Całkiem zwyczajny kraj. Historia Polski bez martyrologii - prof. Brian Porter-Szűcs

Kup ebooka

54.90 zł
45.02 zł (43,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

wstęp

Bry­tyj­ski pi­sarz Do­uglas Adams w Re­stau­ra­cji na ko­ńcu wszech­świa­ta (któ­ra jest praw­dzi­wym ar­cy­dzie­łem fan­ta­sty­ki hu­mo­ry­stycz­nej) opi­su­je do­sko­na­łe na­rzędzie tor­tur, wir ca­łko­wi­te­go zro­zu­mie­nia:

Czło­wiek, któ­ry wy­na­la­zł wir ca­łko­wi­te­go zro­zu­mie­nia, zro­bił to w za­sa­dzie tyl­ko dla­te­go, że chciał za­grać żo­nie na ner­wach.

Trin Tra­gu­la - bo tak się na­zy­wał - był ma­rzy­cie­lem, my­śli­cie­lem, lu­bi­ącym abs­trak­cyj­ne i teo­re­tycz­ne do­cie­ka­nia fi­lo­zo­fem czy - jak wy­ra­zi­ła­by to jego żona - przy­głu­pem. [...]

- Za­cznij na­resz­cie od­ró­żniać, co jest wa­żne, a co nie! - po­wta­rza­ła bez prze­rwy, cza­sem nie mniej niż trzy­dzie­ści osiem razy w ci­ągu dnia. Tak więc zbu­do­wał wir ca­łko­wi­te­go zro­zu­mie­nia - żeby jej po­ka­zać [...].... Kie­dy włączył wir, w jed­nej chwi­li uj­rza­ła nie­sko­ńczo­no­ść stwo­rze­nia oraz - we wła­ści­wej ska­li - sie­bie.

Trin Tra­gu­la był prze­ra­żo­ny, wstrząs bo­wiem uni­ce­stwił jej umy­sł, ku swe­mu za­do­wo­le­niu stwier­dził jed­nak, iż prze­ko­nu­jąco udo­wod­nił, że je­że­li ży­cie chce ist­nieć we wszech­świe­cie o tak wiel­kich roz­mia­rach, nie może po­zwo­lić so­bie na luk­sus od­ró­żnia­nia, co jest wa­żne, a co nie1.

1 Do­uglas Adams, Re­stau­ra­cja na ko­ńcu wszech­świa­ta, przeł. Pa­weł Wie­czo­rek, Zysk i S-ka, Po­znań 1994, s. 75-76.

Ksi­ążka, któ­rą bie­rzesz do ręki, jest czy­mś w ro­dza­ju wiru ca­łko­wi­te­go zro­zu­mie­nia hi­sto­rii Pol­ski, choć oczy­wi­ście nie jest moim za­mia­rem tor­tu­ro­wać czy­tel­ni­ków przy­po­mi­na­niem im, jak nie­istot­ni są w ska­li wszech­świa­ta. Chcia­łbym ra­czej umie­ścić Pol­skę w naj­szer­szym mo­żli­wym kon­te­kście, tak by po­ka­zać, w jaki spo­sób prze­szło­ść tego kon­kret­ne­go kra­ju może do­star­czać przy­kła­dów dzia­ła­nia sił, któ­re ukszta­łto­wa­ły cały świat no­wo­cze­sny. Być może po włącze­niu wiru Pol­ska skur­czy się do roz­mia­rów le­d­wie wi­docz­ne­go punk­tu, jed­nak wy, sta­nąw­szy w tym punk­cie, zo­ba­czy­cie cały świat.

Często py­ta­ją mnie, dla­cze­go Ame­ry­ka­nin po­świ­ęca swo­ją ka­rie­rę ba­da­niu Pol­ski i dla­cze­go stu­den­ci w Sta­nach Zjed­no­czo­nych mie­li­by się za­in­te­re­so­wać za­jęcia­mi na ten te­mat. Ale może wa­żniej­szy niż moja oso­bi­sta dro­ga jest fakt, że je­stem tyl­ko jed­nym z wie­lu na­ukow­ców, któ­rzy pra­cu­ją na tym szyb­ko roz­sze­rza­jącym się polu ba­daw­czym. W Ame­ry­ce Pó­łnoc­nej licz­ba hi­sto­ry­ków zaj­mu­jących się te­ma­ta­mi zwi­ąza­ny­mi z Pol­ską od pew­ne­go cza­su sta­le ro­śnie2.

2 Ame­ri­can Hi­sto­ri­cal As­so­cia­tion Di­rec­to­ry of Hi­sto­ry Dis­ser­ta­tions https://bit.ly/32z3t­g6. Wy­kres uwzględ­nia roz­pra­wy, któ­re w ty­tu­le mają sło­wa "Po­land" lub "Po­lish".

Aka­de­mic­ki por­tal in­ter­ne­to­wy H-Po­land, mi­ędzy­na­ro­do­we fo­rum ba­da­czy i ba­da­czek zaj­mu­jących się pro­ble­ma­ty­ką Pol­ski, ma obec­nie 780 człon­ków ze wszyst­kich kon­ty­nen­tów poza An­tark­ty­dą (cze­ka­my, aż spe­ca od Pol­ski za­trud­ni baza McMur­do). Ob­ra­zek wy­gląda rów­nie do­brze od stro­ny po­py­tu, jak i od stro­ny po­da­ży: za­jęcia, któ­re owi pro­fe­so­ro­wie i pro­fe­sor­ki pro­wa­dzą, ksi­ążki, któ­re pi­szą, cie­szą się za­in­te­re­so­wa­niem. Na przy­kład na mój rocz­ny wy­kład "Pol­ska w świe­cie wspó­łcze­snym" za­pi­su­je się zwy­kle 75-100 stu­den­tów3. Po­dob­ne za­jęcia - czy to z hi­sto­rii Pol­ski, czy ogól­nie z hi­sto­rii Eu­ro­py Wschod­niej - or­ga­ni­zo­wa­ne są nie­mal na ka­żdym wi­ęk­szym ame­ry­ka­ńskim uni­wer­sy­te­cie.

3 W Sta­nach Zjed­no­czo­nych stu­den­ci cie­szą się spo­rym za­kre­sem swo­bo­dy w kszta­łto­wa­niu wła­sne­go pro­gra­mu stu­diów i mogą wy­bie­rać (w ob­rębie pew­nych ka­te­go­rii) za­jęcia, w któ­rych chcą uczest­ni­czyć. Stu­den­ci spo­za wy­dzia­łu hi­sto­rii mu­szą prze­jść kil­ka kur­sów hi­sto­rii i nauk spo­łecz­nych, dla­te­go za­jęcia o Pol­sce mogą przy­ci­ągać stu­den­tów z ca­łe­go uni­wer­sy­te­tu.

