Wstęp
Słynny niemiecki poeta doby romantyzmu, Johann Wolfgang Goethe,
zachwycony perłą południowych Włoch, jaką jest miasto u stóp Wezuwiusza,
ukuł znane powiedzenie: "Zobaczyć Neapol i umrzeć". Nie był odosobniony
w swoich zachwytach, bo wielu europejskich twórców podzielało jego
odczucia i poszukiwało natchnienia w cieniu wąskich ulic i pomarańczowych gajów, rozciągających się pod miastem. Wśród nich można
wymienić także naszych rodzimych ludzi pióra: Juliusza Słowackiego i Henryka Sienkiewicza, a z czasów bliższych współczesności Gustawa
Herlinga-Grudzińskiego.
Neapol to również ojczyzna pizzy, bo właśnie w tym mieście upieczono ją
po raz pierwszy i była to, znana i popularna także dzisiaj, pizza
margherita. Swoją nazwę zawdzięcza królowej Marghericie, czyli
Małgorzacie Sabaudzkiej, żonie panującego w latach 1878-1900 króla
Humberta I, notabene pierwszej królowej zjednoczonych Włoch. Małżonka
monarchy odwiedziła Neapol w 1889 roku, a przy okazji zjadła wspomnianą
pizzę, stworzoną specjalnie z myślą o niej przez Raffaelego Esposita z pizzerii Brandi. Tradycyjne danie, które często gości na naszych
talerzach, powinno zawierać trzy kolory włoskiej flagi: czerwień
pomidorów, biel mozzarelli oraz zieleń świeżej bazylii.
Pizza to niejedyna kulinarna duma tego pięknego miasta o niepowtarzalnym
klimacie: innymi specjalnościami neapolitańskiej kuchni jest spaghetti
alla pescatora, czyli spaghetti z owocami morza i sosem rybnym, oraz
zuppa di cozze - zupa z małży. Miasto - podobnie jak cały region
Kampanii, którego jest stolicą - słynie także z wyśmienitych win oraz
limoncello, czyli likieru cytrynowego. Słynny likier, pity zazwyczaj
po obfitym obiedzie dla poprawy trawienia, do świata alkoholi wkroczył
stosunkowo późno, bo dopiero w 1988 roku, kiedy Massimo Canale
zarejestrował jego znak towarowy. Autorstwo limoncello przypisuje się
prababce Canalego, która na początku dwudziestego stulecia produkowała
je na własne potrzeby z cytryn hodowanych w przydomowym ogródku. Tak
przynajmniej twierdzi rodzina Canale, chociaż wśród znawców tematu nie
brakuje zwolenników teorii, że likier wyrabiali już średniowieczni mnisi
na południu Półwyspu Apenińskiego, a nawet że był znany tamtejszej
ludności już w jedenastym wieku, kiedy to Kampanię nękały najazdy
Saracenów.
Ale miasto skrywa inne, wyjątkowo mroczne oblicze... Jest kolebką
kamorry, groźnej neapolitańskiej mafii, zapewne starszej od dwóch
pozostałych, czyli sycylijskiej cosa nostry i kalabryjskiej 'ndranghety.
Zdaniem historyków jej początków należy szukać w mrokach średniowiecza,
aczkolwiek formalnie istnieje od 1820 roku, kiedy w jednym z neapolitańskich kościołów powołano do życia Piękne Stowarzyszenie
Zreformowane. Pod tą z pozoru niewinną nazwą kryła się groźna
organizacja przestępcza, o strukturze przypominającej sektę religijną,
rządzącą się określonymi regułami i prawami. Jej zasadniczym źródłem
dochodu było pobieranie haraczy za rzekomą ochronę od wszystkich, którzy
prowadzili jakąkolwiek działalność zarobkową w Neapolu, bo w przeciwieństwie do operującej głównie na wsiach cosa nostry kamorra jest
mafią typowo miejską. W dodatku zrośniętą nierozerwalnie z miastem u stóp Wezuwiusza. Bez wątpienia jej rozwojowi w dziewiętnastym stuleciu
sprzyjał fakt, że ówczesne organy ścigania bardziej skupiały się na
tropieniu wszelkiej maści liberałów nawołujących do obalenia Burbonów
władających Królestwem Obojga Sycylii niż tępieniu przestępczości, w tym
rosnącej w siłę kamorry. Przestępcom sprzyjała też jawna niechęć
okazywana policji przez lokalną społeczność. Takie same uczucia budziły
organy ścigania oraz administracja narzucone południu Włoch przez
centralne władze już po zjednoczeniu kraju, co umocniło jeszcze pozycję
neapolitańskiej mafii.
Przestępcza organizacja stała się czymś w rodzaju państwa w państwie:
miała wewnętrzny niepisany kodeks, określający normy postępowania, a nawet własny, dwuinstancyjny sąd. Wspomniany sąd zajmował się nie tylko
wewnętrznymi sprawami organizacji, ale także rozstrzygał różnego rodzaju
spory neapolitańczyków niebędących członkami Pięknego Stowarzyszenia
Zreformowanego. To właśnie tam szukano rozwiązań dla wszelkiego rodzaju
problemów, z którymi nie radził sobie albo którymi nie chciał się zająć
niewydolny wymiar sprawiedliwości ówczesnych Włoch. Państwo zresztą było
bezsilne wobec problemu przestępczości zorganizowanej, która rozkwitała
na południu kraju, od Kampanii po Sycylię. Wszelkie próby ukrócenia
działalności kamorry podejmowane przez lokalnych stróżów prawa okazywały
się niewystarczające i były z góry skazane na niepowodzenie. Z kolei
centralne władze, pomimo wielu próśb i żądań, nie udzielały żadnego
wsparcia w walce z Pięknym Stowarzyszeniem Zreformowanym. Nie bez
znaczenia w tym przypadku było poparcie udzielane organizacji przez
lokalnych polityków, zwłaszcza posłów do parlamentu. Sojusz z kamorrą
przekładał się bowiem na liczbę głosów uzyskanych w wyborach. Z czasem
Stowarzyszenie znacznie poszerzyło zakres swojej przestępczej
działalności, włączając do niej przemyt i kradzieże. Wprawdzie policja
nie potrafiła sobie poradzić z wyplenieniem kamorry z pejzażu południa
Włoch, ale czasem stróżom prawa udawało się aresztować niektórych z jej
prominentnych bossów. Wyrok ograniczenia wolności nie oznaczał jednak
zaprzestania ani nawet przerwy w przestępczym procederze, ponieważ
zwierzchnicy Stowarzyszenia doskonale radzili sobie z zarządzaniem
organizacją zza krat, natomiast pobyt w zakładzie karnym stanowił
świetną okazję do pozyskania nowych kadr.
W końcu jednak znalazł się ktoś, kto poradził sobie z neapolitańską
mafią - kapitan karabinierów Carlo Fabbroni. W 1911 roku, korzystając z nie do końca etycznych metod, udało mu się wsadzić do więzienia
większość przywódców kamorry, a tym samym rozbić jej struktury. W efekcie doprowadził do likwidacji Pięknego Stowarzyszenia
Zreformowanego, zaś jego samego prasa ochrzciła mianem pogromcy kamorry.
I rzeczywiście, na skutek podjętych przez niego działań potężna mafia
stała się cieniem samej siebie i przestała liczyć się w świecie
przestępczym, co nie znaczy, że nie istniała. Była wówczas luźnym
związkiem drobnych przestępców zajmujących się głównie kradzieżą i przemytem.
Po drugiej wojnie światowej - nie bez udziału Lucky'ego Luciano,
amerykańskiego gangstera o sycylijskich korzeniach - nastąpił prawdziwy
renesans kamorry, która z czasem przeistoczyła się w groźny i niebezpieczny syndykat zbrodni. Dziś jej wpływy sięgają daleko poza
granice samego Neapolu, a nawet Włoch. W przeciwieństwie do
zhierarchizowanej cosa nostry, która ma strukturę piramidy, mafia
neapolitańska obecnie jest organizacją o strukturze poziomej, będącą
luźną konfederacją klanów w różnym stopniu ze sobą współpracujących.
