Londyn. Biura Oddziału VI Sztabu Naczelnego Wodza
Pułkownik Tadeusz Janicki, szef Oddziału VI, palił nerwowo papierosa,
stojąc przy oknie swojego gabinetu. Zazwyczaj widok na Upper Belgrave
Street i narożnik Wilton Street uspokajał go, co pomagało przy
podejmowaniu decyzji w najtrudniejszych sprawach. Niestety, dzisiaj był
zbyt mocno zdenerwowany i zdawało mu się, że trudno będzie ten stan
zmienić. Za chwilę miała zacząć się narada, którą zwołał w trybie pilnym
po otrzymaniu depeszy z walczącej Warszawy. Nienawidził, gdy
rzeczywistość go zaskakiwała. Jako oficer z długoletnim stażem wszystkie
ważne tematy i zadania miał zaplanowane z wyprzedzeniem. A nawet jeżeli
czekały na decyzje, to przynajmniej nad nimi panował. Gdy pojawiało się
coś z zaskoczenia, bardzo źle się z tym czuł. Oczywiście była wojna,
więc nie dało się nad wszystkim panować, ale mimo to nie akceptował
sytuacji, kiedy ludzie nie wywiązywali się prawidłowo z przypisanych im
obowiązków. Bo potem ktoś inny, czyli w tym wypadku on, musiał wszystko
ratować. Dobrze by było, gdyby rzecz kończyła się wyłącznie na dobrej
decyzji, ale często, tak jak teraz, musiały za tym pójść niebezpieczne
działania na terenie okupowanym przez wroga.
Pukanie do drzwi przerwało jego ponure rozważania. W progu gabinetu
stanął jego zastępca, podpułkownik Jan Szarzyński, za którym dostrzegł
sylwetki oczekiwanych gości.
-?Szefie, możemy? -?zapytał grzecznościowo Szarzyński.
-?Wchodźcie, po co te ceregiele -?zirytował się gospodarz.
Ruszył w stronę oficerów wchodzących do pomieszczenia. Serdecznie
przywitał się z szefem Wydziału Wywiadowczego Oddziału II, pułkownikiem
Ryszardem Smolińskim, i majorem Michałem Woźniakiem, kierującym
Referatem Niemcy w Wydziale Wywiadowczym. Wskazał im miejsca przy stole
konferencyjnym. Szybko zdecydowali, że wszyscy piją kawę.
-?Czyżbyś wymyślił jakieś genialne posunięcie zmieniające sytuację w Warszawie? -?zapytał żartobliwie Smoliński.
-?Chciałbym, Ryszard, ale los naszej stolicy, jak sam wiesz, jest
przesądzony, do tego cały czas pojawiają się nowe problemy. Fakt,
związane z powstaniem, lecz także z waszymi sprawami... -?Janicki urwał na
widok adiutanta wnoszącego dzbanek kawy i filiżanki.
-?Dobrze znam sytuację -?odpowiedział szef Wydziału Wywiadowczego. -?Ale
wspominając o naszych tematach, zaciekawiłeś mnie.
Janicki poczekał, aż za adiutantem zamkną się drzwi, i wyjął kartkę
papieru z leżącej na stole teczki. Podał ją Smolińskiemu.
-?Masz, czytaj. Przyszło dwie godziny temu.
Pułkownik uważnie zapoznał się z depeszą, po czym podał ją majorowi
Woźniakowi. Kiedy ten skończył, głos zabrał ponownie gospodarz.
-?Jak widzicie, sytuacja w kraju zaczyna być tragiczna. Nie mówię o powstaniu, bo to jest oczywiste, ale o wywiązywaniu się z najważniejszych obowiązków przez odpowiedzialne za nie komórki Komendy
Głównej AK. Koncepcja ewakuacji kartoteki naszej agentury z okręgów na
wschodzie była słuszna i została ona dobrze przeprowadzona. Tym bardziej
że, jak sami wiecie, zagrożenie było podwójne. Przede wszystkim ze
strony Gestapo czy SD, ale też z racji zbliżającej się ofensywy
sowieckiej. Wszystko się jednak udało, a Oddział II Komendy Głównej
zadziałał z wyprzedzeniem i skutecznie. Nawet to, że później dołączono
do tego zbioru również kartoteki naszych ludzi z okręgu białostockiego,
lubelskiego i podokręgu rzeszowskiego, też rozumiem. Zaraz po wybuchu
powstania w to samo miejsce trafiły najważniejsze dokumenty okręgu
warszawskiego i okręgu radomsko-kieleckiego. Ale że nie znaleziono
lepszego i pewniejszego miejsca na ich zdeponowanie niż pałac w Zaborowie, tego już nie rozumiem. A wy wiedzieliście o tym? -?zwrócił
się do oficerów Oddziału II.
-?Dostaliśmy krótką informację z kraju -?odpowiedział pułkownik
Smoliński. -?Nikt nas nie pytał o zdanie, w końcu to decyzja naszych
kolegów w Polsce. Uznałem za najważniejsze, że te dokumenty znalazły się
na terenie niezagrożonym przejęciem ich przez wroga, przynajmniej tego
idącego ze wschodu.
-?No dobrze, ale schować je w majątku, gdzie siedzą Niemcy? -?Janicki
nie mógł z tym się pogodzić.
-?Najciemniej pod latarnią -?spróbował zażartować Szarzyński, ale nie
wywołał tym u zebranych nawet cienia uśmiechu; tylko w oczach Woźniaka
zauważył uznanie.
-?Uznając, że na okupowanym terenie faktycznie niewiele jest dobrych
miejsc do przechowywania tak ważnego archiwum, mogę zgodzić się z tą
koncepcją -?ocenił szef Oddziału VI. -?Tym bardziej że majątkiem w Zaborowie nadal zarządzał nasz człowiek, który ukrył dokumenty, a mieszczące się tam komórki wojsk niemieckich dawały całkiem sporą
pewność, że nikt w tym miejscu nie będzie szukał naszych archiwów.
Okazało się jednak, jak przeczytaliście w depeszy Oddziału II, że
sytuacja dramatycznie ich zaskoczyła. Po pierwsze, pałac w Zaborowie
nieoczekiwanie zajął sztab 5. Dywizji Pancernej SS "Wiking", a w rejonie
rozlokowano jej jednostki. Po drugie, Józef Matecki, zarządca Zaborowa,
został wyrzucony z majątku i nie wiadomo, gdzie obecnie przebywa. A po
trzecie, i to może jest najbardziej niepokojące, kilka dni temu zniknął
Franciszek Stańko, oficer Referatu Wschód, który od początku operacji
zajmował się ewakuacją wszystkich kartotek. Czyli w tej chwili nie ma
kontaktu z żadnym z tych, którzy ukryli dokumenty. A poza nimi nikt nie
wie, gdzie dokładnie je schowano. Jak byście ocenili naszą obecną
sytuację?
-?Siedzimy po uszy w gównie -?stwierdził bez ogródek Jan.
-?Czeka nas dużo roboty -?zareagował bardziej dyplomatycznie major
Woźniak.
-?Michał, doceniam twoje lapidarne wnioski, choć Jan też ma rację -
zauważył szef Oddziału VI.
W jego głosie pojawiła się wesoła nuta, która spowodowała, że napięta
atmosfera została rozładowana, a zebrani oficerowie lekko się
uśmiechnęli.
Janicki dopił kawę, po czym popatrzył poważnie na Szarzyńskiego i Woźniaka.
-?Skoro tak palicie się do tej roboty, to proszę -?oznajmił ironicznie.
-?Boisko jest wasze, znajdźcie zawodników i wygrajcie dla nas ten mecz.
Pamiętajcie tylko, że zasady tej gry określa i sędziów wyznacza nasz
przeciwnik. I spieszcie się, bo ze wschodu nadchodzi kolejny zawodnik,
tym razem wagi ciężkiej. A jak włączy się w poszukiwania, to może nam
bardzo utrudnić życie. Gotowi do działania? Bo mnie już głowa boli od
myślenia na ten temat.
-?Skoro szef filozoficznie rozprawiał o tym meczu, to pozwolę sobie
kontynuować -?zaczął Szarzyński. -?Kilka miesięcy temu wygraliśmy trudne
zawody w Dolinie Olczyskiej i potem na Podhalu. Zgarnęliśmy pełną pulę
od Niemców, nasi prawie w komplecie wrócili do szatni, a my dostaliśmy
awanse od Naczelnego Wodza. Jak tam się powiodło, a zawody były z gatunku tych skazanych na porażkę, to i obecnie podejmiemy to wyzwanie.
Jak myślisz, Michał?
-?Zgadzam się, chociaż tak szczerze, to podobnie jak poprzednio nie mam
pojęcia, co moglibyśmy zrobić -?przyznał Woźniak. -?W sprawie archiwum
niemieckiego wywiadu w Olczyskiej dysponowaliśmy kilkoma atutami: na
miejscu znalazł się nasz "Amber", a Piotr Mularczyk ze swoimi
cichociemnymi był gotów do akcji, którą wcześniej opracowali wspólnie z Walentowiczem. I mieli wsparcie naszych fałszerzy. A teraz co? Mularczyk
walczy w powstaniu i nawet nie wiemy, czy jeszcze żyje. Carl w domowych
pieleszach w Szwajcarii. Ale jak zwykle podejmuję rękawicę i bierzemy
się wspólnie do roboty.
-?Tak lubię -?ocenił pułkownik Janicki. -?W takim razie ja z Ryszardem
wycofuję się na z góry upatrzone pozycje na trybunie, a wy działajcie.
Tylko pamiętajcie o jednym: czas biegnie i mecz może nieoczekiwanie się
zakończyć.
-?Odmeldowujemy się -?zadeklarował Jan Szarzyński.
Po tych słowach on i Woźniak wstali i opuścili przełożonych.
Szwajcaria. Meilen
Pogoda we wrześniu w okolicach Zurychu wygląda podobnie jak w większości
europejskich miast o tej porze roku. Z pewnością jest cieplej niż na
południu Szwajcarii. Tyle że wrzesień wiąże się z dużą liczbą
deszczowych dni. Ten dzień był jednak słoneczny i ciepły. Lotte
siedziała na tarasie, a Carl, patrząc na nią, nie mógł uwierzyć w swoje
szczęście. Niedługo zostanie ojcem. Oboje z Lotte liczyli, że urodzi im
się córka, i już nawet wybrali dla niej imię: Sophie. Gdyby jednak był
chłopiec, to miał otrzymać imię po ojcu Lotte, czyli Walter.
Niedługo wszystko miało się zmienić. Wojna w Europie zbliżała się do
zakończenia. Carl liczył, że niedługo Niemcy skapitulują i na
kontynencie zapanuje pokój. Ludzie przestaną bać się o swoje życie i o to, jakie jeszcze nieszczęścia mogą ich spotkać.
Po dramatycznych przeżyciach poprzedniego dnia von Wedel przede
wszystkim starał się uspokoić Lotte, która tak się wystraszyła zamachu
na męża, że zaczęła na serio bać się o jego życie. Jej matka Suzanne
wzięła sprawy bezpieczeństwa w swoje ręce. Skontaktowała się z seniorem
rodu w Szwajcarii Alexandrem Jungiem i już po południu przed domem
pojawili się uzbrojeni wartownicy. Mieli pełnić służbę przez całą dobę,
towarzysząc też domownikom podczas wypraw do miasta. Przyjechali również
robotnicy, którzy zaczęli zbijać z desek budkę dla ochrony tuż przed
wejściem do willi.
Carl analizował to, co się stało. Jednego napastnika zabił, pozostali
uciekli przed policją. Szwajcarskie służby szybko ustaliły, że
zastrzelony mężczyzna miał fałszywe dokumenty. Delikatnie sugerowały, że
napastnicy mogli przybyć z Rzeszy. Von Wedel był pewien, że napad był
operacją zorganizowaną przez służbę wywiadu wojskowego lub inną
jednostkę realizującą takie zadania specjalne. Za wszystkim
najprawdopodobniej stał Walter Schellenberg, który pałał żądzą zemsty na
zdrajcy Rzeszy i sprawcy zniknięcia bezcennego zbioru danych niemieckiej
agentury. Nie mógł wykluczyć, że może dojść do kolejnej próby zamachu.
Nie martwił się o siebie. Największe obawy wywoływała w nim perspektywa
zamachu na Lotte. Na samą myśl o możliwym zagrożeniu dla jego ciężarnej
żony czuł ogarniającą go wściekłość. Liczył na to, że stała ochrona jego
rodziny poprawi sytuację. Wiedział też, że Alexander Jung, przy swoich
rozległych znajomościach w szwajcarskich sferach rządowych, nawiązał już
kontakt z kierownictwem kontrwywiadu, prosząc o otoczenie kontrolą
operacyjną Carla i jego najbliższych. Miał jednak wątpliwości, czy to
gwarantuje im bezpieczeństwo.
W życiu von Wedela ostatnio wydarzyło się tyle, że nie mógł sobie
wyobrazić, aby mogło zdarzyć się wiele więcej, zwłaszcza coś tak złego.
Zamach na jego życie był w tym, co się działo, nieoczekiwanym
dysonansem. Bo przecież rodzina Jungów przyjęła go do swojego grona, i to nawet zanim wszyscy spotkali się na jego ślubie z Lotte. Nie mógł go
udzielić biskup Augsburga Andreas Jung, tak jak kiedyś wspólnie
ustalili, ponieważ po aresztowaniu swojego brata generała Waltera Junga
został zatrzymany i internowany w jakimś klasztorze. Ślub zawarli -?w dużej mierze dzięki zmysłowi organizacyjnemu Suzanne -?w połowie
września, który może nie jest wymarzonym miesiącem na uroczystości
weselne, ale dla ludzi przyzwyczajonych do szwajcarskiej pogody tak samo
dobrym jak miesiące wiosenne czy letnie. Tym bardziej że młodzi
spieszyli się, aby zdążyć przed przyjściem na świat ich pociechy. Termin
porodu wypadał w styczniu.
Carl miał świadomość, że wojna światowa i lata pracy agenturalnej dla
polskiego wywiadu całkowicie go zmieniły. Wcześniej był beztroskim
młodzieńcem, mającym wsparcie w bogatej rodzinie. Nie musiał podejmować
poważnych, życiowych decyzji -?wszystko miał podane na tacy. Dojście do
władzy w Niemczech Partii Narodowosocjalistycznej i rozpoczęcie krwawej
wojny zmusiły go do szybkiego dojrzewania i zrozumienia zachodzących
wydarzeń. Wcześnie przejął od ojca antyfaszystowskie poglądy i wrogi
stosunek do zaborczej polityki władz III Rzeszy. Przekonanie o konieczności walki ze złem, jakim był nazizm i jego parcie do
zniszczenia demokracji oraz wolności, przyczyniło się do zgody na
współpracę z polskim wywiadem. Nigdy nie żałował tej decyzji, a był
wręcz dumny ze swojego wkładu w zbliżające się zwycięstwo aliantów.
Czasami zastanawiał się, czy jest zdrajcą swojego narodu. Przyznawał się
do zdrady ojczyzny w kategoriach generalnych. Ale jednocześnie uważał,
że jego działanie odbywało się w warunkach wyższej konieczności i było w pełni uzasadnione potrzebą pokonania zbrodniczego reżimu. Kiedy myślał o ostatnich latach, przypominały mu się najważniejsze działania
operacyjne. Pozyskiwane tajne informacje, dokumenty, niebezpieczne
spotkania... Także sytuacja w szkole wywiadu w Dolinie Olczyskiej, gdy
Obersturmbannführer Manfred Wanke rozpracował go jako agenta obcego
wywiadu i miał go aresztować. To był najbardziej krytyczny moment jego
działalności operacyjnej i gdyby zdarzenia ułożyły się inaczej, trafiłby
do izby przesłuchań SD, a potem zapewne przed pluton egzekucyjny.
Zdobycie archiwum niemieckiego wywiadu wojskowego wspólnie z grupą
cichociemnych, szczęśliwa ewakuacja tych dokumentów najpierw do Włoch, a potem do Wielkiej Brytanii stanowiły część przeszłości, która obecnie
zdawała się jedynie niewiele znaczącą chwilą.
Carl od zakończenia operacji "Freedom" był oficjalnym konsultantem
Oddziału II Sztabu Naczelnego Wodza i innych polskich służb specjalnych.
Chętnie dzielił się swoją wiedzą na temat służb niemieckich. Wiele razy
zapraszały go na narady brytyjskie organizacje wywiadowcze i kontrwywiadowcze. Stał się postacią znaną i bardzo cenioną za wysoką
wiedzę fachową oraz osiągnięcia w pracy operacyjnej. Podczas jednego ze
spotkań otrzymał propozycję podjęcia pracy w MI6, przygotowującej się do
nowych zadań operacyjnych już po zakończeniu wojny. Von Wedel poprosił o czas do namysłu, na co kierownictwo wywiadu brytyjskiego z konieczności
przystało. Rozmowa Carla z Lotte na ten temat zakończyła się właściwie
na niczym, gdyż młoda żona nie widziała żadnego uzasadnienia, aby Carl
dzielił swój czas pomiędzy Meilen i Londyn, tym bardziej gdyby miał
znowu niepotrzebnie ryzykować. Nie cierpieli na brak pieniędzy i ofert
pracy dla jej męża.
Carl zaraz po przybyciu do Szwajcarii, opowiadając o swoich niedawnych
przeżyciach, przyznał się Lotte, że przed wojną podjął współpracę z polskim wywiadem i przez lata działał jako polski agent. Nawet jeżeli
był to dla niej szok, to okazała jedynie lekkie zaskoczenie. Jako
antyfaszystka, dodatkowo nienawidząca hitlerowców za rozstrzelanie ojca
uczestniczącego w spisku przeciwko władzy Hitlera, stwierdziła, że każda
działalność mająca na celu pokonanie reżimu jest właściwa. Do tej
kwestii nigdy nie wracali.
Londyn. Biura Oddziału VI Sztabu Naczelnego Wodza
-?Zdaje się, że znowu mamy rozstrzygnąć losy tej wojny we dwóch -
zażartował Michał Woźniak. -?To twoja kwestia sprzed pięciu miesięcy.
-?Gratuluję ci świetnej pamięci -?odpowiedział Szarzyński. -?Ten cytat
przyjmuję jako wróżbę powodzenia. Choć podobnie jak wówczas wydaje mi
się, że wyrwanie naszych dokumentów z pomieszczeń sztabu dywizji
pancernej SS graniczy z samobójstwem.
-?Czas płynie. Co robimy?
-?Dobrze, zacznijmy. -?Jan stał się nagle konkretny. -?Mamy zaplanować,
jak odzyskać archiwum naszego wywiadu, które znajduje się w pałacu w Zaborowie, oraz jak je stamtąd przerzucić do Londynu. Obiekt pilnowany
jest przez grenadierów SS; i jeszcze jeden drobiazg, tak naprawdę to nie
wiemy, gdzie ukryte są dokumenty.
-?A więc wypadałoby odnaleźć zarządcę Józefa Mateckiego, który gdzieś
schował depozyt -?stwierdził Michał. -?Wybrać wykonawców operacji i zdecydować, czy wpadają do pałacu na chama i wieją z dokumentami, czy
planujemy coś bardziej kunsztownego.
-?Do kategorii problemów dodałbym jeszcze fakt możliwego aresztowania
porucznika Stańki, który gdzieś zniknął, a który wie o miejscu ukrycia
dokumentów. Jeśli ujawniłby je Niemcom, to nasze szanse zdobycia tych
papierów zmaleją do zera.
-?Pominęliśmy jakiś atut w naszych rękach? -?zapytał Woźniak.
-?Obawiam się, że nie. -?Szarzyński pokiwał smutno głową. -?Wiesz co,
brytyjskim zwyczajem zrobię nam po drinku, żeby przejaśniło nam się w głowach.
Gospodarz podniósł się z fotela, nalał whisky do szklanek i dodał wody.
Gdy wznieśli toast za powodzenie, przeszli do konkretów.
-?Zaproponowałbym wariant podobny do operacji "Freedom" -?powiedział
nagle Michał. -?Oddział naszych, podających się za Niemców i dysponujących wiarygodnymi dokumentami, wkracza do Zaborowa. Mają
zadanie odnalezienia polskich dokumentów, schowanych w pałacu na
przykład przed wojną. Potem zabierają archiwum i odjeżdżają w nieznane.
-?Dla mnie trzyma się kupy -?ocenił Szarzyński. -?Szczegóły dopracujemy.
Jako wykonawców widziałbym moich ludzi. Grupa Mularczyka wyjechała do
kraju z własną radiostacją, więc jeśli żyją, nawiązanie kontaktu nie
powinno być problemem. Trzeba by ich wyrwać z powstania i pilnie
skierować w rejon Zaborowa. Powinni sami poszukać administratora, bo bez
jego wiedzy nie mamy żadnych szans. Potrzebujemy podrobionych dokumentów
i mundurów, w których będą działać. To wszystko? Coś za łatwo to
wygląda.
-?Nie szukaj sztucznych problemów. Moim zdaniem, jak ponawiamy
wcześniejsze rozwiązania, to przydałby nam się Carl von Wedel -
stwierdził Woźniak. -?Prawdziwy Niemiec może się bardzo przydać, żeby
operacja w pałacu przebiegła gładko. "Amber" sprawdził się w akcji na
Podhalu, więc byłby wzmocnieniem oddziału twoich cichociemnych.
-?Tylko czy się zgodzi? -?wyraził powątpiewanie Jan Szarzyński. -?Jego
żona spodziewa się dziecka i ta okoliczność może być przeszkodą nie do
pokonania. Wiesz, jak bardzo jest zakochany w Lotte.
-?Biorę na siebie to, by go przekonać -?zadeklarował Michał. -
Najważniejsze to pilnie ściągnąć go do Londynu, wtedy reszta pójdzie
gładko.
-?Oby -?rzucił Szarzyński.
Warszawa. Rejon placu Wilsona
Po zapadnięciu zmroku zostali zluzowani. Skierowano ich do rozległych
piwnic, gdzie znajdowały się między innymi kwatera dowódcy odcinka oraz
tymczasowy punkt sanitarny. Po skromnym posiłku każdy z cichociemnych
znalazł sobie jakieś miejsce w zatłoczonych pomieszczeniach i wkrótce
większość z nich już spała. Mularczyk odbył krótką rozmowę z przełożonym
na temat bieżącej sytuacji powstania, po której odechciało mu się spać.
Siedział oparty o ścianę blisko wejścia, kiedy dostrzegł wchodzącą do
piwnicy ekipę sanitarną, lekarza i dwie sanitariuszki. Pochłonięty
ponurymi myślami, zapewne nie zainteresowałby się specjalnie tymi
osobami, które już miały zniknąć w dalszej części piwnicy, gdzie leżeli
ranni, gdyby coś nie zwróciło jego uwagi. Sylwetka jednej z dziewczyn
wydała mu się znajoma. Poczuł szybsze bicie serca. W pierwszej chwili
próbował sobie tłumaczyć, że to, o czym pomyślał, jest zupełnie
niemożliwe, w końcu jednak podniósł się z podłogi i przeszedł do części,
gdzie odbywały się zabiegi medyczne.
Był żołnierzem, walczył na wojnie, a w powstaniu uczestniczył drugi
miesiąc, ale to, co zobaczył, przeraziło go. Na kocach leżących na
podłodze odbywała się operacja. Dookoła ustawiono kilka lamp naftowych,
zapewne oszczędzanych w takim celu. Lekarz klęczał pochylony nad
jęczącym rannym, a asystowały mu sanitariuszki. Z toreb sanitarnych
wyjęto nieliczne narzędzia, kilka opatrunków, zwoje bandaży i jakieś
butelki, najpewniej z medykamentami. Nie znał się na tym i nawet nie
próbował zgadywać, co to jest. Oderwał wzrok od otwartego brzucha
operowanego i zerknął na sylwetkę dziewczyny, która wcześniej go
zafrapowała.
Widział ją co prawda od tyłu, ale w lepszym świetle niż w poprzednim
pomieszczeniu. Jego przeczucie, że to ona, zdawało się potwierdzać.
Właśnie podawała lekarzowi jakieś narzędzie i zobaczył jej profil. To
była Zosia!
Poczuł, jak serce zaczyna łomotać mu w piersi, tak jakby chciało się
wyrwać. Wykonał krok w stronę dziewczyny, ale natychmiast zatrzymał się,
uprzytamniając sobie bezsens tego, co chce zrobić. "Muszę spokojnie
poczekać", pomyślał, "i nie odwracać jej uwagi, bo życie tego powstańca
jest teraz ważniejsze". Usiadł za załomem muru i cierpliwie czekał.
Cieszył się, że może ją przynajmniej obserwować.
Zabieg trwał długo, lekarz i jego asystentki mieli bardzo dużo pracy.
Kiedy wreszcie skończyli i sanitariuszki spakowały torby, szykując się
do wyjścia, Piotr wstał i podszedł do Zosi.
Większość lamp szybko zgaszono, nafta była zbyt cenna. Ale kiedy stanął
przed nią, nawet przy tym nikłym świetle nabrał pewności, że się nie
mylił. Dziewczyna popatrzyła na niego, zbyt zmęczona, żeby od razu go
rozpoznać.
-?Zosiu...
Jedyne, co był w stanie zrobić, to wypowiedzieć jej imię. Po tak długim
czasie widział znów jej oczy, te kochane oczy. Do niej w końcu dotarło,
kto przed nią stoi. Dostrzegł, jak jej powieki otwierają się szerzej z zaskoczenia, a na ustach pojawia się uśmiech.
-?Boże, Piotr -?wyszeptała. -?To naprawdę ty?
Wyciągnęła ręce w jego kierunku i wreszcie mógł ją przytulić. A i ona
przylgnęła do niego z całych sił. Dostrzegł płynące po jej policzkach
łzy. Pochylił głowę i zaczął ją całować. Zareagowała od razu,
odwzajemniając pocałunek.
-?"Studentka". -?Męski głos wyrażający lekką irytację spowodował, że
Zosia drgnęła i odsunęła się od Piotra.
Obok nich stał zniecierpliwiony lekarz. Chyba jednak poczuł, że jego ton
był nieco przesadzony, bo następne zdanie wypowiedział znacznie
łagodniej.
-?Musimy iść. Nasi chłopcy czekają -?dorzucił jakby dla
usprawiedliwienia.
-?Kochany mój -?wyszeptała Mularczykowi do ucha Zosia. -?Jak się cieszę,
że żyjesz. Skoro odnaleźliśmy się po tych kilku latach, to już nie
możemy się rozstać. Boże, ileż ja o tobie myślałam... Proszę, czekaj na
mnie jutro wieczorem, będziemy tutaj tak samo jak dzisiaj, to nasza
stała nocna trasa. A teraz przepraszam cię, Piotrusiu, ale muszę już
iść. Zapamiętaj, mam pseudonim "Studentka".
Pocałowała go szybko jeszcze raz i ruszyła w stronę wyjścia z piwnicy.
Jednak natychmiast zawróciła.
-?Uważaj na siebie, proszę -?powiedziała czułym tonem. -?Musisz żyć dla
mnie.
I już jej nie było. Mularczyk powlókł się pod ścianę i ciężko usiadł.
Miał wrażenie, jakby to, co się wydarzyło, było tylko snem na jawie.
Jakby jej w ogóle nie spotkał. On też często o niej myślał przez te
lata. Tuż przed wojną zaręczyli się i jesienią mieli wziąć ślub. Po
zaręczynach trafił na przeszkolenie oficerskie. To było lato 1939 roku i wydarzenia biegły bardzo szybko. Za szybko... Wszyscy spodziewali się
wybuchu wojny. No i stało się. Niemal od razu znalazł się na froncie.
Potem cały czas się wycofywali. Gdy uderzyli Sowieci, trafił do Rumunii,
skąd przedostał się do Francji, a potem do Wielkiej Brytanii. Nie miał
pojęcia, co u Zosi. Parę razy zastanawiał się, czy nie poprosić któregoś
z chłopaków przerzucanych do kraju, by spróbował się czegoś o niej
dowiedzieć. Ale po pierwsze ich miejsca przerzutu były tajne, a po
drugie głupio mu było załatwiać przy okazji śmiertelnie niebezpiecznych
misji taką prywatę. Zresztą gdyby nawet taki cichociemny coś ustalił, to
jak przekazałby to Piotrowi... Miał nadzieję, że nic jej się nie stało i żyje, czekając na jego powrót, tak jak mu obiecała, gdy się żegnali. A teraz ją wreszcie spotkał! W tej ciemnej piwnicy, wśród jęków rannych i zapachu krwi, prochu, niemytych ciał. Spotkał ją i jutro ponownie się
zobaczą. Na pewno! Miał jej twarz przed oczami, kiedy w końcu zasypiał.
Londyn. Siedziba Służby Bezpieczeństwa (MI5)
Podpułkownik Guy Liddell, szef Wydziału B (kontrwywiadu) MI5, sięgnął po
filiżankę zimnej już herbaty. Wypił duży łyk i skrzywił się
niezadowolony. Rozmowa w jego gabinecie trwała ponad czterdzieści minut
i zapomniał poprosić sekretarki o nową, gorącą porcję.
-?Teraz masz już pełną wiedzę na temat naszych dotychczasowych ustaleń
co do przyszłości. -?Zagłębił się w skórzanym fotelu i popatrzył uważnie
na swojego gościa. -?Proszę, weź pod uwagę to, co ci przed chwilą
powiedziałem. Pozwól, że powtórzę: premier i dowódcy naszych sił
zbrojnych jako priorytet stawiają unikanie obecnie jakichkolwiek
zadrażnień z Sowietami. Nie żeby uważali Stalina i innych tamtejszych
przywódców za przyjaciół. Aż tacy naiwni nie są. W porozumieniu z Amerykanami coraz mocniej uczestniczą zresztą w znanej grze mocarstw o jak największe wpływy w powojennym świecie. Jednak jak dano mi do
zrozumienia, czym innym jest rywalizacja polityczna, nawet brutalna i kosztowna, a czym innym doprowadzenie do jakichś utarczek wojskowych czy
pomiędzy służbami naszymi i sowieckimi. Dlatego musisz brać pod uwagę,
że wobec Sowietów pozostaniecie sami. Komuniści oraz inni współpracujący
z Moskwą będą grali główną rolę w nowej Polsce. I tylko oni. Wy
będziecie jeśli nie śmiertelnymi wrogami, których trzeba wyeliminować,
to osobami niechcianymi. Rozumiesz mnie, Michael?
-?Wiesz, Guy, chyba wolałem zwykłe realia wojenne. -?Major Michał
Woźniak z Oddziału II Sztabu Naczelnego Wodza pochylił się do rozmówcy.
-?Wtedy po jednej stronie staliśmy my, wy, Sowieci i inni alianci i mieliśmy wyłącznie wspólne cele i interesy. Po drugiej stronie byli nasi
wrogowie, których należało pokonać. Teraz, jak sam udowadniasz,
weszliśmy w czas, gdy wroga za chwilę nie będzie, a dotychczasowe
porozumienia tracą znaczenie. Dlatego na twoje pytanie oczywiście
odpowiem, że rozumiem, co mówisz, ale chciałbym, żeby wszystko było
bardziej logiczne.
-?Mam nadzieję, że jeszcze nie raz uda nam się podyskutować o współczesnych realiach, mój drogi polski kolego. -?Szeroki uśmiech na
twarzy gospodarza świadczył o jego sympatii do polskiego oficera. -
Teraz jednak goni mnie czas, a wydarzenia mocno nas popędzają.
-?Drogi Guyu, wspominałeś już wcześniej, jak ty i przedstawiciele
brytyjskich kół rządowych postrzegacie relacje Polski i ZSRR. -?Ton
Woźniaka zdradzał niechęć do poruszanego tematu. -?Ale nie czujecie
kompletnie kontekstu historycznego, kluczowego dla stosunków tych dwóch
państw. Rosja uczestniczyła w rozbiorach Polski, zaatakowała mój kraj w najgorszej dla nas godzinie we wrześniu 1939 roku, mordowała masowo
Polaków i nigdy nie będzie prawdziwym i wiarygodnym sojusznikiem Polski.
Uwierz mi: będzie okupantem mojego kraju. Oczywiście nie podejmie
eksterminacji jak hitlerowcy i zachowa pozory współpracy z ustanowionymi
przez siebie marionetkowymi władzami. To tyle.
-?Super. A teraz chciałbym cię powiadomić, że właściwie nie jestem już
szefem Wydziału B. Za dwie godziny odbieram nominację na zastępcę
dyrektora generalnego. Ale nasz kontakt z tobą czy Jankiem Szarzyńskim,
który, jak wiesz, bardzo sobie cenię, pozostanie w niezmienionej formie.
-?Gratuluję, Guy, a może panie dyrektorze generalny?
Michał Woźniak wstał z fotela i podszedł do Liddella. Gdy ten również
się podniósł, Polak najpierw uścisnął mu dłoń, a w końcu serdecznie
poklepał go po ramieniu. Brytyjczyk z widoczną przyjemnością podziękował
za gratulacje.
-?Michael, mój plan dnia jest dzisiaj mocno napięty, ale zależy mi, aby
zrobić jeszcze dwie rzeczy. Po pierwsze musisz wypić ze mną małego,
podkreślam, małego drinka z okazji mojego awansu. A po drugie chciałbym,
abyś poznał mojego następcę na stanowisku szefa wydziału. Zgoda?
-?Oczywiście, panie dyrektorze. -?Mina Woźniaka miała sygnalizować
żartobliwość podkreślania nowego tytułu Liddella.
-?Jak jeszcze raz tak mnie nazwiesz, to nie licz na naszą dalszą
przyjaźń i zapomnij o zaproszeniu na piątkowe przyjęcie, jakie urządzam
z okazji awansu. Przy okazji, zaproszenie dostarczy kurier jutro do
twojego biura.
Gospodarz sięgnął po szklaneczki i nalał do obu whisky. Podniósł
słuchawkę i wezwał kogoś do gabinetu. Woźniak wzniósł toast za awans
Liddella. Popijali na stojąco, gdy rozległo się pukanie do drzwi. W progu stanął mężczyzna średniego wzrostu, około czterdziestki, w mundurze majora. Na jego pucułowatej twarzy malował się uprzejmy
uśmiech. Liddell zaprosił go do środka.
-?Michael, pozwól, że ci przedstawię majora George'a Macleana. To
doskonały fachowiec w robocie kontrwywiadowczej, zażarty wróg obcych
szpiegów. Ma na koncie kilka znaczących sukcesów. George, przed tobą
stoi świetny oficer polskiego wywiadu. Jeśli ktoś wie coś o tajnych
akcjach za linią frontu, to właśnie on, major Michael Woźniak. Mój dobry
przyjaciel.
Woźniak i Maclean uścisnęli sobie dłonie.
-?George, chciałbym, żebyś wspierał polskie służby we wszystkich ich
działaniach. -?Maclean, słuchając, wręcz służalczo wpatrywał się w twarz
Liddella. -?Dotychczas współpraca z ich wywiadem czy Oddziałem VI
przynosiła bardzo duże korzyści dla obu stron. Polscy żołnierze i agenci
to elita służb specjalnych. Jestem mocno zainteresowany podtrzymaniem
dotychczasowej współpracy. Mam nadzieję, że jesteś tego samego zdania.
-?Oczywiście, szefie. -?Potwierdzenie było stanowcze i jednoznaczne. -
Przyjmuję ten przyjemny obowiązek i obiecuję utrzymanie wysokiego
zaangażowania naszego wydziału we współpracę z polskimi służbami.
-?Świetnie. -?Liddell spojrzał na zegarek. -?Panowie, niestety, inne
obowiązki mnie wzywają. Przepraszam. Michael, widzimy się w piątek na
przyjęciu. George, wpadnij później, musimy dokończyć przekazywanie
spraw.
Woźniak wraz z Macleanem wyszli na korytarz. Zatrzymali się przy oknie
wychodzącym na wewnętrzny dziedziniec.
-?Panie majorze, moje słowa nie były jedynie grzecznościowe -
zadeklarował Maclean. -?Liczę na owocną współpracę. Przy okazji, mam
nadzieję, że wkrótce lepiej się poznamy i zbudujemy bieżący kontakt.
Jako zaszczyt potraktuję możliwość odwiedzenia pana biura w najbliższym
czasie. Chętnie poznam również oficerów Oddziału VI, wspomnianego przez
dyrektora.
-?Oczywiście będzie mi bardzo przyjemnie ponownie spotkać się z panem i już teraz zapraszam do odwiedzenia mnie. -?Woźniak był zaskoczony
wylewnością Macleana, rzadko spotykaną w relacjach brytyjskich oficerów
z przedstawicielami sojuszniczych sił zbrojnych. Zakładał, że major dąży
do pełnego wykonania zaleceń Guya Liddella i stąd jego nacisk na
podtrzymanie kontaktu. -?Ja również liczę na nasze dobre relacje.
LIPIEC 1944
Stoczek. Gospodarstwo pod lasem
Po dość niespodziewanym przebudzeniu porucznik Franciszek Stańko przez
chwilę zastanawiał się, co właściwie wyrwało go z głębokiego snu: ból w czaszce czy może jednak coś innego? Głowa bolała go ostatnio regularnie
-?za dużo tych nerwowych chwil i nieprzespanych nocy... Był oficerem
wywiadu Komendy Głównej Armii Krajowej, formalnie określanego jako
Oddział II Informacyjno-Wywiadowczy. Działał w Referacie Wschód,
kryjącym się pod kryptonimem "Pralnia", i od paru dni realizował
najważniejsze zadanie w swojej konspiracyjnej karierze. W związku z rozkazem szefa wywiadu dotyczącym ewakuacji najważniejszych dokumentów,
w tym przede wszystkim rejestrów agentury, podróżował po wschodnich
regionach kraju. W niewielkich miejscowościach przejął od łączników
dokumenty komórek wywiadowczych z kilku okręgów AK. Starał się panować
nad sobą, ale w ostatnich dniach przeżył tak wiele nerwowych momentów,
że sam nie wiedział, jak je wszystkie wytrzymał. Jako ostatni na
umówione spotkanie dotarli wysłannicy z Okręgu Wilno, choć właściwie to
już nie liczył, że im się uda. Tym bardziej że spóźnili się aż dwa dni i Stańko zamierzał już wyruszyć z powrotem do Warszawy. Dotąd przejęte
materiały miały tak dużą wagę, że owe dwa dni, w czasie których czekał
na kolegów z Wilna, spędził jakby z tykającą bombą w ręku. Jednak
wilnianie dzielnie się spisali i jak się okazało, mieli sporo szczęścia.
Zwłaszcza że byli zagrożeni podwójnie: przez sowiecką ofensywę i Niemców, którzy ostatnio stali się nadaktywni w rejonach przyfrontowych.
Porucznik był świadomy, jakie znaczenie miała jego misja, a jednocześnie
wkurzało go, że najpierw organizacja, teraz zaś realizacja tak istotnego
przedsięwzięcia spadły wyłącznie na jego barki. Przełożeni nie kwapili
się z ruszeniem dupy w teren i zmotywowali go na zasadzie "wicie,
rozumicie", ktoś musi, a wy jesteście świetnym oficerem i z pewnością
sobie poradzicie. Może i był dobry, ale tułanie się z jednym tylko
żołnierzem ochrony po terenach, gdzie Niemcy się wycofywali, a Sowieci
wkraczali, nie było niedzielnym spacerkiem po Marszałkowskiej. Jego
misja stała się realna wyłącznie dzięki lewym papierom przygotowanym
przez komórkę legalizacji. Działali w niej cichociemni przeszkoleni w Londynie przez mistrza fałszerzy Jerzego Maciejewskiego. Dokumenty
umożliwiały podróżowanie samochodem, zabezpieczając Stańkę przed
ryzykownymi kontrolami. Jednak poza lewymi kwitami cała misja była
jednym wielkim szaleństwem. Tak naprawdę miał już dosyć tego wszystkiego
-?każdy hałas w pobliżu przyprawiał go o nerwowe reakcje.
Przeżywszy po drodze kilka niebezpiecznych sytuacji, wczoraj ostatecznie
dotarł do Stoczka. Miał kontakt do gospodarza należącego do lokalnej
organizacji, a zdecydował się tu zatrzymać, ponieważ silnik w jego
samochodzie zaczął zdradzać niepokojące objawy. Od dwóch dni przeklinał
swój pech, no bo czy mogło go jeszcze coś więcej spotkać niż zagrożenie
ze strony Sowietów, Niemców, zabłądzenie i teraz kłopoty z transportem?
Gdyby auto całkiem nawaliło, to co miałby zrobić? Wziąć trzy torby pełne
tajnych dokumentów i udać się na najbliższą stację kolejową, łapać
okazję czy pójść na piechotę? W sumie nie był pewien, jak daleko uda mu
się dojechać w kierunku Warszawy, więc ostatecznie zdecydował się
zatrzymać w tej chałupie w Stoczku. Tym razem szczęście uśmiechnęło się
do niego. Jak się okazało, dobrze trafił, gdyż brat agenta był złotą
rączką i w nocy naprawił silnik na tyle, że rano mogli ruszać dalej.
Obudzony Stańko zerknął na śpiącego beztrosko na materacu leżącym na
podłodze kaprala Ficowskiego. Jego pomocnik chyba nie miał niespokojnych
myśli, bo smacznie pochrapywał. Obok żołnierza leżały bezpiecznie
skórzane torby zawierające dokumenty. Rejestry agentów działających w terenie to najważniejsze aktywa każdej służby wywiadowczej. Część z tych
ludzi, których dane wiózł, działała aktywnie na pograniczu z Rosją
jeszcze przed wybuchem wojny. Inni byli werbowani sukcesywnie w okresie
okupacji. Dostarczyli dziesiątek informacji, z których wiele trafiło do
Londynu i przydało się w walce z Niemcami. Teraz, gdy nadchodzili ruscy,
pojawiało się nowe zagrożenie dla Polski. W tej sytuacji efektywna
siatka informacyjna istniejąca w terenie była tym bardziej cenna.
Jednocześnie Stańko miał świadomość tego, że leżące przed nim dokumenty,
gdyby wpadły w ręce sowieckiej służby bezpieczeństwa, mogłyby stanowić
podstawę wyroków śmierci dla tych ludzi. Jeżeli wierzyć zapowiedziom
dochodzącym z Londynu, to część przedwojennych polskich województw może
zostać zagarnięta przez Sowietów, a wówczas taka wroga agentura będzie
bezwzględnie ścigana.
Jego poranne myśli przerwało trzaśnięcie drzwi, a potem odgłos kroków
biegnącego człowieka. Zaniepokojony uniósł się na łóżku. Nie zdążył
zrobić nic więcej, gdy drzwi otworzyły się bez pukania i do
pomieszczenia wpadł gospodarz.
-?Wstawajcie, Niemcy jadą! -?krzyknął.
Porucznik Stańko poderwał się błyskawicznie. Ficowski, jeszcze przed
chwilą głęboko śpiący, już siedział na materacu. Jego błędny wzrok
sugerował, że nie jest w pełni rozbudzony.
-?Gdzie są?! -?zapytał Stańko, nerwowo wciągając spodnie i pozostałe
części ubrania.
-?Jadą od wioski -?wyjaśnił gospodarz, wykonując dziwne ruchy rękami,
jakby w ten sposób mógł spowodować, że goście będą szybciej gotowi do
wyjścia. -?Będą za minutę, dwie... Uciekajcie!
Faktycznie na zewnątrz słychać było pomruk zbliżających się silników
samochodowych. Obaj żołnierze byli już ubrani.
-?Tu za domem mam stary motor -?poinformował gospodarz. -?Jest sprawny.
Możecie wyjść przez okno, to was szkopy nie zobaczą...
-?A nasz samochód?! -?Kapral Ficowski był kierowcą ich auta i chyba czuł
się odpowiedzialny za pojazd. -?Muszę go wyprowadzić ze stodoły! -
krzyknął i pobiegł do wyjścia z chałupy.
-?Stój! -?krzyknął Stańko, pamiętając, że wyjazd ze stodoły jest na
wprost bramy gospodarstwa, co znaczy, że nadjeżdżający Niemcy od razu
zobaczą auto.
Do kaprala chyba również dotarła świadomość zagrożenia, bo zawrócił i stanął zdezorientowany. Gospodarz już otworzył okno i pomagał Stańce
zbierać torby. Na zewnątrz rzeczywiście stał motocykl, a jego sprawność
potwierdził fakt, że zapalił od razu. Kapral wskoczył na siodełko, a Stańko, trzymając przed sobą torby, zajął miejsce za nim.
-?Jedźcie przez las! -?krzyknął gospodarz. -?Są tam tylko wąskie
ścieżki. Samochodem was nie dogonią!
Ficowski przekręcił manetkę gazu i szybko ruszyli. Pięćdziesiąt metrów
dalej wjechali pomiędzy drzewa. Początkowo chłostały ich gałęzie, ale po
chwili trafili na wydeptaną ścieżkę i jazda stała się wygodniejsza.
Porucznik ledwo trzymał się na wąskim siedzeniu pędzącej maszyny.
Wyładowane torby nie ułatwiały zachowania równowagi. Ale to nie miało
znaczenia. Najważniejsze, że w ostatniej chwili udało im się uciec.
Nagle przyszła mu do głowy niepokojąca myśl: co stanie się z gospodarzem
i jego rodziną? Jak wytłumaczy obecność samochodu z warszawską
rejestracją stojącego w stodole i ślady po noclegu dwóch osób? Bez
znaczenia było, czy nalot był dziełem przypadku, czy ktoś doniósł
Niemcom o obcych przebywających w chałupie za wsią... A czy im samym uda
się dojechać do Kampinosu? Ile paliwa mogło być w baku?
Warszawa. Siedziba Gestapo
Standartenführer Hans Hofmann zapalił poranne cygaro. Właściwie tylko to
zostało mu z komfortowego życia, które prowadził jako zastępca szefa
berlińskiego Gestapo. Przez głupotę i lekkomyślność własnego syna
utracił prawie wszystko, dobrze, że nie życie. Jego syn Oberleutnant
Horst Hofmann, oficer wywiadu wojskowego, po pijanemu wyciągnął ze
swojego kolegi szczegóły werbunku i współpracy z ważnym agentem o pseudonimie "Lothar", działającym od 1939 roku w Wielkiej Brytanii. Dane
te nieświadomie przekazał agentowi polskiego wywiadu Hauptmannowi
Carlowi von Wedelowi, co przyczyniło się do dekonspiracji "Lothara".
Sprawa się wydała. Jedynie przez wzgląd na zasługi Hansa Hofmanna i przyjaźń z szefem Gestapo Gruppenführerem Heinrichem Müllerem Horst nie
stanął przed plutonem egzekucyjnym, tylko został zdegradowany i wysłany
na front wschodni. Wiele mu to nie pomogło, ponieważ zaledwie drugiego
dnia udziału w walkach poległ za III Rzeszę. Ale kierownictwo Głównego
Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy -?RSHA, chcąc pokazać, że nawet krewni
zamieszanych w zdradę muszą ponosić jej konsekwencje, zdecydowało o przeniesieniu Hansa Hofmanna w okolice zbliżającego się frontu
sowieckiego, czyli na stanowisko szefa Gestapo w Warszawie. Miał zniknąć
z Berlina i zmazać winy swojego dziecka, skutecznie walcząc z polskim
ruchem oporu. Wieczorami myślał z nienawiścią o tym szpiegu von Wedelu,
przeklinając, że syn na niego trafił. Gdyby kiedyś mógł go dopaść, to
okrutnie zemściłby się za to, co zrobił Horstowi i jemu samemu.
Szpiedzy, wywiad, polscy bandyci... Nie dalej jak wczoraj w jego gabinecie
na drugim piętrze budynku przy Strasse der Polizei odbyła się kolejna
narada, w trakcie której starał się wymusić na podwładnych jeszcze
większe zaangażowanie i brutalność wobec Polaków. Od jakiegoś czasu
agenci donosili, że tutejsze podziemie, nazywające się śmiesznie Armią
Krajową, szykuje coś większego. Wiedział, że marzy im się powszechne
powstanie, ale chyba nawet oni nie byli tak głupi, żeby podjąć
bezpośrednią walkę z regularnymi oddziałami wojskowymi. Hofmann
podzielał radość swoich zastępców z faktu, że Polacy, nawet stawiając
opór okupantowi, jak zwykle są wewnętrznie podzieleni. A słyszał nawet o starciach zbrojnych pomiędzy różnymi odłamami tak zwanego ruchu oporu.
Często myślał, że gdyby AK zgodnie współdziałała z komunistyczną Armią
Ludową i innymi mniejszymi grupami, to dopiero byłyby problemy, aby
utrzymać spokój. Tak naprawdę zresztą to bardziej niepokoili go Sowieci
zbliżający się do Wisły niż polscy bandyci. Większości majątku w ogóle
nie zabierał do Polski, ale przed wyjazdem z Berlina wysłał w bezpieczne
miejsce w Bawarii. Spodziewał się, że tam dotrą z zachodu alianci, więc
zachowają się w sposób cywilizowany, a nie tak jak ruscy, którzy albo
wszystko by ukradli, albo zniszczyli.
Wrócił myślami do narady. Czuł, że pojawia się szansa, by mógł poprawić
swoje notowania w Berlinie, jeśli tylko uda mu się wystarczająco
zmotywować podwładnych.
-?Jeszcze raz wam nakazuję: macie wycisnąć z agentury, co się da, i ustalić, co planują Polacy. Zatrzymanych przesłuchiwać z użyciem
wszelkich metod śledczych. Żadnej pobłażliwości. Tylko ból skłoni ich do
wyznania prawdy. I pamiętajcie o nowym temacie, o którym dzisiaj była
mowa. Polskie podziemie, wobec wkraczania sowieckich oddziałów, wycofuje
swoje zasoby z terenów na wschód od Wisły. Muszą przewozić dokumentację,
archiwa, sprzęt, broń. Zwiększcie kontrole i liczbę przeszukań. To
doskonała okazja, żeby ich dopaść. Tym z was, którzy się szczególnie
wykażą, obiecuję nagrody. A teraz do roboty!
Okolice Puszczy Kampinoskiej. Pałac w Zaborowie
Z Warszawy dojechali do Zaborowa drogą przez Borzęcin Duży i Wyględy.
Przed wsią skręcili w boczną drogę, gdzie, jak im powiedziano w sztabie,
znajdowała się przydrożna kapliczka. Obok niej na ziemi siedział
mężczyzna w średnim wieku. Na widok wolno podjeżdżającej furgonetki
podniósł się i uważnie obserwował pojazd.
Porucznik Franciszek Stańko wysiadł z auta.
-?Ja od Hermana z Poznania -?powiedział do mężczyzny.
-?Szczerkowski z Julinka -?odpowiedział tamten.
Hasło i odzew były prawidłowe. Stańko wyciągnął dłoń, którą ten drugi
mocno uścisnął.
-?Józef Matecki -?przedstawił się oczekujący.
-?Franciszek Stańko -?odwzajemnił się przybysz.
-?Dużo tego macie? -?zapytał Matecki.
-?Tylko trzy torby.
-?To spokojnie się zabierzemy -?ucieszył się Józef. -?Spodziewałem się,
że będzie więcej. -?Wskazał na stojący za krzakiem dwukołowy wózek,
zamocowany do roweru.
-?Te torby to nawet piechotą możemy zanieść -?stwierdził porucznik. -
Jak daleko jest stąd do majątku?
-?Ze dwa kilometry -?wyjaśnił Matecki. -?Byłoby dalej przez wieś i potem
Kościelną do głównej bramy. Ale my pójdziemy przez las do tylnej bramy i dalej przez park. Dzięki temu nikt nas nie zobaczy, a już na pewno nie
Niemcy, bo oni tamtędy nie chodzą. I nie ma też żadnego wartownika.
Kapral Ficowski wyciągnął już z furgonetki tylną kanapę. Pod nią ukryte
były duże skórzane torby.
-?Do wózka, panie poruczniku? -?zapytał.
-?Tak -?odpowiedział Stańko. -?Tak jak było ustalone, ty zostaniesz
tutaj. Tylko siedź w aucie, żebyś się nikomu niepotrzebnie nie rzucił w oczy.
-?Tak jest, panie poruczniku. -?Ficowski włożył torby do wózka i przywitał się z Mateckim.
-?To możemy ruszać -?zasugerował Józef.
Chwycił za kierownicę roweru i skierował go w stronę pobliskiego
zagajnika. Stańko poszedł za nim. "Długa droga ważnego transportu
dobiega końca", pomyślał z satysfakcją. Wiedział, że szefostwo zamierza
dołączyć do obecnych zasobów także archiwa z kolejnych trzech okręgów.
Ale tym razem on odbierze przesyłki już pod Warszawą, w Piasecznie, i nie będzie musiał nadstawiać głowy, podróżując po przyfrontowych
terenach. Najważniejsze, że znaleźli pewne miejsce na tymczasowe ukrycie
tak ważnych dokumentów. "Jak zwykle najciemniej pod latarnią", ocenił z humorem.
Po półgodzinie dotarli do furtki w ogrodzeniu rozległego parku
otaczającego jednopiętrowy biały budynek. Stańko dostrzegł poprzez
drzewa, że do budynku z jednej strony przylega oranżeria, a z drugiej
pawilon kuchenny. Zobaczył też niewielki staw i kilka mniejszych
zabudowań.
-?Niemcy nas nie zauważą z okien? -?zapytał towarzysza.
-?Nie o tej porze -?odparł Matecki, który jako zarządca majątku miał
najlepsze rozeznanie w kwestii zwyczajów stacjonujących w pałacu
Niemców. -?Wieczorem zwykle ci, którzy są na miejscu, siedzą w kasynie
ulokowanym w salonie od frontu. A reszta szuka szczęścia w jakimś domu
publicznym w Warszawie. Zresztą tam, gdzie idziemy, będziemy cały czas
zasłonięci przez drzewa i zarośla.
-?Dziwne, że nie pilnują majątku od tyłu -?wyraził swoją opinię
porucznik.
-?Mają za mało ludzi -?wyjaśnił zarządca.
-?Piękny budynek -?pochwalił Franciszek Stańko, wodząc wzrokiem po
fasadzie pałacu. -?Pan tu od dawna?
-?Pałac zbudowano dla warszawskiego bankiera Leona Goldstanda -?wyjaśnił
Matecki. -?Nawiązuje do wyglądu wiejskich rezydencji z osiemnastego
wieku, choć jednocześnie budynek łączy kilka stylów architektonicznych.
Po śmierci Leona właścicielką została jego córka, która do 1939 roku
prowadziła w majątku gospodarstwo. Przed wybuchem wojny wyjechała do
Anglii i powierzyła mi opiekę nad posiadłością. Ja tu pracuję od
dziesięciu lat, ale od czasu przyjścia Niemców to już bardziej pilnuję,
niż zarządzam.
-?Ciekawe, co stanie się z pałacem po wojnie. I czy właścicielka wróci?
-?Panie, to taki wielki majątek, że jak żyje, to na pewno wróci -
zadeklarował zarządca. -?Oby tylko ruscy tu wszystkiego nie zniszczyli.
To podobno straszna dzicz i kradną, co tylko mogą.
Porucznik pokiwał głową na potwierdzenie tej opinii.
-?Teraz pójdziemy w tamtą stronę. -?Matecki wskazał głową kierunek.
Potoczył spokojnie wózek z cennym ładunkiem. Zbliżali się do pałacu.
Porucznik, mimo zapewnień administratora majątku, czuł rosnące napięcie.
WRZESIEŃ 1944
Zurych. Bahnhofstrasse
Siedziba Suisse Commerce Bank znajdowała się przy Bahnhofstrasse,
najelegantszej ulicy handlowej Szwajcarii i jednej z najbardziej
prestiżowych na świecie, co potwierdzało renomę banku. Bez stałych i wysokich dochodów żadna firma nie mogłaby pozwolić sobie na
funkcjonowanie w tak drogim rejonie. Fakt, że większościowy pakiet akcji
Suisse Commerce Bank należał do rodziny Lotte Jung, niedawno poślubionej
żony Carla von Wedela, gwarantował małżeństwu dostatnie życie. A że
Lotte i Carl za cztery miesiące spodziewali się dziecka, obraz szczęścia
wydawał się kompletny. Von Wedel miał świadomość, że nie jest to do
końca prawda. Zarówno Suzanne, jak i Lotte często wracały w myślach i wspomnieniach do osoby nieżyjącego już Waltera Junga. O losach generała
wiadomo było ledwie tyle, że aresztowany za udział w spisku przeciwko
Hitlerowi, po kilku dniach został rozstrzelany. Brutalnego traktowania w więzieniu przed śmiercią można się było domyślać. Rodzina nie została
poinformowana, gdzie go pochowano.
Carl wyszedł z banku na Bahnhofstrasse, uśmiechem dziękując portierowi
otwierającemu drzwi i z szacunkiem kłaniającemu się krewnemu
właścicieli. Spojrzał na zegarek i widząc, że do odjazdu pociągu do
Meilen ma jeszcze sporo czasu, skręcił w prawo w stronę nabrzeża Jeziora
Zuryskiego. Korzystając ze słonecznej pogody, szedł spacerowym krokiem i rozmyślał o zapisach w księgach rachunkowych, z którymi właśnie się
zapoznał. Dostęp do tak wrażliwych informacji uzyskał za zgodą
Aleksandra Junga, prezesa banku i najważniejszej osoby w rodzinnym
interesie. Pełny wgląd do ksiąg był dowodem zaufania ze strony rodziny
Lotte, ale wiązał się przede wszystkim z zainteresowaniem samego von
Wedela udziałem w interesach rodzinnych. Środki, które przez ostatnie
lata przelewał na jego konta w szwajcarskich bankach najpierw nieżyjący
już ojciec Henryk von Wedel, a po jego śmierci zarządzający majątkiem na
Pomorzu brat Henryka Fryderyk von Wedel, zabezpieczyły Carla przed
niepewnym losem wielu innych Niemców, którzy posiadali swoje zasoby
wyłącznie w krajowych instytucjach finansowych. Tak naprawdę chodziło
nie tylko o zagrożenie dla funkcjonowania banków wynikające z toczącej
się wojny, ale w przypadku von Wedela o możliwość zajęcia przez
hitlerowski reżim jego majątku jako formy dotkliwej kary za zdradę
ojczyzny. Carl niepokoił się jedynie możliwymi represjami wobec członków
swojej rodziny w następstwie faktu, że ich krewny okazał się wrogim
szpiegiem. Pomimo podjętych starań nie udało mu się uzyskać informacji,
co spotkało wuja Fryderyka i brata Andreasa.
To, że obecnie nie narażał już życia dla polskiego wywiadu, nie
oznaczało, iż nagle stracił wzrok czy swoje naturalne nawyki
obserwowania otoczenia. Przez ostatnie lata czujnie patrzył dookoła,
wiedząc, że wychwycenie czegoś zwracającego uwagę podczas realizacji
zadania wywiadowczego, ale także w trakcie zwykłych zajęć, może mu
uratować życie. Tak postępował, chodząc po ulicach Berlina, Paryża,
Zakopanego czy różnych innych miejscowości, gdzie rzucały go wojenne
losy. Dlaczego więc w Zurychu miałby nie dostrzec wpatrzonego weń
nieznanego mężczyzny stojącego obok kiosku z gazetami. Gdyby ta osoba
tylko rozglądała się dookoła, uznałby to za naturalne zachowanie. Ale
jeżeli ktoś spotyka czyjś wzrok i gwałtownie spuszcza oczy, jakby robił
coś niewłaściwego, to jest to ostrzeżenie, że interesuje się tym,
którego nieostrożnie obserwował.
Carl szedł ulicą, ale już nie myślał o sprawach finansowych firmy
Jungów. Patrzył z pozorowanym zaciekawieniem na szyby wystawowe
eleganckich sklepów, raz nawet zatrzymał się przy witrynie jubilera.
Mimo znacznego ruchu przechodniów i samochodów przejeżdżających
Bahnhofstrasse dostrzegł w szybie sylwetkę mężczyzny idącego chodnikiem
po przeciwnej stronie. Po dotarciu do promenady otaczającej jezioro
usiadł na jednej z ławek i zapalił papierosa. Od czasu przyjazdu do
Szwajcarii nie zauważył niczego, co zwróciłoby jego uwagę i świadczyło o możliwym zagrożeniu. Dlatego czuł się w miarę bezpiecznie. Czy
dzisiejsza sytuacja oznacza coś niepokojącego? Tego jeszcze nie
wiedział, ale naturalne było, że musi to sprawdzić.
Podniósł się z ławki i poszedł z powrotem w stronę Dworca Głównego. Miał
przed sobą szeroką panoramę Bahnhofstrasse, a przechodząc przez kolejne
przecznice, mógł naturalnie rozglądać się dookoła. Ale ani mężczyzny,
ani nic podejrzanego nie zauważył.
Na dworcu kupił bilet do Meilen, potem popołudniową gazetę i poszedł na
peron. Podmiejski pociąg już czekał, więc zajął miejsce przy oknie, co
umożliwiało obserwowanie pasażerów poruszających się po peronie. Kiedy
nadeszła pora odjazdu pociągu, mógłby jechać do domu uspokojony, gdyby
nie to, że kilka chwil wcześniej, zerkając zza gazety, dostrzegł na
odległym początku peronu dwóch mężczyzn. Ich kontakt był błyskawiczny i może von Wedel nawet nie zwróciłby na nich uwagi, gdyby jednym z nich
nie był człowiek z Bahnhofstrasse. Drugi z mężczyzn, znacznie młodszy,
choć podobnie typowo ubrany, zaraz wsiadł do pociągu, w którym siedział
Carl.
Warszawa. Rejon placu Wilsona
Major Piotr Mularczyk od kilku minut obserwował dwa niemieckie czołgi
posuwające się Tucholską. Za nimi widział sylwetki piechurów, kryjących
się za pancernymi kolosami. Nie otwierał ognia, gdyż Niemcy byli jeszcze
za daleko. Zerknął po bokach na pozycje swoich ludzi. Widział tylko
niektórych, miejsc ulokowania się innych mógł się jedynie domyślać, tak
byli poukrywani w budynku.
-?Czekajcie, aż podejdą bliżej -?polecił Wróblowi i Olewińskiemu, którzy
byli najbliżej. Usłyszał, że przekazują dalej jego rozkaz.
Nagle przeleciało mu przez głowę: "Ilu z nich pozostanie do wieczora?".
Kiedy wylądowali w kraju przed wybuchem powstania, było ich trzynastu.
Teraz walczyło jeszcze dziesięciu. Stracił trzech, a część z pozostałych
odniosła rany. Na szczęście niezbyt poważne, choć nawet te cięższe
zapewne nie powstrzymałyby ich przed dalszą walką. "No chyba żeby nie
mogli chodzić", pomyślał z dumą.
Obecną pozycję zajmowali od ostatniej nocy, kiedy udało im się przedrzeć
do Warszawy. Od początku sierpnia brali głównie udział w walkach Grupy
"Kampinos". Lecąc wcześniej do kraju, liczyli, że uda im się wesprzeć
jednostki AK w stolicy. Ale zbyt późne podjęcie decyzji o ich wysłaniu
nie pozwoliło na dołączenie do żołnierzy walczących w samej Warszawie na
początku powstania. W rejonie Kampinosu uczestniczyli głównie w operacjach dywersyjnych wymierzonych w niemieckie linie zaopatrzeniowe
pomiędzy Warszawą a Modlinem. W końcu w połowie sierpnia razem z prawie
tysiącem żołnierzy z Grupy "Kampinos" przedarli się do stolicy, w rejon
Żoliborza. Przez dwie noce, wspólnie z żoliborskim ugrupowaniem
podpułkownika "Żywiciela", atakowali mocno ufortyfikowany Dworzec
Gdański. Niestety bezskutecznie.
Mularczyk ocenił, że podpuścili Niemców już wystarczająco blisko.
Zauważył, że Dereń, trzymający w rękach panzerfausta, zdobyczny
granatnik przeciwpancerny, patrzy na niego, czekając na sygnał. Pokazał
palcem w kierunku czołgów. Staszek spokojnie przymierzył się i nacisnął
spust. Głowica z ładunkiem kumulacyjnym wyleciała z rurowej wyrzutni.
Jej lot trwał zaledwie sekundę. Trafiła w wieżę czołgu, a wybuch
spowodował, że przebiła się do środka. Pożar, który pojawił się po
chwili, szybko doprowadził do eksplozji pocisku w lufie. Czołg zamarł, a brak uciekających z wnętrza pojazdu żołnierzy świadczył o pełnym
sukcesie. Drugi pojazd skierował powoli lufę w stronę ich pozycji.
Oddany strzał rozbił okno po lewej stronie budynku, w którym szczęśliwie
nie znajdował się żaden z cichociemnych. Polacy otworzyli ogień do
niemieckich piechurów, którzy byli w ich zasięgu. Kilku wrogów upadło.
Pozostali zaczęli się wycofywać, a w ich ślady poszedł drugi czołg.
-?Teraz dostaniemy swoje od ich artylerii -?zawyrokował ponuro sierżant
Wróbel, siadając na gruzach pokrywających dawną podłogę.
-?Nie marudź. Damy radę -?pocieszył go Olewiński.
Mularczyk miał nadzieję, że nie trafią pod ogień artyleryjski, który
koncentrował się na głównych pozycjach obronnych powstańców. Tucholska
nie była kluczowa pod tym względem, a ostatni atak stanowił jedną z niemieckich prób obejścia Słowackiego i otoczenia obrońców Żoliborza.
Zarządził odpoczynek, aby jego ludzie nabrali sił przed kolejnymi
wieczornymi walkami.
Okazało się, że jego nadzieje były płonne. Co prawda Niemcy nie
rozpoczęli ostrzału artyleryjskiego, ale za to nie minęło pół godziny,
jak nadleciały samoloty i najpierw zbombardowały rejon Tucholskiej, a potem ostrzelały ich pozycje z broni pokładowej. Jedyne, co mogli
zrobić, to schronić się w głębi budynku.
Szwajcaria. Meilen. Dworzec
Podróż wzdłuż Jeziora Zuryskiego upłynęła spokojnie. Chciałby
powiedzieć, że jak zwykle. Ale to nie byłaby prawda. Przeglądając
pobieżnie gazetę, myślał o tym, co zauważył. Oczywiście nie miał
stuprocentowej pewności, że dzieje się coś niepokojącego, ale nie mógł
tego wykluczyć. Zasadnicze pytanie brzmiało: jeżeli ma rację, to kim
byli ci ludzie? Odpowiedź nie stanowiła większego problemu -?zapewne w końcu dotarł do niego niemiecki wywiad. Znając mściwość swojego byłego
szefa, Brigadeführera Waltera Schellenberga, mógł przypuszczać, że po
fiasku aresztowania von Wedela w szkole w Dolinie Olczyskiej
Schellenberg zamierzał zemścić się w inny sposób. W jaki? Możliwości
było sporo.
W Meilen z pociągu wysiadło kilka osób, ale początkowo nie dostrzegł
młodego mężczyzny. Wychodząc z dworca, wstąpił do pobliskiej kwiaciarni.
Połączył przyjemne z pożytecznym. Kiedy wiosną w Berlinie poprosił Lotte
o rękę i ofiarował jej jedną czerwoną różę, obiecał, że zawsze te kwiaty
będą ją otaczać. Od przyjazdu do Szwajcarii skrupulatnie przestrzegał
tego zwyczaju, dlatego opuścił kwiaciarnię z bukietem czerwonych róż.
Będąc wewnątrz i oglądając kwiaty, miał okazję zobaczyć, że interesujący
go mężczyzna wychodzi z dworca i szybko wsiada do czarnego samochodu
stojącego obok chodnika. Zastanawiające było, że pojazd nie odjechał.
Stał dłuższy czas. Ruszył dopiero, kiedy von Wedel skręcał w przecznicę,
co zauważył przez narożne okna księgarni.
Dochodząc do ulicy prowadzącej na wzgórze, na którym położony był dom
Jungów, miał zasadniczą wątpliwość, czy iść prosto do domu. Mógłby bez
trudu wymyślić jakąś legendę i pokręcić się po miasteczku, co
umożliwiłoby sprawdzenie, czy czarny pojazd lub młody mężczyzna pojawią
się w pobliżu. Jednak tak naprawdę wiele więcej by nie ustalił poza tym,
że jest obserwowany, a już teraz miał to potwierdzone. Zdecydował, że
naturalnym zachowaniem człowieka wracającego po załatwieniu w mieście
ważnych spraw jest powrót prosto do domu. Czy pokazywał w ten sposób
obserwacji, gdzie mieszka? Oczywiście, ale przecież nie był pewien, czy
już tego nie wiedzą.
Całując Lotte na powitanie i wręczając jej róże, jednocześnie myślał o konieczności zwiększonej uwagi w następnych dniach. Przyszło mu także do
głowy, że może warto byłoby szybko postarać się o kogoś do ochrony. Nie
swojej osoby, ale Lotte i jej matki Suzanne, która mieszkała z nimi. Był
pewien, że on sobie poradzi, ale Lotte była dla niego istotą
najważniejszą na świecie. W dodatku nie jedyną, bo za niecałe cztery
miesiące na świecie miał pojawić się ktoś, kto pewnie zawładnie jego
ojcowskim sercem.
Moskwa. Łubianka
Ludowy komisarz spraw wewnętrznych ZSRR Ławrientij Beria powiódł
wzrokiem po twarzach swoich współpracowników. Był pewien, że doskonale
rozumieją jego intencje, ale nie zaszkodziło sprawdzić ich reakcji.
-?Jak zapewne pamiętacie, we wrześniu 1939 roku, kiedy wkraczaliśmy na
polskie ziemie, wydałem rozkaz zawierający szczegółowy wykaz działań
wobec Polaków -?mówił spokojnym, jakby zmęczonym głosem. -?Nakazałem
rozstrzeliwanie bez sądu winnych wszelkich naruszeń porządku. I teraz
też tak ma być. Będziemy także wywozić tych, których trzeba się
skutecznie pozbyć. Nasi ludzie mają być bezwzględni wobec wrogów już od
pierwszych dni.
Przerwał, aby napić się herbaty.
-?Ale teraz najważniejsze. -?Zawiesił głos. -?Na odzyskiwanych przez
Armię Czerwoną terenach działał ruch oporu wobec Niemców. Grupy
komunistyczne macie włączać do lokalnych sił porządkowych, jeśli
oczywiście się do tego nadają. Wszystkich innych partyzantów likwidować.
Wiemy, że mają swoje mrzonki o walce z nami i stawianiu zbrojnego oporu.
Wybijcie im to z głów. Tych z tej ich tak zwanej Armii Krajowej,
działających dla Zachodu, zamykać. Przed likwidacją macie wycisnąć z nich wszelką wiedzę na temat struktur podziemnych, w tym szczegółowe
dane osobowe wspólników. Wykazy, archiwa mają trafić w nasze ręce i stanowić bazę informacyjną dla dalszych posunięć. Żądam, podkreślam:
żądam, żeby przejąć ich zasoby wywiadowcze. Mają rozbudowane struktury
agenturalne, które działały bardzo efektywnie w walce z Niemcami. To tak
zwany Oddział II Komendy Głównej AK. Tych ludzi macie wyłuskać, żeby
później nie było problemów z obcą agenturą. Dotarcie do szczegółowych
informacji na temat siatki agentów ma być dla was priorytetem. W poszukiwania włączcie polskich towarzyszy, zarówno naszych
funkcjonariuszy, jak i wtyczki w ich partii oraz agentów działających na
terenach wyzwolonych lub pozostających nadal pod niemiecką okupacją.
Pilnie oczekuję efektów takich starań i meldunków o dotarciu do agentów
ich wywiadu. To szczególnie zadanie dla naszego kontrwywiadu, czyli dla
was, towarzyszu Fiodotow. Ale liczę, że 1. Zarząd wywiadu zagranicznego
pokaże nam jak zwykle, co potrafi. Towarzyszu Fitin, bierzcie się do
roboty.
Wywołani przez Berię szefowie wiodących pionów operacyjnych NKWD
skinieniem głów potwierdzili przyjęcie rozkazu.
Szwajcaria. Meilen
Carl zawsze lubił wstawać wcześnie rano, kiedy w domu wszyscy jeszcze
spali i miał czas dla siebie. Obecnie nie chodziło mu o chwile
samotności, zbyt długo marzył o powrocie do Lotte, aby nie doceniać
tego, że wreszcie mogą być razem. Wykorzystywał ten czas na poranny
rozruch, do czego skłoniły go przemyślenia o tym, jak szybko może
stracić formę, korzystając z dobrodziejstw leniwego życia rodzinnego.
Dlatego co rano starał się biegać po wzgórzach otaczających miasteczko.
Dzisiaj jak zwykle ruszył mocnym tempem ulicą, kierując się na szczyt
wzniesienia, na którego zboczu usytuowany był dom Jungów. Wydawało mu
się, że jest sam na ulicy. Wilgotny poranek, gdy nocne pasma mgły
osiadały na gruncie, a w powietrzu nadal wirowały drobne krople,
zniechęcał do wychodzenia z ciepłego domu. Na końcu pustej ulicy, niemal
na skraju lasu, jego uwagi nie uszedł ruch w czarnym samochodzie
zaparkowanym obok chodnika. Lata działania w charakterze agenta wywiadu
wyrobiły w nim nawyk czujności i obserwowania otoczenia. Dlatego nie
mógł zlekceważyć dziwnej sytuacji. Mijając auto, zauważył, że ma
zaparowane od wewnątrz szyby, jakby ktoś długo w nim siedział. Był zbyt
blisko, żeby bez zatrzymywania się dostrzec coś więcej. W bogatym
rejonie Meilen, w którym mieszkał, samochody zazwyczaj parkowały na
terenie posesji, a nie na ulicy. Tym bardziej zaś nikt nie powinien
siedzieć o świcie w pojeździe, nawet jeżeli przyjechał do jednego z mieszkańców i nie chciał go budzić.
W ciszy spokojnego poranka odgłos wystrzału z broni z tłumikiem był
ledwie słyszalny, ale i tak zaskakujący, więc Carl zareagował dopiero po
chwili. Uskoczył w bok i błyskawicznie rozejrzał się dookoła. Dostrzegł
dobrze zbudowanego mężczyznę w czarnej krótkiej kurtce stojącego obok
samochodu, który niedawno minął. Tamten po chybionym pierwszym strzale
właśnie ponownie celował do niego z pistoletu. Carl rzucił się
desperacko w prawo, pomiędzy najbliższe drzewa. Był to bardziej
automatyczny odruch niż przemyślana kalkulacja, że wśród pni znajdzie
skuteczną osłonę.
Chowając się za grubym drzewem, ponownie zerknął ostrożnie w kierunku,
gdzie powinien znajdować się strzelec. Zobaczył, że napastnik
energicznym krokiem idzie w jego stronę, zamierzając dokończyć swoje
zadanie. Z samochodu wysiadł drugi mężczyzna i trzymając w ręku
pistolet, również kierował się tam, gdzie ukrył się von Wedel.
Zrozumiał, że nie ma chwili do stracenia. Dwóch uzbrojonych przeciwników
to zdecydowanie za dużo, żeby próbować stawić im czoła. Pobiegł pomiędzy
gęsto rosnącymi drzewami, licząc na to, że osłonią go przed kolejnymi
strzałami. Nasłuchiwał, ale z tyłu nie słyszał nic podejrzanego. Po
kilkunastu metrach trafił na znajomą ścieżkę, którą codziennie biegał.
Zwykle poruszał się po szczycie wzgórza, aby na końcu płaskiego terenu
skierować się w dół w stronę Jeziora Zuryskiego. Odruchowo teraz też nią
pobiegł. Przed oczami miał nadal podejrzany samochód i nie mógł sobie
wybaczyć, że nie zachował większej czujności.
Po pewnym czasie zatrzymał się i obejrzał do tyłu. Nikogo nie zobaczył,
natomiast pomiędzy drzewami najpierw usłyszał, a potem zauważył zarys
wolno poruszającego się pojazdu. Roślinność była zbyt gęsta, aby mógł
rozpoznać, co jedzie pobliską drogą, ale natychmiast pomyślał o czarnym
samochodzie. Analizował gorączkowo sytuację. Kto go ściga? Hitlerowskie
służby? To był logiczny wniosek. Nie odnotował jednak dotąd żadnych
symptomów, żeby służby specjalne III Rzeszy mogły się nim interesować i odnaleźć go w Szwajcarii. Może jednak bandyci polujący na bogatego
mieszkańca Meilen? Nie, to bzdura! Wróciła koncepcja, że ujawnienie jego
działalności jako polskiego agenta wewnątrz niemieckiego wywiadu
wojskowego, a w szczególności udział w wykradzeniu z tajnego obiektu w Dolinie Olczyskiej cennego archiwum mogły skłonić szefów Głównego Urzędu
Bezpieczeństwa Rzeszy do zemsty. Doskonale pamiętał dramatyczną rozmowę
w gabinecie komendanta ośrodka, w trakcie której kilkakrotnie padało
nazwisko szefa wywiadu Waltera Schellenberga jako nadzorującego misję
Obersturmbannführera Wanke, z zaciekłością ścigającego Carla. Czy wobec
zbliżającego się upadku Rzeszy mogli zdecydować się wysłać ludzi, aby
ukarać zdrajcę? To był jedyny rozsądny wniosek.
Za drzewami silnik zgasł i wydawało mu się, że usłyszał trzaśnięcie
drzwiczek samochodowych. Postanowił sprawdzić, co to oznacza. Pomiędzy
roślinami zobaczył, że dwaj mężczyźni wchodzą do lasu. Obaj mieli tym
razem schmeissery. Teraz nie miał już żadnych wątpliwości -?z pewnością
polowali na niego. Pobiegł ścieżką, byle dalej od prześladowców. Starał
się poruszać jak najciszej w nadziei, że nie usłyszą jego kroków. Widząc
przerzedzające się drzewa, pomyślał, że ucieknie tym dwóm. I wówczas
padł kolejny strzał, a kula przeleciała tuż obok jego głowy.
Rzucił się na ziemię. Leżąc pomiędzy roślinami, na mokrej ściółce, czuł
paraliżującą bezradność. Ten, kto przed chwilą strzelił do niego,
blokuje mu dalszą drogę ucieczki. Z tyłu zapewne zbliżali się ci dwaj z pistoletami maszynowymi. Pozostawało zerwać się i biec w poprzek gęstego
zagajnika, licząc, że jednak uda się zmylić pogoń. Ale nie wiedział, czy
nie byłoby to wystawienie się na cel. Zdawało mu się, że słyszy ciche
kroki na igliwiu. Już miał się zerwać, gdy nagle dobiegł go okrzyk od
strony ulicy:
-?Co tam się dzieje?! Kto strzelał?!
Uniósł ostrożnie głowę i najpierw zauważył mężczyznę z pistoletem
stojącego metr od niego i odwróconego w stronę miejsca, skąd dobiegł
głos. Przed nim, w otwartej bramie rozległej rezydencji dostrzegł
starszego mężczyznę, który ręką wskazywał strzelca w czarnej kurtce.
-?Widzę cię. Co ty tam robisz?! Nie ruszaj się! Już powiadomiłem
policję, zaraz tu będą!
Strzelec wyćwiczonym ruchem uniósł broń i wycelował. Nie zdążył
strzelić, ponieważ w tym samym momencie Carl skoczył mu na plecy.
Wytrącony pistolet upadł na ziemię, a mężczyzna pod ciężarem von Wedela
runął na brzuch. Carl próbował go obezwładnić, obejmując lewą ręką
gardło przeciwnika, a prawą starając się wykręcić jego rękę. Nie dał
jednak rady. Mężczyzna jakoś uwolnił się od chwytu za gardło i szybkim
ruchem ciała wysunął się spod von Wedela. Zerwał się na nogi i stanął
gotowy do walki. Carl celowo spowolnił podnoszenie się z ziemi, by
nagłym manewrem wyciągniętymi rękami zaatakować nogi tamtego. Pomimo
szybkiej reakcji przeciwnika von Wedelowi udało się chwycić jego jedną
kończynę, po czym szarpnął ją, powodując upadek tamtego. Carl rzucił się
w jego stronę, chcąc wykorzystać to, co uznał za przewagę. Jednak nim
upadł na mężczyznę, został trafiony mocnym ciosem w twarz. Lekko go to
zamroczyło, przez co tamten zdołał na niego skoczyć. Jednocześnie od
strony lasu rozległ się ciężki tupot. Carl zrozumiał, że nadbiegają
wspólnicy mężczyzny, z którym walczył, i zaraz siły staną się bardzo
nierówne. Słyszał kolejne okrzyki dobiegające sprzed pobliskiej
rezydencji, mające zapewne wystraszyć napastników. Przerwała je krótka
seria ze schmeissera, po której starszy mężczyzna nagle zamilkł.
Von Wedel poczuł, jak na jego twarz spadają jedno po drugim uderzenia
pięścią. Starał się osłonić lewym przedramieniem przed kolejnymi
ciosami, a prawą ręką rozpaczliwie walił w przeciwnika. Bardziej niż ból
z powodu ciosów tamtego czuł wściekłość, wiedząc, że we trójkę tamci
szybko go pokonają. Próbował się jeszcze szarpać w nadziei, że zrzuci z siebie przeciwnika. Kiedy prawą dłonią szukał oparcia na ziemi, nagle
wyczuł jakiś twardy przedmiot. Zrozumiał, że obok niego leży pistolet
tamtego. Jego przeciwnik jednak również zauważył leżącą broń i próbował
chwycić ją lewą ręką. Carl był szybszy, a w dodatku miał szczęście, gdyż
pistolet leżał w pozycji pasującej do dłoni. Nie zastanawiając się nawet
chwili, błyskawicznie skierował broń w stronę przeciwnika i nacisnął
spust. Miał wrażenie, że huk wystrzału rozsadził mu głowę, ale
natychmiast strzelił jeszcze raz. Od razu poczuł, jak bezwładne ciało
mężczyzny zaczyna osuwać się w lewą stronę. Z powodu nieznośnego bólu w uszach dopiero po chwili usłyszał gdzieś blisko dźwięk syreny samochodu
policyjnego. Towarzyszył mu odgłos długich serii z pistoletów
maszynowych. Carl uniósł głowę i zdążył jeszcze dostrzec plecy dwóch
mężczyzn wbiegających do lasu. Jeden odwrócił się i posłał kolejną serię
w stronę ulicy. O tym, że nie trafił, świadczył fakt, iż w jego stronę
padły kolejne strzały z pistoletów. Po chwili obok von Wedela uklęknął
szwajcarski policjant, ostrożnie sprawdzając, w jakim jest stanie.
A Carlowi przez głowę przeleciała zaskakująca myśl: "Znowu jestem w akcji!".