Carrhae 53 p.n.e - Paweł Rochala

-
Proszę czekać

Wstęp

W 2025 roku dokoń­czy­łem zamierz­chłą pracę o tym, jak przed wie­kami pre-Irań­czycy wystrze­lali Rzy­mian z łuków. Pro­ces wydaw­ni­czy ma swoje prawa i pro­szę -?w 2026 roku temat ten stał się aktu­alny jak ni­gdy przed­tem -?ten region gore, strony kon­fliktu men­tal­nie podobne do pier­wo­wzo­rów, a ostrzał, tyle że rakie­towy i dro­nowy, główną bro­nią.

Na opi­sa­nie ostat­niej bitwy trium­wira Marka Licy­niu­sza Kras­susa wpa­dłem bar­dzo wcze­śnie, przy pra­cach nad Powsta­niem Spar­ta­kusa 73-71 p.n.e. Rzym­ską część mia­łem wów­czas roz­po­znaną, podob­nie jak mitry­da­tej­ski pro­log od strony azja­tyc­kiej. Sprawa przed­sta­wiała się cał­kiem atrak­cyj­nie: bitwa wielka, dzie­jo­twór­cza, o czym w języku pol­skim nie­wiele napi­sano. Wie­dziony myślą o pal­mie pierw­szeń­stwa z koń­cem roku 2009, to jest wkrótce po zakoń­cze­niu prac edy­tor­skich nad "Spar­ta­ku­sem..." (dotych­czas trzy wyda­nia), wzią­łem się do stu­dio­wa­nia, pla­no­wa­nia i spo­koj­nego pisa­nia pierw­szych roz­dzia­łów Car­r­hae 53 przed Chr.

Po roku prac zbli­ży­łem się w opo­wia­da­niu do punktu, w któ­rym nale­ża­łoby na wła­sne oczy zoba­czyć azja­tycki szlak Kras­susa, owe pagórki ste­powo-pustynne, tak spo­sobne do dzia­łań jazdy, a zara­zem tak utrud­nia­jące marsz pie­szym Rzy­mia­nom. Nale­żało choć tro­chę poczuć ten pył duszący w palą­cym słońcu, co go wtedy wzbi­jało ponad dzie­sięć tysięcy nie­pa­rzy­sto­ko­pyt­nych, na miej­scu wyobra­zić sobie sto tysięcy strzał na minutę, rzu­ca­ją­cych jedyny cień w samo połu­dnie na puste pole mię­dzy kon­nymi strzel­cami a pie­szymi prze­waż­nie celami. I już, już pla­no­wa­łem bli­skow­schod­nią podróż kra­jo­znaw­czą, gdy na fali "arab­skiej wio­sny" wybu­chła wojna domowa w Syrii.

Jako że dotych­czas każdą książkę bitewną two­rzy­łem, opie­ra­jąc się na wizji tere­no­wej, temat Car­r­hae odło­ży­łem na póź­niej, naiw­nie sądząc, że w rok-dwa z zamie­szek mię­dzy dwiema stro­nami kon­fliktu wyłoni się jakaś wła­dza sku­szona Poko­jo­wymi Nagro­dami Nobla. Co prawda dałoby się zary­zy­ko­wać podróż i wtedy, bo jacyś pol­scy bada­cze na tam­tym eta­pie kon­fliktu pene­tro­wali inte­re­su­jące mnie rejony, jed­nak mieli wspar­cie insty­tu­cjo­nalne i / lub miej­scowe zna­jo­mo­ści, na które, jako osoba cał­ko­wi­cie pry­watna, a zara­zem kom­plet­nie nie­zna­jąca miej­sco­wych narze­czy, nijak nie mogłem liczyć. Bar­dzo zacią­żyło też doświad­cze­nie życiowe, któ­rego nabra­łem już na samym star­cie sta­rań bitwo­znaw­czych, co niniej­szym wyłusz­czam.

Mia­no­wi­cie wio­sną 1988 roku mnie i kolegę (obaj matu­rzy­ści) zaaresz­to­wał patrol Ludo­wego Woj­ska Pol­skiego na polu bitwy pod Cedy­nią, po czym kilka godzin prze­słu­chi­wali nas sier­żant i porucz­nik. Mało­mówny pod­ofi­cer nie rozu­miał niczego, co się do niego mówiło, a przy tym led­wie skła­dał koślawe litery. Za to ofi­cer nie dość, że pisał naprawdę ład­nie, to miał więk­sze niż sier­żant gadane i fan­ta­zję co do naszych dal­szych losów. I choć niscy stop­niem pogra­nicz­nicy rozu­mieli już od chwili poj­ma­nia, że ktoś może mieć pasję histo­ryczną -?co zwłasz­cza sier­żantowi (to on nas aresz­to­wał) tłu­ma­czyli wytrwale -?to jed­nak dwaj ich dowódcy nijak nie przyj­mo­wali tego do wia­do­mo­ści Uznali, że zła­pali szpie­gów (dowody -?apa­raty foto­gra­ficzne), a zara­zem dezer­te­rów z Pol­skiej Rze­czy­po­spo­li­tej Ludo­wej (ple­caki, kanapki i napoje). W końcu po pię­ciu godzi­nach wyja­śnień tudzież kon­sul­ta­cjach ze szta­bem służ­bi­ści zrozu­mieli, że na nas karier nie zro­bią, co naj­wy­żej się wygłu­pią, co zama­sko­wali sze­re­giem poła­ja­nek, po czym wypu­ścili. Prze­cież czas zżarli, a na pole bitwy (3 km) nie pod­wieźli, choć stam­tąd zabrali.

Po latach na wspo­mnie­nie tam­tej przy­gody dopu­ści­łem się myślo­wej ana­lo­gii. Gdyby w razie zatrzy­ma­nia w Syrii czy Tur­cji wyszło na jaw, że jestem ofi­ce­rem pożar­nic­twa (mun­du­rowy w stre­fie dzia­łań wojen­nych...), roz­mowa z miej­sco­wymi służ­bi­stami mogłaby przy­brać jesz­cze trud­niej­szy tryb niż z PRL-owskimi tępa­kami, tym bar­dziej że na ostrze­li­wa­nej gra­nicy pełno uchodź­ców i roz­bój­ni­ków. Pasjo­nat szu­ka­jący śla­dów jakiejś bitwy sprzed dwóch tysięcy lat w sytu­acji, gdy toczy się aktu­alna wojna, musiałby się jawić jako oszust o wyjąt­ko­wej bez­czel­no­ści -?tu giną ludzie, dzieci nie cho­dzą do szkół, całe regiony popa­dają w struk­tu­ralną biedę, a ten, jak gdyby ni­gdy nic, wycieczki sobie urzą­dza! Nie mówiąc już o tych, co skrót nazwy ich ugru­po­wa­nia wyma­wia się tak samo jak imię pew­nej sta­ro­żyt­nej bogini, z tą tylko róż­nicą, że z fone­tyką angiel­ską - bo nasi dzien­ni­ka­rze ina­czej już "nie umią" (zresztą nawet rosyj­skie nazwi­ska zapi­sują po angiel­sku, choć pol­ska trans­kryp­cja jest pro­sta i natu­ralna).

Ówcze­sne rachuby mnie zawio­dły, bo z cza­sem wojna syryj­ska roz­sze­rzyła się w naj­lep­sze, czyli w naj­gor­sze, na tyle, że dało się wyka­zać już nie dwie, ale cztery i wię­cej stron tego kon­fliktu. Temat Car­r­hae porzu­ca­łem więc na coraz dłu­żej, a wolne moce prze­ro­bowe prze­sta­wia­łem z powo­dze­niem na inne pro­jekty.

Cóż... czas wcale nie jest war­to­ścią względną, jak to w spo­sób nie­moż­liwy do spraw­dze­nia twier­dził pra­cow­nik urzędu paten­to­wego Albert Ein­stein, tylko abso­lut­nie bez­względną, na co naj­le­piej wska­zuje PESEL. A sytu­acja w Syrii na­dal jest daleka od sta­bil­nej.

Jako że los Kras­susa w imię utrwa­la­nia pamięci o nim nijak mi się nie uśmie­chał, po ponad pięt­na­stu latach od pierw­szego "wbi­cia szpa­dla", by wyko­pać fun­da­ment pod książkę, tę pamięć utrwa­la­jącą, zro­bi­łem poważny wyłom w przy­ję­tych za młodu stan­dar­dach opo­wia­da­nia o bitwach i opi­sa­łem ostat­nie zma­ga­nia tego nie­zbyt sym­pa­tycz­nego czło­wieka, nie dep­cząc oso­bi­ście tere­nów w oko­licy turec­kiego mia­sta Har­ran, co kie­dyś zwało się Car­r­hae. Jest ono cią­gle nie­do­stępne dla zwie­dza­nia ze względu na mili­tarne obsa­dze­nie terenu przez Tur­cję. Zatem -?Czy­tel­nicy, wybacz­cie! -?posta­no­wi­łem dłu­żej nie cze­kać i opi­sa­łem wszystko, jak umia­łem naj­le­piej, wyłącz­nie zza biurka.

Czas był ku temu naj­wyż­szy, bo gdy na próżno cze­ka­łem na syryj­ski pokój, inni, w tym Polacy, wytwa­rzali i kory­go­wali wie­dzę wokół zagad­nie­nia kras­su­so­wej wyprawy. Dzięki temu jest ona nie­po­rów­na­nie szer­sza i głęb­sza niż pięt­na­ście lat temu. Ale też, choć nie jestem pierw­szy, dowod­nie prze­ko­na­łem się, że jak dotąd nikt nie wpadł na moje pomy­sły:

1) rekon­struk­cji tytu­ło­wych zma­gań, w szcze­gól­no­ści pro­cesu decy­zyj­nego Kras­susa odno­śnie mar­szruty kam­pa­nii let­niej 53 roku;

2) usta­le­nia roli Gaju­sza Kasju­sza Lon­gi­nusa w całym przed­się­wzię­ciu, głów­nie w jego zakoń­cze­niu.

Nie zamie­rzam narzu­cać swo­ich wizji jako jedy­nie słusz­nych. Inni też długo myśleli nad tym, co się wyda­rzyło w Asy­rii w czerwcu 53 roku przed Chry­stu­sem -?warto poznać wyniki tych wysił­ków, co w odpo­wied­nich miej­scach książki nie­na­chal­nie wska­zuję.

W ten spo­sób prze­szli­śmy do miej­sca, w któ­rym Sza­now­nym Czy­tel­ni­kom należy się odau­tor­skie zwie­rze­nie natury ogól­nej: wyja­śnie­nie spo­sobu pisa­nia ksią­żek popu­lar­no­nau­ko­wych.

Zało­ży­łem sobie bowiem dawno temu, żeby mak­sy­mal­nie skra­cać dystans mię­dzy czy­tel­ni­kiem a opi­sy­wa­nym wyda­rze­niem. Temu wła­śnie słu­żyły wizyty tere­nowe, cza­sem kil­ka­krotne, jak w Cedyni, Niem­czy czy Kal­kriese (Las Teu­to­bur­ski). Dla­tego obje­cha­łem Ita­lię po śla­dach Spar­ta­kusa. Temu też służy każ­do­ra­zowe opar­cie się bez­po­śred­nio na mate­ria­łach źró­dło­wych. Mate­riały te każdy z bada­czy zagad­nie­nia ma dosłow­nie te same. Różni nas, opi­su­ją­cych zda­rze­nia, coś, co okre­śla się cha­rak­te­ry­stycz­nym sło­wem: "inter­pre­ta­cja".

Ana­li­zu­jąc tek­sty źró­dłowe, kon­fron­tuję je (o ile jest ich wię­cej niż jeden) z tere­nem, porą roku, a i ludzką men­tal­no­ścią pola walki. Wyko­rzy­stuję tu doświad­cze­nia z akcji ratow­ni­czych i prac szta­bo­wych przy wiel­kich, dłu­go­trwa­łych zda­rze­niach, w tym bez­po­śred­nie obser­wa­cje naj­waż­niej­szych w kraju poli­ty­ków w sytu­acjach dla nich trud­nych. Cudzą, gotową ana­lizą danych źró­dło­wych posłu­guję się tylko wtedy, gdy jest mi pomocna w zro­zu­mie­niu wyda­rzeń. Wie­lo­krot­nie prze­ko­na­łem się, że zwłasz­cza w uzna­nych pra­cach prze­kro­jo­wych histo­rycy nazbyt czę­sto rela­cjo­nują wprost to, co napi­sali sta­ro­żytni (gdyby widzieli, co swego czasu z każ­dym sło­wem wcze­sno­śre­dnio­wiecz­nego mate­riału źró­dłowego wyczy­niali Gerard Labuda i Hen­ryk Łow­miań­ski...).

Zara­zem bar­dzo rzadko wcho­dzę w pole­miki z usta­le­niami czy twier­dze­niami innych auto­rów. Moje książki nie są dys­kur­sami nauko­wymi, tylko przy­bli­że­niami zamierz­chłych dzie­jów w for­mie jak naj­bar­dziej przy­stęp­nej czy­tel­ni­kowi nie­bę­dą­cemu zawo­do­wym histo­ry­kiem czy arche­olo­giem. Nikomu niczego nie udo­wad­niam, bo nie ma takiej potrzeby, a przy tym książki popu­la­ry­zu­ją­cej histo­rię nie uwa­żam za miej­sce dobre ku temu. Wszel­kie dys­ku­sje czy kon­fron­ta­cje prze­nie­sione na treść wykładu powo­dują dys­kom­fort u czy­tel­nika, który zamiast być świad­kiem opi­sy­wa­nego wyda­rze­nia, czuje się uczest­ni­kiem jakiejś nie­zro­zu­mia­łej kłótni, która spy­cha na dal­szy plan przed­miot sprawy.

Innymi słowy, piszę książki o wyda­rze­niach histo­rycz­nych, a nie o tym, jak owe wyda­rze­nia opi­sy­wali inni. Jed­no­cze­śnie trudu pisar­sko-badaw­czego poprzed­ni­ków w opi­sy­wa­nej mate­rii nie trak­tuję jako kon­ku­ren­cyj­nego, więc w wielu przy­pi­sach wska­zuję, gdzie go szu­kać, bo choć z zasady nie kry­ty­kuję, to prze­cież gdzie­nie­gdzie nie mogę się powstrzy­mać od słów podziwu. Tym samym opra­co­wa­nie z zało­że­nia jak naj­ła­twiej­sze w czy­ta­niu tek­stu głów­nego cią­gnie za sobą w przy­pi­sach cał­kiem poważny apa­rat poznaw­czy w postaci tytu­łów dru­ków zwar­tych oraz co waż­niej­szych arty­ku­łów.

Mam nadzieję, że nie tylko ama­to­rzy histo­rii, ale rów­nież zawo­dowcy z przy­jem­no­ścią wezmą do ręki niniej­szy tomik, a gdy odczują taką potrzebę, samo­dziel­nie skon­fron­tują jego treść z doko­na­niami innych auto­rów.

Paweł Rochala "Poża­ro­log",

Skier­nie­wice, czer­wiec 2026 roku

Rozdział I. Trzech ważnych Rzymian

I wiek przed Chr.1 to czas upadku tra­dy­cyj­nego rzym­skiego porządku poli­tycz­nego i spo­łecz­nego. A jesz­cze sto lat wcze­śniej, kiedy ustrój rzym­ski wyda­wał się dosko­nały, naoczny świa­dek z innego świata tak powie­dział o Rzy­mia­nach i ich orga­ni­za­cji pań­stwa: "[...] nikt nawet z kra­jow­ców nie mógłby z całą pew­no­ścią orzec, czy cały ustrój jest ary­sto­kra­tyczny, czy demo­kra­tyczny, czy monar­chiczny. [...] Bo ile­kroć zwró­ciło się oczy na kon­su­lów, wyda­wał się ustrój zupeł­nie monar­chiczny i kró­lew­ski; ile­kroć na wła­dzę senatu -?znowu ary­sto­kra­tyczny. A jeżeli ktoś roz­wa­żał wła­dzę ludu, wyda­wał się ustrój wyraź­nie demo­kra­tyczny"2.

W repu­bli­kań­skim Rzy­mie upraw­nie­nia poli­tyczne zale­żały od majątku, majątki zaś sza­co­wano po to, aby oby­wa­tele odby­wali powszechną służbę woj­skową odpo­wied­nio uzbro­jeni i opo­rzą­dzeni oraz by dys­po­no­wali odpo­wied­nią wagą głosu wybor­czego.

Od naj­bo­gat­szych żądano służby w kon­nicy, od śred­nio­za­moż­nych -?a takich było naj­wię­cej -?sta­wia­nia się w pie­cho­cie cięż­ko­zbroj­nej, od mło­dzieży i ubo­gich posia­da­ją­cych mini­malne dochody cen­zu­sowe -?w pie­cho­cie lek­ko­zbroj­nej. Cał­kiem ubo­gich kie­ro­wano do mary­narki wojen­nej. Tylko od bie­doty nie ocze­ki­wano niczego.

W ślad za tym szły upraw­nie­nia poli­tyczne. W pra­daw­nych cza­sach ogół oby­wa­teli pod wzglę­dem mająt­ko­wym podzie­lono na 193 cen­tu­rie, czyli setki. Ale już wtedy jedna setka nie była równa dru­giej... Boga­tych zgro­ma­dzono w 98 pierw­szych cen­tu­riach, bied­niej­szych w pozo­sta­łych, najbied­niej­szych, czyli pro­le­ta­riu­szy, zaś w jed­nej -?ostat­niej.

Wybory odby­wały się w ten spo­sób, że gło­so­wano cen­tu­riami, począw­szy od naj­bo­gat­szych, skoń­czyw­szy na naj­uboż­szych. Każda cen­tu­ria miała głos równy co do wagi, zatem w przy­padku jed­no­myśl­no­ści ludzi boga­tych głosy cen­tu­rii o nume­rach wyż­szych niż 98 nie liczyły się, bo były one już prze­gło­so­wane. W ten spo­sób doko­ny­wano wybo­rów na urzęd­ni­ków miej­skich, któ­rzy w prak­tyce rzą­dzili całym pań­stwem. A ponie­waż urzędy były bez­płatne, wybie­rano na nie ludzi zamoż­nych, któ­rzy mogli sobie pozwo­lić na to, by na cały rok ode­rwać się od codzien­nych zajęć przy­no­szą­cych dochód.

Prze­waga zgro­ma­dze­nia ludo­wego obja­wiała się przy tak zwa­nych zebra­niach (comi­tia) try­bu­so­wych i w miarę psu­cia się rela­cji spo­łecz­nych w Rzy­mie rosła. Oby­wa­tele Mia­sta -?kwi­ryci -?byli zapi­sani do odpo­wied­nich tri­bus, czyli dziel­nic (okrę­gów). Tu nie liczył się podział na cen­tu­rie, choć ten także funk­cjo­no­wał. Takie zgro­ma­dze­nie opo­wia­dało się za lub prze­ciw goto­wym już wnio­skom w for­mie ustaw, decy­du­jąc o woj­nie i pokoju, przy­zna­wa­niu dowódz­twa woj­sko­wego czy sta­no­wie­niu nowych praw. Każ­demu oby­wa­te­lowi Rzymu wolno było się odwo­łać od kary śmierci do zgro­ma­dze­nia ludo­wego. Ponadto pra­stare prawo XII tablic mówiło, że cokol­wiek posta­nowi lud, jest dobre -?zgro­ma­dze­nie ludowe miało zatem rów­nież -?samo z sie­bie -?moc usta­wo­daw­czą. Warto przy­to­czyć nastę­pu­jące zda­nie: "Trzy­dzie­ści jeden tri­bus wiej­skich (na ogólną liczbę trzy­dzie­stu pię­ciu) rzą­dziło na zgro­ma­dze­niach ludo­wych"3.

Zgro­ma­dze­nie nie­wiele jed­nak mogło, gdyż prawo do jego zwo­ły­wa­nia mieli wyso­kiej rangi urzęd­nicy, któ­rzy z róż­nych powo­dów byli prze­waż­nie ary­sto­kra­tami. Ponadto przez zgro­ma­dze­nie ludowe nie dało się zarzą­dzać Rzy­mem jako mia­stem i pań­stwem stale, bo też nie co dzień je zwo­ły­wano. Zgro­ma­dze­nie takie było rów­nież mało repre­zen­ta­tywne. W efek­cie kil­ku­wie­ko­wych wojen pań­stwo roz­ro­sło się, roz­siało osie­dla (kolo­nie) swo­ich oby­wa­teli (prze­waż­nie wete­ra­nów) nie tylko po całej Ita­lii, lecz także daleko poza jej gra­ni­cami. Tri­bus wiej­skie stra­ciły na zna­cze­niu, a główną rolę masową zaczęli odgry­wać miesz­kańcy Mia­sta - prze­waż­nie niczego nie­po­sia­da­jąca bie­dota.

Do bie­żą­cego zarzą­dza­nia Rzym miał senat, posia­da­jący roz­le­głe upraw­nie­nia w zakre­sie sta­no­wie­nia prawa oraz instru­owa­nia naj­wyż­szych urzęd­ni­ków w spra­wie celów ich dzia­ła­nia. Senat zarzą­dzał też finan­sami pań­stwa. Nazwa zgro­ma­dze­nia wzięła się od słowa senex, czyli sta­rzec, choć na samych sena­to­rów mówiono "ojco­wie". Co prawda, śred­nia wieku w sena­cie była wysoka, ale do grona sena­to­rów nie wcho­dziło się tylko ze względu na wiek. Zasia­dali w nim bowiem jedy­nie ci spo­śród oby­wa­teli, któ­rzy pia­sto­wali odpo­wied­nio wyso­kie urzędy pań­stwowe zwane kurul­nymi (od urzę­do­wego, skła­da­nego krze­sła), byli to (od naj­niż­szego): edyl, pre­tor, kon­sul, cen­zor i dyk­ta­tor. W prak­tyce naj­więk­sze szanse na wygraną w wybo­rach mieli potom­ko­wie tych, któ­rzy kie­dyś pia­sto­wali te urzędy. W związku z tym jesz­cze przed woj­nami z Han­ni­ba­lem wykształ­ciła się war­stwa ary­sto­kra­cji zwana patry­cju­szami, zazdro­śnie strze­gąca dostępu do waż­nych urzę­dów przed ludźmi z innych warstw, tzw. ludźmi nowymi.

U schyłku repu­bliki oprócz ary­sto­kra­cji ist­niała jesz­cze jedna kasta - ekwi­tów (jeźdź­ców). Jej przed­sta­wi­ciele korzy­stali z tego, że patry­cju­szom nie wolno było żyć z han­dlu, tylko z ziemi. Zajęli więc niszę kupiecko-ban­kier­ską, dora­bia­jąc się wiel­kich mająt­ków na han­dlu i dzier­ża­wie. W ślad za pie­niędzmi poszły ich ambi­cje poli­tyczne. Tylko wów­czas gdy na komi­cjach cen­tu­rial­nych ekwici mieli inne zda­nie niż ary­sto­kra­cja, na urzędy dosta­wali się kan­dy­daci spoza grupy tra­dy­cyj­nie trzy­ma­ją­cej wła­dzę.

Na wypa­dek kon­flik­tów mię­dzy war­stwami spo­łecz­nymi obmy­ślono swo­isty poli­tyczny wen­tyl bez­pie­czeń­stwa. Wpraw­dzie rzą­dzili urzęd­nicy wybie­rani w ramach pre­fe­ru­ją­cego ludzi majęt­nych sys­temu odda­wa­nia gło­sów, lecz prawo mogło sta­no­wić wspo­mniane wyżej zgro­ma­dze­nie ludowe, gdzie nie obo­wią­zy­wały podziały kastowe. Tam rację miała więk­szość, gło­śno krzy­cząca "tak" lub "nie". Ten głos zale­żał od try­bu­nów ludo­wych -?grupy dzie­się­ciu osób pocho­dze­nia ple­bej­skiego, mają­cych dbać o dobro ludu, wybie­ra­nych na roczne kaden­cje wyłącz­nie przez ple­be­ju­szy. Try­buni ludowi posia­dali prawo weta wobec każ­dej ustawy czy ini­cja­tywy poli­tycz­nej i pozo­sta­wali nie­ty­kalni -?oczy­wi­ście teo­re­tycz­nie. Zawsze jed­nak wśród tej dzie­siątki zna­lazł ktoś, kto w decy­du­ją­cych chwi­lach weto­wał zda­nie swo­ich kole­gów w urzę­dzie.

Z cza­sem, mimo napływu wiel­kich bogactw z łupów wojen­nych i kon­try­bu­cji, spo­łe­czeń­stwo Rzymu zubo­żało, ubyło ludzi o zdro­wej świa­do­mo­ści oby­wa­tel­skiej, wycho­wa­nych w sza­cunku dla uczci­wych oby­cza­jów, pań­stwa i prawa, odpor­nych na popu­li­styczne hasła i prze­kup­stwa wybor­cze. Naj­więk­sze zna­cze­nie poli­tyczne zyski­wali miesz­kańcy Rzymu i naj­bliż­szej oko­licy: ludzie bar­dzo bogaci albo bar­dzo biedni. Tu naj­wię­cej gło­sów mieli naj­bied­niejsi, czyli ci, któ­rych wtło­czono do jed­nej cen­tu­rii. I to oni, zwani pogar­dli­wie motło­chem, pod koniec Repu­bliki stali się zasad­ni­czą klien­telą wszel­kich ugru­po­wań poli­tycz­nych w Rzy­mie, a zara­zem głów­nym rezer­wu­arem rekruta i ogól­nie masą wybor­czą, utrzy­my­waną z roz­daw­nic­twa pań­stwo­wego. Ich głosy po pro­stu kupo­wano.

O jakie urzędy tak walczono i dlaczego

Aby zro­bić w Rzy­mie karierę poli­tyczną, nale­żało uzbroić się w cier­pli­wość i wejść na ścieżkę kariery zwaną cur­sus hono­rum4.

Naj­pierw nale­żało odsłu­żyć w swoje w armii. Następ­nie, po ukoń­cze­niu 27 lat, ubie­gano się o urząd kwe­stora przy kon­sulu, czyli kogoś w rodzaju księ­go­wego i skarb­nika w jed­nym. Kolej­nym szcze­blem był edy­lat, moż­liwy do obję­cia po ukoń­cze­niu lat 30 -?sta­no­wiący zale­d­wie począ­tek kariery urzęd­ni­czej, ale nie­zwy­kle istotny. Edy­lem nie mógł zostać czło­wiek ubogi, gdyż pod koniec Repu­bliki poli­tyka była inwe­sty­cją finan­sową -?w dzi­siej­szym rozu­mie­niu tego słowa -?bar­dzo dłu­go­fa­lową, nie­wy­obra­żal­nie kosz­towną, a przez to ryzy­kowną.

Gdy ktoś zakoń­czył urzę­do­wa­nie jako edyl, po 10 latach mógł się ubie­gać o urzędy "chle­bowe": pre­turę (mając 40 lat) lub kon­su­lat (pod warun­kiem ukoń­cze­nia 43 lat). Ale na­dal nale­żało cier­pli­wie cze­kać, bo owe urzędy nie były docho­dowe same z sie­bie. Naj­waż­niej­sze nastę­po­wało póź­niej, mia­no­wi­cie gdy jako pro­pre­tor lub pro­kon­sul dosta­wało się w zarząd jakąś pro­win­cję z armią gotową do akcji. Dopiero wtedy można było z nad­dat­kiem odbić pono­szone latami koszty i -?z reguły -?spła­cić wie­rzy­cieli.

W poło­wie I wieku pre­to­rów było ośmiu -?do róż­nych spraw. Marze­niem każ­dego ambit­nego Rzy­mia­nina był jed­nak urząd kon­sula. To wła­śnie kon­sul repre­zen­to­wał ową część wła­dzy kró­lew­skiej, i to nie tylko poka­zową, lecz także realną, wyko­naw­czą. Mógł zgła­szać pro­jekty ustaw, zwo­ły­wać posie­dze­nia senatu i zgro­ma­dze­nie ludowe, na wypa­dek wojny obej­mo­wał dowódz­two nad armią. Ale by unik­nąć jedy­no­władz­twa, zawsze mia­no­wano dwóch kon­sulów.

Cały mecha­nizm wła­dzy, dużo bar­dziej skom­pli­ko­wany niż to, co wyżej przed­sta­wiono, mimo spo­rych zakłó­ceń dzia­łał, choć zgrzyty nie­raz gro­ziły jego poważ­nym zatar­ciem. Zda­wano sobie sprawę z pro­ble­mów, np. pró­bo­wano roz­dać publiczną zie­mię bied­nym miesz­kań­com Rzymu, by stali się gospo­da­rzami. Sprze­ci­wiali się temu ary­sto­kraci -?zwani opty­ma­tami - któ­rzy czer­pali z tej ziemi wiel­kie zyski, choć nie byli jej wła­ści­cie­lami. Z cza­sem prze­pro­wa­dze­nie reform agrar­nych stało się głów­nym celem poli­tycz­nym tzw. popu­la­rów. Na tym tle wybu­chały roz­ru­chy i tumulty, aż doszło do wojny domo­wej. Nie­po­śled­nią rolę ode­grał tu sys­tem rekru­ta­cji wojsk.

W 107 roku kon­sul Gajusz Mariusz5, czło­nek ekwic­kiego rodu, z braku pobo­ro­wych pierw­szy raz w dzie­jach Rzymu wyko­rzy­stał ochot­ni­ków spoza cen­zusu mająt­ko­wego. Mieli oni uzu­peł­nić sze­regi cięż­kiej pie­choty legio­no­wej. Na koszt pań­stwa wypo­sa­żono ich w broń i przy­znano pań­stwowy żołd (o tym niżej). Ten sys­tem się przy­jął, ale armia nowego wzoru chęt­niej słu­chała swo­ich wodzów niż władz repu­bliki. Żoł­nie­rze chcieli awansu spo­łecz­nego i finan­so­wego, czyli ziemi upraw­nej. A ponie­waż wojny trwały nie­ustan­nie i stale trzeba było trzy­mać pod bro­nią ponad 100 tys. ludzi, prak­tyka zacią­gowa Mariu­sza z braku innej stała się regułą. W związku z tym zawsze, gdy zakoń­czono dzia­ła­nia wojenne, przed wła­dzami Mia­sta sta­wał trudny do roz­wią­za­nia, kilku- bądź nawet kil­ku­dzie­się­cio­ty­sięczny pro­blem nadzia­łów ziemi upraw­nej. Nikt wtedy o wete­ra­nów nie dbał, prócz ich wodza, co szybko zro­zu­mieli żoł­nie­rze zacią­gani do następ­nych kam­pa­nii. Za dwie dekady armie stały się narzę­dziami poli­tycz­nymi dla ambit­nych wodzów.

W dodatku w latach 90-78 w Ita­lii toczyły się bar­dzo krwawe wojny domowe. Po woj­nie ze sprzy­mie­rzeń­cami, gro­żą­cej zagładą Rzymu, czę­ściowe, a w końcu pełne oby­wa­tel­stwo rzym­skie nadano Ita­li­kom, czyli przed­sta­wi­cie­lom ludów zamiesz­ku­ją­cych Ita­lię. Potem ze starć mię­dzy popu­la­rami a opty­ma­tami wyło­nił się "porzą­dek sul­lań­ski". Zawdzię­czał swoje miano Lucju­szowi Kor­ne­liu­szowi Sulli6, ary­sto­kra­cie sto­ją­cemu po stro­nie opty­ma­tów, który zdo­był wła­dzę dyk­ta­tor­ską, a następ­nie zapro­wa­dził krwawy ter­ror, by wszyst­kim (a tak naprawdę nobi­lom) żyło się lepiej.

Wbrew inten­cjom Sulli w jego refor­mach tkwił zaczyn kata­strofy. Mia­no­wi­cie dyk­ta­tor dał bar­dzo poucza­jący przy­kład, jak sku­tecz­nie zdo­być w Rzy­mie naj­wyż­szą wła­dzę. Wystar­czyło mieć za sobą wystar­cza­jąco potężną armię. Było tylko kwe­stią czasu, kiedy inny poli­tyk - nie­za­leż­nie od dekla­ro­wa­nych poglą­dów -?zechce pójść w jego ślady.

W roku 60 zna­la­zło się takich trzech ludzi. Dwóch z nich żywiło wza­jemną głę­boką nie­chęć, co nie­mal dopro­wa­dziło do wybu­chu wojny domo­wej, ale trzeci podał im kuszący i pro­sty pomysł, jak pod warun­kiem zgody objąć realną wła­dzę nad Rzy­mem. Nagle powody kil­ku­na­sto­let­niej wro­go­ści i głę­bo­kie róż­nice poli­tyczne prze­stały się liczyć. Skoro zale­d­wie trzech ludzi mogło prze­jąć zarzą­dza­nie pań­stwem mają­cym ustawy wol­no­ściowe wyryte w spiżu i wysta­wione na widok publiczny, można ich śmiało nazwać gra­ba­rzami repu­bliki. Dwóch z nich osią­gało naj­wyż­sze god­no­ści, omi­ja­jąc cur­sus hono­rum, co samo w sobie było demo­ra­li­zu­jące. Oto ich syl­wetki.

Rzymianin nr 1: wódz Pompejusz7

Etap sul­lań­ski

Gne­jusz Pom­pe­jusz uro­dził się w 106 roku. Karierę woj­skową zaczął w 89 roku, w cza­sie wojny ze sprzy­mie­rzeń­cami. Był wów­czas nasto­lat­kiem i towa­rzy­szył ojcu, dowo­dzą­cemu jedną z rzym­skich armii. Samo­dzielną karierę poli­tyczną roz­po­czął bar­dzo wcze­śnie -?w cza­sie wzno­wio­nej w 83 roku wojny domo­wej. Opo­wie­dział się wtedy po stro­nie Sulli, zacią­ga­jąc z pry­wat­nych środ­ków trzy legiony, by z powo­dze­niem zwal­czać siły popu­la­rów. Radził z tym sobie tak dobrze, że Sulla nazwał go Wiel­kim -?i tak już zostało. Potem powie­rzano mu coraz trud­niej­sze zada­nia do wyko­na­nia w Ita­lii, na Sycy­lii, a następ­nie w Afryce. Suk­cesy wbiły mło­dzieńca w taką dumę, że po powro­cie do Ita­lii zaczął roić o naj­wyż­szych urzę­dach pań­stwo­wych, a i samemu dyk­ta­to­rowi oka­zał lek­ce­wa­że­nie. Chciał bowiem odbyć triumf, ale Sulla powie­dział, że gdyby "[...] Pom­pe­jusz, jesz­cze nawet bez zaro­stu na twa­rzy, wkro­czył do mia­sta w trium­fie, kiedy wiek jego nie dopusz­cza go jesz­cze do senatu, to byłoby to czymś nie­na­wist­nym dla rzą­dów i powagi Sulli. [...] Pom­pe­jusz jed­nak nie uląkł się, lecz sam radził Sulli wziąć pod roz­wagę, że więk­sza część ludzi czci słońce wscho­dzące niż zacho­dzące"8. W końcu młody wódz dopiął swego i odbył triumf, ale popadł w nie­ła­skę dyk­ta­tora. Mimo to nie spo­tkały go tak przy­kre kon­se­kwen­cje jak innych, zgła­dzo­nych z woli poli­tycz­nej lub kaprysu jedy­no­władcy.

Sulla zmarł w 78 roku, a już w roku 77 wybu­chła kolejna wojna domowa o odzy­ska­nie wpły­wów i mająt­ków przez prze­trze­bione stron­nic­two popu­la­rów. Pom­pe­jusz znów został zbroj­nym ramie­niem opty­ma­tów. Wal­czył do 72 roku, do Ita­lii powró­cił zaś w roku 71 i zdą­żył jesz­cze wziąć udział w likwi­do­wa­niu powsta­nia Spar­ta­kusa. W kwe­stii wyna­gro­dze­nia za zasługi nie zado­wo­lił się jedy­nie pochwa­łami, żąda­jąc kon­kret­nych pro­fi­tów. Dla­tego nie roz­pu­ścił woj­ska.

Podob­nie postą­pił Marek Licy­niusz Kras­sus, fak­tyczny pogromca Spar­ta­kusa, gotów raczej przy­stą­pić do wojny, niż pod­dać się woli czło­wieka, któ­rego nie zno­sił już od ponad 10 lat. By unik­nąć wojny domo­wej, na rok 70 "[...] obaj razem zostali wybrani kon­su­lami. Zaraz jed­nak we wszyst­kim się róż­nili i wza­jem­nie zwal­czali. W sena­cie więk­sze wpływy miał Kras­sus, u ludu duże zna­cze­nie Pom­pe­jusz. Przy­wró­cił mu bowiem try­bu­nat ludowy i nie prze­szka­dzał w praw­nym prze­nie­sie­niu sądów znowu w ręce stanu rycer­skiego [ekwic­kiego -?P.R.]"9. Dopiero przy skła­da­niu urzę­dów pro­kon­su­lo­wie roz­pu­ścili woj­ska i pogo­dzili się ze sobą, ale nie do końca szcze­rze.

Naj­wyż­szej wagi dowódz­two

Po zło­że­niu urzędu kon­sula Pom­pe­jusz, mający wpływy, mają­tek i ambi­cje, koniecz­nie pra­gnął wiel­kiej chwały. Posta­no­wił znów zna­leźć się na szczy­cie. Teatr wojenny, mogący przy­nieść naj­więk­sze bogac­twa, był jed­nak zajęty, bowiem nie­ustanną i cał­kiem docho­dową wojnę z Mitry­da­te­sem w Azji (czemu przyj­rzymy się dalej) z suk­ce­sami pro­wa­dził Lucjusz Licy­niusz Lukul­lus10.

Pom­pe­jusz zna­lazł sobie prze­ciw­nika w postaci pira­tów, któ­rzy tak roz­pa­no­szyli się na Morzu Śród­ziem­nym, że Rzy­mia­nie oba­wiali się łado­wać swoje woj­ska na statki trans­por­towe w ital­skich por­tach, w tym w Ostii. Wnio­sek o powie­rze­nie dowódz­twa w woj­nie z mor­skimi rabu­siami przed­sta­wił zgro­ma­dze­niu ludo­wemu w roku 67 czło­wiek Pom­pe­jusza, try­bun ludowy Aulus Gabi­niusz (zapa­mię­tajmy to nazwi­sko). I nie byłoby w tym nic dziw­nego, gdyby nie to, że pod wła­dzę jed­nego czło­wieka oddano cały obszar Morza Śród­ziem­nego, ze wszyst­kimi woj­skami i z przy­le­głymi zie­miami w pasie terenu sze­ro­kim na 400 sta­diów11 od morza. W histo­rii Rzymu -?wyjąw­szy czas dyk­ta­tury Sulli -?taka wła­dza byłaby naj­więk­szą od stu­leci. Oba­wiano się więc, że Pom­pe­jusz może zechcieć utrwa­lić ten stan.

Wnio­sek Gabi­niu­sza bar­dzo mocno wsparł naprawdę pięk­nym i jak na niego zwar­tym prze­mó­wie­niem rówie­śnik Pom­pe­ju­sza, a zara­zem jego nieco zaśle­piony wiel­bi­ciel, mający wyso­kie aspi­ra­cje kra­so­mówca Cyce­ron12, przed­sta­wi­ciel stanu ekwi­tów. Osta­tecz­nie Pom­pe­jusz został naczel­nym wodzem prze­ciw pira­tom. Mając do dys­po­zy­cji "[...] 120 tys. pie­choty, 4 tys. jazdy, 270 okrę­tów łącz­nie z pół­to­ra­rzę­do­wymi i 25 pomoc­ni­ków z senatu zwa­nych lega­tami"13, zre­ali­zo­wał ści­śle przy­jęty plan i w ciągu kilku mie­sięcy oczy­ścił cały Basen Morza Śród­ziem­nego. Jego sława była tak duża, iż nie­do­stępne twier­dze w górach Cyli­cji pod­da­wały mu się bez próby obrony.

Stron­nicy Pom­pe­ju­sza agi­to­wali w jego imie­niu na tyle umie­jęt­nie, że w 66 roku otrzy­mał on zada­nie dokoń­cze­nia wojny z Mitry­da­te­sem, co łączyło się z ode­bra­niem dowódz­twa zasłu­żo­nemu wodzowi, byłemu kon­su­lowi Lucju­szowi Lukul­lu­sowi. Pom­pe­jusz Wielki zosta­wił mu nie­wielu żoł­nie­rzy, w dodatku pra­wie samych war­cho­łów, a potem unie­waż­nił prak­tycz­nie wszyst­kie zarzą­dze­nia poli­tyczne Lukul­lusa, które ten wydał w trak­cie sze­ścio­let­niej wojny. Azja­tyccy monar­cho­wie szybko pojęli, czyje słońce wscho­dzi, i na wyścigi zaczęli zabie­gać o łaski nowego zarządcy.

Sprawa Syrii

Pom­pe­jusz bar­dzo kon­se­kwent­nie zmie­niał w azja­tyc­kich kra­inach stan prawny, zapro­wa­dzony tam nieco wcze­śniej przez Lukul­lusa, który pozo­sta­wił na tro­nie Syrii ostat­nich Seleu­cy­dów. Wobec tego potęż­nego nie­gdyś impe­rium dowo­dzący wielką armią rzym­ską Pom­pe­jusz uznał fakty doko­nane w spo­sób znacz­nie bar­dziej logiczny niż Lukul­lus, cier­piący na nie­do­sta­tek wojsk. Resztka wiel­kiej kie­dyś Syrii, nie­wiele róż­niąca się tery­to­rial­nie od dzi­siej­szej, była zbyt ważna stra­te­gicz­nie, by zarzą­dzali nią ludzie cha­otyczni. Sąsia­do­wała bowiem przez swe porty z dome­nami Par­tów (lądowe szlaki han­dlowe z Chin i Indii, w tym jedwa­bie i stal), Ara­bią (szlak mor­ski z Indii, pach­ni­dła miej­sco­wego wyrobu) oraz z Egip­tem (zboże). Słabe władz­two w Syrii wio­dłoby na pokusę Arme­nię, Par­tię czy Egipt, nie cho­dziło jed­nak tylko o roz­sze­rze­nie tery­to­riów tych kra­jów, lecz o opa­no­wa­nie por­tów śródziemnomor­skich, nie­zbęd­nych, by zwięk­szyć efek­tyw­ność han­dlu dale­ko­sięż­nego. Pom­pe­jusz chciał, by Syria była powolna Rzy­mowi, i to w takim stop­niu, by sąsie­dzi nie mieli co do tego żad­nych wąt­pli­wo­ści. Kraj miał być spraw­nie zarzą­dzany i zdolny do tego, by odgry­wać rolę rzym­skiej bazy wypa­do­wej do dal­szych pod­bo­jów. Syria miała być klu­czem nie tylko do ude­rze­nia na Par­tię, co w chwili uchy­la­nia zarzą­dzeń Lukul­lusa jawiło się jako cel dal­szy i nie­ko­nieczny. Przede wszyst­kim miała słu­żyć do sza­cho­wa­nia bądź opa­no­wa­nia Egiptu.

W tych oko­licz­no­ściach Pom­pe­jusz Wielki trwale usu­nął z Syrii resztki miej­sco­wej dyna­stii, zapro­wa­dza­jąc tam rzym­ski porzą­dek pro­win­cjo­nalny, co oka­zało się bar­dzo istotne dla tematu niniej­szego opra­co­wa­nia. Jed­nak bez­po­średni nad­zór nad tym kra­jem ozna­czał, iż Rzym będzie się anga­żo­wał w syryj­skie kon­flikty wewnętrzne, regio­nalne i ponadregio­nalne. Co prawda bar­dzo szybko przy­nio­sło to ogromne zyski, ale dosłow­nie każda zwada w regio­nie pro­wa­dziła do zatargu z Rzy­mem. A to otwie­rało per­spek­tywy przed rzym­skimi dra­pież­ni­kami poli­tycz­nymi. Gene­ral­nie tra­cili na tym miesz­kańcy pro­win­cji, nic lub nie­wiele zyski­wali prze­ciętni Rzy­mia­nie i Ita­li­ko­wie. Wszy­scy zaś mogli stra­cić z powodu nie­za­ła­twio­nych spraw z Par­tami.

W tym cza­sie gra­nice ogrom­nego pań­stwa Par­tów nie­mal pokry­wały się z gra­ni­cami impe­rium Seleu­cy­dów z cza­sów jego świet­no­ści. Par­to­wie czuli się spad­ko­bier­cami tej potęgi i bar­dzo spryt­nie roz­gry­wali miej­scowe kon­flikty. Gdy Rzy­mia­nie usu­nęli ostat­niego z "Antio­chów", a Syrię poni­żyli do rangi pro­win­cji, zyskali głów­nie miano oku­pan­tów, czyli najeźdź­ców i uzur­pa­to­rów. Par­to­wie mieli zaś dosko­nały pre­tekst, by w sprawy Syrii "nad­brzeż­nej" wtrą­cać się na równi z Rzy­mia­nami.

Pierw­szym namiest­ni­kiem pro­win­cji po odjeź­dzie Pom­pe­ju­sza z Azji do Rzymu w 62 roku został Emi­liusz Skau­rus.

Tym­cza­sem wojna mitry­da­tej­ska roz­lała się na kilka krain i prze­cią­gnęła na kilka lat. Teatr wojenny był ogromny, roz­po­ście­rał się od pół­noc­nych wybrzeży Morza Czar­nego po gra­nice Egiptu. Dys­po­nu­jąc jed­nak odpo­wied­nią liczbą legio­nów oraz będąc pomy­sło­wym wodzem, Pom­pe­jusz odniósł kilka bły­sko­tli­wych zwy­cięstw i stało się jasne, że gwiazda Mitry­da­tesa gaśnie nie­odwo­łal­nie. Stary król, zdra­dzony i opusz­czony przez armię oraz bli­skich, pró­bo­wał zażyć tru­ci­znę, ale był na nią uod­por­niony poprzez czę­ste zaży­wa­nie róż­nych anti­do­tów. Na jego prośbę pozba­wił go życia jeden z nie­licz­nych żoł­nie­rzy, któ­rzy przy nim wytrwali.

Upo­ka­rza­jący triumf

Syty zwy­cięstw i bogactw Pom­pe­jusz pod koniec 62 roku powró­cił do Ita­lii. Pani­ka­rze natych­miast zaczęli roz­gła­szać plotki, że na Rzym idzie nowy Sulla. Tym bar­dziej że w Mie­ście już budo­wano postu­ment pod tron: "Pod nie­obec­ność [...] Pom­pe­jusza try­buni ludowi, Tytus Ampiusz i Tytus Labie­nus, prze­pro­wa­dzili ustawę zezwa­la­jącą mu na nosze­nie pod­czas igrzysk cyr­ko­wych zło­tej korony i peł­nego stroju trium­fa­tora, na przed­sta­wie­niach sce­nicz­nych zaś -?togi bra­mo­wa­nej pur­purą i zło­tej korony"14. Nawet jeśli zamiast zło­tej korony miał być wie­niec lau­rowy, dla świa­do­mych oby­wa­tel­sko Rzy­mian uchwała musiała być szo­ku­jąca, bo Pom­pe­jusz mógł wystę­po­wać publicz­nie w stroju zastrze­żo­nym nie­gdyś dla kró­lów rzym­skich.

Tym­cza­sem zwy­cię­ski wódz wspa­nia­ło­myśl­nie roz­pu­ścił woj­sko. Spo­dzie­wał się przy tym, że zosta­nie potrak­to­wany jako ktoś wyjąt­kowy w histo­rii Rzymu. A tu, jakby kie­ru­jąc się odru­chem stad­nym, ary­sto­kraci dostrze­gli w nim duże zagro­że­nie, a cały podziw w jed­nej chwili zmie­nił się w zawiść. Roz­pusz­cze­nie woj­ska wzięto w zbio­ro­wej nie­mą­dro­ści za sła­bość i głu­potę -?nikt z tych, któ­rzy sta­wiali sie­bie w myślach ponad Pom­pe­ju­szem, będąc na jego miej­scu, nie wypu­ściłby takiej oka­zji z rąk. I tak zbli­ża­jący się do Rzymu wielki wódz z dnia na dzień odczu­wał kolejne ciosy w jego nadęte do gra­nic wytrzy­ma­ło­ści ego. Co gor­sza, jako nomi­nalny dowódca woj­skowy, choć bez armii, nie mógł tak po pro­stu wejść do Mia­sta, gdyż stałby się zwy­czaj­nym kwi­rytą, czyli oby­wa­te­lem rzym­skim, bez prawa do odby­cia triumfu.

Na naj­wspa­nial­szy w świe­cie triumf, naj­więk­szy w dzie­jach, wódz musiał cze­kać w upo­ko­rze­niu aż 10 mie­sięcy, od grud­nia 62 roku do wrze­śnia 61 roku (przy­go­to­wa­nie roz­bu­do­wa­nego wido­wi­ska nie uspra­wie­dli­wiało tego opóź­nie­nia). Miał więc sporo czasu, by prze­tra­wić nie­jedną gorzką myśl. Wresz­cie odbył się triumf nad triumfy. Uro­czy­stość trwała dwa dni: "Na czele szedł napis wyszcze­gól­nia­jący kraje, nad któ­rymi triumf się odbywa: Pont, Arme­nia, Pafla­go­nia, Kapa­do­cja, Media, Kol­chida, Ibe­ria, Alba­nia, Syria, Cyli­cja, Mezo­po­ta­mia, Feni­cja i Pale­styna, Judea, Ara­bia i wojna z pira­tami pobi­tymi cał­ko­wi­cie na lądzie i morzu. W tym zam­ków obron­nych zdo­by­tych nie mniej niż tysiąc, miast nie­wiele mniej niż dzie­więć­set, okrę­tów pirac­kich osiem­set, miast zało­żo­nych czter­dzie­ści bez jed­nego"15. Koń­czył zaś ten pochód "[...] jeden ogromny znak zwy­cię­stwa, kosz­tow­nie przy­stro­jony, z napi­sem "Nad świa­tem zamiesz­ka­nym""16.

Nie­by­wale oka­zała uro­czy­stość tym bar­dziej una­ocz­niła bole­sny upa­dek poli­tycz­nego zna­cze­nia trium­fa­tora. Ten, który wiódł w trium­fie trzech kró­lów i kil­ka­dzie­siąt osób z rodzin kró­lew­skich, musiał posu­wać się do prze­kup­stwa, by prze­for­so­wać wła­snych kan­dy­da­tów na urzędy. Sprawa wyszła na jaw, co dodat­kowo nad­we­rę­żyło auto­ry­tet Pom­pe­ju­sza. Co gor­sza, napo­tkał opór senatu w dwóch nie­zwy­kle istot­nych spra­wach, wyda­wa­łoby się -?oczy­wi­stych. Cho­dziło o zarzą­dze­nia, które wydał na Wscho­dzie -?a mia­no­wał tam wielu kró­lów, jedne mia­sta pognę­bił, inne nagro­dził (żeby to wszystko miało trwałą moc prawną, trzeba było odpo­wied­nich uchwał senatu lub gło­so­wa­nia zgro­ma­dze­nia ludo­wego) -?oraz nadań ziemi swoim wete­ra­nom. "I tak Lukul­lus, pamiętny dozna­nej krzywdy, i Metel­lus Kre­teń­ski nie bez pod­staw czu­jący żal -?Pom­pe­jusz bowiem ode­brał mu pod­stęp­nie ozdobę triumfu, poj­ma­nych wodzów -?wraz z czę­ścią opty­ma­tów sprze­ci­wiali się wypeł­nie­niu obiet­nic Pom­pe­ju­sza na rzecz miast [azja­tyc­kich] i wypła­ce­niu według jego uzna­nia nagród zasłu­żo­nym żoł­nie­rzom"17.

Pom­pe­jusz poża­ło­wał, że w chwili naj­więk­szej chwały i mocy oka­zał się czło­wie­kiem pra­wo­rząd­nym, roz­pusz­cza­jąc armię, gotową dzia­łać na każde jego ski­nie­nie. Na próżno Cyce­ron, jego oddany wiel­bi­ciel, napo­mi­nał nobi­lów, by nie odpy­chali od sie­bie zwy­cię­skiego wodza, gdyż może to się zakoń­czyć czymś złym. W ata­kach nie usta­wano, a Pom­pe­jusz myślał nad naj­bliż­szą przy­szło­ścią. I coś wymy­ślił, jed­nak nie sam.

Rzymianin nr 2: bogacz Krassus18

Etap sul­lań­ski

Marek Licy­niusz Kras­sus uro­dził się ok. 114 roku, w rodzi­nie patry­cju­szow­skiej. Jego ród zasły­nął mów­cami o sta­ran­nym, grec­kim wykształ­ce­niu, co nie zawsze było w Rzy­mie dobrze widziane, bo to, co grec­kie, wyda­wało się znie­wie­ściałe. Ale grec­kie umie­jęt­no­ści reto­ryczne bar­dzo uła­twiały kariery poli­tyczne, tam gdzie wiele zale­żało od dema­go­gii, czyli na forum.

Kras­sus, oprócz tego, że jak inni człon­ko­wie rodziny umiał bar­dzo dobrze prze­ma­wiać, zasły­nął nie­by­wa­łym talen­tem do robie­nia pie­nię­dzy. Pod­po­rząd­ko­wał temu prak­tycz­nie wszyst­kie aspekty swo­jego życia, przez co już w mło­dych latach zyskał opi­nię nie­na­sy­co­nego chciwca. Ile trzeba było samo­za­par­cia, pomy­sło­wo­ści i hartu ducha, by roz­ko­chać w sobie świętą westalkę, aby za niską cenę nabyć jej posia­dłość? Oczy­wi­ście prze­ciw Kras­susowi wnie­siono oskar­że­nie o świę­to­kradz­two, ale nie­spo­dzie­wa­nie wyszedł z tego bez szwanku. Sprawę obró­cono w żart, nie­źle chyba bawiący przy­słu­chu­jące się roz­pra­wie tłumy -?zapewne zna­la­złby się nie­je­den pra­gnący roz­ko­chać w sobie nie­do­stępną dzie­wicę. Kras­sus wyszedł suchy z wody, "[...] w jakiś spo­sób chęć wzbo­ga­ce­nia się uwol­niła go od zarzutu nie­mo­ral­no­ści i sąd go unie­win­nił. Ale on Licy­nii nie opu­ścił, póki nie zdo­był tego majątku"19.

Inte­resy Kras­susa trwale popsuł krach poli­tyczny. Otóż w 91 roku wybu­chła bel­lum sociale, czyli wojna ze sprzy­mie­rzeń­cami albo tzw. mar­syj­ska (od ple­mie­nia Mar­sów). Led­wie wyga­sła w 88 roku, to prze­ro­dziła się w wojnę domową. Z kolei na Wscho­dzie Mitry­da­tes (o któ­rym wspo­mnie­li­śmy; będzie o nim mowa sze­rzej) z dużym powo­dze­niem wal­czył z rzym­skim pano­wa­niem w Azji, następ­nie prze­niósł dzia­ła­nia wojenne do Gre­cji. Ogromna wojna była więc nie­uchronna. Naj­pierw jed­nak w samym Rzy­mie doszło do walki zbroj­nej o spra­wo­wa­nie dowódz­twa na Wscho­dzie mię­dzy Mariu­szem a Sullą. Zwy­cię­sko wyszedł z niej ten drugi, który zajął bez­bronne Mia­sto i po raz pierw­szy zapro­wa­dził w nim swoje porządki. Mariu­sza i jego zwo­len­ni­ków, któ­rzy zbie­gli, ogło­szono "[...] wro­gami ojczy­zny, ponie­waż wznie­cili bunt i pro­wa­dzili wojnę z kon­su­lami, a nie­wol­ni­kom, by ich przy­cią­gnąć do powsta­nia, obwie­ścili wol­ność"20. Natych­miast roz­po­częto polo­wa­nie, ale Gajusz Mariusz zdo­łał zbiec aż do Afryki.

W 87 roku Sulla, być może nie zda­jąc sobie do końca sprawy z sytu­acji, udał się na zapla­no­waną wojnę z Mitry­da­te­sem, a Rzym zosta­wił w rękach swo­ich -?jak mu się wyda­wało -?zwo­len­ni­ków. Kon­su­lem na rok 87 został Lucjusz Kor­ne­liusz Cynna, który, led­wie Sulla opu­ścił zie­mię ital­ską, sta­nął na czele popu­la­rów i zażą­dał pełni praw dla nowych ital­skich oby­wa­teli. Był tak zde­ter­mi­no­wany, że pod­bu­rzał do wojny nie­wol­ni­ków i Ita­li­ków. Senat uchwa­lił, iż Cynna, "[...] który będąc kon­su­lem, w chwili nie­bez­pie­czeń­stwa opu­ścił mia­sto i obwie­ścił nie­wol­ni­kom wol­ność, nie jest już ani kon­su­lem, ani oby­wa­te­lem, a na jego miej­sce prze­pro­wa­dził wybór Lucju­sza Meruli, kapłana jowi­szo­wego"21.

Na sku­tek ener­gicz­nych dzia­łań bun­tow­ni­ków stron­nic­two popu­la­rów zyskało prze­wagę nad opty­ma­tami. Z Afryki powró­cił Gajusz Mariusz, który pozy­skał ludy ital­skie, głów­nie Sam­ni­tów i Etru­sków. Nie­wol­nicy tłum­nie sko­rzy­stali z ofe­ro­wa­nej przez popu­la­rów wol­no­ści. Mariusz i Cynna oble­gli i zmu­sili do kapi­tu­la­cji Rzym, a po opa­no­wa­niu Mia­sta przy­stą­pili do mor­do­wa­nia prze­ciw­ni­ków poli­tycz­nych. Oczy­wi­ście "[...] przy­ja­ciele Sulli wszy­scy zostali zamor­do­wani, dom jego zbu­rzony, mają­tek skon­fi­sko­wany, a jego samego ogło­szono wro­giem ojczy­zny"22.

Wła­śnie wtedy Mariusz i Cynna kazali obciąć głowy wszyst­kim Kras­su­som, toteż Marek Kras­sus przy­tom­nie uciekł z kraju i nie zatrzy­my­wał się, dopóki nie dotarł do Hisz­pa­nii. Jego ojciec, rodzony brat i stryj stra­cili życie. Oca­lały Kras­sus cze­kał na obczyź­nie, aż odwrócą się koleje wojny domo­wej. W 83 roku na ziemi ital­skiej wylą­do­wali Sulla i jego zwy­cię­ska armia. Nie­długo dołą­czyli do niego dwaj mło­dzi ludzie, nie­zmier­nie mu potem przy­datni -?żądny sławy Gne­jusz Pom­pe­jusz i żądny zemsty (a jesz­cze bar­dziej pie­nię­dzy) Marek Kras­sus.

Wpraw­dzie wyczyny mło­dego Pom­pe­ju­sza budziły ogromny podziw, ale ten drugi, wów­czas 30-latek, ode­grał rolę wręcz wybitną w decy­du­ją­cym star­ciu tej wojny pod Rzy­mem, u Bramy Kol­liń­skiej. Lewym skrzy­dłem wojsk rzym­skich dowo­dził sam Sulla, a pra­wym wła­śnie Kras­sus. Naprze­ciw nich sta­nęły woj­ska sam­nic­kie. Pod­czas gdy lewe skrzy­dło Sulli zała­mało się i ucie­kło aż do obozu i za mury mia­sta, prawe zdo­łało poko­nać prze­ciw­ni­ków. Front był tak długi, że zwy­cię­ski Kras­sus nie wie­dział o tym, iż jego dowódca prze­grał star­cie. "Późna już była noc, gdy do obozu Sulli przy­byli ludzie od Kras­susa po odbiór pro­wian­tów dla swego wodza i żoł­nie­rzy, któ­rzy po zwy­cię­stwie na pra­wym skrzy­dle ści­gali nie­przy­ja­ciela aż do Antemny i tam sta­nęli obo­zem. Sulla, dowie­dziaw­szy się o tym, a rów­no­cze­śnie sły­sząc, że prze­ważna część nie­przy­ja­ciela została znisz­czona, prze­niósł się z brza­skiem dnia do Antemny"23, czyli objął dowódz­two i prze­jął chwałę zwy­cię­stwa.

Od tego dnia kariera Kras­susa nabrała roz­pędu. Sulla ogło­sił się dyk­ta­to­rem, co ozna­czało, że został panem życia i śmierci wszyst­kich. Na śmierć ska­zy­wał poprzez tzw. pro­skry­bo­wa­nie, co dosłow­nie należy rozu­mieć jako zapi­sa­nie. W miej­scach publicz­nych wywie­szano spisy imion i nazwisk ludzi z odau­tor­skim komen­ta­rzem dyk­ta­tora, że każdy może zabić wymie­nio­nych, przy tym, jeśli jest nie­wol­ni­kiem, zosta­nie uwol­niony, a jeśli jest wolny, otrzyma część dóbr zabi­tego. Majątki pro­skry­bo­wa­nych wysta­wiono na licy­ta­cje, pod­czas któ­rych za bez­cen naby­wali je wyłącz­nie zwo­len­nicy dyk­ta­tora. Nie­ba­ga­tel­nie zasłu­żony Kras­sus wziął w tym udział. Był tak aktywny, że "[...] zepsuł sobie opi­nię, sku­pu­jąc za niskie ceny bogac­twa czy wymu­sza­jąc je w for­mie darów. W Brut­tium podobno nawet pro­skry­bo­wał niektó­rych bez nakazu Sulli, tylko dla wła­snego zysku. Lecz Sulla, dowie­dziaw­szy się o tym, nie zle­cił mu już żad­nego zada­nia publicz­nego"24.

Pomna­ża­nie majątku

Gdy po śmierci Sulli Pom­pe­jusz zna­lazł sobie miej­sce w eli­tach jako zawsze zwy­cię­ski wódz, Kras­sus objął czo­łową pozy­cję na innym polu - finan­so­wym. Mają­tek pomna­żał za pomocą lichwy, poży­czek -?nisko opro­cen­to­wa­nych finan­sowo, lecz wysoko poli­tycz­nie -?oraz roz­wi­ja­jąc dzia­łal­ność gospo­dar­czą dzięki pracy nie­wol­ni­ków. "Jak­kol­wiek posia­dał wiele kopalń sre­bra, kosz­tow­nej ziemi i pra­cu­ją­cych na niej ludzi, mimo to można by sądzić, że wszystko to było niczym wobec war­to­ści nie­wol­ni­ków: tylu i tak cen­nych miał lek­to­rów, pisa­rzy, znaw­ców men­ni­czych, eko­no­mów, lokai. Sam oso­bi­ście kie­ro­wał ich nauką, przy­słu­chu­jąc się i dając im wska­zówki. I w ogóle uwa­żał, że wła­ści­ciel powi­nien mieć o służbę jak naj­więk­sze sta­ra­nie, jako że są to żywe narzę­dzia zarzą­dza­nia mie­niem"25.

Kras­sus stał się też wła­ści­cie­lem wielu dzia­łek w samym Rzy­mie, na któ­rych szybko wzniósł domy czyn­szowe, zgod­nie zresztą z wła­snym powie­dze­niem, że "kto buduje tylko dla sie­bie samego, mar­nuje się, choć nie ma prze­ciw­ni­ków"26. Przy­no­siły one wiel­kie dochody. Wkrótce wpadł na świetny pomysł. Otóż pożary i zawa­le­nia byle jak wznie­sio­nych, wyso­kich budyn­ków czyn­szo­wych były w Rzy­mie codzienną plagą. Z ogniem pró­bo­wano wal­czyć, ale dość nie­mrawo. Wobec tego bystry Kras­sus, "widząc ści­śle z Rzy­mem zwią­zane nie­szczę­ścia, pożary, zapa­da­nie się budyn­ków z powodu ich obcią­że­nia i zagęsz­cze­nia, zaku­pił nie­wol­ni­ków, archi­tek­tów i budow­ni­czych"27, następ­nie odpo­wied­nio ich wyszko­lił i wypo­sa­żył. Utwo­rzona w ten spo­sób pro­fe­sjo­nalna jed­nostka straży pożar­nej świad­czyła odpłatne usługi gaśni­cze. Nie cho­dziło przy tym o to, by ura­to­wać czyjś dom, lecz o coś zupeł­nie innego -?Kras­sus "[...] wyku­py­wał mie­nie po poża­rach lub sąsia­du­jące z poża­rami, porzu­cane za nie­wielką cenę przez wła­ści­cieli z powodu obawy i nie­pew­no­ści. W dużej więc mie­rze Rzym jemu zawdzię­czał swe powsta­wa­nie"28.

Zna­cze­nie poli­tyczne

Kras­sus zbi­jał rów­nież kapi­tał poli­tyczny. Wiecz­nie potrze­bu­jący gotówki ambitni dzia­ła­cze róż­nych opcji zawsze mogli liczyć na to, że udzieli im nisko opro­cen­to­wa­nej lub nawet bez­pro­cen­to­wej pożyczki, i sta­wali się jego dłuż­ni­kami. Ludzie zasta­wiali majątki, by wygrać wybory, a gdy prze­grali, zosta­wali ban­kru­tami. W domu Kras­susa zawsze kłę­bili się inte­re­sanci z naj­wyż­szych rodów. Gdy była taka potrzeba, dys­po­no­wał on nie tylko mate­rial­nym darem prze­ko­ny­wa­nia, lecz także tłu­mem moż­nych zwo­len­ni­ków, odda­ją­cych mu popar­cie wła­sne i swo­jej klien­teli. Dzięki temu w 72 roku otrzy­mał nad­zwy­czajne peł­no­moc­nic­two, pozor­nie woj­skowe, a w isto­cie poli­tyczne. Objął bowiem dowódz­two nad 10 lub 12 legio­nami prze­zna­czo­nymi do zwal­cze­nia powsta­nia Spar­ta­kusa.

Był naj­wyż­szy czas ku temu, by Kras­sus jakoś się wyróż­nił i zaist­niał w świa­do­mo­ści Rzy­mian ina­czej niż jako sprytny ban­kier, co dla patry­cju­sza nie mogło być źró­dłem chwały i ofi­cjal­nych zaszczy­tów. Wyro­sła mu bowiem bar­dzo poważna kon­ku­ren­cja. Na Wscho­dzie Lucjusz Lukul­lus bił wła­śnie Mitry­da­tesa, a łupy zdo­by­wał tak ogromne, że wiele na to wska­zy­wało, iż po powro­cie będzie bogat­szy od Kras­susa. Na Zacho­dzie, w Hisz­pa­nii, gaszący ostat­nie ogni­ska wojny domo­wej Pom­pe­jusz Wielki zyskał od wro­gów pre­zent w postaci zamor­do­wa­nia Ser­to­riu­sza, więc zakoń­cze­nie dzia­łań było już bli­sko.

Pom­pe­jusz, Lukul­lus i Kras­sus byli swego czasu naj­bliż­szymi współ­pra­cow­ni­kami Sulli, przy czym Kras­sus rywa­li­zo­wał z Pom­pe­juszem o względy dyk­ta­tora, a Lukul­lus prze­stał się liczyć tylko dla­tego, że pozo­stał w Azji, by dopil­no­wać tam­tej­szych spraw. Ambi­cja nie pozwa­lała Kras­susowi, by teraz być naj­gor­szym z nich trzech. Aby się wyka­zać, musiał zostać wodzem w zwy­cię­skiej woj­nie, a do tego potrze­bo­wał nie tylko korzyst­nego zbiegu oko­licz­no­ści, lecz także powszech­nego popar­cia. Oko­licz­no­ści mu sprzy­jały -?pre­to­rzy roku 73 i kon­su­lo­wie roku 72 pono­sili nie­mal same klę­ski w woj­nie ze Spar­ta­ku­sem i chyba tylko brak jazdy u zbun­to­wa­nych nie­wol­ni­ków decy­do­wał o tym, że gro­mione w polu armie rzym­skie nie ule­gały cał­ko­wi­tej zagła­dzie. W ciągu nieco ponad roku wojny jeden z pre­to­rów okrył się hańbą, drugi zyskał opi­nię pechowca, trzeci poległ, a czwarty poniósł klę­skę, toteż nie było chęt­nych do kan­dy­do­wa­nia na ten urząd. Bio­rąc udział w wybo­rach, Kras­sus prak­tycz­nie nie miał kon­ku­ren­cji. Sytu­acja była tak wyjąt­kowa, że objął dowódz­two w woj­nie, nie peł­niąc żad­nego urzędu prze­wi­dzia­nego pra­wem. Był bowiem zale­d­wie pre­to­rem desy­gno­wa­nym na rok następny, czyli urzęd­ni­kiem wpraw­dzie już wybra­nym, lecz nie­mo­gą­cym objąć urzędu, gdyż kaden­cja jego poprzed­nika jesz­cze się nie skoń­czyła. Co wię­cej, pozba­wiono dowódz­twa w polu obu kon­su­lów, czyli urzęd­ni­ków sto­ją­cych na samym szczy­cie hie­rar­chii wła­dzy. Aby odpo­wied­nio wyróż­nić Kras­susa, przy­znano mu zara­zem tytuł pro­kon­sula, choć kon­su­latu jesz­cze nie spra­wo­wał.

Po wielu pery­pe­tiach Kras­sus pora­dził sobie ze Spar­ta­ku­sem29, wyka­zu­jąc się nie tyle dowód­czą bły­sko­tli­wo­ścią, ile kon­se­kwen­cją, wyko­rzy­stu­jąc wszyst­kie oka­zje do osła­bie­nia prze­ciw­nika, a także odwagą oso­bi­stą w ostat­niej bitwie. Zre­ali­zo­wał też kilka pomy­sło­wych przed­się­wzięć. Jesz­cze w 72 roku prze­ciął w poprzek cały pół­wy­sep Brut­tium (czu­bek ital­skiego buta) rowem o głę­bo­ko­ści 5 m, z wałem o takiej samej wyso­ko­ści. Dłu­gość umoc­nień się­gnęła 50 km. Roz­bił powsta­nie, wybi­ja­jąc dzie­siątki tysięcy ludzi w bitwach. Na koniec, po ostat­nim star­ciu ze Spar­ta­ku­sem, poj­ma­nych bun­tow­ni­ków -?a było ich 6 tys. -?ukrzy­żo­wał, jak naka­zy­wało prawo. Miał przy tym nadzieję odbyć triumf w Rzy­mie, ale nie dostą­pił tego zaszczytu. Nie była to bowiem wojna z nie­przy­ja­cie­lem zewnętrz­nym, lecz z jak naj­bar­dziej wewnętrz­nym, w dodatku haniebna, więc nikomu nie­przy­no­sząca zaszczytu. W związku z tym "zado­wo­lił się owa­cją, pie­szo wkra­cza­jąc do mia­sta. Ale i to zdało się nie­wła­ściwe i nie­godne w wypadku wojny z nie­wol­ni­kami"30.

Na ową nie­god­ność nie zwa­żał w swo­jej małost­ko­wo­ści Pom­pe­jusz Wielki. Jego wra­ca­jąca z Hisz­pa­nii armia przy­pad­kowo natknęła się na sporą gro­madę zbie­gów z ostat­niej bitwy z Kras­su­sem. Pom­pe­jusz kazał ich wszyst­kich zabić -?a było ich 5 tys. "Posłał więc do senatu mel­du­nek, że Kras­sus wpraw­dzie w świet­nej bitwie pobił nie­wol­ni­czych zbie­gów, ale on sam dopiero wojnę z korze­niami wytę­pił"31.

Takie posta­wie­nie sprawy ozna­czało zane­go­wa­nie suk­cesu i zasług Kras­susa, toteż mię­dzy ambit­nymi wodzami natych­miast doszło do sporu. W dodatku żaden z nich nie roz­pu­ścił armii. "Obaj zgło­sili się jako kan­dy­daci do kon­su­latu, Kras­sus co prawda po odby­ciu pre­tury, jak tego prawo Sulli wyma­gało, ale Pom­pe­jusz kan­dy­do­wał, mimo że nie pia­sto­wał dotąd ani pre­tury, ani kwe­stury i miał dopiero 34. rok życia; obie­cał jed­nak try­bu­nom ludo­wym, że im przy­wróci wiele posia­da­nych daw­niej upraw­nień"32. W tej sytu­acji każda iskra mogła spo­wo­do­wać wybuch wojny domo­wej, wobec tego bez­silny senat posta­no­wił zado­wo­lić obu kan­dy­da­tów. Kras­sus i Pom­pe­jusz zostali kon­su­lami na rok 70. Mia­no­wano ich wbrew prawu, gdyż Pom­pe­jusz ni­gdy nie spra­wo­wał żad­nych, nawet naj­niż­szych funk­cji publicz­nych z wyboru i był zbyt młody na kon­sula, a Kras­sus nie odbył prze­wi­dzia­nej pra­wem dwu­let­niej prze­rwy w peł­nie­niu wyso­kich god­no­ści urzęd­ni­czych -?czyli w jego przy­padku mię­dzy pre­turą a kon­sulatem.

W cza­sie spra­wo­wa­nia urzędu skłó­ceni kon­su­lo­wie nie prze­szka­dzali sobie w zasad­ni­czych kwe­stiach. Roz­pu­ścili woj­ska dopiero na koniec kaden­cji, skła­da­jąc urzędy, gdy "jakiś Gajusz Aure­liusz, posia­da­jący god­ność ekwity, zresztą pro­wa­dzący życie wolne od poli­tyki, na zgro­ma­dze­niu ludo­wym wszedł na mów­nicę i zabrał głos, mówiąc, że we śnie obja­wił mu się Jowisz i kazał powie­dzieć kon­su­lom, że mają nie skła­dać kon­su­latu, póki się wza­jem­nie nie pogo­dzą. Po tych sło­wach Pom­pe­jusz stał spo­koj­nie w miej­scu i Kras­sus pierw­szy podał mu rękę"33. Była to tylko pozorna, wymu­szona zgoda, a obaj dostoj­nicy na­dal szcze­rze się nie zno­sili.

Cen­zura i co dalej

W tra­dy­cyj­nym sys­te­mie repu­bli­kań­skim naj­wyż­szą osią­galną god­no­ścią poza dyk­ta­turą (a tę po wyczy­nach Sulli Rzy­mia­nie po pro­stu wykre­ślili ze słow­nika poli­tycz­nego) była cen­zura. Ponie­waż Rzy­mia­nie jak ognia uni­kali jedy­no­władz­twa na każ­dym polu, cen­zo­rów zawsze było dwóch. Wybie­rano ich raz na pięć lat na 18-mie­sięczną kaden­cję. Ich zasad­ni­czym zada­niem była lustra­cja wszyst­kich sta­nów, szcze­gól­nie ekwi­tów i sena­to­rów, spraw­dze­nie ich mająt­ków, zba­da­nie prze­biegu służby woj­sko­wej i kariery poli­tycz­nej, a następ­nie orze­ka­nie w spra­wie wymo­gów mająt­ko­wych i moral­nych sta­wia­nych przed­sta­wi­cie­lom okre­ślo­nego stanu. I tak, jeśli kogoś zlu­stro­wano nie­po­myśl­nie, z dnia na dzień z patry­cju­sza mógł się stać ple­be­ju­szem. Kras­sus został cen­zo­rem na rok 65.

W histo­rii Rzymu nie bra­ko­wało cen­zo­rów, któ­rzy bez żad­nych skru­pu­łów moral­nych trwale nisz­czyli swo­ich prze­ciw­ni­ków poli­tycz­nych, przy­kła­dem choćby Kato "Cen­zor" Star­szy. Współ­cze­śni oce­nili Kras­susa jako cen­zora nastę­pu­jąco: "Cen­zorstwo prze­bie­gło mu zupeł­nie bez­ce­lowo i bez­owoc­nie: nie prze­pro­wa­dził oceny senatu ani prze­glądu stanu ekwi­tów, ani spisu oby­wa­teli. Kolegą jego w tym urzę­dzie był [...] Luta­cjusz Katu­lus. [...]. Kiedy Kras­sus podej­mo­wał trudne i prze­możne zada­nie, żeby Egipt pod­po­rząd­ko­wać Rzy­mowi, Katu­lus gwał­tow­nie się temu sprze­ci­wił"34.

Owa bez­owoc­ność dzia­łań Kras­susa nie wyni­kała więc z nie­udol­no­ści, lecz z oporu rywali poli­tycz­nych. Zapewne całą swoją ener­gię poświę­cił na reali­za­cję pro­jektu prze­ję­cia nie­zwy­kle boga­tego Egiptu. Gdyby te zamiary się powio­dły, Kras­sus sta­nąłby przed nie­by­wałą szansą nie tylko zdo­by­cia bajecz­nej for­tuny, lecz także zyska­nia wiel­kiego zna­cze­nia poli­tycz­nego. Jed­nak senat sprze­ci­wił się temu, chyba nie tylko dla­tego że ostatni Pto­le­me­usze rzą­dzący Egip­tem byli tra­dy­cyj­nymi sojusz­ni­kami Rzymu. Sena­to­ro­wie, mając na wzglę­dzie tra­giczne doświad­cze­nia, bali się przy­znać kolej­nemu nazbyt popu­lar­nemu czło­wie­kowi nad­zwy­czajne dowódz­two woj­skowe.

Kiedy po pół­tora roku Kras­sus zakoń­czył urzę­do­wa­nie jako cen­zor, powró­cił do wcze­śniej­szej roli: ban­kiera poli­ty­ków. A wła­śnie zaczęło się odra­dzać stron­nic­two popu­la­rów, które potrze­bo­wało wpły­wów, a więc i pie­nię­dzy. Na jego czele sta­nął ener­giczny, młody, inte­li­gentny i nie­zwy­kle wprost ambitny patry­cjusz, Gajusz Juliusz Cezar. Nie­stety był biedny. Kras­sus uła­twił mu karierę, wie­trząc w tym dobry inte­res. Ale nie tylko jemu. Można powie­dzieć, że prze­zna­czył część swo­jego majątku na pomoc innym poli­ty­kom, przy czym jego wybory nie zawsze były trafne. Przy­kła­dem Ser­giusz Katy­lina.

Katy­lina, stron­nik Sulli, który w cza­sach ter­roru oso­bi­ście zaniósł na forum głowę wła­snego brata i poło­żył na zdo­bią­cym mów­nicę dzio­bie bojo­wym okrętu, cią­gle potrze­bo­wał dużych pie­nię­dzy. I choć mocno się wzbo­ga­cił na pro­skryp­cjach -?a i jego brat nie sta­no­wił już prze­szkody we wła­da­niu ojco­wi­zną -?to kil­ka­na­ście lat póź­niej był już cał­ko­wi­cie zruj­no­wany finan­sowo, gdyż prze­pa­dał w kolej­nych wybo­rach na wyso­kie urzędy, a kam­pa­nie wybor­cze pochło­nęły wszyst­kie jego środki. Posta­no­wił odzy­skać mają­tek i zre­kom­pen­so­wać ponie­sione straty w dro­dze prze­wrotu poli­tycz­nego.

Jako czło­wiek inte­li­gentny Kras­sus zorien­to­wał się, że przy­zwa­la­jąc na machi­na­cje Katy­liny, pozwo­lił mu na utwo­rze­nie nie­for­mal­nej, przy­szłej grupy trzy­ma­ją­cej wła­dzę, na którą nie miałby żad­nego wpływu. Katy­lina tak wyłusz­czył cele spi­sku: "[...] znie­sie­nie dłu­gów, pro­skryp­cje boga­czy, urzędy cywilne i kapłań­skie, rabunki i inne rze­czy, które niosą z sobą wojna i samo­wola zwy­cięz­ców [...]"35. Nawet jeśli to zesta­wie­nie nie prze­stra­szyło boga­cza Kras­susa, to osta­tecz­nie doszedł do wnio­sku, że stałby po stro­nie prze­gra­nej, bo spi­skowcy w żaden spo­sób nie gwa­ran­to­wali zdol­no­ści do utrzy­ma­nia wła­dzy, skoro tę grupę two­rzyli sami utra­cju­sze i hulaki oraz garść kobiet -?nie­prze­wrot­nych nawet, lecz cał­kiem już upa­dłych.

Pew­nej nocy Kras­sus odwie­dził urzę­du­ją­cego wła­śnie kon­sula Cyce­rona "[...] z listem wyłusz­cza­ją­cym zamy­sły Katy­liny, potwier­dza­ją­cym sprzy­się­że­nie". Gaduła Cyce­ron -?już po tym, jak nie­bez­pie­czeń­stwo minęło -?wszystko wypa­plał w samo­chwal­czym dziełku O moim kon­su­la­cie, o co Kras­sus, ceniący dys­kre­cję w dzia­ła­niu, miał do niego wiel­kie pre­ten­sje.

Katy­lina zbiegł do orga­ni­zo­wa­nych na pro­win­cji sił zbroj­nych, a spi­skowcy w Mie­ście zde­kon­spi­ro­wali się. Szybko ich uwię­ziono i po burz­li­wych obra­dach senatu pozba­wiono życia. Wkrótce w bitwie zgi­nął Katy­lina, który oka­zał się więc chy­bioną inwe­sty­cją poli­tyczno-finan­sową Kras­susa. Zupeł­nie ina­czej przed­sta­wiała się sprawa z Ceza­rem, dzięki czemu w 60 roku Marek mógł wyjść z poli­tycz­nego cie­nia.

Rzymianin nr 3: populista Cezar36

Etap sul­lań­ski

Cokol­wiek by nie mówić o Gaju­szu Juliu­szu Ceza­rze, jedno jest pewne - miał cha­rak­ter. W momen­cie gdy Sulla po raz drugi zdo­by­wał Rzym, był mło­dym czło­wie­kiem, nie­spełna 18-let­nim, ale już żona­tym. Zwią­zek ten oka­zał się jed­nak fatalny poli­tycz­nie: żoną mło­dzieńca była bowiem córka Lucju­sza Kor­ne­liu­sza Cynny, dru­giego po Gaju­szu Mariu­szu przy­wódcy stron­nic­twa popu­la­rów. Mało tego -?ciotka Juliu­sza była żoną Mariu­sza. Choć ani on, ani Cynna nie cho­dzili już po tym świe­cie, Sulla nisz­czył prze­cież całe stron­nic­two -?jeśli nie zabi­ja­jąc jego człon­ków, to zabie­ra­jąc im majątki i pozba­wia­jąc wpły­wów. Wobec tego Ceza­rowi z rodu Juliu­szów naka­zano roz­wód z Kor­ne­lią, córką Cynny. Odmó­wił.

W cza­sach pro­skryp­cji odmowa wypeł­nie­nia roz­kazu dyk­ta­tora ozna­czała pewną śmierć. Cezar ukry­wał się do czasu, aż jego przy­ja­ciele wybła­gali dlań łaskę u dyk­ta­tora. W mię­dzy­cza­sie kil­ka­krot­nie pełny trzos prze­ko­ny­wał roz­sąd­nych sie­pa­czy, że lepiej liczyć na to, co dostają od wdzięcz­nego za łaskę żywego niż na nagrodę po jego śmierci, którą z pew­no­ścią zagar­nie ktoś możny. Wresz­cie Sulla nie­chęt­nie pozwo­lił żyć upar­temu mło­ko­sowi, ale podobno prze­strzegł jego przy­ja­ciół, że "[...] w tym Ceza­rze drze­mie wielu Mariu­szów"37.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Wszyst­kie daty, o ile nie podano ina­czej, doty­czą cza­sów przed naro­dze­niem Chry­stusa. [wróć]

2. Poli­biusz, Dzieje, VI.11, przeł. i oprac. S. Ham­mer, Wro­cław 2005, s. 392. [wróć]

3. Ze wstępu S. Łosia do: Mar­cus Por­cius Cato, O gospo­dar­stwie wiej­skim, Wro­cław 2006, s. VIII. [wróć]

4. Wię­cej i bar­dziej szcze­gó­łowo o cur­sus hono­rum: D. Okoń, Sena­tor­ski cur­sus hono­rum w okre­sie repu­bliki i wcze­snego cesar­stwa: wybrane zagad­nie­nia, Poznań 2016. [wróć]

5. O Gaju­szu Mariu­szu i skut­kach jego reform woj­sko­wych można prze­czy­tać w opra­co­wa­niach: P. Rochala, Impe­rium u progu zagłady. Najazd Cym­brów i Teu­to­nów. War­szawa 2007; M. Macie­jow­ski, Wojna jugur­tyń­ska 111-105 p.n.e., Zabrze 2008; P. Rochala, Ver­cel­lae 101 p.n.e., War­szawa 2013. [wróć]

6. Postać dyk­ta­tora Lucju­sza Kor­ne­liu­sza Sulli i jego doko­na­nia będą nie­jed­no­krot­nie poru­szane w dal­szej czę­ści książki. Wię­cej o nim: Ł. Schre­iber, Sulla 138-78 p.n.e., Zabrze-Tar­now­skie Góry 2013. [wróć]

7. Pom­pe­jusz docze­kał się wielu opra­co­wań zwar­tych. Po pol­sku: Wybitni Rzy­mia­nie schyłku Repu­bliki. Gne­jusz Pom­pe­jusz Wielki, red. N. Rogosz, Kato­wice 2018; P. Southern, Pom­pe­jusz Wielki, przeł. B. Mie­rze­jew­ska, War­szawa 2004. Po angiel­sku: J. Leach, Pom­pey the Great. Bid­dles Ltd. 1978; R. Seager, Pom­pey the Great: A Poli­ti­cal Bio­gra­phy, Wiley-Blac­kwell 2002. Po nie­miecku: K. Christ, Pom­pe­ius. Der Fel­dherr Roms. Eine Bio­gra­phie, Münich 2004; M. Ding­mann, Pom­pe­ius Magnus, Leidorf 2007. [wróć]

8. Pom­pe­jusz 14, [w:] Plu­tarch z Che­ro­nei, Żywoty sław­nych mężów, przeł. M. Bro­żek, Wro­cław 1997, s. 193. [wróć]

9. Plu­tarch, Pom­pe­jusz 22, s. 198. [wróć]

10. O Lukul­lu­sie: S. Mro­zek, Ostatni wódz Repu­bliki. Życie i dzia­łal­ność Lucju­sza Licy­niu­sza Lukul­lusa (II poł. I w p.n.e.), Gdańsk 2003; Ł. Bazent­kie­wicz: Kam­pa­nie Lucju­sza Licy­niu­sza Lukul­lusa na Wscho­dzie 74-66 p.n.e., Zabrze-Tar­now­skie Góry 2017. [wróć]

11. Sta­dium (gr. sta­dion) -?sta­ro­żytna miara dłu­go­ści wywo­dząca się z Gre­cji. Rzym­skie sta­dium odpo­wia­dało ok. 185 m. 400 sta­diów to odle­głość mniej wię­cej 75 km. [wróć]

12. O Cyce­ro­nie: K. Kuma­niecki, Cyce­ron i jego współ­cze­śni. War­szawa 1989. [wróć]

13. Appian z Alek­san­drii, Histo­ria rzym­ska XII.94, przeł. L. Pio­tro­wicz, Wro­cław 2004, s. 563. Plu­tarch pisze o 200 okrę­tach i 15 lega­tach (Plu­tarch, Pom­pe­jusz 25). [wróć]

14. Wel­le­jusz Pater­ku­lus, Histo­ria rzym­ska II.32, przeł. E. Zwol­ski, Wro­cław 2006, s. 82. [wróć]

15. Plu­tarch, Pom­pe­jusz 45, s. 214. [wróć]

16. Kasjusz Dion Kok­ce­ja­nus, Histo­ria rzym­ska 37.21, przeł. W. Madyda, Wro­cław 2005, s. 195. [wróć]

17. Wel­le­jusz Pater­ku­lus, Histo­ria rzym­ska, II 40, s. 93. [wróć]

18. Wię­cej o Kras­su­sie zob. po pol­sku: P. Rochala, Powsta­nie Spar­ta­kusa 73-71 p.n.e., Zabrze 2009; M. Pieg­doń, Kras­sus. Poli­tyk nie­speł­nio­nych ambi­cji, Kra­ków 2011; po angiel­sku: A.M. Ward, Mar­cus Cras­sus and the Late Roman Repu­blic, Uni­ver­sity of Mis­so­uri (Colum­bia) 1977; G.C. Samp­son, The Defeat of Rome in the East: Cras­sus, the Par­thians, and the Disa­strous Bat­tle of Car­r­hae, 53 BC, Phi­la­del­phia 2008. [wróć]

19. Plu­tarch, Kras­sus 1, [w:] Plu­tarch z Che­ro­nei, Żywoty sław­nych mężów, s. 156. [wróć]

20. Appian, XIII.60, s. 665-666. [wróć]

21. Tenże, XIII.65, s. 670. [wróć]

22. Tenże, XIII.73, s. 678. [wróć]

23. Plu­tarch, Sulla 30, [w:] Plu­tarch, Cztery żywoty, przeł. M. Bro­żek, War­szawa 2003, s. 95. [wróć]

24. Plu­tarch, Kras­sus 7, s. 160. [wróć]

25. Plu­tarch: Kras­sus 2, s. 157. [wróć]

26. Plu­tarch: Kras­sus 2, s. 156. [wróć]

27. Tamże. [wróć]

28. Tamże. [wróć]

29. O tym sze­rzej P. Rochala, Powsta­nie Spar­ta­kusa 73-71 p.n.e. [wróć]

30. Plu­tarch, Kras­sus 11, s. 164. [wróć]

31. Tamże. [wróć]

32. Appian, XIII.121, s. 727. [wróć]

33. Plu­tarch, Pom­pe­jusz 21, s. 199. [wróć]

34. Plu­tarch, Kras­sus 13, s. 165. [wróć]

35. Gajusz Salu­stiusz Kri­spus, Sprzy­się­że­nie Katy­liny 21, [w:] Sprzy­się­że­nie Katy­liny i wojna z Jugurtą, przeł. K. Kuma­niecki, Wro­cław 1971, s. 13. [wróć]

36. Z oczy­wi­stych powo­dów Cezar docze­kał się ogrom­nej biblio­gra­fii. Naj­le­piej (oczy­wi­ście stron­ni­czo) o swo­ich czy­nach pisał sam, co zebrano i opra­co­wano (tak jak jego czyny spi­sane przez pod­wład­nych) w Cor­pus caesa­ria­num, przeł. i oprac. E. Konik, W. Nowo­siel­ska, Wro­cław 2006; Bio­gra­fie Cezara po pol­sku: A. Kraw­czuk, Gajusz Juliusz Cezar, War­szawa 1972; G. Wal­ter, Cezar, przeł. D. Wila­now­ska, War­szawa 1983; Y. Le Bohec, Juliusz Cezar, przeł. M. Kro­piw­nicka, War­szawa 2002; A. Gold­swor­thy, Cezar. Życie giganta, przeł. K.O. Kurasz­kie­wicz, War­szawa 2007; Bio­gra­fie Cezara po angiel­sku: T. Ste­ven­son, Julius Caesar and the Trans­for­ma­tion of the Roman Repu­blic, Routledge 2014; M.B. Wil­son, Dic­ta­tor: the evo­lu­tion of the Roman dic­ta­tor­ship, Michi­gan 2021. [wróć]

37. Gajus Swe­to­niusz Tran­kwil­lus, Boski Juliusz 1, [w:] Gajus Swe­to­niusz Tran­kwil­lus, Żywoty ceza­rów, przeł. J. Nie­mir­ska-Plisz­czyń­ska, Wro­cław 1987, s. 25. [wróć]