Rozprawy doktorskie dotyczące historii Polski, powstałe w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie w latach 1910-2015

Dla­cze­go tak wie­lu Ame­ry­ka­nów in­te­re­su­je się Pol­ską? Nie cho­dzi o to, że ten kraj jest ja­koś wy­jąt­ko­wy, stu­den­tów nie przy­ci­ąga­ją też opo­wie­ści o pol­skim he­ro­izmie i cier­pie­niu. W wie­lu in­nych sa­lach wy­kła­do­wych mogą usły­szeć o god­nych po­dzi­wu bo­ha­te­rach, o wspa­nia­łych osi­ągni­ęciach lub o tra­gicz­nym uci­sku, po cóż więc do­dat­ko­wo kom­pli­ko­wać so­bie ży­cie i uczyć się wszyst­kich tych trud­nych do wy­mó­wie­nia pol­skich na­zwisk? Być może ci stu­den­ci mają przod­ków z Pol­ski i chcą do­wie­dzieć się cze­goś o ich oj­czy­źnie? To mo­gło­by być ja­kieś wy­ja­śnie­nie, jed­nak z mo­ich nie­for­mal­nych ba­dań wy­ni­ka, że za­le­d­wie jed­na trze­cia mo­ich słu­cha­czy i słu­cha­czek de­kla­ru­je ja­kie­kol­wiek ro­dzin­ne po­wi­ąza­nia z Pol­ską. Głów­nym po­wo­dem, dla któ­re­go, jak mi się wy­da­je, je­stem w sta­nie przy­ci­ągnąć tak duże gro­no, jest spo­sób, w jaki przed­sta­wiam te­mat: nie jako stu­dium ob­cej kra­iny o dzi­wacz­nej hi­sto­rii, ale jako oka­zję do po­zna­nia kra­ju, któ­ry znaj­do­wał się na sty­ku wszyst­kich tren­dów cha­rak­te­ry­zu­jących świat no­wo­cze­sny. Nie­trud­no prze­ko­nać ame­ry­ka­ńskich stu­den­tów, że Pol­ska ma zwi­ązek z ich ży­ciem, po­nie­waż jej hi­sto­ria po­zwa­la na­świe­tlić bar­dzo wie­le zna­jo­mych te­ma­tów z nie­co od­mien­nej (a bar­dzo od­kryw­czej) per­spek­ty­wy. Uwa­żam Pol­skę za na­praw­dę in­te­re­su­jącą, jed­nak by­naj­mniej nie dla­te­go, że jest kra­jem nie­zwy­kłym, ale właś­nie dla­te­go, że jest tak bar­dzo zwy­czaj­na.

W ci­ągu ostat­nich pi­ęt­na­stu lat w an­glo­języcz­nych ba­da­niach nad Pol­ską po­ja­wi­ło się prze­su­ni­ęcie tek­to­nicz­ne: od­cho­dzi­my od opo­wie­ści o męcze­ństwie, o do­nio­słych zma­ga­niach po­li­tycz­nych i uci­sku, roz­wi­ja­ją się na­to­miast ba­da­nia nad ży­ciem co­dzien­nym zwy­kłych Po­la­ków. Być może ten trend jest ro­bie­niem z ko­niecz­no­ści cno­ty, w tym sen­sie, że je­śli miesz­kasz w usa i chcesz pi­sać o Pol­sce, to mo­żesz przy­ci­ągnąć od­bior­ców tyl­ko pod wa­run­kiem, że two­ja pra­ca będzie mia­ła dla nich zna­cze­nie. Nie jest to jed­nak trud­ne do zro­bie­nia, a po­wsta­jące w re­zul­ta­cie ksi­ążki spo­ty­ka­ją się w usa z za­in­te­re­so­wa­niem, po­nie­waż w do­słow­nym sen­sie oswa­ja­ją Ame­ry­ka­nów z prze­szło­ścią Pol­ski - to zna­czy po­ka­zu­ją, jak coś, co wy­da­je się od­le­głe i obce, może się w rze­czy­wi­sto­ści oka­zać zdu­mie­wa­jąco swoj­skie.

W ni­niej­szej ksi­ążce chcę od­wró­cić ten ob­raz i po­ka­zać pol­skim czy­tel­nicz­kom i czy­tel­ni­kom wi­ze­ru­nek ich kra­ju, po­ja­wia­jący się, gdy spo­gląda­my z per­spek­ty­wy glo­bal­nej. Nie jest to po pro­stu per­spek­ty­wa jed­ne­go kon­kret­ne­go Ame­ry­ka­ni­na, na­wet je­śli pod wie­lo­ma względa­mi ta ksi­ążka ma bar­dzo oso­bi­sty cha­rak­ter i od­zwier­cie­dla moje po­glądy i za­in­te­re­so­wa­nia. Wi­ęk­sze zna­cze­nie ma to, że będę wpro­wa­dzał idee, in­ter­pre­ta­cje i ana­li­zy znacz­nej licz­by do­sko­na­łych ba­da­czy, naj­częściej wy­kszta­łco­nych w Sta­nach, ale po­cho­dzących z ró­żnych stron świa­ta i za­wsze sta­ra­jących się pa­trzeć na Pol­skę w sze­ro­kim kon­te­kście4. Na ko­ńcu ka­żde­go roz­dzia­łu pro­po­nu­ję dal­sze lek­tu­ry, dzi­ęki któ­rym czy­tel­ni­cy będą mo­gli zo­ba­czyć, jak bo­ga­ty i zró­żni­co­wa­ny stał się ob­szar ba­dań nad Pol­ską roz­ci­ąga­jący się o wie­le da­lej i sze­rzej niż tych kil­ko­ro an­glo­języcz­nych au­to­rów, któ­rych pol­ski od­bior­ca miał już oka­zję po­znać5. Nie trze­ba do­da­wać, że ko­rzy­stam ta­kże ob­fi­cie z pol­sko­języcz­nych ba­dań i nie za­mie­rzam ani przez chwi­lę su­ge­ro­wać, ja­ko­by hi­sto­ry­cy po dru­giej stro­nie Atlan­ty­ku w czym­kol­wiek prze­wy­ższa­li tych z Pol­ski. Z pew­no­ścią nie! Jed­nak ci z nas, któ­rzy pra­cu­ją za gra­ni­cą, mu­szą być za­zna­jo­mie­ni z tym, co pi­sze się tu, w Pol­sce, pod­czas gdy nie je­stem pe­wien, czy do­tych­czas dzia­ła­ło to tak samo w dru­gą stro­nę. Pa­mi­ęta­jąc o tym, mam za­ra­zem na­dzie­ję, że dzi­ęki ni­niej­szej ksi­ążce choć tro­chę wy­rów­nam sza­le. Dla­te­go moim ce­lem jest coś wręcz prze­ciw­ne­go niż to, co sta­ram się osi­ągnąć, kie­dy je­stem u sie­bie: tu i te­raz chcia­łbym bo­wiem, żeby Pol­ska, o któ­rej pi­szę, wy­da­ła się pol­skim czy­tel­ni­kom mniej swoj­ska, po­nie­waż to właś­nie jest pierw­szy krok do usta­le­nia jej po­zy­cji w wi­rze ca­łko­wi­te­go zro­zu­mie­nia.

