1.
Sophie Monroe podeszła do szyby. Dotknęła opuszkami palców zakurzone listewki, a potem pociągnęła za sznurek. Brudne story odsłoniły okno, wykąpane w przypominających kryształki lodu kroplach deszczu.
Nad Nowym Orleanem wisiały ciężkie, ołowiane chmury. Wychodzące na ulicę Ćamp okno rozbłysło. Zamigotały elektryczne lampy. W dali, wśród chmur, iskrzyło się słońce, barwiąc wilgotne dachy kamienic płonącą purpurą i różem. Spostrzegła kręcącą się w pobliżu rynny grupkę gołębi. Na kobaltowym niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy. Poniżej zawisł blady rąb księżyca.
Oderwała się od okna i westchnęła. Mżyło całe popołudnie, co bynajmniej nie powstrzymało mieszkańców od przygotowań do nadchodzącego karnawału. Sophie nie znosiła związanego z Mardi Gras zamieszania. Jazgot i wrzawa nie ustępowały nawet późną nocą.
Przez chwilę nasłuchiwała czujnie. Orkiestra dęta trelowała cały wieczór. Przebrzmiały ostatnie takty Kiedy święci maszerują. Nastała krótka chwila uspokojenia, a potem dźwięki wybuchły od nowa, niczym wściekła kanonada podczas wojny. Huk trąb i uderzenia talerzy rozbrzmiewały przez wpółotwarte okna pobliskiej remizy. Sophie odniosła wrażenie, że biurka, stojące w biurze Times Picayune, delikatnie drżą.
Krople deszczu głucho zabębniły o dach znajdujący się tuż nad redakcją gazety. Rozbrzmiewały niczym uderzenia małych, tłustych stworzeń. Schowane w cieniu kamienic biuro, było tego wieczoru osobliwie ciche. Pomieszczenie wypełniał półmrok. Ciemności nie zdołała rozproszyć pojedyncza lampa, ustawiona na ukrytym w kącie biurku, należącym do młodej reporterki. Znajdująca się nad blatem ukośna ściana poddasza, sprawiała, że kącik stawał się jeszcze bardziej ciasny.
Monroe, po raz kolejny, popatrzyła na pokój. Maszyny, których głośny trajkot zazwyczaj wypełniał biuro, drzemały grzecznie na zaśmieconych papierzyskami drewnianych blatach. Przez moment poczuła się tak, jakby była w redakcji jedyną żywą duszą.
Sophie została w biurze po godzinach, lecz nie sama. Towarzyszył jej chłopak, Mundo Charlain, dwunastoletni czarnoskóry goniec. Mały znalazł sobie miejsce na przystawionym do biurka wysokim barowym krześle. Siedział cicho jak trusia. Czarny kolor skóry sprawiał, że przypominał cień. Jedynie jego zapuchnięte oczy.
Obiecał, że będzie siedział cicho, i jak dotąd, o dziwo, dotrzymywał słowa. Chłopak uczył się fachu. Nie odstępował Sophie na krok. Był bardzo wdzięcznym pomocnikiem. Monroe głęboko współczuła czarnoskóremu chłopcu. Poza redakcją czekała go najwyżej ulica, a i w Timesie nie zrobi nigdy wielkiej kariery. Nie z jego kolorem skóry i niewyparzoną gębą.
Choć akt abolicji zniósł ponad pół wieku temu niewolnictwo, trudno było oczekiwać, że ludzie zmienią się z dnia na dzień. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, nie zniknie segregacja i rasistowskie uprzedzenia. Monroe wiedziała, że tak się nie stanie. Nie tutaj, na południu. I w związku z tym, dbając o reputację pisma, naczelny nigdy nie pozwoli Mundo usiąść do maszyny. Na razie więc pozostawała robota gońca i nauka czytania. Zresztą, nie była to w gruncie rzeczy poniżająca praca. Lepsze to niż pucowanie butów na jednym z rogów French Quarter. A Mundo był cwany i szybko zasuwał.
Ale nie można być gońcem do końca życia. Mundo się zestarzeje. Siądą mu kolana, dostanie zadyszki, aż w końcu kipnie na zawał, pędząc z jakimś głupim redakcyjnym zamówieniem. Pobiegnie po pączki dla naczelnego albo po kwiaty dla jego kreolskiej kochanki Mindy. I już nie wróci.
Z wiekiem Mundo będzie się musiał rozejrzeć za bardziej lukratywnym zajęciem. I wtedy poczuje znowu zew ulicy, pomyślała gorzko Sophie. Problem tkwił w tym, że chłopak był cholernie bystry. Lecz w jego wypadku to znacznie za mało. Złe maniery i fizys przekreślały go z miejsca. Zapadnięte policzki i wyłupiaste oczy o żółtawych białkach nie zjednywały dzieciakowi sympatii wśród reszty redaktorów.
Jeden z inteligentniejszych facetów w redakcji, William Faulkner, szczerze małego nie lubił i, ku uciesze reszty redakcyjnego zespołu, otwarcie drwił z Mundo. Wymyślał przezwiska.
Willy, z jakiegoś powodu, uwziął się na małego i gdy tylko mógł mu dokuczyć, robił to. Wielka szkoda. Faulkner wydawał się Sophie w porządku. Miał zadatki na wielkiego pisarza, co było zresztą jego wielkim marzeniem. I ta osobowość... Nie chwalił się zanadto, ale robili to za niego inni.
Faulkner uczestniczył w walkach na froncie Wielkiej Wojny i należał do RFC. Był w redakcji kimś w rodzaju cholernego wojennego bohatera, choć Sophie nie wiedziała, na ile sobie na taką reputację faktycznie zasłużył. Ważniejsze było to, że traktował Monroe prawie jak równą sobie. Okay, zachowywał się niezbyt uprzejmie w stosunku do Mundo, ale między Bogiem a prawdą, mały potrafił zajść za skórę. Tak, była pewna, że Will jest okay. Potrafił się pięknie wysławiać, używając długich, skomplikowanych zdań. Nie wywyższał się. W redakcji dogadywał się z każdym. A w swoich wierszach i opowiadaniach, które pokazał kiedyś pannie Monroe, piętnował typowe dla południa przejawy rasizmu.
I jeszcze jedno. Willy smolił kiedyś do Sophie cholewki. A i ona nie pozostawała do końca obojętna.
Kiedyś, gdy wyszli razem na klika głębszych, Faulkner usiłował wyjaśnić Sophie, dlaczego tak traktuje małego gońca.
- Chłopak będzie miał ciężkie życie - rzucił, nie odwracając się od baru.
- Na pewno, jeśli mu nie odpuścisz, tak będzie - odparła z przekąsem Sophie.
- Ty nic nie rozumiesz, moja mała panno Monroe. - Pokręcił głową.
- A co tu niby jest do rozumienia?
Faulkner westchnął.
- Mundo jest cholernie zdolny. Dlatego mu dokuczam. Żeby jakoś na niego wpłynąć, wstrząsnąć nim, sam nie wiem. Żeby czegoś się nauczył.
- Niby jak?! - odparła opryskliwie i trochę protekcjonalnie.
- Dobrze, wyjaśnię ci - westchnął. - Jeśli dla własnego dobra mały nie zrozumie, że musi trzymać głowę schowaną nisko, ktoś mu ją któregoś dnia ukręci. Jak małemu kogucikowi. Rozumiesz?
- Aha...
- Nie zabrzmiało to zbyt przekonująco.
- Pewnie dlatego, że mnie nie przekonałeś.
Pokręcił głową.
- Mówię ci. Wyświadczam mu przysługę, Sophie. Choć może to wyglądać zupełnie inaczej.
Przysługę, dobre sobie. Chyba niedźwiedzią. Oczywiście wypowiedziała te słowa na głos. Nie byłaby sobą, gdyby tego nie zrobiła.
"Wrzód", "Pchła" albo "Robak" - to tylko niektóre z przezwisk. Wszystkie szybko wpadały w ucho. Czasami nawet Sophie użyła nieopatrznie tego albo owego.
Niemniej jednak chłopakowi to nie przeszkadzało. Mundo miał do siebie dystans, rzecz właściwą niektórym bystrym kolorowym. Nie posiadał rodziców czy choćby bliskich krewnych, takich jak ciotka albo babka. Prawie że mieszkał w redakcji i, choć jadaczka mu się nie zamykała, nie wspominał o swojej przeszłości. Wbrew słowom Faulknera, mały nigdy się nie łudził. Znał swoje miejsce.
Trafił pod skrzydła Sophie latem zeszłego roku, gdy nieomal wywołał bójkę z jej redakcyjnym kolegą, Frankiem Malone. Frank, w przeciwieństwie do Faulknera, był wyjątkowym dupkiem, rasistą i nigdy nie starał się tego faktu ukrywać. Zachowywał się też jak szowinistyczna świnia. Traktował Sophie jak jedną ze swoich dziwek i nieraz dawał dziewczynie do zrozumienia, że mógłby ją mieć na jedno skinienie palcem.
Niestety, wyróżniało go także lekkie pióro i cięty język. Naczelny lubił go, choć Sophie nie miała pojęcia za co.
Co do kłótni małego z dupkiem Malone... Monroe nie wiedziała nawet, o co poszło. Niemal instynktownie wzięła chłopaka w obronę i tak zwymyślała Malone'a, że dziennikarz zrobił się czerwony jak burak, nabrał wody w usta, po czym wyszedł, trzaskając drzwiami. Już nie wrócił tego dnia do biura.
Sophie nauczyła Mundo trzymać język za zębami. Na szczęście Pchła był pojętnym uczniem. Ku zdziwieniu wszystkich w redakcji, coraz rzadziej się wymądrzał. Awantury, które wywoływał, przeszły do historii. Przez większość czasu młody zachowywał się, jakby go w ogóle nie było w pokoju.
Lecz jednocześnie miał oczy szeroko otwarte. Znał też bodaj każdego łapsa w dzielnicy. Sophie podejrzewała, że był jednym z murzyńskich dzieci Francuskiego Kwartału. Mały traktował pannę Monroe niczym królową sensacji i chyba skrycie się w niej podkochiwał.
W gruncie rzeczy była obiektem westchnień połowy redakcji. Szkoda, że najczęściej mężczyźni ci byli żonaci, mieli dzieci oraz wykazywali skłonność do zaglądania w kieliszek. Taki już jej los. Sophie wiedziała, że nie może przebierać. Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma, mawiała. Nigdy nie była klasyczną pięknością. Jeśli ktoś się w niej zakochiwał, to ze względu na charakter. Ten sam, za który Mundo dostawał kopa.
Owszem, niektórym się podobała. Wyglądała niczym lalka. Porcelanowo białe policzki, znad których spoglądały żywe, brązowe oczy, czyniły młodą dziennikarkę niezwykle ciekawą i pod pewnym względem także atrakcyjną. Niesamowicie wygadana, filigranowa paniusia o spiczastym nosie, długiej, kształtnej szyi, którą eksponowały przycięte na chłopczycę kasztanowe włosy, miała w swoim krótkim życiu wielu adoratorów. Zdarzyło się nawet kilka poważniejszych związków, lecz wszystkie kończyły się tak samo. Facet był żonaty i ustawiony. Nie chciał za wiele w swoim życiu zmieniać i szybko brakowało w nim miejsca na więcej Sophie Monroe. Z Faulknerem też nie zaszli daleko. Chyba zraziły go ostre przytyki koleżanki, których nie szczędziła przy każdej możliwej okazji. Monroe miała niewyparzony język i potrafiła być nieznośna. Zaleta w pracy, w życiu prywatnym potworna wada.
I był jeszcze Murphy. Zupełnie inna bajka. Murphy pracował w Timesie od zawsze i znał każdego męta w okolicy. Był dinozaurem. Sardoniczny i oschły mężczyzna po pięćdziesiątce, przywodził na myśl bohatera opowiadań za parę centów. Sophie trafiła pod jego redaktorskie skrzydła w drugim miesiącu stażu i prawie natychmiast zadurzyła się po uszy w starszym, żonatym mężczyźnie. Mike miał skłonność do zaglądania w butelkę, jego życie było związane z niesympatyczną żoną i dwójką dorosłych synów. Posiadał poczucie humoru graniczące z niegrzecznością. Zachowywał się jak wrodzony cynik i Sophie nigdy się nie dowiedziała, czy była dla niego jedynie odskocznią od nudnej żony, czy też kimś więcej.
Przez pół roku dzielili naiwne przekonanie, że nikt nic nie wie o ich potajemnych schadzkach w małym mieszkanku na Bourbon Street. Niestety, mylili się. A kiedy plotka dotarła do żony, ta podła zdzira obskubała Mika z prawie wszystkich oszczędności. Pół roku później Murphy dostał zawał i odszedł nareszcie z redakcji. Monroe ze zdziwieniem stwierdziła, że poczuła coś na kształt ulgi. Teraz miała powód, żeby z nim zerwać. Przy okazji zdała sobie sprawę, że mimo całej miłości i przywiązania do Michaela, cały czas wiedziała, że właśnie tak się to skończy. Nie będzie happy endu idomku na wsi. Choć przypuszczała, że to okrutne, dziękowała losowi za pretekst, który umożliwił jej zakończenie związku.
Tylko raz odwiedziła go w szpitalu. Wyglądał jak duch albo jak połówka siebie. Pewnie że po wszystkim się popłakała. Ale doskonale zdawała sobie sprawę, że to koniec. Nie mogli dalej tego ciągnąć. Monroe nie nadawała się na żonę i troskliwą pielęgniarkę. Nigdy nie powiedzieli sobie "żegnaj". Po prostu przestali się widywać.
To praca stała się dla Sophie najważniejsza. W objęcia Murphy'ego pchnął Sophie nie tylko szacunek i ciekawość. Mike był idealnym mentorem. Nauczył Sophie wszystkiego, co sam wiedział o pracy i kilku rzeczy na temat życia. Kiedy ich związek się skończył, Monroe była w pełni ukształtowana jako reporter i jako osoba. Pod pewnym względem to ona wykorzystała Murphy'ego, a potem go porzuciła. Od tej pory liczył się tylko materiał.
Przy bliższym poznaniu jej gorący temperament wywoływał u większości mężczyzn gęsią skórkę. Dwóch na trzech usiłowało przekonać pannę Monroe do zapuszczenia włosów i założenia butów na wysokich obcasach. Lecz Sophie była pod wieloma względami niereformowalna. Nie znosiła szminki, która sprawiała, że czuła się jak klaun w cyrku, i tolerowała co najwyżej delikatny makijaż. Wąskie biodra i kształtny biust lubiła podkreślać krótkimi tunikami, wybierała je ze względu na wygodę, a nie walory estetyczne.
Prawie nigdy nie nosiła obcasów. Nie uważała się przy tym za kobietę postępową czy aktywną politycznie. Nie należała, broń Boże, do ruchu sufrażystek. Z pewnością nie była także lesbijką. Córka oficera marynarki wojennej i francuskiej pianistki kochała proste fryzury na pazia i skomplikowane sytuacje uczuciowe. Uwielbiała smak papierosów i nie stroniła od martini.
Zmierzyła wzrokiem Mundo, którego wielką głowę ukrywał kraciasty kaszkiet, a wąską klatkę piersiową zniszczona kamizelka. Spiczaste lakierki dwunastolatka wymagały nie tyle szczotki, co wymiany na nową parę. Zajęcza warga sprawiała, że trochę seplenił. W sumie była wdzięczna za jakiekolwiek towarzystwo, ale wygląd zabiedzonego chłopca wzbudzał w niej wyrzuty sumienia. Westchnęła.
Zajmowała się obecnie sprawą przekrętów, których dokonywali urzędnicy odpowiedzialni za plan osuszania miasta, trwający nieprzerwanie od 1910 roku. Od jakiegoś czasu odnosiła wrażenie, że wścibia nos w nie swoje sprawy. Normalnemu świerzbieniu, które czuła, gdy pracowała nad porządnym materiałem, towarzyszyła odrobina strachu. To się mogło dla niej naprawdę źle skończyć.
Sprawa była gruba. Wśród podejrzanych znajdowało się kilku przedstawicieli Stanacoli, filii Standard Oil, oraz urzędnicy stanowi, którzy podpisali projekt. Plan polegał na użyciu systemu pomp i kanałów. Woda miała zostać odprowadzona do jeziora Ponchartain. W gronie odpowiedzialnych za machlojki nie zabrakło Johna M. Parkera, gubernatora Luizjany.
Mogło to dla niego oznaczać tylko jedno. Koniec błyskotliwej kariery. Demokrata Parker, bliski przyjaciel prezydenta Roosevelta, wydawał się być porządnym facetem. Znano go z wystąpień przeciw korporacjom pokroju Standard Oil. To dzięki niemu od kilku miesięcy po okolicy krążyli agenci FBI. Federalni zostali przysłani na południe w związku z szeroko zakrojonym śledztwem dotyczącym przestępczej działalności Ku Klux Klanu i powiązań Klanu z prominentnymi osobami w mieście.
Przeciwnik polityczny Parkera, Huey Long, uważał gubernatora za zbyt spolegliwego. Co więcej, ośmielił się kiedyś nazwać M. Parkera marionetką w rękach monopolistów. Sophie zaczynała wierzyć słowom Longa.
Zebrała masę obciążających gubernatora dowodów. Do jeziora Ponchartain odprowadzono podczas prac melioracyjnych niebezpieczne dla zdrowia odpady. Parker sygnował większość dokumentów. Monroe nie wierzyła, że złożył swoje parafki in blanco. John M. Parker był we wszystko zamieszany. Tkwił w tym bagnie po samą szyję.
Dzisiejszy dzień miał się zakończyć przejażdżką nad jezioro. Należało zebrać zeznania zamieszkującej okolice jeziora ludności murzyńskiej. Pogoda i nieprzejezdne drogi, wiodące nad brzeg Ponchartain, udaremniły plan panny Monroe.
W odległym kącie redakcji zadzwonił telefon, małe, zaopatrzone w obrotową tarczę, grawerowane cudo techniki. Mundo zerwał się i niemal staranował biurko, które pod wpływem dzwonka aparatu dostrzegalnie drżało. Złapał bazę, przyłożył słuchawkę do ucha i mruknął coś cicho modulowanym głosem do mikrofonu. Po chwili krzyknął, że ktoś chce rozmawiać z Sophie.
Panna Monroe poczuła na plecach ciarki. Nie mogąc opanować drżącej powieki, podeszła do aparatu, omijając zagracone biurka kolegów.
- Kto to może być o tej porze? - spytała.
Mundo wzruszył ramionami, posyłając dziewczynie łobuzerski uśmiech.
- Może jakiś znajomy, panno Monroe? - zapytał, puszczając bezczelnie oko.
- To chyba nie twoja sprawa - skarciła go Sophie.
- Pewnie nie - przyznał, eksponując wystającą żuchwę. Głos Mundo brzmiał dźwięcznie. - Ale ten typ w słuchawce? To był facet, wyraźnie słyszałem. W dodatku biały. I strasznie musi z tobą pogadać.
Wyrwała chłopakowi słuchawkę.
- Leć na dół, zobaczyć, czy cię tam nie ma. - Zabębniła paznokciami w stół.
- Halo? Jest tam pani? - rozległo się pytanie w słuchawce. Typ mówił po angielsku, jakby żuł tytoń. Udawał południowy akcent, była tego pewna. Sophie szybko przyłożyła mikrofon do ust.
- Tia, jestem. Przepraszam, nie mówiłam do pana. - Panna Monroe wymierzyła w powietrzu delikatnego kopniaka, po czym cicho odchrząknęła.
- Czy mam przyjemność z panią Monroe z Timesa? - zapytał mężczyzna. Jego miękki, lecz pewny siebie głos, był muzyką dla uszu.
- We własnej osobie, złociutki - odparła. - Skąd wiedział pan, gdzie mnie znaleźć o tej porze, panie...?
- Moje nazwisko naprawdę nie ma żadnego znaczenia - rzucił, a Sophie wyobraziła sobie, jak marszczy brwi.
- Pana nazwisko nie ma znaczenia?
- Posiadam ważne informacje.
- Na temat zanieczyszczenia jeziora Ponchartain? - spytała tonem "gadaj i spadaj".
- Nie - uciął.
- W takim razie nie jestem...
- Będzie pani zainteresowana, gdy jej powiem w czym rzecz - przerwał Sophie, co więcej, wymusił swoim nieznoszącym sprzeciwu ostrym tonem, aby go wysłuchała. - To niezwykła sprawa, a dzięki mnie będzie miała pani wyłączność.
- Jestem panną.
- Wspaniale - odparł cierpko. - To jednak też nie ma znaczenia. Proszę mnie posłuchać.
- Słońce, ja jestem jednym wielkim uchem. Ale lubię wiedzieć, z kim rozmawiam. Więc albo mi się pan przedstawi, albo...
- Nazywam się Mornay. Phillip Mornay - wszedł w słowo dziennikarce. Sophie pomyślała o charakterystycznym, zachrypniętym głosie mężczyzny, który na początku tak jej się spodobał. Był zniszczony przez nadużywanie alkoholu i palenie papierosów. Co do tego nie miała żadnych wątpliwości. Wyobraziła sobie, że tak samo zniszczone jest oblicze Mornaya. Pociągła, poryta kanionami zmarszczek gęba o mocnej, kwadratowej szczęce. Twarz płatnego łapsa albo gliny.
W słuchawce nastała cisza.
- No, tak znacznie lepiej - odparła. - W czym rzecz, panie Mornay? Bo chciałabym się już zbierać do domu. A pana telefon mnie zatrzymuje.
- Chodzi o kolorowych, panno Monroe. Dokładnie o pewną rodzinę kolorowych.
Wyczuła źle tajoną wrogość, bijącą z głosu mężczyzny.
- Jeśli o to chodzi, nie wchodzę w układy z Ku Klux Klanem, panie Mornay.
- Za kogo mnie pani uważa? - parsknął. - Nie jestem rasistą.
- Skoro pan tak mówi...
- Nie mam za bardzo czasu - burknął obcesowo. - Sprawa, z którą się do pani zwracam, jest kryminalna.
- Z takimi sprawami idzie się na policję.
- Nie ufam policji.
Tu ją zaciekawił. Poczuła znajome świerzbienie.
- Słucham dalej.
- Chodzi o zabójstwa i dziwne Zniknięcia.
- Brzmi coraz ciekawiej. To ten pana sensacyjny materiał, tak? I myśli pan, że będę nadstawiała karku dla tej historii?
- Czytałem kilka pani artykułów. I myślę, że trafiłem pod właściwy adres. Jest pani wścibska i goni za prawdą. Za wszelką cenę. Właśnie kogoś takiego mi trzeba.
Westchnęła.
- Okay, Phil. - Celowo przeszła na "ty". - Tu mnie masz. A co dokładnie czytałeś?
Nie mogła się powstrzymać.
- To nie ma znaczenia, psze pani.
Aha, daje mi do zrozumienia, że zostajemy formalni.
- Bardzo wiele rzeczy nie ma, pana zdaniem, znaczenia - zauważyła z przekąsem.
- Słucha mnie pani czy nie?!
- Panna. Zresztą już o tym rozmawialiśmy.
W głosie mężczyzny usłyszała źle tajoną irytację.
- Słyszała páni o rodzinie Leroy? - spytał.
- To jacyś miejscowi gangsterzy?
- Nie całkiem. To rodzina emigrantów. Większość została aresztowana w 1907 roku. To była wielka policyjna obława. Pamięta pani to wydarzenie? A może tylko słyszała o nim?
- Bawiłam się wtedy lalkami w przedszkolu. Ale coś mi chyba świta. Pisali o tym w Picayune. To było na mokradłach, co nie?
- Zgadza się. Policja przyjęła zgłoszenie o zaginięciu kilku murzyńskich bachorów i wyprawiła się na bagna Luizjany. Była strzelanina i masowe aresztowania. Potem sprawa przycichła.
- No, i...?
- Niech mnie pani wysłucha do końca.
- Jestem panną - odparła wolno i dobitnie. - I cały czas pana słucham.
Miała wrażenie, że usłyszała zgrzytanie zębów.
- Panno Monroe. - W głosie zabrzmiało zniecierpliwienie. - Rodzina Leroyów pojawiła sie po raz pierwszy w Stanach w 1891 roku. Napływali tu stopniowo. Lecz wszyscy bez wyjątku wyemigrowali z Haiti. Do roku 1900 napłynęło ich tutaj ponad trzydziestu. Kobiety i mężczyźni w różnym wieku. Wszyscy nielegalnie. Większość podjęła pracę w przędzalni pana Merigny, miejscowego potentata i strasznego gnoja. Wszyscy przepadli bez śladu, tuż po obławie w 1907 roku. Sądzę, że część z nich pozmieniała nazwiska.
- Po co? - Zachmurzyła się.
- Leroy mieli przestępcze powiązania, sięgające jeszcze czasów z Haiti.
Sophie zastanawiała się, czy nie lepiej byłoby spławić gościa. Co ją obchodzili jacyś emigranci? Lecz nagle nasunął się jej na myśl pewien szczegół.
- Dużo pan wie - uznała. - Moje pytanie brzmi, skąd? Jeśli byli tu nielegalnie, to tylko gliny mogą coś o nich wiedzieć, nie? A pan podobno nie ufa policji.
- To moja sprawa, komu ufam. I moje źródła informacji.
- Okay, niech będzie. O co więc chodzi z tymi Leroyami? Bo mam wrażenie, że oboje tracimy czas.
- O to, że znikają bez śladu.
Czoło dziennikarki przekreśliła bruzda.
- Jak to, bez śladu?
- To wygląda tak... Któryś z nich pojawia się w policyjnej kartotece, a potem, w krótkim czasie, znika.
- Ludzie znikają, panie Mornay. Jest takie przysłowie: "Chodzenie po bagnach wciąga". Sam pan sobie odpowiedział na swoje wątpliwości. Nie ufa pan glinom, a jednak zaglądał pan do policyjnych kartotek. Wie pan pewnie, ile osób z Klanu siedzi na posterunku. Problem z nimi jest taki, że są praktycznie nie do ruszenia.
Westchnął.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.