go wzrokiem, dopóki może. Zamyka okno.
I czeka.
Później, tej samej nocy, Harvey słyszy hałas na dachu. To delikatny, ale powtarzający się dźwięk, któremu towarzyszy trzepot skrzydeł. Coś uderza dziobem w dach.
Chłopak budzi się nagle z zawiłego i strasznego snu. Zaschło mu z gardle. Prawie nie jest w stanie się poruszyć: zakwasy blokują mu mięśnie. Pada deszcz. W domu panuje cisza. Harvey siada na łóżku. Gdy znów słyszy stukanie dziobem, otwiera właz i wchodzi na strych.
Za oknem siedzi gołąb. Zmoknięty i zmarznięty.
Harvey otwiera okno, bierze delikatnie gołębia, daje mu kulkę karmy jako nagrodę i próbuje odpiąć pojemnik z jego nogi.
Wreszcie udaje mu się, kładzie naczynie na stole i wpuszcza gołębia do klatki.
Zapala lampę, otwiera pojemnik i czyta odpowiedź Ermete:
Jutro o 16
W klubie Montauk
Ósma Aleja, numer 25
Spis treści
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Dedykacja
Epigraf
Kontakt
1. Skakanka
2. Śpiewy
3. Kruk
4. Katalog
Pierwszy stasimon
5. Pantera
6. Klub
7. Antykwariusz
8. Szczelina
9. Kupiec
10. Agata
Drugi stasimon
11. Krawiec
12. Pocztówka
13. Szafeczka
14. Nieznajomy
15. Misja
16. Wyspa
17. Telefon
18. Prometeusz
19. Spotkanie
20. Rejestr
21. Wieża
22. Sufit
23. Century
24. Powrót
25. Impreza
26. Wymiana
27. Las
28. Meteoryt
29. Igły
30. Lwy
Trzeci stasimon
31. Przyjaciółka
32. Kamienna Gwiazda
33. Drzwi
34. Nasiono
35. Pustelnik
36. Dzieci Niedźwiedzicy
Century. Terra
Pierdomenico Baccalario
Iacopo Bruno
W serii Century
Ulysses Moore