4 Na przy­kład wśród dok­to­ran­tów, któ­rzy na moim uni­wer­sy­te­cie obro­ni­li w ostat­nich la­tach pra­ce na te­mat Pol­ski, mamy an­tro­po­lo­ga hi­sto­rycz­ne­go z Ko­rei i hi­sto­rycz­kę z Pu­er­to Rico. Żad­ne z nich nie mia­ło zwi­ąz­ków z Pol­ską, za­nim za­częli zaj­mo­wać się nią na stu­diach (patrz: Dong Ju Kim, Ta­king Bet­ter Care of the Fields: Know­led­ge Po­li­tics of Su­gar Beet, Soil, and Agri­cul­tu­re After So­cia­lism in We­stern Po­land, Uni­ver­si­ty of Mi­chi­gan dis­ser­ta­tion, 2012; Len­ny Ure­?a, The Sta­kes of Em­pi­re: Co­lo­nial Fan­ta­sies, Ci­vi­li­zing Agen­das, And Bio­po­li­tics in the Prus­sian-Po­lish Pro­vin­ces (1840-1914), Uni­ver­si­ty of Mi­chi­gan dis­ser­ta­tion, 2010).

5 Nie­ste­ty jak do­tąd za­le­d­wie drob­na część tych prac zo­sta­ła prze­tłu­ma­czo­na na pol­ski, mam jed­nak na­dzie­ję, że sy­tu­acja za­czy­na się zmie­niać. Ostat­nio na przy­kład prze­tłu­ma­czo­no pra­ce dwoj­ga z naj­wa­żniej­szych pra­cu­jących w Sta­nach spe­cja­li­stów: Ma­łgo­rza­ta Fi­de­lis, Ko­bie­ty, ko­mu­nizm i in­du­stria­li­za­cja w po­wo­jen­nej Pol­sce, przeł. Ma­ria Jasz­czu­row­ska, wab, War­sza­wa 2015; Pa­dra­ic Ken­ney, Bu­do­wa­nie Pol­ski Lu­do­wej. Ro­bot­ni­cy a ko­mu­ni­ści 1945-1950, przeł. Anna Dzierz­gow­ska, wab, War­sza­wa 2015. Ksi­ążka Ken­neya po an­giel­sku uka­za­ła się w 1997 roku.

Ogól­ny za­rys hi­sto­rii będzie pol­skim czy­tel­ni­kom do­brze zna­ny, po­dej­rze­wam jed­nak, że mogą być za­sko­cze­ni tym, jak wy­gląda rze­czy­wi­sto­ść ob­ser­wo­wa­na z no­we­go punk­tu. Pierw­szą wer­sję tej ksi­ążki na­pi­sa­łem dla an­glo­języcz­nych od­bior­ców po to, by przed­sta­wić im ogól­ny za­rys dzie­jów Pol­ski w xx i xxi wie­ku. W tam­tym wy­da­niu mu­sia­łem za­kła­dać nie­mal zu­pe­łny brak uprzed­niej wie­dzy, jako że na­wet względ­nie do­brze wy­kszta­łce­ni an­giel­scy i ame­ry­ka­ńscy czy­tel­ni­cy wie­dzą, kim był Jan Pa­weł ii i może Lech Wa­łęsa, zda­ją so­bie spra­wę z tego, że ist­niał kie­dyś ruch zwa­ny "So­li­dar­no­ścią" i że Pol­ska do­świad­czy­ła wie­lu okro­pie­ństw w cza­sie dru­giej woj­ny świa­to­wej. I tyle. W ni­niej­szej wer­sji tek­stu za­mie­rzam rzecz ja­sna za­ło­żyć, że pod­sta­wy są nie­co bar­dziej so­lid­ne, zwłasz­cza je­śli idzie o naj­wa­żniej­sze na­zwi­ska i daty, po­sta­no­wi­łem jed­nak za­cho­wać w znacz­nej mie­rze struk­tu­rę i tre­ść bez zmian. Bez wąt­pie­nia część czy­ta­jących zdąży­ła już za­po­mnieć, co mó­wio­no im na lek­cjach hi­sto­rii, więc pew­ne odświe­że­nie może się przy­dać. Co wa­żniej­sze, jako hi­sto­ryk zo­sta­łem wy­szko­lo­ny do tego, by wy­cho­dzić od opo­wie­ści i na nich opie­rać ro­zu­mo­wa­nie. W ni­niej­szej ksi­ążce ko­rzy­stam z opo­wie­ści, któ­re wi­ęk­szo­ści pol­skich czy­tel­ni­ków mogą wy­da­wać się złud­nie zna­jo­me, ale któ­rych ele­men­ty zo­sta­ną uło­żo­ne w dość nie­spo­dzie­wa­ny spo­sób, na od­mien­nych pod­sta­wach po­jęcio­wych i z nie­ocze­ki­wa­ny­mi kon­se­kwen­cja­mi. Je­śli więc na­wet nie­któ­re frag­men­ty ksi­ążki po­cząt­ko­wo zda­ją się za­le­d­wie stresz­czać to, co zna się skądi­nąd, cier­pli­wo­ści: za­zwy­czaj wkrót­ce na­stąpi zwrot ak­cji.

W naj­szer­szym sen­sie moje ro­zu­mo­wa­nie opie­ra się na dwóch pod­sta­wo­wych twier­dze­niach: 1) że ani ist­nie­nia, ani zna­cze­nia pol­skie­go na­ro­du nie mo­że­my uznać za oczy­wi­sty przed­miot na­szej opo­wie­ści i 2) że ludu, któ­ry ba­da­my, nie trze­ba ko­niecz­nie umiesz­czać je­dy­nie w kon­te­kście hi­sto­rii Eu­ro­py ani tym bar­dziej je­dy­nie w kon­te­kście wschod­nich pe­ry­fe­rii kon­ty­nen­tu.

