Campo santo - W. G. Sebald

Kup ebooka

33.00 zł
27.06 zł (27,06 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Mała wy­cieczka do Ajac­cio

We wrze­śniu ubie­głego roku, pod­czas dwu­ty­go­dnio­wych wa­ka­cji na Kor­syce, po­je­cha­łem pew­nego razu nie­bie­skim au­to­bu­sem li­nio­wym w dół za­chod­niego wy­brzeża do Ajac­cio, aby się tro­chę ro­zej­rzeć po tym mie­ście, o któ­rym wie­dzia­łem je­dy­nie, że tam przy­szedł na świat ce­sarz Na­po­leon. Był piękny, pro­mienny dzień, po­wiew bryzy znad mo­rza po­ru­szał lekko wit­kami palm na Place Ma­réchal Foch, w por­cie jak wielka góra lo­dowa stał śnież­no­biały sta­tek tu­ry­styczny, ja zaś, w po­czu­ciu, że je­stem wolny i swo­bodny, wę­dro­wa­łem po ulicz­kach, nie­kiedy za­cho­dzi­łem do ciem­nych, prze­past­nych bram, z pew­nym na­bo­żeń­stwem od­czy­ty­wa­łem na­zwi­ska ob­cych lo­ka­to­rów na bla­sza­nych skrzyn­kach na li­sty i pró­bo­wa­łem so­bie wy­obra­zić, jak by to było, gdy­bym miesz­kał w jed­nej z tych ka­mien­nych twierdz, za­jęty aż do końca ży­cia wy­łącz­nie stu­dio­wa­niem mi­nio­nego i mi­ja­ją­cego czasu. Po­nie­waż jed­nak nikt z nas nie może na­prawdę tylko po pro­stu so­bie być i wszy­scy mu­simy za­wsze przed­się­brać coś mniej lub bar­dziej sen­sow­nego, kieł­ku­jącą we mnie ide­alną wi­zję paru ostat­nich, nie­skrę­po­wa­nych żad­nymi obo­wiąz­kami lat wkrótce wy­parła po­trzeba za­peł­nie­nia czymś po­po­łu­dnia, i tak to, sam nie wiem jak, zna­la­złem się w hallu Mu­sée Fesch z no­tat­ni­kiem, ołów­kiem i bi­le­tem wstępu w ręce.

Jo­seph Fesch, jak prze­czy­ta­łem po­tem w swoim sta­rym Gu­ide Bleu, był sy­nem matki Le­ty­cji Bo­na­parte z jej póź­nego, dru­giego mał­żeń­stwa z pew­nym szwaj­car­skim ofi­ce­rem w służ­bie ge­nu­eń­skiej, a więc przy­rod­nim wu­jem Na­po­le­ona. W po­cząt­kach swo­jej ekle­zja­stycz­nej ka­riery spra­wo­wał po­śledni urząd ko­ścielny w Ajac­cio. Mia­no­wany wsze­lako przez sio­strzeńca ar­cy­bi­sku­pem Lyonu i am­ba­sa­do­rem przy Sto­licy Apo­stol­skiej, stał się jed­nym z naj­bar­dziej nie­na­sy­co­nych ko­lek­cjo­ne­rów sztuki w tej epoce - epoce, kiedy to ry­nek był do­słow­nie za­lany ob­ra­zami i dzie­łami, za re­wo­lu­cji po­ścią­ga­nymi z ko­ścio­łów, klasz­to­rów i pa­ła­ców, ode­bra­nymi emi­gran­tom i zdo­by­tymi przy plą­dro­wa­niu ho­len­der­skich i wło­skich miast.

Fesch za­mie­rzał ni mniej, ni wię­cej, tylko udo­ku­men­to­wać w swo­jej pry­wat­nej ko­lek­cji całą hi­sto­rię sztuki eu­ro­pej­skiej. Nie wia­domo do­kład­nie, ile ob­ra­zów fak­tycz­nie po­sia­dał, po­dobno około trzy­dzie­stu ty­sięcy. Wśród tego, co po jego śmierci w 1838 roku i po roz­ma­itych ma­chloj­kach Jó­zefa Bo­na­par­tego, który był wy­ko­nawcą te­sta­mentu, tra­fiło do spe­cjal­nie w tym celu zbu­do­wa­nego w Ajac­cio mu­zeum, znaj­duje się Ma­donna Co­sima Tury, Ma­donna pod gir­landą Bot­ti­cel­lego, Mar­twa na­tura z tu­rec­kim ko­bier­cem Pier­fran­ce­sca Cit­ta­di­niego, Owoce z pa­pugą Spa­dina, Por­tret mło­dzieńca z rę­ka­wiczką Ty­cjana i inne cu­downe ob­razy.

Naj­pięk­niej­szy owego po­po­łu­dnia wy­dał mi się pe­wien ob­raz Pie­tra Pa­oli­niego, który żył i pra­co­wał w XVII wieku w Lukce. Przed­sta­wia na ma­to­wo­czar­nym, tylko ku le­wej stro­nie prze­cho­dzą­cym w bar­dzo ciemny brąz tle może trzy­dzie­sto­let­nią ko­bietę. Ko­bieta ma wiel­kie, me­lan­cho­lijne oczy i nosi suk­nię ko­loru nocy, na­wet w za­ry­sach nie­od­ci­na­jącą się od ciem­nego oto­cze­nia, czyli wła­ści­wie nie­wi­doczną, a prze­cież obecną każ­dym fał­dem i za­ła­ma­niem ma­te­riału. Jej szyję ota­cza na­szyj­nik z pe­reł. Prawą ręką obej­muje opie­kuń­czo có­reczkę, która stoi przed nią bo­kiem, zwró­cona ku skra­jowi ob­razu, ale po­ważną twarz, zda­wa­łoby się, ze śla­dami le­d­wie obe­schłych łez, ob­raca w kie­runku wi­dza jak gdyby z nie­mym wy­zwa­niem. Dziew­czynka ma na so­bie ce­gla­sto­czer­woną suk­nię, czer­wony strój nosi też naj­wy­żej trzy­ca­lowy żoł­nie­rzyk-lalka, któ­rego dziew­czynka wy­ciąga w na­szą stronę, czy to dla upa­mięt­nie­nia ojca bę­dą­cego na wy­pra­wie wo­jen­nej, czy to dla obrony przed na­szym złym spoj­rze­niem. Długo sta­łem przed tym po­dwój­nym por­tre­tem i wi­dzia­łem ujętą w nim, jak mi się wtedy wy­da­wało, całą nie­zgłę­bioną nie­dolę ży­cia.

Nim opu­ści­łem mu­zeum, zsze­dłem jesz­cze do su­te­reny, gdzie wy­sta­wiony jest zbiór na­po­le­oń­skich pa­mią­tek i de­wo­cjo­na­liów. Są tam ozdo­bione głową i ini­cja­łami Na­po­le­ona no­żyki do otwie­ra­nia li­stów, pie­czątki, noże sprę­ży­nowe, ta­ba­kierki i puszki na ty­toń, mi­nia­tury wszyst­kich krew­nych i mnó­stwa po­tom­ków, syl­wetki i bi­skwi­towe me­da­liony, stru­sie jajo z wy­ma­lo­waną sceną egip­ską, ta­le­rze z barw­nej ma­jo­liki, por­ce­la­nowe fi­li­żanki, gip­sowe po­pier­sia, ala­ba­strowe fi­gurki, od­lany z brązu Na­po­leon na wiel­błą­dzie oraz, pod szkla­nym klo­szem pra­wie wy­so­ko­ści czło­wieka, kro­jem przy­po­mi­na­jąca frak, nad­je­dzona przez mole mun­du­rowa kurtka z czer­wo­nymi la­mów­kami i dwu­na­stoma mo­sięż­nymi gu­zi­kami - "L'ha­bit d'un co­lo­nel des Chas­seurs de la Garde, que porta Na­po­léon Ier".

Poza tym można obej­rzeć liczne wy­ko­nane z ka­mie­nia my­dla­nego i ko­ści sło­nio­wej po­sążki ce­sa­rza, które uka­zują go w zna­nych po­zach, naj­pierw wiel­ko­ści około dzie­się­ciu cen­ty­me­trów, a po­tem co­raz to mniej­sze, aż wła­ści­wie nic już nie wi­dać, tylko ślepą plamkę bieli, może ga­snący punkt zbiegu hi­sto­rii ludz­ko­ści. Jedna z tych mi­ni­fi­gu­rek przed­sta­wia Na­po­le­ona po ab­dy­ka­cji "sur le ro­cher de l'île de Sa­inte-Hél?ne". Na­po­leon, nie więk­szy od ziarnka gro­chu, w płasz­czu i trój­gra­nia­stym ka­pe­lu­szu, sie­dzi w po­zy­cji ka­wa­le­ryj­skiej na sto­łeczku, który umiesz­czony jest na czubku fak­tycz­nie po­cho­dzą­cego z wy­spy odłamka tufu, i ze zmarsz­czoną brwią pa­trzy w dal. Na pewno nie było mu słodko, tam, po­śród pust­ko­wia Atlan­tyku, i mu­siało mu bra­ko­wać pod­niet mi­nio­nego ży­cia, zwłasz­cza że, jak się zdaje, na nie­licz­nych wier­nych dru­hach, któ­rzy to­wa­rzy­szyli mu w osa­mot­nie­niu, też nie można było po­le­gać.

Ta­kie wnio­ski na­su­wałby przy­naj­mniej opu­bli­ko­wany w dniu mo­jej wi­zyty w Mu­sée Fesch ar­ty­kuł w "Corse-Ma­tin", w któ­rym nie­jaki pro­fe­sor René Maury twier­dzi, że prze­pro­wa­dzone w la­bo­ra­to­riach FBI ba­da­nia kilku wło­sów z głowy ce­sa­rza do­wo­dzą nie­zbi­cie, "que Na­po­léon a len­te­ment été em­po­isonné a l'ar­se­nic a Sa­inte-Hél?ne, en­tre 1817 et 1821, par l'un de ses com­pa­gnons d'exil, le comte de Mon­tho­lon, sur l'in­sti­ga­tion de sa femme Al­bine qui était de­ve­nue la ma­îtresse de l'em­pe­reur et s'est tro­uvée en­ce­inte de lui". Nie wiem do­prawdy, co na­leży są­dzić o ta­kich hi­sto­riach. Wszak mit Na­po­le­ona zro­dził naj­prze­dziw­niej­sze opo­wie­ści, za­wsze po­wo­łu­jące się na nie­od­parte fakty. Kafka na przy­kład opo­wiada, że 11 li­sto­pada 1911 roku był w Ru­dol­fi­num na con­férence, któ­rej te­ma­tem była la légende de Na­po­léon, i że nie­jaki Ri­che­pin, krzepki pięć­dzie­się­cio­la­tek o szczu­płej ta­lii i na­stro­szo­nej kę­dzie­rzawo, a za­ra­zem przy­le­ga­ją­cej do czaszki fry­zu­rze na mo­dłę Dau­deta, twier­dził mię­dzy in­nymi, ja­koby daw­niej co roku otwie­rano grób Na­po­le­ona, aby de­fi­lu­jący przed nim in­wa­li­dzi mo­gli uj­rzeć za­bal­sa­mo­wa­nego ce­sa­rza. Ale jako że jego twarz była już nieco obrzmiała i zie­lon­kawa, po­tem zwy­czaj do­rocz­nego otwie­ra­nia grobu za­rzu­cono. Sam Ri­che­pin jed­nak, pi­sze Kafka, wi­dział jesz­cze mar­twego ce­sa­rza, trzy­many na ręku przez stry­jecz­nego dziadka, który swego czasu słu­żył w Afryce i dla któ­rego ko­men­dant spe­cjal­nie po­le­cił otwo­rzyć grób. Zresztą con­férence, jak czy­tamy da­lej w za­pi­sku Kafki, za­koń­czyła się przy­sięgą pre­le­genta, że na­wet za ty­siąc lat każdy okruch jego zwłok, gdyby miał świa­do­mość, go­tów byłby po­dą­żyć na we­zwa­nie Na­po­le­ona.

Opu­ściw­szy mu­zeum kar­dy­nała Fe­scha, przez czas ja­kiś sie­dzia­łem na ka­mien­nej ławce przy Place Le­ti­zia, który wła­ści­wie jest tylko nie­du­żym, po­ło­żo­nym mię­dzy wy­so­kimi do­mami, za­drze­wio­nym skwer­kiem, gdzie eu­ka­lip­tusy i ole­an­dry, palmy, drzewka lau­rowe i mirty two­rzą oazę w środku mia­sta. Że­la­zne szta­chety od­dzie­lają skwe­rek od ulicy, a po dru­giej stro­nie wznosi się biało tyn­ko­wana fa­sada Casa Bo­na­parte. Cho­rą­giew Re­pu­bliki po­wie­wała nad bramą, przez którą dość zwar­tym stru­mie­niem wcho­dzili i wy­cho­dzili zwie­dza­jący. Ho­len­drzy, Niemcy, Bel­go­wie, Fran­cuzi, Au­striacy, Włosi, a raz cała grupa bar­dzo dys­tyn­go­wa­nych sta­rych Ja­poń­czy­ków. Więk­szość z nich już od­pły­nęła i po­po­łu­dnie do­bie­gało kresu, gdy wresz­cie wsze­dłem do bu­dynku. Ciem­nawy hall był opu­sto­szały. Na­wet sta­no­wi­sko przy ka­sie wy­da­wało się pu­ste. Do­piero kiedy sta­ną­łem tuż przy la­dzie i wła­śnie się­ga­łem po jedną z wy­sta­wio­nych tam wi­do­kó­wek, do­strze­głem, że za ladą, na obi­tym czarną skórą, od­chy­lo­nym w tył biu­ro­wym krze­śle sie­dzi - a można by bez mała po­wie­dzieć: leży - młoda ko­bieta.

Trzeba było wręcz za­pu­ścić wzrok po­nad kra­wę­dzią lady, aby ją zo­ba­czyć, i to spoj­rze­nie na ka­sjerkę Casa Bo­na­parte, praw­do­po­dob­nie wy­po­czy­wa­jącą tylko po dłu­gim sta­niu i może przy­sy­pia­jącą, było jedną z owych dziw­nie roz­cią­gnię­tych w cza­sie chwil, które pa­mięta się jesz­cze po la­tach. Gdy ka­sjerka się pod­nio­sła, oka­zało się, że jest to dama bar­dzo słusz­nej po­stury. Można było ją so­bie wy­obra­zić na sce­nie ope­ro­wej, jak wy­czer­pana dra­ma­tem swego ży­cia, śpiewa La­scia­temi mo­rire albo ja­kąś inną fi­nalną arię. Da­leko oso­bliw­sze niż sko­ja­rze­nie z ope­rową diwą było jed­nak jej wi­doczne do­piero w na­stęp­nej chwili, po­tem zaś tym bar­dziej zdu­mie­wa­jące po­do­bień­stwo do ce­sa­rza Fran­cu­zów, w któ­rego domu ro­dzin­nym spra­wo­wała straż.

Miała tę samą okrą­głą twarz, te same duże, wy­łu­pia­ste oczy, te same opa­da­jące ko­smy­kami na czoło płowe włosy. Gdy wrę­czyła mi bi­let i zo­rien­to­wała się, że nie mogę ode­rwać od niej oczu, uśmiech­nęła się do mnie wy­ro­zu­miale i rze­kła gło­sem wręcz uwo­dzi­ciel­skim, że zwie­dza­nie domu za­czyna się od dru­giej kon­dy­gna­cji. Wsze­dłem po czar­nych mar­mu­ro­wych scho­dach i zdu­mia­łem się nie­mało, gdy na gór­nym po­de­ście przy­jęła mnie ko­lejna dama, która naj­wy­raź­niej rów­nież wy­wo­dziła się z li­nii na­po­le­oń­skiej bądź też ja­koś przy­po­mi­nała mi Mas­sénę albo Macka, albo jesz­cze któ­re­goś z owych le­gen­dar­nych mar­szał­ków fran­cu­skich, pew­nie dla­tego że za­wsze wy­obra­ża­łem ich so­bie jako ród ka­rzeł­ko­wa­tych he­ro­sów.

Dama, która ocze­ki­wała mnie u góry scho­dów, od­zna­czała się mia­no­wi­cie ude­rza­jąco ni­skim wzro­stem, które to wra­że­nie spo­tę­go­wane było jesz­cze przez krótką szyję i bar­dzo krót­kie, le­dwo się­ga­jące bio­der ręce. Po­nadto no­siła na so­bie ze­staw tri­co­lore: nie­bie­ską spód­nicę, białą bluzkę i czer­wony, opi­na­jący ta­lię pa­sek, któ­rego ma­sywna klamra o mo­sięż­nym po­ły­sku zde­cy­do­wa­nie miała w so­bie coś woj­sko­wego. Gdy do­tar­łem na naj­wyż­szy sto­pień, mar­szał­kini cof­nęła się w pół­ob­ro­cie i rze­kła: "Bon­jour mon­sieur", z tym sa­mym lekko iro­nicz­nym uśmie­chem, da­jąc mi, jak są­dzi­łem, do zro­zu­mie­nia, że wie o wiele wię­cej, niż mógł­bym przy­pusz­czać. Co­kol­wiek skon­ster­no­wany nie­wy­tłu­ma­czal­nym spo­tka­niem z tymi dwiema dys­kret­nymi wy­słan­nicz­kami prze­szło­ści, przez ja­kiś czas wę­dro­wa­łem na chy­bił tra­fił po po­ko­jach, zsze­dłem na pierw­sze pię­tro i znowu wró­ci­łem na dru­gie. Ele­menty wy­po­sa­że­nia i eks­po­naty do­piero stop­niowo i po­woli za­częły mi się skła­dać w ca­łość.

Ogól­nie wszystko wy­glą­dało tak, jak to opi­sał Flau­bert w swoim kor­sy­kań­skim dzien­niku po­dróży: ra­czej skromne po­koje urzą­dzone w gu­ście Re­pu­bliki, kilka świecz­ni­ków i lu­ster z we­nec­kiego szkła, z cza­sem po­pstrzo­nych pla­mami i ośle­płych; ła­godny pół­cień, bo tak jak wtedy, gdy go­ścił tu Flau­bert, skrzy­dła wy­so­kich okien były wpraw­dzie roz­warte na oścież, ale okien­nice z ciem­no­zie­lo­nych desz­czu­łek przy­mknięto. Świa­tło sło­neczne kła­dło się pa­sia­stymi smu­gami na dę­bo­wym par­kie­cie. Było tak, jakby od tam­tego czasu nie mi­nęła ani go­dzina. Z rze­czy wspo­mnia­nych przez Flau­berta bra­ko­wało tylko ce­sar­skiego płasz­cza ze zło­tymi psz­czo­łami, który wy­nu­rzał się z chia­ro­scuro przed jego oczyma. W ga­blo­tach spo­czy­wały do­ku­menty ro­dzinne, wy­pi­sane ozdob­nymi li­te­rami, dwie strzelby my­śliw­skie Carla Bo­na­par­tego, kilka pi­sto­le­tów i flo­ret.

Na ścia­nach wi­siały ka­mee i inne mi­nia­tury, sze­reg ko­lo­ro­wa­nych sta­lo­ry­tów przed­sta­wia­ją­cych bi­twy pod Fry­dlan­dem, Ma­rengo i Au­ster­litz oraz, w cięż­kich, po­kry­tych płat­kami złota ra­mach, drzewo ge­ne­alo­giczne ro­dziny Bo­na­par­tów, przed któ­rym na ko­niec się za­trzy­ma­łem. Na błę­kit­nym tle wy­strze­lał z bru­nat­nej ziemi ogromny dąb, na któ­rego ko­na­rach i ga­łę­ziach za­wie­szone były białe, wy­cięte z pa­pieru ob­łoczki, z wy­pi­sa­nymi imio­nami i da­tami ży­cia ogółu człon­ków ro­dziny ce­sar­skiej i póź­niej­szych na­po­le­oni­dów. Byli tu zgro­ma­dzeni wszy­scy, król Ne­apolu, król Rzymu i król West­fa­lii, Ma­rianna Eliza, Ma­ria Anun­cjata i Ma­ria Pau­lina, naj­ra­do­śniej­sza i naj­pięk­niej­sza z sied­miorga ro­dzeń­stwa, nie­szczę­sny książę Re­ich­stadtu, or­ni­to­log i ich­tio­log Ka­rol Lu­cjan, Plon-Plon, syn Hie­ro­nima i Ma­tyldy Le­ty­cji, jego córka, trzeci Na­po­leon, ten z wą­sami jak sznu­reczki, Bo­na­par­to­wie z Bal­ti­more i jesz­cze wielu in­nych.

Nie­po­strze­że­nie, za­pewne za­uwa­żyw­szy moją wy­raźną fa­scy­na­cję tym ge­ne­alo­gicz­nym dzie­łem sztuki, po­de­szła do mnie mar­szał­kini Ney i na­boż­nym szep­tem rze­kła, że ta créa­tion uni­que wy­ko­nana zo­stała pod ko­niec ubie­głego stu­le­cia przez córkę pew­nego no­ta­riu­sza i wiel­kiego ad­mi­ra­tora Na­po­le­ona w Corte. Li­ście i ło­dygi kwia­tów, wśród któ­rych dla ozdoby umiesz­czono parę mo­tyli, w dole ob­razu, po­wie­działa mar­szał­kini, to au­ten­tyczne za­su­szone ro­śliny z ma­kii, roj­niki, mirty i roz­ma­ryn, a ciemny, węź­la­sty pień, który od­cina się wy­pu­kło od błę­kit­nego tła, uple­ciony zo­stał z wło­sów dziew­czyny, która czy to z mi­ło­ści do ce­sa­rza, czy z mi­ło­ści do ojca, mu­siała spę­dzić nad tą ro­botą nie­skoń­czone go­dziny.

Z sza­cun­kiem po­ki­wa­łem głową na to wy­ja­śnie­nie i przez dłuż­szy czas jesz­cze tkwi­łem w miej­scu, nim się od­wró­ci­łem i opu­ści­łem salę, scho­dząc na pierw­sze pię­tro, gdzie ro­dzina Bo­na­par­tów miesz­kała od czasu przy­by­cia do Ajac­cio. Oj­ciec Na­po­le­ona, Carlo Bo­na­parte, który był se­kre­ta­rzem Pa­squ­ale Pa­oliego, po klę­sce, jaką pa­trioci po­nie­śli w nie­rów­nej walce z woj­skami fran­cu­skimi, ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa udał się do nad­brzeż­nego mia­sta. Wraz z Le­ty­cją, która wów­czas no­siła już w swoim ło­nie Na­po­le­ona, ru­szył przez gór­skie pust­ko­wia i wą­wozy in­te­rioru i wy­obra­żam so­bie, że dwie drobne osoby ja­dące na osioł­kach po­śród ma­je­sta­tycz­nej pa­no­ramy albo przy­cup­nięte sa­mot­nie w ciemną noc przy ogieńku mu­siały wy­glą­dać jak Ma­ria i Jó­zef na któ­rymś z licz­nych przed­sta­wień ucieczki do Egiptu. W każ­dym ra­zie ta dra­ma­tyczna po­dróż, je­śli wie­rzyć teo­rii o do­świad­cze­niu pre­na­tal­nym, tłu­ma­czy coś nie­coś z cha­rak­teru póź­niej­szego ce­sa­rza, nie na ostatku rów­nież to, że za­wsze za­ła­twiał wszystko z pew­nym nad­mia­rem po­śpie­chu, na przy­kład sprawę wła­snych na­ro­dzin, kiedy to tak gwał­tow­nie parł na­przód, że Le­ty­cja nie do­tarła na po­sła­nie po­łoż­nicy i zmu­szona była wy­dać go na świat na so­fie w tak zwa­nym żół­tym po­koju.

Może na pa­miątkę tych god­nych uwagi oko­licz­no­ści, na­zna­cza­ją­cych po­czątki jego drogi ży­cio­wej, Na­po­leon po­da­ro­wał póź­niej uwiel­bia­nej matce rzeź­bioną z ko­ści sło­nio­wej bo­żo­na­ro­dze­niową szopkę w dość wąt­pli­wym gu­ście, która do dziś wy­sta­wiona jest w Casa Bo­na­parte. Wpraw­dzie ani Le­ty­cji, ani Car­lowi w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych i osiem­dzie­sią­tych, kiedy przy­sto­so­wy­wano się do no­wego re­żimu, nie śniło się, że dzieci, co­dzien­nie za­sia­da­jące wraz z nimi wo­kół stołu w ja­dalni, awan­sują kie­dyś do rangi kró­lów i kró­lo­wych i że wła­śnie ten naj­więk­szy za­wa­diaka, wiecz­nie wi­kła­jący się w uliczne awan­tury ri­bu­lione, bę­dzie kie­dyś no­sił ko­ronę ogrom­nego, roz­cią­ga­ją­cego się nie­mal na całą Eu­ropę ce­sar­stwa.

Ale cóż mo­żemy z góry wie­dzieć o prze­biegu hi­sto­rii, która roz­wija się we­dle ja­kie­goś nie­do­stęp­nego żad­nej lo­gice prawa i nie­raz w de­cy­du­ją­cym mo­men­cie zmie­nia kie­ru­nek pod wpły­wem bła­ho­stek bez zna­cze­nia, jak le­dwo wy­czu­walny po­dmuch po­wie­trza, opa­da­jący na zie­mię liść albo spoj­rze­nie sprzę­ga­jące dwie pary oczu po­przez ludzką ciżbę. Na­wet pa­trząc wstecz, nie umiemy roz­po­znać, jak to na­prawdę było przed­tem i jak do­szło do tego czy owego zda­rze­nia z dzie­jów po­wszech­nych. Naj­do­kład­niej­sza wie­dza o prze­szło­ści nie bę­dzie bliż­sza prawdy, nie­uchwyt­nej dla żad­nej wy­obraźni, niż na przy­kład twier­dze­nie tak ab­sur­dalne jak to, które kie­dyś przed­ło­żył mi pe­wien za­miesz­kały w bel­gij­skiej sto­licy, od dzie­siąt­ków lat za­jęty ba­da­niami nad Na­po­le­onem, dy­le­tant na­zwi­skiem Al­fonse Huy­ghens, a zgod­nie z któ­rym wszyst­kie prze­wroty spo­wo­do­wane w eu­ro­pej­skich kra­jach i pań­stwach przez ce­sa­rza Fran­cu­zów tłu­ma­czyć na­leży po pro­stu jego dal­to­ni­zmem, unie­moż­li­wia­ją­cym od­róż­nia­nie ko­loru czer­wo­nego od zie­lo­nego. To­też, we­dle bel­gij­skiego ba­da­cza, im wię­cej krwi lało się na polu bi­twy, tym wię­cej świeżo po­ra­sta­ją­cej trawy wi­dział wo­kół sie­bie Na­po­leon.

W po­rze wie­czor­nej spa­ce­ro­wa­łem po Co­urs Na­po­léon, a po­tem prze­sie­dzia­łem dwie go­dziny w ma­łej knajpce nie­da­leko Gare Ma­ri­time, wpa­trzony w biały sta­tek. Przy ka­wie stu­dio­wa­łem ogło­sze­nia w lo­kal­nej ga­ze­cie i za­sta­na­wia­łem się, czyby nie pójść do kina. Bo lu­bię cho­dzić do kina w ob­cych mia­stach. Ale Judge Dredd w Em­pire,USS Ala­bama w Bo­na­parte i L'amour a tout prix w Le­ty­cji nie wy­da­wały mi się wła­ści­wym za­koń­cze­niem tego dnia. To­też koło dzie­sią­tej by­łem znów w ho­telu, w któ­rym za­kwa­te­ro­wa­łem się póź­nym przed­po­łu­dniem. Otwo­rzy­łem sze­roko okna i wy­glą­da­łem na da­chy mia­sta. Na uli­cach tęt­nił jesz­cze ruch, ale po­tem na­gle zro­biło się cał­kiem ci­cho, na kilka se­kund, aż, naj­wy­raź­niej le­d­wie o parę ulic da­lej, z krót­kim, su­chym ło­sko­tem eks­plo­do­wała bomba, co wszak na Kor­syce czę­sto się zda­rza. Po­ło­ży­łem się i wkrótce za­sną­łem, z dźwię­kiem klak­so­nów i sy­ren w uszach.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki