Carlos Alcaraz. Z charyzmą na korcie - Mark Hodgkinson

Kup ebooka

39.90 zł
33.08 zł (27,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa Garbi?e Muguruzy

Przed­mowa Garbi?e Mugu­ruzy

Byłej liderki ran­kingu ATP, zdo­byw­czyni tytu­łów mistrzow­skich na Wim­ble­do­nie i Rolan­dzie Gar­ro­sie

Co zabawne, kiedy roz­ma­wia się z Car­lo­sem poza kor­tem, spra­wia on wra­że­nie nieco nie­śmia­łego.

Mia­łam oka­zję uczest­ni­czyć z nim w kilku sesjach zdję­cio­wych i brać udział w tych samych galach. A kiedy wciąż gra­łam, czę­sto widy­wa­li­śmy się na kory­ta­rzach albo pod­czas lun­chu na tur­nie­jach. Roz­ma­wia­li­śmy wiele razy. Może w nie­któ­rych oko­licz­no­ściach wyka­zuje się nie­jaką rezerwą, lecz ta nie­śmia­łość znika, gdy tylko wycho­dzi na kort. Bez cere­gieli przej­muje kon­trolę nad spek­ta­klem, pra­wie jakby mówił zgro­ma­dzo­nym: "Patrz­cie na mnie -?oto jestem i zaraz dam z sie­bie wszystko". Na kor­cie Car­los ema­nuje pew­no­ścią sie­bie. Zmie­nia się jego mowa ciała -?odzwier­cie­dla wów­czas jego wiarę we wła­sną tech­nikę tenisa, w siłę psy­chiczną i deter­mi­na­cję.

Do naj­bar­dziej ude­rza­ją­cych cech Car­losa zali­cza się jego uśmiech. Osoby obe­znane z pro­fe­sjo­nal­nym teni­sem wie­dzą, że by­naj­mniej nie jest to coś zwy­czaj­nego. Więk­szość zawod­ni­ków zacho­wuje totalną powagę. Roger Fede­rer był opa­no­wany i nie­wzru­szony, Rafael Na­dal wyka­zy­wał umie­jęt­ność głę­bo­kiego sku­pie­nia, a od Novaka Djo­ko­vi­cia, choć jest eks­pre­syjny i zabawny, wręcz bije inten­syw­ność. Wielu teni­si­stów przy­biera kamienną twarz, nie chcąc wyja­wić zbyt wiele. Uni­kają prze­sad­nego oka­zy­wa­nia emo­cji, bo lepiej z niczym się nie zdra­dzić. Nie­któ­rzy sygna­li­zują nawet, że ciąży im brze­mię rywa­li­za­cji, jakby chcieli powie­dzieć: "Uwiel­biam grę, ale to wiele ode mnie wymaga". No i na tym tle Car­los bar­dzo się wyróż­nia: młody, ener­giczny zawod­nik, który ude­rza z mocą, wyko­nuje śmiałe drop shoty, a wszystko to z uśmie­chem na twa­rzy. Gdy się go ogląda, nie spo­sób oprzeć się reflek­sji: "Rety, on naprawdę ubó­stwia ten sport".

Kiedy Car­los znaj­duje się w cen­trum uwagi, jest w swoim żywiole. Uwiel­bia grać przed widow­nią, a nawet wcho­dzić z nią w inte­rak­cje. Bez wąt­pie­nia odczuwa pre­sję, ale znosi ją z ude­rza­jącą łatwo­ścią. Czę­sto można odnieść wra­że­nie, że gra, kie­ru­jąc się instynk­tem, nie­mal nie­świa­do­mie. Nawet w chwi­lach napię­cia potrafi zdo­być się na uśmiech - po pro­stu taki z niego zawod­nik. Wesoły.

Kiedy oglą­dam Car­losa pod­czas gry, nie mogę się oprzeć wra­że­niu, że jego ener­gia przy­po­mina werwę roz­bry­ka­nego szcze­niaczka -?peł­nego entu­zja­zmu, zacie­ka­wie­nia i rado­ści. Wciąż nosi w sobie nie­win­ność, auten­tyzm i natu­ral­ność, któ­rych branża sportu zawo­do­wego nie wypa­czyła ani nie ujęła w sztywne ramy. Nie zaczął pod­cho­dzić do gry machi­nal­nie -?i oby to ni­gdy nie nastą­piło. Jego obec­ność to w teni­sie powiew świe­żo­ści; Car­los ema­nuje pozy­tywną ener­gią i przy­po­mina nam, że rywa­li­za­cja może być zarówno zażarta, jak i rado­sna. Fani ogrom­nie sobie to cenią.

Car­losa wyróż­nia umie­jęt­ność łącze­nia tra­dy­cyj­nych ele­men­tów tenisa hisz­pań­skiego, takich jakich top­spiny, szybki ruch i wytrwa­łość, z podej­ściem agre­syw­nym i dyna­micz­nym. Jest kre­atywny, śmiały i nie­ulę­kły, a do swej gry włą­cza drop shoty i potężne win­nery. Mocne pod­stawy hisz­pań­skiego tenisa w jego wyko­na­niu roz­wi­nęły się w coś jesz­cze bar­dziej aser­tyw­nego i emo­cjo­nu­ją­cego.

Car­los już teraz w Hisz­pa­nii jest ikoną. Pod wzglę­dem popu­lar­no­ści prze­bił nawet Rafę na ana­lo­gicz­nym eta­pie kariery teni­so­wej -?zresztą czę­ściowo wła­śnie dzięki samemu Nada­lowi, który nasy­cił tę dys­cy­plinę emo­cjami i w ten spo­sób jesz­cze moc­niej ją roz­pro­pa­go­wał. W 2024 roku, kiedy Rafa już się wyco­fał i na spor­to­wej eme­ry­tu­rze dołą­czył do Rogera, a Novak wszedł w późny etap kariery, Car­los zna­lazł się w świe­tle reflek­to­rów. To dla niego ide­alny moment -?ma zarówno umie­jęt­no­ści, jak i cha­ry­zmę, by stać się for­pocztą nowej epoki tenisa.

W Hisz­pa­nii wzniósł się na nad­zwy­czajne wyżyny popu­lar­no­ści. Wielu zasta­na­wiało się, kto zdoła dorów­nać Rafie. O ile jed­nak porów­na­nia nasu­wają się natu­ral­nie, o tyle Car­los wyty­cza wła­sną ścieżkę. Łatwo powie­dzieć: "Drugi Na­dal", ale Car­los to gracz indy­wi­du­ali­sta, ma wła­sny styl oraz oso­bo­wość. Nie­wąt­pli­wie odczuwa brze­mię tych porów­nań, ale jego zespół spraw­nie sobie radzi z pre­sją ocze­ki­wań i pozwala mu się roz­wi­jać po swo­jemu. Rafa sły­nął z nie­złom­nej kon­se­kwen­cji i nie­za­chwia­nej kon­cen­tra­cji. Car­los wnosi coś innego -?postawę rado­sną, eks­pre­syjną i śmiałą, która podoba się kibi­com na całym świe­cie.

Bo uwiel­bia go nie tylko Hisz­pa­nia. Car­los zdo­bywa serca widzów wszę­dzie tam, gdzie gra. Try­ska ener­gią i cechuje go auten­tycz­ność -?zawsze jest wierny sobie. Na kor­cie i poza kor­tem jest skromny, nie roz­kręca nie­po­trzeb­nych emo­cji ani kon­tro­wer­sji. To fan­ta­styczny wzór dla mło­dych zawod­ni­ków. Sama jestem Hisz­panką, czuję więc dumę, że nowe obli­cze tenisa wywo­dzi się z naszego kraju, a zwy­cię­stwa uświet­nia się namięt­nym okrzy­kiem: "Vamos!".

W obec­nej chwili Car­los jest na szczy­cie. Młody, odnosi suk­cesy, tętni życiem. Osią­gnął już tak wiele: zdo­by­wał tytuły wiel­kosz­le­mowe, stał się świa­tową jedynką -?a mimo to na­dal twardo stąpa po ziemi. Wciąż rzuca nie­fra­so­bliwe, dow­cipne komen­ta­rze, a kiedy mówi po hisz­pań­sku, bije od niego ujmu­jące cie­pło. Można się z nim utoż­sa­miać, dzięki czemu marze­nie mło­dych gra­czy o suk­ce­sie w teni­sie zdaje się osią­galne.

Jed­nego nie można Car­lo­sowi zarzu­cić -?mia­no­wi­cie sno­bi­zmu. Jego pocho­dze­nie, akcent, oso­bo­wość odzwier­cie­dlają skromne początki zako­rze­nione na połu­dniu Hisz­pa­nii. Dzięki niemu na mapie zna­la­zła się Mur­cja -?jedna ze śród­ziem­no­mor­skich pro­win­cji Hisz­pa­nii, gdzie plaże są roz­le­głe, a ludzie ser­deczni i słyną z bez­pre­ten­sjo­nal­nych cha­rak­te­rów. Car­los uosa­bia tego ducha. Rów­nież jego rodzina zdaje się nie tra­cić głowy i dobrze rozu­mieć swoją rolę. To nie­spo­ty­kane, że tak feno­me­nalny talent zro­dził się w Mur­cji, a nie w Madry­cie czy Bar­ce­lo­nie, gdzie czę­sto dostępne są szer­sze spor­towe moż­li­wo­ści. Dowo­dzi to po pro­stu, że talent i deter­mi­na­cja mogą wywo­dzić się z dowol­nego miej­sca.

Rzadko się widzi, by gwiazda takiego kali­bru zacho­wała pokorę i trzeź­wość umy­słu -?i to nie tylko w teni­sie, lecz w każ­dym spo­rcie czy każ­dej dzie­dzi­nie. Towa­rzy­stwo Car­losa to przy­jem­ność, bo cechuje go wyjąt­kowa auten­tycz­ność i skrom­ność. Kto wie, co przy­nie­sie przy­szłość? Może roz­wi­nie się jako zawod­nik, co czę­sto się zda­rza, ale mam nadzieję, że zawsze pozo­sta­nie sobą. Jego oso­bo­wość, nasta­wie­nie oraz miłość do tego sportu spra­wiają, że jest nie tylko wspa­nia­łym zawod­nikiem, lecz także fan­ta­stycz­nym amba­sa­do­rem tenisa.

Rozdział 1

1

Pro­stacki -?tak nie­któ­rzy okre­ślają mur­cjań­ski akcent, może nieco zło­śli­wie. Inni suge­rują, że jest on wręcz komiczny. Zda­niem Emi­lia Sáncheza, tuza hisz­pań­skiego tenisa, całe zda­nia brzmią, jakby zbu­do­wane były z samych samo­gło­sek. Kiedy Car­los Alca­raz mówi po hisz­pań­sku, mówi z akcen­tem, a w wywia­dach sły­chać pro­win­cjo­nalne pocho­dze­nie teni­si­sty. Nie sili się, by spra­wić wra­że­nie, że wycho­wy­wał się w jakiejś pre­ten­sjo­nal­nej dziel­nicy Madrytu. Lola Jiménez Rivas, która uczyła Alca­raza angiel­skiego w szkole śred­niej, twier­dzi, że sły­szy u daw­nego ucznia akcent nawet wtedy, gdy ten mówi po angiel­sku. Zda­niem nie­któ­rych głos Alca­raza przy­daje mu uroku: zawod­nika cha­rak­te­ry­zują auten­tycz­ność i nie­for­mal­ność, które nie­czę­sto się spo­tyka u innych gra­czy.

Całe życie -?odkąd był owład­nię­tym obse­sją na punk­cie tenisa chłop­cem, potem owład­nię­tym obse­sją na punk­cie tenisa nasto­lat­kiem, aż stał się owład­nię­tym obse­sją na punk­cie tenisa męż­czy­zną -?Car­los Alca­raz Gar­fia mieszka w El Pal­mar, mia­steczku poło­żo­nym parę kilo­me­trów na połu­dnie od Mur­cji, mia­sta na spa­lo­nym przez słońce połu­dnio­wym wscho­dzie Hisz­pa­nii w regio­nie o tej samej nazwie (w skali kraju jest to mia­sto śred­niej wiel­ko­ści). W El Pal­mar rosną drzewa poma­rań­czowe i palmy, powie­trze jest zauwa­żal­nie czyst­sze i śwież­sze niż w wiel­kim mie­ście i domi­nuje niska, skromna zabu­dowa. Jest tam duży szpi­tal -?zaska­ku­jąco pokaźny jak na mia­steczko -?a popu­la­cja wynosi dwa­dzie­ścia tysięcy miesz­kań­ców, czyli mniej wię­cej tyle, jak zauwa­żył Alca­raz, ilu widzów sie­działo na Artur Ashe Sta­dium, kiedy w 2022 roku na US Open zdo­był swój pierw­szy tytuł wiel­kosz­le­mowy.

El Pal­mar leży daleko od nowo­jor­skiej dziel­nicy Queens -?zarówno pod wzglę­dem geo­gra­ficz­nym, jak i ducho­wym. To cichy, bez­pre­ten­sjo­nalny zaką­tek w regio­nie Hisz­pa­nii, który dzięki panu­ją­cej nie­mal cały rok sło­necz­nej pogo­dzie oraz żyznym polom, gdzie upra­wia się owoce, warzywa i kwiaty, sły­nie jako "sad Europy". (Jak się oka­zuje, panują tam rów­nież wyśmie­nite warunki do wzro­stu dla teni­si­sty).

Kiedy miesz­kańcy twier­dzą, że ta część Hisz­pa­nii nie ma lep­szego amba­sa­dora od Alca­raza, mówią to z prze­ko­na­niem. W ramach współ­pracy zawod­nika z mur­cjań­ską jed­nostką do spraw tury­styki powstały reklamy uka­zu­jące go, jak ska­cze do wody z łodzi, pły­nie kaja­kiem albo gra w tenisa na plaży. "Car­los umiej­sco­wił Mur­cję na mapie, dzięki czemu dostrze­gło ją wiele osób, które nie­ko­niecz­nie wiele o niej wcze­śniej wie­działy", mówi Paula Badosa, hisz­pań­ska zawod­niczka, która wspięła się aż na drugą pozy­cję w kobie­cych ran­kin­gach sin­gli­stek. "Teraz gdy sły­szy się o Mur­cji, natych­miast myśli się o nim: jego nie­wia­ry­god­nym talen­cie, barw­nym duchu oraz inspi­ru­ją­cej histo­rii. Przy­nosi to ogromną dumę. Serce rośnie, gdy widzi się, jak cały region się jed­no­czy i kibi­cuje Car­losowi, a jego osią­gnię­cia pro­mują i roz­sła­wiają Mur­cję nie tylko w samej Hisz­pa­nii, lecz także na całym świe­cie".

Nie­wy­klu­czone, że głos Alca­raza nazna­czony miej­sco­wym akcen­tem to lep­sza pro­mo­cja Mur­cji niż fotki przed­sta­wia­jące, jak teni­si­sta plu­ska się w wodzie. Jak mówi Alfredo Sar­ria, przy­ja­ciel rodziny Alca­ra­zów, który zna chło­paka, odkąd ten miał trzy lata: "Car­li­tos mówi z cał­kiem mur­cjań­skim akcen­tem. Przyj­mijmy, że hisz­pań­ski, jakiego używa się w pro­win­cjach poło­żo­nych naj­da­lej od Madrytu, brzmi odmien­nie. Kiedy Car­li­tos się odzywa, nie ukrywa swo­jego pocho­dze­nia, a to się ludziom podoba. Jest dumny ze swo­ich korzeni. Dzięki temu, jak mówi, jest bliż­szy [kibi­com, tele­wi­dzom czy komu­kol­wiek w mediach spo­łecz­no­ścio­wych], bo używa języka zna­jo­mego i wypo­wiada się w spo­sób bli­ski fanom, któ­rzy go słu­chają. Nie jest taki ofi­cjalny jak inni teni­si­ści".

Zgod­nie z takim luź­niej­szym nasta­wie­niem, które zdaje się cecho­wać miesz­kań­ców El Pal­mar i Mur­cji, Car­los woli, by nie mówić do niego "Car­los". Jego zda­niem brzmi to zbyt poważ­nie. Od lat ludzie zwra­cają się do niego "Car­li­tos", co mu odpo­wiada, bo brzmi przy­jaź­niej i bar­dziej oso­bi­ście; kiedy zaś mówi sam do sie­bie, na przy­kład pod­czas meczów albo gdy poza kor­tem prze­ma­wia sobie do rozumu przed lustrem w łazience, używa imie­nia "Char­lie". Oto świa­towy gwiaz­dor słynny na całej Ziemi, a co i rusz nazywa się go zdrob­nie­niem imie­nia: Car­li­tos. Tak naj­czę­ściej zwra­cają się do niego miesz­kańcy El Pal­mar, gdzie zasad­ni­czo każdy zna się z każ­dym, a przy­naj­mniej o każ­dym sły­szał, i wszy­scy śle­dzą Car­losa na Insta­gra­mie.

Czuć, że El Pal­mar to nie jest zamożna miej­sco­wość -?jak mówią miesz­kańcy -?jeśli popa­trzy się na bloki i domy. "To nie jest bogaty obszar, ale nie jest też biedny. Jest nor­malny. Średni", mówi Laura Cabal­lero, która w pod­sta­wówce uczyła Alca­raza angiel­skiego. "To skromne oko­lice. Ludzie pra­cują". Na przy­kład matka Alca­raza pra­co­wała w Ikei w Mur­cji. Alca­raz nie pocho­dzi z majęt­nej rodziny. Lecz mimo iż gdy dora­stał, jego rodzina nie opły­wała w zbytki i nie wycho­wy­wał się w tak kom­for­to­wych warun­kach jak Rafa Na­dal na Majorce, Alca­raz pod­kre­ślił, że niczego im też nie bra­ko­wało.

Przez pewien czas, rów­nież wtedy, kiedy zdo­by­wał pierw­sze wiel­kosz­le­mowe laury, rodzina Alca­raza miesz­kała nad keba­bow­nią. Ale już nie mieszka. Jesz­cze się nie prze­pro­wa­dzili -?gdy piszę te słowa, wciąż trwa budowa obszer­nego domu za gra­nicą mia­steczka -?lecz keba­bow­nia znik­nęła, a w jej miej­sce poja­wiła się restau­ra­cja z sushi. Pod ich miesz­ka­niem znaj­duje się rów­nież salon kosme­tyczny, można też odna­leźć parę wska­zó­wek, że naj­młod­szy w dzie­jach numer jeden w ran­kin­gach męż­czyzn i naj­le­piej zara­bia­jący teni­si­sta wycho­wał się wła­śnie tutaj i że na­dal tu mieszka wraz z rodzi­cami i braćmi. Cho­ciaż Car­los ma nie­wiel­kie, trzy­po­ko­jowe miesz­ka­nie w El Pal­mar, woli noco­wać w domu rodzin­nym, gdzie śpi w małym łóżku w poko­iku wypeł­nio­nym po brzegi jego nagro­dami, kolek­cją butów spor­to­wych i meblami (na oko) z Ikei. (Nie­kiedy też tre­nuje w domu -?na podwórku). Gdyby jed­nak przy­pa­trzyć się uważ­niej, można dostrzec street art nawią­zu­jący do tenisa: nie­duży mural z rakietą nie­opo­dal wej­ścia do ich budynku i inny przed­sta­wia­jący piłeczkę na kor­cie. Murale mura­lami, ale to spor­towa ulica -?mie­ści się przy niej kort, na któ­rym wio­sną 2024 roku Alca­raz po raz pierw­szy od lat poszedł pood­bi­jać z ojcem, bo testo­wał się po kon­tu­zji przed­ra­mie­nia, a także mała siłow­nia pod gołym nie­bem, maleńka bież­nia i małe boisko do koszy­kówki oraz piłki noż­nej. Na jed­nym końcu ulicy znaj­duje się duży park, na dru­gim kawiar­nia, którą to od pod­sta­wówki Alca­raza dzieli tylko krótki spa­cer.

Jak opo­wiada jeden z nauczy­cieli ze szkoły pod­sta­wo­wej, w więk­szość dni po lek­cjach Car­los-uczeń cho­dził do Real Socie­dad Club de Campo Mur­cia. Do klubu spor­towo-rekre­acyj­nego. Nie jest to jed­nak taki klub, jaki można sobie w takim kon­tek­ście wyobra­zić -?gdzie super­bo­gaci oddają się pasjom i trwo­nią czas wolny. W tym klu­bie nie uświad­czysz takich człon­ków ani takiego szyku. Jest tu skrom­niej.

* * *

"Tenis mam we krwi", mawia Car­los Alca­raz. Co cie­kawe, w jego losach pewną rolę ode­grały także gołę­bie. Real Socie­dad Club de Campo Mur­cia, gdzie uczył się tej dys­cy­pliny spor­to­wej i gdzie na­dal czę­sto tre­nuje - nie zawsze był klu­bem. Pla­cówka leżąca na skraju El Pal­mar słu­żyła kie­dyś jako strzel­nica, gdzie strze­lało się do rzut­ków, czyli tak zwa­nych gołębi. Dla­tego do dziś okre­śla się go cza­sem "Tiro de Pichón", czyli "Rzut w gołę­bia". Hob­by­ści wciąż mogą sobie w klu­bie postrze­lać, choć tylko garstka człon­ków ma odpo­wied­nią licen­cję, a broń wyj­muje się wyłącz­nie w nie­dziele. Jesz­cze parę lat temu widy­wało się tam mnó­stwo koni, bo klub sta­no­wił jedną z naj­więk­szych pla­có­wek jeź­dziec­kich w oko­licy, lecz teraz wszyst­kie już znik­nęły i rzą­dzi tenis. Są tu korty ziemne, twarde oraz gigan­tyczna ścianka do ćwi­czeń. Wie­lo­po­zio­mowy klub dys­po­nuje zróż­ni­co­waną prze­strze­nią, mię­dzy innymi boiskami do koszy­kówki i piłki noż­nej, a także siłow­nią i base­nem, gdzie latem dzieci mogą się ochło­dzić po grze w tenisa.

"Mój drugi dom" -?tak Alca­raz mówi o klu­bie, uważa bowiem, że "to jest począ­tek wszyst­kiego". Wła­śnie tam w wieku trzech lat Car­los pierw­szy raz grał w tenisa... rakietą więk­szą od sie­bie, któ­rej nie miał siły nale­ży­cie ująć. W klu­bie także zawarł przy­jaź­nie z wie­loma ludźmi, z któ­rymi do dziś utrzy­muje zażyłe kon­takty.

W rodzi­nie opo­wiada się histo­rię, jak to Car­los na kilka dni scho­wał ojcu klu­czyki od samo­chodu -?wymow­nie świad­czy ona o tym, jak uwiel­biał grać w tenisa i jak reago­wał, kiedy nie wolno mu było iść do klubu. Zaczęło się od tego, że Car­los był nie­grzeczny -?nie było to nic strasz­nego, tylko "zwy­kły dzie­cięcy psi­kus", jak wspo­mina Alfredo Sar­ria, tak bli­sko zaprzy­jaź­niony z ojcem Alca­raza, że uważa go za brata. Za karę tata Alca­raza nie pozwo­lił mu iść na tre­ning tenisa. W odpo­wie­dzi Car­los pod­kradł ojcu klu­czyki i scho­wał je w koszu. "To, że Car­los nie mógł iść na tenisa, bolało go naj­bar­dziej -?a zemścił się tak [że scho­wał klu­czyki]", mówi Sar­ria. Ojciec Alca­raza szu­kał ich całymi dniami, aż w końcu Car­los się przy­znał. Jak zazna­cza Sar­ria: "Aneg­dota o klu­czy­kach pomaga nam zro­zu­mieć, że dla Car­losa tenis zawsze był naj­waż­niej­szy".

Alca­raz ni­gdy nie miał dość. Nie­któ­rym dzie­ciom grać w tenisa każą rodzice. Mimo że Alca­raz pocho­dzi z rodziny o teni­so­wych tra­dy­cjach, ni­gdy nie trzeba go było prze­ko­ny­wać, by spę­dzał wię­cej czasu na kor­cie czy przy ściance tre­nin­go­wej (która jest part­nerką zawsze dostępną i w dodatku ni­gdy nie chy­bia). Wręcz prze­ciw­nie. Car­los cza­sami pła­kał, kiedy musiał wycho­dzić z klubu. W nie­które wie­czory, gdy było już po dzie­wią­tej i ojciec Alca­raza -?zmę­czony po całym dniu pracy -?chciał iść do domu, Car­los, o tej porze wciąż zma­ga­jący się ze ścianką, bła­gał tatę: "Pograj ze mną, tu przy ściance". Ojciec zga­dzał się zostać jesz­cze dwa­dzie­ścia minut, lecz czas mijał, potem zaś upły­wało może jesz­cze z pół godziny, a Car­los na­dal grzmo­cił piłką w ścianę i miarka się prze­bie­rała. Ojciec mawiał: "To już koniec, kola­cja gotowa i musimy iść do domu". Wtedy Car­los znów zaczy­nał pła­kać, jak mówił jego ojciec "New York Time­sowi". Zakra­wało na nie­po­do­bień­stwo, by chło­pak wyszedł z klubu bez łez czy maru­dze­nia.

W miarę jak rosła miłość Alca­raza do tenisa, roz­wi­jały się też jego umie­jęt­no­ści. Kiedy Kiko Navarro pierw­szy raz przy­glą­dał się, jak Alca­raz gra, chło­piec miał led­wie cztery lata i odbi­jał z ojcem. Kiko, który w przy­szło­ści będzie Car­losa tre­no­wać, zdu­miał się pozio­mem tech­nicz­nym dziecka. Mniej wię­cej w tym samym cza­sie rów­nież ojciec Alca­raza zauwa­żył, że jego syn prze­ja­wia wro­dzone zdol­no­ści. Car­los cecho­wał się świetną koor­dy­na­cją ruchową i prędko pod­ła­py­wał niu­anse tech­niczne, tak że nie trzeba mu ich było tłu­ma­czyć -?uczył się, obser­wu­jąc. Ojciec Alca­raza uświa­da­miał sobie, że w synu kryje się "coś wyjąt­ko­wego", powi­nien więc pomóc mu roz­wi­jać te uzdol­nie­nia (w póź­niej­szych roz­dzia­łach tej książki przyj­rzymy się, jak Car­los prze­isto­czył się w tak kre­atywny żywioł). Odkąd Car­los miał pięć czy sześć lat, budo­wał swoje życie wokół tenisa -?był on dla niego naj­waż­niej­szy w życiu codzien­nym: chło­pak wolał spę­dzać dłu­gie godziny na kor­cie albo walić piłeczką w ściankę tre­nin­gową niż, na przy­kład, cho­dzić do kina czy robić cokol­wiek innego.

Jeżeli odwie­dzi się klub dzi­siaj, pra­wie na pewno wpad­nie się na któ­re­goś Car­losa Alca­raza -?czy to syna, czy ojca (który nosi to samo imię), czy cho­ciaż wize­ru­nek syna z kar­tonu. Nie­kiedy można zoba­czyć wszyst­kich trzech. Kiedy się wjeż­dża lub wcho­dzi na wzgó­rze z El Pal­mar, w pierw­szej kolej­no­ści, zbli­ża­jąc się do klubu, dostrzega się ogromną insta­la­cję upa­mięt­nia­jącą zwy­cię­stwo Car­li­tosa na US Open oraz jego drogę na szczyt świa­to­wego ran­kingu. We wnę­trzu budynku klu­bo­wego obok baru stoi kar­to­nowy Alca­raz, umiesz­czony tam przez jed­nego z jego spon­so­rów. Poza sezo­nem albo mię­dzy tur­nie­jami można się tu natknąć na zawod­nika we wła­snej oso­bie.

Drugi Car­los Alca­raz -?senior -?to kie­row­nik dzia­ła­ją­cej w klu­bie aka­de­mii tenisa, którą zało­żył w roku 1993. Począt­kowo nazy­wała się ona Mur­cia Escu­ela de Tenis -?"Mur­cjań­ska Szkoła Tenisa", lecz obec­nie nosi miano "Aka­de­mia Car­losa Alca­raza", czyli zawdzię­cza nazwę zarówno ojcu, jak i synowi (przez pewien czas tata Alca­raza wahał się, czy uży­wać rodzin­nego nazwi­ska w ten spo­sób). Aka­de­mia Car­losa Alca­raza orga­ni­zuje obozy na całym świe­cie, mię­dzy innymi w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, Mek­syku i Austra­lii, gdzie dzieci i doro­słych naucza się tymi samymi meto­dami, które pomo­gły Car­losowi zostać świa­tową jedynką i pozwa­lają "cie­szyć się grą z uśmie­chem na twa­rzy". To zde­cy­do­wa­nie rodzinny biz­nes, jako że jed­nym z tre­ne­rów jest star­szy brat Car­losa, Álvaro, a jeden z młod­szych braci, Jaime, tam tre­nuje. Car­los zaś, gdy pozwala mu czas, coraz bar­dziej włą­cza się w dzia­ła­nie szkółki. Ojciec jed­nak czę­sto podró­żuje razem z synem, ceduje więc obo­wiązki na resztę zespołu, w tym na Sar­rię -?kie­row­nika i mene­dżera tech­nicz­nego aka­de­mii, któ­rego uważa się za prawą rękę taty (co ilu­struje zdję­cie, na któ­rym widać Car­losa z tro­feum z US Open 2022 w rękach, z tatą po jed­nej, a Sar­rią po dru­giej stro­nie).

Kiedy ojciec nie towa­rzy­szy Car­lo­sowi na teni­so­wym cyklu, spę­dza czas w klu­bie. Jeden z człon­ków opi­sał go jako "super­ci­chego". Wszy­scy pod­kre­ślają to samo: w żad­nym z człon­ków rodziny Alca­ra­zów nie ma nic krzy­kli­wego ani osten­ta­cyj­nego. "Wta­piają się w grono innych w klu­bie. To po pro­stu nor­malni ludzie i wła­śnie to jest w nich takie wspa­niałe", tłu­ma­czy jeden z człon­ków. "Nie cho­dzą po klu­bie i nie gadają: "Patrz­cie wszy­scy, mamy w rodzi­nie mistrza Wiel­kiego Szlema". Nic z tych rze­czy. To uro­czy ludzie. Tacy przy­jemni w oby­ciu. Złego słowa o nich nie powiem".

Cio­teczny dzia­dek Alca­raza -?który nie nazywa się Car­los Alca­raz -?to szef klubu i ważna per­sona w jego histo­rii. Przy kor­tach wiszą banery, które wiel­kimi czer­wo­nymi lite­rami pro­szą o silen­cio; w tym miej­scu zawod­nicy pod­cho­dzą do tre­nin­gów i meczy poważ­nie, tak jak należy. Lecz jak można się spo­dzie­wać po klu­bie, który wykształ­cił Alca­raza, panuje tam pogodna, rado­sna atmos­fera.

Jak mówią człon­ko­wie, kar­net jest w roz­sąd­nej cenie. Rodzina płaci wpi­sowe wyso­ko­ści dwóch tysięcy euro, a póź­niej opłata wynosi około pięć­dzie­się­ciu euro mie­sięcz­nie. Dopłaca się po euro za godzinę gry w tenisa i jesz­cze jedno euro, jeśli korzy­sta się na kor­cie z oświe­tle­nia. Liczba człon­ków wzro­sła w wyniku pan­de­mii covidu: tenis zna­lazł się w gru­pie pierw­szych dys­cy­plin spor­to­wych, które wolno było upra­wiać po roz­luź­nie­niu restryk­cji, co ścią­gnęło rodziny do klubu. Gdy Alca­raz zdo­był sławę, zaczęło się zapi­sy­wać jesz­cze wię­cej osób.

Ofi­cjal­nie ojciec nie szko­lił syna, odkąd ten był małym dziec­kiem. Nie­ofi­cjal­nie -?ow­szem. Tata wywarł na karierę teni­sową Car­li­tosa więk­szy wpływ, niż rodzina jest gotowa przy­znać. Można powie­dzieć, że przez wiele lat Alca­raz ojciec tre­no­wał syna pośred­nio -?prze­ka­zu­jąc infor­ma­cje przez inne osoby -?a jed­no­cze­śnie nad­zo­ro­wał jego pro­gram szko­le­niowy. I naj­waż­niej­szą bodaj lek­cją, jaką Alca­raz senior wpoił dziecku, nie było to, jak ude­rzać z for­hendu ani jak należy się masko­wać przed drop sho­tem, ani w ogóle nic z tech­ni­ka­liów, lecz coś nie­uchwyt­nego, a zara­zem klu­czo­wego dla Car­losa jako zawod­nika. W końcu to tata nauczył go, żeby grać w tenisa, jak powie­dział spor­to­wiec, "z pasją i miło­ścią".

"Każdy, kto zna Car­li­tosa i jego rodzinę, a ja znam, zro­zu­mie, że jego tre­ne­rem zawsze był ojciec, aż do czasu, gdy w wieku pięt­na­stu lat chło­pak zaczął się uczyć pod okiem Juana Car­losa Fer­rera", mówi Sar­ria. "Wszyst­kich pozo­sta­łych szko­le­niow­ców, któ­rych miał Car­li­tos, wyna­jął jego ojciec, i to zawsze on pro­wa­dził jego karierę. Zawsze, zawsze. Widzia­łem to. Przed Juanem Car­lo­sem ojciec był jego tre­ne­rem. Ale ojciec ni­gdy tego nie przy­zna".

Wystar­czy poroz­ma­wiać z ojcem Alca­raza przez dzie­sięć minut, jak zazna­cza Sar­ria, a już czło­wiek się prze­ko­nuje, że wie on o teni­sie wię­cej niż kto­kol­wiek inny w branży. Sam zawod­nik pod­kre­śla, że w całym życiu jego taty kró­lo­wał tenis. Tak jak wielu Hisz­pa­nów w podob­nym wieku ojciec Alca­raza inspi­ro­wał się przy­kła­dem Manu­ela San­tany, który jako pierw­szy sin­gli­sta pocho­dzący z Hisz­pa­nii wywal­czył w latach sześć­dzie­sią­tych XX wieku tytuł wiel­kosz­le­mowy i ogrom­nie się przy­czy­nił do roz­pra­wie­nia się z prze­ko­na­niem, jakoby tylko ary­sto­kraci mogli grać w tenisa. Szczy­to­wym punk­tem wła­snej, skrom­nej kariery teni­so­wej Alca­raza ojca była pozy­cja dzie­więć­set sześć­dzie­siąta trze­cia w świa­to­wych ran­kin­gach, którą osią­gnął w latach dzie­więć­dzie­sią­tych XX wieku, w Hisz­pa­nii zaś zna­lazł się w pierw­szej czter­dzie­stce. Wolno jed­nak przy­pusz­czać, że wspiąłby się wyżej, gdyby miał lep­sze wspar­cie finan­sowe (w dal­szych roz­dzia­łach odkry­jemy, jak dużo pie­nię­dzy trzeba, by stać się teni­si­stą, i jaki łut szczę­ścia pomógł Car­li­to­sowi zdo­być wiele wiel­kosz­le­mowych tytu­łów mistrzow­skich). Dzia­dek Alca­raza, który także nazywa się Car­los Alca­raz i był wpły­wo­wym człon­kiem klubu, twier­dzi, że for­hend jego syna dorów­nuje for­hendowi wnuka (choć może, jak zauwa­żył, jego bek­hend ustę­puje wnu­ko­wemu). Gdy Alca­raz ojciec prze­stał grać, zaczął pro­wa­dzić swoją aka­de­mię tenisa w El Pal­mar.

Ojciec Alca­raza zde­cy­do­wał się nie pra­co­wać ze swoim synem, bo -?dzięki dogłęb­nej zna­jo­mo­ści dys­cy­pliny -?widział, jak nie­które rodziny ucier­piały na tym, że rodzice szko­lili dzieci. Alca­raz obser­wo­wał, jak Sergi Bru­gu­era -?Hisz­pan tre­no­wany przez swo­jego ojca Llu­isa, dwu­krotny zwy­cięzca Rolanda Gar­rosa w latach dzie­więć­dzie­sią­tych XX wieku -?miał nie­ła­twą i burz­liwą rela­cję ze swoim tatą. Sergi i Lluis "bez­u­stan­nie się ście­rali", jak powie­dział kie­dyś Alca­raz senior "Time­sowi"; on zaś chciał się ze swoim synem doga­dy­wać i wła­śnie dla­tego nie zamie­rzał go tre­no­wać. Jak miałby szko­lić Car­losa, tak by syn wie­dział, kiedy roz­ma­wia z nim jako tre­ner, a kiedy jako ojciec? Może -?dumał Alca­raz senior -?zakła­dałby czapkę, mówiąc z pozy­cji szko­le­niowca, a zdej­mo­wałby ją, wra­ca­jąc do roli zwy­czaj­nego taty. Ale, jak wie­dział, syn zapewne nie poj­mo­wałby w pełni, o co cho­dzi z tą czapką. Mogłoby to wywo­łać zamęt i zamie­sza­nie.

Tre­nu­jąc Car­li­tosa nie­bez­po­śred­nio, Alca­raz ojciec sta­rał się zapo­biec moż­li­wo­ści utraty syna. Sar­ria pod­kre­śla: "Ojciec Car­li­tosa wie­dział, co musi robić, żeby mieć z synem dobre sto­sunki. Widy­wał w innych rodzi­nach, że jeśli się szkoli swo­jego syna, to można go stra­cić. Jeżeli się jest tre­ne­rem, trzeba cza­sami powie­dzieć zawod­ni­kowi coś, czego może nie chce usły­szeć, a to dla ojca trudne. Jeżeli pró­buje się być zarówno ojcem, jak i tre­ne­rem, można napy­tać sobie pro­ble­mów, a ojciec Car­li­tosa to rozu­miał. Nie chciał kie­ro­wać synem bez­po­śred­nio -?umiesz­czał mię­dzy nim a sobą tre­ne­rów".

Sam Car­los cie­szy się, że choć ojciec anga­żo­wał się w jego teni­sową edu­ka­cję, nie pró­bo­wał łączyć ról tre­nera i taty. "Bar­dzo mi to pomo­gło, bo wielu ojców nie wie, jak jed­no­cze­śnie być rodzi­cem i tre­ne­rem" - przy­znał Alca­raz w pod­ca­ście Louis Vuit­ton. "Kiedy jest się w domu, roz­ma­wia się o teni­sie. Jeżeli ja byłem w domu, a ojciec za dużo gadał o teni­sie, mama wybu­chała -?wręcz eks­plo­do­wała. Ojcu cał­kiem dobrze wycho­dziło [roz­dzie­la­nie tych ról]". Gdy chło­pak miał osiem czy dzie­więć lat, wcho­dził z ojcem na kort bodaj wyłącz­nie w nie­dzielne wie­czory, kiedy szko­le­niowcy nie pra­co­wali. Mawiał wtedy do taty: "Chodźmy do klubu i pood­bi­jajmy przez godzinkę, pół­to­rej"".

Car­los San­tos, który zaczął tre­no­wać Alca­raza, gdy ten miał pięć lat, i szko­lił go do czasu, kiedy chło­pak miał lat dwa­na­ście, nazy­wał go Tar­za­nem: jego zda­niem dzie­ciak czuł się na kor­cie rów­nie swoj­sko jak Tar­zan w dżun­gli. Funk­cjo­no­wał na boisku tak natu­ral­nie, że cza­sami w prze­rwach mię­dzy gemami czy zada­niami tre­nin­go­wymi robił sobie małe kop­czyki z gliny (to taki jakby teni­sowy odpo­wied­nik zam­ków z pia­sku sta­wia­nych na plaży). Jako dziecko Alca­raz nie zawsze był dobrze zor­ga­ni­zo­wany: San­tos wspo­mina, że cza­sem nie mógł wejść na kort, bo torbę i rakietę nie­raz zosta­wiał w róż­nych miej­scach. Zda­niem San­tosa nie zawsze też odpo­wied­nio się odży­wiał -?tre­ner mówił, że mały Car­los potrze­bo­wał pomocy innych, bo pro­sił, by obrali mu jabłko czy gruszkę, a przez długi czas nie chciał nawet skosz­to­wać banana. Lecz gdy przy­szła pora na grę, Alca­raz się anga­żo­wał. "Car­los był bar­dzo aktyw­nym dziec­kiem i zawsze miał moty­wa­cję do gra­nia", zazna­cza San­tos. Kiedy rywa­li­zo­wał z rówie­śni­kami, nie­kiedy też ze star­szymi dziećmi, nie dener­wo­wał się nawet wtedy, gdy oto­cze­nie go obser­wo­wało.

Klu­czem do teni­so­wej edu­ka­cji Alca­raza były kije bejs­bo­lowe, kamerki GoPro i lustro w jego pokoju. Aby nauczyć chło­paka, jak pra­wi­dłowo wyko­nać bek­hend, San­tos zabie­rał mu cza­sami rakietę, a wrę­czał kij bejs­bo­lowy. Szli na boiska pił­kar­skie w klu­bie, a Car­los ude­rzał z bek­hendu bejs­bo­lem. San­tos czę­sto przy­no­sił na tre­ningi kamerkę GoPro, potem zaś razem oglą­dali nagra­nie, uwa­żał bowiem, że młody Alca­raz powi­nien zro­zu­mieć istotną rolę ruchu i usta­wia­nia się na kor­cie. Zada­wał też uczniowi zada­nia domowe -?pro­sił go, by ten sta­nął przed lustrem w swoim pokoju i machał w powie­trzu rakietą, ana­li­zu­jąc swoje odbi­cie, bo to pomoże mu roz­wi­nąć umie­jęt­no­ści. "Czę­sto mówi­łem, by ćwi­czył przed lustrem. Car­los dużo się uczył wzro­kowo", opo­wiada San­tos. Alca­razowi wystar­czyło obej­rzeć coś dwa razy, by nauczyć się robić to samo­dziel­nie. "W wieku led­wie sze­ściu czy sied­miu lat już miał ide­alną tech­nikę".

Ojciec Alca­raza -?który sam zro­zu­miał, że z teni­so­wych marzeń nie­kiedy nie­wiele wynika -?zacho­wy­wał zimną krew. Do naj­groź­niej­szych chwil w życiu mło­dego teni­si­sty należy moment, kiedy rodzice dają się unieść świet­nym umie­jęt­no­ściom dziecka i zaczy­nają wie­rzyć, że prze­zna­czona mu jest wiel­kość. Tutaj nie było takiego pro­blemu. Bez dwóch zdań, Car­los prze­ja­wiał obie­cu­jący talent. Lecz, jak wspo­mina lekarz Juanjo López, ojciec nie sądził, że synowi pisana jest pozy­cja świa­to­wej jedynki. (Warto tu może na moment przy­sta­nąć i roz­wa­żyć, jak Srdjan, ojciec Novaka Djo­ko­vi­cia, opo­wia­dał miesz­kań­com Bel­gradu, że jego mały synek będzie naj­wy­bit­niej­szym teni­si­stą w dzie­jach, a lata póź­niej oka­zało się, że miał słusz­ność... czyli takie podej­ście też się spraw­dza). Tata Car­losa zda­wał sobie sprawę, jak daleka droga czeka syna, nim osią­gnie coś w teni­sie. Poza tym Alca­raz senior nie robił jesz­cze jed­nej rze­czy. Choć w serialu doku­men­tal­nym plat­formy Net­flix mówił, że za pośred­nic­twem Car­losa speł­niają się jego wła­sne marze­nia, to naj­wy­raź­niej nie pozwa­lał, aby kształ­to­wało to karierę syna. Jego rady i pomoc zawsze opie­rają się na tym, co naj­lep­sze dla Car­losa.

Gdy Car­los miał osiem czy dzie­więć lat -?a wła­śnie wtedy zaświ­tało mu po raz pierw­szy, że może czeka go przy­szłość w zawo­do­wym teni­sie -?ojciec popro­sił Navarro, by ten szko­lił chłopca. To part­ner­stwo miało trwać aż do sie­dem­na­stego roku życia Car­losa (w okre­sie gdy miał pięt­na­ście do sie­dem­na­stu lat, zawod­nik tre­no­wał zarówno z Navarro, jak i Juanem Car­losem Fer­rero). Star­szy Alca­raz sam wcze­śniej uczył Navarro, wie­dział więc, że ma on mocną tech­nikę, a ponadto podo­bało się mu, jak myśli o teni­sie. Ojciec wciąż anga­żo­wał się w grę syna. "Ojciec Car­li­tosa nie chciał go tre­no­wać. Uwa­żał, że to nie byłoby dla syna dobre. Pra­gnął być ojcem, a nie tre­ne­rem", zazna­cza Kiko. "Swo­imi opi­niami dzie­lił się ze mną. Dużo roz­ma­wia­li­śmy".

Zda­niem Navarro każdy inny ojciec podej­mo­wałby wobec potomka tak uta­len­to­wa­nego jak Car­li­tos złe decy­zje. Tre­ner pod­kre­śla, że Alca­raz miał szczę­ście, że tra­fił mu się taki rodzic, który stał się w jego mnie­ma­niu naj­waż­niej­szą posta­cią w karie­rze teni­si­sty. (Z kolei Sar­ria mówi, że Alca­raz senior odgry­wał naj­istot­niej­szą rolę do czasu, gdy Car­los miał pięt­na­ście lat i zaczął pra­co­wać z Juanem Car­losem Fer­rero). Według Navarro ojciec podej­mo­wał wła­ściwe decy­zje dla syna: "Dobrze się składa, że to eks­pert. Wie­dział, że w odpo­wied­nim momen­cie musi się odsu­nąć na bok".

Car­los krą­żył po klu­bie z rakietą w jed­nej ręce, kanapką w dru­giej i z uśmie­chem na twa­rzy. W dzie­ciń­stwie tylko raz utra­cił nieco zapału do tenisa: mia­no­wi­cie wtedy, kiedy go poin­for­mo­wano, że nie będzie już tre­no­wał z wie­lo­let­nim przy­ja­cie­lem i rywa­lem Pedrem Coba­cho. Znali się, odkąd Pedro miał trzy, a Car­los dwa lata; a nie­długo potem przy­dzie­lono ich obu do tej samej grupy w klu­bie. Parę lat póź­niej zda­rzało im się spać razem w pokoju, gdy noco­wali pod­czas wyprawy na jakiś junior­ski tur­niej. Towa­rzy­stwo Pedra zawsze dawało Alca­ra­zowi frajdę, a ponadto moty­wo­wało go, bo chciał poko­nać przy­ja­ciela.

Nagle przy­szła przy­kra wia­do­mość, że Alca­raz nie będzie już tre­no­wał z Pedrem. Bez Pedra tenis nie będzie już taki sam. Czy bez niego na kor­cie będzie rów­nie faj­nie? Alca­raz nie mógł pojąć, dla­czego nie może już ćwi­czyć z naj­lep­szym kum­plem i naj­więk­szym rywa­lem. Spa­dek moty­wa­cji spra­wił, że był to nie­ła­twy okres dla rodziny i ludzi z oto­cze­nia mło­dego teni­si­sty, któ­rzy orien­to­wali się, jaki talent ma ten chło­pak. Wyja­śnili Alca­razowi, że to dla jego wła­snego dobra, jako że Pedro nie roz­wi­nął się pod wzglę­dem teni­so­wym tak prędko jak on. Car­los po pro­stu stał się zbyt mocny dla Pedra, który nie­kiedy nie mógł odbić podań kolegi ani nawet do nich dobiec. Ich teni­sowe losy, przez lata sple­cione, w tym punk­cie się roze­szły. Choć w pew­nym sen­sie tenis na­dal ich łączy: Pedro jest obec­nie jed­nym z tre­ne­rów w Aka­de­mii Car­losa Alca­raza. Wciąż się też przy­jaź­nią: kiedy Alca­raz przy­jeż­dża do El Pal­mar na parę dni, na ogół idą na kola­cję albo spę­dzają razem czas.

W wieku dwu­na­stu lat Car­los poje­chał z San­to­sem na Rolanda Gar­rosa na tur­niej mło­dzi­ków. Gdy był w Paryżu, powie­dział dzien­ni­ka­rzowi przed kamerą, że marzy o tym, by wygrać Rolanda Gar­rosa i Wim­ble­don -?nagra­nie z tego wywiadu wciąż od czasu do czasu poja­wia się w mediach spo­łecz­no­ścio­wych. Car­los i San­tos sie­dzieli na tra­wie pod wieżą Eif­fla i oglą­dali na tele­bi­mach część meczy z tur­nieju doro­słych. Pod­czas tej wyprawy to i owo zostało źle zro­zu­miane -?Car­los sądził, że zama­wia ser­nik, a dostał deskę serów, którą poda­ro­wał następ­nie swo­jemu tre­ne­rowi. Inne kwe­stie jed­nak sta­wały się coraz bar­dziej kla­rowne: wła­śnie to chciał w życiu robić.

Powia­dają, że w tej czę­ści Hisz­pa­nii są tylko dwie pory roku: lato i zima. Prak­tycz­nie cały rok jest gorąco, a potem nagle przy­cho­dzi zima, lecz nawet wów­czas na ogół jest dość cie­pło, by tre­no­wać na wol­nym powie­trzu w koszul­kach i krót­kich spodniach. Zima prędko prze­mija i wkrótce zdaje się, że znów jest lato. Taki kli­mat spra­wia, że to ide­alna baza dla teni­si­sty -?można tre­no­wać cały rok. Nim Alca­raz wybie­rze się na Austra­lian Open, tre­ningi przed sezo­nem odbywa w El Pal­mar i w aka­de­mii swo­jego tre­nera Juana Car­losa Fer­rero w Vil­le­nie pod Ali­cante, nieco ponad godzinę drogi stam­tąd. W ciągu roku dość ma podróży -?nie widzi potrzeby, by wska­ki­wać do kolej­nego samo­lotu i gonić za cie­płą pogodą na tre­ningi. Wystar­czy objąć wzro­kiem widok roz­ta­cza­jący się z wzgórz na El Pal­mar i oko­lice -?łatwo pojąć urok Real Socie­dad Club de Campo Mur­cia.

"To jest klub Car­li­tosa", stwier­dza przy­ja­ciel rodziny Alfredo Sar­ria, sie­dząc w świe­tlicy klubu. "On tu lubi prze­by­wać". Obec­nie w klu­bie nie ma kor­tów kry­tych, więc naj­bliż­szym miej­scem, gdzie Alca­raz może się przy­go­to­wy­wać do zawo­dów na takich boiskach roz­gry­wa­nych w ramach cyklu ATP, jest aka­de­mia tenisa Fer­rero. Lecz zda­niem Sar­rii to się może zmie­nić, bo Alca­raz chce sfi­nan­so­wać budowę kry­tych kor­tów przy Real Socie­dad Club de Campo Mur­cia. Jak zauwa­żył inny czło­nek klubu, kiedy Car­li­tos tam przy­cho­dzi, jest "zwy­czaj­nym chło­pa­kiem", któ­remu nie prze­szka­dza, że tre­nuje na siłowni razem ze wszyst­kimi. Alca­raza nie trak­tuje się tu jak gwiazdy, on sam zresztą tego nie ocze­kuje. Jeden z klu­bo­wi­czów przy­znaje jed­nak, że jeśli pada, to przed przy­by­ciem teni­si­sty suszy się dla niego kort ćwi­cze­niowy.

* * *

Nick Kyr­gios szu­kał w Los Ange­les tatu­aży­sty: Austra­lij­czyk chciał, aby ktoś zapro­jek­to­wał dla niego Pokémona, który pokry­wałby całe jego plecy. Car­los Alca­raz wysłał mu wia­do­mość z reko­men­da­cją i oso­bi­stą uwagą: "Idź do Gangi, to mój przy­ja­ciel".

Do naj­waż­niej­szych osób, jakie Alca­raz poznał w El Pal­mar, zali­cza się wła­śnie Joaquin Ganga, jeden z czo­ło­wych tatu­aży­stów na świe­cie, który rów­nież dora­stał w tej miej­sco­wo­ści. Ganga wywarł duży wpływ na życie Alca­raza: przy­jaź­nili się, a poza tym to on poma­gał spor­tow­cowi uczcić naj­więk­sze suk­cesy w teni­sie, ozda­bia­jąc jego skórę tru­skawką, wieżą Eif­fla i innymi wzo­rami.

Ganga, star­szy od Alca­raza o jakieś dzie­sięć lat, roz­wi­jał kre­atyw­ność, malu­jąc graf­fiti w El Pal­mar. Za drobne pie­nią­dze, które zaro­bił, malu­jąc fasadę miej­sco­wego sklepu z owo­cami, kupił pierw­szy, pod­sta­wowy zestaw do tatu­ażu i zaczął ćwi­czyć na zna­jo­mych. Obec­nie za dzień pracy pobiera opłatę w wyso­ko­ści około stu tysięcy dola­rów (czyli sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu tysięcy fun­tów) i posiada stu­dia w Los Ange­les i Mur­cji, a wśród jego klien­tów znaj­dują się znani rape­rzy, akto­rzy i spor­towcy. Ganga wyta­tu­ował pier­ście­nie olim­pij­skie koszy­ka­rzowi LeBro­nowi Jame­sowi, wydzia­rał but Air Jor­dan na twa­rzy muzyka Chrisa Browna, a także wyta­tu­ował Posta Malone'a, gdy pio­sen­karz był pod nar­kozą, w ramach swo­jej metody "Z Gangą bez bólu". Raper Drake był pierw­szym zna­nym klien­tem Gangi i chcąc zade­mon­stro­wać wza­jemną przy­jaźń, wyta­tu­ował tatu­aży­stę. To samo zro­bił James, tatu­ując swoje logo z koroną na wewnętrz­nej stro­nie nad­garstka Gangi. "Obłęd", pomy­ślał sobie Kyr­gios, gdy Ganga ukoń­czył wzór Pokémona na jego ple­cach: cudowne dziecko tenisa i jeden z naj­bar­dziej zna­nych tatu­aży­stów na świe­cie pocho­dzą z tej samej wio­ski.

Jako że łączy ich wspólna prze­szłość w El Pal­mar, Ganga wyko­nał wszyst­kie tatu­aże Alca­raza, w tym te upa­mięt­nia­jące jego suk­cesy w tur­nie­jach wiel­kosz­le­mo­wych. Po wygra­niu tur­nieju wiel­kosz­le­mo­wego otrzy­muje się replikę tro­feum, którą można zabrać do domu. Alca­raz trzyma kopię pucharu US Open w sypialni, a pozo­stałe w salo­nie rodzin­nego domu, samo tro­feum mu jed­nak nie wystar­czało: chciał uwiecz­nić zwy­cię­stwa na wła­snej skó­rze. Cho­ciaż rodzice Alca­raza nie byli zbyt entu­zja­stycz­nie nasta­wieni do pomy­słu, by syn się wydzia­rał, nie pró­bo­wali go powstrzy­mać, suge­ru­jąc jedy­nie, aby nie robił tatu­aży w widocz­nych miej­scach. "Jak wszy­scy rodzice, wole­liby, żeby Car­los się nie tatu­ował, ale suge­rują tylko, że skoro już chce mieć tatu­aże, to niech będą dys­kretne", mówi Sar­ria. Inni zna­jomi twier­dzą, że rodzi­com teni­si­sty dziarki za bar­dzo nie prze­szka­dzają, ponie­waż są małe, a ich widok przy­wo­łuje miłe wspo­mnie­nia z waż­nych tur­nie­jów, które wygrał.

Nasta­wie­nie rodzi­ców może popra­wić obiet­nica Alca­raza, że tatu­aże na oko­licz­ność tur­nie­jów wiel­kosz­le­mo­wych będzie robił tylko po pierw­szym trium­fie, a nie po każ­dym zwy­cię­stwie. Zgod­nie z suge­stią matki i ojca wybrał dość dys­kretne wzory i miej­sca na ciele; z pew­no­ścią nie ma nic na twa­rzy, jak nie­któ­rzy klienci Gangi. Na ramie­niu uwiecz­nił datę zdo­by­cia tytułu US Open 2022. W ową nie­dzielę 11 wrze­śnia 2022 roku zdo­był rów­nież punkty ran­kin­gowe, które po raz pierw­szy wynio­sły go na czo­łową pozy­cję ran­kingu. Powie­dział kie­dyś Mar­ti­nie Navrátilovej, że miał szczę­ście, bo tego samego dnia speł­niły się dwa jego marze­nia -?a dzięki temu wystar­czył mu jeden tatuaż, aby je upa­mięt­nić. Nad kostką ma rów­nież tru­skawkę i datę wygra­nej na Wim­ble­do­nie w 2023 roku, a na nodze wieżę Eif­fla i datę zdo­by­cia tytułu Roland-Gar­ros w 2024 roku. Alca­raz czuje się swo­bod­nie w towa­rzy­stwie Gangi; chęt­nie zgo­dził się na sfil­mo­wa­nie, jak udaje, że tatu­uje kole­dze nad­gar­stek -?tuż obok korony LeBrona Jamesa -?a następ­nie opu­bli­ko­wał to w mediach spo­łecz­no­ścio­wych.

Naj­waż­niej­szym bodaj ze wszyst­kich tatu­aży Alca­raza jest ten na wewnętrz­nej stro­nie jego lewego nad­garstka, gdzie wid­nieją litery "CCC", ozna­cza­jące cabeza, cora­zón, cojo­nes. Głowa, serce, jaja.

To dzia­dek nauczył go, że aby odnieść suk­ces na kor­cie, potrzebne są wła­śnie te trzy rze­czy -?cho­ciaż, jak sam nestor póź­niej przy­znał, nie wyobra­żał sobie, że te słowa będą tak czę­sto powta­rzane i nabiorą takiego zna­cze­nia. Dzia­dek -?który zaczął grać w tenisa dopiero w wieku trzy­dzie­stu lat, i to tylko rekre­acyj­nie -?nie spo­dzie­wał się, że jego wnuk potrak­tuje to zda­nie tak poważ­nie. Nie ocze­ki­wał też, że Car­los odnie­sie rów­nie osza­ła­mia­jący suk­ces. Dzia­dek Alca­raza zawsze uwa­żał Car­losa za osobę bar­dzo inte­li­gentną i obda­rzoną wyjąt­ko­wym umy­słem: więc głowa była "z głowy"; widział też, że wnuk natu­ral­nie kie­ruje się ser­cem. Jeśli zaś cho­dzi o atry­buty męsko­ści, dzia­dek uży­wał cza­sami slan­go­wego słowa huevos, czyli po hisz­pań­sku "jajka". Powie­dział mło­demu Car­lo­sowi, że należy ich uży­wać w pozy­tywny spo­sób, aby wygry­wać mecze, a nie narze­kać.

Można się pod­śmie­wać, ale jeśli odwie­dzi się El Pal­mar i poroz­ma­wia z miesz­kań­cami, mię­dzy innymi z wła­ści­cie­lem kawiarni, który dla uczcze­nia cojo­nes Alca­raza sprze­daje małe okrą­głe ciastka, łatwo pojąć, jak wiele te słowa zna­czą dla Car­losa. W prze­ciw­nym razie niby czemu miałby sobie robić taki tatuaż? I dla­czego firma Nike, która spon­so­ruje jego odzież i obu­wie, poda­ro­wa­łaby mu sper­so­na­li­zo­wane buty ozdo­bione sło­wami cabeza, cora­zón, cojo­nes oraz zło­tymi obraz­kami z mózgiem, ser­cem i pił­kami teni­so­wymi? Alca­raz jest miło­śni­kiem sne­aker­sów i kolek­cjo­ne­rem poszu­ku­ją­cym rzad­kich butów, takich jak para Nike stwo­rzona przez nie­ży­ją­cego już pro­jek­tanta mody Vir­gila Abloha, więc otrzy­ma­nie tych butów spra­wiło mu ogromną radość (mimo że w pokoju ma mało miej­sca na prze­cho­wy­wa­nie swo­jej kolek­cji).

"Car­li­tos zawsze stara się sto­so­wać tę radę w prak­tyce", mówi Sar­ria. "Dzia­dek udzie­lił mu tej rady, gdy chło­pak był młody -?pró­bo­wał nauczyć Car­li­tosa, że pod­czas gry potrzebne są cojo­nes, ale trzeba też uży­wać głowy, czyli mózgu, a także mieć moty­wa­cję do tego, co się robi, czyli wkła­dać w to serce. Bez tych trzech rze­czy nie da się osią­gnąć takiego poziomu, do jakiego się dąży. Car­li­tos kocha i podzi­wia swo­jego dziadka. Jego nauki pozo­stały w nim na zawsze".

Jeśli Alca­raz prze­żywa trudne chwile lub mecz nie idzie po jego myśli, roz­waża to, co powie­dział mu dzia­dek. Czer­pie z tych słów inspi­ra­cję, któ­rej potrze­buje, aby zmu­sić się do jesz­cze więk­szego wysiłku. "Wnuk powi­nien słu­chać i przyj­mo­wać rady dziadka", mówi były tre­ner spor­towca, Kiko Navarro, i wła­śnie to robi Alca­raz. "Car­li­tos bar­dzo ceni i kocha swo­jego dziadka. Jego rady doty­czące głowy, serca i jaj [wywarły na niego duży wpływ], więc kiedy Car­li­tosowi się nie układa, zawsze wraca pamię­cią do tego, co dzia­dek powie­dział", dodaje Navarro. "Car­li­tos w każ­dym meczu stara się dać z sie­bie wszystko. Ważne jest, aby grać w tenisa z głową i oczy­wi­ście nie szczę­dzić wysił­ków na kor­cie; Car­li­tos wie o tym i tak wła­śnie robi".

Mózg, serce i jaja -?plus kró­lo­wie, kró­lowe i pionki. Lek­cje życia, któ­rych udzie­lał Alca­ra­zowi dzia­dek, obej­mo­wały rów­nież wpro­wa­dze­nie Car­li­tosa w świat sza­chów (na długo przed tym, nim serial Gam­bit kró­lo­wej wylan­so­wał modę na sza­chy). Ile­kroć Alca­raz wygrał par­tię, dzia­dek nagra­dzał go torebką sło­dy­czy. Teni­si­sta poko­chał sza­chy i nawet na tourze na­dal gra w nie tak czę­sto, jak tylko może, a także przy­naj­mniej raz publicz­nie na Plaza de Las Flo­res w Mur­cji prze­ciwko pew­nemu star­szemu panu z miej­sco­wego klubu sza­cho­wego. Dzia­dek Alca­raza uwa­żał, że sza­chy pomogą Car­lo­sowi upo­rząd­ko­wać myśli. Alca­raz dostrzega podo­bień­stwa mię­dzy sza­chow­nicą a kor­tem teni­so­wym -?koniecz­ność cią­głej kon­cen­tra­cji, świa­do­mość, że chwila nie­uwagi może kosz­to­wać zwy­cię­stwo, oraz nacisk na myśle­nie stra­te­giczne, na próbę zro­zu­mie­nia pla­nów prze­ciw­nika i pla­no­wa­nie ruchów, które nastrę­czą mu trud­no­ści. Sza­chy wyostrzają i uspraw­niają umysł Alca­raza. Dzia­dek zbiera arty­kuły o Car­li­to­sie do albumu z wycin­kami. Nie prze­szka­dza mu też, że musi wsta­wać bar­dzo wcze­śnie, aby oglą­dać swo­jego wnuka, bo ran­kiem nie pra­cuje.

Dziad­ko­wie Alca­raza ukształ­to­wali jego spo­sób postrze­ga­nia świata, a także wpły­nęli na to, co zabiera ze sobą na tur­nieje -?torba na rakiety, którą bie­rze na kort, zawiera obrazki z la Vir­gen de la Fuen­santa, patronką Mur­cji, poda­ro­wane mu przez bab­cię.

Rozdział 2

2

Były Mister Mur­cia, zwy­cięzca lokal­nego kon­kursu pięk­no­ści, uspo­koił rodzinę Car­losa Alca­raza. Odniósł się do ich obaw, że choć Car­li­tos jest uzdol­niony, może nie mieć przy­szło­ści w teni­sie. Kiedy Alca­raz miał osiem lat i na kor­cie prze­ja­wiał obie­cu­jący talent, poja­wiły się wąt­pli­wo­ści, czy chło­piec uro­śnie na tyle, aby zostać pro­fe­sjo­nal­nym teni­si­stą. Jego ojciec nie jest prze­cież zbyt wysoki, a przy­szłość spor­towca w dużej mie­rze zależy od genów prze­ka­za­nych przez rodzi­ców.

Teni­si­sta może w kalej­do­sko­pie prze­ta­so­wy­wać ide­alne ude­rze­nia, ale jeśli jest niskiego wzro­stu, zbyt wiele nie osią­gnie. Nawet bez­kre­sna kre­atyw­ność na kor­cie ma swoje ogra­ni­cze­nia, jeśli bra­kuje odpo­wied­nich cen­ty­me­trów. Ojciec Alca­raza i jego ówcze­sny tre­ner Kiko Navarro zabrali Car­losa na spo­tka­nie z byłym zwy­cięzcą kon­kursu pięk­no­ści Juanjo Lópe­zem, który był już wów­czas leka­rzem (jak napi­sał w swo­jej książce samo­po­mo­co­wej Hábitos para ser el Número 1, cho­ciaż nie bał się patrzeć w lustro, wie­dział, że "żaden z niego Brad Pitt", a przez pewien czas po kon­kur­sie mil­czał na ten temat, bo się wsty­dził i bał, że inni mogą mieć wobec niego uprze­dze­nia). Wyko­nano zdję­cie rent­ge­now­skie nad­garstka Alca­raza. Bada­jąc kości nad­garstka chłopca i bio­rąc pod uwagę wzrost ojca, López potra­fił osza­co­wać, ile cen­ty­me­trów osią­gnie Car­los jako doro­sły męż­czy­zna.

"Tro­chę się mar­twi­li­śmy o posturę Car­li­tosa, bo jego ojciec nie jest zbyt wysoki, cho­ciaż matka ow­szem", wspo­mina Navarro. Tre­ner wie­dział, podob­nie jak wszy­scy w oto­cze­niu Alca­raza, że "wzrost jest obec­nie bar­dzo ważny w teni­sie", zwłasz­cza pod­czas ser­wo­wa­nia. López, zago­rzały teni­si­sta ama­tor, nie­gdyś czło­nek klubu w El Pal­mar, dodał im nieco otu­chy. Wszy­scy poczuli się nieco spo­koj­niejsi, wspo­mina Navarro, kiedy López powie­dział, że według naj­bar­dziej opty­mi­stycz­nych pro­gnoz Alca­raz osią­gnie metr i osiem­dzie­siąt dwa cen­ty­me­try. Nie uśmie­rzyło to jed­nak wszyst­kich obaw. Nie­któ­rzy z oto­cze­nia chło­paka uwa­żali, że jeśli fak­tycz­nie tak się wyda­rzy, to źle nie będzie, ale czy okaże się wystar­cza­jąco wysoki, aby pora­dzić sobie z wyż­szymi prze­ciw­ni­kami w pro­fe­sjo­nal­nym cyklu?

Sza­cunki Lópeza były bar­dzo zbli­żone do osta­tecz­nego wzro­stu Alca­raza: teni­si­sta prze­rósł ocze­ki­wa­nia leka­rza o cen­ty­metr. Według Navarro ojciec Alca­raza chciałby, aby jego syn był nieco wyż­szy -?jed­nak przy wzro­ście stu osiem­dzie­się­ciu trzech cen­ty­metrów Car­los jest tylko nie­znacz­nie niż­szy od Rafy Nadala i Rogera Fede­rera (obaj mie­rzą po sto osiem­dzie­siąt pięć cen­ty­metrów), a także Novaka Djo­ko­vi­cia (sto osiem­dzie­siąt osiem cen­ty­metrów). Alca­raz ma rów­nież sto­sun­kowo dłu­gie ramiona, co pozwala mu ude­rzać piłki z dużą siłą. Mimo że zdo­był kilka tytu­łów wiel­kosz­le­mo­wych, wzrost Car­losa na­dal jest tema­tem dys­ku­sji. John McEn­roe nazwał Alca­raza naj­więk­szym talen­tem, jaki widział w ciągu ostat­nich dwu­dzie­stu lat, i przy­znał, że oglą­da­nie go spra­wia mu wielką przy­jem­ność, ale mar­twi się, że potężni, przy­tła­cza­jący prze­ciw­nicy ser­wu­jący piłki szybko i z wyso­kim odbi­ciem "dopro­wa­dzą go do szału".

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki