ROZDZIAŁ 3
Klik! Casanova otworzył klapę bagażnika i spojrzał w szeroko otwarte, wilgotne i błyszczące oczy dziewczyny. Jaka szkoda. Jaka strata, pomyślał, gdy tak na nią patrzył.
- A kuku - powiedział. - Widzę cię.
Już nie był zakochany w tej dwudziestodwuletniej studentce, związanej teraz w bagażniku. Był na nią zły. Nie przestrzegała regulaminu. Zepsuła mu jego dzisiejszy pomysł.
- Wyglądasz jak diabeł wcielony - powiedział.
Dziewczyna nie mogła odpowiedzieć, bo zakneblował ją mokrą szmatą, ale wpatrywała się w niego bez przerwy. W ciemnobrązowych oczach widział strach i ból, ale dostrzegł też, że jest uparta i nie straciła do końca ducha.
Najpierw wyjął swą czarną torbę, a potem bezceremonialnie wyciągnął ważącą jakieś sześćdziesiąt kilogramów dziewczynę. Nie silił się w tym momencie na delikatność.
- Witamy - powiedział, stawiając ją na ziemi. - Zapomnieliśmy o dobrych manierach, tak? - Nogi jej się trzęsły, ale Casanova podtrzymywał ją bez wysiłku jedną ręką.
Miała na sobie szorty do joggingu w ciemnozielonych barwach Uniwersytetu Wake Forest, biały podkoszulek bez rękawów i nowiutkie adidasy marki Nike. Typowe, zepsute studenckie byle co, był tego pewien, ale jakże piękne. Spętał jej smukłe kostki długim na niecały metr rzemieniem. Ręce związał na plecach.
- Idź przede mną. Nie skręcaj, dopóki ci nie powiem. No, idź już - rozkazał. - Rusz te swoje długie, piękne giry. Raz, raz, raz.
Poszli przez gęsty las, który gęstniał i ciemniał z każdym krokiem. A skóra cierpła mu i cierpła. Casanova wywijał torbą jak dziecko workiem z kapciami. Kochał ciemny las. Od zawsze.
Był wysoki, atletyczny, dobrze zbudowany i przystojny. Wiedział, że mógłby mieć wiele kobiet, ale nie tak jak lubił. Nie w ten sposób.
- Prosiłem, żebyś słuchała, czy nie? A ty nie słuchałaś - mówił łagodnym, obojętnym tonem. - Wytłumaczyłem ci regulamin. Ale ty chciałaś być cwana. To proszę, bądź sobie cwana. Zbieraj, coś posiała.
Przedzierając się przez zarośla młoda kobieta czuła narastający lęk, niemal panikę. Las był bardzo gęsty i nisko zwisające gałęzie zostawiały na jej nagich ramionach długie zadrapania. Już wiedziała, jak się nazywa jej gnębiciel: Casanova. Wyobrażał sobie, że jest słynnym kochankiem, i rzeczywiście potrafił utrzymać erekcję dłużej niż którykolwiek ze znanych jej mężczyzn. Stwarzał pozory rozsądku i opanowania, ale nie wątpiła, że to szaleniec. Choć czasem oczywiście zachowywał się normalnie. Jeśli się tylko uznało jego jedyną zasadę, którą powtórzył jej kilka razy: "Mężczyzna urodził się, by polować... na kobiety".
Dał jej regulamin i wyraźnie ostrzegł, żeby się zachowywała jak należy. Ale ona nie usłuchała. Była uparta i głupia, i popełniła poważny, taktyczny błąd.
Usiłowała nie myśleć o tym, co z nią zrobi, w tej dziczy, w lesie jak ze "Strefy mroku". Ona i tak na pewno dostanie zawału. Nie da mu tej satysfakcji, żeby widział, jak się załamuje i płacze.
Gdyby tylko wyjął jej knebel. Miała spieczone usta i niewyobrażalne pragnienie. Może nawet dałaby radę jakoś go zagadać, odwieść go od tego, co tu dla niej szykował.
Zatrzymała się i spojrzała mu w twarz. Czas się postawić.
- Chcesz tu zostać? Świetnie - zgodził się. - Ale i tak nie pozwolę ci mówić. Żadnych ostatnich słów, serduszko. Żadnego ułaskawienia przez gubernatora. Spieprzyłaś to strasznie. Jeśli tu zostaniemy, może ci się nie spodobać. Chcesz iść dalej - też dobrze. Ja po prostu kocham te lasy, a ty?
Musi z nim porozmawiać, jakoś się przebić. Zapytać go dlaczego. Może odwołać się do jego inteligencji. Próbowała wymówić jego imię, ale spod mokrego knebla wydobył się tylko stłumiony jęk.
Był teraz bardziej zadufany w sobie i spokojniejszy niż zwykle. Szedł pusząc się jak kogut.
- Nie rozumiem ani słowa. I tak by to zresztą nic nie zmieniło - oznajmił.
Na twarzy miał jedną z tych swoich dziwnych masek, które cały czas nosił. Tę akurat zwano maską pośmiertną i używano jej w szpitalach i kostnicach do rekonstrukcji twarzy.
Maska miała niemal idealnie cielisty kolor i była przerażająco realistyczna w każdym szczególe. Wybrał sobie młodą i przystojną, typowo amerykańską twarz. Jak on naprawdę wygląda? Kim on, u diabła, jest? Dlaczego nosi maski?
Jakoś chyba uda mi się uciec, powtarzała sobie w myśli. A potem załatwi, żeby go skazali na tysiąc lat. Nie na karę śmierci - niech cierpi.
- Skoro taki twój wybór, to świetnie - powiedział i kopnięciem w stopy zwalił ją z nóg. Rąbnęła plecami o ziemię. - Umrzesz tutaj.
Ze sfatygowanej czarnej torby lekarskiej wyjął igłę. Wymachiwał nią jak małym mieczykiem. Żeby dziewczyna widziała.
- Ta strzykawka została napełniona tiopentalem sodu, który jest barbituranem. I działa bardzo barbituranowato. - Wycisnął kropelkę brązowego płynu, wyglądającego jak mrożona herbata. Za nic nie chciała zastrzyku w żyłę z czegoś takiego.
- Co to mi zrobi?! Co chcesz zrobić?! - krzyczała w mokry knebel. - Wyjmij mi tę szmatę z ust, błagam!
Była zlana potem, oddychała z wysiłkiem. Całe ciało miała sztywne, ścierpnięte, znieczulone. Dlaczego on jej daje ten barbituran?
- Jeśli mi coś nie wyjdzie, umrzesz od razu - powiedział. - Więc się nie ruszaj.
Kiwnęła głową, że się zgadza. Tak bardzo chciała mu wyjaśnić, że już teraz będzie grzeczna, że potrafi być bardzo grzeczna. Proszę, nie zabijaj mnie, błagała milcząco. Nie rób tego.
Wkłuł się w żyłę w zgięciu jej łokcia; poczuła bolesne szczypanie.
- Nie chciałbym ci zostawić jakichś brzydkich siniaków - mruknął. - To nie potrwa długo. Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć, pięć, jaka, ty, jesteś, piękna, zero. Skończone.
Płakała. Nie mogła się powstrzymać. Łzy płynęły jej po policzkach. To świr. Zacisnęła mocno powieki, nie chciała już na niego patrzeć. Boże, proszę, nie daj mi tak umrzeć, modliła się. Nie tutaj, tak bez nikogo.
Narkotyk zadziałał szybko, niemal natychmiast. Przeniknęło ją ciepło, ciepło i senność. Czuła bezwład w całym ciele.
Zdjął jej koszulkę i zaczął bawić się piersiami, jak żongler kulami. Już nie mogła mu w tym przeszkodzić.
Rozłożył jej nogi rozciągając rzemień na całą długość i układając je, jakby była ludzką rzeźbą, jego dziełem sztuki. Sięgnął ręką między uda, pomacał. Nagłe pchnięcie kazało jej otworzyć oczy, spojrzeć na okropną maskę. Wpatrywał się w nią. Oczy miał puste, bez wyrazu, jednak jego wzrok jakoś dziwnie ją przenikał.
Casanova wszedł w nią i poczuła silny wstrząs, jakby poraził ją prąd. Był bardzo twardy, w pełnym wzwodzie. Zagłębiał się w nią, a narkotyk z wolna ją zabijał. Oprawca przyglądał się, jak umiera. Właśnie o to w tym wszystkim chodziło.
Jej ciało wiło się, rzucało, drgało. Chociaż już tak słaba, próbowała krzyczeć. Nie, proszę, proszę, proszę. Nie rób mi tego!
Aż ogarnęła ją litościwa ciemność.
Nie wiedziała, na jak długo straciła przytomność. Ale nieważne. Obudziła się i żyje.
Zaczęła płakać; spod knebla wydobywały się przepełnione udręką stłumione dźwięki. Po policzkach ciekły jej łzy. Uświadomiła sobie, jak bardzo chce żyć.
Stwierdziła, że jest w innej pozycji. Ręce miała teraz wykręcone do tyłu i związane za pniem drzewa. Nogi skrzyżowane i skrępowane. Zdjął z niej całe ubranie, ale nigdzie nie widziała swoich rzeczy.
Za to on wciąż tu był!
- Twoje krzyki wcale by mi nie przeszkadzały - oznajmił. - I tak absolutnie nikt cię nie usłyszy. - Pod podobną do twarzy maską błyszczały jego oczy. - Nie chciałbym tylko, żebyś wystraszyła głodne ptaszki i zwierzęta. - Spoglądał chwilę na jej piękne ciało. - To bardzo źle, że mnie nie posłuchałaś, że złamałaś regulamin - powiedział.
Zdjął maskę, pierwszy raz odsłaniając twarz. Utrwalił sobie w pamięci wizerunek dziewczyny. Potem pochylił się i pocałował ją w usta.
Całuj dziewczęta.
A potem sobie poszedł.