Callas, moja rywalka - Eric-Emmanuel Schmitt

Kup ebooka

44.99 zł
40.49 zł (20,25 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Po wejściu do gmachu opery Enzo prawie zemdlał.

Za każdym razem ogarniało go w tej sali nieodparte wrażenie, jakby zaraz w jego wnętrzu miał pęknąć balon z tlenem, który nabrzmiewał, wypełniając klatkę piersiową, rozdymając płuca, napierając na żebra, zaokrąglając je, by finalnie jego ciało upodobniło się kształtem do owalnego pomieszczenia, urosło do gigantycznych rozmiarów, rozciągało się od podłogi aż do żyrandola, obejmując parter, balkony, galerie. Gdy tak stał w ogromnej pustej sali, wcale nie czuł się mały, wręcz przeciwnie, był wielki jak otaczająca go przestrzeń, pęcherzyki płucne zlewały się z licznymi lożami, krew mieszała się z purpurą wyściełanych aksamitem foteli, a lśniące złocenia odzwierciedlały euforycz­ne mrowienie rozchodzące się po jego skórze. Zwielo­krotniony, wspaniały, spełniony, aż zataczał się z radości.

Dawno temu w Rimini spacerował po piasku za rę­kę z dziadkiem, który go ostrzegł:

- Sercami Włochów rządzą dwie instytucje: Kościół i opera. Dusze jednych wzruszają witraże, pozostałych porywa kurtyna.

- A ty, dziadku, co wolisz?

- Operę, mój chłopcze, bo jest ucieleśnieniem namiętności, emocji, przepychu, patosu, płomiennego szaleństwa. Twoja babcia natomiast zdecydowanie skłania się ku Kościołowi, modlitwie, świecom i pokucie. - Westchnął i dodał: - Niestety nie da się oddać serca obu.

Kilka lat później, w towarzystwie dziadka, który go wychował, Enzo odkrył operę. Przeszły go ciarki, zadrżał, oddech zamarł mu w piersi i od tamtej pory ciągle słuchał nagrań, oglądał przedstawienia, kartkował stare programy na wyblakłym papierze, chodził na występy słynnych śpiewaków, którzy zatrzymywali się w nadmorskim miasteczku. Rossiniego, Belliniego, Verdiego, Pucciniego postrzegał jako bogów, którym należą się cześć i chwała. Wkrótce nowa religia szczelnie wypełniła życie chłopca, stopniowo odsuwając go od babci zaabsorbowanej Biblią i zdrowaśkami, odłożył więc na dobre różaniec, który mu podarowała, a pożyczył od niej zakurzoną lornetkę teatralną. Jego koledzy świata nie widzieli poza piłką nożną, do niego jednak przemawiała wyłącznie opera. W wieku dwudziestu lat wyjechał z Rimini do Mediolanu, gdzie znalazł pracę jako przewodnik. Turyści go lubili. Był szczupły, miał lekko przygarbione ramiona, zapadniętą klatkę piersiową, niesforną grzywkę, a twarz - miękką, bladą, bez wydatnych rysów, charakteru dodawały jej jedynie okulary w grubych szylkretowych oprawkach.

Enzo wykorzystywał każdą nadarzającą się okazję, by przebywać w gmachu opery. Ze względu na pracę zaglądał tam w ciągu dnia, gdy po szybkim oprowadzeniu po katedrze i galerii sztuki kierował turystów do La Scali, wieczorami natomiast wracał na przedstawienia. Przez dwa lata nic nie osłabiło czaru świątyni, a im częściej w niej bywał, tym bardziej wyostrzony miał słuch i tym lepiej odbierał wszelkie dźwięki, nawet gdy scena świeciła pustkami, jak tamtego ranka, kiedy kurtyna była zasunięta, orkiestron pusty, a ciszę zakłócał jedynie szelest duchów.

- Dla każdego śpiewaka i każdej śpiewaczki występ w mediolańskiej La Scali jest tożsamy z konsekracją - powiedział Enzo oprowadzanej grupie Francuzów.

- Dlaczego?

Szpakowaty sześćdziesięciolatek o nastroszonych włosach, w beżowych bermudach i zatłuszczonych okularach na nosie od świtu bombardował przewodnika pytaniami.

Rozbawiony Enzo zmrużył oczy. Oczywiście Francuz był oburzony, że Mediolan cieszył się większym prestiżem niż Paryż. Z jakiegoś powodu ten ciekawski żabojad nie dziwił się również temu, że włoski z wyrazistymi samogłoskami i stanowczymi spółgłoskami zdecydowanie lepiej sprawdza się w śpiewie niż francuski z jego zmętniałym od samogłosek nosowych i spłowiałym od krtaniowego "r" brzmieniem. Enzo jako syn ojczyzny belcanto z dumą wypiął pierś.

- Dlaczego akurat La Scala? - powtórzył sceptycznie sześćdziesięciolatek.

Czym ten teatr z mnogością pięter, sztywnym dostojeństwem, olbrzymią sceną narażoną na przeciągi i zgiełk kulis wyróżniał się na tle innych?

- Za wielkością La Scali przemawiają jej publiczność i historia! - uniósł się Enzo. - Wytrawni, wyrobieni i wymagający widzowie, których niektórzy uznaliby za stronniczych, i przeszłość, po­nieważ doskonałość przyciąga doskonałość. Wszyscy wielcy śpiewacy, wszystkie wybitne śpiewaczki, zarówno kobiety, jak i mężczyźni pielęgnują w duszy tylko jedno marzenie: stanąć na deskach La Scali. Tutejszy angaż jest równy Nagrodzie Nobla w dziedzinie opery! W tych murach zachwycali Caruso, Gigli, Flagstad, Del Monaco, Schwarzkopf, Pavarotti, Sutherland, Caballé, Domingo... a przede wszystkim, co należy mocno podkreślić, bogini, majestatyczna Callas!

Nagle rozległ się dziwny odgłos przypominający splunięcie.

Grupa zaczęła się rozglądać, na widowni siedziała jednak tylko staruszka wpatrzona jak zahipnotyzowana w kurtynę. Na pewno się przesłyszeli.

- Maria Callas kilkakrotnie występowała w La Scali - ciągnął dalej Enzo - a te występy uważa się za jej najwybitniejsze osiągnięcia, na przykład jej interpretacja Violetty z Traviaty wręcz przeszła do legendy.

- W którym roku? - zapytał sześćdziesięciolatek.

Próbuje mnie ośmieszyć, pomyślał Enzo, poddaje mnie przesłuchaniu, choć wcale nie jest zainteresowany, chce mnie tylko przyłapać na braku wiedzy.

- W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym piątym. A dokładnie w maju tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego piątego roku. Orkiestrą dyrygował wówczas Carlo Maria Giulini, a reżyser filmowy Luchino Visconti wybrał do roli głównej Marię Callas. Była to najbardziej porywająca adaptacja, jaką świat dotąd widział.

Znów rozległ się odgłos plucia.

Enzo obrócił się i uważnie przyjrzał wszystkim rzędom, jednemu po drugim. Nie, nie było tam nikogo, oczywiście oprócz starszej pani. Czy ktoś położył się na podłodze i schował pomiędzy fotelami? Enzo ufał jednak ochronie opery, więc błyskawicznie odrzucił tę myśl i niezrażony mówił dalej:

- Podczas wykonania arii Addio, del passato w trzecim akcie śpiewaczki sopranowe zazwyczaj zachwycają publiczność krystalicznie czystą ostatnią nutą, żeby popisać się barwą głosu, lecz Maria Callas zaryzykowała brzydkie załamanie, ponieważ uznała, że to rozdzierający serce jęk, szloch umierającej kobiety, rozpacz chorej zniszczonej przez gruźlicę.

- Nie miała wyboru! Gdyby pokusiła się o piękny koniec, wszyscy przekonaliby się, jaki ma ­fa­talny głos.

Nie było żadnych wątpliwości: odpowiedź padła z pierwszych rzędów na parterze. Te okrutne, wypowiedziane szorstkim głosem słowa zszokowały zebranych. Enzo zamilkł, rozejrzał się dookoła, zatrzymał wzrok na nieruchomej kobiecie o woskowej cerze, a potem znowu rozejrzał się po pustych fotelach. Skonsternowany postanowił ciągnąć opowieść, choć mówił teraz ze zdecydowanie mniejszą pewnością siebie:

- Nie trzeba dodawać, panie i panowie, że ówczesna publika w większości zupełnie nie była przygotowana na podobną interpretację i szokującą artystyczną wizję. Z przykrością przypomnę, że w tym gmachu Marię Callas równie często oklaskiwano, co wygwizdywano.

- Zgadza się!

Ubrana w płaszcz w cętki imitujące futro pantery staruszka podniosła się z fotela. Miała zadarty nos, zaczerwienione skronie i niepokojąco błys­kające czarne oczy. Cała się trzęsła. Gniew napełnił ją energią, jakiej nikt by się nie spodziewał u osoby w równie podeszłym wieku.

- Obrzucano ją pęczkami rzodkiewek. Pac! Na proscenium. Workami rzepy! Pac, pac! Turlały się po rampie. Mediolańscy handlarze warzywami nieźle się wzbogacili dzięki Callas. Połowa widzów celowała w nią składnikami, z których wyszłoby wyborne minestrone. Nie wszyscy, jak widać, byli głusi!

W młodzieńcu się zagotowało, gdy usłyszał, że atakowana jest jedna z jego idolek.

- Callas zrewolucjonizowała współczesną operę, co oburzyło zwolenników tradycji. Dziś, z perspektywy czasu, możemy w uczciwszy sposób ocenić jej wkład w historię opery. Po śmierci doceniono ją bardziej niż za życia.

Niestety gdy tylko Enzo podnosił głos, tracił nad nim panowanie, zacinał się i utykał w wysokich tonacjach, co przekształciło jego replikę w kwik zarzynanego prosięcia. W obliczu wokalnej porażki młodzieńca starsza pani głośno cmoknęła z wyraźną dezaprobatą i odpowiedziała:

- Jak pan śmie poważać się na wydawanie sądów na temat warsztatu śpiewaków, skoro sam pan najwyraźniej nie opanował podstaw poprawnej dykcji!

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

INNE KSIĄŻKI ÉRICA-EMMANUELA SCHMITTA WYDANE PRZEZ ZNAK

Brama do nieba

Ciemne słońce

Człowiek, który widział więcej

Dziecko Noego

Dziennik utraconej miłości

Ewangelia według Piłata

Félix i niewidzialne źródło

Historie miłosne

Intrygantki

Kiedy byłem dziełem sztuki

Kiki van Beethoven

Kobieta w lustrze

Księga o Niewidzialnym

Madame Pylinska i sekret Chopina

Małe zbrodnie małżeńskie

Małe zbrodnie małżeńskie (z ilustracjami)

Małżeństwo we troje

Marzycielka z Ostendy

Moje Ewangelie

Moje życie z Mozartem

Napój miłosny

Noc ognia

Odette i inne historie miłosne

Opowieści o Niewidzialnym

Oskar i pani Róża

Pan Ibrahim i kwiaty Koranu

Papugi z placu d'Arezzo

Przypadek Adolfa H.

Raje utracone

Sekta egoistów

Sen o Jerozolimie

Tajemnica pani Ming

Talent do życia. Najpiękniejsze aforyzmy

Tektonika uczuć

Trucicielka

Ulisses z Bagdadu

Zapasy z życiem

Zazdrośnice

Zemsta i przebaczenie