II
Stary, którego w urzędzie policji nazywano pułkownikiem, gdyż w czasie ostatniej wojny dochrapał się tego stopnia gdzieś w ruchu oporu, lubił załatwiać sto spraw naraz. Podziwiano go, gdyż miał głowę na karku i nigdy nie pomylił szczegółów kradzieży z poszlakami zabójstwa czy motywów szantażu z zeznaniami bigamisty.
Merlin spoczywał w wygodnym fotelu naprzeciw biurka starego i obserwował jego misterną robotę z trzema telefonami. Mówił prawie jednocześnie do trzech słuchawek i słuchał z uwagą swoich rozmówców, zręcznie przerzucając to jedną, to drugą słuchawkę do ucha. Mrugał przy tym do inspektora na znak, że uważnie śledzi przebieg zdarzeń, które mu Merlin relacjonował.
- Wdowę Raboux wsadźcie tymczasem do aresztu - mówił do słuchawki w lewej ręce, a do słuchawki w prawej niemal natychmiast: - Dolary sprawdzone. Amerykański bank potwierdził numery. - Do trzeciej grzmiał: - Ja was każę, sierżancie, wykastrować, jak mi będziecie tak partolić wszystko, co wam się poleci. - I znowu druga słuchawka podjechała blisko ust. - W najbliższym czasie bank poda nam bliższe dane co do tych dolarów. Szukajcie dalej, powinno być ich więcej...
I tak ciągle. Merlin skończył i czekał na swoją kolejkę między telefonami. Kiedy aparaty uspokoiły się, stary opadł na krzesło, ale nie przestał mówić.
- Morderstwo Pierriego składam wam w upominku. Nareszcie coś ciekawego w naszym spokojnym życiu. Można skonać z nudów z tymi dolarami, niewydarzonymi trucicielami i samobójcami z Monte. Więc co? Rodzaj automatu, kaliber, odległość, skąd oddano strzał, pewnie pan już ma, czekam w najbliższych dniach na przedstawienie mi mordercy. Bardzo lubię oglądać ich za kratkami. Wydają mi się wtedy najmilszymi ludźmi pod słońcem.
Merlin nie zdążył odpowiedzieć, gdy dźwięknął najpierw jeden telefon, potem drugi i stary na powrót zaczął uprawiać żonglerkę ze słuchawkami.
- Do widzenia, panie pułkowniku - inspektor dźwignął się z fotela.
- To jeszcze nie wyjaśnione? Co u diabła, wymagacie chyba cudów. Do widzenia, inspektorze. Co? Porwano dziecko miss Francji? Niemożliwe. Miss według regulaminu musi być dziewicą, to jest, chciałem powiedzie, panną - uśmiech starego pożegnał Merlina, gdy zamykał za sobą drzwi gabinetu.
W hali maszynistek Merlin przywitał się z panną Rouy całując ją w rękę, a pannie Camlis posłał gorące spojrzenie. Reszta dziewcząt oderwała się od maszyn i wodziła za nim wzro?kiem pełnym uwielbienia.
Inspektor był rzeczywiście przystojnym mężczyzną w wieku, który skłania dwudziestokilkuletnie kobiety do westchnień i umotywowanych nadziei. Pasemka siwych włosów na skroniach dodawały mu uroku, tak jak dobremu dżinowi dodaje prawdziwego smaku kilka kropel vermouthu. Maszynistki uwielbiały inspektora i niejedna skrycie marzyła o zajęciu niepośledniego miejsca w jego sercu.
Paczka czekoladek została w lot rozchwytana i Merlin z uśmiechem zmiął firmową torebkę. Codzienna porcja czekoladek, którą składał w ofierze sekretarkom, pogłębiała ich uczucia i pozwalała mu również zyskać ich przychylność.
Pannie Rouy okazywał szczególne względy, to całując jej dłoń, to zakrywając oczy, gdy udało mu się zaskoczyć ją znienacka nad maszyną, to dmuchnąwszy w jej jasne włosy. Była na pewno najbrzydsza spośród wszystkich, i w dodatku najstarsza, lecz inspektor hołdował żelaznej zasadzie: "Skoro znajdujesz się w jaskini lwów, wybierz na przyjaciela najgroźniejszego". A panna Rouy miała przykry charakter połączony z nadczynnością tarczycy, które to elementy w symbiozie czynią z człowieka wieczny huragan, zmiatający wszystko, co na drodze.
- Mamy dzisiaj ładną pogodę - powiedział inspektor poprawiając krawat - aż przykro patrzeć, że tak marniejecie w tych murach.
- Zapraszam pana po czwartej na plażę! - zawołała panna Camlis przekrzywiając filuternie głowę w jasnych lokach.
- Nie umiem pływać - Merlin podniósł bezradnie ręce do góry.
- Nauczymy pana! - wrzasnęły chórem pozostałe. - To nie taka wielka sztuka.
Panna Rouy odezwała się z wyrzutem w głosie!
- Wstyd, żeby taki człowiek jak pan, inspektorze, nie umiał pływać.
- Może kiedyś jeszcze poproszę o lekcję - powiedział Merlin udając zawstydzonego. Skierował się ku drzwiom.
- Niech pan zapamięta. Byłam mistrzynią pływacką, zdobyłam złoty medal na konkursie! - krzyknęła panna Camlis.
- To świetnie! - Merlin pożegnał dziewczęta skinieniem ręki i wyszedł na korytarz. W swoim pokoju wezwał telefonicznie detektywa Bartou. Czekając na jego przyjście przejrzał jeszcze notatki.
Zjawił się Bartou, niepozorny mężczyzna w szarym urzędniczym ubraniu. Z uszanowaniem skłonił się inspektorowi.
- Jestem do dyspozycji.
- Panie Bartou - rzekł Merlin zapraszając go do zajęcia miejsca obok biurka - czy w pańskiej ewidencji figuruje człowiek o nazwisku Pierri? Cezary Pierri.
Bartou zamyślił się, po czym wyciągnął z bocznej kieszeni marynarki niewielki zeszyt. Chwilę szperał w kartkach, zapisanych maczkiem.
- Nie, panie inspektorze. Człowiek o takim nazwisku nie był nigdy w konflikcie z policją. Nie widzę go również na mojej liście ludzi podejrzanych - podniósł na Merlina zatroskane oczy.
- Zatem to nazwisko nic panu nie mówi na terenie kasyna?
- Niestety, nie.
- Średniego wzrostu, przystojny mężczyzna po czterdziestce, z pochodzenia Włoch, czarne włosy, lekko kręcone - Merlin próbował opisać Pierriego. - O, tak wyglądał - wyjął niewielką fotografię zamordowanego i wręczył detektywowi.
Bartou pokręcił przecząco głową.
- Nie widziałem. Widocznie nie bywał w kasynie.
- Raczej bywał.
Detektyw rozłożył bezradnie ręce.
- Ja go nie widziałem na oczy. Zresztą trudno znać wszystkich bywalców kasyna. Interesujemy się tylko szczególnymi osobami. Sam pan wie o tym najlepiej, panie inspektorze.
- No nic. Dziękuję panu.
Bartou wycofał się z pokoju z uniżonym ukłonem. Merlin przetarł oczy, poprawił machinalnym ruchem popielniczkę na biurku. W pokoju było duszno i mroczno. Okna wychodziły na wysoką ścianę budynku, który oficyną przylegał do oficyny prefektury.
Po chwili wrócił do pokoju maszynistek. Panna Rouy oznajmiła mu, że szukał go Carpeau.
- Carpeau świetnie pływa - powiedział żartobliwie Merlin. - Coś dla pani, panno Camlis.
- Ona woli uczyć - zauważyła nie bez złośliwości panna Rouy.
- Carpeau, bardzo przystojny chłopak - wtrąciła jedna z maszynistek.
- Nie w moim typie - panna Camlis wydęła pogardliwie wargi.
- A mnie się podoba - orzekła panna Rouy.
- Wygląda jak swój własny syn - oswiadczyła przekornie panna Camlis - cerę ma jak przed pierwszą komunią.
Dziewczęta zachichotały rzucając na siebie porozumiewawcze spojrzenia.
- Ładny, ładny - uciął dyskusję inspektor. - Z takim warto zgrzeszyć. I z góry udzielam rozgrzeszenia - wykonał w powietrzu gest absolucji.
Gdzieś z kąta padło pytanie.
- A pan nigdy nie grzeszy?
Inspektor zaśmiał się wesoło.
- W moim wieku grzech w oczach Pana Boga przemienia się w śmieszność.
- Cóż za skromność! - obruszyła się z udawaną powagą panna Camlis.
- No, dzieci - inspektor rozłożył ramiona - radzę wam zainteresować się Carpeau. Chłopak na wydaniu. Przeanalizujcie to sobie, a ja muszę zmykać. Życzę dobrej wody - przeciskając się między stolikami przeszedł do pokoju dyżurnego oficera.
- Samochód. Wyjeżdżam do kasyna. Coś masz skwaszoną minę, Jakubku?
Oficer połączył się z garażami i wydał polecenie.
- Żona rodzi, a ja tu siedzę na dyżurze.
- Idź do starego i powiedz mu, że wykonałeś wyższe zadanie z punktu widzenia polityki populacyjnej i żądasz nagrody za udany w pełni efekt.
Oficer machnął ręką.
- Stary nie cierpi bachorów. Gotów mi wrzepić jeszcze coś w nocy. Za karę.
- Zwróć się do premiera. On lubi.
- Nie jestem usposobiony do żartów.
- Ja też nie. Bywaj.
Przed gmachem czekał już czarny citroen. Merlin kazał się wieźć do Monte Carlo. Szofer bez słowa wepchał się w sznur samochodów i w parę minut później wypadł na wspaniałą drogę prowadzącą do Monte Carlo.
Merlin, mimo iż znał te dwadzieścia kilometrów drogi łączącej Niceę z Monte prawie na pamięć, z przyjemnością wpatrywał się w ciemną linię Alp, z dala robiących wrażenie dzikości i naturalnego piękna.
Szofer nie żałował samochodu i pędził kładąc się miękko na ostrych zakrętach szosy, wijącej się wzdłuż brzegu. Merlin z zadowoleniem uśmiechał się, gdy spadali z góry w dół, zdawać by się mogło prosto w pianę morską, by nagle skręcić o siedemdziesiąt stopni i mknąć szybciej od wiatru. Czasem mijali wagony elektryczne, które z hukiem wpadały w mroczne tunele, wykute w litej skale.
Minęli Cap Ferrat, potem Beaulieu. Morze błyszczało w słońcu jakby powleczone warstwą złota. Palmy jak baletnice tańczyły wzdłuż drogi. Merlin mógł na to patrzeć setki razy.
Monte Carlo powitało ich policjantami w białych mundurach, bogato upstrzonych złotymi galonami. Byli tak malowniczy jak okolica, w której żyli. Wysokie czaka z pióropuszami podkreślały ich operetkowy wygląd, ale jeśli człowiek rozejrzał się tylko baczniej wokoło, szybko pojmował, że znajduje się w kraju z baśni, w czymś, co zostało wymyślone dla zabawy, po prostu dokomponowane do przyrody, by było jeszcze weselej i śmieszniej.
A kasyno? Inspektor niejednokrotnie porównywał je już do niemodnej szkatułki, jaką otrzymuje się w spadku po krewnym o nie najlepszym smaku artystycznym. Ale wspaniała, egzotyczna oranżeria przed budynkiem kasyna, olbrzymia kawiarnia, obok dziesiątki sklepów z najdroższą biżuterią i kioski sprzedające z wielkim powodzeniem tysiące broszur z niezawodnymi wskazówkami, jak należy grać, by w krótkim czasie stać się milionerem - wzruszały go. To wszystko razem miało w sobie coś urzekającego, coś z zamierzchłej przeszłości, która eszcze trzyma się kurczowo życia, utrwalona snobizmem i namiętnością ludzi bogatych.
Szofer zaparkował tuż przy zwalistych samochodach amerykańskich. Merlin udał się do biur kasyna. W kilka minut później rozmawiał już w jednym z gabinetów z Błockiem, detektywem kasyna, wytwornym starszym panemubranym z angielska, z białym goździkiem w klapie.
- Panie Block - zaczął Merlin przyjmując papierosa - czy nie przypomina pan sobie przypadkiem człowieka o nazwisku Pierri? Cezary Pierri - to mówiąc podsunął detektywowi zdjęcie.
Block przyjrzał się fotografii, po czym utkwił wzrok w suficie i tak skupiony myślał kilkadziesiąt sekund. Wreszcie twarz mu się rozjaśniła. Wiedział, o kogo chodzi.
- Tak - rzekł głaszcząc starannie wygoloną brodę - przypominam sobie. Kilka razy grał bez powodzenia. Przegrał w sumie około stu tysięcy franków.
- Czy pan jest tego pewien?
Detektyw spojrzał na inspektora zdumiony.
- Nie rozumiem pytania, panie inspektorze. Nie zdarzyło się, aby pamięć mnie kiedykolwiek zawiodła.
Merlin zaśmiał się dobrodusznie.
- Wiem, że pan ma genialną pamięć. I kto dwa razy przekroczy progi kasyna, pozostaje na stałe w pańskiej ewidencji. O tym, kto gra trzy razy, wie pan wszystko.
- Pierri grał sześć razy - rzekł Block, oglądając sobie czubki butów - zanim został zamordowany.
- O, już pan wie?
Block wskazał na południową gazetę leżącą na stole.
- To chyba jasne, inspektorze, że ten, kto ginie w okolicach kasyna, bardzo nas interesuje. Dbamy o reputację.
- Na to liczę. Potrzebuję bliższych danych. Kto mieszka blisko Monte Carlon i ma pieniadze, grywa zwykle w kasynie. W kasynie załatwia się również wiele interesów pomiędzy rozegraniem dwóch banków.
- Po to tam właściwie jesteśmy, ażeby coś wiedzieć o tych interesach.
- Doskonale. Stąd każda wiadomość, pewna wiadomość o osobie zamordowanego może przysłużyć się śledztwu. Co pan sobie jeszcze przypomina?
Wzrok Blocka powędrował na sufit. Merlin cierpliwie czekał. Po chwili detektyw ożywił się.
- Pierri był raz tylko w towarzystwie drugiego osobnika. Tak, ten drugi był wyższy od niego, nosił wąsy ufarbowane na czarno i miał na palcu sygnet z niezłym topazem.
- Nie wie pan, kim był ten drugi?
Block odpowiedział z grymasem niezadowolenia:
- Powiedziałem panu, że drugiego widziałem tylko jeden raz.
Inspektor poskrobał się ołówkiem po policzku.
- No to nadal nic nie wiemy.
Detektyw wzruszył ramionami.
- Bardzo mi przykro. Sprawa ta nas nie interesuje. Dowiedzieliśmy się, że był to właściciel sklepu i przegrana stu tysięcy wyklucza samobójstwo. Morderca nie należy do naszych kompetencji.
- A czy w stosunku jednego do drugiego nie zauważył pan czegoś szczególnego? Czy byli to starzy znajomi, czy też znajomość zawarta niedawno? To da się wyczuć ze sposobu bycia, prawda?
- Zachowywali się jak dobrzy znajomi. Wyszli w najlepszej zgodzie, w dobrych humorach.
- Dziękuję, panie Block. To na razie wszystko.
- Przykro mi, że nie zdołałem pana zadowolić - rzekł detektyw z lekką ironią. Wstał i elegancko skinął głową. - Chciałem jeszcze nadmienić, że z biegiem lat pamięć moja raczej się doskonali.
- Och, panie Block - inspektor potrząsnął jego ręką - cenimy pana jak rzadko kogo. Niejednokrotnie żałowałem, że pan nie pracuje z nami.
Detektyw skrzywił się z niesmakiem.
- Nie lubi pan policji? - zdziwił się z udaną powagą inspektor. - No cóż. Nie każdy lubi.
- Moi pracodawcy zaspokajają moje wymagania w zupełności, panie inspektorze.
- W takim razie powodzenia.
- Powodzenia.
Inspektor wyszedł na dwór i spojrzał z tarasu na mrowie kolorowych ludzi kręcących się po alejach. Wiał lekki wiatr od strony morza, osłabiając żar słońca stojącego wysoko na niebie.
Chwilę sycił oczy barwną panoramą. Potem zszedł do kawiarni. Wypił filiżankę kawy, zapisując uwagi detektywa kasyna gry. Obok przy stolikach różnojęzyczny tłum. Gwar głosów, śmiechu, nawoływań. Do uszu jego dolatywały strzępy rozmów. Słychać było słowa niemieckie, angielskie, włoskie, czeskie, serbskie.
Zamknąwszy notes inspektor wyszedł znowu przed kasyno, odnalazł swój samochód i w niespełna parę minut citroen wiózł go z powrotem do Nicei.
W prefekturze dowiedział się od dyżurnego oficera, że pytał o niego jakiś mężczyzna.
- Czy podał nazwisko?
- Nie.
- Czy nie powiedział, czego chce ode mnie?
- Nie.
Merlin był przyzwyczajony do różnego rodzaju odwiedzin. Codziennie ktoś pragnął dostać się do niego, aby nudzić swoimi podejrzeniami co do trybu życia sąsiadów czy swoimi koncepcjami na temat ostatnich wydarzeń kryminalnych. Machnął ręką. Dyżurni wiedzieli, że mają strzec czasu inspektora i nie dopuszczać nikogo bez poważniejszych powodów.
- Jak wyglądał? - zapytał bez zainteresowania, kierując się do swego pokoju.
Oficer zmarszczył czoło.
- Jak wyglądał? Raczej nieciekawie. Szczupły, wysoki, no nieciekawy. W każdym razie nie wyglądał na człowieka, z którym chętnie spędziłby pan weekend.
Inspektor roześmiał się.
- To dobrze, że ominęła mnie ta wizyta.
- Pewnie jakiś goguś - oficer skrzywił się. - Nie znoszę ludzi, którzy czernią sobie wąsy.
Merlin zatrzymał się w drzwiach.
- Miał uczernione wąsy?
- Tak, takie duże - policjant pokazał na swojej twarzy ich długość.
- A na palcu sygnet z topazem?
- Sygnet? Rzeczywiście. Na średnim palcu prawej ręki nosił sygnet. Z żółtym topazem. Zgadza się. Pański znajomy?
Merlin prztyknął palcami.
- Czy zapowiedział, że przyjdzie ponownie?
- Nic nie mówił.
- Niech sobie pan przypomni. Może jednak coś powiedział?
Oficer zaprzeczył ruchem głowy.
Inspektor zaklął pod nosem.
- Gdybym wiedział, że panu zależy na nim, wyciągnąłbym coś z niego - usprawiedliwiał się oficer, widząc nagłe zdenerwowanie inspektora.
- Nie traćmy nadziei - rzekł Merlin - może zjawi się jeszcze raz.
- Teraz już wiem, że trzeba go dać panu.
- Tak, tak - powiedział spiesznie inspektor - trzeba mi go dać natychmiast. A gdyby mnie nie było, poprosić, żeby zaczekał.
- A jak nie będzie chciał czekać?
Merlin spojrzał twardo na oficera.
- Nie wypuścić z budynku.
- Tak jest, panie inspektorze.