rozdział pierwszy polacy bez polski, 1795-1918
Między rokiem 1795 a 1918 oddzielna, niepodległa Polska nie istniała na mapach świata. To zdanie może brzmieć, jak gdyby opisywało prosty fakt historyczny, w rzeczywistości jednak kryje się za nim wiele problemów, które sprawiają, że tak trudno opowiada się dzieje północno-wschodniej Europy w xix wieku. Po pierwsze i przede wszystkim, musimy sobie zadać pytanie, co to naprawdę znaczy, że "Polska nie istniała".
Ani rozbiory, które położyły kres pierwszej Rzeczypospolitej, ani wcześniejszy długi okres ograniczonej suwerenności, trwający przez cały niemal wiek xviii, nie były wydarzeniami nadzwyczajnymi. W epoce nowożytnej dość powszechnym zjawiskiem było to, że elity jednego państwa mieszały się w wewnętrzne sprawy innego. W latach 1740-1748 chociażby mocarstwa europejskie stoczyły wojnę, której przedmiotem było następstwo tronu w Austrii, przy czym większość dyplomatów uważała, że walczące strony mają uzasadnione powody, by się w tę wojnę angażować. Rzeczpospolita była przedmiotem różnego rodzaju ingerencji na długo przed rozbiorami. W latach 1733-1735 w tak zwanej wojnie sukcesyjnej polskiej Francja i Hiszpania stanęły naprzeciw Rosji, Austrii, Saksonii i Prus, przy czym każda koalicja walczyła o umieszczenie na polskim tronie swojego kandydata. Podobne przykłady można by mnożyć, cofając się o kolejne stulecia. Zasada nieingerencji nigdy nie istniała.
Nie było także niczym niespotykanym to, że jakieś państwo znika z mapy. Właściwie w dowolnym momencie historii Europy możemy wskazać dziesiątki bytów politycznych, które dziś już nie istnieją; niemal żadna z dzisiejszych granic nie przebiega tak samo jak w przeszłości. W świecie przednowoczesnym państwa pojawiały się, znikały, łączyły, rozdzielały i zmieniały kształt z oszałamiającą częstotliwością. Niewiele znajdzie się dziś osób, które by żałowały utraty niepodległości przez (na przykład) Burgundię, Aragonię czy Gwynedd, a przecież każde z nich przez stulecia było niepodległym państwem, dopóki nie zostało podbite i wchłonięte przez silniejszego sąsiada. Przykłady spoza samej Europy są jeszcze wymowniejsze. Zanim doszło do rozbiorów Polski, potęgom kolonialnym już udało się zniszczyć skutecznie wszystkie wspólnoty polityczne na półkuli zachodniej, a w xix wieku te same potęgi miały podzielić między siebie cały kontynent afrykański. Nawet sformalizowane traktaty zatwierdzające dokonane rozbiory nie były niczym niezwykłym: od traktatu z Tordesillas z 1494 roku, poprzez konferencję berlińską z 1885 i podział Afryki, po układy jałtańskie z 1945, ci, którzy mieli władzę, radośnie rozgrywali między sobą kartografię, rysując i przerysowując mapę polityczną. Innymi słowy, rozbiory Polski nie stanowiły ani aberracji, ani aktu bezprecedensowej niesprawiedliwości: były jedynie większym i nieco bardziej dramatycznym przykładem zwykłego obrotu spraw w wielkiej polityce międzynarodowej. Stanowiły, jeśli można tak powiedzieć, akt precedensowej niesprawiedliwości.
Skoro jednak rozbiory pierwszej Rzeczypospolitej były zwyczajnym wydarzeniem, czemu wciąż o nich pamiętamy? Przy czym "my" nie znaczy tutaj "my, historycy zainteresowani dziejami Europy Wschodniej". W praktycznie każdym poważniejszym anglojęzycznym podręczniku uniwersyteckim poświęconym historii Europy (a także w całkiem licznych podręcznikach licealnych) omawia się rozbiory Polski. Jeśli historia rozbiorów nabrała znaczenia, to znaczenie to tylko po części daje się wytłumaczyć wydarzeniami lat dziewięćdziesiątych xviii wieku. W większym stopniu chodzi o coś, co rozwijało się powoli w ciągu kolejnego stulecia: o powstanie polskiego ruchu narodowego i, w praktyce, stworzenie polskiego narodu.
Wiele czytelniczek i czytelników może uznać za dziwaczne twierdzenie, że naród polski narodził się po rozbiorach. Czyż nie jest rzeczą powszechnie wiadomą, że historia Polski zaczyna się wraz z chrztem Mieszka w 966 roku? No cóż, tak, z X wieku pochodzą najstarsze zachowane świadectwa istnienia czegoś z grubsza przypominającego późniejsze państwo polskie, wiemy też, że lud posługujący się prasłowiańskim narzeczem, które przypominało późniejszy język staropolski, żył w tym miejscu już od pewnego czasu. Nawet jednak jeśli odłożymy na bok anachroniczność nazywania domeny Mieszka "Polską" i nawet jeśli zignorujemy przeskoki, konieczne, by wytyczyć prostą linię między światem średniowiecznym a epoką nowożytną (nie mówiąc już o czasach współczesnych), wciąż pozostaje kwestia podstawowa: bytem, który został zniszczony w 1795 roku, nie była Polska, ale Rzeczpospolita szlachecka, państwo polsko-litewskie. Chodzi tu o coś więcej niż o różnicę w technicznym nazewnictwie. Pierwsza Rzeczpospolita ma się do dzisiejszej Polski tak jak my do australopiteków: bez wątpienia jest z nią związana pochodzeniem i kilkoma wspólnymi cechami, zarazem jednak jest jaskrawo odmienna pod każdym istotnym względem. Mamy skłonność do traktowania Rzeczypospolitej sprzed 1795 roku, jak gdyby była zaledwie wcześniejszym wcieleniem ponadhistorycznego bytu zwanego "Polską". Mówimy na przykład, że w 1918 roku doszło do "odzyskania" niepodległości, a państwo, które w wyniku tego powstało, nazywamy Drugą Rzecząpospolitą. Nawet zawodowi historycy zapominają się czasem i mówią o "rozbiorach Polski" zamiast (choć przyznaję, że brzmi to gorzej) o rozbiorach Rzeczypospolitej, państwa polsko-litewskiego. Gdybyśmy chcieli być precyzyjni, powiedzielibyśmy, że Rzeczpospolita została zniszczona w 1795 roku, 123 lata później zaś powstało kilka nowych państw - wśród nich Polska. "Druga Rzeczpospolita" odwoływała się do pamięci i symboliki Pierwszej, była jednak państwem zupełnie innego rodzaju.
Żeby dobrze zrozumieć niniejszy wywód, powinniśmy zrobić krok wstecz i zastanowić się nad znaczeniem słowa, które bardzo często traktujemy jako coś oczywistego: naród. Nie ma jednej, zawsze niezawodnej definicji tego pojęcia, ponieważ różni ludzie w różnych czasach i miejscach rozumieli je w odmienny sposób. Czy wspólnotę narodową definiuje wspólny język? Wspólna religia? Dziedzictwo biologiczne? Historia związków politycznych? Czy wspólnota narodowa może być wewnętrznie zróżnicowana i podlegać nieustającym zmianom w miarę upływu czasu, czy też wymaga kulturowej jednorodności i ciągłości, przynajmniej do pewnego stopnia? Czy wspólnota narodowa może istnieć bez państwa albo przynajmniej bez żywego ruchu dążącego do politycznej niepodległości? Wszystkie te kwestie były i są przedmiotem dociekań, wszystkie jednak omijają to, co najistotniejsze, ponieważ opierają się na założeniu, że naród jest jakąś rzeczą, która istnieje gdzieś tam w realnym świecie i czeka, aż zostanie dostrzeżona, opisana, zdefiniowana i wyjaśniona. Tak jednak nie jest. Podobnie jak w przypadku innych głównych haseł naszego politycznego słownika (klasa, kasta, stan, rasa i tak dalej), naród można najlepiej zrozumieć, wyobrażając go sobie jako skrzynkę, do której różni ludzie nieustająco starają się wkładać różne rzeczy, bez końca walcząc o to, co ma się w niej znajdować, jak powinno zostać ułożone oraz czy pokrywkę należy pozostawić otwartą, czy zamkniętą. Te podstawowe pojęcia zawsze są przedmiotem walk i sporów: są retorycznymi tworami, których ludzie używają, kiedy chcą mówić o sile, przynależności, władzy, dyscyplinie, wspólnocie czy zaangażowaniu. Naród z pewnością istnieje, ale tylko tak, jak istnieją inne pojęcia polityczne i społeczne: jako narzędzia językowe, których ludzie używają, żeby nadać światu znaczenie, żeby świat zmieniać i żeby świat kontrolować1.
1 Rzecz jasna, nie jest to oryginalny sposób opisywania narodu, w istocie odzwierciedla konsensus w środowisku naukowym, budowany od dziesięcioleci. Omówienie badań nad narodami i nacjonalizmem można znaleźć w moim artykule Podzwonne dla badań nad nacjonalizmem, [w:] Naród, tożsamość, kultura. Między koniecznością a wyborem, red. W. Burszta, K. Jaskułowski i J. Nowak, Slawistyczny Ośrodek Wydawniczy, Warszawa 2005, s. 79-89.
