Rozdział 1
RUDOLF
Patrzył wściekły na swoje jeszcze kilka godzin temu idealnie białe adidasy i klął pod nosem. Sam nie rozumiał, jak mógł dopuścić do tego, że czubki butów niczym gąbka od szkolnej tablicy nasiąkły krwią, po której został teraz obrzydliwy miedziany zaciek. Będzie go musiał szorować pod zimną wodą szczotką ryżową. Czarne od kurzu podeszwy szybko przeleci mydłem, ale jak zmyć krew? Wyciągnął z kieszeni telefon i szybko wpisał frazę. Od razu wyskoczyły mu reklamy płynów do wszystkiego z Rossmanna. Całe szczęście miał je w domu.
Zerknął teraz na buty kobiety, która siedziała kilka krzeseł dalej. Toporne, niemodne, praktyczne, bezpieczne. Dziwne, ale kompletnie nie pasowały do ładnej, zadbanej blondynki. Kobieta siedziała z gracją na niewygodnym szpitalnym krześle z nogą założoną na nogę, a prawą stopą figlarnie kręciła w powietrzu okręgi. Aż dziw, że w tych wielkich buciorach udawały jej się tak zgrabne ruchy. Poczuł, że patrzy na niego. Niechętnie oderwał wzrok od butów i zerknął na jej twarz. Nie była zrobiona, nie miała napompowanych ust ani kwasu w policzkach. Rzęsy też wydawały się naturalne.
- Mąż ma robioną angioplastykę wieńcową - powiedziała, chociaż nie pytał. - Miał rozległy zawał, cudem przeżył - dodała.
- Przykro mi - wydobył z siebie zachrypnięty głos, nieużywany od kilku godzin, nienawilżany wodą ani chyba już nawet śliną.
Wstał z krzesła i podszedł do automatu z przekąskami i napojami. Wrzucił monetę i wybrał wodę. Moneta przyjęta, woda niewydana.
- Trzeba kopnąć. Tylko tak wypluwa - poinstruowała go blondynka.
Zrobił, jak radziła, ale nic się nie zadziało.
- Trzeba mocniej - powiedziała.
Kopnął z całej siły, aż poczuł ból w prawej stopie. Automat w końcu oddał butelkę.
- A pan na kogo czeka? Żona, matka?
- Przyjaciółka.
- Też zawał? - spytała głupio, ale tylko pokręcił głową, po czym rzucił:
- Zawód miłosny.
- Żyły?
- Tabletki - odpowiedział, chociaż to nie była jej sprawa.
- Też przez tego drania kiedyś się cięłam - oznajmiła nagle, zmieniając ułożenie nóg. Teraz lewa kusząco zwisała z prawej.
- Warto było?
- Tak. Sądzę, że to wyrzuty sumienia doprowadziły go do zawału.
Spojrzał na blondynkę z uznaniem.
- Te buty nie pasują do pani.
- Słucham? - Kobieta szeroko otworzyła oczy.
- Buty. Szpecą panią. Buty dużo mówią o ludziach. Te pani wprowadzają obserwatora w błąd. Dają do zrozumienia, że osoba, która je nosi, nie dba o detale, nie jest konsekwentna i ambitna. Nie potrafi w ciszy przez lata budować misternego planu, który potem zrealizuje, krok po kroku, bez zadyszki, bez najmniejszego błędu. To buty człowieka, który nawet nie wystartował w zawodach. Przegrał wszystko na własne życzenie, nie wychodząc z domu.
Blondynka spojrzała na niego zaskoczona. Wyostrzyła wzrok i zlustrowała go od góry do dołu. Zatrzymała się na adidasach i miedzianej plamce, która piekła ze wstydu. Nie wiedział, czemu to robi, ale mówił dalej:
- Ludzie często bagatelizują swój wygląd. Nie wiedzą, jaką bronią i schronieniem mogą być idealnie skrojony garnitur, dopasowana sukienka, piękna marynarka, elegancka jedwabna apaszka. Czyste buty. A przecież tylko dzięki mimetyzmowi gatunek ludzki przetrwa. Powinniśmy uczyć się go od motyli.
- Od motyli? - blondynka zmarszczyła brwi. Najwyraźniej wciągnęła ją ta rozmowa.
- Tak. Rusałka pawik albo zawisak borowiec, motyle, które swoim wyglądem wtapiają się w środowisko naturalne, stając się przy tym praktycznie niewidocznymi. Są bezpieczne. Zachwycają wyglądem, kuszą, ale kiedy wyczuwają oddech wroga, znikają. W tych butach wygląda pani jak pospolita ćma, a powinna być oleandrowcem.
- To znaczy?
- Motylem, który swoim wyglądem udaje, że jest gatunkiem dziennym. W rzeczywistości pod osłoną nocy realizuje swój plan i w ten sposób może zmylić przeciwnika.
- A pan jakim jest motylem?
- Przeziernikiem osowcem. Udającym szerszenia.
Nagle doszedł do wniosku, że rozmowa zaczyna go nudzić, i bezpardonowo ją zakończył. Odwrócił się od blondynki, nie zważając na to, że nadal coś do niego mówiła. Ale było to tylko nic nieznaczące, puste piszczenie ćmy, która zarejestrowała zbliżające się niebezpieczeństwo.
Wziął do ręki jakiś kolorowy magazyn, który leżał na stole, i zaczął przeglądać, ale jego uwaga zatrzymywała się tylko na reklamach. Brad Pitt zawsze przystojny i młody namawiał do wypicia kawy, a kusząca Natalie Portman do powąchania jej. Z każdą kolejną kartką jednak reklamy były coraz mniej ekskluzywne, coraz bardziej praktyczne i pozbawione piękna. Ich brzydota aż bolała. Środek na chwasty, pasta do zębów, płyn do naczyń. Wszystko swoim pospolitym wyglądem tylko odrzucało. Zatrzymał wzrok na reklamie samochodu. Mały, praktyczny, można nim zaparkować niemal wszędzie. Idealny dla nowoczesnej kobiety. Poczuł ucisk w sercu. Gazeta wypadła mu z rąk, uderzając o zakrwawione buty.
Kurwa. Samochód. Gdzie jest jej samochód?
Gwałtownie wstał i ruszył w stronę windy. Wychodząc, usłyszał płacz blondynki. Operacja się udała, pacjent przeżył.
*
- Postaraj się bardziej. Jak masz coś robić byle jak, to lepiej nie rób tego wcale - powiedział szorstkim głosem, a ja czułem, jak krople zimnego potu spływają mi po plecach. Przestraszony wbiłem wzrok w drewnianą podłogę. Tę, którą od rana szorowałem szczotką ryżową. Dokładnie, kawałek po kawałku, żeby nie ominąć żadnego sęka. Żeby nie narazić się na jego gniew. - Jesteś partaczem. Słyszysz? Małym leniwym partaczem. Nawet liter porządnie nie umiesz pisać! - krzyczał, celując we mnie tymi niesprawiedliwymi słowami, a potem uderzył pięścią w stół, powodując, że cała owsianka cofnęła mi się do gardła.
Przełknąłem ją ze strachu. Ręce tak mi się spociły, że ołówek, którym pisałem, wyleciał mi z dłoni. On tylko na to czekał. Rzucił się na mnie jak tygrys, wbił we mnie szpony i kłami rozrywał mi ciało, chociaż nawet mnie nie dotknął. Wszedł tylko buciorami w moją przestrzeń i dmuchając mi nieświeżym oddechem w twarz, wrzeszczał. Byłem nikim, jego wstydem, porażką, mięczakiem. Marzyłem tylko o tym, żeby poszedł już do pracy i zostawił mnie w spokoju.
- Po matce jesteś taką ofermą! Wiesz, jak się czuję, kiedy koledzy w pracy chwalą się swoimi synami, a ja nie mogę niczego dobrego o tobie powiedzieć?!!! - darł się jak opętany. - Jak wrócę z pracy, masz mieć zrobione wszystkie ćwiczenia. I lepiej, żebyś nie wyjechał za linię! - wrzasnął i wyszedł szybkim krokiem z kuchni.
Odetchnąłem dopiero, kiedy usłyszałem odgłos odjeżdżającego samochodu. Spojrzałem wtedy na książeczkę z literkami. Była gruba. Rozpłakałem się i pobiegłem do mamy.
- Nie martw się, kochanie. Ojciec jest zdenerwowany, bo ma dużo pracy. Razem napiszemy te literki i wszystko będzie dobrze - powiedziała łagodnym głosem i przytuliła mnie.
Poczułem się znacznie lepiej. Mama leżała w dużym łóżku w sypialni. Dochodziła do siebie po chorobie. Była blada i miała zimne dłonie z długimi kościstymi palcami. Tuląc mnie, próbowała stłumić kaszel, który ją męczył.
Mama była dobra. Uśmiechała się łagodnie, kiedy ojca nie było w domu. Śpiewała mi piosenki, grała na pianinie i czytała książki. Pozwalała bawić się w kuchni i pomagać przy gotowaniu. Najbardziej lubiłem z nią robić makaron. Rozkładaliśmy razem na lnianych ściereczkach wąskie wstążki makaronu i czekaliśmy, aż stwardnieją. Cała kuchnia pachniała wtedy mąką i ciastem. Mama zawsze zwracała się do mnie pieszczotliwie. Byłem jej misiem, maleństwem, nadzieją. Tak często mówiła pod nosem, niby do siebie, ale ja dokładnie słyszałem te słowa. "Jesteś moją jedyną nadzieją, syneczku" - mówiła. Jej głos zawsze wtedy drżał, a potem przemieniał się w tłumiony płacz.
Wtedy się bałem. Nie mamy, ale tego, że nie będzie miała siły ochronić nas przed nim.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI