Caryca - Ellen Alpsten

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (31,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

2

W NOCY PRZED TAR­GIEM pa­dał deszcz. Mni­si nie zmu­sza­li Nem­ców ta­kich jak ja, żeby cho­dzi­li do ko­ścio­ła w nie­dzie­lę, jak inni chło­pi. Ochrzczo­no mnie w obrząd­ku ka­to­lic­kim, ale dla mnie wia­ra ogra­ni­cza­ła się do mam­ro­ta­nia mo­dlitw i nie­ustan­ne­go czy­nie­nia zna­ku krzy­ża trze­ma pal­ca­mi. W dniu na­szej śmier­ci mia­ło to - przy­naj­mniej na to li­czy­li­śmy - za­pew­nić nam we­jście do nie­ba, gdzie będzie­my wol­ni.

Kie­dy szli­śmy dro­gą na tar­go­wi­sko przy klasz­to­rze, na­sze sto­py to­nęły w cie­płym bło­cie. Ka­żde­mu kro­ko­wi to­wa­rzy­szy­ło mi­ęk­kie cmok­ni­ęcie. Zro­bio­ne z drew­na i łyka łap­cie nie­śli­śmy w rękach, żeby się nie znisz­czy­ły. Moja młod­sza sio­stra Gre­ta, któ­ra mia­ła do­pie­ro czte­ry lata, z tru­dem za nami drep­ta­ła, więc wzi­ęłam ją za rękę i zwol­ni­łam, żeby nadąża­ła. Ra­nek był mo­kry, ale po­po­łud­nie sło­necz­ne. Nie­bo było ogrom­ne i nie­bie­skie. Na wiej­skiej łące mężczy­źni wy­rów­ny­wa­li grunt na wie­czor­ne ta­ńce, a ko­bie­ty roz­wie­sza­ły sznu­ry po­mi­ędzy wy­so­ki­mi brzo­za­mi, żeby dzie­ci mo­gły się na nich po­hu­śtać. Inni gro­ma­dzi­li się w grup­ki, odzia­ni w dłu­gie, ko­lo­ro­we sza­ty, śmia­li się i roz­ma­wia­li, śpie­wa­li i kla­ska­li. Na pla­cu już pa­no­wa­ły gwar i oży­wie­nie, bo na targ zje­cha­li się lu­dzie z ca­łej pro­win­cji.

Przy pierw­szym na­mio­cie, któ­ry mi­ja­łam, przy­wi­ąza­no do pala nie­dźwie­dzia. Miał brud­ne i zmierz­wio­ne fu­tro, spi­ło­wa­no mu zęby i ob­ci­ęto pa­zu­ry. Mimo to trzy­ma­no go z dala od in­nych zwie­rząt. Drze­ma­ła w nim dzi­ka i nie­po­skro­mio­na na­tu­ra, któ­rej nie mo­gły okie­łznać żad­ne wi­ęzy. Zimą wędrow­ni kup­cy, któ­rzy trzy­ma­li te be­stie, często za­ma­rza­li na śmie­rć na po­bo­czu dro­gi, a wte­dy nie­dźwie­dzie wy­ry­wa­ły ła­ńcu­chy z ich dło­ni i głód wió­dł ich do naj­bli­ższych chat i go­spo­darstw. Omi­nęły­śmy więc pana Mi­sia sze­ro­kim łu­kiem, gdy da­rem­nie pró­bo­wał na­ostrzyć swe pa­zu­ry o pal. Gre­ta ro­zej­rza­ła się za mat­ką, lecz Ta­nia sta­ła przy ja­ki­mś kra­mie i ogląda­ła na­szyj­ni­ki i bran­so­le­ty. Dziew­czyn­ka przy­ło­ży­ła pa­lec do ust i z wiel­ką cie­ka­wo­ścią unio­sła ko­lo­ro­wą i wie­lo­krot­nie ła­ta­ną płach­tę jed­ne­go z na­mio­tów.

- Gre­to! - Już mia­łam ją zru­gać, gdy gwa­łtow­nie wci­ągnęła po­wie­trze i cof­nęła się prze­ra­żo­na. Za­jęłam jej miej­sce i zaj­rza­łam do środ­ka. Po­środ­ku na­mio­tu uwi­ąza­na była prze­ra­ża­jąca isto­ta o dwóch gło­wach, czte­rech ra­mio­nach i dwóch no­gach. Stłu­mi­łam krzyk, gdy jed­na z głów od­wró­ci­ła się, by na nas spoj­rzeć, pod­czas gdy dru­ga zwi­sa­ła bez­wład­nie na bok. Śli­na cie­kła z ob­wi­słych warg tej gło­wy, na­to­miast na twa­rzy dru­giej, nie­co skrzy­wio­nej i smut­nej, po­ja­wi­ło się coś na kszta­łt uśmie­chu. Jed­na z rąk po­ru­szy­ła się, pal­ce wy­su­nęły ku mnie. Po­li­czy­łam je, było ich sze­ść! Cof­nęłam się. To było ma­ka­brycz­ne, ale nie mo­głam ode­rwać oczu. Gre­ta z po­wro­tem wci­snęła się obok mnie. W tym mo­men­cie roz­le­gł się ja­kiś głos:

- Aha, mło­de pa­nie już są cie­ka­we mo­je­go Na­mio­tu Dzi­wów?

Prze­stra­szy­ły­śmy się obie tak, że mało nie wpa­dły­śmy do środ­ka na­mio­tu. Mężczy­zna za nami trzy­mał ka­rła na krót­kim ła­ńcu­chu owi­ni­ętym wo­kół szyi. Po jego dru­giej stro­nie sta­ła dziew­czy­na w suk­ni z zie­lo­nych i nie­bie­skich łat prze­pa­sa­nej sznu­rem. Na wło­sy mia­ła za­rzu­co­ną po­dar­tą ry­bac­ką sieć. Nie wi­dzia­łam do­tąd uma­lo­wa­nej ko­bie­ty, więc jej wi­dok mnie prze­ra­ził. Jej twarz wy­gląda­ła, jak­by ją wci­śni­ęto w mąkę, na po­licz­kach mia­ła wy­ma­lo­wa­ne dwie ja­skra­wo­czer­wo­ne pla­my, a oczy i brwi pod­kre­ślo­ne ka­wa­łkiem węgla.

Mężczy­zna się ukło­nił.

- Je­stem mistrz Lam­pert. Przy­wio­złem do wa­szej nędz­nej wio­ski dzi­wy z ca­łe­go świa­ta.

Zmarsz­czy­łam brwi - tyl­ko nam wol­no było źle mó­wić o mi­rze, a nie ja­kie­muś przy­pad­ko­we­mu ob­ce­mu! Mistrz Lam­pert kop­nął ka­rła w bok, na co ten wy­ko­nał sal­to i dzwo­necz­ki i mo­ne­ty przy­szy­te do jego kurt­ki za­brzęcza­ły we­so­ło.

- Nikt nie ma ta­kich ka­rłów, sy­ren i prze­ra­ża­jących stwo­rów jak ja! Przyj­dźcie dziś wie­czór na moje przed­sta­wie­nie, dro­gie pa­nie!

Pa­nie? Za­chi­cho­ta­ły­śmy obie z Gre­tą. Nikt nas tak ni­g­dy nie na­zy­wał. Mistrz Lam­pert zi­gno­ro­wał na­sze roz­ba­wie­nie i mó­wił da­lej:

- Pla­nu­je­my kon­kurs, rzu­ca­nie zgni­ły­mi owo­ca­mi w mo­je­go dzi­wo­ląga. Wy­gry­wa ten, kto tra­fi pro­sto w twarz.

Wska­zał na nie­szczęsną isto­tę po­środ­ku na­mio­tu. Nie­śmia­ło znów na nią spoj­rza­łam. Obie gło­wy zwi­sa­ły, a ra­mio­na dyn­da­ły bez­u­ży­tecz­nie. "Sy­re­na" - co­kol­wiek to mia­ło ozna­czać - uśmiech­nęła się do mnie, uka­zu­jąc czar­ne dziu­ry mi­ędzy zęba­mi. Do­bry Boże, jak ja się ucie­szy­łam, gdy w tym mo­men­cie wście­kła Ta­nia wy­ci­ągnęła mnie i Gre­tę na ze­wnątrz.

- Co ty wy­pra­wiasz? Mi­trężysz czas z włó­częga­mi? Czu­jesz się jed­ną z nich? - wark­nęła na mnie. - Idzie­my. Ogląda­my z Kry­sty­ną po­ły­ka­cza ognia.

Po­mi­mo szorst­kie­go tonu wci­snęła mi do ręki kil­ka pra­żo­nych orze­chów w mio­dzie. Bóg je­den wie, jak uda­ło jej się ukryć pie­ni­ądze przed oj­cem, któ­ry po­czu­łby się okra­dzio­ny z na­pit­ku albo prym­ki ty­to­niu do żu­cia. To na­praw­dę było praw­dzi­we świ­ęto.

Tru­pa mu­zy­kan­tów szła ku nam błot­ni­stą ście­żką mi­ędzy na­mio­ta­mi i stra­ga­na­mi, a we­so­łe dźwi­ęki bęb­nów, fle­tów i dzwon­ków szczęśli­wie za­głu­szy­ły ła­ja­nia Tani. Po­da­łam parę orze­chów Gre­cie i ru­szy­łam za Ta­nią i Kry­sty­ną do stra­ga­nów po­ły­ka­czy ognia, ku­gla­rzy i ma­gi­ka, któ­ry wła­śnie wy­ci­ągał czer­wo­ną pi­łkę z brud­ne­go ucha ja­kie­goś chło­pa. Tłum wi­wa­to­wał i kla­skał jak osza­la­ły. Ko­lej­ni chęt­ni prze­py­cha­li się, by im też wy­cza­ro­wa­no pi­łkę z ucha.

Kry­sty­na wska­za­ła po­ły­ka­cza ognia.

- Wi­dzia­łaś te mi­ęśnie? To pew­nie od tego po­ły­ka­ne­go ognia - za­chi­cho­ta­ła. Wes­tchnęłam w du­chu. Je­śli mni­si nie znaj­dą dla niej wkrót­ce męża po­śród chło­pów z wio­ski, to może my będzie­my zmu­sze­ni zo­sta­wić za­wi­ni­ąt­ko na skra­ju lasu.

Po­de­szłam kil­ka kro­ków do ku­gla­rza z dłu­gą bia­łą bro­dą i nagą spa­lo­ną sło­ńcem pier­sią. Na środ­ku czo­ła miał krop­kę na­ma­lo­wa­ną cy­no­bro­wą far­bą, z uszu zwi­sa­ły mu ci­ężkie kol­czy­ki, a bia­łe wło­sy zo­sta­ły za­cze­sa­ne do tyłu i za­ple­cio­ne w war­kocz. Jed­nak jego oczy lśni­ły ja­sno i kla­row­nie. Mu­siał wi­dzieć w swo­im ży­ciu tyle rze­czy! A ja już za­wsze po­zo­sta­nę w tej wio­sce. W tłu­mie za­pa­dła ci­sza, gdy do­dał czwar­tą i pi­ątą pa­łkę do trzech, któ­re już trzy­mał, i po­wie­dział ła­ma­nym nie­miec­kim:

- Dwie pa­łki są dla par­ta­czy! Trzy - dla głup­ców! Czte­ry - już nie­źle! Pięć - dla mi­strzów!

Kry­sty­na przy­su­nęła się do mnie, a Gre­ta wsu­nęła rącz­kę w moją dłoń. Ta­nia też do nas do­łączy­ła. Pa­łki wy­le­cia­ły w po­wie­trze, wy­so­ko i szyb­ko, a ich drew­nia­na po­wierzch­nia za­lśni­ła w sło­ńcu. Sta­rzec, żon­glu­jąc nimi, ka­zał swo­je­mu po­moc­ni­ko­wi, by rzu­cił mu szó­stą pa­łkę, a po­tem siód­mą. Za­pa­rło mi dech w pier­siach i ob­ser­wo­wa­łam go bez tchu. Ko­lo­ro­wi mu­zy­kan­ci znów mi­nęli nas ze swo­im har­mi­drem.

Gdy żon­gler zdjął czap­kę, by po­pro­sić o pie­ni­ądze, ru­szy­ły­śmy da­lej i mi­nęły­śmy bal­wie­rza, do któ­re­go sta­ła ko­lej­ka lu­dzi z prze­ró­żny­mi bo­le­ścia­mi. Sły­sza­łam obu­rzo­ne gul­go­ta­nie czło­wie­ka, któ­re­mu bal­wierz wy­rwał nie­wła­ści­wy ząb. Od stro­ny stra­ga­nu lal­ka­rza roz­le­gły się ra­do­sne okrzy­ki, więc po­szły­śmy w tam­tym kie­run­ku. Przed­sta­wie­nie już trwa­ło. Usia­dły­śmy na tra­wie wraz z in­ny­mi wi­dza­mi. Chy­ba mo­że­my po­oglądać przez chwi­lę bez pła­ce­nia? Rzecz dzia­ła się w ja­kie­jś twier­dzy. Jed­na z ku­kie­łek mia­ła na so­bie lśni­ącą okrągłą cza­pecz­kę oraz ka­ftan z wy­szy­tym ro­syj­skim dwu­gło­wym orłem. To mu­siał być mło­dy ro­syj­ski car. Sta­nęła przed nim ku­kie­łka żo­łnie­rza, a mężczy­zna obok mnie wy­buch­nął śmie­chem.

- O co cho­dzi? Czy to car? - szep­nęłam.

Widz po­ki­wał gło­wą.

- Tak. Dwa lata temu car Piotr chciał od­wie­dzić twier­dzę w Ry­dze. Pra­wie ni­g­dy nie ma go w Mo­skwie, wie­cie o tym? - Wzru­szył ra­mio­na­mi i mó­wił da­lej. - Ale Szwe­dzi mu nie po­zwo­li­li. Pro­sty żo­łnierz za­gro­dził dro­gę ca­ro­wi Wszech­ru­si, a król Szwe­cji - w tym mo­men­cie wska­zał trze­cią ku­kie­łkę, któ­ra sie­dzia­ła na krze­śle - od­mó­wił uka­ra­nia go. Car po­noć do dziś wście­ka się z po­wo­du tej znie­wa­gi. Po­przy­si­ągł ze­mstę na wszyst­kich Szwe­dach.

Mój sąsiad wy­smar­kał się we wła­sne pal­ce. Ku­kie­łka cara do­sta­ła wła­śnie ata­ku sza­łu i wście­kle dep­ta­ła ko­ro­nę. Za­śmia­łam się gło­śno ra­zem ze wszyst­ki­mi i da­łam Gre­cie ostat­nie­go słod­kie­go orze­cha, gdy na­gle padł na mnie cień, bo ktoś prze­sło­nił sło­ńce. Ja­kiś głos po­wie­dział po ro­syj­sku:

- To ta dziew­czy­na.

Pod­nio­słam wzrok. To był mężczy­zna znad rze­ki.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki

1

MOJE ŻY­CIE ZA­CZĘŁO SIĘ od zbrod­ni. Oczy­wi­ście nie mam na my­śli chwi­li swo­ich na­ro­dzin ani lat dzie­ci­ęcych. O ży­ciu chło­pa pa­ńsz­czy­źnia­ne­go, du­szy, le­piej nie wie­dzieć nic, niż wie­dzieć tyl­ko tro­chę. My, Nem­cy, nie­miec­kie du­sze sta­no­wi­ące wła­sno­ść cer­kwi ro­syj­skiej, by­li­śmy udręcze­ni po­nad wszel­kie wy­obra­że­nie. Za­po­mnia­ne przez Boga miej­sce, gdzie do­ra­sta­łam, zgu­bi­ło się dziś gdzieś po­śród bez­kre­sów Inf­lant: wio­ska i kraj, któ­re już nie ist­nie­ją. Czy tam­tej­sze nędz­ne cha­ty jesz­cze sto­ją? Nie wiem i nie dbam o to. Jed­nak gdy by­łam mło­da, owe izby[3], któ­re ukła­da­ły się wzdłuż czer­wo­nej wiej­skiej dro­gi jak pa­cior­ki mni­sze­go ró­ża­ńca, były ca­łym moim świa­tem. Te cha­ty, a ta­kże cały świat, na­zy­wa­li­śmy tym sa­mym sło­wem: mir. Na­sza wio­ska wy­gląda­ła do­kład­nie tak samo jak inne wio­ski w szwedz­kiej części Inf­lant, jed­ne­go z nad­ba­łtyc­kich te­ry­to­riów pod rząda­mi Sztok­hol­mu, gdzie w tam­tych cza­sach Po­la­cy, Ło­ty­sze, Ro­sja­nie, Szwe­dzi i Niem­cy żyli ra­zem, mniej lub bar­dziej po­ko­jo­wo.

Przez cały rok dro­ga przez wieś pod­trzy­my­wa­ła na­sze ży­cie ni­czym pas lu­źny sa­ra­fan[4]. Po wio­sen­nych roz­to­pach albo pod­czas pierw­szych ulew je­sie­nią bro­dzi­li­śmy po ko­la­na w bło­cie o bar­wie wo­ło­wej krwi z izby na pola i w dół do Dźwi­ny. La­tem zie­mia zmie­nia­ła się w chmu­ry czer­wo­ne­go pyłu, któ­ry wże­rał się w po­pęka­ną skó­rę na­szych pięt. A zimą przy ka­żdym kro­ku za­pa­da­li­śmy się po uda w śnie­gu albo su­nęli­śmy do domu po lo­dzie gład­kim jak lu­stro. Po dro­gach błąka­ły się kury i świ­nie, z pió­ra­mi i szcze­ci­ną ob­le­pio­ny­mi bru­dem. Dzie­ci z ma­to­wy­mi, za­wszo­ny­mi wło­sa­mi ba­wi­ły się, do­pó­ki nie do­ro­sły do pra­cy, wte­dy chłop­cy sta­wa­li na po­lach i prze­ga­nia­li za po­mo­cą grze­cho­tek, ka­mie­ni i ki­jów dzi­kie pta­ki, a dziew­częta pra­co­wa­ły przy klasz­tor­nych kro­snach, wy­ra­bia­jąc swy­mi de­li­kat­ny­mi pal­ca­mi naj­cie­ńsze tka­ni­ny. Ja sama po­ma­ga­łam w kuch­niach, od­kąd sko­ńczy­łam dzie­wi­ęć lat. Od cza­su do cza­su przez wio­skę prze­ta­czał się za­ła­do­wa­ny wóz, do któ­re­go za­przężo­ne były ko­nie o dłu­gich grzy­wach i ci­ężkich ko­py­tach. Zo­sta­wiał to­wa­ry w klasz­to­rze i za­bie­rał inne, prze­zna­czo­ne na targ. Poza tym dzia­ło się nie­wie­le.

Pew­ne­go kwiet­nio­we­go dnia, tuż przed Wiel­ka­no­cą - w roku 1698 we­dług no­we­go ka­len­da­rza, któ­ry car na­rzu­cił swo­im pod­da­nym - szłam tą dro­gą z moją młod­szą sio­strą Kry­sty­ną w kie­run­ku pól nad rze­ką. Czy­ste po­wie­trze pach­nia­ło naj­wi­ęk­szym cu­dem na­szej nad­ba­łtyc­kiej kra­iny. To była ot­tie­piel, czy­li od­wi­lż. Kry­sty­na ta­ńczy­ła: wi­ro­wa­ła po kole, klasz­cząc, jej ulga, że oto na­stępu­je ko­niec zi­mo­wych ciem­no­ści i chło­du, była nie­mal na­ma­cal­na. Pró­bo­wa­łam nie­zręcz­nie do niej do­łączyć - nie upusz­cza­jąc sto­su pra­nia, któ­re nio­słam - ale mi umknęła.

Przez całą zimę ży­cie w mi­rze za­mie­ra­ło, było ni­czym płyt­ki od­dech nie­dźwie­dzia, któ­ry aż do wio­sny zu­ży­wa za­pa­sy tłusz­czu zgro­ma­dzo­ne pod fu­trem. Pod­czas tej dłu­giej pory roku oło­wia­ne świa­tło za­snu­wa­ło mgłą na­sze umy­sły; za­pa­dli­śmy w pe­łen apa­tii mrok, prze­sy­co­ny kwa­sem. Ni­ko­go nie było stać na wód­kę, ale gorz­ka­wy, dro­żdżo­wy na­pój na sta­rym chle­bie był rów­nie upa­ja­jący. Ży­wi­li­śmy się ziar­nem - owsem, ży­tem, jęcz­mie­niem, psze­ni­cą i or­ki­szem, z któ­rych pie­kli­śmy prza­śne plac­ki albo pasz­te­ty w świ­ątecz­ne dni, gdy wa­łko­wa­li­śmy je co­raz cie­niej, a po­tem na­pe­łnia­li­śmy ma­ry­no­wa­ny­mi wa­rzy­wa­mi i grzy­ba­mi. Go­to­wa­ną ka­szę sło­dzi­li­śmy mio­dem i su­szo­ny­mi ja­go­da­mi albo do­pra­wia­li­śmy skwar­ka­mi i ka­pu­stą. Je­sie­nią przy­go­to­wy­wa­li­śmy ogrom­ne ilo­ści ka­pu­sty, kro­jąc ją, so­ląc i ugnia­ta­jąc, a po­tem je­dli­śmy ją co­dzien­nie. Ka­żdej zimy my­śla­łam, że zwy­mio­tu­ję, je­śli jesz­cze raz będę mu­sia­ła zje­ść ki­szo­ną ka­pu­stę, ale za­wdzi­ęcza­li­śmy jej ży­cie. Po­ma­ga­ła nam znie­ść ziąb, przy któ­rym śli­na za­ma­rza w gar­dle, za­nim czło­wiek zdąży ją od­chark­nąć.

Gdy śnieg i mróz sta­wa­ły się nie do wy­trzy­ma­nia, za­czy­na­ły po­wo­li za­ni­kać. Naj­pierw ro­bi­ło się tro­chę dłu­żej ja­sno albo ga­łąz­ki pro­sto­wa­ły się pod lżej­szą war­stwą śnie­gu. A po­tem w nocy bu­dził nas ogłu­sza­jący huk kry pęka­jącej na Dźwi­nie: woda try­ska­ła, wol­na i dzi­ka, po­ry­wa­jąc z nur­tem ol­brzy­mie ka­wa­ły lodu. Nic nie mo­gło oprzeć się jej po­tędze, na­wet naj­mniej­sze stru­my­ki wzbie­ra­ły i wy­stępo­wa­ły z brze­gów, a sil­ne, łu­sko­wa­te ryby Dźwi­ny same wska­ki­wa­ły do na­szych sie­ci. Po krót­kiej pach­nącej wio­śnie na­stępo­wa­ły go­rącz­ko­we mie­si­ące lata i nasz świat był pi­ja­ny płod­no­ścią i wi­go­rem. Li­sto­wie na drze­wach było gęste i so­czy­ste; mo­ty­le za­ta­cza­ły się w po­wie­trzu; oszo­ło­mio­ne psz­czo­ły mia­ły od­nó­ża ci­ężkie od py­łku, ale zbyt się spie­szy­ły, by po­zo­stać na jed­nym kwiat­ku. Nikt nie spał pod­czas bia­łych nocy; na­wet pta­ki śpie­wa­ły cały czas, nie chcąc tra­cić ani chwi­li za­ba­wy.

- My­ślisz, że na rze­ce wci­ąż jest lód, Mar­to? - za­py­ta­ła za­nie­po­ko­jo­na Kry­sty­na, zwra­ca­jąc się do mnie imie­niem, pod któ­rym mnie wte­dy zna­no. Ile razy zdąży­ła już o to za­py­tać, od­kąd wy­szły­śmy z domu? Na­stęp­ne­go dnia miał się od­być wio­sen­ny targ i tak jak ona pra­gnęłam ze­skro­bać z sie­bie odór dymu, je­dze­nia i po­nu­rych zi­mo­wych mie­si­ęcy, wy­cze­ku­jąc naj­ja­śniej­sze­go wy­da­rze­nia roku. Będą wspa­nia­łe wi­do­ki, pysz­ne je­dze­nie - na coś na pew­no będzie nas stać - i zja­dą się wszy­scy miesz­ka­ńcy oko­licz­ne­go miru, a może też ja­kiś nie­zna­jo­my przy­stoj­niak - taka myśl z pew­no­ścią nie była obca Kry­sty­nie.

- Ści­ga­my się? - za­py­ta­ła ze śmie­chem. Za­nim zdąży­łam od­po­wie­dzieć, już po­bie­gła, ale ru­szy­łam za nią i do­go­ni­łam tuż przed tym, jak się po­tknęła i za­chwia­ła. Krzyk­nęła i wsko­czy­ła na mnie ni­czym chło­pak uje­żdża­jący na tar­gu byka i za­częła okła­dać pi­ęścia­mi. Stra­ci­łam rów­no­wa­gę i obie prze­wró­ci­ły­śmy się na brzeg, na któ­rym kwi­tły już pier­wiosn­ki i gęsiów­ka. Ostre źdźbła mło­dej tra­wy ła­sko­ta­ły mnie w na­gie ra­mio­na i nogi, gdy pró­bo­wa­łam wstać. Och, cu­dow­nie: ubra­nia roz­sy­pa­ły się po za­ku­rzo­nej dro­dze. Te­raz to na­praw­dę nada­wa­ły się już tyl­ko do pra­nia. Przy­naj­mniej mo­gły­śmy to zro­bić w rze­ce; jesz­cze parę ty­go­dni temu mu­sia­łam roz­bi­jać pa­łką lód w ko­ry­cie za izbą i od­su­wać bry­ły lodu, gdy ta­rłam odzież. Dło­nie zro­bi­ły mi się sine od zim­na, a od­mro­że­nia są bo­le­sne i wol­no się goją.

- Cho­dź, po­mo­gę ci - po­wie­dzia­ła Kry­sty­na, zer­ka­jąc do tyłu na wieś. Nie wi­dać nas było z izby.

- Nie mu­sisz mi po­ma­gać - od­po­wie­dzia­łam, choć ubra­nia ci­ąży­ły mi na ra­mie­niu.

- Nie wy­głu­piaj się. Im szyb­ciej wszyst­ko upie­rze­my, tym wcze­śniej będzie­my się mo­gły wy­kąpać.

Sio­stra za­bra­ła po­ło­wę pra­nia z mego ra­mie­nia. Zwy­kle nie dzie­li­ły­śmy się obo­wi­ąz­ka­mi, bo Kry­sty­na była cór­ką Tani, żony mo­je­go ojca. Ja uro­dzi­łam się dzie­wi­ęć mie­si­ęcy po let­nim prze­si­le­niu dziew­czy­nie z sąsied­niej wsi. Oj­ciec był już za­ręczo­ny z Ta­nią, gdy moja mat­ka za­szła w ci­ążę i nie zmu­szo­no go, by się z nią oże­nił. O ta­kich spra­wach de­cy­do­wa­li osta­tecz­nie mni­si, a oni oczy­wi­ście wo­le­li oże­nić mo­je­go ojca z jed­ną ze swo­ich dziew­cząt. Gdy moja mat­ka uma­rła pod­czas po­ro­du, Ta­nia mnie przy­jęła. Nie mia­ła wy­bo­ru: ro­dzi­na mo­jej mat­ki sta­nęła w pro­gu izby i po­da­ła jej to­bo­łek z no­wo­rod­kiem. Zo­sta­wi­li­by mnie na skra­ju lasu na pa­stwę wil­ków, gdy­by od­mó­wi­ła. Ta­nia tak na­praw­dę nie trak­to­wa­ła mnie ja­koś bar­dzo źle. Wszy­scy mu­sie­li­śmy ci­ężko pra­co­wać, a ja do­sta­wa­łam swo­ją część je­dze­nia. Ale często była wred­na, ci­ągnęła mnie za wło­sy i szczy­pa­ła w ra­mię za naj­drob­niej­sze prze­wi­nie­nie.

- Masz w so­bie złą krew. Two­ja mat­ka roz­kła­da­ła nogi przed ka­żdym. Kto wie, czy­ja na­praw­dę je­steś? - mó­wi­ła, gdy była w złym hu­mo­rze. - Spójrz na sie­bie. Te zie­lo­ne, sko­śne oczy i wło­sy czar­ne ni­czym skrzy­dło kru­ka. Le­piej uwa­żaj!

Gdy oj­ciec ją sły­szał, nic nie mó­wił, tyl­ko wy­glądał na jesz­cze smut­niej­sze­go niż zwy­kle. Przy­gar­bił się od pra­cy na klasz­tor­nych po­lach. Śmiał się bez­zęb­nie tyl­ko wte­dy, gdy wy­pił kil­ka kub­ków kwa­su, któ­ry bu­dził w jego za­pad­ni­ętych oczach przy­ga­szo­ne świa­tło.

Za­nim wró­ci­ły­śmy, Kry­sty­na wzi­ęła mnie pod ra­mię i ob­ró­ci­ła w stro­nę sło­ńca.

- Raz, dwa, trzy, kto dłu­żej wy­trzy­ma, pa­trząc na sło­ńce? - rzu­ci­ła bez tchu. - Da­lej, na­wet je­śli wy­pa­li ci po­wie­ki! Mi­ędzy mrocz­ka­mi, któ­re za­ta­ńczą ci przed ocza­mi, uj­rzysz mężczy­znę, za któ­re­go wyj­dziesz za mąż!

Ja­kże moc­no pra­gnęły­śmy go wte­dy po­znać: o pó­łno­cy za­pa­li­ły­śmy trzy cen­ne świe­ce wo­kół mi­ski z wodą i oto­czy­ły­śmy je kręgiem z węgli. Pa­trzy­ły­śmy i pa­trzy­ły­śmy, lecz po­wierzch­nia wody ni­g­dy nie od­bi­ja­ła in­nych twa­rzy poza na­szy­mi. W ka­żde let­nie prze­si­le­nie zry­wa­ły­śmy sie­dem ro­dza­jów dzi­kich kwia­tów i wsu­wa­ły­śmy bu­kie­ty pod po­dusz­ki, by zwa­bić na­szych przy­szłych mężów do na­szych snów. Czu­łam cie­pło po­po­łu­dnio­we­go sło­ńca na twa­rzy i wi­dzia­łam wi­ru­jące plam­ki pod po­wie­ka­mi. Po­ca­ło­wa­łam Kry­sty­nę w po­li­czek.

- Cho­dźmy - po­wie­dzia­łam, tęsk­ni­ąc do cie­płych skał na brze­gu. - Chcę wy­schnąć, jak już się wy­kąpie­my.

Wśród zgi­ętych wpół chło­pów na polu za­uwa­ży­łam ojca. Tyl­ko część zie­mi upra­wia­no wio­sną, na pierw­sze zbio­ry. La­tem na dru­giej części sa­dzo­no rze­pę, bu­ra­ki i ka­pu­stę, wszyst­ko to, co mo­żna zbie­rać na­wet zimą, gdy za­ma­rza zie­mia. Ostat­nia część zie­mi le­ża­ła odło­giem aż do na­stęp­ne­go roku, kie­dy za­sie­wy zmie­nia­no. Czas na przy­go­to­wa­nie za­pa­sów na resz­tę roku był krót­ki i kil­ka zmar­no­wa­nych dni mo­gło ozna­czać po­tem głód. W sierp­niu mój ociec spędzał na polu na­wet osiem­na­ście go­dzin dzien­nie. Nie, nie ko­cha­li­śmy zie­mi, któ­ra nas kar­mi­ła: była bez­li­to­sną pa­nią, ka­rzącą nas za naj­mniej­szy błąd. Sze­ść dni ty­go­dnia na­le­ża­ło do klasz­to­ru, siód­my do nas. Lecz obo­wi­ąz­ki wo­bec Boga też nie po­zwa­la­ły nam, du­szom, wte­dy od­po­cząć. Mni­si w dłu­gich ciem­nych ha­bi­tach cho­dzi­li tam i z po­wro­tem mi­ędzy ro­bot­ni­ka­mi, bacz­nie pil­nu­jąc klasz­tor­nej wła­sno­ści: za­rów­no zie­mi, jak i pra­cu­jących na niej lu­dzi.

- Jak my­ślisz, co taki mnich ma pod ha­bi­tem? - za­py­ta­ła Kry­sty­na z szel­mow­skim bły­skiem w oku.

Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

- Nie­wie­le, w prze­ciw­nym ra­zie wi­dać by było przez ma­te­riał.

- Szcze­gól­nie na twój wi­dok - od­po­wie­dzia­ła.

Jej uwa­ga przy­po­mnia­ła mi ob­ra­źli­we sło­wa Tani.

- Co masz na my­śli? - za­py­ta­łam krót­ko.

- Czy ty nie je­steś ode mnie star­sza, Mar­to!? - za­wo­ła­ła. - Nie mów, że nie za­uwa­ży­łaś, jak mężczy­źni na cie­bie pa­trzą. Wszy­scy będą chcie­li ta­ńczyć z tobą na tar­gu i nikt nie zwró­ci na mnie uwa­gi.

- Bzdu­ra! Wy­glądasz jak anioł. Jak anioł, któ­ry ko­niecz­nie po­wi­nien się wy­kąpać. Cho­dź!

Nad rze­ką od­na­la­zły­śmy pły­ci­znę, któ­rą od­kry­ły­śmy w ze­szłym roku. Wąska ście­żka wiła się w dół przez brzo­zo­wy za­gaj­nik i ni­skie za­ro­śla. Na ga­łąz­kach po­ja­wi­ły się już pąki, wkrót­ce za­kwit­ną tu ko­sa­ćce i przy­tu­lie. Nad wodą po­dzie­li­łam pra­nie, od­kła­da­jąc wszyst­kie do­bre męskie lnia­ne ko­szu­le i spodnie na jed­ną stro­nę, a sa­ra­fa­ny i lnia­ne tu­ni­ki, któ­re ko­bie­ty no­si­ły od świ­ęta, na dru­gą. Spędzi­ły­śmy wie­le dłu­gich zi­mo­wych wie­czo­rów na ha­fto­wa­niu barw­nych mo­ty­wów kwia­to­wych na sze­ro­kich ko­łnier­zach. Może uda się ju­tro na tar­gu wy­mie­nić wy­rze­źbio­ne przez ojca wy­ro­by - małe faj­ki, mi­ski, ły­żki i kub­ki - na nowe nici. Zwi­ąza­łam wło­sy w lu­źny węzeł, żeby nie wpa­da­ły do brud­nej pia­ny, i owi­nęłam gło­wę wy­pło­wia­łą chust­ką dla ochro­ny przed sło­ńcem. A po­tem zwi­ąza­łam sze­ro­ką spód­ni­cę sa­ra­fa­nu w ko­la­nach, choć ma­te­riał miał pod­szew­kę i pod­bit­kę dla ochro­ny przed chło­dem, i ści­ągnęłam dłu­gie ta­siem­ki wszy­te w szwy ręka­wów, ści­ska­jąc ma­te­riał w nie­zli­czo­ną licz­bę fałd. Z da­le­ka mu­sia­łam wy­glądać jak chmu­ra na dłu­gich, go­łych no­gach.

- Za­czy­na­my.

Si­ęgnęłam po pierw­szą sztu­kę odzie­ży, a Kry­sty­na po­da­ła mi kosz­tow­ne my­dło. Za­nu­rzy­łam tar­kę w przej­rzy­stej wo­dzie i z wy­si­łkiem ta­rłam my­dłem po jej ostrych że­brach, aż po­kry­ła się gru­bą śli­ską war­stwą. Wy­twa­rza­nie my­dła to ci­ężka pra­ca. Boli po­tem całe cia­ło. Zwy­kle Ta­nia ka­za­ła mi to ro­bić je­sie­nią, gdy mni­si za­rzy­na­li zwie­rzęta, by ma­ry­no­wać, wędzić i so­lić mi­ęso na zi­mo­we za­pa­sy i mie­li na zby­ciu ko­ści, albo na wio­snę, gdy uży­wa­ło się po­pio­łów zgro­ma­dzo­nych przez zimę. Wszyst­kie ko­bie­ty po­ma­ga­ły mie­szać desz­czów­kę i po­piół z tłusz­czem i zmie­lo­ny­mi ko­śćmi, by po­wstał żrący ług, któ­ry go­to­wa­ło się go­dzi­na­mi w wiel­kich ko­tłach. Sza­ra, ośli­zgła bre­ja z wiel­ki­mi, go­rący­mi bąbla­mi, któ­re wy­bu­cha­ły na po­wierzch­ni z gło­śnym trza­skiem, gęst­nia­ła po­wo­li z go­dzi­ny na go­dzi­nę. Mu­sia­ły­śmy mie­szać ją nie­ustan­nie, aż mia­ły­śmy wra­że­nie, że ra­mio­na nam za­raz od­pad­ną. Wie­czo­rem wle­wa­ły­śmy płyn­ne my­dło do drew­nia­nych form. Je­śli mo­gły­śmy so­bie po­zwo­lić na sól, by ją do­dać, po­wsta­wa­ły po­rząd­ne ka­wa­łki my­dła. Lecz za­zwy­czaj sól po­trzeb­na była dla zwie­rząt albo do ma­ry­no­wa­nia mi­ęsa i ka­pu­sty na zimę, więc na­sze my­dło było ra­czej bre­ją, któ­rą do­da­wa­ło się do wody do pra­nia.

Rze­ka lśni­ła, a my z Kry­sty­ną szyb­ko pra­co­wa­ły­śmy: per­spek­ty­wa kąpie­li spra­wia­ła, że spraw­nie mo­czy­ły­śmy ubra­nia w wo­dzie, moc­no je ta­rły­śmy i obi­ja­ły­śmy o pła­skie ka­mie­nie.

- Wy­obraź so­bie, że to opat - pod­pu­ści­łam Kry­sty­nę, żeby ude­rza­ła moc­niej. Od­rzu­ci­ła gło­wę do tyłu i się ro­ze­śmia­ła, a jej zwi­ąza­ne w węzeł ja­sne wło­sy się roz­sy­pa­ły. Wy­żęły­śmy ubra­nia i roz­wie­si­ły­śmy je do wy­schni­ęcia na ni­skich ga­łęziach wzdłuż brze­gu.

- Go­to­wa? Raz, dwa, trzy! - za­wo­ła­ła, gdy ja jesz­cze strze­py­wa­łam i wy­gła­dza­łam ostat­nią ko­szu­lę.

Roz­su­pła­ła pa­sek, w bie­gu ści­ągnęła przez gło­wę pro­sty sa­ra­fan ra­zem ze skrom­ną tu­ni­ką i sta­nęła naga w wio­sen­nym sło­ńcu. Ja­kże była ode mnie inna. Skó­ra Kry­sty­ny była ja­sna jak śmie­ta­na, cia­ło szczu­płe, z wąski­mi bio­dra­mi i wy­so­ko umiesz­czo­ny­mi drob­ny­mi pier­sia­mi, któ­re przy­po­mi­na­ły pąki i ide­al­nie zmie­ści­ły­by się w jej dło­ni. Bro­daw­ki wy­gląda­ły jak ma­lut­kie ma­li­ny. Już mo­gła­by uro­dzić dziec­ko, za­częła krwa­wić w ze­szłym roku. Ja na­to­miast - cóż, Ta­nia za­pew­ne mia­ła ra­cję, twier­dząc, że wy­glądam jak moja mat­ka. Wło­sy mia­łam gęste i czar­ne, a skó­rę bar­wy dzi­kie­go mio­du - albo za­su­szo­nych glu­tów, jak zwy­kła ma­wiać Ta­nia. Moje bio­dra były sze­ro­kie, nogi dłu­gie i sil­ne, a pier­si duże i twar­de.

Kry­sty­na plu­ska­ła się w płyt­kim nur­cie tuż przy brze­gu. Jej gło­wa po­ja­wia­ła się i zni­ka­ła mi­ędzy ska­ła­mi, po­śród któ­rych zgro­ma­dzi­ła się woda. Pia­sek na dnie rze­ki po­ły­ski­wał bie­lą mi­ędzy jej sto­pa­mi, kie­dy sta­nęła.

- Cho­dź, na co cze­kasz? - Ro­ze­śmia­ła się, a po­tem za­nur­ko­wa­ła gło­wą i po­zwo­li­ła, by prąd po­rwał ją na głębo­ko­ści. Ro­ze­bra­łam się naj­szyb­ciej, jak mo­głam, roz­pu­ści­łam wło­sy i po­pędzi­łam za nią. Roz­pry­ski­wa­ły­śmy wodę, za­nu­rza­ły­śmy się i - coś roz­kosz­nie za­bro­nio­ne­go! - szo­ro­wa­ły­śmy się dro­go­cen­nym my­dłem. Otwie­ra­łam oczy pod wodą, ła­pa­łam wod­ne śli­ma­ki, urwa­łam ostrą trzci­nę z brze­gu, by spró­bo­wać upo­lo­wać węgo­rza, i szczy­pa­łam Kry­sty­nę za pal­ce stóp, uda­jąc, że je­stem rybą - wszyst­ko, byle po­śmiać się po po­nu­rych zi­mo­wych mie­si­ącach!

Woda wci­ąż była lo­do­wa­ta. Ja wy­szłam pierw­sza i na­tych­miast do­sta­łam gęsiej skór­ki. Po­trząsnęłam gło­wą, a kro­ple wody z wło­sów za­mi­go­ta­ły w sło­ńcu, za­nim zwi­nęłam je w węzeł.

- Lep­sze niż ba­nia - za­chi­cho­ta­ła Kry­sty­na, wci­ąż uno­sząc się na pły­ci­źnie. - Tu­taj przy­naj­mniej nikt nie chłosz­cze nas wit­ka­mi, aż wszyst­ko boli i nie­ma­lże krwa­wi.

- Och, mogę się tym za­jąć - od­po­wie­dzia­łam, ury­wa­jąc ga­łąź krze­wu. Kry­sty­na pi­snęła i za­nu­rzy­ła się pod wodę. I wte­dy do­ta­rły do nas te dźwi­ęki: rże­nie koni, ka­mie­nie zgrzy­ta­jące pod ko­ła­mi wozu, męskie gło­sy.

- Zo­stań w wo­dzie - przy­ka­za­łam Kry­sty­nie, a sama spoj­rza­łam na dro­gę. Trzech je­źdźców ota­cza­ło wóz okry­ty ja­snym płót­nem. Wo­źni­ca ści­ągnął lej­ce, by za­trzy­mać ko­nie. Mimo dzie­lącej nas od­le­gło­ści po­czu­łam, że mi się przy­gląda, i po­ża­ło­wa­łam, że nie zdąży­łam si­ęgnąć po swój sa­ra­fan.

- Kto to? - szep­nęła Kry­sty­na, pły­wa­jąc w wo­dzie tam i z po­wro­tem.

- Ćśśś! Nie wiem. Zo­stań tam!

Za­nie­po­ko­jo­na za­uwa­ży­łam, że wo­źni­ca zsia­da z wozu i rzu­ca lej­ce jed­ne­mu z to­wa­rzy­szy. Do­li­czy­łam się trzech uzbro­jo­nych lu­dzi, kie­dy on ru­szył wąską ście­żką do brze­gu w na­szym kie­run­ku. Pod­bie­głam do krze­wu, gdzie su­szył się mój czy­sty sa­ra­fan. Wci­ąż był wil­got­ny, ale i tak go wło­ży­łam. Le­d­wo zdo­ła­łam za­sło­nić nim uda, gdy mężczy­zna po­ja­wił się tuż przede mną.

Mu­siał być w tym sa­mym wie­ku co mój oj­ciec, ale z pew­no­ścią ni­g­dy tak ci­ężko nie pra­co­wał. Przy dłu­gim ro­syj­skim płasz­czu miał ciem­ny fu­trza­ny ko­łnierz, a jego spodnie uszy­te były z mi­ęk­kiej skó­ry i przy­trzy­my­wał je bo­ga­to ha­fto­wa­ny pas. Wy­so­kie buty były brud­ne i ubło­co­ne. Osło­ni­łam oczy dło­nią. Pot lśnił na jego czo­le, choć jego twarz osła­nia­ła pła­ska cza­pa z bo­bro­we­go fu­tra. Miał dłu­gą bro­dę, tak no­si­li się w tam­tych cza­sach wszy­scy Ro­sja­nie. Ob­rzu­cił mnie wzro­kiem od góry do dołu, a po­tem zdjął ręka­wicz­ki. Na krót­kich i gru­bych pal­cach miał kil­ka pie­rście­ni z ko­lo­ro­wy­mi ka­mie­nia­mi. Ni­g­dy cze­goś ta­kie­go nie wi­dzia­łam, na­wet opat nie no­sił tak dużo bi­żu­te­rii. Cof­nęłam się o krok. Ku memu prze­ra­że­niu ru­szył ku mnie.

- Czy mo­żesz mi wska­zać dro­gę do klasz­to­ru, dziew­czy­no? - za­py­tał szorst­kim nie­miec­kim.

Miał wszyst­kie zęby, ale jego dzi­ąsła były ciem­no­czer­wo­ne od żu­cia ty­to­niu i cuch­nął po­tem po dłu­giej je­ździe. Jed­nak nie­grzecz­nie by­ło­by się skrzy­wić i ura­zić nie­zna­jo­me­go pod­ró­żne­go, więc sta­łam tam tyl­ko jak ko­łek, a on cały czas mi się przy­glądał. Czu­łam, że moje pier­si za­zna­cza­ją się pod cien­kim, mo­krym płót­nem. Gdy wło­sy za­częły wy­su­wać mi się z węzła, in­stynk­tow­nie si­ęgnęłam, by je po­pra­wić, a wte­dy suk­nia osu­nęła się, od­sła­nia­jąc moje ra­mię.

Mężczy­zna prze­su­nął języ­kiem po war­gach, co przy­wio­dło mi na myśl węża, któ­re­go ra­zem z moim bra­tem Fio­do­rem za­uwa­ży­li­śmy ze­szłe­go lata w chwa­stach na grząd­ce z wa­rzy­wa­mi. Był bla­do­zie­lo­ny i wi­dzie­li­śmy, jak jego wnętrz­no­ści lśnią ciem­no pod na­pi­ętą skó­rą. Pe­łznął ku nam, z po­cząt­ku po­wo­li. Fio­dor, choć był mniej­szy, za­sło­nił mnie sobą. Gad wy­glądał na ja­do­wi­te­go, jed­nak mój brat po­chy­lił się i pod­nió­sł ci­ężki ka­mień. W chwi­li, gdy wąż rzu­cił się do przo­du z roz­war­ty­mi szczęka­mi, Fio­dor zmia­żdżył mu gło­wę. Tru­chło węża po­ru­sza­ło się jesz­cze przez ja­kiś czas, skręca­jąc się i wi­jąc.

Gdy mężczy­zna pod­sze­dł ko­lej­ny krok bli­żej, Kry­sty­na krzyk­nęła od stro­ny wody:

- Mar­to, uwa­żaj!

Od­wró­cił gło­wę, a ja po­chy­li­łam się, by pod­nie­ść omsza­ły ka­mień. Może i by­łam dzie­wi­cą, ale do­sko­na­le wie­dzia­łam, cze­go chce. Mie­li­śmy prze­cież z tyłu na po­dwó­rzu ko­gu­ta i kury, a mój oj­ciec mu­siał przy­trzy­my­wać kla­cze dla ogie­rów w klasz­tor­nych staj­niach. Poza tym w izbach, gdzie całe ro­dzi­ny spa­ły ra­zem na za­piec­ku, gdzie łączy­ły się cia­ła i od­de­chy, nie było miej­sca na in­tym­no­ść. Wie­dzia­łam, cze­go on chce, i nie mia­łam za­mia­ru mu tego dać.

- Klasz­tor jest tam da­lej, pro­sto tą dro­gą. Do­trze­cie tam pręd­ko, je­śli się po­spie­szy­cie! - po­wie­dzia­łam grzecz­nie, choć zdra­dzał mnie drżący głos.

Mężczy­zna nie od­po­wie­dział, tyl­ko zbli­żył się o ko­lej­ny krok.

- Two­je oczy mają taki sam ko­lor jak rze­ka. Co jesz­cze mo­żna w to­bie od­kryć? - za­py­tał.

Dzie­lił nas od sie­bie za­le­d­wie od­dech.

Wy­pro­sto­wa­łam się i syk­nęłam:

- Je­śli po­dej­dziesz jesz­cze bli­żej, roz­trza­skam ci czasz­kę i ugo­tu­ję pasz­tet z two­je­go mó­zgu. Wra­caj do swo­je­go wozu i jedź do tych prze­klętych mni­chów. - Gro­źnym ge­stem zwa­ży­łam ka­mień w dło­ni. Kątem oka wi­dzia­łam, że trzech jego to­wa­rzy­szy zsia­da z koni, prze­ci­ąga ko­ńczy­ny po dłu­giej je­ździe i po­zwa­la ko­niom się po­pa­ść. Przy­gry­złam war­gę. Je­den cze­rep roz­trza­skam, ale nie mamy szans z czte­re­ma mężczy­zna­mi. Ser­ce wa­li­ło mi w pier­si, gdy sta­ra­łam się nie ulec prze­ra­że­niu z po­wo­du tego, co może się wy­da­rzyć. Pierw­szy z po­zo­sta­łych mężczyzn chy­ba za­mie­rzał ru­szyć ście­żką. Nie­zna­jo­my uśmiech­nął się pod no­sem, pe­wien ła­twe­go zwy­ci­ęstwa. Kry­sty­na szlo­cha­ła w wo­dzie, a ten dźwi­ęk wy­wo­łał we mnie wście­kło­ść: gniew po­łączo­ny z siłą i od­wa­gą.

- Wy­noś się stąd, Ro­sja­ni­nie! - prych­nęłam na nie­go, a on się za­wa­hał. A po­tem na­gle unió­sł dłoń, po­wstrzy­mu­jąc dru­gie­go mężczy­znę. I uśmiech­nął się do mnie krzy­wo.

- Na Boga, dziew­czy­no, roz­ba­wiasz mnie. Jesz­cze się zo­ba­czy­my, a wte­dy będziesz dla mnie mil­sza.

Wy­ci­ągnął dłoń, jak­by chciał do­tknąć mo­ich wło­sów. Kry­sty­na krzyk­nęła. Ja splu­nęłam mu pod sto­py. Jego ob­li­cze przy­bra­ło twar­dy wy­raz.

- Po­cze­kaj - za­gro­ził. - Mar­ta, tak? Tak cię na­zwa­ła ta mała ko­kiet­ka w wo­dzie?

Onie­mia­łam ze stra­chu, gdy się od­wró­cił i ru­szył w górę brze­gu. Do­pie­ro gdy po­pędził ko­nie, strze­la­jąc z bata, a tętent pod­ków i tur­kot kół uci­chły, za­czerp­nęłam tchu i wy­pu­ści­łam ka­mień z lep­kich, mo­krych od potu pal­ców. Nogi się pode mną ugi­ęły i roz­trzęsio­na osu­nęłam się na szorst­ki, sza­ry piach. Kry­sty­na wy­szła z wody; ob­jęła mnie ra­mio­na­mi i moc­no się do sie­bie przy­tu­li­ły­śmy, aż trzęsłam się już tyl­ko z zim­na, a nie ze stra­chu. Kry­sty­na gła­dzi­ła mnie po wło­sach i szep­nęła:

- Je­steś taka dziel­na, Mar­to. Ni­g­dy nie od­wa­ży­ła­bym się gro­zić mu ta­kim ma­łym głu­pim ka­my­kiem.

Spoj­rza­łam na ka­mień u mo­ich stóp. Rze­czy­wi­ście wy­glądał na mały i głu­pi.

- My­ślisz, że jesz­cze go spo­tka­my? - za­py­ta­ła, gdy ja się pod­no­si­łam. Za­tro­ska­na przy­gry­złam war­gę. Za­py­tał mnie o dro­gę do klasz­to­ru, do któ­re­go wszy­scy na­le­że­li­śmy: na­sza izba, na­sza zie­mia, suk­nia na moim grzbie­cie, my sami. Od­pędzi­łam od sie­bie tę myśl.

- Bzdu­ra - po­wie­dzia­łam, ma­jąc na­dzie­ję, że w moim gło­sie za­brzmi pew­no­ść, któ­rej mi bra­ko­wa­ło. - Ni­g­dy już tego tłu­ścio­cha nie uj­rzy­my. Oby spa­dł z wozu i skręcił so­bie kark.

Spró­bo­wa­łam się ro­ze­śmiać, ale nie mo­głam. Kry­sty­na też nie wy­gląda­ła na prze­ko­na­ną. Chmu­ry za­sło­ni­ły sło­ńce, na­da­jąc przed­wcze­śnie świa­tłu od­cień wie­czor­ne­go błęki­tu. Drża­łam w mo­krej suk­ni, któ­ra zno­wu była brud­na. Kło­pot - będę ją mu­sia­ła uprać ju­tro, z sa­me­go rana przed tar­giem. Otrze­pa­łam so­bie piach i ka­mycz­ki z ko­lan.

- Cho­dźmy.

W mil­cze­niu ubra­ły­śmy się i ze­bra­ły­śmy wci­ąż wil­got­ne pra­nie, by roz­wie­sić je nad pie­cem w domu. Przez to po­wie­trze w cha­cie będzie jesz­cze bar­dziej wil­got­ne i po­gor­szy ka­szel Fio­do­ra.

- Ni­ko­mu o tym nie po­wie­my, do­brze? - za­su­ge­ro­wa­łam Kry­sty­nie, li­cząc na to, że sama przed sobą będę mo­gła uda­wać, że do spo­tka­nia nad rze­ką ni­g­dy nie do­szło. Jed­nak w głębi ser­ca czu­łam, że to nie ko­niec. Nic na tym świe­cie nie dzie­je się bez po­wo­du. Tego po­po­łud­nia moje ży­cie zmie­ni­ło swój bieg jak wia­trow­skaz na da­chu klasz­to­ru, któ­ry ob­ra­ca się przy pierw­szym po­dmu­chu na­głej bu­rzy.

In­ter­re­gnum 1725

NIE ŻYJE. MÓJ UKO­CHA­NY MĄŻ, po­tężny car Wszech­ru­si, uma­rł - i to w samą porę.

Tuż przed tym, jak przy­szła po nie­go śmie­rć, Piotr za­żądał, by do sy­pial­ni w Pa­ła­cu Zi­mo­wym przy­nie­sio­no mu pió­ro i pa­pier. Moje ser­ce za­ma­rło. On nie za­po­mniał, po­ci­ągnie mnie ze sobą. Gdy po raz ostat­ni stra­cił przy­tom­no­ść, a ciem­no­ść moc­niej przy­ci­ągnęła go do swej pier­si, pió­ro wy­su­nęło mu się z pal­ców. Czar­ny in­kaust roz­pry­sł się na zbru­dzo­ną po­ściel, czas wstrzy­mał od­dech. Ja­kąż spra­wę chciał za­ła­twić car tym ostat­nim wy­si­łkiem swe­go wiel­kie­go du­cha?

Zna­łam od­po­wie­dź.

Świe­ce w wy­so­kich lich­ta­rzach wy­pe­łnia­ły kom­na­tę ci­ężkim za­pa­chem i mi­go­tli­wym świa­tłem; ich blask spra­wiał, że cie­nie ta­ńczy­ły, a po­sta­ci utka­ne na fla­mandz­kich ar­ra­sach oży­wa­ły. Ich su­ro­we ob­li­cza wy­ra­ża­ły ból i nie­do­wie­rza­nie. Gło­sy lu­dzi, któ­rzy przez całą noc sta­li za drzwia­mi, za­głu­szał lu­to­wy wi­cher, gniew­nie ko­ła­cząc okien­ni­ca­mi. Czas pły­nął po­wo­li, ni­czym oli­wa wy­la­na na wodę. Piotr od­ci­snął się na na­szych du­szach tak, jak jego pie­rścień od­ci­skał się w go­rącym wo­sku. Wy­da­wa­ło się nie­mo­żli­we, by świat nie za­trzy­mał się w swych ko­le­inach, gdy umrze. Mój mąż, naj­sil­niej­sza wola, któ­rej Ro­sja kie­dy­kol­wiek zo­sta­ła pod­da­na, był kimś wi­ęcej niż na­szym wład­cą. Był na­szym lo­sem. I na­dal wy­zna­czał mój.

Dok­to­rzy - Blu­men­trost, Paul­sen i Horn - sta­li w mil­cze­niu wo­kół łoża Pio­tra i wpa­try­wa­li się w nie­go z prze­stra­chem. Po­da­ne od­po­wied­nio wcze­śnie le­kar­stwo za pięć ko­pie­jek mo­gło go ura­to­wać. Dzi­ęki Bogu ko­no­wa­łom za­wsze bra­ko­wa­ło zdro­we­go roz­sąd­ku.

Na­wet nie pa­trząc, czu­łam, że ob­ser­wu­ją mnie Teo­fan Pro­ko­po­wicz, ar­cy­bi­skup No­wo­gro­du, i Alek­san­der Mien­szy­kow. Pro­ko­po­wicz zmie­niał wolę cara w wiecz­no­ść i Piotr wie­le mu za­wdzi­ęczał. Na­to­miast Mien­szy­kow zy­skał swój ma­jątek i swo­je wpły­wy wy­łącz­nie za spra­wą Pio­tra. Co ten mó­wił, gdy ktoś pró­bo­wał szar­gać przy nim na­zwi­sko Alek­san­dra Da­ni­ło­wi­cza, od­no­sząc się do jego po­dej­rza­nych in­te­re­sów? "Mien­szy­kow to Mien­szy­kow, co­kol­wiek by uczy­nił!" - i to ko­ńczy­ło te­mat.

Dok­tor Paul­sen za­mknął oczy cara i skrzy­żo­wał jego ręce na pier­si, ale nie wy­jął z jego dło­ni pa­pie­ru, ostat­niej woli Pio­tra. Te dło­nie, któ­re za­wsze wy­da­wa­ły się za de­li­kat­ne jak na jego wy­so­kie i po­tężne cia­ło, znie­ru­cho­mia­ły, sta­ły się bez­sil­ne. Za­le­d­wie dwa ty­go­dnie temu za­nu­rzał te dło­nie w moje wło­sy i okręcał je so­bie wo­kół pal­ców, wdy­cha­jąc za­pach wody ró­ża­nej i drze­wa san­da­ło­we­go.

- Moja Ka­ta­rzy­no - po­wie­dział, na­zy­wa­jąc mnie imie­niem, któ­re sam mi nadał, i uśmiech­nął się do mnie. - Wci­ąż je­steś pi­ęk­na. Lecz jak będziesz wy­glądać w klasz­to­rze, ogo­lo­na na łyso? Tam­tej­szy chłód zła­mie two­je­go du­cha, choć je­steś sil­na jak koń. Wiesz, że ta bie­dacz­ka Eu­do­kia wci­ąż do mnie pi­sze, bła­ga­jąc o do­dat­ko­we fu­tro? Jak do­brze, że ty nie umiesz pi­sać! - do­dał ze śmie­chem.

Mi­nęło trzy­dzie­ści lat, od­kąd jego pierw­sza żona Eu­do­kia zo­sta­ła wy­sła­na do klasz­to­ru. Wi­dzia­łam ją kie­dyś. W jej oczach pło­nęło sza­le­ństwo, ogo­lo­na gło­wa po­kry­ta była gu­za­mi i kro­sta­mi od chło­du i bru­du. Je­dy­nym to­wa­rzy­stwem Eu­do­kii była gar­ba­ta kar­li­ca, któ­ra po­słu­gi­wa­ła jej w klasz­tor­nej celi. Piotr ka­zał tej nie­szczęsnej isto­cie uci­ąć język, więc na jęki i la­men­ty Eu­do­kii mo­gła od­po­wia­dać je­dy­nie be­łko­tem. Słusz­nie za­kła­dał, że uj­rze­nie Eu­do­kii na­pędzi mi stra­chu do ko­ńca ży­cia.

Przy­klęk­nęłam przy łożu cara, a trzech dok­to­rów wy­co­fa­ło się na skraj kom­na­ty, ni­czym prze­pędzo­ne z pola wro­ny. Nie­szczęsne pta­ki, któ­rych Piotr tak bar­dzo bał się w ostat­nich la­tach swe­go ży­cia. Ogło­sił po­lo­wa­nie na nie w ca­łym im­pe­rium. Chło­pi ła­pa­li je dla na­gro­dy, za­bi­ja­li, sku­ba­li i pie­kli. Nic to ca­ro­wi nie po­mo­gło: w noc­nej ci­szy wid­mo­wy ptak wśli­zgi­wał się przez obi­te ma­te­rią ścia­ny i za­mkni­ęte drzwi car­skiej sy­pial­ni. Jego he­ba­no­we skrzy­dła prze­sła­nia­ły świa­tło, a w ich chłod­nym cie­niu krew na dło­niach Pio­tra ni­g­dy nie wy­sy­cha­ła.

Pal­ce cara wci­ąż nie były pal­ca­mi tru­pa, były mi­ęk­kie i na­dal cie­płe. Na chwi­lę strach i gniew ostat­nich mie­si­ęcy wy­mknęły się z mo­je­go ser­ca jak zło­dziej nocą. Uca­ło­wa­łam dło­nie Pio­tra, wdy­cha­jąc zna­jo­my za­pach ty­to­niu, atra­men­tu, skó­ry i mie­szan­ki per­fum, któ­rą ro­bio­no w Gras­se wy­łącz­nie dla nie­go.

Wy­jęłam pa­pier z jego dło­ni. Ła­two się wy­su­nął, choć z lęku krew stęża­ła mi w ży­łach. Jak­by je po­krył szron, były jak prze­mar­z­ni­ęte ga­łęzie drzew pod­czas nad­ba­łtyc­kiej zimy. Jed­nak wa­żne było, by po­ka­zać wszyst­kim, że tyl­ko ja mam pra­wo to zro­bić - ja, jego żona i mat­ka dwa­na­ścior­ga jego dzie­ci.

Pa­pier za­sze­le­ścił mi w pal­cach, gdy go roz­kła­da­łam. Nie po raz pierw­szy wsty­dzi­łam się, że nie po­tra­fię czy­tać. Po­da­łam ostat­nią wolę mego ma­łżon­ka Teo­fa­no­wi Pro­ko­po­wi­czo­wi. Przy­naj­mniej Mien­szy­kow wie­dział rów­nie mało jak ja. Od chwi­li, gdy Piotr zgar­nął nas pod swo­je skrzy­dła, rzu­ca­jąc na nas swój czar, by­li­śmy ni­czym dwo­je dzie­ci, któ­re kłó­cą się o uwa­gę i mi­ło­ść ojca. Ba­tiusz­ka car, jak na­zy­wał go lud. Nasz oj­czu­lek car.

Pro­ko­po­wicz mu­siał się do­my­ślać, co za­pla­no­wał dla mnie Piotr. To sta­ry lis z ostrym jak brzy­twa umy­słem, obe­zna­ny z kró­le­stwa­mi za­rów­no ziem­ski­mi, jak i nie­bie­skim. Da­ria za­rze­ka­ła się kie­dyś, że ma w bi­blio­te­ce trzy ty­si­ące ksi­ąg. Bła­gam, po co jed­ne­mu czło­wie­ko­wi trzy ty­si­ące ksi­ąg? Pa­pier lek­ko spo­czy­wał te­raz w jego po­kry­tych star­czy­mi pla­ma­mi dło­niach. Osta­tecz­nie to on po­mó­gł Pio­tro­wi spi­sać de­kret, któ­ry zszo­ko­wał nas wszyst­kich. Car od­rzu­cił w nim wszel­kie zwy­cza­je i wszel­kie pra­wa: chciał sam wy­zna­czyć swo­je­go na­stęp­cę i wo­lał po­zo­sta­wić im­pe­rium za­słu­gu­jące­mu na tę god­no­ść ob­ce­mu niż wła­sne­mu nie­uda­ne­mu dziec­ku. Alek­se­mu...

Ja­kiż on był wy­stra­szo­ny, gdy spo­tka­li­śmy się po raz pierw­szy, wy­ka­pa­na mat­ka, Eu­do­kia, taki sam roz­my­ty wzrok i wy­so­kie, wy­pu­kłe czo­ło. Nie mógł usie­dzieć pro­sto, bo Mien­szy­kow do krwi obił mu ple­cy i sie­dze­nie. Alek­sy zbyt pó­źno po­jął swój los: w dąże­niu do stwo­rze­nia no­wej Ro­sji car nie oszczędzi ni­ko­go, ani sie­bie, ani swo­je­go je­dy­ne­go syna. "Nie by­łeś krwią z mo­jej krwi, Alek­sy, ani cia­łem z mego cia­ła..." I dla­te­go mo­głam spo­koj­nie spać. Pio­tra na­to­miast dręczy­ły od tam­te­go dnia kosz­ma­ry.

Ser­ce ło­mo­ta­ło mi pod lek­ko za­sznu­ro­wa­nym gor­se­tem - dzi­wi­łam się, że jego echo nie od­bi­ja się od ścian - lecz od­po­wie­dzia­łam na spoj­rze­nie Pro­ko­po­wi­cza ze spo­ko­jem, na jaki tyl­ko po­tra­fi­łam się zdo­być. Za­ci­snęłam moc­no pal­ce stóp w pan­to­flach, bo za nic nie mo­głam ze­mdleć. Uśmiech Pro­ko­po­wi­cza był bla­dy jak pros­fo­ra[1], któ­rą po­da­wał w cer­kwi. Znał ta­jem­ni­ce ludz­kich serc, a szcze­gól­nie mo­je­go.

- Czy­taj­cie, Teo­fa­nie - po­wie­dzia­łam ci­cho.

- Prze­ka­zać wszyst­ko... - prze­rwał, pod­nió­sł wzrok i po­wtó­rzył - ...prze­ka­zać wszyst­ko...

Tem­pe­ra­ment Mien­szy­ko­wa dał o so­bie znać: ze­rwał się z miej­sca, jak­by ktoś sma­gnął go ba­tem, jak w sta­rych do­brych cza­sach.

- Komu? - wark­nął na Pro­ko­po­wi­cza. - Mów­cie, Teo­fa­nie, komu?

Od­dy­cha­łam z tru­dem. Fu­tro na­gle za­częło pa­rzyć mi skó­rę.

Ar­cy­bi­skup wzru­szył ra­mio­na­mi.

- To wszyst­ko. Car nie do­ko­ńczył zda­nia. - Cień uśmie­chu prze­bie­gł przez po­kry­tą zmarszcz­ka­mi twarz Pro­ko­po­wi­cza. Piotr uwiel­biał sta­wiać wszyst­ko na gło­wie. I, o tak, wci­ąż trzy­mał nas w ga­rści, na­wet zza gro­bu. Teo­fan spu­ścił wzrok. A ja po­wró­ci­łam do ży­cia. Nic nie zo­sta­ło prze­sądzo­ne! Piotr nie żył, jego na­stęp­ca nie zo­stał wska­za­ny. Ale to nie zna­czy­ło, że je­stem bez­piecz­na. Wręcz prze­ciw­nie.

- Co? To wszyst­ko? - Mien­szy­kow wy­rwał pa­pier z rąk ar­cy­bi­sku­pa. - Nie wie­rzę! - Wbił wzrok w pi­smo, lecz Pro­ko­po­wicz ode­brał mu te­sta­ment.

- Och, Alek­san­drze Da­ni­ło­wi­czu. I tyle masz z tego, że za­wsze mia­łeś coś lep­sze­go do ro­bo­ty niż na­uka czy­ta­nia i pi­sa­nia.

Mien­szy­kow już miał mu ostro od­po­wie­dzieć, lecz ja na­tych­miast im prze­rwa­łam. Mężczy­źni! Czy to jest od­po­wied­nia chwi­la na ska­ka­nie so­bie do oczu? Mu­sia­łam dzia­łać jak naj­szyb­ciej, je­śli nie chcia­łam prze­żyć resz­ty swo­ich dni w za­ko­nie, zo­stać wy­wie­zio­na na sa­niach na Sy­be­rię albo sko­ńczyć twa­rzą do dołu w Ne­wie, uno­sząc się po­śród gru­bej kry, z cia­łem po­ła­ma­nym i roz­dar­tym przez wiel­kie bry­ły lodu.

- Teo­fa­nie, czy car uma­rł, nie wy­zna­czyw­szy swo­je­go na­stęp­cy? - mu­sia­łam się upew­nić.

Pro­ko­po­wicz po­ki­wał gło­wą. Oczy na­bie­gły mu krwią po wie­lu go­dzi­nach czu­wa­nia przy łożu wład­cy. Tak jak wszy­scy popi no­sił pro­stą fry­zu­rę - jego ciem­ne, po­prze­ty­ka­ne si­wi­zną wło­sy opa­da­ły mu na ra­mio­na. Miał na so­bie skrom­ny ciem­ny ubiór zwy­kłe­go du­chow­ne­go. Nic nie zdra­dza­ło za­szczy­tów i urzędów, któ­ry­mi na­gra­dzał go Piotr, nic poza ci­ężkim, wy­sa­dza­nym szla­chet­ny­mi ka­mie­nia­mi krzy­żem na pier­si ar­cy­bi­sku­pa - pa­na­gią[2]. Teo­fan Pro­ko­po­wicz był sta­ry, ale na­le­żał do tego ro­dza­ju lu­dzi, któ­rzy mo­gli­by słu­żyć jesz­cze wie­lu ca­rom. Po­kło­nił się i po­dał mi pa­pier. Wsu­nęłam go w rękaw suk­ni.

Ar­cy­bi­skup się wy­pro­sto­wał.

- Ca­ry­co, skła­dam w wa­sze ręce przy­szło­ść Ro­sji. - Tęt­no mi przy­spie­szy­ło, gdy za­ty­tu­ło­wał mnie w ten spo­sób. Mien­szy­kow też unió­sł gło­wę, czuj­nie jak my­śliw­ski pies ła­pi­ący trop. Zmru­żył przy tym oczy.

- Idźcie do domu, Teo­fa­nie, i od­pocz­nij­cie. Po­ślę po was, gdy będę was po­trze­bo­wać. A na ra­zie pa­mi­ętaj­cie, że ostat­nie sło­wa cara zna­my tyl­ko my tro­je - od­po­wie­dzia­łam. - Mam na­dzie­ję, że będzie­cie słu­żyć mi przez wie­le lat - do­da­łam. - Na­da­ję wam Or­der Świ­ęte­go An­drze­ja i prze­ka­zu­ję ma­jątek pod Ki­jo­wem z dzie­si­ęcio­ma, nie, z dwu­dzie­sto­ma ty­si­ąca­mi dusz.

Po­kło­nił się za­do­wo­lo­ny, a ja za­częłam się szyb­ko za­sta­na­wiać, kogo trze­ba będzie ska­zać na ze­sła­nie, żeby skon­fi­sko­wać jego ma­jątek i prze­ka­zać go Pro­ko­po­wi­czo­wi. W taki dzień jak ten for­tu­ny ro­dzą się i giną. Ski­nęłam na słu­żące­go, któ­ry cze­kał przy drzwiach. Czy ro­zu­miał na­sze szep­ty? Mia­łam na­dzie­ję, że nie.

- Każ za­prząc po­wóz dla Teo­fa­na Pro­ko­po­wi­cza. I po­móż mu ze­jść na dół. - I szep­tem do­da­łam: - Żeby nikt z nim nie roz­ma­wiał, ja­sne?

Po­ki­wał gło­wą, a dłu­gie rzęsy za­trze­po­ta­ły nad ró­żo­wy­mi po­licz­ka­mi. Przy­stoj­ny był z nie­go mło­dzie­niec. Jego twarz przy­po­mnia­ła mi na­gle ob­li­cze in­ne­go. Tego, któ­re­go uwa­ża­łam za naj­pi­ęk­niej­sze­go. Piotr bru­tal­nie to za­ko­ńczył. A po­tem roz­ka­zał, by jego gło­wę, jego słod­ką gło­wę, usta­wio­no obok mo­je­go łó­żka w ci­ężkim szkla­nym sło­ju ze spi­ry­tu­sem. Jak ja­błka za­la­ne wód­ką na zimę. Sze­ro­ko otwar­te oczy wpa­try­wa­ły się we mnie smut­no, po śmier­ci usta, kie­dyś tak mi­ęk­kie przy po­ca­łun­kach, skur­czy­ły się po­zba­wio­ne krwi, od­sła­nia­jąc zęby i dzi­ąsła. Gdy zo­ba­czy­łam ten słój po raz pierw­szy i prze­ra­żo­na ka­za­łam po­ko­jo­wej go wy­nie­ść, Piotr za­gro­ził mi klasz­to­rem i chło­stą. I na ja­kiś czas słój zo­stał.

Teo­fan Pro­ko­po­wicz ro­ze­śmiał się ła­god­nie, a jego twarz tak się po­marsz­czy­ła, że skó­ra wy­gląda­ła jak spie­czo­na la­tem zie­mia.

- Nie mar­tw­cie się, ca­ry­co. Cho­dź, chłop­cze, po­daj ra­mię sta­re­mu czło­wie­ko­wi.

Wy­szli we dwóch na ko­ry­tarz. Ja­sne, wąsko skro­jo­ne, je­dwab­ne spodnie pod­kre­śla­ły za­rys umi­ęśnio­nych nóg i po­ślad­ków słu­żące­go. Czy praw­dą jest plot­ka, że Pro­ko­po­wi­czo­wi po­do­ba­ją się mło­dzi mężczy­źni? Cóż - co kto lubi. Za­sło­ni­łam swym cia­łem wi­dok na ce­sar­skie łoże. Bla­de, wy­stra­szo­ne twa­rze ob­ró­ci­ły się, by zaj­rzeć do kom­na­ty: pa­no­wie i słu­żba sie­dzie­li tam ni­czym kró­li­ki w pu­łap­ce i wy­ci­ąga­li szy­je, ocze­ku­jąc na swój los. Ma­da­me de la Tour, chu­da fran­cu­ska gu­wer­nant­ka mo­jej naj­młod­szej cór­ki Na­ta­lii, przy­tu­la­ła ją moc­no do sie­bie. Zmarsz­czy­łam brwi. W an­ty­szam­brze było Na­ta­lii o wie­le za zim­no, a od wczo­raj­sze­go po­po­łud­nia ka­sła­ła. Jej star­sze sio­stry Elżbie­ta i Anna sie­dzia­ły obok niej, jed­nak uni­ka­łam ich wzro­ku. Były za mło­de, jak mo­gły­by zro­zu­mieć?

Nikt jesz­cze nie wie­dział, że to ja je­stem tą oso­bą, któ­rej po­win­ni się bać. Szu­ka­łam w tłu­mie mło­de­go Pie­trusz­ki, wnu­ka Pio­tra, oraz ksi­ążąt Do­łgo­ru­kich, jego zwo­len­ni­ków, ale ni­g­dzie ich nie było. Przy­gry­złam war­gę. Czy­żby zaj­mo­wa­li się knu­ciem pla­nów prze­jęcia tro­nu? Po­win­nam zgar­nąć ich jak naj­szyb­ciej. Pstryk­nęłam pal­ca­mi i sto­jący naj­bli­żej war­tow­nik za­mie­nił się w słuch.

- Po­ślij­cie po taj­ną radę: hra­bie­go To­łsto­ja, ba­ro­na Oster­man­na i Pa­wła Ja­gu­ży­ńskie­go. Po­spiesz­cie się, car chce ich wi­dzieć - roz­ka­za­łam gło­śno, by mieć pew­no­ść, że moje ostat­nie sło­wa sły­chać było przez całą dłu­go­ść ko­ry­ta­rza.

Mien­szy­kow wci­ągnął mnie z po­wro­tem do sy­pial­ni, za­mknął drzwi i prych­nął z nie­do­wie­rza­niem w re­ak­cji na moją zu­chwa­ło­ść.

- Cho­dź - po­wie­dzia­łam uprzej­mie. - Przej­dzie­my obok, do ma­łej bi­blio­te­ki.

Mien­szy­kow chwy­cił z krze­sła swój ha­fto­wa­ny sur­dut z zie­lo­ne­go bro­ka­tu, w któ­rym trzy­mał straż przy łożu Pio­tra przez ostat­nie dni i ty­go­dnie. Dzi­ęki jed­nej srebr­nej nici wple­cio­nej w ma­te­riał chłop­ska ro­dzi­na utrzy­ma­ła­by się przez całe dwa lata. Pod ra­mię wci­snął so­bie la­skę z ga­łką z ko­ści sło­nio­wej. W ukry­tych drzwiach do ma­łej bi­blio­te­ki Pio­tra od­wró­ci­łam się do me­dy­ków.

- Ża­den z was nie może opu­ścić tej kom­na­ty i ni­ko­go nie wol­no wam wzy­wać.

- Ale... - za­czął Blu­men­trost.

Unio­słam dłoń.

- Nie może się roz­nie­ść, że car od­sze­dł. Jesz­cze nie.

Piotr po­chwa­li­łby mój ton.

- Jak roz­ka­że­cie. - Blu­men­trost się po­kło­nił.

- Do­brze. Za­pła­tę otrzy­ma­cie jesz­cze dziś. To samo do­ty­czy wa­szych ko­le­gów.

Mien­szy­kow lek­ko się za­chwiał. Ten nie­pew­ny krok to wy­nik zmęcze­nia czy stra­chu?

Ru­szy­łam przed nim do przy­tul­nej ma­łej bi­blio­te­ki. Mien­szy­kow wsze­dł za mną, ale naj­pierw zła­pał wy­so­ką ka­raf­kę bur­gun­da, któ­rym się raz po raz często­wał, oraz dwa kie­li­chy z we­nec­kie­go szkła.

- W ta­kim mo­men­cie nie mo­żna być ani trze­źwym, ani skąpym - stwier­dził z krzy­wym uśmie­chem, po czym za­trza­snął drzwi kop­nia­kiem jak byle karcz­marz. Ogień w ko­min­ku wy­ga­sł, ale wy­ło­żo­ne drew­nem ścia­ny za­trzy­ma­ły jego cie­pło. Ko­lo­ro­we je­dwab­ne dy­wa­ny, któ­re przy­wie­źli­śmy z wy­pra­wy wo­jen­nej do Per­sji - do­łącza­jąc do or­sza­ku tu­zin wo­zów z ła­dun­kiem - przed­sta­wia­ły wszel­kie mo­żli­we bo­skie stwo­rze­nia, ro­śli­ny i pta­ki w ich pe­łnej kra­sie. Pro­ste krze­sła przy biur­ku, przy ko­min­ku i przy pó­łkach zo­sta­ły wy­ko­na­ne przez sa­me­go Pio­tra. Sły­sza­łam cza­sa­mi od­gło­sy to­cze­nia i stu­ka­nia w drew­no na­wet po pó­łno­cy. Sto­lar­ka prze­pędza­ła jego de­mo­ny i pod­su­wa­ła mu naj­lep­sze po­my­sły, jak ma­wiał. Jego mi­ni­stro­wie ni­cze­go nie oba­wia­li się tak bar­dzo, jak nocy, któ­rą Piotr spędził na cie­sio­łce. Za­sy­piał, wy­ko­ńczo­ny, na ro­bo­czej ła­wie. Tyl­ko Mien­szy­kow był wy­star­cza­jąco sil­ny, żeby za­rzu­cić so­bie cara na ple­cy i od­nie­ść go do łó­żka. Gdy­bym tam na nie­go nie cze­ka­ła, Piotr sko­rzy­sta­łby z brzu­cha mło­de­go szam­be­la­na jako po­dusz­ki. Za­wsze po­trze­bo­wał czuć do­tyk czy­je­jś skó­ry, żeby po­wstrzy­mać wspo­mnie­nia.

Wy­so­kie okna były prze­sło­ni­ęte przez pod­bi­te pod­szew­ką za­sło­ny, któ­re na­był jako mło­dy czło­wiek pod­czas po­by­tu w Ni­der­lan­dach, na dłu­go przed woj­ną pó­łnoc­ną, trwa­jącą dwie de­ka­dy wal­ką o po­ko­na­nie Szwe­dów i prze­trwa­nie. Pó­łki ugi­na­ły się pod ci­ęża­rem ksi­ąg, były to po­noć opi­sy pod­ró­ży, mor­skich rej­sów, wo­jen, ży­wo­ty wład­ców oraz po­rad­ni­ki rządze­nia i dzie­ła re­li­gij­ne. Co ja­kiś czas kart­ko­wał ka­żdą z nich. Był to świat, w któ­rym nie mo­głam mu to­wa­rzy­szyć. Zwo­je pa­pie­ru le­ża­ły na biur­ku albo w sto­sach w kątach bi­blio­te­ki. Nie­któ­re ksi­ęgi były dru­ko­wa­ne i opra­wio­ne w gru­bą świ­ńską skó­rę, inne spi­sa­no od­ręcz­nie w klasz­to­rach.

Na ko­min­ku stał mo­del Na­ta­lii, fre­ga­ty Pio­tra, jego dumy, a po­wy­żej wi­siał por­tret mo­je­go syna Pio­tra Pio­tro­wi­cza. Na­ma­lo­wa­no go kil­ka mie­si­ęcy przed jego śmier­cią, któ­ra roz­da­rła na­sze ser­ca. Uni­ka­łam tego po­miesz­cze­nia przez lata z po­wo­du tego ob­ra­zu, był zbyt re­ali­stycz­ny: jak­by w ka­żdej chwi­li mój syn mógł rzu­cić ku mnie czer­wo­ną skó­rza­ną pi­łkę, któ­rą trzy­mał w dło­niach. Ja­sne loki opa­da­ły na bia­łą ko­ron­ko­wą ko­szu­lę, a uśmiech uka­zy­wał rządek ząb­ków. Od­da­ła­bym ży­cie, by mieć go te­raz przy so­bie, by móc ogło­sić go ca­rem Wszech­ru­si. Wci­ąż by­łby dziec­kiem, oczy­wi­ście. Ale był sy­nem z na­szej krwi, mo­jej i Pio­tra. Dy­na­stia. Czy nie tego pra­gnie ka­żdy wład­ca? A te­raz zo­sta­ły tyl­ko cór­ki i bu­dzący lęk wnuk, mały Pie­trusz­ka.

Na myśl o nim aż za­pa­rło mi dech w pier­siach. Gdy się uro­dził, Piotr wzi­ął go w ra­mio­na i od­wró­cił się od jego nie­szczęsnej mat­ki. Bied­na Szar­lo­ta. Przy­po­mi­na­ła szla­chet­ne­go, pło­chli­we­go ko­nia i jak koń zo­sta­ła sprze­da­na przez ojca do Ro­sji. Gdzie był te­raz jej sy­nek? W pa­ła­cu Do­łgo­ru­kich? W ko­sza­rach? Tu za drzwia­mi? Pie­trusz­ka miał za­le­d­wie dwa­na­ście lat, a Piotr nie nadał mu na­wet ty­tu­łu ca­re­wi­cza, mimo to ba­łam się go bar­dziej niż dia­bła.

- Do­brze zro­bi­łaś, wzy­wa­jąc radę i po­zby­wa­jąc się tego sta­re­go głup­ca Teo­fa­na - przy­znał Mien­szy­kow.

Od­wró­ci­łam się ku nie­mu.

- To my je­ste­śmy głup­ca­mi. Mam na­dzie­ję, że do­trzy­ma sło­wa.

- A co ci obie­cał? - za­py­tał za­sko­czo­ny Mien­szy­kow.

- Wła­śnie! Sły­szysz tyl­ko te sło­wa, któ­re pa­da­ją, a prze­cież po­wie­dzia­no o wie­le wi­ęcej. - Chwy­ci­łam go za ko­łnierz ko­szu­li i syk­nęłam: - Pły­nie­my w jed­nej ło­dzi. Niech Bóg ma nad tobą li­to­ść za ka­żdą se­kun­dę, któ­rą te­raz mar­nu­jesz. Nie wi­dzia­łam w an­ty­szam­brze ani Pie­trusz­ki, ani jego uro­czych przy­ja­ciół, a ty? Dla­cze­go pra­wo­wi­te­go na­stęp­cy wład­cy im­pe­rium ro­syj­skie­go nie ma tu­taj, przy łożu śmier­ci swo­je­go dziad­ka, gdzie jego miej­sce?

Mien­szy­kow miał nie­pew­ną minę. Ota­rł so­bie czo­ło.

- Bo jest z żo­łnie­rza­mi w car­skich ko­sza­rach, któ­rzy za­raz po­rwą go na ra­mio­na i za­czną wi­wa­to­wać na jego cze­ść, gdy tyl­ko do­wie­dzą się, że car nie żyje. Co się wte­dy sta­nie z nami? Czy Pie­trusz­ka za­po­mniał o lu­dziach, któ­rzy pod­pi­sa­li wy­rok na jego ojca, cho­ćby krzy­ży­kiem przy swo­im imie­niu, bo nie po­tra­fią pi­sać?

Pu­ści­łam go. Mien­szy­kow na­pe­łnił so­bie po­now­nie kie­lich i po­ci­ągnął dłu­gi łyk wina. Sil­ne, ozdo­bio­ne ci­ężki­mi pie­rście­nia­mi pal­ce drża­ły. Wro­dzo­ną prze­bie­gło­ść Mien­szy­ko­wa przy­tępi­ło zmęcze­nie, lecz ja z nim jesz­cze nie sko­ńczy­łam.

- We­dług nich Sy­be­ria to będzie dla nas za mało. Do­łgo­ru­cy roz­sy­pią na­sze pro­chy na wie­trze. Tyl­ko my wie­my, że car nie żyje - szep­nęłam. - To daje nam czas.

Czas, któ­ry może nas ura­to­wać. Nie zdo­ła­my dłu­go utrzy­mać śmier­ci cara w ta­jem­ni­cy, naj­wy­żej do rana, gdy oło­wia­ny świt wsta­nie nad mia­stem Pio­tra.

Mien­szy­kow, czło­wiek, któ­ry wy­grał tyle bi­tew i któ­ry nie­je­den raz wy­ra­to­wał swój kark z ka­tow­skiej pętli, wy­da­wał się oszo­ło­mio­ny. Mój strach był za­ra­źli­wy. Mien­szy­kow sie­dział głębo­ko w jed­nym z fo­te­li, któ­re Piotr spro­wa­dził z Wer­sa­lu, i wy­ci­ągnął da­le­ko swe wci­ąż zgrab­ne nogi. Cud, że ten de­li­kat­ny me­bel był w sta­nie unie­ść jego ci­ężar! Wy­pił kil­ka ły­ków wina, a po­tem po­kręcił kie­li­chem z bar­wio­ne­go szkła na tle pło­mie­ni. Ogień pod­kre­ślił gład­ką, ko­lo­ro­wą po­wierzch­nię na­czy­nia, spra­wia­jąc, że wy­gląda­ło jak na­pe­łnio­ne krwią. Usia­dłam na­prze­ciw­ko. To nie była pora na za­ba­wy w pi­cie.

Mien­szy­kow unió­sł żar­to­bli­wie kie­lich w moją stro­nę.

- Two­je zdro­wie, Ka­ta­rzy­no Alek­sie­jew­na. War­to było spre­zen­to­wać was ca­ro­wi, moja pani. Two­je zdro­wie, moja naj­wi­ęk­sza stra­to. Two­je zdro­wie, moja naj­wi­ęk­sza ko­rzy­ści. - Na­gle za­czął śmiać się tak gwa­łtow­nie, że pe­ru­ka zsu­nęła mu się na oczy. Przy­po­mi­na­ło to wy­cie wil­ków zimą: wy­so­ki, pe­łen po­gar­dy dźwi­ęk. Mien­szy­kow ści­ągnął pe­ru­kę i ci­snął ją w kąt. Spo­koj­nie przy­jęłam tę bez­czel­no­ść, choć Piotr ka­za­łby go za to wy­ba­to­żyć. Mien­szy­kow cier­piał jak pies: uma­rł jego pan, któ­ry był też jego mi­ło­ścią. Co mu te­raz po­zo­sta­ło? Cier­pie­nie czy­ni­ło go nie­prze­wi­dy­wal­nym. A ja de­spe­rac­ko go po­trze­bo­wa­łam. Jego, taj­nej rady oraz woj­ska. Ostat­nia wola cara tkwi­ła wsu­ni­ęta w mój rękaw. Twarz Mien­szy­ko­wa była czer­wo­na i opuch­ni­ęta pod roz­wi­chrzo­ną czu­pry­ną, jego wło­sy wci­ąż były ko­lo­ru ciem­no­blond. Prze­stał się śmiać i pa­trzył na mnie znad kra­wędzi kie­li­cha nie­spo­koj­nym wzro­kiem.

- Oto i my. Cóż za nie­zwy­kłe mia­łaś ży­cie, moja pani. Wy­ja­śnić je mo­żna je­dy­nie wolą Boga.

Po­ki­wa­łam gło­wą. To wła­śnie mó­wią o mnie na wszyst­kich dwo­rach Eu­ro­py. Moje po­cho­dze­nie to ci­ągle krążący dow­cip, któ­ry roz­ba­wia am­ba­sa­do­rów, wpra­wia­jąc ich w do­bry na­strój. Lecz dla Pio­tra wszyst­ko to, cze­go pra­gnął w da­nej chwi­li, było zwy­czaj­ne, więc nic nie było nie­zwy­kłe.

Kie­lich wy­su­nął się Mien­szy­ko­wo­wi z pal­ców, pod­bró­dek opa­dł na pie­rś, a wino się roz­la­ło, po­zo­sta­wia­jąc dużą czer­wo­ną pla­mę na bia­łej ko­ron­ko­wej ko­szu­li i błękit­nej ka­mi­zel­ce. Wy­ko­ńczy­ły go ostat­nie ty­go­dnie, dni i go­dzi­ny. Wkrót­ce za­czął chra­pać i osu­nął się w fo­te­lu bez­wład­ny ni­czym szma­cia­na lal­ka. Mo­głam po­zwo­lić mu na mo­ment od­po­czyn­ku, za­nim przy­będą To­łstoj i taj­na rada. Wte­dy zo­sta­nie od­nie­sio­ny do swo­je­go pa­ła­cu, by ode­spać kaca. Mien­szy­kow po­sia­dał już Or­der Świ­ęte­go An­drze­ja, a ta­kże o wie­le wi­ęcej dusz i ty­tu­łów, niż mo­gła­bym mu po­da­ro­wać. Nie by­łam w sta­nie nic mu obie­cać. Mu­siał zo­stać z wła­snej woli. "Nic nie łączy lu­dzi moc­niej niż lęk o wła­sne prze­trwa­nie, Ka­ta­rzy­no" - jak­bym sły­sza­ła głos Pio­tra.

Po­de­szłam do okna, któ­re wy­cho­dzi­ło na we­wnętrz­ny dzie­dzi­niec. Zło­te ikon­ki przy­szy­te do rąb­ka mo­jej suk­ni po­brzęki­wa­ły przy ka­żdym kro­ku. Gdy pod­czas na­szej wi­zy­ty w Ber­li­nie mała ksi­ężnicz­ka pru­ska Wil­hel­mi­na zo­ba­czy­ła, jak się ubie­ram, ro­ze­śmia­ła się gło­śno:

- Im­pe­ra­to­ro­wa Ro­sji wy­gląda jak żona graj­ka!

Od­su­nęłam ci­ężką za­sło­nę, któ­ra chro­ni­ła przed atra­men­to­wym chło­dem zi­mo­wej nocy w Sankt Pe­ters­bur­gu. Na­sze mia­sto, Pio­trze, na­sze ma­rze­nie! Pro­spekt Alek­san­dra New­skie­go i Newę spo­wi­ja­ła te­raz ciem­no­ść, któ­ra cie­bie już na za­wsze ob­jęła swo­imi ra­mio­na­mi. Skry­wa­ła za­pie­ra­jącą dech w pier­siach uro­dę tego, co stwo­rzy­łeś: mro­źny zie­lon­ka­wy od­cień fal ide­al­nie łączący się z tęczo­wy­mi bar­wa­mi gład­kich fa­sad obu pa­ła­ców i bu­dyn­ków, zu­pe­łną no­wo­ść dwa­dzie­ścia lat temu. Mia­sto, któ­re wznio­słeś na mo­kra­dłach, po­tęgą swej nie­sa­mo­wi­tej woli i cier­pie­niem se­tek ty­si­ęcy swo­ich pod­da­nych, i szlach­ty, i chło­pów. Ko­ści ro­bot­ni­ków przy­mu­so­wych leżą po­grze­ba­ne w ba­gni­stej zie­mi ni­czym fun­da­men­ty. Mężczy­źni, ko­bie­ty, dzie­ci, bez­i­mien­ni i po­zba­wie­ni twa­rzy, któż pa­mi­ęta o nich w ob­li­czu ta­kich wspa­nia­ło­ści? Je­śli Ro­sja cier­pi na nad­miar cze­go­kol­wiek, to wła­śnie ludz­kie­go ży­cia. Po­ra­nek wsta­nie mi­zer­ny i chłod­ny, ale pó­źniej ja­sna, rów­na fa­sa­da pa­ła­cu od­bi­je bla­dy żar dnia. To ty zwa­bi­łeś tu­taj świa­tło, Pio­trze, to ty da­łeś mu tu dom. Co się te­raz sta­nie? Po­móż mi...

Świa­tła świec po­ru­sza­ły się w oknach ele­ganc­kich wy­so­kich do­mów, mi­go­ta­ły w po­ko­jach i ko­ry­ta­rzach, jak­by nie­sio­ne ręką du­cha. Na dzie­dzi­ńcu w dole stał przy­gar­bio­ny i wspar­ty o ba­gnet war­tow­nik, gdy na­gle ze stu­ko­tem pod­ków i iskra­mi try­ska­jący­mi z twar­dych ko­cich łbów mi­nął go pędem je­ździec, któ­ry wy­pa­dł przez bra­mę. Za­ci­snęłam pal­ce na zam­ku okna. Czy le­ka­rze po­słu­cha­li mo­je­go roz­ka­zu? Czy też je­ździec po­gnał, by po­twier­dzić to, co nie­wy­obra­żal­ne? Co mnie te­raz cze­ka? Wol­ja - ogrom­na, bez­gra­nicz­na wła­dza - czy też ze­sła­nie i śmie­rć?

Za­schło mi w ustach ze stra­chu. Uczu­cie, któ­re ści­ska żo­łądek w węzeł, wy­pły­wa zim­nym i gorz­kim po­tem i prze­wra­ca wnętrz­no­ści. Nie czu­łam go od chwi­li, gdy... Dość, nie wol­no mi te­raz my­śleć o tych spra­wach. Ja umia­łam sku­pić się tyl­ko na jed­nej rze­czy, choć Piotr żon­glo­wał po­my­sła­mi i pla­na­mi jak akro­ba­ta.

Mien­szy­kow mam­ro­tał coś przez sen. Żeby tak To­łstoj i taj­na rada wresz­cie na­de­szli! Całe mia­sto jak­by za­ma­rło w ocze­ki­wa­niu. Ob­gry­za­łam pa­znok­cie, aż po­czu­łam smak krwi.

Usia­dłam z po­wro­tem bli­sko ognia i zsu­nęłam pan­to­fle, sztyw­ne od ha­ftów i szla­chet­nych ka­mie­ni. Cie­pło ko­min­ka spra­wi­ło, że po­czu­łam dreszcz na skó­rze. Luty był jed­nym z naj­zim­niej­szych mie­si­ęcy w Sankt Pe­ters­bur­gu. Może po­win­nam ka­zać przy­nie­ść so­bie grza­ńca i ob­wa­rzan­ki za­miast bur­gun­da? To za­wsze szyb­ko sta­wia­ło mnie na nogi. Czy Pio­tro­wi w kom­na­cie obok było dość cie­pło? Nie zno­sił chło­du i za­wsze ma­rzł na polu bi­twy. Nie ma nic mro­źniej­sze­go niż po­ra­nek po bi­twie, czy to prze­gra­nej, czy zwy­ci­ęskiej. Mo­głam go ogrzać tyl­ko nocą, kie­dy szu­kał schro­nie­nia w za­głębie­niach mego cia­ła.

Lu­dzie, któ­rzy śpią, wy­gląda­ją albo śmiesz­nie, albo wzru­sza­jąco. Mien­szy­kow chra­pi­ący z otwar­ty­mi usta­mi był tym dru­gim przy­pad­kiem. Wy­su­nęłam te­sta­ment Pio­tra z ręka­wa i po­ło­ży­łam go so­bie na udach, tak bli­sko ognia. Li­te­ry roz­my­wa­ły się przez na­pły­wa­jące mi do oczu łzy: praw­dzi­we i szcze­re, po­mi­mo uczu­cia ulgi. Przede mną jesz­cze dłu­gi dzień i jesz­cze dłu­ższe ty­go­dnie, i będę mu­sia­ła uro­nić jesz­cze wie­le łez. Lud i dwór chcą zo­ba­czyć roz­pa­cza­jącą wdo­wę z po­tar­ga­ny­mi wło­sa­mi, roz­dra­pa­ny­mi po­licz­ka­mi, z ła­mi­ącym się gło­sem i opuch­ni­ęty­mi ocza­mi. Je­dy­nie po­kaz mi­ło­ści i roz­pa­czy z mo­jej stro­ny mógł uczy­nić coś nie­wy­obra­żal­ne­go ak­cep­to­wal­nym, moje łzy były po­tężniej­sze niż ja­kie­kol­wiek zwi­ąz­ki krwi. Mo­głam więc rów­nie do­brze za­cząć pła­kać już te­raz. Nie­trud­no było wy­wo­łać łzy: za kil­ka go­dzin albo będę mar­twa, czy też będę tego pra­gnąć, albo zo­sta­nę naj­po­tężniej­szą ko­bie­tą Wszech­ru­si.

Spis po­sta­ci

Ro­dzi­na Pio­tra Wiel­kie­go

Piotr Wiel­ki, car i im­pe­ra­tor Wszech­ru­si; zna­ny ta­kże jako Piotr Alek­sie­je­wicz Ro­ma­now, ba­tiusz­ka car, Piotr I

Mar­ta Skow­ro­ńska, ko­chan­ka, a pó­źniej żona Pio­tra Wiel­kie­go; zna­na ta­kże jako Ka­ta­rzy­na Alek­sie­jew­na, Ka­te­ri­nusz­ka, ca­ry­ca i im­pe­ra­to­ro­wa Wszech­ru­si

Eu­do­kia, pierw­sza żona Pio­tra, mat­ka Alek­se­go, była ca­ry­ca

ca­re­wicz Alek­sy, syn Pio­tra i jego pra­wo­wi­ty dzie­dzic

Szar­lo­ta Kry­sty­na Zo­fia Brunsz­wik, żona Alek­se­go

Pie­trusz­ka, syn Alek­se­go i Szar­lo­ty

ca­rów­na Anna, ca­rów­na Elżbie­ta i ca­rów­na Na­ta­lia, cór­ki Pio­tra i Ka­ta­rzy­ny

Je­ka­te­ri­na, cór­ka Pio­tra i Ka­ta­rzy­ny

Piotr Pio­tro­wicz, zwa­ny Pie­trusz­ką, wy­bra­ny przez Pio­tra Wiel­kie­go na na­stęp­cę, syn jego i Ka­ta­rzy­ny

re­gent­ka Zo­fia, przy­rod­nia sio­stra Pio­tra

car Iwan, przy­rod­ni brat Pio­tra

ca­ry­ca Pra­sko­wia Iwa­now­na, wdo­wa po Iwa­nie

ca­rów­na Ka­ta­rzy­na Iwa­now­na, ca­rów­na Anna Iwa­now­na, cór­ki Iwa­na, zwa­ne ca­rów­na­mi Iwa­now­ny­mi

ksi­ążę Kur­lan­dii, mąż ca­rów­ny Anny Iwa­now­ny

ksi­ążę Me­klem­bur­gii, mąż ca­rów­ny Ka­ta­rzy­ny Iwa­now­ny

ksi­ążę Holsz­ty­nu, mąż ca­rów­ny Anny, cór­ki Pio­tra i Ka­ta­rzy­ny

Ro­syj­ski dwór car­ski

hra­bia Alek­san­der Da­ni­ło­wicz Mien­szy­kow, ge­ne­rał ar­mii Pio­tra i jego za­ufa­ny przy­ja­ciel, zwa­ny ta­kże Ale­ka­szą

Da­ria Ar­se­nie­wa, szlach­cian­ka, ko­chan­ka, a na­stęp­nie żona Mien­szy­ko­wa

Bar­ba­ra Ar­se­nie­wa, sio­stra Da­rii

Ra­sja Mien­szy­ko­wa, sio­stra Alek­san­dra Da­ni­ło­wi­cza Mien­szy­ko­wa

An­to­nio De­vier, mąż Ra­sji Mien­szy­ko­wej, szef taj­nej słu­żby Pio­tra

Teo­fan Pro­ko­po­wicz, ar­cy­bi­skup No­wo­gro­du, spo­wied­nik Pio­tra

ksi­ążęta Do­łgo­ru­cy, zwo­len­ni­cy syna Alek­se­go, Pie­trusz­ki

Blu­men­trost, Paul­sen i Horn, le­ka­rze Pio­tra

Anna Mons, daw­na nie­miec­ka ko­chan­ka Pio­tra

Wil­helm Mons, jej brat, dwo­rza­nin i ko­cha­nek Ka­ta­rzy­ny

Ma­ria Ha­mil­ton, dama dwo­ru, ko­chan­ka Pio­tra

feld­mar­sza­łek Bo­rys Pio­tro­wicz Sze­re­mie­tiew, głów­ny do­wód­ca Pio­tra

Ali­cja Kra­mer, nie­miec­ka ko­chan­ka Sze­re­mie­tie­wa, pó­źniej dama dwo­ru

hra­bia Piotr An­drie­je­wicz To­łstoj, dwo­rza­nin i za­ufa­ny Pio­tra

Alek­san­dra To­łstoj, sio­stra hra­bie­go Pio­tra An­drie­je­wi­cza To­łsto­ja, dama dwo­ru Ka­ta­rzy­ny

Pa­weł Ja­gu­żyn­ski, szam­be­lan dwo­ru Pio­tra, czło­nek taj­nej rady

An­driej Oster­mann, kanc­lerz Pio­tra

Ja­kow­lew­na, czer­kie­ska słu­żąca Ka­ta­rzy­ny

Boj-baba, pracz­ka, ko­chan­ka Pio­tra

Eu­fro­zy­na, pracz­ka, ko­chan­ka Alek­se­go

An­dre­as Schlüter, mistrz bu­dow­la­ny i ar­chi­tekt, twór­ca Bursz­ty­no­wej Kom­na­ty

Do­me­ni­co Trez­zi­ni, ar­chi­tekt Sankt Pe­ters­bur­ga

Inf­lan­ty

Kry­sty­na, Fio­dor i Gre­ta, przy­rod­nie ro­dze­ństwo Mar­ty

Ta­nia, ma­co­cha Mar­ty

Wa­syl Gri­go­ro­wicz Pio­trow, ro­syj­ski ku­piec w Wa­łku, któ­ry ku­pił Mar­tę na słu­żącą

Pra­ska­ja, ko­chan­ka Wa­sy­la

Nad­ia, go­spo­dy­ni Wa­sy­la

Olga, słu­żąca Wa­sy­la

Gri­go­rij, sta­jen­ny Wa­sy­la

Ernst i Ka­ro­li­na Glüc­ko­wie, lu­te­ra­ński pa­stor i jego żona

An­ton, Fry­de­ryk i Agne­ta Glück, ich dzie­ci

Jo­hann Tru­bach, szwedz­ki dra­gon, pierw­szy mąż Mar­ty

Eu­ro­pa

król Szwe­cji Ka­rol XII, wróg Pio­tra w wiel­kiej woj­nie pó­łnoc­nej

mar­sza­łek Rehn­skjöld, głów­ny do­wód­ca szwedz­kiej ar­mii

Au­gust Moc­ny, elek­tor sa­ski, so­jusz­nik Pio­tra

Fry­de­ryk Wil­helm, król Prus, król żo­łnierz

król Fran­cji Lu­dwik XIV

król Fran­cji Lu­dwik XV

Jean-Ja­cqu­es Cam­pre­don, fran­cu­ski am­ba­sa­dor w Ro­sji

ksi­ążę Dy­mitr Kan­te­mir z Mo­łda­wii

ksi­ężnicz­ka Ma­ria Kan­te­mir, jego cór­ka, ko­chan­ka Pio­tra