Co za tym idzie, "naród" - podobnie jak inne kategorie związane z tożsamością - nigdy nie jest czymś statycznym. Mamy skłonność do wyobrażania sobie tożsamości jako zestawu cech, które określają, kim jesteśmy, i determinują nasze zachowania. W praktyce jednak każde z nas ma bardzo wiele tożsamości, które przyjmujemy i odkładamy zależnie od okoliczności. Żydowski sklepikarz w Krakowie około 1900 roku, rozmawiając z sąsiadem katolikiem, prawdopodobnie jego nazwałby "Polakiem", a siebie - "Żydem". Gdyby jednak ten sam sklepikarz udał się do Budapesztu odwiedzić kuzyna, odkryłby, że pod wieloma względami jego polskość odróżnia go od węgierskich krewnych. Żeby rzecz jeszcze bardziej skomplikować, nasz sklepikarz miałby zapewne często do czynienia z władzami miejskimi, wobec których występowałby jako kupiec, a jego interesy i potrzeby wchodziłyby niekiedy w konflikt z interesami i potrzebami dostawców oraz klientów, niezależnie od ich języka i wyznania. Po powrocie do domu rozsądzałby spory między dziećmi, przy czym w tym momencie najważniejsza byłaby jego rola ojca. Jego kontakty z żoną kształtowałyby się pod wpływem norm określających role płciowe, bardzo podobnych jak w przypadku jego nieżydowskich sąsiadów. Działacze nacjonalistyczni zawsze chcieli (i chcą nadal) móc poukładać wszystkich w eleganckich, schludnych przegródkach, w których każda osoba otrzyma jedną i tylko jedną dominująca tożsamość, pozostającą niezależnie od okoliczności podstawowym narzędziem samookreślenia. Inne tożsamości, o ile istnieją, traktowane są jako wtórne wobec tożsamości narodowej. Tyle że w prawdziwym życiu to tak nie działa. Należałoby raczej powiedzieć, że tożsamość jest czymś, co robimy, a nie czymś, czym jesteśmy. Żadna pojedyncza tożsamość ani przez cały czas, ani nawet przez większość czasu nie opisuje tego, kim jesteśmy. Być może brzmi to jak banał. Kiedy jednak już rzeczywiście uwewnętrznimy naszą wiedzę o tym, że jesteśmy istotami wielowymiarowymi, nieustannie podlegającymi zmianom, wówczas czeka nas gruntowna rewizja sposobu, w jaki opowiadamy sobie o przeszłości.
Podobnie jak wszelkie tego rodzaju narzędzia (i chwyty) retoryczne, pojęcie narodu pozostaje użyteczne tylko dopóty, dopóki potrafisz przekonać innych, by używali go mniej więcej w ten sam sposób. Możesz swobodnie twierdzić, że należysz do narodu drandibiańskiego - możesz nawet twierdzić, że ja też do niego należę - o ile jednak nie przekonasz mnie, że Drandibia istnieje, a także że zasługuje na moją uwagę na tyle, żebym uznał moje wobec niej zobowiązania, pozostaniesz ekscentrykiem. Podobnie rzecz się miała pod koniec xviii wieku: wielu ludzi uważało wówczas, że ginąca Rzeczpospolita, państwo zreformowane przez Konstytucję 3 maja, państwo Sejmu Wielkiego i złotej wolności jest czymś więcej niż tylko wspólnotą polityczną, czymś więcej niż jedynie reprezentantką interesów szlachty. Twierdzili, że istnieje naród, na którym wspiera się owa Rzeczpospolita (i vice versa), z czego z kolei miało wynikać, że państwo powinno służyć interesom narodowym. Jako że elity Rzeczypospolitej mówiły po polsku i jako że Królestwo Polskie było w Rzeczypospolitej składnikiem silniejszym, rzecznicy idei narodowej nazwali obiekt swojej czci "Polską". Nie było jednak bynajmniej przesądzone i pewne, że ta idea się upowszechni. W rzeczywistości pierwsi rzecznicy sprawy narodowej mieli do pokonania poważne przeszkody. Ostatecznie, po prawie stu latach ciężkiej pracy ideologicznej, misjonarzom narodowego światopoglądu udało się przekonać większość (choć bynajmniej nie wszystkich) ludzi w okolicach dorzecza Wisły, że są Polakami, że polskość jest kategorią polityczną i że Polska jest czymś, o co wszyscy powinni dbać.
Na wieść o tym, że władcy z dynastii Romanowów, Hohenzollernów i Habsburgów pokroili na kawałki pierwszą Rzeczpospolitą, w kawiarniach, salonach i gabinetach dyplomatów w całej Europie zawrzało. Był to bardzo poważny wypadek, nawet jeśli (jak to już zostało powiedziane wcześniej) niepozbawiony precedensów. Ponieważ to, co wiemy o przeszłości, na ogół odzwierciedla perspektywę właśnie tych ludzi, którzy odwiedzają kawiarnie, salony i gabinety dyplomatów, możemy sobie wybaczyć, że przeoczyliśmy podstawowy fakt: dla zdecydowanej większości Europejczyków żyjących w 1795 roku (w tym także dla znaczącego odsetka populacji zamieszkującej samą Rzeczpospolitą szlachecką) do rozbiorów mogłoby równie dobrze dojść na Księżycu. Polityka nie należała do spraw, którymi "zwykli" ludzie zazwyczaj musieli się zajmować, zwłaszcza w tych częściach Europy, w których nadal istniało poddaństwo.
Tak więc nie było żadnego naturalnego powodu, dla którego Rzeczpospolita nie miałaby skończyć tak samo jak inne wspólnoty polityczne, które w toku dziejów Europy zniknęły lub zostały pochłonięte przez sąsiadów. Stało się jednak inaczej: nie umieszczamy Polski w tej samej kategorii co Saksonię, Northumberland czy Mazowsze. Każde z nich jest dziś uznawane za region w obrębie państwa narodowego, nie zaś za odrębne państwo narodowe. Dlaczego? Bynajmniej nie dlatego, że społeczeństwa Polski i Litwy były w 1795 roku powiązane wspólnym językiem i kulturą. Nawet jeśli członków stanu szlacheckiego łączyła podobna kultura, niezależnie od tego, czy pochodzili z Wielkopolski, Podola czy Wileńszczyzny, pod tą wąską warstwą jednorodnej kultury kryło się bogactwo kulturowej, religijnej i językowej różnorodności. Otóż kluczowym powodem, dla którego Rzeczpospolita Obojga Narodów miała szansę na życie po życiu, był przede wszystkim przypadek, który sprawił, że zginęła w tym, a nie w innym momencie. Rzeczpospolita umierała dokładnie w czasie, gdy pojęcie narodu nabierało znaczenia - w samą porę, żeby można ją było opłakiwać w taki sposób, w jaki nie opłakiwano dawnych królestw i księstw. Para słów: "lud" i "naród" pojawiała się coraz częściej w publicznej retoryce przez prawie cały wiek xviii, by osiągnąć szczyt w rewolucyjnej fali, która wzniosła się w 1776 roku w Ameryce, w 1789 we Francji i w 1791 w Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Konstytucję 3 maja uznać można za tekst założycielski całkowicie nowego polskiego państwa narodowego, już w pierwszych słowach powołujący Polskę do życia: "W imię Boga w trójcy świętej jedynego. Stanisław August, z bożej łaski i woli Narodu król Polski [...], wraz z stanami skonfederowanymi w liczbie podwójnej Naród Polski reprezentującymi"2. Nie był to prawny czy filozoficzny model Rzeczpospolitej szlacheckiej, lecz prawna rama polskiego państwa narodowego, które jeszcze nie istniało.
2 Oryginał Konstytucji 3 maja został zdigitalizowany przez Archiwum Akt Dawnych i jest dostępny na: http://agad.gov.pl/?page_id=1675. Podkreślenie autora.
Do tej pory bowiem zdecydowana większość ludzi mieszkających w obrębie Rzeczypospolitej (poza szlachtą) nie identyfikowała się z państwem ani w takim sensie, żeby uważać je za "swoje", ani nawet w takim, żeby radować się z jego zwycięstw czy rozpaczać nad klęskami. W Rzeczypospolitej, przez znaczną część jej dziejów, tożsamości kulturowe, społeczne i osobiste działały w jednej sferze, a zobowiązania polityczne - w innej (znów: z wyjątkiem szlachty). Działo się tak nie tylko dlatego, że państwo miało sztywną, hierarchiczną strukturę społeczną: by być bardziej precyzyjnym, było to społeczeństwo złożone z samodzielnych całostek, z których każda funkcjonowała według własnych zasad, zachowywała własne zwyczaje i starała się bronić własnych interesów. Większość ludzi wie, że Żydzi mieszkający w Rzeczypospolitej mieli prawo zarządzania sprawami swojej wspólnoty i tworzenia odrębnych instytucji, często jednak zapomina się, że według tego modelu działało w tym czasie całe społeczeństwo. Była to respublica, w której nic nie było publicum, do tego stopnia, że apele o przedkładanie "dobra wspólnego" nad "interesy lokalne" w zasadzie nie miały sensu. Żeby mogło zaistnieć jakieś wspólne dobro, trzeba najpierw wyobrazić sobie istnienie jakiejś konkretnej wspólnoty.
Zakładamy często, że sejm Rzeczypospolitej reprezentował naród, takie myślenie jest jednak anachroniczne. Owa tak wysławiana instytucja z jej "złotą wolnością" nie była władzą prawodawczą we współczesnym znaczeniu tego pojęcia - była grupową reprezentacją szlachty, a zarazem organem najwyższej władzy. W Rzeczypospolitej sejm i sejmiki ziemskie (lokalne) należały do szlachty, mieszczanie mieli rady miejskie, Żydzi - gminy, zarządzane przez kahały (a na poziomie Rzeczypospolitej - Wa'ad, tak zwany Sejm Czterech Ziem), duchowieństwo miało kurie biskupie i sądy kościelne, nawet chłopi na mocy prawa zwyczajowego zarządzali wieloma lokalnymi sprawami. Sejm Rzeczypospolitej szlacheckiej przedstawia się często jako poprzednika nowoczesnych instytucji parlamentarnych i chociaż z punktu widzenia genealogii jest to w pewnym sensie prawda, zarazem jednak jest to mocno mylące. Dziejami sejmu nie kieruje żadna wewnętrzna logika - nie ma jej zresztą także w polskiej historii politycznej - która wymuszałaby rozszerzanie praw wyborczych na kolejne grupy ludzi i wejście na drogę wiodącą ku nowoczesnej demokracji. Wprost przeciwnie, jeśli przyjrzymy się historii polskiego ustroju i porównamy ją z historiami innych republik, od starożytnej Grecji po przedwojenną Amerykę, dotrze do nas o wiele bardziej niepokojący fakt: swobody nielicznych zostały wprowadzone (przynajmniej po części) po to, by ograniczyć swobody większości.
Poddaństwo nie jest dokładnie tym samym co niewolnictwo, ale chłopi bez wątpienia nie byli ludźmi wolnymi: poddaństwo pozbawiło ich swobód obywatelskich i prawnych, pańszczyzna przywiązała do majątków szlacheckich, w których mieszkali, i folwarków, których ziemię zmuszeni byli uprawiać. Znaczną część (jeśli nie większość) pracy wykonywali na rzecz pana. W odniesieniu do okresu sprzed oświecenia (kiedy intelektualiści i politycy zaczęli wprowadzać swoje radykalne nowinki) mówienie o "narodzie polskim", który obejmowałby zarówno panów ziemskich, jak i chłopów, byłoby pozbawione sensu; w rzeczywistości w tym okresie niektórzy używali nawet sformułowania "naród szlachecki", dla określenia odrębnej grupy władającej "narodem plebejskim". Chłopi byli poddanymi Rzeczypospolitej, szlachcice - jej obywatelami. Aż do początków xx wieku słowa "obywatel" i "szlachcic" były całkowitymi synonimami.
Nawet użycie słowa "poddany" w znaczeniu poddanego Rzeczypospolitej jest w tym wypadku pewną przesadą, sugeruje bowiem, że chłopi podlegali prawom państwowym i że prawa te odnosiły się do wszystkich w granicach Rzeczypospolitej. Tak jednak nie było, a to dzięki przywilejom, które szlachta zyskała w xv i xvi wieku. System prawny Rzeczypospolitej opierał się na przywilejach (słowo to pochodzi od łacińskiego privilegium, które powstało z połączenia słów privus - 'osobiste' i lex - 'prawo') w większym stopniu niż na prawach, a podstawowe statuty, takie jak przywilej czerwiński (który w 1422 roku wprowadził zakaz karania - a ściślej, zakaz konfiskowania majątków - bez wyroku sądowego) czy przywileje nieszawskie (1454, żadnych podatków bez przedstawicielstwa) od początku pomyślane zostały tak, że miały dotyczyć jedynie szlachty. Więcej nawet: niektóre przywileje wprowadzono dokładnie po to, żeby szlachta mogła utrzymać kontrolę nad chłopami, wolną od jakiejkolwiek ingerencji centralnej władzy królewskiej. Wolność stanu szlacheckiego umożliwiła podporządkowanie chłopów i zepchnięcie ich w poddaństwo. Zwieńczeniem "złotej wolności" było potwierdzenie w 1505 roku zasady nihil novi nisi commune consensu (nic nowego bez powszechnej zgody), czy też, mówiąc bardziej kolokwialnie, nic o nas bez nas. "My" w tym haśle bynajmniej nie oznaczało ogółu ludności - odnosiło się wyłącznie do szlachty: innymi słowy, tak zwana konstytucja radomska nie była prawem powszechnym, lecz jedynie potwierdzała przywileje dobrze urodzonych. Co dokładnie szlachta chroniła, uchwalając tę zasadę? Na przełomie xv i xvi wieku kolejne przywileje królewskie i kolejne konstytucje sejmowe praktycznie uniemożliwiły chłopom zmianę miejsca zamieszkania bez zgody pana ziemskiego, a monarchia wyrzekła się wszelkiej władzy nad tym, w jaki sposób panowie traktowali swoich chłopów. To oznaczało, że chłopi nie mogli się już nad głowami swoich panów odwoływać do sądów królewskich, a szlachta zyskała swobodę zarządzania majątkami tak, jak to uważała za stosowne. Wolność szlachty została zatem nierozerwalnie spleciona z utratą wolności przez chłopów. Nie trzeba być marksistą, by przyznać, że nadanie swobód silnym zawsze wiąże się z odebraniem ich słabym - już Arystoteles, próbując usprawiedliwić istnienie niewolnictwa, uznał je za konieczny warunek wstępny sztuki, kultury i polityki3.
3 Arystoteles, Polityka, 1, 1253b (wydanie polskie w przekładzie Ludwika Piotrowicza, pwn, Warszawa 2006).
Nie istniała żadna oczywista ani nawet prawdopodobna ścieżka prowadząca od "Złotej Wolności" do powszechnych swobód obywatelskich głoszonych przez osiemnastowiecznych rewolucjonistów. W rzeczywistości trzeba było rozwiązać fundamentalne sprzeczności tej pierwszej, by móc w ogóle wyobrazić sobie te drugie. Niektórzy myśliciele epoki oświecenia dokonali tego skoku, reinterpretując przeszłość Polski tak, by rozciągnąć pojęcie wolności na wszystkich i podważyć całą strukturę poddaństwa i pańszczyzny. O wiele liczniejsi byli jednak ci przedstawiciele szlachty, którzy nie przestawali twierdzić, że wolność "obywateli" zasadza się na politycznej hierarchii: praca osób pozbawionych wolności utrzymywała wąską grupę tych, którzy angażowali się w politykę. Podobnie jak właściciele ziemscy na południu Stanów Zjednoczonych, polscy panowie lubili cytować greckie i (zwłaszcza) rzymskie źródła wychwalające cnoty ustroju republikańskiego - to nie przypadek, że ten model republikanizmu został wypracowany przez społeczeństwa wykorzystujące pracę niewolniczą. Sprawa wolności nie była bynajmniej tak oczywista, jak mogłoby się wydawać. Można zrozumieć, czemu chłop w Rzeczypospolitej szlacheckiej raczej nie opłakiwał rozbiorów: chłopi żyjący w poddaństwie nie tylko byli w Rzeczypospolitej pozbawieni jakiejkolwiek władzy, ich wykluczenie było wręcz podstawą porządku politycznego. Rzecz jasna, mocarstwa, które dokonały rozbiorów, niekoniecznie były lepsze, nikt zatem nie zamierza wychwalać upadku Rzeczypospolitej jako formy wyzwolenia. Większości chłopów w tym czasie cała zmiana - jak się zdaje - była po prostu obojętna.
Co powiedziawszy, wypada z kolei podkreślić, że państwo zniszczone w 1795 roku nie było już Rzecząpospolitą opartą na zasadzie nihil novi, a to za sprawą ruchu, którego największe osiągnięcie stanowiła Konstytucja 3 maja - akt założycielski Polski całkiem innego rodzaju, takiej, w której Sejm został pomyślany w zupełnie odmienny sposób: jako przedstawicielstwo różnych warstw społecznych, a nie jedynie szlachty. Insurekcja kościuszkowska poszła nawet dalej, obiecując w Uniwersale połanieckim z 1794 roku wolność osobistą i ochronę prawną. Doprowadziło to do dziwacznego zbiegu historycznych okoliczności: w tym samym czasie, w którym niszczono Rzeczpospolitą Obojga Narodów, ruch rewolucyjny przeprowadzał proces tworzenia narodu polskiego, przynajmniej na poziomie deklaracji wiążąc interesy całej populacji kraju z instytucjami państwa. Bez tego rewolucyjnego bodźca ruch na rzecz odzyskania przez Polskę niepodległości ograniczałby się zaledwie do wycinka społeczeństwa.
Rewolucyjna iskra miała zasadnicze znaczenie, pozostała jednak tylko iskrą. Mówiąc żargonem nauk społecznych, stanowiła warunek konieczny, ale niewystarczający. Nawet zbieg dwóch tak ważnych zdarzeń jak Konstytucja 3 maja i Uniwersał połaniecki miał w owym czasie jedynie symboliczną wagę, ponieważ rozbiory sprawiły, że obydwa dokumenty pozostały martwą literą. Przekształcenie retoryki lat dziewięćdziesiątych xviii wieku w rzeczywistość polskiej wspólnoty narodowej wymagało o wiele więcej pracy, i to prowadzonej przez całe stulecie. Z czasem coraz więcej działaczy narodowych zdawało sobie sprawę, że jedyna droga do odzyskania niepodległości musi zakładać przyciągnięcie do wspólnej sprawy chłopów. Historycy piszą o niekończącej się dyskusji między dwoma obozami, od połowy xix wieku określanymi jako "Biali" (ci, którzy chcieli zachować istniejącą hierarchię społeczną, ewentualnie wprowadzając kilka ostrożnych reform) i "Czerwoni" (przekonani, że jedynie rewolucja społeczna mogłaby włączyć chłopów do wspólnoty obywatelskiej). Ujmowanie problemu w ten sposób sprawia jednak, że umyka nam cała jego głębia. Chodziło nie tylko o przekonanie chłopów do walki o niepodległość, nie wystarczyło też szerzenie wśród nich wiedzy o tym, że są Polakami. Przedsięwzięcie było o wiele poważniejsze: zakładało przekształcenie silnie podzielonego społeczeństwa republikańskiego w społeczeństwo narodowe. Opisywanie tego procesu jako procesu "przebudzenia" narodowego lub budzenia "świadomości" narodowej sugeruje, że naród już istniał i że trzeba było jedynie nauczyć chłopów polskości, którą nosili w sercach. W rzeczywistości działacze narodowi musieli dopiero stworzyć polski naród i przekonać chłopów, by weszli w jego skład. Pojęcie narodu (jako określenie wspólnoty politycznej szersze niż wspólnota jednego stanu) powstało w xviii wieku. Stworzenie samego narodu wymagało więcej czasu i pracy.
Problem w tym, że im bardziej radykalny stawał się polski patriotyzm, tym mniej popularny był wśród swojej pierwotnej bazy, czyli wśród szlachty. Większość członków tego stanu pragnęła odtworzenia państwa i chciała odzyskać utraconą pozycję obywateli Rzeczypospolitej. W scentralizowanych monarchiach rosyjskiej, pruskiej i austriackiej szlachta utraciła znaczną część władzy politycznej. Nie utraciła jednak władzy ekonomicznej i w większości nie chciała zrezygnować z tego ostatniego elementu dawnej pozycji. Szlachta musiała się zatem zmierzyć z trudnym problemem: zaakceptować radykalną emancypację po to, by zdobyć chłopów dla (całkowicie przeformułowanej) sprawy narodowej lub zachować władzę i pozycję w ramach państw rosyjskiego, pruskiego i austriackiego. Różni członkowie stanu szlacheckiego podejmowali w różnym czasie różne decyzje, w żadnym przypadku jednak wybór nie był łatwy. Mówiąc najogólniej (i pomijając wiele znaczących wyjątków): ruch narodowy był w znacznej części dziełem drobniejszej szlachty - tych, którzy czuli się wystarczająco blisko związani z dawną Rzecząpospolitą, by pragnąć jej odbudowy, ale zarazem mieli o wiele mniej do stracenia w razie zmiany ekonomicznego status quo.
Sytuację dodatkowo komplikował fakt, że pojęcie "suwerenności" czy "niepodległości" okazało się zdecydowanie niejasne. Łatwo było powiedzieć, że utrata niepodległości jest zła, jednak właściwie dlaczego? Często okres 1795-1918 nazywa się okresem niewoli, ale co tak naprawdę dla ludzi tamtych czasów oznaczało życie w świecie, w którym Polska pozbawiona jest niepodległości? Czy oznaczało to utratę kontroli nad biegiem własnego jednostkowego życia? Konieczność używania obcego języka w kontaktach z instytucjami państwowymi? A może ramy prawne kierujące relacjami społecznymi uległy zasadniczej zmianie? W rzeczywistości żadna z powyższych kwestii nie dotyka ani w całości, ani nawet w znacznej części tego, co istotne dla xix stulecia. Dla przeważającej części ludzi zamieszkujących ziemie dawnej Rzeczypospolitej zmiany, które wpłynęły na ich życie w kolejnych dziesięcioleciach po rozbiorach, miały niewiele wspólnego z obecnością lub brakiem polskiego państwa. Właśnie dlatego tak trudno było przekonywać mieszkańców tych ziem, że istnieje coś, co można nazwać "narodem polskim", i że niepodległość tego narodu jest sprawą wielkiej wagi.
Religijne zróżnicowanie Rzeczypospolitej Obojga Narodów w xviii wieku
Zaakceptowanie określenia "polski" było niełatwe nawet dla polskojęzycznych chłopów - a dla tych, którzy mówili innymi językami, było to jeszcze trudniejsze. Dziś uznajemy za rzecz oczywistą, że osoba mówiąca po ukraińsku jest Ukrainką lub Ukraińcem, ktoś, kto mówi po białorusku, jest Białorusinką lub Białorusinem, a ktoś, kto mówi po litewsku - Litwinem lub Litwinką. Niesłusznie. Przez znaczną część xix stulecia region, który nazywamy dziś Ukrainą, rosyjscy kartografowie opisywali jako Małą Rosję (Małoruś, Małorossija), podczas gdy ich polscy odpowiednicy i większość miejscowych preferowali termin "Ruś". "Ukraina" była nazwą używaną przez niektórych kartografów w średniowieczu, później jednak pojawiała się rzadko. Przez kilka stuleci obszar ten stanowił część Polski, dopóki w xvii wieku Rosja nie zajęła jego wschodniej części. W xix wieku niemal całe terytorium dzisiejszej Ukrainy znalazło się w Cesarstwie Rosyjskim, nie licząc części zachodniej, która przypadła Austrii. W epoce przednowoczesnej samoidentyfikacja chłopów mieszkających na tym obszarze, po prostu nie miała znaczenia. Byli chłopami i tylko to się liczyło.
Rzeczpospolitą Obojga Narodów przedstawia się niekiedy jako spokojną przystań tolerancji etnicznej i pokojowego współżycia; choć obraz taki nie jest całkiem fałszywy, może być mylący. Nie znamy dokładnych liczb, szacuje się jednak, że w kraju zniszczonym przez rozbiory około połowy populacji stanowili rzymscy katolicy, jedną trzecią - grekokatolicy (tak zwani unici). Około 7 procent populacji stanowili wyznawcy judaizmu, po 5 procent - protestanci i prawosławni.
Katolicy w większości mówili po polsku lub po litewsku, unici najczęściej po ukraińsku, prawosławni - po rosyjsku lub białorusku, protestanci na ogół po niemiecku, a wyznawcy judaizmu w języku znanym później jako jidysz. Mimo to byłoby poważnym nieporozumieniem przykładać nasze współczesne kategorie etniczno-narodowe (Polak, Ukrainiec, Rosjanin, Białorusin, Żyd, Niemiec) do rzeczywistości xix wieku i do mieszkańców ziem, które należały niegdyś do Rzeczypospolitej. Jeśli chcemy zrozumieć tych ludzi na ich własnych warunkach, musimy przyjąć do wiadomości, że w ich świecie pozycja społeczna i funkcja znaczyły więcej niż język czy nawet religia. Zważywszy że ludzie nienależący do stanu szlacheckiego nie mieli żadnego politycznego znaczenia, było zupełnie obojętne, do kogo się modlili i jak się porozumiewali. Wśród gminu możliwa była różnorodność, ponieważ (na ogół) nie miała ona żadnego wpływu na życie publiczne. Rzecz nie w tym, że polska większość tolerowała niepolskie mniejszości, lecz raczej w tym, że nie było nawet poczucia, że polskojęzyczni rzymscy katolicy (szlachta i chłopi) należą do jakiejś jednej wspólnoty, która wykluczałaby ludzi innych wiar i języków. Około 750 tysięcy członków stanu szlacheckiego (tyle było w końcu xviii wieku) istotnie tworzyło wspólnotę i często dawało wyraz uczuciom patriotycznym. Patriotyzm ten jednak bynajmniej nie obejmował ludzi o odmiennym statusie społecznym - przy czym była to odwzajemniona obojętność.
Miało to skutek uboczny: zaledwie nieliczni współtwórcy polskiego ruchu narodowego na początku xix wieku uważali, że istnieją jakiekolwiek przesłanki, by wykluczyć od ręki kogokolwiek, kto mieszkał na obszarze Pierwszej Rzeczypospolitej, niezależnie od języka lub wyznania. W pierwszych dziesięcioleciach tworzenia narodu polskiego pomysł, że Polak musi być rzymskim katolikiem mówiącym po polsku, brzmiałby co najmniej dziwacznie. Wszyscy znamy słynne słowa Mickiewicza: "Litwo, Ojczyzno moja", ale może właśnie dlatego, że są tak dobrze znane, z rzadka uświadamiamy sobie, jak bardzo są osobliwe. Ten wers został, w pewnym sensie, udomowiony i włączony w nasz światopogląd. Mickiewicz nie twierdził, że Litwini mogą być Polakami, a już z pewnością nie twierdził, że terytorium Litwy należy do Polski w jakimś imperialistycznym sensie. Nie proponował nawet wielokulturowej wizji zróżnicowanego obszaru kresowego, w którym ludzie wszelkich kultur i języków czuliby się jak w domu. Zaświadczał natomiast, że w świecie, w którym żył, tożsamość kulturowa i patriotyczna lojalność nie zostały jeszcze ze sobą sklejone. Po prostu, kiedy rozważało się czyjeś oddanie tej lub innej ojczyźnie, nie było powodu pytać, jakim językiem lub językami ten ktoś mówi i jaka jest jego czy jej tożsamość kulturowa. W Wilnie znajduje się pomnik Adomasa Mickevičiusa, Białoruś zaś w 1998 roku umieściła portret młodego Адамa Міцкевіча na znaczku pocztowym, dla upamiętnienia dwusetlecia urodzin poety - i tak właśnie być powinno. Czy zatem Mickiewicz jest Polakiem, Litwinem czy Białorusinem? Cóż, wszystkim tym i zarazem żadnym z powyższych. Wszystkim, bo sam Mickiewicz nie postrzegał tych etykiet jako wykluczających się wzajemnie. Żadnym, jako że pojęcia te znaczyły dlań zupełnie co innego, niż znaczą dla nas.
Kiedy polski ruch narodowy (podobnie jak analogiczne ruchy w Niemczech, na Węgrzech, we Włoszech i w wielu innych miejscach) zaczął upowszechniać pogląd, zgodnie z którym każda etnolingwistyczna grupa stanowi odrębną wspólnotę, część pisarzy i działaczy politycznych zaczęła domagać się uznania istnienia wspólnoty ukraińskiej. A jako że zarówno określenie "Małorusini", jak i "Rusini", używane przez Rosjan i Polaków, miały nieco pejoratywny wydźwięk, przywołano i odkurzono starą nazwę. Tyle że wybór etykiety to jedno, wpojenie tożsamości zaś to coś całkiem innego. Miało minąć wiele dziesięcioleci, nim udało się przekonać ludzi w regionie, by myśleli o sobie jako o części jednego narodu ukraińskiego, i nawet w początkach xx wieku proces ten był jeszcze daleki od zakończenia.
To, co jest prawdą w przypadku Ukraińców, jest nią podwójnie w przypadku Litwinów i potrójnie w przypadku Białorusinów. Wielkie Księstwo Litewskie stanowiło część składową dawnej Rzeczypospolitej, nazwa ta była jednak przede wszystkim wyrażeniem mającym sens polityczny i terytorialny, a nie etnolingwistyczny. W rzeczywistości oficjalnym językiem Wielkiego Księstwa przed unią z Polską był jeden z obecnie już nieistniejących języków słowiańskich; języka, który uważamy za litewski, używano jedynie w niewielkim regionie na północy kraju, nad Morzem Bałtyckim. Niemniej moda na mobilizację etniczno-narodową dotarła ostatecznie także w okolice Wilna i Kowna: w początkach xx wieku istniała już niewielka grupa działaczy dążących do stworzenia odrębnego państwa litewskiego. Mieszkańców Wielkiego Księstwa, którzy nie mówili ani po litewsku, ani po polsku, ani po ukraińsku, etnografowie nazwali Białorusinami. Była to grupa przeważnie niepiśmienna i bardzo biedna, zamieszkująca obszar, gdzie niewiele było dobrych dróg i większych miast. Nawet jeśli garść ambitnych intelektualistów rozprawiała o białoruskim ruchu narodowym, w rzeczywistości niemal nie istniał on przed pierwszą wojną światową. Jednak brak silnej białoruskiej tożsamości nie oznaczał, że chłopi, o których mowa, uważali się za Polaków, Litwinów czy Ukraińców albo za kogokolwiek innego. Mieli silne poczucie przynależności do konkretnego miejsca, to zaś nie wpasowywało się dobrze w wielkie tożsamościowe kategorie, które preferowali nacjonaliści.
Zważywszy, że etniczno-językowe etykiety były w xix wieku w wielu przypadkach płynne, polscy działacze narodowi żywili nadzieję, że przyszła niepodległa Polska obejmie całe terytorium dawnej Rzeczypospolitej. Wraz z każdą mijającą dekadą ten rodzaj wielokulturowościowych wyobrażeń stawał się coraz mniej przekonujący, ponieważ w regionie coraz mocniej zakorzeniał się etnolingwistyczny nacjonalizm. Nie oznacza to bynajmniej, że chłopi, którzy byli kiedyś Polakami, zostali "przejęci" przez litewskich, białoruskich i ukraińskich separatystów. Po prostu przed zaborami byli chłopami pańszczyźnianymi, pozbawionymi praw politycznych, ewentualny sukces lub klęska Rzeczypospolitej w ogóle ich nie dotyczyły, nie mieli też w zasadzie poczucia narodowej tożsamości. W xix wieku o ich lojalność zaczęły walczyć rzesze różnych działaczy narodowych i wcale nie było oczywiste, która grupa zwycięży. Oczywiste było jedynie to, że w przypadku chłopów niemówiących po polsku zaangażowanie ich w sprawę polską było mniej prawdopodobne niż w przypadku ich polskojęzycznych sąsiadów.
* * *
Granice ustanowione po trzecim rozbiorze w 1795 roku nie przetrwały długo. Zaledwie kilka lat później Napoleon zaczął wywracać europejski porządek do góry nogami. Sukcesy militarne francuskiego przywódcy doprowadziły do stworzenia w 1807 roku popieranego przez Francję państwa zwanego Księstwem Warszawskim, wyposażonego we własną liberalną konstytucję, sejm i armię. Księstwo, chociaż w kwestiach związanych z polityką zagraniczną skrępowane z uwagi na zależność od Napoleona, w praktyce działało jako autonomiczne państwo polskie. Mając obszar zaledwie 155 tysięcy kilometrów kwadratowych i 4,3 miliona ludności, pozostawało zaledwie cieniem dawnej Rzeczypospolitej. Obejmowało jednak najważniejsze miasta: Warszawę, Kraków, Poznań i Lublin, a wielu polskich polityków liczyło na to, że gdy Napoleon pokona Rosję i zezwoli Księstwu na przejęcie ziem na wschodzie, podniesie je zarazem do godności królestwa. Sam Napoleon nazywał niekiedy swoją wojnę z carem "wojną polską". W maszerującej w 1812 roku na Moskwę Wielkiej Armii znajdowało się około 100 tysięcy polskich żołnierzy (obok 300 tysięcy Francuzów i około 200 tysięcy żołnierzy z innych krajów europejskich).
Atak na Moskwę zakończył się widowiskową klęską, kiedy jednak w 1815 roku, po ostatecznym pokonaniu Napoleona, europejscy dyplomaci podjęli próbę poskładania Europy na nowo, nie mogli już tak po prostu ponownie zmieść Polski pod dywan. Przynajmniej na papierze Kongres Wiedeński (podczas którego negocjowano traktaty pokojowe po pokonaniu Napoleona) wykonał gest hojniejszy od gestu Francuzów, tworząc Królestwo Polskie. Podobnie jak Księstwo Warszawskie, było to państwo, które miało konstytucję, sejm, armię, odrębny system prawny i autonomiczną administrację. Było jeszcze mniejsze (128,5 tysiąca kilometrów kwadratowych, 3,3 miliona mieszkańców), ponieważ zachodnią część Księstwa Warszawskiego odcięto i włączono do Prus jako tak zwane Wielkie Księstwo Poznańskie. Na niewielkim obszarze wokół Krakowa ustanowiono formalnie niezależnie państwo-miasto, pod patronatem Austrii, która zachowała kontrolę nad Galicją. Po powstaniu krakowskim, które wybuchło i upadło w 1846 roku, Kraków ostatecznie wcielono do Galicji. Dla polskich nacjonalistów największym problemem w całym tym układzie był fakt, że królem nowego Królestwa Polskiego został Aleksander Romanow, znany lepiej dzięki pełnionej przez siebie funkcji jako car Rosji Aleksander I. Połączenie monarchii konstytucyjnej z samowładnym imperium stworzyło łatwe do przewidzenia napięcie, zwłaszcza gdy po śmierci Aleksandra w 1825 roku Mikołaj, jego o wiele bardziej konserwatywny młodszy brat, odziedziczył pozycję cara i króla. Jako że Mikołaj próbował rządzić Polską w taki sam sposób, w jaki rządził Rosją, sejm stawił opór i w Królestwie zaczął narastać kryzys konstytucyjny. W 1830 roku, po wybuchu powstania listopadowego, sejm zdetronizował Mikołaja, co doprowadziło do wojny polsko-rosyjskiej, a ostatecznie do formalnej aneksji Królestwa Polskiego przez Rosję.
Konstytucja Księstwa Warszawskiego z 1807 roku ogłosiła koniec prawnego poddaństwa chłopów i w Królestwie Polskim utrzymano tę zasadę. Podobnych reform dokonano w zaborach pruskim i austriackim. Szybko jednak stało się oczywiste, że samo zniesienie poddaństwa znaczy niewiele, o ile nie towarzyszy temu uwłaszczenie, czyli nadanie chłopom uprawianej przez nich ziemi na własność, oraz likwidacja pańszczyzny. Póki chłopi pozbawieni byli prawa do ziemi, szlachta nadal zachowywała kontrolę nad ich pracą i życiem, tak więc samo nadanie równych praw nie tworzyło nowoczesnych obywateli, którzy mogliby decydować o własnym losie. Jeśli chodzi o pańszczyznę, część szlachty decydowała się w swoich dobrach zamieniać pracę przymusową na czynsze, opłacane w pieniądzu. Porozumienia tego rodzaju formalizowano w postaci nowoczesnych umów, ale w relacjach społecznych nie zaszły znaczące zmiany. Jedynie w zaborze pruskim rozpoczęto, wprowadzaną etapami, reformę uwłaszczeniową, jednak nawet tam działki ziemi przyznawane chłopom były zbyt małe, by mogło to mieć poważniejsze konsekwencje społeczne. W tych okolicznościach większość chłopów nadal nie interesowała się polityką i walkami narodowymi. Oczywiście, polskość zaczynała się rodzić. Rząd Królestwa Polskiego starał się wykorzystać swoje skromne zasoby w dziedzinie edukacji, informacji i kultury do promowania patriotyzmu, podobnie jak robiły to w tym samym czasie inne państwa europejskie. Pobór do polskiej armii zaszczepiał setkom tysięcy młodych mężczyzn poczucie tożsamości narodowej. Być może najważniejszym czynnikiem był ruch wydawniczy: wydawano tanie ilustrowane książki i almanachy, upowszechniające opowieści z historii Polski, tak subtelnie dobrane, by podkreślać rolę chłopów i zamazywać kastowy charakter Rzeczypospolitej. Mimo wszystko w czasie powstania listopadowego większość chłopów stanęła z boku, bo powstańcy wciąż nie mogli (i często nie chcieli) przekonać ich, że niepodległa Polska przyniesie uwłaszczenie i zniesienie pańszczyzny. Problemy, których dotyczyło powstanie, znacznej części ludzi nie wydawały się jakkolwiek związane z ich życiem, przy czym taką postawę dodatkowo wzmacniał silny przekaz z kościelnych ambon (o czym więcej za chwilę), z których nawoływano, aby okazywać lojalność "prawowitemu" władcy, carowi.
Warto podkreślić, że w okresie między rokiem 1807 (powstanie Księstwa Warszawskiego) a 1830 (wybuch powstania listopadowego) sprawy polityczne i rządowe dotyczące Polski pozostawały na ogół w rękach Polaków. Jeśli potrzebowałeś pozwolenia na budowę lub koncesji na wyszynk, udawałeś się do polskiego urzędnika. Jeśli potrzebne było nowe prawo, spisywano je po polsku i omawiano w polskim sejmie. Jeśli chciałeś zdobyć wykształcenie (i stać cię było na czesne), mogłeś pójść do polskojęzycznej szkoły. A jeśli chciałeś czytać o którejś z tych rzeczy, miałeś do dyspozycji polskie gazety i czasopisma. Nawet ludzie z dawnych wschodnich, południowych czy zachodnich części Rzeczypospolitej Obojga Narodów, którzy znaleźli się poza granicami Księstwa czy Królestwa, nie podlegali w pierwszej połowie xix wieku poważnym represjom etniczno-narodowym. Władze w Petersburgu, Berlinie i Wiedniu obchodziła jedynie polityczna lojalność i posłuszeństwo (lub ich brak). Jakim językiem kto się posługiwał, nie miało z perspektywy imperiów znaczenia. Powstanie, które wybuchło w 1830 roku, nie było reakcją na ucisk narodowy - powodem było to, że Mikołaj I nie podporządkowywał się zasadom monarchii konstytucyjnej. Znaczące, że polscy żołnierze podczas tej wojny jako pierwsi użyli słynnego dziś hasła "Za wolność naszą i waszą", wypisanego na sztandarach po jednej stronie po polsku, po drugiej - po rosyjsku, by pokazać, że walczą w imię ogólnej politycznej zasady, a nie swoich partykularnych praw.
Po roku 1830 tendencje centralistyczne, wspólne wszystkim nowoczesnym państwom, stawały się w państwach zaborczych coraz wyraźniejsze. Władze rosyjskie prowadziły twardą politykę wobec wszystkich choćby w najmniejszym stopniu uwikłanych w powstanie, w związku z czym tysiące przedstawicieli szlachty znalazło się na wygnaniu (albo siłą przesiedlonych na Syberię, albo jako uchodźcy we Francji). Władze pruskie i austriackie były mniej surowe, jednak i tutaj zachowywano czujność wobec możliwych wywrotowych działań rzeczników polskiej sprawy narodowej. Królestwo Polskie przetrwało, jednak jako zaledwie jednostka administracyjna w Cesarstwie Rosyjskim, z nieco odrębnym prawem cywilnym oraz karnym i nieco odrębną formą rządu. Mimo wszystko przez dwie trzecie xix wieku państwa zaborcze pozostawiały codzienne zarządzanie sprawami polskimi w polskich rękach, przy czym często były to ręce polskiej szlachty pozbawionej ziemi, gdyż ta grupa społeczna potrzebowała pracy, by związać koniec z końcem.
Sytuacja zmieniła się dramatycznie pod koniec stulecia. Kiedy polscy działacze narodowi doprowadzili w 1863 roku do wybuchu powstania styczniowego, reakcja rosyjskiego rządu była jeszcze ostrzejsza niż po powstaniu listopadowym. Cechą charakterystyczną drugiego powstania stała się wojna partyzancka, której stłumienie przyszło rosyjskiej armii z wielkim trudem. W rezultacie strona rosyjska przeprowadziła interwencję zbrojną, która dotknęła wielu niewinnych cywilów. Gdy powstanie upadło, władze carskie doszły do wniosku, że problem miał charakter nie tylko polityczny: zaczęto uważać, że jego źródłem jest sama obecność Polaków w cesarstwie.
W tym samym czasie również w zaborze pruskim zachodziły duże zmiany. W roku 1871 powstało Cesarstwo Niemieckie, złożone z dotychczas odrębnych środkowoeuropejskich księstw i królestw. Pierwszy kanclerz nowego państwa, Otto von Bismarck, przyjął zasadę (powszechnie wyznawaną przez myślicieli nacjonalistycznych w całej Europie), że przetrwanie może zapewnić Niemcom jedynie spójność kulturowa kraju.
Tak oto najpierw w zaborze niemieckim, później w rosyjskim rozpoczął się proces depolonizacji. Od szkół zaczęto wymagać nauczania odpowiednio po niemiecku i rosyjsku, wszystkie instytucje państwowe i sądy musiały się posługiwać językiem oficjalnym. Nawet szyldy sklepowe w Warszawie musiały być dwujęzyczne, mimo że w mieście mieszkało bardzo niewielu Rosjan. Na terenie Niemiec próbom zintegrowania Kościoła katolickiego z nowym państwem towarzyszyły wysiłki na rzecz wprowadzenia języka niemieckiego do sfery publicznej. W tak zwanym Kulturkampf (dosłownie: walce kulturowej) początkowo dominował aspekt religijny, jednak prawdziwą wojną stała się długotrwała walka o germanizację języka. W 1874 roku zakazano używania polskiego we wszystkich niemieckich szkołach średnich, w 1886 rozciągnięto ten zakaz na szkoły podstawowe. Władze rosyjskie sięgnęły po podobne metody. Oba imperia poniosły ostatecznie całkowitą klęskę. Kolejne obostrzenia odniosły ten skutek, że rozgniewały masę ludzi, którzy w innej sytuacji zapewne pozostaliby obojętni wobec polityki tożsamości. Poparcie dla ruchu narodowego zaczęło gwałtownie rosnąć. Zmobilizowały się nawet dzieci: we Wrześni (w zaborze niemieckim) w 1901 roku uczniowie zorganizowali strajk szkolny, po tym jak nauczyciel zbił kilkunastu z nich za mówienie po polsku podczas lekcji religii. Sprawa Wrześni przyciągnęła uwagę międzynarodową i ustanowiła wzorzec, który zaczął się upowszechniać. Do 1906 roku już ponad tysiąc szkół w zaborze niemieckim strajkowało przeciw ograniczeniom w używaniu języka polskiego.
Niezależnie od tego, jak bardzo konsekwentnie prowadzono kampanie wynaradawiające, ważne, żeby nie przypisywać im jakiegoś przełomowego znaczenia. Zaczęły się przecież dopiero w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych xix wieku, ostatecznie zaś nawet przedstawiciele władz niemieckich i rosyjskich dostrzegli, że były daremne. Po rewolucji 1905 roku porzucono niemal całkowicie politykę rusyfikacji. Co więcej, w czasach największego ucisku w latach osiemdziesiątych wciąż pozostawało w życiu publicznym i prywatnym wiele obszarów, w których można było używać języka polskiego. Gazety, czasopisma i książki nadal ukazywały się po polsku, a choć cenzura wprowadzała znaczne ograniczenia, dotyczyły one także publikacji niemieckich i rosyjskich. Sztuki teatralne nadal wystawiano po polsku, po polsku organizowano różne rozrywki. Praktycznie całe życie gospodarcze i wszystkie interesy w polskich miastach i miasteczkach prowadzono po polsku lub w jidysz. Księża po polsku wygłaszali kazania, co nie zmienia faktu, że uznanie Kościoła za bastion polskości byłoby pewną przesadą: był on ostatecznie tylko jedną z wielu instytucji publicznych, które używały języka polskiego. Przy czym msze odprawiano przecież nie po polsku, lecz po łacinie. Tylko w kontaktach z państwem (a więc także w szkołach) rosyjski lub niemiecki stawały się obowiązkowe - i to już samo w sobie stanowiło poważny problem. Choć instytucje państwowe wciąż pozostawały, wedle naszych współczesnych standardów, słabo rozwinięte, odgrywały wystarczająco ważną rolę w życiu ludzi, by uczynić językowe restrykcje kwestią zauważalną, opresyjną i głęboko dyskryminującą. Tego rodzaju polityka wywoływała bardzo silne reakcje, tak więc, paradoksalnie, wysiłki na rzecz wynarodowienia doprowadziły do upolitycznienia polskiej tożsamości i znacząco pomogły w budowie nowoczesnego polskiego narodu.
Nie należy także sądzić, że kampanie germanizacyjne i rusyfikacyjne były przejawem szczególnej brutalności ze strony cara lub niemieckiego cesarza albo manifestacją wyjątkowej nienawiści do polskości. Imperia zaborcze robiły tylko to, co robiły w tym czasie wszystkie nowoczesne państwa. Nie zamierzam usprawiedliwiać tej fatalnej polityki, staram się jedynie pokazać, że nie była niczym nadzwyczajnym. Miło byłoby wierzyć, że kampanie wynaradawiania były domeną autorytarnych monarchii, takich jak carska Rosja, a nie "dobrych" państw demokratycznych. Niestety, było inaczej. Chociażby zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Kanadzie zabierano dzieci rdzennych Amerykanów z ich społeczności, po czym umieszczano w szkołach z internatem, których jawnym celem było pozbawienie uczniów tożsamości i przymusowa asymilacja do kultury anglojęzycznej. Pierwszy premier Kanady, sir John Alexander Macdonald, mówił w 1883 roku w Izbie Gmin:
Jeśli szkoła znajduje się w rezerwacie, dziecko mieszka z rodzicami, którzy są dzikusami; otoczone jest przez dzikusów i choć może nauczyć się czytać i pisać, jego nawyki, wychowanie oraz sposób myślenia pozostają indiańskie. Jest po prostu dzikim, który umie czytać i pisać [...]. Dzieci indiańskie należy, o ile to tylko możliwe, uwalniać od wpływu rodziców, a jedynym sposobem, by to zrobić, jest umieszczenie ich w centralnych szkołach z internatem, gdzie nabędą nawyków i sposobów myślenia białego człowieka4.
4 Cytowane w: What We Have Learned: Principles of Truth and Reconciliation, Truth and Reconciliation Commission in Canada, Winnipeg 2015, s. 6.
Na południowym zachodzie Stanów Zjednoczonych wykorzystywano różnorodne strategie, aby "zamerykanizować" mieszkańców terenów przejętych od Meksyku po wojnie 1846-1848, a los hiszpańskojęzycznych dzieci w amerykańskich szkołach podstawowych xix wieku był uderzająco podobny do losu dzieci mówiących po polsku w szkołach pruskich. Kiedy rząd Węgier rozpoczął kampanię asymilacyjną, której obiektem byli rumuńskojęzyczni mieszkańcy Transylwanii, przykład Stanów Zjednoczonych uznano za rozwiązanie modelowe - do tego stopnia, że wykorzystano go nawet jako pogróżkę: członek węgierskiego parlamentu ostrzegał w 1867 roku Rumunów: "Nie prowokujcie nas do zastosowania wobec innego narodu metody całkowitej eksterminacji, użytej przez Anglosasów wobec czerwonoskórych Indian z Ameryki Północnej"5. Mniej brutalna, ale może nawet skuteczniejsza była kampania przeprowadzona pod koniec xix wieku we Francji, mająca na celu językowe i kulturowe ujednolicenie kraju. Istnieją szacunki, według których w czasie rewolucji zaledwie połowa populacji Francji mówiła po francusku, a jeszcze w 1863 roku - trzy czwarte. Pozostali posługiwali się prowansalskim, flamandzkim, bretońskim, baskijskim i wieloma innymi z długiej listy języków i dialektów (różnica między jednym i drugim zawsze miała więcej wspólnego z władzą niż z jakimikolwiek kryteriami językoznawczymi). Obowiązkowa edukacja, przymusowy pobór do (francuskojęzycznej) armii oraz monojęzykowy aparat administracyjny i prawny zdołały zadziwiająco szybko wymazać językową różnorodność6.
5 Przemówienie Pala Hunfalwy cytuje R.W. Seton-Watson w: A History of the Romanians from Roman Times to Completion of Unity, Archon Books, London 1963, s. 349. Jest to reprint oryginalnego tekstu z 1937 roku.
6 Eugene Weber, Peasants into Frenchmen: The Modernization of Rural France, 1870-1914, Stanford University Press, Stanford 1976, s. 67-88.
Na tym międzynarodowym tle rozwiązania wprowadzane przez rządy niemiecki czy rosyjski nie były niczym nadzwyczajnym; w praktyce w przypadku tego drugiego wydaje się zresztą, że były mało skuteczne. Nie chodzi tu o to, by umniejszać problemy osób polskojęzycznych, których język szkalowano i marginalizowano, zwłaszcza w zaborze niemieckim, gdzie polityce germanizacji towarzyszyło przekonanie o niemieckiej wyższości kulturowej. Nie chodzi także o to, by bronić tych praktyk - wprost przeciwnie, były wszak co najmniej opresyjne, a w swoich najskrajniejszych przejawach po prostu brutalne. Stanowiły jednak część typowego doświadczenia mniejszości językowych i kulturowych w modernizujących się państwach. Wcześniej władca dbał jedynie o to, by poddani płacili podatki i utrzymywali porządek, natomiast w drugiej połowie xix wieku doskonała mieszanka czynników ideologicznych (wyobrażenia dotyczące hierarchii rasowych i "misji cywilizacyjnych"), sił gospodarczych (zapotrzebowanie na miejską siłę roboczą, która mówiłaby jednym językiem) i politycznych (ekspansja i ujednolicanie systemów administracyjnych i prawnych) sprawiła, że kampanie wynaradawiające stały się zjawiskiem globalnym.
Fascynująca dwuznaczność polskiego dziewiętnastowiecznego ruchu narodowego polega na tym, że znalazł się w pozycji pośredniej: pomiędzy doświadczeniem uciskanej kultury mniejszościowej a doświadczeniem elit kulturowych budujących państwo. Widać to najlepiej, kiedy porównamy sytuację w Prusach, gdzie Polaków traktowano jako kulturowo niższych, zacofanych chłopów, których Niemcy muszą "ucywilizować", z sytuacją w Galicji, gdzie rządzili Polacy. Habsburgowie, nieustannie konfrontowani ze zjawiskiem polskiego separatyzmu (i co nawet ważniejsze, ze zjawiskiem separatyzmu węgierskiego), ostatecznie porzucili wszelkie próby scentralizowania swojego imperium. Ludność niemieckojęzyczna stanowiła na ziemiach cesarstwa jedynie około jednej czwartej populacji, resztę zaś można było przyporządkować do jednej z co najmniej dziewięciu większych kategorii etniczno-językowych oraz wyróżnić wśród nich jeszcze więcej podgrup. Wymuszanie w tych okolicznościach ujednolicenia byłoby, ujmując rzecz delikatnie, naiwnością, zatem władze w Wiedniu postanowiły raczej skaptować elity dwóch najsilniejszych (i najbardziej opornych) wspólnot, czyli elity węgierskie i polskie. W 1867 roku Węgry zyskały status osobnego królestwa, połączonego z Austrią osobą monarchy i polityką zagraniczną. Galicji nie zaproponowano takiego układu, jednak pozostała prowincją o szerokim zakresie autonomii w każdym praktycznym aspekcie. Powołano sejm prowincjonalny, a językiem rządu, szkolnictwa i administracji pozostał język polski. Chociaż na mapie Europy Polska nie istniała, ludzie mieszkający w Krakowie, Lwowie i wielu małych miasteczkach i wioskach Galicji mogli funkcjonować tak, jak gdyby żyli w niezależnym państwie polskim. Zasoby tego państwa (w ubogiej Galicji bardzo ograniczone) wykorzystywano do promowania nie tylko cesarsko-królewskiego lojalizmu, który był na tym obszarze bardzo silny, ale też polskiego języka i polskiego patriotyzmu. Zachęcano chłopów do udziału w publicznych rocznicach upamiętniających wydarzenia z historii Polski, takie jak podpisanie Konstytucji 3 maja czy urodziny ważnych postaci historycznych. Wielu pisarzy i artystów entuzjastycznie wspierało te wysiłki. Sztukę patriotyczną reprodukowano w postaci tanich druków, z których część, między innymi za pośrednictwem pism ruchu ludowego, trafiała ostatecznie jako dekoracja do chat chłopskich.
O ile w Prusach Polacy traktowani byli jak niecywilizowani chłopi, a w Galicji stali się częścią elity rządzącej, o tyle w Cesarstwie Rosyjskim (w którego granicach znalazła się zdecydowana większość ludności polskojęzycznej) zajmowali pozycję pośrednią. Jak wspominałem, pod koniec xix wieku władze carskie rozpoczęły nieskuteczną kampanię rusyfikacyjną, a już wcześniej, zaraz po 1863 roku, Polacy byli całkowicie odcięci od władzy politycznej. Polskojęzyczni mieszkańcy Królestwa Polskiego i Kresów pozostawali jednak na tych terenach elitą kulturową, społeczną i gospodarczą. W logice europejskiego kolonializmu i orientalizmu Rosja znajdowała się zawsze w dziwacznej pozycji - nie do końca członkini klubu mocarstw, a jednak też nie całkiem poza nim. Wobec południowych i wschodnich obrzeży Rosja prowadziła politykę odpowiadającą imperialnym wzorcom, uruchamiając dyskurs "misji cywilizacyjnej" i wysiłków na rzecz zasymilowania "zacofanych" ludów Azji Centralnej i Syberii. Jednak na zachodniej granicy imperium polską szlachtę postrzegano (przy czym ona sama również się tak postrzegała) jako przedstawicieli "Europy" i "Zachodu". W ten sposób powstawała dziwaczna sytuacja, w której rosyjska administracja sprawowała władzę polityczną i wojskową, podczas gdy Polacy zachowywali hegemonię w dziedzinie kultury.
Wszędzie podstawowym narzędziem kampanii wynaradawiania była ideologia hierarchii narodowych - idea tego, co Niemcy nazwali Kulturträger (nosiciel kultury). W Stanach Zjednoczonych uczono się angielskiego, we Francji paryskiego francuskiego, a w znacznej części środkowej Europy niemieckiego nie tylko z tej przyczyny, że państwo wymuszało naukę tych języków, ale również dlatego, że wiele osób należących do grup mniejszościowych postrzegało asymilację jako narzędzie awansu kulturowego. Trudno natomiast wyobrazić sobie polskiego dziewiętnastowiecznego szlachcica, który uczy się rosyjskiego, by się bardziej "ucywilizować" - choć zarazem warto pamiętać, że Polacy (i Polki) studiowali w Petersburgu lub wyjeżdżali do Rosji robić kariery. Zgodnie z ówczesnym rosyjskim stereotypem Polak był przeintelektualizowanym snobem - odwrotność niemieckiego stereotypu niepiśmiennego polskiego chłopa. W rezultacie w kontrolowanej przez Rosjan Warszawie mógł pojawić się taki Kulturträger jak Henryk Sienkiewicz, autor bestsellerowych powieści, które odegrały ogromną rolę w szerzeniu ideologii tożsamości narodowej we wszystkich trzech zaborach.
Rola literatury i sztuki w głoszeniu narodowej ewangelii jest nie do przecenienia. Ważniejsi nawet niż sławny Sienkiewicz byli niezliczeni pisarze i malarze, którzy choć nigdy nie weszli do kanonu literatury polskiej, nieśli przesłanie o polskiej tożsamości w zapomnianych dziś powieściach romantycznych i przygodowych, drugorzędnych dramatach czy tandetnych reprodukcjach zbanalizowanej sztuki narodowej.
To dzięki takim przedsięwzięciom coraz więcej ludzi zapoznawało się z podstawowymi archetypami narodowej podmiotowości, zwłaszcza z ideałem patriotycznej męskości, którego wcieleniem stał się Powstaniec: odważny bojownik o wolność, gotów zaryzykować wszystko, nawet życie - zwłaszcza życie - dla sprawy narodowej. Był bohaterem tragicznym w klasycznym tego pojęcia znaczeniu: postać, której męstwo i cnota wiązały się zawsze z jakąś fatalną skazą, nieuchronnie prowadzącą ku klęsce. Polska jako taka także stała się takim bohaterem, powieściopisarze, poeci i historycy zaczęli bowiem opowiadać dzieje narodu jako zbiorowego aktora dziejów, walczącego o swoje istnienie po to jedynie, by za każdym razem ponieść klęskę, nieuchronną, choć rycerską. Cnotami owego bohatera są umiłowanie wolności i odważna gotowość do tego, by za nią walczyć; tragiczną skazą - nakaz walki niezależnie od szans na zwycięstwo lub ceny porażki.
Odpowiedniczką heroicznej, a zarazem tragicznej postaci bojownika o wolność stała się inna archetypiczna postać: Matka Polka. Dostarczała wzorca narodowej kobiecości, wspierając męski ideał powstańca. Matka Polka także definiowała się poprzez ofiarę: ofiarę żony, która dobrowolnie godzi się z tym, że mąż odchodzi i ginie dla sprawy narodowej, i która wychowuje dzieci gotowe tak samo oddać życie. Jest stoiczką, w której życiu niewiele jest radości, i niezłomną podporą moralnej prawości swego męża wojownika. Pod wieloma względami Matka Polka stanowi wariację na temat znanych dziewiętnastowiecznych burżuazyjnych norm kobiecości. W całej Europie w tym okresie kobietom z klas średniej i wyższej powtarzano, że mają w życiu dwa cele: wychowywać dzieci oraz być dla mężów ucieleśnieniem moralności i cnoty. W miarę jak kapitalizm przemysłowy zastępował dawniejsze wartości etyczne normami coraz lepiej dopasowanymi do bezwzględnego świata interesów, kobietę zaczęto traktować jako jedyną istotę stojącą między nowoczesnością a zatraceniem. W Polsce, tak samo jak we Francji czy Wielkiej Brytanii, ideał kobiecości zdefiniowano na tyle wąsko, że mógł odpowiadać jedynie tym, których stać było na utrzymanie rodziny wyłącznie z dochodów mężczyzny (luksus nieosiągalny dla chłopów czy robotników przemysłowych). W Polsce ta warstwa ekonomiczna aż do końca xix wieku ograniczała się praktycznie do dziedzicznej szlachty - czyli grupy, którą najsilniej przyciągał ruch narodowy. Zatem wzorzec Matki Polki dodawał lokalną nutę do popularnego wśród elit ideału kobiecości, przyznając kobiecie obowiązek podtrzymywania już nie tylko moralności i porządku społecznego, ale także samego narodu.
Męskość i kobiecość w xix wieku: (a) Artur Grottger, Bitwa, 1863. Źródło: Muzeum Sztuk Pięknych, Budapeszt; (b) Pożegnanie i powitanie, 1865-1866. Źródło: Muzeum Narodowe w Krakowie.
Przywołuję te archetypy, ponieważ kierują naszą uwagę ku istotnemu pytaniu: co tak naprawdę znaczyło być Polakiem? Jeśli jest prawdą, jak staram się dowieść w tym rozdziale, że naród polski (w takim znaczeniu, w jakim dziś o nim myślimy) został stworzony w xix wieku, w takim razie jacy powinni być jego członkowie i członkinie? Na początku mamy dokładnie te ideały, które właśnie naszkicowałem: Powstaniec i Matka Polka. Obie postacie łączy to, że pochodzą ze szlachty, grupy, która zachowała kulturową hegemonię i moc definiowania polskości długo po tym, jak jej władza ekonomiczna i polityczna zaczęła zanikać. Nie oznacza to, że nie istniały wzorce polskości dla chłopów - te wzorce rozwijały się jednak już w xix wieku i określano je wobec istniejących wcześniej ideałów szlacheckich. Mityczny chłop polski stał się wyidealizowanym wcieleniem wiejskiej prostoty, zawsze religijnym, pobożnym i znającym swoje właściwe miejsce w społeczeństwie. W mglistej pamięci historycznej doświadczenia i troski szlachty utożsamiono z doświadczeniami i troskami Polski. Zwykło się na przykład nazywać cały okres między 1795 a 1918 rokiem mianem "czasu niewoli". Tymczasem trajektoria chłopskich doświadczeń odnoszących się do owych 123 lat zaczyna się od poddaństwa i przechodzi przez kolejne etapy emancypacji, układając się w zupełnie inną opowieść. Chociaż relatywnie niewielu chłopów angażowało się w sprawę narodową, ci, którzy to robili, stali się w dwudziestowiecznych książkach historycznych ikonami właśnie dlatego, że weszli w rolę narodowego bohatera - Powstańca. O wiele mniej popularni w polskiej narodowej mitologii są chłopi i chłopki buntujący się przeciw uciskowi pana ziemskiego - postacie tak często spotykane w innych ruchach narodowych (na przykład wśród Ukraińców czy Meksykanów). Jak pokażę w kolejnym rozdziale, na ziemiach polskich rozwinął się ostatecznie ruch ludowy, jednak miał on o wiele mniejszy wywrotowy potencjał niż analogiczne ruchy w innych częściach świata.
Jeśli mogę pozwolić sobie na lekką przesadę, z porównywalną sytuacją mielibyśmy do czynienia, gdyby amerykańska narracja patriotyczna, deklarując, że obejmuje zarówno czarnych, jak i białych, wysławiała posiadaczy ziemskich z Południa i marginalizowała zjawisko niewolnictwa. Analogia jest o tyle trafna, że przez znaczną część xx wieku dokładnie tak uczono nas w Stanach Zjednoczonych historii, zwłaszcza w szkołach podstawowych i średnich, oraz dokładnie tak przedstawiano ją w kulturze popularnej. Klasyczna amerykańska opowieść Przeminęło z wiatrem (książka została opublikowana w 1936 roku, film powstał w 1939) jest tego doskonałym przykładem. W tej wizji amerykańskiej przeszłości nie ma miejsca na takie wydarzenia jak powstanie Nata Turnera - stłumiona, ale niezwykle krwawa próba wzniecenia buntu niewolników w 1831 roku. Podobnie, tak samo nieodległe w czasie i jeszcze bardziej krwawe powstanie chłopów w Galicji z 1846 roku nie pasuje do polskiej narracji patriotycznej i zwyczajowo nazywane jest rabacją galicyjską lub rzezią galicyjską. Zbyt dziwacznie by to brzmiało, gdyby użyć nazwy "powstanie galicyjskie". Ani Nathaniel Turner, ani Jakub Szela, najważniejszy chłopski przywódca z 1846 roku, nie weszli do narodowego panteonu swoich krajów - bynajmniej nie dlatego, że używali przemocy i zabijali niewinnych (wszak wielu ludzi unieśmiertelnionych na pomnikach i w hagiograficznych opowieściach ma krew na rękach), ale dlatego, że sposobu, w jaki z bronią w ręku zakwestionowali swoją pozycję społeczną i położenie, nie da się włączyć w główny nurt narodowej opowieści. W Stanach Zjednoczonych sytuacja się zmieniała, choć bardzo powoli i opornie7. Jak jeszcze zobaczymy, komunistyczne władze próbowały z początku dokonać podobnej rewizji historii Polski, jednak nie wywarło to trwałego wpływu ani na historyków akademickich, ani na kulturę popularną.
7 Proces zmian rozpoczął się wraz z ustanowieniem narodowego święta ku czci Martina Luthera Kinga w 1983 roku. W 2016 roku na ekrany kin wszedł ważny (i kontrowersyjny) film poświęcony powstaniu Turnera, Narodziny narodu, w tym samym czasie otwarto w Waszyngtonie Narodowe Muzeum Historii i Kultury Afroamerykańskiej.
W skrócie: czy to w reakcji na politykę prowadzoną w zaborach niemieckim i rosyjskim, czy dzięki pracy pisarzy i artystów, czy (rzadziej) dzięki przykładowi bojowników, w przededniu pierwszej wojny światowej idea narodu polskiego była już dobrze utrwalona. W tym czasie niemal każdy mówiący po polsku mieszkaniec dorzecza Wisły miał już przynajmniej poczucie przynależności do czegoś, co nosiło nazwę "Polska". Im dalej na wschód, tym sprawa stawała się bardziej złożona, jako że rodziny dwujęzyczne musiały wybierać, gdzie ulokować swoją lojalność, dla większości jednak język i etykiety etniczno-narodowe zaczynały coraz wyraźniej się na siebie nakładać. Ten obraz traci jednak ostrość, gdy zaczynamy się zastanawiać, jakie konsekwencje mogło pociągać za sobą nazwanie się Polakiem. Działacze narodowi uważali, że każdy prawdziwy Polak winien zaangażować się w walkę o niepodległość, niekoniecznie jednak tak się działo. Opinii na ten temat było tyle, ilu Polaków i Polek. Niektórzy marzyli o kolejnym powstaniu, inni byli zwolennikami wywierania nacisku na dyplomatów i polityków z Europy Zachodniej, jeszcze inni uważali, że wystarczyłaby lokalna autonomia, układ podobny do istniejącego w Galicji. Wiele osób, być może większość, najprawdopodobniej nie zastanawiało się zbytnio nad problemem niepodległości, ponieważ wszystkie możliwe scenariusze wydawały się równie mało realistyczne.
.
.
.
...(fragment)...
Całość dostępna w wersji pełnej.