Carl von Wedel (tom 2). Zdążyć przed wrogiem - Robert Michniewicz

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Londyn. Biura Oddziału VI Sztabu Naczelnego Wodza

Puł­kow­nik Tade­usz Janicki, szef Oddziału VI, palił ner­wowo papie­rosa, sto­jąc przy oknie swo­jego gabi­netu. Zazwy­czaj widok na Upper Bel­grave Street i naroż­nik Wil­ton Street uspo­ka­jał go, co poma­gało przy podej­mo­wa­niu decy­zji w naj­trud­niej­szych spra­wach. Nie­stety, dzi­siaj był zbyt mocno zde­ner­wo­wany i zda­wało mu się, że trudno będzie ten stan zmie­nić. Za chwilę miała zacząć się narada, którą zwo­łał w try­bie pil­nym po otrzy­ma­niu depe­szy z wal­czą­cej War­szawy. Nie­na­wi­dził, gdy rze­czy­wi­stość go zaska­ki­wała. Jako ofi­cer z dłu­go­let­nim sta­żem wszyst­kie ważne tematy i zada­nia miał zapla­no­wane z wyprze­dze­niem. A nawet jeżeli cze­kały na decy­zje, to przy­naj­mniej nad nimi pano­wał. Gdy poja­wiało się coś z zasko­cze­nia, bar­dzo źle się z tym czuł. Oczy­wi­ście była wojna, więc nie dało się nad wszyst­kim pano­wać, ale mimo to nie akcep­to­wał sytu­acji, kiedy ludzie nie wywią­zy­wali się pra­wi­dłowo z przy­pi­sa­nych im obo­wiąz­ków. Bo potem ktoś inny, czyli w tym wypadku on, musiał wszystko rato­wać. Dobrze by było, gdyby rzecz koń­czyła się wyłącz­nie na dobrej decy­zji, ale czę­sto, tak jak teraz, musiały za tym pójść nie­bez­pieczne dzia­ła­nia na tere­nie oku­po­wa­nym przez wroga.

Puka­nie do drzwi prze­rwało jego ponure roz­wa­ża­nia. W progu gabi­netu sta­nął jego zastępca, pod­puł­kow­nik Jan Sza­rzyń­ski, za któ­rym dostrzegł syl­wetki ocze­ki­wa­nych gości.

-?Sze­fie, możemy? -?zapy­tał grzecz­no­ściowo Sza­rzyń­ski.

-?Wchodź­cie, po co te cere­giele -?ziry­to­wał się gospo­darz.

Ruszył w stronę ofi­ce­rów wcho­dzą­cych do pomiesz­cze­nia. Ser­decz­nie przy­wi­tał się z sze­fem Wydziału Wywia­dow­czego Oddziału II, puł­kow­ni­kiem Ryszar­dem Smo­liń­skim, i majo­rem Micha­łem Woź­nia­kiem, kie­ru­ją­cym Refe­ra­tem Niemcy w Wydziale Wywia­dow­czym. Wska­zał im miej­sca przy stole kon­fe­ren­cyj­nym. Szybko zde­cy­do­wali, że wszy­scy piją kawę.

-?Czyż­byś wymy­ślił jakieś genialne posu­nię­cie zmie­nia­jące sytu­ację w War­sza­wie? -?zapy­tał żar­to­bli­wie Smo­liń­ski.

-?Chciał­bym, Ryszard, ale los naszej sto­licy, jak sam wiesz, jest prze­są­dzony, do tego cały czas poja­wiają się nowe pro­blemy. Fakt, zwią­zane z powsta­niem, lecz także z waszymi spra­wami... -?Janicki urwał na widok adiu­tanta wno­szą­cego dzba­nek kawy i fili­żanki.

-?Dobrze znam sytu­ację -?odpo­wie­dział szef Wydziału Wywia­dow­czego. -?Ale wspo­mi­na­jąc o naszych tema­tach, zacie­ka­wi­łeś mnie.

Janicki pocze­kał, aż za adiu­tan­tem zamkną się drzwi, i wyjął kartkę papieru z leżą­cej na stole teczki. Podał ją Smo­liń­skiemu.

-?Masz, czy­taj. Przy­szło dwie godziny temu.

Puł­kow­nik uważ­nie zapo­znał się z depe­szą, po czym podał ją majo­rowi Woź­nia­kowi. Kiedy ten skoń­czył, głos zabrał ponow­nie gospo­darz.

-?Jak widzi­cie, sytu­acja w kraju zaczyna być tra­giczna. Nie mówię o powsta­niu, bo to jest oczy­wi­ste, ale o wywią­zy­wa­niu się z naj­waż­niej­szych obo­wiąz­ków przez odpo­wie­dzialne za nie komórki Komendy Głów­nej AK. Kon­cep­cja ewa­ku­acji kar­to­teki naszej agen­tury z okrę­gów na wscho­dzie była słuszna i została ona dobrze prze­pro­wa­dzona. Tym bar­dziej że, jak sami wie­cie, zagro­że­nie było podwójne. Przede wszyst­kim ze strony Gestapo czy SD, ale też z racji zbli­ża­ją­cej się ofen­sywy sowiec­kiej. Wszystko się jed­nak udało, a Oddział II Komendy Głów­nej zadzia­łał z wyprze­dze­niem i sku­tecz­nie. Nawet to, że póź­niej dołą­czono do tego zbioru rów­nież kar­to­teki naszych ludzi z okręgu bia­ło­stoc­kiego, lubel­skiego i pod­okręgu rze­szow­skiego, też rozu­miem. Zaraz po wybu­chu powsta­nia w to samo miej­sce tra­fiły naj­waż­niej­sze doku­menty okręgu war­szaw­skiego i okręgu radom­sko-kie­lec­kiego. Ale że nie zna­le­ziono lep­szego i pew­niej­szego miej­sca na ich zde­po­no­wa­nie niż pałac w Zabo­ro­wie, tego już nie rozu­miem. A wy wie­dzie­li­ście o tym? -?zwró­cił się do ofi­ce­rów Oddziału II.

-?Dosta­li­śmy krótką infor­ma­cję z kraju -?odpo­wie­dział puł­kow­nik Smo­liń­ski. -?Nikt nas nie pytał o zda­nie, w końcu to decy­zja naszych kole­gów w Pol­sce. Uzna­łem za naj­waż­niej­sze, że te doku­menty zna­la­zły się na tere­nie nie­za­gro­żo­nym prze­ję­ciem ich przez wroga, przy­naj­mniej tego idą­cego ze wschodu.

-?No dobrze, ale scho­wać je w majątku, gdzie sie­dzą Niemcy? -?Janicki nie mógł z tym się pogo­dzić.

-?Naj­ciem­niej pod latar­nią -?spró­bo­wał zażar­to­wać Sza­rzyń­ski, ale nie wywo­łał tym u zebra­nych nawet cie­nia uśmie­chu; tylko w oczach Woź­niaka zauwa­żył uzna­nie.

-?Uzna­jąc, że na oku­po­wa­nym tere­nie fak­tycz­nie nie­wiele jest dobrych miejsc do prze­cho­wy­wa­nia tak waż­nego archi­wum, mogę zgo­dzić się z tą kon­cep­cją -?oce­nił szef Oddziału VI. -?Tym bar­dziej że mająt­kiem w Zabo­ro­wie na­dal zarzą­dzał nasz czło­wiek, który ukrył doku­menty, a miesz­czące się tam komórki wojsk nie­miec­kich dawały cał­kiem sporą pew­ność, że nikt w tym miej­scu nie będzie szu­kał naszych archi­wów. Oka­zało się jed­nak, jak prze­czy­ta­li­ście w depe­szy Oddziału II, że sytu­acja dra­ma­tycz­nie ich zasko­czyła. Po pierw­sze, pałac w Zabo­ro­wie nie­ocze­ki­wa­nie zajął sztab 5. Dywi­zji Pan­cer­nej SS "Wiking", a w rejo­nie roz­lo­ko­wano jej jed­nostki. Po dru­gie, Józef Matecki, zarządca Zabo­rowa, został wyrzu­cony z majątku i nie wia­domo, gdzie obec­nie prze­bywa. A po trze­cie, i to może jest najbar­dziej nie­po­ko­jące, kilka dni temu znik­nął Fran­ci­szek Stańko, ofi­cer Refe­ratu Wschód, który od początku ope­ra­cji zaj­mo­wał się ewa­ku­acją wszyst­kich kar­to­tek. Czyli w tej chwili nie ma kon­taktu z żad­nym z tych, któ­rzy ukryli doku­menty. A poza nimi nikt nie wie, gdzie dokład­nie je scho­wano. Jak byście oce­nili naszą obecną sytu­ację?

-?Sie­dzimy po uszy w gów­nie -?stwier­dził bez ogró­dek Jan.

-?Czeka nas dużo roboty -?zare­ago­wał bar­dziej dyplo­ma­tycz­nie major Woź­niak.

-?Michał, doce­niam twoje lapi­darne wnio­ski, choć Jan też ma rację - zauwa­żył szef Oddziału VI.

W jego gło­sie poja­wiła się wesoła nuta, która spo­wo­do­wała, że napięta atmos­fera została roz­ła­do­wana, a zebrani ofi­ce­ro­wie lekko się uśmiech­nęli.

Janicki dopił kawę, po czym popa­trzył poważ­nie na Sza­rzyń­skiego i Woź­niaka.

-?Skoro tak pali­cie się do tej roboty, to pro­szę -?oznaj­mił iro­nicz­nie. -?Boisko jest wasze, znajdź­cie zawod­ni­ków i wygraj­cie dla nas ten mecz. Pamię­taj­cie tylko, że zasady tej gry okre­śla i sędziów wyzna­cza nasz prze­ciw­nik. I spiesz­cie się, bo ze wschodu nad­cho­dzi kolejny zawod­nik, tym razem wagi cięż­kiej. A jak włą­czy się w poszu­ki­wa­nia, to może nam bar­dzo utrud­nić życie. Gotowi do dzia­ła­nia? Bo mnie już głowa boli od myśle­nia na ten temat.

-?Skoro szef filo­zo­ficz­nie roz­pra­wiał o tym meczu, to pozwolę sobie kon­ty­nu­ować -?zaczął Sza­rzyń­ski. -?Kilka mie­sięcy temu wygra­li­śmy trudne zawody w Doli­nie Olczy­skiej i potem na Pod­halu. Zgar­nę­li­śmy pełną pulę od Niem­ców, nasi pra­wie w kom­ple­cie wró­cili do szatni, a my dosta­li­śmy awanse od Naczel­nego Wodza. Jak tam się powio­dło, a zawody były z gatunku tych ska­za­nych na porażkę, to i obec­nie podej­miemy to wyzwa­nie. Jak myślisz, Michał?

-?Zga­dzam się, cho­ciaż tak szcze­rze, to podob­nie jak poprzed­nio nie mam poję­cia, co mogli­by­śmy zro­bić -?przy­znał Woź­niak. -?W spra­wie archi­wum nie­miec­kiego wywiadu w Olczy­skiej dys­po­no­wa­li­śmy kil­koma atu­tami: na miej­scu zna­lazł się nasz "Amber", a Piotr Mular­czyk ze swo­imi cicho­ciem­nymi był gotów do akcji, którą wcze­śniej opra­co­wali wspól­nie z Walen­to­wi­czem. I mieli wspar­cie naszych fał­sze­rzy. A teraz co? Mular­czyk wal­czy w powsta­niu i nawet nie wiemy, czy jesz­cze żyje. Carl w domo­wych pie­le­szach w Szwaj­ca­rii. Ale jak zwy­kle podej­muję ręka­wicę i bie­rzemy się wspól­nie do roboty.

-?Tak lubię -?oce­nił puł­kow­nik Janicki. -?W takim razie ja z Ryszar­dem wyco­fuję się na z góry upa­trzone pozy­cje na try­bu­nie, a wy dzia­łaj­cie. Tylko pamię­taj­cie o jed­nym: czas bie­gnie i mecz może nie­ocze­ki­wa­nie się zakoń­czyć.

-?Odmel­do­wu­jemy się -?zade­kla­ro­wał Jan Sza­rzyń­ski.

Po tych sło­wach on i Woź­niak wstali i opu­ścili prze­ło­żo­nych.

Szwajcaria. Meilen

Pogoda we wrze­śniu w oko­li­cach Zury­chu wygląda podob­nie jak w więk­szo­ści euro­pej­skich miast o tej porze roku. Z pew­no­ścią jest cie­plej niż na połu­dniu Szwaj­ca­rii. Tyle że wrze­sień wiąże się z dużą liczbą desz­czo­wych dni. Ten dzień był jed­nak sło­neczny i cie­pły. Lotte sie­działa na tara­sie, a Carl, patrząc na nią, nie mógł uwie­rzyć w swoje szczę­ście. Nie­długo zosta­nie ojcem. Oboje z Lotte liczyli, że uro­dzi im się córka, i już nawet wybrali dla niej imię: Sophie. Gdyby jed­nak był chło­piec, to miał otrzy­mać imię po ojcu Lotte, czyli Wal­ter.

Nie­długo wszystko miało się zmie­nić. Wojna w Euro­pie zbli­żała się do zakoń­cze­nia. Carl liczył, że nie­długo Niemcy ska­pi­tu­lują i na kon­ty­nen­cie zapa­nuje pokój. Ludzie prze­staną bać się o swoje życie i o to, jakie jesz­cze nie­szczę­ścia mogą ich spo­tkać.

Po dra­ma­tycz­nych prze­ży­ciach poprzed­niego dnia von Wedel przede wszyst­kim sta­rał się uspo­koić Lotte, która tak się wystra­szyła zama­chu na męża, że zaczęła na serio bać się o jego życie. Jej matka Suzanne wzięła sprawy bez­pie­czeń­stwa w swoje ręce. Skon­tak­to­wała się z senio­rem rodu w Szwaj­ca­rii Ale­xan­drem Jun­giem i już po połu­dniu przed domem poja­wili się uzbro­jeni war­tow­nicy. Mieli peł­nić służbę przez całą dobę, towa­rzy­sząc też domow­ni­kom pod­czas wypraw do mia­sta. Przy­je­chali rów­nież robot­nicy, któ­rzy zaczęli zbi­jać z desek budkę dla ochrony tuż przed wej­ściem do willi.

Carl ana­li­zo­wał to, co się stało. Jed­nego napast­nika zabił, pozo­stali ucie­kli przed poli­cją. Szwaj­car­skie służby szybko usta­liły, że zastrze­lony męż­czy­zna miał fał­szywe doku­menty. Deli­kat­nie suge­ro­wały, że napast­nicy mogli przy­być z Rze­szy. Von Wedel był pewien, że napad był ope­ra­cją zor­ga­ni­zo­waną przez służbę wywiadu woj­sko­wego lub inną jed­nostkę reali­zu­jącą takie zada­nia spe­cjalne. Za wszyst­kim naj­praw­do­po­dob­niej stał Wal­ter Schel­len­berg, który pałał żądzą zemsty na zdrajcy Rze­szy i sprawcy znik­nię­cia bez­cen­nego zbioru danych nie­miec­kiej agen­tury. Nie mógł wyklu­czyć, że może dojść do kolej­nej próby zama­chu. Nie mar­twił się o sie­bie. Naj­więk­sze obawy wywo­ły­wała w nim per­spek­tywa zama­chu na Lotte. Na samą myśl o moż­li­wym zagro­że­niu dla jego cię­żar­nej żony czuł ogar­nia­jącą go wście­kłość. Liczył na to, że stała ochrona jego rodziny poprawi sytu­ację. Wie­dział też, że Ale­xan­der Jung, przy swo­ich roz­le­głych zna­jo­mo­ściach w szwaj­car­skich sfe­rach rzą­do­wych, nawią­zał już kon­takt z kie­row­nic­twem kontr­wy­wiadu, pro­sząc o oto­cze­nie kon­trolą ope­ra­cyjną Carla i jego naj­bliż­szych. Miał jed­nak wąt­pli­wo­ści, czy to gwa­ran­tuje im bez­pie­czeń­stwo.

W życiu von Wedela ostat­nio wyda­rzyło się tyle, że nie mógł sobie wyobra­zić, aby mogło zda­rzyć się wiele wię­cej, zwłasz­cza coś tak złego. Zamach na jego życie był w tym, co się działo, nie­ocze­ki­wa­nym dyso­nan­sem. Bo prze­cież rodzina Jun­gów przy­jęła go do swo­jego grona, i to nawet zanim wszy­scy spo­tkali się na jego ślu­bie z Lotte. Nie mógł go udzie­lić biskup Augs­burga Andreas Jung, tak jak kie­dyś wspól­nie usta­lili, ponie­waż po aresz­to­wa­niu swo­jego brata gene­rała Wal­tera Junga został zatrzy­many i inter­no­wany w jakimś klasz­to­rze. Ślub zawarli -?w dużej mie­rze dzięki zmy­słowi orga­ni­za­cyj­nemu Suzanne -?w poło­wie wrze­śnia, który może nie jest wyma­rzo­nym mie­sią­cem na uro­czy­sto­ści weselne, ale dla ludzi przy­zwy­cza­jo­nych do szwaj­car­skiej pogody tak samo dobrym jak mie­siące wio­senne czy let­nie. Tym bar­dziej że mło­dzi spie­szyli się, aby zdą­żyć przed przyj­ściem na świat ich pocie­chy. Ter­min porodu wypa­dał w stycz­niu.

Carl miał świa­do­mość, że wojna świa­towa i lata pracy agen­tu­ral­nej dla pol­skiego wywiadu cał­ko­wi­cie go zmie­niły. Wcze­śniej był bez­tro­skim mło­dzień­cem, mają­cym wspar­cie w boga­tej rodzi­nie. Nie musiał podej­mo­wać poważ­nych, życio­wych decy­zji -?wszystko miał podane na tacy. Doj­ście do wła­dzy w Niem­czech Par­tii Naro­do­wo­so­cja­li­stycz­nej i roz­po­czę­cie krwa­wej wojny zmu­siły go do szyb­kiego doj­rze­wa­nia i zro­zu­mie­nia zacho­dzą­cych wyda­rzeń. Wcze­śnie prze­jął od ojca anty­fa­szy­stow­skie poglądy i wrogi sto­su­nek do zabor­czej poli­tyki władz III Rze­szy. Prze­ko­na­nie o koniecz­no­ści walki ze złem, jakim był nazizm i jego par­cie do znisz­cze­nia demo­kra­cji oraz wol­no­ści, przy­czy­niło się do zgody na współ­pracę z pol­skim wywia­dem. Ni­gdy nie żało­wał tej decy­zji, a był wręcz dumny ze swo­jego wkładu w zbli­ża­jące się zwy­cię­stwo alian­tów. Cza­sami zasta­na­wiał się, czy jest zdrajcą swo­jego narodu. Przy­zna­wał się do zdrady ojczy­zny w kate­go­riach gene­ral­nych. Ale jed­no­cze­śnie uwa­żał, że jego dzia­ła­nie odby­wało się w warun­kach wyż­szej koniecz­no­ści i było w pełni uza­sad­nione potrzebą poko­na­nia zbrod­ni­czego reżimu. Kiedy myślał o ostat­nich latach, przy­po­mi­nały mu się naj­waż­niej­sze dzia­ła­nia ope­ra­cyjne. Pozy­ski­wane tajne infor­ma­cje, doku­menty, nie­bez­pieczne spo­tka­nia... Także sytu­acja w szkole wywiadu w Doli­nie Olczy­skiej, gdy Obersturmbannführer Man­fred Wanke roz­pra­co­wał go jako agenta obcego wywiadu i miał go aresz­to­wać. To był naj­bar­dziej kry­tyczny moment jego dzia­łal­no­ści ope­ra­cyjnej i gdyby zda­rze­nia uło­żyły się ina­czej, tra­fiłby do izby prze­słu­chań SD, a potem zapewne przed plu­ton egze­ku­cyjny. Zdo­by­cie archi­wum nie­miec­kiego wywiadu woj­sko­wego wspól­nie z grupą cicho­ciem­nych, szczę­śliwa ewa­ku­acja tych doku­men­tów naj­pierw do Włoch, a potem do Wiel­kiej Bry­ta­nii sta­no­wiły część prze­szło­ści, która obec­nie zda­wała się jedy­nie nie­wiele zna­czącą chwilą.

Carl od zakoń­cze­nia ope­ra­cji "Fre­edom" był ofi­cjal­nym kon­sul­tan­tem Oddziału II Sztabu Naczel­nego Wodza i innych pol­skich służb spe­cjal­nych. Chęt­nie dzie­lił się swoją wie­dzą na temat służb nie­miec­kich. Wiele razy zapra­szały go na narady bry­tyj­skie orga­ni­za­cje wywia­dow­cze i kontrwywia­dow­cze. Stał się posta­cią znaną i bar­dzo cenioną za wysoką wie­dzę fachową oraz osią­gnię­cia w pracy ope­ra­cyj­nej. Pod­czas jed­nego ze spo­tkań otrzy­mał pro­po­zy­cję pod­ję­cia pracy w MI6, przy­go­to­wu­ją­cej się do nowych zadań ope­ra­cyj­nych już po zakoń­cze­niu wojny. Von Wedel popro­sił o czas do namy­słu, na co kie­row­nic­two wywiadu bry­tyj­skiego z koniecz­no­ści przy­stało. Roz­mowa Carla z Lotte na ten temat zakoń­czyła się wła­ści­wie na niczym, gdyż młoda żona nie widziała żad­nego uza­sad­nie­nia, aby Carl dzie­lił swój czas pomię­dzy Meilen i Lon­dyn, tym bar­dziej gdyby miał znowu nie­po­trzeb­nie ryzy­ko­wać. Nie cier­pieli na brak pie­nię­dzy i ofert pracy dla jej męża.

Carl zaraz po przy­by­ciu do Szwaj­ca­rii, opo­wia­da­jąc o swo­ich nie­daw­nych prze­ży­ciach, przy­znał się Lotte, że przed wojną pod­jął współ­pracę z pol­skim wywia­dem i przez lata dzia­łał jako pol­ski agent. Nawet jeżeli był to dla niej szok, to oka­zała jedy­nie lek­kie zasko­cze­nie. Jako anty­fa­szystka, dodat­kowo nie­na­wi­dząca hitle­row­ców za roz­strze­la­nie ojca uczest­ni­czą­cego w spi­sku prze­ciwko wła­dzy Hitlera, stwier­dziła, że każda dzia­łal­ność mająca na celu poko­na­nie reżimu jest wła­ściwa. Do tej kwe­stii ni­gdy nie wra­cali.

Londyn. Biura Oddziału VI Sztabu Naczelnego Wodza

-?Zdaje się, że znowu mamy roz­strzy­gnąć losy tej wojny we dwóch - zażar­to­wał Michał Woź­niak. -?To twoja kwe­stia sprzed pię­ciu mie­sięcy.

-?Gra­tu­luję ci świet­nej pamięci -?odpo­wie­dział Sza­rzyń­ski. -?Ten cytat przyj­muję jako wróżbę powo­dze­nia. Choć podob­nie jak wów­czas wydaje mi się, że wyrwa­nie naszych doku­men­tów z pomiesz­czeń sztabu dywi­zji pan­cer­nej SS gra­ni­czy z samo­bój­stwem.

-?Czas pły­nie. Co robimy?

-?Dobrze, zacznijmy. -?Jan stał się nagle kon­kretny. -?Mamy zapla­no­wać, jak odzy­skać archi­wum naszego wywiadu, które znaj­duje się w pałacu w Zabo­ro­wie, oraz jak je stam­tąd prze­rzu­cić do Lon­dynu. Obiekt pil­no­wany jest przez gre­na­die­rów SS; i jesz­cze jeden dro­biazg, tak naprawdę to nie wiemy, gdzie ukryte są doku­menty.

-?A więc wypa­da­łoby odna­leźć zarządcę Józefa Matec­kiego, który gdzieś scho­wał depo­zyt -?stwier­dził Michał. -?Wybrać wyko­naw­ców ope­ra­cji i zde­cy­do­wać, czy wpa­dają do pałacu na chama i wieją z doku­men­tami, czy pla­nu­jemy coś bar­dziej kunsz­tow­nego.

-?Do kate­go­rii pro­ble­mów dodał­bym jesz­cze fakt moż­li­wego aresz­to­wa­nia porucz­nika Stańki, który gdzieś znik­nął, a który wie o miej­scu ukry­cia doku­men­tów. Jeśli ujaw­niłby je Niem­com, to nasze szanse zdo­by­cia tych papie­rów zma­leją do zera.

-?Pomi­nę­li­śmy jakiś atut w naszych rękach? -?zapy­tał Woź­niak.

-?Oba­wiam się, że nie. -?Sza­rzyń­ski poki­wał smutno głową. -?Wiesz co, bry­tyj­skim zwy­cza­jem zro­bię nam po drinku, żeby prze­ja­śniło nam się w gło­wach.

Gospo­darz pod­niósł się z fotela, nalał whi­sky do szkla­nek i dodał wody. Gdy wznie­śli toast za powo­dze­nie, prze­szli do kon­kre­tów.

-?Zapro­po­no­wał­bym wariant podobny do ope­ra­cji "Fre­edom" -?powie­dział nagle Michał. -?Oddział naszych, poda­ją­cych się za Niem­ców i dys­po­nu­ją­cych wia­ry­god­nymi doku­men­tami, wkra­cza do Zabo­rowa. Mają zada­nie odna­le­zie­nia pol­skich doku­men­tów, scho­wa­nych w pałacu na przy­kład przed wojną. Potem zabie­rają archi­wum i odjeż­dżają w nie­znane.

-?Dla mnie trzyma się kupy -?oce­nił Sza­rzyń­ski. -?Szcze­góły dopra­cu­jemy. Jako wyko­naw­ców widział­bym moich ludzi. Grupa Mular­czyka wyje­chała do kraju z wła­sną radio­sta­cją, więc jeśli żyją, nawią­za­nie kon­taktu nie powinno być pro­ble­mem. Trzeba by ich wyrwać z powsta­nia i pil­nie skie­ro­wać w rejon Zabo­rowa. Powinni sami poszu­kać admi­ni­stra­tora, bo bez jego wie­dzy nie mamy żad­nych szans. Potrze­bu­jemy pod­ro­bio­nych doku­men­tów i mun­du­rów, w któ­rych będą dzia­łać. To wszystko? Coś za łatwo to wygląda.

-?Nie szu­kaj sztucz­nych pro­ble­mów. Moim zda­niem, jak pona­wiamy wcze­śniej­sze roz­wią­za­nia, to przy­dałby nam się Carl von Wedel - stwier­dził Woź­niak. -?Praw­dziwy Nie­miec może się bar­dzo przy­dać, żeby ope­ra­cja w pałacu prze­bie­gła gładko. "Amber" spraw­dził się w akcji na Pod­halu, więc byłby wzmoc­nie­niem oddziału two­ich cicho­ciem­nych.

-?Tylko czy się zgo­dzi? -?wyra­ził powąt­pie­wa­nie Jan Sza­rzyń­ski. -?Jego żona spo­dziewa się dziecka i ta oko­licz­ność może być prze­szkodą nie do poko­na­nia. Wiesz, jak bar­dzo jest zako­chany w Lotte.

-?Biorę na sie­bie to, by go prze­ko­nać -?zade­kla­ro­wał Michał. - Naj­waż­niej­sze to pil­nie ścią­gnąć go do Lon­dynu, wtedy reszta pój­dzie gładko.

-?Oby -?rzu­cił Sza­rzyń­ski.

Warszawa. Rejon placu Wilsona

Po zapad­nię­ciu zmroku zostali zlu­zo­wani. Skie­ro­wano ich do roz­le­głych piw­nic, gdzie znaj­do­wały się mię­dzy innymi kwa­tera dowódcy odcinka oraz tym­cza­sowy punkt sani­tarny. Po skrom­nym posiłku każdy z cicho­ciem­nych zna­lazł sobie jakieś miej­sce w zatło­czo­nych pomiesz­cze­niach i wkrótce więk­szość z nich już spała. Mular­czyk odbył krótką roz­mowę z prze­ło­żo­nym na temat bie­żą­cej sytu­acji powsta­nia, po któ­rej ode­chciało mu się spać. Sie­dział oparty o ścianę bli­sko wej­ścia, kiedy dostrzegł wcho­dzącą do piw­nicy ekipę sani­tarną, leka­rza i dwie sani­ta­riuszki. Pochło­nięty ponu­rymi myślami, zapewne nie zain­te­re­so­wałby się spe­cjal­nie tymi oso­bami, które już miały znik­nąć w dal­szej czę­ści piw­nicy, gdzie leżeli ranni, gdyby coś nie zwró­ciło jego uwagi. Syl­wetka jed­nej z dziew­czyn wydała mu się zna­joma. Poczuł szyb­sze bicie serca. W pierw­szej chwili pró­bo­wał sobie tłu­ma­czyć, że to, o czym pomy­ślał, jest zupeł­nie nie­moż­liwe, w końcu jed­nak pod­niósł się z pod­łogi i prze­szedł do czę­ści, gdzie odby­wały się zabiegi medyczne.

Był żoł­nie­rzem, wal­czył na woj­nie, a w powsta­niu uczest­ni­czył drugi mie­siąc, ale to, co zoba­czył, prze­ra­ziło go. Na kocach leżą­cych na pod­ło­dze odby­wała się ope­ra­cja. Dookoła usta­wiono kilka lamp naf­to­wych, zapewne oszczę­dza­nych w takim celu. Lekarz klę­czał pochy­lony nad jęczą­cym ran­nym, a asy­sto­wały mu sani­ta­riuszki. Z toreb sani­tar­nych wyjęto nie­liczne narzę­dzia, kilka opa­trun­ków, zwoje ban­daży i jakieś butelki, naj­pew­niej z medy­ka­men­tami. Nie znał się na tym i nawet nie pró­bo­wał zga­dy­wać, co to jest. Ode­rwał wzrok od otwar­tego brzu­cha ope­ro­wa­nego i zer­k­nął na syl­wetkę dziew­czyny, która wcze­śniej go zafra­po­wała.

Widział ją co prawda od tyłu, ale w lep­szym świe­tle niż w poprzed­nim pomiesz­cze­niu. Jego prze­czu­cie, że to ona, zda­wało się potwier­dzać. Wła­śnie poda­wała leka­rzowi jakieś narzę­dzie i zoba­czył jej pro­fil. To była Zosia!

Poczuł, jak serce zaczyna łomo­tać mu w piersi, tak jakby chciało się wyrwać. Wyko­nał krok w stronę dziew­czyny, ale natych­miast zatrzy­mał się, uprzy­tam­nia­jąc sobie bez­sens tego, co chce zro­bić. "Muszę spo­koj­nie pocze­kać", pomy­ślał, "i nie odwra­cać jej uwagi, bo życie tego powstańca jest teraz waż­niej­sze". Usiadł za zało­mem muru i cier­pli­wie cze­kał. Cie­szył się, że może ją przy­naj­mniej obser­wo­wać.

Zabieg trwał długo, lekarz i jego asy­stentki mieli bar­dzo dużo pracy. Kiedy wresz­cie skoń­czyli i sani­ta­riuszki spa­ko­wały torby, szy­ku­jąc się do wyj­ścia, Piotr wstał i pod­szedł do Zosi.

Więk­szość lamp szybko zga­szono, nafta była zbyt cenna. Ale kiedy sta­nął przed nią, nawet przy tym nikłym świe­tle nabrał pew­no­ści, że się nie mylił. Dziew­czyna popa­trzyła na niego, zbyt zmę­czona, żeby od razu go roz­po­znać.

-?Zosiu...

Jedyne, co był w sta­nie zro­bić, to wypo­wie­dzieć jej imię. Po tak dłu­gim cza­sie widział znów jej oczy, te kochane oczy. Do niej w końcu dotarło, kto przed nią stoi. Dostrzegł, jak jej powieki otwie­rają się sze­rzej z zasko­cze­nia, a na ustach poja­wia się uśmiech.

-?Boże, Piotr -?wyszep­tała. -?To naprawdę ty?

Wycią­gnęła ręce w jego kie­runku i wresz­cie mógł ją przy­tu­lić. A i ona przy­lgnęła do niego z całych sił. Dostrzegł pły­nące po jej policz­kach łzy. Pochy­lił głowę i zaczął ją cało­wać. Zare­ago­wała od razu, odwza­jem­nia­jąc poca­łu­nek.

-?"Stu­dentka". -?Męski głos wyra­ża­jący lekką iry­ta­cję spo­wo­do­wał, że Zosia drgnęła i odsu­nęła się od Pio­tra.

Obok nich stał znie­cier­pli­wiony lekarz. Chyba jed­nak poczuł, że jego ton był nieco prze­sa­dzony, bo następne zda­nie wypo­wie­dział znacz­nie łagod­niej.

-?Musimy iść. Nasi chłopcy cze­kają -?dorzu­cił jakby dla uspra­wie­dli­wie­nia.

-?Kochany mój -?wyszep­tała Mular­czy­kowi do ucha Zosia. -?Jak się cie­szę, że żyjesz. Skoro odna­leź­li­śmy się po tych kilku latach, to już nie możemy się roz­stać. Boże, ileż ja o tobie myśla­łam... Pro­szę, cze­kaj na mnie jutro wie­czo­rem, będziemy tutaj tak samo jak dzi­siaj, to nasza stała nocna trasa. A teraz prze­pra­szam cię, Pio­tru­siu, ale muszę już iść. Zapa­mię­taj, mam pseu­do­nim "Stu­dentka".

Poca­ło­wała go szybko jesz­cze raz i ruszyła w stronę wyj­ścia z piw­nicy. Jed­nak natych­miast zawró­ciła.

-?Uwa­żaj na sie­bie, pro­szę -?powie­działa czu­łym tonem. -?Musisz żyć dla mnie.

I już jej nie było. Mular­czyk powlókł się pod ścianę i ciężko usiadł. Miał wra­że­nie, jakby to, co się wyda­rzyło, było tylko snem na jawie. Jakby jej w ogóle nie spo­tkał. On też czę­sto o niej myślał przez te lata. Tuż przed wojną zarę­czyli się i jesie­nią mieli wziąć ślub. Po zarę­czy­nach tra­fił na prze­szko­le­nie ofi­cer­skie. To było lato 1939 roku i wyda­rze­nia bie­gły bar­dzo szybko. Za szybko... Wszy­scy spo­dzie­wali się wybu­chu wojny. No i stało się. Nie­mal od razu zna­lazł się na fron­cie. Potem cały czas się wyco­fy­wali. Gdy ude­rzyli Sowieci, tra­fił do Rumu­nii, skąd prze­do­stał się do Fran­cji, a potem do Wiel­kiej Bry­ta­nii. Nie miał poję­cia, co u Zosi. Parę razy zasta­na­wiał się, czy nie popro­sić któ­re­goś z chło­pa­ków prze­rzu­ca­nych do kraju, by spró­bo­wał się cze­goś o niej dowie­dzieć. Ale po pierw­sze ich miej­sca prze­rzutu były tajne, a po dru­gie głu­pio mu było zała­twiać przy oka­zji śmier­tel­nie nie­bez­piecz­nych misji taką pry­watę. Zresztą gdyby nawet taki cicho­ciemny coś usta­lił, to jak prze­ka­załby to Pio­trowi... Miał nadzieję, że nic jej się nie stało i żyje, cze­ka­jąc na jego powrót, tak jak mu obie­cała, gdy się żegnali. A teraz ją wresz­cie spo­tkał! W tej ciem­nej piw­nicy, wśród jęków ran­nych i zapa­chu krwi, pro­chu, nie­my­tych ciał. Spo­tkał ją i jutro ponow­nie się zoba­czą. Na pewno! Miał jej twarz przed oczami, kiedy w końcu zasy­piał.

Londyn. Siedziba Służby Bezpieczeństwa (MI5)

Pod­puł­kow­nik Guy Lid­dell, szef Wydziału B (kontr­wy­wiadu) MI5, się­gnął po fili­żankę zim­nej już her­baty. Wypił duży łyk i skrzy­wił się nie­za­do­wo­lony. Roz­mowa w jego gabi­ne­cie trwała ponad czter­dzie­ści minut i zapo­mniał popro­sić sekre­tarki o nową, gorącą por­cję.

-?Teraz masz już pełną wie­dzę na temat naszych dotych­cza­so­wych usta­leń co do przy­szło­ści. -?Zagłę­bił się w skó­rza­nym fotelu i popa­trzył uważ­nie na swo­jego gościa. -?Pro­szę, weź pod uwagę to, co ci przed chwilą powie­dzia­łem. Pozwól, że powtó­rzę: pre­mier i dowódcy naszych sił zbroj­nych jako prio­ry­tet sta­wiają uni­ka­nie obec­nie jakich­kol­wiek zadraż­nień z Sowie­tami. Nie żeby uwa­żali Sta­lina i innych tam­tej­szych przy­wód­ców za przy­ja­ciół. Aż tacy naiwni nie są. W poro­zu­mie­niu z Ame­ry­ka­nami coraz moc­niej uczest­ni­czą zresztą w zna­nej grze mocarstw o jak naj­więk­sze wpływy w powo­jen­nym świe­cie. Jed­nak jak dano mi do zro­zu­mie­nia, czym innym jest rywa­li­za­cja poli­tyczna, nawet bru­talna i kosz­towna, a czym innym dopro­wa­dze­nie do jakichś utar­czek woj­sko­wych czy pomię­dzy służ­bami naszymi i sowiec­kimi. Dla­tego musisz brać pod uwagę, że wobec Sowie­tów pozo­sta­nie­cie sami. Komu­ni­ści oraz inni współ­pra­cu­jący z Moskwą będą grali główną rolę w nowej Pol­sce. I tylko oni. Wy będzie­cie jeśli nie śmier­tel­nymi wro­gami, któ­rych trzeba wyeli­mi­no­wać, to oso­bami nie­chcia­nymi. Rozu­miesz mnie, Michael?

-?Wiesz, Guy, chyba wola­łem zwy­kłe realia wojenne. -?Major Michał Woź­niak z Oddziału II Sztabu Naczel­nego Wodza pochy­lił się do roz­mówcy. -?Wtedy po jed­nej stro­nie sta­li­śmy my, wy, Sowieci i inni alianci i mie­li­śmy wyłącz­nie wspólne cele i inte­resy. Po dru­giej stro­nie byli nasi wro­go­wie, któ­rych nale­żało poko­nać. Teraz, jak sam udo­wad­niasz, weszli­śmy w czas, gdy wroga za chwilę nie będzie, a dotych­cza­sowe poro­zu­mie­nia tracą zna­cze­nie. Dla­tego na twoje pyta­nie oczy­wi­ście odpo­wiem, że rozu­miem, co mówisz, ale chciał­bym, żeby wszystko było bar­dziej logiczne.

-?Mam nadzieję, że jesz­cze nie raz uda nam się pody­sku­to­wać o współ­cze­snych realiach, mój drogi pol­ski kolego. -?Sze­roki uśmiech na twa­rzy gospo­da­rza świad­czył o jego sym­pa­tii do pol­skiego ofi­cera. - Teraz jed­nak goni mnie czas, a wyda­rze­nia mocno nas popę­dzają.

-?Drogi Guyu, wspo­mi­na­łeś już wcze­śniej, jak ty i przed­sta­wi­ciele bry­tyj­skich kół rzą­do­wych postrze­ga­cie rela­cje Pol­ski i ZSRR. -?Ton Woź­niaka zdra­dzał nie­chęć do poru­sza­nego tematu. -?Ale nie czu­je­cie kom­plet­nie kon­tek­stu histo­rycz­nego, klu­czo­wego dla sto­sun­ków tych dwóch państw. Rosja uczest­ni­czyła w roz­bio­rach Pol­ski, zaata­ko­wała mój kraj w naj­gor­szej dla nas godzi­nie we wrze­śniu 1939 roku, mor­do­wała masowo Pola­ków i ni­gdy nie będzie praw­dzi­wym i wia­ry­god­nym sojusz­ni­kiem Pol­ski. Uwierz mi: będzie oku­pan­tem mojego kraju. Oczy­wi­ście nie podej­mie eks­ter­mi­na­cji jak hitle­rowcy i zachowa pozory współ­pracy z usta­no­wio­nymi przez sie­bie mario­net­ko­wymi wła­dzami. To tyle.

-?Super. A teraz chciał­bym cię powia­do­mić, że wła­ści­wie nie jestem już sze­fem Wydziału B. Za dwie godziny odbie­ram nomi­na­cję na zastępcę dyrek­tora gene­ral­nego. Ale nasz kon­takt z tobą czy Jan­kiem Sza­rzyń­skim, który, jak wiesz, bar­dzo sobie cenię, pozo­sta­nie w nie­zmie­nio­nej for­mie.

-?Gra­tu­luję, Guy, a może panie dyrek­to­rze gene­ralny?

Michał Woź­niak wstał z fotela i pod­szedł do Lid­della. Gdy ten rów­nież się pod­niósł, Polak naj­pierw uści­snął mu dłoń, a w końcu ser­decz­nie pokle­pał go po ramie­niu. Bry­tyj­czyk z widoczną przy­jem­no­ścią podzię­ko­wał za gra­tu­la­cje.

-?Michael, mój plan dnia jest dzi­siaj mocno napięty, ale zależy mi, aby zro­bić jesz­cze dwie rze­czy. Po pierw­sze musisz wypić ze mną małego, pod­kre­ślam, małego drinka z oka­zji mojego awansu. A po dru­gie chciał­bym, abyś poznał mojego następcę na sta­no­wi­sku szefa wydziału. Zgoda?

-?Oczy­wi­ście, panie dyrek­to­rze. -?Mina Woź­niaka miała sygna­li­zo­wać żar­to­bli­wość pod­kre­śla­nia nowego tytułu Lid­della.

-?Jak jesz­cze raz tak mnie nazwiesz, to nie licz na naszą dal­szą przy­jaźń i zapo­mnij o zapro­sze­niu na piąt­kowe przy­ję­cie, jakie urzą­dzam z oka­zji awansu. Przy oka­zji, zapro­sze­nie dostar­czy kurier jutro do two­jego biura.

Gospo­darz się­gnął po szkla­neczki i nalał do obu whi­sky. Pod­niósł słu­chawkę i wezwał kogoś do gabi­netu. Woź­niak wzniósł toast za awans Lid­della. Popi­jali na sto­jąco, gdy roz­le­gło się puka­nie do drzwi. W progu sta­nął męż­czy­zna śred­niego wzro­stu, około czter­dziestki, w mun­du­rze majora. Na jego pucu­ło­wa­tej twa­rzy malo­wał się uprzejmy uśmiech. Lid­dell zapro­sił go do środka.

-?Michael, pozwól, że ci przed­sta­wię majora Geo­rge'a Mac­le­ana. To dosko­nały facho­wiec w robo­cie kontr­wy­wia­dow­czej, zażarty wróg obcych szpie­gów. Ma na kon­cie kilka zna­czą­cych suk­ce­sów. Geo­rge, przed tobą stoi świetny ofi­cer pol­skiego wywiadu. Jeśli ktoś wie coś o taj­nych akcjach za linią frontu, to wła­śnie on, major Michael Woź­niak. Mój dobry przy­ja­ciel.

Woź­niak i Mac­lean uści­snęli sobie dło­nie.

-?Geo­rge, chciał­bym, żebyś wspie­rał pol­skie służby we wszyst­kich ich dzia­ła­niach. -?Mac­lean, słu­cha­jąc, wręcz słu­żal­czo wpa­try­wał się w twarz Lid­della. -?Dotych­czas współ­praca z ich wywia­dem czy Oddzia­łem VI przy­no­siła bar­dzo duże korzy­ści dla obu stron. Pol­scy żoł­nie­rze i agenci to elita służb spe­cjal­nych. Jestem mocno zain­te­re­so­wany pod­trzy­ma­niem dotych­cza­so­wej współ­pracy. Mam nadzieję, że jesteś tego samego zda­nia.

-?Oczy­wi­ście, sze­fie. -?Potwier­dze­nie było sta­now­cze i jed­no­znaczne. - Przyj­muję ten przy­jemny obo­wią­zek i obie­cuję utrzy­ma­nie wyso­kiego zaan­ga­żo­wa­nia naszego wydziału we współ­pracę z pol­skimi służ­bami.

-?Świet­nie. -?Lid­dell spoj­rzał na zega­rek. -?Pano­wie, nie­stety, inne obo­wiązki mnie wzy­wają. Prze­pra­szam. Michael, widzimy się w pią­tek na przy­ję­ciu. Geo­rge, wpad­nij póź­niej, musimy dokoń­czyć prze­ka­zy­wa­nie spraw.

Woź­niak wraz z Mac­le­anem wyszli na kory­tarz. Zatrzy­mali się przy oknie wycho­dzą­cym na wewnętrzny dzie­dzi­niec.

-?Panie majo­rze, moje słowa nie były jedy­nie grzecz­no­ściowe - zade­kla­ro­wał Mac­lean. -?Liczę na owocną współ­pracę. Przy oka­zji, mam nadzieję, że wkrótce lepiej się poznamy i zbu­du­jemy bie­żący kon­takt. Jako zaszczyt potrak­tuję moż­li­wość odwie­dze­nia pana biura w naj­bliż­szym cza­sie. Chęt­nie poznam rów­nież ofi­ce­rów Oddziału VI, wspo­mnia­nego przez dyrek­tora.

-?Oczy­wi­ście będzie mi bar­dzo przy­jem­nie ponow­nie spo­tkać się z panem i już teraz zapra­szam do odwie­dze­nia mnie. -?Woź­niak był zasko­czony wylew­no­ścią Mac­le­ana, rzadko spo­ty­kaną w rela­cjach bry­tyj­skich ofi­ce­rów z przed­sta­wi­cie­lami sojusz­ni­czych sił zbroj­nych. Zakła­dał, że major dąży do peł­nego wyko­na­nia zale­ceń Guya Lid­della i stąd jego nacisk na pod­trzy­ma­nie kon­taktu. -?Ja rów­nież liczę na nasze dobre rela­cje.

LIPIEC 1944

Stoczek. Gospodarstwo pod lasem

Po dość nie­spo­dzie­wa­nym prze­bu­dze­niu porucz­nik Fran­ci­szek Stańko przez chwilę zasta­na­wiał się, co wła­ści­wie wyrwało go z głę­bo­kiego snu: ból w czaszce czy może jed­nak coś innego? Głowa bolała go ostat­nio regu­lar­nie -?za dużo tych ner­wo­wych chwil i nie­prze­spa­nych nocy... Był ofi­ce­rem wywiadu Komendy Głów­nej Armii Kra­jo­wej, for­mal­nie okre­śla­nego jako Oddział II Infor­ma­cyjno-Wywia­dow­czy. Dzia­łał w Refe­ra­cie Wschód, kry­ją­cym się pod kryp­to­ni­mem "Pral­nia", i od paru dni reali­zo­wał naj­waż­niej­sze zada­nie w swo­jej kon­spi­ra­cyj­nej karie­rze. W związku z roz­ka­zem szefa wywiadu doty­czą­cym ewa­ku­acji naj­waż­niej­szych doku­men­tów, w tym przede wszyst­kim reje­strów agen­tury, podró­żo­wał po wschod­nich regio­nach kraju. W nie­wiel­kich miej­sco­wo­ściach prze­jął od łącz­ni­ków doku­menty komó­rek wywia­dow­czych z kilku okrę­gów AK. Sta­rał się pano­wać nad sobą, ale w ostat­nich dniach prze­żył tak wiele ner­wo­wych momen­tów, że sam nie wie­dział, jak je wszyst­kie wytrzy­mał. Jako ostatni na umó­wione spo­tka­nie dotarli wysłan­nicy z Okręgu Wilno, choć wła­ści­wie to już nie liczył, że im się uda. Tym bar­dziej że spóź­nili się aż dwa dni i Stańko zamie­rzał już wyru­szyć z powro­tem do War­szawy. Dotąd prze­jęte mate­riały miały tak dużą wagę, że owe dwa dni, w cza­sie któ­rych cze­kał na kole­gów z Wilna, spę­dził jakby z tyka­jącą bombą w ręku. Jed­nak wil­nia­nie dziel­nie się spi­sali i jak się oka­zało, mieli sporo szczę­ścia. Zwłasz­cza że byli zagro­żeni podwój­nie: przez sowiecką ofen­sywę i Niem­ców, któ­rzy ostat­nio stali się nadak­tywni w rejo­nach przy­fron­to­wych.

Porucz­nik był świa­domy, jakie zna­cze­nie miała jego misja, a jed­no­cze­śnie wku­rzało go, że naj­pierw orga­ni­za­cja, teraz zaś reali­za­cja tak istot­nego przed­się­wzię­cia spa­dły wyłącz­nie na jego barki. Prze­ło­żeni nie kwa­pili się z rusze­niem dupy w teren i zmo­ty­wo­wali go na zasa­dzie "wicie, rozu­mi­cie", ktoś musi, a wy jeste­ście świet­nym ofi­ce­rem i z pew­no­ścią sobie pora­dzi­cie. Może i był dobry, ale tuła­nie się z jed­nym tylko żoł­nie­rzem ochrony po tere­nach, gdzie Niemcy się wyco­fy­wali, a Sowieci wkra­czali, nie było nie­dziel­nym spa­cer­kiem po Mar­szał­kow­skiej. Jego misja stała się realna wyłącz­nie dzięki lewym papie­rom przy­go­to­wa­nym przez komórkę lega­li­za­cji. Dzia­łali w niej cicho­ciemni prze­szko­leni w Lon­dy­nie przez mistrza fał­sze­rzy Jerzego Macie­jew­skiego. Doku­menty umoż­li­wiały podró­żo­wa­nie samo­cho­dem, zabez­pie­cza­jąc Stańkę przed ryzy­kow­nymi kon­tro­lami. Jed­nak poza lewymi kwi­tami cała misja była jed­nym wiel­kim sza­leń­stwem. Tak naprawdę miał już dosyć tego wszyst­kiego -?każdy hałas w pobliżu przy­pra­wiał go o ner­wowe reak­cje.

Prze­żyw­szy po dro­dze kilka nie­bez­piecz­nych sytu­acji, wczo­raj osta­tecz­nie dotarł do Stoczka. Miał kon­takt do gospo­da­rza nale­żą­cego do lokal­nej orga­ni­za­cji, a zde­cy­do­wał się tu zatrzy­mać, ponie­waż sil­nik w jego samo­cho­dzie zaczął zdra­dzać nie­po­ko­jące objawy. Od dwóch dni prze­kli­nał swój pech, no bo czy mogło go jesz­cze coś wię­cej spo­tkać niż zagro­że­nie ze strony Sowie­tów, Niem­ców, zabłą­dze­nie i teraz kło­poty z trans­por­tem? Gdyby auto cał­kiem nawa­liło, to co miałby zro­bić? Wziąć trzy torby pełne taj­nych doku­men­tów i udać się na naj­bliż­szą sta­cję kole­jową, łapać oka­zję czy pójść na pie­chotę? W sumie nie był pewien, jak daleko uda mu się doje­chać w kie­runku War­szawy, więc osta­tecz­nie zde­cy­do­wał się zatrzy­mać w tej cha­łu­pie w Stoczku. Tym razem szczę­ście uśmiech­nęło się do niego. Jak się oka­zało, dobrze tra­fił, gdyż brat agenta był złotą rączką i w nocy napra­wił sil­nik na tyle, że rano mogli ruszać dalej.

Obu­dzony Stańko zer­k­nął na śpią­cego bez­tro­sko na mate­racu leżą­cym na pod­ło­dze kaprala Ficow­skiego. Jego pomoc­nik chyba nie miał nie­spo­koj­nych myśli, bo smacz­nie pochra­py­wał. Obok żoł­nie­rza leżały bez­piecz­nie skó­rzane torby zawie­ra­jące doku­menty. Reje­stry agen­tów dzia­ła­ją­cych w tere­nie to naj­waż­niej­sze aktywa każ­dej służby wywia­dow­czej. Część z tych ludzi, któ­rych dane wiózł, dzia­łała aktyw­nie na pogra­ni­czu z Rosją jesz­cze przed wybu­chem wojny. Inni byli wer­bo­wani suk­ce­syw­nie w okre­sie oku­pa­cji. Dostar­czyli dzie­sią­tek infor­ma­cji, z któ­rych wiele tra­fiło do Lon­dynu i przy­dało się w walce z Niem­cami. Teraz, gdy nad­cho­dzili ruscy, poja­wiało się nowe zagro­że­nie dla Pol­ski. W tej sytu­acji efek­tywna siatka infor­ma­cyjna ist­nie­jąca w tere­nie była tym bar­dziej cenna. Jed­no­cze­śnie Stańko miał świa­do­mość tego, że leżące przed nim doku­menty, gdyby wpa­dły w ręce sowiec­kiej służby bez­pie­czeń­stwa, mogłyby sta­no­wić pod­stawę wyro­ków śmierci dla tych ludzi. Jeżeli wie­rzyć zapo­wie­dziom docho­dzą­cym z Lon­dynu, to część przed­wo­jen­nych pol­skich woje­wództw może zostać zagar­nięta przez Sowie­tów, a wów­czas taka wroga agen­tura będzie bez­względ­nie ści­gana.

Jego poranne myśli prze­rwało trza­śnię­cie drzwi, a potem odgłos kro­ków bie­gną­cego czło­wieka. Zanie­po­ko­jony uniósł się na łóżku. Nie zdą­żył zro­bić nic wię­cej, gdy drzwi otwo­rzyły się bez puka­nia i do pomiesz­cze­nia wpadł gospo­darz.

-?Wsta­waj­cie, Niemcy jadą! -?krzyk­nął.

Porucz­nik Stańko pode­rwał się bły­ska­wicz­nie. Ficow­ski, jesz­cze przed chwilą głę­boko śpiący, już sie­dział na mate­racu. Jego błędny wzrok suge­ro­wał, że nie jest w pełni roz­bu­dzony.

-?Gdzie są?! -?zapy­tał Stańko, ner­wowo wcią­ga­jąc spodnie i pozo­stałe czę­ści ubra­nia.

-?Jadą od wio­ski -?wyja­śnił gospo­darz, wyko­nu­jąc dziwne ruchy rękami, jakby w ten spo­sób mógł spo­wo­do­wać, że goście będą szyb­ciej gotowi do wyj­ścia. -?Będą za minutę, dwie... Ucie­kaj­cie!

Fak­tycz­nie na zewnątrz sły­chać było pomruk zbli­ża­ją­cych się sil­ni­ków samo­cho­do­wych. Obaj żoł­nie­rze byli już ubrani.

-?Tu za domem mam stary motor -?poin­for­mo­wał gospo­darz. -?Jest sprawny. Może­cie wyjść przez okno, to was szkopy nie zoba­czą...

-?A nasz samo­chód?! -?Kapral Ficow­ski był kie­rowcą ich auta i chyba czuł się odpo­wie­dzialny za pojazd. -?Muszę go wypro­wa­dzić ze sto­doły! - krzyk­nął i pobiegł do wyj­ścia z cha­łupy.

-?Stój! -?krzyk­nął Stańko, pamię­ta­jąc, że wyjazd ze sto­doły jest na wprost bramy gospo­dar­stwa, co zna­czy, że nad­jeż­dża­jący Niemcy od razu zoba­czą auto.

Do kaprala chyba rów­nież dotarła świa­do­mość zagro­że­nia, bo zawró­cił i sta­nął zdez­o­rien­to­wany. Gospo­darz już otwo­rzył okno i poma­gał Stańce zbie­rać torby. Na zewnątrz rze­czy­wi­ście stał moto­cykl, a jego spraw­ność potwier­dził fakt, że zapa­lił od razu. Kapral wsko­czył na sio­dełko, a Stańko, trzy­ma­jąc przed sobą torby, zajął miej­sce za nim.

-?Jedź­cie przez las! -?krzyk­nął gospo­darz. -?Są tam tylko wąskie ścieżki. Samo­cho­dem was nie dogo­nią!

Ficow­ski prze­krę­cił manetkę gazu i szybko ruszyli. Pięć­dzie­siąt metrów dalej wje­chali pomię­dzy drzewa. Począt­kowo chło­stały ich gałę­zie, ale po chwili tra­fili na wydep­taną ścieżkę i jazda stała się wygod­niej­sza.

Porucz­nik ledwo trzy­mał się na wąskim sie­dze­niu pędzą­cej maszyny. Wyła­do­wane torby nie uła­twiały zacho­wa­nia rów­no­wagi. Ale to nie miało zna­cze­nia. Naj­waż­niej­sze, że w ostat­niej chwili udało im się uciec. Nagle przy­szła mu do głowy nie­po­ko­jąca myśl: co sta­nie się z gospo­da­rzem i jego rodziną? Jak wytłu­ma­czy obec­ność samo­chodu z war­szaw­ską reje­stra­cją sto­ją­cego w sto­dole i ślady po noc­legu dwóch osób? Bez zna­cze­nia było, czy nalot był dzie­łem przy­padku, czy ktoś doniósł Niem­com o obcych prze­by­wa­ją­cych w cha­łu­pie za wsią... A czy im samym uda się doje­chać do Kam­pi­nosu? Ile paliwa mogło być w baku?

Warszawa. Siedziba Gestapo

Standartenführer Hans Hof­mann zapa­lił poranne cygaro. Wła­ści­wie tylko to zostało mu z kom­for­to­wego życia, które pro­wa­dził jako zastępca szefa ber­liń­skiego Gestapo. Przez głu­potę i lek­ko­myśl­ność wła­snego syna utra­cił pra­wie wszystko, dobrze, że nie życie. Jego syn Obe­rleut­nant Horst Hof­mann, ofi­cer wywiadu woj­sko­wego, po pija­nemu wycią­gnął ze swo­jego kolegi szcze­góły wer­bunku i współ­pracy z waż­nym agen­tem o pseu­do­ni­mie "Lothar", dzia­ła­ją­cym od 1939 roku w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Dane te nie­świa­do­mie prze­ka­zał agen­towi pol­skiego wywiadu Haupt­man­nowi Car­lowi von Wede­lowi, co przy­czy­niło się do dekon­spi­ra­cji "Lothara". Sprawa się wydała. Jedy­nie przez wzgląd na zasługi Hansa Hof­manna i przy­jaźń z sze­fem Gestapo Gruppenführerem Hein­ri­chem Müllerem Horst nie sta­nął przed plu­to­nem egze­ku­cyj­nym, tylko został zde­gra­do­wany i wysłany na front wschodni. Wiele mu to nie pomo­gło, ponie­waż zale­d­wie dru­giego dnia udziału w wal­kach poległ za III Rze­szę. Ale kie­row­nic­two Głów­nego Urzędu Bez­pie­czeń­stwa Rze­szy -?RSHA, chcąc poka­zać, że nawet krewni zamie­sza­nych w zdradę muszą pono­sić jej kon­se­kwen­cje, zde­cy­do­wało o prze­nie­sie­niu Hansa Hof­manna w oko­lice zbli­ża­ją­cego się frontu sowiec­kiego, czyli na sta­no­wi­sko szefa Gestapo w War­sza­wie. Miał znik­nąć z Ber­lina i zma­zać winy swo­jego dziecka, sku­tecz­nie wal­cząc z pol­skim ruchem oporu. Wie­czo­rami myślał z nie­na­wi­ścią o tym szpiegu von Wedelu, prze­kli­na­jąc, że syn na niego tra­fił. Gdyby kie­dyś mógł go dopaść, to okrut­nie zemściłby się za to, co zro­bił Hor­stowi i jemu samemu.

Szpie­dzy, wywiad, pol­scy ban­dyci... Nie dalej jak wczo­raj w jego gabi­ne­cie na dru­gim pię­trze budynku przy Strasse der Poli­zei odbyła się kolejna narada, w trak­cie któ­rej sta­rał się wymu­sić na pod­wład­nych jesz­cze więk­sze zaan­ga­żo­wa­nie i bru­tal­ność wobec Pola­ków. Od jakie­goś czasu agenci dono­sili, że tutej­sze pod­zie­mie, nazy­wa­jące się śmiesz­nie Armią Kra­jową, szy­kuje coś więk­szego. Wie­dział, że marzy im się powszechne powsta­nie, ale chyba nawet oni nie byli tak głupi, żeby pod­jąć bez­po­śred­nią walkę z regu­lar­nymi oddzia­łami woj­sko­wymi. Hof­mann podzie­lał radość swo­ich zastęp­ców z faktu, że Polacy, nawet sta­wia­jąc opór oku­pan­towi, jak zwy­kle są wewnętrz­nie podzie­leni. A sły­szał nawet o star­ciach zbroj­nych pomię­dzy róż­nymi odła­mami tak zwa­nego ruchu oporu. Czę­sto myślał, że gdyby AK zgod­nie współ­dzia­łała z komu­ni­styczną Armią Ludową i innymi mniej­szymi gru­pami, to dopiero byłyby pro­blemy, aby utrzy­mać spo­kój. Tak naprawdę zresztą to bar­dziej nie­po­ko­ili go Sowieci zbli­ża­jący się do Wisły niż pol­scy ban­dyci. Więk­szo­ści majątku w ogóle nie zabie­rał do Pol­ski, ale przed wyjaz­dem z Ber­lina wysłał w bez­pieczne miej­sce w Bawa­rii. Spo­dzie­wał się, że tam dotrą z zachodu alianci, więc zacho­wają się w spo­sób cywi­li­zo­wany, a nie tak jak ruscy, któ­rzy albo wszystko by ukra­dli, albo znisz­czyli.

Wró­cił myślami do narady. Czuł, że poja­wia się szansa, by mógł popra­wić swoje noto­wa­nia w Ber­li­nie, jeśli tylko uda mu się wystar­cza­jąco zmo­ty­wo­wać pod­wład­nych.

-?Jesz­cze raz wam naka­zuję: macie wyci­snąć z agen­tury, co się da, i usta­lić, co pla­nują Polacy. Zatrzy­ma­nych prze­słu­chi­wać z uży­ciem wszel­kich metod śled­czych. Żad­nej pobłaż­li­wo­ści. Tylko ból skłoni ich do wyzna­nia prawdy. I pamię­taj­cie o nowym tema­cie, o któ­rym dzi­siaj była mowa. Pol­skie pod­zie­mie, wobec wkra­cza­nia sowiec­kich oddzia­łów, wyco­fuje swoje zasoby z tere­nów na wschód od Wisły. Muszą prze­wo­zić doku­men­ta­cję, archiwa, sprzęt, broń. Zwiększ­cie kon­trole i liczbę prze­szu­kań. To dosko­nała oka­zja, żeby ich dopaść. Tym z was, któ­rzy się szcze­gól­nie wykażą, obie­cuję nagrody. A teraz do roboty!

Okolice Puszczy Kampinoskiej. Pałac w Zaborowie

Z War­szawy doje­chali do Zabo­rowa drogą przez Borzę­cin Duży i Wyględy. Przed wsią skrę­cili w boczną drogę, gdzie, jak im powie­dziano w szta­bie, znaj­do­wała się przy­drożna kapliczka. Obok niej na ziemi sie­dział męż­czy­zna w śred­nim wieku. Na widok wolno pod­jeż­dża­ją­cej fur­go­netki pod­niósł się i uważ­nie obser­wo­wał pojazd.

Porucz­nik Fran­ci­szek Stańko wysiadł z auta.

-?Ja od Her­mana z Pozna­nia -?powie­dział do męż­czy­zny.

-?Szczer­kow­ski z Julinka -?odpo­wie­dział tam­ten.

Hasło i odzew były pra­wi­dłowe. Stańko wycią­gnął dłoń, którą ten drugi mocno uści­snął.

-?Józef Matecki -?przed­sta­wił się ocze­ku­jący.

-?Fran­ci­szek Stańko -?odwza­jem­nił się przy­bysz.

-?Dużo tego macie? -?zapy­tał Matecki.

-?Tylko trzy torby.

-?To spo­koj­nie się zabie­rzemy -?ucie­szył się Józef. -?Spo­dzie­wa­łem się, że będzie wię­cej. -?Wska­zał na sto­jący za krza­kiem dwu­ko­łowy wózek, zamo­co­wany do roweru.

-?Te torby to nawet pie­chotą możemy zanieść -?stwier­dził porucz­nik. - Jak daleko jest stąd do majątku?

-?Ze dwa kilo­me­try -?wyja­śnił Matecki. -?Byłoby dalej przez wieś i potem Kościelną do głów­nej bramy. Ale my pój­dziemy przez las do tyl­nej bramy i dalej przez park. Dzięki temu nikt nas nie zoba­czy, a już na pewno nie Niemcy, bo oni tam­tędy nie cho­dzą. I nie ma też żad­nego war­tow­nika.

Kapral Ficow­ski wycią­gnął już z fur­go­netki tylną kanapę. Pod nią ukryte były duże skó­rzane torby.

-?Do wózka, panie porucz­niku? -?zapy­tał.

-?Tak -?odpo­wie­dział Stańko. -?Tak jak było usta­lone, ty zosta­niesz tutaj. Tylko siedź w aucie, żebyś się nikomu nie­po­trzeb­nie nie rzu­cił w oczy.

-?Tak jest, panie porucz­niku. -?Ficow­ski wło­żył torby do wózka i przy­wi­tał się z Matec­kim.

-?To możemy ruszać -?zasu­ge­ro­wał Józef.

Chwy­cił za kie­row­nicę roweru i skie­ro­wał go w stronę pobli­skiego zagaj­nika. Stańko poszedł za nim. "Długa droga waż­nego trans­portu dobiega końca", pomy­ślał z satys­fak­cją. Wie­dział, że sze­fo­stwo zamie­rza dołą­czyć do obec­nych zaso­bów także archiwa z kolej­nych trzech okrę­gów. Ale tym razem on odbie­rze prze­syłki już pod War­szawą, w Pia­secz­nie, i nie będzie musiał nad­sta­wiać głowy, podró­żu­jąc po przy­fron­to­wych tere­nach. Naj­waż­niej­sze, że zna­leźli pewne miej­sce na tym­cza­sowe ukry­cie tak waż­nych doku­men­tów. "Jak zwy­kle naj­ciem­niej pod latar­nią", oce­nił z humo­rem.

Po pół­go­dzi­nie dotarli do furtki w ogro­dze­niu roz­le­głego parku ota­cza­ją­cego jed­no­pię­trowy biały budy­nek. Stańko dostrzegł poprzez drzewa, że do budynku z jed­nej strony przy­lega oran­że­ria, a z dru­giej pawi­lon kuchenny. Zoba­czył też nie­wielki staw i kilka mniej­szych zabu­do­wań.

-?Niemcy nas nie zauważą z okien? -?zapy­tał towa­rzy­sza.

-?Nie o tej porze -?odparł Matecki, który jako zarządca majątku miał naj­lep­sze roze­zna­nie w kwe­stii zwy­cza­jów sta­cjo­nu­ją­cych w pałacu Niem­ców. -?Wie­czo­rem zwy­kle ci, któ­rzy są na miej­scu, sie­dzą w kasy­nie ulo­ko­wa­nym w salo­nie od frontu. A reszta szuka szczę­ścia w jakimś domu publicz­nym w War­sza­wie. Zresztą tam, gdzie idziemy, będziemy cały czas zasło­nięci przez drzewa i zaro­śla.

-?Dziwne, że nie pil­nują majątku od tyłu -?wyra­ził swoją opi­nię porucz­nik.

-?Mają za mało ludzi -?wyja­śnił zarządca.

-?Piękny budy­nek -?pochwa­lił Fran­ci­szek Stańko, wodząc wzro­kiem po fasa­dzie pałacu. -?Pan tu od dawna?

-?Pałac zbu­do­wano dla war­szaw­skiego ban­kiera Leona Gold­standa -?wyja­śnił Matecki. -?Nawią­zuje do wyglądu wiej­skich rezy­den­cji z osiem­na­stego wieku, choć jed­no­cze­śnie budy­nek łączy kilka sty­lów archi­tek­to­nicz­nych. Po śmierci Leona wła­ści­cielką została jego córka, która do 1939 roku pro­wa­dziła w majątku gospo­dar­stwo. Przed wybu­chem wojny wyje­chała do Anglii i powie­rzyła mi opiekę nad posia­dło­ścią. Ja tu pra­cuję od dzie­się­ciu lat, ale od czasu przyj­ścia Niem­ców to już bar­dziej pil­nuję, niż zarzą­dzam.

-?Cie­kawe, co sta­nie się z pała­cem po woj­nie. I czy wła­ści­cielka wróci?

-?Panie, to taki wielki mają­tek, że jak żyje, to na pewno wróci - zade­kla­ro­wał zarządca. -?Oby tylko ruscy tu wszyst­kiego nie znisz­czyli. To podobno straszna dzicz i kradną, co tylko mogą.

Porucz­nik poki­wał głową na potwier­dze­nie tej opi­nii.

-?Teraz pój­dziemy w tamtą stronę. -?Matecki wska­zał głową kie­ru­nek.

Poto­czył spo­koj­nie wózek z cen­nym ładun­kiem. Zbli­żali się do pałacu. Porucz­nik, mimo zapew­nień admi­ni­stra­tora majątku, czuł rosnące napię­cie.

WRZESIEŃ 1944

Zurych. Bahnhofstrasse

Sie­dziba Suisse Com­merce Bank znaj­do­wała się przy Bahn­ho­fstrasse, naje­le­gant­szej ulicy han­dlo­wej Szwaj­ca­rii i jed­nej z naj­bar­dziej pre­sti­żo­wych na świe­cie, co potwier­dzało renomę banku. Bez sta­łych i wyso­kich docho­dów żadna firma nie mogłaby pozwo­lić sobie na funk­cjo­no­wa­nie w tak dro­gim rejo­nie. Fakt, że więk­szo­ściowy pakiet akcji Suisse Com­merce Bank nale­żał do rodziny Lotte Jung, nie­dawno poślu­bio­nej żony Carla von Wedela, gwa­ran­to­wał mał­żeń­stwu dostat­nie życie. A że Lotte i Carl za cztery mie­siące spo­dzie­wali się dziecka, obraz szczę­ścia wyda­wał się kom­pletny. Von Wedel miał świa­do­mość, że nie jest to do końca prawda. Zarówno Suzanne, jak i Lotte czę­sto wra­cały w myślach i wspo­mnie­niach do osoby nie­ży­ją­cego już Wal­tera Junga. O losach gene­rała wia­domo było led­wie tyle, że aresz­to­wany za udział w spi­sku prze­ciwko Hitle­rowi, po kilku dniach został roz­strze­lany. Bru­tal­nego trak­to­wa­nia w wię­zie­niu przed śmier­cią można się było domy­ślać. Rodzina nie została poin­for­mo­wana, gdzie go pocho­wano.

Carl wyszedł z banku na Bahn­ho­fstrasse, uśmie­chem dzię­ku­jąc por­tie­rowi otwie­ra­ją­cemu drzwi i z sza­cun­kiem kła­nia­ją­cemu się krew­nemu wła­ści­cieli. Spoj­rzał na zega­rek i widząc, że do odjazdu pociągu do Meilen ma jesz­cze sporo czasu, skrę­cił w prawo w stronę nabrzeża Jeziora Zury­skiego. Korzy­sta­jąc ze sło­necz­nej pogody, szedł spa­ce­ro­wym kro­kiem i roz­my­ślał o zapi­sach w księ­gach rachun­ko­wych, z któ­rymi wła­śnie się zapo­znał. Dostęp do tak wraż­li­wych infor­ma­cji uzy­skał za zgodą Alek­san­dra Junga, pre­zesa banku i naj­waż­niej­szej osoby w rodzin­nym inte­re­sie. Pełny wgląd do ksiąg był dowo­dem zaufa­nia ze strony rodziny Lotte, ale wią­zał się przede wszyst­kim z zain­te­re­so­wa­niem samego von Wedela udzia­łem w inte­re­sach rodzin­nych. Środki, które przez ostat­nie lata prze­le­wał na jego konta w szwaj­car­skich ban­kach naj­pierw nie­ży­jący już ojciec Hen­ryk von Wedel, a po jego śmierci zarzą­dza­jący mająt­kiem na Pomo­rzu brat Hen­ryka Fry­de­ryk von Wedel, zabez­pie­czyły Carla przed nie­pew­nym losem wielu innych Niem­ców, któ­rzy posia­dali swoje zasoby wyłącz­nie w kra­jo­wych insty­tu­cjach finan­so­wych. Tak naprawdę cho­dziło nie tylko o zagro­że­nie dla funk­cjo­no­wa­nia ban­ków wyni­ka­jące z toczą­cej się wojny, ale w przy­padku von Wedela o moż­li­wość zaję­cia przez hitle­row­ski reżim jego majątku jako formy dotkli­wej kary za zdradę ojczy­zny. Carl nie­po­koił się jedy­nie moż­li­wymi repre­sjami wobec człon­ków swo­jej rodziny w następ­stwie faktu, że ich krewny oka­zał się wro­gim szpie­giem. Pomimo pod­ję­tych sta­rań nie udało mu się uzy­skać infor­ma­cji, co spo­tkało wuja Fry­de­ryka i brata Andre­asa.

To, że obec­nie nie nara­żał już życia dla pol­skiego wywiadu, nie ozna­czało, iż nagle stra­cił wzrok czy swoje natu­ralne nawyki obser­wo­wa­nia oto­cze­nia. Przez ostat­nie lata czuj­nie patrzył dookoła, wie­dząc, że wychwy­ce­nie cze­goś zwra­ca­ją­cego uwagę pod­czas reali­za­cji zada­nia wywia­dow­czego, ale także w trak­cie zwy­kłych zajęć, może mu ura­to­wać życie. Tak postę­po­wał, cho­dząc po uli­cach Ber­lina, Paryża, Zako­pa­nego czy róż­nych innych miej­sco­wo­ści, gdzie rzu­cały go wojenne losy. Dla­czego więc w Zury­chu miałby nie dostrzec wpa­trzo­nego weń nie­zna­nego męż­czy­zny sto­ją­cego obok kio­sku z gaze­tami. Gdyby ta osoba tylko roz­glą­dała się dookoła, uznałby to za natu­ralne zacho­wa­nie. Ale jeżeli ktoś spo­tyka czyjś wzrok i gwał­tow­nie spusz­cza oczy, jakby robił coś nie­wła­ści­wego, to jest to ostrze­że­nie, że inte­re­suje się tym, któ­rego nie­ostroż­nie obser­wo­wał.

Carl szedł ulicą, ale już nie myślał o spra­wach finan­so­wych firmy Jun­gów. Patrzył z pozo­ro­wa­nym zacie­ka­wie­niem na szyby wysta­wowe ele­ganc­kich skle­pów, raz nawet zatrzy­mał się przy witry­nie jubi­lera. Mimo znacz­nego ruchu prze­chod­niów i samo­cho­dów prze­jeż­dża­ją­cych Bahn­ho­fstrasse dostrzegł w szy­bie syl­wetkę męż­czy­zny idą­cego chod­ni­kiem po prze­ciw­nej stro­nie. Po dotar­ciu do pro­me­nady ota­cza­ją­cej jezioro usiadł na jed­nej z ławek i zapa­lił papie­rosa. Od czasu przy­jazdu do Szwaj­ca­rii nie zauwa­żył niczego, co zwró­ci­łoby jego uwagę i świad­czyło o moż­li­wym zagro­że­niu. Dla­tego czuł się w miarę bez­piecz­nie. Czy dzi­siej­sza sytu­acja ozna­cza coś nie­po­ko­ją­cego? Tego jesz­cze nie wie­dział, ale natu­ralne było, że musi to spraw­dzić.

Pod­niósł się z ławki i poszedł z powro­tem w stronę Dworca Głów­nego. Miał przed sobą sze­roką pano­ramę Bahn­ho­fstrasse, a prze­cho­dząc przez kolejne prze­cznice, mógł natu­ral­nie roz­glą­dać się dookoła. Ale ani męż­czy­zny, ani nic podej­rza­nego nie zauwa­żył.

Na dworcu kupił bilet do Meilen, potem popo­łu­dniową gazetę i poszedł na peron. Pod­miej­ski pociąg już cze­kał, więc zajął miej­sce przy oknie, co umoż­li­wiało obser­wo­wa­nie pasa­że­rów poru­sza­ją­cych się po pero­nie. Kiedy nade­szła pora odjazdu pociągu, mógłby jechać do domu uspo­ko­jony, gdyby nie to, że kilka chwil wcze­śniej, zer­ka­jąc zza gazety, dostrzegł na odle­głym początku peronu dwóch męż­czyzn. Ich kon­takt był bły­ska­wiczny i może von Wedel nawet nie zwró­ciłby na nich uwagi, gdyby jed­nym z nich nie był czło­wiek z Bahn­ho­fstrasse. Drugi z męż­czyzn, znacz­nie młod­szy, choć podob­nie typowo ubrany, zaraz wsiadł do pociągu, w któ­rym sie­dział Carl.

Warszawa. Rejon placu Wilsona

Major Piotr Mular­czyk od kilku minut obser­wo­wał dwa nie­miec­kie czołgi posu­wa­jące się Tuchol­ską. Za nimi widział syl­wetki pie­chu­rów, kry­ją­cych się za pan­cer­nymi kolo­sami. Nie otwie­rał ognia, gdyż Niemcy byli jesz­cze za daleko. Zer­k­nął po bokach na pozy­cje swo­ich ludzi. Widział tylko nie­któ­rych, miejsc ulo­ko­wa­nia się innych mógł się jedy­nie domy­ślać, tak byli poukry­wani w budynku.

-?Cze­kaj­cie, aż podejdą bli­żej -?pole­cił Wró­blowi i Ole­wiń­skiemu, któ­rzy byli najbli­żej. Usły­szał, że prze­ka­zują dalej jego roz­kaz.

Nagle prze­le­ciało mu przez głowę: "Ilu z nich pozo­sta­nie do wie­czora?". Kiedy wylą­do­wali w kraju przed wybu­chem powsta­nia, było ich trzy­na­stu. Teraz wal­czyło jesz­cze dzie­się­ciu. Stra­cił trzech, a część z pozo­sta­łych odnio­sła rany. Na szczę­ście nie­zbyt poważne, choć nawet te cięż­sze zapewne nie powstrzy­ma­łyby ich przed dal­szą walką. "No chyba żeby nie mogli cho­dzić", pomy­ślał z dumą.

Obecną pozy­cję zaj­mo­wali od ostat­niej nocy, kiedy udało im się prze­drzeć do War­szawy. Od początku sierp­nia brali głów­nie udział w wal­kach Grupy "Kam­pi­nos". Lecąc wcze­śniej do kraju, liczyli, że uda im się wes­przeć jed­nostki AK w sto­licy. Ale zbyt późne pod­ję­cie decy­zji o ich wysła­niu nie pozwo­liło na dołą­cze­nie do żoł­nie­rzy wal­czą­cych w samej War­sza­wie na początku powsta­nia. W rejo­nie Kam­pi­nosu uczest­ni­czyli głów­nie w ope­ra­cjach dywer­syj­nych wymie­rzo­nych w nie­miec­kie linie zaopa­trze­niowe pomię­dzy War­szawą a Modli­nem. W końcu w poło­wie sierp­nia razem z pra­wie tysią­cem żoł­nie­rzy z Grupy "Kam­pi­nos" przedarli się do sto­licy, w rejon Żoli­bo­rza. Przez dwie noce, wspól­nie z żoli­bor­skim ugru­po­wa­niem pod­puł­kow­nika "Żywi­ciela", ata­ko­wali mocno ufor­ty­fi­ko­wany Dwo­rzec Gdań­ski. Nie­stety bez­sku­tecz­nie.

Mular­czyk oce­nił, że pod­pu­ścili Niem­ców już wystar­cza­jąco bli­sko. Zauwa­żył, że Dereń, trzy­ma­jący w rękach pan­zer­fau­sta, zdo­byczny gra­nat­nik prze­ciw­pan­cerny, patrzy na niego, cze­ka­jąc na sygnał. Poka­zał pal­cem w kie­runku czoł­gów. Sta­szek spo­koj­nie przy­mie­rzył się i naci­snął spust. Gło­wica z ładun­kiem kumu­la­cyj­nym wyle­ciała z ruro­wej wyrzutni. Jej lot trwał zale­d­wie sekundę. Tra­fiła w wieżę czołgu, a wybuch spo­wo­do­wał, że prze­biła się do środka. Pożar, który poja­wił się po chwili, szybko dopro­wa­dził do eks­plo­zji poci­sku w lufie. Czołg zamarł, a brak ucie­ka­ją­cych z wnę­trza pojazdu żoł­nie­rzy świad­czył o peł­nym suk­ce­sie. Drugi pojazd skie­ro­wał powoli lufę w stronę ich pozy­cji. Oddany strzał roz­bił okno po lewej stro­nie budynku, w któ­rym szczę­śli­wie nie znaj­do­wał się żaden z cicho­ciem­nych. Polacy otwo­rzyli ogień do nie­miec­kich pie­chu­rów, któ­rzy byli w ich zasięgu. Kilku wro­gów upa­dło. Pozo­stali zaczęli się wyco­fy­wać, a w ich ślady poszedł drugi czołg.

-?Teraz dosta­niemy swoje od ich arty­le­rii -?zawy­ro­ko­wał ponuro sier­żant Wró­bel, sia­da­jąc na gru­zach pokry­wa­ją­cych dawną pod­łogę.

-?Nie marudź. Damy radę -?pocie­szył go Ole­wiń­ski.

Mular­czyk miał nadzieję, że nie tra­fią pod ogień arty­le­ryj­ski, który kon­cen­tro­wał się na głów­nych pozy­cjach obron­nych powstań­ców. Tuchol­ska nie była klu­czowa pod tym wzglę­dem, a ostatni atak sta­no­wił jedną z nie­miec­kich prób obej­ścia Sło­wac­kiego i oto­cze­nia obroń­ców Żoli­bo­rza. Zarzą­dził odpo­czy­nek, aby jego ludzie nabrali sił przed kolej­nymi wie­czor­nymi wal­kami.

Oka­zało się, że jego nadzieje były płonne. Co prawda Niemcy nie roz­po­częli ostrzału arty­le­ryj­skiego, ale za to nie minęło pół godziny, jak nad­le­ciały samo­loty i naj­pierw zbom­bar­do­wały rejon Tuchol­skiej, a potem ostrze­lały ich pozy­cje z broni pokła­do­wej. Jedyne, co mogli zro­bić, to schro­nić się w głębi budynku.

Szwajcaria. Meilen. Dworzec

Podróż wzdłuż Jeziora Zury­skiego upły­nęła spo­koj­nie. Chciałby powie­dzieć, że jak zwy­kle. Ale to nie byłaby prawda. Prze­glą­da­jąc pobież­nie gazetę, myślał o tym, co zauwa­żył. Oczy­wi­ście nie miał stu­pro­cen­to­wej pew­no­ści, że dzieje się coś nie­po­ko­ją­cego, ale nie mógł tego wyklu­czyć. Zasad­ni­cze pyta­nie brzmiało: jeżeli ma rację, to kim byli ci ludzie? Odpo­wiedź nie sta­no­wiła więk­szego pro­blemu -?zapewne w końcu dotarł do niego nie­miecki wywiad. Zna­jąc mści­wość swo­jego byłego szefa, Brigadeführera Wal­tera Schel­len­berga, mógł przy­pusz­czać, że po fia­sku aresz­to­wa­nia von Wedela w szkole w Doli­nie Olczy­skiej Schel­len­berg zamie­rzał zemścić się w inny spo­sób. W jaki? Moż­li­wo­ści było sporo.

W Meilen z pociągu wysia­dło kilka osób, ale począt­kowo nie dostrzegł mło­dego męż­czy­zny. Wycho­dząc z dworca, wstą­pił do pobli­skiej kwia­ciarni. Połą­czył przy­jemne z poży­tecz­nym. Kiedy wio­sną w Ber­li­nie popro­sił Lotte o rękę i ofia­ro­wał jej jedną czer­woną różę, obie­cał, że zawsze te kwiaty będą ją ota­czać. Od przy­jazdu do Szwaj­ca­rii skru­pu­lat­nie prze­strze­gał tego zwy­czaju, dla­tego opu­ścił kwia­ciarnię z bukie­tem czer­wo­nych róż. Będąc wewnątrz i oglą­da­jąc kwiaty, miał oka­zję zoba­czyć, że inte­re­su­jący go męż­czy­zna wycho­dzi z dworca i szybko wsiada do czar­nego samo­chodu sto­ją­cego obok chod­nika. Zasta­na­wia­jące było, że pojazd nie odje­chał. Stał dłuż­szy czas. Ruszył dopiero, kiedy von Wedel skrę­cał w prze­cznicę, co zauwa­żył przez narożne okna księ­garni.

Docho­dząc do ulicy pro­wa­dzą­cej na wzgó­rze, na któ­rym poło­żony był dom Jun­gów, miał zasad­ni­czą wąt­pli­wość, czy iść pro­sto do domu. Mógłby bez trudu wymy­ślić jakąś legendę i pokrę­cić się po mia­steczku, co umoż­li­wi­łoby spraw­dze­nie, czy czarny pojazd lub młody męż­czy­zna poja­wią się w pobliżu. Jed­nak tak naprawdę wiele wię­cej by nie usta­lił poza tym, że jest obser­wo­wany, a już teraz miał to potwier­dzone. Zde­cy­do­wał, że natu­ral­nym zacho­wa­niem czło­wieka wra­ca­ją­cego po zała­twie­niu w mie­ście waż­nych spraw jest powrót pro­sto do domu. Czy poka­zy­wał w ten spo­sób obser­wa­cji, gdzie mieszka? Oczy­wi­ście, ale prze­cież nie był pewien, czy już tego nie wie­dzą.

Cału­jąc Lotte na powi­ta­nie i wrę­cza­jąc jej róże, jed­no­cze­śnie myślał o koniecz­no­ści zwięk­szo­nej uwagi w następ­nych dniach. Przy­szło mu także do głowy, że może warto byłoby szybko posta­rać się o kogoś do ochrony. Nie swo­jej osoby, ale Lotte i jej matki Suzanne, która miesz­kała z nimi. Był pewien, że on sobie pora­dzi, ale Lotte była dla niego istotą naj­waż­niej­szą na świe­cie. W dodatku nie jedyną, bo za nie­całe cztery mie­siące na świe­cie miał poja­wić się ktoś, kto pew­nie zawład­nie jego ojcow­skim ser­cem.

Moskwa. Łubianka

Ludowy komi­sarz spraw wewnętrz­nych ZSRR Ław­rien­tij Beria powiódł wzro­kiem po twa­rzach swo­ich współ­pra­cow­ni­ków. Był pewien, że dosko­nale rozu­mieją jego inten­cje, ale nie zaszko­dziło spraw­dzić ich reak­cji.

-?Jak zapewne pamię­ta­cie, we wrze­śniu 1939 roku, kiedy wkra­cza­li­śmy na pol­skie zie­mie, wyda­łem roz­kaz zawie­ra­jący szcze­gó­łowy wykaz dzia­łań wobec Pola­ków -?mówił spo­koj­nym, jakby zmę­czo­nym gło­sem. -?Naka­za­łem roz­strze­li­wa­nie bez sądu win­nych wszel­kich naru­szeń porządku. I teraz też tak ma być. Będziemy także wywo­zić tych, któ­rych trzeba się sku­tecz­nie pozbyć. Nasi ludzie mają być bez­względni wobec wro­gów już od pierw­szych dni.

Prze­rwał, aby napić się her­baty.

-?Ale teraz naj­waż­niej­sze. -?Zawie­sił głos. -?Na odzy­ski­wa­nych przez Armię Czer­woną tere­nach dzia­łał ruch oporu wobec Niem­ców. Grupy komu­ni­styczne macie włą­czać do lokal­nych sił porząd­ko­wych, jeśli oczy­wi­ście się do tego nadają. Wszyst­kich innych par­ty­zan­tów likwi­do­wać. Wiemy, że mają swoje mrzonki o walce z nami i sta­wia­niu zbroj­nego oporu. Wybij­cie im to z głów. Tych z tej ich tak zwa­nej Armii Kra­jo­wej, dzia­ła­ją­cych dla Zachodu, zamy­kać. Przed likwi­da­cją macie wyci­snąć z nich wszelką wie­dzę na temat struk­tur pod­ziem­nych, w tym szcze­gó­łowe dane oso­bowe wspól­ni­ków. Wykazy, archiwa mają tra­fić w nasze ręce i sta­no­wić bazę infor­ma­cyjną dla dal­szych posu­nięć. Żądam, pod­kre­ślam: żądam, żeby prze­jąć ich zasoby wywia­dow­cze. Mają roz­bu­do­wane struk­tury agen­tu­ralne, które dzia­łały bar­dzo efek­tyw­nie w walce z Niem­cami. To tak zwany Oddział II Komendy Głów­nej AK. Tych ludzi macie wyłu­skać, żeby póź­niej nie było pro­ble­mów z obcą agen­turą. Dotar­cie do szcze­gó­ło­wych infor­ma­cji na temat siatki agen­tów ma być dla was prio­ry­te­tem. W poszu­ki­wa­nia włącz­cie pol­skich towa­rzy­szy, zarówno naszych funk­cjo­na­riu­szy, jak i wtyczki w ich par­tii oraz agen­tów dzia­ła­ją­cych na tere­nach wyzwo­lo­nych lub pozo­sta­ją­cych na­dal pod nie­miecką oku­pa­cją. Pil­nie ocze­kuję efek­tów takich sta­rań i mel­dun­ków o dotar­ciu do agen­tów ich wywiadu. To szcze­gól­nie zada­nie dla naszego kontr­wy­wiadu, czyli dla was, towa­rzy­szu Fio­do­tow. Ale liczę, że 1. Zarząd wywiadu zagra­nicz­nego pokaże nam jak zwy­kle, co potrafi. Towa­rzy­szu Fitin, bierz­cie się do roboty.

Wywo­łani przez Berię sze­fo­wie wio­dą­cych pio­nów ope­ra­cyj­nych NKWD ski­nie­niem głów potwier­dzili przy­ję­cie roz­kazu.

Szwajcaria. Meilen

Carl zawsze lubił wsta­wać wcze­śnie rano, kiedy w domu wszy­scy jesz­cze spali i miał czas dla sie­bie. Obec­nie nie cho­dziło mu o chwile samot­no­ści, zbyt długo marzył o powro­cie do Lotte, aby nie doce­niać tego, że wresz­cie mogą być razem. Wyko­rzy­sty­wał ten czas na poranny roz­ruch, do czego skło­niły go prze­my­śle­nia o tym, jak szybko może stra­cić formę, korzy­sta­jąc z dobro­dziejstw leni­wego życia rodzin­nego. Dla­tego co rano sta­rał się bie­gać po wzgó­rzach ota­cza­ją­cych mia­steczko.

Dzi­siaj jak zwy­kle ruszył moc­nym tem­pem ulicą, kie­ru­jąc się na szczyt wznie­sie­nia, na któ­rego zbo­czu usy­tu­owany był dom Jun­gów. Wyda­wało mu się, że jest sam na ulicy. Wil­gotny pora­nek, gdy nocne pasma mgły osia­dały na grun­cie, a w powie­trzu na­dal wiro­wały drobne kro­ple, znie­chę­cał do wycho­dze­nia z cie­płego domu. Na końcu pustej ulicy, nie­mal na skraju lasu, jego uwagi nie uszedł ruch w czar­nym samo­cho­dzie zapar­ko­wa­nym obok chod­nika. Lata dzia­ła­nia w cha­rak­te­rze agenta wywiadu wyro­biły w nim nawyk czuj­no­ści i obser­wo­wa­nia oto­cze­nia. Dla­tego nie mógł zlek­ce­wa­żyć dziw­nej sytu­acji. Mija­jąc auto, zauwa­żył, że ma zapa­ro­wane od wewnątrz szyby, jakby ktoś długo w nim sie­dział. Był zbyt bli­sko, żeby bez zatrzy­my­wa­nia się dostrzec coś wię­cej. W boga­tym rejo­nie Meilen, w któ­rym miesz­kał, samo­chody zazwy­czaj par­ko­wały na tere­nie pose­sji, a nie na ulicy. Tym bar­dziej zaś nikt nie powi­nien sie­dzieć o świ­cie w pojeź­dzie, nawet jeżeli przy­je­chał do jed­nego z miesz­kań­ców i nie chciał go budzić.

W ciszy spo­koj­nego poranka odgłos wystrzału z broni z tłu­mi­kiem był led­wie sły­szalny, ale i tak zaska­ku­jący, więc Carl zare­ago­wał dopiero po chwili. Usko­czył w bok i bły­ska­wicz­nie rozej­rzał się dookoła. Dostrzegł dobrze zbu­do­wa­nego męż­czy­znę w czar­nej krót­kiej kurtce sto­ją­cego obok samo­chodu, który nie­dawno minął. Tam­ten po chy­bio­nym pierw­szym strzale wła­śnie ponow­nie celo­wał do niego z pisto­letu. Carl rzu­cił się despe­racko w prawo, pomię­dzy naj­bliż­sze drzewa. Był to bar­dziej auto­ma­tyczny odruch niż prze­my­ślana kal­ku­la­cja, że wśród pni znaj­dzie sku­teczną osłonę.

Cho­wa­jąc się za gru­bym drze­wem, ponow­nie zer­k­nął ostroż­nie w kie­runku, gdzie powi­nien znaj­do­wać się strze­lec. Zoba­czył, że napast­nik ener­gicz­nym kro­kiem idzie w jego stronę, zamie­rza­jąc dokoń­czyć swoje zada­nie. Z samo­chodu wysiadł drugi męż­czy­zna i trzy­ma­jąc w ręku pisto­let, rów­nież kie­ro­wał się tam, gdzie ukrył się von Wedel.

Zro­zu­miał, że nie ma chwili do stra­ce­nia. Dwóch uzbro­jo­nych prze­ciw­ni­ków to zde­cy­do­wa­nie za dużo, żeby pró­bo­wać sta­wić im czoła. Pobiegł pomię­dzy gęsto rosną­cymi drze­wami, licząc na to, że osło­nią go przed kolej­nymi strza­łami. Nasłu­chi­wał, ale z tyłu nie sły­szał nic podej­rza­nego. Po kil­ku­na­stu metrach tra­fił na zna­jomą ścieżkę, którą codzien­nie bie­gał. Zwy­kle poru­szał się po szczy­cie wzgó­rza, aby na końcu pła­skiego terenu skie­ro­wać się w dół w stronę Jeziora Zury­skiego. Odru­chowo teraz też nią pobiegł. Przed oczami miał na­dal podej­rzany samo­chód i nie mógł sobie wyba­czyć, że nie zacho­wał więk­szej czuj­no­ści.

Po pew­nym cza­sie zatrzy­mał się i obej­rzał do tyłu. Nikogo nie zoba­czył, nato­miast pomię­dzy drze­wami naj­pierw usły­szał, a potem zauwa­żył zarys wolno poru­sza­ją­cego się pojazdu. Roślin­ność była zbyt gęsta, aby mógł roz­po­znać, co jedzie pobli­ską drogą, ale natych­miast pomy­ślał o czar­nym samo­cho­dzie. Ana­li­zo­wał gorącz­kowo sytu­ację. Kto go ściga? Hitle­row­skie służby? To był logiczny wnio­sek. Nie odno­to­wał jed­nak dotąd żad­nych symp­to­mów, żeby służby spe­cjalne III Rze­szy mogły się nim inte­re­so­wać i odna­leźć go w Szwaj­ca­rii. Może jed­nak ban­dyci polu­jący na boga­tego miesz­kańca Meilen? Nie, to bzdura! Wró­ciła kon­cep­cja, że ujaw­nie­nie jego dzia­łal­no­ści jako pol­skiego agenta wewnątrz nie­miec­kiego wywiadu woj­sko­wego, a w szcze­gól­no­ści udział w wykra­dze­niu z taj­nego obiektu w Doli­nie Olczy­skiej cen­nego archi­wum mogły skło­nić sze­fów Głów­nego Urzędu Bez­pie­czeń­stwa Rze­szy do zemsty. Dosko­nale pamię­tał dra­ma­tyczną roz­mowę w gabi­ne­cie komen­danta ośrodka, w trak­cie któ­rej kil­ka­krot­nie padało nazwi­sko szefa wywiadu Wal­tera Schel­len­berga jako nad­zo­ru­ją­cego misję Obersturmbannführera Wanke, z zacie­kło­ścią ści­ga­ją­cego Carla. Czy wobec zbli­ża­ją­cego się upadku Rze­szy mogli zde­cy­do­wać się wysłać ludzi, aby uka­rać zdrajcę? To był jedyny roz­sądny wnio­sek.

Za drze­wami sil­nik zgasł i wyda­wało mu się, że usły­szał trza­śnię­cie drzwi­czek samo­cho­do­wych. Posta­no­wił spraw­dzić, co to ozna­cza. Pomię­dzy rośli­nami zoba­czył, że dwaj męż­czyźni wcho­dzą do lasu. Obaj mieli tym razem schme­is­sery. Teraz nie miał już żad­nych wąt­pli­wo­ści -?z pew­no­ścią polo­wali na niego. Pobiegł ścieżką, byle dalej od prze­śla­dow­ców. Sta­rał się poru­szać jak naj­ci­szej w nadziei, że nie usły­szą jego kro­ków. Widząc prze­rze­dza­jące się drzewa, pomy­ślał, że uciek­nie tym dwóm. I wów­czas padł kolejny strzał, a kula prze­le­ciała tuż obok jego głowy.

Rzu­cił się na zie­mię. Leżąc pomię­dzy rośli­nami, na mokrej ściółce, czuł para­li­żu­jącą bez­rad­ność. Ten, kto przed chwilą strze­lił do niego, blo­kuje mu dal­szą drogę ucieczki. Z tyłu zapewne zbli­żali się ci dwaj z pisto­le­tami maszy­no­wymi. Pozo­sta­wało zerwać się i biec w poprzek gęstego zagaj­nika, licząc, że jed­nak uda się zmy­lić pogoń. Ale nie wie­dział, czy nie byłoby to wysta­wie­nie się na cel. Zda­wało mu się, że sły­szy ciche kroki na igli­wiu. Już miał się zerwać, gdy nagle dobiegł go okrzyk od strony ulicy:

-?Co tam się dzieje?! Kto strze­lał?!

Uniósł ostroż­nie głowę i naj­pierw zauwa­żył męż­czy­znę z pisto­le­tem sto­ją­cego metr od niego i odwró­co­nego w stronę miej­sca, skąd dobiegł głos. Przed nim, w otwar­tej bra­mie roz­le­głej rezy­den­cji dostrzegł star­szego męż­czy­znę, który ręką wska­zy­wał strzelca w czar­nej kurtce.

-?Widzę cię. Co ty tam robisz?! Nie ruszaj się! Już powia­do­mi­łem poli­cję, zaraz tu będą!

Strze­lec wyćwi­czo­nym ruchem uniósł broń i wyce­lo­wał. Nie zdą­żył strze­lić, ponie­waż w tym samym momen­cie Carl sko­czył mu na plecy. Wytrą­cony pisto­let upadł na zie­mię, a męż­czy­zna pod cię­ża­rem von Wedela runął na brzuch. Carl pró­bo­wał go obez­wład­nić, obej­mu­jąc lewą ręką gar­dło prze­ciw­nika, a prawą sta­ra­jąc się wykrę­cić jego rękę. Nie dał jed­nak rady. Męż­czy­zna jakoś uwol­nił się od chwytu za gar­dło i szyb­kim ruchem ciała wysu­nął się spod von Wedela. Zerwał się na nogi i sta­nął gotowy do walki. Carl celowo spo­wol­nił pod­no­sze­nie się z ziemi, by nagłym manew­rem wycią­gnię­tymi rękami zaata­ko­wać nogi tam­tego. Pomimo szyb­kiej reak­cji prze­ciw­nika von Wede­lowi udało się chwy­cić jego jedną koń­czynę, po czym szarp­nął ją, powo­du­jąc upa­dek tam­tego. Carl rzu­cił się w jego stronę, chcąc wyko­rzy­stać to, co uznał za prze­wagę. Jed­nak nim upadł na męż­czy­znę, został tra­fiony moc­nym cio­sem w twarz. Lekko go to zamro­czyło, przez co tam­ten zdo­łał na niego sko­czyć. Jed­no­cze­śnie od strony lasu roz­legł się ciężki tupot. Carl zro­zu­miał, że nad­bie­gają wspól­nicy męż­czy­zny, z któ­rym wal­czył, i zaraz siły staną się bar­dzo nie­równe. Sły­szał kolejne okrzyki dobie­ga­jące sprzed pobli­skiej rezy­den­cji, mające zapewne wystra­szyć napast­ni­ków. Prze­rwała je krótka seria ze schme­is­sera, po któ­rej star­szy męż­czy­zna nagle zamilkł.

Von Wedel poczuł, jak na jego twarz spa­dają jedno po dru­gim ude­rze­nia pię­ścią. Sta­rał się osło­nić lewym przed­ra­mie­niem przed kolej­nymi cio­sami, a prawą ręką roz­pacz­li­wie walił w prze­ciw­nika. Bar­dziej niż ból z powodu cio­sów tam­tego czuł wście­kłość, wie­dząc, że we trójkę tamci szybko go poko­nają. Pró­bo­wał się jesz­cze szar­pać w nadziei, że zrzuci z sie­bie prze­ciw­nika. Kiedy prawą dło­nią szu­kał opar­cia na ziemi, nagle wyczuł jakiś twardy przed­miot. Zro­zu­miał, że obok niego leży pisto­let tam­tego. Jego prze­ciw­nik jed­nak rów­nież zauwa­żył leżącą broń i pró­bo­wał chwy­cić ją lewą ręką. Carl był szyb­szy, a w dodatku miał szczę­ście, gdyż pisto­let leżał w pozy­cji pasu­ją­cej do dłoni. Nie zasta­na­wia­jąc się nawet chwili, bły­ska­wicz­nie skie­ro­wał broń w stronę prze­ciw­nika i naci­snął spust. Miał wra­że­nie, że huk wystrzału roz­sa­dził mu głowę, ale natych­miast strze­lił jesz­cze raz. Od razu poczuł, jak bez­władne ciało męż­czy­zny zaczyna osu­wać się w lewą stronę. Z powodu nie­zno­śnego bólu w uszach dopiero po chwili usły­szał gdzieś bli­sko dźwięk syreny samo­chodu poli­cyj­nego. Towa­rzy­szył mu odgłos dłu­gich serii z pisto­letów maszy­no­wych. Carl uniósł głowę i zdą­żył jesz­cze dostrzec plecy dwóch męż­czyzn wbie­ga­ją­cych do lasu. Jeden odwró­cił się i posłał kolejną serię w stronę ulicy. O tym, że nie tra­fił, świad­czył fakt, iż w jego stronę padły kolejne strzały z pisto­letów. Po chwili obok von Wedela uklęk­nął szwaj­car­ski poli­cjant, ostroż­nie spraw­dza­jąc, w jakim jest sta­nie.

A Car­lowi przez głowę prze­le­ciała zaska­ku­jąca myśl: "Znowu jestem w akcji!".