Wszystko, co dziś wiemy na temat kamorry, pochodzi głównie od
pentitich, czyli skruszonych, jak włoskie prawo określa członków
mafii, którzy w zamian za ochronę i darowanie bądź znaczne zmniejszenie
wymiaru kary godzą się na współpracę z organami sprawiedliwości. Dużo
wniosła też wydana w 2006 roku książka Gomorra. Podróż po imperium
kamorry pióra młodego, bo zaledwie dwudziestosiedmioletniego
dziennikarza Roberta Saviana. Autor nie tylko ujawnił w niej zasady
działania neapolitańskiej mafii, opisując przy okazji powiązania kamorry
z legalną gospodarką i polityką, ale podał również nazwiska
najważniejszych bossów, a także innych pomniejszych członków mafii oraz
zakres ich działania w Systemie, bo właśnie tak członkowie organizacji
nazywają ją między sobą. Dziennikarz udowodnił także, że kamorra to
jedna z najbardziej złowrogich i niebezpiecznych organizacji
przestępczych współczesnego świata, która przyczyniła się do śmierci
większej liczby ludzi niż inne mafie, na czele z sycylijską i rosyjską,
przewyższając pod tym względem wszystkie ugrupowania terrorystyczne
razem wzięte, włącznie z hiszpańską ETA, irlandzką IRA oraz osławionymi
Czerwonymi Brygadami. "Kamorra jest dzisiaj formą terroryzmu: budzi
strach, narzuca swoje prawa i robi wszystko, by stać się nieodłączną
częścią społeczności Kampanii - zauważa Saviano. - Kamoryści narzucają
przemocą, z bronią w ręku, reguły nie do przyjęcia. Codziennością są
haracze, wskutek których nasze tereny straciły możliwość autonomicznego
rozwoju i są coraz bardziej zależne od pomocy finansowej z zewnątrz;
codziennością są dwudziestoprocentowe łapówki przy inwestycjach
budowlanych, które zniechęcają najbardziej upartych przedsiębiorców,
nielegalne transakcje, handel środkami odurzającymi, które wielu młodych
ludzi sprowadzają na margines społeczny i czynią z nich siłę roboczą na
usługach organizacji przestępczych, krwawe konflikty w łonie kamorry,
które spadają na rodziny jak niszczące plagi, zły przykład dla naszej
młodzieży, prawdziwe szkoły przemocy i zbrodni"1.
Zrozumienie, dlaczego System stanowi dziś tak potężną i zbrodniczą
machinę, z której unicestwieniem nie mogą uporać się włoskie organy
ścigania, jest niemożliwe bez poznania historii kamorry, a także całego
południa słonecznej Italii. Jak się przekonamy, to właśnie regiony
południowe ucierpiały najbardziej w procesie zjednoczenia państwa,
bowiem ich rozwój został gwałtownie zastopowany, a brak odpowiedniego
finansowania uczynił je najbiedniejszymi regionami współczesnych Włoch.
Swoje dołożyła też nieufność miejscowych do narzuconej przez centralne
władze administracji i podległej jej policji, podobnie jak nieudolność
tamtejszego wymiaru sprawiedliwości. Wszystko to stanowiło doskonałą
pożywkę dla rozwoju przestępczości zorganizowanej i umocniło istniejącą
w Neapolu, zapewne już od czasów średniowiecznych, kamorrę. Zresztą do
dziś w oczach mieszkańców miasta, głównie jego biedniejszych dzielnic,
to nie mafia jest uważana za wroga, ale państwo przymuszające do
płacenia podatków i oferujące niewiele w zamian swoim obywatelom,
zwłaszcza tym najbiedniejszym i wykluczonym. Kamorra w zamian za
lojalność daje przecież pracę i troszczy się o pokrzywdzonych, a przynajmniej stwarza takie pozory.
Zapraszamy zatem Czytelników w podróż do Neapolu, ale nie po to, by
podziwiać jego zabytki czy rozkoszować się smakiem tamtejszej
wyśmienitej kuchni. Niniejsza publikacja przedstawia bowiem mroczne i przerażające oblicze miasta, organizację, która wyrosła z jego historii
i z którym jest nierozerwalnie związana - kamorrę. Poznamy zatem jej
dzieje, sięgając do tajemniczych początków, przedstawiając działalność
Pięknego Stowarzyszenia Zreformowanego, a także jej odrodzenie po
drugiej wojnie światowej. Książka przedstawi także mafijne biznesy -
pobieranie haraczy, handel narkotykami, przemysł śmieciowy, fałszowanie
wyrobów spożywczych i inne.
Włoska nazwa neapolitańskiej mafii brzmi camorra i w tej formie
występuje w większości książek i publikacji. Ze względu na to, że włoska
nazwa jest rozpoznawalna na całym świecie, właśnie taka forma widnieje w tytule niniejszej publikacji. Będziemy jednak używać spolszczonej wersji
słowa - "kamorra". Nie tylko dlatego, że właśnie taka spolszczona forma
przyjęła się w wielu rodzimych pozycjach książkowych i prasowych, ale
przede wszystkim ze względu na to, że polska wersja odmienia się zgodnie
z zasadami naszej deklinacji, jest więc łatwiejsza w użyciu i będzie
bardziej zrozumiała dla polskiego odbiorcy.
Rozdział 1. Piękne Stowarzyszenie Zreformowane, czyli historia kamorry
Z Hiszpanii do Włoch
Popularna niegdyś na Półwyspie Apenińskim legenda przedstawia nader
romantyczną wersję powstania trzech organizacji mafijnych, do dziś
panoszących się we Włoszech. Jej bohaterami są trzej hiszpańscy rycerze:
Osso, Mastrosso i Carcagnosso, którzy w zemście za zgwałcenie siostry
jednego z nich zabili pewnego arystokratę. Ścigani przez prawo uciekli
na wyspę Favignana leżącą przy zachodnim cyplu Sycylii, gdzie założyli
bractwo kierujące się określonymi zasadami, a przede wszystkim -
kodeksem honorowym. Przez ponad trzydzieści lat pracowali nad
doskonaleniem reguł swojego stowarzyszenia, a potem postanowili ponieść
je w świat, a konkretnie - zaszczepić na włoskiej ziemi. Trzech rycerzy
opuściło zatem wyspę, która przez trzy dekady udzielała im schronienia i każdy z nich osiadł w innej części Włoch: Osso, którego patronem był
Święty Jerzy, udał się na Sycylię, Carcagnosso, który obrał sobie za
świętego patrona Michała Archanioła, popłynął do Kalabrii, gdzie położył
podwaliny pod 'ndranghetę, zaś Mastrosso, po tym jak zawierzył duszę
Najświętszej Panience, wyruszył do Neapolu, gdzie założył kamorrę. Jest
to oczywiście tylko ludowa legenda, przydająca pewnej nuty tajemniczości
i odrobiny rycerskości zbrodniczemu stowarzyszeniu, którym bez wątpienia
jest kamorra. A jednak, jak to bywa w przypadku legend, jest w niej
ziarno prawdy, gdyż współcześni badacze dopatrują się źródeł
neapolitańskiej mafii w Hiszpanii, skąd zgodnie z przytoczoną historią
mieli pochodzić legendarni rycerze.
Vittorio Paliotti, autor Historii kamorry, twierdzi, że kamorra
wywodzi się w prostej linii od funkcjonującego w średniowiecznej
Hiszpanii stowarzyszenia o charakterze rabunkowym Confraternita della
Guarduna - Bractwo Guarduna - założonego w 1417 roku w Sewilli. Jego
idee i zasady zostały przeszczepione na grunt neapolitański wraz z nadejściem panowania Hiszpanii, które oficjalnie rozpoczęło się w 1504
roku, aczkolwiek wojska króla Aragonii Alfonsa V opanowały te ziemie już
w roku 1442. Renesansowy pisarz i humanista, Giovanni Pontano, w swoim
dialogu Antonius twierdzi, jakoby wraz z Hiszpanami do Neapolu
wtargnęło samo zło. Zdaniem pisarza to właśnie oni nauczyli z natury
pokojowo nastawionych neapolitańczyków przekleństw, mściwości,
kłótliwości, zaszczepiając w nich przy okazji mnóstwo zabobonów, a także
skłonność do łączenia pogańskich praktyk z religią chrześcijańską. Z kolei barokowy pisarz francuski, Jean-Jacques Bouchard, w swoim dziele
Journal II: Voyage dans le royaume de Naples. Voyage dans la campagne
de Rome (Dziennik II: Podróż do Królestwa Neapolu. Podróż na rzymską
wieś) twierdzi, jakoby Hiszpanie dodatkowo przyczynili się do
rozplenienia się w mieście u stóp Wezuwiusza hazardu oraz
homoseksualizmu. Krótko mówiąc, wszystko co w Neapolu złe, wywodzi się z Hiszpanii. Współcześni historycy wprawdzie podchodzą z rezerwą do
ustaleń zawartych we wspomnianych dziełach, ale przyznają, że Gardu?a -
bo pod taką nazwą funkcjonuje hiszpańskie bractwo przestępcze w historiografii polskiej - w średniowieczu faktycznie przeniknęła na
południowe ziemie Italii.
Była to naprawdę potężna i groźna organizacja, łącząca w sobie cechy
"pobożnego bractwa" i prawdziwego syndykatu zbrodni. Wielu badaczy uważa
ją nawet za pierwszą mafię w dziejach świata. Początkowo działała pod
szczytnymi hasłami obrony wiary i zajmowała się głównie walką z marranami - jak w ówczesnej Hiszpanii nazywano żydów, którzy, chcąc
uniknąć prześladowań, decydowali się na konwersję na chrześcijaństwo - z czasem przeistaczając się w zrzeszenie najemnych bandytów. Członków tego
ugrupowania potocznie zwano guapos, ci zaś, zależnie od
"specjalizacji", dzielili się na: punteadores - sztyletowców, bądź
floreadores - napastników, a także coberteras - osłaniających,
którzy zapewniali ochronę bandytom. Podobną rolę pełnili chivatos -
"koziołki", czyli nastoletni chłopcy, będący nowicjuszami w bandyckim
fachu, którzy po kilku latach nienagannej "pracy" mogli awansować na
postulantes, czyli kandydatów, by po kolejnych dwóch latach zostać
pełnoprawnymi guapos. Ważną rolę w tej przestępczej organizacji
pełnili fecelles, czyli szpicle, na co dzień związani z hiszpańską
inkwizycją, od których czerpano wiedzę na temat osób, które warto byłoby
napaść, jak również sirenas - ponętne dziewczyny wciągające przyszłe
ofiary w pułapkę. Na czele organizacji stał przywódca zwany hermano
manor - starszy brat - któremu podlegali zwierzchnicy poszczególnych
prowincji zwani capatazes.
Zwierzchnicy prowincji byli wybierani spośród guapos, pracujących dla
bractwa przez sześć lat i mogących się poszczycić odpowiednimi
zasługami. Gardu?a utrzymywała dobre relacje z przedstawicielami władzy
różnego szczebla, w tym także z duchownymi będącymi członkami
inkwizycji. Jej macki sięgały nawet dworu królewskiego, czego dowodzi
kariera Rodriga Calderóna, hermano mayora, który w latach 1618-1620
piastował stanowisko sekretarza Filipa II. Organizacja miała własny
statut spisany w Toledo w 1420 roku, który kilka wieków później posłuży
za wzór statutu neapolitańskiej kamorry. Gardu?a jest w nim nazywana
bractwem lub wręcz zakonem, którego członkiem mógł zostać "każdy
dżentelmen posiadający dobre oko, dobre uszy, dobre nogi i koniec
języka"2. Przedmiotem działalności bractwa miały być kradzieże:
"wykonywane wprawną ręką na rzecz zakonu (...) "przyciemnienia", czyli
pchnięcia nożem, "pochówki", czyli morderstwa, "podróże", czyli napady
rabunkowe, i "kąpiele" lub "chrzty", czyli utopienia"3.
Wszystko wykonywane z inicjatywy bractwa bądź też na zlecenie klienta.
Bandyckie usługi polegały także na wykonywaniu nacięć na twarzy tytułem
ostrzeżenia bądź kary za jakieś przewinienie - w szczególnych
przypadkach świeże rany nacierano łojem rozpuszczonym w occie, co
sprawiało, że praktycznie nie można ich było usunąć. Ważnym aspektem
działalności Gardu?y było też pobieranie haraczy od wszelkiego rodzaju
działalności. Ślad istnienia tego bractwa znajdziemy także u Cervantesa,
który w jednej ze swoich nowel Rinconete y Cortadillo opisał
stowarzyszenie złoczyńców z Sewilli, którego reguły działania były
podobne do tych, jakimi będzie się kierować neapolitańska kamorra w dziewiętnastym wieku.
O sile tego syndykatu zbrodni niech świadczy fakt, że udało się ją
zniszczyć dopiero po czterystu latach przestępczej działalności, w 1822
roku, kiedy komendant Manuel de Cuendias rozgromił organizację i aresztował jej ostatniego przywódcę, Francisa Cortina. Uciekający przed
karzącą ręką hiszpańskiego wymiaru sprawiedliwości członkowie Gardu?y
już w 1820 roku znaleźli schronienie w południowych Włoszech, głównie w Neapolu, gdzie skutecznie rozpropagowali program i zasady działania
organizacji. W zasadzie należałoby powiedzieć, że je ugruntowali, bo już
wcześniej działały tam różnorakie przestępcze bractwa i stowarzyszenia,
funkcjonujące podobnie do ich hiszpańskiego pierwowzoru.
Większość współczesnych historyków zajmujących się problematyką
przestępczości zorganizowanej upatruje początków kamorry w Hiszpanii,
ale włoski historyk Gigi Di Fiore, autor wydanej w 2005 roku książki La
Camorra e le sue storie (Kamorra i jej historia), zauważa, iż: "nawet
jeśli korzeni Kamorry należy szukać w Hiszpanii, na Półwyspie Iberyjskim
nie istnieją porównywalne organizacje"4. Zdaniem wielu
badaczy przyczyn tego, że przestępczość zorganizowana rozpleniła się
właśnie w Italii, nie w Hiszpanii, należy szukać w różnicach
charakteryzujących proces jednoczenia się obu tych państw.
Jak się okazuje, termin "kamorra" w odniesieniu do organizacji
działającej w Neapolu w terminologii prawniczej pojawił się późno, bo
dopiero w drugiej połowie ubiegłego stulecia, a konkretnie w 1982 roku.
Uchwalona 13 września tego roku ustawa 646 doprecyzowała zbrodnie
związane z przestępczością zorganizowaną. Zawarty w niej zapis głosił,
że przewidziane w kodeksie kary "odnoszą się również do kamorry i innych
organizacji, jakkolwiek lokalnie nie byłyby one nazwane"5. Co
więcej, określenia "kamorra" nie używają nawet członkowie tego
ugrupowania. Jak uzasadnia Vittorio Paliotti w swojej publikacji
poświęconej historii mafii neapolitańskiej, w latach 1913-1975 słowem
"kamorra" określano specyficzną mentalność części mieszkańców południa
Włoch, z charakterystyczną dla niej gotowością do nadużyć, łapówkarstwa,
sprzeniewierzeń i szantażów. Miano "camorrista" miało zdecydowanie
negatywny, wręcz pogardliwy wydźwięk i określano nim każdego, "kto
narzucał arbitralne rozwiązania albo domagał się niedozwolonych
procentów. Tu należy wyjaśnić, że słowo "camorra" jest potocznym
synonimem łapówki"6. Zatem kamorysta dawniej oznaczał
łapówkarza bądź osobę wymuszającą łapówkę i mógł nim być nawet
parkingowy domagający się nieuzasadnionej dopłaty do swoich usług.
Paliotti podaje także inną etymologię słowa "kamorra", wywodząc je od
hiszpańskiego "camorra", oznaczającego kłótnię, które zostało przejęte
przez język arabski i w zmienionej formie "kumar" było nazwą pewnej
gry w kości zakazanej przez Koran. W tym znaczeniu słowo to wróciło do
Hiszpanii, skąd w okresie panowania hiszpańskiego zawędrowało do
Neapolu. W 1735 roku wydano zarządzenie, w którym mianem "camorra"
określano domy gry, w których uprawiano hazard. Inni badacze dziejów
neapolitańskiej mafii, na czele z przywołanym wcześniej Gigim Di Fiorem,
wywodzą etymologię nazwy od terminu "gamurri", oznaczającego bandytów
grasujących w średniowieczu na hiszpańskich obszarach górskich. Jak
dowodzą ustalenia historyków i archeologów, około 1300 roku bandy
gamurri grasowały także na południu Włoch. Z kolei Marie-Anne
Matard-Bonucci w swojej Historii mafii cytuje wypowiedź
dziewiętnastowiecznego szwajcarskiego pisarza, a zarazem wielkiego
miłośnika Neapolu, Marca Monniera, który uważał, iż słowo "kamorra"
oznacza "zorganizowane wymuszenie", natomiast o samej organizacji pisał:
"jest to tajne stowarzyszenie ludowe, którego celem jest czynienie
zła"7. Istnieje też hipoteza głosząca, jakoby nazwa
neapolitańskiej mafii pochodziła od hiszpańskiego terminu "chamarra",
oznaczającego płaszcz noszony z reguły przez bandytów w osiemnastowiecznej Hiszpanii.
Trudno dziś orzec, kiedy przestępcze ideały Gardu?y przeniknęły na
neapolitański grunt, doprowadzając do powstania pierwocin późniejszej
mafii. W 1647 roku powstała sekta zwana Societa dei Mastri Ferrari,
czyli Stowarzyszenie Mistrzów Kowalstwa, która w zamian za ochronę
nakładała tak zwane cła, będące najzwyklejszym haraczem od importowanych
i eksportowanych towarów. Inną tego typu organizacją była założona sześć
lat później Compagnia della Morte - Stowarzyszenie Śmierci, która
wykorzystywała szczytne hasła walki z hiszpańskim okupantem, ale w rzeczywistości jej członkowie zajmowali się wyłącznie wymuszaniem
pieniędzy. Wprawdzie wielu późniejszych badaczy dało się uwieść
legendzie i propagowało tezę, że w jej szeregach poza zwykłymi
rzezimieszkami znajdowali się także luminarze kultury oraz artyści, na
czele ze sławnym włoskim malarzem doby baroku, Salvatorem Rosą, ale
współcześni historycy zalecają włożyć to między bajki. Z biegiem czasu,
z bliżej nieznanych powodów, Compagnia della Morte zmieniła nazwę na
mniej złowrogą - Societa degli Impacciati - Stowarzyszenie
Zakłopotanych, co nie oznaczało jednak, że zmienił się profil
działalności. Pomimo rozbieżności nazw wszystkie tego typu bractwa i stowarzyszenia przez współczesnych historyków oraz badaczy dziejów
przestępczości zorganizowanej określane są mianem kamorry, a ich
członkowie nazywani są kamorystami. Bywało, że przestępcy w nich
zrzeszeni, chcąc uniknąć konfliktów z wymiarem sprawiedliwości,
przyjmowali niższe święcenia kapłańskie, co automatycznie wyłączało ich
spod jurysdykcji cywilnej. Ta praktyka była szczególnie popularna w osiemnastym stuleciu, kiedy "opaci w półsutannie", jak ich nazywano,
szerzyli "pokój przy użyciu przemocy".
Cechą charakterystyczną członków kamorry było naśladownictwo
arystokracji i to pod każdym względem - przestępcy uwielbiali afiszować
się swoją zamożnością, pięknymi strojami, a nawet naśladowali
zamiłowanie szlachty do pojedynków. Staczano je przed zachwyconą,
rozentuzjazmowaną gawiedzią i nawet rozporządzenie wydane w 1662 roku,
przewidujące karę śmierci za uczestnictwo i organizowanie pojedynków,
nie doprowadziło do zaniechania tego procederu, a jedynie do
przeniesienia walk w miejsca odludne. Istniały dwa rodzaje takich
batalii: zumpate - kiedy pojedynek toczyły dwie osoby, oraz
dichiaramenti - gdy w walkach brało udział więcej osób.
Donosicielstwo oznaczało nie tylko pogardę ze strony kamratów, ale także
dotkliwą karę przejętą wprost od hiszpańskich bandytów z Gardu?y -
nacięcia na twarzy zwane sfregio. Głęboka blizna na twarzy miała nie
tylko być formą ukarania nielojalności, ale także widocznym ostrzeżeniem
dla potencjalnych zdrajców. Władze walczyły zarówno z pojedynkami, jak i z barbarzyńskim zwyczajem nacinania twarzy, ale pomimo że oba procedery
karano śmiercią, nie udało się ich wyplenić. Co więcej, nader często
zdarzało się, że nacięcia pojawiały się na twarzach kobiet, partnerek
przestępców podejrzewanych o zdradę. Bywało, że takie podejrzenia były
zupełnie nieuzasadnione, ale żadna z tak osobliwie naznaczonych dam nie
wydawała się cierpieć z powodu oszpecenia, jakim były blizny na twarzy.
Wręcz przeciwnie, każda nosiła je z niekłamaną dumą jako dowód miłości,
a zarazem męskości jej ukochanego.
Ostatnie dziesięciolecia osiemnastego i pierwsze ćwierćwiecze
dziewiętnastego stulecia to czas powstawania rozmaitych tajnych
organizacji oraz stowarzyszeń politycznych, pojawiających się na fali
buntu przeciwko absolutyzmowi. To także okres rozkwitu święcącego
wówczas triumfy wolnomularstwa oraz studenckich bractw, jak również
wszelkiego rodzaju towarzystw okultystycznych. Członków tych ostatnich
interesowały jednak nie tylko kontakty z zaświatami. W mistyce,
magicznych rytuałach i komunikowaniu się z tajemnymi bytami upatrywano
drogi do zdobycia wiedzy i... władzy nad światem. Włochy nie były
odporne na tego rodzaju prądy. Jeszcze w czasach wojen napoleońskich
została powołana organizacja karbonariuszy, znanych także jako węglarze,
zakon węglarzy lub, znacznie rzadziej, dobrzy kuzyni. Nazwa
stowarzyszenia nawiązuje bezpośrednio do średniowiecznej gildii
rzemieślniczej, która powstała wyłącznie w celu obrony przed bandytami.
Jej członkowie dążyli do zjednoczenia Włoch, które miały być państwem
demokratycznym, z własną konstytucją, a w ich szeregach nie brakowało
najwybitniejszych przedstawicieli politycznego establishmentu. Z czasem z szeregów tej organizacji wyłoniła się kolejna - Caldeari,
której członkom obca była idea zjednoczenia kraju i którzy popierali
Ferdynanda II, ówczesnego władcę Neapolu i Sycylii. Doszczętnie
zinfiltrowani, a następnie skorumpowani przez władze zmienili się w zaciekłych antagonistów karbonariuszy i nawet młodzi kandydaci,
wstępując w szeregi związku, przysięgali "wieczną nienawiść" wobec
bractwa węglarzy.
Na Półwyspie Apenińskim nie brakowało też grup o charakterze bandyckim,
które, kultywując rozmaite przesycone tajemniczością rytuały, były
uważane za bractwa i tajne stowarzyszenia. Przykładem tego jest
ugrupowanie Decini, stworzone na przełomie 1816 i 1817 roku przez
niejakiego Cira Annicchiarica, w bandyckim świecie funkcjonującego jako
Papa Ciro. Annicchiarico był duchownym, ale najwidoczniej miał poważne
problemy z zachowaniem celibatu, skoro wplątał się w niebezpieczny
romans z narzeczoną syna bogatego kupca. Kiedy narzeczony zastał parę
in flagranti, urządził uwodzicielowi karczemną awanturę, w trakcie
której wypomniał kapłanowi, że swoim postępkiem wystawił na szwank honor
dziewczyny. Ciro nie miał zamiaru słuchać tych wywodów, dlatego chwycił
za sztylet i zatopił go w piersi rywala. Potem poprzysiągł zemstę całej
rodzinie, z której wywodził się narzeczony panny, i wkrótce wysłał na
tamten świat aż trzynastu jej członków. Po dokonaniu pomsty zebrał
grupkę przyjaciół i czmychnął w niedostępne góry, gdzie przyłączali się
do niego kolejni poszukiwani przestępcy i zbrodniarze. Wkrótce jego
banda grasująca na Półwyspie Salentyńskim, jak nazywa się
południowo-wschodnie odgałęzienie Półwyspu Apenińskiego, rozrosła się i liczyła około dwudziestu tysięcy ludzi. On sam ogłosił się wcieleniem
Jowisza Gromowładnego, co oznaczało ostateczne zerwanie z Kościołem.
Swoim tytułem długo się nie nacieszył, bo na początku 1817 roku wpadł w ręce policji i wraz ze stu sześćdziesięcioma dwoma członkami swojej
bandy zakończył życie przed plutonem egzekucyjnym. Część historyków
twierdzi, że niedobitki ugrupowania Annicchiarica przedostały się do
Neapolu, zakładając następnie kamorrę, organizację opierającą się po
części na zasadach obowiązujących w Decini. Zdecydowana większość
badaczy opowiada się jednak za hiszpańskimi korzeniami neapolitańskiej
mafii.
W grudniu 1820 roku w kościele Świętej Katarzyny, mieszczącym się w neapolitańskiej dzielnicy Formiello, gdzie znajdowały się
najznamienitsze przybytki płatnej miłości, spotkali się reprezentanci
kamorry z dwunastu dzielnic miasta, by uroczyście zapoczątkować
istnienie nowej przestępczej sekty, której nadali statut i nowoczesną
strukturę. W ten sposób powstało Piękne Stowarzyszenie Zreformowane
(Bella Societa Riformata), jak zwano organizację mafijną, z której po
latach wyłoniła się współczesna kamorra.
Oliwa dla Madonny
Dziś nie możemy ustalić, kto właściwie wpadł na pomysł, by nadać kamorze
nowoczesne oblicze i utworzyć Piękne Stowarzyszenie Zreformowane, ale
tradycja ludowa wskazuje na niejakiego Pasqualego Capuozza, kowala z dzielnicy Porta Capuana. Ponoć to właśnie on był autorem pierwszego,
istniejącego jedynie w formie ustnej, statutu organizacji. Do czasów
współczesnych zachował się jedynie pierwszy paragraf dokumentu: "Piękne
Stowarzyszenie Zreformowane ma za twórcę Boga, za doradcę Świętego
Józefa, za Opiekunkę Matkę Świętą Niepokalanie Poczętą"8.
Niewiele wiemy o samym autorze zacytowanego fragmentu, poza tym że był
kowalem i kamorystą, zaś jego żona była akuszerką, w dodatku zazdrosną.
I właśnie ta zazdrość, jak się okazało nieuzasadniona, przyczyniła się
do przedwczesnej śmierci prawdopodobnego twórcy Stowarzyszenia. W 1824
roku jego małżonka przyjmowała poród kobiety, której szesnastoletnia
córka miała romans z pewnym mężczyzną. Pani Capuozzo przypadkiem ujrzała
kochanków i, ku swemu zaskoczeniu, w kochanku frywolnej panny rozpoznała
swojego męża. Przekonana o niewierności partnera zabiła go w nocy. Jak
się okazało, morderstwo było wynikiem tragicznej pomyłki, gdyż
mężczyzna, którego wzięła za swojego małżonka, był tylko do niego
podobny, zaś nieszczęsny Pasquale był wiernym i oddanym mężem.
Być może ten tragiczny incydent sprawił, że nazwisko neapolitańskiego
kowala zachowało się dla potomnych z tytułem capintesty, bowiem tak
właśnie nazywano przywódców całej organizacji. Niepisaną tradycją
Stowarzyszenia był wymóg obierania przywódcy z dzielnicy Porta Capuana,
ale z reguły tożsamość capintesty była okryta tajemnicą i znana
wyłącznie najbliższym współpracownikom, zaś kamorystów stojących niżej w hierarchii organizacji obowiązywał całkowity zakaz dociekania, kim jest
człowiek stojący na jej czele. I to pod groźbą kary śmierci. Z czasem
uległo to zmianie i nazwisko capintesty znał cały Neapol. Capuozzo
zachował się we wdzięcznej pamięci neapolitańczyków, a szczególnie
neapolitanek, jeszcze z innego powodu: chcąc uczcić jego pamięć,
kamoryści co roku wybierali losowo dwanaście panien z najbiedniejszych
dzielnic miasta i solidarnie składali się na ich posagi. Ten zwyczaj,
zwany "posagiem od capintesty", był kultywowany przez neapolitańską
mafię aż do początku ubiegłego stulecia, zaś wypłacano go pannom w dniu
ósmego grudnia, w którym Kościół katolicki obchodzi święto Niepokalanego
Poczęcia.
Jeżeli jakiekolwiek bractwo czy też tajna organizacja miały wpływ na
ukonstytuowanie się Pięknego Stowarzyszenia Zreformowanego, to -
oczywiście poza hiszpańską Gardu?ą - byli to karbonariusze. Węglarze
kultywowali bowiem wiele skomplikowanych i tajemniczych ceremonii,
przesyconych niemal religijnymi rytuałami. Kandydaci składali na
przykład przysięgę z zawiązanymi oczyma, jedną rękę trzymając na
krucyfiksie, zaś drugą na obnażonym sztylecie. Członkowie organizacji
rozpoznawali się natomiast dzięki starannie opracowanemu systemowi
znaków. Krzywoprzysięstwo i zdrada karane były śmiercią. Członkowie
Pięknego Stowarzyszenia Zreformowanego, wzorując się na stowarzyszeniu
węglarzy, stworzyli zatem własne rytuały, które w zasadzie były
wyłącznie oczywistym naśladownictwem ceremonii karbonariuszy. Nawiasem
mówiąc, współcześni badacze twierdzą, że powołane do życia w 1820 roku
Stowarzyszenie było na początku raczej czymś na kształt sekty niż
organizacji przestępczej.
Tak samo jak miało to miejsce w przypadku bractwa węglarzy, Piękne
Stowarzyszenie Zreformowane podzieliło się na dwa: Mniejsze, czyli
Societa Miniore, oraz Większe - Societa Maggiore. Do Stowarzyszenia
Mniejszego przyjmowano młodzież, a każdy kandydat musiał przejść dość
okrutną ceremonię inicjacyjną, w trakcie której starsi kamoryści,
wszyscy ze sztyletami w dłoniach, tworzyli krąg wokół monety o wadze
pięciu gramów. Jedno z miejsc w kręgu zajmował kandydat, który, w przeciwieństwie do obecnych na ceremonii kamorystów, był bezbronny. Na
określony znak jego przyszli kamraci rzucali sztyletami w leżącą
pośrodku monetę, natomiast kandydat miał w tym samym czasie szybkim
ruchem chwycić pieniądz. Rezultaty były do przewidzenia: świeżo przyjęty
do Stowarzyszenia młodzieniec opuszczał zebranie z przysługującym mu
odtąd tytułem giovanotto onorato (szanownego młodego człowieka) oraz z ciężko okaleczoną ręką. Było to tak powszechne, że policjanci
aresztujący jakiegoś przestępcę uważnie oglądali jego prawą rękę i jeżeli widniały na niej blizny, wpisywali go do rejestru przestępców
jako kamorystę. Jeżeli giovanotto onorato chciał awansować w szeregach
stowarzyszenia, musiał dokonać jakichś spektakularnych czynów, dzięki
czemu zyskiwał kolejno tytuły picciotto, a potem picciotto di
sgarro. Dopiero po uzyskaniu drugiego z wymienionych mógł być przyjęty
do Stowarzyszenia Większego, co było równoznaczne z uzyskaniem
właściwego statusu kamorysty, a wraz z nim prawa do udziału w zyskach.
Zanim jednak do tego doszło, musiał wziąć udział w kolejnej dość
makabrycznej i niebezpiecznej ceremonii inicjacyjnej.
Uroczystość odbywała się wieczorem, przy świetle świecy, zaś wszyscy
kandydaci do niej dopuszczeni zasiadali przy stole, na którym znajdowały
się: naładowany pistolet, sztylet oraz kielich z zatrutym winem. Na
polecenie przewodniczącego zebrania zwanego capintrito obecny wśród
kamorystów cyrulik, który niekoniecznie był członkiem Stowarzyszenia,
otwierał kandydatowi wspomnianym sztyletem żyłę. Przyszły kamorysta
maczał dłoń we własnej krwi, a następnie wyciągał ją w stronę obecnych i przysięgał posłuszeństwo przywódcy, a także uroczyście obiecywał, że
nigdy nie zdradzi tajemnic organizacji. Potem przykładał naładowany
pistolet do prawej skroni, a kielich z zatrutym winem do ust, co miało
symbolizować gotowość do samobójstwa na rozkaz któregokolwiek z obecnych. Jak można się domyślić, nikt nie kazał kandydatowi strzelić
sobie w głowę ani wypijać trucizny - capintrito zabierał mu z ręki
pistolet, by oddać strzał w powietrze, a kielich rozbijał o ziemię.
Następnie kandydat klękał, natomiast prowadzący ceremonię kładł rękę na
jego głowie i, wręczając mu sztylet, prosił obecnych, aby uznali
kandydata "za mężczyznę". W odpowiedzi wszyscy obejmowali klęczącego i ogłaszali go swoim towarzyszem, co było równoznaczne z oficjalnym
przyjęciem go w poczet członków Stowarzyszenia.
Wszyscy kamoryści, niezależnie od miejsca zajmowanego w hierarchii
przestępczej, musieli przestrzegać wielu obowiązujących w organizacji
zakazów i nakazów, ujętych w formie statutu zwanego frieno. Ów spis
zasad i norm postępowania istniał wyłącznie w formie pisemnej, zaś nowi
członkowie kamorry uczyli się go na pamięć, słuchając starszych
kamratów. Brak spisanych praw organizacji sprawiał sporo problemów,
zdarzało się bowiem, że osoba przekazująca statut świeżo przyjętemu
członkowi najzwyczajniej w świecie coś myliła, bo przecież ludzka pamięć
bywa zawodna. Zdarzało się więc, że kamorysta, który popełnił jakieś
wykroczenie, powoływał się potem na punkt statutu, który w jego
interpretacji brzmiał zupełnie inaczej niż w oryginale. On jednak się
upierał, że właśnie tak mu go przekazano i tak go zapamiętał, w związku
z czym nie popełnił żadnego przestępstwa. Aby uniknąć takich sytuacji, w 1842 roku członkowie Pięknego Stowarzyszenia Zreformowanego postanowili
sporządzić statut w formie pisemnej. Zadanie to powierzono Francescowi
Scorticelliemu, ówczesnemu sekretarzowi organizacji, który 12 września
1842 roku odczytał sporządzony przez siebie dokument na zebraniu
kamorystów w kościele Santa Caterina. Statut miał dwadzieścia sześć
punktów, które regulowały wszystkie sprawy dotyczące organizacji - jej
cele, strukturę, zasady, a także kwestie prawne, bo Stowarzyszenie miało
własny, wewnętrzny wymiar sprawiedliwości:
"Stowarzyszenie Pokory albo Piękne Stowarzyszenie Zreformowane ma na
celu zjednoczenie wszystkich towarzyszy, którzy mają serce, aby w szczególnych okolicznościach mogli sobie pomagać duchowo i materialnie.
Stowarzyszenie dzieli się na Większe i Mniejsze: do pierwszego
należą towarzysze kamoryści, do drugiego towarzysze picciotti i giovani onorati.
Stowarzyszenie ma swoją główną siedzibę w Neapolu, ale może mieć
filie również w innych miejscowościach.
Wszyscy towarzysze, z Neapolu i spoza Neapolu, ci, którzy przebywają
na wyspach, pod kluczem (w więzieniu) i na wolności, muszą uznawać
jednego przywódcę, który jest zwierzchnikiem wszystkich i nazywa się
capintesta i który jest wybierany spośród najodważniejszych
kamorystów.
Zgrupowanie większej liczby towarzyszy kamorystów stanowi paranza i przewodniczy mu capintrito lub caposocieta.
Grupa większej liczby młodych picciottich lub giovani onoratich
nazywa się chiorma i podlega również władzy caposociety towarzyszy
kamorystów.
Każda dzielnica ma caposocietę lub capintritę, który jest wybierany
drogą głosowania spośród kamorystów z dzielnicy i pełni tę funkcję
przez rok.
Jeśli w którejś z paranzy znajdzie się ktoś umiejący pisać, za
zezwoleniem capintesty i po złożeniu świętej przysięgi ma być
mianowany sekretarzem.
Jeśli w którejś chiormie znajdzie się ktoś umiejący pisać, starszy
picciotto z dzielnicy ma go przedstawić capintricie, któremu
podlega, i po złożeniu świętej przysięgi ma być mianowany
sekretarzem towarzyszy picciottich; jeśliby się taki nie znalazł,
wówczas sekretarz paranzy będzie również pełnił funkcję sekretarza
chiormy.
Członkowie ugrupowania, poza Bogiem, świętymi i swymi przełożonymi,
nie znają innej władzy.
Ktokolwiek wyjawia sprawy Stowarzyszenia, zostanie surowo ukarany
przez Mamme.
Należy nieść pomoc zarówno starszym towarzyszom, jak i tym, którzy
znajdują się pod kluczem.
Zarówno członkowie Stowarzyszenia, jak i nienależący do niego mają
odnosić się z szacunkiem do matek, żon, córek oraz ukochanych
kamorystów picciottich i giovani onoratich.
Jeśli na skutek nieszczęśliwego wypadku jakiś zwierzchnik znajdzie
się na którejś z wysp, podwładni mają mu posługiwać.
Jeśli w więzieniu znajdują się czterej kamoryści, mogą wybrać
spośród siebie zwierzchnika, który przestanie nim być, gdy tylko
znajdzie się na wolności.
Aby ukarać członka Stowarzyszenia Większego, należy poddać go
osądowi Gran Mamma, członków Stowarzyszenia Mniejszego skazuje
Piccola Mamma. Na czele Gran Mamma zasiada capintesta, na czele
Piccola Mamma capintrito lub caposocieta dzielnicy.
Jeśli jakiś członek chiormy obrazi członka paranzy, ten może szukać
satysfakcji na własną rękę. W sytuacji odwrotnej musi poinformować
capintestę. Dichiarimento może się odbyć tylko za zgodą capintrity,
gdy chodzi o picciottich lub giovani onoratich, i za zgodą
capintesty, gdy chodzi o kamorystę; starszym nie wolno walczyć na
sztylety.
Kamorystą można zostać, odbywając "nowicjat" albo dzięki dokonaniu
śmiałego przedsięwzięcia.
Przywódcą kamorry nie może zostać ktoś, kto jest zamieszany w kradzież, ani ricchione [terminem tym określano homoseksualistów -
I.K.].
Capintesta musi być wybrany spośród paranzy dzielnicy Porta Capuana.
Wszelkie kary nałożone przez Mamma muszą zostać wykonane w terminie
ustalonym przez zwierzchnika i przez osobę wybraną w drodze
losowania.
Wszyscy kamoryści i picciotti zostają po kolei kamorystami (...).
Kamoryści, którzy zostali wydelegowani do pobierania haraczu, muszą
oddawać go w całości przełożonym. Z haraczu jedna czwarta należy się
capinteście, resztę trzeba wpłacić do wspólnej kasy, aby potem
podzielić ją sumiennie między towarzyszy, chorych i tych, którzy
przez kaprys władz odbywają karę.
Stojący na czatach przy podziale zysków mają być traktowani na równi
z innymi ze Stowarzyszenia.
Jeżeli wymagają tego okoliczności, do niniejszego statutu można
dodać dalsze paragrafy"9.
Jak widać, kamorra miała swoje dwuinstancyjne sądownictwo, które
orzekało nie tylko w sprawach wewnętrznych organizacji, ale także
rozpatrywało sprawy osób postronnych, które się o to zwróciły do
organizacji. Sąd pierwszej instancji zwano Mamma, natomiast Gran
Mamma pełnił rolę sądu apelacyjnego i był typowym sądem przysięgłych.
Jak wynika z przytoczonego wyżej statutu, funkcjonował jeszcze jeden sąd
- Piccola Mamma, który rozpatrywał sprawy członków Stowarzyszenia
Mniejszego. Każda z dwunastu dzielnic Neapolu dysponowała własnym
trybunałem Mamma, zaś Gran Mamma obejmował całe miasto. Funkcję
przewodniczącego Gran Mamma pełnił capintesta Neapolu, który był
jednocześnie tak zwanym mammasantissima, czyli przewodniczącym
trybunału. Sekretarz pełnił jednocześnie funkcję prokuratora, natomiast
czterech, ewentualnie pięciu członków Stowarzyszenia miało uprawnienia
odpowiadające kompetencjom sędziów pomocniczych i adwokatów obrony w prawdziwych trybunałach. Strażnikami i woźnymi byli natomiast członkowie
Stowarzyszenia Mniejszego. Gran Mamma początkowo prowadziła swoje
posiedzenia w mieszkaniu jednego ze starszych członków Stowarzyszenia,
ale z czasem przeniosła swoją siedzibę do Jaskini Czaszek na cmentarzu
Fontanelle. To ponure miejsce znajduje się w samym centrum miasta w dzielnicy Materdei, zaś nekropolia została wykuta w skale z tufu
wulkanicznego. Założono ją w początkach szesnastego stulecia, kiedy na
skutek przepełnienia kościelnych krypt oraz wprowadzonego wówczas zakazu
chowania zmarłych wewnątrz murów miasta, ludzkie szczątki zaczęto
przenosić z istniejących grobów poza mury, w tym także do opuszczonego
kamieniołomu, który znamy dziś jako Cimitero delle Fontanelle. Chowano
tam także miejscową biedotę, ale najwięcej szkieletów, które obecnie
można tam oglądać, pochodzi z czasów dwóch epidemii cholery, które
nawiedziły Neapol w 1656 i 1837 roku. Podobno pochowano tam aż
czterdzieści tysięcy ciał, ale współcześnie odwiedzając nekropolię,
można zobaczyć jedynie ich część, reszta szczątków spoczywa bowiem pod
podłogą cmentarza.
Posiedzenia Gran Mamma w takim miejscu zapewne miały na celu przydanie
im powagi i atmosfery grozy, ale należy zaznaczyć, że neapolitańczycy
mieli dość osobliwy stosunek do spoczywających tam zmarłych. Jak na
pobożnych katolików przystało, wierzyli w życie pozagrobowe, a ponieważ
większość pochowanych w Fontanelle nie miała nagrobków, bo ciała
grzebano bezimiennie, religijni mieszkańcy miasta wprowadzili
zaskakujący obyczaj adopcji czaszek. Nadawali każdej z nich imię, myli i starannie polerowali, po czym wkładali do specjalnych skrzynek,
traktując szczątki, jakby należały do członków rodziny. Nie robiono tego
jednak bezinteresownie, ale liczono w zamian na opiekę z zaświatów,
dlatego obok zwyczajowego różańca przy czaszce często kładziono
przedmiot symbolizujący to, o co prosiła dana osoba. A ponieważ
neapolitańczycy wierzą, że dusze właścicieli czaszek mogą dopomóc we
wszystkim, również w wygranej w grach losowych, natomiast obowiązek
opiekowania się szczątkami przechodzi z pokolenia na pokolenie, do dziś
można zobaczyć leżące przy czaszkach kupony Lotto lub loterii.
Sądy Stowarzyszenia głównie zajmowały się sprawami wewnętrznymi
organizacji i nakładały na delikwentów, którzy dopuścili się naruszeń i przestępstw wobec niej, rozmaite kary, a ich surowość zależała
oczywiście od popełnionego czynu. Winnego można było ukarać
zredukowaniem lub zawieszeniem udziału w zyskach, wykluczyć ze wspólnoty
albo skazać na publiczne spoliczkowanie. Surowsze kary obejmowały
natomiast między innymi: rzucenie w twarz ludzkim kałem - co miało być
wyrazem głębokiej pogardy - nacięcie twarzy kawałkiem szkła lub zębatym
ostrzem, a także karę śmierci. Można było ją wykonać na dwa sposoby:
kilkakrotnie wbijając sztylet w pierś lub w brzuch. Wykonanie wszelkiego
rodzaju wyroków polegających na naruszeniu nietykalności cielesnej, w tym również kary śmierci, powierzano wybieranym w losowaniu giovani
onoratim.
Obecnie dysponujemy skromnymi materiałami dokumentującymi posiedzenia
obu instancji sądu kamorry, większość z nich pochodzi z archiwów
policyjnych, a pozyskano je podczas nalotów organów ścigania. W trakcie
jednej z takich policyjnych akcji w 1822 roku zarekwirowano protokoły z rozprawy Gran Mamma oraz tablicę z napisem: "Sala Sprawiedliwości.
Prawo jest jednakowe dla wszystkich, ponieważ Mamme sądzą nie piórem,
jak to się dzieje w trybunałach królewskich, lecz sercem i umysłem"10. Jak wcześniej wspomniano, mafijne sądy rozstrzygały
też w sprawach cywilnych, rozpatrując te, którymi ówczesny wymiar
sprawiedliwości nie chciał albo nie mógł się zajmować. Wydawały zatem
wyroki w sprawach dotyczących konfliktów między sprzedawcami a ich
klientami, pertraktowali w sporach pomiędzy właścicielami mieszkań a ich
najemcami, jak również wydawali wyroki w kwestiach honorowych. To
właśnie do trybunału kamorry zwracały się rodziny kobiet uwiedzionych
przez beztroskich kawalerów, bo tylko Stowarzyszenie mogło wydać wyrok
przymuszający mężczyznę do ożenku. A wyroków Mamme nikt nie śmiał
kwestionować, a tym bardziej ignorować.
Kamoryści w przeciwieństwie do członków Gardu?y nie kradli i wręcz
brzydzili się tym procederem, a złodzieje nie mieli wstępu w szeregi
organizacji. Zasadniczym źródłem dochodów Stowarzyszenia były haracze
zbierane niemal od wszystkich, chociaż początkowo zmuszano do ich
płacenia wyłącznie osoby prowadzące wszelką działalność nielegalną, a tej w dziewiętnastowiecznym Neapolu nie brakowało. Dość popłatnym
zajęciem trudnili się tak zwani assistitti, którzy twierdzili, że
dzięki kontaktom z zaświatami znają zwycięskie liczby najbliższych
loterii i za odpowiednią opłatą mogą się tą wiedzą podzielić. Z kolei
capiguaglioni zajmowali się dostarczaniem żebrakom chorych dzieci,
których widok wywoływał litość u przechodniów, dzięki czemu chętniej
sięgali do kieszeni, zaś tesorieri sprzedawali przybyłym do Neapolu
"mapy skarbów". Naiwnych nie brakowało, a wszyscy wymienieni, podobnie
jak pozostali oszuści, szulerzy czy właściciele nielegalnych salonów
gier, musieli dzielić się zyskami ze Stowarzyszeniem. Pobierający
haracze co niedziela spotykali się w uliczce Donnaromita nieopodal
uniwersytetu i tam dzielili się zebranymi pieniędzmi. Sytuacja zaczęła
się komplikować, kiedy w szeregi organizacji zaczęło wstępować coraz
więcej osób zwabionych możliwością stosunkowo łatwego zysku, podczas gdy
pieniędzy było tyle samo. Problemowi z czasem zaradzono - zaczęto
pobierać haracze dosłownie od wszystkich i od wszystkiego. Musieli je
płacić sklepikarze, mleczarze, obwoźni sprzedawcy, tragarze, przewoźnicy
i dorożkarze, wydawcy i sprzedawcy gazet oraz wszyscy prowadzący
jakikolwiek biznes. Opłaty były pobierane z tytułu ochrony przed
złodziejami i oszustami, a wszyscy uiszczali je bez szemrania, uznając
potrzebę tego typu płatnej protekcji.
Osobliwe zwyczaje panujące w mieście u stóp Wezuwiusza nie uszły uwagi
przyjezdnych. "Około roku 1860 cudzoziemiec świeżo przybyły do Neapolu,
ledwie dotknął stopą lądu, ze zdziwieniem dostrzegał mocno zbudowanego
mężczyznę, który podchodził do przewoźnika, by otrzymać od niego jeden
czy dwa sous - pisał Marc Monnier. - Gdyby przyszło mu do głowy
zapytać, kim jest ów "poborca", lepiej ubrany od innych prostych ludzi,
często obwieszony pierścionkami i klejnotami, przybierający pozy
gospodarza (...) usłyszałby w odpowiedzi: "To kamorysta". Cudzoziemiec
przybywający do oberży, poprzedzany przez tragarza niosącego jego
bagaże, odkrywał na ogół drugiego poborcę, równie tajemniczego i milkliwego, który otrzymywał parę sous od tragarza. (...) Gdyby
cudzoziemiec, zauważywszy tę nową transakcję, upierał się pytać, kim
jest ten nowy poborca, usłyszałby znowu: "To kamorysta". Podróżnik
opuszcza oberżę i wsiada do fiakra. Ledwie dotknie stopnia dorożki,
trzeci osobnik pojawia się przy stangrecie, a ów z uszanowaniem kładzie
mu na dłoń monetę. "To też jest kamorysta?" - pyta podróżnik, coraz
bardziej zdumiony, że wciąż spotyka na swojej drodze postacie, które
otrzymują pieniądze, mimo że nie oddają żadnych usług. A stangret
odpowiada melancholijnie: "Tak, to kamorysta""11.
Z haraczu nie był zwolniony nawet Kościół, bo od 1888 roku kamorra
pobierała opłatę... od mszy za dusze zmarłych. Grupa kamorystów każdego
wieczora odbywała obchód neapolitańskich kościołów i od każdego z proboszczów pobierała haracz w wysokości równej dziesięciu procent od
opłaty wiernych w charakterze ofiary za mszę. Początkowo ten nowy
obyczaj wzbudzał wielkie oburzenie, ale z czasem wszyscy do niego
przywykli i haracz płacono bez problemów i ociągania się.
Kamoryści operowali zarówno w najbiedniejszych dzielnicach miasta, jak
również w strefach wymiany usług, dzięki czemu można było ich spotkać u bram miejskich, w porcie i w placówkach celnych. Działali bez żadnego
skrępowania, w obecności urzędników państwowych i miejskich, którzy
traktowali ich niemal jak kolegów po fachu. Normą było, że każdy, kto
wwoził towary do miasta, najpierw płacił opłaty należne państwu i miastu, a następnie wręczał haracz człowiekowi kamorry. Co ciekawe,
Piękne Stowarzyszenie prowadziło też legalną działalność - loterię o nazwie gioco piccolo, czyli mała gra, będącą w pewnym sensie
konkurencją dla loterii państwowej. Neapolitańczycy mogli przez cały
tydzień obstawiać numery w loterii państwowej, ale zdarzało się, że
odkładali to na sobotę, kiedy kolektury przyjmowały wyłącznie stawki
powyżej pewnej określonej kwoty. Jeżeli nie udało się jej zebrać,
pozostawało jeszcze jedno wyjście - kupić los gioco piccolo. Kamorra
uznawała numery wylosowane w loterii państwowej i uczciwie, a co
najważniejsze, terminowo wypłacała zwycięzcom nagrody.
Ponieważ kamorra prężnie działała w więzieniach, dawniej sądzono, iż
narodziła się w którymś z dziewiętnastowiecznych zakładów karnych, ale
ten pogląd został już dawno odrzucony. Faktem natomiast jest, że
kamoryści radzili sobie w więzieniu bardzo dobrze i trzymali w szachu
pozostałych osadzonych. Zresztą Piękne Stowarzyszenie Zreformowane dbało
o swoich, którzy trafili do więzienia, a pozostający na wolności
członkowie organizacji, rozmawiając o osadzonych kamratach, mówili, że
są "pod kluczem". Organizacja otaczała uwięzionych równie wielką troską,
jak tych, którzy nadal cieszyli się wolnością - przynajmniej raz na
tydzień docierały do nich należne udziały z haraczu. Wszystkich
przebywających w zakładzie obowiązywał regulamin, zgodnie z którym
jeżeli w danej celi przebywało co najmniej czterech członków
Stowarzyszenia, należało wybrać spośród nich capintrito. Jego władza
co prawda kończyła się wraz z odbyciem kary i wyjściem na wolność, ale w więzieniu cieszył się posłuchem podwładnych i licznymi przywilejami, na
przykład nigdy nie ścielił swojego łóżka, a jego toaletą, włącznie z myciem i goleniem, zajmowali się współwięźniowie stojący niżej w hierarchii organizacji. Poza capintrito wybierano również sekretarza
oraz picciotto di giornata, który de facto szpiegował innych
więźniów, donosząc przełożonym o jakichkolwiek kontaktach osadzonych z urzędnikami sądowymi, co było niemile widziane przez członków
Stowarzyszenia. On też zmuszał współwięźniów, by swoje rzeczy stawiali w grach hazardowych organizowanych na terenie więzienia. Ponieważ
wspomniane gry rzadko bywały uczciwe, wspomniane fanty przechodziły na
własność capintrito, który albo je zatrzymywał, albo dzielił pomiędzy
podwładnych.
Każdy nowy więzień niemalże od razu po przekroczeniu murów więzienia był
badany przez przebywających tam kamorystów pod kątem ewentualnej
przynależności do organizacji. Zaraz po potwierdzeniu członkostwa i sprawdzeniu jego miejsca w przestępczej hierarchii capintrito wzywał
przybysza do siebie, by poinformować go o miejscach ukrycia broni -
głównie skradzionych lub przemyconych na teren więzienia noży - oraz o liczbie potencjalnych "kur do oskubania", jak nazywano więźniów, od
których ściągano haracze. Jeżeli nowo przybyły nie był członkiem
organizacji, z miejsca zmuszano go do zapłacenia haraczu, czyli wpłaty
na zakup oliwy dla Madonny, której wizerunek widniał w każdej celi,
podobnie jak na rogach neapolitańskich ulic. Zgodnie z wielowiekową
tradycją w kaganku umieszczonym przed Matką Boską przez dwadzieścia
cztery godziny na dobę powinien się palić ogień. Opłata za oliwę do
kaganka miała wprawdzie znaczenie symboliczne, ale nowo przybyły,
wpłacając żądaną kwotę, jednocześnie zgadzał się na uiszczanie
kolejnych. Olio della Madonna stanowiło początek całego ciągu
regularnych wymuszeń, które więzień musiał znosić pod groźbą przemocy -
płacił za picie, jedzenie czy palenie. Haracz musieli płacić nawet
księża, których w neapolitańskich więzieniach nie brakowało, a w dodatku
zdecydowana większość z nich odsiadywała wyroki za... gwałty. W zakładach karnych często dochodziło także do zumpaty, ale zanim dwóch
będących pod kluczem kamorystów stanęło naprzeciwko siebie, musiał się
odbyć sąd pod przewodnictwem capintrita. Dopiero po uzyskaniu jego
zgody mogło dojść do pojedynku, który z reguły odbywał się w nocy przy
mdłym świetle kaganka, przed obrazem Madonny, w obecności innych
więźniów, którzy z zapałem kibicowali jednemu z rywali. Władze więzienne
nie dawały przyzwolenia na takie praktyki, gorliwie zresztą zwalczając
kamorrę, ale trzeba przyznać, że z wyjątkowo marnym skutkiem, gdyż każda
próba ograniczenia wpływów organizacji kończyła się buntem. Próbowano
także izolować kamorystów od innych więźniów, co z reguły się nie
udawało, głównie ze względu na niemożność ustalenia ich przynależności
do Stowarzyszenia.
Czas pokazał, że pobyt w więzieniu jedynie wzmacniał organizację -
zakład karny okazał się wręcz wymarzonym miejscem do rekrutacji nowych
członków, którzy po wyjściu na wolność bezzwłocznie zasilali szeregi
Stowarzyszenia, zaś przywódcy kamorry przebywający "pod kluczem"
doskonale radzili sobie z dowodzeniem organizacją. Zresztą tak jest do
dzisiaj. Jak zauważa Marie-Anne Matard-Bonucci w swojej Historii
mafii: "Do czasów współczesnych zdarzało się rzadko, by uwięzienie
jednego z przywódców kamorry nieuchronnie osłabiało reprezentowany
przezeń klan, a wojny prowadzone w obrębie kamorry bardzo długo miały
większy wpływ na redystrybucję kart władzy kamorystycznej niż represje
ze strony państwa. Uwięzienie wymusza mianowicie nie tyle wycofanie się
z "interesów", ile przejście do nowej formy zarządzania nimi, którą
umożliwiają liczne kanały władzy, łączące kamorystę ze światem
zewnętrznym: krewni, przyjaciele, współwięźniowie wypuszczani na wolność
lub strażnicy, których życzliwość zapewnił udział w plonach z "oliwy
Madonny""12.
Przywołany wyżej Marc Monnier nie bez przyczyny zwrócił uwagę na bogate
stroje kamorystów, bowiem od początków istnienia neapolitańskiej mafii
jej członkowie, zapatrzeni jak w obraz w miejscową arystokrację, starali
się epatować bogactwem. Stąd też ich zamiłowanie do drogich ubrań i biżuterii. Zresztą tak jest do dzisiaj, bo kamoryści w przeciwieństwie
do mafiosów z cosa nostry chętnie afiszują się swoim stanem posiadania:
ubierają się w najlepszych domach mody, budują okazałe, luksusowe wille
i posiadają drogie samochody. W początkach istnienia organizacji mogli
to robić wyłącznie za pomocą wyszukanych strojów i rzucającej się w oczy
biżuterii. Od sycylijskiej mafii kamorrę odróżniało jeszcze jedno: w przeciwieństwie do cosa nostry, operującej w początkach swojej
działalności na obszarach wiejskich, mafia neapolitańska działała na
terenie miasta - była więc typową mafią miejską. Nawiasem mówiąc, jedyną
w ówczesnych Włoszech.
W służbie "wujka Józka", czyli kamorra w dobie zjednoczenia Włoch
W początkach istnienia kamorry jej członkowie trzymali się raczej z dala
od polityki. Według autora Historii kamorry należący do Pięknego
Stowarzyszenia "sprawy związane z rządzeniem uważali za rozrywkę
maniaków, w której - w najlepszym wypadku - ryzykowało się utratą
majątku"13. Zdaniem znawcy problematyki współczesnej mafii
neapolitańskiej, Roberta Saviana, w zasadzie jest tak do dziś. Jak
zauważa w swojej głośnej publikacji Gomorra: "Strategia kamorry w Kampanii zakłada, że do interesów nie miesza się polityków na
eksponowanych stanowiskach, którymi interesują się media. Nie zmusza się
ich do biernego współudziału czy milczącego przyzwolenia. Za to na
prowincji, w małych miejscowościach, gdzie klany potrzebują wsparcia
zbrojnego, osłony dla ukrywających się członków kamorry, kamuflażu dla
co ryzykowniejszych operacji finansowych, związki między politykami a rodzinami mafijnymi są bliższe. Klany docierają do organów władzy przez
swoje imperium gospodarcze. I to wystarczy, żeby panować nad
wszystkim"14. Był jednak czas w dziejach Włoch, kiedy
neapolitańska mafia wyraźnie zaznaczyła swoje istnienie, walnie
przyczyniając się do zjednoczenia kraju.
Kiedy w grudniu 1820 roku przedstawiciele kamorry zebrani w neapolitańskim kościele Świętej Katarzyny proklamowali powołanie do
życia Pięknego Stowarzyszenia Zreformowanego, Włochy jako państwo nie
istniały. Od czasów kongresu wiedeńskiego, który zadecydował o kształcie
Europy po upadku Napoleona, Półwysep Apeniński był podzielony pomiędzy
papieskie Państwo Kościelne, Królestwo Sardynii i Piemontu, którym
władał wówczas Wiktor Emanuel I, oraz Królestwo Obojga Sycylii
znajdujące się pod panowaniem Burbonów, natomiast północne regiony,
czyli Toskania, Lombardia i Wenecja, stanowiły protektorat Austrii.
Cesarz Francuzów i jego żołnierze zdążyli jednak zaszczepić w sercach
mieszkańców Półwyspu Apenińskiego ziarno wolności i dążenia do
samostanowienia, a także idee zjednoczeniowe. Wbrew pozorom nie było to
łatwe zadanie, gdyż ówczesnych Włochów więcej dzieliło, niż łączyło -
różniły ich obyczaje, system społeczny, a nawet język. Jak się okazuje,
językiem, którym mówi się w słonecznej Italii obecnie, posługiwało się
wtedy zaledwie dwa procent ludności, głównie w Toskanii. Reszta
porozumiewała się lokalnymi dialektami, zupełnie niezrozumiałymi dla
kogoś z zewnątrz - żaden mieszkaniec Piemontu nie mógłby się porozumieć
z neapolitańczykiem i vice versa. A jednak idee zjednoczeniowe były
coraz silniejsze. W 1830 roku powstała organizacja Młode Włochy (La
Giovine Italia), założona i kierowana przez Giuseppego Mazziniego,
którego marzeniem było zjednoczenie państwa jako liberalnej republiki.
Tymczasem członkowie Pięknego Stowarzyszenia, przynajmniej w początkowym
okresie jego istnienia, sprzyjali Burbonom panującym w Królestwie Obojga
Sycylii, do którego należał Neapol. Poza tym król Ferdynand II, który
zasiadł na tronie w 1830 roku, cieszył się niekłamanym poparciem
poddanych, czemu trudno się dziwić, skoro od początku prezentował
wyjątkowo liberalne i postępowe poglądy. Bezzwłocznie po objęciu
panowania wydał edykt, w którym obiecał przeprowadzenie głębokich reform
i niemal od razu wcielił to postanowienie w życie, obniżając podatki i wydatki państwowe, co nie przeszkodziło mu w budowie pierwszej na
Półwyspie Apenińskim linii kolejowej. Wprawdzie, przynajmniej z punktu
widzenia współczesnego człowieka, nie było to imponujące osiągnięcie, bo
otwarta w 1839 roku linia kolejowa - łącząca neapolitańską stację Via
dei Fossi z pałacem królewskim Portici u stóp Wezuwiusza - mierzyła
zaledwie siedem i pół kilometra, ale monarcha i jego poddani byli z tego
przedsięwzięcia niebywale dumni. Dumą napawały też inne zdobycze
techniki, znajdujące się w posiadaniu jego królestwa: łączność
telegraficzna między Neapolem a Palermo oraz pierwszy na Półwyspie
Apenińskim statek parowy, wchodzący w skład jego flotylli. Wydawało się
zatem, że robi wszystko, aby tak jak to obiecał w pierwszych dniach po
objęciu panowania, rządzić królestwem w sposób, który zapewni poddanym
szczęście i dobrobyt. Dysponował do tego odpowiednim zapleczem
finansowym, bo neapolitańscy Burbonowie zgromadzili ogromne sumy
pieniędzy, głównie srebrnych i złotych monet, ponieważ w Królestwie
Obojga Sycylii nie używano banknotów. Co więcej, to właśnie w Neapolu
funkcjonowała giełda, stanowiąca jedno z ważniejszych miejsc dla sektora
rolniczego niemal całej Europy, a od czasów napoleońskich okolice miasta
stały się największym zagłębiem przemysłu tekstylnego w ówczesnych
Włoszech. Za jego rozwój odpowiadali emigranci ze Szwajcarii, którzy ze
względu na nałożoną przez Napoleona blokadę kontynentalną i związane z nią problemy z dostępem do surowca przenieśli się w okolice Neapolu,
gdzie mogli korzystać z lokalnej wełny.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki