Carmen Zita i śmierć - Karin Fossum

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Je­śli ofiara wpad­nie do wody nie­przy­go­to­wana, od­ru­chowo bie­rze głę­boki wdech lub dwa (tak zwany wdech z za­sko­cze­nia), a wów­czas woda do­staje się do dróg od­de­cho­wych. Wy­wo­łuje to silny, upo­rczywy ka­szel. Gdy całe ciało znaj­dzie się pod wodą, to­nący wstrzy­muje od­dech i w więk­szo­ści przy­pad­ków wraca na po­wierzch­nię. Na­stęp­nie bie­rze głę­boki wdech, czę­sto wcią­ga­jąc wię­cej wody do płuc, co po­now­nie wy­wo­łuje ka­szel. W tym mo­men­cie ofiara jest cał­ko­wi­cie spa­ni­ko­wana. Krzy­czy i gwał­tow­nie ude­rza rę­kami i no­gami, usi­łu­jąc chwy­cić ja­ki­kol­wiek przed­miot, który aku­rat znaj­dzie się w po­bliżu. Łódź, wio­sło, czło­wieka.

Głowa po­now­nie się za­nu­rza, a do płuc do­staje się co­raz wię­cej wody. To­nący może jesz­cze wy­nu­rzyć się raz czy dwa, nie­ko­niecz­nie trzy, jak głosi po­wszechny mit. Po­tem opada na dno. I ko­niec. Walka w wo­dzie trwa od nie­spełna mi­nuty do kilku mi­nut, w za­leż­no­ści od stanu zdro­wia i ogól­nej wy­trzy­ma­ło­ści to­ną­cego. Ale osta­tecz­nie wy­czer­pany opada na dno. Otwiera usta i wciąga wodę do płuc. W końcu traci przy­tom­ność, jego cia­łem wstrzą­sają kon­wul­sje, robi się siny. I wresz­cie, po dłu­giej walce o ży­cie, umiera.

*

Za­wroty głowy przy­cho­dziły gwał­tow­nymi fa­lami i cho­ciaż sta­rał się z nimi wal­czyć, osta­tecz­nie stra­cił rów­no­wagę. Nie uda mi się, po­my­ślał roz­pacz­li­wie, to już ko­niec. Ze wszyst­kich sił pró­bo­wał się utrzy­mać na no­gach, pod­szedł do lu­stra wi­szą­cego na ścia­nie i uważ­nie stu­dio­wał swoje od­bi­cie. Nie, to się nie uda, nie wyjdę z tego, to chyba guz, po­my­ślał, może w mó­zgu, dla­czego mnie mia­łoby się upiec, nie je­stem prze­cież lep­szy od in­nych, ani tro­chę. Oczy­wi­ście, że to rak. Wła­śnie na to umie­ramy, co trzeci czło­wiek, po­my­ślał, albo na­wet co drugi, po­wy­żej ja­kiejś gra­nicy wieku. Wkrótce będę prze­cież stary, je­stem w po­ło­wie drogi do setki. Chyba czas już na mnie. Umrę na raka jak Elise, tylko ona ode­szła po czter­dzie­stce. Po­woli, przez długi czas tra­ciła siły. Blada, po­żół­kła i wy­chu­dzona, z nie­wy­dol­no­ścią wą­troby i wszyst­kim, co się z tym wiąże, w wy­niku hi­ste­rycz­nego, wy­my­ka­ją­cego się spod kon­troli po­działu ko­mó­rek, ostat­nie go­dziny spę­dziła w bia­łym i chłod­nym łóżku na od­dziale Rik­sho­spi­ta­let. Nie, nie myśl te­raz o tym, wy­star­czy tego uża­la­nia się nad sobą.

Stał przez chwilę, oparty o ścianę. Pró­bo­wał od­dy­chać równo i spo­koj­nie, uspo­koić się, ze­brać się w so­bie. Wresz­cie do tego do­szło, po­my­ślał, nie mogę po­wie­dzieć, że się tego nie spo­dzie­wa­łem, że je­stem nie­przy­go­to­wany. Wie­dzia­łem, że to się tak skoń­czy, ży­łem z tą świa­do­mo­ścią już o wiele za długo, z tym pod­świa­do­mym stra­chem, że mnie też to do­tknie. Tak jak do­tknęło Elise, jak tra­fiło w nią ni­czym pio­ru­nem. Za­cie­kła i agre­sywna cho­roba, nie­złomna ar­mia ko­mó­rek ra­ko­wych wę­dru­ją­cych po ciele: naj­pierw zaj­miemy płuca, po­tem szkie­let, wresz­cie mózg. Roz­ło­żymy ten or­ga­nizm na czę­ści, bo taka jest na­sza na­tura. Przyj­mij to z god­no­ścią, po­my­ślał, nie rób wo­kół sie­bie za­mie­sza­nia, to nie przy­stoi. Może jed­nak to być dro­biazg. Niech Bóg sprawi, by był to tylko ja­kiś dro­biazg. Jaki Bóg, po­my­ślał za­raz w roz­pa­czy, nie mam żad­nego Boga, a może wkrótce umrę. I wszystko sta­nie się ciem­no­ścią i pustką, ni­co­ścią, ogłu­sza­jącą ci­szą. W kie­szeni za­brzę­czał mu te­le­fon, spró­bo­wał się więc po­zbie­rać, mimo ca­łego tego cha­osu, zna­lazł w nim te­raz me­todę. Pod­niósł apa­rat do ucha i usły­szał po dru­giej stro­nie nieco zde­ner­wo­wany głos Ja­coba Skar­rego, swo­jego ko­legi. Znów oszo­ło­mił go za­wrót głowy. Tym ra­zem tak bru­talny, że nie­mal go po­wa­lił. Ko­mórka wy­pa­dła mu z ręki, schy­lił się po nią w po­śpie­chu. Za­miast jed­nak ją pod­nieść, kop­nął pod ka­napę. Za­klął i padł na ko­lana, na­stęp­nie po­ło­żył się pła­sko i wczoł­gał pod me­bel. Te­le­fon le­żał da­leko, pod samą ścianą. Ale było tam też coś jesz­cze, coś ma­łego i czer­wo­nego po­ja­wiło się w jego polu wi­dze­nia. Ku swemu zdzi­wie­niu roz­po­znał klo­cek lego. Mu­siał tam le­żeć, od­kąd Mat­teus był mały, przez tyle lat uda­wało mu się unik­nąć dłu­giej mio­tły, można by po­my­śleć, że jest kom­plet­nym nie­chlu­jem. Czwórka. Piękna, ab­so­lut­nie ide­alna, mała czer­wona kostka, naj­bar­dziej przy­datny uro­czy klo­cek, który pa­suje wszę­dzie. Ści­snął go mocno w dłoni, czu­jąc ostre kra­wę­dzie na swo­jej skó­rze. I tak, le­żąc na brzu­chu pod ka­napą, wspo­mi­nał czasy do­ra­sta­nia w Ro­skilde, przy Gamle M?l­le­vej. Biały mu­ro­wany dom z nie­bie­skimi fra­mu­gami i mal­wami pod ścianą, stare śliwy wy­ra­sta­jące z traw­nika i brą­zowe, róż­no­barwne kar­ło­wate kury pa­ra­du­jące w buj­nym, kwit­ną­cym ogro­dzie. Każ­dego ranka mu­siał zbie­rać małe jajka do ko­szyka. Pa­mię­tał swo­jego ojca, su­ro­wego i si­wego, wy­so­kiego i mu­sku­lar­nego jak on, i ce­ra­miczne fi­gurki matki na pa­ra­pe­cie w kuchni. Do­szedł do sie­bie, chwy­cił ko­mórkę i wy­czoł­gał się spod ka­napy. Le­żał chwilę, ciężko dy­sząc.

- Je­steś tam? Co się dzieje? Znowu masz za­wroty głowy?

Mruk­nął coś nie­wy­raź­nie w od­po­wie­dzi. Był bar­dzo za­wsty­dzony i za­nie­po­ko­jony.

- To ty dzwo­nisz - za­uwa­żył. - Ty po­wi­nie­neś po­wie­dzieć, co się dzieje.

Usiadł, otrze­pał się z ku­rzu i scho­wał klo­cek Lego do kie­szeni ko­szuli. Za­wroty głowy w końcu ustą­piły, na ra­zie.

- Mamy uto­nię­cie - po­wie­dział Ja­cob Skarre. - W Dam­tjern, koło Gran­foss, wiesz, ta­kie małe je­zioro, pa­mię­tasz? Dwa­dzie­ścia mi­nut od ko­ścioła M?l­ler. Chło­piec, szes­na­ście mie­sięcy. Matka zna­la­zła go przy po­mo­ście, było już za późno. Ze­spół po­go­to­wia ra­tun­ko­wego re­ani­mo­wał go trzy kwa­dranse, ale bez­sku­tecz­nie. Nie wia­domo, jak zna­lazł się w wo­dzie. W do­datku jest zu­peł­nie nagi, nie wiemy, co to zna­czy, coś mi tu nie pa­suje. Oczy­wi­ście mógł sam wejść do je­ziorka, mam jed­nak wąt­pli­wo­ści. Je­śli masz ochotę się prze­je­chać, roz­wią­żemy to ra­zem. Ostatni dom w Dam­br?tan, biały z czer­wo­nym bu­dyn­kiem go­spo­dar­czym. Chło­piec leży tu­taj na tra­wie i czeka.

- Do­brze, już jadę. Będę za pół go­dziny. - I po krót­kiej prze­rwie do­dał: - Czy coś tu śmier­dzi? Dla­tego dzwo­nisz?

- Ow­szem, coś z matką. Nie po­tra­fię tego do­kład­nie wy­ja­śnić, ale my­ślę, że po­win­ni­śmy przyj­rzeć się jej bli­żej. Wiesz, co mam na my­śli.

- Nie daj­cie lu­dziom wszyst­kiego za­dep­tać - po­wie­dział Se­jer - miej­cie na nich oko. Gdzie są te­raz ro­dzice?

- W ko­mi­sa­ria­cie - od­rzekł Skarre. - Hol­the­mann ich prze­jął. Matka wpa­dła w hi­ste­rię, a oj­ciec mil­czy.

Pies Frank Ro­bert, chiń­ski shar pei, na­zy­wany przez niego po pro­stu Fran­kiem, pod­niósł wy­cze­ku­jąco głowę i spoj­rzał na niego uważ­nie. Mię­dzy fał­dami i zmarszcz­kami, zna­kiem roz­po­znaw­czym tej rasy, do­strzegł tak go roz­czu­la­jące in­ten­sywne spoj­rze­nie. Oczy, któ­rym nie mógł się oprzeć, gdy przy­bie­rały bła­galny wy­raz - wów­czas cały jego au­to­ry­tet roz­pły­wał się w po­wie­trzu. Pies był jego sła­bo­ścią, z którą ni­gdy nie wal­czył, roz­piesz­cza­nie tego ma­łego, po­marsz­czo­nego zwie­rzaka ra­do­wało go. To z ko­lei do­pro­wa­dziło do znacz­nej oty­ło­ści psa.

- Chodź, gru­ba­sku - po­wie­dział - idziemy do sa­mo­chodu.

Frank wstał, pod­szedł do drzwi i skom­lał, nie mógł do­cze­kać się spa­ceru. Miesz­kali na trzy­na­stym pię­trze i za­wsze szli scho­dami, a zwie­rzak ze­ska­ki­wał po stop­niach w rów­nym, do­brze wy­ćwi­czo­nym ryt­mie. Wy­szli na plac przed blo­kiem i skie­ro­wali się pro­sto do sa­mo­chodu. Pies opadł na tylne sie­dze­nie vo­lvo jak zwy­kle z cięż­kim wes­tchnie­niem. Chłop­czyk, po­my­ślał Se­jer, szes­na­ście mie­sięcy. Wy­pa­dek jest zde­cy­do­wa­nie naj­bar­dziej praw­do­po­do­bny. Ale mo­gła to też zro­bić matka, w de­pre­sji, psy­cho­zie lub po pro­stu osza­lała z wście­kło­ści na nie­po­słuszne dziecko. Ta­kie rze­czy się już zda­rzały. Albo oj­ciec, albo ra­zem, tak też by­wało. Uto­nię­cie, po­my­ślał, no cóż, zo­ba­czymy. Włą­czył kie­run­kow­skaz i wy­je­chał na drogę. Znowu po­czuł lekki za­wrót głowy, ale ku jego uldze mi­nął dość szybko. Był w sa­mo­cho­dzie, mu­siał być przy­tomny. Jak za­wsze, gdy ob­jawy ustę­po­wały, znów pa­trzył z opty­mi­zmem w przy­szłość. Je­śli za­czy­nały się pod­czas jazdy, zwy­kle za­trzy­my­wał się na­tych­miast na po­bo­czu. Ale te­raz na­gle mi­nęły. Jakby to był tylko fał­szywy alarm, nie ma się czym mar­twić, wi­docz­nie Bóg go wy­słu­chał i to tylko ja­kiś dro­biazg.

- Idźże wresz­cie do le­ka­rza - po­wta­rzała jego córka, In­grid, wiele razy, zwłasz­cza tego dnia, gdy była świad­kiem jego na­padu. Stra­cił wtedy rów­no­wagę i upadł przy ku­chen­nym stole.

- Nie są­dzę, by le­karz coś na to po­ra­dził - od­parł - mu­szę z tym po pro­stu żyć. Być może na­czy­nia krwio­no­śne w mo­jej szyi są pełne zwap­nień. Krew nie do­ciera do głowy, co jest po­do­bno po­wszechne u osób star­szych. A czy ci się to po­doba, czy nie, je­stem star­szym męż­czy­zną. Co­raz czę­ściej będą się działy ta­kie rze­czy.

- Tato - po­wie­działa wtedy zre­zy­gno­wa­nym to­nem. - Masz do­piero pięć­dzie­siąt pięć lat, mu­sisz mnie po­słu­chać! Po­roz­ma­wiaj cho­ciaż z Eri­kiem, je­śli nie chcesz iść do swo­jego le­ka­rza ro­dzin­nego.

- Ale Erik jest le­ka­rzem me­dy­cyny ra­tun­ko­wej - za­pro­te­sto­wał. - Chyba nie ma po­ję­cia o za­wro­tach głowy.

- Nie chcę z tobą roz­ma­wiać, gdy ga­dasz ta­kie głu­poty - od­parła, jak za­wsze z lek­kim śmie­chem. Za każ­dym ra­zem, gdy go sły­szał, ro­biło mu się cie­plej na sercu. A te­raz... no, to mar­twe dziecko. Zna­le­zione w ma­łym je­zio­rze zna­nym jako Dam­tjern. Nie wy­cią­gaj po­chop­nych wnio­sków, po­my­ślał, bądź otwarty i roz­ważny, myśl ja­sno. Wszystko musi tu być w po­rządku, wszystko musi być spra­wie­dli­wie. To wła­śnie na­pę­dzało go przez całe dni pracy in­spek­tora w re­gio­nie S?n­dre, to­wa­rzy­szyło mu, od­kąd był ma­łym chłop­cem do­ra­sta­ją­cym przy Gamle M?l­le­vej. Silne i pa­lące pra­gnie­nie prawdy i spra­wie­dli­wo­ści.

Na miej­scu były już za­par­ko­wane trzy sa­mo­chody we­zwa­nych służb.

Skarre, tech­nicy i ka­retka. Lu­dzie stali oparci o auta, nic wię­cej zro­bić nie mo­gli. A chło­piec, który uto­nął w Dam­tjern, le­żał na fo­lii. Se­jer spoj­rzał na ciało. Na­gie i gład­kie, z wi­docz­nymi ży­łami. Tylko te­raz żad­nych za­wro­tów głowy, po­my­ślał, ab­so­lut­nie, nie przy świad­kach.

Chło­piec był zdrowy i do­brze od­ży­wiony, na pierw­szy rzut oka nie doj­rzał w nim żad­nej skazy. Wy­raź­nie wi­dział de­li­katną nie­bie­sko-zie­loną pa­ję­czynę żył na skro­niach i blade i szkli­ste błę­kitne oczy. Tak, dziecko było cał­ko­wi­cie zdrowe przed wy­pad­kiem. Je­śli do­znało ja­kich­kol­wiek ura­zów, nie po­zo­sta­wiły żad­nego śladu.

- Matka twier­dzi, że wpa­dła w szok - po­wie­dział Ja­cob Skarre. - Była za­jęta czymś w ła­zience, a po po­wro­cie do kuchni zo­ba­czyła, że chłopca nie ma. Wy­le­ciała na po­dwórko i zbie­gła w kie­runku je­ziorka, po­dej­rze­wa­jąc naj­gor­sze. Zna­la­zła go przy po­mo­ście. Sko­czyła do wody, która w tym miej­scu miała około me­tra głę­bo­ko­ści, i wy­cią­gnęła dziecko. Pró­bo­wała re­su­scy­ta­cji, ale bez­sku­tecz­nie. No. To wstępne wy­ja­śnie­nie, zo­ba­czymy, czy się utrzyma.

- Żad­nych wi­docz­nych ob­ra­żeń - za­uwa­żył Se­jer - żad­nych ran ani si­nia­ków, był cały i zdrowy.

Spoj­rzał na ze­ga­rek, wpół do trze­ciej. Środa dzie­sią­tego sierp­nia, piękna po­goda, spo­kój i dość cie­pło. Lato było dłu­gie i go­rące, pra­wie bez­desz­czowe, dla­tego trawa wo­kół je­ziorka po­żół­kła i wy­schła. I to ma­leń­kie ciało z drob­nymi dłońmi i okrą­głymi po­licz­kami, blade, nie­bie­skawe i chłodne jak gładki mar­mur.

- Za­dzwo­nisz do Snor­ra­sona? - spy­tał Skarre.

- Tak. Za­wie­ziemy go pro­sto do in­sty­tutu. Pierw­sze od­po­wie­dzi uzy­skamy praw­do­po­dob­nie dość szybko. Je­śli żył, kiedy wpadł do je­ziorka, w płu­cach bę­dzie woda. Od tego po­win­ni­śmy za­cząć.

- Smutny wi­dok. - Skarre ski­nął głową w stronę ma­leń­kiego ciałka.

- To prawda. - Rze­czy­wi­ście smutny wi­dok. Poza tym znowu kręci mi się w gło­wie, po­my­ślał Se­jer, ła­piąc od­dech. Ku­cał przy mar­twym dziecku i te­raz wa­hał się, czy wstać, w oba­wie przed zde­ma­sko­wa­niem. Że też mu­siał na­dejść dzień, kiedy on, in­spek­tor, mie­rzący metr dzie­więć­dzie­siąt sześć cen­ty­me­trów wzro­stu, nie jest już u szczytu formy, tylko w po­waż­nym sta­nie roz­kładu. Że też do­go­nił go wiek, a może coś in­nego i znacz­nie gor­szego. Sie­dział więc i cze­kał, aż atak mi­nie.

- Miesz­kają w bia­łym domu? - za­py­tał, wska­zu­jąc na stary bu­dy­nek z czer­wo­nymi fra­mu­gami.

- Tak - od­parł Skarre - i są bar­dzo mło­dzi. Dzie­więt­na­ście i dwa­dzie­ścia lat, wcze­śnie za­częli. Hej. Czy wi­dzisz w nim coś szcze­gól­nego, to zna­czy w jego wy­glą­dzie?

Se­jer przyj­rzał się drob­nej twa­rzyczce o bla­dych po­licz­kach. Tak, dziecko miało w so­bie coś cha­rak­te­ry­stycz­nego, coś, co wy­da­wało się zna­jome.

- Ma ze­spół Do­wna - orzekł. - Za­łożę się. Spójrz na jego oczy, tam wi­dać naj­bar­dziej. I na dło­niach, taka li­nia, no wiesz, po­prze­czna bruzda. - Pod­niósł dłoń dziecka, by po­ka­zać. Zimną, gładką i bez ży­cia.

- Na pewno jest wy­star­cza­jąco duży, by umieć cho­dzić - do­dał. - Mógłby też do­racz­ko­wać z domu do po­mo­stu.

Skarre prze­szedł kilka kro­ków po su­chej tra­wie. Jego ciało było prężne i szyb­kie, jakby za­wsze w go­to­wo­ści, ko­szula mun­duru czy­sta i świeżo wy­pra­so­wana, buty wy­pa­sto­wane. Jakby mało było tej do­sko­na­ło­ści, wie­rzył też w Boga. Ja­cob Skarre po­świę­cił się tej ta­jem­nicy, którą na­zy­wano wiarą.

- Za­sta­na­wiam się, dla­czego jest nagi - po­wie­dział Se­jer. - To pew­nie też coś zna­czy, cho­ciaż jest tak go­rąco. Nie­mow­lęta pocą się tylko przez głowę. Może jest ro­ze­brany z po­wodu upału.

- Jest oczy­wi­ście cał­kiem praw­do­po­do­bne, że do­stał się do je­ziorka o wła­snych si­łach - stwier­dził Skarre. - To nie jest nie­moż­liwa od­le­głość. Zde­cy­do­wana więk­szość dzieci uczy się cho­dzić około roku. Cho­ciaż ja sam za­czą­łem do­piero po ukoń­cze­niu osiem­na­stu mie­sięcy. Moi ro­dzice nie spali w nocy, my­śleli, że je­stem nie­peł­no­sprawny.

- Kto by po­my­ślał - zdzi­wił się Se­jer - je­steś prze­cież taki szybki.

Zwró­cił się do tech­ni­ków:

- Za­wieź­cie go do Snor­ra­sona i prze­każ­cie mu, że cze­kam na wy­niki.

Prze­szedł kilka kro­ków przez trawę. Wpa­try­wał się w biały dom z ciem­nymi oknami. Ste­laż huś­tawki czer­wie­nił się w słońcu, za­uwa­żył też małą pia­skow­nicę z ko­lo­ro­wymi za­baw­kami. Oparte o ścianę stały trzy stare ro­wery. Wzdłuż fa­sady domu cią­gnął się za­chwasz­czony klomb. Obok huś­tawki za­par­ko­wano nie­bie­skiego golfa.

- Skoro są tacy mło­dzi - po­wie­dział - to pew­nie nie mają in­nych dzieci.

- Zga­dza się - po­twier­dził Ja­cob Skarre. - Mieli tylko jed­nego synka. Straszna tra­ge­dia.

Gdy ciało za­brano, wró­cił do sa­mo­chodu. Wy­pu­ścił psa, który wy­biegł ra­do­śnie na trawę. Skarre spoj­rzał na grube zwie­rzę z lek­kim sa­mo­za­do­wo­le­niem.

- Nikt ci nie za­rzuci, że wzią­łeś go ze względu na wy­gląd - za­uwa­żył. - Przy­po­mina wy­krę­cany ręcz­nik.

- Wszelka pięk­ność prze­mija - od­parł Se­jer. - Na pewno o tym wiesz.

Wy­szedł na ma­leńki po­most. Stał wga­piony w nie­sa­mo­wi­cie nie­ru­chome lu­stro wody, po któ­rym nie wi­dać było żad­nych śla­dów tego, co się stało.

- Dla­czego dzwo­ni­łeś? - za­py­tał Skar­rego. - Po­wiedz mi, co my­ślisz i dla­czego za­bra­łeś ze sobą dwóch tech­ni­ków do sprawy, która wy­gląda na zwy­kły tra­giczny wy­pa­dek.

- To coś z matką - po­wie­dział Skarre. - Jest taka afek­to­wana. Trudno z nią na­wią­zać kon­takt wzro­kowy, jest ja­kaś nie­uchwytna, to uru­cho­miło mi w gło­wie alarm, nie chcia­łem ry­zy­ko­wać. Je­śli to mor­der­stwo - do­dał - to mo­głaby dość ła­two się wy­wi­nąć. Nie ro­zu­miem tu do końca prze­pi­sów. Ży­cie to ży­cie, wszy­scy je­ste­śmy tyle samo warci.

- Cóż... Nie wszy­scy zgo­dzą się z tobą w tej kwe­stii. Mię­dzy matką a dziec­kiem jest jed­nak zu­peł­nie inna więź psy­cho­lo­giczna. Jej młody wiek też mógłby przy­czy­nić się do ła­god­nego wy­roku. Dzie­więt­na­ście lat, na­prawdę wcze­śnie za­częła. Obrońcy ła­two bę­dzie zna­leźć oko­licz­no­ści ła­go­dzące. O ile w ogóle bę­dzie ja­kaś roz­prawa. Nie mo­żemy spe­ku­lo­wać na tak wcze­snym eta­pie, czy pro­ku­ra­tor wnie­sie oskar­że­nie. A ja­kie wra­że­nie wy­warł na to­bie oj­ciec dziecka?

- Jest bar­dzo ci­chy i nie­śmiały - od­rzekł Skarre. - Pra­wie się nie od­zy­wał, trzy­mają się od sie­bie z da­leka. A po prze­wie­zie­niu na po­ste­ru­nek nie po­zwo­lono im ze sobą roz­ma­wiać. Matka we­szła tylko do domu prze­brać się w coś su­chego. Hol­the­mann ich przy­jął i skon­tak­to­wał się z psy­cho­lo­giem z Uni­care, bo oczy­wi­ście jest to sy­tu­acja kry­zy­sowa. Wy­pa­dek czy nie, stało się, dziecko nie żyje.

Se­jer wy­ło­wił z kie­szeni to­rebkę pa­sty­lek Fi­sher­man's Friend i wło­żył jedną do ust.

- A poza tym? - Skarre wpa­try­wał się w niego uważ­nie. - Mia­łeś znów te swoje na­pady za­wro­tów głowy?

- Nie. Nic ta­kiego nie mia­łem ostat­nio. To chyba ja­kiś wi­rus, który szybko mi­nął, tak bywa.

- Je­steś na­prawdę bez­na­dziej­nym kłamcą. - Uśmiech­nął się Skarre. - Chodź, przejdźmy ka­wa­łek od je­ziorka do domu, to może z pięć­dzie­siąt me­trów. To nic ta­kiego dla cie­kaw­skiego ma­lu­cha.

*

Jej ciało nie chciało się uspo­koić, ręce szu­kały po stole cze­goś, czym mo­głyby się za­jąć.

- Co tak na­prawdę my­śli­cie? - spy­tała gło­sem cien­kim ze zde­ner­wo­wa­nia. Pisz­czy jak mysz w ko­cich pa­zu­rach, po­my­ślał Hol­the­mann.

- Nic nie my­ślimy - od­rzekł. - Jak uprze­dzi­łem, mamy pewne pro­ce­dury. Chcemy tylko pa­nią prze­słu­chać, za­re­je­stro­wać ze­zna­nia, a po­tem bę­dzie pani wolna. Pro­szę się tym nie przej­mo­wać, to zwy­kłe po­stę­po­wa­nie w przy­padku na­głej śmierci. Mu­simy się trzy­mać prze­pi­sów, nie ma po­wodu do nie­po­koju.

- Wła­śnie na­uczył się cho­dzić - po­wie­działa. - Sie­dział na pod­ło­dze i ba­wił się na dy­wa­nie, na­gle znik­nął.

- Co pani wtedy ro­biła?

- By­łam za­jęta ja­ki­miś pra­cami do­mo­wymi. Nie do końca pa­mię­tam, mam w gło­wie chaos. - Prze­rwała, a na jej czole po­ja­wiła się głę­boka zmarszczka. - Chyba coś go­to­wa­łam - zde­cy­do­wała w końcu.

- Szy­ko­wała pani obiad? - za­py­tał uprzej­mie Hol­the­mann.

Po­my­ślała chwilę. Naj­wy­raź­niej pró­bo­wała so­bie przy­po­mnieć, jak na­prawdę wy­glą­dała ta sy­tu­acja. Mó­wiła cien­kim, dzie­cin­nym gło­sem, Hol­the­mann się uśmiech­nął. Uśmiech nieco zła­go­dził jego do­tych­czas su­rową twarz.

- Tak, chyba czy­ści­łam rybę. Tak mi się przy­naj­mniej wy­daje. Nie je­stem w tym zbyt do­bra, więc tro­chę to trwało. Tak, je­stem tro­chę oszo­ło­miona, ale pa­mię­tam, jak sta­łam z rybą. A Ni­co­lai na­pra­wiał ro­wer w piw­nicy, to jego hobby. Nie ro­zu­miem, jak to się mo­gło stać! - wy­krzyk­nęła na­gle. - Nie ro­zu­miem!

Znów wy­bu­chła pła­czem. Ści­ska­jąc chu­s­teczkę w dłoni, za­ła­mała się cał­ko­wi­cie. Miała prze­ra­żoną minę, jakby na­dal nie mo­gła po­jąć, co się wy­da­rzyło, nie do­cie­rało do niej, że sy­nek na­prawdę nie żyje, od­szedł na za­wsze. Że dziecko, które oczy­wi­ście ko­chała, zo­stało zre­du­ko­wane do ma­łego pa­kunku prze­wo­żo­nego te­raz do In­sty­tutu Me­dy­cyny Są­do­wej.

- Może coś pani po­dać? - za­py­tał na­czel­nik wy­działu. Po­mimo swo­jej zrzę­dli­wej na­tury cza­sem sta­rał się być wy­ro­zu­miały. - Chce pani coś do pi­cia, przy­nieść wody?

- Chcę tylko Ni­co­laia.

Na­czel­nik wy­działu po­chy­lił się i po­kle­pał ją po ra­mie­niu.

- Po­winna pani po­roz­ma­wiać z psy­cho­lo­giem - po­wie­dział. - Po­może pani upo­rząd­ko­wać my­śli. Te­raz bie­gają we wszyst­kich kie­run­kach, prawda?

Da­lej ocie­rała łzy. Miała za­le­d­wie dzie­więt­na­ście lat, a wy­da­wała się jesz­cze młod­sza, chuda jak trzcina, z ja­snymi, pra­wie bia­łymi wło­sami. Dłu­gie kol­czyki w uszach i ró­żowy la­kier na pa­znok­ciach. Bluzka była o wiele za krótka, od­sła­niała zło­ci­sty po sło­necz­nym le­cie brzuch, a pę­pek le­żał w za­głę­bie­niu jak ma­towa, je­dwa­bi­sta perła.

- Tommy ma do­piero szes­na­ście mie­sięcy - po­wie­działa przez łzy. - Pró­bo­wa­łam ro­bić mu sztuczne od­dy­cha­nie, na­prawdę, ale było już za późno. Miał cał­kiem sine usta. Nie wiem, czy do­brze to wy­ko­na­łam, wy­gląda to tak pro­sto, kiedy ogląda się to w te­le­wi­zji. Ma­sażu serca nie ro­bi­łam, nie od­wa­ży­łam się. Ba­łam się, że po­ła­mię mu ko­ści, on jest taki mały. Gdy­bym zła­mała mu że­bra, mo­głyby prze­bić mu płuca, sły­sza­łam o ta­kich sy­tu­acjach.

- Pro­szę się uspo­koić - po­wie­dział Hol­the­mann. - Do­kład­nie prze­ana­li­zu­jemy wszystko, co się wy­da­rzyło. Po­roz­ma­wia pani z in­spek­to­rem, za­re­je­struje ze­zna­nie pani i męża. Na­stęp­nie zba­damy cały in­cy­dent, by nic nie po­mi­nąć.

Po­ło­żyła ręce na stole. Zmięła chu­s­teczkę w wil­gotną, miękką kulkę.

- Ale po­wie­dzia­łam już wszystko. - Czknęła. - Nie ma nic wię­cej, zna­la­złam go przy po­mo­ście. - Na­po­tkała jego wzrok i do­dała zde­cy­do­wa­nie: - Wiem, że to moja wina. Może pan to po pro­stu po­wie­dzieć, wiem, co pan my­śli. Po­win­nam była bar­dziej uwa­żać, ale od­da­li­łam się tylko na kilka mi­nut, mu­sia­łam iść do ła­zienki.

- Do po­czu­cia winy i tym po­dob­nych jesz­cze wró­cimy - od­parł Hol­the­mann. - Usta­limy, czy w ogóle można mó­wić o wi­nie. Nie­stety, wy­padki zda­rzają się każ­dego dnia i dzi­siaj pa­dło na was.

Od­su­nęła krze­sło od stołu i po­chy­liła się, zbli­ża­jąc głowę do ko­lan. Po­zo­stała tak dłuż­szą chwilę, jakby miała za­raz ze­mdleć.

- Mam mroczki przed oczami - po­wie­działa tępo. Jej głos był cienki i chra­pliwy, pra­wie nie­sły­szalny.

- Tak, to re­ak­cja na stres - wy­ja­śnił fa­chowo Hol­the­mann. - Spi­nają się mię­śnie wo­kół oczu, to nic groź­nego. Pro­szę po­sta­rać się uspo­koić. Trzeba od­dy­chać spo­koj­nie, to po­woli mi­nie.

- Chcę tylko po­roz­ma­wiać z Ni­co­la­iem - po­pro­siła. - Czy on sie­dzi tu gdzieś cał­kiem sam?

- Nie, jest z nim po­li­cjant. Przy­niosę pani coś do pi­cia. A po­tem skon­tak­tu­jemy się z pani ro­dzi­cami. Miesz­kają tu, w mie­ście, prawda?

- Tak, przy M?l­ler­gata. Mama tego nie znie­sie, tata też nie. Już miał je­den za­wał serca, w ze­szłym roku. By­li­śmy zroz­pa­czeni. Nie ro­zu­miem, dla­czego mu­szę tu sie­dzieć - skar­żyła się. - Chcę zo­ba­czyć Ni­co­laia, nie może mi pan za­bro­nić, do cho­lery!

Hol­the­mann mil­czał. Czę­sto bra­ko­wało mu słów w roz­mo­wach z ludźmi w trud­nej sy­tu­acji. Był tu na prośbę Ja­coba Skar­rego, to on stwier­dził, że temu przy­pad­ko­wemu uto­nię­ciu trzeba się bli­żej przyj­rzeć, tak na wszelki wy­pa­dek. Wstał i zo­sta­wił ją samą, po­szedł do po­miesz­cze­nia so­cjal­nego, gdzie stała lo­dówka z zim­nymi na­po­jami. Wy­cią­gnął z niej bu­telkę wody, w dro­dze po­wrot­nej zdał so­bie sprawę, że za­po­mniał wziąć kar­to­nowy ku­bek z uchwytu na ścia­nie. Wró­cił po niego i po­tem znów do po­koju, w któ­rym sie­działa. Po­dał jej ku­bek i po­mógł otwo­rzyć bu­telkę.

- Ma pani prawo do wspar­cia i zro­zu­mie­nia i na pewno je tu pani otrzyma. Te­raz pro­szę się na­pić - po­wie­dział sta­now­czo. - Roz­pacz wy­wo­łuje pra­gnie­nie.

*

Może zo­stał za­mor­do­wany, po­my­ślał Se­jer, wrzu­cony do je­ziorka, nie­chciany przez matkę. Albo przez ojca, albo przez oboje, od­mie­niec, w oczach nie­któ­rych prze­grana sprawa. Na­gła wście­kłość, okrutny im­puls, chęć znisz­cze­nia. A może on szuka dziury w ca­łym. Drzwi na po­dwórko były otwarte, chło­piec zo­stał bez nad­zoru, wy­szedł z domu, przez su­chą trawę na krót­kich, ma­leń­kich no­gach po­ko­nał nie­wielką od­le­głość do po­mo­stu. Przy­cią­gany przez błysz­czącą wodę, mi­go­czącą jak lu­stro. Nie je­stem stron­ni­czy, po­my­ślał Kon­rad Se­jer, biorę pod uwagę wszyst­kie moż­liwe sce­na­riu­sze. Pra­cuję z ta­kimi spra­wami od dawna, dla­tego tak wła­śnie ro­zu­muję. Wszystko jest moż­liwe, to była pro­sta i ja­sna za­sada. Mam wiele gorz­kich do­świad­czeń, po­my­ślał, nie lu­bię być oszu­ki­wany ani pro­wa­dzony na ma­nowce. Ja­dąc, my­ślał znów o swo­ich ro­dzi­cach i wszyst­kim, co dali mu w dzie­ciń­stwie. Mi­łość i zro­zu­mie­nie, uwagę. Za­chętę i za­ufa­nie oraz wie­dzę o trud­nym ży­ciu, na do­bre i złe. Ostroż­nie, po­wie­dział so­bie, praw­do­po­dob­nie są nie­winni, oboje. Skar­rego jed­nak coś za­nie­po­ko­iło. Se­jer za­sta­na­wiał się, co ten nie­po­kój może ozna­czać. In­tu­icja od­gry­wała ważną rolę w każ­dym śledz­twie. To prze­czu­cie, do­kucz­liwe po­dej­rze­nie, że coś jest nie tak. Może to być wy­mi­ja­jące spoj­rze­nie lub dziwny dy­stans do tego, co się stało. Ciało, które nie po­trafi się uspo­koić, ner­wowe ru­chy rąk, mo­no­tonny głos pod­czas skła­da­nia ze­znań. Prze­bieg wy­da­rzeń po­da­wany jak wy­kute na pa­mięć za­da­nie do­mowe, ja­kaś za­pla­no­wana wer­sja. Dło­nie stale pod­no­szone do oczu, by otrzeć wy­ima­gi­no­wane lub praw­dziwe, jak w tym wy­padku, łzy. Bo wszystko po­szło nie tak, nie­ważne, czy ktoś jest winny, czy nie. Albo prze­ra­że­nie, po­nie­waż ja­kiś im­puls spo­wo­do­wał ka­ta­strofę. Nie mogę już tego znieść, więc te­raz cię za­biję. Nie wy­trzy­mam już z tym dziec­kiem, nie ra­dzę so­bie z tym dziec­kiem, po­czu­cie nie­mocy. I roz­ma­ite oznaki kłam­stwa. Wresz­cie ta na­wra­ca­jąca, nie­po­ko­jąca myśl. Dziecko miało ze­spół Do­wna. Stąd też to po­dej­rze­nie, że coś jest nie tak. Cho­ciaż pro­ku­ra­tor był oczy­wi­ście za­in­te­re­so­wany wy­łącz­nie fak­tami, to prze­czu­cie było na­dal nie­zwy­kle ważne. Wy­ni­kało prze­cież z ca­łego do­świad­cze­nia, ja­kie obaj na­byli pod­czas tych wszyst­kich lat spę­dzo­nych na służ­bie. Skarre za­uwa­żył pewne po­dej­rzane niu­anse, któ­rych nie był na­wet w sta­nie ubrać w słowa, ale Se­jer za­wsze trak­to­wał ko­legę po­waż­nie i ce­nił jego by­strość. Jego ob­ser­wa­cje czę­sto były trafne. Ro­dzice sie­dzieli w ko­mi­sa­ria­cie, pła­cząc rzew­nie. Czy ten płacz wy­wo­łały żal i strata, czy też szok, pa­nika i po­czu­cie winy?

Znów za­czął my­śleć o swo­ich za­wro­tach głowy. Chyba będę mu­siał za­ci­snąć zęby i za­wlec się do le­ka­rza, po­my­ślał, całą tę moją za­wodną fi­zjo­no­mię, nie ma in­nego wyj­ścia. Mu­szę ja­koś prze­żyć mnó­stwo ba­dań i dużo stre­su­ją­cego cze­ka­nia. Może do­lega mi coś na­prawdę prze­ra­ża­ją­cego. A ży­cie, ja­kie zna­łem do tej pory, może się tak po pro­stu skoń­czyć. Znowu po­ja­wiło się w jego gło­wie słowo "rak", ta myśl nie da­wała mu spo­koju. W przy­pły­wie po­trzeby mo­ral­nego wspar­cia wy­brał nu­mer swo­jej córki In­grid, aby opo­wie­dzieć o in­cy­den­cie w Dam­tjern koło wo­do­spadu Gran­foss.

- Cześć, In­grid, to tylko ja. Tak, je­stem w sa­mo­cho­dzie. Tak, uży­wam ze­stawu gło­śno­mó­wią­cego, nie wy­głu­piaj się. Zna­leź­li­śmy ma­łego chłopca. Le­żał w je­zio­rze nie­da­leko Gran­foss, matka zna­la­zła go przy po­mo­ście. Ma le­d­wie kil­ka­na­ście mie­sięcy, więc jest to dość smutne. Tak, do­kład­nie, jadę do ko­mi­sa­riatu po­roz­ma­wiać z ro­dzi­cami. Może wpadnę do cie­bie? W dro­dze po­wrot­nej, je­śli ci pa­suje oczy­wi­ście.

Za­pew­niła, że jej pa­suje, i spy­tała, jak on się czuje.

Cho­dziło jej o za­wroty głowy. Od­parł, że pew­nie przej­dzie mu, musi to tylko prze­cze­kać, ale ta wy­mi­ja­jąca od­po­wiedź jej nie za­do­wo­liła.

- Samo przej­dzie? Nie opo­wia­daj ba­jek, je­stem na to za stara. Znam cię - kon­ty­nu­owała - nie mó­wisz mi wszyst­kiego. Nie mu­sisz mnie oszczę­dzać, pa­mię­taj, że by­łam na woj­nie. Zniosę prawdę.

Miała na my­śli po­byt w ogar­nię­tej wojną do­mową So­ma­lii, pra­co­wała tam jako pie­lę­gniarka z mę­żem Eri­kiem, który był spe­cja­li­stą me­dy­cyny ra­tun­ko­wej. Kiedy wresz­cie wró­cili do domu, po kilku la­tach służby, przy­wieźli ze sobą chłopca. Je­dyny wnuk Se­jera, obec­nie obie­cu­jący tan­cerz, za­trud­niony w Ba­le­cie Na­ro­do­wym.

- Nie - od­rzekł. - Przy­rze­kam, że nie będę cię oszczę­dzał. I tak, na­dal mie­wam za­wroty głowy, od czasu do czasu. Ale obie­cuję, że te­raz zajmę się tym po­rząd­nie. Ciąg dal­szy na­stąpi - do­dał lek­kim, swo­bod­nym gło­sem.

Do­je­chał do prze­jazdu ko­le­jo­wego w cen­trum, szla­ban był opusz­czony. Kiedy tak sie­dział, cze­ka­jąc na prze­jazd po­ciągu, znowu po­my­ślał o chłopcu. To prawda, co po­wie­dział Skarre. Gdyby to, teo­re­tycz­nie rzecz uj­mu­jąc, rze­czy­wi­ście było mor­der­stwo i sta­łaby za tym matka, ła­two by­łoby jej się wy­wi­nąć. Cała ta oso­bliwa więź mię­dzy matką a dziec­kiem, tak wiele oko­licz­no­ści ła­go­dzą­cych, tak wiele moż­li­wych wy­ja­śnień. Nie­prze­wi­dy­wal­ność, po­my­ślał, utrata świa­do­mo­ści lub osła­bione zdol­no­ści kon­troli. Za­bu­rze­nia oso­bo­wo­ści, psy­chozy, de­pre­sje i różne cho­roby, było tak wiele moż­li­wo­ści do wy­boru. W końcu prze­je­chał po­ciąg to­wa­rowy z ciem­no­czer­wo­nymi wa­go­nami. Se­jer sły­szał mia­rowy rytm sprzę­gów, grze­cho­ta­nie że­laza i me­talu i zgod­nie z daw­nym, uko­cha­nym na­wy­kiem z dzie­ciń­stwa li­czył wa­gony.

Jej włosy, roz­wiane i pra­wie białe jak śnieg przy­wo­dziły mu na myśl prze­kwi­tłe dmu­chawce z bia­łym pu­chem. Ude­rzyło go wtedy, jaka jest wą­tła, chuda i smu­kła - jak ga­łązka. Dziecko uro­dziło dziecko, po­my­ślał, nie do wiary, że do­no­siła ciążę.

- Pro­szę za mną - po­wie­dział uprzej­mie. - Pój­dziemy do mo­jego ga­bi­netu, kilka po­koi da­lej.

Wsta­jąc, spoj­rzała na psa. Frank pod­szedł, żeby się przy­wi­tać, a ona po­gła­skała go de­li­kat­nie po gło­wie, ale nie wy­da­wała się zbyt za­in­te­re­so­wana. Po tra­ge­dii zbla­dła, pod oczami po­ja­wiły się cie­nie.

- Je­śli bę­dzie pani prze­szka­dzał, od­pro­wa­dzę go do sa­mo­chodu - po­wie­dział Se­jer. - Zwy­kle leży nie­ru­chomo, ni­gdy się nie de­ner­wuje.

Po­trzą­snęła głową bez słowa. Jej wzrok po­zo­stał sku­piony na psie, jakby wi­dok zwie­rzę­cia do­tknął w niej cze­goś, za czym tę­sk­niła.

- Jak ma pani na imię? - za­py­tał uprzej­mie, gdy szli przez ko­ry­tarz.

- Car­men - od­parła. - Na­zy­wam się Car­men Ce­si­lie Zita.

To na­zwi­sko wy­da­wało się zna­jome. Nim zdą­żył za­py­tać, pa­dła od­po­wiedź.

- Tak, mój oj­ciec jest wła­ści­cie­lem knajpki przy Torg­gata, Zita Qu­ick. Pro­wa­dzi ją od dzie­się­ciu lat, oboje tam pra­cu­jemy. Oczy­wi­ście nie te­raz, kiedy Tommy jest taki mały. Ni­co­lai pra­cuje na zmiany, bo mamy otwarte całą noc.

Za­mru­gała i spoj­rzała na Se­jera nie­bie­skimi oczami o gę­stych czar­nych rzę­sach.

- Lu­dzie przy­jeż­dżają aż z Oslo, żeby u nas zjeść - do­dała z dumą. Mimo tra­ge­dii mu­siała za­zna­czyć swoją waż­ność.

Otwo­rzył drzwi do ga­bi­netu. Frank wśli­zgnął się do środka i po­szedł pro­sto na swoje miej­sce przy oknie, gdzie po­ło­żył się na kocu.

- Pro­szę usiąść gdzie­kol­wiek - po­wie­dział Se­jer. Przy­glą­dał się mło­dej po­staci. - Pro­szę przy­jąć moje kon­do­len­cje - do­dał. - To wielka tra­ge­dia. - Wo­lał być miły. Nie chciał po­peł­nić żad­nego błędu, na wy­pa­dek gdyby oka­zała się nie­winna.

- Dla­czego nie mogę być z Ni­co­la­iem? - za­py­tała. Jakby się skar­żyła, wy­da­wała się zi­ry­to­wana. Nie da się wła­mać do umy­słu dru­giego czło­wieka, po­my­ślał Se­jer, trzeba wkra­dać się ostroż­nie i z sza­cun­kiem. Dla­tego sta­ran­nie wa­żył słowa, był w tym prze­szko­lony.

- Pro­ce­dury mó­wią, że nie po­win­ni­ście się kon­tak­to­wać - wy­ja­śnił cier­pli­wie. - Ro­zu­miem, że uważa to pani za bru­talne trak­to­wa­nie, ale tak nie jest. Mamy wiele ta­kich za­sad i prze­strze­gamy ich cał­ko­wi­cie au­to­ma­tycz­nie, co nie­ko­niecz­nie ozna­cza, że jest się czym mar­twić. Po­roz­ma­wiamy przez dłuż­szą chwilę, a po­tem bę­dzie pani mo­gła wró­cić do domu, do Gran­foss. Nie za­brała pani wody - za­uwa­żył - mam przy­nieść nową?

Po­trzą­snęła głową. Usia­dła na krze­śle przy oknie. Wi­dok jej nie in­te­re­so­wał, wzrok miała sztywno utkwiony w dło­niach, które zło­żyła na ko­la­nach. Od czasu do czasu spo­glą­dała na Franka, coś cią­gnęło ją w jego kie­runku. Pies na sza­rym kocu naj­wy­raź­niej koił jej nerwy.

- Jak ma na imię wasz sy­nek? - za­py­tał. - Tommy?

Prze­su­nął krze­sło po pod­ło­dze i usiadł obok niej.

- Tak. Na­zywa się Tommy Ni­co­lai.

Na­gle za­częła pła­kać. Se­jer cier­pli­wie cze­kał, aż na­pad się skoń­czy.

- Te­raz przej­dziemy przez wszystko ra­zem - wy­ja­śnił. - Krok po kroku. Do­kład­nie, jak to się stało. Może pani naj­pierw opo­wie­dzieć po swo­jemu, je­śli tak pani woli. A je­śli spra­wia to pani trud­ność, będę za­da­wać py­ta­nia.

- Tak - od­parła - pro­szę py­tać, ale uprze­dzam, że w gło­wie mam straszny chaos, trudno mi so­bie co­kol­wiek przy­po­mnieć.

- Ro­zu­miem. Mimo wszystko spró­buję. Pro­szę mi opo­wie­dzieć o tym dniu. Co pani ro­biła, kiedy od­kryła, że Tommy'ego nie ma?

Wi­dział, że prze­szu­kuje pa­mięć, jej wzrok błą­dził po po­koju i znów spo­czął na Franku, który za­snął na kocu.

- No, wie pan, zbli­żała się pora obiadu. Po­my­śla­łam, że przy­go­tuję ło­so­sia. Wy­daje mi się, że to wła­śnie ro­bi­łam, czy­ści­łam rybę.

- Wy­daje się pani? Nie jest pani pewna?

- Oczy­wi­ście, że je­stem pewna. Pro­szę nie mó­wić do mnie jak do gów­niary!

A jed­nak wa­hała się tro­chę, wcale nie wy­glą­dała na pewną tej wer­sji. Se­jer przy­po­mniał so­bie, że dziew­czyna może być w szoku, a w ta­kim sta­nie pa­mięć cza­sem za­wo­dzi, wi­dział już ta­kie przy­padki. No i też to, co się stało... W ogniu bi­twy mogą paść ostre słowa.

- Nie jest pani pewna? - za­py­tał po­now­nie.

- Cały dzień wi­dzę jakby przez mgłę - od­parła krótko. Splo­tła palce. Była czujna, umiał roz­po­znać sy­gnały.

- A tata Tommy'ego? Może pani po­wtó­rzyć, jak się na­zywa?

- Ni­co­lai Brandt. Tak, je­ste­śmy mał­żeń­stwem. Wiem, co pan so­bie my­śli. My­śli pan, że je­ste­śmy mło­dzi i głupi, że bra­kuje nam roz­sądku.

- Nie, nic ta­kiego nie przy­szło mi do głowy. Gdzie był Ni­co­lai, kiedy to się stało? Pro­szę mi opo­wie­dzieć.

- Na­pra­wiał ja­kieś stare ro­wery w piw­nicy. Za­ra­bia na pro­stych na­pra­wach i bie­rze sporo zle­ceń, to jego ulu­bione za­ję­cie, ta na­prawa ro­we­rów, ma fioła na ich punk­cie. Nie wie­dział na­wet, co się dzieje. By­łam sama w kuchni, a Tommy sie­dział na ma­cie na pod­ło­dze. Goły, bo było tak go­rąco, chcia­łam, żeby się tro­chę ochło­dził. Bar­dzo się poci. Otwo­rzy­łam drzwi wyj­ściowe, żeby zro­bić lekki prze­ciąg.

Se­jer ob­ser­wo­wał jej mowę ciała i ton głosu. Była te­raz cał­kiem spo­kojna i skon­cen­tro­wana, jakby w końcu przej­mo­wała kon­trolę nad sy­tu­acją. Jej głos był nieco mo­no­tonny, to mo­gło ozna­czać dy­stan­so­wa­nie się. Jakby nie przyj­mo­wała cze­goś do wia­do­mo­ści, cze­goś okrop­nego, na co nie była go­towa.

- Po­tem mu­sia­łam iść do ła­zienki - kon­ty­nu­owała. - Mu­sia­łam coś zro­bić. I za­jęło to tro­chę czasu. Kiedy wró­ci­łam, zo­ba­czy­łam, że go nie ma, nie sie­dział już na swo­jej ma­cie do za­bawy, a sa­lon był pu­sty. Tommy wła­śnie na­uczył się cho­dzić - wy­ja­śniła - i jest na­prawdę bar­dzo ener­giczny. W mi­nutę po­tra­fił po­ko­nać nie­zły dy­stans, a prze­cież nie było mnie przez ja­kiś czas. Naj­pierw po­bie­głam do sy­pialni, zaj­rza­łam na­wet pod koł­drę, wia­domo, kom­plet­nie spa­ni­ko­wa­łam. Po­tem wy­le­cia­łam z domu i szu­ka­łam go na po­dwórku. Ale ni­g­dzie go nie było, ani w pia­skow­nicy, ani za do­mem, nie chcia­łam na­wet my­śleć o je­zio­rze. Cho­ciaż tam było i sta­no­wiło oczy­wi­ste za­gro­że­nie, po pro­stu nie mo­głam o tym my­śleć. Wresz­cie tam po­szłam, mu­sia­łam prze­cież prze­szu­kać wszystko. Za­uwa­ży­łam go tuż obok po­mo­stu. Le­żał na dnie twa­rzą do dołu. Bez za­sta­no­wie­nia rzu­ci­łam się do wody i wy­cią­gnę­łam go na brzeg. A po­tem za­wo­ła­łam Ni­co­laia, ile sił w płu­cach. Zbiegł z góry, był kom­plet­nie spa­ni­ko­wany. To było ta­kie dziwne, sły­sza­łam krzyk, ale nie roz­po­zna­wa­łam głosu, mimo że to był mój głos, ro­zu­mie pan, o czym mó­wię?

Za­mil­kła. Unie­sioną dło­nią otarła sa­motną łzę.

- Nie udało nam się go ocu­cić, już go nie było. Ni­co­lai we­zwał ka­retkę, przy­je­chali bar­dzo szybko, pró­bo­wali go re­ani­mo­wać, trwało to całą wiecz­ność, może na­wet go­dzinę, mu­siałby pan zo­ba­czyć, jak się sta­rali. Ale ich wy­siłki nic nie po­mo­gły, Tommy już od­szedł.

Se­jer słu­chał jej mo­no­ton­nego ze­zna­nia. Przez cały czas ob­ser­wo­wał ją, śle­dził jej ton głosu, mi­mikę i ge­sty. To wszystko coś zna­czyło, lata do­świad­czeń w pracy z ludźmi na­uczyły go in­ter­pre­ta­cji. Z pew­no­ścią można ją było uznać za wia­ry­godną. Naj­praw­do­po­dob­niej stało się tak, jak mówi, ta­kie wy­padki zda­rzały się na­gmin­nie, uto­nię­cia więk­szych i mniej­szych dzieci, zwy­kle pod­czas za­bawy. Ale ist­niała też moż­li­wość, że to wszystko z jej strony było grą. Tkwiło w niej coś dra­ma­tycz­nego, coś wy­my­ślo­nego, bez wąt­pie­nia była za­ab­sor­bo­wana wy­glą­dem i tym, jak od­bie­rają ją inni. Plecy trzy­mała pro­sto, a pod­bró­dek wy­soko.

- Czy Tommy był zdro­wym chłop­cem? - za­py­tał.

- O tak - od­parła zde­cy­do­wa­nie. - No, ma ze­spół Do­wna. Ale poza tym jest ab­so­lut­nie, cał­ko­wi­cie zdrowy, ni­gdy nie cho­ro­wał, nic ta­kiego. A tak, miał kie­dyś in­fek­cję ucha. Na­gle do­stał wy­so­kiej go­rączki i mu­sie­li­śmy je­chać na po­go­to­wie w środku nocy. Po­dali mu tam le­kar­stwo i od razu wy­zdro­wiał. No, po paru dniach. Poza tym ab­so­lut­nie nic.

- A na co dzień czym się prze­ja­wiał ze­spół Do­wna? Może pani o tym tro­chę opo­wie­dzieć?

- No, po­trze­buje tro­chę do­dat­ko­wej po­mocy. Ta­kie dzieci roz­wi­jają się bar­dzo po­woli, nie uczą się tak szybko jak inne - wy­ja­śniła. - Wie pan, jak to jest.

- Jak wy­glą­dał wasz zwy­kły dzień w domu? Czy nie­po­ko­iło pa­nią to je­zioro i za­gro­że­nie z nim zwią­zane?

Ski­nęła głową. Po­wie­działa, że to było ry­zy­kowne miesz­kać z ma­łym dziec­kiem tuż obok głę­bo­kiego, ku­szą­cego akwenu.

- Ale nie mo­gli­śmy cią­gle bać się wszyst­kiego, co może się wy­da­rzyć - do­dała. - Lu­dzie żyją nad wodą. Dzieci do­ra­stają nad mo­rzem. W ciągu za­le­d­wie kilku ostat­nich lat dwójka dzieci uto­nęła tu na plaży. Wiem, że ta­kie rze­czy się zda­rzają. A te­raz przy­tra­fiło się to nam.

- No tak. - Ski­nął głową. - Oczy­wi­ście to prawda, co pani mówi, jed­nak chcia­łem spy­tać o coś jesz­cze. Jest pani bar­dzo młodą matką. Czy Tommy był chcia­nym dziec­kiem? Czy był pla­no­wany?

- Tak, był chciany. To zna­czy... ja ni­czego nie uży­wa­łam, Ni­co­lai też nie. Więc nie by­li­śmy spe­cjal­nie za­sko­czeni, kiedy zo­rien­to­wa­łam się, że je­stem w ciąży. Bar­dzo się ucie­szy­łam, gdy zo­ba­czy­łam po­zy­tywny wy­nik te­stu. Na­prawdę się cie­szy­li­śmy. Ska­ka­li­śmy i tań­czy­li­śmy po kuchni jak dwójka ma­łych dzieci. To jest od­po­wiedź na pana py­ta­nie - do­dała z bla­dym uśmie­chem. - Tak, oczy­wi­ście, że był chciany. Upra­gniony, z ca­łego serca, musi mi pan uwie­rzyć.

- A po­tem - pod­jął Se­jer ze spo­ko­jem - Tommy w końcu przy­szedł na świat. Może pani opo­wie­dzieć tro­chę o swo­jej ciąży, jak się pani czuła? Czy było pani ciężko? Jest pani bar­dzo drobna, dziecko to pew­nie nie lada cię­żar do udźwi­gnię­cia.

- O nie - za­opo­no­wała szybko, na­gle pełna ener­gii. - To było bar­dzo miłe uczu­cie. Ciąża prze­bie­gała gładko, by­łam w świet­nej for­mie. Wszy­scy wo­kół mó­wili, że wy­glą­dam bar­dzo ład­nie. I przez cały czas czu­łam się fan­ta­stycz­nie. Nie przy­ty­łam też za dużo, zresztą Tommy wa­żył tylko dwa sie­dem­set. Ni­co­lai żar­to­wał so­bie z tego. Mó­wił, że Tommy wy­glą­dał jak pud­ding z kwa­śnego mleka, był taki biały i gładki.

- Pro­szę mi opo­wie­dzieć, ja­kim był dziec­kiem. Czy był we­soły?

- Tak. - Ski­nęła głową. - Bar­dzo we­soły. Zda­rzało się, że miał pro­blemy ze snem, ale ra­dzi­li­śmy so­bie z tym. W nocy wsta­wa­li­śmy na zmianę. Cza­sami się kłó­ci­li­śmy, ale ogól­nie do­brze się do­ga­dy­wa­li­śmy.

- Kar­miła go pani pier­sią?

- Nie. Nie, nie kar­mi­łam pier­sią.

- Dla­czego nie? Nie miała pani po­karmu?

- Nie chcia­łam kar­mić pier­sią - od­parła twardo. - Wi­dzi pan, jak wy­glą­dam, nie na­daję się do tego. - Miała na my­śli swoją pła­ską klatkę pier­siową, pod krót­kim, ob­ci­słym to­pem wi­do­czne były dwie bar­dzo skromne wy­pu­kło­ści.

Na­gle za­uwa­żył u niej chwi­lową nie­chęć, jakby po­ru­szył bo­le­sny te­mat, o któ­rym nie chciała mó­wić. Za­mknęła się jak ostryga i stała kom­plet­nie nie­do­stępna. Wła­śnie wtedy, pa­trząc na wą­tłą po­stać sie­dzącą obok niego w po­strzę­pio­nych dżin­sach, po­my­ślał, że być może to ona jed­nak jest od­po­wie­dzialna za śmierć syna. Że zro­biła coś złego, że jest winna zbrodni, na­wet naj­gor­szej ze wszyst­kich. My­ślał o tym wy­łącz­nie z przy­zwy­cza­je­nia, bo taki już był jego za­wód. Po­dejrz­li­wość. Po­da­wa­nie cu­dzych słów w wąt­pli­wość. Ni­czego nie można brać za pew­nik. Jed­no­cze­śnie sta­rał się nie osą­dzać. A je­śli to na­prawdę było mor­der­stwo, po­my­ślał za­raz, jak w ogóle mo­gliby co­kol­wiek udo­wod­nić, skoro nie było świad­ków? Skoro matka twier­dziła, że chło­piec sam zszedł do wody w chwili jej nie­uwagi. Pod­czas gdy ona sama była za­jęta w ła­zience. A ogromna, po­kro­jona w pla­stry ryba le­żała na bla­cie.

- Był żąd­nym przy­gód ma­łym chłop­cem - pod­jęła Car­men. - Chciał wszystko od­kryć. Racz­ko­wał po domu z za­wrotną pręd­ko­ścią. Na­dą­ża­nie za tym było mę­czące - do­dała, ocie­ra­jąc łzę. - Cały czas bar­dzo się ba­łam, że coś się sta­nie.

Te­raz po­ko­nała ja­kąś prze­szkodę i wi­działa wszystko z dy­stansu, wszystko, co wy­da­rzyło się nad wodą, całą tra­ge­dię. Słowa pły­nęły tak ła­two, wy­ja­śniała, że Tommy był wszę­dzie i trudno było się nim opie­ko­wać, do­pre­cy­zo­wała, że nie jest ni­czemu winna i że to wszystko był wy­pa­dek. Zo­ba­czył, że zdy­stan­so­wała się od tra­ge­dii, od­su­nęła ją od sie­bie na krótką chwilę. To nie po­trwa długo, po­my­ślał, rze­czy­wi­stość ude­rzy ją z gwał­tow­no­ścią sztormu. To, co się stało, bę­dzie po­wra­cać wciąż na nowo w ca­łej po­twor­no­ści, każ­dego dnia. Przez resztę ży­cia. A w dniu, w któ­rym sama umrze, w dniu, w któ­rym nie bę­dzie miała przy­szło­ści, w dniu, w któ­rym bę­dzie mo­gła tylko wra­cać pa­mię­cią do prze­szło­ści, wszystko wróci ze szcze­gó­łami. Dziecko w ciem­nej wo­dzie, twa­rzą w dół.

- Od jak dawna mieszka pani z Ni­co­la­iem? - za­py­tał spo­koj­nie.

- Od dwóch lat. Ale je­ste­śmy ra­zem od czte­rech. Mia­łam tylko pięt­na­ście lat, kiedy się po­zna­li­śmy. Przed nim by­łam z kimś in­nym, ale skoń­czyło się to już po mie­siącu, tam­ten czło­wiek za­wiódł moje za­ufa­nie. Od tam­tej pory za­wsze by­li­śmy we dwoje, tak do­brze do sie­bie pa­su­jemy. Cho­ciaż bar­dzo się róż­nimy, to trzeba przy­znać.

- Róż­ni­cie się? W jaki spo­sób?

- Ni­co­lai jest bar­dzo po­wolny i ostrożny - wy­ja­śniła - a ja szybka i im­pul­sywna. Ro­zu­mie pan, co mam na my­śli.

- Czy był do­brym tatą?

- O tak, naj­lep­szym na świe­cie. Jest o wiele bar­dziej cier­pliwy ode mnie. Ni­gdy się nie iry­tuje ani nie de­ner­wuje, jest bar­dzo miły. Nie jest im­pul­sywny, ma bar­dzo ostrożną na­turę i można na nim po­le­gać.

- On też pró­bo­wał udzie­lić pierw­szej po­mocy?

- Tak, oboje pró­bo­wa­li­śmy. Ale wi­dzie­li­śmy, że już za późno, że jest siny, to było ab­so­lut­nie straszne. To Ni­co­lai mu­siał we­zwać po­go­to­wie, ja by­łam kom­plet­nie roz­hi­ste­ry­zo­wana i nie mo­głam so­bie z ni­czym po­ra­dzić. Czy mo­żemy od­mó­wić sek­cji zwłok? - za­py­tała gwał­tow­nie. - Prze­pra­szam, że py­tam, ale nie mogę znieść my­śli o tym, wiem, co oni ro­bią, czy­ta­łam w ga­ze­cie. I nie chcę, by ktoś tak grze­bał w ciele Tommy'ego.

Se­jer zwró­cił uwagę na słowo "grze­bać" i na jej nie­chęć do do­kład­nego zba­da­nia ciała, ale nie wy­cią­gnął z tego żad­nych no­wych wnio­sków. Spo­tkał się z tym pro­ble­mem już wcze­śniej. Czę­sto w związku z sa­mo­bój­stwem lub śmier­cią łó­żecz­kową. Lu­dzie pra­gnęli po­cho­wać swo­ich bli­skich w ca­ło­ści, było to cał­ko­wi­cie zro­zu­miałe. Nie chcieli za­pa­dłego ciała wy­pcha­nego pa­pie­rem.

- Sek­cja zwłok jest bar­dzo ważna - za­uwa­żył. - Może nam wiele wy­ja­śnić.

- Prze­cież zna­la­złam go w wo­dzie - nie ustę­po­wała. - Uto­nął. Przy­czyna śmierci jest ja­sna, nie wi­dzę sensu sek­cji.

- Musi pani zro­zu­mieć - po­wie­dział Se­jer cier­pli­wie - że mamy tu do czy­nie­nia z na­głym, nie­ocze­ki­wa­nym zgo­nem. W ta­kich przy­pad­kach pro­ce­dura na­ka­zuje wy­ko­na­nie sek­cji zwłok. Pro­szę mi uwie­rzyć, bę­dziemy bar­dzo ostroż­nie po­stę­po­wać z cia­łem.

Od tego mo­mentu stała się mniej chętna do roz­mowy. Za­mknęła się w so­bie i uni­kała jego wzroku, ob­ra­ca­jąc na palcu srebrny pier­ścio­nek z czer­wo­nym ka­mie­niem. Może była zmę­czona, a może zde­ner­wo­wana, trudno okre­ślić. Se­jer na­brał te­raz pew­nych po­dej­rzeń, więc sta­rał się ją nieco przy­ci­snąć. Wie­dział, że w prze­szło­ści wiele dzie­cio­bójstw błęd­nie uzna­wano za wy­padki. Ale dzieci, naj­słabsi człon­ko­wie spo­łe­czeń­stwa, mają prawo do spra­wie­dli­wo­ści. Po raz ko­lejny przy­po­mniały mu się jego mło­dzień­cze ide­ały. Wszystko to, czego na­uczył go oj­ciec, prawo, prawda i spra­wie­dli­wość.

- Mogę za­dzwo­nić do taty? - za­py­tała. - Mu­szę wszystko mu opo­wie­dzieć. Mają tylko mnie - do­dała. - A Tommy jest ich je­dy­nym wnu­kiem.

Znów za­częła szlo­chać.

- Mia­łam sio­strę, ale jej już nie ma - do­dała. - To bę­dzie dla nich za dużo. Tata ma chore serce, a mama jest taka ner­wowa.

- Oczy­wi­ście - po­wie­dział spo­koj­nie Se­jer - bę­dzie pani mo­gła za­dzwo­nić. Musi pani być jed­nak przy­go­to­wana na nie­przy­jemne roz­mowy z nami. Tak to już jest, mimo że za­wsze mamy do­bre in­ten­cje. Pro­szę się nie bać, ra­zem wy­ja­śnimy tę sprawę.

Po­now­nie od­szu­kała wzro­kiem Franka. Spał na dy­wa­nie. Po­tem spoj­rzała Se­je­rowi pro­sto w oczy. Zmru­żyła oczy.

- Czy je­stem o coś po­dej­rzana?

Se­jer po­zwo­lił jej chwilę po­sie­dzieć w nie­pew­no­ści. Miał to samo prze­czu­cie, co Skarre - że coś jest nie tak. Że cze­goś bra­ko­wało w jej za­cho­wa­niu, bio­rąc pod uwagę tra­ge­dię, która się wy­da­rzyła. To uczu­cie spra­wiło, że parł da­lej.

- Jak uprze­dzi­łem - po­wie­dział - mu­simy usta­lić prze­bieg wy­da­rzeń. Funk­cjo­na­riusz prze­szuka wasz dom, to też zwy­kła pro­ce­dura, nie musi się pani mar­twić.

Car­men wga­piła się w niego.

- Co ta­kiego? Dom? Prze­cież uto­pił się w je­zio­rze, nic z tego nie ro­zu­miem!

Znowu wy­bu­chła pła­czem. Od­gar­niała z czoła opa­da­jące włosy.

- W domu nic prze­cież nie ma - upie­rała się. - Nie mogę zro­zu­mieć, kto dał wam prawo za­wra­cać mi głowę ta­kimi rze­czami. Prze­szu­kać dom?! I co tam chce­cie zna­leźć?

Se­jer wstał z krze­sła. Prze­su­nął je tak, że sie­dzieli twa­rzą w twarz. Car­men ewi­dent­nie po­czuła się nie­pew­nie i spo­chmur­niała.

- Nie chcia­łam krzy­czeć - po­wie­działa - po pro­stu to wszystko jest ta­kie dziwne. Trudno mi uwie­rzyć, że to się stało. Czy to pan bę­dzie prze­słu­chi­wał Ni­co­laia?

- Tak, ja z nim po­roz­ma­wiam. Mu­szę spraw­dzić, czy wa­sze wer­sje się zga­dzają. Ro­zu­mie pani, że tak wła­śnie pra­cu­jemy, prawda?

- Ale prze­cież na pewno bę­dzie się zga­dzać. - Znów się roz­pła­kała. - Nie my­śli pan chyba, że kła­mię?

*

W przed­po­koju wi­siało tro­chę ubrań na rzę­dzie koł­ków.

Dwie pary ko­za­ków, jedne ka­lo­sze, kilka par in­nych bu­tów na półce. Za­wią­zana re­kla­mówka, praw­do­po­dob­nie ze śmie­ciami, które mieli wy­rzu­cić do ko­sza przy dro­dze, drzwi do piw­nicy, ciem­nej i ta­jem­ni­czej. Więk­szy przed­po­kój z ko­modą i lu­strem, sa­motna kurtka z od­bla­skami na rę­ka­wach. Po pra­wej stro­nie mały sa­lon, w któ­rym do­mi­no­wał pła­ski te­le­wi­zor, dość duży, może pięć­dzie­siąt cali. Dwa fo­tele, je­den z pod­nóż­kiem. Re­gały z wie­loma książ­kami, nie­które w du­żym for­ma­cie, o pta­kach i zwie­rzę­tach. Obok po­koju te­le­wi­zyj­nego ja­dal­nia ze sto­łem i czte­rema krze­słami oraz biurko z iMa­kiem.

Skarre cho­dził od po­koju do po­koju i no­to­wał każdy szcze­gół. Zwię­dłe kwiaty w do­nicz­kach, cza­so­pi­sma na stole. Pi­lot i pu­sta puszka po coli, na ka­na­pie koc z czer­wo­nymi frędz­lami. Mata do za­bawy na pod­ło­dze, z dzwo­necz­kami i kie­sze­niami. Na ścia­nie czarno-białe zdję­cie dziecka, zro­bione przez do­brego fo­to­grafa ama­tora, być może sa­mego Ni­co­laia. Ze­spół Do­wna był wi­do­czny w oczach dziecka i w ni­skim, nieco gru­bym ciele z pulch­nymi dłońmi. Chło­piec stał na kwie­ci­stej łące wśród sto­kro­tek i mle­czy, miał na so­bie tylko pie­lu­chę. Tak, to rze­czy­wi­ście było go­rące lato, lu­dzie zrzu­cali z sie­bie ubra­nia, jak tylko mo­gli. Długo stał i pa­trzył na fo­to­gra­fię chłopca, ogar­nęło go wzru­sze­nie. Ode­rwał się wresz­cie i po­szedł do sy­pialni, zaj­rzał do środka, sto­jąc w otwar­tych drzwiach. Czuł, że na­ru­sza czy­jąś pry­wat­ność, jak za­wsze, jakby był pod­glą­da­czem. Wtrą­cał się w ży­cie in­nych lu­dzi, ale było to ko­nie­czne. Otrzą­snął się i pod­szedł do okna. Z tej czę­ści domu nie było wi­dać je­ziorka, pa­trzył pro­sto na kępę cięż­kich drzew, w bez­po­śred­nim są­siedz­twie nie wi­dział żad­nych in­nych do­mów. Dwa po­je­dyn­cze łóżka złą­czone ze sobą. Je­den sto­lik nocny był schludny, na dru­gim stały bu­dzik, spray do nosa, pa­pie­rowe chu­s­teczki, szklanka wody. Ze­ga­rek na rękę, szczotka do wło­sów i opa­ko­wa­nie pa­ra­ce­ta­molu na wy­pa­dek go­rączki lub bólu głowy. Po­ściel była nie­bie­ska w białe chmurki, może z Ikei. Na koł­drze le­żał stary plu­szowy miś i pa­trzył ślepo na niego czar­nymi szkla­nymi oczami. A w ką­cie białe dzie­cięce łó­żeczko z ka­ru­zelą - cztery ko­ły­szące się ptaki z czer­wo­nymi pió­rami. Tu też le­żał plu­szowy miś, now­szy, wy­da­wał się drogi. Może ku­pili go dziad­ko­wie, pod­czas gdy stary plu­szak zo­stał wy­gnany do łóżka dla do­ro­słych. W ła­zience wi­siało kilka wy­pra­nych par skar­pe­tek. Poza tym nic cie­ka­wego. Wszedł po­now­nie do sa­lonu, usiadł na so­fie, wy­brał nu­mer Se­jera.

- Nic god­nego uwagi - za­mel­do­wał. - Żad­nych szcze­gól­nych zna­le­zisk, zwy­kły, co­dzienny ba­ła­gan.

- Gdzie je­steś te­raz?

- W sa­lo­nie.

- Mu­sisz iść do kuchni - po­le­cił Se­jer. - Zo­bacz, czy jest tam ryba. Czy nie ma cze­goś na bla­cie, skład­ni­ków szy­ko­wa­nego obiadu?

Skarre wy­szedł i ro­zej­rzał się po schlud­nej kuchni.

- Tak, wy­gląda jak ło­soś, jest czę­ściowo po­kro­jony. To cię sa­tys­fak­cjo­nuje? Poza tym nic. W ła­zience schną skar­petki, mały ba­ła­gan przy łóżku, ta­kie co­dzienne dro­bia­zgi. Na bla­cie bu­telka po whi­sky. Więc jedno z nich pije, przy­pusz­czal­nie Ni­co­lai.

- Dla­czego tak my­ślisz?

- Dziew­czyny w tym wieku nie piją prze­cież whi­sky.

- Masz chyba ra­cję - od­parł Se­jer. - Jak do­tąd ze­zna­nia Car­men wy­dają się wia­ry­godne. Dziwne jed­nak, że spra­wia wra­że­nie zdez­o­rien­to­wa­nej co do prze­biegu wy­da­rzeń. Daj znać, je­śli znaj­dziesz coś jesz­cze. Tym­cza­sem po­roz­ma­wiam z Ni­co­la­iem i zo­ba­czymy, czy ich wer­sje są zgodne.

- Więc co o tym my­ślisz? - spy­tał Skarre.

- Stan­dar­dowa sprawa, może jedno z nich kła­mie. Je­śli tak jest, to winny nie może nam uciec.

*

- Było już za późno - po­wie­dział Ni­co­lai Brandt - zu­peł­nie zsi­niał. Pa­znok­cie i usta miał aż nie­bie­skie, był biały jak płótno. Wi­dzia­łem, że to Tommy, ale jed­no­cze­śnie wy­da­wał się taki obcy. I zda­łem so­bie sprawę, że to już ko­niec, a Car­men wpa­dła w kom­pletną hi­ste­rię, nie mo­gli­śmy my­śleć, chyba wszystko zro­bi­łem źle. Do ni­czego się nie na­daję - do­dał dra­ma­tycz­nie, ocie­ra­jąc łzę.

- Gdzie pan był, kiedy Car­men we­zwała pana na po­moc? - za­py­tał Se­jer.

- W piw­nicy. Na­pra­wia­łem ro­wer. Za­ra­biam tro­chę na ta­kich dro­bia­zgach, to był ro­wer ko­legi. Na­sma­ro­wa­łem i wy­mie­ni­łem łań­cuch, i tyle.

- Tak więc - cier­pli­wie pod­su­mo­wał Se­jer - stał pan po­chy­lony nad tym ro­we­rem. Co pan po­my­ślał, kiedy usły­szał pan krzyk Car­men?

- Ona nie krzy­czała, ona wrzesz­czała - po­pra­wił Ni­co­lai. - Od razu zda­łem so­bie sprawę, że Tommy jest w wo­dzie. Za­wsze ba­łem się tego prze­klę­tego je­ziorka. Tommy jest wszę­dzie, do­piero co na­uczył się cho­dzić, więc jest nie­prze­wi­dy­walny. Rzu­ci­łem więc ro­wer i po­bie­głem tak szybko, jak tylko mo­głem, do wody. Car­men go już wy­cią­gnęła. Pró­bo­wa­li­śmy wszyst­kiego, co się dało, aby go przy­wró­cić do ży­cia, ale nic nie po­mo­gło, już go z nami nie było. Już wtedy, już po kilku mi­nu­tach, zda­łem so­bie sprawę, że jest za późno. Za­dzwo­ni­li­śmy więc na nu­mer alar­mowy, szybko przy­je­chali i pod­jęli próbę re­ani­ma­cji. Ale im też się nie udało, cho­ciaż byli w tym lepsi niż my, ro­bili to prze­cież wiele razy. Wi­dzie­li­śmy, że się na tym znają. Pew­nie ura­to­wali wiele ist­nień ludz­kich. Więc cią­gle mia­łem na­dzieję. Cze­ka­łem, aż się obu­dzi i może od­kaszl­nie tro­chę wody. Aż ko­lor wróci na jego twarz i Tommy znów za­cznie od­dy­chać.

Ni­co­lai był bar­dzo blady, mimo sło­necz­nego lata, a oczy miał ciemne z żalu i roz­pa­czy. Być może po raz pierw­szy zo­ba­czył śmierć z bli­ska, miał do­piero dwa­dzie­ścia lat. A śmierć wi­dziana z ta­kiej od­le­gło­ści po raz pierw­szy jest za­wsze dra­ma­tycz­nym prze­ży­ciem.

- No tak - po­wie­dział po chwili Kon­rad Se­jer. - Czy Tommy scho­dził już kie­dyś sam do je­ziorka? To prze­cież nie­da­leko, może pięć­dzie­siąt me­trów. Czy wy­cho­dził sam z domu na traw­nik, czy coś w tym stylu? Pa­mięta pan ta­kie epi­zody?

Ni­co­lai splótł ręce na ko­la­nach. Także był wą­tłym chło­pa­kiem, pa­so­wał do smu­kłej Car­men, a te­raz byli jak dwie po­tę­pione du­sze po­sta­wione obok sie­bie. Miał cien­kie, za­cze­sane do tyłu włosy, które się­gały karku. Na jed­nej dłoni mały ta­tuaż, chyba ja­kiś ja­poń­ski zna­czek.

- Co ozna­cza pań­ski ta­tuaż? - za­py­tał Se­jer za­cie­ka­wiony.

- Od­wagę.

- I co, działa?

- Nie, w ogóle. Za­wsze by­łem tchó­rzem. Czy mo­żemy zo­stać ska­zani za za­nie­dba­nie?

Se­jer zi­gno­ro­wał py­ta­nie.

- Dla­czego na­zywa się pan tchó­rzem? - za­py­tał. - Kto tak po­wie­dział?

- Ja tak mó­wię. Po pro­stu to wiem, nie musi mnie pan po­cie­szać. Bo chyba na to nie za­słu­ży­łem.

- No do­brze - od­parł Se­jer, bo chciał kon­ty­nu­ować. - Tommy. Czy wcze­śniej wy­cho­dził z domu? Na po­dwórko czy do ogrodu?

- Tak, zda­rzyło się to parę razy. Kiedy do­ciera do scho­dów, po­ko­nuje je na czwo­ra­kach. Mó­wi­łem Car­men, że wszyst­kie drzwi mu­szą być za­mknięte, bo on jest taki szybki. Ale dzi­siaj jest tak go­rąco, dla­tego drzwi były otwarte na oścież.

- Może pan po­wie­dzieć coś o tym, co ro­biła Car­men, kiedy znik­nął Tommy? Czy wie pan coś o tym?

Po­my­ślał chwilę. Od­gar­nął cien­kie włosy wy­ta­tu­owaną dło­nią.

- Nie wiem. Pew­nie krę­ciła się po domu. Zaj­mo­wała się obia­dem czy coś. Dba o dom, lubi go po­rząd­ko­wać i upięk­szać. I przy­go­to­wy­wać je­dze­nie, praw­dziwa z niej go­spo­dyni.

- Gdzie pan pra­cuje?

- U te­ścia, w cen­trum mia­sta. W jego re­stau­ra­cji przy Torg­gata, w Zita Qu­ick.

- Do­brze się panu pra­cuje dla te­ścia?

- Tak, on jest w po­rządku. Ale miał roz­le­gły za­wał serca, więc nie może się prze­mę­czać, a my z Car­men po­ma­gamy, jak tylko mo­żemy. Nie za­ra­biamy dużo, na szczę­ście nie­wiele nam po­trzeba. Od uro­dze­nia Tommy'ego Car­men nie pra­cuje. Ma wró­cić do pracy, jak tylko Tommy...

Na­gle przy­po­mniał so­bie, co się stało. Frank wstał ze swo­jego miej­sca i pod­szedł do Ni­co­laia. Po­li­zał jego dłoń cie­płym ję­zy­kiem.

- Lubi pan psy? - spy­tał Se­jer, by tro­chę go roz­pro­szyć.

Ski­nął głową i po­gła­dził po­marsz­czony łeb.

- Tak, po­dob­nie jak Car­men. Ale nie chcie­li­śmy mieć psa ze względu na Tommy'ego. To zna­czy... cze­ka­li­śmy, aż skoń­czy trzy, cztery lata. Od­kła­da­nie rze­czy na póź­niej to głu­pota, te­raz to wi­dzę. Na­gle ży­cie się koń­czy... i na wszystko jest za późno. Te­raz dom bę­dzie taki pu­sty. Przy­zwy­cza­ili­śmy się do krzy­ków i śmie­chu dziecka, nie wiem, jak mamy te­raz żyć! - Wy­buchł pła­czem. Sie­dział bez­rad­nie na krze­śle i ocie­rał łzy.

- Otrzy­ma­cie po­moc psy­cho­loga - za­pew­nił Se­jer. - Je­śli oczy­wi­ście ją przyj­mie­cie.

Ni­co­lai sta­now­czo po­trzą­snął głową.

- Nie, nie wie­rzę w ga­da­nie. Wo­lał­bym, że­by­ście po pro­stu zo­sta­wili nas w spo­koju. Czy mo­żemy już wró­cić do domu? Nie ro­zu­miem tych wszyst­kich py­tań, bar­dzo mnie to de­ner­wuje.

- Tak, wkrótce bę­dzie­cie mo­gli wró­cić do domu. Cze­kamy też na sek­cję zwłok, bę­dziemy w kon­tak­cie.

Ni­co­lai po­trzą­snął głową z fru­stra­cją.

- Ale prze­cież nie ma tu czego szu­kać - po­wie­dział. - My­ślę, że mo­gli­by­ście dać so­bie z tym spo­kój.

- Pro­szę wy­ba­czyć - od­rzekł Se­jer - ale bio­rąc pod uwagę oko­licz­no­ści, jest to ab­so­lut­nie nie­zbędne. I na­wet je­śli nie ro­zu­mie pan ko­niecz­no­ści śledz­twa, za­pew­niam, że leży to w naj­lep­szym in­te­re­sie Tommy'ego. Wszystko musi się wy­ja­śnić, może mi pan za­ufać?

- To wy­daje mi się ta­kie okropne - mruk­nął. - Le­d­wie mogę o tym my­śleć, otwo­rzą to ma­leń­kie ciałko i po­wy­cią­gają wszystko ze środka.

- Po­tem wcale tego nie wi­dać - za­pew­nił Se­jer - ma pan na to moje słowo. Może pan być pewny, że po­że­gna się z sy­nem bez prze­ra­ża­ją­cych wi­do­ków. Pro­szę o tym po­roz­ma­wiać z do­mem po­grze­bo­wym, oni po­ma­gają w ta­kich spra­wach.

Ni­co­lai długo mil­czał. Kie­ru­jąc wzrok w stronę okna, Se­jer po­my­ślał o Car­men. Jaki mia­łaby mo­tyw, żeby świa­do­mie wrzu­cić Tommy'ego do wody? Czy nie mo­gła już go znieść? Czy wcale nie był chcia­nym dziec­kiem, jak twier­dziła? Czy uczy­nił ją nie­wol­nicą, czy po­sia­da­nie cho­rego syna było dla niej ob­cią­że­niem, zbyt wiel­kim brze­mie­niem, przy­tła­cza­ją­cym, bez końca, nad­rzęd­nym i mę­czą­cym obo­wiąz­kiem? Więc dzi­siaj, w środę dzie­sią­tego sierp­nia, zde­cy­do­wała się na ten krok, na po­zby­cie się go raz na za­wsze? Może dla­tego, że był inny... Czy na­prawdę mo­gło tak być? Czy może nic z tych rze­czy. Tylko tra­giczny wy­pa­dek, ja­kich bywa wiele, ni­czyja wina?

Kiedy ich wy­pu­ścił, była szó­sta po po­łu­dniu. Ja­cob Skarre od­wiózł Car­men i Ni­co­laia do domu. Na po­dwórku się ro­zej­rzał, dom stał dość da­leko od są­sia­dów, sa­mot­nie. Nie­wąt­pli­wie nad je­zior­kiem mo­gła się wy­da­rzyć ja­kaś zbrod­nia tego sierp­nio­wego dnia. Żywa du­sza by tego nie zo­ba­czyła.

*

Frank nie pró­bo­wał się przy­wi­tać, Hol­the­mann też nie był za­in­te­re­so­wany, więc pies po­słusz­nie się od­su­nął i po­ło­żył w ką­cie. Na­czel­nik wy­działu nie miał dla niego na­wet odro­biny cie­pła, zwie­rzę już dawno się z tym po­go­dziło. Te­raz Hol­the­mann spoj­rzał na Se­jera zmru­żo­nymi bla­dymi oczami ukry­tymi za gru­bymi i nie­zbyt czy­stymi oku­la­rami. Pod ścianą w ką­cie stała jego la­ska ze srebrną rączką i wy­gra­we­ro­wa­nym na za­mó­wie­nie her­bem. Hol­the­mann miał chorą nogę, na­prawdę bar­dzo chorą. Szwan­ko­wało mu krą­że­nie, żyły aż do pa­chwiny były za­tkane, a strach przed am­pu­ta­cją nie da­wał mu spać. Nie­wy­klu­czone, że trzeba bę­dzie usu­nąć koń­czynę po­wy­żej ko­lana. Ta myśl przy­pra­wiała go o mdło­ści ze zgrozy. Czę­sto bu­dził się w nocy po kilku go­dzi­nach snu, mo­kry od potu, śniąc o su­ro­wym, od­cię­tym ki­ku­cie. Nie chciał pro­tezy, nie po­do­bała mu się idea czę­ści za­mien­nych, był dum­nym czło­wie­kiem. Wi­dział jed­nak, że skóra na no­dze jest prze­bar­wiona od kostki w górę, a kiedy przy­ci­skał pa­lec do mię­si­stej łydki, two­rzył się dół, który po­zo­sta­wał przez długi czas. Prze­ra­żało go to śmier­tel­nie.

Fakt, że po­ru­szał się tak wolno, wpro­wa­dzał w błąd wielu lu­dzi - my­śleli, że jest po­wolny i ocię­żały. W rze­czy­wi­sto­ści był ostry jak kosa, po­mimo swo­jego wieku i wy­glądu oraz gru­bych oku­la­rów.

- Za­trzy­masz ich? - za­py­tał z lek­kim uśmie­chem. - Są ja­kieś sprzecz­no­ści?

- Car­men Zita jest tro­chę zdez­o­rien­to­wana co do prze­biegu wy­da­rzeń - od­rzekł Se­jer. - Waha się i wy­daje się nie­pewna, kiedy pro­szę ją, by mi wszystko zre­la­cjo­no­wała. Tak, to tylko dro­biazg, może nie­istotny szcze­gół, jest prze­cież w szoku. Ale oczy­wi­ście zdez­o­rien­to­wa­nie może coś zna­czyć, więc je­stem czujny. Oj­ciec dziecka wy­daje się bar­dzo wia­ry­godny, jego smu­tek jest praw­dziwy w ja­kiś inny spo­sób. Car­men udaje, my­ślę, że gra. Ale łzy są praw­dziwe, płyną bez prze­rwy. Ni­gdy nie wi­dzia­łem, żeby ktoś tak be­czał. I w prze­ci­wień­stwie do cie­bie nie mia­łem chu­s­te­czek.

Hol­the­mann od­chy­lił się i za­ło­żył ręce za głowę.

- I tak trudno bę­dzie coś udo­wod­nić - po­my­ślał. - To zna­czy, je­śli w ogóle do­szło do prze­stęp­stwa. Mógł zejść do wody sam. Po­wie­działa, że jest bar­dzo ru­chliwy, że do­piero co na­uczył się cho­dzić i chce wszę­dzie wejść. Co mówi Snor­ra­son? Roz­ma­wia­łeś z nim?

- Obie­cuje szybko do­star­czyć nam wy­niki. Ale oba­wiam się, że żadne de­cy­du­jące usta­le­nia nie zo­staną po­czy­nione. Co by to miało być? Na ile zdo­ła­li­śmy oce­nić, na ciele nie ma śla­dów prze­mocy, ale oczy­wi­ście mu­simy do­wie­dzieć się, czy żył, kiedy wpadł do wody, to jest te­raz prio­ry­tet. Biorę wszystko pod uwagę, być może szu­kam dziury w ca­łym. Ale moje prze­czu­cia nie za­pro­wa­dzą nas da­leko w są­dzie i chyba po­win­ni­śmy się z tego cie­szyć, prawda?

- Nie bądź taki pewny na­szego sys­temu - upo­mniał go Hol­the­mann - nie jest nie­omylny. Czy mamy coś na te­mat tej dwójki?

- Nie, żadne z nich nie było ka­rane. Twoja noga. - Ru­chem głowy wska­zał łydkę Hol­the­manna. - Żyje jesz­cze?

- Le­dwo. Pra­wie nie mam w niej czu­cia, jest cał­ko­wi­cie odrę­twiała.

- Za­cznij ko­rzy­stać z bieżni - za­su­ge­ro­wał Se­jer. - Po­pra­wisz krą­że­nie.

Na­czel­nik wy­działu po­trzą­snął głową.

- Nie - od­parł sta­now­czo. - Co ma być, to bę­dzie. Nikt nie zmusi mnie, że­bym bie­gał jak szczur w ko­ło­wrotku.

*

Dzie­siąty sierp­nia. Wie­czór.

Car­men ob­ser­wo­wała go przez okno. Stała tak przez chwilę, za­ła­mu­jąc ręce. Ni­co­lai prze­szedł przez po­dwórko na po­most. Sie­dział na kra­wę­dzi i wy­glą­dał tak bez­na­dziej­nie. Po­szła za nim, po­woli i z wa­ha­niem, nie­pewna, co po­wie­dzieć. Słowa, któ­rych go­rącz­kowo szu­kała, ro­sły jej w ustach, po­czuła, że chce jej się pić.

- Ni­co­lai - za­częła ostroż­nie - on już nie wróci. Ja­koś mu­simy so­bie z tym po­ra­dzić. Mam na my­śli przy­szłość, mu­simy coś wy­my­ślić. Chodź już, mu­simy coś zjeść, jest późno. - Stała na po­mo­ście, cią­gnęła go, pro­siła. Ale twarz Ni­co­laia po­sza­rzała z żalu, a jego rzad­kie brą­zowe włosy były w dzi­kim nie­ła­dzie. Ni­gdy nie wi­działa go ta­kim, ni­gdy nie wi­działa go tak bez­rad­nego i opusz­czo­nego.

- Jak mo­żesz my­śleć o je­dze­niu, kiedy Tommy od­szedł na za­wsze? - spy­tał. - Na­prawdę nie ro­zu­miem tego.

Usia­dła obok niego i wzięła go pod ra­mię. Czuł jej pa­znok­cie na swo­jej skó­rze, jak ostre szpony.

- Je­śli nie bę­dziemy jeść, też umrzemy. A Tommy by tego nie chciał.

Ni­co­lai wy­buch­nął, nie mógł się po­zbie­rać.

- Nic nie wiesz o tym, czego chciał Tommy! Po­win­naś była za­mknąć drzwi. Wiesz, jaki on jest, cho­dzi wszę­dzie. Lu­dzie mó­wią, że te dzie­ciaki są po­wolne, ale to nie­prawda, Tommy był szybki jak wie­wiórka.

- Tak... ale było tak go­rąco. A ty by­łeś jak zwy­kle w piw­nicy, tam jest przy­jem­nie chłodno, więc ła­two ci mó­wić. Nie po­wi­nie­neś mnie ob­wi­niać - do­dała - tak nie można. Już i tak jest mi źle, nie mu­sisz tego po­gar­szać, poza tym mu­simy po­roz­ma­wiać, bo trzeba za­pla­no­wać po­grzeb, jest dużo rze­czy do za­ła­twie­nia. Wkrótce przy­je­dzie tata, po­może nam się do tego za­brać.

Ni­co­lai wy­dłu­bał odła­mek ciem­nego drewna pa­znok­ciami ob­gry­zio­nymi do krwi.

- O co cię py­tali? - spy­tała Car­men po chwili. - Mnie o różne rze­czy. Chcieli na­wet wie­dzieć, czy kar­mi­łam go pier­sią. Nie ro­zu­miem, dla­czego mu­szą wcho­dzić w ta­kie szcze­góły, to po pro­stu nie­grzeczne.

- Ty nic nie poj­mu­jesz - po­wie­dział ostro. - Nie ro­zu­miesz po­wagi sy­tu­acji. Tommy nie żyje, od­szedł. Uto­nął i to na­sza wina, bo nie za­cho­wa­li­śmy na­le­ży­tej ostroż­no­ści. Co tak na­prawdę ro­bi­łaś, kiedy Tommy wy­cho­dził z domu? Co ro­bi­łaś?

Po­my­ślała chwilę.

- Zwy­czaj­nie krę­ci­łam się po domu, sprzą­ta­łam. Chcia­łam oczy­ścić rybę na obiad. By­łam w ła­zience, wy­płu­ka­łam pra­nie. Wszystko działo się tak szybko. Szu­ka­łam go w każ­dym po­koju, za­nim po­my­śla­łam o je­ziorku. Chodź, mu­simy wró­cić do domu - na­le­gała. - Mama i tata za­raz przy­jadą, po­mogą nam z je­dze­niem.

- Ty i to twoje je­dze­nie - po­wie­dział z go­ry­czą. - Idź i się na­żryj, ja się stąd nie ru­szam. Je­śli twój oj­ciec chce, że­bym coś zro­bił, może przyjść tu na po­most, będę tu sie­dział do nocy.

Wstała, przy­gnę­biona i zroz­pa­czona. Wpa­try­wała się w sa­motną li­lię wodną na je­ziorku. Dziwne, że była tylko jedna, taka piękna i biała. A po­tem wy­rzu­ciła to z sie­bie, słowa wy­pa­dły jej z ust, za­nim zdą­żyła ze­brać my­śli:

- Mo­żemy mieć jesz­cze jedno. Je­ste­śmy tacy mło­dzi.

Ni­co­lai wcią­gnął szybko po­wie­trze, jakby ta myśl była po­tworna.

- Chcę się prze­pro­wa­dzić - po­wie­dział szybko. - Nie chcę miesz­kać w po­bliżu wody, nie z dziećmi. I nie chcę dru­giego dziecka, daj spo­kój!

Umil­kła. Ru­szyła w stronę domu, a on po­dą­żał wzro­kiem za jej smu­kłą syl­we­tką. Było w niej coś dziw­nego, gdy tak szła, w tej krót­kiej bluzce. Po­mimo tej ca­łej tra­ge­dii jej kroki były szyb­kie i lek­kie, jakby wszystko po pro­stu po niej spły­nęło, i ude­rzyło go straszne po­dej­rze­nie, mimo upału po­czuł dresz­cze na ple­cach. Była wła­ści­wie cał­kiem obo­jętna, od razu chciała uło­żyć so­bie ży­cie na nowo, choć byli prze­cież w ża­ło­bie. W głę­bo­kim, bez­den­nym smutku. On sam nie mógł my­śleć o je­dze­niu, śnie, pracy ani o dniach, które miały na­dejść bez­brzeż­nie smut­nym cią­giem.

- Idziesz? - krzyk­nęła, od­wra­ca­jąc się po raz ostatni.

- Czy ja wła­śnie nie po­wie­dzia­łem, że nie? - Na­gle go oświe­ciło. - Idź, po pro­stu idź. Żyj so­bie swoim ży­ciem!

Stała przez chwilę, pa­trząc na niego, prze­ra­żona wy­bu­chem. Nie po­zna­wała go, nie znała tej wście­kło­ści, ni­gdy wcze­śniej jej nie wi­działa.

- Roz­wie­dziemy się? - za­py­tała od razu. Te­raz ona była wście­kła, był taki nie­przy­jemny i trudny.

- Tak - od­rzekł. - Może i tak. Po­tem mo­żesz prze­ży­wać ża­łobę na swój wła­sny, dziwny spo­sób.

*

Naj­chęt­niej no­siłby ją w kie­szeni ko­szuli, bli­sko serca, miał ją za­wsze przy so­bie i w ten spo­sób chro­nił od wszel­kich okrop­no­ści i udręk, chro­nił przed każ­dym nie­bez­pie­czeń­stwem. Ko­chał Car­men Ce­si­lie naj­bar­dziej na ca­łym świe­cie, z nie­słab­nącą cier­pli­wo­ścią ojca ko­chał tę drobną ja­sno­blond istotę - swoją córkę. Przy­tu­lił ją mocno i z uczu­ciem, nie­mal znik­nęła w jego prze­stron­nych ob­ję­ciach i po­zo­stała tam na długi czas. Ma­rian Zita był ciężki i bar­czy­sty, miał krępe, becz­ko­wate ciało i cien­kie nogi o sze­ro­kich sto­pach skie­ro­wa­nych na ze­wnątrz. Gę­sta czarna grzywa wło­sów z drob­nymi pa­smami sre­bra i cięż­kie, twarde pię­ści przy­zwy­cza­jone do pracy. Wcze­śniej, w sa­mot­no­ści, Ma­rian Zita prze­kli­nał Boga i Ma­ryję Dzie­wicę. Wszyst­kie siły wyż­sze go za­wio­dły, był wście­kły z żalu i roz­pa­czy. Car­men pła­kała mu w ko­szulę, nie­po­cie­szona. Oj­ciec za­wsze był jej naj­wier­niej­szym sprzy­mie­rzeń­cem, we wszyst­kim. Bez względu na to, co się działo, bez względu na to, co przed­się­wzięła, stał po jej stro­nie, a przez lata wiele razy po­trze­bo­wała jego po­mocy. Jak wtedy, przed Ni­co­la­iem, kiedy miała chło­paka, który ją bił. I kiedy za­szła w ciążę z Tom­mym w wieku sie­dem­na­stu lat. Te­raz na­stą­pił stan wy­jąt­kowy. Matka ro­zej­rzała się po po­dwórku, prze­nio­sła wzrok w stronę je­ziorka i do­strze­gła Ni­co­laia na końcu po­mo­stu.

- Jak my­ślisz, czego on chce? Czy mamy pójść go po­cie­szać?

- Nie - od­parła Car­men. - On chce być sam. Mówi, że bę­dzie tak sie­dział do nocy - do­dała. - Nie ra­dzi so­bie zbyt do­brze z emo­cjami, po pro­stu cał­ko­wi­cie się blo­kuje. Nic się nie da z tym zro­bić, na wszystko od­po­wiada "nie". Chodź, wej­dziemy. Może za ja­kiś czas wróci do sie­bie, może zmieni zda­nie.

Ro­dzice po­dą­żyli za nią do domu. Na wi­dok maty z kół­kami i dzwo­necz­kami mama się roz­pła­kała.

- Że też nie po­sta­wi­li­śmy ogro­dze­nia. - Wes­tchnął Zita. - Bę­dzie mnie to prze­śla­do­wać do końca ży­cia. Mo­gli­śmy we­zwać cie­ślę, zro­bi­li­by­śmy to w je­den dzień.

Car­men wy­su­nęła krze­sło i usia­dła przy ku­chen­nym stole.

- Te­raz mu­simy coś zjeść - po­wie­działa sta­now­czo. - Ale kiedy wspo­mnia­łam Ni­co­la­iowi, że po­trze­bu­jemy je­dze­nia, wściekł się. Prze­cież nie ob­ra­zimy pa­mięci Tommy'ego, je­dząc.

W spoj­rze­niu ojca szu­kała po­cie­sze­nia, które za­wsze od niego otrzy­my­wała. Przez całe ży­cie uwa­żała za oczy­wi­ste, że ma do tego prawo.

- Prawda, tato? - za­py­tała bła­gal­nie. - Je­stem taka głodna. Nie ja­dłam cały dzień. Nie ob­ra­zimy pa­mięci Tommy'ego, je­śli coś zjemy?

Oj­ciec po­trzą­snął głową.

- Nie, ko­cha­nie, oczy­wi­ście, że nie. I bez względu na to, czego chce Ni­co­lai, idę do niego.

Car­men zła­pała go za ra­mię.

- On mówi, że to moja wina - po­skar­żyła się. - Że po­win­nam była za­mknąć drzwi i bar­dziej uwa­żać.

Oj­ciec wy­rzu­cił w górę ra­miona z fru­stra­cją. Ciężka po­stać pra­wie stra­ciła rów­no­wagę.

- Ta tra­ge­dia to był wy­pa­dek - po­wie­dział - i ab­so­lut­nie nie można wi­nić ni­kogo, zwłasz­cza cie­bie. Pew­nie jest po pro­stu zroz­pa­czony. Nie wie, co mówi, a po­tem bę­dzie tego ża­ło­wał, wiem, jak to jest. Pa­mię­taj o Lo­uisie - do­dał z na­ci­skiem - wiem, o czym mó­wię. - Po­gła­skał ją po po­liczku. - Jest coś ta­kiego w ża­ło­bie... - do­dał. - Trudno nam my­śleć ra­cjo­nal­nie. I z na­szych ust pa­dają słowa, któ­rych póź­niej ża­łu­jemy.

Na­stęp­nie wy­szedł i prze­ciął po­dwórko, wol­nym kro­kiem do­tarł na ko­niec po­mo­stu. Ciemne de­ski skrzy­piały pod spo­rym cię­ża­rem.

- Jak się czu­jesz? - za­py­tał ła­god­nie. - Trzy­masz się ja­koś?

Ni­co­lai wzru­szył ra­mio­nami. Wpa­tru­jąc się w sa­motną li­lię wodną, po­czuł po­tężną dłoń Zity na karku. Silny, mocny uścisk czło­wieka zde­cy­do­wa­nego.

- W ogóle się nie trzy­mam - wy­znał. - Nie daję so­bie rady. Sie­dzę tu­taj i nie mam za­miaru się ru­szyć.

Zita stał przez chwilę w mil­cze­niu. Do­sko­nale ro­zu­miał przy­gnę­bie­nie Ni­co­laia, sam był prze­cież sie­rotą. Ży­cie nie za­wsze ukła­dało mu się tak do­brze.

- Nie wiem, co ro­bić. - Wes­tchnął. - Co mógł­bym po­wie­dzieć na po­cie­sze­nie, nie ma prze­cież nic ta­kiego. Nie mam słów.

Pró­bo­wał zła­pać wzrok zię­cia. Usiadł obok niego na kra­wę­dzi po­mo­stu.

- Kilka chwil nie­uwagi i już - kon­ty­nu­ował. - Wszystko stało się tak szybko. Współ­czuję ci. Bę­dziemy cię wspie­rać w każdy moż­liwy spo­sób, wiesz, że mo­żesz na nas li­czyć. - Pod­niósł głos, bar­dziej zde­cy­do­wany: - Masz prawo do prze­ży­wa­nia ża­łoby w spo­koju. Nikt ci nie za­broni pod­dać się, ry­czeć, wście­kać i prze­kli­nać los. Ale jedno mu­szę po­wie­dzieć... - Ostat­nie zda­nie wy­brzmiało jesz­cze gło­śniej: - Ni­gdy, prze­ni­gdy nie wolno ci zrzu­cać winy na moją córkę.

Ni­co­lai sie­dział przez chwilę w mil­cze­niu. Ode­rwał wresz­cie wzrok od li­lii wod­nej i spoj­rzał po­nuro na te­ścia.

- O wielu rze­czach nie masz po­ję­cia - po­wie­dział.

- Co to ma niby zna­czyć? Te­raz już mu­sisz się wy­tłu­ma­czyć.

- Nie wszystko da się wy­ra­zić sło­wami - od­parł Ni­co­lai. - Można tak to ująć.

Zita po­czuł się nie­swojo. Nie po­do­bał mu się kie­ru­nek, w któ­rym szła ta roz­mowa, nie ro­zu­miał tych za­szy­fro­wa­nych wia­do­mo­ści.

- Nie bądź taki ta­jem­ni­czy - wark­nął. - Masz mi te­raz po­wie­dzieć, co ci leży na sercu, nie po­do­bają mi się ta­kie alu­zje. Chodź, no chodź do domu, mamy dużo do ob­ga­da­nia. I prze­pra­szam za to, co po­wiem, ale nie tylko ty je­steś w ża­ło­bie. To cios dla nas wszyst­kich.

Ni­co­lai nie miał jed­nak ochoty na ga­da­nie, nie wie­rzył w ko­jące i zba­wienne dzia­ła­nie słów. Mimo to wstał nie­chęt­nie, prze­szedł przez traw­nik, sta­nął i ro­zej­rzał się ze smut­kiem. Wszystko było ja­koś nowe, zmie­nione, nie był to znany i ulu­biony kra­jo­braz, do któ­rego przy­wykł. Po­win­ni­śmy byli po­sta­wić ogro­dze­nie, po­my­ślał, śle­dząc chy­bo­tliwy krok te­ścia w dro­dze do domu. Ogro­dze­nie ca­łej działki z za­my­kaną furtką. W ten pro­sty spo­sób ura­to­wa­liby ży­cie Tommy'emu, ale te­raz było za późno, naj­gor­sze już się stało. Wszedł za Zitą do domu, po­zwo­lił się ob­jąć te­ścio­wej, El­sie. Za­wsze była wstrze­mięź­liwa, jed­nak ta sy­tu­acja cał­ko­wi­cie ją od­mie­niła, przy­tu­liła go z ca­łej siły, za­lana łzami. Wy­rwał się i po­szedł do sa­lonu, włą­czył te­le­wi­zor, usiadł sztywno na fo­telu i oglą­dał wia­do­mo­ści, wpa­tru­jąc się tępo w mi­go­czące ob­razy. Za­wsze znaj­dzie się ktoś w gor­szej sy­tu­acji, po­my­ślał, ale co to za mi­ze­rna po­cie­cha. Wstał ocię­żale i wró­cił do kuchni.

- Mu­simy wy­brać dom po­grze­bowy - po­wie­dział Zita. - Nie naj­więk­szy i naj­droż­szy, wo­lał­bym ja­kiś mniej­szy. Cen­trum. Sły­sza­łem, że są do­brzy, cho­ciaż jest ich tylko dwóch, to nie­wielka firma. Kiedy można ode­brać Tommy'ego?

Car­men i Ni­co­lai spoj­rzeli na sie­bie. Żadne z nich nie znało od­po­wie­dzi, za­po­mnieli za­py­tać.

- Pew­nie są ja­kieś usta­lone pro­ce­dury na ta­kie rze­czy - pod­su­nął Ma­rian. - To nie może po­trwać długo, wie­dzą prze­cież, że cze­kamy. Ma­cie ja­kieś prze­my­śle­nia na te­mat po­grzebu?

- To na­sze dziecko - od­parł Ni­co­lai ła­mią­cym się gło­sem.

- Prze­pra­szam, chcia­łem tylko po­móc. Tak to jest, że pewne de­cy­zje mu­simy pod­jąć już, w tej chwili. My­śla­łem, że po­trze­bu­je­cie ko­goś, kto przej­mie stery, i tak ma­cie już dużo na gło­wie. Jak było na po­li­cji? Czy są wy­ro­zu­miali, czy trak­to­wali was z sza­cun­kiem?

- Wę­szą i do­py­tują - od­parła Car­men. - O różne rze­czy. Prze­słu­chi­wali nas w osob­nych po­ko­jach, to było okropne.

- Ale to na pewno tylko taka pro­ce­dura. Za­sady, któ­rych mu­szą prze­strze­gać w przy­padku na­głej śmierci, wy­padku. By do­kład­nie usta­lić, jak to wszystko się stało.

- Ale my to już wy­ja­śni­li­śmy. Szcze­gó­łowo. Mimo to uprze­dzili, że może bę­dziemy mu­sieli przyjść jesz­cze raz. Jakby były ko­lejne py­ta­nia. Po sek­cji zwłok. Tylko że nic tam nie znajdą, nic mu nie było. Rap­tem in­fek­cja ucha, która na­tych­miast ustą­piła. Po­wie­dzia­łam im, że z Tom­mym wszystko było w po­rządku.

Za­mil­kli i w ci­szy je­dli da­nia przy­go­to­wane przez Elsę.

Ni­co­lai czuł głód, ale wziął tylko kilka kę­sów, roz­pacz zże­rała go od środka. Zita wy­szedł na dzie­dzi­niec, krę­cił się nie­spo­koj­nie, nie wie­dząc, co ro­bić. Czy ten ból można w ja­ki­kol­wiek spo­sób zła­go­dzić? Cały czas ob­wi­niał się za bra­ku­jące ogro­dze­nie. Ni­co­lai wo­lał się wy­co­fać, chciał być sam. Opła­ki­wać syna bez wi­dzów. O pół­nocy znów wy­szedł z domu i udał się nad je­zioro. Usiadł na końcu po­mo­stu i za­le­wał się gorz­kimi łzami. Czarne lu­stro wody przy­cią­gało go do sie­bie z nie­od­partą siłą.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki