Cenny motyw - Małgorzata Rogala

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

Miłe złego po­czątki. Do­wód mi­ło­ści. Xa­vier mar­twi się o Ce­linę. Mał­żeń­stwo do­sko­nałe? Ro­dzinny klej­not.

Tam­tego dnia, gdy Ma­ciej po­wie­dział jej o pier­ścionku, Alek­san­dra spę­dziła wie­czór na roz­my­śla­niach i oglą­da­niu zdjęć daw­nej bi­żu­te­rii. O pół­nocy uznała, że taka oka­zja może ni­gdy się nie po­wtó­rzyć, za­tem po­stą­pi­łaby nie­zgod­nie ze swo­imi za­sa­dami, gdyby nie spró­bo­wała zdo­być klej­notu.

Za­częło się od tego, że po­pro­siła Maćka o są­siedzką po­moc w na­oli­wie­niu skrzy­pią­cych drzwi, a póź­niej, w re­wanżu, po­czę­sto­wała go kawą. Za­nim usie­dli, męż­czy­zna za­uwa­żył ze­gar szaf­kowy, obej­rzał go z cie­ka­wo­ścią, za­dał kilka py­tań. Na­stęp­nie pod­szedł do fo­tela z po­łowy dzie­więt­na­stego wieku i po­gła­dził opar­cie, a gdy Alek­san­dra za­pro­siła go do stołu, od razu zwró­cił uwagę na fi­li­żanki z por­ce­lany mi­śnień­skiej.

- Lu­bisz za­byt­kowe przed­mioty - uznał, się­ga­jąc po srebrną cu­kier­nicę.

- Ty chyba też - od­po­wie­działa.

Do­ce­niała u lu­dzi za­in­te­re­so­wa­nie an­ty­kami; już na po­czątku zna­jo­mo­ści usta­wiała ich w swoim oso­bi­stym ran­kingu wy­żej niż osoby, któ­rych wzrok obo­jęt­nie prze­śli­zgi­wał się po wa­zo­nie ze szkła war­stwo­wego, nie mó­wiąc już o tych, któ­rzy przy­kle­jali gumę do żu­cia na brzegu fa­jan­so­wego ta­le­rza.

- Do­ra­sta­łem w ta­kich kli­ma­tach - po­wie­dział Ma­ciej. - Moja bab­cia ota­czała się sta­ro­ciami i ko­chała za­byt­kową bi­żu­te­rię.

- O, to mia­ła­bym o czym z nią roz­ma­wiać. - Go­spo­dyni się oży­wiła, jak za­wsze, gdy była mowa o jej ulu­bio­nej ga­łęzi rze­mio­sła ar­ty­stycz­nego. - Uwiel­biam pre­cjoza, które mają prze­szłość i z któ­rymi wiąże się ja­kaś ro­man­tyczna albo tra­giczna hi­sto­ria. - Alek­san­dra po­ka­zała bran­so­letkę ota­cza­jącą jej nad­gar­stek. - Ze­szło­roczny pre­zent uro­dzi­nowy, sio­stra zna­la­zła ją dla mnie w an­ty­kwa­ria­cie.

- Moja bab­cia miała tro­chę bły­sko­tek, po jej śmierci ro­ze­szły się wśród krew­nych. - Męż­czy­zna pod­niósł fi­li­żankę do ust. - Poza pier­ścion­kiem, który do­sta­łem w dniu ślubu z Lilą.

- Ty do­sta­łeś? - W gło­sie Alek­san­dry za­brzmiało zdu­mie­nie. - To sy­gnet?

- Nie. Nor­malny, ko­biecy. Ro­dzinna pa­miątka, cacko, które prze­cho­dziło z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie, li­czy so­bie chyba ze sto lat - wy­ja­śnił. - Te­raz jest u mnie, a ja prze­każę je na­stęp­nej oso­bie. Kie­dyś. Na ra­zie o tym nie my­ślę.

- Sto lat? W ta­kim ra­zie to na pewno klej­not z nie­jedną hi­sto­rią - po­wie­działa Alek­san­dra, z tru­dem pa­nu­jąc nad emo­cjami. - Opo­wiesz coś wię­cej?

- Nie wiem, co jesz­cze mógł­bym do­dać. - Ma­ciej wzru­szył ra­mio­nami. - Szcze­rze mó­wiąc, na co dzień o nim za­po­mi­nam.

- A twoja żona nie chciała go no­sić? - zdzi­wiła się Aleksa. - Bi­żu­te­ria jest jak dom, musi być uży­wana, wtedy żyje.

- Ni­gdy tego nie pro­po­no­wa­łem Li­lia­nie, pier­ścio­nek jest dość ory­gi­nalny, a moja żona lubi pro­stą, no­wo­cze­sną bi­żu­te­rię.

- Ory­gi­nalny? - Alek­san­dra ze wszyst­kich sił pró­bo­wała za­cho­wać spo­kój. Zwy­kła roz­mowa przy ka­wie zmie­rzała w nie­ocze­ki­wa­nym kie­runku.

- To nie jest ty­powa ob­rączka z oczkiem. - Ma­ciek ścią­gnął brwi. - W miej­scu, gdzie zwy­kle umiesz­cza się ka­mień, twórca przy­mo­co­wał różne ele­menty, tak że ca­łość przy­po­mina mi­kro­sko­pijny ob­raz ze scenką ro­dza­jową czy coś tego typu. Naga ko­bieta w muszli i do­okoła niej jakby ga­łę­zie.

Alek­san­dra po­czuła, że robi jej się słabo.

- Tro­chę tu duszno. - Otwie­ra­nie okna i po­wrót do stołu wy­ko­rzy­stała na wy­rów­na­nie od­de­chu. - Mó­wisz, że ma­cie go w ro­dzi­nie od stu lat?

- Chyba tro­chę dłu­żej. - Uniósł ką­ciki ust w uśmie­chu. - Ty pew­nie byś do­ce­niła tę bły­skotkę, skoro lu­bisz stare rze­czy, cho­ciaż nie są­dzę, żeby to było coś cen­nego. Po pro­stu pa­miątka po wcze­śniej­szych po­ko­le­niach, ma war­tość sen­ty­men­talną. Jak wpad­niesz do nas któ­re­goś dnia, chęt­nie ją ci po­każę - obie­cał. - Mu­szę tylko od­gru­zo­wać szu­fladę.

Ma­ciek do­pił her­batę i się po­że­gnał, a ona spę­dziła wie­czór na oglą­da­niu zdjęć w al­bu­mie i ka­ta­logu oraz czy­ta­niu opi­sów. Nie­wie­dza są­siada z jed­nej strony po­ra­żała, ale z dru­giej dzia­łała na jej ko­rzyść. Poza tym Alek­san­dra za­uwa­żyła, że wpa­dła męż­czyź­nie w oko; wcze­śniej ba­wiły ją prze­cią­głe spoj­rze­nia Maćka, jed­nak te­raz jego za­uro­cze­nie i sła­bość mo­gły stać się jej siłą.

Zwa­bie­nie są­siada do łóżka nie spra­wiło jej trud­no­ści, a gdy już go so­bie owi­nęła wo­kół ma­łego palca, za­częła wy­wie­rać na­cisk. Był tchó­rzem, jak przy­pusz­czała. Na wzmiankę, by spę­dził z nią święta Bo­żego Na­ro­dze­nia, a póź­niej syl­we­stra, wił się i pro­sił o zwłokę, mó­wił, że po­trze­buje tro­chę wię­cej czasu. Uda­wała na­dą­saną, mó­wiła, że jej nie ko­cha.

- Ko­cham cię - za­pew­niał. - Sza­leję za tobą.

- Udo­wod­nij - pro­wo­ko­wała kilka ty­go­dni po Wiel­ka­nocy. - Daj mi coś, co mnie prze­kona, że mó­wisz prawdę. Ko­lejne święta za nami, a ty da­lej mnie zwo­dzisz.

- Udo­wod­nię ci - obie­cał.

- Za kilka dni są moje uro­dziny. Wy­jedź ze mną, a wcze­śniej roz­mów się wresz­cie z Li­lianą - za­żą­dała.

Te­raz, w czwart­kowy po­ra­nek, dwa dni przed week­en­dem, który dla wielu szczę­ścia­rzy sta­no­wił po­czą­tek wy­jąt­kowo dłu­giej ma­jówki, Alek­san­dra, le­żąc jesz­cze w po­ścieli, za­sta­na­wiała się, co tym ra­zem po­wie Ma­ciek, jaką wy­mówką się po­służy, o ile dni do na­my­słu po­prosi. Tra­ciła cier­pli­wość i była go­towa przy­ci­snąć go tak, żeby nie mógł zła­pać od­de­chu. Prze­su­nęła nieco datę swo­ich uro­dzin, które w rze­czy­wi­sto­ści ob­cho­dziła po ma­jówce, żeby ukie­run­ko­wać jego my­śle­nie; je­żeli i tym ra­zem nie do­trze do Maćka, co po­wi­nien zro­bić, bę­dzie mu­siała prze­jąć ini­cja­tywę i za­cząć dzia­łać.

***

- Już co­raz bli­żej pił­kar­skie mi­strzo­stwa świata dwa ty­siące osiem­na­ście - ob­wie­ścił ra­diowy spra­woz­dawca. - W po­ło­wie czerwca wiel­kie otwar­cie fut­bo­lo­wego święta, na które cze­ka­li­śmy przez cztery lata.

Pod­ko­mi­sarz Ksa­wery Per­rault, dla ojca Fran­cuza - Xa­vier, spoj­rzał przez szybę, żeby oce­nić in­ten­syw­ność pa­da­ją­cego desz­czu.

- Nie­długo na ro­syj­skich sta­dio­nach trzy­dzie­ści dwa pił­kar­skie ze­społy za­grają o Pu­char Świata, naj­cen­niej­sze fut­bo­lowe tro­feum - kon­ty­nu­ował spi­ker. - Pol­ska re­pre­zen­ta­cja roz­pocz­nie mun­dial me­czem z Se­ne­ga­lem, a póź­niej zmie­rzy się...

Ksa­wery wy­łą­czył ra­dio. Aura nie na­stra­jała do spor­to­wych wy­czy­nów, ale po­li­cjant wy­działu kry­mi­nal­nego Ko­mendy Sto­łecz­nej Po­li­cji nie za­mie­rzał re­zy­gno­wać z co­dzien­nej dawki ru­chu, która po­ma­gała mu utrzy­mać w ry­zach ciało i umysł. Przy akom­pa­nia­men­cie stu­kotu ob­ca­sów są­siadki miesz­ka­ją­cej pię­tro wy­żej i ra­do­snego po­szcze­ki­wa­nia jej psa Xa­vier wło­żył nie­prze­ma­kalny dres i buty spor­towe. Gdy za­my­kał drzwi, po­ranną ci­szę prze­ciął dźwięk Ko­ły­sanki Ro­se­mary. Po­li­cjant wy­jął te­le­fon z kie­szeni i spoj­rzał na wy­świe­tlacz.

- Co jest, Szpaku, spać nie mo­żesz? - mruk­nął, zer­ka­jąc na zbie­ga­ją­cego po scho­dach cze­ko­la­do­wego la­bra­dora oraz ko­bietę trzy­ma­jącą na­piętą smycz. - Dzień do­bry. - Ski­nął jej głową i po­cze­kał chwilę, nim ru­szył da­lej.

- Po­sze­dłem ku­pić bułki i... - za­czął pod­ko­mi­sarz Szpa­kow­ski.

- Ty cho­dzisz rano po bułki, Szpaku?

- ...i wstą­pi­łem do kio­sku. - Roz­mówca nie dał się spro­wo­ko­wać. - To­bie ra­dzę to samo.

- Mo­żesz ja­śniej? - Xa­vier wy­szedł przed klatkę scho­dową ka­mie­nicy usy­tu­owa­nej na rogu ulic Roz­brat i Śnie­goc­kiej, po­wiódł wzro­kiem po oto­cze­niu. - Za­bili ko­goś czy co?

- Twoja Ce­lina udzie­liła wy­wiadu.

- Nie jest moja - burk­nął Per­rault. - Stresz­czaj się, Zyga, bo idę bie­gać.

- Sam prze­czy­taj, co ci będę ga­dać. Wsa­dziła kij w mro­wi­sko, można po­wie­dzieć, a co z tego wy­nik­nie, czas po­każe. Koń­czę, bo kawa mi sty­gnie - do­dał.

- Cze­kaj, o jaki ty­tuł cho­dzi?

- Ogól­no­pol­ski - mruk­nął Zyg­munt. - "Z Pierw­szej Ręki". Sam nie wiem, czy to do­brze czy źle. Śledz­two jest za­mknięte, ale ja dużo bym dał, żeby...

- Chcesz jej po­wie­dzieć prawdę?

- Bę­dzie py­tać - burk­nął Szpa­kow­ski. - Nie mam wąt­pli­wo­ści, że je­stem pierw­szy na jej li­ście.

- Po­wiesz jej? - po­no­wił py­ta­nie Ksa­wery.

- Niby o czym? O pod­szep­tach swo­jej in­tu­icji? - za­kpił. - Wiesz, jak było, a ja nie mam żad­nego punktu za­cze­pie­nia.

- Wiem. Na ra­zie.

Ksa­wery stał przez mo­ment z te­le­fo­nem w dłoni, lo­ka­li­zu­jąc w my­ślach naj­bliż­szy kiosk, a póź­niej po­truch­tał w stronę Czer­nia­kow­skiej. W ma­łym skle­pie wie­lo­bran­żo­wym ku­pił ga­zetę, po­biegł w stronę parku i za­trzy­mał się przy pierw­szym drze­wie, żeby osło­nić pa­pier przed wil­go­cią. Prze­wró­cił kartki i na czwar­tej stro­nie prze­czy­tał:

Ce­lina Ste­fań­ska, po­cząt­ku­jąca pry­watna de­tek­tyw, która po­mo­gła pol­skiej i fran­cu­skiej po­li­cji w od­zy­ska­niu cen­nego ob­razu pędzla Jó­zefa Pan­kie­wi­cza, chce od­na­leźć mor­dercę swo­ich ro­dzi­ców.

Ksa­wery stłu­mił prze­kleń­stwo, które za­wi­sło mu na ustach, i zlu­stro­wał zdję­cie Ce­liny za­miesz­czone obok tek­stu. Wy­glą­dała ina­czej niż wtedy, gdy ją wi­dział ostatni raz, a jej oczy ci­skały bły­ska­wice. Wy­raz twa­rzy ko­biety na fo­to­gra­fii nie miał także nic wspól­nego z tym, co za­ob­ser­wo­wał na ka­drach sprzed trzech lat. Te­raz jej spoj­rze­nie prze­ni­kało czy­tel­nika na wskroś; nikt nie mógł mieć wąt­pli­wo­ści, że miej­sce Ce­liny wy­co­fa­nej i prze­stra­szo­nej za­jęła Ce­lina, która wie, czego chce, i za­mie­rza po to się­gnąć.

Xa­vier prze­niósł spoj­rze­nie na po­czą­tek wy­wiadu.

D.Z.:Za­cznijmy roz­mowę o dziele, które zo­stało skra­dzione w biały dzień z pry­wat­nej ga­le­rii w Lyonie. Na jego miej­scu zło­dziej po­wie­sił fal­sy­fi­kat. Pani dzia­ła­nia przy­czy­niły się do od­na­le­zie­nia ob­razu i uję­cia prze­stępcy, który długo wo­dził po­li­cję za nos. Szczę­ście po­cząt­ku­ją­cej?[1]

Po­li­cjant po­mi­nął ko­lejne wersy za­wie­ra­jące opo­wieść o po­szu­ki­wa­niu płótna i sku­pił się na frag­men­cie, który do­ty­czył prze­szło­ści Ste­fań­skiej.

D.Z.:: Nie wszy­scy czy­tel­nicy wie­dzą, że jest pani córką dzien­ni­karki i pry­wat­nego de­tek­tywa. Pani ro­dzice zgi­nęli tra­gicz­nie, a za­nim to się stało, zo­stała pani upro­wa­dzona. W oby­dwu sy­tu­acjach spraw­ców nie od­na­le­ziono.

C.S.: To prawda. Po­ry­wacz wią­zał mnie i kne­blo­wał, żeby na­krę­cić ma­te­riał fil­mowy. Le­ża­łam w za­mknię­tej skrzyni, która przy­po­mi­nała roz­mia­rem i wy­glą­dem trumnę, a do jej wieka przy­mo­co­wano ka­merę, która re­je­stro­wała wy­raz mo­jej twa­rzy. Póź­niej do­wie­dzia­łam się, że po­ry­wacz za­pi­sy­wał na­gra­nia na pły­cie DVD i wy­sy­łał je do mo­ich ro­dzi­ców.

D.Z.: Wie pani dla­czego?

C.S.: Mama przy­go­to­wy­wała się do na­pi­sa­nia re­por­tażu na te­mat pew­nej afery, a tata po­ma­gał jej zbie­rać ma­te­riały. Za­po­wia­dana pu­bli­ka­cja naj­wy­raź­niej była ko­muś nie na rękę i po­rwa­nie miało zmu­sić mo­ich ro­dzi­ców do re­zy­gna­cji z zaj­mo­wa­nia się sprawą.

D.Z.: Zre­zy­gno­wali?

C.S.: Nie, da­lej ro­bili swoje, ale za­nim tekst się uka­zał dru­kiem, zo­stali za­mor­do­wani w okrutny spo­sób. Ktoś pod­ło­żył ła­du­nek wy­bu­chowy i wy­sa­dził w po­wie­trze sa­mo­chód, któ­rym je­chali.

D.Z.: Czy pani wie, co do­kład­nie było przed­mio­tem za­in­te­re­so­wa­nia ro­dzi­ców?

C.S.: Na ra­zie nie­wiele, ale za­mie­rzam się do­wie­dzieć.

- Tro­chę wiesz - mruk­nął Ksa­wery, nie prze­ry­wa­jąc lek­tury.

D.Z.: Mi­nęło dwa i pół roku od za­ma­chu. Do tej pory pani mil­czała, mimo po­na­wia­nych próśb dzien­ni­ka­rzy o roz­mowę. Co spo­wo­do­wało, że zgo­dziła się pani na wy­wiad?

CS.: Na pe­wien czas moje ży­cie stra­ciło sens. Prze­ży­łam traumę, a póź­niej oka­zało się, że jedno z na­grań, które ro­bił po­ry­wacz, wy­cie­kło do in­ter­netu. Ty­siące osób obej­rzało "spek­takl", o któ­rym chcia­ła­bym za­po­mnieć, wiele z nich sko­men­to­wało fil­mik w nie­wy­bredny spo­sób... Lu­dzie nie po­trze­bują wojny, żeby po­ka­zać swoje okru­cień­stwo. Za­nim się po­zbie­ra­łam, po­twór za­mor­do­wał mo­ich ro­dzi­ców i wciąż prze­bywa na wol­no­ści. Mam dość sie­dze­nia z za­ło­żo­nymi rę­kami; skoro po­li­cja nie po­tra­fiła go od­na­leźć, zro­bię to sama.

D.Z.: Dla­tego po­szła pani w ślady ojca i za­ło­żyła agen­cję de­tek­ty­wi­styczną?

C.S.: Agen­cję za­ło­ży­łam, po­nie­waż nie­spo­dzie­wa­nie stra­ci­łam pracę. Wąt­pi­łam w po­wo­dze­nie tego in­te­resu głów­nie z po­wodu fo­bii, które mnie nę­kały, ale nie­spo­dzie­wa­nie do­sta­łam pro­po­zy­cję wy­jazdu do Lyonu. Przy­ję­cie tego zle­ce­nia zmu­siło mnie do sta­wie­nia czoła lę­kom i walki z de­mo­nami.

D.Z.: Pani wkład w od­na­le­zie­nie skra­dzio­nego ob­razu do­wo­dzi, że się udało.

C.S.: Tak. Je­stem te­raz dużo sil­niej­sza i za­mie­rzam za­jąć się szu­ka­niem win­nych za­bój­stwa mo­ich ro­dzi­ców.

Ksa­wery znów wy­mru­czał prze­kleń­stwo i zło­żył ga­zetę. Ru­szył przez park w kie­runku Solca, po­tem prze­szedł na drugą stronę jezdni. Nad Wi­słą za­stał to, co było mu naj­bar­dziej po­trzebne: pustkę, ci­szę, spo­kój. Pu­ścił się pę­dem wzdłuż rzeki, żeby wy­bie­gać wście­kłość, która go ogar­nęła. Per­rault, w prze­ci­wień­stwie do Szpa­kow­skiego, nie był opty­mi­stą. Jego zda­niem Ce­lina wło­żyła kij nie tyle w mro­wi­sko, co w kłę­bo­wi­sko węży, a to nie mo­gło się dla niej do­brze skoń­czyć. W naj­lep­szym ra­zie prze­stępcy umrą ze śmie­chu, w naj­gor­szym - Ce­lina na­pyta so­bie biedy.

Xa­vier do­biegł do war­szaw­skiej Sy­renki i po­mknął w drogę po­wrotną. Za­uwa­żył, że roz­pa­dało się na do­bre, gdy z im­pe­tem wbiegł w śro­dek ka­łuży, a brudna woda do­się­gła jego twa­rzy. Wy­tarł rę­ka­wem mo­kry po­li­czek i przy­spie­szył. Po po­wro­cie do domu zdjął prze­mo­czoną odzież i po­czuł, że złość, po­cząt­kowo zre­du­ko­wana wy­sił­kiem fi­zycz­nym, wy­peł­nia go na nowo, ale tym ra­zem to­wa­rzy­szy jej nie­po­kój.

***

Li­lianę obu­dził war­kot sil­nika sa­mo­cho­do­wego. Mia­rowy od­głos ru­sza­ją­cego po­jazdu ozna­czał ko­niec noc­nej ci­szy oraz ry­chły alarm bu­dzika. Ko­bieta otwo­rzyła oczy i spoj­rzała na męża. Ma­ciek, w prze­ci­wień­stwie do niej, spał w naj­lep­sze i miał za nic ter­ko­ta­nie auta, które wła­śnie prze­je­chało przed oknami ich miesz­ka­nia na par­te­rze. Li­liana, nie od­ry­wa­jąc wzroku od ust męża, które co pe­wien czas wy­da­wały z sie­bie dźwięk przy­po­mi­na­jący "puff", od­bie­gła my­ślami do ze­szło­rocz­nych świąt, któ­rymi roz­po­częli swój po­byt w War­sza­wie.

Wtedy, późną je­sie­nią, po kilku mie­sią­cach bez­ro­bo­cia, które do­tknęło ich w ro­dzin­nym mie­ście, Ma­ciej zna­lazł in­tratną po­sadę w sto­licy. Nie za­sta­na­wiali się zbyt długo nad prze­pro­wadzką, po­nie­waż nic ich nie trzy­mało w do­tych­cza­so­wym miej­scu; dzieci nie mieli, ro­dzice miesz­kali na dru­gim końcu Pol­ski, a przy­ja­ciele się zde­ma­te­ria­li­zo­wali, gdy Ma­ciek z Lilą zo­stali by­wal­cami lo­kal­nego urzędu pracy. Mał­żon­ko­wie spa­ko­wali wa­lizki, bez żalu zo­sta­wia­jąc za sobą prze­szłość, i po­sta­no­wili za­pu­ścić ko­rze­nie w War­sza­wie. Los im sprzy­jał; mie­siąc po prze­pro­wadzce pracę zna­la­zła rów­nież Li­liana. Tuż przed świę­tami tra­fiła na anons z in­for­ma­cją, że jest wa­kat na sta­no­wi­sku ko­sme­tyczki w sa­lo­nie ko­sme­tyczno-fry­zjer­skim Charme. Lila za­dzwo­niła pod nu­mer po­dany w ogło­sze­niu, a wła­ści­cielka stu­dia pięk­no­ści po krót­kiej roz­mo­wie po­wie­działa, że Li­liana spa­dła jej ni­czym gwiazdka z nieba. Po­przed­nia ko­sme­tyczka ode­szła z dnia na dzień i sze­fowa, z obawy, że nie znaj­dzie tak szybko ni­kogo na jej miej­sce, za­częła od­wo­ły­wać przed­świą­teczne wi­zyty klien­tek. Lila w ciągu kilku na­stęp­nych mie­sięcy zdo­była serca ko­biet ko­rzy­sta­ją­cych z usług Charme, za­chwy­co­nych efek­tami ma­sażu TSU­BOKI, który wy­ko­ny­wała nowa pra­cow­nica sa­lonu. Wszystko ukła­dało się wspa­niale; praca przy­no­siła mał­żon­kom sa­tys­fak­cję, stać ich było nie tylko na godne ży­cie, ale i na fa­na­be­rie, na­wią­zali też przy­ja­ciel­skie kon­takty z są­sia­dami z klatki scho­do­wej. Jedną z tych osób była Alek­san­dra, która nie­ba­wem zo­stała także klientką Charme.

Li­liana ock­nęła się z za­my­śle­nia i przy­lgnęła wzro­kiem do twa­rzy Maćka. Od­nio­sła wra­że­nie, że mąż już nie śpi, i przez chwilę miała ochotę spraw­dzić, jak za­re­aguje na jej do­tyk. Do nie­dawna czę­sto ko­chali się rano, na do­bry po­czą­tek dnia, ale miły ry­tuał na­le­żał już do prze­szło­ści i Lila nie po­tra­fiła uzmy­sło­wić so­bie, kiedy to na­stą­piło. Le­żała bez ru­chu, za­sta­na­wia­jąc się, co zro­bić, ale za­nim pod­jęła de­cy­zję, za­dzwo­nił bu­dzik. Wstała, a Ma­ciek tylko mruk­nął i za­anek­to­wał drugą część koł­dry.

Lila za­pa­rzyła kawę i z kub­kiem w dłoni sta­nęła przy oknie. Ter­mo­metr wska­zy­wał pięt­na­ście stopni Cel­sju­sza, pa­dał rzę­si­sty deszcz, z kla­tek scho­do­wych wy­cho­dzili pierwsi miesz­kańcy. Jedni otwie­rali pa­ra­sole i na­cią­gali kap­tury prze­ciw­desz­czo­wych kur­tek, inni, jak Alek­san­dra, od­chy­lali głowy i wy­sta­wiali twa­rze na do­tyk kro­pli desz­czu. Li­liana od­pro­wa­dziła wzro­kiem są­siadkę i po­my­ślała o zda­rze­niu, które spra­wiło, że gdzieś w jej wnę­trzu za­gnieź­dził się nie­po­kój. Stała pew­nego dnia przed drzwiami miesz­ka­nia, szu­ka­jąc w tor­bie klu­czy, gdy na­gle usły­szała śmiech, nie­wy­raźne głosy, a póź­niej trza­śnię­cie drzwi i tu­pot stóp, który od­bi­jał się gło­śnym echem. Od­ru­chowo zer­k­nęła przez ra­mię i zo­ba­czyła Maćka, ca­łego w skow­ron­kach.

- Alek­san­drze pękł wę­żyk pod zle­wem w kuchni - wy­ja­śnił mąż po chwili krę­pu­ją­cej ci­szy, gdy we­szli do miesz­ka­nia. - Na szczę­ście była w domu i w porę za­krę­ciła za­wory. Udało się nie za­lać są­sia­dów.

- I na szczę­ście ty też już by­łeś na miej­scu i mo­głeś po­móc - po­wie­działa Lila, a ziarno po­dejrz­li­wo­ści za­kieł­ko­wało w jej sercu.

Li­liana wie­działa, że za­zdrość, ni­czym re­gu­lar­nie po­da­wana w ma­łych daw­kach tru­ci­zna, może nie tylko za­bić jej zwią­zek z Mać­kiem, ale rów­nież znisz­czyć po­czu­cie wła­snej war­to­ści i zmie­nić ży­cie w pie­kło. Dla­tego pró­bo­wała nie słu­chać we­wnętrz­nych pod­szep­tów, igno­ro­wała sy­gnały, które nie­świa­do­mie wy­sy­łał mąż, i wma­wiała so­bie, że wszystko jest w po­rządku. Cho­dziło o drob­nostki, na które w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach nie zwró­ci­łaby uwagi. Naj­pierw Ma­ciek prze­stał uży­wać ulu­bio­nej wody to­a­le­to­wej i za­stą­pił ją inną, póź­niej za­czął oglą­dać filmy Po­lań­skiego, o któ­rych wcze­śniej wy­po­wia­dał się bez en­tu­zja­zmu. Na­stęp­nie zmie­nił styl no­szo­nej gar­de­roby - z bo­jó­wek prze­rzu­cił się na kla­syczne dżinsy, a po­wy­cią­gane ba­weł­niane ko­szulki za­stą­pił ko­szu­lami za­pi­na­nymi na gu­ziki i z koł­nie­rzy­kiem. Za­czął rów­nież no­sić ma­ry­narki, co Lilę zdu­miało naj­bar­dziej, po­nie­waż Ma­ciek na­wet na ślub ku­zyna wło­żył gar­ni­tur do­piero po awan­tu­rze. Gdy Li­liana wy­ra­ziła zdzi­wie­nie tak ra­dy­kalną me­ta­mor­fozą, mąż od­burk­nął, że prze­ło­żony wy­maga od niego sto­sow­nego stroju - jakby za­po­mniał, że w jego fir­mie nosi się odzież ochronną i kask. Lila nie sko­men­to­wała od­po­wie­dzi, po­nie­waż nie chciała, by tru­ci­zna za­częła się są­czyć. Z tego sa­mego po­wodu nie po­zwa­lała so­bie na prze­glą­da­nie te­le­fonu Maćka, z któ­rym on no­to­rycz­nie zni­kał w to­a­le­cie lub ła­zience.

Li­liana ode­rwała wzrok od wi­doku za oknem i po­szła do kuchni. Zja­dła śnia­da­nie, do­piła kawę, a w dro­dze do Charme sta­rała się nie wra­cać my­ślami do swo­jego mał­żeń­stwa, które naj­wy­raź­niej prze­cho­dziło kry­zys. Do­je­chała me­trem do sta­cji Po­li­tech­nika, a póź­niej tram­wa­jem do Fil­tro­wej. Da­lej po­szła pie­szo. Tym­cza­sem prze­stało pa­dać, wiatr prze­gnał chmury, a na nie­bie za­świe­ciło słońce. Li­liana wy­tarła kro­ple łez, które wy­pły­nęły na jej po­liczki, i za­sło­niła oczy ciem­nymi szkłami. Wcią­gnęła w noz­drza jesz­cze wil­gotne po desz­czu po­wie­trze i przy­spie­szyła. Nie lu­biła za­czy­nać pracy w po­śpie­chu, a za dwa­dzie­ścia mi­nut miała pierw­szą klientkę.

W sa­lo­nie pa­no­wała wio­senna at­mos­fera; w oknach wi­siały nowe, przej­rzy­ste za­słony z na­dru­ko­wa­nym mo­ty­wem łąki, na pa­ra­pe­cie stał wa­zon z tu­li­pa­nami w róż­nych ko­lo­rach, a w ra­diu nada­wali mu­zyczne prze­boje.

- Trzeba za­wsze żyć bie­gnącą chwilą / Na co komu dziś wczo­raj­szy dzień...[2] - za­nu­cił na wi­dok Lili Ta­de­usz, ubrany we fry­zjer­ski ki­tel i żółtą chu­stę w czarne wzory, która za­sła­niała jego ogo­loną na łyso czaszkę. Ukła­dał ak­ce­so­ria na sto­liku z lu­strem, wy­ko­nu­jąc ta­neczne ru­chy, i po­pi­jał na­pój, który roz­sie­wał woń olejku z ber­ga­motki.

- Piękny za­pach - po­wie­działa Li­liana, zro­biw­szy głę­boki wdech.

- Za­pa­rzy­łem cały dzba­nek dla klien­tek - od­po­wie­dział męż­czy­zna, se­gre­gu­jąc szczotki i grze­bie­nie. - Stoi na pod­grze­wa­czu, na­lej so­bie, je­śli masz ochotę.

- Dzięki! - Ko­sme­tyczka po­słała mu uśmiech i po­wie­siła kurtkę na wie­szaku.

- Do­bra her­bata po­pra­wia na­strój - za­pew­nił fry­zjer. - I roz­wią­zuje więk­szość pro­ble­mów.

- Gdyby to było ta­kie pro­ste, sprze­dawcy earl greya, dar­je­eling i ca­łej reszty zo­sta­liby mi­lio­ne­rami. - Lila prze­wró­ciła oczami i po­szła do kuchni.

- Naj­pierw spró­buj! - za­wo­łał za nią.

- Oby po­skut­ko­wało, bo na ra­zie da­leko mi do two­jego en­tu­zja­zmu - od­parła Li­liana, wra­ca­jąc z na­peł­nio­nym kub­kiem. - A gdzie sze­fowa?

- Bę­dzie póź­niej, aku­mu­la­tor jej zdechł. - Ta­de­usz po­cią­gnął ze swo­jego kubka so­lidny łyk, po­tem drugi. - Aaa, za­po­mniał­bym, za­nim przy­szłaś, dzwo­niła twoja stała klientka. Pro­siła, żeby ją gdzieś wci­snąć w ju­trzej­szy gra­fik tylko na TSU­BOKI, więc...

- Kto? - spy­tała ko­sme­tyczka i po­czuła ni­czym nie­uza­sad­niony nie­po­kój.

- Alek­san­dra. Po­wie­działa, że na pewno się zgo­dzisz, za­tem wpi­sa­łem ją mię­dzy jed­nym za­bie­giem a dru­gim. Mia­łaś wolne czter­dzie­ści mi­nut. Na ma­saż twa­rzy wy­star­czy, prawda? - Ta­de­usz traj­ko­tał, do­póki nie za­bra­kło mu tchu.

- Okej - skwi­to­wała Lila i spoj­rzała na wcho­dzącą do sa­lonu pierw­szą klientkę. Chwilę póź­niej w progu sta­nęła druga, umó­wiona z Ta­de­uszem.

***

Ma­ciej przy­siągłby, że zbu­dziło go spoj­rze­nie Li­liany. Nie mo­gąc znieść wzroku żony, któ­rego in­ten­syw­ność spra­wiała, że czuł go na twa­rzy jak do­tyk, od­wró­cił się w stronę ściany i pod­cią­gnął koł­drę pod brodę. Uda­jąc, że śpi, le­żał z za­mknię­tymi oczami i za­sta­na­wiał się, jak ma po­stą­pić. Alek­san­dra, w któ­rej był za­ko­chany jak sztu­bak, nie po­zo­sta­wiła mu wiel­kiego wy­boru; chciała wy­je­chać z nim na ma­jówkę i ja­sno wer­ba­li­zo­wała swoje ocze­ki­wa­nia. Spo­dzie­wała się rów­nież, że "wresz­cie za­ła­twi sprawę ze swoją żoną". Sęk w tym, że Ma­ciek nie chciał się­gać po ra­dy­kalne roz­wią­za­nie, po­nie­waż Lilę, po­dob­nie jak ko­chankę, da­rzył uczu­ciem. Dla­tego od kilku mie­sięcy la­wi­ro­wał mię­dzy jed­nym a dru­gim do­mem, co wy­ma­gało sprytu i przy­tom­no­ści umy­słu, bio­rąc pod uwagę, że miesz­ka­nia dzie­lił dy­stans je­dy­nie dwóch pię­ter. Pra­gnąc zjeść ciastko i mieć ciastko, Ma­ciej szu­kał wyj­ścia z sy­tu­acji, w którą się uwi­kłał.

Li­liana pierw­sza po­znała Alek­san­drę i kilka razy opo­wia­dała mę­żowi o uro­czej są­siadce, nim za­pro­siła ją na kawę do domu. Aleksa, nie Ola, jak za­zna­czyła nowa zna­joma na po­czątku wi­zyty, pro­wa­dziła wir­tu­alną cu­kier­nię, w któ­rej ofe­ro­wała przy­go­to­wy­wane wła­sno­ręcz­nie i z pa­sją cze­ko­la­dowe pra­liny. Pod­czas pierw­szego spo­tka­nia wy­znała no­wym zna­jo­mym, że tak bar­dzo za­in­spi­ro­wał ją film Cze­ko­lada z Ju­liette Bi­no­che w roli Vianne, że pew­nego dnia rzu­ciła pracę w ho­te­lo­wej kuchni i za­jęła się wy­pie­ka­niem słod­ko­ści. Po­wie­dziaw­szy to, po­sta­wiła fi­li­żankę na spodku i chwy­ciła swoją ob­szerną torbę.

- Ojej! - za­wo­łała. - Ja tu gadu-gadu, a prze­cież coś wam przy­nio­słam. - Wy­jęła prze­zro­czy­stą, prze­wią­zaną wstążką to­rebkę wy­peł­nioną cze­ko­lad­kami o róż­nych kształ­tach. - Pro­szę! - Po­dała pre­zent Lili, a Ma­ciej po­czuł, że do ust na­pływa mu ślina. Dość gwał­tow­nym ru­chem ode­brał żo­nie pa­ku­nek i wy­jął z niego kulę ozdo­bioną po­łówką orze­cha wło­skiego.

- Cały Ma­ciek! - Li­liana się ro­ze­śmiała. - Jest ła­su­chem i na wi­dok sło­dy­czy za­po­mina o do­brych ma­nie­rach.

- Ro­zu­miem, nic nie szko­dzi. - Aleksa od­wza­jem­niła uśmiech. - Ręcz­nie ro­bione, w środku mają kan­dy­zo­wane wi­śnie na­są­czone ru­mem z nutą wa­ni­lii i ko­rzeni. Brak opa­no­wa­nia na ich wi­dok jest cał­ko­wi­cie uza­sad­niony.

Tam­tego po­po­łu­dnia Ma­ciek za­ko­chał się w Alek­san­drze.

Te­raz, prze­ko­nany, że Lila już wy­szła z domu, wstał. Dla pew­no­ści prze­szedł się po miesz­ka­niu, a póź­niej wziął prysz­nic. Pod­czas śnia­da­nia włą­czył ko­mórkę i prze­czy­tał ese­mesa od Alek­san­dry: "Idę zro­bić za­kupy przed na­szym wy­jaz­dem. Póź­niej wpad­nij i udo­wod­nij mi, że mnie ko­chasz". W ten za­wo­alo­wany spo­sób ko­chanka przy­po­mniała o swo­ich uro­dzi­nach. Cóż za iro­nia losu - dziś były uro­dziny Aleksy, a ju­tro Lili, szlag by to tra­fił. Nie miał pre­zentu dla żad­nej z nich. Serce Maćka zwięk­szyło liczbę ude­rzeń. Męż­czy­zna z tru­dem prze­łknął ka­wa­łek chleba i po­pił go­rącą her­batą, na­stęp­nie pod­szedł do okna. Ob­ser­wu­jąc miesz­kań­ców osie­dla, za­sta­na­wiał się, co ma zro­bić, żeby za­pew­nić so­bie spo­kojny week­end i zy­skać kilka do­dat­ko­wych dni do na­my­słu. Olśnie­nie przy­szło, gdy stra­cił już na­dzieję.

Ma­ciej otwo­rzył szu­fladę ko­mody i spo­mię­dzy zwi­nię­tych w kule skar­pet wy­jął małe pu­dełko. We­wnątrz le­żał pier­ścio­nek z mo­ty­wem wy­rzeź­bio­nej z ko­ści sło­nio­wej mi­kro­sko­pij­nej po­staci We­nus, która naga, wiotka, dłu­go­włosa, spo­czy­wała w zło­tej muszli ni­czym w kró­lew­skim łożu. Ca­łość była osa­dzona w ramce, rów­nież zro­bio­nej ze złota i wy­peł­nio­nej nie­bie­sko-zie­loną ema­lią oraz dia­men­tami. Męż­czy­zna wró­cił my­ślami do dnia swo­jego ślubu. Pod­czas przy­ję­cia we­sel­nego bab­cia po­wie­działa, że chce za­pa­lić pa­pie­rosa, i wy­ra­ziła ży­cze­nie, by wnuk jej to­wa­rzy­szył. Gdy wy­szli na ze­wnątrz, eks­cen­tryczna star­sza pani zdjęła z palca klej­not i wrę­czyła go Mać­kowi ze sło­wami, że pier­ścio­nek jest w ich ro­dzi­nie od pra­wie stu lat; zro­biony przez uta­len­to­wa­nego złot­nika, był prze­ka­zy­wany z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie wy­bra­nemu krew­nemu. I ona wy­brała wła­śnie jego, swo­jego wnuka.

Szu­flada ze skar­pe­tami nie była miej­scem sto­sow­nym do prze­cho­wy­wa­nia ju­bi­ler­skiego cacka, ale z pew­no­ścią bez­piecz­nym, po­nie­waż Lila ni­gdy do niej nie za­glą­dała. Męż­czy­zna wy­jął pier­ścio­nek z pu­dełka i zer­k­nął na wy­gra­we­ro­wany na we­wnętrz­nej stro­nie ob­rączki na­pis: Amor odit in­er­tes[3]. Po­sta­no­wił ob­da­ro­wać klej­no­tem Aleksę, żeby ją udo­bru­chać i za­pew­nić o swoim uczu­ciu oraz zy­skać na cza­sie. Ko­biety lu­biły bły­skotki, ko­chanka nie była wy­jąt­kiem, co wię­cej, ce­niła za­byt­kowe, piękne przed­mioty; dla­tego Ma­ciej miał na­dzieję, że kosz­towny pre­zent oraz mi­ło­sne fi­gle zła­go­dzą nie­cier­pli­wość Alek­san­dry i umoż­li­wią mu spę­dze­nie ma­jówki z żoną.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki