Listopad 1938 roku
Paryż, mieszkanie przy Rue René Blum
Jan Żychoń zapalił kolejnego papierosa. W ciągu ostatniej godziny był to
już chyba piąty, a wypełniona petami popielniczka świadczyła o tym, że
mężczyzna od dłuższego czasu szuka w tytoniu ukojenia dla swoich
pobudzonych nerwów. Paląc, chodził po mieszkaniu, a co jakiś czas
zatrzymywał się przy jednym z okien wychodzących na Rue René Blum i fragment Parku Clichy. Spokojny rejon, w którym znajdowało się jego
wynajęte mieszkanie, oznaczał umiarkowany ruch pieszych i samochodów o każdej porze. Żychoń był przekonany, że od razu dostrzeże osobę, na
którą czekał, o ile oczywiście ona się pojawi. W próżnym dotąd
oczekiwaniu patrzył na smutne, pozbawione liści drzewa i krzewy, a ich
widok jeszcze bardziej go przygnębiał.
Cofnął się myślami o kilka godzin, gdy spotkali się w bistro Chez
Bertrand. Swojego rozmówcę wcześniej poinformował, że wybiera się do
Paryża i chciałby się z nim zobaczyć, oraz podał detale spotkania.
Przywitali się serdecznie, jak dobrzy znajomi, którzy nie widzieli się
dłuższy czas. Jan zamówił tradycyjnie koniak. Przez kilkanaście minut
wymieniali się aktualnościami. Potem Żychoń nieoczekiwanie powiedział
rozmówcy, kim naprawdę jest. Teraz nadal zastanawiał się, czy
poinformowanie go o tym, że jest oficerem polskiego wywiadu wojskowego,
było dobrym posunięciem. Czy gdyby wspomniał o swoim zajęciu przy drugim
albo trzecim spotkaniu, byłoby to lepsze rozwiązanie? Nie potrafił
odpowiedzieć sobie na to pytanie, a reakcja rozmówcy była dosyć
znacząca. Popatrzył na Żychonia zaskoczony, odstawił trzymany w dłoni
kieliszek koniaku i powiedział:
-?Nie spodziewałem się tego po tobie. Wybacz, muszę odetchnąć.
Wstał i szybko wyszedł z lokalu. Jeszcze przez chwilę Jan widział jego
wysoką sylwetkę znikającą pomiędzy przechodzącymi ulicą Paryżanami.
Poczuł zawód i wstyd, że popełnił błąd. A jeśli tamten już nie wróci i zerwie z nim wszystkie kontakty? Pracował nad Niemcem od późnej jesieni
ubiegłego roku. Żychoń, a było to jego legalizacyjne nazwisko, służył w Katowicach, w Ekspozyturze numer 4 Oddziału II Sztabu Głównego Wojska
Polskiego, która zajmowała się wywiadem ofensywnym przeciwko Niemcom i Czechosłowacji. Działał także w Krakowie, szukając wśród zagranicznych i polskich studentów osób przydatnych do wykorzystania jako agenci lub
współpracownicy. Po długiej analizie nowych słuchaczy Uniwersytetu
Jagiellońskiego wytypował właśnie Carla von Wedela. W pierwszym odruchu
jednak odrzucił go jako kandydata do opracowania na przyszłego agenta
wywiadu. No bo czy mógł spodziewać się pozytywnej reakcji po Niemcu z bogatej pomorskiej szlachty, którego rodzina miała rozległe majątki
między innymi w Korytowie, Tucznie, Wałczu i Drawnie? Nie wykluczał też,
że von Wedel sam może realizować misję wywiadowczą w Polsce, a jeśli
nawet nie, to zapewne przyjechał wyszaleć się za pieniądze rodziców. Ku
zaskoczeniu Żychonia Carl od początku okazywał zdecydowanie propolskie
sympatie i odżegnywał się od poparcia ruchu narodowosocjalistycznego.
Początkowo Jan podejrzewał, że demonstrowanie takich poglądów to tylko
gra i może stanowić prowokację. Tak samo uważali jego przełożeni, gdy po
kilkutygodniowej znajomości przedstawił charakterystykę figuranta.
Ostatecznie jednak postanowił nie rezygnować i kontynuował znajomość,
która z czasem przekształciła się w przyjaźń. W międzyczasie nabrał
pewności, że von Wedel jest faktycznie antyfaszystą, a takie poglądy
przejął po ojcu. Henryk von Wedel nie tylko był wrogo nastawiony do
Hitlera i jego partii, ale też przejawiał dziwny sentyment do Polski i Polaków, z którymi stykał się na co dzień, gdyż pracowali w jego
majątkach lub zamieszkiwali w okolicy.
Jan spotykał się z Carlem von Wedelem aż do lata 1938 roku. Już późną
wiosną przedstawił raport z wnioskiem o zgodę na werbunek Niemca. Był
przekonany, że odniesie sukces i pozyska dobrego kandydata. Jednak major
Kazimierz Szpądrowski, szef ekspozytury w Katowicach, nie wyraził zgody.
Formalnie krytycznie ocenił ustalenia Żychonia oraz perspektywę werbunku
agenta. Jan podejrzewał, że za decyzją przełożonego stała niechęć do
młodego oficera i sukcesu, jakim byłby werbunek perspektywicznego
agenta. W ekspozyturze w Katowicach wszyscy wiedzieli, że słabą stroną
Szpądrowskiego były działania operacyjne, takie jak pozyskiwanie
współpracowników. Jako oficer artylerii dobrze czuł się w rozpoznawaniu
niemieckich akcji ekonomicznych na Śląsku i przemysłu ciężkiego.
Ostatecznie wobec von Wedela nie podjęto żadnych działań i latem Carl
wyjechał na dalsze studia do Paryża. Wcześniej jego znajomość z Janem
przybrała tak serdeczną formę, że z inicjatywy Niemca mieli utrzymywać
dalszy kontakt korespondencyjnie. Okazało się to bardzo użyteczne, gdy w październiku ojciec von Wedela został śmiertelnie postrzelony na
polowaniu przez nienawidzącego go, lokalnego lidera NSDAP. O szczegółach
tragedii Carl dowiedział się z listu wujka Fryderyka, który to list
dotarł do Paryża zbyt późno, aby von Wedel zdążył na pogrzeb. Ta
tragedia spowodowała u Carla zmianę dotychczasowej niechęci w głęboką
nienawiść do faszystów. Nie krył tego w korespondencji z Janem i zapowiadał zemstę na sprawcy zabójstwa oraz ruchu faszystowskim. Żychoń
postanowił to wykorzystać i tym razem otrzymał zgodę na werbunek.
Dlatego wczoraj przyjechał do Paryża. A teraz obawiał się, że przy
pierwszym kontakcie z Carlem w Chez Bertrand spieprzył całą sprawę.
Przez moment wyobraził sobie konsekwencje w postaci wykpienia go przez
majora Szpądrowskiego i wstydu przed centralą, bo na działanie we
Francji konieczna była formalna zgoda samego szefa Oddziału II,
pułkownika Tadeusza Pełczyńskiego.
Zgasił ledwie tlącego się papierosa i podszedł do okna. Sylwetki Niemca
nadal nie zobaczył. Teraz dodatkowo opanowały go wątpliwości, czy von
Wedel będzie go tutaj szukał. Kiedy spotkali się w bistro, na wstępie
wymienili się paryskimi adresami. A może Carl wrócił do Chez Bertrand
albo czeka w swoim mieszkaniu? Postanowił, że jeśli Carl nie przyjdzie,
to za dwie, trzy godziny wybierze się do miejsca zamieszkania Niemca.
Moskwa, posiedzenie Głównej Rady Wojennej Armii Czerwonej
Zebrani w sali obrad marszałkowie i generałowie oklaskami i powstaniem z miejsc przywitali wchodzącego na podium sekretarza generalnego Komitetu
Centralnego Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików) Józefa
Stalina. Wystąpień przywódcy słuchano zawsze z uwagą, gdyż w ich trakcie
często pojawiały się wątki mające wcześniej lub później poważny wpływ
nie tylko na losy kraju, ale przede wszystkim na sytuację członków
aparatu państwowego. Główna Rada Wojenna Armii
Czerwonej
kontynuowała tradycje kolektywnego dowodzenia datujące się od czasu
wojny domowej w Rosji. System rad wojennych został rozwiązany w 1934
roku, a powrócono do niego w 1937 roku w okresie Wielkiego Terroru.
Dzisiejsze posiedzenie było szczególnie ważne, gdyż w skład Armii
Czerwonej wchodziły wszystkie siły zbrojne kraju, łącznie z oddziałami
NKWD.
Stalin w długim wywodzie przedstawił ogólną ocenę sytuacji w kraju i zagrożeń zewnętrznych. Potem nieoczekiwanie zwrócił się do zebranych z ważnymi oskarżeniami:
-?Pokonaliśmy burżuazję na wszystkich frontach. Tylko na odcinku wywiadu
pobili nas jak małych chłopców. To nasza główna słabość. Wywiad wojskowy
został skażony przez szpiegów. Jego szefowie pracowali dla Niemiec, dla
Japonii, dla Polski, dla każdego z wyjątkiem nas. Naszym zadaniem jest
odbudowanie służb wywiadowczych. Są one naszymi oczami i uszami...
Dla nikogo z zebranych słowa Stalina nie były zaskoczeniem. Trwający od
1937 roku kolejny etap czystki wśród starych bolszewików, zmierzający
również do usuwania wszystkich osób podejrzanych lub niepewnych, już
doprowadził do śmierci setek tysięcy ludzi określanych mianem elementów
antysowieckich. Dlatego wskazanie aktualnie na funkcjonariuszy wywiadu
powszechnie uznano po prostu za kolejną fazę oczyszczania ludowego
państwa. Czystki trwały już tak długo, że przestały wywoływać powszechne
przerażenie; budziły jedynie ulgę u tych, których tym razem nie objęły.
Paryż, park Clichy
Wysoki, przystojny, dwudziestotrzyletni blondyn w kosztownym płaszczu
szedł parkową alejką. Jego strój raczej nie kojarzył się ze studentem
uniwersytetu; przywodził na myśl majętnego człowieka interesu lub kogoś
z wyższych sfer. Pomimo że był już listopad, dobra pogoda, a szczególnie
delikatne słońce zachęcały do przebywania na powietrzu. Lekki wiatr
rozwiewający bujne włosy mężczyzny był zdecydowanie przyjemny. Von Wedel
myślał jednak nie o jesiennej paryskiej pogodzie, ale o spotkaniu z polskim przyjacielem. Bo przecież za takiego uważał Jana. Wczorajszy
telefon od Żychonia z informacją, że jest w Paryżu, był miłą
niespodzianką. Tych kilka wspólnych miesięcy w Krakowie okazało się
ważne dla Carla, nienależącego do osób, które łatwo się zaprzyjaźniają -
szczerze polubił Polaka. Także późniejszy korespondencyjny kontakt, po
wyjeździe z Krakowa, okazał się trwały i istotny. Szczególnie po śmierci
ojca. To wspomnienie wywołało u Carla ciężkie, pełne smutku
westchnienie. W sumie czuł się jak podróżny na rozdrożu, który nie wie,
jaką drogę wybrać. Z jednej strony odczuwał takie napięcie i chęć
zemsty, że był bliski powrotu do Korytowa, szczególnie że studia nagle
przestały mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie. W Paryżu od dawna czuł
się samotny, bo znajomości nawiązane na uniwersytecie były nijakie,
nawet gdy miało się dwadzieścia kilka lat i tak naprawdę chciałoby się
tylko z kimś pogadać, wypić piwo czy pójść na mecz. W tym okresie
wymienił z Janem kilka listów i zatęsknił za wcześniejszymi ciekawymi
rozmowami w Krakowie. Dlatego dzisiejsze spotkanie w Chez Bertrand miało
pozwolić mu poczuć się tak jak w Polsce. Wymienili się nowościami, po
czym nagle Żychoń spoważniał i powiedział, że chciałby być z nim do
końca szczery. Zdziwiło go takie sformułowanie, logicznie zapowiadające
ważną wiadomość, ale to, co usłyszał, było jak wybuch bomby na środku
bistro. Jan Żychoń poinformował go, że jest oficerem polskiego wywiadu i chce z nim porozmawiać jako oficer. Carl natychmiast poczuł, że te słowa
przyjaciela oznaczają zmianę w ich relacji, i to właśnie wtedy, gdy on
miał nadzieję na spędzenie czasu w sposób, który dobrze znał. To
wszystko spowodowało, że musiał wyjść. Nie chciał odruchowo powiedzieć
czegoś, co zniszczy ich znajomość. W pierwszej chwili pomyślał jednak,
że przecież pozostaje Niemcem, nawet jeśli jest wrogo nastawiony do
polityki własnego państwa, a Polak to szpieg z obcego kraju.
Dopiero kiedy odbył długi spacer paryskimi ulicami, uspokoił się. A nawet więcej. Gdy dowiedział się, czym zajmuje się Jan, zaciekawiło go
to, może nawet mu zaimponowało. Żychoń wykonywał niebezpieczną robotę
dla swojego kraju, a jednym z głównych jego zadań była zapewne walka z faszystowskimi Niemcami. Miał poważny cel i takież obowiązki, łączące
się prawdopodobnie z niemałymi emocjami i satysfakcją z osiąganych
sukcesów. Von Wedel pomyślał, że w sumie zazdrości znajomemu. On sam
właściwie niczym ważnym się w życiu nie zajmował. Korzystając z zasobów
rodzinnych, wynajdywał sobie zajęcia, takie jak studia w Berlinie,
Krakowie czy Paryżu, a po krótkim czasie tracił nimi zainteresowanie i szukał czegoś nowego. Ocenił, że więcej sensu było w jego życiu na
Pomorzu, gdy w domu poznawał tajniki gospodarowania, uczył się języków
obcych, trenował różne dziedziny sportu i... uwodził dziewczyny w okolicy.
No, bez przesady. Zdarzyło mu się kilka flirtów typowych dla nastolatków
i jedno poważniejsze uczucie, którego obiektem była Marlena von Berg.
"Czy to, co powiedział Jan, faktycznie coś zmieniało w naszych
relacjach?", pomyślał, porzucając wspomnienia. Uznał, że tak -?nadawało
im większą wartość. Co w takim razie powinien teraz zrobić? Po pierwsze,
musiał spotkać się ponownie z Żychoniem, tego był pewien. Po drugie,
powinien się dowiedzieć, dlaczego Polak nagle postanowił ujawnić przed
nim, kim naprawdę jest. Miał wyobraźnię, więc od razu przyszło mu do
głowy, że znajomy będzie chciał coś mu zaproponować. Może tego właśnie
się przestraszył? Czy to miała być oferta współpracy z polską służbą?
Chyba nie, przecież Carl jest zaledwie studentem i dopiero szuka swojego
miejsca w życiu, więc dla wywiadu, polskiego czy jakiegokolwiek innego,
nie wydaje się atrakcyjnym kandydatem na agenta. A może tylko jemu,
Carlowi, tak się wydaje? Musiał przekonać się, o co w tym wszystkim
chodzi.
Z tym postanowieniem skręcił w alejkę prowadzącą do wyjścia z parku.
Zakładał, że Żychoń już nie czeka na niego w bistro. A ponieważ
wcześniej podał mu adres mieszkania, w którym się zatrzymał, Carlowi nie
pozostało nic innego, jak ruszyć w tamtym kierunku. W sumie krążąc po
Parku Clichy, od początku wiedział, że Rue René Blum znajduje się w pobliżu. Nawet nie musiał wyciągać kartki, którą dał mu Jan -?doskonale
pamiętał jego adres.
Paryż, mieszkanie przy Rue René Blum
Von Wedel, dochodząc do właściwego budynku, ostrożnie rozglądał się
dookoła. Przyszło mu do głowy, że skoro spotyka się z przedstawicielem
wywiadu, to powinien zachować czujność, choć jednocześnie nie potrafił
określić, czego miałby się obawiać. No ale wywiad to tajemnice, zdrady i zasadzki -?przynajmniej tak sobie wyobrażał. Ponieważ na ulicy nic nie
wzbudziło jego podejrzeń, uniósł głowę i przebiegł wzrokiem po oknach
trzypiętrowej kamienicy. W jednym z nich dostrzegł zarys męskiej głowy i niemal od razu zorientował się, że należy ona do znajomego Polaka. Brama
była uchylona, a krzesło konsjerża puste. Zadowolony, że dyskretnie
wejdzie do budynku, minął bramę. Zaczęły go bawić własne myśli,
dotyczące zachowania konspiracji w kontakcie z Janem. "Jeszcze godzinę
wcześniej do głowy by mi nie przyszło, żeby tak myśleć o spotkaniu z nim", stwierdził. Po lewej stronie zobaczył drzwi do klatki schodowej. W budynku była winda, ale Carl na drugie piętro dotarł schodami. Drzwi z numerem osiem były zaraz za załomem korytarza. Stanął obok i chwilę
nadsłuchiwał. We wnętrzu mieszkania panowała cisza, podobnie w sąsiednich lokalach. Uznał, że zachował się czujnie, nawet jeśli cała
sytuacja trochę go śmieszyła, i zapukał do drzwi. Otworzyły się
natychmiast, jakby Żychoń stał za nimi i czekał na niego. Uznał, że
mogło tak być, jeśli Jan przez okno obserwował ulicę.
-?Cieszę się, że przyszedłeś -?powiedział Polak, wpuszczając gościa do
środka.
-?Pospacerowałem, przemyślałem twoje słowa i jestem -?Carl ruszył przez
niewielki przedpokój do wskazanego przez Jana pokoju, położonego na
wprost drzwi wejściowych. Kątem oka dostrzegł, że Żychoń zamyka drzwi do
przedpokoju.
-?Koniak? -?zapytał Jan, unosząc kształtną butelkę stojącą na komodzie.
-?Proszę -?mimo wszystko von Wedel czuł lekkie napięcie po wejściu do
mieszkania przyjaciela.
Zajęli miejsca w fotelach ustawionych przy niewielkim stoliku.
Mieszkanie było urządzone w mieszczańskim stylu. W salonie dominowały
ciemne, ciężkie meble. Choć uwagę zwracał przede wszystkim ozdobny
potężny kominek z zegarem stojącym na kamiennej półce.
-?Za spotkanie -?zaproponował Polak, unosząc kieliszek.
-?Za spotkanie -?powtórzył von Wedel. -?I naprawdę cieszę się, że
przyjechałeś.
-?Domyślasz się, że to spotkanie nie jest wyłącznie towarzyskie? -
zapytał Jan, uważnie obserwując twarz Carla.
-?Po tym, co powiedziałeś w Chez Bertrand, nietrudno było domyślić się
drugiego dna twojej nieoczekiwanej wizyty w Paryżu -?odpowiedział von
Wedel. Jednocześnie w duchu ucieszył się, że Żychoń mówi otwarcie o swoich zamiarach, a nie próbuje kluczyć. -?Przyznaję, że w pierwszej
chwili zareagowałem nerwowo na wiadomość, że jesteś szpiegiem. Chyba
trochę się przestraszyłem, że nasza znajomość zmieni swój przyjacielski
charakter. Choć tak naprawdę to nie wiem, czy oficer wywiadu może
utrzymywać otwarte znajomości z obywatelami innych państw. W trakcie
spaceru przyszła mi do głowy inna myśl. Poczułem, że tak naprawdę mocno
mnie zaciekawiłeś swoją pracą... czy służbą, bo nie wiem jak poprawnie
nazywać to, co robisz. Dla mnie zabrzmiało to bardzo tajemniczo.
-?Cieszę się, Carl, że nie wystraszyłem cię ujawnieniem mojego związku z polskim wywiadem. Obawiałem się, że możesz poczuć się... -?Polak szukał
przez moment właściwego określenia -?niekomfortowo i nie zechcesz dalej
ze mną rozmawiać. Ale na szczęście okazało się, że zareagowałeś
pozytywnie.
-?Przyjacielu, znamy się już dłuższy czas i myślę, że możemy sobie ufać
-?powiedział von Wedel, uśmiechając się lekko. -?Trochę wódki razem
wypiliśmy i pewnie po alkoholu nie raz gadałem od rzeczy -?zaśmiał się
swobodnie. -?Ale mówiąc poważnie, obcy wywiad, i wywiad w ogóle, wiąże
się z czymś groźnym, złowrogim, ale także z podniecającą tajemniczością.
Zrobiły też na mnie wrażenie twoja odwaga i zaangażowanie się w ważny
cel. Dlatego postanowiłem, że musimy szczerze porozmawiać.
-?Pozwól, że zacznę od istotnych kwestii dotyczących aktualnej sytuacji.
-?Jan wypił łyk koniaku i pochylił się w stronę rozmówcy. -?Żyjemy w trudnych czasach, a z całą pewnością nadchodzą jeszcze gorsze. Jak
wiesz, w marcu Wehrmacht wkroczył do Austrii, a we wrześniu Zachód
sprzedał niepodległość Czechosłowacji, czyli poprzez układ monachijski
przyznał Niemcom Kraj Sudetów. Zapewne za kilka miesięcy III Rzesza
posunie się jeszcze dalej i zajmie całe Czechy, a może i Słowację,
okupowaną od listopada przez Węgrów. Wehrmacht zbliża się do mojej
ojczyzny, a realność agresji bardzo wzrosła. Na wschodzie sąsiadujemy z ZSRR i prawdę mówiąc, nie wiemy, czego możemy spodziewać się po polityce
Stalina. Zapewne niczego dobrego.
Carl pokiwał głową z poważną miną na znak, że zgadza się z wypowiedziami
Polaka. Czekał, co będzie dalej.
-?W naszych rozmowach nie kryłeś swoich jednoznacznie antyfaszystowskich
poglądów, wspominałeś o negatywnym stosunku twojego ojca do polityki
Hitlera i NSDAP, także do rozbudowy sił zbrojnych. Już kilka razy
mówiliśmy o bardzo prawdopodobnych konsekwencjach takich działań dla
pokoju w Europie...
-?Zapewne nie tylko na Starym Kontynencie... -?wtrącił odruchowo von
Wedel.
-?Oczywiście, apetyty tej bandy są zapewne nieograniczone, a na świecie
znaleźli już innych przywódców podobnie myślących -?kontynuował Żychoń.
-?Podsumowując, widzę poważne zagrożenie dla mojej ojczyzny, dla
bezpieczeństwa innych państw w Europie i dla demokratycznego porządku.
Ci ludzie wraz z ich chorą doktryną stanowią śmiertelne
niebezpieczeństwo dla nas wszystkich i dla naszej wolności.
-?Janie, całkowicie podzielam te poglądy -?zadeklarował Carl. -?Jestem
Niemcem, ale nie akceptuję tego, co dzieje się w mojej ojczyźnie. Jestem
przekonany, że władza w rękach Hitlera i jego akolitów to zło i groźba
dla wszystkich zwolenników demokracji. Czyli dla znacznej części moich
rodaków. Faktycznie tylko część z nich głosowała na NSDAP i nie wszyscy
popierają faszyzm. A za tragedią rozgrywającą się w Niemczech,
dotykającą przeciwników Hitlera, tak jak powiedziałeś, idzie perspektywa
wojny przeciwko innym wolnym krajom. Zobacz, jaki to paradoks: narodowi
socjaliści zdobyli władzę dzięki demokracji i mając ją w rękach, chcą
zniszczyć ten typ ustroju państwa. Koszmar!
-?Wiem, że jesteśmy zgodni w naszych ocenach sytuacji -?powiedział
Polak. -?Pisałeś w listach do mnie o chęci zemszczenia się na faszystach
za śmierć twojego ojca, ale także za ich zamiar zniszczenia wolności w twojej ojczyźnie i w Europie -?patrzył na rozmówcę, jakby upewniając się
co do jego reakcji. Zobaczył, że von Wedel skinął głową. -?W związku z całą tą sytuacją chciałbym cię zapytać, czy zgodzisz się na współpracę z polskim wywiadem?
W pokoju zapadła cisza. Carl von Wedel poczuł, jak raptownie
przyspieszyło mu tętno. Właściwie idąc na Rue René Blum, spodziewał się
tej propozycji, ale kiedy padła ona z ust Żychonia, stanął przed realnym
wyborem. Rozumiał powagę sytuacji, to już nie była swobodna rozmowa
znajomych przy lampce koniaku. Wyrażając zgodę, zdradzi swój kraj i narazi się na dotkliwą karę w razie wpadki. Może zapłacić życiem za to,
że teraz zaakceptuje ofertę Polaka. Jednocześnie był przekonany, że jego
pozytywna decyzja nie krzywdzi Niemiec i Niemców, a jest skierowana
wyłącznie przeciwko władzy nazistów i ma pozwolić na pokonanie tego
wcielonego zła. Jeżeli przyczyni się do przywrócenia wolności i demokracji, a także pokoju, to ze wszech miar warto zaryzykować. Przez
chwilę pomyślał o ojcu i jego ewentualnej reakcji. Natychmiast odrzucił
to skojarzenie, nie chcąc szukać uzasadnienia swojej decyzji w poglądach
nieżyjącego taty. Już wiedział, co powinien zrobić.
-?Janie, z pełną świadomością możliwych konsekwencji, tych negatywnych,
ale przede wszystkim pozytywnych, zgadzam się -?powiedział. -?Tak jak
wspomniałeś, mój ojciec uczył mnie zasad życiowych, w tym czynienia
dobra i walki ze złem. Został zabity przez jednego z faszystów. Liczę na
to, że współpracując z wami, będę mógł pomścić także jego śmierć.
Moskwa, siedziba NKWD, Łubianka
Ławrientij Beria, ludowy komisarz spraw wewnętrznych, był zadowolony po
pierwszym dniu wykonywania swoich nowych obowiązków. Czuł rozpierającą
go satysfakcję po tym, jak dzień wcześniej sekretarz generalny Komitetu
Centralnego Józef Stalin zdymisjonował dotychczasowego przełożonego
Berii Nikołaja Jeżowa. Beria nienawidził "Krwawego Karła", który ten
przydomek zyskał ze względu na wzrost około stu pięćdziesięciu
centymetrów i swoje okrucieństwo. Beria zazdrościł mu tego, że przez
ponad dwa lata kierował aparatem bezpieczeństwa i był mieczem Stalina
realizującym czystki w kraju. Jako podwładny Jeżowa cały czas się bał,
że pewnego dnia on też zostanie rozstrzelany za wymyślone winy. Ale
dzisiaj to on mógł podejmować takie decyzje.
Od rana ustalał z zaufanymi funkcjonariuszami, jak rozprawić się z bliskimi współpracownikami Jeżowa. Ostatecznie zostali w trybie pilnym
wysłani w teren. Nie wiedzieli, że na pierwszej stacji za Moskwą zostaną
wyciągnięci z pociągów i zawiezieni do więzień NKWD, a wkrótce potem
straceni. Beria wydał także rozkazy ograniczenia aresztowań i wysyłania
na Sybir pracowników administracji państwowej, żołnierzy i funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa. Nie wyjaśnił podwładnym, że tak
miało być tylko przez pewien czas, aby uspokoić atmosferę wśród
towarzyszy. W końcu odesłał oficerów do realizacji ustalonych zadań, a w gabinecie został tylko pułkownik Mikołaj Kuzniecow. Ich znajomość
zaczęła się jeszcze w latach dwudziestych, w Czeka, i ciągnęła się przez
lata.
-?Mikołaju, zrobiliśmy dzisiaj dużo -?Beria sięgnął po kolejną szklankę
z gorącą herbatą, którą pijał litrami. Kuzniecow także trzymał naczynie
z napojem. -?Ale to dopiero początek. W najbliższym czasie zajmiemy się
zreorganizowaniem obozów pracy. Wcześniej chciałbym, żebyś przygotował
selekcję funkcjonariuszy wszystkich departamentów Głównego Zarządu
Bezpieczeństwa Państwowego. Szczególnie wnikliwie przyjrzyj się 7
Departamentowi, czyli wywiadowi zagranicznemu. I żeby nie było tak jak
ostatnio, kiedy wielu zdrajców pozostało za granicą. Rozumiesz?
-?Oczywiście, towarzyszu komisarzu.
-?Masz obserwować moich podwładnych i wyłapywać zarówno wyróżniających
się funkcjonariuszy, jak i, przede wszystkim, podejrzanych o trzymanie z naszymi wrogami. Cenię sobie twoje wyczucie i jak zawsze chętnie przyjmę
sugestie.
-?Wypełnię wasze rozkazy.
-?I jeszcze jedno. To tajne zadanie. Nawiąż kontakt z Gestapo i zaproponuj im współpracę.
-?Towarzyszu, taki kontakt jest ryzykowny -?zasugerował Kuzniecow. -
Towarzyszom w Komitecie może się nie spodobać. A Niemcy będą próbowali
nas rozpracowywać.
-?Spokojnie -?Beria uśmiechnął się z wyższością. -?Może pomogą nam
wykryć naszych wrogów. Współpraca z niemieckimi służbami przyniesie
rezultaty, gdy wkroczymy do Polski, wcześniej zaś możemy im zaproponować
wydanie zbiegłych z Niemiec komunistów i Żydów. Będą zadowoleni. A teraz
ustal mi, jakiego najlepszego agenta mamy w Berlinie.
Paryż, mieszkanie przy Rue René Blum
Następne listopadowe tygodnie Carl zapamiętał jako okres ciężkiej, choć
jednocześnie bardzo ciekawej pracy. Praktycznie od rana do wieczora
przechodził szkolenie wywiadowcze. Do Żychonia dołączyło dwóch kolejnych
oficerów Oddziału II, prowadzących na zmianę zajęcia z nowym agentem.
Uczył się metod pracy operacyjnej, sposobów uzyskiwania informacji i prowadzenia rozmów wywiadowczych, przygotowywania informacji i posługiwania się sprzętem używanym przez szpiegów. Konieczne wyposażenie
zostało w tajemnicy przewiezione z polskiej ambasady. Odbył instruktaż w obsłudze radiostacji i przesyłaniu meldunków. Często również wychodzili
na ulice Paryża w ramach zajęć dotyczących prowadzenia kontroli,
wykrywania obserwacji i wychodzenia spod obserwacji. Te praktyczne
ćwiczenia pasjonowały von Wedela. Stopniowo osiągnął odpowiednie
umiejętności.
Za bardzo ważne uznawał rozmowy z Janem, pozwalające na poznawanie
praktyki pracy agenta wywiadu.
-?Pamiętaj, Carl -?wbijał mu do głowy Żychoń -?nigdy nie lekceważ
konieczności obserwowania otoczenia. Bez względu na okoliczności trzymaj
się tego. Możesz setki razy nic ani nikogo nie wykryć, ale pewnego dnia
dostrzeżesz coś, co uratuje ci życie, a może nie tylko tobie. Wszystko,
co nie będzie naturalne i typowe, powinno zwrócić twoją uwagę. Myśl z szacunkiem o swoich potencjalnych przeciwnikach, czyli o kontrwywiadzie
czy innych wywiadach. Tam pracują fachowcy, często z dużym
doświadczeniem, dla których będziesz wrogiem. Przyjmij, że ostatecznie
twoje bezpieczeństwo i uniknięcie dekonspiracji jest najważniejsze.
Ważniejsze od dążenia za wszelką cenę do wykonania zadania. Zazwyczaj
można podjąć kolejną próbę działania, ale jeśli wpadniesz, to będzie
koniec i tego nie da się już naprawić. Dla nas twój los i bezpieczeństwo
będzie zawsze priorytetem.
-?Rozumiem i będę o tym pamiętał -?obiecał von Wedel.
Uzgodnili, że w pracy wywiadowczej Carl będzie posługiwał się
pseudonimem "Amber".
Paryż, okolica mieszkania von Wedela
Carl wracał do swojego mieszkania. Dzisiaj przez kilka godzin ćwiczyli
pracę z obserwacją. Von Wedel w ciągu paru poprzednich dni budował trasę
sprawdzeniową, której przejście miało zakończyć się pozorowanym
spotkaniem z agentem, a tę rolę odgrywał Jan Żychoń. Przez pierwsze pół
godziny wędrówki ulicami stolicy Francji Carl nie dostrzegł nikogo, kto
by go śledził. Faktem było, że poszedł na łatwiznę, spodziewając się, iż
obserwatorem może być któryś ze znanych mu już oficerów Oddziału II.
Schodząc do metra, zrugał się w myślach za lekceważenie ćwiczenia.
Pomyślał, że kiedyś -?tak jak powiedział Jan -?od umiejętności
wykrywania śledzących go wrogów może zależeć jego życie, a może także
bezpieczeństwo siatki. W tym momencie skoncentrował się i zaczął
improwizować. Znalazł budkę telefoniczną i udawał, że do kogoś dzwoni.
Tocząc pozorowaną rozmowę, wykonywał ruchy pozwalające kontrolować
otoczenie. Po odwieszeniu słuchawki, zamiast na peron metra, poszedł do
toalety. Poczekał w kabinie ponad dziesięć minut, co zdawało się
gwarantować, że osoby, które widział wcześniej, z pewnością już
odjechały. Wychodząc z WC, ostrożnie rozejrzał się po korytarzu. Wśród
przechodniów zauważył mężczyznę, który stał w pobliżu schodów na perony,
zwrócony w kierunku toalet, i nagle się odwrócił. Von Wedel spokojnie
zszedł na peron i wsiadł do kolejki. W wagonie siedział bez ruchu, a po
wyjściu na właściwej stacji podszedł do kiosku i kupił gazetę. Płacąc,
dostrzegł, że mężczyzna, na którego wcześniej zwrócił uwagę, idzie
powoli w stronę kiosku. Carl wyszedł na ulicę i szybkim krokiem pokonał
kolejne skrzyżowania, dwa razy zmieniając kierunek. Kiedy dotarł do
niewielkiego skweru, usiadł na ławce i rozłożył gazetę. Przeglądając ją,
mógł ostrożnie sprawdzić okolicę. Zauważył, że podejrzany mężczyzna stoi
przy narożniku pobliskiego budynku. Miał pewność, że wykrył obserwację.
Ponieważ założeniem ćwiczenia było dotarcie przez von Wedela na miejsce
spotkania także w wypadku ustalenia obserwacji, skończył czytać i poszedł do restauracji. Od razu poinformował Żychonia o tym, co
dostrzegł, szczegółowo opisując mężczyznę. Polak wysłuchał go, po czym
zaczął się śmiać.
-?Dlaczego się śmiejesz? -?Carl poczuł się nieco urażony reakcją Jana. -
Zrobiłem czy może powiedziałem coś głupiego?
-?Spokojnie, Carl -?rozmówca szybko spoważniał. -?Śmieję się, ponieważ
właśnie wygrałem zakład.
Von Wedel popatrzył na Żychonia, nic nie rozumiejąc.
-?Jaki zakład? O co chodzi?
-?Przyjacielu, właśnie wykryłeś obserwację -?oznajmił Jan. -?Szedł za
tobą attaché wojskowy naszej ambasady, bardzo doświadczony oficer służby
wywiadowczej. Założył się ze mną, że nie uda ci się go rozpracować. Ja
oczywiście postawiłem kasę na "Ambera" i wygrałem! Moje gratulacje,
zdałeś dzisiaj ważny egzamin.
Grudzień 1938 roku
Paryż, mieszkanie przy Rue René Blum
Wobec zbliżającego się końca semestru na uniwersytecie ważna stała się
kwestia terminu powrotu von Wedela do Berlina.
-?Czy jest coś, co mogłoby wpłynąć na twoją decyzję o dalszym
pozostawaniu w Paryżu? -?pytanie Żychonia padło po zakończeniu kolejnego
dnia szkolenia.
-?Zamierzałem wrócić do Niemiec na przełomie roku -?odpowiedział Carl. -
Powinienem już wcześniej pojechać do Korytowa, spotkać się z bratem i wujem, no i odwiedzić grób ojca, a właściwe wspólny grób rodziców. Ale
wstrzymywałem się w obawie, że na miejscu nie wytrzymam i zrobię jakiś
głupi ruch wobec tego mordercy.
-?Czy nadal takie masz plany?
-?Wiesz, Janie -?von Wedel zamyślił się. -?Od chwili, gdy zgodziłem się
na naszą współpracę, moje życiowe priorytety uległy znaczącej zmianie.
Biorąc pod uwagę zajęcie się sprawami operacyjnymi, chociażby w kontekście szybkich zmian w sytuacji w Europie, moja wizyta w rodzinnej
siedzibie przestała być taka ważna. Kocham moich bliskich, ale skoro
radzili sobie tak długo beze mnie, to poradzą sobie jeszcze trochę. Tych
kilka tygodni, zamiast wizycie na Pomorzu, powinienem poświęcić
budowaniu mojej kariery w Niemczech. I zakładam, że zmierzasz właśnie do
tego.
-?Trafiłeś w sedno -?przyznał Polak. -?Fakt, że stałeś się agentem,
wymaga ze strony centrali podjęcia różnych ruchów. W Berlinie mamy
rezydenturę, dla której będziesz pracował. Jej szefa musimy poinformować
o twojej osobie i ustalić sposób nawiązania kontaktu. Drugą, a przy tym
nie mniej ważną kwestią, jest to, gdzie trafisz po powrocie, czyli na
ile przydatne dla naszej służby będzie miejsce twojej pracy.
-?Myślę, że dla osoby o takich warunkach jak ja właściwie nie ma
przeszkód, żeby wybrać instytucję ciekawą dla was -?zadeklarował Carl. -
Zakładam, że najbardziej wartościowa byłaby administracja rządowa, w pobliżu kanclerza, MSZ, wojsko czy wywiad. Nie mylę się?
-?Znowu masz rację. Każda z tych instytucji daje potencjalne możliwości
dotarcia do informacji ważnych dla Polski, ale również dla sytuacji w Europie. Wspomniałeś o swoich możliwościach i zapewne masz rację w ich
ocenie. Jednak spróbujmy zastanowić się, gdzie byłoby najłatwiej zacząć
twoją karierę.
-?Wiesz, mam kilku znajomych jeszcze z okresu studiów w Berlinie, którzy
podjęli pracę w momencie, kiedy ja wyjechałem do Warszawy, a potem do
Krakowa. Wiem, że pracują w wojsku, w resorcie spraw zagranicznych i w innych ministerstwach. Część z nich ma tak dobre układy rodzinne, że
przy ich delikatnym wykorzystaniu dostanie się przeze mnie do każdej z wymienionych instytucji nie powinno stanowić problemu. Co byłoby
najważniejsze dla was?
-?Niewątpliwie najcenniejszy byłby twój akces do wywiadu, myślę tu o Abwehrze -?ocenił Jan. -?Praca w wywiadzie zawsze daje możliwości
zdobywania wartościowych informacji, dokumentów, uczestniczenia w operacjach, które mogą być istotne dla Polski. Jednocześnie pod
przykryciem działań operacyjnych łatwiej jest zakamuflować czynności
związane z kontaktowaniem się z rezydentem czy kimś innym z berlińskiej
siatki. A więc główny wysiłek skieruj na wejście do Abwehry. Jeśli
jednak to okazałoby się zbyt trudne, wówczas pomyśl o wojsku. Wątpię w możliwość zbliżenia do ścisłego kierownictwa Rzeszy, wobec braku twoich
czy twojej rodziny związków z aktywnością polityczną w NSDAP.
-?Czyli wszystko jasne, aplikuję do wywiadu -?podsumował Carl. -?Mam już
nawet pomysł, do kogo zwrócę się na początku.
-?Powiedz, o kim myślisz?
-?Hans Beckmann -?powiedział z uśmiechem von Wedel. -?Razem
studiowaliśmy, razem piliśmy w różnych knajpach, krzyżowaliśmy też
rękawice na ringu i wspólnie podrywaliśmy dziewczyny. Bo musisz
wiedzieć, że Hans to prawdziwy pies na baby. To wszystko tworzy niezły
pretekst, żeby wykorzystać jego pomoc. Beckmann ma świetne koneksje
rodzinne, ojca generała w Sztabie Generalnym, więc w Berlinie większość
drzwi stoi przed nim otworem, także tam, gdzie ja chciałbym trafić. Ma
jeszcze jedną ważną cechę. Jak coś robi, to zazwyczaj uważa, że sam
wymyślił całą koncepcję. Występując w mojej sprawie, będzie wewnętrznie
przekonany, że to on mi zaproponował załatwienie tej roboty, więc tym
bardziej się postara. Z pewnością nie zechce pamiętać, że poprosiłem go
o wsparcie w tej sprawie. Mój majątek zawsze mu imponował, dlatego jak
potrząsnę kiesą i zaproszę go do kilku eleganckich lokali w Berlinie,
szybko przypomni sobie o naszych przyjacielskich kontaktach.
-?Świetnie, mamy ustalone, w którą stronę idziemy -?skwitował Żychoń, a Carl dostrzegł, że rozmówca jest bardzo skoncentrowany. -?Teraz
posłuchaj: po przyjeździe do Berlina zadzwonisz pod ten numer telefonu -
Polak wręczył von Wedelowi kartkę z rzędem cyfr. -?Postaraj się je
zapamiętać, choć jeśli zachowasz tę kartkę, niczym to nie grozi. Kiedy
skontaktujesz się z tym numerem, przedstaw się jako "Asbj?rn". Rozmówca
zapyta cię, czy znasz "Alto Douro". Odpowiesz, że wolisz "Guimar?es".
Usłyszysz cyfrę i rozłączysz się. Cyfra oznaczać będzie godzinę
spotkania następnego dnia na dworcu Berlin Anhalter, po lewej stronie
lady przechowalni bagażu. Zapamiętasz?
-?"Asbj?rn", "Alto Douro", "Guimar?es". Cyfra to godzina spotkania
nazajutrz, po lewej stronie przechowalni.
-?Zgadza się -?potwierdził Jan.
Na koniec spotkania Żychoń zrobił coś, czym zaskoczył agenta.
-?Jeżeli kiedykolwiek gdzieś dojdzie do naszego spotkania, pamiętaj, że
się nie znamy -?stwierdził. -?Nie wiesz, jak ja się nazywam. Bez mojej
inicjatywy nigdy nie próbuj do mnie podejść. I jako dowód mojego
zaufania wobec ciebie powiem ci, że naprawdę wcale nie nazywam się Jan
Żychoń. To imię i nazwisko legalizacyjne. Prawdziwych moich danych nie
poznasz, o ile nie będzie to niezbędne. Dlatego jeśli kiedykolwiek
usłyszysz o Janie Żychoniu z Oddziału II, to prawdopodobnie nie będzie
chodziło o mnie. Tym bardziej że jest inna osoba, która tak się nazywa.
-?Dobrze, Janie. A czy w ogóle jeszcze kiedyś się spotkamy? -?w głosie
von Wedela pojawił się niesłyszany dotąd ton.
-?W tym zawodzie wszystko jest możliwe, choć jednocześnie bardzo
wątpliwe, że tak się stanie -?sentencjonalnie powiedział Polak. -?Zbliża
się bardzo ciężki czas. Pewnie wybuchnie wojna i zapewne dotknie całą
Europę. Ale w końcu pokonamy wspólnie zło i nastanie pokój. Miejmy
nadzieję, że w tych dobrych czasach uda nam się ponownie spotkać. Na
razie życzę ci, żebyś przetrwał ten tragiczny okres. I pamiętaj, twoje
życie zależy od czujności, obserwowania otoczenia i rozsądku. Jeśli
będziesz tak postępował, przyszłość będzie twoja. Żegnaj Carl.
Paryż, okolica mieszkaniA von Wedela
Rozmowa z Janem Żychoniem, czy jak tam się naprawdę nazywał, sprawiła,
że von Wedel szedł do domu w ogólnie dobrym nastroju, choć zamyślony i nieco zasmucony tym, że może już nigdy nie zobaczy przyjaciela. Wracał
do Niemiec, chociaż jego sytuacja uległa zasadniczej zmianie. Pojedzie
do Berlina, żeby pracować tam dla polskiego wywiadu. Skończyło się
zwyczajne życie, był agentem i miał walczyć z nazistowskim reżimem,
wykradając tajne informacje. Nigdy wcześniej, nawet w młodzieńczych
wyobrażeniach, nie przyszło mu do głowy, że będzie zajmował się czymś
takim.
W ulicznej szarówce jego uwagę zwrócił błysk zapałki. W bramie vis-a-vis
budynku, w którym znajdowało się mieszkanie Carla, stał młody mężczyzna
i właśnie zapalił papierosa. Zapewne wcześniej taka sytuacja nie miałaby
dla niego znaczenia, ale obecnie zareagował i zapamiętał tego człowieka.
Zamiast wejść do swojej bramy, poszedł dalej. Tylko w ten sposób mógł
sprawdzić, czy mężczyzna ma wobec niego jakiekolwiek złe zamiary.
Pozornie wydawało się to przesadą, ale nauczył się, że w nowym życiu
wywiadowczym wszystko może być ważne. Skręcił w przecznicę, potem w kolejną. Przez szybę narożnego sklepu zobaczył, że mężczyzna idzie za
nim, a przynajmniej w tym samym kierunku co on przed chwilą. Sytuacja
stała się bardziej złożona, gdy von Wedel stwierdził, że tamten nie był
sam. Towarzyszył mu inny młody człowiek. Pomyślał, że to może być
kontynuacja dzisiejszych ćwiczeń, choć nie wiedział, skąd Polacy
znaleźli nowych nieznanych Carlowi pozorantów. Zszedł do metra i pojechał do swojej ulubionej restauracji. Zjadł dobrą kolację, wypił dwa
kieliszki wina i opuścił lokal. Idąc w stronę stacji metra, dostrzegł
znajomą sylwetkę właśnie chowającą się w niedalekiej bramie. Po
przeciwnej stronie ulicy zobaczył towarzysza mężczyzny. Był pewien, że
to oni! Von Wedel intensywnie myślał. Nie miał wątpliwości, że obaj
pojawili się w okolicach jego mieszkania, a teraz, tak jak on,
znajdowali się w sporej odległości od tamtego miejsca. Przypadek?
Niemożliwe. Był przekonany, że go śledzili. Jeżeli Polacy chcieli go
sprawdzić, to wszystko było w porządku. Jednak zajęcia zostały już
oficjalnie zakończone, więc cała sytuacja była dziwna. "A jeżeli to nie
są ćwiczenia?", przyszło mu nagle do głowy. Jeśli ma rację, to kim mogli
być tamci dwaj? Oczywiście, jeżeli faktycznie chodziło o dwóch. Brał pod
uwagę, że zainteresowali się nim paryscy bandyci, którzy zamierzali go
okraść. A może te wcześniejsze zajęcia z oficerami polskiego wywiadu
ściągnęły na Carla zainteresowanie francuskich służb bezpieczeństwa? W sytuacji, w której obecnie się znajdował, musiał brać pod uwagę różne
możliwości. Uznał, że ze strony Francuzów raczej nic mu nie grozi, w końcu kręcąc się po Paryżu, nie zrobił przez ostatnie tygodnie niczego
złego. Poważniejszym zagrożeniem byli bandyci szukający w jego osobie
łatwej ofiary. Postanowił, że powinien zachować czujność i wracać do
domu, a w razie czego podejmie walkę z nimi. Ruszył w kierunku stacji
metra, pamiętając, że po drodze musi minąć bramę, w której schował się
jeden z mężczyzn. Postanowił utrudnić zadanie potencjalnemu
przeciwnikowi i zatoczył się w lewo. Ten ruch pozwolił mu człapać tuż
przy ścianie budynku. O tym, że się nie pomylił, podejrzewając młodych
mężczyzn o zainteresowanie jego osobą, przekonał się już po chwili. Ten,
który dotąd szedł po drugiej stronie ulicy, nagle znalazł się na jezdni
i ruszył w stronę Carla.
Wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Najpierw usłyszał gwizd
dobiegający od strony człowieka przecinającego jezdnię. Von Wedel
właśnie doszedł do bramy, gdy wyskoczył z niej pierwszy mężczyzna. Carl
stwierdził, że tamten go nie widzi -?zapewne spodziewał się zobaczyć go
na środku chodnika. Drugie spostrzeżenie było ważniejsze: mężczyzna
trzymał w dłoni nóż. Von Wedel zawierzył staremu porzekadłu, że
najlepszą formą obrony jest atak. Dlatego bez wahania ruszył na
pierwszego z przeciwników. Prawym sierpowym uderzył mężczyznę w szczękę,
jednocześnie wykonał zwód, aby nie zostać trafiony. Wykorzystując
zaskoczenie przeciwnika, złapał go za rękę trzymającą nóż i szarpnął
mocno do przodu. Tamten wypuścił broń i poleciał przed siebie, tracąc
równowagę. Nie czekając na jego upadek na chodnik, Carl błyskawicznie
odwrócił się w stronę jezdni, akurat w porę, żeby spotkać drugiego
wroga. Mężczyzna, widząc upadek swojego kolegi, ruszył biegiem, choć jak
się okazało, nie miał sprecyzowanej koncepcji ataku. Von Wedel, nie
dbając o wymogi honoru, błyskawicznie kopnął tamtego w krocze. Atak był
kompletnie zaskakujący, a przeciwnik zwinął się z bólu. Gdy pochylony
trzymał się za podbrzusze, Carl uderzył go precyzyjnie w podstawę
czaszki, co spowodowało całkowite wyeliminowanie przeciwnika z walki.
Odwrócił się do pierwszego mężczyzny akurat w momencie, gdy ten zaczął
podnosić się z ziemi. Von Wedel wykręcił mu lewą rękę i wciągnął do
bramy. Tam wzmocnił chwyt, co wywołało głośne jęki przeciwnika.
-?Zamknij mordę, bo złamię ci rękę! -?wysyczał mu do ucha von Wedel.
Mężczyzna posłuchał i zamilkł, w bramie słychać było jedynie płaczliwe
sapanie. -?Czego ode mnie chcecie? Tylko mów, kurwa, prawdę!
Mężczyzna, pokonując ból, uniósł głowę, zwracając twarz w jego stronę.
-?Chodzi o Jacqueline...
-?Co ty pierdolisz! O jaką Jacqueline? -?rzucił zaskoczony Carl, nie
rozumiejąc, co tamten ma na myśli. Jednocześnie spojrzał w stronę ulicy,
aby sprawdzić, czy znokautowany przeciwnik nie wraca do siebie.
Mężczyzna jednak leżał bez ruchu. Nieliczni przechodnie go omijali. -
Nie kłam!
-?Ja nie kłamię -?miał to potwierdzić rozpaczliwy ton odpowiedzi. -
Naprawdę nie kłamię.
-?Jaka Jacqueline? Co to znaczy?
-?To moja narzeczona -?wyjaśnił mężczyzna. -?Ale od kiedy zaprosiłeś ją
na randkę, zachowuje się dziwnie i nie chce ze mną rozmawiać...
-?Ja z Jacqueline...? -?jeszcze przez moment był zdezorientowany słowami
Francuza.
W końcu zrozumiał. Tak miała na imię koleżanka z uniwersytetu. Siedzieli
w pobliżu siebie w uczelnianej bibliotece, a uroda dziewczyny tak
olśniła Carla, że zaprosił ją na kolację. Zgodziła się chętnie, a Carl
zupełnie nie wziął pod uwagę, że dziewczyna może być z kimś związana.
Spędzili miły wieczór i to wszystko. Gdy uświadomił sobie, że powodem
ataku obu Francuzów na niego była zazdrość o kobietę, chciało mu się
głośno śmiać. Zamiast tego powiedział:
-?Nic do niej nie mam, jest twoja. Ja jutro wyjeżdżam z Paryża i zniknę
z waszego życia. Dotarło?
-?Tak... -?potwierdził nieszczęsny narzeczony.
Von Wedel puścił go, a zaskoczony Francuz upadł na bruk. Carl minął
leżącego nadal kolegę tamtego i ruszył w stronę stacji metra. Po
kilkunastu krokach wreszcie głośno się roześmiał. W ten sposób
odreagował nerwową sytuację. Czuł zadowolenie z tego, jak sobie
poradził. Jednocześnie utwierdził się w przekonaniu, że szkolenie
operacyjne nie poszło na marne i właśnie dzisiaj wieczorem zdał kolejny
egzamin. Ustalił obserwację, kontrolował przebieg wydarzeń i poznał
powód, dla którego był śledzony. Uznał, że jest gotowy, aby wracać do
Niemiec i zrobić to, na co się zdecydował. Humoru nie zepsuło mu nawet
uświadomienie sobie, że kolejni przeciwnicy będą dużo groźniejsi od obu
Francuzów.
Styczeń 1939 roku
Warszawa, Komenda Garnizonu
-?Nie jestem zadowolony z panów działań -?marszałek Edward Śmigły-Rydz
patrzył ponad głowami oficerów, sztywno wyprostowanych na krzesłach
otaczających stół konferencyjny.
Styczniowy poranek był wyjątkowo ponury, co oddawały nastroje w gabinecie generalnego inspektora sił zbrojnych. Wezwanie na odprawę do
najważniejszego dowódcy polskiej armii, następcy Józefa Piłsudskiego,
podlegającego wyłącznie prezydentowi, już poprzedniego dnia wywołało
poważny niepokój wśród kierownictwa Oddziału II. Zaproszenie jedynie
wybranych oficerów sugerowało decyzje personalne.
-?Krytycznie oceniam poziom rozpoznania militarnych potencjałów III
Rzeszy i Związku Sowieckiego, a przecież te kraje stanowią dla nas
największe zagrożenie. Dodam, że nie podoba mi się również angażowanie
się członków rodzin tak ważnych oficerów wywiadu po stronie lewicowej
opozycji -?obecni wiedzieli, że ostatnia uwaga skierowana była do szefa
Oddziału II i dotyczyła politycznej aktywności jego żony. -?Jednocześnie
jestem poruszony nieprawidłowościami w działalności Dwójki, co zostało
ujawnione przy okazji sprawy majora Sosnowskiego. A fakt, że nasz
pozornie najlepszy wywiadowca jest aktualnie sądzony przez polski sąd za
współpracę z Abwehrą, wzbudził mój głęboki niepokój co do nadzoru w wywiadzie.
Marszałek przerwał, a obecni w gabinecie oficerowie wywiadu mieli
nieprzepartą ochotę zaprotestować. Dokonania siatki agenturalnej
stworzonej przez Sosnowskiego w Niemczech, dostarczanie wielu cennych
informacji, w tym o postępującym zbliżeniu niemiecko-sowieckim, były
niezwykle ważne. Fakt skazania go przez niemiecki sąd na dożywocie był
też wymowny. Wątpliwości powstałych w Polsce co do lojalności
Sosnowskiego, w znacznym stopniu opartych na działaniach inspiracyjnych
Abwehry i podsycanych przez jego przeciwników, nie podzielało
kierownictwo wywiadu. Jednak wobec najwyższego polskiego wojskowego nikt
nie wyraził przeciwnego zdania. Śmigły-Rydz po chwili namysłu
kontynuował.
-?Wydałem rozkaz o zdymisjonowaniu pułkownika Tadeusza Pełczyńskiego ze
stanowiska szefa oddziału -?oznajmił Śmigły-Rydz. -?Podobnie ze
stanowiska szefa Wydziału II Wywiadowczego odejdzie podpułkownik Stefan
Mayer oraz ze stanowiska szefa Referatu "Zachód" major Adam Świtkowski.
Dalsze zmiany w jednostkach oddziału będą wprowadzane w kolejnych
miesiącach. Jednocześnie chcę poinformować o powierzeniu funkcji szefa
Oddziału II pułkownikowi dyplomowanemu kawalerii Józefowi Smoleńskiemu.
Pułkownik Smoleński jest doświadczonym kawalerzystą i nie był dotąd
zaangażowany w działalność wywiadowczą, ale został zarekomendowany przez
generała Wieniawę-Długoszowskiego i wierzę, że dobrze wywiąże się z zadań na nowym stanowisku. Żegnam panów.
Wychodzący oficerowie oddziału byli wstrząśnięci, nie swoimi dymisjami,
ale faktem, że w sytuacji rosnącego zagrożenia dla Polski ze strony
Hitlera i Wehrmachtu, ale również ze Wschodu, po raz kolejny w ostatnim
czasie doszło do poważnych zmian kadrowych. Szczególnie dziwiła
nominacja na nowego szefa Dwójki człowieka, który nie miał bladego
pojęcia o pracy operacyjnej, a wobec usunięcia szeregu doświadczonych
oficerów stawał wobec beznadziejnego zadania przebudowy wywiadu przy
braku fachowców i nieznajomości narzędzi operacyjnych. Już w drzwiach do
pułkownika Jana Koniecznego podszedł jeden z adiutantów Śmigłego-Rydza.
-?Marszałek polecił panu pozostać w gabinecie -?oznajmił.
Ta sytuacja nie uszła uwagi innych oficerów Oddziału II.
Berlin, Hotel Eden
U zbiegu Kurfürstendamm i Budapester Strasse mieścił się jeden z najelegantszych hoteli w Berlinie. Ukończony w 1912 roku Hotel Eden
często wybierany był przez sławne postacie przebywające w stolicy
Niemiec. Sławę zdobył także dzięki ogrodowi umieszczonemu na ostatnim
piętrze, gdzie obok restauracji znajdował się plac do minigolfa, ale
przede wszystkim z powodu Edenbaru uważanego za jeden z najelegantszych
w mieście i słynącego z niebywale wysokich cen. Carl uznał to miejsce za
właściwe do wykonania pierwszego kroku na swojej nowej drodze życiowej.
Tak jak zaplanował, zaraz po przyjeździe do Berlina zaprosił na obiad
dobrego kolegę ze studiów, Hansa Beckmanna. Pochodził z rodziny
kultywującej tradycje wojskowe, nie mógł więc wybrać innej drogi
życiowej niż służba w niemieckich siłach zbrojnych. Poprzez koneksje
szybko trafił do Sztabu Generalnego, ale miał też rozliczne znajomości w aparacie państwowym Rzeszy. Temat przyszłości von Wedela poruszyli przy
jedzeniu, a rozmowa o szerokiej gamie możliwości zasugerowanych przez
Beckmanna powróciła, gdy usiedli w barze. Butelka najlepszego koniaku
zapewniała właściwy podkład dla wymiany zdań.
-?Carl, przedstawiłem ci prawdziwą paletę propozycji -?stwierdził Hans
Beckmann. -?Przed końcem tego doskonałego trunku, za który, jak sądzę,
ty płacisz, powinieneś zdecydować, co będziesz robił w życiu.
-?Wspomniałeś o tylu możliwościach, że kompletnie nie wiem, co wybrać -
von Wedel sprawiał wrażenie lekko podpitego, co po butelce wina do
obiadu i kolejnej lampce koniaku specjalnie kolegi nie dziwiło.
-?Przyjacielu, wiem, że nie chodzi ci o wysokie dochody, bo na to jesteś
zbyt bogaty -?zasugerował rozmówca, sięgając po kieliszek. -?Musisz
wybrać instytucję, gdzie zrealizujesz swoje marzenia. Boże, co ja mówię!
Chyba zaszkodził mi ten twój rarytas w kieliszku. Przecież nikt normalny
nie realizuje marzeń w pracy. Więc skoro nie chodzi o pieniądze, to
wystarczy, żebyś dobrze się bawił. Może MSZ?
-?Nie, raczej nie. Po świecie już się najeździłem... A do pracy urzędnika
chyba się nie nadaję.
-?No to dołącz do naszej niezwyciężonej armii. Znajdę ci jakiś gabinet w sztabie.
-?Daj spokój, nie dosyć, że pijemy razem, to jeszcze mam codziennie
oglądać twoją znajomą gębę w biurze...
Hans spojrzał na Carla niepewnie, ale widząc iskierki w oczach kolegi,
ryknął śmiechem. Koniak złagodził odbiór niewybrednych słów przyjaciela.
Po chwili śmiali się obaj.
-?Zostanę księdzem -?powiedział Carl. -?Wyobrażasz sobie, jak co
powabniejsze parafianki opowiadają mi ze szczegółami o swoich grzechach...
Znowu wybuchnęli śmiechem. Kiedy się uspokoili, von Wedel rzucił:
-?To moje zajęcie musi być podniecające, tajemnicze i najlepiej
niebezpieczne...
-?To faktycznie Wehrmacht odpada, a do Kriegsmarine jesteś za wysoki... -
Carl energicznie wyprostował się na krześle, aby potwierdzić opinię
Hansa.
Beckmann zastanawiał się przez moment zapatrzony w bar. Nagle ożywił
się.
-?A może wywiad? Cała ich praca to tajemnica, niebezpiecznie pewnie
będzie już wkrótce, tylko ciii -?przytknął znacząco palec do ust. -?A podniecenie? No nie wiem, ale jak trafisz na kobietę agentkę...
-?Wywiad? -?Carl udawał zastanawianie się. Dostrzegł, że kolega spogląda
nie niego z nadzieją. -?Tak, to zajęcie chyba by mi pasowało. Jak
myślisz, ma to sens? A może jednak nie?
-?Carl, jesteś taki wybredny, że łatwiej chyba... -?zabrakło mu dobrego
porównania, więc nie kontynuował myśli. -?Wywiad to połączenie służby
wojskowej z wiedzą o największych tajemnicach naszych i wroga, a także
naprawdę ekscytujące zajęcie. Dosyć tej gadki. Jutro dzwonię do
znajomego w Abwehrze i załatwiam sprawę. Chyba że wolałbyś inny wywiad,
na przykład w SS?
-?Sam nie wiem... -?von Wedel nadal ociągał się. -?A jakie są jeszcze inne
komórki wywiadowcze? Tak naprawdę to nigdy się tą tematyką nie
interesowałem. Słyszałem tylko o Abwehrze.
-?Zaraz cię uświadomię -?zadeklarował Beckmann, podstawiając do
uzupełnienia pusty kieliszek. -?Jest Wydział II Służby Bezpieczeństwa
Reichsführera SS, Wydział Obce Armie Zachód, czyli III Wydział Dowództwa
Wehrmachtu OKW, i Wydział Obce Armie Wschód, czyli XII Wydział Sztabu
Generalnego przy
OKH. Chcesz
więcej?
-?Nie, pozostanę przy Abwehrze -?stwierdził von Wedel.
Pomyślał, że jeśli kiedykolwiek ktoś zapyta Beckmanna, czy Carl prosił
go o wsparcie w dostaniu się do wywiadu, kolega da głowę, iż wcale tak
nie było. Przysięgnie, że to on sam zasugerował wstąpienie do Abwehry. I faktycznie okaże się to prawdą.
Sięgnął po butelkę i wieczór toczył się miło dalej. Temat przyszłości
von Wedela już się nie pojawił. Tym bardziej że wkrótce Beckmann
zauważył dwie dobre znajome wchodzące do lokalu.
Warszawa, Komenda Garnizonu
-?Niech pan siada, pułkowniku -?powiedział marszałek Edward Śmigły-Rydz,
wskazując na fotele otaczające stolik kawowy. Sam zgasił papierosa i zajął miejsce w jednym z tych potężnych skórzanych mebli. -?Koniak?
Pułkownik Konieczny kiwnął głową. Adiutant podał siedzącym napełnione
kieliszki i szybko wycofał się z gabinetu.
-?Jak tam nasza Jadzia? -?zapytał gospodarz, upijając pierwszy łyk
alkoholu.
Konieczny poszedł w ślady generalnego inspektora sił zbrojnych, a alkohol smakował mu jak nigdy. Był dumny z komitywy, jaką ofiarował mu w tej chwili zwierzchnik armii, wręcz pławił się w tym odczuciu. Wiedział,
że przychylność marszałka wynika głównie z faktu, iż był mężem Jadwigi z Wincewiczów, krewnej Śmigłego-Rydza. Przez próżność zakładał, że
niedawny awans do szeregów kierownictwa wywiadu wojskowego zawdzięczał
jednak wyłącznie swoim osiągnięciom w służbie. Tylko po dużym kielichu
przychodziło mu do głowy, że gdyby nie dobry ożenek, to dalej ćwiczyłby
żołnierzy w zielonym garnizonie.
-?Panie marszałku -?pułkownik nawet podczas nielicznych uroczystości
rodzinnych zwracał się tak do wuja żony -?Jadwiga ma się dobrze. Jak
zwykle jest pełna wigoru i organizuje kolejne spotkanie dla żon kadry
Oddziału II.
-?To znakomicie -?ocenił Śmigły-Rydz. -?Trzeba dbać o nastroje wśród
pań, bo te nastroje łatwo przenoszą się na atmosferę w małżeństwach.
Niech pan jeszcze raz podziękuje Jadzi za zwrócenie mi uwagi na poglądy
polityczne pojawiające się w środowisku rodzin. Różne rzeczy mógłbym
wybaczyć, ale wspieranie lewicowej opozycji to już skandal. Takie
zachowanie jest zwłaszcza niegodne kobiet, a tym bardziej żon wysokich
oficerów.
-?Tak, Jadzia ma nosa do wyczuwania takich spraw. -?Konieczny pamiętał,
jak żona wspomniała mu o swoim odkryciu dotyczącym małżonki szefa
Oddziału II i jej sympatii dla lewicy. Puścił to mimo uszu, nie
podejrzewając, że owe informacje mogą dotrzeć do samego marszałka.
-?Nie tylko nosa -?podchwycił marszałek. -?Ważne, że nie lekceważy
takich sytuacji. Kiedy do mnie przyszła z wiadomością na temat żony
Pełczyńskiego i sympatyzujących z nią kobiet, od razu kazałem zaufanym
oficerom zająć się tym tematem. I faktycznie wszystko się potwierdziło.
Zuch dziewczyna. Dlatego też usunąłem kilku niepewnych ludzi z kierownictwa wywiadu. Ci nowo mianowani zaś, nawet jeżeli nie są
doświadczonymi wywiadowcami, to przynajmniej będą politycznie pewni.
-?Ma pan marszałek zupełną rację -?przypochlebił się pułkownik. -?Nie
cierpię komuchów, a kobiety nigdy nie powinny angażować się w politykę.
-?Od teraz jesteś jedynym członkiem kierownictwa wywiadu z dłuższym
stażem -?powiedział Śmigły-Rydz. Uniósł palec wskazujący i skierował go
w stronę gościa. -?Masz ich wszystkich obserwować. Jeśli pojawi się coś
niewłaściwego, polityka czy sympatie do naszych wrogów, zaraz mi melduj.
Tylko spiesz się, bo twoja żona może być szybsza -?zażartował i dodał: -
Chybabyś nie chciał, żeby zamiast ciebie to Jadzia dostała medal.
-?Tak jest, panie marszałku!
Jan Konieczny zgodziłby się nawet podpisać cyrograf, gdyby naczelny
dowódca tego od niego oczekiwał. A sugestia dotycząca odznaczenia
przypadła mu bardzo do gustu. "Miałem nosa, wybierając żonę", pomyślał z satysfakcją.
Berlin, mieszkanie Carla von Wedela
Wczorajsze spotkanie z Hansem trwało jak dla Carla zbyt długo. Może nie
tyle nie miał kondycji do mocno zakrapianych imprez, ile po prostu się
od nich odzwyczaił. Jeszcze po wyjściu z baru obu kobiet, z którymi
spędzili wesoło wieczór, obaj panowie kolejną butelką koniaku uczcili
odnowienie znajomości. Von Wedel był szczególnie zadowolony z poznania
pań, gdyż jedna ze znajomych Beckmanna, Margit Kunze, okazała się
sekretarką w Ministerstwie Gospodarki. Tematu jej pracy nie rozwijał,
uznał natomiast dziewczynę za interesujący kontakt, tym bardziej że, jak
się okazało, była niezamężna i deklarowała się jako zwolenniczka
emancypacji.
Mimo że minęła już dwunasta, von Wedel rozkoszował się leniwym
dosypianiem. Dzwonek telefonu przerwał jego błogi nastrój. Sięgnął po
słuchawkę aparatu stojącego obok łóżka.
-?Witaj, przyjacielu -?usłyszał głos Hansa Beckmanna.
-?Nie masz co robić, tylko wydzwaniać o świcie?
-?Oj, od razu widać, kto dysponuje rodzinnymi zasobami i nie musi biec
rano do pracy -?ponurym głosem rzucił kolega. -?Ale skończy się twoje
dolce vita, zapamiętaj moje słowa.
-?Dobra, dobra, nie strasz -?skwitował Carl te żartobliwe groźby.
-?Nie straszę, zapewniam cię. No chyba że zrezygnowałeś już ze swoich
planów zrobienia kariery w tajnych służbach... -?Beckmann zawiesił głos.
Von Wedel zrozumiał, że słowa rozmówcy nawiązują do wczorajszych
uzgodnień. Od razu wrócił do rzeczywistości.
-?Czyżbyś coś zdziałał?
-?A jakże, mój drogi.
-?To opowiadaj, pochwal się.
-?Wiesz, że jak ja coś zaplanuję, to zawsze załatwię -?oznajmił z dumą
Hans. -?Ale nie trzymam cię w niepewności. Rano zadzwoniłem do znajomego
z Abwehry i opowiedziałem mu o pewnym inteligentnym koledze, znającym
kilka języków i mającym doświadczenia z pobytów w różnych krajach,
biegłym w sztukach walki i uroczo uwodzącym kobiety...
-?To ostatnie to oczywiście żart!
-?Żart nie żart, ale podziałało. Znajomy pracuje w komórce operacyjnej,
więc postanowił skontaktować się z sekcją szkolenia. Odezwał się przed
chwilą i powiedział, że jutro w południe czeka na ciebie oficer Zarządu
Personalnego, Hauptmann Kraft. Podobno nadzoruje rekrutację do wywiadu.
I co, jesteś zadowolony?
-?No jasne.
-?To jutro po południu liczę na dobry obiad z wykwintnym alkoholem -
stwierdził Beckmann.
-?Jesteśmy umówieni. Odezwę się po rozmowie z Hauptmannem Kraftem.
Gdy tylko odłożył słuchawkę, wyskoczył z pościeli, odzyskując zwykłą dla
siebie energię. Po chwili stał już pod chłodnym strumieniem wody z prysznica. "A więc zaczynam", pomyślał. Łatwo przyszło zgodzić się na
propozycję Jana Żychonia w odległym Paryżu. Ćwiczenia z oficerem i jego
kolegami stanowiły ekscytującą atrakcję. Rozmowy o sposobie nawiązania
kontaktu z polskim szpiegiem w Berlinie były z kolei jak fragment
sensacyjnego opowiadania. Ale jutro zrobi pierwszy poważny krok. Nie
będzie już odwrotu. W tej chwili czuł jednak, że bez względu na
konsekwencje podjął właściwą decyzję. Postąpił zgodnie z naukami
wpajanymi przez ojca, ale jednocześnie trochę wątpił, czy Henryk von
Wedel ucieszyłby się z faktu, że syn został agentem obcego wywiadu.
"Chociaż, kto wie, może tacie taka forma walki z faszystami jednak
przypadłaby do gustu", pomyślał. "Nie czas na filozofowanie na
abstrakcyjne tematy", stwierdził. "Skoro podjąłem decyzję, to zrobię
wszystko, żeby osiągnąć cel".
Berlin, siedziba Abwehry
W ramach szkolenia szpiegowskiego, jak w myślach nazwał swoje
zachowanie, Carl zrobił sobie spacer przez centrum Berlina. Co z tego,
że dzisiaj nie miał się jeszcze kogo obawiać -?skoro podczas studiów
stosował się do łacińskiej sentencji Repetitio est mater studiorum, to
obecnie tym bardziej nie powinien lekceważyć trzymania się zasad
przekazanych przez Żychonia i jego ludzi. W sumie odbył całkiem sprytnie
pomyślaną trasę sprawdzeniową, z niezłą legendą polegającą na
odwiedzeniu kilku sklepów. Samokrytycznie ocenił odbytą wędrówkę po
mieście i nie znalazł słabych punktów.
Doszedł do kwartału eleganckich domów przy Tirpitzufer. Po północnej
stronie Landwehrkanal widział cichą, obsadzoną drzewami ulicę. Przeszedł
mostem nad kanałem i spokojnie skierował swoje kroki dalej, do
trzypiętrowego budynku z piaskowca pod numerem 72/76. Tu znajdowała się
siedziba Oberkommando der Marine (Naczelne Dowództwo Marynarki Wojennej)
i biura innych instytucji wojskowych. Tędy prowadziło oficjalne wejście
do Abwehry, chociaż należało przejść łącznikiem, żeby znaleźć się w centrali wywiadu wojskowego. Spojrzał na zegarek, dochodziła dwunasta.
Właściwa pora, żeby zgłosić się do biura przepustek. Formalności poszły
sprawnie i już po kilku minutach znalazł się na pierwszym piętrze, w gabinecie Hauptmanna Friedricha Krafta. Oficer był znacznie starszy od
Carla, tak na oko mógł mieć około pięćdziesiątki. "Ciekawe, taki stary i dopiero kapitan", pomyślał zaciekawiony, patrząc na Krafta.
-?Panie von Wedel, wiem tyle na pana temat, co przekazał mi Hans
Beckmann. Ale zazwyczaj przy pierwszym kontakcie z kandydatem do naszej
trudnej służby stawiamy pytanie: dlaczego? Z jakiego powodu chciałby pan
dołączyć do elity wywiadu?
-?Panie Hauptmann, pochodzę z dobrze sytuowanej rodziny, mamy kilka
dochodowych majątków na Pomorzu -?Carl wcześniej przygotował odpowiedź
na pytanie, którego logicznie się spodziewał. -?Mówię o tym nie żeby
pochwalić się przed panem, ale aby pan dobrze mnie zrozumiał. Właściwie
nie muszę pracować, a przynajmniej nie muszę szukać dochodowego zajęcia.
Dlatego spędziłem dłuższy czas, podróżując po Europie, poznając różne
specjalności w ramach studiów, ćwiczyłem także obce języki. Mówię
płynnie po rosyjsku, angielsku, francusku i średnio po polsku. Naturalne
byłoby szukanie zajęcia, które pozwoli mi dalej podróżować, używać
nabytych umiejętności i znaleźć sens życia. Prosty wniosek: mógłbym
zgłosić się do MSZ. Jest jednak pewne "ale". Żyjemy w ciekawych czasach,
w najbliższej przyszłości nasza ojczyzna stanie przed dziejowym
wyzwaniem, dojdzie zapewne do starcia z największymi krajami naszego
kontynentu. W tym kontekście odpowiedzią na moje oczekiwania byłyby
szeregi naszej armii. Ale to też nie byłoby to coś. Nie chciałbym być
jedynie wojownikiem. Marzy mi się rola dyplomaty i wojownika, kogoś, kto
przeżywa dramatyczne sytuacje w bezpośrednim kontakcie z wrogami Rzeszy
i strzeże najważniejszych tajemnic kraju. I to są powody, dla których
składam deklarację wstąpienia w szeregi tej elitarnej służby
wywiadowczej, jaką jest Abwehra. Przepraszam za przydługi wywód.
-?Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem -?przyznał oficer. -?W ostatnich latach rozmawiałem z wieloma kandydatami do wywiadu i niewielu
zaprezentowało się tak dobrze jak pan. Pańskie dojrzałe jak na tak
młodego człowieka przemyślenia są klarowne i świadczą o pana wiedzy na
temat aktualnej sytuacji politycznej oraz możliwego jej rozwoju.
-?Problematyka międzynarodowa, relacje pomiędzy państwami w Europie i przyczyny takiego, a nie innego biegu wydarzeń były przedmiotem moich
studiów. Zarówno na uniwersytecie berlińskim, jak i Jagiellońskim oraz w Paryżu. Posiadłem odpowiednią wiedzę pozwalającą, tak mi się wydaje,
spojrzeć na poszczególne problemy z punktu widzenia przeciwstawnych
stron.
-?Charakter pana studiów i nabyta wiedza stanowią poważny atut, gdy
idzie o pana w karierę w Abwehrze -?ocenił Kraft. -?Czy jest pan osobą
samotną, czy posiada pan rodzinę? Myślę o żonie i ewentualnie
potomstwie?
-?Nie jestem z nikim poważnie związany i rodziny w tym znaczeniu nie
mam.
-?To bardzo dobra sytuacja, zarówno w kontekście niezbędnego
przeszkolenia pana poza stolicą, jak i w perspektywie skierowania pana
na zagraniczne misje, w tym pod przykryciem.
-?Panie Hauptmann, jestem jak najbardziej do dyspozycji. Chętnie przejdę
konieczne szkolenie i zaangażuję się w obowiązki wywiadowcze.
-?Dobrze, zacznijmy od papierkowej roboty. Nawet w wywiadzie jest to
konieczne -?zażartował Kraft, a von Wedel zareagował uśmiechem. -?Za
chwilę przejdzie pan do pokoju, obok mojego gabinetu, gdzie będzie pan
zobowiązany do wypełnienia odpowiednich formularzy. Nie muszę mówić, że
konieczne jest podawanie prawdziwych odpowiedzi, bo informacje te
zostaną zweryfikowane i w przypadku odkrycia kłamstwa nie tylko zostanie
przekreślona pana przyszłość w Abwehrze, ale poniesie pan też
odpowiedzialność karną.
-?Oczywiście, doskonale rozumiem i nie zamierzam podawać nieprawdy.
-?Na to właśnie liczę z pana strony -?stwierdził oficer. -?Ponieważ
niedawno rozpoczął się kurs szkoleniowy w naszej szkole, może pan
spodziewać się szybkich decyzji kierownictwa w pana sprawie. Czy będzie
pan mógł wyjechać na zajęcia w najbliższych dniach?
-?Tak, panie Hauptmann -?zapewnił Carl. -?Ponieważ wróciłem do ojczyzny
zaledwie kilka dni temu, po długiej nieobecności, potrzebuję dwóch,
trzech dni, żeby pozałatwiać moje sprawy osobiste. Natychmiast potem
będę do dyspozycji.
-?Cieszę się -?powiedział Kraft. -?Po wypełnieniu formularzy jest pan
wolny i proszę czekać na informację z mojej strony o decyzji
kierownictwa służby. Mam nadzieję, że dołączy pan do grona naszych
oficerów.
Berlin, Tiergarten
Von Wedel umówił się na obiecany obiad z Hansem Beckmannem, ale
wcześniej miał ważną sprawę do załatwienia. Zdecydował, że nawiąże
dzisiaj kontakt z przedstawicielem siatki polskiego wywiadu, czyli
zadzwoni pod numer telefonu otrzymany od Żychonia. Uznał, że nie ma na
co czekać wobec realnej perspektywy wyjazdu z Berlina na szkolenie.
Wychodząc z siedziby Abwehry, czuł ulgę, iż rozmowa z Kraftem przebiegła
bez problemów. Miał jednak świadomość, iż odkąd zdecydował się działać w wywiadzie, musi liczyć się z tym, że przyjdzie mu przeżyć wiele
nerwowych momentów.
Starając się upewnić, czy jego wizyta w Abwehrze nie spowodowała, że w ramach weryfikowania informacji ankiety personalnej został poddany
obserwacji, odbył kolejną trasę uliczkami w rejonie Landwehrkanal, aż do
Parku Tiergarten. W parku, praktycznie pustym o zimowej porze, łatwiej
było sprawdzić, czy nie jest śledzony. Wynik okazał się negatywny. Po
dłuższej wędrówce Carl uznał, że dopełnił obowiązku i nie musi się
niepokoić.
Przy wyjściu z parku trafił na budkę telefoniczną, z której postanowił
skorzystać. Wybrał numer otrzymany w Paryżu. Po dwóch sygnałach odebrał
mężczyzna.
-?Halo, tu warsztat.
-?Dzień dobry, nazywam się Asbj?rn.
W słuchawce zapadła na moment cisza. Po kilku sekundach mężczyzna
powiedział:
-?Spodziewałem, że pan się odezwie. Jestem ciekaw, czy zna pan Alto
Douro?
-?Oczywiście, że znam, ale wolę Guimar?es.
-?To też ciekawe miejsce. Jedno z sześciu odwiedzonych przeze mnie.
Liczę, że porozmawiamy dłużej na ten temat.
-?Z pewnością, mamy przecież wspólne zainteresowania. Do widzenia.
-?Dziękuję za telefon. Do widzenia.
Von Wedel odwiesił słuchawkę. Niby zwykła rozmowa, ale cały czas miał w pamięci, że rozmawia z polskim szpiegiem, a ten kontakt oznaczał
faktycznie nawiązanie współpracy wywiadowczej. Rozejrzał się po okolicy,
ale oczywiście nic się nie zmieniło i wszystko było w porządku. W pobliżu nie zauważył nawet żadnego przechodnia. Wychodząc z budki,
wrócił myślami do rozmowy. Najważniejsza była cyfra podana przez
rozmówcę, czyli "sześć". "A więc spotkanie mamy jutro o szóstej",
pomyślał. O tej porze na dworcu będzie znaczny ruch, czyli łatwo będzie
wmieszać się w tłum. Ale też trudniej przyjdzie dostrzec ewentualnego
przeciwnika. Pozostawało wierzyć, że mężczyzna, z którym miał się
spotkać, jest fachowcem i nie ściągnie kłopotów na nich obu. Jeżeli
popełni jakiś błąd, to kariera Carla jako agenta polskiego wywiadu
zakończy się, zanim tak naprawdę się zacznie. "Nie powinienem tak
myśleć!", skarcił się w duchu. "Spotkam się z szefem siatki, więc muszę
wierzyć, że ten człowiek wie, co robi".
Berlin, siedziba Abwehry
Oberstleutnant Erwin Lahousen z zadowoleniem odłożył depeszę z rezydentury w Warszawie. Był to kolejny ważny meldunek od agenta o pseudonimie "Grot". Zadanie osłabienia polskich struktur wojskowych
kierowany przez niego wydział otrzymał jeszcze jesienią 1938 roku,
podobnie jak wszystkie inne komórki centrali zajmujące się Polską.
Polecenie zajęcia się tym tematem Lahousen niezwłocznie skierował do
Warszawy, nie był jednak pewien, jak dużo, a nawet czy cokolwiek uda się
osiągnąć. Spodziewał się również, że "Grot" może nie zechcieć podjąć się
tego zadania. A jednak okazało się, że agent miał dryg operacyjny i powiodło mu się podkopywanie pozycji szefów i doświadczonych oficerów w Oddziale II Sztabu Głównego, co zakończyło się pożądanymi przez Berlin
dymisjami. Cóż, ludzie są tylko ludźmi i nawet mądrzy dadzą się podejść,
jeżeli otrzymują informacje wiarygodne i niepokojące.
Spojrzał jeszcze raz na dokument i kazał adiutantowi wezwać
Oberleutnanta
Reimanna odpowiedzialnego za
problematykę polską.
Berlin, Restauracja Zur Letzten Instanz
Na kolejną kolację z Hansem von Wedel wybrał najstarszą restaurację w Berlinie. Założona w 1621 roku Zur Letzten Instanz słynęła z tradycyjnej
niemieckiej kuchni. Atmosfera spotkania była serdeczna, ale Carl
pilnował, aby nie trwało ono zbyt długo i nie łączyło się z wypiciem
kolejnej dużej ilości alkoholu. Hans poczuł się dowartościowany
podziękowaniem ze strony kolegi zorganizowanym w ekskluzywnym lokalu.
Dla von Wedela wieczór był okazją do wypytania Beckmanna w kwestii
dotyczącej organizacji Sztabu Generalnego. Dowiedział się sporo na temat
szefów poszczególnych komórek. Kolega nie krył, że po Anschlussie
Austrii i szybkim zajęciu Czechosłowacji obecnie prace sztabowe
koncentrują się na Polsce i krajach zachodniej Europy.
Wracając do domu, Carl uznał kolację za wartościową w kontekście nie
tylko rozwijania znajomości z Hansem, lecz także pogłębienia wiedzy o organizacji niemieckich sił zbrojnych.
Berlin, dworzec Anhalter
Od momentu wyjścia z domu von Wedel czuł rosnące napięcie. Idąc ulicami
Berlina, wśród późnopopołudniowego ruchu pieszych, pomyślał, iż
chciałby, żeby już było po spotkaniu. Jednocześnie sam się sobie dziwił.
Zgadzając się na propozycję Jana Żychonia, brał pod uwagę wszystkie za i przeciw, przemyślał to, co chce osiągnąć, oraz po której stronie
przyszłego konfliktu się opowiada. I to się nie zmieniło. Jeżeli tak, to
musi się opanować i zachowywać jak prawdziwy mężczyzna, którym w swoim
przekonaniu jest. Żeby przejść do konkretów, nakazał sobie w myślach, co
ma teraz zrobić. Przede wszystkim uważna obserwacja otoczenia. Ta myśl
zmusiła go do skoncentrowania się na zadaniu i porzucenia nerwowych
rozmyślań. W efekcie poczuł się pewniej, kiedy stanął przed głównym
wejściem dworca Berlin Anhalter. Budynek oddano do użytku w XIX wieku, a znany był przede wszystkim z ogromnej hali dworcowej liczącej sto
siedemdziesiąt metrów długości, wysokiej na ponad trzydzieści metrów. Z dworca odjeżdżało wiele pociągów za granice Niemiec. Widok ogromnego
zegara przypomniał mu, że nie przyszedł tu, by podziwiać architekturę.
Do szóstej po południu zostało pięć minut. Uznał, że to wystarczy do
zlokalizowania przechowalni bagażu i rozejrzenia się w sytuacji. Minął
kasy, potem grupę podróżnych stojących przed rozkładami odjazdów oraz
przyjazdów i po prawej stronie dostrzegł tablicę z napisem
"Przechowalnia".
Przeszedł, omijając to miejsce w sporej odległości. Starał się nie
patrzeć w kierunku przechowalni, uwagę poświęcił natomiast osobom
stojącym po przeciwnej stronie hali i mającym w zasięgu wzroku
interesujące go miejsce. Wydawało mu się, że nic podejrzanego nie
widział. Doszedł do kiosku z gazetami i wtedy, korzystając z możliwości
udawanego oglądania leżących czasopism, popatrzył w stronę lady. Jakaś
para odbierała właśnie swoje walizki od pracownika. Poza nimi dostrzegł
po lewej stronie okienka przechowalni stojącego niemłodego mężczyznę,
który z zainteresowaniem czytał gazetę. "Ciekawe, czy to mój kontakt?",
pomyślał von Wedel. Był pewien, że tak, gdyż ktoś nastawiający się na
dłuższe czytanie raczej usiadłby na jednej z ławek. Ale ponieważ w tym
momencie dworcowy zegar wskazał szóstą, musiał skierować się w stronę
umówionego miejsca. Jeszcze rzut oka na przeciwną stronę hali, ale tam
akurat zrobiło się pusto. Nikt nie obserwował rejonu spotkania.
Kiedy zbliżył się do mężczyzny, ten spojrzał w jego stronę i jakby
poznając go, zaczął składać gazetę. Carl zatrzymał się obok niego i powiedział:
-?Asbj?rn.
Tamten ruszył, a mijając go, powiedział:
-?Alto Douro. Proszę iść za mną.
Mężczyzna spokojnym krokiem poszedł wzdłuż hali dworca. Von Wedel
odczekał chwilę i podążył za nim. Wyszli bocznym wyjściem i skręcili w najbliższą przecznicę. Po około stu metrach idący przodem skręcił w prawo. Zaraz za rogiem znajdowała się Piwiarnia Brauhaus Süd. Carl
wszedł do środka w ślad za mężczyzną. Zgodnie stanęli przy barze i zamówili po kuflu piwa. Tamten rozejrzał się i w końcu wybrał jeden z nielicznych wolnych stolików, w odległym rogu sali.
-?Jürgen Muller -?przedstawił się, kiedy usiedli. Patrzył uważnie na
twarz rozmówcy.
-?Carl von Wedel -?odwzajemnił prezentację.
-?U nas jesteś "Amber". Pamiętaj, używanie pseudonimu jest ważne dla
twojego bezpieczeństwa i dla ochrony siatki. Ja jestem "Bohun".
Muller uniósł kufel, a gdy Carl zrobił to samo, stuknęli się naczyniami.
-?Za współpracę -?powiedział Jürgen. -?Witam cię w Berlinie. I od razu
pierwsza wskazówka teraz i na przyszłość. W miejscu takim jak ta
piwiarnia zawsze siadaj plecami do ściany, a twarzą w kierunku wejścia.
W ten sposób będziesz miał możliwość obserwowania, co się dzieje, co lub
kto może ci zagrażać.
-?Nie pomyślałem o tym -?von Wedel próbował się tłumaczyć. Faktycznie
usiadł przy stoliku naprzeciwko "Bohuna", plecami do wejścia do lokalu.
-?Spokojnie. Opanujesz takie drobiazgi. Przenosiny do Berlina się udały?
Wszystko w porządku?
-?Tak, dziękuję -?zareagował grzecznościowo. Przy okazji pomyślał, że
jest cały czas spięty. Czyżby spotkanie z tym człowiekiem tak na niego
działało? -?Przyjechałem trzy dni temu, wynająłem mieszkanie i zacząłem
starania o dostanie się do Abwehry.
Mężczyzna, pijąc piwo, uniósł brwi ze zdziwienia. Odstawił kufel i popatrzył na von Wedela.
-?Szybko działasz. Z jakim rezultatem?
-?Wczoraj miałem spotkanie z oficerem Zarządu Personalnego, Hauptmannem
Friedrichem Kraftem -?poinformował Carl. -?Podobno zajmuje się
rekrutacją kandydatów do służby. Chyba dobrze wypadłem. Pytał, czy mogę
szybko wyjechać do szkoły wywiadu, o ile zostanę zaakceptowany. Potem
dał mi do wypełnienia stos formularzy kadrowych i obiecał odezwać się po
weryfikacji moich danych. Uprzedzał, że jeśli wykryją, że skłamałem, to
zostanę ukarany.
-?Nie przejmuj się, to taka rutynowa formułka w różnych instytucjach.
Wspomniał, gdzie jest ten ośrodek?
-?Nie. Podałem swój numer telefonu i ma się odezwać.
-?Kto ci zorganizował ten kontakt?
-?Mój dobry przyjaciel z czasów studenckich, Hans Beckmann.
-?Czym się zajmuje?
-?Jest oficerem w Sztabie Generalnym, chyba
Oberleutnantem -?wyjaśnił von
Wedel. -?Nie wiem na razie nic bliższego na temat jego stanowiska oraz
wydziału, w którym pracuje. Ale ustalę to przy najbliższym spotkaniu.
Pochodzi z rodziny o różnych powiązaniach w świecie polityki, gospodarki
i wojska. Ojciec jest generałem, również pracuje w sztabie.
-?Gromadź kontakty z takimi osobami. Możesz dzięki nim uzyskiwać cenne
informacje, ale również dadzą ci one okazję do poznawania innych
ciekawych kandydatów do rozpracowania. Informacje o tego rodzaju osobach
nazywamy naprowadzeniami.
-?Już zrobiłem pierwszy krok -?z zadowoleniem pochwalił się Carl. -?Przy
okazji spotkania z Beckmannem poznałem Margit Kunze, sekretarkę w Ministerstwie Gospodarki.
-?Jest możliwość kontynuowania tej znajomości?
-?Z pewnością, choć nie wiem, co mogę od niej uzyskać.
-?Powoli -?zasugerował Muller. -?Dopiero zaczynasz swoją aktywność.
Przede wszystkim nie spiesz się i nie rób nic na siłę. Widzę, że masz
łatwość w nawiązywaniu kontaktów, także z kobietami, więc na spokojnie
będziesz budował bazę znajomych, poszerzając wiedzę na temat ich
możliwości dostarczania wartościowych informacji. Spotkaj się z nią za
jakiś czas i wybadaj pod tym kątem.
-?Rozumiem, na spokojnie.
-?Jeśli słyszałeś o działalności szpiegowskiej w Niemczech Jerzego
Sosnowskiego vel Georga von Nalecz-Sosnowskiego, to zwróć uwagę, że
uzyskiwał doskonałe rezultaty, właśnie wykorzystując kontakty z kobietami. Nie sugeruję ci niczego dwuznacznego, pamiętaj jednak, że
często do kobiet dociera wiele ważnych informacji przy różnych okazjach,
a uzyskanie ich od nich jest prostsze niż od mężczyzn. Od sekretarki
możesz często zdobyć podobne informacje jak od jej przełożonego, a kontakt z nią będzie dużo łatwiejszy.
"Bohun" dłuższy czas relacjonował Carlowi szczegóły działań werbunkowych
realizowanych przez Jerzego Sosnowskiego. Na zakończenie dodał:
-?W stosunku do kobiet trzymaj się jednej zasady: nigdy nie wiąż się z nimi uczuciowo. Jeśli o tym zapomnisz, zaczniesz myśleć sercem zamiast
głową i wówczas do wpadki będzie bardzo blisko. Zapamiętaj to.
-?Jasne, będę pamiętał.
-?Jak tylko otrzymasz informację od Hauptmanna Krafta, co z dostaniem
się do Abwehry, dasz mi znać. Mój numer telefonu znasz. Powiesz tylko,
że wyjeżdżasz i kiedy. Ja mam warsztat zegarmistrzowski w centrum
Berlina, w pobliżu Dworca Głównego, na Invalidenstrasse. Na rogu, łatwo
go znajdziesz. Jak będzie potrzeba, zawsze możesz przyjść naprawić
zegarek. Rozumiesz?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki