Torcik węgierski
Kawiarenka była nieduża; właściwie był to bar cukierniczy, bo zamawiało się przy kontuarze u zadbanej, smutnawej trzydziestolatki. Z radia nastrojonego na niemiecką falę płynęły angielskie piosenki, przerywane co jakiś czas jakimś obwieszczeniem w dziarskim języku sąsiadów, lecz porozmawiać się dało. Choć na ogół nie było komu. Kawiarenka stała - dosłownie: stała, bo urządzono ją w kontenerze, z rodzaju gotowców, mogących służyć za smażalnię czy inny, przenośny lokal usługowy - niedaleko Parku Zdrojowego, ale przy bocznej, mniej uczęszczanej ulicy.
Czasem ktoś wszedł na galaretkę czy ciastko, na lody nie była jeszcze pora. Posiedział, zjadł, wyszedł. Zostawałem ja i smutnawa trzydziestolatka. Nie patrzyliśmy zresztą na siebie, zajęci sobą - czyli niczym specjalnym.
Miałem czas między zabiegami i nie opłacało mi się wracać do sanatorium. Siadałem więc tam - przy białej kawie i "Przeglądzie Sportowym". Miałem czas, ręcznik i klapki. Prawie jak turysta. Siadałem zwykle w niszy przy oknie, bo w tym kontenerze były duże, ładne okna, prawie na całą ścianę. Przez to okno nie widziało się niczego szczególnego - zaparkowane ciasno samochody i przeciwną stronę ulicy, z zamkniętym na głucho wejściem do dawnego kina. Było tam też kasyno dla marynarzy naszej zbrojnej floty, acz musieli chyba wypłynąć gdzieś na dłużej, bo nigdy ich w okolicy nie spostrzegłem, a parę przylepionych do szyby filmowych plakatów wskazywało na repertuar sprzed dobrych kilku lat.
Teraz też chciałem usiąść przy oknie, żeby sobie na te plakaty melancholijnie popatrzeć, ale stolik był zajęty.
Przyszli chyba tuż przede mną, bo jeszcze nic nie zamówili. I siedzieli jakoś tak półgębkiem, półdupkiem. Jakby się zdecydować nie mogli. On w kurteczce do bioder, dość nachalnie imitującej skórę, ona w wiatrówce z kapturem, żółtej, obszernej. Przez to drobniejsza może niż bez wiatrówki.
Zerknąłem nieżyczliwie, nie odpowiedzieli mi spojrzeniem. Ale dzięki temu mogłem sobie na nich chwilę popatrzeć. Nie byli przesadnie młodzi, ale wystarczająco, bym poczuł trochę zawiści. No i trzymali się za ręce. A dokładniej: on trzymał dłoń na jej dłoni leżącej na blacie stolika. Niedaleko tych dłoni stał dzbanuszek konwalii. Jak na studenckiej etiudzie filmowej z lat mocno minionych.
Wycofałem się do stolika przy wieszaku. Krępującego, bo na wprost drzwi. Wieszak stał sobie pusty, odgrodziłem się więc od nich kurtką i poszedłem po swoje. Miałem ochotę zamówić "to co zawsze", ale smutnawa trzydziestka spojrzała na mnie, jakby zobaczyła mnie pierwszy raz. Poprosiłem o kawę z mlekiem. Miałem też chęć na kawałek sernika, lecz ukarałem obsługę wstrzemięźliwością.
Zresztą on stał już za mną i wolałem wyglądać w jego oczach na faceta zamawiającego kawę jedynie.
Wróciłem do stolika, ale usłyszałem, że poprosił o piwo. I ciastko. - Jakie? - zapytała trzydziestka. Wzruszył ramionami. - Może być torcik węgierski? - dopytała się grzecznie. - Węgierski? - zdziwił się, jakby usłyszał coś niestosownego. Ale skinął głową.
Poczekał aż szklanka podstawiona pod piwny kran zapieni się na odpowiedniej wysokości, a barmanka ułoży na talerzyku czekoladową kostkę torciku udekorowanego wiśnią w likierze.
Piłem swoją kawę i przeglądałem "Przegląd", a oni przy moim stoliku milczeli, zasłonięci moją kurtką. Swoich nie zdjęli.
On pewno sobie sączył, a ona dziobała widelcem.
W końcu ich usłyszałem. Nie było to trudne, mimo wysoko płynącej niemieckiej fali. Jakby tonacja rozmowy dostrajała się do tej wysokości, a nawet pokonywała ją, rywalizując o mnie jak o słuchacza. Początkowe zdania umknęły mi jednak, czy może po prostu obyło się bez tych zdań, gdyż rozmowa przy stoliku stanowiła naturalną kontynuację prowadzonej wcześniej, na ulicy.
-?Popatrz, kurwa - mówił on - ja jej, kurwa, mówię: odpowiedz mi, a ona na to, że ją głowa boli.
W jego głosie słychać było wyraźnie, że opowiada o czymś, co uważa za ważny argument. Ważny, a zlekceważony. Mówił jednak tak, jakby wypowiadał kwestię, powtarzał tekst, który wspólnie już znali. Może trochę inaczej, lecz w tym samym sensie.
-?Bo to, kurwa, takie kurewskie zachowanie - powiedziała ona. Bez szczególnej złości. Jakby na potwierdzenie, na echo.
-?Kiedyś, kurwa, budzę się, a tu śmierdzi jak chuj. Zaglądam, kurwa, do gara, a tam spalone ziemniaki. No żesz, kurwa, syf.
-?Fleja taka, kurwa.
-?Żeby tam kurwa, to by może fleja nie była.
-?To mówię, że fleja. Nie, że kurwa. Kurwa to tak sobie mówię.
Cisza. Sączą, dziobią. Patrzę na trzydziestkę, ogląda kolorowy tygodnik. Naprawdę ogląda, leniwie, strona po stronie, z uwagą.
-?No i jak się, kurwa, do dzieci odnosi.
-?Trzeba ją było, kurwa, opierdolić.
-?Ją, kurwa, opierdolić? Chuj by z tego przyszło.
Przyszedł, pomyślałem. Ale z wahaniem.
-?No, bo, faktycznie, to jej słownictwo - mówi ona. - Ja to, kurwa, klnę, nie powiem. Ale ta? O, kurwa.
Bez wykrzyknika. W całej rozmowie ani jednego wykrzyknika.
-?I widzisz - powiedział, jakby stawiał kropkę. Z nagłą bezradnością. Prawie cicho. Prawie go nie usłyszałem.
-?I widzisz - odpowiedziała. Prawie tak samo.
Więcej się nie odezwali. Z radia popłynął serwis po niemiecku, prawie saski.
Zaczęło padać. Ktoś spod czarnego parasola zajrzał do środka kawiarenki przez szybę w drzwiach, ale się zniechęcił, że tak pusto, i poszedł dalej. Też powinienem. Czekałem jednak, nie bardzo sam wiedząc po co, że oni wstaną i wyjdą pierwsi. Tak jakbym po ich wyjściu mógł jeszcze coś, czego przed nie potrafię.
Doczekałem się, wyszli. Brzęknął dzwoneczek nad drzwiami. I na moim stoliku stały konwalie. Podniosłem dzbanuszek. Pachniały jak konwalie.
Wstałem, żeby podejść do kontuaru i zapłacić. Gdybym był narratorem dziewiętnastowiecznej noweli, spytałbym smutnawą, zadbaną o tych dwoje. A ona by mi opowiedziała ich historię. Nie zapytałem. Nie było kogo. Musiała chyba wejść za kotarę, na zaplecze. Stałem, gapiąc się na podświetlony bufet z ciastkami i deserami. Chrząknąłem raz, drugi. Niezbyt głośno; mogłaby jeszcze usłyszeć i naprawdę wyjrzeć zza kotary. Odliczyłem pieniądze i położyłem na ladzie.
Ruszyłem do drzwi, ale cofnąłem się i podszedłem do stolika, przy którym jeszcze niedawno siedzieli. Na szklance zostały ślady piany, jej talerzyk też był prawie pusty. Tyle że na samym środku leżała wisienka. Odruchowo wyciągnąłem rękę. I wstrzymałem zaraz, nie wiedząc - z zażenowania czy obrzydzenia.
A potem, niespodzianie, zerkając przez ramię czy nikt nie widzi, chwyciłem wisienkę w dwa palce i szybko wsunąłem do ust.