Do­okre­ślić te­mat ni­niej­szej ksi­ążki mogę tyl­ko w spo­sób bar­dzo mało pre­cy­zyj­ny: jest to opo­wie­ść o nie­zbyt do­kład­nie okre­ślo­nym ob­sza­rze w pó­łnoc­no-wschod­niej Eu­ro­pie w ci­ągu ostat­nich kil­ku­set lat i o lu­dziach, któ­rzy tam żyją. W Eu­ro­pie Za­chod­niej i w Sta­nach Zjed­no­czo­nych po­wszech­nie okre­śla się ów ob­szar (i tych lu­dzi) jako "za­co­fa­ny" - i albo wy­chwa­la się jego uro­czą pro­sto­tę, albo po­tępia kse­no­fo­bię i skłon­no­ść do za­bo­bo­nów. Ta­kie wy­obra­że­nia są w naj­lep­szym wy­pad­ku gru­bą prze­sa­dą, w naj­gor­szym - aro­ganc­kim afron­tem. Po­tra­fię zro­zu­mieć, cze­mu Po­la­cy nie chcą, by za­li­cza­no ich do "Eu­ro­py Wschod­niej", przy czym cho­dzi tu nie tyle o kwe­stię geo­gra­ficz­nej po­praw­no­ści (zwy­cza­jo­wa de­fi­ni­cja, zgod­nie z któ­rą wschod­nia gra­ni­ca Eu­ro­py znaj­du­je się na Ura­lu, jest ca­łko­wi­cie ar­bi­tral­na), ile o za­daw­nio­ny na­wyk łącze­nia przy­miot­ni­ka "za­chod­nia" z rze­czow­ni­kiem "cy­wi­li­za­cja" i za­kła­da­nia, że im da­lej na wschód, tym ży­cie sta­je się bar­dziej bar­ba­rzy­ńskie6. Jest coś nie­po­ko­jące­go w gwa­łtow­no­ści, z jaką za­prze­cza się, iżby Pol­ska na­le­ża­ła do Eu­ro­py Wschod­niej - do­mnie­ma­na ob­ra­za wy­ni­ka bo­wiem z uprzed­nie­go przy­jęcia geo­gra­ficz­nych ste­reo­ty­pów. Za­miast ba­wić się w słow­ne gier­ki z geo­gra­ficz­nym opi­sem Pol­ski, wo­la­łbym za­tem po­rzu­cić całą kon­cep­cję po­dzia­łu Eu­ro­py na "po­stępo­wy" Za­chód i "nie­cy­wi­li­zo­wa­ny" Wschód. Nie­kie­dy po­słu­gu­ję się zwro­tem "Eu­ro­pa pó­łnoc­no-wschod­nia" po pro­stu po to, by móc po­czy­nić ba­nal­ną ob­ser­wa­cję, że wi­ęk­szo­ść Euro­pej­czy­ków, chcąc od­wie­dzić Pol­skę, musi kie­ro­wać się w tym właś­nie kie­run­ku.

6 Ide­olo­gicz­ny ba­gaż, ja­kim ob­ci­ążo­na jest ka­te­go­ria "Wscho­du", zna­ko­mi­cie opi­sał Edward Said w ksi­ążce Orien­ta­lizm, przeł. Mo­ni­ka Wy­rwas-Wi­śniew­ska, Zysk i S-ka, Po­znań 2005. Spo­sób, w jaki ka­te­go­ria ta zo­sta­ła wy­ko­rzy­sta­na w po­jęciu "Eu­ro­py Wschod­niej", wy­ja­śnia Lar­ry Wolff w In­ven­ting Eastern Eu­ro­pe: The Map of Ci­vi­li­za­tion on the Mind of the En­li­gh­ten­ment, Stan­ford Uni­ver­si­ty Press, Stan­ford 1994.

Ów nie dość ja­sno zde­fi­nio­wa­ny re­gion nie jest bar­dzo za­mo­żny, ale jak na stan­dar­dy świa­to­we nie jest też szcze­gól­nie bied­ny. In­te­re­su­jący jest kon­trast mi­ędzy tym, jak nas, Ame­ry­ka­nów, uczy się po­strze­gać na­szą po­zy­cję w świe­cie, a tym, jak po­dob­na na­uka prze­bie­ga w Pol­sce. W oby­dwu przy­pad­kach po­wsta­ją znie­kszta­łce­nia, tyle że dzia­ła­jące w spo­sób do­kład­nie prze­ciw­staw­ny. Ame­ry­ka­nie chęt­nie wy­ra­ża­ją dumę ze swe­go kra­ju, po­wta­rza­jąc, jak wspa­nia­le jest móc otwar­cie kry­ty­ko­wać rząd, wy­zna­wać do­wol­ną wia­rę i we­dle wła­snej woli wy­bie­rać dro­gę ka­rie­ry. Pod­czas świ­ąt pa­ństwo­wych od­da­je­my cze­ść na­szym żo­łnie­rzom za to, że "sto­ją na stra­ży na­szych swo­bód" - kli­sza, któ­ra od­wo­łu­je się nie do obro­ny nie­pod­le­gło­ści pa­ństwa, ale do pa­kie­tu in­dy­wi­du­al­nych praw oby­wa­tel­skich. Na­wet je­śli za­po­mni­my o fak­cie, że całe seg­men­ty na­szej po­pu­la­cji (przede wszyst­kim Afro­ame­ry­ka­nie) uzy­ska­ły pra­wa nie­daw­no i by­naj­mniej nie w pe­łni, na­dal po­zo­sta­je za­sta­na­wia­jące, że z taką dumą pod­kre­śla­my kwe­stie ge­ne­ral­nie dość oczy­wi­ste i po­wszech­ne w tak zwa­nym pierw­szym świe­cie. In­ny­mi sło­wy, wpa­ja się nam, że je­ste­śmy wy­jąt­ko­wi, po­nie­waż Sau­dyj­czy­cy, Chi­ńczy­cy, miesz­ka­ńcy Ko­rei Pó­łnoc­nej, Ira­nu i jesz­cze kil­ku pa­ństw nie cie­szą się tymi sa­my­mi swo­bo­da­mi co my. O ile jed­nak Ame­ry­ka­nie, kon­stru­ując swo­ją sa­mo­iden­ty­fi­ka­cję, pie­czo­ło­wi­cie nie pa­trzą na Eu­ro­pę, o tyle Po­la­cy mają skłon­no­ść do pa­trze­nia je­dy­nie na nią. "Nie ży­je­my w nor­mal­nym kra­ju" - brzmi jed­na ze skarg naj­częściej po­wta­rza­nych przez Po­la­ków. A prze­cież je­śli przy­po­mni­my so­bie, że "nor­mal­ny" jest sy­no­ni­mem "zwy­czaj­ny" czy "prze­ci­ęt­ny", sta­je się ja­sne, że Pol­ska jest ca­łkiem nor­mal­na. Je­dy­ny ze­staw po­rów­naw­czy, na któ­re­go tle Pol­ska wy­pa­da bla­do, to ten, z któ­re­go wy­klu­czo­no nie­mal cały świat poza Eu­ro­pą i usa (a ta­kże spo­ro miejsc w sa­mej Eu­ro­pie). We­dług Wska­źni­ka Roz­wo­ju Spo­łecz­ne­go, wy­ko­rzy­sty­wa­ne­go przez onz, w któ­rym po­łączo­no ta­kie czyn­ni­ki jak bo­gac­two, zdro­wie i edu­ka­cja, Pol­ska zo­sta­ła umiesz­czo­na na 27. miej­scu po­śród 188 pa­ństw (je­śli brać pod uwa­gę nie­rów­no­ści), czy­li o jed­no oczko wy­żej niż Sta­ny Zjed­no­czo­ne. Uj­mu­jąc rzecz ina­czej, 85 pro­cent po­pu­la­cji świa­ta (w tym wie­lu Ame­ry­ka­nów) mo­gło­by po­pra­wić ja­ko­ść swo­je­go ży­cia, gdy­by mo­gli za­mie­nić się miej­sca­mi z prze­ci­ęt­nym Po­la­kiem. Te sta­ty­sty­ki z pew­no­ścią za­sko­czą wie­lu czy­tel­ni­ków, ale do­brze ilu­stru­ją moja ogól­ną tezę: Po­la­cy wio­dą ży­cie "nie­nor­mal­ne" w tym zna­cze­niu, że wie­dzie im się le­piej niż wi­ęk­szo­ści lu­dzi na świe­cie. Prze­wi­dy­wa­na dłu­go­ść ży­cia w Pol­sce to 78,5 roku, o wie­le wi­ęcej niż glo­bal­na śred­nia (72,6), za to nie­co mniej, niż wy­no­si śred­nia w szcze­gól­nie dłu­go­wiecz­nych spo­łe­cze­ństwach (po­nad 80 lat). Z do­cho­dem na miesz­ka­ńca, wy­no­szącym 27 626 do­la­rów rocz­nie wspó­łcze­śni Po­la­cy zaj­mu­ją 41. miej­sce na świe­cie. Da­le­ko im od wy­jąt­ko­we­go bo­gac­twa Ka­tar­czy­ków, Sin­ga­pur­czy­ków czy Nor­we­gów, ale są też znacz­nie po­wy­żej glo­bal­nej śred­niej: 15 745 do­la­rów7.

