ROZDZIAŁ 1
Wszystkie byłyśmy młode, szczęśliwe w niewinnej nieświadomości prawdziwego życia i gorąco zbuntowane.
Jasne promienie majowego słońca przenikające przez gęste, soczyście zielone liście kasztanowca i delikatny zapach kwiatów otaczały nas subtelną aurą, kiedy siedziałyśmy na trawie, w kojącym cieniu drzewa, żywo dyskutując. Z daleka z pewnością tworzyłyśmy uroczy obrazek, idealną inspirację do kolejnego dzieła Degasa.
- "Ogólnie więc z przekonaniem lub z pozorem przekonania powtarzają wszyscy, że kobieta równym jest mężczyźnie człowiekiem. Pojęcie to jednak istnieje tylko w teorii, a w zastosowaniu kobieta zawsze zostaje istotą ludzką wprawdzie, ale niepełnoletnią, naturą swoją więcej zbliżona do kwiata, lalki, anioła niż do człowieka"[1].
Głos Marianny Wąsowicz, która czytała niemal szeptem, żeby przypadkiem jej słowa nie dotarły do uszu rosyjskich żandarmów, w naszych brzmiał nadzwyczaj wyraźnie. Jej policzki zaróżowiły się od emocji, ale żadnej z nas to nie dziwiło, bo słowa o mentalnej niewoli kobiet zawsze odbierałyśmy z niemalże równą ekscytacją. Kiedy Marianna skończyła czytać, uniosła twarz znad trzymanej na kolanach książki i spojrzała na nas, upewniając się, że właściwie zrozumiałyśmy przekaz.
Tego majowego popołudnia w parku na Książęcem było nas sześć i wszystkie z nabożnym skupieniem słuchałyśmy fragmentów rozprawy Elizy Orzeszkowej. I choć treść znałyśmy bardzo dobrze, zgodnie uważałyśmy, że idee w niej zawarte należy często przypominać, by przypadkiem nie zatarły się w naszej świadomości, którą tak łatwo tłumiła szara codzienność.
Pomimo że uważnie słuchałam Marianny, to jednak w głowie układałam kolejne akapity artykułu do czasopisma "Bluszcz", choć ostatni - o męskiej dominacji w powszechnie obowiązującym prawie - oddałam ledwie wczoraj. Zrobiłam to, zanim pobiegłam na wieczorne zajęcia Uniwersytetu Latającego, które tym razem nie odbywały się ani na tyłach ciasnego sklepu, jak w poprzednim tygodniu, ani w ukrytej na poddaszu pracowni artystycznej, co zdarzało się nadzwyczaj często, tylko w pięknym ogrodzie przy starej willi, należącej do rodziców jednej ze studentek.
Moja młoda i szalona głowa pełna była pomysłów, które buzowały we mnie i nie dawały mi spokoju, domagając się spisania. Od kiedy udało mi się po kryjomu - to znaczy bez wiedzy rodziców, bo ci byli tradycyjnie konserwatywni - zatrudnić w najbardziej znanym w Warszawie kobiecym czasopiśmie, poczułam, że dostałam wiatr w skrzydła. Miałam mnóstwo pomysłów i uważałam, że każdy jest lepszy od poprzedniego. Nie bałam się poruszać kontrowersyjnych tematów, jak na przykład rola kobiety w domu czy praca zarobkowa kobiet. Podobnie jak moje koleżanki z Uniwersytetu Latającego, byłam przekonana, że pełna emancypacja, o której dzięki sufrażystkom stało się głośno w Europie, to tylko kwestia czasu. A rolą piszących artykuły - czyli moją - jest uświadamianie ludzi o randze wolności kobiet. Choć czyniłam to pod pseudonimem, starałam się pisać z wyczuciem, by nikogo nie obrazić, ale czując potrzebę spełnienia misji. Uważałam za kompletnie bzdurne owo wielowiekowe przekonanie, że nam, kobietom, równe mężczyznom prawa się nie należą, bo zostałyśmy stworzone wyłącznie do roli żony, matki i gospodyni. Wmawiano nam, że jesteśmy głupsze, nierozsądne i nie dorównujemy mężczyznom rozumem i siłą. Nie zgadzałam się z tym ani ja, ani moje szanowne koleżanki.
- Paulinko, a nie dalej jak wczoraj twój Stasiek nazwał cię swoim aniołem, sama słyszałam! - zadrwiła jedna z dziewcząt, kierując słowa w stronę bez wątpienia najładniejszej z nas, Pauliny Skowrońskiej. - Przecież tak nie można! To określenie niegodne współczesnej emancypantki!
Paulina się spłoniła i nic nie odpowiedziała.
- Och, daj spokój! - odezwała się inna, stając w obronie koleżanki. - Jak się zakochasz, zaczniesz inaczej gadać. Sama będziesz chciała, żeby twój ukochany nazywał cię aniołem.
- Miłość to pierwszy stopień do kobiecego piekła!
- Więc uroczyście przysięgnijmy, że nigdy się nie zakochamy!
Dziewczęta jak na komendę uniosły palce wskazujące i środkowe prawej dłoni, lewą kładąc na piersi w okolicach serca, i zaczęły zaśmiewać się jedna przez drugą, udając, że składają przyrzeczenie. Ja nie byłam gorsza, więc oczywiście zrobiłam to samo, choć sytuacja wydała mi się wielce niedorzeczna.
- Uroczyście przysięgam, że nigdy żaden młodzieniec, choćby był najprzystojniejszy, nie zawróci mi w głowie...
- Paulina, tobie nie wolno przysięgać! Ty już jesteś zakochana, więc za późno!
- Ciekawe, co powiedzą wasi ojcowie na te uroczyste przysięgi...
Dziewczęta odwróciły się w stronę stojącego w cieniu pobliskiego drzewa Jędrzeja Witebskiego. Młodzieniec, nienagannie ubrany, w jasnych prążkowanych spodniach i dopasowanej letniej marynarce, spoglądał na nas z uroczo kpiącym uśmiechem na ustach.
- Jędrzej! No wiesz co! Ładnie tak nas podsłuchiwać?! - skarciła go któraś.
- Skoro chciałyście się skryć przed widownią, trzeba było wybrać dyskretniejsze miejsce, a nie trawnik przy głównej alei - zaśmiał się, zbliżając się do nas niespiesznie.
Uśmiechnęłam się w duchu. Miałam przyjemność zobaczyć się z Jędrzejem poprzedniego dnia, gdy tylko wrócił do Warszawy z Petersburga, ale teraz znów poczułam radość, że go widzę. Jego pobyt w Rosji trwał kilka długich miesięcy i przez ten czas zdążyłam za nim okropnie zatęsknić. Brakowało mi tych uroczych docinków, swobody, jaką przy sobie czuliśmy, niewymuszonej czułości okazywanej wzajemnie przy byle okazji. Jędrzej od dziecka był mi bliskim przyjacielem, którego szczerze i po koleżeńsku kochałam. Ja to wiedziałam, on to wiedział i wiedzieli wszyscy wokół, traktując naszą relację z tolerancyjną pobłażliwością.
Kiedyś, jako chłopiec, Jędrzej rozczulał gładką, niemal dziewczęcą urodą; błękitne oczy okolone jasnymi rzęsami i blond czupryna wprawiały w zachwyt damy, a panów w konsternację - zwłaszcza jego ojca, który obawiał się, że syn od zbytku urody stanie się zniewieściały. Tymczasem Jędrzej wyrósł na przystojnego młodego mężczyznę, za którym dziewczęta z zainteresowaniem wodziły wzrokiem. Doskonale wiedziałam, jakie wrażenie mój przyjaciel robi na koleżankach, i bawiło mnie to. Choć niekiedy wzbudzało też politowanie, bo przecież każdy w towarzystwie wiedział, że jedynym obiektem jego westchnień byłam ja. Wyłącznie ja. Jędrzej tego nie ukrywał. Od lat mnie adorował, a ja przyjmowałam to z naturalną obojętnością, jak na przyjaciółkę przystało. No cóż, kochałam go jak brata, a może nawet bardziej, bo nie przypominałam sobie, żebym do tego rodzonego - Feliksa - miała tyle tkliwości, sympatii i czuła tak głębokie przywiązanie, jak do tego chłopaka, który był moim towarzyszem od maleńkości. Nie nazwałabym jednak tej miłości inaczej jak wyłącznie przyjacielską.
Raz doszło między nami do fizycznego zbliżenia. Jeden jedyny raz, dwa lata temu nad rzeką w Konstancinie, i... Jak ja potem tego żałowałam!
Ciekawi siebie, owładnięci młodzieńczym pragnieniem cielesnej bliskości, ukryliśmy się wówczas między gęstymi szuwarami z dala od spojrzeń przypadkowych gapiów. Pozwoliłam mu się rozebrać i całować jak nikomu innemu. Sama też próbowałam dotykać go w miejscach dotąd mi nieznanych. Zrobiliśmy to po raz pierwszy w życiu, powodowani wyłącznie ciekawością i nagłym nieopanowanym pożądaniem. I o ile na mnie w konsekwencji nie zrobiło to szczególnego wrażenia, a nawet uznałam nasze niezdarne zbliżenie za karygodny błąd, o tyle Jędrzej wyraźnie nie umiał o tym zapomnieć. Co jakiś czas wracał do tego wstydliwego zdarzenia, jakby nasz jeden raz był świętością. Czymś, nad czym należało szczególnie się roztkliwiać. Tymczasem ja roztkliwiałam się wyłącznie nad tym, że straciłam dziewictwo z chłopcem, do którego nie czułam prawdziwej namiętności, a jedynie głęboko przyjacielskie przywiązanie. I wyrzucałam sobie, że mogłam to zrobić z kimś innym, bo może wówczas miałabym bardziej ekscytujące wspomnienia.
- Jak miło cię widzieć po tak długiej nieobecności, Jędrusiu! Klara wspominała nam, że wróciłeś. Czyżby już na dobre? - zagadnęła go wyraźnie ucieszona jego widokiem Marianna.
Jędrzej przysiadł na kocu obok mnie.
- Raczej tak. W Petersburgu robi się gorąco. Od kiedy Rosja zaczęła wojnę z Japonią, ulica wrze. Ludziom ta wojna się nie podoba. Coraz więcej poddanych cara wyraża niezadowolenie z warunków codziennego życia.
- Więc wróciłeś do Warszawy, żeby czuć się bezpieczniej?
- Wróciłem przede wszystkim po to, żeby pomóc ojcu w zarządzaniu fabryką. Ma coraz więcej pracy, a lat mu przybywa.
- Och, to i żona by ci się przydała - zauważyła druga spośród moich koleżanek, Lidia Mąkiewicz, obdarzając Jędrzeja powłóczystym spojrzeniem.
Jędrzej zaśmiał się głośno i serdecznie.
- Pewnie by się przydała, ale na żadną z was, drogie ślicznotki, liczyć nie mogę, skoro złożyłyście przed chwilą tak uroczystą przysięgę.
- Wszystkie oprócz Paulinki! Nasza Paulinka za miesiąc wychodzi za mąż za Stasia Gęborka. Wiesz, tego, co właśnie skończył prawo.
Jędrzej uśmiechnął pod nosem.
- Wiem, słyszałem. Winszuję serdecznie panience! Koledze Gęborkowi także już pogratulowałem.
- Koleżanki wyraźnie dobrze się bawią moim kosztem - odparła Paulina z urazą. - Bo jeszcze same nie wpadły w męskie sidła. Zobaczymy, jakie przysięgi będą składać, gdy się zakochają na amen.
Od razu odezwały się głosy oburzenia.
- My się poświęcimy dla dobra emancypacji polskich kobiet i udowodnimy, że kobieta może znaleźć szczęście i bez wychodzenia za mąż! - rzuciła któraś poważnym tonem, niczym Abraham Lincoln podczas przemówienia do republikanów.
Pozostałe dziewczęta jak na komendę wybuchły perlistym śmiechem.
- A hrabianki Domańskiej z wami nie ma? - zainteresował się Jędrzej. - Przecież ona zawsze najgłośniej wyraża swoje opinie.
Dziewczęta nagle przestały się śmiać i jakby zmarkotniały, a Jędrzej zerknął na mnie wyczekująco.
- Klaro?
- Marii nie ma z nami już od dawna - odparłam. - Przestała uczęszczać na zajęcia z uniwersytetu. Niedawno dowiedziałyśmy się od służących hrabiostwa Domańskich, że wyjechała z rodzicami na wypoczynek do Szwajcarii.
- Tak po prostu? - zdziwił się Jędrzej. - Rzuciła naukę? To do niej niepodobne. Przecież bardzo chciała zdobyć wykształcenie.
- Owszem. Ale okazało się, że Maria jest w ciąży - mówiąc to, poczułam na sobie ciężkie spojrzenia koleżanek.
Jędrzej popatrzył na mnie szczerze zdumiony. Najwyraźniej ta wiadomość zrobiła na nim nie mniejsze wrażenie niż na z nas, kiedy się o tym dowiedziałyśmy.
- I nie wiadomo, kto jest ojcem... - dodałam. - Oczywiście Domańscy oficjalnie wszystkiemu zaprzeczają.
Zauważyłam, że niektóre z moich towarzyszek, choć na co dzień otwarte, a wręcz pyskate i o nowoczesnych poglądach, nagle zawstydziła moja bezpośredniość, bo zażenowane spuściły wzrok.
- No cóż... nie ma się co dziwić, że zaprzeczają. Pewnie to dość kłopotliwe - skwitował Jędrzej, nieco dłużej zatrzymując na mnie spojrzenie, tylko po to, by za chwilę z pewnym zmieszaniem odwrócić ode mnie głowę.
Mogłabym przysiąc, że w tym momencie pomyśleliśmy dokładnie o tym samym - po naszym miłosnym wybryku również obawiałam się, że zaszłam w ciążę. Jędrzej zapewniał mnie wówczas solennie, że jeśli tak się stało, natychmiast weźmiemy ślub. W rzeczywistości chciał się ze mną ożenić i bez tego, nawet nie czekając na potwierdzenie, czy jestem w ciąży, czy nie. Ale ja absolutnie nie miałam takiego zamiaru. Odetchnęłam z ulgą, kiedy się okazało, że nasz miłosny wyskok nie będzie miał konsekwencji w postaci małego brzdąca.
- Dziwna sprawa - powiedziałam. - Żadna z nas nie domyślała się, że Maria się z kimś spotyka. Nic nikomu nie mówiła, aż nagle zniknęła ot tak, z dnia na dzień. Profesorowie też nie wiedzieli, co się stało. Próbowałyśmy się z nią kontaktować, pisałyśmy listy, nawet pojechałam do domu Domańskich, ale jej matka nie wpuściła mnie, oświadczając, że Maria jest chora i nie przyjmuje gości...
- Domańscy próbują całą sprawę zatuszować, ale kiedy Maryśka wreszcie urodzi, to i tak każdy się dowie - wtrąciła Marianna z rumieńcami ekscytacji na policzkach.
- Ledwie kilka miesięcy nie ma mnie w Warszawie, a tu takie wiadomości! - podsumował Jędrzej i podniósł się energicznie. - Wybaczcie, drogie panie, ale już pójdę. Mam sporo spraw do załatwienia, a już prawie popołudnie. Możecie więc ze spokojem wracać do interpretacji Orzeszkowej i składać kolejne przysięgi. - Puścił do nas oko.
- Och, to wcale nie takie proste, gdy co chwila kręcą się tu rosyjscy żandarmi!
- Przecież żandarmi wam niestraszni, urocze buntowniczki!
- Feministki! - poprawiła go jedna z dziewcząt, a inne zaśmiały się w odpowiedzi.
I choć teraz były to jedynie żarty, każda z nas rozprawy feministyczne, jak choćby tę autorstwa Orzeszkowej, traktowała z należytą powagą. I w obliczu przeciwności kobiecego losu, z którego coraz lepiej zdawałyśmy sobie sprawę, potrafiłyśmy walczyć o własne zdanie jak lwice. Co nie zmieniało faktu, że znienawidzone carskie patrole zawsze stanowiły dla nas nie lada wyzwanie. W czasach, kiedy wszelkich przejawów polskości zakazano, a już zwłaszcza mówienia i czytania w języku polskim, musiałyśmy się nieźle nagimnastykować, żeby nosić książki do nauki w języku polskim i po kryjomu je wypożyczać. Nieraz zdarzało się, że zaczepiali nas policjanci celem rewizji, ale wówczas pokazywałyśmy tylko te po rosyjsku, polskie chowając na dnie torby i tak zagadując mundurowego, żeby nie chciało mu się drążyć tematu.
- Zobaczymy się później? - zwrócił się do mnie Jędrzej, jeszcze zanim się oddalił.
- Dziś mam sporo zajęć i pewnie późno wrócę do domu. Jutro, Jędruś.
Kiwnął głową i odszedł, a dziewczęta zmierzyły mnie karcącymi spojrzeniami.
- Niby taka twarda jesteś i się go wypierasz, a trzymasz krótko, jak na sznurku.
- Bo przyjaźni nie oddam!
- A jeśli któraś zdobędzie jego miłość?
Nie odpowiedziałam, uznając dyskusję na ten temat za zupełnie bezsensowną. Nie wybiegałam tak daleko w przyszłość. Co ma być, to będzie. Jeśli Jędrzej znajdzie sobie kobietę, będę musiała to zaakceptować. Na razie jednak był moim najlepszym przyjacielem, nawet jeśli wyobrażał sobie naszą zażyłość zupełnie inaczej.
Siedziałyśmy na kocu jeszcze dobrą godzinę, rozprawiając na kobiece tematy, aż wreszcie trzeba było się rozejść. Każda z nas miała jeszcze swoje obowiązki czy projekty, a później czekały nas wieczorne wykłady. Koniec roku akademickiego wiązał się z zaliczeniami i nauki było sporo, a my wyjątkowo skrupulatnie się do niej przykładałyśmy. I choć edukowałyśmy się na tajnym uniwersytecie, pogardliwie przez niektórych nazywanym "babskim uniwersytetem", to jak przystało na inteligentki - wcześniej gruntownie kształcone na słynnej pensji Jadwigi Sikorskiej - dawałyśmy z siebie wszystko. To była dla nas sprawa honoru. Pragnęłyśmy udowodnić, że tak samo jak do zarządzania domem i zajmowania się dziećmi nadajemy się również do nauki i pracy zawodowej. Uniwersytet Latający ukończyła przecież - nim jeszcze wyjechała do Paryża na Sorbonę - pierwsza na świecie kobieta noblistka, Maria Skłodowska-Curie. Świadomość ta sprawiała, że czułyśmy się bardzo nobilitowane, choć oczywiście wiedziałyśmy, że niestety żadna z nas nie dorównywała intelektem wybitnej fizyko-chemiczce z Warszawy.
[1] Eliza Orzeszkowa, Kilka słów o kobietach, Lwów 1873.