Carrhae 53 p.n.e - Paweł Rochala

Reflow text when sidebars are open.
W 2025 roku dokończyłem zamierzchłą pracę o tym, jak przed wiekami pre-Irańczycy wystrzelali Rzymian z łuków. Proces wydawniczy ma swoje prawa i proszę -?w 2026 roku temat ten stał się aktualny jak nigdy przedtem -?ten region gore, strony konfliktu mentalnie podobne do pierwowzorów, a ostrzał, tyle że rakietowy i dronowy, główną bronią.
Na opisanie ostatniej bitwy triumwira Marka Licyniusza Krassusa wpadłem bardzo wcześnie, przy pracach nad Powstaniem Spartakusa 73-71 p.n.e. Rzymską część miałem wówczas rozpoznaną, podobnie jak mitrydatejski prolog od strony azjatyckiej. Sprawa przedstawiała się całkiem atrakcyjnie: bitwa wielka, dziejotwórcza, o czym w języku polskim niewiele napisano. Wiedziony myślą o palmie pierwszeństwa z końcem roku 2009, to jest wkrótce po zakończeniu prac edytorskich nad "Spartakusem..." (dotychczas trzy wydania), wziąłem się do studiowania, planowania i spokojnego pisania pierwszych rozdziałów Carrhae 53 przed Chr.
Po roku prac zbliżyłem się w opowiadaniu do punktu, w którym należałoby na własne oczy zobaczyć azjatycki szlak Krassusa, owe pagórki stepowo-pustynne, tak sposobne do działań jazdy, a zarazem tak utrudniające marsz pieszym Rzymianom. Należało choć trochę poczuć ten pył duszący w palącym słońcu, co go wtedy wzbijało ponad dziesięć tysięcy nieparzystokopytnych, na miejscu wyobrazić sobie sto tysięcy strzał na minutę, rzucających jedyny cień w samo południe na puste pole między konnymi strzelcami a pieszymi przeważnie celami. I już, już planowałem bliskowschodnią podróż krajoznawczą, gdy na fali "arabskiej wiosny" wybuchła wojna domowa w Syrii.
Jako że dotychczas każdą książkę bitewną tworzyłem, opierając się na wizji terenowej, temat Carrhae odłożyłem na później, naiwnie sądząc, że w rok-dwa z zamieszek między dwiema stronami konfliktu wyłoni się jakaś władza skuszona Pokojowymi Nagrodami Nobla. Co prawda dałoby się zaryzykować podróż i wtedy, bo jacyś polscy badacze na tamtym etapie konfliktu penetrowali interesujące mnie rejony, jednak mieli wsparcie instytucjonalne i / lub miejscowe znajomości, na które, jako osoba całkowicie prywatna, a zarazem kompletnie nieznająca miejscowych narzeczy, nijak nie mogłem liczyć. Bardzo zaciążyło też doświadczenie życiowe, którego nabrałem już na samym starcie starań bitwoznawczych, co niniejszym wyłuszczam.
Mianowicie wiosną 1988 roku mnie i kolegę (obaj maturzyści) zaaresztował patrol Ludowego Wojska Polskiego na polu bitwy pod Cedynią, po czym kilka godzin przesłuchiwali nas sierżant i porucznik. Małomówny podoficer nie rozumiał niczego, co się do niego mówiło, a przy tym ledwie składał koślawe litery. Za to oficer nie dość, że pisał naprawdę ładnie, to miał większe niż sierżant gadane i fantazję co do naszych dalszych losów. I choć niscy stopniem pogranicznicy rozumieli już od chwili pojmania, że ktoś może mieć pasję historyczną -?co zwłaszcza sierżantowi (to on nas aresztował) tłumaczyli wytrwale -?to jednak dwaj ich dowódcy nijak nie przyjmowali tego do wiadomości Uznali, że złapali szpiegów (dowody -?aparaty fotograficzne), a zarazem dezerterów z Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej (plecaki, kanapki i napoje). W końcu po pięciu godzinach wyjaśnień tudzież konsultacjach ze sztabem służbiści zrozumieli, że na nas karier nie zrobią, co najwyżej się wygłupią, co zamaskowali szeregiem połajanek, po czym wypuścili. Przecież czas zżarli, a na pole bitwy (3 km) nie podwieźli, choć stamtąd zabrali.
Po latach na wspomnienie tamtej przygody dopuściłem się myślowej analogii. Gdyby w razie zatrzymania w Syrii czy Turcji wyszło na jaw, że jestem oficerem pożarnictwa (mundurowy w strefie działań wojennych...), rozmowa z miejscowymi służbistami mogłaby przybrać jeszcze trudniejszy tryb niż z PRL-owskimi tępakami, tym bardziej że na ostrzeliwanej granicy pełno uchodźców i rozbójników. Pasjonat szukający śladów jakiejś bitwy sprzed dwóch tysięcy lat w sytuacji, gdy toczy się aktualna wojna, musiałby się jawić jako oszust o wyjątkowej bezczelności -?tu giną ludzie, dzieci nie chodzą do szkół, całe regiony popadają w strukturalną biedę, a ten, jak gdyby nigdy nic, wycieczki sobie urządza! Nie mówiąc już o tych, co skrót nazwy ich ugrupowania wymawia się tak samo jak imię pewnej starożytnej bogini, z tą tylko różnicą, że z fonetyką angielską - bo nasi dziennikarze inaczej już "nie umią" (zresztą nawet rosyjskie nazwiska zapisują po angielsku, choć polska transkrypcja jest prosta i naturalna).
Ówczesne rachuby mnie zawiodły, bo z czasem wojna syryjska rozszerzyła się w najlepsze, czyli w najgorsze, na tyle, że dało się wykazać już nie dwie, ale cztery i więcej stron tego konfliktu. Temat Carrhae porzucałem więc na coraz dłużej, a wolne moce przerobowe przestawiałem z powodzeniem na inne projekty.
Cóż... czas wcale nie jest wartością względną, jak to w sposób niemożliwy do sprawdzenia twierdził pracownik urzędu patentowego Albert Einstein, tylko absolutnie bezwzględną, na co najlepiej wskazuje PESEL. A sytuacja w Syrii nadal jest daleka od stabilnej.
Jako że los Krassusa w imię utrwalania pamięci o nim nijak mi się nie uśmiechał, po ponad piętnastu latach od pierwszego "wbicia szpadla", by wykopać fundament pod książkę, tę pamięć utrwalającą, zrobiłem poważny wyłom w przyjętych za młodu standardach opowiadania o bitwach i opisałem ostatnie zmagania tego niezbyt sympatycznego człowieka, nie depcząc osobiście terenów w okolicy tureckiego miasta Harran, co kiedyś zwało się Carrhae. Jest ono ciągle niedostępne dla zwiedzania ze względu na militarne obsadzenie terenu przez Turcję. Zatem -?Czytelnicy, wybaczcie! -?postanowiłem dłużej nie czekać i opisałem wszystko, jak umiałem najlepiej, wyłącznie zza biurka.
Czas był ku temu najwyższy, bo gdy na próżno czekałem na syryjski pokój, inni, w tym Polacy, wytwarzali i korygowali wiedzę wokół zagadnienia krassusowej wyprawy. Dzięki temu jest ona nieporównanie szersza i głębsza niż piętnaście lat temu. Ale też, choć nie jestem pierwszy, dowodnie przekonałem się, że jak dotąd nikt nie wpadł na moje pomysły:
1) rekonstrukcji tytułowych zmagań, w szczególności procesu decyzyjnego Krassusa odnośnie marszruty kampanii letniej 53 roku;
2) ustalenia roli Gajusza Kasjusza Longinusa w całym przedsięwzięciu, głównie w jego zakończeniu.
Nie zamierzam narzucać swoich wizji jako jedynie słusznych. Inni też długo myśleli nad tym, co się wydarzyło w Asyrii w czerwcu 53 roku przed Chrystusem -?warto poznać wyniki tych wysiłków, co w odpowiednich miejscach książki nienachalnie wskazuję.
W ten sposób przeszliśmy do miejsca, w którym Szanownym Czytelnikom należy się odautorskie zwierzenie natury ogólnej: wyjaśnienie sposobu pisania książek popularnonaukowych.
Założyłem sobie bowiem dawno temu, żeby maksymalnie skracać dystans między czytelnikiem a opisywanym wydarzeniem. Temu właśnie służyły wizyty terenowe, czasem kilkakrotne, jak w Cedyni, Niemczy czy Kalkriese (Las Teutoburski). Dlatego objechałem Italię po śladach Spartakusa. Temu też służy każdorazowe oparcie się bezpośrednio na materiałach źródłowych. Materiały te każdy z badaczy zagadnienia ma dosłownie te same. Różni nas, opisujących zdarzenia, coś, co określa się charakterystycznym słowem: "interpretacja".
Analizując teksty źródłowe, konfrontuję je (o ile jest ich więcej niż jeden) z terenem, porą roku, a i ludzką mentalnością pola walki. Wykorzystuję tu doświadczenia z akcji ratowniczych i prac sztabowych przy wielkich, długotrwałych zdarzeniach, w tym bezpośrednie obserwacje najważniejszych w kraju polityków w sytuacjach dla nich trudnych. Cudzą, gotową analizą danych źródłowych posługuję się tylko wtedy, gdy jest mi pomocna w zrozumieniu wydarzeń. Wielokrotnie przekonałem się, że zwłaszcza w uznanych pracach przekrojowych historycy nazbyt często relacjonują wprost to, co napisali starożytni (gdyby widzieli, co swego czasu z każdym słowem wczesnośredniowiecznego materiału źródłowego wyczyniali Gerard Labuda i Henryk Łowmiański...).
Zarazem bardzo rzadko wchodzę w polemiki z ustaleniami czy twierdzeniami innych autorów. Moje książki nie są dyskursami naukowymi, tylko przybliżeniami zamierzchłych dziejów w formie jak najbardziej przystępnej czytelnikowi niebędącemu zawodowym historykiem czy archeologiem. Nikomu niczego nie udowadniam, bo nie ma takiej potrzeby, a przy tym książki popularyzującej historię nie uważam za miejsce dobre ku temu. Wszelkie dyskusje czy konfrontacje przeniesione na treść wykładu powodują dyskomfort u czytelnika, który zamiast być świadkiem opisywanego wydarzenia, czuje się uczestnikiem jakiejś niezrozumiałej kłótni, która spycha na dalszy plan przedmiot sprawy.
Innymi słowy, piszę książki o wydarzeniach historycznych, a nie o tym, jak owe wydarzenia opisywali inni. Jednocześnie trudu pisarsko-badawczego poprzedników w opisywanej materii nie traktuję jako konkurencyjnego, więc w wielu przypisach wskazuję, gdzie go szukać, bo choć z zasady nie krytykuję, to przecież gdzieniegdzie nie mogę się powstrzymać od słów podziwu. Tym samym opracowanie z założenia jak najłatwiejsze w czytaniu tekstu głównego ciągnie za sobą w przypisach całkiem poważny aparat poznawczy w postaci tytułów druków zwartych oraz co ważniejszych artykułów.
Mam nadzieję, że nie tylko amatorzy historii, ale również zawodowcy z przyjemnością wezmą do ręki niniejszy tomik, a gdy odczują taką potrzebę, samodzielnie skonfrontują jego treść z dokonaniami innych autorów.
Paweł Rochala "Pożarolog",
Skierniewice, czerwiec 2026 roku
I wiek przed Chr.1 to czas upadku tradycyjnego rzymskiego porządku politycznego i społecznego. A jeszcze sto lat wcześniej, kiedy ustrój rzymski wydawał się doskonały, naoczny świadek z innego świata tak powiedział o Rzymianach i ich organizacji państwa: "[...] nikt nawet z krajowców nie mógłby z całą pewnością orzec, czy cały ustrój jest arystokratyczny, czy demokratyczny, czy monarchiczny. [...] Bo ilekroć zwróciło się oczy na konsulów, wydawał się ustrój zupełnie monarchiczny i królewski; ilekroć na władzę senatu -?znowu arystokratyczny. A jeżeli ktoś rozważał władzę ludu, wydawał się ustrój wyraźnie demokratyczny"2.
W republikańskim Rzymie uprawnienia polityczne zależały od majątku, majątki zaś szacowano po to, aby obywatele odbywali powszechną służbę wojskową odpowiednio uzbrojeni i oporządzeni oraz by dysponowali odpowiednią wagą głosu wyborczego.
Od najbogatszych żądano służby w konnicy, od średniozamożnych -?a takich było najwięcej -?stawiania się w piechocie ciężkozbrojnej, od młodzieży i ubogich posiadających minimalne dochody cenzusowe -?w piechocie lekkozbrojnej. Całkiem ubogich kierowano do marynarki wojennej. Tylko od biedoty nie oczekiwano niczego.
W ślad za tym szły uprawnienia polityczne. W pradawnych czasach ogół obywateli pod względem majątkowym podzielono na 193 centurie, czyli setki. Ale już wtedy jedna setka nie była równa drugiej... Bogatych zgromadzono w 98 pierwszych centuriach, biedniejszych w pozostałych, najbiedniejszych, czyli proletariuszy, zaś w jednej -?ostatniej.
Wybory odbywały się w ten sposób, że głosowano centuriami, począwszy od najbogatszych, skończywszy na najuboższych. Każda centuria miała głos równy co do wagi, zatem w przypadku jednomyślności ludzi bogatych głosy centurii o numerach wyższych niż 98 nie liczyły się, bo były one już przegłosowane. W ten sposób dokonywano wyborów na urzędników miejskich, którzy w praktyce rządzili całym państwem. A ponieważ urzędy były bezpłatne, wybierano na nie ludzi zamożnych, którzy mogli sobie pozwolić na to, by na cały rok oderwać się od codziennych zajęć przynoszących dochód.
Przewaga zgromadzenia ludowego objawiała się przy tak zwanych zebraniach (comitia) trybusowych i w miarę psucia się relacji społecznych w Rzymie rosła. Obywatele Miasta -?kwiryci -?byli zapisani do odpowiednich tribus, czyli dzielnic (okręgów). Tu nie liczył się podział na centurie, choć ten także funkcjonował. Takie zgromadzenie opowiadało się za lub przeciw gotowym już wnioskom w formie ustaw, decydując o wojnie i pokoju, przyznawaniu dowództwa wojskowego czy stanowieniu nowych praw. Każdemu obywatelowi Rzymu wolno było się odwołać od kary śmierci do zgromadzenia ludowego. Ponadto prastare prawo XII tablic mówiło, że cokolwiek postanowi lud, jest dobre -?zgromadzenie ludowe miało zatem również -?samo z siebie -?moc ustawodawczą. Warto przytoczyć następujące zdanie: "Trzydzieści jeden tribus wiejskich (na ogólną liczbę trzydziestu pięciu) rządziło na zgromadzeniach ludowych"3.
Zgromadzenie niewiele jednak mogło, gdyż prawo do jego zwoływania mieli wysokiej rangi urzędnicy, którzy z różnych powodów byli przeważnie arystokratami. Ponadto przez zgromadzenie ludowe nie dało się zarządzać Rzymem jako miastem i państwem stale, bo też nie co dzień je zwoływano. Zgromadzenie takie było również mało reprezentatywne. W efekcie kilkuwiekowych wojen państwo rozrosło się, rozsiało osiedla (kolonie) swoich obywateli (przeważnie weteranów) nie tylko po całej Italii, lecz także daleko poza jej granicami. Tribus wiejskie straciły na znaczeniu, a główną rolę masową zaczęli odgrywać mieszkańcy Miasta - przeważnie niczego nieposiadająca biedota.
Do bieżącego zarządzania Rzym miał senat, posiadający rozległe uprawnienia w zakresie stanowienia prawa oraz instruowania najwyższych urzędników w sprawie celów ich działania. Senat zarządzał też finansami państwa. Nazwa zgromadzenia wzięła się od słowa senex, czyli starzec, choć na samych senatorów mówiono "ojcowie". Co prawda, średnia wieku w senacie była wysoka, ale do grona senatorów nie wchodziło się tylko ze względu na wiek. Zasiadali w nim bowiem jedynie ci spośród obywateli, którzy piastowali odpowiednio wysokie urzędy państwowe zwane kurulnymi (od urzędowego, składanego krzesła), byli to (od najniższego): edyl, pretor, konsul, cenzor i dyktator. W praktyce największe szanse na wygraną w wyborach mieli potomkowie tych, którzy kiedyś piastowali te urzędy. W związku z tym jeszcze przed wojnami z Hannibalem wykształciła się warstwa arystokracji zwana patrycjuszami, zazdrośnie strzegąca dostępu do ważnych urzędów przed ludźmi z innych warstw, tzw. ludźmi nowymi.
U schyłku republiki oprócz arystokracji istniała jeszcze jedna kasta - ekwitów (jeźdźców). Jej przedstawiciele korzystali z tego, że patrycjuszom nie wolno było żyć z handlu, tylko z ziemi. Zajęli więc niszę kupiecko-bankierską, dorabiając się wielkich majątków na handlu i dzierżawie. W ślad za pieniędzmi poszły ich ambicje polityczne. Tylko wówczas gdy na komicjach centurialnych ekwici mieli inne zdanie niż arystokracja, na urzędy dostawali się kandydaci spoza grupy tradycyjnie trzymającej władzę.
Na wypadek konfliktów między warstwami społecznymi obmyślono swoisty polityczny wentyl bezpieczeństwa. Wprawdzie rządzili urzędnicy wybierani w ramach preferującego ludzi majętnych systemu oddawania głosów, lecz prawo mogło stanowić wspomniane wyżej zgromadzenie ludowe, gdzie nie obowiązywały podziały kastowe. Tam rację miała większość, głośno krzycząca "tak" lub "nie". Ten głos zależał od trybunów ludowych -?grupy dziesięciu osób pochodzenia plebejskiego, mających dbać o dobro ludu, wybieranych na roczne kadencje wyłącznie przez plebejuszy. Trybuni ludowi posiadali prawo weta wobec każdej ustawy czy inicjatywy politycznej i pozostawali nietykalni -?oczywiście teoretycznie. Zawsze jednak wśród tej dziesiątki znalazł ktoś, kto w decydujących chwilach wetował zdanie swoich kolegów w urzędzie.
Z czasem, mimo napływu wielkich bogactw z łupów wojennych i kontrybucji, społeczeństwo Rzymu zubożało, ubyło ludzi o zdrowej świadomości obywatelskiej, wychowanych w szacunku dla uczciwych obyczajów, państwa i prawa, odpornych na populistyczne hasła i przekupstwa wyborcze. Największe znaczenie polityczne zyskiwali mieszkańcy Rzymu i najbliższej okolicy: ludzie bardzo bogaci albo bardzo biedni. Tu najwięcej głosów mieli najbiedniejsi, czyli ci, których wtłoczono do jednej centurii. I to oni, zwani pogardliwie motłochem, pod koniec Republiki stali się zasadniczą klientelą wszelkich ugrupowań politycznych w Rzymie, a zarazem głównym rezerwuarem rekruta i ogólnie masą wyborczą, utrzymywaną z rozdawnictwa państwowego. Ich głosy po prostu kupowano.
Aby zrobić w Rzymie karierę polityczną, należało uzbroić się w cierpliwość i wejść na ścieżkę kariery zwaną cursus honorum4.
Najpierw należało odsłużyć w swoje w armii. Następnie, po ukończeniu 27 lat, ubiegano się o urząd kwestora przy konsulu, czyli kogoś w rodzaju księgowego i skarbnika w jednym. Kolejnym szczeblem był edylat, możliwy do objęcia po ukończeniu lat 30 -?stanowiący zaledwie początek kariery urzędniczej, ale niezwykle istotny. Edylem nie mógł zostać człowiek ubogi, gdyż pod koniec Republiki polityka była inwestycją finansową -?w dzisiejszym rozumieniu tego słowa -?bardzo długofalową, niewyobrażalnie kosztowną, a przez to ryzykowną.
Gdy ktoś zakończył urzędowanie jako edyl, po 10 latach mógł się ubiegać o urzędy "chlebowe": preturę (mając 40 lat) lub konsulat (pod warunkiem ukończenia 43 lat). Ale nadal należało cierpliwie czekać, bo owe urzędy nie były dochodowe same z siebie. Najważniejsze następowało później, mianowicie gdy jako propretor lub prokonsul dostawało się w zarząd jakąś prowincję z armią gotową do akcji. Dopiero wtedy można było z naddatkiem odbić ponoszone latami koszty i -?z reguły -?spłacić wierzycieli.
W połowie I wieku pretorów było ośmiu -?do różnych spraw. Marzeniem każdego ambitnego Rzymianina był jednak urząd konsula. To właśnie konsul reprezentował ową część władzy królewskiej, i to nie tylko pokazową, lecz także realną, wykonawczą. Mógł zgłaszać projekty ustaw, zwoływać posiedzenia senatu i zgromadzenie ludowe, na wypadek wojny obejmował dowództwo nad armią. Ale by uniknąć jedynowładztwa, zawsze mianowano dwóch konsulów.
Cały mechanizm władzy, dużo bardziej skomplikowany niż to, co wyżej przedstawiono, mimo sporych zakłóceń działał, choć zgrzyty nieraz groziły jego poważnym zatarciem. Zdawano sobie sprawę z problemów, np. próbowano rozdać publiczną ziemię biednym mieszkańcom Rzymu, by stali się gospodarzami. Sprzeciwiali się temu arystokraci -?zwani optymatami - którzy czerpali z tej ziemi wielkie zyski, choć nie byli jej właścicielami. Z czasem przeprowadzenie reform agrarnych stało się głównym celem politycznym tzw. popularów. Na tym tle wybuchały rozruchy i tumulty, aż doszło do wojny domowej. Niepoślednią rolę odegrał tu system rekrutacji wojsk.
W 107 roku konsul Gajusz Mariusz5, członek ekwickiego rodu, z braku poborowych pierwszy raz w dziejach Rzymu wykorzystał ochotników spoza cenzusu majątkowego. Mieli oni uzupełnić szeregi ciężkiej piechoty legionowej. Na koszt państwa wyposażono ich w broń i przyznano państwowy żołd (o tym niżej). Ten system się przyjął, ale armia nowego wzoru chętniej słuchała swoich wodzów niż władz republiki. Żołnierze chcieli awansu społecznego i finansowego, czyli ziemi uprawnej. A ponieważ wojny trwały nieustannie i stale trzeba było trzymać pod bronią ponad 100 tys. ludzi, praktyka zaciągowa Mariusza z braku innej stała się regułą. W związku z tym zawsze, gdy zakończono działania wojenne, przed władzami Miasta stawał trudny do rozwiązania, kilku- bądź nawet kilkudziesięciotysięczny problem nadziałów ziemi uprawnej. Nikt wtedy o weteranów nie dbał, prócz ich wodza, co szybko zrozumieli żołnierze zaciągani do następnych kampanii. Za dwie dekady armie stały się narzędziami politycznymi dla ambitnych wodzów.
W dodatku w latach 90-78 w Italii toczyły się bardzo krwawe wojny domowe. Po wojnie ze sprzymierzeńcami, grożącej zagładą Rzymu, częściowe, a w końcu pełne obywatelstwo rzymskie nadano Italikom, czyli przedstawicielom ludów zamieszkujących Italię. Potem ze starć między popularami a optymatami wyłonił się "porządek sullański". Zawdzięczał swoje miano Lucjuszowi Korneliuszowi Sulli6, arystokracie stojącemu po stronie optymatów, który zdobył władzę dyktatorską, a następnie zaprowadził krwawy terror, by wszystkim (a tak naprawdę nobilom) żyło się lepiej.
Wbrew intencjom Sulli w jego reformach tkwił zaczyn katastrofy. Mianowicie dyktator dał bardzo pouczający przykład, jak skutecznie zdobyć w Rzymie najwyższą władzę. Wystarczyło mieć za sobą wystarczająco potężną armię. Było tylko kwestią czasu, kiedy inny polityk - niezależnie od deklarowanych poglądów -?zechce pójść w jego ślady.
W roku 60 znalazło się takich trzech ludzi. Dwóch z nich żywiło wzajemną głęboką niechęć, co niemal doprowadziło do wybuchu wojny domowej, ale trzeci podał im kuszący i prosty pomysł, jak pod warunkiem zgody objąć realną władzę nad Rzymem. Nagle powody kilkunastoletniej wrogości i głębokie różnice polityczne przestały się liczyć. Skoro zaledwie trzech ludzi mogło przejąć zarządzanie państwem mającym ustawy wolnościowe wyryte w spiżu i wystawione na widok publiczny, można ich śmiało nazwać grabarzami republiki. Dwóch z nich osiągało najwyższe godności, omijając cursus honorum, co samo w sobie było demoralizujące. Oto ich sylwetki.
Etap sullański
Gnejusz Pompejusz urodził się w 106 roku. Karierę wojskową zaczął w 89 roku, w czasie wojny ze sprzymierzeńcami. Był wówczas nastolatkiem i towarzyszył ojcu, dowodzącemu jedną z rzymskich armii. Samodzielną karierę polityczną rozpoczął bardzo wcześnie -?w czasie wznowionej w 83 roku wojny domowej. Opowiedział się wtedy po stronie Sulli, zaciągając z prywatnych środków trzy legiony, by z powodzeniem zwalczać siły popularów. Radził z tym sobie tak dobrze, że Sulla nazwał go Wielkim -?i tak już zostało. Potem powierzano mu coraz trudniejsze zadania do wykonania w Italii, na Sycylii, a następnie w Afryce. Sukcesy wbiły młodzieńca w taką dumę, że po powrocie do Italii zaczął roić o najwyższych urzędach państwowych, a i samemu dyktatorowi okazał lekceważenie. Chciał bowiem odbyć triumf, ale Sulla powiedział, że gdyby "[...] Pompejusz, jeszcze nawet bez zarostu na twarzy, wkroczył do miasta w triumfie, kiedy wiek jego nie dopuszcza go jeszcze do senatu, to byłoby to czymś nienawistnym dla rządów i powagi Sulli. [...] Pompejusz jednak nie uląkł się, lecz sam radził Sulli wziąć pod rozwagę, że większa część ludzi czci słońce wschodzące niż zachodzące"8. W końcu młody wódz dopiął swego i odbył triumf, ale popadł w niełaskę dyktatora. Mimo to nie spotkały go tak przykre konsekwencje jak innych, zgładzonych z woli politycznej lub kaprysu jedynowładcy.
Sulla zmarł w 78 roku, a już w roku 77 wybuchła kolejna wojna domowa o odzyskanie wpływów i majątków przez przetrzebione stronnictwo popularów. Pompejusz znów został zbrojnym ramieniem optymatów. Walczył do 72 roku, do Italii powrócił zaś w roku 71 i zdążył jeszcze wziąć udział w likwidowaniu powstania Spartakusa. W kwestii wynagrodzenia za zasługi nie zadowolił się jedynie pochwałami, żądając konkretnych profitów. Dlatego nie rozpuścił wojska.
Podobnie postąpił Marek Licyniusz Krassus, faktyczny pogromca Spartakusa, gotów raczej przystąpić do wojny, niż poddać się woli człowieka, którego nie znosił już od ponad 10 lat. By uniknąć wojny domowej, na rok 70 "[...] obaj razem zostali wybrani konsulami. Zaraz jednak we wszystkim się różnili i wzajemnie zwalczali. W senacie większe wpływy miał Krassus, u ludu duże znaczenie Pompejusz. Przywrócił mu bowiem trybunat ludowy i nie przeszkadzał w prawnym przeniesieniu sądów znowu w ręce stanu rycerskiego [ekwickiego -?P.R.]"9. Dopiero przy składaniu urzędów prokonsulowie rozpuścili wojska i pogodzili się ze sobą, ale nie do końca szczerze.
Najwyższej wagi dowództwo
Po złożeniu urzędu konsula Pompejusz, mający wpływy, majątek i ambicje, koniecznie pragnął wielkiej chwały. Postanowił znów znaleźć się na szczycie. Teatr wojenny, mogący przynieść największe bogactwa, był jednak zajęty, bowiem nieustanną i całkiem dochodową wojnę z Mitrydatesem w Azji (czemu przyjrzymy się dalej) z sukcesami prowadził Lucjusz Licyniusz Lukullus10.
Pompejusz znalazł sobie przeciwnika w postaci piratów, którzy tak rozpanoszyli się na Morzu Śródziemnym, że Rzymianie obawiali się ładować swoje wojska na statki transportowe w italskich portach, w tym w Ostii. Wniosek o powierzenie dowództwa w wojnie z morskimi rabusiami przedstawił zgromadzeniu ludowemu w roku 67 człowiek Pompejusza, trybun ludowy Aulus Gabiniusz (zapamiętajmy to nazwisko). I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że pod władzę jednego człowieka oddano cały obszar Morza Śródziemnego, ze wszystkimi wojskami i z przyległymi ziemiami w pasie terenu szerokim na 400 stadiów11 od morza. W historii Rzymu -?wyjąwszy czas dyktatury Sulli -?taka władza byłaby największą od stuleci. Obawiano się więc, że Pompejusz może zechcieć utrwalić ten stan.
Wniosek Gabiniusza bardzo mocno wsparł naprawdę pięknym i jak na niego zwartym przemówieniem rówieśnik Pompejusza, a zarazem jego nieco zaślepiony wielbiciel, mający wysokie aspiracje krasomówca Cyceron12, przedstawiciel stanu ekwitów. Ostatecznie Pompejusz został naczelnym wodzem przeciw piratom. Mając do dyspozycji "[...] 120 tys. piechoty, 4 tys. jazdy, 270 okrętów łącznie z półtorarzędowymi i 25 pomocników z senatu zwanych legatami"13, zrealizował ściśle przyjęty plan i w ciągu kilku miesięcy oczyścił cały Basen Morza Śródziemnego. Jego sława była tak duża, iż niedostępne twierdze w górach Cylicji poddawały mu się bez próby obrony.
Stronnicy Pompejusza agitowali w jego imieniu na tyle umiejętnie, że w 66 roku otrzymał on zadanie dokończenia wojny z Mitrydatesem, co łączyło się z odebraniem dowództwa zasłużonemu wodzowi, byłemu konsulowi Lucjuszowi Lukullusowi. Pompejusz Wielki zostawił mu niewielu żołnierzy, w dodatku prawie samych warchołów, a potem unieważnił praktycznie wszystkie zarządzenia polityczne Lukullusa, które ten wydał w trakcie sześcioletniej wojny. Azjatyccy monarchowie szybko pojęli, czyje słońce wschodzi, i na wyścigi zaczęli zabiegać o łaski nowego zarządcy.
Sprawa Syrii
Pompejusz bardzo konsekwentnie zmieniał w azjatyckich krainach stan prawny, zaprowadzony tam nieco wcześniej przez Lukullusa, który pozostawił na tronie Syrii ostatnich Seleucydów. Wobec tego potężnego niegdyś imperium dowodzący wielką armią rzymską Pompejusz uznał fakty dokonane w sposób znacznie bardziej logiczny niż Lukullus, cierpiący na niedostatek wojsk. Resztka wielkiej kiedyś Syrii, niewiele różniąca się terytorialnie od dzisiejszej, była zbyt ważna strategicznie, by zarządzali nią ludzie chaotyczni. Sąsiadowała bowiem przez swe porty z domenami Partów (lądowe szlaki handlowe z Chin i Indii, w tym jedwabie i stal), Arabią (szlak morski z Indii, pachnidła miejscowego wyrobu) oraz z Egiptem (zboże). Słabe władztwo w Syrii wiodłoby na pokusę Armenię, Partię czy Egipt, nie chodziło jednak tylko o rozszerzenie terytoriów tych krajów, lecz o opanowanie portów śródziemnomorskich, niezbędnych, by zwiększyć efektywność handlu dalekosiężnego. Pompejusz chciał, by Syria była powolna Rzymowi, i to w takim stopniu, by sąsiedzi nie mieli co do tego żadnych wątpliwości. Kraj miał być sprawnie zarządzany i zdolny do tego, by odgrywać rolę rzymskiej bazy wypadowej do dalszych podbojów. Syria miała być kluczem nie tylko do uderzenia na Partię, co w chwili uchylania zarządzeń Lukullusa jawiło się jako cel dalszy i niekonieczny. Przede wszystkim miała służyć do szachowania bądź opanowania Egiptu.
W tych okolicznościach Pompejusz Wielki trwale usunął z Syrii resztki miejscowej dynastii, zaprowadzając tam rzymski porządek prowincjonalny, co okazało się bardzo istotne dla tematu niniejszego opracowania. Jednak bezpośredni nadzór nad tym krajem oznaczał, iż Rzym będzie się angażował w syryjskie konflikty wewnętrzne, regionalne i ponadregionalne. Co prawda bardzo szybko przyniosło to ogromne zyski, ale dosłownie każda zwada w regionie prowadziła do zatargu z Rzymem. A to otwierało perspektywy przed rzymskimi drapieżnikami politycznymi. Generalnie tracili na tym mieszkańcy prowincji, nic lub niewiele zyskiwali przeciętni Rzymianie i Italikowie. Wszyscy zaś mogli stracić z powodu niezałatwionych spraw z Partami.
W tym czasie granice ogromnego państwa Partów niemal pokrywały się z granicami imperium Seleucydów z czasów jego świetności. Partowie czuli się spadkobiercami tej potęgi i bardzo sprytnie rozgrywali miejscowe konflikty. Gdy Rzymianie usunęli ostatniego z "Antiochów", a Syrię poniżyli do rangi prowincji, zyskali głównie miano okupantów, czyli najeźdźców i uzurpatorów. Partowie mieli zaś doskonały pretekst, by w sprawy Syrii "nadbrzeżnej" wtrącać się na równi z Rzymianami.
Pierwszym namiestnikiem prowincji po odjeździe Pompejusza z Azji do Rzymu w 62 roku został Emiliusz Skaurus.
Tymczasem wojna mitrydatejska rozlała się na kilka krain i przeciągnęła na kilka lat. Teatr wojenny był ogromny, rozpościerał się od północnych wybrzeży Morza Czarnego po granice Egiptu. Dysponując jednak odpowiednią liczbą legionów oraz będąc pomysłowym wodzem, Pompejusz odniósł kilka błyskotliwych zwycięstw i stało się jasne, że gwiazda Mitrydatesa gaśnie nieodwołalnie. Stary król, zdradzony i opuszczony przez armię oraz bliskich, próbował zażyć truciznę, ale był na nią uodporniony poprzez częste zażywanie różnych antidotów. Na jego prośbę pozbawił go życia jeden z nielicznych żołnierzy, którzy przy nim wytrwali.
Upokarzający triumf
Syty zwycięstw i bogactw Pompejusz pod koniec 62 roku powrócił do Italii. Panikarze natychmiast zaczęli rozgłaszać plotki, że na Rzym idzie nowy Sulla. Tym bardziej że w Mieście już budowano postument pod tron: "Pod nieobecność [...] Pompejusza trybuni ludowi, Tytus Ampiusz i Tytus Labienus, przeprowadzili ustawę zezwalającą mu na noszenie podczas igrzysk cyrkowych złotej korony i pełnego stroju triumfatora, na przedstawieniach scenicznych zaś -?togi bramowanej purpurą i złotej korony"14. Nawet jeśli zamiast złotej korony miał być wieniec laurowy, dla świadomych obywatelsko Rzymian uchwała musiała być szokująca, bo Pompejusz mógł występować publicznie w stroju zastrzeżonym niegdyś dla królów rzymskich.
Tymczasem zwycięski wódz wspaniałomyślnie rozpuścił wojsko. Spodziewał się przy tym, że zostanie potraktowany jako ktoś wyjątkowy w historii Rzymu. A tu, jakby kierując się odruchem stadnym, arystokraci dostrzegli w nim duże zagrożenie, a cały podziw w jednej chwili zmienił się w zawiść. Rozpuszczenie wojska wzięto w zbiorowej niemądrości za słabość i głupotę -?nikt z tych, którzy stawiali siebie w myślach ponad Pompejuszem, będąc na jego miejscu, nie wypuściłby takiej okazji z rąk. I tak zbliżający się do Rzymu wielki wódz z dnia na dzień odczuwał kolejne ciosy w jego nadęte do granic wytrzymałości ego. Co gorsza, jako nominalny dowódca wojskowy, choć bez armii, nie mógł tak po prostu wejść do Miasta, gdyż stałby się zwyczajnym kwirytą, czyli obywatelem rzymskim, bez prawa do odbycia triumfu.
Na najwspanialszy w świecie triumf, największy w dziejach, wódz musiał czekać w upokorzeniu aż 10 miesięcy, od grudnia 62 roku do września 61 roku (przygotowanie rozbudowanego widowiska nie usprawiedliwiało tego opóźnienia). Miał więc sporo czasu, by przetrawić niejedną gorzką myśl. Wreszcie odbył się triumf nad triumfy. Uroczystość trwała dwa dni: "Na czele szedł napis wyszczególniający kraje, nad którymi triumf się odbywa: Pont, Armenia, Paflagonia, Kapadocja, Media, Kolchida, Iberia, Albania, Syria, Cylicja, Mezopotamia, Fenicja i Palestyna, Judea, Arabia i wojna z piratami pobitymi całkowicie na lądzie i morzu. W tym zamków obronnych zdobytych nie mniej niż tysiąc, miast niewiele mniej niż dziewięćset, okrętów pirackich osiemset, miast założonych czterdzieści bez jednego"15. Kończył zaś ten pochód "[...] jeden ogromny znak zwycięstwa, kosztownie przystrojony, z napisem "Nad światem zamieszkanym""16.
Niebywale okazała uroczystość tym bardziej unaoczniła bolesny upadek politycznego znaczenia triumfatora. Ten, który wiódł w triumfie trzech królów i kilkadziesiąt osób z rodzin królewskich, musiał posuwać się do przekupstwa, by przeforsować własnych kandydatów na urzędy. Sprawa wyszła na jaw, co dodatkowo nadwerężyło autorytet Pompejusza. Co gorsza, napotkał opór senatu w dwóch niezwykle istotnych sprawach, wydawałoby się -?oczywistych. Chodziło o zarządzenia, które wydał na Wschodzie -?a mianował tam wielu królów, jedne miasta pognębił, inne nagrodził (żeby to wszystko miało trwałą moc prawną, trzeba było odpowiednich uchwał senatu lub głosowania zgromadzenia ludowego) -?oraz nadań ziemi swoim weteranom. "I tak Lukullus, pamiętny doznanej krzywdy, i Metellus Kreteński nie bez podstaw czujący żal -?Pompejusz bowiem odebrał mu podstępnie ozdobę triumfu, pojmanych wodzów -?wraz z częścią optymatów sprzeciwiali się wypełnieniu obietnic Pompejusza na rzecz miast [azjatyckich] i wypłaceniu według jego uznania nagród zasłużonym żołnierzom"17.
Pompejusz pożałował, że w chwili największej chwały i mocy okazał się człowiekiem praworządnym, rozpuszczając armię, gotową działać na każde jego skinienie. Na próżno Cyceron, jego oddany wielbiciel, napominał nobilów, by nie odpychali od siebie zwycięskiego wodza, gdyż może to się zakończyć czymś złym. W atakach nie ustawano, a Pompejusz myślał nad najbliższą przyszłością. I coś wymyślił, jednak nie sam.
Etap sullański
Marek Licyniusz Krassus urodził się ok. 114 roku, w rodzinie patrycjuszowskiej. Jego ród zasłynął mówcami o starannym, greckim wykształceniu, co nie zawsze było w Rzymie dobrze widziane, bo to, co greckie, wydawało się zniewieściałe. Ale greckie umiejętności retoryczne bardzo ułatwiały kariery polityczne, tam gdzie wiele zależało od demagogii, czyli na forum.
Krassus, oprócz tego, że jak inni członkowie rodziny umiał bardzo dobrze przemawiać, zasłynął niebywałym talentem do robienia pieniędzy. Podporządkował temu praktycznie wszystkie aspekty swojego życia, przez co już w młodych latach zyskał opinię nienasyconego chciwca. Ile trzeba było samozaparcia, pomysłowości i hartu ducha, by rozkochać w sobie świętą westalkę, aby za niską cenę nabyć jej posiadłość? Oczywiście przeciw Krassusowi wniesiono oskarżenie o świętokradztwo, ale niespodziewanie wyszedł z tego bez szwanku. Sprawę obrócono w żart, nieźle chyba bawiący przysłuchujące się rozprawie tłumy -?zapewne znalazłby się niejeden pragnący rozkochać w sobie niedostępną dziewicę. Krassus wyszedł suchy z wody, "[...] w jakiś sposób chęć wzbogacenia się uwolniła go od zarzutu niemoralności i sąd go uniewinnił. Ale on Licynii nie opuścił, póki nie zdobył tego majątku"19.
Interesy Krassusa trwale popsuł krach polityczny. Otóż w 91 roku wybuchła bellum sociale, czyli wojna ze sprzymierzeńcami albo tzw. marsyjska (od plemienia Marsów). Ledwie wygasła w 88 roku, to przerodziła się w wojnę domową. Z kolei na Wschodzie Mitrydates (o którym wspomnieliśmy; będzie o nim mowa szerzej) z dużym powodzeniem walczył z rzymskim panowaniem w Azji, następnie przeniósł działania wojenne do Grecji. Ogromna wojna była więc nieuchronna. Najpierw jednak w samym Rzymie doszło do walki zbrojnej o sprawowanie dowództwa na Wschodzie między Mariuszem a Sullą. Zwycięsko wyszedł z niej ten drugi, który zajął bezbronne Miasto i po raz pierwszy zaprowadził w nim swoje porządki. Mariusza i jego zwolenników, którzy zbiegli, ogłoszono "[...] wrogami ojczyzny, ponieważ wzniecili bunt i prowadzili wojnę z konsulami, a niewolnikom, by ich przyciągnąć do powstania, obwieścili wolność"20. Natychmiast rozpoczęto polowanie, ale Gajusz Mariusz zdołał zbiec aż do Afryki.
W 87 roku Sulla, być może nie zdając sobie do końca sprawy z sytuacji, udał się na zaplanowaną wojnę z Mitrydatesem, a Rzym zostawił w rękach swoich -?jak mu się wydawało -?zwolenników. Konsulem na rok 87 został Lucjusz Korneliusz Cynna, który, ledwie Sulla opuścił ziemię italską, stanął na czele popularów i zażądał pełni praw dla nowych italskich obywateli. Był tak zdeterminowany, że podburzał do wojny niewolników i Italików. Senat uchwalił, iż Cynna, "[...] który będąc konsulem, w chwili niebezpieczeństwa opuścił miasto i obwieścił niewolnikom wolność, nie jest już ani konsulem, ani obywatelem, a na jego miejsce przeprowadził wybór Lucjusza Meruli, kapłana jowiszowego"21.
Na skutek energicznych działań buntowników stronnictwo popularów zyskało przewagę nad optymatami. Z Afryki powrócił Gajusz Mariusz, który pozyskał ludy italskie, głównie Samnitów i Etrusków. Niewolnicy tłumnie skorzystali z oferowanej przez popularów wolności. Mariusz i Cynna oblegli i zmusili do kapitulacji Rzym, a po opanowaniu Miasta przystąpili do mordowania przeciwników politycznych. Oczywiście "[...] przyjaciele Sulli wszyscy zostali zamordowani, dom jego zburzony, majątek skonfiskowany, a jego samego ogłoszono wrogiem ojczyzny"22.
Właśnie wtedy Mariusz i Cynna kazali obciąć głowy wszystkim Krassusom, toteż Marek Krassus przytomnie uciekł z kraju i nie zatrzymywał się, dopóki nie dotarł do Hiszpanii. Jego ojciec, rodzony brat i stryj stracili życie. Ocalały Krassus czekał na obczyźnie, aż odwrócą się koleje wojny domowej. W 83 roku na ziemi italskiej wylądowali Sulla i jego zwycięska armia. Niedługo dołączyli do niego dwaj młodzi ludzie, niezmiernie mu potem przydatni -?żądny sławy Gnejusz Pompejusz i żądny zemsty (a jeszcze bardziej pieniędzy) Marek Krassus.
Wprawdzie wyczyny młodego Pompejusza budziły ogromny podziw, ale ten drugi, wówczas 30-latek, odegrał rolę wręcz wybitną w decydującym starciu tej wojny pod Rzymem, u Bramy Kollińskiej. Lewym skrzydłem wojsk rzymskich dowodził sam Sulla, a prawym właśnie Krassus. Naprzeciw nich stanęły wojska samnickie. Podczas gdy lewe skrzydło Sulli załamało się i uciekło aż do obozu i za mury miasta, prawe zdołało pokonać przeciwników. Front był tak długi, że zwycięski Krassus nie wiedział o tym, iż jego dowódca przegrał starcie. "Późna już była noc, gdy do obozu Sulli przybyli ludzie od Krassusa po odbiór prowiantów dla swego wodza i żołnierzy, którzy po zwycięstwie na prawym skrzydle ścigali nieprzyjaciela aż do Antemny i tam stanęli obozem. Sulla, dowiedziawszy się o tym, a równocześnie słysząc, że przeważna część nieprzyjaciela została zniszczona, przeniósł się z brzaskiem dnia do Antemny"23, czyli objął dowództwo i przejął chwałę zwycięstwa.
Od tego dnia kariera Krassusa nabrała rozpędu. Sulla ogłosił się dyktatorem, co oznaczało, że został panem życia i śmierci wszystkich. Na śmierć skazywał poprzez tzw. proskrybowanie, co dosłownie należy rozumieć jako zapisanie. W miejscach publicznych wywieszano spisy imion i nazwisk ludzi z odautorskim komentarzem dyktatora, że każdy może zabić wymienionych, przy tym, jeśli jest niewolnikiem, zostanie uwolniony, a jeśli jest wolny, otrzyma część dóbr zabitego. Majątki proskrybowanych wystawiono na licytacje, podczas których za bezcen nabywali je wyłącznie zwolennicy dyktatora. Niebagatelnie zasłużony Krassus wziął w tym udział. Był tak aktywny, że "[...] zepsuł sobie opinię, skupując za niskie ceny bogactwa czy wymuszając je w formie darów. W Bruttium podobno nawet proskrybował niektórych bez nakazu Sulli, tylko dla własnego zysku. Lecz Sulla, dowiedziawszy się o tym, nie zlecił mu już żadnego zadania publicznego"24.
Pomnażanie majątku
Gdy po śmierci Sulli Pompejusz znalazł sobie miejsce w elitach jako zawsze zwycięski wódz, Krassus objął czołową pozycję na innym polu - finansowym. Majątek pomnażał za pomocą lichwy, pożyczek -?nisko oprocentowanych finansowo, lecz wysoko politycznie -?oraz rozwijając działalność gospodarczą dzięki pracy niewolników. "Jakkolwiek posiadał wiele kopalń srebra, kosztownej ziemi i pracujących na niej ludzi, mimo to można by sądzić, że wszystko to było niczym wobec wartości niewolników: tylu i tak cennych miał lektorów, pisarzy, znawców menniczych, ekonomów, lokai. Sam osobiście kierował ich nauką, przysłuchując się i dając im wskazówki. I w ogóle uważał, że właściciel powinien mieć o służbę jak największe staranie, jako że są to żywe narzędzia zarządzania mieniem"25.
Krassus stał się też właścicielem wielu działek w samym Rzymie, na których szybko wzniósł domy czynszowe, zgodnie zresztą z własnym powiedzeniem, że "kto buduje tylko dla siebie samego, marnuje się, choć nie ma przeciwników"26. Przynosiły one wielkie dochody. Wkrótce wpadł na świetny pomysł. Otóż pożary i zawalenia byle jak wzniesionych, wysokich budynków czynszowych były w Rzymie codzienną plagą. Z ogniem próbowano walczyć, ale dość niemrawo. Wobec tego bystry Krassus, "widząc ściśle z Rzymem związane nieszczęścia, pożary, zapadanie się budynków z powodu ich obciążenia i zagęszczenia, zakupił niewolników, architektów i budowniczych"27, następnie odpowiednio ich wyszkolił i wyposażył. Utworzona w ten sposób profesjonalna jednostka straży pożarnej świadczyła odpłatne usługi gaśnicze. Nie chodziło przy tym o to, by uratować czyjś dom, lecz o coś zupełnie innego -?Krassus "[...] wykupywał mienie po pożarach lub sąsiadujące z pożarami, porzucane za niewielką cenę przez właścicieli z powodu obawy i niepewności. W dużej więc mierze Rzym jemu zawdzięczał swe powstawanie"28.
Znaczenie polityczne
Krassus zbijał również kapitał polityczny. Wiecznie potrzebujący gotówki ambitni działacze różnych opcji zawsze mogli liczyć na to, że udzieli im nisko oprocentowanej lub nawet bezprocentowej pożyczki, i stawali się jego dłużnikami. Ludzie zastawiali majątki, by wygrać wybory, a gdy przegrali, zostawali bankrutami. W domu Krassusa zawsze kłębili się interesanci z najwyższych rodów. Gdy była taka potrzeba, dysponował on nie tylko materialnym darem przekonywania, lecz także tłumem możnych zwolenników, oddających mu poparcie własne i swojej klienteli. Dzięki temu w 72 roku otrzymał nadzwyczajne pełnomocnictwo, pozornie wojskowe, a w istocie polityczne. Objął bowiem dowództwo nad 10 lub 12 legionami przeznaczonymi do zwalczenia powstania Spartakusa.
Był najwyższy czas ku temu, by Krassus jakoś się wyróżnił i zaistniał w świadomości Rzymian inaczej niż jako sprytny bankier, co dla patrycjusza nie mogło być źródłem chwały i oficjalnych zaszczytów. Wyrosła mu bowiem bardzo poważna konkurencja. Na Wschodzie Lucjusz Lukullus bił właśnie Mitrydatesa, a łupy zdobywał tak ogromne, że wiele na to wskazywało, iż po powrocie będzie bogatszy od Krassusa. Na Zachodzie, w Hiszpanii, gaszący ostatnie ogniska wojny domowej Pompejusz Wielki zyskał od wrogów prezent w postaci zamordowania Sertoriusza, więc zakończenie działań było już blisko.
Pompejusz, Lukullus i Krassus byli swego czasu najbliższymi współpracownikami Sulli, przy czym Krassus rywalizował z Pompejuszem o względy dyktatora, a Lukullus przestał się liczyć tylko dlatego, że pozostał w Azji, by dopilnować tamtejszych spraw. Ambicja nie pozwalała Krassusowi, by teraz być najgorszym z nich trzech. Aby się wykazać, musiał zostać wodzem w zwycięskiej wojnie, a do tego potrzebował nie tylko korzystnego zbiegu okoliczności, lecz także powszechnego poparcia. Okoliczności mu sprzyjały -?pretorzy roku 73 i konsulowie roku 72 ponosili niemal same klęski w wojnie ze Spartakusem i chyba tylko brak jazdy u zbuntowanych niewolników decydował o tym, że gromione w polu armie rzymskie nie ulegały całkowitej zagładzie. W ciągu nieco ponad roku wojny jeden z pretorów okrył się hańbą, drugi zyskał opinię pechowca, trzeci poległ, a czwarty poniósł klęskę, toteż nie było chętnych do kandydowania na ten urząd. Biorąc udział w wyborach, Krassus praktycznie nie miał konkurencji. Sytuacja była tak wyjątkowa, że objął dowództwo w wojnie, nie pełniąc żadnego urzędu przewidzianego prawem. Był bowiem zaledwie pretorem desygnowanym na rok następny, czyli urzędnikiem wprawdzie już wybranym, lecz niemogącym objąć urzędu, gdyż kadencja jego poprzednika jeszcze się nie skończyła. Co więcej, pozbawiono dowództwa w polu obu konsulów, czyli urzędników stojących na samym szczycie hierarchii władzy. Aby odpowiednio wyróżnić Krassusa, przyznano mu zarazem tytuł prokonsula, choć konsulatu jeszcze nie sprawował.
Po wielu perypetiach Krassus poradził sobie ze Spartakusem29, wykazując się nie tyle dowódczą błyskotliwością, ile konsekwencją, wykorzystując wszystkie okazje do osłabienia przeciwnika, a także odwagą osobistą w ostatniej bitwie. Zrealizował też kilka pomysłowych przedsięwzięć. Jeszcze w 72 roku przeciął w poprzek cały półwysep Bruttium (czubek italskiego buta) rowem o głębokości 5 m, z wałem o takiej samej wysokości. Długość umocnień sięgnęła 50 km. Rozbił powstanie, wybijając dziesiątki tysięcy ludzi w bitwach. Na koniec, po ostatnim starciu ze Spartakusem, pojmanych buntowników -?a było ich 6 tys. -?ukrzyżował, jak nakazywało prawo. Miał przy tym nadzieję odbyć triumf w Rzymie, ale nie dostąpił tego zaszczytu. Nie była to bowiem wojna z nieprzyjacielem zewnętrznym, lecz z jak najbardziej wewnętrznym, w dodatku haniebna, więc nikomu nieprzynosząca zaszczytu. W związku z tym "zadowolił się owacją, pieszo wkraczając do miasta. Ale i to zdało się niewłaściwe i niegodne w wypadku wojny z niewolnikami"30.
Na ową niegodność nie zważał w swojej małostkowości Pompejusz Wielki. Jego wracająca z Hiszpanii armia przypadkowo natknęła się na sporą gromadę zbiegów z ostatniej bitwy z Krassusem. Pompejusz kazał ich wszystkich zabić -?a było ich 5 tys. "Posłał więc do senatu meldunek, że Krassus wprawdzie w świetnej bitwie pobił niewolniczych zbiegów, ale on sam dopiero wojnę z korzeniami wytępił"31.
Takie postawienie sprawy oznaczało zanegowanie sukcesu i zasług Krassusa, toteż między ambitnymi wodzami natychmiast doszło do sporu. W dodatku żaden z nich nie rozpuścił armii. "Obaj zgłosili się jako kandydaci do konsulatu, Krassus co prawda po odbyciu pretury, jak tego prawo Sulli wymagało, ale Pompejusz kandydował, mimo że nie piastował dotąd ani pretury, ani kwestury i miał dopiero 34. rok życia; obiecał jednak trybunom ludowym, że im przywróci wiele posiadanych dawniej uprawnień"32. W tej sytuacji każda iskra mogła spowodować wybuch wojny domowej, wobec tego bezsilny senat postanowił zadowolić obu kandydatów. Krassus i Pompejusz zostali konsulami na rok 70. Mianowano ich wbrew prawu, gdyż Pompejusz nigdy nie sprawował żadnych, nawet najniższych funkcji publicznych z wyboru i był zbyt młody na konsula, a Krassus nie odbył przewidzianej prawem dwuletniej przerwy w pełnieniu wysokich godności urzędniczych -?czyli w jego przypadku między preturą a konsulatem.
W czasie sprawowania urzędu skłóceni konsulowie nie przeszkadzali sobie w zasadniczych kwestiach. Rozpuścili wojska dopiero na koniec kadencji, składając urzędy, gdy "jakiś Gajusz Aureliusz, posiadający godność ekwity, zresztą prowadzący życie wolne od polityki, na zgromadzeniu ludowym wszedł na mównicę i zabrał głos, mówiąc, że we śnie objawił mu się Jowisz i kazał powiedzieć konsulom, że mają nie składać konsulatu, póki się wzajemnie nie pogodzą. Po tych słowach Pompejusz stał spokojnie w miejscu i Krassus pierwszy podał mu rękę"33. Była to tylko pozorna, wymuszona zgoda, a obaj dostojnicy nadal szczerze się nie znosili.
Cenzura i co dalej
W tradycyjnym systemie republikańskim najwyższą osiągalną godnością poza dyktaturą (a tę po wyczynach Sulli Rzymianie po prostu wykreślili ze słownika politycznego) była cenzura. Ponieważ Rzymianie jak ognia unikali jedynowładztwa na każdym polu, cenzorów zawsze było dwóch. Wybierano ich raz na pięć lat na 18-miesięczną kadencję. Ich zasadniczym zadaniem była lustracja wszystkich stanów, szczególnie ekwitów i senatorów, sprawdzenie ich majątków, zbadanie przebiegu służby wojskowej i kariery politycznej, a następnie orzekanie w sprawie wymogów majątkowych i moralnych stawianych przedstawicielom określonego stanu. I tak, jeśli kogoś zlustrowano niepomyślnie, z dnia na dzień z patrycjusza mógł się stać plebejuszem. Krassus został cenzorem na rok 65.
W historii Rzymu nie brakowało cenzorów, którzy bez żadnych skrupułów moralnych trwale niszczyli swoich przeciwników politycznych, przykładem choćby Kato "Cenzor" Starszy. Współcześni ocenili Krassusa jako cenzora następująco: "Cenzorstwo przebiegło mu zupełnie bezcelowo i bezowocnie: nie przeprowadził oceny senatu ani przeglądu stanu ekwitów, ani spisu obywateli. Kolegą jego w tym urzędzie był [...] Lutacjusz Katulus. [...]. Kiedy Krassus podejmował trudne i przemożne zadanie, żeby Egipt podporządkować Rzymowi, Katulus gwałtownie się temu sprzeciwił"34.
Owa bezowocność działań Krassusa nie wynikała więc z nieudolności, lecz z oporu rywali politycznych. Zapewne całą swoją energię poświęcił na realizację projektu przejęcia niezwykle bogatego Egiptu. Gdyby te zamiary się powiodły, Krassus stanąłby przed niebywałą szansą nie tylko zdobycia bajecznej fortuny, lecz także zyskania wielkiego znaczenia politycznego. Jednak senat sprzeciwił się temu, chyba nie tylko dlatego że ostatni Ptolemeusze rządzący Egiptem byli tradycyjnymi sojusznikami Rzymu. Senatorowie, mając na względzie tragiczne doświadczenia, bali się przyznać kolejnemu nazbyt popularnemu człowiekowi nadzwyczajne dowództwo wojskowe.
Kiedy po półtora roku Krassus zakończył urzędowanie jako cenzor, powrócił do wcześniejszej roli: bankiera polityków. A właśnie zaczęło się odradzać stronnictwo popularów, które potrzebowało wpływów, a więc i pieniędzy. Na jego czele stanął energiczny, młody, inteligentny i niezwykle wprost ambitny patrycjusz, Gajusz Juliusz Cezar. Niestety był biedny. Krassus ułatwił mu karierę, wietrząc w tym dobry interes. Ale nie tylko jemu. Można powiedzieć, że przeznaczył część swojego majątku na pomoc innym politykom, przy czym jego wybory nie zawsze były trafne. Przykładem Sergiusz Katylina.
Katylina, stronnik Sulli, który w czasach terroru osobiście zaniósł na forum głowę własnego brata i położył na zdobiącym mównicę dziobie bojowym okrętu, ciągle potrzebował dużych pieniędzy. I choć mocno się wzbogacił na proskrypcjach -?a i jego brat nie stanowił już przeszkody we władaniu ojcowizną -?to kilkanaście lat później był już całkowicie zrujnowany finansowo, gdyż przepadał w kolejnych wyborach na wysokie urzędy, a kampanie wyborcze pochłonęły wszystkie jego środki. Postanowił odzyskać majątek i zrekompensować poniesione straty w drodze przewrotu politycznego.
Jako człowiek inteligentny Krassus zorientował się, że przyzwalając na machinacje Katyliny, pozwolił mu na utworzenie nieformalnej, przyszłej grupy trzymającej władzę, na którą nie miałby żadnego wpływu. Katylina tak wyłuszczył cele spisku: "[...] zniesienie długów, proskrypcje bogaczy, urzędy cywilne i kapłańskie, rabunki i inne rzeczy, które niosą z sobą wojna i samowola zwycięzców [...]"35. Nawet jeśli to zestawienie nie przestraszyło bogacza Krassusa, to ostatecznie doszedł do wniosku, że stałby po stronie przegranej, bo spiskowcy w żaden sposób nie gwarantowali zdolności do utrzymania władzy, skoro tę grupę tworzyli sami utracjusze i hulaki oraz garść kobiet -?nieprzewrotnych nawet, lecz całkiem już upadłych.
Pewnej nocy Krassus odwiedził urzędującego właśnie konsula Cycerona "[...] z listem wyłuszczającym zamysły Katyliny, potwierdzającym sprzysiężenie". Gaduła Cyceron -?już po tym, jak niebezpieczeństwo minęło -?wszystko wypaplał w samochwalczym dziełku O moim konsulacie, o co Krassus, ceniący dyskrecję w działaniu, miał do niego wielkie pretensje.
Katylina zbiegł do organizowanych na prowincji sił zbrojnych, a spiskowcy w Mieście zdekonspirowali się. Szybko ich uwięziono i po burzliwych obradach senatu pozbawiono życia. Wkrótce w bitwie zginął Katylina, który okazał się więc chybioną inwestycją polityczno-finansową Krassusa. Zupełnie inaczej przedstawiała się sprawa z Cezarem, dzięki czemu w 60 roku Marek mógł wyjść z politycznego cienia.
Etap sullański
Cokolwiek by nie mówić o Gajuszu Juliuszu Cezarze, jedno jest pewne - miał charakter. W momencie gdy Sulla po raz drugi zdobywał Rzym, był młodym człowiekiem, niespełna 18-letnim, ale już żonatym. Związek ten okazał się jednak fatalny politycznie: żoną młodzieńca była bowiem córka Lucjusza Korneliusza Cynny, drugiego po Gajuszu Mariuszu przywódcy stronnictwa popularów. Mało tego -?ciotka Juliusza była żoną Mariusza. Choć ani on, ani Cynna nie chodzili już po tym świecie, Sulla niszczył przecież całe stronnictwo -?jeśli nie zabijając jego członków, to zabierając im majątki i pozbawiając wpływów. Wobec tego Cezarowi z rodu Juliuszów nakazano rozwód z Kornelią, córką Cynny. Odmówił.
W czasach proskrypcji odmowa wypełnienia rozkazu dyktatora oznaczała pewną śmierć. Cezar ukrywał się do czasu, aż jego przyjaciele wybłagali dlań łaskę u dyktatora. W międzyczasie kilkakrotnie pełny trzos przekonywał rozsądnych siepaczy, że lepiej liczyć na to, co dostają od wdzięcznego za łaskę żywego niż na nagrodę po jego śmierci, którą z pewnością zagarnie ktoś możny. Wreszcie Sulla niechętnie pozwolił żyć upartemu młokosowi, ale podobno przestrzegł jego przyjaciół, że "[...] w tym Cezarze drzemie wielu Mariuszów"37.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Wszystkie daty, o ile nie podano inaczej, dotyczą czasów przed narodzeniem Chrystusa. [wróć]
2. Polibiusz, Dzieje, VI.11, przeł. i oprac. S. Hammer, Wrocław 2005, s. 392. [wróć]
3. Ze wstępu S. Łosia do: Marcus Porcius Cato, O gospodarstwie wiejskim, Wrocław 2006, s. VIII. [wróć]
4. Więcej i bardziej szczegółowo o cursus honorum: D. Okoń, Senatorski cursus honorum w okresie republiki i wczesnego cesarstwa: wybrane zagadnienia, Poznań 2016. [wróć]
5. O Gajuszu Mariuszu i skutkach jego reform wojskowych można przeczytać w opracowaniach: P. Rochala, Imperium u progu zagłady. Najazd Cymbrów i Teutonów. Warszawa 2007; M. Maciejowski, Wojna jugurtyńska 111-105 p.n.e., Zabrze 2008; P. Rochala, Vercellae 101 p.n.e., Warszawa 2013. [wróć]
6. Postać dyktatora Lucjusza Korneliusza Sulli i jego dokonania będą niejednokrotnie poruszane w dalszej części książki. Więcej o nim: Ł. Schreiber, Sulla 138-78 p.n.e., Zabrze-Tarnowskie Góry 2013. [wróć]
7. Pompejusz doczekał się wielu opracowań zwartych. Po polsku: Wybitni Rzymianie schyłku Republiki. Gnejusz Pompejusz Wielki, red. N. Rogosz, Katowice 2018; P. Southern, Pompejusz Wielki, przeł. B. Mierzejewska, Warszawa 2004. Po angielsku: J. Leach, Pompey the Great. Biddles Ltd. 1978; R. Seager, Pompey the Great: A Political Biography, Wiley-Blackwell 2002. Po niemiecku: K. Christ, Pompeius. Der Feldherr Roms. Eine Biographie, Münich 2004; M. Dingmann, Pompeius Magnus, Leidorf 2007. [wróć]
8. Pompejusz 14, [w:] Plutarch z Cheronei, Żywoty sławnych mężów, przeł. M. Brożek, Wrocław 1997, s. 193. [wróć]
9. Plutarch, Pompejusz 22, s. 198. [wróć]
10. O Lukullusie: S. Mrozek, Ostatni wódz Republiki. Życie i działalność Lucjusza Licyniusza Lukullusa (II poł. I w p.n.e.), Gdańsk 2003; Ł. Bazentkiewicz: Kampanie Lucjusza Licyniusza Lukullusa na Wschodzie 74-66 p.n.e., Zabrze-Tarnowskie Góry 2017. [wróć]
11. Stadium (gr. stadion) -?starożytna miara długości wywodząca się z Grecji. Rzymskie stadium odpowiadało ok. 185 m. 400 stadiów to odległość mniej więcej 75 km. [wróć]
12. O Cyceronie: K. Kumaniecki, Cyceron i jego współcześni. Warszawa 1989. [wróć]
13. Appian z Aleksandrii, Historia rzymska XII.94, przeł. L. Piotrowicz, Wrocław 2004, s. 563. Plutarch pisze o 200 okrętach i 15 legatach (Plutarch, Pompejusz 25). [wróć]
14. Wellejusz Paterkulus, Historia rzymska II.32, przeł. E. Zwolski, Wrocław 2006, s. 82. [wróć]
15. Plutarch, Pompejusz 45, s. 214. [wróć]
16. Kasjusz Dion Kokcejanus, Historia rzymska 37.21, przeł. W. Madyda, Wrocław 2005, s. 195. [wróć]
17. Wellejusz Paterkulus, Historia rzymska, II 40, s. 93. [wróć]
18. Więcej o Krassusie zob. po polsku: P. Rochala, Powstanie Spartakusa 73-71 p.n.e., Zabrze 2009; M. Piegdoń, Krassus. Polityk niespełnionych ambicji, Kraków 2011; po angielsku: A.M. Ward, Marcus Crassus and the Late Roman Republic, University of Missouri (Columbia) 1977; G.C. Sampson, The Defeat of Rome in the East: Crassus, the Parthians, and the Disastrous Battle of Carrhae, 53 BC, Philadelphia 2008. [wróć]
19. Plutarch, Krassus 1, [w:] Plutarch z Cheronei, Żywoty sławnych mężów, s. 156. [wróć]
20. Appian, XIII.60, s. 665-666. [wróć]
21. Tenże, XIII.65, s. 670. [wróć]
22. Tenże, XIII.73, s. 678. [wróć]
23. Plutarch, Sulla 30, [w:] Plutarch, Cztery żywoty, przeł. M. Brożek, Warszawa 2003, s. 95. [wróć]
24. Plutarch, Krassus 7, s. 160. [wróć]
25. Plutarch: Krassus 2, s. 157. [wróć]
26. Plutarch: Krassus 2, s. 156. [wróć]
27. Tamże. [wróć]
28. Tamże. [wróć]
29. O tym szerzej P. Rochala, Powstanie Spartakusa 73-71 p.n.e. [wróć]
30. Plutarch, Krassus 11, s. 164. [wróć]
31. Tamże. [wróć]
32. Appian, XIII.121, s. 727. [wróć]
33. Plutarch, Pompejusz 21, s. 199. [wróć]
34. Plutarch, Krassus 13, s. 165. [wróć]
35. Gajusz Salustiusz Krispus, Sprzysiężenie Katyliny 21, [w:] Sprzysiężenie Katyliny i wojna z Jugurtą, przeł. K. Kumaniecki, Wrocław 1971, s. 13. [wróć]
36. Z oczywistych powodów Cezar doczekał się ogromnej bibliografii. Najlepiej (oczywiście stronniczo) o swoich czynach pisał sam, co zebrano i opracowano (tak jak jego czyny spisane przez podwładnych) w Corpus caesarianum, przeł. i oprac. E. Konik, W. Nowosielska, Wrocław 2006; Biografie Cezara po polsku: A. Krawczuk, Gajusz Juliusz Cezar, Warszawa 1972; G. Walter, Cezar, przeł. D. Wilanowska, Warszawa 1983; Y. Le Bohec, Juliusz Cezar, przeł. M. Kropiwnicka, Warszawa 2002; A. Goldsworthy, Cezar. Życie giganta, przeł. K.O. Kuraszkiewicz, Warszawa 2007; Biografie Cezara po angielsku: T. Stevenson, Julius Caesar and the Transformation of the Roman Republic, Routledge 2014; M.B. Wilson, Dictator: the evolution of the Roman dictatorship, Michigan 2021. [wróć]
37. Gajus Swetoniusz Trankwillus, Boski Juliusz 1, [w:] Gajus Swetoniusz Trankwillus, Żywoty cezarów, przeł. J. Niemirska-Pliszczyńska, Wrocław 1987, s. 25. [wróć]