Carla - Besma Lahouri

-
Proszę czekać

Dedykacja

Dedykuję F.G.

Cytat

"Biada temu, kto nie ma już żadnych pragnień. Traci - by tak rzec - wszystko, co posiada. Mniej się cieszymy tym, co zdołaliśmy osiągnąć, niż tym, na co mamy nadzieję, jesteśmy najbardziej szczęśliwi, zanim zasmakujemy szczęścia".

Nowa Heloiza Jean-Jacques Rousseau

Prolog

    Portret Pierwszej Damy? W pierwszej chwili pomysł może się wydać bez sensu. Mamy wrażenie, że o Carli Bruni wiemy prawie wszystko. Byłej modelce, która została trzecią z kolei panią Sarkozy, poświęcono we Francji więcej artykułów, okładek kolorowych gazet i reportaży niż jakiejkolwiek gwieździe światowego kina. Przekonana o swojej magnetycznej sile i zainteresowaniu, jakie powszechnie budzi, Carla Bruni stwierdziła pewnego dnia na stronie internetowej swojej fundacji, że wywiad, którego udzieliła dziennikowi "Libération" w czerwcu 2008 roku, zapewnił mu "najlepszy roczny wynik sprzedaży ze wszystkich tytułów prasowych". Okazało się, że trochę przesadziła... ale była w tym krztyna prawdy. W ciągu dwudziestu lat prasa rozpisywała się o jej wyczynach, podbojach, metamorfozach. Pozowała do obiektywu najwybitniejszym fotografom, afiszowała się z rozlicznymi wybrańcami, czyniła wynurzenia czasopismom, nie tylko tym od celebrytów. Była modelką i piosenkarką, wyczuwała jak mało kto świat reklamy. Prasa i show-biznes żyją na ogół ze sobą w symbiozie; Carla Bruni doskonale rozumiała prawa, które nimi rządzą. Poznała je tak dobrze, że niektórzy dziennikarze mówią o niej tak, jakby była bliską im, prawdziwie zaprzyjaźnioną osobą.

*

Czy wiemy jednak, co się kryje pod powłoką ikony kolorowych czasopism, którą stała się dawna artystka po ślubie z prezydentem?

Pierwsza Dama, która brzydziła się przez lata monogamią, a dziś nie potrafi powiedzieć jednego zdania bez wtrącenia słów "mój mąż", to prawdziwa zagadka. I tajemnica: przebogata dziedziczka włoskiego rodu, przybyła do Francji jako siedmioletnia dziewczynka, przez długie lata rzeczniczka pewnego odłamu intelektualnej lewicy, została małżonką najbardziej nielubianego prezydenta V Republiki, którego zwrot ku skrajnej prawicy budzi zakłopotanie w jego własnym obozie. Carla Bruni i Nicolas Sarkozy to mieszanka wybuchowa. Ona, niegdyś typowa przedstawicielka paryskiej lewicy, niezależna artystka, niezrozumiana w chwili, gdy poczuła niepokój, znalazłszy się z dala od świateł rampy. On, "choleryk", jak go określają niektórzy, nieokrzesany, ale i nieugięty, zafascynowany sukcesem i pieniędzmi. Czyżby związek przeciwieństw? Jak mówi Jacques Séguéla, specjalista od marketingu politycznego, "po odejściu osiem lat młodszego Raphaëla Enthovena, poczuła strach przed zbliżającą się czterdziestką i dała się uwieść prezydenckiej charyzmie". Jest w rzeczy samej jej najcenniejszym trofeum. Dzięki temu małżeństwu nie tylko zasmakowała szczęścia, ale przede wszystkim doświadczyła znowu sławy, jaką jej przyniósł związek z Mickiem Jaggerem. Tyle że tym razem nie popsuje jej zabawy żadna zniesławiona małżonka. Nicolas Sarkozy, porzucony przez żonę zmęczoną jego żądzą władzy, uległ zniewalającemu czarowi Carli. Wprowadziła go, choć nie do końca, do środowiska wrogo do niego usposobionych po elekcji intelektualistów, którzy potem jakoś dziwnie ucichli.

Czyżby dawna bywalczyni elitarnych rautów przeistoczyła się w stateczną żonę niespodziewanie złagodniałego prezydenta? O tym, że tak jest, starają się wszystkich przekonać służby prasowe Pałacu Elizejskiego, którym wtórują kolorowe pisma.

*

Ale sprawa nie jest taka prosta... Bo zza rozważnej Carli wyziera kobieta pełna temperamentu, zdaniem niektórych groźna, nazwana przez upokorzoną młodą rywalkę "terminatorem". Niewiele gwiazd rocka, niewielu polityków, aktorów, fotografów mody, ludzi mediów oparło się jej uwodzicielskim zakusom i upodobaniu do władzy. Podejrzewa się ją o wykorzystywanie swoich wpływów, snuje domysły na temat zastygłych rysów jej doskonałej twarzy. Chodzą słuchy, że wszystko to nie jest do końca naturalne, ale nikt o tym dotąd nie napisał.

Ktoś, kto chciałby się czegoś więcej dowiedzieć o Carli Bruni, nie będąc bywalcem prezydenckich salonów, może być posądzony o szaleństwo. Dopóki nie dostaniesz placetu od dworu, drzwi pozostaną zamknięte, przynajmniej jakiś czas. Nie brak więc było ze strony Pierwszej Damy nacisków, które miały nam uniemożliwić spotkanie z jej bliskimi. No, ale cóż... Żyjemy we Francji, kraju ludzi niepokornych, gdzie zawsze znajdą się chętni do opowiedzenia, czasem w czułych słowach, czasem nie, o Carli, którą znają lub znali.

*

Kim naprawdę okaże się Carla na końcu naszego "śledztwa"? Kobietą czarującą i uwodzicielską, ujmującą i irytującą, ponętną i porywczą, niezależną i wyrachowaną, powściągliwą, ale i umiejącą wykorzystać nowo zdobytą władzę, wierną w przyjaźni i niestałą w miłości, nieustępliwie dążącą do panowania nad własnym losem i niespodziewanie połączoną węzłem małżeńskim z mężczyzną jeszcze bardziej nieobliczalnym niż ona. Ta historia miłosna mogłaby należeć tylko do nich. Ale ponieważ wezbrała niczym rzeka i trafiła do obiegu publicznego, stała się również naszym udziałem.

1 Mam nowego adoratora

- Karine? Mówi Carla...

Aktorka Karine Silla(Nie chciała się z nami spotkać, przykazała jej to Carla Bruni.), wyciągnięta wygodnie na kanapie w swoim paryskim mieszkaniu przy avenue Montaigne, ogląda telewizję w towarzystwie przyjaciółki. Jest listopad 2007 roku, godzina dwudziesta trzecia. Telefon od starej psiapsiółki nie byłby może niczym szczególnym, gdyby nie to, że wyczuła w głosie Carli coś, co wyrwało ją z odrętwienia.

- Zgadnij, z kim teraz chodzę?

- No z kim?

- Z Nicolasem... Sarkozym!

- Co takiego? Nie! Tylko nie z nim! - krzyknęła mimo woli do słuchawki Karine.

Znała Carlę na wylot. Przed dwudziestu laty zadawały razem szyku na wybiegach. Potem już los nie był dla obu tak samo łaskawy. Karine stała się celebrytką dzięki aktorowi Gérardowi Depardieu, z którym miała córkę. Z Carlą było inaczej - całe jej romansowe życie upływało w świetle reflektorów. Pozostały jednak nierozłączne, przeżywając razem w najdrobniejszych szczegółach swoje przygody i zawody miłosne. Karine widziała niejednego partnera u boku przyjaciółki. Zna jej słabość do gwiazd, jej nagłe zauroczenia, o których głośno w kronikach towarzyskich. Nawet jej własny mąż, aktor Vincent Pérez, też dał się kiedyś uwieść Carli. Ale żeby Nicolas Sarkozy... Karine mogła się spodziewać wszystkiego, tylko nie tego. W zaprzyjaźnionym kręgu kawiorowej lewicy wiadomość ta będzie z pewnością dla wszystkich szokiem.

- Trochę przesadzasz, Carla...

*

Dumna z osiągniętego efektu Carla zaciera po cichu ręce. Lata mijają, a jej wciąż się udaje zaskakiwać bliskich. Tym razem sięgnęła szczytu. Nigdy dotąd nie miała do czynienia z szefem państwa. Czy chodzenie z mężczyzną tak wpływowym jak Nicolas Sarkozy to spełnienie jakiejś erotycznej fantazji? W każdym razie to cel, do którego cierpliwie dąży od trzydziestu lat, nie stroniąc od młodzieńczych wybryków, których echa trafiają na łamy celebryckich magazynów. Emelyne (Rozmowa z autorką 16 listopada 2009 roku w Paryżu), dawniej garderobiana w świecie mody, nigdy nie zapomni proroczych słów wypowiedzianych w 1987 roku przez młodą Bruni przy okazji pokazu, jaki zorganizowali w Paryżu dla swoich klientów Marithé i François Girbaud. Carla miała zaledwie dwadzieścia lat, stawiała pierwsze kroki w zawodzie. Emelyne pamięta ją jako miłą, młodą, rozmowną dziewczynę, która była na "ty" z charakteryzatorkami i garderobianymi. - Przychodziła, siadała w środku grupki osób, często na podłodze, i czekała na wezwanie. Zerkała raz po raz w kieszonkowe lusterko i powtarzała: "Zostanę kimś, zobaczycie...". Słuchaliśmy jej z uśmiechem.

Gwiazdą w owym czasie była Amira Casa, wedetta firmy, ale Carla się tym nie przejmowała. - Przez cztery dni w kółko powtarzała: "Zobaczycie, będę kiedyś sławna!".

Karine Silla była tego świadkiem. I nie tylko ona nie mogła w to uwierzyć.

*

Parę dni później, dokładnie 1 grudnia, Carla wycięła numer innej przyjaciółce z młodzieńczych lat, tym razem Włoszce. Cały dzień biegały razem po sklepach. Po powrocie do pałacyku piosenkarki w nadzwyczaj wytwornej XVI dzielnicy Paryża, Carla zostawia torby z zakupami przy wejściu i mówi szeptem do koleżanki:

- Pójdę wziąć prysznic. Może przyjść mój nowy adorator. Wpuść go, dobrze?

Kwadrans później ktoś dzwoni do drzwi. Ponieważ Carla nie wyszła jeszcze z łazienki, jej psiapsiółka biegnie otworzyć. Uchyla lekko drzwi i staje jak wryta, z ręką zesztywniałą na klamce. Przed wejściem stoi prezydent Republiki, wyprostowany jak struna, z przyklejonym do twarzy promiennym dziecięcym uśmiechem, wyraźnie uradowany widokiem osłupiałej nieznajomej.

Wszyscy bliscy Carli, wśród których wiadomość rozeszła się lotem błyskawicy, przyjmują ją z takim samym niedowierzaniem.

*

Ich Carla z czempionem prawicy? Tym, który chciał wprowadzić badania DNA dla imigrantów, przeciw którym podpisali razem parę tygodni wcześniej pełną oburzenia petycję?

Trudno to przełknąć jej bogatym przyjaciołom, nawet tym o najbardziej otwartych umysłach. A jej tym smaczniejszy wydaje się kąsek: Nicolas jest wymarzonym łupem, zamierza to wszystkim uświadomić. Z właściwym sobie wrodzonym reżyserskim talentem kapłanki zwiastującej swoje nadejście.

*

Trzeba przyznać, że wspomniany łup niechcący przysłużył się jej sprawie. Francuzi znają już miłosne kłopoty i najdrobniejsze szczegóły życia prezydenta. Wszyscy mieli okazję podziwiać podczas kampanii prezydenckiej jego jasnowłosych synów. Wszyscy bacznie się przyglądali zwycięskiego wieczoru na place de la Concorde pobladłej twarzy Cécilii. Wszyscy śledzili zafascynowani i pełni współczucia rozterki francuskiej Pierwszej Damy. Odejdzie? Nie odejdzie? Przez długie miesiące pałac prezydencki serwował obywatelom powieść miłosną w odcinkach, wprawiając ich w osłupienie. Powszechnie już było wiadomo, że prezydent jest porzuconym mężczyzną. Ale żeby zamieniać z dnia na dzień byłą żonę Jacques'a Martina na diwę o wątłym głosie...?

Najnowszy zwrot w uczuciach szefa państwa rozpalił w mgnieniu oka emocje w najpoważniejszych tytułach prasowych. Carla i Nicolas? Dlatego, że to był on, dlatego, że to była ona? A właściwie dlaczego nie? Podobno chodzi o nagłe zauroczenie. W końcu serce ma swoje racje, których rozum nie pojmie, nawet rozum raptusa Sarkozy'ego. Jeszcze trochę, a człowiek by uwierzył.