Camorra, mafia neapolitańska - Iwona Kienzler

Kup ebooka

44.99 zł
39.14 zł (37,58 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Słynny nie­miecki poeta doby roman­ty­zmu, Johann Wol­fgang Goethe, zachwy­cony perłą połu­dnio­wych Włoch, jaką jest mia­sto u stóp Wezu­wiu­sza, ukuł znane powie­dze­nie: "Zoba­czyć Neapol i umrzeć". Nie był odosob­niony w swo­ich zachwy­tach, bo wielu euro­pej­skich twór­ców podzie­lało jego odczu­cia i poszu­ki­wało natchnie­nia w cie­niu wąskich ulic i poma­rań­czo­wych gajów, roz­cią­ga­ją­cych się pod mia­stem. Wśród nich można wymie­nić także naszych rodzi­mych ludzi pióra: Juliu­sza Sło­wac­kiego i Hen­ryka Sien­kie­wi­cza, a z cza­sów bliż­szych współ­cze­sno­ści Gustawa Her­linga-Gru­dziń­skiego.

Neapol to rów­nież ojczy­zna pizzy, bo wła­śnie w tym mie­ście upie­czono ją po raz pierw­szy i była to, znana i popu­larna także dzi­siaj, pizza mar­ghe­rita. Swoją nazwę zawdzię­cza kró­lo­wej Mar­ghe­ri­cie, czyli Mał­go­rza­cie Sabaudz­kiej, żonie panu­ją­cego w latach 1878-1900 króla Hum­berta I, nota­bene pierw­szej kró­lo­wej zjed­no­czo­nych Włoch. Mał­żonka monar­chy odwie­dziła Neapol w 1889 roku, a przy oka­zji zja­dła wspo­mnianą pizzę, stwo­rzoną spe­cjal­nie z myślą o niej przez Raf­fa­elego Espo­sita z piz­ze­rii Brandi. Tra­dy­cyjne danie, które czę­sto gości na naszych taler­zach, powinno zawie­rać trzy kolory wło­skiej flagi: czer­wień pomi­do­rów, biel moz­za­relli oraz zie­leń świe­żej bazy­lii.

Pizza to nie­je­dyna kuli­narna duma tego pięk­nego mia­sta o nie­po­wta­rzal­nym kli­ma­cie: innymi spe­cjal­no­ściami neapo­li­tań­skiej kuchni jest spa­ghetti alla pesca­tora, czyli spa­ghetti z owo­cami morza i sosem ryb­nym, oraz zuppa di cozze - zupa z małży. Mia­sto - podob­nie jak cały region Kam­pa­nii, któ­rego jest sto­licą - sły­nie także z wyśmie­ni­tych win oraz limon­cello, czyli likieru cytry­no­wego. Słynny likier, pity zazwy­czaj po obfi­tym obie­dzie dla poprawy tra­wie­nia, do świata alko­holi wkro­czył sto­sun­kowo późno, bo dopiero w 1988 roku, kiedy Mas­simo Canale zare­je­stro­wał jego znak towa­rowy. Autor­stwo limon­cello przy­pi­suje się pra­babce Cana­lego, która na początku dwu­dzie­stego stu­le­cia pro­du­ko­wała je na wła­sne potrzeby z cytryn hodo­wa­nych w przy­do­mo­wym ogródku. Tak przy­naj­mniej twier­dzi rodzina Canale, cho­ciaż wśród znaw­ców tematu nie bra­kuje zwo­len­ni­ków teo­rii, że likier wyra­biali już śre­dnio­wieczni mnisi na połu­dniu Pół­wy­spu Ape­niń­skiego, a nawet że był znany tam­tej­szej lud­no­ści już w jede­na­stym wieku, kiedy to Kam­pa­nię nękały najazdy Sara­ce­nów.

Ale mia­sto skrywa inne, wyjąt­kowo mroczne obli­cze... Jest kolebką kamorry, groź­nej neapo­li­tań­skiej mafii, zapewne star­szej od dwóch pozo­sta­łych, czyli sycy­lij­skiej cosa nostry i kala­bryj­skiej 'ndran­ghety.

Zda­niem histo­ry­ków jej począt­ków należy szu­kać w mro­kach śre­dnio­wie­cza, acz­kol­wiek for­mal­nie ist­nieje od 1820 roku, kiedy w jed­nym z neapo­li­tań­skich kościo­łów powo­łano do życia Piękne Sto­wa­rzy­sze­nie Zre­for­mo­wane. Pod tą z pozoru nie­winną nazwą kryła się groźna orga­ni­za­cja prze­stęp­cza, o struk­tu­rze przy­po­mi­na­ją­cej sektę reli­gijną, rzą­dzącą się okre­ślo­nymi regu­łami i pra­wami. Jej zasad­ni­czym źró­dłem dochodu było pobie­ra­nie hara­czy za rze­komą ochronę od wszyst­kich, któ­rzy pro­wa­dzili jaką­kol­wiek dzia­łal­ność zarob­kową w Neapolu, bo w prze­ci­wień­stwie do ope­ru­ją­cej głów­nie na wsiach cosa nostry kamorra jest mafią typowo miej­ską. W dodatku zro­śniętą nie­ro­ze­rwal­nie z mia­stem u stóp Wezu­wiu­sza. Bez wąt­pie­nia jej roz­wo­jowi w dzie­więt­na­stym stu­le­ciu sprzy­jał fakt, że ówcze­sne organy ści­ga­nia bar­dziej sku­piały się na tro­pie­niu wszel­kiej maści libe­ra­łów nawo­łu­ją­cych do oba­le­nia Bur­bo­nów wła­da­ją­cych Kró­le­stwem Obojga Sycy­lii niż tępie­niu prze­stęp­czo­ści, w tym rosną­cej w siłę kamorry. Prze­stęp­com sprzy­jała też jawna nie­chęć oka­zy­wana poli­cji przez lokalną spo­łecz­ność. Takie same uczu­cia budziły organy ści­ga­nia oraz admi­ni­stra­cja narzu­cone połu­dniu Włoch przez cen­tralne wła­dze już po zjed­no­cze­niu kraju, co umoc­niło jesz­cze pozy­cję neapo­li­tań­skiej mafii.

Prze­stęp­cza orga­ni­za­cja stała się czymś w rodzaju pań­stwa w pań­stwie: miała wewnętrzny nie­pi­sany kodeks, okre­śla­jący normy postę­po­wa­nia, a nawet wła­sny, dwu­in­stan­cyjny sąd. Wspo­mniany sąd zaj­mo­wał się nie tylko wewnętrz­nymi spra­wami orga­ni­za­cji, ale także roz­strzy­gał róż­nego rodzaju spory neapo­li­tań­czy­ków nie­bę­dą­cych człon­kami Pięk­nego Sto­wa­rzy­sze­nia Zre­for­mo­wa­nego. To wła­śnie tam szu­kano roz­wią­zań dla wszel­kiego rodzaju pro­ble­mów, z któ­rymi nie radził sobie albo któ­rymi nie chciał się zająć nie­wy­dolny wymiar spra­wie­dli­wo­ści ówcze­snych Włoch. Pań­stwo zresztą było bez­silne wobec pro­blemu prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej, która roz­kwi­tała na połu­dniu kraju, od Kam­pa­nii po Sycy­lię. Wszel­kie próby ukró­ce­nia dzia­łal­no­ści kamorry podej­mo­wane przez lokal­nych stró­żów prawa oka­zy­wały się nie­wy­star­cza­jące i były z góry ska­zane na nie­po­wo­dze­nie. Z kolei cen­tralne wła­dze, pomimo wielu próśb i żądań, nie udzie­lały żad­nego wspar­cia w walce z Pięk­nym Sto­wa­rzy­sze­niem Zre­for­mo­wa­nym. Nie bez zna­cze­nia w tym przy­padku było popar­cie udzie­lane orga­ni­za­cji przez lokal­nych poli­ty­ków, zwłasz­cza posłów do par­la­mentu. Sojusz z kamorrą prze­kła­dał się bowiem na liczbę gło­sów uzy­ska­nych w wybo­rach. Z cza­sem Sto­wa­rzy­sze­nie znacz­nie posze­rzyło zakres swo­jej prze­stęp­czej dzia­łal­no­ści, włą­cza­jąc do niej prze­myt i kra­dzieże. Wpraw­dzie poli­cja nie potra­fiła sobie pora­dzić z wyple­nie­niem kamorry z pej­zażu połu­dnia Włoch, ale cza­sem stró­żom prawa uda­wało się aresz­to­wać nie­któ­rych z jej pro­mi­nent­nych bos­sów. Wyrok ogra­ni­cze­nia wol­no­ści nie ozna­czał jed­nak zaprze­sta­nia ani nawet prze­rwy w prze­stęp­czym pro­ce­de­rze, ponie­waż zwierzch­nicy Sto­wa­rzy­sze­nia dosko­nale radzili sobie z zarzą­dza­niem orga­ni­za­cją zza krat, nato­miast pobyt w zakła­dzie kar­nym sta­no­wił świetną oka­zję do pozy­ska­nia nowych kadr.

W końcu jed­nak zna­lazł się ktoś, kto pora­dził sobie z neapo­li­tań­ską mafią - kapi­tan kara­bi­nie­rów Carlo Fab­broni. W 1911 roku, korzy­sta­jąc z nie do końca etycz­nych metod, udało mu się wsa­dzić do wię­zie­nia więk­szość przy­wód­ców kamorry, a tym samym roz­bić jej struk­tury. W efek­cie dopro­wa­dził do likwi­da­cji Pięk­nego Sto­wa­rzy­sze­nia Zre­for­mo­wa­nego, zaś jego samego prasa ochrzciła mia­nem pogromcy kamorry. I rze­czy­wi­ście, na sku­tek pod­ję­tych przez niego dzia­łań potężna mafia stała się cie­niem samej sie­bie i prze­stała liczyć się w świe­cie prze­stęp­czym, co nie zna­czy, że nie ist­niała. Była wów­czas luź­nym związ­kiem drob­nych prze­stęp­ców zaj­mu­ją­cych się głów­nie kra­dzieżą i prze­my­tem.

Po dru­giej woj­nie świa­to­wej - nie bez udziału Lucky'ego Luciano, ame­ry­kań­skiego gang­stera o sycy­lij­skich korze­niach - nastą­pił praw­dziwy rene­sans kamorry, która z cza­sem prze­isto­czyła się w groźny i nie­bez­pieczny syn­dy­kat zbrodni. Dziś jej wpływy się­gają daleko poza gra­nice samego Neapolu, a nawet Włoch. W prze­ci­wień­stwie do zhie­rar­chi­zo­wa­nej cosa nostry, która ma struk­turę pira­midy, mafia neapo­li­tań­ska obec­nie jest orga­ni­za­cją o struk­tu­rze pozio­mej, będącą luźną kon­fe­de­ra­cją kla­nów w róż­nym stop­niu ze sobą współ­pra­cu­ją­cych.

Wszystko, co dziś wiemy na temat kamorry, pocho­dzi głów­nie od pen­ti­tich, czyli skru­szo­nych, jak wło­skie prawo okre­śla człon­ków mafii, któ­rzy w zamian za ochronę i daro­wa­nie bądź znaczne zmniej­sze­nie wymiaru kary godzą się na współ­pracę z orga­nami spra­wie­dli­wo­ści. Dużo wnio­sła też wydana w 2006 roku książka Gomorra. Podróż po impe­rium kamorry pióra mło­dego, bo zale­d­wie dwu­dzie­sto­sied­mio­let­niego dzien­ni­ka­rza Roberta Saviana. Autor nie tylko ujaw­nił w niej zasady dzia­ła­nia neapo­li­tań­skiej mafii, opi­su­jąc przy oka­zji powią­za­nia kamorry z legalną gospo­darką i poli­tyką, ale podał rów­nież nazwi­ska naj­waż­niej­szych bos­sów, a także innych pomniej­szych człon­ków mafii oraz zakres ich dzia­ła­nia w Sys­te­mie, bo wła­śnie tak człon­ko­wie orga­ni­za­cji nazy­wają ją mię­dzy sobą. Dzien­ni­karz udo­wod­nił także, że kamorra to jedna z naj­bar­dziej zło­wro­gich i nie­bez­piecz­nych orga­ni­za­cji prze­stęp­czych współ­cze­snego świata, która przy­czy­niła się do śmierci więk­szej liczby ludzi niż inne mafie, na czele z sycy­lij­ską i rosyj­ską, prze­wyż­sza­jąc pod tym wzglę­dem wszyst­kie ugru­po­wa­nia ter­ro­ry­styczne razem wzięte, włącz­nie z hisz­pań­ską ETA, irlandzką IRA oraz osła­wio­nymi Czer­wo­nymi Bry­ga­dami. "Kamorra jest dzi­siaj formą ter­ro­ry­zmu: budzi strach, narzuca swoje prawa i robi wszystko, by stać się nie­od­łączną czę­ścią spo­łecz­no­ści Kam­pa­nii - zauważa Saviano. - Kamo­ry­ści narzu­cają prze­mocą, z bro­nią w ręku, reguły nie do przy­ję­cia. Codzien­no­ścią są hara­cze, wsku­tek któ­rych nasze tereny stra­ciły moż­li­wość auto­no­micz­nego roz­woju i są coraz bar­dziej zależne od pomocy finan­so­wej z zewnątrz; codzien­no­ścią są dwu­dzie­sto­pro­cen­towe łapówki przy inwe­sty­cjach budow­la­nych, które znie­chę­cają naj­bar­dziej upar­tych przed­się­bior­ców, nie­le­galne trans­ak­cje, han­del środ­kami odu­rza­ją­cymi, które wielu mło­dych ludzi spro­wa­dzają na mar­gi­nes spo­łeczny i czy­nią z nich siłę robo­czą na usłu­gach orga­ni­za­cji prze­stęp­czych, krwawe kon­flikty w łonie kamorry, które spa­dają na rodziny jak nisz­czące plagi, zły przy­kład dla naszej mło­dzieży, praw­dziwe szkoły prze­mocy i zbrodni"1.

Zro­zu­mie­nie, dla­czego Sys­tem sta­nowi dziś tak potężną i zbrod­ni­czą machinę, z któ­rej uni­ce­stwie­niem nie mogą upo­rać się wło­skie organy ści­ga­nia, jest nie­moż­liwe bez pozna­nia histo­rii kamorry, a także całego połu­dnia sło­necz­nej Ita­lii. Jak się prze­ko­namy, to wła­śnie regiony połu­dniowe ucier­piały naj­bar­dziej w pro­ce­sie zjed­no­cze­nia pań­stwa, bowiem ich roz­wój został gwał­tow­nie zasto­po­wany, a brak odpo­wied­niego finan­so­wa­nia uczy­nił je naj­bied­niej­szymi regio­nami współ­cze­snych Włoch. Swoje doło­żyła też nie­uf­ność miej­sco­wych do narzu­co­nej przez cen­tralne wła­dze admi­ni­stra­cji i pod­le­głej jej poli­cji, podob­nie jak nie­udol­ność tam­tej­szego wymiaru spra­wie­dli­wo­ści. Wszystko to sta­nowiło dosko­nałą pożywkę dla roz­woju prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej i umoc­niło ist­nie­jącą w Neapolu, zapewne już od cza­sów śre­dnio­wiecz­nych, kamorrę. Zresztą do dziś w oczach miesz­kań­ców mia­sta, głów­nie jego bied­niej­szych dziel­nic, to nie mafia jest uwa­żana za wroga, ale pań­stwo przy­mu­sza­jące do pła­ce­nia podat­ków i ofe­ru­jące nie­wiele w zamian swoim oby­wa­te­lom, zwłasz­cza tym naj­bied­niej­szym i wyklu­czo­nym. Kamorra w zamian za lojal­ność daje prze­cież pracę i trosz­czy się o pokrzyw­dzo­nych, a przy­naj­mniej stwa­rza takie pozory.

Zapra­szamy zatem Czy­tel­ni­ków w podróż do Neapolu, ale nie po to, by podzi­wiać jego zabytki czy roz­ko­szo­wać się sma­kiem tam­tej­szej wyśmie­ni­tej kuchni. Niniej­sza publi­ka­cja przed­sta­wia bowiem mroczne i prze­ra­ża­jące obli­cze mia­sta, orga­ni­za­cję, która wyro­sła z jego histo­rii i z któ­rym jest nie­ro­ze­rwal­nie zwią­zana - kamorrę. Poznamy zatem jej dzieje, się­ga­jąc do tajem­ni­czych począt­ków, przed­sta­wiając dzia­łal­ność Pięk­nego Sto­wa­rzy­sze­nia Zre­for­mo­wa­nego, a także jej odro­dze­nie po dru­giej woj­nie świa­to­wej. Książka przed­stawi także mafijne biz­nesy - pobie­ra­nie hara­czy, han­del nar­ko­ty­kami, prze­mysł śmie­ciowy, fał­szo­wa­nie wyro­bów spo­żyw­czych i inne.

Wło­ska nazwa neapo­li­tań­skiej mafii brzmi camorra i w tej for­mie wystę­puje w więk­szo­ści ksią­żek i publi­ka­cji. Ze względu na to, że wło­ska nazwa jest roz­po­zna­walna na całym świe­cie, wła­śnie taka forma wid­nieje w tytule niniej­szej publi­ka­cji. Będziemy jed­nak uży­wać spo­lsz­czo­nej wer­sji słowa - "kamorra". Nie tylko dla­tego, że wła­śnie taka spo­lsz­czona forma przy­jęła się w wielu rodzi­mych pozy­cjach książ­ko­wych i pra­so­wych, ale przede wszyst­kim ze względu na to, że pol­ska wer­sja odmie­nia się zgod­nie z zasa­dami naszej dekli­na­cji, jest więc łatwiej­sza w uży­ciu i będzie bar­dziej zro­zu­miała dla pol­skiego odbiorcy.

Rozdział 1. Piękne Stowarzyszenie Zreformowane, czyli historia kamorry

Z Hiszpanii do Włoch

Popu­larna nie­gdyś na Pół­wy­spie Ape­niń­skim legenda przed­sta­wia nader roman­tyczną wer­sję powsta­nia trzech orga­ni­za­cji mafij­nych, do dziś pano­szą­cych się we Wło­szech. Jej boha­te­rami są trzej hisz­pań­scy ryce­rze: Osso, Mastrosso i Car­ca­gnosso, któ­rzy w zemście za zgwał­ce­nie sio­stry jed­nego z nich zabili pew­nego ary­sto­kratę. Ści­gani przez prawo ucie­kli na wyspę Favi­gnana leżącą przy zachod­nim cyplu Sycy­lii, gdzie zało­żyli brac­two kie­ru­jące się okre­ślo­nymi zasa­dami, a przede wszyst­kim - kodek­sem hono­ro­wym. Przez ponad trzy­dzie­ści lat pra­co­wali nad dosko­na­le­niem reguł swo­jego sto­wa­rzy­sze­nia, a potem posta­no­wili ponieść je w świat, a kon­kret­nie - zaszcze­pić na wło­skiej ziemi. Trzech ryce­rzy opu­ściło zatem wyspę, która przez trzy dekady udzie­lała im schro­nie­nia i każdy z nich osiadł w innej czę­ści Włoch: Osso, któ­rego patro­nem był Święty Jerzy, udał się na Sycy­lię, Car­ca­gnosso, który obrał sobie za świę­tego patrona Michała Archa­nioła, popły­nął do Kala­brii, gdzie poło­żył pod­wa­liny pod 'ndran­ghetę, zaś Mastrosso, po tym jak zawie­rzył duszę Naj­święt­szej Panience, wyru­szył do Neapolu, gdzie zało­żył kamorrę. Jest to oczy­wi­ście tylko ludowa legenda, przy­da­jąca pew­nej nuty tajem­ni­czo­ści i odro­biny rycer­sko­ści zbrod­ni­czemu sto­wa­rzy­sze­niu, któ­rym bez wąt­pie­nia jest kamorra. A jed­nak, jak to bywa w przy­padku legend, jest w niej ziarno prawdy, gdyż współ­cze­śni bada­cze dopa­trują się źró­deł neapo­li­tań­skiej mafii w Hisz­pa­nii, skąd zgod­nie z przy­to­czoną histo­rią mieli pocho­dzić legen­darni ryce­rze.

Vit­to­rio Paliotti, autor Histo­rii kamorry, twier­dzi, że kamorra wywo­dzi się w pro­stej linii od funk­cjo­nu­ją­cego w śre­dnio­wiecz­nej Hisz­pa­nii sto­wa­rzy­sze­nia o cha­rak­te­rze rabun­ko­wym Con­fra­ter­nita della Guar­duna - Brac­two Guar­duna - zało­żo­nego w 1417 roku w Sewilli. Jego idee i zasady zostały prze­szcze­pione na grunt neapo­li­tań­ski wraz z nadej­ściem pano­wa­nia Hisz­pa­nii, które ofi­cjal­nie roz­po­częło się w 1504 roku, acz­kol­wiek woj­ska króla Ara­go­nii Alfonsa V opa­no­wały te zie­mie już w roku 1442. Rene­san­sowy pisarz i huma­ni­sta, Gio­vanni Pon­tano, w swoim dia­logu Anto­nius twier­dzi, jakoby wraz z Hisz­pa­nami do Neapolu wtar­gnęło samo zło. Zda­niem pisa­rza to wła­śnie oni nauczyli z natury poko­jowo nasta­wio­nych neapo­li­tań­czy­ków prze­kleństw, mści­wo­ści, kłó­tli­wo­ści, zaszcze­pia­jąc w nich przy oka­zji mnó­stwo zabo­bo­nów, a także skłon­ność do łącze­nia pogań­skich prak­tyk z reli­gią chrze­ści­jań­ską. Z kolei baro­kowy pisarz fran­cu­ski, Jean-Jacques Bouchard, w swoim dziele Jour­nal II: Voy­age dans le roy­aume de Naples. Voy­age dans la cam­pa­gne de Rome (Dzien­nik II: Podróż do Kró­le­stwa Neapolu. Podróż na rzym­ską wieś) twier­dzi, jakoby Hisz­pa­nie dodat­kowo przy­czy­nili się do roz­ple­nie­nia się w mie­ście u stóp Wezu­wiu­sza hazardu oraz homo­sek­su­ali­zmu. Krótko mówiąc, wszystko co w Neapolu złe, wywo­dzi się z Hisz­pa­nii. Współ­cze­śni histo­rycy wpraw­dzie pod­cho­dzą z rezerwą do usta­leń zawar­tych we wspo­mnia­nych dzie­łach, ale przy­znają, że Gardu?a - bo pod taką nazwą funk­cjo­nuje hisz­pań­skie brac­two prze­stęp­cze w histo­rio­gra­fii pol­skiej - w śre­dnio­wie­czu fak­tycz­nie prze­nik­nęła na połu­dniowe zie­mie Ita­lii.

Była to naprawdę potężna i groźna orga­ni­za­cja, łącząca w sobie cechy "poboż­nego brac­twa" i praw­dzi­wego syn­dy­katu zbrodni. Wielu bada­czy uważa ją nawet za pierw­szą mafię w dzie­jach świata. Począt­kowo dzia­łała pod szczyt­nymi hasłami obrony wiary i zaj­mo­wała się głów­nie walką z mar­ra­nami - jak w ówcze­snej Hisz­pa­nii nazy­wano żydów, któ­rzy, chcąc unik­nąć prze­śla­do­wań, decy­do­wali się na kon­wer­sję na chrze­ści­jań­stwo - z cza­sem prze­ista­cza­jąc się w zrze­sze­nie najem­nych ban­dy­tów. Człon­ków tego ugru­po­wa­nia potocz­nie zwano guapos, ci zaś, zależ­nie od "spe­cja­li­za­cji", dzie­lili się na: pun­te­ado­res - szty­le­tow­ców, bądź flo­re­ado­res - napast­ni­ków, a także cober­te­ras - osła­nia­ją­cych, któ­rzy zapew­niali ochronę ban­dy­tom. Podobną rolę peł­nili chi­va­tos - "koziołki", czyli nasto­letni chłopcy, będący nowi­cju­szami w ban­dyc­kim fachu, któ­rzy po kilku latach nie­na­gan­nej "pracy" mogli awan­so­wać na postu­lan­tes, czyli kan­dy­da­tów, by po kolej­nych dwóch latach zostać peł­no­praw­nymi guapos. Ważną rolę w tej prze­stęp­czej orga­ni­za­cji peł­nili fecel­les, czyli szpicle, na co dzień zwią­zani z hisz­pań­ską inkwi­zy­cją, od któ­rych czer­pano wie­dzę na temat osób, które warto byłoby napaść, jak rów­nież sire­nas - ponętne dziew­czyny wcią­ga­jące przy­szłe ofiary w pułapkę. Na czele orga­ni­za­cji stał przy­wódca zwany her­mano manor - star­szy brat - któ­remu pod­le­gali zwierzch­nicy poszcze­gól­nych pro­win­cji zwani capa­ta­zes.

Zwierzch­nicy pro­win­cji byli wybie­rani spo­śród guapos, pra­cu­ją­cych dla brac­twa przez sześć lat i mogą­cych się poszczy­cić odpo­wied­nimi zasłu­gami. Gardu?a utrzy­my­wała dobre rela­cje z przed­sta­wi­cie­lami wła­dzy róż­nego szcze­bla, w tym także z duchow­nymi będą­cymi człon­kami inkwi­zy­cji. Jej macki się­gały nawet dworu kró­lew­skiego, czego dowo­dzi kariera Rodriga Cal­de­róna, her­mano may­ora, który w latach 1618-1620 pia­sto­wał sta­no­wi­sko sekre­ta­rza Filipa II. Orga­ni­za­cja miała wła­sny sta­tut spi­sany w Toledo w 1420 roku, który kilka wie­ków póź­niej posłuży za wzór sta­tutu neapo­li­tań­skiej kamorry. Gardu?a jest w nim nazy­wana brac­twem lub wręcz zako­nem, któ­rego człon­kiem mógł zostać "każdy dżen­tel­men posia­da­jący dobre oko, dobre uszy, dobre nogi i koniec języka"2. Przed­mio­tem dzia­łal­no­ści brac­twa miały być kra­dzieże: "wyko­ny­wane wprawną ręką na rzecz zakonu (...) "przy­ciem­nie­nia", czyli pchnię­cia nożem, "pochówki", czyli mor­der­stwa, "podróże", czyli napady rabun­kowe, i "kąpiele" lub "chrzty", czyli uto­pie­nia"3. Wszystko wyko­ny­wane z ini­cja­tywy brac­twa bądź też na zle­ce­nie klienta. Ban­dyc­kie usługi pole­gały także na wyko­ny­wa­niu nacięć na twa­rzy tytu­łem ostrze­że­nia bądź kary za jakieś prze­wi­nie­nie - w szcze­gól­nych przy­pad­kach świeże rany nacie­rano łojem roz­pusz­czo­nym w occie, co spra­wiało, że prak­tycz­nie nie można ich było usu­nąć. Waż­nym aspek­tem dzia­łal­no­ści Gardu?y było też pobie­ra­nie hara­czy od wszel­kiego rodzaju dzia­łal­no­ści. Ślad ist­nie­nia tego brac­twa znaj­dziemy także u Cervan­tesa, który w jed­nej ze swo­ich nowel Rin­co­nete y Cor­ta­dillo opi­sał sto­wa­rzy­sze­nie zło­czyń­ców z Sewilli, któ­rego reguły dzia­ła­nia były podobne do tych, jakimi będzie się kie­ro­wać neapo­li­tań­ska kamorra w dzie­więt­na­stym wieku.

O sile tego syn­dy­katu zbrodni niech świad­czy fakt, że udało się ją znisz­czyć dopiero po czte­ry­stu latach prze­stęp­czej dzia­łal­no­ści, w 1822 roku, kiedy komen­dant Manuel de Cuen­dias roz­gro­mił orga­ni­za­cję i aresz­to­wał jej ostat­niego przy­wódcę, Fran­cisa Cor­tina. Ucie­ka­jący przed karzącą ręką hisz­pań­skiego wymiaru spra­wie­dli­wo­ści człon­ko­wie Gardu?y już w 1820 roku zna­leźli schro­nie­nie w połu­dnio­wych Wło­szech, głów­nie w Neapolu, gdzie sku­tecz­nie roz­pro­pa­go­wali pro­gram i zasady dzia­ła­nia orga­ni­za­cji. W zasa­dzie nale­ża­łoby powie­dzieć, że je ugrun­to­wali, bo już wcze­śniej dzia­łały tam róż­no­ra­kie prze­stęp­cze brac­twa i sto­wa­rzy­sze­nia, funk­cjo­nu­jące podob­nie do ich hisz­pań­skiego pier­wo­wzoru.

Więk­szość współ­cze­snych histo­ry­ków zaj­mu­ją­cych się pro­ble­ma­tyką prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej upa­truje począt­ków kamorry w Hisz­pa­nii, ale wło­ski histo­ryk Gigi Di Fiore, autor wyda­nej w 2005 roku książki La Camorra e le sue sto­rie (Kamorra i jej histo­ria), zauważa, iż: "nawet jeśli korzeni Kamorry należy szu­kać w Hisz­pa­nii, na Pół­wy­spie Ibe­ryj­skim nie ist­nieją porów­ny­walne orga­ni­za­cje"4. Zda­niem wielu bada­czy przy­czyn tego, że prze­stęp­czość zor­ga­ni­zo­wana roz­ple­niła się wła­śnie w Ita­lii, nie w Hisz­pa­nii, należy szu­kać w róż­ni­cach cha­rak­te­ry­zu­ją­cych pro­ces jed­no­cze­nia się obu tych państw.

Jak się oka­zuje, ter­min "kamorra" w odnie­sie­niu do orga­ni­za­cji dzia­ła­ją­cej w Neapolu w ter­minologii praw­ni­czej poja­wił się późno, bo dopiero w dru­giej poło­wie ubie­głego stu­le­cia, a kon­kret­nie w 1982 roku. Uchwa­lona 13 wrze­śnia tego roku ustawa 646 dopre­cy­zo­wała zbrod­nie zwią­zane z prze­stęp­czo­ścią zor­ga­ni­zo­waną. Zawarty w niej zapis gło­sił, że prze­wi­dziane w kodek­sie kary "odno­szą się rów­nież do kamorry i innych orga­ni­za­cji, jak­kol­wiek lokal­nie nie byłyby one nazwane"5. Co wię­cej, okre­śle­nia "kamorra" nie uży­wają nawet człon­ko­wie tego ugru­po­wa­nia. Jak uza­sad­nia Vit­to­rio Paliotti w swo­jej publi­ka­cji poświę­co­nej histo­rii mafii neapo­li­tań­skiej, w latach 1913-1975 sło­wem "kamorra" okre­ślano spe­cy­ficzną men­tal­ność czę­ści miesz­kań­ców połu­dnia Włoch, z cha­rak­te­ry­styczną dla niej goto­wo­ścią do nad­użyć, łapów­kar­stwa, sprze­nie­wie­rzeń i szan­ta­żów. Miano "camor­ri­sta" miało zde­cy­do­wa­nie nega­tywny, wręcz pogar­dliwy wydźwięk i okre­ślano nim każ­dego, "kto narzu­cał arbi­tralne roz­wią­za­nia albo doma­gał się nie­do­zwo­lo­nych pro­cen­tów. Tu należy wyja­śnić, że słowo "camorra" jest potocz­nym syno­ni­mem łapówki"6. Zatem kamo­ry­sta daw­niej ozna­czał łapów­ka­rza bądź osobę wymu­sza­jącą łapówkę i mógł nim być nawet par­kin­gowy doma­ga­jący się nie­uza­sad­nio­nej dopłaty do swo­ich usług.

Paliotti podaje także inną ety­mo­lo­gię słowa "kamorra", wywo­dząc je od hisz­pań­skiego "camorra", ozna­cza­ją­cego kłót­nię, które zostało prze­jęte przez język arab­ski i w zmie­nio­nej for­mie "kumar" było nazwą pew­nej gry w kości zaka­za­nej przez Koran. W tym zna­cze­niu słowo to wró­ciło do Hisz­pa­nii, skąd w okre­sie pano­wa­nia hisz­pań­skiego zawę­dro­wało do Neapolu. W 1735 roku wydano zarzą­dze­nie, w któ­rym mia­nem "camorra" okre­ślano domy gry, w któ­rych upra­wiano hazard. Inni bada­cze dzie­jów neapo­li­tań­skiej mafii, na czele z przy­wo­ła­nym wcze­śniej Gigim Di Fio­rem, wywo­dzą ety­mo­lo­gię nazwy od ter­minu "gamurri", ozna­cza­ją­cego ban­dy­tów gra­su­ją­cych w śre­dnio­wie­czu na hisz­pań­skich obsza­rach gór­skich. Jak dowo­dzą usta­le­nia histo­ry­ków i arche­olo­gów, około 1300 roku bandy gamurri gra­so­wały także na połu­dniu Włoch. Z kolei Marie-Anne Matard-Bonucci w swo­jej Histo­rii mafii cytuje wypo­wiedź dzie­więt­na­sto­wiecz­nego szwaj­car­skiego pisa­rza, a zara­zem wiel­kiego miło­śnika Neapolu, Marca Mon­niera, który uwa­żał, iż słowo "kamorra" ozna­cza "zor­ga­ni­zo­wane wymu­sze­nie", nato­miast o samej orga­ni­za­cji pisał: "jest to tajne sto­wa­rzy­sze­nie ludowe, któ­rego celem jest czy­nie­nie zła"7. Ist­nieje też hipo­teza gło­sząca, jakoby nazwa neapo­li­tań­skiej mafii pocho­dziła od hisz­pań­skiego ter­minu "cha­marra", ozna­cza­ją­cego płaszcz noszony z reguły przez ban­dy­tów w osiem­na­sto­wiecz­nej Hisz­pa­nii.

Trudno dziś orzec, kiedy prze­stęp­cze ide­ały Gardu?y prze­nik­nęły na neapo­li­tań­ski grunt, dopro­wa­dza­jąc do powsta­nia pier­wo­cin póź­niej­szej mafii. W 1647 roku powstała sekta zwana Societa dei Mastri Fer­rari, czyli Sto­wa­rzy­sze­nie Mistrzów Kowal­stwa, która w zamian za ochronę nakła­dała tak zwane cła, będące naj­zwy­klej­szym hara­czem od impor­to­wa­nych i eks­por­to­wa­nych towa­rów. Inną tego typu orga­ni­za­cją była zało­żona sześć lat póź­niej Com­pa­gnia della Morte - Sto­wa­rzy­sze­nie Śmierci, która wyko­rzy­sty­wała szczytne hasła walki z hisz­pań­skim oku­pan­tem, ale w rze­czy­wi­sto­ści jej człon­ko­wie zaj­mo­wali się wyłącz­nie wymu­sza­niem pie­nię­dzy. Wpraw­dzie wielu póź­niej­szych bada­czy dało się uwieść legen­dzie i pro­pa­go­wało tezę, że w jej sze­re­gach poza zwy­kłymi rze­zi­miesz­kami znaj­do­wali się także lumi­na­rze kul­tury oraz arty­ści, na czele ze sław­nym wło­skim mala­rzem doby baroku, Salva­to­rem Rosą, ale współ­cze­śni histo­rycy zale­cają wło­żyć to mię­dzy bajki. Z bie­giem czasu, z bli­żej nie­zna­nych powo­dów, Com­pa­gnia della Morte zmie­niła nazwę na mniej zło­wrogą - Societa degli Impac­ciati - Sto­wa­rzy­sze­nie Zakło­po­ta­nych, co nie ozna­czało jed­nak, że zmie­nił się pro­fil dzia­łal­no­ści. Pomimo roz­bież­no­ści nazw wszyst­kie tego typu brac­twa i sto­wa­rzy­sze­nia przez współ­cze­snych histo­ry­ków oraz bada­czy dzie­jów prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej okre­ślane są mia­nem kamorry, a ich człon­ko­wie nazy­wani są kamo­ry­stami. Bywało, że prze­stępcy w nich zrze­szeni, chcąc unik­nąć kon­flik­tów z wymia­rem spra­wie­dli­wo­ści, przyj­mo­wali niż­sze świę­ce­nia kapłań­skie, co auto­ma­tycz­nie wyłą­czało ich spod jurys­dyk­cji cywil­nej. Ta prak­tyka była szcze­gól­nie popu­larna w osiem­na­stym stu­le­ciu, kiedy "opaci w pół­su­tan­nie", jak ich nazy­wano, sze­rzyli "pokój przy uży­ciu prze­mocy".

Cechą cha­rak­te­ry­styczną człon­ków kamorry było naśla­dow­nic­two ary­sto­kra­cji i to pod każ­dym wzglę­dem - prze­stępcy uwiel­biali afi­szo­wać się swoją zamoż­no­ścią, pięk­nymi stro­jami, a nawet naśla­do­wali zami­ło­wa­nie szlachty do poje­dyn­ków. Sta­czano je przed zachwy­coną, roz­en­tu­zja­zmo­waną gawie­dzią i nawet roz­po­rzą­dze­nie wydane w 1662 roku, prze­wi­du­jące karę śmierci za uczest­nic­two i orga­ni­zo­wa­nie poje­dyn­ków, nie dopro­wa­dziło do zanie­cha­nia tego pro­ce­deru, a jedy­nie do prze­nie­sie­nia walk w miej­sca odludne. Ist­niały dwa rodzaje takich bata­lii: zum­pate - kiedy poje­dy­nek toczyły dwie osoby, oraz dichia­ra­menti - gdy w wal­kach brało udział wię­cej osób.

Dono­si­ciel­stwo ozna­czało nie tylko pogardę ze strony kam­ra­tów, ale także dotkliwą karę prze­jętą wprost od hisz­pań­skich ban­dy­tów z Gardu?y - nacię­cia na twa­rzy zwane sfre­gio. Głę­boka bli­zna na twa­rzy miała nie tylko być formą uka­ra­nia nie­lo­jal­no­ści, ale także widocz­nym ostrze­że­niem dla poten­cjal­nych zdraj­ców. Wła­dze wal­czyły zarówno z poje­dyn­kami, jak i z bar­ba­rzyń­skim zwy­cza­jem naci­na­nia twa­rzy, ale pomimo że oba pro­ce­dery karano śmier­cią, nie udało się ich wyple­nić. Co wię­cej, nader czę­sto zda­rzało się, że nacię­cia poja­wiały się na twa­rzach kobiet, part­ne­rek prze­stęp­ców podej­rze­wa­nych o zdradę. Bywało, że takie podej­rze­nia były zupeł­nie nie­uza­sad­nione, ale żadna z tak oso­bli­wie nazna­czo­nych dam nie wyda­wała się cier­pieć z powodu oszpe­ce­nia, jakim były bli­zny na twa­rzy. Wręcz prze­ciw­nie, każda nosiła je z nie­kła­maną dumą jako dowód miło­ści, a zara­zem męsko­ści jej uko­cha­nego.

Ostat­nie dzie­się­cio­le­cia osiem­na­stego i pierw­sze ćwierć­wie­cze dzie­więt­na­stego stu­le­cia to czas powsta­wa­nia roz­ma­itych taj­nych orga­ni­za­cji oraz sto­wa­rzy­szeń poli­tycz­nych, poja­wia­ją­cych się na fali buntu prze­ciwko abso­lu­ty­zmowi. To także okres roz­kwitu świę­cą­cego wów­czas triumfy wol­no­mu­lar­stwa oraz stu­denc­kich bractw, jak rów­nież wszel­kiego rodzaju towa­rzystw okul­ty­stycz­nych. Człon­ków tych ostat­nich inte­re­so­wały jed­nak nie tylko kon­takty z zaświa­tami. W mistyce, magicz­nych rytu­ałach i komu­ni­ko­wa­niu się z tajem­nymi bytami upa­try­wano drogi do zdo­by­cia wie­dzy i... wła­dzy nad świa­tem. Wło­chy nie były odporne na tego rodzaju prądy. Jesz­cze w cza­sach wojen napo­le­oń­skich została powo­łana orga­ni­za­cja kar­bo­na­riu­szy, zna­nych także jako węgla­rze, zakon węgla­rzy lub, znacz­nie rza­dziej, dobrzy kuzyni. Nazwa sto­wa­rzy­sze­nia nawią­zuje bez­po­śred­nio do śre­dnio­wiecz­nej gil­dii rze­mieśl­ni­czej, która powstała wyłącz­nie w celu obrony przed ban­dy­tami. Jej człon­ko­wie dążyli do zjed­no­cze­nia Włoch, które miały być pań­stwem demo­kra­tycz­nym, z wła­sną kon­sty­tu­cją, a w ich sze­re­gach nie bra­ko­wało naj­wy­bit­niej­szych przed­sta­wi­cieli poli­tycz­nego esta­bli­sh­mentu. Z cza­sem z sze­re­gów tej orga­ni­za­cji wyło­niła się kolejna - Cal­de­ari, któ­rej człon­kom obca była idea zjed­no­cze­nia kraju i któ­rzy popie­rali Fer­dy­nanda II, ówcze­snego władcę Neapolu i Sycy­lii. Doszczęt­nie zin­fil­tro­wani, a następ­nie sko­rum­po­wani przez wła­dze zmie­nili się w zacie­kłych anta­go­ni­stów kar­bo­na­riu­szy i nawet mło­dzi kan­dy­daci, wstę­pu­jąc w sze­regi związku, przy­się­gali "wieczną nie­na­wiść" wobec brac­twa węgla­rzy.

Na Pół­wy­spie Ape­niń­skim nie bra­ko­wało też grup o cha­rak­te­rze ban­dyc­kim, które, kul­ty­wu­jąc roz­ma­ite prze­sy­cone tajem­ni­czo­ścią rytu­ały, były uwa­żane za brac­twa i tajne sto­wa­rzy­sze­nia. Przy­kła­dem tego jest ugru­po­wa­nie Decini, stwo­rzone na prze­ło­mie 1816 i 1817 roku przez nie­ja­kiego Cira Annic­chia­rica, w ban­dyc­kim świe­cie funk­cjo­nu­ją­cego jako Papa Ciro. Annic­chia­rico był duchow­nym, ale naj­wi­docz­niej miał poważne pro­blemy z zacho­wa­niem celi­batu, skoro wplą­tał się w nie­bez­pieczny romans z narze­czoną syna boga­tego kupca. Kiedy narze­czony zastał parę in fla­granti, urzą­dził uwo­dzi­cie­lowi kar­czemną awan­turę, w trak­cie któ­rej wypo­mniał kapła­nowi, że swoim postęp­kiem wysta­wił na szwank honor dziew­czyny. Ciro nie miał zamiaru słu­chać tych wywo­dów, dla­tego chwy­cił za szty­let i zato­pił go w piersi rywala. Potem poprzy­siągł zemstę całej rodzi­nie, z któ­rej wywo­dził się narze­czony panny, i wkrótce wysłał na tam­ten świat aż trzy­na­stu jej człon­ków. Po doko­na­niu pomsty zebrał grupkę przy­ja­ciół i czmych­nął w nie­do­stępne góry, gdzie przy­łą­czali się do niego kolejni poszu­ki­wani prze­stępcy i zbrod­nia­rze. Wkrótce jego banda gra­su­jąca na Pół­wy­spie Salen­tyń­skim, jak nazywa się połu­dniowo-wschod­nie odga­łę­zie­nie Pół­wy­spu Ape­niń­skiego, roz­ro­sła się i liczyła około dwu­dzie­stu tysięcy ludzi. On sam ogło­sił się wcie­le­niem Jowi­sza Gro­mo­wład­nego, co ozna­czało osta­teczne zerwa­nie z Kościo­łem. Swoim tytu­łem długo się nie nacie­szył, bo na początku 1817 roku wpadł w ręce poli­cji i wraz ze stu sześć­dzie­się­cioma dwoma człon­kami swo­jej bandy zakoń­czył życie przed plu­to­nem egze­ku­cyj­nym. Część histo­ry­ków twier­dzi, że nie­do­bitki ugru­po­wa­nia Annic­chia­rica prze­do­stały się do Neapolu, zakła­da­jąc następ­nie kamorrę, orga­ni­za­cję opie­ra­jącą się po czę­ści na zasa­dach obo­wią­zu­ją­cych w Decini. Zde­cy­do­wana więk­szość bada­czy opo­wiada się jed­nak za hisz­pań­skimi korze­niami neapo­li­tań­skiej mafii.

W grud­niu 1820 roku w kościele Świę­tej Kata­rzyny, miesz­czą­cym się w neapo­li­tań­skiej dziel­nicy For­miello, gdzie znaj­do­wały się naj­zna­mie­nit­sze przy­bytki płat­nej miło­ści, spo­tkali się repre­zen­tanci kamorry z dwu­na­stu dziel­nic mia­sta, by uro­czy­ście zapo­cząt­ko­wać ist­nie­nie nowej prze­stęp­czej sekty, któ­rej nadali sta­tut i nowo­cze­sną struk­turę. W ten spo­sób powstało Piękne Sto­wa­rzy­sze­nie Zre­for­mo­wane (Bella Societa Rifor­mata), jak zwano orga­ni­za­cję mafijną, z któ­rej po latach wyło­niła się współ­cze­sna kamorra.

Oliwa dla Madonny

Dziś nie możemy usta­lić, kto wła­ści­wie wpadł na pomysł, by nadać kamo­rze nowo­cze­sne obli­cze i utwo­rzyć Piękne Sto­wa­rzy­sze­nie Zre­for­mo­wane, ale tra­dy­cja ludowa wska­zuje na nie­ja­kiego Pasqu­alego Capu­ozza, kowala z dziel­nicy Porta Capu­ana. Ponoć to wła­śnie on był auto­rem pierw­szego, ist­nie­ją­cego jedy­nie w for­mie ust­nej, sta­tutu orga­ni­za­cji. Do cza­sów współ­cze­snych zacho­wał się jedy­nie pierw­szy para­graf doku­mentu: "Piękne Sto­wa­rzy­sze­nie Zre­for­mo­wane ma za twórcę Boga, za doradcę Świę­tego Józefa, za Opie­kunkę Matkę Świętą Nie­po­ka­la­nie Poczętą"8.

Nie­wiele wiemy o samym auto­rze zacy­to­wa­nego frag­mentu, poza tym że był kowa­lem i kamo­ry­stą, zaś jego żona była aku­szerką, w dodatku zazdro­sną. I wła­śnie ta zazdrość, jak się oka­zało nie­uza­sad­niona, przy­czy­niła się do przed­wcze­snej śmierci praw­do­po­dob­nego twórcy Sto­wa­rzy­sze­nia. W 1824 roku jego mał­żonka przyj­mo­wała poród kobiety, któ­rej szes­na­sto­let­nia córka miała romans z pew­nym męż­czy­zną. Pani Capu­ozzo przy­pad­kiem ujrzała kochan­ków i, ku swemu zasko­cze­niu, w kochanku fry­wol­nej panny roz­po­znała swo­jego męża. Prze­ko­nana o nie­wier­no­ści part­nera zabiła go w nocy. Jak się oka­zało, mor­der­stwo było wyni­kiem tra­gicz­nej pomyłki, gdyż męż­czy­zna, któ­rego wzięła za swo­jego mał­żonka, był tylko do niego podobny, zaś nie­szczę­sny Pasqu­ale był wier­nym i odda­nym mężem.

Być może ten tra­giczny incy­dent spra­wił, że nazwi­sko neapo­li­tań­skiego kowala zacho­wało się dla potom­nych z tytu­łem capin­te­sty, bowiem tak wła­śnie nazy­wano przy­wód­ców całej orga­ni­za­cji. Nie­pi­saną tra­dy­cją Sto­wa­rzy­sze­nia był wymóg obie­ra­nia przy­wódcy z dziel­nicy Porta Capu­ana, ale z reguły toż­sa­mość capin­te­sty była okryta tajem­nicą i znana wyłącz­nie naj­bliż­szym współ­pra­cow­ni­kom, zaś kamo­ry­stów sto­ją­cych niżej w hie­rar­chii orga­ni­za­cji obo­wią­zy­wał cał­ko­wity zakaz docie­ka­nia, kim jest czło­wiek sto­jący na jej czele. I to pod groźbą kary śmierci. Z cza­sem ule­gło to zmia­nie i nazwi­sko capin­te­sty znał cały Neapol. Capu­ozzo zacho­wał się we wdzięcz­nej pamięci neapo­li­tań­czy­ków, a szcze­gól­nie neapo­li­ta­nek, jesz­cze z innego powodu: chcąc uczcić jego pamięć, kamo­ry­ści co roku wybie­rali losowo dwa­na­ście panien z naj­bied­niej­szych dziel­nic mia­sta i soli­dar­nie skła­dali się na ich posagi. Ten zwy­czaj, zwany "posa­giem od capin­te­sty", był kul­ty­wo­wany przez neapo­li­tań­ską mafię aż do początku ubie­głego stu­le­cia, zaś wypła­cano go pan­nom w dniu ósmego grud­nia, w któ­rym Kościół kato­licki obcho­dzi święto Nie­po­ka­la­nego Poczę­cia.

Jeżeli jakie­kol­wiek brac­two czy też tajna orga­ni­za­cja miały wpływ na ukon­sty­tu­owa­nie się Pięk­nego Sto­wa­rzy­sze­nia Zre­for­mo­wa­nego, to - oczy­wi­ście poza hisz­pań­ską Gardu?ą - byli to kar­bo­na­riu­sze. Węgla­rze kul­ty­wo­wali bowiem wiele skom­pli­ko­wa­nych i tajem­ni­czych cere­mo­nii, prze­sy­co­nych nie­mal reli­gij­nymi rytu­ałami. Kan­dy­daci skła­dali na przy­kład przy­sięgę z zawią­za­nymi oczyma, jedną rękę trzy­ma­jąc na kru­cy­fik­sie, zaś drugą na obna­żo­nym szty­le­cie. Człon­ko­wie orga­ni­za­cji roz­po­zna­wali się nato­miast dzięki sta­ran­nie opra­co­wa­nemu sys­te­mowi zna­ków. Krzy­wo­przy­się­stwo i zdrada karane były śmier­cią. Człon­ko­wie Pięk­nego Sto­wa­rzy­sze­nia Zre­for­mo­wa­nego, wzo­ru­jąc się na sto­wa­rzy­sze­niu węgla­rzy, stwo­rzyli zatem wła­sne rytu­ały, które w zasa­dzie były wyłącz­nie oczy­wi­stym naśla­dow­nic­twem cere­mo­nii kar­bo­na­riu­szy. Nawia­sem mówiąc, współ­cze­śni bada­cze twier­dzą, że powo­łane do życia w 1820 roku Sto­wa­rzy­sze­nie było na początku raczej czymś na kształt sekty niż orga­ni­za­cji prze­stęp­czej.

Tak samo jak miało to miej­sce w przy­padku brac­twa węgla­rzy, Piękne Sto­wa­rzy­sze­nie Zre­for­mo­wane podzie­liło się na dwa: Mniej­sze, czyli Societa Miniore, oraz Więk­sze - Societa Mag­giore. Do Sto­wa­rzy­sze­nia Mniej­szego przyj­mo­wano mło­dzież, a każdy kan­dy­dat musiał przejść dość okrutną cere­mo­nię ini­cja­cyjną, w trak­cie któ­rej starsi kamo­ry­ści, wszy­scy ze szty­le­tami w dło­niach, two­rzyli krąg wokół monety o wadze pię­ciu gra­mów. Jedno z miejsc w kręgu zaj­mo­wał kan­dy­dat, który, w prze­ci­wień­stwie do obec­nych na cere­mo­nii kamo­ry­stów, był bez­bronny. Na okre­ślony znak jego przy­szli kam­raci rzu­cali szty­le­tami w leżącą pośrodku monetę, nato­miast kan­dy­dat miał w tym samym cza­sie szyb­kim ruchem chwy­cić pie­niądz. Rezul­taty były do prze­wi­dze­nia: świeżo przy­jęty do Sto­wa­rzy­sze­nia mło­dzie­niec opusz­czał zebra­nie z przy­słu­gu­ją­cym mu odtąd tytu­łem gio­va­notto ono­rato (sza­now­nego mło­dego czło­wieka) oraz z ciężko oka­le­czoną ręką. Było to tak powszechne, że poli­cjanci aresz­tu­jący jakie­goś prze­stępcę uważ­nie oglą­dali jego prawą rękę i jeżeli wid­niały na niej bli­zny, wpi­sy­wali go do reje­stru prze­stęp­ców jako kamo­ry­stę. Jeżeli gio­va­notto ono­rato chciał awan­so­wać w sze­re­gach sto­wa­rzy­sze­nia, musiał doko­nać jakichś spek­ta­ku­lar­nych czy­nów, dzięki czemu zyski­wał kolejno tytuły pic­ciotto, a potem pic­ciotto di sgarro. Dopiero po uzy­ska­niu dru­giego z wymie­nio­nych mógł być przy­jęty do Sto­wa­rzy­sze­nia Więk­szego, co było rów­no­znaczne z uzy­ska­niem wła­ści­wego sta­tusu kamo­ry­sty, a wraz z nim prawa do udziału w zyskach. Zanim jed­nak do tego doszło, musiał wziąć udział w kolej­nej dość maka­brycz­nej i nie­bez­piecz­nej cere­mo­nii ini­cja­cyj­nej.

Uro­czy­stość odby­wała się wie­czo­rem, przy świe­tle świecy, zaś wszy­scy kan­dy­daci do niej dopusz­czeni zasia­dali przy stole, na któ­rym znaj­do­wały się: nała­do­wany pisto­let, szty­let oraz kie­lich z zatru­tym winem. Na pole­ce­nie prze­wod­ni­czą­cego zebra­nia zwa­nego capin­trito obecny wśród kamo­ry­stów cyru­lik, który nie­ko­niecz­nie był człon­kiem Sto­wa­rzy­sze­nia, otwie­rał kan­dy­da­towi wspo­mnia­nym szty­le­tem żyłę. Przy­szły kamo­ry­sta maczał dłoń we wła­snej krwi, a następ­nie wycią­gał ją w stronę obec­nych i przy­się­gał posłu­szeń­stwo przy­wódcy, a także uro­czy­ście obie­cy­wał, że ni­gdy nie zdra­dzi tajem­nic orga­ni­za­cji. Potem przy­kła­dał nała­do­wany pisto­let do pra­wej skroni, a kie­lich z zatru­tym winem do ust, co miało sym­bo­li­zo­wać goto­wość do samo­bój­stwa na roz­kaz któ­re­go­kol­wiek z obec­nych. Jak można się domy­ślić, nikt nie kazał kan­dy­da­towi strze­lić sobie w głowę ani wypi­jać tru­ci­zny - capin­trito zabie­rał mu z ręki pisto­let, by oddać strzał w powie­trze, a kie­lich roz­bi­jał o zie­mię. Następ­nie kan­dy­dat klę­kał, nato­miast pro­wa­dzący cere­mo­nię kładł rękę na jego gło­wie i, wrę­cza­jąc mu szty­let, pro­sił obec­nych, aby uznali kan­dy­data "za męż­czy­znę". W odpo­wie­dzi wszy­scy obej­mo­wali klę­czą­cego i ogła­szali go swoim towa­rzy­szem, co było rów­no­znaczne z ofi­cjal­nym przy­ję­ciem go w poczet człon­ków Sto­wa­rzy­sze­nia.

Wszy­scy kamo­ry­ści, nie­za­leż­nie od miej­sca zaj­mo­wa­nego w hie­rar­chii prze­stęp­czej, musieli prze­strze­gać wielu obo­wią­zu­ją­cych w orga­ni­za­cji zaka­zów i naka­zów, uję­tych w for­mie sta­tutu zwa­nego frieno. Ów spis zasad i norm postę­po­wa­nia ist­niał wyłącz­nie w for­mie pisem­nej, zaś nowi człon­ko­wie kamorry uczyli się go na pamięć, słu­cha­jąc star­szych kam­ra­tów. Brak spi­sa­nych praw orga­ni­za­cji spra­wiał sporo pro­ble­mów, zda­rzało się bowiem, że osoba prze­ka­zu­jąca sta­tut świeżo przy­ję­temu człon­kowi naj­zwy­czaj­niej w świe­cie coś myliła, bo prze­cież ludzka pamięć bywa zawodna. Zda­rzało się więc, że kamo­ry­sta, który popeł­nił jakieś wykro­cze­nie, powo­ły­wał się potem na punkt sta­tutu, który w jego inter­pre­ta­cji brzmiał zupeł­nie ina­czej niż w ory­gi­nale. On jed­nak się upie­rał, że wła­śnie tak mu go prze­ka­zano i tak go zapa­mię­tał, w związku z czym nie popeł­nił żad­nego prze­stęp­stwa. Aby unik­nąć takich sytu­acji, w 1842 roku człon­ko­wie Pięk­nego Sto­wa­rzy­sze­nia Zre­for­mo­wa­nego posta­no­wili spo­rzą­dzić sta­tut w for­mie pisem­nej. Zada­nie to powie­rzono Fran­ce­scowi Scor­ti­cel­liemu, ówcze­snemu sekre­ta­rzowi orga­ni­za­cji, który 12 wrze­śnia 1842 roku odczy­tał spo­rzą­dzony przez sie­bie doku­ment na zebra­niu kamo­ry­stów w kościele Santa Cate­rina. Sta­tut miał dwa­dzie­ścia sześć punk­tów, które regu­lo­wały wszyst­kie sprawy doty­czące orga­ni­za­cji - jej cele, struk­turę, zasady, a także kwe­stie prawne, bo Sto­wa­rzy­sze­nie miało wła­sny, wewnętrzny wymiar spra­wie­dli­wo­ści:

"Sto­wa­rzy­sze­nie Pokory albo Piękne Sto­wa­rzy­sze­nie Zre­for­mo­wane ma na celu zjed­no­cze­nie wszyst­kich towa­rzy­szy, któ­rzy mają serce, aby w szcze­gól­nych oko­licz­no­ściach mogli sobie poma­gać duchowo i mate­rial­nie. Sto­wa­rzy­sze­nie dzieli się na Więk­sze i Mniej­sze: do pierw­szego należą towa­rzy­sze kamo­ry­ści, do dru­giego towa­rzy­sze pic­ciotti i gio­vani ono­rati. Sto­wa­rzy­sze­nie ma swoją główną sie­dzibę w Neapolu, ale może mieć filie rów­nież w innych miej­sco­wo­ściach. Wszy­scy towa­rzy­sze, z Neapolu i spoza Neapolu, ci, któ­rzy prze­by­wają na wyspach, pod klu­czem (w wię­zie­niu) i na wol­no­ści, muszą uzna­wać jed­nego przy­wódcę, który jest zwierzch­ni­kiem wszyst­kich i nazywa się capin­te­sta i który jest wybie­rany spo­śród naj­od­waż­niej­szych kamo­ry­stów. Zgru­po­wa­nie więk­szej liczby towa­rzy­szy kamo­ry­stów sta­nowi paranza i prze­wod­ni­czy mu capin­trito lub caposocieta. Grupa więk­szej liczby mło­dych pic­ciot­tich lub gio­vani ono­ra­tich nazywa się chiorma i pod­lega rów­nież wła­dzy capo­so­ciety towa­rzy­szy kamo­ry­stów. Każda dziel­nica ma capo­so­cietę lub capin­tritę, który jest wybie­rany drogą gło­so­wa­nia spo­śród kamo­ry­stów z dziel­nicy i pełni tę funk­cję przez rok. Jeśli w któ­rejś z paranzy znaj­dzie się ktoś umie­jący pisać, za zezwo­le­niem capin­te­sty i po zło­że­niu świę­tej przy­sięgi ma być mia­no­wany sekre­ta­rzem. Jeśli w któ­rejś chior­mie znaj­dzie się ktoś umie­jący pisać, star­szy pic­ciotto z dziel­nicy ma go przed­sta­wić capin­tri­cie, któ­remu pod­lega, i po zło­że­niu świę­tej przy­sięgi ma być mia­no­wany sekre­ta­rzem towa­rzy­szy pic­ciot­tich; jeśliby się taki nie zna­lazł, wów­czas sekre­tarz paranzy będzie rów­nież peł­nił funk­cję sekre­tarza chiormy. Człon­ko­wie ugru­po­wa­nia, poza Bogiem, świę­tymi i swymi prze­ło­żo­nymi, nie znają innej wła­dzy. Kto­kol­wiek wyja­wia sprawy Sto­wa­rzy­sze­nia, zosta­nie surowo uka­rany przez Mamme. Należy nieść pomoc zarówno star­szym towa­rzy­szom, jak i tym, któ­rzy znaj­dują się pod klu­czem. Zarówno człon­ko­wie Sto­wa­rzy­sze­nia, jak i nie­na­le­żący do niego mają odno­sić się z sza­cun­kiem do matek, żon, córek oraz uko­cha­nych kamo­ry­stów pic­ciot­tich i gio­vani ono­ra­tich. Jeśli na sku­tek nie­szczę­śli­wego wypadku jakiś zwierzch­nik znaj­dzie się na któ­rejś z wysp, pod­władni mają mu posłu­gi­wać. Jeśli w wię­zie­niu znaj­dują się czte­rej kamo­ry­ści, mogą wybrać spo­śród sie­bie zwierzch­nika, który prze­sta­nie nim być, gdy tylko znaj­dzie się na wol­no­ści. Aby uka­rać członka Sto­wa­rzy­sze­nia Więk­szego, należy pod­dać go osą­dowi Gran Mamma, człon­ków Sto­wa­rzy­sze­nia Mniej­szego ska­zuje Pic­cola Mamma. Na czele Gran Mamma zasiada capin­te­sta, na czele Pic­cola Mamma capin­trito lub caposocieta dziel­nicy. Jeśli jakiś czło­nek chiormy obrazi członka paranzy, ten może szu­kać satys­fak­cji na wła­sną rękę. W sytu­acji odwrot­nej musi poin­for­mo­wać capin­te­stę. Dichia­ri­mento może się odbyć tylko za zgodą capin­trity, gdy cho­dzi o pic­ciot­tich lub gio­vani ono­ra­tich, i za zgodą capin­te­sty, gdy cho­dzi o kamo­ry­stę; star­szym nie wolno wal­czyć na szty­lety. Kamo­ry­stą można zostać, odby­wa­jąc "nowi­cjat" albo dzięki doko­na­niu śmia­łego przed­się­wzię­cia. Przy­wódcą kamorry nie może zostać ktoś, kto jest zamie­szany w kra­dzież, ani ric­chione [ter­mi­nem tym okre­ślano homo­sek­su­ali­stów - I.K.]. Capin­te­sta musi być wybrany spo­śród paranzy dziel­nicy Porta Capu­ana. Wszel­kie kary nało­żone przez Mamma muszą zostać wyko­nane w ter­mi­nie usta­lo­nym przez zwierzch­nika i przez osobę wybraną w dro­dze loso­wa­nia. Wszy­scy kamo­ry­ści i pic­ciotti zostają po kolei kamo­ry­stami (...). Kamo­ry­ści, któ­rzy zostali wyde­le­go­wani do pobie­ra­nia hara­czu, muszą odda­wać go w cało­ści prze­ło­żo­nym. Z hara­czu jedna czwarta należy się capin­te­ście, resztę trzeba wpła­cić do wspól­nej kasy, aby potem podzie­lić ją sumien­nie mię­dzy towa­rzy­szy, cho­rych i tych, któ­rzy przez kaprys władz odby­wają karę. Sto­jący na cza­tach przy podziale zysków mają być trak­to­wani na równi z innymi ze Sto­wa­rzy­sze­nia. Jeżeli wyma­gają tego oko­licz­no­ści, do niniej­szego sta­tutu można dodać dal­sze para­grafy"9.

Jak widać, kamorra miała swoje dwu­in­stan­cyjne sądow­nic­two, które orze­kało nie tylko w spra­wach wewnętrz­nych orga­ni­za­cji, ale także roz­pa­try­wało sprawy osób postron­nych, które się o to zwró­ciły do orga­ni­za­cji. Sąd pierw­szej instan­cji zwano Mamma, nato­miast Gran Mamma peł­nił rolę sądu ape­la­cyj­nego i był typo­wym sądem przy­się­głych. Jak wynika z przy­to­czo­nego wyżej sta­tutu, funk­cjo­no­wał jesz­cze jeden sąd - Pic­cola Mamma, który roz­pa­try­wał sprawy człon­ków Sto­wa­rzy­sze­nia Mniej­szego. Każda z dwu­na­stu dziel­nic Neapolu dys­po­no­wała wła­snym try­bu­na­łem Mamma, zaś Gran Mamma obej­mo­wał całe mia­sto. Funk­cję prze­wod­ni­czą­cego Gran Mamma peł­nił capin­te­sta Neapolu, który był jed­no­cze­śnie tak zwa­nym mam­ma­san­tis­sima, czyli prze­wod­ni­czą­cym try­bu­nału. Sekre­tarz peł­nił jed­no­cze­śnie funk­cję pro­ku­ra­tora, nato­miast czte­rech, ewen­tu­al­nie pię­ciu człon­ków Sto­wa­rzy­sze­nia miało upraw­nie­nia odpo­wia­da­jące kom­pe­ten­cjom sędziów pomoc­ni­czych i adwo­ka­tów obrony w praw­dzi­wych try­bu­na­łach. Straż­ni­kami i woź­nymi byli nato­miast człon­ko­wie Sto­wa­rzy­sze­nia Mniej­szego. Gran Mamma począt­kowo pro­wa­dziła swoje posie­dze­nia w miesz­ka­niu jed­nego ze star­szych człon­ków Sto­wa­rzy­sze­nia, ale z cza­sem prze­nio­sła swoją sie­dzibę do Jaskini Cza­szek na cmen­ta­rzu Fon­ta­nelle. To ponure miej­sce znaj­duje się w samym cen­trum mia­sta w dziel­nicy Mater­dei, zaś nekro­po­lia została wykuta w skale z tufu wul­ka­nicz­nego. Zało­żono ją w począt­kach szes­na­stego stu­le­cia, kiedy na sku­tek prze­peł­nie­nia kościel­nych krypt oraz wpro­wa­dzo­nego wów­czas zakazu cho­wa­nia zmar­łych wewnątrz murów mia­sta, ludz­kie szczątki zaczęto prze­no­sić z ist­nie­ją­cych gro­bów poza mury, w tym także do opusz­czo­nego kamie­nio­łomu, który znamy dziś jako Cimi­tero delle Fon­ta­nelle. Cho­wano tam także miej­scową bie­dotę, ale naj­wię­cej szkie­le­tów, które obec­nie można tam oglą­dać, pocho­dzi z cza­sów dwóch epi­de­mii cho­lery, które nawie­dziły Neapol w 1656 i 1837 roku. Podobno pocho­wano tam aż czter­dzie­ści tysięcy ciał, ale współ­cze­śnie odwie­dza­jąc nekro­po­lię, można zoba­czyć jedy­nie ich część, reszta szcząt­ków spo­czywa bowiem pod pod­łogą cmen­ta­rza.

Posie­dze­nia Gran Mamma w takim miej­scu zapewne miały na celu przy­da­nie im powagi i atmos­fery grozy, ale należy zazna­czyć, że neapo­li­tań­czycy mieli dość oso­bliwy sto­su­nek do spo­czy­wa­ją­cych tam zmar­łych. Jak na poboż­nych kato­li­ków przy­stało, wie­rzyli w życie poza­gro­bowe, a ponie­waż więk­szość pocho­wa­nych w Fon­ta­nelle nie miała nagrob­ków, bo ciała grze­bano bez­i­mien­nie, reli­gijni miesz­kańcy mia­sta wpro­wa­dzili zaska­ku­jący oby­czaj adop­cji cza­szek. Nada­wali każ­dej z nich imię, myli i sta­ran­nie pole­ro­wali, po czym wkła­dali do spe­cjal­nych skrzy­nek, trak­tu­jąc szczątki, jakby nale­żały do człon­ków rodziny. Nie robiono tego jed­nak bez­in­te­re­sow­nie, ale liczono w zamian na opiekę z zaświa­tów, dla­tego obok zwy­cza­jo­wego różańca przy czaszce czę­sto kła­dziono przed­miot sym­bo­li­zu­jący to, o co pro­siła dana osoba. A ponie­waż neapo­li­tań­czycy wie­rzą, że dusze wła­ści­cieli cza­szek mogą dopo­móc we wszyst­kim, rów­nież w wygra­nej w grach loso­wych, nato­miast obo­wią­zek opie­ko­wa­nia się szcząt­kami prze­cho­dzi z poko­le­nia na poko­le­nie, do dziś można zoba­czyć leżące przy czasz­kach kupony Lotto lub lote­rii.

Sądy Sto­wa­rzy­sze­nia głów­nie zaj­mo­wały się spra­wami wewnętrz­nymi orga­ni­za­cji i nakła­dały na deli­kwen­tów, któ­rzy dopu­ścili się naru­szeń i prze­stępstw wobec niej, roz­ma­ite kary, a ich suro­wość zale­żała oczy­wi­ście od popeł­nio­nego czynu. Win­nego można było uka­rać zre­du­ko­wa­niem lub zawie­sze­niem udziału w zyskach, wyklu­czyć ze wspól­noty albo ska­zać na publiczne spo­licz­ko­wa­nie. Surow­sze kary obej­mo­wały nato­miast mię­dzy innymi: rzu­ce­nie w twarz ludz­kim kałem - co miało być wyra­zem głę­bo­kiej pogardy - nacię­cie twa­rzy kawał­kiem szkła lub zęba­tym ostrzem, a także karę śmierci. Można było ją wyko­nać na dwa spo­soby: kil­ka­krot­nie wbi­ja­jąc szty­let w pierś lub w brzuch. Wyko­na­nie wszel­kiego rodzaju wyro­ków pole­ga­ją­cych na naru­sze­niu nie­ty­kal­no­ści cie­le­snej, w tym rów­nież kary śmierci, powie­rzano wybie­ra­nym w loso­wa­niu gio­vani ono­ra­tim.

Obec­nie dys­po­nu­jemy skrom­nymi mate­ria­łami doku­men­tu­ją­cymi posie­dze­nia obu instan­cji sądu kamorry, więk­szość z nich pocho­dzi z archi­wów poli­cyj­nych, a pozy­skano je pod­czas nalo­tów orga­nów ści­ga­nia. W trak­cie jed­nej z takich poli­cyj­nych akcji w 1822 roku zare­kwi­ro­wano pro­to­koły z roz­prawy Gran Mamma oraz tablicę z napi­sem: "Sala Spra­wie­dli­wo­ści. Prawo jest jed­na­kowe dla wszyst­kich, ponie­waż Mamme sądzą nie pió­rem, jak to się dzieje w try­bu­na­łach kró­lew­skich, lecz ser­cem i umy­słem"10. Jak wcze­śniej wspo­mniano, mafijne sądy roz­strzy­gały też w spra­wach cywil­nych, roz­pa­tru­jąc te, któ­rymi ówcze­sny wymiar spra­wie­dli­wo­ści nie chciał albo nie mógł się zaj­mo­wać. Wyda­wały zatem wyroki w spra­wach doty­czą­cych kon­flik­tów mię­dzy sprze­daw­cami a ich klien­tami, per­trak­to­wali w spo­rach pomię­dzy wła­ści­cie­lami miesz­kań a ich najem­cami, jak rów­nież wyda­wali wyroki w kwe­stiach hono­ro­wych. To wła­śnie do try­bu­nału kamorry zwra­cały się rodziny kobiet uwie­dzio­nych przez bez­tro­skich kawa­le­rów, bo tylko Sto­wa­rzy­sze­nie mogło wydać wyrok przy­mu­sza­jący męż­czy­znę do ożenku. A wyro­ków Mamme nikt nie śmiał kwe­stio­no­wać, a tym bar­dziej igno­ro­wać.

Kamo­ry­ści w prze­ci­wień­stwie do człon­ków Gardu?y nie kra­dli i wręcz brzy­dzili się tym pro­ce­de­rem, a zło­dzieje nie mieli wstępu w sze­regi orga­ni­za­cji. Zasad­ni­czym źró­dłem docho­dów Sto­wa­rzy­sze­nia były hara­cze zbie­rane nie­mal od wszyst­kich, cho­ciaż począt­kowo zmu­szano do ich pła­ce­nia wyłącz­nie osoby pro­wa­dzące wszelką dzia­łal­ność nie­le­galną, a tej w dzie­więt­na­sto­wiecz­nym Neapolu nie bra­ko­wało. Dość popłat­nym zaję­ciem trud­nili się tak zwani assi­stitti, któ­rzy twier­dzili, że dzięki kon­tak­tom z zaświa­tami znają zwy­cię­skie liczby naj­bliż­szych lote­rii i za odpo­wied­nią opłatą mogą się tą wie­dzą podzie­lić. Z kolei capi­gu­aglioni zaj­mo­wali się dostar­cza­niem żebra­kom cho­rych dzieci, któ­rych widok wywo­ły­wał litość u prze­chod­niów, dzięki czemu chęt­niej się­gali do kie­szeni, zaś teso­rieri sprze­da­wali przy­by­łym do Neapolu "mapy skar­bów". Naiw­nych nie bra­ko­wało, a wszy­scy wymie­nieni, podob­nie jak pozo­stali oszu­ści, szu­le­rzy czy wła­ści­ciele nie­le­gal­nych salo­nów gier, musieli dzie­lić się zyskami ze Sto­wa­rzy­sze­niem. Pobie­ra­jący hara­cze co nie­dziela spo­ty­kali się w uliczce Don­na­ro­mita nie­opo­dal uni­wer­sy­tetu i tam dzie­lili się zebra­nymi pie­niędzmi. Sytu­acja zaczęła się kom­pli­ko­wać, kiedy w sze­regi orga­ni­za­cji zaczęło wstę­po­wać coraz wię­cej osób zwa­bio­nych moż­li­wo­ścią sto­sun­kowo łatwego zysku, pod­czas gdy pie­nię­dzy było tyle samo. Pro­ble­mowi z cza­sem zara­dzono - zaczęto pobie­rać hara­cze dosłow­nie od wszyst­kich i od wszyst­kiego. Musieli je pła­cić skle­pi­ka­rze, mle­cza­rze, obwoźni sprze­dawcy, tra­ga­rze, prze­woź­nicy i doroż­ka­rze, wydawcy i sprze­dawcy gazet oraz wszy­scy pro­wa­dzący jaki­kol­wiek biz­nes. Opłaty były pobie­rane z tytułu ochrony przed zło­dzie­jami i oszu­stami, a wszy­scy uisz­czali je bez szem­ra­nia, uzna­jąc potrzebę tego typu płat­nej pro­tek­cji.

Oso­bliwe zwy­czaje panu­jące w mie­ście u stóp Wezu­wiu­sza nie uszły uwagi przy­jezd­nych. "Około roku 1860 cudzo­zie­miec świeżo przy­były do Neapolu, led­wie dotknął stopą lądu, ze zdzi­wie­niem dostrze­gał mocno zbu­do­wa­nego męż­czy­znę, który pod­cho­dził do prze­woź­nika, by otrzy­mać od niego jeden czy dwa sous - pisał Marc Mon­nier. - Gdyby przy­szło mu do głowy zapy­tać, kim jest ów "poborca", lepiej ubrany od innych pro­stych ludzi, czę­sto obwie­szony pier­ścion­kami i klej­no­tami, przy­bie­ra­jący pozy gospo­da­rza (...) usły­szałby w odpo­wie­dzi: "To kamo­ry­sta". Cudzo­zie­miec przy­by­wa­jący do obe­rży, poprze­dzany przez tra­ga­rza nio­są­cego jego bagaże, odkry­wał na ogół dru­giego poborcę, rów­nie tajem­ni­czego i mil­kli­wego, który otrzy­my­wał parę sous od tra­ga­rza. (...) Gdyby cudzo­zie­miec, zauwa­żyw­szy tę nową trans­ak­cję, upie­rał się pytać, kim jest ten nowy poborca, usły­szałby znowu: "To kamo­ry­sta". Podróż­nik opusz­cza obe­rżę i wsiada do fia­kra. Led­wie dotknie stop­nia dorożki, trzeci osob­nik poja­wia się przy stan­gre­cie, a ów z usza­no­wa­niem kła­dzie mu na dłoń monetę. "To też jest kamo­ry­sta?" - pyta podróż­nik, coraz bar­dziej zdu­miony, że wciąż spo­tyka na swo­jej dro­dze posta­cie, które otrzy­mują pie­nią­dze, mimo że nie oddają żad­nych usług. A stan­gret odpo­wiada melan­cho­lij­nie: "Tak, to kamo­ry­sta""11.

Z hara­czu nie był zwol­niony nawet Kościół, bo od 1888 roku kamorra pobie­rała opłatę... od mszy za dusze zmar­łych. Grupa kamo­ry­stów każ­dego wie­czora odby­wała obchód neapo­li­tań­skich kościo­łów i od każ­dego z pro­bosz­czów pobie­rała haracz w wyso­ko­ści rów­nej dzie­się­ciu pro­cent od opłaty wier­nych w cha­rak­te­rze ofiary za mszę. Począt­kowo ten nowy oby­czaj wzbu­dzał wiel­kie obu­rze­nie, ale z cza­sem wszy­scy do niego przy­wy­kli i haracz pła­cono bez pro­ble­mów i ocią­ga­nia się.

Kamo­ry­ści ope­ro­wali zarówno w naj­bied­niej­szych dziel­ni­cach mia­sta, jak rów­nież w stre­fach wymiany usług, dzięki czemu można było ich spo­tkać u bram miej­skich, w por­cie i w pla­ców­kach cel­nych. Dzia­łali bez żad­nego skrę­po­wa­nia, w obec­no­ści urzęd­ni­ków pań­stwo­wych i miej­skich, któ­rzy trak­to­wali ich nie­mal jak kole­gów po fachu. Normą było, że każdy, kto wwo­ził towary do mia­sta, naj­pierw pła­cił opłaty należne pań­stwu i mia­stu, a następ­nie wrę­czał haracz czło­wie­kowi kamorry. Co cie­kawe, Piękne Sto­wa­rzy­sze­nie pro­wa­dziło też legalną dzia­łal­ność - lote­rię o nazwie gioco pic­colo, czyli mała gra, będącą w pew­nym sen­sie kon­ku­ren­cją dla lote­rii pań­stwo­wej. Neapo­li­tań­czycy mogli przez cały tydzień obsta­wiać numery w lote­rii pań­stwo­wej, ale zda­rzało się, że odkła­dali to na sobotę, kiedy kolek­tury przyj­mo­wały wyłącz­nie stawki powy­żej pew­nej okre­ślo­nej kwoty. Jeżeli nie udało się jej zebrać, pozo­sta­wało jesz­cze jedno wyj­ście - kupić los gioco pic­colo. Kamorra uzna­wała numery wylo­so­wane w lote­rii pań­stwo­wej i uczci­wie, a co naj­waż­niej­sze, ter­mi­nowo wypła­cała zwy­cięz­com nagrody.

Ponie­waż kamorra pręż­nie dzia­łała w wię­zie­niach, daw­niej sądzono, iż naro­dziła się w któ­rymś z dzie­więt­na­sto­wiecz­nych zakła­dów kar­nych, ale ten pogląd został już dawno odrzu­cony. Fak­tem nato­miast jest, że kamo­ry­ści radzili sobie w wię­zie­niu bar­dzo dobrze i trzy­mali w sza­chu pozo­sta­łych osa­dzo­nych. Zresztą Piękne Sto­wa­rzy­sze­nie Zre­for­mo­wane dbało o swo­ich, któ­rzy tra­fili do wię­zie­nia, a pozo­sta­jący na wol­no­ści człon­ko­wie orga­ni­za­cji, roz­ma­wia­jąc o osa­dzo­nych kam­ra­tach, mówili, że są "pod klu­czem". Orga­ni­za­cja ota­czała uwię­zio­nych rów­nie wielką tro­ską, jak tych, któ­rzy na­dal cie­szyli się wol­no­ścią - przy­naj­mniej raz na tydzień docie­rały do nich należne udziały z hara­czu. Wszyst­kich prze­by­wa­ją­cych w zakła­dzie obo­wią­zy­wał regu­la­min, zgod­nie z któ­rym jeżeli w danej celi prze­by­wało co naj­mniej czte­rech człon­ków Sto­wa­rzy­sze­nia, nale­żało wybrać spo­śród nich capin­trito. Jego wła­dza co prawda koń­czyła się wraz z odby­ciem kary i wyj­ściem na wol­ność, ale w wię­zie­niu cie­szył się posłu­chem pod­wład­nych i licz­nymi przy­wi­le­jami, na przy­kład ni­gdy nie ście­lił swo­jego łóżka, a jego toa­letą, włącz­nie z myciem i gole­niem, zaj­mo­wali się współ­więź­nio­wie sto­jący niżej w hie­rar­chii orga­ni­za­cji. Poza capin­trito wybie­rano rów­nież sekre­ta­rza oraz pic­ciotto di gior­nata, który de facto szpie­go­wał innych więź­niów, dono­sząc prze­ło­żo­nym o jakich­kol­wiek kon­tak­tach osa­dzo­nych z urzęd­ni­kami sądo­wymi, co było nie­mile widziane przez człon­ków Sto­wa­rzy­sze­nia. On też zmu­szał współwięź­niów, by swoje rze­czy sta­wiali w grach hazar­do­wych orga­ni­zo­wa­nych na tere­nie wię­zie­nia. Ponie­waż wspo­mniane gry rzadko bywały uczciwe, wspo­mniane fanty prze­cho­dziły na wła­sność capin­trito, który albo je zatrzy­my­wał, albo dzie­lił pomię­dzy pod­wład­nych.

Każdy nowy wię­zień nie­malże od razu po prze­kro­cze­niu murów wię­zie­nia był badany przez prze­by­wa­ją­cych tam kamo­ry­stów pod kątem ewen­tu­al­nej przy­na­leż­no­ści do orga­ni­za­cji. Zaraz po potwier­dze­niu człon­ko­stwa i spraw­dze­niu jego miej­sca w prze­stęp­czej hie­rar­chii capin­trito wzy­wał przy­by­sza do sie­bie, by poin­for­mo­wać go o miej­scach ukry­cia broni - głów­nie skra­dzio­nych lub prze­my­co­nych na teren wię­zie­nia noży - oraz o licz­bie poten­cjal­nych "kur do osku­ba­nia", jak nazy­wano więź­niów, od któ­rych ścią­gano hara­cze. Jeżeli nowo przy­były nie był człon­kiem orga­ni­za­cji, z miej­sca zmu­szano go do zapła­ce­nia hara­czu, czyli wpłaty na zakup oliwy dla Madonny, któ­rej wize­ru­nek wid­niał w każ­dej celi, podob­nie jak na rogach neapo­li­tań­skich ulic. Zgod­nie z wie­lo­wie­kową tra­dy­cją w kaganku umiesz­czo­nym przed Matką Boską przez dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę powi­nien się palić ogień. Opłata za oliwę do kaganka miała wpraw­dzie zna­cze­nie sym­bo­liczne, ale nowo przy­były, wpła­ca­jąc żądaną kwotę, jed­no­cze­śnie zga­dzał się na uisz­cza­nie kolej­nych. Olio della Madonna sta­no­wiło począ­tek całego ciągu regu­lar­nych wymu­szeń, które wię­zień musiał zno­sić pod groźbą prze­mocy - pła­cił za picie, jedze­nie czy pale­nie. Haracz musieli pła­cić nawet księża, któ­rych w neapo­li­tań­skich wię­zie­niach nie bra­ko­wało, a w dodatku zde­cy­do­wana więk­szość z nich odsia­dy­wała wyroki za... gwałty. W zakła­dach kar­nych czę­sto docho­dziło także do zum­paty, ale zanim dwóch będą­cych pod klu­czem kamo­ry­stów sta­nęło naprze­ciwko sie­bie, musiał się odbyć sąd pod prze­wod­nic­twem capin­trita. Dopiero po uzy­ska­niu jego zgody mogło dojść do poje­dynku, który z reguły odby­wał się w nocy przy mdłym świe­tle kaganka, przed obra­zem Madonny, w obec­no­ści innych więź­niów, któ­rzy z zapa­łem kibi­co­wali jed­nemu z rywali. Wła­dze wię­zienne nie dawały przy­zwo­le­nia na takie prak­tyki, gor­li­wie zresztą zwal­cza­jąc kamorrę, ale trzeba przy­znać, że z wyjąt­kowo mar­nym skut­kiem, gdyż każda próba ogra­ni­cze­nia wpły­wów orga­ni­za­cji koń­czyła się bun­tem. Pró­bo­wano także izo­lo­wać kamo­ry­stów od innych więź­niów, co z reguły się nie uda­wało, głów­nie ze względu na nie­moż­ność usta­le­nia ich przy­na­leż­no­ści do Sto­wa­rzy­sze­nia.

Czas poka­zał, że pobyt w wię­zie­niu jedy­nie wzmac­niał orga­ni­za­cję - zakład karny oka­zał się wręcz wyma­rzo­nym miej­scem do rekru­ta­cji nowych człon­ków, któ­rzy po wyj­ściu na wol­ność bez­zwłocz­nie zasi­lali sze­regi Sto­wa­rzy­sze­nia, zaś przy­wódcy kamorry prze­by­wa­jący "pod klu­czem" dosko­nale radzili sobie z dowo­dze­niem orga­ni­za­cją. Zresztą tak jest do dzi­siaj. Jak zauważa Marie-Anne Matard-Bonucci w swo­jej Histo­rii mafii: "Do cza­sów współ­cze­snych zda­rzało się rzadko, by uwię­zie­nie jed­nego z przy­wód­ców kamorry nie­uchron­nie osła­biało repre­zen­to­wany prze­zeń klan, a wojny pro­wa­dzone w obrę­bie kamorry bar­dzo długo miały więk­szy wpływ na redy­stry­bu­cję kart wła­dzy kamo­ry­stycz­nej niż repre­sje ze strony pań­stwa. Uwię­zie­nie wymu­sza mia­no­wi­cie nie tyle wyco­fa­nie się z "inte­re­sów", ile przej­ście do nowej formy zarzą­dza­nia nimi, którą umoż­li­wiają liczne kanały wła­dzy, łączące kamo­ry­stę ze świa­tem zewnętrz­nym: krewni, przy­ja­ciele, współ­więź­nio­wie wypusz­czani na wol­ność lub straż­nicy, któ­rych życz­li­wość zapew­nił udział w plo­nach z "oliwy Madonny""12.

Przy­wo­łany wyżej Marc Mon­nier nie bez przy­czyny zwró­cił uwagę na bogate stroje kamo­ry­stów, bowiem od począt­ków ist­nie­nia neapo­li­tań­skiej mafii jej człon­ko­wie, zapa­trzeni jak w obraz w miej­scową ary­sto­kra­cję, sta­rali się epa­to­wać bogac­twem. Stąd też ich zami­ło­wa­nie do dro­gich ubrań i biżu­te­rii. Zresztą tak jest do dzi­siaj, bo kamo­ry­ści w prze­ci­wień­stwie do mafio­sów z cosa nostry chęt­nie afi­szują się swoim sta­nem posia­da­nia: ubie­rają się w naj­lep­szych domach mody, budują oka­załe, luk­su­sowe wille i posia­dają dro­gie samo­chody. W począt­kach ist­nie­nia orga­ni­za­cji mogli to robić wyłącz­nie za pomocą wyszu­ka­nych stro­jów i rzu­ca­ją­cej się w oczy biżu­te­rii. Od sycy­lij­skiej mafii kamorrę odróż­niało jesz­cze jedno: w prze­ci­wień­stwie do cosa nostry, ope­ru­ją­cej w począt­kach swo­jej dzia­łal­no­ści na obsza­rach wiej­skich, mafia neapo­li­tań­ska dzia­łała na tere­nie mia­sta - była więc typową mafią miej­ską. Nawia­sem mówiąc, jedyną w ówcze­snych Wło­szech.

W służbie "wujka Józka", czyli kamorra w dobie zjednoczenia Włoch

W począt­kach ist­nie­nia kamorry jej człon­ko­wie trzy­mali się raczej z dala od poli­tyki. Według autora Histo­rii kamorry nale­żący do Pięk­nego Sto­wa­rzy­sze­nia "sprawy zwią­zane z rzą­dze­niem uwa­żali za roz­rywkę mania­ków, w któ­rej - w naj­lep­szym wypadku - ryzy­ko­wało się utratą majątku"13. Zda­niem znawcy pro­ble­ma­tyki współ­cze­snej mafii neapo­li­tań­skiej, Roberta Saviana, w zasa­dzie jest tak do dziś. Jak zauważa w swo­jej gło­śnej publi­ka­cji Gomorra: "Stra­te­gia kamorry w Kam­pa­nii zakłada, że do inte­re­sów nie mie­sza się poli­ty­ków na eks­po­no­wa­nych sta­no­wi­skach, któ­rymi inte­re­sują się media. Nie zmu­sza się ich do bier­nego współ­udziału czy mil­czą­cego przy­zwo­le­nia. Za to na pro­win­cji, w małych miej­sco­wo­ściach, gdzie klany potrze­bują wspar­cia zbroj­nego, osłony dla ukry­wa­ją­cych się człon­ków kamorry, kamu­flażu dla co ryzy­kow­niej­szych ope­ra­cji finan­so­wych, związki mię­dzy poli­ty­kami a rodzi­nami mafij­nymi są bliż­sze. Klany docie­rają do orga­nów wła­dzy przez swoje impe­rium gospo­dar­cze. I to wystar­czy, żeby pano­wać nad wszyst­kim"14. Był jed­nak czas w dzie­jach Włoch, kiedy neapo­li­tań­ska mafia wyraź­nie zazna­czyła swoje ist­nie­nie, wal­nie przy­czy­nia­jąc się do zjed­no­cze­nia kraju.

Kiedy w grud­niu 1820 roku przed­sta­wi­ciele kamorry zebrani w neapo­li­tań­skim kościele Świę­tej Kata­rzyny pro­kla­mo­wali powo­ła­nie do życia Pięk­nego Sto­wa­rzy­sze­nia Zre­for­mo­wa­nego, Wło­chy jako pań­stwo nie ist­niały. Od cza­sów kon­gresu wie­deń­skiego, który zade­cy­do­wał o kształ­cie Europy po upadku Napo­le­ona, Pół­wy­sep Ape­niń­ski był podzie­lony pomię­dzy papie­skie Pań­stwo Kościelne, Kró­le­stwo Sar­dy­nii i Pie­montu, któ­rym wła­dał wów­czas Wik­tor Ema­nuel I, oraz Kró­le­stwo Obojga Sycy­lii znaj­du­jące się pod pano­wa­niem Bur­bo­nów, nato­miast pół­nocne regiony, czyli Toska­nia, Lom­bar­dia i Wene­cja, sta­no­wiły pro­tek­to­rat Austrii. Cesarz Fran­cu­zów i jego żoł­nie­rze zdą­żyli jed­nak zaszcze­pić w ser­cach miesz­kań­ców Pół­wy­spu Ape­niń­skiego ziarno wol­no­ści i dąże­nia do samo­sta­no­wie­nia, a także idee zjed­no­cze­niowe. Wbrew pozo­rom nie było to łatwe zada­nie, gdyż ówcze­snych Wło­chów wię­cej dzie­liło, niż łączyło - róż­niły ich oby­czaje, sys­tem spo­łeczny, a nawet język. Jak się oka­zuje, języ­kiem, któ­rym mówi się w sło­necz­nej Ita­lii obec­nie, posłu­gi­wało się wtedy zale­d­wie dwa pro­cent lud­no­ści, głów­nie w Toska­nii. Reszta poro­zu­mie­wała się lokal­nymi dia­lek­tami, zupeł­nie nie­zro­zu­mia­łymi dla kogoś z zewnątrz - żaden miesz­ka­niec Pie­montu nie mógłby się poro­zu­mieć z neapo­li­tań­czy­kiem i vice versa. A jed­nak idee zjed­no­cze­niowe były coraz sil­niej­sze. W 1830 roku powstała orga­ni­za­cja Młode Wło­chy (La Gio­vine Ita­lia), zało­żona i kie­ro­wana przez Giu­sep­pego Maz­zi­niego, któ­rego marze­niem było zjed­no­cze­nie pań­stwa jako libe­ral­nej repu­bliki.

Tym­cza­sem człon­ko­wie Pięk­nego Sto­wa­rzy­sze­nia, przy­naj­mniej w począt­ko­wym okre­sie jego ist­nie­nia, sprzy­jali Bur­bo­nom panu­ją­cym w Kró­le­stwie Obojga Sycy­lii, do któ­rego nale­żał Neapol. Poza tym król Fer­dy­nand II, który zasiadł na tro­nie w 1830 roku, cie­szył się nie­kła­ma­nym popar­ciem pod­da­nych, czemu trudno się dzi­wić, skoro od początku pre­zen­to­wał wyjąt­kowo libe­ralne i postę­powe poglądy. Bez­zwłocz­nie po obję­ciu pano­wa­nia wydał edykt, w któ­rym obie­cał prze­pro­wa­dze­nie głę­bo­kich reform i nie­mal od razu wcie­lił to posta­no­wie­nie w życie, obni­ża­jąc podatki i wydatki pań­stwowe, co nie prze­szko­dziło mu w budo­wie pierw­szej na Pół­wy­spie Ape­niń­skim linii kole­jo­wej. Wpraw­dzie, przy­naj­mniej z punktu widze­nia współ­cze­snego czło­wieka, nie było to impo­nu­jące osią­gnię­cie, bo otwarta w 1839 roku linia kole­jowa - łącząca neapo­li­tań­ską sta­cję Via dei Fossi z pała­cem kró­lew­skim Por­tici u stóp Wezu­wiu­sza - mie­rzyła zale­d­wie sie­dem i pół kilo­me­tra, ale monar­cha i jego pod­dani byli z tego przed­się­wzię­cia nie­by­wale dumni. Dumą napa­wały też inne zdo­by­cze tech­niki, znaj­du­jące się w posia­da­niu jego kró­le­stwa: łącz­ność tele­gra­ficzna mię­dzy Neapo­lem a Palermo oraz pierw­szy na Pół­wy­spie Ape­niń­skim sta­tek parowy, wcho­dzący w skład jego flo­tylli. Wyda­wało się zatem, że robi wszystko, aby tak jak to obie­cał w pierw­szych dniach po obję­ciu pano­wa­nia, rzą­dzić kró­le­stwem w spo­sób, który zapewni pod­da­nym szczę­ście i dobro­byt. Dys­po­no­wał do tego odpo­wied­nim zaple­czem finan­so­wym, bo neapo­li­tań­scy Bur­bo­no­wie zgro­ma­dzili ogromne sumy pie­nię­dzy, głów­nie srebr­nych i zło­tych monet, ponie­waż w Kró­le­stwie Obojga Sycy­lii nie uży­wano bank­no­tów. Co wię­cej, to wła­śnie w Neapolu funk­cjo­no­wała giełda, sta­no­wiąca jedno z waż­niej­szych miejsc dla sek­tora rol­ni­czego nie­mal całej Europy, a od cza­sów napo­le­oń­skich oko­lice mia­sta stały się naj­więk­szym zagłę­biem prze­my­słu tek­styl­nego w ówcze­snych Wło­szech. Za jego roz­wój odpo­wia­dali emi­granci ze Szwaj­ca­rii, któ­rzy ze względu na nało­żoną przez Napo­le­ona blo­kadę kon­ty­nen­talną i zwią­zane z nią pro­blemy z dostę­pem do surowca prze­nie­śli się w oko­lice Neapolu, gdzie mogli korzy­stać z lokal­nej wełny.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

R. Saviano, Gomorra. Podróż po impe­rium kamorry, tłum. A. Paw­łow­ska-Zampito, Kato­wice 2017, s. 246. [wróć]

Za: V. Paliotti, Histo­ria kamorry - boha­te­ro­wie, zwy­czaje i wyda­rze­nia z dzie­jów sekty, która od czte­rech wie­ków nakła­dała haracz na neapo­li­tań­czy­ków, capin­te­sta, guappi, mam­ma­san­tis­sima i gio­va­notti ono­rati, ich czyny, zbrod­nie i miło­ści od XVI wieku do dzi­siaj, tłum. M. Widłak-Avo­lio, Kra­ków 1998, s. 22. [wróć]

Za: tamże, s. 23. [wróć]

Za: A. Farano, Histo­ria Kamorry: od Hisz­pa­nów po Gomorrę [na:] cafe­ba­bel.com [online], https://cafe­ba­bel.com/pl/article/histo­ria-kamorry-od-hisz­pa­now-po-gomorre-5ae006f3f723b35a145e1527/ [wróć]

Za: V. Paliotti, Histo­ria..., dz. cyt., s. 25. [wróć]

Tamże, s. 15. [wróć]

Za: M.A. Matard-Bonucci, Histo­ria mafii, tłum. W. Dłu­ski, War­szawa 2001, s. 235. [wróć]

Za: V. Paliotti, Histo­ria..., dz. cyt., s. 35. [wróć]

Za: tamże, s. 67-68. [wróć]

Za: tamże, s. 60. [wróć]

Za: M.A. Matard-Bonucci, Histo­ria..., dz. cyt., s. 239. [wróć]

Tamże, s. 238. [wróć]

V. Paliotti, Histo­ria..., dz. cyt., s. 73. [wróć]

R. Saviano, Gomorra..., dz. cyt., s. 55. [wróć]