Cena szczęścia - Steven Erikson

-
Proszę czekać

Bohaterowie powieści

Postaci fikcyjne

Samantha (Sam) August - pisarka SF

Hamish Drake - jej mąż

Ronald Carpenter - pisarz SF

Raine Kent - prezydent Stanów Zjednoczonych

D(iane) K(imberly) Prentice - wiceprezydent

Ben Mellyk - doradca naukowy prezydenta

Daniel Prester - doradca do spraw bezpieczeństwa, DHS

Kenneth J. Esterholm - dyrektor CIA

Adeleh Bagneri - sekretarz generalna ONZ

Adam Riesling - kosmonauta

Konstantin Milnikow - prezydent Federacji Rosyjskiej

Anatolij Petrow - emerytowany kosmonauta

Xin Pang - przywódca Chińskiej Republiki Ludowej

Liu Zhou - kierownik chińskiego programu badań kosmicznych

Hong Li - kosmonauta, uczestnik wyprawy na Księżyc

Shen - dowódca wyprawy na Księżyc

Lisabet Carboneau - premier Kanady

Alison Pinborough - doradca naukowy premiera

Mary Sparrow - minister do spraw parków i rekreacji

Will Camden - minister do spraw zasobów naturalnych

Marc Renard - kosmonauta

Joey Sink - bloger i tropiciel teorii spiskowych (Kitchen Sink News)

Annie Mouse - osoba udzielająca poufnych informacji, JPL

King Con - (pseudonim), tropiciel teorii spiskowych

Joakim Malleat - kardynał w Watykanie, Urząd Komunikacji Społecznej

Ira Levy - rabin mieszkający w Nowym Jorku

Richard Fallow - telewizyjny ewangelizator

Abdul Irani - imam

Simon Gist - rzutki przemysłowiec, Kepler Industries

Jack Butler - kierownik działu technicznego, Kepler Industries

Mary Lamp - specjalistka od public relations, Kepler Industries

Douglas Murdo - magnat medialny

Chrystal Murdo - jego żona

Maxwell Murdo - jego syn

James Adonis - miliarder

Jonathan Adonis - miliarder

Lois Stanton - osobista sekretarka braci Adonisów

Kolo - dowódca szwadronu śmierci w Republice Konga

Neela - jego niewolnica

Ruth Moyen - żołnierka, Siły Obronne Izraela

Casper Brunt - handlarz bronią

Anthony "Tony" - mieszkaniec Los Angeles

Adam - sztuczna inteligencja, rzecznik Delegacji Interwencyjnej

Postaci prawdziwe

Robert J. Sawyer (z własnymi słowami)

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Prolog

W przestrzeni kosmicznej zawrzało. Wśród planetoid rozrzuconych na obszarze pomiędzy orbitami Marsa i Jowisza pojawiły się znienacka niewielkie obiekty - niczym chmara komarów nad zarośniętym stawem. Były małe, nie większe niż przeciętny samochód terenowy, lecz roje maszyn szybko się rozrastały. Niebawem można byłoby ich naliczyć setki, a samych obiektów - dziesiątki tysięcy.

Chmury maszyn praktycznie nieoświetlonych, jeśli nie liczyć mdłych refleksów odległego Słońca, z oszałamiającą prędkością rozbiegły się z punktu wyjścia i rozproszyły między planetoidami. Były też takie, które kierowały się na zewnątrz, szybko opuszczając dość zatłoczony wycinek przestrzeni w gruzowisku pasa planetoid. Inne pędziły w stronę Marsa.

Mijały godziny i dni. Maszyny pozostające w skupisku planetoid wczepiały się w wybrane skalne bryły - te bogate w rudy metalu i te przypominające komety swoimi zasobami zamarzniętej wody, metanu, amoniaku tudzież węglową powłoką kosmicznego pyłu. Każdą obsiadły tylko z jednej strony. Wypuściwszy odnóża, połączyły się ze sobą i ustabilizowały. Kilka rojów skierowało się ku największej w tym rejonie planetoidzie. One też połączyły się w całość, z której zaraz wylęgły się mniejsze maszyny i zaczęły gryźć skałę.

Poza obszarem kosmicznego gruzu nagromadzonego w ciągu przeszło czterech miliardów lat - kiedy jedne planety powstawały, a inne ginęły, gdy wyodrębniały się martwe księżyce i dochodziło do niezliczonych zderzeń i upadków - samotne roje przecinały mrok w pogoni za kometami.

Po przeciwnej stronie pola planetoid roje wędrujące w kierunku Marsa skoncentrowały się na Deimosie, mniejszym z dwóch księżyców tej planety. I tutaj, na pokrytej pyłem i kraterami powierzchni niekształtnego księżyca, lądujące maszyny obsiadły jedną stronę, a potem się połączyły.

Żadne urządzenie - ani na Ziemi, ani na jej orbicie - niczego nie zaobserwowało. Nastąpiło to później, kiedy maszyny zaczęły spychać ciała niebieskie z ich orbit. Gdy planetoidy i komety zboczyły z dotychczasowych torów i ze znaczną prędkością wyruszyły w stronę centrum Układu Słonecznego. I gdy Deimos powoli zmieniał orbitę, by nieuchronnie zderzyć się z Fobosem.

W tym czasie jednak na Ziemi mało kto się tym interesował.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Etap pierwszy

Liczenie do pięćdziesięciu. (Inicjacja)

Rozdział 1

Victoria, Kolumbia Brytyjska, Kanada

19 maja, 14:19

Przed barem przy Cook Street stało trzech palaczy. Do pobliskiego komisu zbliżała się kobieta z pudłem wypełnionym używaną odzieżą. Po drugiej stronie ulicy trzech malarzy pokojowych wyszło właśnie po schodkach ze sklepu żelaznego, gdzie zaopatrzyli się we wszystko, czego potrzeba do naprawy ścianki działowej. Do sklepu spożywczego u wylotu Pandora Avenue kierował swoje kroki samotny mężczyzna.

Na ulicy było pełno aut, mimo że jej środkiem biegł pas ułatwiający skręcanie. Samochody jadące na południe poruszały się w żółwim tempie; niektóre z nich dojeżdżały do kolejki czekającej na zmianę świateł na skrzyżowaniu z Pandora Avenue. Z alei skręciła na północ furgonetka firmy kurierskiej.

Ogółem jedenaście kamer uchwyciło to zdarzenie w postaci zdjęć i materiału filmowego. Naoczni świadkowie, przepytywani później przez policję i reporterów, przedstawiali zaskakująco zbieżne relacje. W chwili, gdy ruszało oficjalne śledztwo, informacje rozchodziły się już lotem błyskawicy.

Pewna kobieta w średnim wieku szła chodnikiem po tej stronie Cook Street, gdzie znajdowały się bar i komis. Eleganckie ubranie, pewny krok, ręce w kieszeniach ciemnoszarego płaszcza do pół uda, ognistorude włosy na tyle długie, że szarpał je wiatr wiejący z południa - ale nie aż tak długie, by miał je wysoko unosić. Twarz, zgodnie z opisem osób będących najbliżej, osobliwie łatwa do zapamiętania: płaskie, choć wyraźnie zarysowane policzki, szeroka szczęka i cera, która nie doświadczyła wiele słońca.

Niebo było częściowo zaciągnięte chmurami napływającymi z zachodu, znad gór Sooke, toteż początkowo mało kto zwracał uwagę na cień, który ogarnął ulicę.

Jeden z palaczy, niejaki John Allaire, inwalida przykuty do swojego wózka, akurat siedział w najlepszej pozycji, żeby przejść do historii jako ten, który pierwszy ujrzał rozstępujące się chmury i lekko zaokrąglone kształty tajemniczego olbrzymiego obiektu.

- Od spodu jak talerz - powtarzał. - Taki z porcelany.

Był to przełomowy moment w jego życiu. Od pewnego już czasu kiepsko mu się wiodło. Papierosy dały się we znaki nogom poniżej kolan, alkohol rozwalał wątrobę. W wieku sześćdziesięciu trzech lat utrzymywał się tylko z zasiłków. Nigdy nie wygrał na loterii.

- Od spodu jak talerz, taki z porcelany. Zaczął błyszczeć na środku. Dokładnie na środku. Błyszczał tak, że hej! Musiałem przysłonić oczy, ale i tak widziałem, jak z góry pada snop światła. I trafia dokładnie w tę kobietę, która była nie dalej niż sześć kroków ode mnie. Niczego się nie spodziewała.

Margot Revette potwierdzała jego relację.

- Po prostu szła przed siebie. A potem światło ją połknęło, a gdy zgasło, jej też już nie było. Właśnie niosłam, wiecie, trochę ciuchów na sprzedaż. No i swoje stare szpilki. Sama nie wierzę, że je kupiłam. Nie zaprojektowano ich na ludzką stopę. Gdzie ja miałam rozum! Ale od czego są komisy, nie? Zawsze warto spróbować, ludzie wszystko kupią.

- Trafiło ją to światło - mówił Rick Shultz. - Dopiero co wyszedłem ze sklepu, a ze mną Jack i Naadi. Tachamy do auta całą górę badziewia i nagle to jebane UFO, a z niego sru, światło! I nie ma kobiety. Statek zabrał się i zniknął.

- Spierdolił, a jak! - dodał Jack. - Baba wyparowała.

- Zabrał się i zniknął - powtórzył Rick. - Nawet nie odleciał, popapraniec jeden.

Kim była? Nikt tego nie wiedział. Należało poczekać na doniesienia o czyimś zaginięciu. Mogło to potrwać dwa, trzy dni, ale też znacznie dłużej, jeśli mieszkała sama.

Ani na zdjęciach, ani na filmach nie utrwaliła się wyraźnie jej twarz. Pech, choć w sumie nie było się czemu dziwić. Każdy filmował UFO.

*

Doktor Hamish Drake harował za dwóch. Ci, którzy go znali, nie mieli co do tego żadnych wątpliwości. Zwłaszcza żona. Od pięciu lat Hamish był jednym z zaledwie trzech lekarzy ogólnych w szpitalu Greater Victoria, przyjmujących nowych pacjentów. Można było mówić o kryzysie.

Tego popołudnia, mając chwilę oddechu między pacjentami, próbował właśnie dobrać się do stosu kart z dołączonymi wynikami badań, kiedy do gabinetu weszła Nurjehan Aziz z recepcji. Zaskoczony tym, że nie zapukała, spojrzał na nią znad okularów do czytania. Na jej powleczonej bladością twarzy malował się znajomy wyraz, pojawiający się zwykle wtedy, gdy z laboratorium przychodziły alarmujące wyniki któregoś z jego wieloletnich pacjentów.

Śmierć zawsze czaiła się za progiem, o czym Hamish i Nurjehan wiedzieli aż za dobrze. Na wieść o jej nadejściu ludziom odpływała krew z twarzy. Kiedy lekarz dostrzegł cień na obliczu Nurjehan, do jego serca wkradł się niepokój, choć umysł pozostał chłodny i wyważony, gdy zastanawiał się, komu mogło się gwałtownie pogorszyć. Komuś, kto przyszedł do niego w ciągu tego tygodnia. Komuś, kto miał zrobić badania. Komuś...

- No to się porobiło - powiedziała.

Zmarszczył czoło. Nie wiedział, o co chodzi. Dygotała. Nie pamiętał, by kiedykolwiek była tak roztrzęsiona. Zdjął okulary i położył je na biurku.

- Zamknij drzwi - polecił. - Możesz mówić.

Wypowiedziane spokojnym, kojącym tonem słowa doktora nie dodały jej otuchy. Tylko się skrzywiła.

- Grzebałam w Internecie, przepraszam...

- O nie, znowu? Słuchaj, jeśli się nie okaże, że wybuchła wojna atomowa, to będę bardzo...

- Pojawiło się UFO. Tutaj, w Victorii. Ludzie publikują nagrania na Facebooku i YouTubie. Sprawdzałam na CHEK-u1. Policja zamieściła zdjęcie nieznajomej kobiety, która... zniknęła. Gdy padło na nią światło z góry.

- UFO?

Nurjehan podsunęła mu telefon komórkowy z wyświetlonym zdjęciem.

Za blisko. Zobaczył jedynie rozmytą postać, prawdopodobnie na ulicy. Sięgnął po okulary, założył je i ponownie pochylił się nad telefonem.

- To Sam.

Miał wrażenie, że słowa Nurjehan dochodzą do niego z oddali:

- Był snop światła. Z UFO. Ludzie wszystko nagrali.

- To jakiś absurd. - Hamish wyciągnął rękę po własny telefon. Prędko wstukał numer do żony. Niewiele wskórał. Brak połączenia. - To jeszcze nic nie znaczy - mruknął, próbując ponownie. - Ciągle siedzi w necie i rzadko odbiera. Czasem nawet zapomni włączyć to dziadostwo. - Skutek znów był ten sam. Schował telefon do kieszeni i wstał. - Dobra, zobaczę ten film. Ale jakoś nie chce mi się w to wierzyć.

*

Wszystko to się stało w odległości trzech przecznic od komisariatu policji. John Scholes odłożył słuchawkę telefonu. Ignorując mrugające diody linii otwartych i oczekujących, wstał od biurka i podszedł do okna.

Auta przejeżdżały jedno za drugim i wydawało się, że hałas jest inny niż dotąd - choć prawdopodobnie tylko to sobie wyobrażał. Spojrzał w górę. Niewinnie wyglądające postrzępione obłoki przesuwały się szybko, o wiele wyżej zaś delikatna mgiełka bieliła fragment błękitu. Przez chwilę patrzył na hydroplan, który przechylał się i skręcał w kierunku lądowiska w porcie.

- Grubsza sprawa, co? - odezwał się za nim czyjś głos.

- Cześć, Dave - odparł na powitanie, nie odwracając się. - No, fakt. Zidentyfikowaliśmy tę kobietę. Właśnie dzwonił jej mąż.

- Jesteś pewny?

- No. Aż się dziwię, że nie rozpoznałem jej od razu. Owszem, zdjęcie było niewyraźne, ale te rude włosy...

Jego partner ze zmiany stanął przy nim.

- Tak czy siak, to musi być jakaś ściema.

John pokiwał głową.

- Może i tak, biorąc pod uwagę okoliczności.

- Niby jakie?

- Ta kobieta, Samantha August. Pisze książki science fiction. Kojarzysz Otchłanie? Zostały sfilmowane. Ale to nie koniec. Jest vlogerką, politykiem, walczy o równość społeczną.

Dave prychnął.

- UFO zamienia w pył pisarkę science fiction? Stary, kto wymyśla takie głupoty?

John spojrzał na kolegę z kwaśną miną.

- Powtórzę ci to, co powiedziałem jej mężowi. Mamy do czynienia z osobą zaginioną, a nie zamordowaną. Nie ma dowodów, że została spopielona...

- Czy ty się w ogóle słyszysz? Dowodów? Skąd ci wezmę dowody? Przecież o to chodzi w spopieleniu. - Machnął ręką w stronę ulicy widocznej za oknem. - Dmuchnie wiatr, jedna chwila i nic nie ma.

- Nikt nie widział, żeby się spaliła czy coś w tym rodzaju. Po prostu zniknęła. Światło ją połknęło, a gdy zgasło, jej też już nie było. Stary - dodał - chyba tysiąc razy oglądałem ten filmik, do cholery.

- Były jeszcze jakieś obserwacje? - zapytał Dave.

- Obserwacje, porwania, sondy analne... Wszystko wyłazi z szuflady.

- Tylko nikt nic nie nagrał.

John pokręcił głową i nagle wzruszył ramionami, chcąc się poprawić:

- W sieci znajdziesz tego całą masę.

- Nieostre i ziarniste badziewie w epoce HD. Nędznie podrasowane w Photoshopie. - Po chwili milczenia Dave dodał: - Prędzej czy później kłamstwo wyjdzie na jaw.

John wzruszył ramionami. W gruncie rzeczy nie chciało mu się nad tym zastanawiać. Ostatnio codziennie miał urwanie głowy, a coraz mroczniejsze myśli każdą noc zamieniały w koszmar. Kiedyś słyszał, jak stary weteran nazywa to "drogą" - i teraz on się na niej znalazł. Droga... oddalająca go od wiary w ludzi, po których spodziewał się tylko najgorszego. Narastało w nim rozżalenie, tak jak gromadzi się góra brudnych ubrań rzuconych w kąt. Na razie jeszcze dawał sobie ze wszystkim radę. Na końcu drogi przestanie się przejmować.

Być może istniały inne rozwiązania. Wiedział, że będzie ich szukać, dopóki... No cóż, dopóki wystarczy mu sił.

- Jak chcesz, pomogę ci z telefonami.

- Wielkie dzięki, Dave.

- Dała ci w kość ta sprawa, co?

Rzeczywiście. Musiał w coś uwierzyć i wymagało to wielkiego wysiłku, a on czuł się bezsilny. Bez wiary jednak nic by mu nie zostało. Odwrócił się do partnera.

- Jej mąż jest załamany.

Ale Dave rozmawiał już przez telefon, wysłuchując kolejnych histerycznych doniesień.

*

Była w domu bez względu na to, do którego pomieszczenia wszedł Hamish, jakby śledził jej kroki. Ona natomiast zawsze mu się wymykała, znikała za zakrętem lub zamykającymi się drzwiami. Na schodach prowadzących na poddasze czuł smród papierosów, lecz był to stary zapach; ledwie dostrzegalny dym nad wyłożonymi dywanem stopniami tak naprawdę składał się z drobinek kurzu rozświetlonych promieniami słońca, które ukośnie wpadały przez okno w dachu.

Wokół laptopa, którego używała w domu, leżały notatki, przepełniona popielniczka i stara filiżanka do kawy. Pokrywa komputera była zamknięta, niebieska dioda zasilania mrugała powoli. Żona Hamisha przeobraziła się w ducha i ta przemiana dotknęła chyba także jego, bo błąkał się po domu niczym uwięziona zjawa. Sam dom zresztą stał się więzieniem wspomnień, które już teraz stawały się odległe i pozbawione życia.

Trzydzieści trzy lata małżeństwa, dwadzieścia dziewięć lat w swoim zawodzie. Bezdzietna. Nie należała do kobiet gotowych zrezygnować z dotychczasowych zwyczajów i przyjemności. Poza tym dzieciom należałoby poświęcić czas, energię i młodość; były celą więzienną, do której wchodziło się dobrowolnie z wyrokiem dożywocia. Powtarzała to zawsze wyzywającym tonem i z błyskiem w oku, jakby zaraz miała wybuchnąć donośnym śmiechem, być może zabarwionym goryczą. Mimo doświadczenia i wyczulonych zmysłów Hamish jakoś nie umiał jej do końca rozgryźć. Gdy wchodziła na kruchy lód, lubiła na nim tańczyć. Był to znak rozpoznawczy niezbędny w życiu zawodowym Samanthy. Jej videoblog Tu i teraz przez jednych był uwielbiany, przez drugich znienawidzony - w zależności od opcji politycznej. Niczego się nie bała, a wiele osób odczuwało niechęć do nieulękłych kobiet.

Akurat brzęczał domowy telefon; staromodny dźwięk, natarczywy i dziwnie zimny, za każdym razem podrywał go na nogi. Być może dzwonił jej agent - z pewnością zasługiwał, żeby z nim porozmawiać - lecz Hamish poczekał, aż wiadomość zapisze się na sekretarce.

Zagorzali fani szturmowali jej profil na Facebooku i zostawiali na Twitterze potok pytań bez odpowiedzi i prośby o nowe informacje - od kogokolwiek. Vlog Tu i teraz musiał przeżywać oblężenie. Pomijając bowiem lakoniczne oficjalne oświadczenie policji i nagrane zeznania świadków, nie było prawie żadnych informacji na temat zniknięcia Sam. Zaginęła - lecz słowo to nagle zyskało tysiąc nowych znaczeń.

Był zmierzch, a ponieważ nie paliły się światła, dom pogrążał się w mroku i rozmywały się kontury przedmiotów w salonie, gdzie na koniec Hamish rozsiadł się w skórzanym fotelu. Obejrzał już krótkie filmy ze... zniknięcia żony. Czy może porwania? Lub unicestwienia? Tak mogłaby wyglądać scenka z niejednego filmu science fiction lub serialu telewizyjnego. Ujęcia z trzęsącej się kamery, modne przed laty, przeżywały renesans.

Do tej pory powinna już była zadzwonić. Utrzymywanie kontaktu telefonicznego miało swoje uzasadnienie, skoro mieszkali we dwójkę, przy czym nie było w tym ani krzty zaborczości. Raczej był to wyraz łączącej ich zażyłości: błyśnięcie zrozumiałym tylko dla nich niedopowiedzeniem, ironiczna uwaga czy nawet kilka niebanalnych zdań. Ich prywatny język.

Język, którym być może nikt nigdy już z nim nie porozmawia.

Hamish Drake siedział w salonie tonącym w ciemności, nie mając pojęcia, jaki chaos panuje na stronach internetowych, z jakim szokiem i niedowierzaniem reagują jej liczni przyjaciele po piórze i z jaką werwą religijni fundamentaliści rozprawiają o Bożym gniewie i właściwym miejscu kobiety w świecie. W przestrzeni społecznościowej rozgorzała wojna o kobietę, której nie było już z nimi.

Oczywiście wielu uparcie twierdziło, że wszystko to jest oszustwem, ba, sprytnym chwytem reklamowym. Bo czyż nie pisała książki o UFO?

Kilku czytelników na bieżąco zapoznających się z treścią wiedziało, że autorka znajduje się dopiero w jednej trzeciej thrillera osadzonego w upiornym, zdewastowanym świecie. Tempo pisania siadło, choć stale pojawiały się nowe, drobne fragmenty. Doszli do wniosku (rozmawiając w prywatnym gronie), że jest przemęczona, może nawet znudzona tematem. Trzydzieści wydanych powieści, trzy adaptacje filmowe, dwa seriale telewizyjne (jeden wciąż nadawany). Okryty złą sławą vlog znany z mącenia wody. Jej opowieści były zawsze bulwersujące, a styl ostry jak brzytwa: nie wiesz, że krwawisz, dopóki nie zobaczysz ciętej rany na brzuchu, skąd wypływają bebechy. Materiały na vlogu, choć podawane ze słodkim uśmiechem, miały ten sam kaliber.

Innymi słowy, genialna, bezkompromisowa petarda. Samantha August: feministka, humanistka, dorywczo satyryczka i eseistka. Osoba, z którą nie ma żartów. Nie pisała, do jasnej cholery, żadnej książki o UFO!

Przepadła. Zniknęła, została porwana, wyparowała, zaginęła, umarła, żyła, umarła, żyła, umarła...

Przez całą noc nie zapaliła się ani jedna lampa. Poranek zastał mężczyznę zgarbionego w skórzanym fotelu, z twarzą schowaną w dłoniach, z ciałem skurczonym w niemym smutku.

Rozdział 2

W przyszłości nie ma nic strasznego z wyjątkiem całkowitej i niekwestionowanej bezsilności w obliczu tego, co nieznane...

Samantha August

Kiedy była mała, poślizgnęła się, biegnąc, na deskach przed basenem. Nazajutrz obudziła się w szpitalu i nie pamiętała wypadku. Jej świadomość usunęła się na bok, ukryła w jakimś tajemniczym miejscu, pozostawiając po sobie tępe buczenie, statyczny szum, brak treści. Neurolog byłby w stanie naświetlić ten przypadek, wytłumaczyć, że świadomość wymaga pamięci - struktury, w którą wpisują się codzienne doświadczenia, pozwalające ludziom postrzegać samych siebie. Uszkodzić mózg to trochę jak kopnąć staroświecki telewizor. Obraz zamigocze i znów się ustabilizuje. Może powstać przerwa między ostatnim wyświetlonym ujęciem a następnym. Tak czy inaczej, przy odrobinie szczęścia powróci ciągłość wydarzeń.

Miała ochotę zapalić. Organizm domagał się swojej dawki nikotyny. Wszystko się w niej skręcało. Upokarzająca rzeczywistość uzależnienia stanowiła w jej przekonaniu wartościową lekcję pokory. Komunikacja między ciałem a umysłem była zakłócona, zanurzona w otchłani podświadomości, która domagała się zrealizowania podstawowych potrzeb. Raz po raz na nowo ulegała konieczności zaczerpnięcia powietrza. Głód przejawiał się bólem i strużką śliny na myśl o idealnie wysmażonym hamburgerze. Z powodu światła lub bliskości jakiegoś błyszczącego przedmiotu musiała mocno zacisnąć powieki. Była to krótka lista jej najważniejszych potrzeb. Były również inne, ukryte. Praktycznie niezauważalne.

Brak kofeiny skutkował bólem głowy. Brak nikotyny - lekkim drapaniem w gardle. Jedno i drugie powodowało rozdrażnienie, nieme pragnienie domagające się wyartykułowania.

Pokora się przydawała, zwłaszcza pisarzowi. Pozwalała łatwiej, bez nieprzyjemnego rozdarcia, spojrzeć na świat innymi oczami, inaczej go sobie wyobrazić - zdystansować się od własnych poglądów, swobodnie lawirować w grząskich polach ludzkich interakcji, gdzie ścierały się sprzeczne przekonania, zapatrywania polityczne, życiowe postawy, opinie. Wysoka samoocena była tym urojeniem, którego wyzbywał się w pierwszej kolejności człowiek uzależniony. Jakby wreszcie wyciągał kij z dupy.

A zatem potrzeba. Zapalić papierosa. Kto wie, czy nie to właś­nie przywróciło ją do rzeczywistości, czy nie zjawiło się jeszcze wtedy, gdy miała zamknięte oczy. Na razie bowiem ich nie otwierała. Budzące się zmysły nie przekazywały jej nic więcej. Żadnych dźwięków czy rozpoznawalnych zapachów. Leżała na wznak na czymś, co nie było ani twarde, ani miękkie. Z całą pewnością coś się pod nią znajdowało, lecz nie zniekształcało naturalnych konturów jej ciała, doskonale do nich dopasowane.

Porządny materac...

Czy na jej zamknięte powieki nie padało światło? Owszem, ale niezbyt ostre.

- A, pieprzyć to! - mruknęła. Usiadła, otwierając oczy.

Pomieszczenie było małe i chyba pozbawione drzwi. Nie dostrzegła niczego oprócz łóżka, na którym się obudziła. Wydawało się, że światło, dość blade, pada ze wszystkich stron naraz. Nie widziała jego źródła, podobnie jak cieni.

Wszystkie oczywiste wyjaśnienia kłóciły się z tym, co dostrzegła. Nie znajdowała się na sali chorych w szpitalu. Nie pachniało tu ubogą, niedoinwestowaną placówką, gdzie zwozi się pacjentów, żeby ich leczyć. Nie podłączono jej kroplówki. Wysoko na ścianie nie wisiał badziewny telewizor zamontowany na metalowym uchwycie. Na łóżku nie było pościeli i miała na sobie ubranie - z wyjątkiem płaszcza. Przede wszystkim jednak było zbyt cicho.

- Halo!

- Witaj, Samantho August - odpowiedział jej męski głos, silnie modulowany. - Jak się czujesz?

Nie widząc źródła dźwięku, rozglądała się w poszukiwaniu kratki głośnika. Niczym się niewyróżniające białawe ściany były całkowicie gołe, podobnie jak sufit i podłoga. Chyba że coś przegapiła.

- Gdzie moja torba z laptopem? I gdzie płaszcz? - Korciło ją, żeby dodać: I chce mi się jarać, do cholery. W tych czasach było to jednak pragnienie niebudzące współczucia, więc na razie pominęła tę sprawę.

- Nadzieja i zapotrzebowanie na duży zastrzyk endorfin.

- Co, proszę?

- Torba z laptopem i płaszcz są pod łóżkiem. W prawej kieszeni płaszcza znajdziesz papierosy. Możesz swobodnie zaspokoić łaknienie.

- To chyba Europa Wschodnia, skoro można tu palić w szpitalu. - Zsunęła się z łóżka i schyliwszy się, dostrzegła torbę, a obok niej równiutko złożony płaszcz. - Tylko akcent mi się nie zgadza. Tak naprawdę to jakoś nie mogę go rozpoznać - dodała, gdy już znalazła papierosy i zapalniczkę.

- Bo nie różni się od twojego.

Wyprostowała się z krzywym uśmiechem.

- No tak. Macie tu popielniczkę?

- Rzucaj na podłogę.

- Przecież tu jest tak czysto - zaprotestowała.

- I wciąż będzie.

Zapaliła papierosa i z powrotem usiadła na łóżku.

- Lateksowa guma? Jakiś żel? Mówię o materacu. Mam biodra, którym każdy materac przeszkadza. Ale ten jest wyjątkowy. Też bym chciała taki mieć.

- Oczywiście nie zapomnimy o twoim życzeniu. Już ci lepiej?

- Kręci mi się w głowie, a to znak, że długo byłam nieprzytomna. Co się stało?

- Idąc ulicą na siłownię, gdzie dwa razy w tygodniu spotykasz się z trenerem, zostałaś porwana przez obcych.

Końcówka papierosa zamieniła się w popiół, lecz nie zamierzała go strzepnąć.

- Hm, to nie zdarza się co dzień... chyba.

- Nie.

- Na siłownię chodzę wczesnym popołudniem.

- Zgadza się.

- Ludzie widzieliby, co się dzieje.

- Widzieli.

- Kiedy to się stało?

- Dwa dni temu.

Wstała.

- Ale mój mąż...

- Przykro nam, że cierpi...

Przestała słuchać. Gdy zerwała się raptownie na nogi, pewne rzeczy wydarzyły się bez udziału jej woli: popiół oderwał się od papierosa i spadł na podłogę. Ta zaś wchłonęła go i momentalnie wróciła do poprzedniego stanu. Patrząc na to, Samantha zamrugała oczami.

- Nie wciskacie mi ciemnoty?

- Oczywiście, że nie. Przykro nam, szczerze, że wywołaliśmy tyle smutku i zamętu wśród twoich krewnych i licznych znajomych. Jednak uznano, że jawne uprowadzenie przyniesie nam korzyść, biorąc pod uwagę to, co ma się wydarzyć.

- Jesteśmy na orbicie?

- Tak.

- Chcę popatrzeć.

- Przewidzieliśmy to.

- Potem pozwolicie mi zadzwonić do męża.

- Twój telefon komórkowy przestał działać, przepraszam. Nie był odporny na działanie energii potrzebnej do zabrania cię na statek. Swoją drogą mamy czym go zastąpić, będziesz mogła skorzystać.

Dopaliła papierosa. Rozmyślnie upuściła resztki na ziemię, by zobaczyć, jak znikają.

- Zapomnijcie o materacu - powiedziała. - Chcę mieć taką podłogę.

*

Poproszono ją, żeby ułożyła coś na wzór esemesa: wiadomość, którą jej mąż miał przeczytać na telefonie. Nie rozwlekała się szczególnie, choć po chwili, kiedy głos poinformował ją, że wiadomość została wysłana, w duchu wypomniała sobie, jak łatwo wywietrzała jej z głowy troska o Hamisha, gdy z ciekawością rozglądała się w nowym otoczeniu, zdumiona niewiarygodnymi okolicznościami, w jakich się znalazła.

Zaraz potem popatrzyła na swoją ojczystą planetę.

Nie była typem kobiety, która poddaje się wzruszeniom, teraz jednak nie poczuła się nawet zakłopotana, gdy w jej oczach zakręciły się łzy i spłynęły po policzkach. Odziana w biele i błękity Ziemia królowała pośród otaczających ją ciemności. Refleksy i światełka niskoorbitalnych satelitów tudzież innych obiektów błyskały na obrzeżach górnych warstw atmosfery po stronie zwróconej ku Słońcu niczym bzyczące owady wokół lampy.

- Jesteśmy na orbicie okołoksiężycowej - stwierdziła.

- Zgadza się.

- I nikt nas nie widzi?

- Nauczeni doświadczeniem wolimy być niewidoczni.

- Nie licząc porwań na ulicach pełnych ludzi.

- Tak, nie licząc ich.

Znajdowała się w tym samym pomieszczeniu, w którym się obudziła, lecz jedna ściana zamieniła się w okno lub ekran projekcyjny.

- Nazywasz się jakoś? - zapytała. - I kiedy mi się pokażesz?

- Na bieżące potrzeby nadano mi imię Adam. A co do mojego ukazania się tobie, to nie ma co oglądać. Jestem niematerialnym bytem, odpowiednikiem sztucznej inteligencji, jaką znacie. Mój intelekt został poszerzony i wyposażony w wiedzę o wielu aspektach waszego układu planetarnego. Dodam jeszcze, że oprócz słów, które tu wypowiadam, moja świadomość manifestuje się w wymiarze, którego na razie nie potraficie zaobserwować za pomocą swoich przyrządów. To wspólna cecha wszystkich samoświadomych istot.

- Znam neurologów, którzy by się z tobą nie zgodzili.

- Byliby w błędzie.

Przetarła oczy i policzki. Oddychając głęboko, wciąż wpatrywała się w Ziemię lśniącą na czarnym oceanie. Skinęła głową w jej stronę.

- Wiem, że to może być zwyczajny obraz wykradziony z archiwów NASA i jakieś wielkie oszustwo. Albo, co bardziej prawdopodobne, halucynacje wywołane załamaniem nerwowym. Widziałam już kiedyś ten obraz. Choć efekty generowane w czasie rzeczywistym robią wrażenie, to fakt - urwała, kręcąc głową. - Wiesz, ile razy marzyłam, że przytrafi mi się właśnie coś takiego? Gdy nasza pieprzona cywilizacja idzie w kierunku totalnego zidiocenia, myślę sobie: Co by było, gdyby... A zresztą kogo obchodzą moje myśli. Tak czy owak, przekonała mnie podłoga. - Ponownie wskazała głową planetę. - To się dzieje naprawdę. Jestem tutaj.

- Przewidywaliśmy, że nie będziesz uparcie odrzucać świadectwa swoich zmysłów - odparł Adam. - A wyobraźnia jest istotną cechą giętkiego, nieograniczonego umysłu.

- Mam kilka pytań, ale nie wiem, od którego zacząć.

- Od najistotniejszego.

- No dobrze - powiedziała po chwili zastanowienia. - Dlaczego ja? Zaraz! Czy schwytaliście tylko mnie?

- W celu realizacji tego przedsięwzięcia tylko ciebie, tak.

- Duży jest ten statek?

- Niezbyt.

- Kto jeszcze jest na pokładzie?

- Nikt więcej, Samantho.

Serce w niej łomotało. Zdenerwowana tym, że obleciał ją strach, zapaliła drugiego papierosa.

- Wróćmy do pierwszego pytania. Dlaczego ja?

- Delegacja Interwencyjna uznała, że doskonale się nadajesz.

- Okej, to wyjaśnijmy sobie od razu, kim lub czym jest Delegacja Interwencyjna?

- Unią trzech cywilizacji, obecnie wypełniających protokół interwencyjny.

- Dlaczego miałyby interweniować?

- Żeby Ziemia rozwijała się jako zdrowy biom.

- Interwencję, Adamie, można rozumieć jako podbój.

- Nie w tym przypadku.

- A więc o co chodzi? Jak się zabierzecie do tej interwencji? Ujmę to inaczej. Jakie stosunki planujecie utrzymywać z gatunkiem dominującym, czyli z nami? Bo nie bardzo lubimy wykonywać polecenia, uczciwie uprzedzam.

- Mamy tego świadomość - odpowiedział po dłuższej chwili milczenia. - Tu chodzi o dumę.

- Czyją? Naszą czy waszą?

- Obie. Choć w tej sytuacji tylko jedna będzie poddana próbie.

Sam zmarszczyła czoło i z wysiłkiem oderwała wzrok od odległej Ziemi. Zaczęła przechadzać się tam i z powrotem.

- Chyba rozumiem. Dzięki gigantycznej przewadze nie musicie silić się na grzeczność, bo gdy przyjdzie co do czego, spełni się każdy wasz kaprys, a my nie będziemy w stanie kiwnąć palcem.

- Zgadza się.

- A więc co z naszą dumą?

- Zakładasz, że głównym celem interwencji w wasz planetarny biom jest dobro ludzkości.

Usiadła na łóżku. Rzuciła na ziemię niedopałek i patrzyła, jak znika.

- Wolicie rozmawiać z wielorybami?

- Wasz los był przedmiotem debaty. Mieliśmy wybór: wyeliminować ludzkość albo uznać ją za integralną część biomu i objąć ochroną. Zapadła decyzja o ochronie mimo przewidywanych trudności związanych z waszym przystosowaniem się.

Sam, wsparta z tyłu na rękach, parsknęła śmiechem.

- Trudności? Nie macie pojęcia, w co się pakujecie.

- Już to robiliśmy.

- Tutaj? Z nami? Stąd teorie o starożytnych astronautach i tego typu sprawy?

- Z gatunkami dominującymi na innych planetach. Wiedz, że każdy świat musiał odpowiadać rygorystycznym wymogom. Całe mnóstwo planet nie spełniało kryteriów, dlatego ominęła je interwencja.

- I co się z nimi stało?

- Przeważnie wymarły lub dogorywają. Machina ewolucji czerpie siłę z wynalazczości, a świat z niedostatecznymi zasobami ma ograniczone pole manewru.

- Ale Ziemia zdała egzamin.

- Wasza planeta znalazła się niebezpiecznie blisko kolejnego Wydarzenia Grożącego Wyginięciem, do którego dąży ludzkość. Jeśli nie zostaniecie powstrzymani, zniszczycie większość organizmów żywych na planecie, w tym oczywiście siebie samych. To jeszcze nie jest wystarczający powód do interwencji. Jednak wasza planeta jest już w średnim wieku. Ze względu na niedobór zasobów nowe istoty, które wykształciłyby się po zagładzie ziemskiego biomu, byłyby nieliczne i ograniczone do najprostszych form. Nie wystąpiłaby tak bogata różnorodność gatunkowa jak po poprzednich Wydarzeniach Grożących Wyginięciem. Na szczęście zostało trochę czasu, żeby zastosować środki zaradcze.

Samantha pokiwała głową. Wyniszczona planeta, pozbawiona łatwo dostępnych zasobów. James P. Lovelock pisał o tym w swej doniosłej pracy Hipoteza Gai. Te szczegóły jednak wywoływały zamęt w jej głowie. Zaczerpnęła głęboko powietrza i wolno je wypuściła.

- Nie tak prędko, Adamie. Uprowadziliście mnie na oczach świadków. Rozpoczęliście "interwencję", która uratuje Ziemię, a jednocześnie narzuci nam nowy porządek świata. Tylko że my nie damy sobie nic narzucić, będziemy krzyczeć i wierzgać.

- Mamy świadomość, że natrafimy na opór.

Prychnęła, a następnie pochyliła się do przodu i potarła policzki.

- Gdzie widzicie miejsce dla mnie? Co mam wam dać, czego nie ma nikt inny? Dlaczego nie rozmawiacie, powiedzmy, z prezydentem Stanów Zjednoczonych?

- Wielu z was się zdziwi - odparł Adam głosem wciąż bezosobowym, lecz zabarwionym jakąś nową nutą - ale twierdzenie, że obca cywilizacja będzie zainteresowana podtrzymaniem hierarchii władzy, którą sobie narzuciliście, jest pierwszym założeniem wymagającym sprostowania.

- Hm, coś mi mówi, że napsujecie krwi wielu ludziom.

- Dlatego wybraliśmy ciebie na naszego plenipotenta.

- Przepraszam, kogo?

- Nie będzie bezpośredniego kontaktu między przedstawicielami naszych ras. Chcielibyśmy, żebyś przemawiała w naszym imieniu, wykorzystując środki do szybkiego przekazu informacji, aby ludzkość mogła na bieżąco śledzić przebieg interwencji.

- Nie byłby lepszy jakiś dyplomata?

- Na razie nie.

Znowu wstała i zaczęła spacerować.

- Okej, przyjrzyjmy się liście potencjalnych kandydatów. Nie zależy wam na wydzwanianiu do prezydentów, premierów, komitetów ani reżimów. Dlaczego? Bo nie chcecie pokazać, że uznajecie autorytet naszych żałosnych rządów. A na rozmowy z ONZ, jak widzę, jeszcze za wcześnie. No dobrze. Dlaczego nie kosmonauta?

- Wiedza techniczna nie ma dla nas znaczenia.

- Egzobiolog?

- Nie przybywamy na debatę o miliardach form życia rozsianych w galaktyce.

Była to szorstka, ironiczna odpowiedź z lekko wyczuwalną pogardą, która wydała jej się dziwna, lecz na razie się nad tym nie zastanawiała.

- Okej. Jednak każdy rząd utrzymuje tajną agencję, zespół ludzi wybranych z myślą o takiej właśnie ewentualności.

- Naprawdę?

- Byliby głupi, gdyby tego nie robili. No wiesz, faceci w czerni.

- I co miałoby być celem ich działalności?

- Przypuszczam - odpowiedziała po chwili namysłu - że ochrona interesów ludzkości.

- Dlaczego instytucja któregokolwiek rządu miałaby dbać o dobro wszystkich mieszkańców planety? Czy nie zależałoby jej bardziej na ochronie interesów państwa, zwłaszcza w zakresie bezpieczeństwa i porządku społecznego?

- A co, nie ma żadnej grupy międzynarodowej?

- A jeśli ta grupa już się skompromitowała?

Zaskoczona spojrzała na Ziemię.

- O czym mówisz?

- Na czym polega ochrona ludzkości, tak ogólnie?

- W porządku, niech ci będzie. Porządek społeczny to podstawa. Zapobieganie wybuchom paniki na ulicach i kryzysom gospodarczym. Ale też troska o prawa człowieka w obliczu kontaktu z nieznaną obcą cywilizacją. Ustalenie planu przystosowania się do zaawansowanych technologii i nowego podejścia do wielu spraw.

- A jeśli wasze struktury społeczno-gospodarcze nie są kompatybilne z galaktyczną społecznością oraz, co gorsza, nie są zdolne przystąpić do niej w przyszłości?

- Aha...

- Ujmę to inaczej. Co wtedy, jeśli statutowy cel tego globalnego zespołu negocjacyjnego zawiera fundamentalne błędy natury moralnej?

Milczała dłuższą chwilę.

- Rozumiem - powiedziała z westchnieniem. - Pewnie powiedzieliby: Dzięki, ale nie.

- Taka opcja nie wchodzi w grę. Z tego względu opracowaliśmy inny plan pierwszego kontaktu, żeby uniknąć impasu.

- Krótko mówiąc, w tej sprawie nikt nie będzie z nami negocjował.

- Ostatecznie, Samantho, wszystko sprowadza się do sposobu wartościowania.

- Wyjaśnisz?

- Zdobycze techniki, struktury polityczne, uwarunkowania społeczno-kulturowe powtarzają się wszędzie w galaktyce - odparł Adam. - Różnice są niewielkie, a rzeczy naprawdę nowe zdarzają się rzadko. Zatem jedyny miarodajny system wartościowania stosowany wobec ras inteligentnych ocenia dokonania w dziedzinie sztuki. Kwalifikacja dorobku artystycznego jest niełatwa i często intuicyjna, dzieła w swej istocie znacznie się różnią między sobą. Nasz Triumwirat, Samantho, wysoko ocenia artystyczne osiągnięcia ludzkości. W tym, oczywiście, twój osobisty dorobek.

- Oho, niech tylko usłyszy to mój agent! Że nie wspomnę o prawnikach z mojego wydawnictwa.

- Mało tego - ciągnął Adam - jesteś osobą publiczną, powszechnie znaną, a to nam bardzo odpowiada.

- Przepraszam, ciekawi mnie kwestia piractwa w galaktyce.

- Już niebawem, Samantho, bogactwo mierzone ludzką skalą przestanie mieć znaczenie.

Prychnęła.

- No, jeśli tak stawiacie sprawę, to wszystkim prawnikom na tej planecie opadną szczęki. - Westchnąwszy, zbliżyła się do obrazu Ziemi w kosmosie. - Widać stację kosmiczną - bąknęła, by po chwili zapytać: - Powiedz mi, Adamie, kiedy się zacznie wasza interwencja?

- Samantho, ona już się zaczęła.

Rozdział 3

W kosmosie nikomu nie przeszkadza to, że palisz.

Pierwszy SMS Samanthy August do męża

Na zachód od Djambali, Republika Konga, obóz wojskowy

22 maja, 6:18

Kolo miał dziesięć lat, kiedy źli ludzie przyszli do wioski i zabrali go ze sobą. Teraz sam był złym człowiekiem. Głębie kongijskiej puszczy różniły się od lasu, który znał z młodości. Tam w koronach drzew tętniło życie: małpy, węże, jaszczurki, nietoperze. Zwierzęta wchodziły na ścieżki, przeważnie nocą, zostawiając mnóstwo śladów istnienia tego drugiego świata, do którego nie należał człowiek. Tutaj las był cichy - cichy i opustoszały.

W tych nowych realiach głód wpływał na wartość pieniądza, a pistolety, naboje i maczety stały się codziennymi narzędziami pracy. Pod swoją komendą miał osiemnastu dobrze uzbrojonych, żądnych mordu żołnierzy. Obóz założyli sześć kilometrów od drogi i siedem od najbliższej wsi. Mieszkało z nimi jedenaścioro dzieci; jedne były na dobrej drodze, by zostać wojownikami, pozostałe tylko służyły, gotowe wykonać każde polecenie.

Ten poranek rozpoczął się całkiem zwyczajnie. Kolo wyswobodził się z chudych ramion Neeli i wstał, spychając ją na skraj posłania. Wieczorem naćpała się, zanim przyszła się z nim przespać, i wciąż nie dawała oznak życia. Spojrzał na nią szybko przymrużonymi, zaspanymi oczami, żeby sprawdzić, czy oddycha. Oddychała.

Uzależnieni stanowili dobry materiał na niewolników. O ile żądano od nich rzeczy prostych i niewymagających większego wysiłku. Kiedy wyjął ją z ramion zabitej matki, powiedziała mu, ile ma lat. Jedenaście wtedy, dziś trzynaście. Niewolnicy umierali młodo, lecz świeżego towaru było w bród. Chociaż należało się trochę natrudzić, odkąd wyludniły się okoliczne wsie: mieszkańcy pouciekali ze strachu przed niekończącymi się napadami i bezkarnym zabijaniem. Dlatego też trudniej było kraść jedzenie i zbierać niewolników.

Pośpiesznie wkładając wystrzępioną koszulkę z napisem "Split Endz", pomyślał, że wkrótce będzie musiał wysłać gońca do obozu górników - osady, której nie powinno tam w ogóle być. Nie wszyscy leśni ludzie zwiali; często ci, którzy zostali, pętali się pod nogami, gdy przyszło kopać nowe jamy czy ścinać drzewa. Jeden tydzień pracy dla górników, polegającej na zabijaniu i przepędzaniu leśnych ludzi, pozwalał mu zarobić na jedzenie, które na pewien czas zaspokajało potrzeby drużyny.

Niewiele pamiętał z czasów, kiedy jego kraj nie był otwartą raną, i nie miał złudzeń co do krwiopijców, którzy woleli, aby nic się nie zmieniło. Bądź co bądź, był jednym z nich. Ale broń pochodziła z Chin, a pieniądze z korporacji rozsianych po całym świecie. Wszyscy byli umoczeni.

Naciągnął swoje stare wojskowe spodnie, założył parciany pas i sprawdził ciężką czterdziestkę piątkę - takie na wyposażeniu miała armia - w wysłużonej skórzanej kaburze. Na koniec sięgnął po czapkę z daszkiem Exxona i wyszedł z chaty.

Ludzie byli już na nogach, choć nie wszyscy. Z gęstwiny wyłaniali się żołnierze kończący wartę wraz z nadejściem świtu, a dzieci przetrząsały martwy las; marzyły o małpie lub tłustej jaszczurce, lecz nie gardziły robakami i owadami.

Co zostało złamane, tego nikt nie naprawiał. Świat chciał, żeby to miejsce pozostało w takim stanie i nic nie mogło tego zmienić. Teraz jednak miał swoje plemię, więc zamierzał zrobić wszystko, żeby je nakarmić. Lojalność wynikała z potrzeby, brzuch był jakby portfelem, a majątek stanowiło nie to, co się miało teraz, ale co się wciąż będzie miało za tydzień. Kolo nigdy nie robił planów dłuższych niż tygodniowe.

Piekły się bulwy manioku, w osmalonym garnku bulgotała kawa, a nieopodal leżał nagi chłopiec z poszarzałą ręką nadal mocno owiniętą chirurgiczną rurką.

Kolo podszedł do niego i trącił nogą wątłe ciało.

- Joak! Dałeś mu wczoraj za dużo i wykitował!

Potężnie zbudowany mężczyzna, który siedział pod drzewem w niedbałej pozie, trzymając kubek kawy w swoich pokrytych bliznami ogromnych dłoniach, podniósł wzrok na dowódcę ze smętną miną.

- Na wojownika i tak się nie nadawał...

- Przecież był niewolnikiem.

Joak wzruszył ramionami.

- Jedna gęba mniej do wyżywienia. I prochy nam się kończą.

Kolo zmierzył go ponurym wzrokiem. Mężczyzna nerwowo oblizał wargi.

Kolo zbliżył się do niego i warknął półgłosem:

- Przestaniesz kłapać dziobem? Chcesz kłótni w obozie? Niech tylko się ludzie dowiedzą...

Joak ponownie wzruszył ramionami, unikając jego spojrzenia.

- I tak wszystko się wyda, kapitanie.

- Będzie nowa dostawa. Lada dzień.

- W porządku, kapitanie.

- A teraz wywal to stąd. Do jamy.

Joak zmarszczył czoło.

- Nie lubię tam chodzić.

- A kto lubi? - odparł Kolo. - Ale tyś go zabił i ty masz go wywalić, taką mamy zasadę.

Nagle coś się poruszyło w pobliskich zaroślach. Kolo obrócił się błyskawicznie, zwinnym ruchem wysuwając z kabury pistolet. Wyskoczyły dzieciaki, wystraszone i zdezorientowane.

Kolo wyszedł im naprzeciw.

- Żołnierze? Ty! - Chwycił za ramię dziewczynkę i obrócił ją twarzą do siebie. - Idą jacyś żołnierze?

Pokręciła głową.

- Duchy lasu!

Wojownicy, wszyscy już obudzeni, zbierali broń i stawali przy swoim dowódcy.

Kolo puścił przerażoną dziewczynkę i wskazał palcem dwóch mężczyzn.

- Ty i ty! Sprawdźcie, kto tu idzie!

Wybrał najmłodszych wojowników, wciąż pełnych zapału, wciąż lubiących gładzić AK-47 i dumnym krokiem mijać niewolników z nadzieją, że spojrzy na nich dziewczyna. Odeszli prędko i bez zbędnych pytań. Zerknąwszy przez ramię, Kolo dostrzegł przytępione spojrzenie Joaka, obserwującego zwiadowców znikających w zaroślach.

Kto wie, czy nie będzie musiał go odstrzelić. Czasem po prostu nie było innego wyjścia.

- Reszta ładuje broń! Joak, spędź do kupy niewolników! Robbie, zbierz prochy! Henry... - urwał na widok wracających nadspodziewanie szybko zwiadowców. Jednemu płynęła krew z nosa. - Kurwa, co jest?! Przewróciłeś się? Kto tu idzie?

- Ściana, kapitanie! - wyjaśnił drugi zwiadowca, masując obolałe kolano. - Niewidzialna ściana!

Pierwszy zwiadowca splunął krwią.

- Najpierw się zderzyłem. Potem leżałem na ziemi. A potem to zaczęło mnie pchać.

- Pchać?

- Zbliża się, kapitanie! - ostrzegł ów drugi.

Trzej wojownicy, którzy stali niedaleko chat na lewo od Kola, zachwiali się jednocześnie; odwrócili się z przestrachem z bronią gotową do strzału.

Kolo wytężył wzrok, lecz nie zobaczył nic podejrzanego.

- Co wy tu, kurwa, za cyrk odstawiacie!

Jeden z jego ludzi odwrócił karabin i uderzył kolbą w coś twardego. Broń odskoczyła z takim impetem, że wypadła mu z ręki.

- Odsuńcie się! - rozkazał Kolo, próbując opanować strach. W lesie mieszkały duchy. Niejedno już widział w swoim życiu. Ale czegoś takiego jeszcze nie. Ostrożnie stawiając kroki, poruszał się wolno z wyciągniętym pistoletem.

Kiedy dotarł do miejsca, gdzie przed chwilą stali trzej wojownicy, pistolet w coś uderzył.

- Cholera! - mruknął, napierając na niewidzialną barierę. - Nic tu nie ma!

Skulił się, kiedy Joak wystrzelił krótką serię z karabinu. Usłyszał, jak pociski trafiają w coś nie dalej od niego niż na wyciągnięcie ręki. Kiedy spojrzał w tę stronę, niczego nie zauważył.

Niewidzialna ściana przesuwała się, odpychając pistolet, który trzymał w dłoni. Cofnął się prędko i zawołał:

- Rozejdźcie się na boki! Zobaczcie, gdzie to się kończy!

Wojownicy rozbiegli się trochę chaotycznie. Ilekroć napotykali ścianę, rozlegały się przekleństwa i wściekłe pomruki. Jeden próbował siec maczetą, lecz ostrze tylko się odbijało.

Na ile Kolo zdołał się zorientować, bariera była rozciągnięta w linii prostej i pomału zbliżała się do obozu. Przyszła z zachodu, z głębi lasu. Około dziesięciu wojowników usiłowało powstrzymać ścianę siłą mięśni i Kolo patrzył na ich groteskowe zmagania, gdy natężali się pochyleni nad pustą przestrzenią i ryli butami ziemię.

Do domostw po drugiej stronie bariery nie mieli już dostępu. Dwaj zaćpani niewolnicy, wypchnięci poza wiotkie ściany chat, wciąż nieprzytomni toczyli się przed siebie.

- Robbie! Zabierz ich stamtąd! - Schował do kabury czterdziestkę piątkę i odwrócił się do własnej chaty. - Zabierz wszystkich!

- Co robimy? - doleciało go z tyłu pytanie Joaka.

- Spierdalamy stąd! - odpowiedział.

- Myślałem, że leśne duchy nie żyją.

Kolo przystanął i popatrzył na swojego rywala, zastanawiając się, czy to miał być żart. Z kamiennej twarzy niewiele mógł wyczytać.

- To nie jest żaden duch, do cholery! To broń!

Joak nareszcie otworzył szerzej oczy.

- To broń, kurwa! - powtórzył Kolo. - Koniec z kryciem się po chaszczach, Joak. Koniec z kryciem się przed kimkolwiek.

- No pewnie.

Kolo nie zamierzał ciągnąć tej rozmowy. Odwrócił się do niego plecami i ruszył do swojej chaty. Neela ważyła tyle co nic. Przerzuci ją sobie przez ramię. Poza nią nie trzymał tam niczego cennego. Zrobił trzy kroki, gdy usłyszał za sobą suchy trzask.

Obrócił się w okamgnieniu z pistoletem w ręku.

Joak stał i patrzył z wyrzutem na swój AK-47.

- Zacięło się dziadostwo! - powiedział i z niepokojem spojrzał na dowódcę. Po chwili uśmiechnął się półgębkiem. - Wygrałeś, kapitanie.

- Na twoim miejscu już bym biegł - rzekł spokojnie Kolo.

Joak odrzucił karabin i rzucił się do ucieczki.

Kolo uniósł pistolet i starannie wycelował. Zawahał się jednak. Czy warto marnować kulę? Mało prawdopodobne, by się jeszcze kiedyś spotkali. Tylko idioci kręcą się w okolicy, gdy wyznaczono nagrodę za ich głowę.

Wsunął pistolet z powrotem do kabury i skierował się do chaty.

Neela leżała tam gdzie przedtem.

- Grzeczna dziewczynka - szepnął. - Ty mnie nie zdradzisz. Tacy jak ty nie zdradzają.

Boulder, Kolorado

23 maja, 16:15

Joey Sink siedział w piwnicy otoczony monitorami. Wszędzie, gdzie spojrzeć, wyprawiały się jakieś cudactwa.

W słuchawkach rozległ się blaszany głos:

- Joey? Namierzasz to?

- Siema, King Con. Próbuję.

- I co ty na to? Superbroń ekoterrorystów?

- Co?... - Pochylił się i przeniósł spojrzenie z monitora na monitor. - Kurde, kapuję, o co ci chodzi. Gdzie ja miałem oczy. Wszystkie pojawiły się w odludnych miejscach i stamtąd zaczęły się rozprzestrzeniać.

- Superbroń na dojebanie wszystkim - stwierdził King Con ze złośliwą satysfakcją w głosie. - Na obrazach satelitarnych jeden obłęd. Floty rybackie stoją nad wielkimi ławicami i nie mogą zarzucić sieci!

- Jak to?

- Sieci tylko kłębią się na pokładzie. Tyle ryb wokoło i nie mogą się do nich dobrać. Greenpeace pewnie tańczy kankana, bo i czemu nie? Na pewno maczali w tym palce.

King Con, Król Konspiracji, był od lat lojalną wtyczką Joe­ya, pomagał mu prowadzić vloga Kitchen Sink2. Nie wiadomo, gdzie się zaszył, ale miał dostęp do masy tajnych informacji. Nieustannie plątał się po eterze, wsłuchując się w podejrzane szmery. Chwilowo Joey pozwalał mu się wygadać. Przykuty do monitorów nie miał czasu na dyskusję. Po dłuższej chwili wyprostował się i powiedział:

- A teraz weź głębszy oddech, King Con. Na średnich szerokościach dzieje się najgorzej. Ameryka Środkowa, Chile, Boliwia, dorzecze Amazonki, cała Afryka. Kambodża, Wietnam i Indonezja dostają niezły łomot.

- Parki narodowe w Stanach, większość Florydy razem z Everglades, połowa pierdolonej Alaski...

- Hej! Mówiłem, żebyś mi tu nie przeklinał!

- Przepraszam, Joey, trochę mnie poniosło. Tak czy owak, mam tu doniesienia z kilku gęsto zaludnionych obszarów. Nowe rancza tam, gdzie wycięli puszczę amazońską, miasta górników i wielkie tartaki. W Kongu też niezły syf...

- Tajga w północnej Rosji - wszedł mu w słowo Joey. - Kontynentalna Kolumbia Brytyjska. Północna Alberta. Rany, wszystko zostaje wypchnięte z rejonów wydobycia piasków bitumicznych, nawet ciężki sprzęt. Cokolwiek to jest, zgniata buldożery jak puszki.

- Ekosuperbroń na dojebanie wszystkim... Czy to się nagrywa?

- Dlatego ci tłumaczę, żebyś nie przeklinał, King Con. Teraz muszę zasuwać z edycją i wycinaniem wszystkich zgrzytów, a to od groma roboty, więc najlepiej się przymknij, dobra?

- Ty nic nie rozumiesz, Joey! Wszystko się sypie, wszędzie kur... bałagan! A to pole siłowe: nic się nie przedrze do środka. Podkopać się nie można, drony się rozbijają...

- Zaraz, moment! Mówisz, że drony? Ktoś robi przeloty?

- Próbuje - odparł King Con i zaśmiał się chłodno. - Helikoptery i inne badziewia dostają ostrzeżenia przed kolizją. Podobno pole ma kształt półkulisty. Aha, ptaki normalnie przelatują, kapujesz?

- Co?

- Ptaki, człowieku, ptaki! Ultraekosuperbroń Doktora No na dojebanie wszystkim!

- Odezwę się później - odpowiedział szorstko Joey. - Idź wyparzyć gębę! - Rozłączył się.

Pojawiały się oficjalne oświadczenia. Nikt nic nie wiedział. Z początku nikt nie brał na siebie odpowiedzialności, aż nagle najróżniejsze grupy wywrotowców twierdziły, że to ich sprawka. Zespoły naukowe rozpoczęły wytężoną pracę. Jednostki wojskowe przechodziły w stan gotowości bojowej. Przed wejściem do parku Yellowstone zbierały się tłumy zawiedzionych turystów. Jak bardzo to jeszcze urośnie? Trudno powiedzieć. Czy wszystkie jeszcze rosną? Na razie tak. Co się stanie z ludźmi bez dachu nad głową? Trudno powiedzieć. Organizacje humanitarne rozpoczęły pomoc. Zamieszki w Brazylii; cudem nikt nie ucierpiał...

Joey Sink zatrzymał się na tym ostatnim doniesieniu. W mieście górniczym tysiące ludzi wyszło na ulice...

- I nikt nie został ranny? Co jest grane?

Ottawa, Ontario, Kanada

24 maja, 15:45

Człowiekowi, któremu wszyscy nadskakują, mogłoby to zawrócić w głowie, utwierdzić go w poczuciu misji, zwłaszcza gdy widział otaczającą go aurę wyjątkowości oraz czuł się powiernikiem sekretów i informacji dotyczących losów milionów ludzi. Alison Pinborough miała myśli zajęte czym innym. Przedstawiciele poprzedniej administracji robili do niej podchody, przebąkiwali, że wprowadzą ją do grona najbliższych współpracowników premiera, lecz ta perspektywa budziła w niej odrazę. Zdjęcie poprzedniego premiera wisiało na ścianie w każdym gabinecie pracownika naukowego, ponabijane strzałkami. Kiedy ten żerujący na ludzkim strachu antyintelektualista i neofaszysta trzymał ster rządów, zamykając programy badawcze i nakładając kaganiec naukowcom, kraj cofnął się w rozwoju o dziesięciolecia.

Całe szczęście, że nowa premier Kanady nie mieszkała w jaskini. Mimo to za wcześnie było na oceny, a Alison z zasady nie wierzyła politykom. Zbyt wielu miało swój interes w utrzymywaniu status quo, nawet jeśli była to najprostsza droga do katastrofy. Obecnie na świecie zdrowy rozsądek należał do gatunków zagrożonych wyginięciem.

Ostatecznie ugięła się i przyjęła funkcję doradcy naukowego przy urzędzie premiera. Zapewne osiągnięcia w dziedzinie geologii szły w parze z lodowcowym tempem zmian w rządzie.

Ta myśl wywołała drwiący uśmiech na jej ustach, gdy w eskorcie sekretarza podążała korytarzem do pokoju konferencyjnego pani premier. W porównaniu z innymi metropoliami Ottawa wydawała się chłodna i mokra. Ale Alison przynajmniej nie musiała uczyć świeżaków i toczyć bojów z zarządem uczelni. W dodatku dostała przyzwoite mieszkanie z pięknym widokiem na kanał Rideau. A co się tyczyło raportów, które zdążyli jej podesłać współpracownicy w terenie, to niosła pod pachą teczki z porządnie posegregowanymi dokumentami. Pozostało kilka sekund do chwili, gdy będzie zmuszona rozpocząć dyskusję o tym, co niemożliwe.

Nie lubiła uczucia strachu, lecz tym razem się bała.

Sekretarz zatrzymał się przed drzwiami, zapukał raz, otworzył je i odwrócił się do Alison z zapraszającym gestem ręki.

- Dziękuję - powiedziała, mijając młodego mężczyznę.

Człowieka, któremu wszyscy nadskakują, traktowano z grzecznością, co akurat bardzo jej odpowiadało. Po popisach grubiaństwa i arogancji poprzedniego premiera był to miły powrót do normalności - a przynajmniej tak jej powiedziano na spotkaniu zapoznawczym, gdy otrzymała nominację. Ludzie odczuli ulgę, biurokracja podjęła pracę ze wzmożonym zamiłowaniem do dobrych manier.

Pokój konferencyjny miał komfortowy wystrój. Gdy wskazano jej miejsce, usiadła naprzeciwko Willa Camdena, ministra do spraw zasobów naturalnych. Po jego lewej stronie siedziała Mary Sparrow, minister do spraw parków i rekreacji. Nie wyglądali na zadowolonych, choć w ciemnych oczach Mary można było dostrzec błysk, który po chwili zastanowienia przestał dziwić Alison.

Zdaniem niektórych ekspertów powołanie Metyski na stanowisko związane z zarządzaniem parkami narodowymi zakrawało na kpinę. Inni ten gest przyjmowali z uznaniem. Uaktywniła się cała armia samozwańczych analityków specjalizujących się w sprawach drugorzędnych, lecz potencjalnie bulwersujących; ich nieustająca paplanina napełniała jazgotem całą przestrzeń życia publicznego. Wielu z nich z dziką satysfakcją trąbiło o dawnej pracy Alison dla przemysłu naftowego.

Alison i ministrowie nie musieli długo czekać, zaraz bowiem otworzyły się główne drzwi i do środka wkroczyła pani premier. Lisabet Carboneau, tak popularna ostatnio gwiazda liberalnej polityki, miała ostre rysy twarzy - w rzeczywistości ostrzejsze niż na ekranie telewizora. W jej wyglądzie, niewinnym w obiektywach śledzących ją kamer, podczas rozmowy w cztery oczy ujawniał się jakiś drapieżny rys. Dotąd spotkały się tylko raz, lecz wtedy pani premier wypowiedziała ledwie kilka frazesów i oględnie wyraziła swoje oczekiwania. Tym razem będzie inaczej.

Prędko zajęła najważniejsze miejsce przy stole i zatrzymała spojrzenie na Alison.

- Prześledziłam oficjalne oświadczenia rządów innych państw - zaczęła. - Oglądałam wiadomości i słuchałam rzekomych ekspertów, którzy opisują właściwie tylko to, co i tak widać gołym okiem. Myślę, że pani też nie powie mi nic nowego. Nie z powodu braku kompetencji, ale po prostu dlatego że mamy do czynienia z czymś, czego nie da się zrozumieć, a więc i wytłumaczyć. Mam rację?

Zaledwie usiadła, Alison rozłożyła przed sobą teczki z dokumentami. Gdy teraz na nie patrzyła, korciło ją, żeby otworzyć pierwszą z brzegu i przerzucić kilka stron streszczenia. Oczywiście znała zawartość zarówno tej teczki, jak i pozostałych.

- Pani premier - powiedziała - pola siłowe mają zadziwiające właściwości...

Will Camden chrząknął z przekąsem, ale powstrzymał się od komentarza, widząc, że pani premier słucha z niezmąconą uwagą.

Po krótkiej chwili Alison mówiła dalej:

- Georadar nie odbiera odbitej fali. Prawdę mówiąc, żaden naziemny radar niczego nie wykrywa.

- Jak to możliwe? - zapytała pani minister. - Piloci wszystkich samolotów, których kurs krzyżuje się z polem siłowym, meldują, że systemy bezpieczeństwa ostrzegają przed kolizją.

- To prawda, proszę pani, a ponieważ czujniki zbliżeniowe korzystają z techniki radarowej, narzuca się wniosek, że fale musiały odbić się od przeszkody.

- Jednocześnie twierdzi pani, że tak się nie działo.

- Owszem.

- Kolejna niemożliwa rzecz - stwierdziła Carboneau. - Ale jeśli radar nie wykrywa pól siłowych, to czujniki zderzeniowe reagują na jakiś inny sygnał.

Alison pokręciła głową.

- Proszę pani, te czujniki zostały precyzyjnie skalibrowane. Nie są przystosowane do odbioru i analizy obcych fal. Przeciwko pani tezie przemawia to, że mimo badań w terenie nie udało się odkryć żadnych źródeł promieniowania skupionego lub rozproszonego. Co więcej, pole siłowe poddane działaniu energii nie przejawia żadnej aktywności.

Lisabet Carboneau przypatrywała się Alison, by po chwili powiedzieć:

- Rozumiem, że wystrzelone pociski znikają w tym polu.

- Bez śladu. Poza tym nie da się zmierzyć strefy kontaktu. Inaczej mówiąc, z punktu zetknięcia nie wydostaje się energia. Równie dobrze można by rzucać hologramy na tablicę.

Pani minister zmarszczyła czoło.

- To dokładna analogia?

- Niezupełnie, proszę pani, ale niezwykłe jest to znikanie pocisków naddźwiękowych. Obiekty poruszające się wolniej, jak na przykład drony, po prostu się rozpadają, nie inaczej niż gdyby uderzyły w mur. Wskutek zderzenia następuje przepływ energii zgodny z prawami fizyki dotyczącymi masy i prędkości.

- Nie jest to dziedzina, w której się pani specjalizuje, prawda?

- Nie, pani premier. Z punktu widzenia geologicznego, kiedy pole siłowe przenika, dajmy na to, prekambryjską skałę, nie wywołuje żadnych strukturalnych zmian w obszarze interakcji. Tego również nie sposób wyjaśnić. Przynajmniej takich zmian - sprostowała - które bylibyśmy w stanie zauważyć na zewnątrz. Bo obserwacje wizualne nie są utrudnione.

Pani premier odchyliła się na oparcie fotela.

- Zajmijmy się jeszcze tym radarem i włączającymi się ostrzeżeniami kolizyjnymi w samolotach. Jakieś spostrzeżenia?

Alison zawahała się, broniąc się przed westchnieniem.

- Pole siłowe działa wybiórczo. Coś nim kieruje.

- Boży Mur - wtrąciła Mary Sparrow, naruszając protokół.

To nagłe stwierdzenie najwidoczniej zaintrygowało panią premier.

- Co takiego?

- Przepraszam, pani premier, że przerywam - powiedziała Mary. - To taki nowy mem. Ktoś w Internecie porównał pola siłowe do komputerowego firewalla. Cechą wspólną jest selektywne działanie. Przykładowo, nie potwierdziły się żadne doniesienia o obrażeniach bezpośrednio związanych z pojawieniem się pola. To nie jest scenariusz książki Pod kopułą Stephena Kinga, gdzie ludzie są przecinani na pół. W dodatku dzikie zwierzęta przechodzą bez problemów.

Alison odchrząknęła.

- To potwierdzona informacja. Wydaje się, że pole jest selektywną barierą. Nie przepuszcza tylko ludzi i produktów ludzkiej technologii.

- Nie do końca - ponownie wtrąciła Mary Sparrow. - Godzinę temu dostałam raport z Brazylii. Jak wiecie, jestem związana z ogólnoświatowym programem pomocy rdzennym plemionom...

- Wiemy - przerwała jej pani premier. - Co z tym raportem?

Mary zacisnęła usta, lekko poirytowana.

- Pole siłowe osłaniające dziewicze rejony puszczy amazońskiej sięga na wysokość około trzystu metrów. Można nad nim przelecieć i wczoraj po południu zespół rządowych specjalistów nagrał jedno z indiańskich plemion nieutrzymujących kontaktu z cywilizacją. Zamieszkują lasy w pobliżu granicy z Peru. Właś­nie te plemiona padają ofiarą spółek drzewnych. Dostaliśmy potwierdzenie, że w obrębie pola siłowego ustały wszystkie prace przy wyrębie drzew, a obozowiska opustoszały. Intruzi zostali wyparci, miejscowi mogli zostać. - Kiedy to mówiła, jej twarz ożywił wyraz zadowolenia, w zasadzie zrozumiały.

Koncepcja "Bożego Muru" nie była tak absurdalna, jak mog­łoby się wydawać. Od pewnego już czasu myśli Alison podążały podobnym torem, gdy spływały do niej wciąż nowe doniesienia.

- Coś tym kieruje, tak? - zapytała Lisabet Carboneau. - Czyjaś inteligencja, czyjś zamysł. - I nagle jakby zmieniła bieg: - William, jak bardzo ograniczony został nasz dostęp do zasobów naturalnych?

- Pani minister, dobrze to nie wygląda. Utraciliśmy połowę terenów roponośnych, nie mamy kontroli nad żadnym blokiem wydobywczym uruchomionym w ciągu ostatnich trzech lat. Zniszczone zostały instalacje wiertnicze, a do tego słyszy się, że niektóre urządzenia stały się przedmiotem celowego ataku.

- Celowego? Jak to?

- Pole siłowe skakało do przodu, choć na ogół rośnie powoli i równomiernie. Nie dysponujemy jeszcze dokładnymi liczbami, lecz straty materialne idą w dziesiątki milionów, co najmniej. Gorzej z produkcją, spadła prawie do zera.

- Zemsta - oświadczyła Mary. - Zostali ukarani za swoją głupotę. Zadają rany Ziemi i liczą na to, że ujdzie im to płazem?

- Proszę, wystarczy. - Znana z tego, że niezwykle trudno było ją wyprowadzić z równowagi, pani minister okazała jedynie lekkie rozdrażnienie słowami Mary i tonem, jakim zostały wypowiedziane. - Alison, ile stref się jeszcze powiększa?

- Już tylko kilka, i to w znikomym tempie, może metr dziennie, za to czoło pola nie jest już prostą linią. Mamy odgałęzienia, jak gdyby ramiona. Choć trafniejszym słowem byłoby "korytarze".

- Jak w przypadku... migracji dzikich zwierząt?

Alison pokiwała głową.

- Lub sezonowych wędrówek: zima w lasach północy, lato na równinach.

- A więc wyłania nam się motyw - powiedziała pani premier. - Ochrona przyrody.

Alison znowu pokiwała głową.

- Potwierdzałyby to doniesienia z łowisk. Chwytanie ryb na wędkę jest tolerowane, ale nie dryfujące sieci, trawlery denne czy inne metody nieselektywnych połowów oceanicznych. Granice państwowe nie mają znaczenia, ponieważ pola siłowe dopasowują się do szlaków wędrówek ryb i obszarów, gdzie rozmnażają się i znajdują pokarm. Wygląda na to, że otaczają osobno każde stado waleni, wędrują razem z nimi i mogą wydłużać się w stronę oddalonych osobników.

- Zastanawiam się... - odezwał się Will Camden.

Pani minister skierowała na niego spojrzenie.

- Tak, Williamie?

- ...czy ekoterroryści nie spiknęli się z satanistami i czy ktoś właśnie nie wrzuca dziewic do wulkanu.

Zapadła cisza przerwana gromkim śmiechem Mary Sparrow.

- Kurde, Will! To ci się udało! Mogę cię cytować?

- Jeśli to zrobisz, nikt się nawet nie zaśmieje - odparł minister do spraw zasobów naturalnych.

Pani premier poderwała się z fotela. Była wysoka, wyższa od Alison, i w takich chwilach budziła lęk. Mimo to było w niej coś nieodparcie ujmującego.

- Dziękuję - powiedziała, po kolei patrząc każdemu w oczy. - Inne państwa, które zgodziły się rozmawiać z nami w tej sprawie, doszły do podobnych wniosków. Siłą rzeczy pokrywają się z tymi, które wyciągnęliście sami. - Po chwili dodała: - Zostaliśmy...

Waszyngton D. C.

24 maja, 16:00

- ...koncertowo wyjebani - zakończył prezydent Stanów Zjednoczonych.

Ben Mellyk skrzywił się. Doradca naukowy był człowiekiem starej daty i prezydent - a właściwie jego zwyczaj prostackiego wysławiania się - coraz bardziej działał mu na nerwy. Zdjął swoje grube okulary i zaczął je skrupulatnie wycierać jedwabną chusteczką.

Tymczasem prezydent Raine Kent obrócił w fotelu swoje masywne ciało i spojrzał na Alberta Stroma, przewodniczącego Kolegium Połączonych Szefów Sztabów. Otworzył już usta, żeby coś powiedzieć, lecz rozmyślił się i zwrócił do swojego doradcy do spraw bezpieczeństwa:

- Dan, jeśli masz jakieś akta do ujawnienia...

- Akta, panie prezydencie?

- Akta! Archiwum X, do jasnej cholery! Mówimy tu o zjawisku globalnym. Nie przyznaje się do tego nikt, komu można wierzyć, a gdyby taki się znalazł, to w porównaniu z tą technologią my walczymy kijami. Ktoś musiałby prowadzić badania i my byśmy o tym wiedzieli. Ben! Wiedzielibyśmy o tym, prawda?

- Myślę, że tak, panie prezydencie - odparł zapytany i założył okulary, by chwilę później znów je zdjąć i przetrzeć zaspane oczy. - Pola siłowe to wciąż niezbadany grunt, poza tym wymagają niezwykle wydajnych źródeł zasilania.

- Dobra! - warknął prezydent, kierując groźne spojrzenie na Daniela Prestera, doradcę do spraw bezpieczeństwa. - Kosmici z wyłupiastymi oczami. Roswell. Gadaj wreszcie, Daniel!

- Nie ma żadnego Archiwum X, panie prezydencie.

- Jakoś trudno mi w to uwierzyć.

- Musielibyśmy stosować nadludzkie środki bezpieczeństwa. Ludzie w konspiracji pękają, zaczynają śpiewać. Tajni donosiciele...

- Czy najlepszym sposobem, żeby ich zdyskredytować, nie jest wyśmiewanie wszystkiego, co mówią? - Raine Kent pochylił się nad stołem. - To skuteczna i często stosowana taktyka. Mamy w tym duże doświadczenie, nie? Masowa dezinformacja... Skądinąd wiem, że wasi świetnie wyszkoleni sceptycy trollują na stronach poświęconych UFO.

Daniel niechętnie pokiwał głową.

- Prototypów maszyn latających nie można ukrywać dwadzieścia cztery godziny na dobę, zwłaszcza w czasie prób i testów.

- A więc stąd to całe trollowanie?

Ben dostrzegł błysk w oczach Daniela.

- Tak.

- A tajne bazy na Księżycu, kosmiczne floty, ruiny na Marsie, wszystko to zwykłe pierdoły, prawda?

Daniel zerknął na Bena, który siedział wyprostowany w fotelu.

- Panie prezydencie, na Marsie akurat są ruiny. Tak sądzimy. Właściwie to jesteśmy całkiem pewni - poprawił się na widok gniewnej miny Kenta. - Musimy starannie rozmywać fragmenty zdjęć, zanim zostaną opublikowane. - To samo robili w przypadku Księżyca, lecz od dawna w kręgu osób dobrze poinformowanych nie było głów państwa. Z jednej logicznej przyczyny: prezydenci przychodzili i odchodzili, a większość z nich, jeśli nie wszyscy, nie miała ochoty schodzić ze świecznika po zakończeniu kadencji. Utrzymanie w sekrecie największej tajemnicy w historii ludzkości byłoby dla nich nie lada wyzwaniem.

Obecny prezydent długo musiał się oswajać z sytuacją.

W końcu westchnął.

- Ja pierdolę... I nikt nie raczył mnie o tym powiadomić?

- Sprawuje pan swój urząd dopiero trzy miesiące. I ma pan napięty grafik; wszystkie te protesty, zamieszki i tak dalej.

- Ten syf sam się jakoś pozmywa - burknął Kent. - Uciekasz od tematu, Ben. Nie przyszliśmy tu gadać o zmianach klimatycznych.

Ben wzruszył ramionami.

- Uznano, że nie jest to sprawa dużej wagi.

- Ruiny na Marsie. Okej... Ale ruiny, co? Puste? Niezamieszkane? Z dawnych czasów?

- Tak, proszę pana.

- A więc nie ma tam nic, co nie dawałoby mi spać po nocach?

- Nie, proszę pana.

- I dlatego nie przyszliście z tym do mnie? Żebym nie musiał się zastanawiać, czego jeszcze nie mówicie swojemu prezydentowi w trosce o jego wypoczynek?

Ben milczał. Wydawało mu się, że tak będzie lepiej.

Na twarzy Kenta widać było dezaprobatę. Skierował uwagę na Alberta Stroma.

- Próbowaliście laserów, Al? Tych wielkich jebańców? Grzaliście z nich w te pola siłowe?

Przewodniczący zmrużył powieki niczym sowa.

- Oczywiście, panie prezydencie. Używaliśmy też mikrofal, fal dźwiękowych, pocisków ze zubożonym uranem... Nie da się przebić pola siłowego ani wywołać w nim jakiejkolwiek zmiany.

- To amerykańska ziemia, którą ktoś nam kradnie! - Rumiana twarz prezydenta odrobinę pociemniała. - Co mówią ludzie z SETI3, Ben?

- Niczego nie wykryli, proszę pana.

- NASA?

- Niczego nie wykryli, proszę pana.

- Zapętliłeś się, Ben, do cholery. Potrzebuję więcej informacji. Daniel, przyciśniesz ekoterrorystów, wyłapiesz ważniaków. Chcę mieć ich komputery, powiązania, kontakty, wszystko na tacy.

- Już to mamy, panie prezydencie - odpowiedział Daniel Prester. - DHS zaczął gromadzić materiały zaraz po pierwszej manifestacji, gdy wyszło na jaw, że kluczowe znaczenie w tej sprawie ma ochrona środowiska. Dużo czczej paplaniny i prawie żadnych konkretów, panie prezydencie. Na razie.

- Na razie - powtórzył Kent takim tonem, jakby poczuł się obrażony tymi słowami. - Dlaczego teraz? To chciałbym wiedzieć. Dlaczego na moim podwórku? Co takiego zrobiłem, kurwa, że mnie to spotyka? - Usiadł prosto. - Chwila. Możemy powiedzieć, że to my?

Przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów zakrztusił się kawą i filiżanka złowieszczo brzęknęła, gdy odstawił ją na spodek.

- Panie prezydencie, wszystkie kraje wypowiedzą nam wojnę!

W oczach Kenta pojawiły się niepokojące błyski.

- Mogą nas w dupę pocałować! - Wymierzył palec w sekretarza. - Daj to jajogłowym do przetrawienia. Mają być scenariusze.

Przez chwilę siedzieli bez słowa, w napięciu, aż na koniec pani wiceprezydent D. K. Prentice przełknęła ślinę, mówiąc:

- Panie prezydencie, nie możemy powiedzieć, że jesteśmy odpowiedzialni za te pola siłowe.

- Dlaczego?

- Bo nie wiemy, co się dalej stanie. Na razie, jakimś cudem, nie wpłynął żaden wiarygodny raport o śmierci związanej z tym zjawiskiem. Nigdzie na świecie. Ale kto zaręczy, że szczęście się od nas nie odwróci? Wydaje się, że palącym problemem jest w tym momencie kryzys gospodarczy. A także rosnące fale uchodźców, całe społeczności zepchnięte do przepełnionych i przeciążonych obszarów miejskich.

Kent słuchał tego ze zmarszczonym czołem.

- Została zwołana nadzwyczajna sesja Zgromadzenia Ogólnego ONZ - ciągnęła wiceprezydent. - Uważam, że powinniśmy...

- Jasne - przerwał jej Kent. - Zajmij się tym. Właśnie. Pojedziesz tam, D. K. Zobaczysz, co chcą zrobić z tymi ludźmi, bo tu ich nie wpuszczę, cholera, nie ma takiej siły. Będziemy czekać na raport. - Rozejrzał się po pokoju dowodzenia, który był pełen ludzi. - Muszę wygłosić orędzie do narodu, więc przydałby się jakiś tekst. Trzeba powiedzieć, że zastanawiamy się, kombinujemy, szukamy rozwiązania. - Popatrzył na Bena. - Zagoń do roboty jajogłowych, coś z nich wytrząśnij. Tylko nic skomplikowanego. Prosty przekaz, żeby ludzie zrozumieli, co jest grane.

- Panie prezydencie - odparł Ben Mellyk. - Właśnie w tym sęk. Nie wiemy, co jest grane.

- To nie przejdzie.

- Przykro mi, proszę pana. Chciałbym, żeby było inaczej.

- Na pewno. Ja też. Każdy z nas. I wszystko to na mojej, kurwa, zmianie! Jeśli sytuacja się pogorszy, ludzie wpadną w panikę. Mamy znowu wzywać Gwardię Narodową? Wysyłać lotnictwo? - Uderzył pięściami w stół. - Do jasnej cholery, co proponujecie?!

Farma Silver Steading, Utah

24 maja, 17:16

Range rover zawsze wydawał się Dave'owi Ketchenowi niepotrzebnym luksusem, mechaniczną skazą na jego sumieniu, fabryką trujących spalin. Podobnie jak quad, którym jeździł, gdy nie chciało mu się siodłać konia. Mimo to uważał się za gorliwego obrońcę środowiska, odkąd mógł się poszczycić odtworzeniem w dolinie naturalnego ekosystemu, a później posadzeniem pięter pożytecznych drzew rodzących orzechy i owoce, dających cień krzewiastym roślinom kwitnącym o różnych porach roku... Czy to nie miało żadnego znaczenia?

Zaczął w to wątpić mniej więcej osiem godzin temu. Siedząc w samochodzie, który zatrzymał w pustym buszu rozciągającym się wokół doliny, tulił do siebie butelkę burbona.

W dole wśród zieleni młodych liści skrzył się strumyk. Na jeziorku nie było już śladów lodu i uwijała się tam od rana rodzina bobrów, które dziesiątkowały młode drzewa na brzegach. Przed dekadą dolina była sucha jak pieprz, a strumyk pojawiał się na wiosnę pod warunkiem, że trochę popadało. Bobry zaprowadziły nowy porządek, co stanowiło ewidentny dowód na to, że matka natura może przeobrazić pustynię w raj, jeśli człowiek nie będzie jej przeszkadzał.

O tak, lista jego osiągnięć była imponująca. Razem z Ev wyjechał z miasta, zabierając dzieciaki. Kupił dolinę. Rancho w jej zachodniej części zostało przystosowane do hodowli bizonów, dzięki czemu jego sąsiad Jurgen Banks pozostawał na lekkim plusie, sprzedając chude mięso wykwintnym restauracjom na Wschodzie. Druga część, należąca do rezerwatu, stanowiła odizolowany kawałek ziemi Północnych Szoszonów, daleko spokrewnionych z grupą znad Rzeki Wężowej. Dawniej przez pewien czas na tym terenie wypasano bydło. Wymarłe miasteczko powiązane z zamkniętą nierentowną kopalnią było w tych okolicach najstarszym śladem europejskiego osadnictwa. Kiedy Szoszoni przejęli ranczo, sprzedali krowy i pozwolili, żeby zabudowania popadły w ruinę.

Dave szukał informacji, aby się dowiedzieć, co Szoszoni chcą robić na tej ziemi. Wszystko wskazywało na to, że nic. Pasowało mu to.

Tak więc dolina wydawała się idealna. Odcieki spływające z wyżej położonych terenów po obu stronach doliny niosły ze sobą jedynie naturalne zanieczyszczenia.

Dziesięć lat. Cudowna transformacja. W końcu doczekał się certyfikatu produkcji ekologicznej i wydawało się, że przeskok z farmerskich targowisk do ekskluzywnych supermarketów spożywczych jest w zasięgu ręki.

I raptem marzenia prysły.

Jakiś facet z Ministerstwa Myślistwa i Rybołówstwa rozwodził się w telewizji na temat rozwijających się korytarzy migracyjnych; jeden wił się na południe z Alberty w Kanadzie, drugi zaś, węższy, w tym samym kierunku z miejsca zwanego Południowo-Zachodni Saskatchewan. Zachodni korytarz ocierał się o wschodnie zbocza Gór Skalistych, lecz później rozgałęział się wzdłuż niewielkich dolin i równin. Drugi chyba zmierzał do Kansas.

- Dlaczego po prostu nie przetną kraju na pół... - mruknął Dave. Burbon wysuszył mu wargi. Zwilżył je kolejnym łykiem. - Pajac ze mnie, nie ma co.

Nawet trochę go to rozbawiło: w mieście rzeczywiście mieli go za cudaka. Hipis z ekologicznej farmy, ekowojownik, brodaty gość we flanelowej koszuli siadający za kierownicą nowiutkiego range rovera. Co sobota sprzedający worki z piniolą po zbójeckiej cenie.

Pole siłowe zrównało z ziemią ogrodzenia Jurgena. Jego stado bizonów, sześćdziesiąt trzy sztuki, mogło się paść gdziekolwiek, a więc i niżej w dolinie, skuszone świeżą zielenią. W tej sytuacji odcieki były najmniejszym zmartwieniem Dave'a.

Otworzył drzwi i wygramolił się z auta. Był zanadto wstawiony, żeby prowadzić samochód, choć prawie cała droga do domu prowadziła przez dzikie wertepy. Groziłyby mu leje krasowe, wielkie głazy, okresowe strumienie. Nie byłoby mu do śmiechu, gdyby utknął w błocie, złamał oś albo nawet dachował. Poza tym w czasie spaceru mógł trochę wytrzeźwieć. Nie chciał stanąć przed żoną i dziećmi nawalony jak świnia.

Ona przynajmniej by go zrozumiała. Właśnie wszystko stracili.

- Myślałby kto, że dokonanie czegoś dobrego na świecie coś znaczy. - Oparty o karoserię, popatrzył ponuro na bezchmurne niebo. Miał nadzieję dostrzec pierwszą gwiazdę, lecz było na to za wcześnie.

A w sklepiku Wild West, gdzie kupił butelkę, pieprzony Hal Smart pewnie ciągle chichotał, pytając raz po raz, czy może sobie przyjechać i ustrzelić bobra. Ha, ha...

No cóż, Hal, nie możesz. Właśnie od tego są te pola siłowe. Nie pofarciło się, jak to się mówi w tych stronach, tobie i twoim kumplom z pukawkami.

Chwila, Dave, a może wszyscy mamy pecha? Tak samo ty, jak i ja? Rany, i jak tu nie sięgnąć po flaszkę?

- Wystarczy jedna gwiazda, Boże, jedna.

Odepchnął się od samochodu i ruszył przed siebie, obejmując palcami szyjkę butelki. Mógł ją rzucić na ziemię, ale nie chciał zostawiać szkła. Chodziły tędy sarny, łosie, widłorogi. Trudno. Schowa ją w starym wychodku, z którego nikt już nie korzystał.

- Daj mi gwiazdę, Panie. Żebym mógł ją przekląć.

Kiedy zrobisz dobrą rzecz, nie chcesz, żeby się zmarnowała.

Boulder, Kolorado

24 maja, 21:56

- No więc co to wszystko oznacza? - Joey Sink patrzył na mrugające światełko kamerki internetowej. - Mówi się, że to Boży Mur. A tak serio? Ktoś widział ostatnio anioła? Ogień i morze siarki? A może po prostu mówi do nas Gaja: Wiecie co, ludzie, zwalniam was z posady opiekunów Ziemi? Czy może kto inny to mówi? Nie przebierając w słowach? Ktoś, kto się dopiero ujawni i od razu rozwiesi wielki transparent z napisem: "Ziemia pod nowym kierownictwem"? - Odczekał chwilę. - Więc jeśli te wielkie spodki zaczną krążyć nad Waszyngtonem i innymi stolicami na świecie... Cóż, czytaliśmy scenariusz, wcale nie jest wesoły. - Przekrzywił na bok głowę i uśmiechnął się kątem ust. - Ktoś słyszy tykanie zegara? Czy może tylko ja? Mówił Joey Sink z vloga Kitchen Sink. Hej, czy to nie był szalony dzień?

Rozdział 4

Nauka i nowe technologie to odzież, którą wkładają pisarze science fiction.

Jednak od czasu do czasu ktoś z nas woli iść w przyszłość na golasa, a to o wiele większe wyzwanie.

Samantha August

Orbita okołoksiężycowa

25 maja, 15:02 (na zegarku Samanthy August)

Nie możecie tego robić - oświadczyła Samantha. - Dręczycie najbardziej pokrzywdzonych przez los ludzi w najbiedniejszych rejonach świata. - Przed nią na ogromnym ekranie wyświetlała się mapa globu, zaskakująco obrócona, jakby leżała na boku, z biegunem północnym z lewej strony. Strefy wykluczenia zostały zaznaczone szarym cieniowaniem na plastycznym odwzorowaniu lądów i dna morskiego. Było ich mnóstwo. Pokazała palcem Amerykę Północną. - Odtwarzacie wielkie równiny. Stany Zjednoczone zostaną praktycznie przepołowione... aż do Kansas. To przecież centrum rolniczego zagłębia Ameryki.

- Postępujące antropogeniczne pogorszenie klimatu na Ziemi sprawi, że za czterdzieści lat wasze zagłębie rolnicze przestanie nadawać się do zamieszkania - odparł Adam. - Dzisiejsze migracje ludności to drobiazg w porównaniu z tym, czego doświadczycie za dwadzieścia pięć lat. Wzrost poziomu wód w oceanach, susze, pustynnienie, klęski żywiołowe. Wszystko to bezpośrednio wpłynie na habitaty zasiedlone przez ludzi, lecz wtedy żadne państwo nie będzie dysponować odpowiednimi środkami, by zażegnać kryzys. Krótko mówiąc, bez interwencji wasza cywilizacja upadnie jeszcze w tym stuleciu. Szacujemy, że życie straci ponad sześć miliardów osób. Niestety, wasze wyginięcie pociągnie za sobą zagładę całego biomu.

- Całkiem dużo dobrych nowin jak na jeden dzień. A więc przywrócicie czystą atmosferę?

- To konieczne, żeby przetrwał biom. Atmosfera zostanie oczyszczona do stanu z początków uprzemysłowienia, jeśli chodzi o dwutlenek węgla, metan i inne gazy cieplarniane.

- Dlaczego z początków uprzemysłowienia?

- Ażeby zapobiec nadejściu epoki lodowcowej. Należy ustabilizować cyrkulację prądów atmosferycznych, co niesie ze sobą konieczność poprawek zmierzających do uzyskania stanu równowagi...

- Czy to już się zaczęło?

- Jeszcze nie.

- Dlaczego zwlekacie?

- Ponieważ w pierwszej kolejności trzeba zająć się natychmiastowym powstrzymaniem ekspansji rodzaju ludzkiego, Samantho August.

Adam postarał się dla niej o krzesło. W zasadzie na życzenie Samanthy wyrosło ono z podłogi. Siedziała teraz ze wzrokiem wbitym w ekran z mapą świata z szarymi strefami. Przerywane linie wskazywały ich docelowy zasięg. Wyobrażała sobie chaos panujący daleko na planecie. Zapaliła papierosa; wydawało się, że może korzystać z niewyczerpanych zapasów.

- Wiesz, dlaczego się zgodziłam na waszą propozycję? Darmowe papierosy... - Zmrużyła oczy. - Chyba że zamierzacie wystawić mi rachunek.

- Pieniądze to przestarzały pomysł. Gdy troszczymy się o ciebie, nie zaciągasz długu.

Odchyliła się na oparcie i zaciągnęła dymem kilka razy.

- Zastanawiam się, czy dobrze zrobiłam, zgadzając się zostać waszą rzeczniczką. Oczywiście nie byłam naiwna. Ale nie sądziłam, że wasz plan jest aż tak drastyczny, że będziecie zmuszać biedaków do opuszczenia domów.

- W tej chwili wiele państw stać na pomoc dla przesiedlonych. Nie brakuje żywności, środków transportu ani rąk do pracy. Jeśli ludzie cierpią, to wyłącznie z braku dobrej woli ze strony swoich rodaków.

- Powodem są polityczne zawiłości - odpowiedziała Samantha. - To, kto komu podlega, kto się czym zajmuje, kto płaci.

- Kto płaci, otóż to.

Czekała na dalsze słowa Adama, lecz cisza się przedłużała.

- W porządku, rozumiem - rzekła w końcu. - Każda społeczność ustala własny system wartości, a kiedy jest wprowadzony, staje się jego zakładnikiem. Taki system żyje sam dla siebie w niekończącym się cyklu potwierdzania zasadności swojego istnienia. Mimo to, Adamie, u podstaw tych systemów znajdują się pewne niepodważalne fakty. Egzystujemy w świecie niedostatków i zachwiania równowagi i prawie wszystkie nasze wysiłki zmierzają do wprowadzenia zmian w tych kwestiach.

- To prawda.

- A zatem w ramach takiego systemu wysiedlone społeczności będą cierpieć. Są na to skazane. Nawet pomoc charytatywna wymaga określonych mechanizmów, żeby była skuteczna. A w przypadku braku przestrzeni życiowej nie ma prostych rozwiązań.

- Nie brakuje przestrzeni życiowej - powiedział Adam.

- Każde państwo zazdrośnie strzeże swego terytorium. Mieszkańcy boją się o swoje dziedzictwo kulturowe, gdy widzą napływ cudzoziemców. Pojawiają się problemy językowe i religijne, kolizje systemów prawnych, zawiedzione nadzieje. Można w ciemno obstawiać, że takie zderzenie światopoglądów skończy się nieszczęściem.

- Samantho August, wychodzisz z założenia, że ludzie nie udzielą wystarczającej pomocy innym ludziom, aby uchronić ich od cierpienia albo nawet śmierci.

- Z całą pewnością organizacje charytatywne ciężko pracują, a ONZ próbuje zaprowadzić porządek. Ale wiemy, że to nie wystarczy. Zobacz, kraje rozwinięte bronią się przed falą uchodźców z Trzeciego Świata, a ich argumenty są oczywiście dość kontrowersyjne. Używa się tylu wyświechtanych frazesów. Ciemni, niewykształceni, terroryści. Nieczyści, nawet to. W ustach polityków czystość rasowa znów jest tematem numer jeden. Wszędzie, nie tylko w mniejszych krajach. Odzywa się w nas stara plemienna mentalność, pobudzona jak kopnięte gniazdo szerszeni. Faszyzm powraca w wielkim stylu. Już nie chowa się w cieniu, ale wysuwa się na czoło i patrzy ci w oczy. To udręczona planeta. - Wyrzuciła niedopałek papierosa. - Przybywacie w złym momencie.

- Strefy wykluczenia położą kres ekspansji terytorialnej - rzekł Adam. - Model waszej cywilizacji opiera się, niestety, na nieograniczonym wzroście, nieograniczonej ekspansji i nieograniczonych zasobach. Ale jesteście ściśnięci na jednej planecie i wszystko to w istocie jest ograniczone. Wasze ogólne rozeznanie w tej kwestii jest dziwnie odrealnione, przez co jesteście ślepi i niezdolni do poskromienia swoich zwierzęcych apetytów.

- Wiem - bąknęła Sam.

- Wobec tego wyobraź sobie, że strefy wykluczenia są wczes­ną zapowiedzią godziny zero, czyli tej przyszłej chwili, kiedy zabraknie wam, cóż, wszystkiego. Jest w tym, jak wspomniałem, pewna znacząca korzyść. Gdyby nic nie zostało zrobione, godzina zero zaskoczyłaby was w momencie, kiedy bylibyście najmniej gotowi, żeby przyjąć nowy model życia konieczny do przetrwania. Dziś jednak, gdy dzięki strefom wykluczenia macie przedsmak godziny zero, wasza cywilizacja jest wystarczająco prężna, by poradzić sobie z adaptacją.

Westchnęła i odchyliła w tył głowę.

- Nie sposób, Adamie, odmówić ci logiki. Ale trzasnęliście drzwiami. Przygotujcie się na to, że przez pewien czas będziemy walić w nie pięściami.

- Daremny trud.

- Tymczasem ludzie cierpią.

- Wzięto to pod uwagę.

- Okrutne słowa.

- Tak samo okrutne jak niechęć bogatych krajów do niesienia pomocy uboższym? Jak liczenie pieniędzy w obliczu ludzkiej tragedii?

- Nie! - wyrzuciła z siebie. - Udowadniasz, Adamie, że w gruncie rzeczy niczym się od nas nie różnicie. Jeśli stać was tylko na tyle, to miej nas, Boże, w opiece! I zapomnijcie, że będę waszym rzecznikiem!

- Samantho August, przed wyznaczeniem stref wykluczenia obsialiśmy Ziemię czujnikami. Czujniki utworzyły szczelny sensoryczny płaszcz monitoringu. Zintegrowana konstelacja objęła zasięgiem cały glob. Bez odpowiedniego przygotowania utworzenie stref wykluczenia byłoby niemożliwe.

Samantha z kwaśną miną wstała i zbliżyła się do mapy globu.

- Sensoryczny płaszcz monitoringu? Co to właściwie oznacza?

- Monitoruję wszystkie zdarzenia w skali makro.

- Niemożliwe. Za dużo danych.

- Bynajmniej. Zresztą nadzoruję operację na wszystkich pozostałych odcinkach jednocześnie. Interweniujemy ogółem w dwudziestu siedmiu lokalizacjach w tym układzie słonecznym. Jeżeli chcesz, przybliżę ci teorię kwantowego zwijania, która wiąże się bezpośrednio z immanentnymi informacjami w kontekście sztucznej inteligencji.

Mina Samanthy wyrażała złość.

- Nie siedzę w twardej fantastyce, Adamie. Tworzę literaturę, którą można by nazwać "społeczną science fiction". Interesuje mnie to, jak przyszłość wpłynie na ludzi i ich pojmowanie siebie, a nie silniki do lotów nadświetlnych albo kwantowe tunelowanie, zwijanie, cięcie, siekanie... czy co tam jeszcze zostanie odkryte. - Po namyśle dodała: - Może wybraliście nie tę osobę co trzeba?

- Wierzymy w słuszność naszej decyzji. Jak wcześniej powiedziałem, osiągnięcia techniczne to zwykłe przedmioty powszechnego użytku, a nauka jest suchym językiem pozbawionym odcieni znaczeniowych. Czymś wyjątkowym jest za to ludzki punkt widzenia, który najlepiej uzewnętrznia się w pracy twórczej. W waszym świecie, Samantho August, ci spośród artystów, którzy uprawiają ten sam gatunek literacki co ty, wypełniają swoje dorosłe życie rozważaniami na temat pozaziemskich cywilizacji i życia w galaktyce. Z tego powodu jesteście niezastąpieni we wczesnym stadium pierwszego kontaktu.

- W takim razie każdy z nas się nada.

- Możliwe. Jesteś zadeklarowaną zwolenniczką humanizmu. Dajesz temu świadectwo w swej twórczości, okazując wiele współczucia innym, ale nie żywiąc płonnych nadziei. Szczerze boisz się tego, co niesie ze sobą przyszłość. Albo raczej co niosła. Cenne również jest to, że umiejętnie kreujesz swój wizerunek i zdobyłaś rzesze zwolenników. Tak, Samantho August, twoja przydatność nie podlega kwestii.

- Teraz jeszcze ten płaszcz. Nazwałeś go konstelacją.

- Owszem. Prawdę mówiąc, wcieliłem w siebie powierzchnię planety. Monitoring odbywa się w trybie autonomicznym, że tak powiem, lecz nie wpływa to ujemnie na moją świadomość sytuacji. Dzięki temu jestem w stanie interweniować w razie potrzeby.

- Interweniować w jaki sposób?

- Samantho August, jesteśmy pacyfistami. Wobec tego wprowadzamy na świecie coś na podobieństwo zawieszenia broni. Wszelkie działania agresywne i niszczycielskie przeciwko środowisku, faunie i innym ludziom właśnie dobiegły kresu.

Ze strachu na chwilę przestała oddychać.

- Równocześnie z tym - ciągnął Adam niewzruszonym tonem - konstelacja czujników koncentruje się na problemie niedostatku żywności i czystej wody. Przewidując niechęć ludzi do niesienia ulgi potrzebującym, rozszerzamy zakres interwencji, aczkolwiek nie wykraczamy poza fazę pierwszą z pięciu. Rzecz jasna, wiele jeszcze musi się wydarzyć.

W końcu zdołała wziąć głęboki oddech. Powoli wypuściła z ust powietrze.

- Aha - powiedziała słabym głosem. - No to mamy przejebane...

Rozdział 5

Nauka próbuje nas przekonać, że istnieje tylko świat materialny.

Ale nauka ma w tym swój interes. Niespodzianka!

Samantha August

Baltimore, Maryland

24 maja, 23:02

Kiedy milkł, wiedziała, na co się zanosi. Jej mąż był dwiema osobami uwięzionymi w jednym ciele. Pierwsza żyła w stanie ciągłego zdenerwowania, druga lubiła sobie chlapnąć. Pijak często się uśmiechał, przynajmniej na początku sesji. Zbierało mu się na sentymenty i swego rodzaju rzewną, nachalną czułość. Snuł plany wielkie ponad miarę. Opowiadał, jak to zmieni świat, zwłaszcza ich mieszkanie ukryte za zasuniętymi zasłonami. Zakradał się wtedy do pokoju córki, brał w ramiona śpiącą dziewczynkę, szepcząc słowa pełne miłości, a gdy się budziła i zaczynała wiercić, kładł ją z powrotem do łóżka i przykrywał kołdrą.

Później, gdy wypił dostatecznie dużo, jego uniesienie znikało i cichł zupełnie, czekając, aż żona przyniesie kolację.

Ale dziś wieczorem w lodówce było niewiele. Musiała zostać dłużej w hotelu, a ponieważ nie było ich stać na płacenie niani nadgodzin, nie wchodziła do sklepu, żeby być w domu jak najszybciej.

Dochodziło jeszcze zadanie domowe Sally: niby nic trudnego, ale dziewczynka miała problemy z ortografią, słownictwem i czytaniem. Podobno była opóźniona w rozwoju. Annie w to nie wierzyła. Jej córka po prostu zamykała się w sobie. Annie rozumiała ją aż za dobrze.

Kiedy postawiła talerz przed Jeffem, popatrzył na jajka i dwa plasterki boczku, mrucząc pod nosem, że rano już jadł to cholerstwo. Ale głód był silniejszy, więc zaczął pałaszować. I nagle rzucił talerzem o ścianę, aż rozprysły się po podłodze kawałki porcelany i resztki jedzenia.

- Za rzadkie te jajka! - oznajmił, stopniowo podnosząc głos.

Annie cofnęła się w stronę wyjścia z kuchni.

Zerwał się, żeby zagrodzić jej drogę. Musiała znów stanąć przy piecu, gdzie na patelni skwierczał i bulgotał tłuszcz wytopiony z boczku.

Tego wieczoru jednak coś się przełamało. Nie w nim, bo przecież dostrzegła w oczach męża znajomy błysk wściekłości, gdy odzywający się w nim awanturnik odepchnął pijaka i zakasał rękawy. Nie, to w niej coś wreszcie pękło. Nie będzie się nad nią dłużej znęcał, dosyć tego! Nie będzie wiecznie tą, której się obrywa.

Odwróciła się i chwyciła oburącz patelnię.

Jeff zatrzymał się i na jego zarumienionej twarzy pojawił się nagle wredny uśmiech.

- Chuja mi zrobisz...

W odpowiedzi uniosła wyżej patelnię. Była tak ciężka, że drżały jej ręce, ale gdyby teraz na nią ruszył, wystarczyłoby ją obrócić i opuścić.

Uwagę Annie zwróciło jakieś poruszenie. U wejścia do kuchni dostrzegła Sally, tak wątłą w spranej piżamce z Małą Syrenką. Patrzyła zaspanymi oczami, próbując rozeznać się w sytuacji.

Jeff okręcił się na pięcie i podszedł do córki.

- Sally! - zawołał, melodyjnie przeciągając sylaby. Porwał ją w ramiona, uniósł i przytulił. A potem z uśmiechem spojrzał na Annie. - Patrz na mamę. Stała się niebezpieczna. Musimy coś z tym zrobić. Może podejdziemy do niej razem i postaramy się, żeby odłożyła patelnię? - Nie wypuszczając córki z objęć, zasłaniając się nią jak tarczą, zbliżył się do Annie.

Zrezygnowana, postawiła patelnię na palniku kuchni.

- No dobrze - rzekł z uśmiechem Jeff. - Mamusia źle się zachowuje, a wiemy, co trzeba robić z niegrzecznymi dziewczynkami, co?

Sally pokiwała głową z surowym obliczem, nie spuszczając wzroku z oczu matki.

- Niegrzeczne dziewczynki dostają klapsa - odpowiedziała.

Jeff postawił ją na ziemi i wyciągniętym palcem kazał jej stanąć z boku. Drugą rękę podniósł.

Zaczynało się zawsze od uderzeń otwartą dłonią: kostki palców lądowały na policzku czasem z taką siłą, że raniły skórę. Od tej pory, gdy już leżała na ziemi, w ruch szły pięści; trafiały, gdzie popadło.

A zatem czekała. I skuliła się ze strachu, kiedy ją policzkował. Rozległo się głośne stuknięcie, które tak ją zdumiało, że półprzytomnie zamrugała oczami. Jeff odsunął się, zwierając palce. Nawet jej nie dotknął, a tu proszę, kurczył się z bólu i chował dłoń w drugiej dłoni. Słyszała, że w coś uderzył, ale tym czymś wcale nie było jej ciało.

- Kurwa mać! - ryknął. - Złamałaś mi, kurwa, rękę! - Przeszył ją wściekłym spojrzeniem, spodziewając się zobaczyć na jej okrwawionej twarzy szybko ciemniejący obrzęk.

Ona tymczasem nadal stała spokojnie, z pozoru nieporuszona, choć serce waliło jej jak młotem.

- Co jest? - Zaatakował ponownie, bez ceregieli, wyciągając zdrową rękę, żeby chwycić ją za gardło.

I raptem palce odskoczyły z cichym trzaskiem.

- Szlag by to jasny trafił! - Zatoczył się krok do tyłu, wpatrzony w lewą dłoń i zwichnięte palce.

Annie zwróciła się do Sally:

- Wracaj do swojego pokoju, słonko.

Dziewczynka pobiegła co tchu.

Jeff klęczał na jednym kolanie z ciężkim, nierównym oddechem i pałającymi źrenicami w przekrwionych oczodołach.

Annie po raz wtóry sięgnęła po patelnię. Podeszła do męża i chlusnęła w niego rozgrzanym tłuszczem. Tłuszcz rozchlapał się na czymś niewidocznym i ani jedna kropla nie dosięgła Jeffa. Zgroza malująca się na jego twarzy, przesłonięta strużkami ściekającego tłuszczu, ustąpiła zmieszaniu.

- Zajebię cię, babo...

Mimo wzbierającej w niej dziwnej ekscytacji Annie odstawiła patelnię, nagle wyczerpana. Tłuszcz z boczku zebrał się w małej kałuży. Najmniejsza kropelka nie brudziła już niewidzialnej bariery między nią a mężem. Poszła po rolkę papierowych ręczników, których zużyli w życiu całą masę; nauczyła się, że po razach otrzymanych od męża to jedyna miękka rzecz, której dotyk przynosi jej ulgę. Naraz przystanęła, patrząc na trzymaną rolkę. Potem podniosła wzrok i natknęła się na nienawistne spojrzenie męża. Pokręciła głową.

- Nie wydaje mi się, Jeff. Myślę, że to się wreszcie skończyło. Nareszcie koniec z tym. - Wpatrując się w niego, czuła, jak ogarnia ją fala współczucia. - Biedny, zagniewany człowieku. I co teraz zrobisz?

Strefa Gazy, Izrael

25 maja, 14:13

Szeregowa Ruth Moyen z Sił Obronnych Izraela stała na posterunku wojskowym, przyciskając do ciała kanciasty karabin M16, obciążona na biodrach ciężkim pasem. Patrzyła, jak lecące w jej stronę cegły i kamienie odbijają się nie wiadomo od czego, niektóre rzucone z taką siłą, że wytwarzały drobne podmuchy kurzu. Za jej plecami wysypała się załoga z transportera opancerzonego, kłócąc się na temat rozbitej maski wozu. Ostatni rozkaz, żeby wtargnąć w tłum zgromadzony w pobliżu posterunku, sam się unieważnił ze względu na swoją niewykonalność.

Żadna ze stron nie posuwała się naprzód. Ani rozwydrzony motłoch, ani siły porządkowe gotowe do interwencji. W górze krążyły drony, a od północy dolatywał hałas silników odrzutowców, będących jeszcze daleko i wysoko. Podejrzewała, że tamci też nie mają więcej szczęścia.

Kilka godzin wcześniej z przydrożnego nasypu, z miejsca oddalonego o kilkaset metrów od posterunku, wzbiło się w niebo sześć pocisków rakietowych, by pomknąć ku izraelskim osiedlom. Wszystkie eksplodowały w powietrzu, w najwyższym punkcie paraboli lotu. Kiedy na podstawie odczytów radarowych i danych telemetrycznych wysyłanych przez drony ustalono, gdzie pociski zostały wystrzelone, natychmiast rozpoczęto atak odwetowy, lecz izraelski pocisk doświadczył podobnego losu: rozerwał się w bezpiecznej odległości nad ziemią.

Za pomocą dousznej słuchawki przysłuchiwała się wrzawie pełnej wystraszonych głosów, gdy załogi nawoływały się nawzajem, sprzeczały i natarczywie pytały o plan dalszego działania. Stojąc nieporuszona, być może po raz pierwszy w swoim krótkim życiu bez strachu, obserwowała, jak Palestyńczycy dają sobie spokój z miotaniem cegieł i kamieni i rzucają się hurmą do ataku... by z impetem zderzyć się z polem siłowym. Pierwszy szereg atakujących utknął, ściśnięty między barierą a tłumem napierającym z tyłu. Patrzyła, jak szturm kończy się fiaskiem, a ludzie rozchodzą się, kulejąc i wycierając krew z rozbitych nosów i rozciętych warg.

Wcześniej słychać było strzały rozlegające się chyba w rejonie sąsiedniej ulicy. Gromada tutejszych mieszkańców starła się z patrolem: wrogowie wpadli na siebie znienacka, wielka wrzawa, wycelowana broń, słowa wykrzykiwane przez radio - najpierw ostre, potem wściekłe, a na końcu histeryczne. I świst kul. Nie trafiła żadna.

Nieco się obróciła, kiedy zjawił się kapitan David Benholm: twarz jak zawsze opalona, złociste włosy w brodzie połyskiwały w słońcu.

- Nie można nawet przywalić pięścią - żalił się, przeczesując palcami brodę. - Nie można ich przegnać do domu, nie można nikogo aresztować, nie można wysiedlić. - Skierował na nią spojrzenie. - Mamy impas, Ruth... Całkowity impas.

- I co teraz? - zapytała.

Nie zdejmował broni z ramienia. Stał jak człowiek, który zrezygnował z czujności. Wydawał się teraz o wiele młodszy niż wojownik, którego dotąd w nim widziała: rzucający rozkazy, niewahający się pociągnąć za cyngiel. Wydawał się wręcz piękny. Wyciągnął paczkę marliesów i zaproponował jej papierosa.

- Co teraz? Nie wiem. Nikt nie wie. - Po dłuższym namyśle dodał: - Chyba... będziemy rozmawiać.

Po drugiej stronie ulicy stojący w większej grupie młody chłopak pomachał im jedną ręką, drugą zaś wykonał gest, jakby palił. Zbliżył się niepewnie. Nikt mu nie przeszkadzał. Wszyscy patrzyli, jak mija miejsce, gdzie niedawno rozciągała się zapora pola siłowego. Zatem liczył się zamiar. Ludzie przyglądający się tej scenie wytrzeszczali oczy. Młokos nie powinien jeszcze palić w tym wieku, podobnie zresztą jak oni wszyscy. Po obu stronach barykady był to temat żartów. Za młodzi, żeby palić - ale nie żeby zabijać i ginąć.

David rzucił paczkę chłopakowi, który zaraz wyjął papierosa i podszedł bliżej.

Między nimi rozbłysnął ogień zapalniczki. Po chwili, stojąc w trójkę przed posterunkiem, palili papierosy i patrzyli na koniec odwiecznej wojny.

Sudan

25 maja, 14:17

Casper Brunt pracował dla wielu ludzi, tym razem dla Chińczyków. Stał z boku w ciemnych okularach, które łagodziły nieznośny blask słońca, podczas gdy trzej klienci po odemknięciu wieka skrzyni wyrzucali ze środka wyściółkę i folię bąbelkową, żeby dobrać się do broni. Plastikowe śmieci, porwane przez wiatr, przetoczyły się po bitej drodze i przylgnęły do ogrodzenia z drutu kolczastego, za którym rozciągała się półpustynia.

Ostatnio Chińczycy produkowali tańsze AK-47 niż Rosjanie. Może stal była gorszej jakości, ale kto by się czepiał drobiaz­gów... Niezliczone umowy międzynarodowe zabraniały sprzedaży uzbrojenia terrorystom, watażkom i szwadronom śmierci. W rzeczywistości każdy udawał, że nic się nie dzieje. Bądź co bądź, wojna była dobrym interesem, a dobre interesy napędzały machinę tego świata. Jej tryby musiały się obracać, a naoliwić je można było również krwią.

Jeden z klientów wsunął pełny magazynek do swojej nowiutkiej broni. Skinął ręką na kolegów dżihadystów czekających przy land cruiserach i chwilę później dołączyli do nich jeszcze dwaj, ciągnąc między sobą więźnia. Miał pokiereszowaną twarz i oko spuchnięte tak, że mało co widział. Stawiał chwiejne kroki, jakby z trudem utrzymywał równowagę.

Casper Brunt odwrócił wzrok na zachód. Ludzie lubili się zabijać. Bardzo podobała im się władza nad życiem i śmiercią spoczywająca w ich rękach i nie wahali się, gdy trzeba było za nią płacić.

Gdy już dobije targu, uda się małym jednopłatowcem najpierw na południe, a potem na zachód do kolejnego punktu zapalnego, gdzie miejscowi powstańcy posługiwali się własną ideologią dla usprawiedliwienia stylu życia, który tak bardzo kochali. Stylu życia, który w gruncie rzeczy polegał na dręczeniu, a dręczyciele - alleluja! - uwielbiali dręczyć!

Casper siedział w tym od dawna. Konkurencję miał dużą, ale nikt się nie łamał, kiedy rywal sprzątnął mu sprzed nosa łakomy kąsek. Niekończąca się podaż zaspokajała niekończący się popyt. Kapitalizm w swej najczystszej, najsurowszej postaci.

Powietrze rozdarł odgłos wystrzałów za jego plecami, potem zaś okrzyki gniewu. Casper natychmiast się odwrócił.

Więzień nadal klęczał, raz po raz mrużąc zdrowe oko w promieniach słońca.

Zdenerwowany lider dżihadystów podszedł do Caspera.

- To żart? Ślepaki?

- Ślepaki? Co takiego? Oczywiście, że nie.

Dżihadysta uniósł karabin i strzelił prosto w pierś Caspera. Ten zatoczył się w tył tak gwałtownie, że omal nie spadły mu lustrzane okulary. Ale nie poczuł bólu. Spojrzawszy na swoją jedwabną koszulę, przekonał się, że nie jest zniszczona. Ani jednej dziury, ani plamy krwi. W uszach mu dzwoniło, kiedy zdjął okulary i popatrzył na mężczyznę, który właśnie próbował go zabić.

- Co jest, do cholery?!

Dżihadysta raptownie wyciągnął pistolet i znów strzelił. Casper zobaczył błysk u wylotu lufy, a potem odrzut broni. Dżihadysta gapił się na pistolet z niedowierzaniem, po czym rzucił nim w Caspera. Broń uderzyła o coś niewidzialnego i z głuchym odgłosem spadła w piach.

Tymczasem więzień ociężale stanął na nogach. Dwaj mężczyźni ruszyli naprzód, żeby go obezwładnić, lecz zostali odepchnięci, zanim zdążyli cokolwiek zrobić.

Casper patrzył, jak skatowany człowiek cofa się kilka kroków, potem obraca się i szurając nogami, ucieka piaszczystą drogą.

Oddano za nim salwę z wielu karabinów - nadaremnie. Inny dżihadysta rzucił się na niego uzbrojony w nóż. On też został bezpardonowo odparty; ostrze nawet nie drasnęło więźnia, który wciąż uciekał chwiejnym krokiem.

- Aha... - mruknął Casper. - To pewnie te pola siłowe, nie? - Inaczej być nie mogło. Sporo naczytał się w sieci o tym dziadostwie. W jego działalności handlowej pojawiły się niespodziewane przeszkody, więc zachodził w głowę, która banda ekoterrorystów za to odpowiada. Albo który rząd. Jednocześnie zastanawiał się, z kim się skontaktować, żeby skutecznie obejść problem. Na filmikach widział, jak ludzie strzelają do tego cholerstwa.

Wychodziło na to, że pole siłowe wcale nie jest spełnieniem fantazji zielonych świrusów, którzy chronią zagrożone obszary, parki narodowe, rezerwaty przyrody i różne takie.

Koszula przeszła mu potem, który również skroplił się na jego twarzy i chłodził ciało zgrzane w intensywnych promieniach słońca. Założył z powrotem okulary i podniósł wzrok na niebo, wypatrując drona. Ta dziwna interwencja była zbyt dobrze dopasowana do sytuacji. Ktoś ich obserwował, bębniąc palcami po klawiszach.

Nie zauważył niczego szczególnego. Im dłużej się nad tym zastanawiał, tym bardziej absurdalna wydawała mu się myśl, że ktoś zaszedł jego tropem aż tutaj. Przecież nikogo nie obchodziły jego sprawki - nigdy.

Klient pokrzykiwał na swoich ludzi. Skrzynie z bronią leżały bezpańsko na ziemi, gdy grupa dżihadystów pakowała się do terenówek. Spomiędzy garstki ściśniętych chat, z których składała się prawie wymarła wioszczyna położona na wschód od drogi, wyszła stara kobieta opatulona od stóp do głów, z zasłoniętą twarzą. Gdy samochody ruszyły z rykiem silników i zaczęły zawracać na dwa razy, staruszka uniosła dłoń i wyciągnęła w ich stronę gruby palec. Cokolwiek mówiła, jej słowa ginęły w hałasie buksujących kół i pryskającego żwiru, kiedy auta wjeżdżały na drogę i rwały na północ.

Casper spojrzał na swojego kierowcę Jamela, który w niedbałej pozie opierał się o zacieniony bok land rovera. Skinął nagląco głową.

- Jedziemy! - zakomenderował.

Jamel wyprostował się i wskazał skrzynie.

- Zostawiamy broń - zadecydował Casper, obchodząc auto, żeby usiąść po stronie pasażera. - Żaden z niej pożytek.

Po chwili siedzieli koło siebie w land roverze.

- Dokąd? - zapytał Jamel.

- Na lądowisko.

- Co się stało?

- Oko na niebie, Jamel.

- Czyje oko?

Casper wzruszył ramionami.

- Boga. Archanioła Michała. Zakichanych Marsjan. Czy to ważne? Muszę szukać innego źródła zarobku.

Jamel włączył silnik i założył okulary przeciwsłoneczne.

- I dobrze.

- Wcale nie.

- Właśnie że tak. - Jamel spojrzał z boku na Caspera. - Jesteś zawodowcem, popaprańcu. Szkoda, że nie zabiły cię te kule. - Wrzucił bieg i wyrwali do przodu. - Wracaj do Australii, nie pokazuj się tu więcej.

- Gdy zniknie strach - wypowiedział to, co chodziło mu po głowie - otworzy się zupełnie nowy świat, Jamel. - Rozsiadł się wygodniej w fotelu.

- Jesteś zawodowcem, popaprańcu - powtórzył Jamel, kiwając głową.

- Już widzę, jak ludzie przestają się szanować - rzekł Casper z westchnieniem. - Pytanie tylko, jak się będą wtedy traktować. - Zerknął z ukosa na kierowcę. - Weźmy chociażby ciebie. Tyle masz w sobie nienawiści, tyle złości. Co z tym zrobisz?

Jechali wyboistą drogą. Jamel prowadził za szybko, ale nie było widać innych aut.

- Ja? - Jamel tylko wzruszył ramionami.

- Gdybyś chciał, musiałbym iść pieszo - powiedział Casper. - Nie mógłbym nic na to poradzić.

- Fakt.

- Ale nie zrobiłeś mi tego. Nie udało mi się nic sprzedać. Nie mam gotówki. Puste kieszenie. Na pewno zdajesz sobie z tego sprawę. Pamiętałeś, że mam ci zapłacić drugą połowę należności dopiero po powrocie do bazy.

- Wiem, jak się umawialiśmy - zgodził się Jamel.

- Z zadowoleniem przyjąłeś pieniądze od tego popaprańca. I chyba wciąż nie żałujesz.

- Ten jeden, ostatni raz. Ale potem wyjeżdżasz i nie wracasz.

- A ty wtedy co?

Jamel nagle się uśmiechnął.

- Jak to co, dzwońcu? Impreza!

Los Angeles

25 maja, 11:02

Życie jest trudne, kiedy nic się nie układa. A w byciu wkurzonym najważniejszą rzeczą jest to, żeby wkurzać się zawsze. Na wszystko. Na przykład na ojczulka, który odszedł w siną dal, kiedy Anthony miał siedem lat, a wrócił, kiedy miał lat siedemnaście - żeby po roku znów nawiać. I gdzie on się teraz podziewał? Cholera wie. Pewnie spiknął się z inną babą i powiększał hufiec dzieciaków, które będą dorastać bez ojca. Bo sukinsyn miał zdradę wypisaną na czole i źle patrzyło mu z oczu. Kobiety, które się w nim bujały, musiały być durnymi lafiryndami.

Szkoła - tam też miał przechlapane. Ale co z tego. Nie zawracał sobie tym głowy. Wszystko, czego musiał się nauczyć, dawała mu ulica.

Nie on wymyślił ten plan i nie on był przywódcą, ale wiedział, na czym polega jego zadanie, proste zresztą. Pierwszy wejdzie do środka, spod grubego płaszcza wywali wielkiego gnata kaliber 9 mm i momentalnie wyceluje w Stubbsa, jedynego ochroniarza w banku. Zaraz za nim wpadnie Jim Sticks, podbiegnie do kasjerów i wrzaśnie do wszystkich, żeby kładli się na ziemię. Paulo, następny, podejdzie do Stubbsa i odbierze mu broń.

Mieli workowate płaszcze i maski na twarzach. Samochód zostawili za rogiem; jedynie tam znaleźli miejsce do parkowania.

Od samego początku im nie szło. Anthony wparował do środka, lecz nie mógł namierzyć Stubbsa, więc wziął na muszkę wszystkich, potem zaś, akurat gdy Sticks wleciał z dzikim wrzaskiem (słów nikt nie rozumiał, bo w masce wycięli tylko otwory na nos), z łazienki dla personelu wyłonił się stary Stubbs, wyszarpując pistolet...

Anthony'ego ogłuszyły strzały z dziewięciomilimetrówki, które rozległy się nagle tuż za jego plecami. Stubbs zatrzymał się gwałtownie, spojrzał na siebie i znów popatrzył na napastników. W końcu sięgnął po spluwę i wszyscy zaczęli pruć do siebie. Po pierwszym strzale z powodu odrzutu Anthony musiał poprawić uchwyt. Znajdował się nie dalej niż trzy kroki od Stubbsa, a mimo to spudłował. Sticks strzelał do wszystkich i nie trafiał nikogo. Frontowa szyba rozprysła się na kawałki.

Mimo dzwonienia w uszach Anthony usłyszał syreny.

- Pierdolić to! - zawołał. - Spadamy! Do chuja z tym! Spadamy!

Rzucili się do wyjścia.

Stubbs stał i patrzył. Wystrzelał cały magazynek i za każdym razem chybił, a to nie było w jego stylu. Facet był weteranem wojny w Wietnamie.

- Niech to szlag! - odezwał się, kiedy Anthony dotarł do drzwi, a Sticks i Paulo deptali mu po piętach. - To wy? Sticks, Paulo, Anthony, odbiło wam? Mieszkacie na sąsiedniej ulicy!

- Zamknij ryj! - wrzasnął piskliwie Sticks, popychając Anthony'ego.

Chwilę później byli już na zewnątrz, w jasnym blasku kalifornijskiego słońca. Wozy gliniarzy blokowały drogi ucieczki. Celowano do nich z ciężkiej broni.

Nagle Paulo ryknął śmiechem.

- Patrzcie na mnie! - krzyknął i popędził przed siebie, raz po raz pociągając za spust. W odpowiedzi na to dotarł do niego, niczym fala, huk pocisków. On jednak wciąż biegł, roześmiany. Dał susa między dwa wozy patrolowe. Gliniarze obstąpili go ze wszystkich stron. Wyciągnęli ręce i z łatwością go schwytali.

Anthony zobaczył wystarczająco dużo. Rzucił pistolet i uniósł ręce.

Sticks zaklął i wrócił biegiem do banku.

Anthony słyszał, jak się kłóci ze Stubbsem. Doszły go odgłosy szarpaniny i nagły krzyk Sticksa. Drzwi znów się otworzyły. Sticks wyszedł z banku z ręką wykręconą do tyłu.

Życie jest trudne, kiedy nic się nie układa, lecz Anthony do tego przywykł. Pomagało mu to być wkurzonym. Kiedy policjanci otoczyli go i wciągnęli na rozgrzany chodnik, złorzeczył w duchu wszystkim i wszystkiemu. Aż nagle, gdy poczuł szorstki żar na lewym policzku i skuto go kajdankami, coś w nim pękło. Wreszcie się odprężył.

Ze wzrokiem skierowanym na róg ulicy obserwował, absolutnie bez żadnych emocji, jak laweta z jego autem skręca w główną ulicę tuż za barykadą.

Po chwili zaczął się śmiać.

Rozdział 6

Kto tylko rozumowo i materialistycznie pojmuje wszechświat i otaczającą nas rzeczywistość, ten w pewnym sensie zasłania sobie jedno oko. Wciąż widzi powierzchnię, lecz traci wyczucie głębi.

Samantha August

Victoria, Kolumbia Brytyjska

24 maja, 11:36

Ronnie! Dzwoni twój telefon!

Ronald Carpenter śledził najnowsze doniesienia. Zapoznawał się z jednym nieprawdopodobnym zdarzeniem, potem drugim i tak bez końca. Prezenterzy wiadomości przeżywali ciężkie chwile, co rusz plącząc się w wypowiedziach, choć usprawiedliwiało ich to, że musieli mówić o sprawach, które wydawały się nielogiczne. A jednak poniekąd były spójne.

- Ronnie!

- Idę... - Wyprostował się na skraju wygodnego fotela, a następnie podszedł do stołu w jadalni, na którym zostawił telefon komórkowy. Po drodze zajrzał do kuchni, gdzie Emily zmywała naczynia.

Nie od razu rozpoznał dzwonek, choć na pewno kiedyś go już słyszał. Gdy jednak wziął telefon do ręki i wyświetlił mu się profil osoby dzwoniącej, przypomniał sobie, komu zależało akurat na tym dźwięku.

Z pewnym niedowierzaniem, ale i radością odezwał się do telefonu:

- Sam? To naprawdę...?

- Przepraszam, ale nie - odpowiedział czyjś męski głos. - Mówi Hamish. Mąż.

- Aha, no tak. Po prostu wyświetliło mi się jej nazwisko i...

- Ona używa kilku telefonów - wyjaśnił Hamish. - Posłuchaj, nie mam... Albo inaczej. Możesz do mnie przyjechać? Pamiętasz, gdzie mieszkamy?

- Jasne. - Ronald obejrzał się na telewizor. - Chociaż niezły cyrk się zrobił.

- Wiem.

- Chodzi o Sam? Ludzie gadają...

- E... tak i nie. Ale muszę z kimś porozmawiać, szukam odpowiedzi.

- U mnie? - Skierował wzrok na żonę, która wyszła z kuchni, wycierając ręce o koszulkę. Kiedy działy się dziwne rzeczy, Emily zajmowała się domem. Kiedy coś ją zdenerwowało, zajmowała się domem. Kiedy się nudziła, zajmowała...

- Słuchaj, Ron, ty piszesz twardą fantastykę, co? W każdym razie tak twierdzi Sam. - Po chwili wahania dodał: - Piszesz o takich rzeczach jak to, co się teraz wyrabia na świecie?

- Czegoś takiego nikt by nie wymyślił, uwierz mi na słowo. To niemożliwe.

- Wybacz, ale nie bardzo rozumiem.

Przetarł oczy i wzruszył ramionami w odpowiedzi na nieme pytanie Emily. Ruszyła więc dalej, w stronę schodów, gotowa na podbój następnego pomieszczenia.

- Hamish, te pola siłowe, ktoś je kontroluje. Na pewno jest z tym trochę zabawy, ale da się zrobić. Za to szlaban na przemoc, to bezpardonowe tępienie agresji, która naturalnie występuje w ludziach... To za duża sprawa, rozumiesz?

- Właśnie jakoś nie bardzo.

Spojrzenie Rona znów pobiegło do telewizora. Reporter znajdował się w zrujnowanym Bejrucie. Za jego plecami na ulicy zbierał się tłum. Ramiona wyciągnięte ku niebu, dłonie szeroko otwarte.

- To będzie koniec, Hamish. Koniec cywilizacji. Nie wydaje ci się? Zamkną się kanały, którymi przepływa w nas agresja, chęć rywalizacji... One kształtują naszą rolę w społeczeństwie, w kulturze... Gdy nie będzie ujścia... Jesteś lekarzem, pomyśl o tym.

- Chyba jest jakiś związek.

- Związek... No tak... No tak... - Ronald Carpenter nagle poczuł, że musi usiąść.

- Wiem, że ona żyje - powiedział Hamish. - Dostałem kilka esemesów. Mógłbyś wpaść do mnie, Ron?

- Zaraz będę.

*

Ron i Samantha August znali się ponad dziesięć lat. Po raz pierwszy spotkali się na konwencie w Ottawie. Kanadyjscy pisarze science fiction tworzyli, bądź co bądź, niewielką grupę. Choć były wśród nich prawdziwe perły: Sawyer, Spider Robinson, Watts, Gibson, Samantha August. Należałoby również wspomnieć o Atwood, która odmówiła przyjęcia karty członkowskiej i sekretnego uścisku dłoni. W tym gronie Ronald Carpenter należał do nowicjuszy; ukazały się dwie powieści jego autorstwa, trzecia była w drodze.

Na początku czuł się onieśmielony w towarzystwie Sam. Bystry umysł, cięty dowcip, poważny wyraz przymglonych oczu. A jednak powitała go ciepło, nie omieszkając skomplementować jego debiutanckiej powieści z gatunku militarnej fantastyki. Obecnie, gdy łączyła ich osoba agenta z Nowego Jorku, często spotykali się w kawiarni, żeby pogadać o sprawach literackich i wydawniczych.

Jej zaginięcie wszystkimi wstrząsnęło. Widział na filmie, jak została uprowadzona. Wziął pod lupę najczystsze nagrania i na wybranych klatkach przeanalizował dolną część pojazdu, który wyłonił się z chmur.

Cała ta sprawa wydawała się bardzo podejrzana. W dzisiejszych czasach cyfrowa edycja wideo potrafiła zdziałać cuda. Nie wiedział, co o tym myśleć. Nawet teraz. Sam miała zwariowane poczucie humoru, to fakt, ale nie wyobrażał sobie, żeby była zdolna wykręcić taki numer.

Tymczasem mijały dni i w ciągu tego czasu inne wydarzenia zepchnęły w cień tajemnicę zaginięcia Samanthy. Rzeczy, które dawały mgliste pojęcie o tym, co się naprawdę dzieje. A jednak, o dziwo, nie zauważył związku między nimi a zniknięciem Sam. Patrząc na to z perspektywy czasu, wyzywał się w duchu od idiotów.

Zaparkował na podjeździe przed domem Sam. Hamish, który czekał już na niego przy drzwiach, otworzył je teraz i po krótkim uścisku ręki zaprosił go do środka.

Pod nieobecność żony Hamishowi nie wiodło się najlepiej. Kiedy Ron szedł za nim na zadaszony taras, zobaczył kuchenną wyspę zaśmieconą pudełkami po jedzeniu na wynos i opakowaniami z przesyłek. Gospodarz był nieogolony, ubrany w odzież do prac ogrodowych.

- Przekładam pacjentom wizyty - oznajmił Hamish, kiedy usiadł i skinął na gościa, żeby zrobił to samo. Na tarasowym stoliku znajdowała się butelka glenfiddicha i dwie szklanki. Hamish hojnie nalał whisky do obu. - Trudno mi się skoncentrować. W takim stanie nie pomogę chorym.

- Wspomniałeś o esemesach - rzekł Ron, sięgając po szklankę. - Na pewno od Sam?

- Tak. - Starszy mężczyzna wyprostował się w fotelu i z kieszeni zapinanego swetra wygrzebał mały notes. - Są tu rzeczy, o których tylko my wiemy. Rozumiesz. Ona żyje. - Otworzył notesik i spojrzał na pierwszą stronę.

- No to super, Hamish, kamień z serca. Te filmiki z UFO... Pisać o czymś takim to jedno, ale zupełnie co innego... - Zabrakło mu słów, gdy uświadomił sobie, że nie ma nic więcej do powiedzenia.

Wyciągnąwszy okulary do czytania, Hamish nadal studiował zapiski.

- Pominąłem nasze osobiste sprawy. - Przerwał, by spojrzeć znad szkieł na Rona. - Ona tam jest, nad nami. W statku kosmicznym. Tylko ona i jakaś sztuczna inteligencja.

Ron miał spierzchnięte wargi. Napił się jednosłodowej whisky, trzymając szklankę w drżącej dłoni.

- Podobno było więcej uprowadzeń...

- Bzdurne wymysły i oszustwa - przerwał mu Hamish. - Jest sama. Wybrali ją.

- Wybrali? Jak to?

- Wygląda na to, że cenią artystów.

Ron ściągnął brwi.

- Czego oni od nas chcą? Autografów?

- Myślę - odpowiedział niepewnie Hamish - że chcą mieć kogoś, kto będzie mówił w ich imieniu.

- To na co czekają? Czy ty w ogóle śledzisz to, co się dzieje na świecie? Nie dopuszczają do żadnych przejawów agresji! To jest wszechmoc i nieskończona mądrość. To mógłby nawet być Bóg zamiast obcych, gdyby nie jedna decydująca okoliczność.

Hamish zmarszczył czoło.

- Okoliczność? Jaka?

- Bóg dał ludziom wolną wolę. A ci tam... nie bardzo.

Lekarz odwrócił wzrok, a potem oparł się wygodnie i nieśpiesznie zamknął swój mały notes.

- To straszna sytuacja. Dla niej. Próbuję to sobie wyobrazić, ale to mnie przerasta.

- Nie ciebie jednego - rzekł Ron. - Jesteśmy zdruzgotani tym, co się stało. Z wyjątkiem fundamentalistów i tych, którzy bajdurzą o końcu świata i dniu Sądu Ostatecznego. - Napił się whisky i ciężko westchnął. - Ale patrz na rządy. Mają związane ręce. Są bezradne. A tymczasem obozy dla uchodźców pękają w szwach. Niektórzy ostrzegają przed głodem, ludzie będą chorować... Wszystko to przed nami. A do tego na ulice spontanicznie wychodzą tłumy. - Pochylił się w przód. - Możesz odpisać jej na esemesa, Hamish? Jeśli ma mówić w ich imieniu, lepiej niech się pośpieszy.

- Nie, nie mogę. Przynajmniej tak mi się wydaje. Próbuję, ale ona nie odnosi się do tego, co piszę. Najczęściej są to... sprawy osobiste.

- Przetrzymują ją wbrew woli?

- Twierdzi, że nie. I mówi, że to wszystko dzieje się według jakiegoś planu. Podobno robili to już na innych planetach. To dopiero początek.

- Na pewno kontaktowali się z nami oficjalnie - wyraził przypuszczenie Ron. - A wszystkie te rządowe oświadczenia są tylko zasłoną dymną.

- Wydaje mi się, że nie rozmawiała jeszcze z żadnym rządem - rzekł Hamish.

Ron, zamyślony, usiłował znaleźć w tym sens. Dłuższą chwilę wpatrywał się w Hamisha, nim zapytał:

- Powinienem coś zrobić z tą wiedzą? O to mnie właśnie prosisz? Bo jeśli tak, to wątpię, by ktokolwiek mnie wysłuchał. Poza tym w sieci wrze. Przeciążone są nawet duże serwery.

- Moim zdaniem należy jej pomóc - powiedział Hamish.

- Co chcesz przez to powiedzieć?

- No... przygotować grunt. - Zdjął okulary do czytania i przetarł oczy. - Rozsądni ludzie dochodzą do słusznych wniosków... To znaczy, ludzie dyskutują o praktycznie niezaprzeczalnym fakcie, że jakaś obca rasa wywiera wpływ na nasze życie.

Ronald pokiwał głową i po chwili parsknął.

- No i to byłoby na tyle, jeśli chodzi o Pierwszą Dyrektywę. - Widząc zdziwienie Hamisha, wyjaśnił: - Star Trek. Obowiązująca w Federacji zasada nieingerowania w życie innych cywilizacji. Co prawda nie powstrzymała Kirka przed... Zresztą mniejsza z tym, takie tam dyrdymały. Ale masz rację. Dyskutuje się o tym.

Hamish czekał.

- Przygotować grunt... - zastanawiał się Ron. - Mogą być z tym kłopoty. Zanosi się na to, że lada chwila dziennikarze z serwisów informacyjnych będą wlec do studia każdego pisarza fantastyki, który nie wymięka przed kamerą. Będą ciągnąć ich za język, zachęcać do spekulacji. To się stanie, niech tylko opadnie ta histeria. Wydaje mi się, że zależy ci na jakimś wspólnym oświadczeniu. Marne szanse.

- A gdybyś im powiedział o Sam?

- Okej, jest szanowaną pisarką. I prowadzi vloga. Choć czasem ten vlog jest jak wielka tarcza strzelnicza wymalowana na jej plecach. Samantha zawsze szła na całość. - Pochylił się w przód. - Tak, to może być to.

- Przepraszam, co?

- Wybrali ją, pominęli innych. Jest rozpoznawalna nie tylko w kręgach maniaków fantastyki. Jak Stephen King albo Martin. W porządku, może to nie ten kaliber, ale dużo jej nie brakuje.

Hamish przyglądał mu się chłodno.

- Nie wyobrażam sobie ani Kinga, ani Martina w roli rzecznika obcych w czasie pierwszego kontaktu.

Po chwili Ron prychnął.

- Fakt, nie będę się kłócił. Tak czy owak, wybrali właśnie ją. To mógł być inny pisarz fantastyki, ale nie był. Zdecydowali się na nią, bo jest rozpoznawalna i, jak już powiedziałem, szanowana w branży. Pytanie, czy nie zabiorą na pokład innych pisarzy. Raczej nie, przynajmniej na razie. Problem w tym, że za mało wiemy. Widzimy, co się dzieje, ale nie znamy ich zamiarów. Nie wiemy aż tyle, żeby mieć pewność, że nie będzie to, hm, zdrada, jeśli wesprzemy ich działania i przyłożymy rękę do tego, co ma jeszcze nadejść. Jeśli oswoimy z tym ludzi.

Hamish przewiercał go twardym spojrzeniem.

- Zdrada? Posłuchaj, co ja o tym myślę. To nadchodzi. W zasadzie już nadeszło i nikt na świecie nie ma pojęcia, jak to się dalej potoczy. Nie powstrzymamy tego bez względu na to, czy ludzie będą oswojeni, czy nie, bo na sto procent obcy nie zamierzają pytać, czego chcemy lub potrzebujemy.

Gdy już powiedział, co miał do powiedzenia, znów rozsiadł się wygodnie. Spojrzał z pochmurną miną na notes, otworzył go i przerzucił kilka stron. Po założeniu okularów oznajmił:

- Wobec tego... oto co napisała. "Żadni faceci w czerni nie negocjują z kosmitami. Na Ziemi nikt nad niczym nie panuje i z tym się wiąże największe zagrożenie. Na szczytach władzy wybuchnie panika". - Oderwał wzrok od notatek. - Sporo nad tym myślałem, Ronald. Ja też się interesuję wydarzeniami na świecie. Pamiętam, jak kilka lat temu siły porządkowe brutalnie tłumiły protesty antyglobalistów. Uważały ich, nie bez podstaw, za główne zagrożenie dla istniejących struktur władzy. Nie mog­ły się z nimi dogadać, więc postanowiły ich zniszczyć. A potem każdy widział, co się działo w Stanach podczas dwóch ostatnich wyborów prezydenckich.

Ron długo przyglądał się Hamishowi, aż wreszcie westchnął głęboko.

- Ona ma rację, Hamish. Mniejsza z tym, że obcy chcą nam coś zrobić. Ludzie u władzy srają w gacie ze strachu. Sytuacja wymyka się spod kontroli i nie bardzo wiadomo, który rząd skorumpować, za jakie sznurki pociągnąć i których sędziów przeciągnąć na swoją stronę.

- A jednak przemoc została powstrzymana - rzekł Hamish.

- Zastosowano dość szeroką definicję przemocy - dodał Ron. - Wydobycie gazu i ropy metodą szczelinowania zostało zablokowane, dotyczy to również złóż w Albercie. W ogóle wszystkich działań niszczących środowisko: rabunkowej wycinki drzew, kłusownictwa, górnictwa i całej reszty.

- Jak myślisz, co teraz zrobi władza?

- Trudno powiedzieć. Akcje spółek lecą na pysk...

- Nie o tym mówię - przerwał mu Hamish. - Ona pisze: "Uważajcie, bo ruszy machina propagandy. Jeden procent ma w swoich rękach media i kontroluje przepływ informacji. Spodziewajcie się ataków".

- Hm, nakręcanie spirali strachu. To się dzieje już teraz, wielkie media nie muszą się specjalnie wysilać.

- Trzeba przeciwdziałać - oświadczył Hamish. - Gdyby głos rozsądku...

Ronald zaśmiał się gorzko.

- Ja zdania nie zmieniam. Nie mamy punktu oparcia.

- W jakim sensie?

- Dobra, Hamish, przemyślmy to krok po kroku. Sam zostaje uprowadzona w miejscu publicznym, na oczach wielu świadków. I tu się z tobą zgadzam, zapaliła się gigantyczna czerwona lampka alarmowa. Czy UFO było widoczne na radarach? Nie spotkałem się z żadnym oficjalnym oświadczeniem, które by to potwierdzało. A ty?

- To samo - odparł Hamish. - Nic, cisza. A policja... Śledztwo w toku i tyle.

- I nikt nie zadaje niewygodnych pytań. Przynajmniej publicznie. Choć przypuszczam, że nasza armia została postawiona na nogi. A zatem mamy uprowadzenie i brak innych form komunikacji, o których byśmy coś wiedzieli.

- Żadnych nie było, jeśli wierzyć Sam.

Ron rozważał coś przez chwilę z whisky w dłoni. Wpatrzony w bursztynowy płyn, powoli kołysał szklanką. W końcu pokiwał głową i podniósł wzrok.

- No dobrze, uprowadzenie. I następny ruch: wielkie obszary lądów i mórz nagle stają się niedostępne dla ludzi, a głównym kryterium wyboru jest potrzeba ochrony i odbudowy zagrożonych ekosystemów. Ludzie dostają po dupie w zasadzie przy okazji. - Zawahał się. - A może i nie. Może wszystko jest ze sobą powiązane.

- Oczywiście że tak - powiedział Hamish, lekko poirytowany. - Kto zagraża ekosystemom? My!

- Dostaliśmy po łapach.

- Zresztą bądźmy szczerzy - ciągnął swój wywód Hamish - odpowiedzialność za stan ekosystemów została z nas zdjęta. - Wpatrywał się w Rona niebieskimi oczami. - Chyba należy założyć, że jesteśmy monitorowani. I to od dawna. I że kosmici zdecydowali się działać na podstawie zebranych informacji...

- ...i wyciągniętych wniosków - dokończył Ron, kiwając głową. Przeniknął go lekki dreszcz. Cóż to mogło być? Podekscytowanie?

- Ich wstępna operacja, wytworzenie pól siłowych, wynika z tego, że nie pokładają w nas żadnej nadziei. Oraz tego - dodał zaraz - że priorytetem jest dla nich planeta, a nie ludzkość.

Hamish wskazał Ronalda energicznym ruchem palca, jakby przybijał pinezką tę myśl, a potem nabazgrał coś w notesie.

- Otóż to, Ronald. No a później?

- Później? Zabiorą nam broń. Pozbawią nas noży, pięści...

- Nasz arsenał jądrowy, czołgi, myśliwce, pociski samosterujące, drony, wszystko stanie się bezużyteczne.

- Przypuszczalnie - zaznaczył Ronald. - Władze nie mówią o tym otwarcie. Ale chyba nie ma się co dziwić, nie?

- Co będzie - zapytał Hamish, nie przerywając pisania - kiedy nie będziemy mogli upilnować granic? Co będzie, kiedy nie zdołamy powstrzymać ludzi przed, no, przemieszczaniem się z miejsca na miejsce?

- Segregacja osiedli w Jerozolimie leży na łopatkach - rzekł Ron. - Nikogo nie można zatrzymać, a jednocześnie nikt nikogo nie skrzywdzi. Wybuchały kłótnie, było pełno krzyku, wyzwisk i potrząsania pięściami. Ale wrzaski ucichły, bo nie wywoływały bijatyki, prowadziły donikąd. Cały trud szedł na marne. Gdy tłum rusza na szeregi żołnierzy, nie dochodzi do żadnych rękoczynów.

- Zasady są dość skomplikowane - stwierdził Hamish.

- Też tak sądzę. A więc żadna przemoc nie wchodzi już w grę. Na całym świecie przedstawiciele wszystkich zwalczających się ideologii będą teraz pytać: Co robimy? Jak mamy wygrać bitwę, jeśli nie wolno nam ze sobą walczyć?

- Jest jeden wyjątek od reguły niestosowania przemocy - oznajmił Hamish.

Ronald uniósł brwi.

- Naprawdę?

Hamish raz jeszcze zdjął okulary.

- Samobójstwo - wyjaśnił.

- Co? Mówisz serio? Nie mylisz się?

- Nie zapominaj, że jestem lekarzem. Podzwoniłem po kolegach. Wszystko się zgadza. Dał mi do myślenia pewien pilot bombowca, który wczoraj w Lahore popełnił samobójstwo. Przebywał w zatłoczonym meczecie, lecz w wyniku wybuchu tylko on stracił życie. Nawet dźwięk nie wydostał się poza pole siłowe, które powstało wokół tego człowieka. Widać było rozbłysk, a potem jedynie kawałki ciała, kości i włosów. Czyli można stosować przemoc, ale wobec siebie.

- Przegapiłem tę wiadomość - powiedział Ronald.

- Zadzwoniłem do paru znajomych, którzy pracują w zespołach ratowniczych. Samobójstwa wciąż się zdarzają. Wygląda na to, że dozwolona jest przemoc wobec siebie.

- Ale nie wszystkie próby samobójcze są świadome, prawda?

Hamish lekko wzruszył ramionami z kamiennym wyrazem twarzy.

- W ciągu ostatnich siedemdziesięciu dwóch godzin nie było żadnej udanej interwencji ratowników. Ani tutaj, ani w Vancouver, ani w Calgary. Zgodnie z tym, czego się dowiedziałem.

- A przypadki niechcącego przedawkowania?

- Za wcześnie, żeby cokolwiek ustalić. Dostępne informacje niczego nie rozstrzygają. Miała miejsce jedna interwencja medyczna u pacjenta, który żałował zaraz po przedawkowaniu. Nic mu nie przeszkodziło i nic nim nie kierowało. Wczoraj w nocy w szpitalu ogólnym w Vancouver.

Ron potarł dłonią policzek. Nic nie jadł przed wyjściem i teraz wypita whisky dawała znać o sobie.

- Zobacz, jak to się wszystko rozwija. Porwanie, pola siłowe, zero przemocy. Zostaliśmy... wykastrowani. Gdyby teraz wylądowali i przejęli sprawy w swoje ręce, moglibyśmy tylko stawić im bierny opór. Jednomyślnie odmówić współpracy.

- Miejmy nadzieję, że kosmici są takimi samymi pacyfistami, jakich chcieliby zrobić z nas - powiedział Hamish.

- Jakoś nie chce mi się w to wierzyć. Pola siłowe wygoniły ludzi. Może nikt nie ucierpiał fizycznie, ale co ze zranioną psychiką?

- Metoda kija i marchewki - rzekł Hamish z jeszcze bardziej ponurą miną.

- Szlaban na przemoc to gorzka marchewka.

- Nie słodzą nam.

Ron chrząknął.

- A więc kijem są pola siłowe, wątpliwą zaś marchewką wybawienie nas od przemocy. Logika podpowiada, że pora na następny kij.

- Słuchaj, Ronald, łatwo można odwrócić te znaczenia. Marchewką jest ratowanie środowiska naturalnego i zachowanie różnorodności gatunkowej, kijem zaś to, że człowiek będzie mógł wyładować złość tylko na sobie. Ale to nie jest absolutna reguła. Bo chociaż nie można już masowo odławiać ryb w morzu, ubojnie ciągle dostarczają mięsa zwierząt domowych. Rolnictwo ma się dobrze, mimo że czasem powoduje znaczne szkody, zwłaszcza w przypadku zbiorów mechanicznych. Możemy chyba założyć, że mordercze instynkty człowieka zostały okiełznane w sposób selektywny. Zakaz nie jest bezwzględny.

- Trochę to dziwne. Ale zgadzam się z tobą, że metaforę o kiju i marchewce można rozumieć dwojako. A zatem impas: nie przewidzimy tego, co się teraz stanie.

Hamish wzruszył ramionami.

- Jeśli kij, to co nim będzie? Co jeszcze mogą nam zrobić?

- Okupacja. Desant. Wojska. Zresztą co ja gadam. Nie potrzebują żadnych wojsk. Chyba że zamierzają przymusić nas do czegoś albo nawet przylecieć transportowcami... Cholera, Hamish! Widzisz, jak na nas działa kiepska fantastyka? To też nie ma sensu. - Uniósł ręce. - Poddaję się, nie wiem.

- A gdyby mieli dać nam marchewkę?

- Boże, od czego zacząć?

- Lepiej powiedz, Ronald, od czego ty byś zaczął.

- Żywność dla głodujących, więcej wody pitnej, lepsze warunki sanitarne, lekarstwa. Dach nad głową.

- Wszystko to moglibyśmy zrobić sami, gdyby nie brak dobrej woli.

Ronald długo patrzył na niego, aż wreszcie pokiwał głową.

- No tak, rozumiem. Kij czy marchewka? Nie wiemy i na razie się tego nie dowiemy. Bo teraz piłka jest po naszej stronie.

- A jak dzisiejsi możnowładcy wspierają dobroczynne inicjatywy? - zapytał retorycznie Hamish. - Czy jeden procent lekką ręką dzieli się swoim bogactwem? Samantha ostrzega nas przed propagandą, przed powstaniem koalicji zwalczającej to, co się dzieje na świecie. Czy nie należałoby zakładać, że miliarderzy z pełną świadomością poświęcą życie paru milionów głodujących biedaków, żeby nastawić opinię publiczną wrogo do interwencji obcych?

Ron wzdrygnął się i przylgnął plecami do oparcia fotela.

- Jesteś pesymistą, Hamish.

- Posłuchaj, przepracowałem trzydzieści sześć lat w zawodzie lekarza i wiem, jak głęboko siedzimy w kieszeni wielkich koncernów farmaceutycznych. Nie muszę się za bardzo wysilać, żeby wyobrazić sobie najgorszy scenariusz. Ludzie stają się narzędziami. Ich życie się nie liczy. Podstawową funkcją maszyny jest pobieranie pokarmu. Znasz najnowsze statystyki? Sześćdziesiąt cztery osoby posiadają połowę wszystkich bogactw.

- Jeśli kosmici oczekują, że zaopiekujemy się bezdomnymi uchodźcami, to srodze się zawiodą. A więc dostaniemy kijem.

- Niekoniecznie. Skoro nas monitorują, na pewno wiedzą, czego się spodziewać. Pytanie tylko, czy będą przejmować się losem tych, którzy zginą, bo dopóki ci ludzie żyją, na świecie rośnie sprzeciw wobec ich obecności.

- Czyli będą patrzeć z założonymi rękami, jak powiększa się nasz bagaż win. Byliby z nich... zimne dranie.

- A my jesteśmy lepsi, skoro świadomie zbijamy kapitał na ludzkim cierpieniu?

- Nie pakuj mnie do tej samej szuflady! Ilu masz pisarzy wśród tych sześćdziesięciu czterech multimilionerów?

Hamish ponownie wzruszył ramionami, lecz nic nie powiedział.

- Masz kawę? - zapytał po dłuższej chwili Ronald. - Nie powinienem prowadzić w takim stanie.

- Jasne. Jeśli chcesz, zadzwonię po taksówkę.

- Super. W porządku, Hamish, przekonałeś mnie. Pogadam ze swoimi kolegami po fachu, z kim się da. Roześlę wici. Gwarancji żadnej nie ma, ale jedna rzecz działa na naszą korzyść: ci pisarze to w większości cholerne bystrzaki. Na pewno przemyśleli wszystko w najdrobniejszych szczegółach, o wiele lepiej niż my tu dzisiaj.

- Dobrze. Świat ich potrzebuje, i to bardzo.

Rozdział 7

Kto pisze fikcję, ten wie, że realizacja własnych pragnień to stąpanie po grząskim gruncie. Umieszczenie siebie w powieści na pewno daje frajdę, lecz w uczciwej historii tuż obok znajduje się piekło.

Samantha August

Uprałeś mi ubranie.

- Owszem, organiczne zanieczyszczenia zostały usunięte, kiedy spałaś.

Sam usiadła na łóżku.

- Podejrzanie łatwo mi się tu zasypia - stwierdziła. - Musisz mnie czymś odurzać. Rozpylasz coś w powietrzu? A może dodajesz czegoś do jedzenia? Przyznaj się, Adamie.

Po drugiej stronie pomieszczenia ponownie stało krzesło, a za nim stolik, na którym po chwili pojawił się posiłek. Był imbryk z kawą, biała filiżanka na spodku, łyżeczka, cukierniczka i dzbanuszek ze śmietaną. Ponadto paczka papierosów i zapalniczka.

Adam chwilowo nie odpowiadał. Ona w tym czasie wstała i podeszła nago do stolika.

- Zbliżasz się do wieku, w którym dochodzi do naruszenia homeostatycznej równowagi w organizmie...

- Naprawdę? - wpadła mu w słowo. Usiadłszy, nalała sobie kawy. - Nie zauważyłam.

- Przypuszczam, że to sarkazm.

Zapaliła papierosa, po czym sięgnęła po filiżankę i zaczęła drobnymi łyczkami pić kawę, przyglądając się obrazowi Ziemi na ścianie z prawej strony.

- A więc - podjął wreszcie Adam - wprowadziłem do twojego organizmu wyspecjalizowany nanokonglomerat. Wszystkie podstawowe funkcje hormonalne zostały zoptymalizowane, narządy praktycznie wróciły do zdrowia, działa ogólnoustrojowy mechanizm zachowania długości telomerów.

Sam wolnym ruchem odstawiła filiżankę. Już jej nie interesował niebiesko-biało-brązowy glob na ekranie.

- Wykrywam u ciebie przyśpieszone tętno i towarzyszący temu wzrost ciśnienia krwi.

- Powinieneś był najpierw zapytać. - Strzepnęła popiół i zaciągnęła się głęboko. Z jej ust wydostała się chmura dymu. - Narządy wróciły do zdrowia, tak twierdzisz. To dlatego nie kaszlę w tej chwili ani nie czuję mdłości?

- Zgadza się. Na szczęście lotne składniki dymu, wolne rodniki, trujące gazy oraz minerały są paliwem dla konglomeratu. Podobnie zresztą jak plomby w zębach, aczkolwiek uzupełnienie szkliwa jest czasochłonnym procesem, więc nie stanie się to od razu.

- Naprawdę? W takim razie powiedz temu swojemu konglomeratowi, żeby zostawił w spokoju nikotynę i kofeinę. Inaczej nie będę radosna jak ptaszek.

- Zadbałem już o to, zwłaszcza że nikotyna skutecznie poprawia funkcje poznawcze, a to może nam się przydać.

- Powiedz, Adamie, nafaszerowałeś tym tylko mnie?

- Na razie tak. Na planecie nie doszliśmy jeszcze do tego etapu.

- A kiedyś dojdziecie?

- Protokół interwencyjny podzielony został na etapy, choć szczegóły podlegają nieustannym korektom. W tej chwili nasze kontakty są w bardzo wczesnej fazie rozwoju. Niemniej musisz być całkowicie zdrowa, skoro masz pośredniczyć w rozmowach między nami a ludźmi.

- Ty naprawdę nazywasz "kontaktami" to, co robicie na Ziemi? Przeganiacie nas jak kukły z miejsca na miejsce.

- Mam podgrzać kawę w filiżance?

- Nie.

- Zamierzam wyczerpująco odpowiedzieć na twoje zastrzeżenia.

- No, nareszcie! - Wstała. - W porządku, mój drogi, podgrzej kawę, a ja tymczasem się ubiorę. Aha, nie pogardzę grzanką. Lekko posmarowaną masłem. Niech będzie chleb robiony na zakwasie. Tylko daj cienką kromkę, a nie zakichaną pajdę grubą na dwa palce, przy której szczęka wypada mi z zawiasów.

- Twoje stawy żuchwowe już nigdy nie ulegną zwichnięciu.

Podeszła do ubrania starannie złożonego na półce, która sterczała ze ściany przy łóżku.

- O, fajnie. Czyli mogę założyć, że nie potrzebuję już okularów do czytania? - Zaczęła się ubierać.

- Dokonałem korekcji układu optycznego oka poprzez zmianę ciśnienia śródgałkowego i przywrócenie elastyczności mięśniom ściskającym soczewki.

- Dobra, kapuję. Naprawiłeś mi wzrok, ale zapomniałeś dołożyć lasery i wewnętrzny system naprowadzania.

- A może życzysz sobie, Samantho, obcisłego kolorowego kostiumu i pelerynki?

- No proszę! Sztuczna inteligencja z poczuciem humoru! - Wróciła do stołu, na którym teraz czekało na nią śniadanie.

Adam rozpoczął swój wywód:

- Relację między ludzkością a innymi gatunkami na planecie też można nazwać kontaktem. Kontrola i regulacja populacji zwierząt domowych, drobiu i niezliczonych roślin to nieuczciwa transakcja polegająca na tym, że wasz gatunek zaspokaja własne potrzeby kosztem potrzeb pozostałych istot żywych. Jej skutków doświadczają na sobie prawie wszystkie organizmy na planecie: zwierzęta, na które polujecie, szkodniki, które tępicie, chwasty, które trujecie, bakterie, które zwalczacie.

- To, o czym wspomniałeś, służy nam do tego, żebyśmy mogli przeżyć z dnia na dzień - odparła Samantha. - Zdobyć to, co konieczne do przetrwania, i zorganizować infrastrukturę niezbędną do zarządzania. Nie da się tego obejść.

- Do pewnego stopnia zgadzam się z tobą. Ale co z waszą troską o inne organizmy, zwłaszcza w kwestii cierpień, których im przysparzacie?

- Zaczekaj - powiedziała, rozgryzając kawałek grzanki. - Chcesz powiedzieć, że cywilizacje w kosmosie nie mają tych samych podstawowych potrzeb życiowych?

- Tego nie twierdzę. Jednak skuteczna ekspansja większości gatunków z natury drapieżnych automatycznie pociąga za sobą gruntowną zmianę modelu działania. Wynika to oczywiście z końca niedoborów, ponieważ technologia umożliwiająca międzygwiezdne podróże idzie w parze z technologiami produkcji na poziomie cząsteczkowym i atomowym. Tak czy inaczej - dodał, nim zdążyła wtrącić słowo - kompleksowa zmiana sposobu myślenia jest niewątpliwie największym wydarzeniem w ewolucji umysłu.

- Większość gatunków drapieżnych? Nie wszystkie?

- Niestety, istnieją różne formy drapieżności, aczkolwiek ten temat, choć istotny, musi chwilę poczekać, aż wydarzą się pewne nieuchronne rzeczy. Powróćmy do mojego pytania i sytuacji na Ziemi. Dlaczego nie troszczycie się o inne rodzime formy życia? Dlaczego jesteście nieczuli na ich cierpienia?

- Rzeczywiście - przyznała z westchnieniem Samantha - rolnictwo ma sporo do nadrobienia w kwestiach humanitarnych. Ale na pewno widzisz, że trend ulega zmianie.

- Tylko dlaczego tak wolno? Skoro gołym okiem widać, że inne gatunki są dręczone, dlaczego nie nastąpiły jeszcze całościowe zmiany?

- Ponieważ w biznesie liczy się produktywność.

- A produktywność w tym kontekście to coś więcej niż stały i niezakłócony dopływ artykułów pierwszej potrzeby, prawda? Produktywność w takim razie też wymaga rewolucji w myśleniu. Sprowadzając udomowione formy życia do roli towarów konsumpcyjnych o wartości określonej na podstawie wagi, jakości, odmiany i tak dalej, pomija się milczeniem kwestię zadawania im bólu. A odczuwają go nie tylko gatunki udomowione, ale również te dzikie na skutek, dajmy na to, oczyszczania terenów, melioracji gruntów, wyrębu drzew w lasach.

- Taki już jest kapitalizm. - Wzruszyła ramionami. - Ekonomia to przejście od ogółów do konkretów w celu wycenienia rzeczy niebędących naszą własnością, choć udajemy, że są. Ziemia, woda, zwierzęta, rośliny, inni ludzie, praca, pasje, zamiłowania, potrzeby, zachcianki... - Sięgnęła po drugą grzankę, której przyglądała się przez chwilę. - Każda społeczność osiąga etap, na którym musi wszystko podzielić na kategorie, żeby nie pogubić się w zawiłościach cywilizacji. Założę się, że wasze trzy gatunki zrobiły dokładnie to samo.

- Rozmawiamy o kontakcie, zapomniałaś?

- A więc dążycie do takich samych naciąganych relacji z nami, jakie my mamy z krowami, owcami i świniami. Biorąc pod uwagę to, co zrobiliście na Ziemi, takie porównanie wydaje mi się trafne. Niepokoi mnie tylko, no wiesz, że my zabijamy i zjadamy krowy, owce i świnie.

- Starając się nie przejmować ich męczarniami.

- Co nie oznacza, że jesteście lepsi od nas. - Upuściła kawałek grzanki na delikatny talerzyk. - Nadal się waham, czy mówić w waszym imieniu.

- Wiem. Najwyraźniej nie udzieliłem ci wyczerpujących informacji na temat charakteru naszej interwencji.

- Powiedzmy, że jesteś nieśmiały, a ja muszę bardziej się postarać.

- U podłoża interwencji leżą pewne filozoficzne założenia - ciągnął Adam. - Skoro ludzie potrafią współczuć, dlaczego tak łatwo zwycięża rachunek ekonomiczny? Zresztą zadam konkretne pytanie: Jakie konsekwencje, w sensie duchowym, dotykają rasę i cywilizację, która staje się wybiórcza w okazywaniu współczucia?

- W sensie duchowym?

- Niech będzie, że psychologicznym.

- Hm, moim zdaniem skutek jest taki, że przyzwyczajamy się do tego, by tłumić w sobie współczucie, by okazywać je selektywnie. Ale nie robi tego ogół, lecz poszczególne jednostki w obrębie struktury zdefiniowanej przez kulturowe nakazy i zakazy.

- Są więc wegetarianie i ich etyczne obiekcje wobec jedzenia mięsa.

Samantha parsknęła wzgardliwie.

- No wiesz, jeśli wegetarianka mówi, że nie je mięsa, bo jej nie smakuje, to w pełni ją rozumiem. Każdy inaczej odczuwa smak i ma do tego niezbywalne prawo. Ale cała ta etyczna otoczka działa mi na nerwy. Bez porównania więcej dzikich zwierząt ginie z winy rolników niż z powodu myślistwa czy uboju w rzeźniach. Tu i tam giną zwierzęta, lecz można powiedzieć, że ten pierwszy przypadek zasługuje na większe potępienie, bo giną nadaremnie: nawet ich nie zjadamy. W tej sytuacji wytykanie innym okrucieństwa jest dość obłudną argumentacją.

- Nieludzkich praktyk dzisiejszych hodowców zwierząt nie bierzesz pod uwagę?

- I znowu wracamy do selektywnego współczucia - powiedziała Samantha. - Potępiasz ubojnie i fermy przemysłowe, a przymykasz oko na pastę z soi, która rosła na polach, gdzie wycięto olbrzymi kawałek brazylijskich lasów deszczowych.

- Rozumiem - rzekł Adam. - Podejmiemy raz jeszcze temat "kontaktu"?

- Proszę bardzo. - Przełknęła trochę kawy. Nadal gorącej, co stwierdziła z niedowierzaniem. - Choć chcę ci powiedzieć, iż przez to, że dałeś mi bez pytania ten cały, jak go tam nazywasz, nanokonglomerat, czuję się teraz jak tucznik nafaszerowany hormonami i antybiotykami.

- Jakoś nie przypominam sobie przypadku, żeby człowiek pytał zwierzę o zgodę.

- I ty się dziwisz, że nie palę się do tej funkcji rzecznika?

- Bynajmniej. Mogłoby się wydawać, że gruntowne zmiany światopoglądowe zachodzą błyskawicznie i z wielkim impetem, lecz w rzeczywistości są efektem stopniowej, acz nieodwracalnej ewolucji fundamentalnych koncepcji filozoficznych.

- A ten nanokonglomerat? Co jeszcze potrafi? Wspomniałeś o telomerach. Czyżbym przestała się starzeć?

- Pod wieloma względami, w odniesieniu do pracy różnych narządów wewnętrznych, proces starzenia się został odwrócony, aby organizm funkcjonował wydajniej. Jesteś w takim wieku, że należało dokonać naprawy DNA oraz, że się tak wyrażę, zresetować zegar.

- Nie możecie nam dać nieśmiertelności, Adamie. A nawet jeśli tak, to nie ważcie się tego robić.

- To prawda, moglibyśmy wam dać coś na podobieństwo nieśmiertelności, niedoskonałej z powodu ulegających zniszczeniu biologicznych ciał. Oczywiście, nie mamy takiego zamiaru. Mimo to, jeśli faktycznie przystąpimy do aplikacji nanokonglomeratów na masową skalę...

Samantha grzmotnęła pięścią w stół.

- Rozpieprzycie ziemski biom, Adamie! Nie rozumiesz tego? Rozdacie je tylko ludziom? A co z innymi formami życia? Co z wielorybami, nietoperzami, psami i złotymi rybkami? A mrówki ogniste? Termity? Pasożyty wywołujące malarię? Czym jest, do cholery, ten wasz nanokonglomerat? Co będzie, jeśli przedostanie się do środowiska? A stanie się tak na bank!

Adam odezwał się po dłuższej chwili milczenia:

- Zatem zdajecie sobie sprawę z zasad funkcjonowania w ściśle zdefiniowanym biomie, obecnie ograniczonym do jednej planety zwanej przez was Ziemią. Potwierdzasz nasze przypuszczenia. Na przykład pomimo nikczemnych wysiłków przemysłu farmaceutycznego skuteczne lekarstwa i środki zaradcze przeciwko dosłownie wszystkim chorobom nękającym organizmy żywe na Ziemi są łatwo dostępne w waszym planetarnym biomie. I nie jest to, oczywiście, przypadek.

Nagła zmiana tematu na chwilę zbiła z tropu Samanthę.

- Mój mąż wspominał o tym wielokrotnie - powiedziała ze zmarszczonym czołem - ale nawet człowiek zawodowo związany z medycyną nie ma żadnej pewności, tylko podejrzenia. Odrzucanie naturalnych lekarstw? Nietrudno zgadnąć, dlaczego tak się dzieje. Jeśli coś nie jest podróbką, nie opatentujesz tego, a bez widoków na patent nie warto wykładać milionów na badania. Kiedy zostaje odkryty naturalny lek, przemysł dwoi się i troi, żeby odtworzyć w laboratorium substancję leczniczą lub przynajmniej wyprodukować zamiennik.

- Skutki tych niecnych praktyk nie są aż takie straszne. Istnieją poważniejsze zagrożenia. Pozwolisz na małą dygresję?

- Jasne, mów. Mam w głowie taki mętlik, że większy chyba już być nie może.

- Miej świadomość, Samantho, że podobnie jak w przypadku każdego niezależnego, samowystarczalnego organizmu jesteście wystawieni na dwa rodzaje niebezpieczeństw. Jedno z nich ma swoje źródło na zewnątrz. Mam na myśli przestrzeń między planetami i gwiazdami. Życie pojawiło się na Ziemi blisko cztery miliardy lat temu. Kometarne kryształki lodu i cząsteczki pyłu są w istocie zasiedlone przez prymitywne formy życia, przeważnie bakterie, algi, wirusy i retrowirusy. Wszystko wskazuje na to, że jest to najpowszechniejszy sposób rozprzestrzeniania się życia w galaktyce, a może i we wszechświecie. Wbrew waszym ustaleniom otchłań nie jest pusta i martwa. Przez to planeta zmaga się bezustannie z obcymi infekcjami, jednakże zdrowy biom posiada silny układ odpornościowy i wysoką zdolność adaptacyjną do odpierania ataków wirusowych z zewnątrz.

- Jasny gwint...

- Występują również zagrożenia wewnętrzne, które nasilają się, kiedy biom choruje z powodu nadmiaru związków toksycznych. Z pewnością wiesz, do czego zmierzam. Im bardziej chora jest wasza planeta, tym większym niebezpieczeństwem są dla niej zarazki z kosmosu.

- Tak naprawdę żyjemy pod kloszem - stwierdziła Samantha. - Mimo to jest wiele świadectw na to, że wraz z deszczem spadają obce organizmy, choć naukowe gremia wolą milczeć na ten temat.

- Wiesz dlaczego?

- Domyślam się. - Po chwili namysłu dodała: - Okej, tak to widzę: wygodnie nam myśleć, że poza atmosferą ziemską panują warunki niesprzyjające życiu, wrogie i zabójcze, więc jest tam absolutna pustka. Dzięki temu czujemy się jak w przytulnym kokonie.

- Też tak sądzę. A teraz ponownie rozważ naturę wcielenia, o którym mówiłem trzydzieści jeden godzin temu. Z powodzeniem zintegrowałem planetę ze swoim rozbudowanym ciałem, poddając ją zarówno automatycznym, jak i bezpośrednim działaniom z mojej strony. Wasz świat zintegrował się w podobny sposób przed miliardami lat, gdy kiełkowało na nim życie, i ten proces trwa do dziś. Powiem więcej, to okoliczność absolutnie niezbędna dla zachowania życia.

Sam pokiwała głową.

- Wiem, czytałam Hipotezę Gai Lovelocka. Według niego Ziemia jest niezależnym organizmem żywym. Ale też sugerował, że decydującą przyczyną ewolucji złożonych organizmów jest uzyskanie przez planetę samoświadomości, co się w zasadzie stało dzięki nam, ludziom.

- Owszem. Idąc dalej tym tropem, dochodzimy do oczywistego wniosku, że podobnie jak twój organizm został wyposażony w mechanizmy samoregulacji, także planeta jako całość posiada systemy regulacyjne.

- W takim razie dlaczego, do cholery, nie zostawicie nas w spokoju, żebyśmy zrozumieli to sami? Żebyśmy sami to sobie wykombinowali? Jasne, kapuję. Kokon. Tak bardzo lubimy tę iluzję, tę myśl o swoim domniemanym odosobnieniu. Choćby nie wiem co spadło z deszczem, nasz system opieki zdrowotnej utrzyma nas przy życiu. No, może nie każdego.

- Czy hipoteza Gai jest powszechnie zrozumiała i stanowi punkt odniesienia, kiedy troszczycie się o zdrowie planety i wszystkie jej nieodłączne składniki?

- Nie, to chyba widać.

- Czy zatem nie można pokusić się o stwierdzenie, że świadomość planety nie jest jeszcze w pełni rozwinięta? Że ludzkość, która po staremu dąży do samozagłady, nie chcąc się wyrzec dziecinnego przekonania o swojej nieśmiertelności, mimo tylu przeczących temu faktów, nie potrafi wziąć na siebie odpowiedzialności związanej z dorosłością? Natura życia jest taka, Samantho, że spośród licznego potomstwa przychodzącego na świat tylko część osiągnie wiek dojrzały. W okresie dorastania wszystkie formy życia narażone są na niebezpieczeństwo: padają ofiarą drapieżników i złej oceny sytuacji, giną w starciach z rywalami i w zetknięciu z surowymi wymaganiami środowiska, poddają się biologicznej słabości.

- Mów dalej - powiedziała prawie szeptem, gdy zaczął docierać do niej sens jego wypowiedzi.

- Teraz rozwiniemy koncepcję borykających się z zagrożeniami niedorosłych form życia. Powiększymy skalę, dopóki poszczególne biomy, w naszym przypadku życiodajne planety, nie będą przypominać młodych osobników z jednego miotu, gromady spokrewnionych ze sobą stworzeń w określonym rejonie galaktyki. Niektóre przetrwają, wiele innych nie. Większość złożonych form życia opiekuje się potomstwem, ma rodziców i żyje we wspólnocie...

- A wy za kogo się uważacie, Adamie? Mam na myśli wasze trzy cywilizacje. Jesteście rodzicami czy wspólnotą?

- Ta analogia w zamierzeniu nie miała być aż tak ścisła - odparła sztuczna inteligencja. - Rozumiem jednak to, że prag­niesz nas zakwalifikować do jakiejś konkretnej kategorii, choćby to było trochę naciągane. Wobec tego uważaj nas za wspólnotę.

- Aha. Za jej członków w tym rejonie galaktyki.

- Tak, aczkolwiek macierzyste planety trzech kosmicznych cywilizacji znajdują się daleko stąd, bliżej jądra, na granicy waszego rejonu. Niemniej posiadamy w tej części galaktyki uprawnienia rodzicielskie, a przynajmniej status potencjalnych opiekunów. Kierujemy się przy tym prawdopodobieństwem powodzenia, które jest najistotniejszym argumentem, gdy decydujemy, czy interweniować w rozwój danego organizmu planetarnego.

- A my ledwo spełniamy wymagania.

- Wasz biom spełnia wszystkie wymagania, Samantho. Za to jego świadomość, reprezentowana przez ludzi, ma jeszcze zaległości.

- Dlatego zastanawialiście się, czy nie poddać Ziemi lobotomii.

- Właśnie tak.

- Ale ona jest odrobinę za stara, przez co maleją szanse na to, że zdąży się wykształcić nowa świadomość.

- Zgadza się, zwłaszcza biorąc pod uwagę stopień zużycia zasobów naturalnych.

- Szkoda, że nie interweniowaliście wcześniej. Na przykład, no nie wiem, w piątym wieku przed naszą erą. Chyba że wtedy nie zwracaliście na nas uwagi albo nie mieliście odpowiedniej technologii, żeby interweniować.

- Nie to drugie, bądź pewna. Ale takie właśnie dylematy wzbudza każda interwencja. Musimy okazać nieco wiary w dziecko. Choć ciekawe jest to, że wymieniłaś akurat piąty wiek przed naszą erą.

Sam chrząknęła, sięgając po papierosa.

- To wtedy po raz pierwszy odcięliśmy sobie głowę, ludzkość, od reszty ciała, przyrody.

- Tak. Z perspektywy czasu żałujemy, że nie zorientowaliśmy się, dokąd prowadzi ta samobójcza dekapitacja.

- A więc patrzyliście przez te wszystkie wieki, jak robimy tu rozpiździel. I nic.

- Wiele razy, Samantho, mogło dojść do wielkiej zmiany w sposobie myślenia. Dopiero w okresie masowego uprzemysłowienia wykrystalizowały się normy ekonomiczne będące punktem wyjścia dla wszystkiego, co nastąpiło później.

Kiwając głową, spoglądała na glob widoczny na ekranie.

- Czyli twój nanokonglomerat nie wyleczy mnie ze wszystkich chorób?

- Ależ wyleczy, chociaż w inny sposób, niż mogłabyś sobie wyobrażać - rzekł Adam. - Organizm człowieka korzysta z mechanizmów samoregulacji podobnie jak biom planety. Nanokonglomerat utrzymuje optymalne warunki dla tych mechanizmów. W przypadku nowotworów twój organizm nieprzerwanie identyfikuje i likwiduje nieprawidłowe czynniki transkrypcyjne w dzielących się komórkach. Dopiero kiedy organizm doświadcza ciągłego stresu, może rozwinąć się nowotwór, a źródeł stresu jest bez liku i niestety wciąż ich przybywa w waszym dzisiejszym świecie.

- Wiem - powiedziała. - Hamish mówi, że to sześciogłowy słoń. Ludzie nigdy nie byli tacy zdrowi jak ci, którzy prowadzą nowoczesny styl życia, a mimo to mamy prawdziwą epidemię nowotworów i nie widać oznak poprawy. Wręcz przeciwnie, jest coraz gorzej.

- Wasz biom odczuwa skutki nadmiernego stresu i toksycznych zanieczyszczeń. Krok po kroku niszczycie jego mechanizmy samoregulacji. Wasza społeczna walka z nałogami jest pomyłką, mówiąc najłagodniej, bo w istocie rzeczy to hipokryzja; zabijają was nałogi cywilizacji, a razem z wami ginie biom.

- W końcu postanowiliście interweniować.

- Tak, w końcu postanowiliśmy interweniować.

- I dziecko dostanie klapsa.

- To normalna forma kontaktu, biorąc pod uwagę okoliczności.

- Adamie, weź spierdalaj. - Jakoś brakło jej ognia, kiedy to mówiła. Westchnęła, po raz ostatni zaciągnęła się dymem i rzuciła papierosa na ziemię. - Lepiej bądźcie ostrożni, dziecko wpadnie w histerię.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1 CHEK - portal informacyjny kanadyjskiej wyspy Vancouver (przyp. red., pozostałe przypisy pochodzą od tłumacza).

2 Sink (ang.) - zlewozmywak.

3 SETI - Search for Extraterrestrial Intelligence. Projekt naukowy, którego celem jest nawiązanie kontaktów z cywilizacjami pozaziemskimi.