Przedmowa
Czy nie wiemy już wystarczająco wiele o zbrodniach nazistów popełnionych podczas drugiej wojny światowej? O Holokauście, robotnikach przymusowych, represjach wobec opozycji, zniewalaniu ludności w podbitych krajach? Czy już dawno nie przejrzano wszystkich źródeł i nie przepytano świadków, dziś niewielu jeszcze żyjących? Oczywiście tak.
Potrzeba jednak otwartej duszy, umiejącej wzruszyć się historiami życia, potrzeba cierpliwości oraz wyobraźni, aby w trakcie skrupulatnych badań zebrać rozproszone fakty i wyjaśnić ich tło. Wówczas może powstać opowieść dokumentalna, taka jak ta, którą prezentujemy - emocjonująca historia jak w powieści, lecz poparta faktami, dokumentacją.
Centrum tej wielowątkowej historii jest "Koniczynka", trzy Polki, które przez pewien czas wspólnie zajmowały celę 18 w berlińskim więzieniu Moabit i były sądzone za współpracę z Polskim Państwem Podziemnym podczas drugiej wojny światowej. Maria została skazana na osiem lat obozu karnego. Lena, początkowo skazana na karę śmierci, w ponownym procesie otrzymała wyrok czterech miesięcy obozu karnego. Wyrok Krystyny to kara śmierci za szpiegostwo.
Powstanie książki zainicjował w roku 2003 list Marii Kacprzyk do zakładu penitencjarnego w Halle. Do tego więzienia przeniesiono Krystynę z berlińskiego Moabitu i tu została ścięta 26 czerwca 1944 roku. Tyle Maria wiedziała o losie swojej przyjaciółki. Ale gdzie pochowano Krystynę?
Historyk Lars Skowronski od razu nawiązał kontakt z Marią. Miał nadzieję, że z jej pomocą uda mu się odtworzyć losy Krystyny i pokazać je na wystawie. 89-letnia Maria, mieszkająca w Gdańsku, spełniła jego prośbę. Na 120 stronicach spisała to, o czym wiedziała, mnóstwo zadziwiających szczegółów, przygnębiających, ale też optymistycznych, informacje zarówno o istotnych decyzjach sądu, jak i o sprawach codziennych. Pisarka Simone Trieder była tym zafascynowana. W sierpniu 2009 roku udała się z Larsem Skowronskim do Gdańska. Wspomnienia Marii pomogły autorom dotrzeć do kolejnych świadków i dokumentów.
W Moabicie podczas wojny nawiązała się przyjaźń między trzema Polkami i strażniczką Hedwig Grimpe oraz jej córką Helgą. Z więzienia wychodziły niezliczone grypsy, były także do niego przemycane. Ze względów bezpieczeństwa grypsy, które docierały do celi, musiały szybko zniknąć w toalecie, ale poza murami więziennymi, "w innym świecie", Helga gromadziła te adresowane do siebie. U niej też zachował się pamiętnik, który Maria prowadziła w celi; przed przeniesieniem jej do więzienia w Fordonie w okupowanej Polsce został cichcem wyniesiony z Moabitu.
Grypsy do szesnastoletniej zaledwie Helgi, członkini Związku Niemieckich Dziewcząt (Bund Deutscher Mädel, żeńska sekcja Hitlerjugend), charakteryzowały się zadziwiającą otwartością. Ponieważ nie przechodziły przez cenzurę, zdradzały wiele szczegółów codzienności w celi i uczuć więźniarek. Relacje dowodzą, że nawet zagrożone karą śmierci, Polki nie popadały w depresję. Opisują, jak śpiewem zagłuszały lęk, zwątpienie, żal, a nawet głód. Jak kierowały swoje myśli na inne tory, grając w brydża (własnoręcznie wykonanymi kartami). Jak opowiadały sobie wzajemnie rodzinne historie. Jak wypruwały nitki ze swojej odzieży, aby skazanej na śmierć więźniarce podarować chusteczkę ozdobioną mereżką i wyszytym napisem "amor omnia vincit".
Zdumiewa, jak wiele rzeczy udawało się przemycić do więzienia, mimo że wiązało się z tym ogromne dla wszystkich uczestniczek ryzyko. Za pośrednictwem swej matki strażniczki Helga przesyłała do celi nie tylko szczoteczkę i proszek do zębów (to było dozwolone), ale też artykuły spożywcze, lekarstwa i wielokrotnie papierosy (to było zabronione). Dla Krystyny ukoronowaniem dnia był papieros wypalany przy oknie wieczorem, kiedy już wyłączono światło.
Simone Trieder i Lars Skowronski mogli również wykorzystać źródła oficjalne: dokumentację z procesów, prośbę matki Krystyny o ułaskawienie córki, list pożegnalny Krystyny do rodziców, potwierdzenie obrońcy o wykonaniu wyroku śmierci. Z listów rodzin trzech osadzonych w więzieniu Polek dowiadujemy się ponadto o losach ich niektórych przyjaciół, aresztowanych lub wysłanych na roboty przymusowe. A kilkadziesiąt listów skazanej na śmierć członkini niemieckiej grupy oporu Rote Kapelle (Czerwona Orkiestra) ukazuje życiorysy i charaktery innych współwięźniów.
Powstała wielowarstwowa opowieść, aczkolwiek centralnym miejscem akcji jest cela 18. Książka ukazuje en miniature, jak bezwzględnie i arbitralnie działał nazistowski system prawny, chociaż wstawiennictwo odnosiło czasem skutek, ułaskawienie nie było wykluczone. Jak rozwijała się solidarność między przedstawicielami narodów walczących przeciwko sobie na polach bitewnych. Jak wielcy mogą być zwykli ludzie w obliczu największego zagrożenia i śmierci. Skazane wspierały się nawzajem, nie odstępowały od swych politycznych ideałów i mimo wszystko były wolne od nienawiści czy chęci zemsty.
"Pozostawiam tutaj z jednej strony wspomnienia najgłębszego bólu, bezsilnego zwątpienia i bezgranicznego smutku - pisała Maria do matki, gdy opuściła więzienie w Moabicie - ale z drugiej strony wspomnienia jasnych i przyjemnych chwil, chwil niewyobrażalnego szczęścia, w otoczeniu silnej, serdecznej przyjaźni. Pozostawiam w starym, wiernym Moabicie wspomnienia swych duchowych wzlotów, wielkie chwile, które na zawsze uformowały moją duszę, interesujące chwile".
Jest wielką zasługą Simone Trieder i Larsa Skowronskiego, że uwypuklili wielowarstwowość tej historii i w ten sposób pozwolili nam się w nią wczuć, chociaż nigdy nie zetknęliśmy się z "Koniczynką".
Helga Hirsch, maj 2014
Alarm bombowy
Syrena. I znowu. Wysoki dźwięk - przez kilka uderzeń serca. Przerwa i od nowa. Alarm wstępny. Helga podeszła do stołu, zamknęła segregator i wsunęła go do przygotowanej na wszelki wypadek torby, która stała przy drzwiach. Album Koniczynki musiał jej towarzyszyć w piwnicy. Papier listowy, przybory do pisania. Przechodząc, zabrała jeszcze jabłko. Drzwi nie wolno zamykać. Trzeba po ciemku zejść po schodach. Sąsiedzi już byli w drodze, podobnie jak wczoraj, jak w zeszłym tygodniu. Wspólna wieczorna eskapada do piwnicy należała do normalnych spraw tego późnego lata 1943 roku w Berlinie. W ledwie oświetlonym pomieszczeniu pachniało świeżym drewnem niedawno pozbijanych ław i stołów. Każdy miał tam swoje miejsce. Noc w noc Helga spoglądała na plakat z hasłem "Anglicy nie mogą nas złamać".
Wycie syreny to cichło, to się nasilało: alarm przeciwlotniczy. Zamknięto żelazne drzwi. Teraz mała społeczność w piwnicy zdana była jedynie na własny słuch. Niektórzy odmawiali modlitwę, gdy warkot silników przenikał do pomieszczenia. Gwizd spadających bomb kończył się głuchym uderzeniem o ziemię. Huczały działa przeciwlotnicze. Podczas gdy inni modlili się i nasłuchiwali, Helga wyjęła z torby papier listowy i ołówek. Wciągnęła w nozdrza zapach jabłka i napisała: "Kochana Koniczynko".
Helga spojrzała przed siebie. Nie bała się, coś dawało jej poczucie, że wyjdzie stąd cała i zdrowa. Miała zadanie, musiała uratować album Koniczynki aż do nowych czasów bez Hitlera, bez wojny i mordów. Była przekonana: naród niemiecki, zatruty brunatnym jadem, sam musi się wyzwolić. Pracowała nad tym. Album Koniczynki był jej małym wkładem. Sprzymierzyła się z wrogami reżymu hitlerowskiego, z więźniami politycznymi. Jej matka odbywała służbę w areszcie śledczym Moabit jako strażniczka i to ona opowiadała jej często o "swoich" więźniarkach. Helga miała szesnaście lat, kiedy po raz pierwszy spojrzała przez judasza do celi 18 na oddziale kobiecym i zobaczyła trzy Polki: Koniczynkę.
Od tamtego czasu pisały do siebie, Helga i te trzy więźniarki. Ich listy Helga wpinała do segregatora firmy Leitz. Na samej górze znajdował się list... Jaki tam list? To był karteluszek, wąski pasek szarego papieru w dużą kratkę. Więźniarki nie miały bloku listowego i zazdrościły Heldze pięknej papeterii. Helga znała ten tekst na pamięć: "Kochane dobre Słoneczko, wszystko zrozumiałyśmy. Nasza wdzięczność za wszystko, co dla nas Pani zrobiła, jest niewymowna. Już często mówiłyśmy między sobą, jak straszne byłoby dla nas, gdyby Pani wpadła z naszej przyczyny. Nie mogłybyśmy sobie tego wybaczyć".
Dobrze, że nie używały imion ani nazwisk. "Sonnenschein" to dobry pseudonim dla niewysokiej, pulchnej, przyjaznej mamusi. Słoneczko. Helga zastanawiała się, jaki pseudonim mogłaby przyjąć dla siebie. Podczas gdy angielskie bomby spadały na Berlin, pisała: "To piękne imię dla mojej mamy. Słoneczko. Ona jest naprawdę jak słońce. Bądźcie ostrożne. Jeżeli ona wpadnie, sama trafi do celi. A kto wam wtedy przyniesie grochówkę, jabłuszka albo moje listy? Od dzisiaj jestem dla Was: Wasz Teddy albo Miś Teddy!".
Helga wiedziała, że ze względów bezpieczeństwa ten list zniknie w więziennej toalecie. Koniczynka opisała jej rytuał czytania listów w celi 18: jedna z dziewcząt czyta list na głos, potem każda czyta sama, a na koniec z ciężkim sercem drze się go na kawałki i spłukuje w toalecie.
Dobrze, że Helga mogła zachować listy tych trzech. Miały otrzymać je z powrotem, gdy wszystko się skończy, a one przeżyją. Muszą przeżyć. Każda z nich otrzyma wtedy swoje listy z albumu Koniczynki: Krystyna, Maria i Lena.
Podczas gdy Helga pisała list w schronie przeciwlotniczym przy Naunynstraße w dzielnicy Kreuzberg, jej matka pełniła służbę w Moabicie, oddalonym o trzy kwadranse pieszej drogi. Obszar otwartego w 1881 roku jako "Królewski Areszt Śledczy w dzielnicy Moabit" więzienia był wyznaczony przez Alt-Moabit i Rathenower Straße. Główny budynek miał kształt gwiazdy, tam więziono mężczyzn. Na południowy wschód od niego stał lekko łukowaty pojedynczy gmach, "babskie więzienie". Przeznaczone początkowo dla 220 więźniarek, miało cztery piętra, z których każde stanowiło osobny oddział. Na każdym piętrze znajdowało się osiemnaście cel jednoosobowych oraz osiem sal. Latem 1943 roku więzienie było przepełnione. Podczas nocnych nalotów strażniczka Hedwig Grimpe otwierała drzwi do cel na oddziale kobiecym, w razie bombardowania wystarczyło przesunąć zasuwę i więźniarki szybciej mogły opuścić zajmowane pomieszczenia. Żadna z jej podopiecznych nigdy nie wykorzystała takiej sytuacji. Hedwig Grimpe nie kierowała się motywami politycznymi. Wzruszały ją losy polskich kobiet, które mogłyby być jej córkami. Nazwała je później Meine Polenkinder, "moje polskie dzieci". Jej troska skierowana była nie tylko do tych trzech "listków koniczyny", ale też do ich koleżanek, wraz z nimi aresztowanych i sądzonych lub zamkniętych w innych celach. Wiele z nich spodziewało się kary śmierci. To, czym zajmowały się w podziemiu w Warszawie, niemieccy okupanci uważali za zdradę stanu, wspieranie wroga albo szpiegostwo, a za to groziła kara śmierci. Na wykonanie wyroku Polki czekały w zakładzie karnym Berlin-Plötzensee, gdzie miano je zgilotynować. Do tego czasu żywiły nadzieję na ułaskawienie.
W więzieniu środki ochrony przed bombami były skromne. W nocy miednice, dzbanki i wiadra w celach napełniano wodą. Ale więźniarki nie chowały się przerażone, lecz czujnie obserwowały bombardowania. Miały nadzieję na uwolnienie.
W celi 18 Krystyna, jako najstarsza, pierwsza wstawała podczas nocnych nalotów i ubierała się. Ściągała małą Lenę z jej posłania pod oknem. To było najniebezpieczniejsze miejsce. Maria stawała tam, skąd mogła obserwować niebo, i mówiła obu siedzącym na łóżku przyjaciółkom, co widzi; potrafiła rozróżnić bombowce Anglików, rakiety oświetleniowe, pociski dział przeciwlotniczych. Niebo rozświetlało celę płomienną czerwienią. Jeszcze kilka tygodni wcześniej nie miały odwagi, by usunąć zaciemnienie, deskę przymocowaną od wewnątrz do okna, aby żaden promień światła nie był widoczny na zewnątrz. Ale po ponad pół roku spędzonym w Moabicie wiedziały, na co mogą sobie pozwolić. W nocy i tak nie mogły zapalać światła, zdejmowały więc zaciemnienie wraz z gaszeniem lamp.
Podczas nocnych bombardowań panował ogromny hałas, ponieważ na dachu oddziału kobiecego znajdowało się działo przeciwlotnicze. "Tommys1 tańczą - radowała się Maria. - Powinni wreszcie wykończyć nazistów!" Krystyna złościła się, że Niemcy są tak dobrymi żołnierzami: "Chciałabym zobaczyć, jak uciekają!". Stłumiony huk oznajmił spadanie płonącego samolotu. "Biedni Tommys" - mówiła Maria. Gdy stawało się bardziej niebezpiecznie, zmieniała pozycję i wycofywała się do toalety, która nie miała zaciemnienia i znajdowała się obok drzwi do celi. W 1939 roku Maria przeżyła ciężkie naloty na Warszawę, gdy rozpoczęła się wojna i Niemcy bombardowali jej rodzinne miasto.
Krystyna była bardziej lękliwa, naloty bombowe poznała dopiero w berlińskich więzieniach. W jednym z listów wyznała Heldze: "Muszę Ci coś powiedzieć, Teddy! Ostatniej nocy, kiedy Sonnenschein miała tu służbę, był alarm, podczas którego przyszła do nas. Stałam koło niej przy drzwiach; pogłaskała mnie po twarzy, a później ja trzymałam ją mocno za rękę. Nie mogę Ci wypowiedzieć, jak się czułam, zupełnie jak gdybym była u własnej mamusi - takie uczucie bezpieczeństwa, jakiego nie zaznałam od dawna. W tym momencie nie byłam już sierotą. Czy jesteś na mnie zły, że ukradłam Ci mamusię na jeden moment?"2.
Późnym latem 1943 roku naloty odbywały się głównie w nocy. Odkąd alianci w lipcu wylądowali na Sycylii, rosła nadzieja na rychłe zakończenie wojny. Podczas bombardowań młodymi kobietami w celi 18 władały ambiwalentne uczucia. Z jednej strony miały one nadzieję, że niebawem zostaną uwolnione, z drugiej strony bały się, że tego nie doczekają, zginą wcześniej. Dochodziły do tego myśli o bliskich w Warszawie, targanych ciągłą niepewnością, czy ich córki żyją. I obawa uwięzionych o opiekunki. Modliły się: "Kochany i dobry Boże, nie pozwól umierać porządnym ludziom!". Nie Heldze, nie Słoneczku!
Wśród zgiełku rozbrzmiewał śpiew. Dziedziniec powtarzał echem głosy uwięzionych, które trzymały się okiennych krat i śpiewały Międzynarodówkę z wezwaniem "Wyklęty powstań, ludu ziemi" i wersami: "Precz, darmozjadów rodzie sępi! Czyż nie dość żeru z naszych ciał?". Maria przesunęła na bok materac Leny, postawiła pod oknem stołek i na niego weszła. Znała doskonale język francuski, więc śpiewała z innymi: "Allons enfants de la Patrie" - "I naprzód marsz, Ojczyzny dzieci", wojowniczą Marsyliankę. Krystyna podniosła Lenę, aby i ona mogła wyjrzeć przez kraty i poczuć powiew wolności. Wraz z Polkami z innych oddziałów śpiewały: "Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy. Co nam obca przemoc wzięła, szablą odbierzemy". Czy to żądza krwawej zemsty, czy machanie szablą, śpiew rozbrzmiewający na dziedzińcu Moabitu połączył więźniarki różnych narodowości. Te chwile należały do najbardziej wzniosłych w więzieniu. Więźniarki ocknęły się z letargu towarzyszącego monotonnej codzienności, smutek odsunęły na bok. Dały się ponieść nadziei, wywołanej rozbłyskami angielskich bomb. Ogarnęło je poczucie wspólnoty, które będzie je łączyło do końca ich dni.
Jedną z owych "szalonych" nocy była ta z 3 na 4 września 1943 roku. Nad stolicą Rzeszy krążyło ponad trzysta samolotów, które zrzucały swoje śmiertelne ładunki przede wszystkim na dzielnice Moabit, Charlottenburg i Siemensstadt. Maria zanotowała w dzienniku: "Tommys szaleją". Jednak przez chwilę młode kobiety się bały. Jakiś zapach! Maria mówiła, że to gaz, okazało się jednak, że to tylko dym fosforowy. Nazajutrz więzienie było pełne dymu, wiatr przywiał go z pogorzelisk. W powietrzu unosiły się papierowe strzępki i popiół. Więźniarki nie wiedziały, co się stało i czy będzie to miało wpływ na ich położenie. W więzieniu plotki rozchodzą się szybko. Opowiada się "przedziwne historie, a jedna niemożliwsza od drugiej" - pisała Krystyna do Helgi. Koniczynka pragnęła dowiedzieć się czegoś więcej i czekała z utęsknieniem na Słoneczko. Trafiony i spalony został budynek gospodarczy więzienia.
W owym dniu po nalocie bombowym nie było pracy. Również Maria wykorzystała czas na pisanie listu do Helgi: "Jest godzina dziesiąta, o tej porze wszystkie trzy powinnyśmy już pilnie pracować, lecz tego nie robimy. Żadna z nas! W celi jest tak przyjemnie cicho: maszyny nie terkoczą. Na korytarzu też jest spokojnie: nie ma panny Bauer! Uporczywie dopraszamy się pracy (my, stare więzienne wyjadaczki, wiemy dobrze, że teraz pracy nie dostaniemy, dlatego też jesteśmy tak pilne), mówią nam jednak: dzieci, musicie poczekać, nie ma panny Bauer, ach, dzisiaj wszystko jest do góry nogami! Robimy zawiedzione miny, a gdy drzwi się zamkną, skaczemy z radości. Takie z nas paskudne dziewczyny". Ten porywający nastrój trwał do następnego dnia; porządek więzienny został zakłócony i świętowano to jak małe zwycięstwo.
Helga, ponieważ "na zewnątrz" nie miała przyjaciół o podobnych jak ona zapatrywaniach, a jako partnerkę do rozmów jedynie swoją matkę, z którą rozmawiała o Koniczynce, pod wpływem takich emocjonalnych doniesień i opisu wspólnoty trzech więźniarek uległa nastrojowi i zapragnęła znaleźć się razem z nimi w celi. Nadszedł zatem czas, by Polki jej przypomniały, dlaczego osadzono je w Moabicie.
1 Potoczne określenie brytyjskich żołnierzy.
2 Cytaty z listów i grypsów Krystyny podajemy w przekładzie Wandy Kiedrzyńskiej za: Na granicy życia i śmierci. Listy i grypsy więzienne Krystyny Wituskiej, wstęp i oprac. Wanda Kiedrzyńska, wyd. 2 rozszerzone, Warszawa 1970.
Więzienna codzienność
Helga też chciała przynależeć do Koniczynki! Wspólnota trzech młodych kobiet, które nie dawały jej odczuć różnicy wieku, wydawała się jej godna podziwu. Ich solidarność, zainteresowanie losem innych. Wspólne śpiewanie, wieczorne opowieści przed snem. Jedynaczka Helga pragnęła tam być.
Kontakty z koleżankami z berlińskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami w Lankwitz, gdzie się uczyła, aby zostać inspektorem ochrony zwierząt, były powierzchowne. W Związku Niemieckich Dziewcząt, do którego musiała wstąpić, obserwowała z pogardą, jak brunatna zaraza zatruwa jej rówieśnice. Trzymała się na dystans, a komendantki uważały ją za "beznadziejny przypadek" - pisała swoim przyjaciółkom z więzienia. Jedyną jej powiernicą była jej matka Hedwig, Słoneczko, a najważniejszym dla nich obu tematem Koniczynka. Co Helga znów zdobyła? Ołówek dla Marii. Co Słoneczko dzisiaj zrobiła dla Koniczynki? Znów w porę uprzedziła przed rewizją w celi i mogła przynieść listy do Helgi. "A czy one ucieszyły się z mojej poczty?" - "Po co pytasz? Tu są ich odpowiedzi, niedokończone z powodu rewizji" - "A co ty na to, że Lena gimnastykuje się w celi?" - "To z powodu bluzki od siostry, chce schudnąć, bo bluzka jest przyciasna. Co za pomysł, by taka chudzina jak Lena jeszcze chudła w więzieniu! Zdobędę dla niej materiał, żeby mogła poszerzyć bluzkę".
Z zapamiętaniem i rozmarzeniem Helga pisała listy, wyszukiwała wiersze, zdobywała jabłka, papierosy, lekarstwa, które jej matka nosiła do więzienia. Matka i córka wiedziały, jak bardzo Krystyna, Maria i Lena są spragnione - nie tylko jedzenia, lecz także wymiany intelektualnej. Oraz uczuć. Na początku korespondencji w sierpniu 1943 roku Helga dziwiła się ciepłu i otwartości listów Koniczynki. Krystyna nazwała ją już w pierwszym liście przyjaciółką. Równocześnie dla więźniarek Helga była "dziewczynką z innego świata". Ze świata, w którym istnieje dom, jest matka. Świata, jaki i one kiedyś miały, ale zburzyła go wojna i prawdopodobnie już nigdy więcej go nie będzie. Tęsknota za domem była wszechobecna, wspomnienia domu rodzinnego stanowiły główny temat ich wieczornych rozmów w łóżku.
Więźniarki przedstawiały w listach w miarę pozytywny obraz sytuacji w zamknięciu. Wiedziały, że korespondencja do krewnych przechodzi przez więzienną cenzurę, a poza tym nie chciały jeszcze bardziej smucić swoich bliskich. Również wobec Helgi odgrywały wesoły, aczkolwiek "trochę surowszy pensjonat dla dziewcząt". I tak pewnego dnia Helga napisała, że chciałaby siedzieć razem z nimi.
Krystyna odpisała, że czekają w celi na śmierć. Na wiadomość o transporcie do Plötzensee. W tym bowiem więzieniu wykonywano wyroki śmierci. Tam skazane mogą napisać swój ostatni list. Następnie muszą się rozebrać i założyć "czarną koszulę", będącą dla więźniów symbolem śmierci, i iść w niej potem na gilotynę. Maria czekała na nowy proces, gdyż jej wyrok, osiem lat zaostrzonego obozu karnego, nie został zatwierdzony. Obawiała się, że w wyniku nowego procesu otrzyma wyrok śmierci. Wtedy pozostałaby jej tylko jeszcze prośba o ułaskawienie, jaką złożyły Krystyna i Lena. Musiałaby się przezwyciężyć i o darowanie życia poprosić Hitlera, ponieważ to on decydował w wypadku próśb kobiet o łaskę. Po upływie około stu dni więźniowie spodziewali się decyzji. Krystyna i Lena miały ten czas już za sobą, gdy rozpoczynały korespondencję z Helgą. Napięcie rosło od środy do środy. Tego dnia kierownictwo więzienia ogłaszało odpowiedzi na prośby o ułaskawienie. Jeśli więźniowie do późnego popołudnia nie zostali wywołani z celi, było pewne: to jeszcze nie teraz, jeszcze jeden tydzień życia! Podczas gdy Maria płakała z obawy o obie swoje towarzyszki, Krystyna tańczyła i stepowała: "Dzisiaj jeszcze nie zakładamy czarnej koszuli". Mówiła do Marii: "Nie płacz, Marysiu, bo już starożytni Grecy twierdzili, że ulubieńcy bogów umierają młodo...". Lena rozładowywała swoje napięcie modlitwą.
I znów dawała o sobie znać więzienna codzienność, a szczególnie powszechnie panujący głód. "Jesteśmy dzisiaj głodne jak wilki. Przeszukałam całą celę, ale oprócz pasty do zębów i mydła nie znalazłam nic. Szkoda!" - wzdychała Krystyna. Nudna robota: osiem godzin obrzucania dziurek od guzików. Najmilszy moment w ciągu dnia: piętnastominutowy spacer po dziedzińcu, gdzie rosło kilka drzew, a nawet było parę grządek z kwiatami. Kobiety obchodziły dziedziniec gęsiego, zachowując określone odstępy między sobą. I chociaż rozmowy były zabronione, korzystały z tej okazji, by się ze sobą porozumiewać, podobnie jak podczas wyjść do kościoła.
W niedziele nie pracowano. W co drugą niedzielę młode kobiety stroiły się "jak pawie" - pisała Lena - bo szły na nabożeństwo. Również niewierzące chętnie brały w nim udział, aby wyjść, zobaczyć innych, wymienić się czymś - jedzeniem, grypsami. Maria była oburzona na katolickiego księdza, który mówił kobietom skazanym na śmierć, że malowanie twarzy i paznokci jest grzechem. Dlatego Maria i Krystyna poprosiły, by mogły uczestniczyć w nabożeństwach ewangelickich. Kierownictwo więzienia często bez podania powodu zabraniało wyjścia do kościoła. Wtedy niedziela stawała się nudna. Pisało się listy do bliskich, wyczekiwało na obiad. Kromka chleba z buraczaną marmoladą, zjedzona rano, nie syciła. Niedzielny obiad należał do nielicznych przyjemności. Inaczej niż w dni powszednie, kiedy to podawano cieniutką, jak mawiała Maria, niejadalną zupę z buraków i marchwi, niekiedy nawet nadpsutej, w niedzielę była "długo wyczekiwana uczta": grochówka z ziemniakami. Miłe urozmaicenie stanowiła dodatkowa siateczka z trzema lub czterema ziemniakami w mundurkach w poniedziałki wieczorem. I jeszcze drobna radość, kiedy dostało się dwie wymarzone książki z więziennej biblioteki. Jednak znów zbliżała się ta straszna czarna środa...
Obecność strażniczek kształtowała więzienną codzienność. Alternatywne określenie: "klucznice" wskazywało na klucze, którymi władały. Klucze do pojedynczych cel oraz do drzwi oddziałowych. Większość strażniczek w Moabicie w okresie przebywania tam Koniczynki miała status funkcjonariuszek państwowych. Więźniarki musiały się do nich zwracać per "pani funkcjonariuszko". To one z korytarzy rządziły oddziałami. Drzwi każdej celi wyposażone były w judasza, przez który pełniąca dyżur funkcjonariuszka mogła w każdej chwili zajrzeć. Dźwięki zamykania i przesuwania zasuwy wzbudzały w więźniarkach lęk. Strażniczka mogła jednak przynieść też pocztę. Lub zapowiedzieć wizytę. Wtedy prowadziła więźniarkę do celi odwiedzin i tam ją zamykała. Funkcjonariuszki towarzyszyły osadzonym w codziennych wyjściach na dziedziniec i pilnowały, by nie złamano zakazu porozumiewania się. Były łączniczkami ze wszystkim, co działo się poza celą.
Już przez niemal trzy czwarte roku Polki siedziały w niemieckich więzieniach. W ciągu tak długiego czasu cela zamieniła się w ich dom. Osiemnastka była w zasadzie przeznaczona dla jednej osoby. Gdyby spojrzeć przez judasza na lewo, można by dostrzec, że na pryczy, którą na dzień podnoszono i mocowano do ściany, śpi Krystyna, najstarsza w celi. Jej towarzyszki rozkładają wieczorem materace - przy prawej ścianie dla Marii, a pod oknem dla Leny. Sedes znajduje się przy drzwiach po prawej stronie, niewidoczny z korytarza. Rano i wieczorem cela jest przemeblowywana. W ciągu dnia dominują w niej maszyny do szycia, a pracujące więźniarki mogą być w dowolnej chwili obserwowane przez judasza. Gdy nikt ich nie podgląda, piszą na karteluszkach listy do Helgi. Najważniejszym miejscem w celi jest zakratowane okno, umieszczone wysoko, naprzeciwko drzwi. Wieczorami kobiety stają przy nim na taboretach lub podnoszą się nawzajem, by porozmawiać z innymi więźniami.
"Helgo, nie wyobrażasz sobie, jak wielkie znaczenie ma okno w więzieniu" - pisała Krystyna. Można było dojrzeć kawałek nieba. A kiedy przesuwały się po nim różowe obłoki, odbierano to jako malutkie szczęście, które skłania do marzeń. W pogodne noce bez nalotów więźniarki spoglądały na gwiazdy. Kiedy Krystyna miała papierosy, paliła je wieczorem przy oknie. Wymieniały z innymi osadzonymi listy i jedzenie za pomocą gumowej taśmy, poza tym głośno opowiadały sobie wzajemnie nowiny. Gdy jakaś funkcjonariuszka usłyszała taką rozmowę, przerywała ją ostrym rozkazem "Stul pysk!". Brzmiało to surowo, krzyczano dużo.
Wszystko, co przechodziło przez okno, miało pozytywny wydźwięk, wzbogacało życie w celi. Nawet nocne bomby, które mogły przynieść wolność. Drzwi stanowiły przeciwieństwo. Za nimi znajdowało się więzienie ze strażniczkami, które obserwowały przez judasza albo wchodziły, stawały w drzwiach i wrzeszczały. Podobnie jak znaczna większość Niemców w tym czasie, również wielu pracowników Moabitu uległo nazistowskiej ideologii wraz z jej opętaniem rasowym i wiarą, że "aryjscy nadludzie" są powołani do panowania nad innymi narodami. Według tego światopoglądu przede wszystkim "narody wschodnie" - Rosjanie, Ukraińcy czy Polacy - uważane były za "rasowo niepełnowartościowe", niecywilizowane i "zażydzone". Plany nazistów przewidywały "zdziesiątkowanie" tych narodów, bezpośrednio bądź pośrednio, na przykład poprzez celowe pogarszanie ich warunków życiowych. Pozostali ludzie mieli egzystować jako zniewoleni robotnicy.
W Moabicie znajdowało się wielu więźniów obcokrajowców, wśród nich znaczna liczba "politycznych" - Francuzi, Belgowie, Szwedzi, Bułgarzy i Polacy. Ogólnie rzecz biorąc, stosunki między więźniami i strażnikami zdawały się bardzo napięte. Krystyna powiesiła na ścianie pierwszą stronę nazistowskiej gazety partyjnej "Völkischer Beobachter" z 8 września 1943 roku, którą wolno im było czytać w celi - z tytułem Tchórzliwa zdrada Badoglio. Kilka dni wcześniej Włochy pod wodzą marszałka Pietra Badoglio zawarły z aliantami zawieszenie broni. Ciemiężone narody zyskały nową nadzieję na rychłe zakończenie wojny. Ta strona wisiała pod oknem naprzeciwko drzwi, aby wzrok strażniczek, gdy wejdą do celi, padał od razu na nią. "Butnie patrzyłyśmy im w oczy" - wspominała Maria. Prowokacja, na którą tym razem pracownice więzienia nie reagowały.
"Polityczne" w istocie odpowiadały na pogardę i surowość strażniczek dumą i poczuciem wyższości, przez co sytuacja stawała się jeszcze bardziej podminowana. Więźniarki nadawały funkcjonariuszkom przezwiska, zazwyczaj nieprzychylne, jak Naziwanze (pluskwa nazistowska), Mattscheibe (szajbuska) lub Wanzenjäger (pluskwołap). Niektóre polskobrzmiące nazwiska wywoływały komiczne skojarzenia, np. pani Kulik była nazywana Mysikrólikiem. Inne strażniczki otrzymały przydomki stosowne do ich charakteru lub cech szczególnych: Kot w Butach, Okularnica. Panią Brenner z powodu złego spojrzenia nazywano Bazyliszkiem; baśniowy smok o tym imieniu miał moc zabijania wzrokiem. Przezwisko jednej z funkcjonariuszek wymyśliła nawet Helga - Essigsaure Tonerde (octan glinu). Karykatura przedstawiająca jej kwaśny wyraz twarzy trafiła do albumu Koniczynki. Zazwyczaj wszystkie strażniczki traktowały więźniarki z góry, w sposób poniżający.
Jednak gdy w drzwiach stała Hedwig Grimpe, w celi świeciło słońce. Już kiedy na korytarzu słychać było jej głos, Koniczynka czuła się lepiej. Strażniczka była niewysoka i pulchna. Prędko poruszała się po korytarzach i schodach, a z powodu problemów z sercem szybko traciła oddech. Z jej piwnych oczu wyzierała przyjazna natura, Hedwig uśmiechem dodawała więźniarkom nadziei, ściskała im dłonie. Kiedy nie miała służby, czuły się osierocone. W niektórych listach nazywały ją nawet "mamusią". Pobrzmiewała w nich tęsknota za własną matką. Koniczynka żyła według rozkładu dyżurów Słoneczka. Kiedy Hedwig Grimpe miała wolne, gotowała i piekła w domu dla swych podopiecznych, które wychwalały jej ciasta i dobre serce. Helga to dokarmianie przez matkę nazywała "kuracją tuczącą". Więźniarki czuły, że strażniczka je rozpieszcza. "Jak długo S.s. [Sonnenschein] jest u nas, wszystko jest do zniesienia" - wzdychała Krystyna po spożyciu kanapki z sardynką. "Niech żyje Sonnenschein!" Nawet kiedy miała służbę na innym oddziale, zaglądała do Koniczynki.
Hedwig Grimpe zaproponowała, by na wypadek egzekucji dziewczęta napisały listy pożegnalne do bliskich. W spokoju i po polsku. Kierowała się czysto ludzką motywacją. Jakby chciała choć odrobinę zadośćuczynić temu, co jej rodacy sprawili tym młodym Polkom. One z kolei czuły się akceptowane przez strażniczkę, przy niej mogły być ludźmi, zupełnie normalnymi ludźmi, ze zmartwieniami, troskami, obawami - i z głodem. Córka Słoneczka Helga natomiast nabierała przekonań politycznych, co wzbudziło zachwyt Koniczynki i zmieniło charakter korespondencji.
Dalsza część w wersji pełnej