7 Dane po­cho­dzą z: Hu­man De­ve­lop­ment Re­port 2019, Uni­ted Na­tions De­ve­lop­ment Pro­gram­me, New York 2019. Ra­port jest do­stęp­ny na: http://hdr.undp.org/en/2019-re­port.

Im głębiej si­ęga­my w prze­szło­ść, tym trud­niej z dużą do­kład­no­ścią po­rów­ny­wać po­zy­cję lu­dzi, któ­rzy na­zy­wa­ją sie­bie Po­la­ka­mi, z in­ny­mi spo­łe­cze­ństwa­mi, jed­nak w naj­ogól­niej­szym za­ry­sie ob­raz wy­gląda za­wsze po­dob­nie: wi­ęk­szo­ść z nich mia­ła się le­piej niż wi­ęk­szo­ść lu­dzi na świe­cie, ale go­rzej niż ich wspó­łcze­śni w Ame­ry­ce Pó­łnoc­nej i pó­łnoc­no-za­chod­niej Eu­ro­pie. Na przy­kład w 1925 roku śred­ni do­chód na oso­bę w Pol­sce od­po­wia­dał 3221 do­la­rom, z uwzględ­nie­niem in­fla­cji. Nie ma po­rów­na­nia ze Sta­na­mi Zjed­no­czo­ny­mi (9582 do­la­ry), Niem­ca­mi (5542 do­la­ry) czy Fran­cją (5578 do­la­rów), dużo le­piej jed­nak wy­pa­da Pol­ska na tle ów­cze­snych Bra­zy­lii (960 do­la­rów), Ni­ge­rii (918) czy Chin (954)8. Uprze­my­sło­wie­nie i urba­ni­za­cja roz­po­częły się w Eu­ro­pie pó­łnoc­no-wschod­niej ja­kieś pół wie­ku pó­źniej niż w Wiel­kiej Bry­ta­nii czy usa, a mimo to w re­gio­nie roz­ci­ąga­jącym się od War­sza­wy na po­łud­nie i za­chód w kie­run­ku Śląska po­ja­wi­ły się zna­czących roz­mia­rów wy­spy no­wo­cze­sne­go roz­wo­ju, któ­re zwłasz­cza w la­tach osiem­dzie­si­ątych i dzie­wi­ęćdzie­si­ątych xix wie­ku pro­spe­ro­wa­ły zna­ko­mi­cie (i nie mó­wi­my tu je­dy­nie o Ło­dzi, Rey­mon­tow­skiej Zie­mi Obie­ca­nej). Punkt kry­tycz­ny - mo­ment, w któ­rym wi­ęcej lu­dzi pra­cu­je w prze­my­śle niż w rol­nic­twie - Pol­ska osi­ągnęła krót­ko po dru­giej woj­nie świa­to­wej, czy­li sto lat pó­źniej niż Ang­lia, ale kil­ka­dzie­si­ąt lat wcze­śniej niż świat poza ob­sza­rem pó­łnoc­no­atlan­tyc­kim.

8 Mat­tias Lind­gren, Gap­min­der, www.gap­min­der.org/do­wn­lo­ads/do­cu­men­ta­tion/gd001. Licz­by opar­te są na pkb per ca­pi­ta i wy­ra­żo­ne za po­mo­cą "pa­ry­te­tu siły na­byw­czej", z uwzględ­nie­niem in­fla­cji.

Je­śli idzie o po­li­ty­kę, w xix wie­ku Po­la­cy ge­ne­ral­nie mie­li nie­wie­le lub zgo­ła nic do ga­da­nia w kwe­stii tego, kto i jak nimi rządzi. Częścio­wo rzecz ja­sna dla­te­go, że mi­ędzy 1795 a 1918 ro­kiem au­ten­tycz­na pol­ska pa­ństwo­wo­ść nie ist­nia­ła. Nie to było jed­nak naj­wa­żniej­szym po­wo­dem. W rze­czy­wi­sto­ści wi­ęk­szo­ść Po­la­ków (poza eli­tą) zo­sta­ła w xix wie­ku od­ci­ęta od uczest­nic­twa w po­li­ty­ce do­kład­nie z tego sa­me­go po­wo­du, dla któ­re­go w tym okre­sie wi­ęk­szo­ść lu­dzi w ogó­le była po­zba­wio­na praw. W 1914 roku za­le­d­wie oko­ło 20 pro­cent po­pu­la­cji świa­ta miesz­ka­ło w kra­jach, któ­re mo­gły za­sad­nie uwa­żać się za nie­pod­le­głe - wi­ęk­szo­ść ludz­ko­ści żyła w ko­lo­niach lub w kra­jach cie­szących się za­le­d­wie no­mi­nal­ną su­we­ren­no­ścią9. Co wi­ęcej, zde­cy­do­wa­na wi­ęk­szo­ść oby­wa­te­li (je­śli mo­że­my użyć tego sło­wa) im­pe­rial­nych me­tro­po­lii była do­kład­nie tak samo po­zba­wio­na au­ten­tycz­nej sa­mo­rząd­no­ści jak wspó­łcze­śni im Po­la­cy. W xix wie­ku ko­bie­ty w żad­nym kra­ju nie mo­gły gło­so­wać ani w ża­den inny spo­sób uczest­ni­czyć ofi­cjal­nie w ży­ciu po­li­tycz­nym i na­wet przy­zna­nie pra­wa gło­su wszyst­kim do­ro­słym mężczy­znom (nie­za­le­żnie od sta­nu po­sia­da­nia lub wy­kszta­łce­nia) wci­ąż nie­mal wszędzie uwa­ża­no za po­su­ni­ęcie na­zbyt ra­dy­kal­ne. Pol­ski szlach­cic, uska­rża­jący się w 1850 roku na brak wol­no­ści, ra­czej nie mó­głby li­czyć na zro­zu­mie­nie i po­par­cie ame­ry­ka­ńskie­go nie­wol­ni­ka, chi­ńskie­go chło­pa czy ro­bot­ni­ka z ja­kiej­kol­wiek no­wo­cze­snej eu­ro­pej­skiej fa­bry­ki. Zresz­tą, by nie szu­kać da­le­ko: wy­star­cza­jąco wie­le wy­si­łku kosz­to­wa­ło pol­ską szlach­tę wy­ja­śnia­nie swo­ich pre­ten­sji chło­pom, któ­rzy tu, w pó­łnoc­no-wschod­niej Eu­ro­pie, mie­li jesz­cze świe­żo w pa­mi­ęci nie­daw­ne pod­da­ństwo.

9 The An­chor Atlas of World Hi­sto­ry, vol. 2, An­chor Press, New York, s. 98.

W xx wie­ku wa­run­ki się po­pra­wi­ły, jed­nak tyl­ko nie­znacz­nie. Na­wet je­śli rok 1918 przy­nió­sł Pol­sce mo­żli­wo­ść wy­bra­nia wła­sne­go rządu i dy­na­micz­ny roz­wój pra­sy (skądi­nąd pod­da­nej cen­zu­rze), po­wszech­na ko­rup­cja, a pó­źniej za­mach sta­nu prze­pro­wa­dzo­ny w 1926 roku przez Pi­łsud­skie­go sku­tecz­nie ogra­ni­cza­ły de­mo­kra­cję. Rzecz ja­sna, po dru­giej woj­nie świa­to­wej pol­skie spo­łe­cze­ństwo mia­ło jesz­cze mniej swo­bód po­li­tycz­nych. Znów jed­nak, je­śli spoj­rzy­my z per­spek­ty­wy glo­bal­nej, nie ma w tym nic nie­zwy­kłe­go. Rząd Pol­skiej Rze­czy­po­spo­li­tej Lu­do­wej był au­to­ry­tar­ny i dzia­łał bru­tal­nie, jed­nak w tym sa­mym cza­sie wi­ęk­szo­ść rządów w Afry­ce, Azji i Ame­ry­ce Ła­ci­ńskiej było bez po­rów­na­nia gor­szych. Na­wet Eu­ro­pę Za­chod­nią i Sta­ny Zjed­no­czo­ne z okre­su zim­nej woj­ny trud­no uznać za nie­ska­zi­tel­nie de­mo­kra­cje. Po upad­ku re­al­ne­go so­cja­li­zmu w 1989 roku pa­ństwo pol­skie do­pa­so­wa­ło się do de­mo­kra­tycz­nych norm za­chod­nio­eu­ro­pej­skich sąsia­dów, a choć bo­ry­ka­ło się na­dal z pro­ble­ma­mi (i to licz­ny­mi), nie ró­żni­ły się one zbyt­nio od pro­ble­mów po­zo­sta­łych pa­ństw ka­pi­ta­li­stycz­nych, w któ­rych funk­cjo­nu­ją rządy przed­sta­wi­ciel­skie. Je­śli cho­dzi o uzy­ski­wa­nie praw oby­wa­tel­skich, Po­la­cy i Po­lki idą krętą dro­gą (i nie­kie­dy się co­fa­ją), przez wi­ęk­szo­ść cza­su jed­nak nie mie­li ani zde­cy­do­wa­nie mniej, ani zde­cy­do­wa­nie wi­ęcej mocy spraw­czej niż wi­ęk­szo­ść ludz­kiej bra­ci. Okres na­zi­stow­skiej oku­pa­cji, czas, w któ­rym Pol­ska i jej miesz­ka­ńcy do­świad­czy­li bez wąt­pie­nia praw­dzi­wej tra­ge­dii, był okre­sem wy­jąt­ko­wym, na któ­re­go tle tym wy­ra­źniej wi­dać ogól­ną ten­den­cję.

Pol­ska jest częścią Eu­ro­py - nie tyl­ko w oczy­wi­stym sen­sie geo­gra­ficz­nym, ale ta­kże w ka­te­go­riach mo­de­li ży­cia, norm kul­tu­ro­wych, re­li­gii, wzor­ców eko­no­micz­nych i ten­den­cji po­li­tycz­nych. A prze­cież pod wie­lo­ma względa­mi le­piej zro­zu­mie­my hi­sto­rię Pol­ski, je­śli będzie­my szu­kać ma­te­ria­łu po­rów­naw­cze­go poza owym szczęśli­wym kon­ty­nen­tem. Nie­za­le­żnie od tego, czy chce­my przyj­rzeć się ko­niunk­tu­rze go­spo­dar­czej, roz­wo­jo­wi kul­tu­ry czy wol­no­ści po­li­tycz­nej, miesz­ka­ńcy Eu­ro­py pó­łnoc­no-wschod­niej nie­ustan­nie wy­pa­da­ją go­rzej niż naj­bar­dziej uprzy­wi­le­jo­wa­ni, ale i tak za­wsze są po­wy­żej nor­my glo­bal­nej. Nie na­le­żą do klu­bu po­tęg im­pe­rial­nych, któ­re w ostat­nich kil­ku stu­le­ciach zdo­mi­no­wa­ły świat, nie ca­łkiem też jed­nak pa­su­ją do ka­te­go­rii sko­lo­ni­zo­wa­nych. Znaj­du­ją się wśród naj­słab­szych z naj­po­tężniej­szych i naj­po­tężniej­szych ze sła­bych, wśród naj­ubo­ższych z bo­ga­tych i naj­bo­gat­szych z bied­nych. I wła­śnie z uwa­gi na to "środ­ko­we" po­ło­że­nie Pol­ska jest tak uży­tecz­ną so­czew­ką dla wszyst­kich, któ­rzy pra­gną zo­ba­czyć szer­sze ten­den­cje i ce­chy cha­rak­te­ry­stycz­ne no­wo­czes­nego świa­ta.

Do­sko­na­le zda­ję so­bie spra­wę z tego, że moje po­de­jście dia­me­tral­nie ró­żni się od do­mi­nu­jące­go spo­so­bu, w jaki hi­sto­rii Pol­ski uczy się w szko­łach, opi­su­je się ją w me­diach, przed­sta­wia w udra­ma­ty­zo­wa­nej for­mie w fil­mach i po­wie­ściach, upa­mi­ęt­nia na po­mni­kach. W chwi­li, gdy pi­szę te sło­wa, w roku 2020, ofi­cjal­na rządo­wa po­li­ty­ka hi­sto­rycz­na i spo­sób, w jaki ja ro­zu­miem prze­szło­ść kra­ju, roz­je­żdża­ją się co­raz bar­dziej, a prze­cież roz­je­żdża­ły się, na dłu­go za­nim Pra­wo i Spra­wie­dli­wo­ść od­nio­sło suk­ces. Pol­ska hi­sto­ria, tak jak się ją zwy­cza­jo­wo przed­sta­wia, to marsz z jed­ne­go pola bi­twy na dru­gie, z jed­nej opre­sji w dru­gą, od ma­sa­kry do ma­sa­kry, z Pol­ską jako nie­uchron­ną zbio­ro­wą ofia­rą. Taka hi­sto­ria wy­twa­rza na­ro­do­wą mar­ty­ro­lo­gię - wy­nie­sie­nie ca­łej wspól­no­ty do roli uświ­ęco­nej męczen­ni­cy. W ra­mach tego ża­łob­ne­go świa­to­po­glądu po­dać w wąt­pli­wo­ść dzia­ła­nia ja­kie­go­kol­wiek Po­la­ka ozna­cza po­dać w wąt­pli­wo­ść Pol­skę jako taką, zwa­żyw­szy że je­dy­nie cno­tli­wym cier­pi­ęt­ni­kom wol­no re­pre­zen­to­wać ca­ło­ść. Skon­fron­to­wa­ni z hi­sto­ria­mi, w któ­rych Po­la­cy ro­bią coś złe­go, ob­ro­ńcy mar­ty­ro­lo­gicz­nej wi­zji będą prze­ko­ny­wać, że albo zło­czy­ńca nie mógł być praw­dzi­wym Po­la­kiem, albo hi­sto­ryk kła­mie. Co gor­sza, przy ta­kim po­de­jściu do hi­sto­rii nie ma miej­sca na nar­ra­cję o ży­ciu co­dzien­nym, wol­nym od uci­sku i opo­ru. W obo­wi­ązu­jącej wer­sji hi­sto­rii praw­dzi­wym Po­la­kiem mo­żna być je­dy­nie, gdy się jest bo­ha­te­rem lub ofia­rą (albo jed­nym i dru­gim).

Nie mam za­mia­ru w ża­den spo­sób umniej­szać bólu i cier­pie­nia, któ­rych do­świad­czy­li miesz­ka­ńcy Pol­ski w epo­ce no­wo­żyt­nej, i za­wsze pod­kre­ślam, że w pew­nych mo­men­tach (zwłasz­cza pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej) wy­cier­pie­li wi­ęcej niż wi­ęk­szo­ść in­nych. Chcia­łbym jed­nak ta­kże przy­po­mnieć czy­tel­nicz­kom i czy­tel­ni­kom, że na­ro­dy nie mogą cier­pieć - cier­pią za­wsze lu­dzie. Choć w ty­tu­le ni­niej­szej ksi­ążki po­ja­wia się okre­śle­nie "hi­sto­ria Pol­ski", czy­tel­ni­cy nie po­win­ni spo­dzie­wać się opo­wie­ści, w któ­rej głów­ną rolę gra zbio­ro­wy ak­tor imie­niem "Pol­ska". To nie jest opo­wie­ść o tym, w jaki spo­sób Pol­ska osi­ągnęła to czy tam­to, jak Pol­ska zno­si­ła taką czy inną nie­spra­wie­dli­wo­ść ani jak Pol­ska że­glo­wa­ła po wzbu­rzo­nym mo­rzu xx wie­ku. Jest to na­to­miast opo­wie­ść o kon­kret­nych ludz­kich isto­tach - do­brych i złych, za­mo­żnych i bied­nych, szczęśli­wych i nie­szczęśli­wych, od­no­szących suk­ce­sy i po­no­szących klęski. Wi­ęk­szo­ść z nich (ale w żad­nym ra­zie nie wszy­scy) na­zy­wa­ła sie­bie Po­la­ka­mi, a te­ry­to­rium, na któ­rym żyli, na­zy­wa­no za­zwy­czaj (choć nie za­wsze) Pol­ską. Ta ksi­ążka sta­ra się po­ka­zać, że "pol­sko­ść" jest nie­zwy­kle trud­ną do uchwy­ce­nia ka­te­go­rią to­żsa­mo­ści: lu­dzie ją przyj­mu­ją, od­rzu­ca­ją, re­de­fi­niu­ją, spie­ra­ją się o nią i wy­ko­rzy­stu­ją w ka­żdym mo­żli­wym do po­my­śle­nia celu. Pi­sa­nie hi­sto­rii "Pol­ski" jest za­da­niem skom­pli­ko­wa­nym, po­nie­waż nie ma - i być nie może - żad­nej po­wszech­nie uzna­wa­nej de­fi­ni­cji tego, kto jest Po­la­kiem ani gdzie do­kład­nie Pol­ska się znaj­du­je. Te­mat ni­niej­szej ksi­ążki jest fru­stru­jąco ulot­ny, nie bar­dziej jed­nak, niż by­łby te­mat zwa­ny "Niem­cy", "Chi­ny" czy "Bra­zy­lia". Jed­ną z pierw­szych rze­czy, ja­kich uczy­my się dzi­ęki per­spek­ty­wie glo­bal­nej, jest to, że na­ród to po­jęcie po­zba­wio­ne spój­no­ści, przed­miot hi­sto­rycz­nych spo­rów, sam w so­bie jed­nak nie sta­no­wi pod­mio­tu dzie­jów. Pol­ska nie jest ani zbio­ro­wą męczen­ni­cą, ani zbio­ro­wym czar­nym cha­rak­te­rem. Pol­ska to gru­pa lu­dzi, któ­rzy byli zmu­sze­ni przez ostat­nich kil­ka wie­ków zro­zu­mieć zmie­nia­jący się świat, i wła­śnie te ich wy­si­łki są te­ma­tem mo­jej ksi­ążki.

Uwaga o przypisach

Jako hi­sto­ryk zo­sta­łem na­uczo­ny do­da­wa­nia ca­łej masy przy­pi­sów, zda­ję so­bie jed­nak spra­wę z tego, że dla wi­ęk­szo­ści czy­tel­ni­czek i czy­tel­ni­ków spo­za śro­do­wi­ska na­uko­we­go mo­gło­by to być uci­ążli­we i nud­ne. Sta­ra­łem się tu wy­pra­co­wać pe­wien zło­ty śro­dek, wy­ko­rzy­stu­jąc coś, co na­zy­wam "te­stem Wi­ki­pe­dii". Je­śli dana in­for­ma­cja (wy­da­rze­nie, zna­na po­stać, data, aneg­do­ta...) jest na tyle zna­na, że w Wi­ki­pe­dii po­da­je się ją bez od­no­śni­ka, nie wa­ha­łem się ją przy­ta­czać. Je­śli na­to­miast ja­kieś in­for­ma­cje po­ja­wia­ją się dzi­ęki kon­kret­nym ba­da­niom prze­pro­wa­dzo­nym przez spe­cja­li­stę w da­nej dzie­dzi­nie, da­wa­łem przy­pis. Do­ty­czy to przede wszyst­kim da­nych sta­ty­stycz­nych i cy­ta­tów. Ro­bi­łem przy­pi­sy ta­kże wów­czas, gdy war­to było po­dać przy­kład spo­ru na­uko­we­go, do któ­re­go w da­nym mo­men­cie się od­no­si­łem (nie­za­le­żnie od tego, po któ­rej stro­nie sta­wa­łem), tu jed­nak na­rzu­ca­łem so­bie ostrzej­sze ogra­ni­cze­nia, niż gdy­bym pi­sał ar­ty­kuł na­uko­wy. Ni­niej­sza ksi­ążka jest opar­ta na na­uko­wych dys­ku­sjach, nie jest jed­nak ksi­ążką po­le­micz­ną. In­ny­mi sło­wy, pro­po­nu­ję pew­ną per­spek­ty­wę, któ­ra może nie­kie­dy ró­żnić się od tego, co na­pi­sa­li inni ba­da­cze, a bar­dzo często od tego, co mo­żna zna­le­źć w pod­ręcz­ni­kach do hi­sto­rii, nie chcę jed­nak, żeby te ró­żni­ce zdań przyj­mo­wa­ły po­stać oso­bi­stych spo­rów mi­ędzy mną a pro­fe­so­rem X.

Je­śli idzie o no­wa­tor­skie in­ter­pre­ta­cje, z któ­ry­mi się zga­dzam, sta­ram się za­wsze po­wo­łać na na­zwi­sko au­to­ra. Gdy ja­kąś ar­gu­men­ta­cję za­czerp­nąłem od kon­kret­nej oso­by, wów­czas zo­ba­czy­cie przy­pis. Często ana­li­zy pre­zen­to­wa­ne w tej ksi­ążce są re­zul­ta­tem sku­mu­lo­wa­nej pra­cy wie­lu ba­da­czy i wła­śnie stąd bie­rze się dział Li­te­ra­tu­ra uzu­pe­łnia­jąca umiesz­czo­ny na ko­ńcu ka­żdej części, co wy­da­ło mi się roz­wi­ąza­niem wy­god­niej­szym niż roz­bu­do­wa­ne przy­pi­sy bi­blio­gra­ficz­ne. I wresz­cie, ile­kroć to mo­żli­we, sta­ram się wska­zy­wać od­nie­sie­nia do ma­te­ria­łów źró­dło­wych do­stęp­nych w in­ter­ne­cie. Wszyst­kie ad­re­sy in­ter­ne­to­we zo­sta­ły spraw­dzo­ne w lip­cu 2020 roku. Jed­nym z naj­wi­ęk­szych osi­ągni­ęć ostat­nich lat jest di­gi­ta­li­za­cja za­so­bów ar­chi­wal­nych. Uła­twi­ła ona pra­cę hi­sto­ry­ków, umo­żli­wia­jąc nam (i co wa­żniej­sze - wam, czy­tel­nicz­ki i czy­tel­ni­cy) si­ęgni­ęcie bez­po­śred­nio do tek­stów ory­gi­nal­nych, z po­mi­ni­ęciem nie­wy­gód zwi­ąza­nych z ko­rzy­sta­niem z ar­chi­wów czy wiel­kich bi­blio­tek. Chcia­łbym za­chęcać do ta­kiej prak­ty­ki, do­ku­men­ty hi­sto­rycz­ne są bo­wiem o wie­le cie­kaw­sze niż wszyst­ko, co ja mó­głbym na­pi­sać.

roz­dział pierw­szy polacy bez polski, 1795-1918

Mi­ędzy ro­kiem 1795 a 1918 od­dziel­na, nie­pod­le­gła Pol­ska nie ist­nia­ła na ma­pach świa­ta. To zda­nie może brzmieć, jak gdy­by opi­sy­wa­ło pro­sty fakt hi­sto­rycz­ny, w rze­czy­wi­sto­ści jed­nak kry­je się za nim wie­le pro­ble­mów, któ­re spra­wia­ją, że tak trud­no opo­wia­da się dzie­je pó­łnoc­no-wschod­niej Eu­ro­py w xix wie­ku. Po pierw­sze i przede wszyst­kim, mu­si­my so­bie za­dać py­ta­nie, co to na­praw­dę zna­czy, że "Pol­ska nie ist­nia­ła".

Ani roz­bio­ry, któ­re po­ło­ży­ły kres pierw­szej Rze­czy­po­spo­li­tej, ani wcze­śniej­szy dłu­gi okres ogra­ni­czo­nej su­we­ren­no­ści, trwa­jący przez cały nie­mal wiek xviii, nie były wy­da­rze­nia­mi nad­zwy­czaj­ny­mi. W epo­ce no­wo­żyt­nej dość po­wszech­nym zja­wi­skiem było to, że eli­ty jed­ne­go pa­ństwa mie­sza­ły się w we­wnętrz­ne spra­wy in­ne­go. W la­tach 1740-1748 cho­cia­żby mo­car­stwa eu­ro­pej­skie sto­czy­ły woj­nę, któ­rej przed­mio­tem było na­stęp­stwo tro­nu w Au­strii, przy czym wi­ęk­szo­ść dy­plo­ma­tów uwa­ża­ła, że wal­czące stro­ny mają uza­sad­nio­ne po­wo­dy, by się w tę woj­nę an­ga­żo­wać. Rzecz­po­spo­li­ta była przed­mio­tem ró­żne­go ro­dza­ju in­ge­ren­cji na dłu­go przed roz­bio­ra­mi. W la­tach 1733-1735 w tak zwa­nej woj­nie suk­ce­syj­nej pol­skiej Fran­cja i Hisz­pa­nia sta­nęły na­prze­ciw Ro­sji, Au­strii, Sak­so­nii i Prus, przy czym ka­żda ko­ali­cja wal­czy­ła o umiesz­cze­nie na pol­skim tro­nie swo­je­go kan­dy­da­ta. Po­dob­ne przy­kła­dy mo­żna by mno­żyć, co­fa­jąc się o ko­lej­ne stu­le­cia. Za­sa­da nie­in­ge­ren­cji ni­g­dy nie ist­nia­ła.

Nie było ta­kże ni­czym nie­spo­ty­ka­nym to, że ja­kieś pa­ństwo zni­ka z mapy. Wła­ści­wie w do­wol­nym mo­men­cie hi­sto­rii Eu­ro­py mo­że­my wska­zać dzie­si­ąt­ki by­tów po­li­tycz­nych, któ­re dziś już nie ist­nie­ją; nie­mal żad­na z dzi­siej­szych gra­nic nie prze­bie­ga tak samo jak w prze­szło­ści. W świe­cie przed­no­wo­cze­snym pa­ństwa po­ja­wia­ły się, zni­ka­ły, łączy­ły, roz­dzie­la­ły i zmie­nia­ły kszta­łt z osza­ła­mia­jącą często­tli­wo­ścią. Nie­wie­le znaj­dzie się dziś osób, któ­re by ża­ło­wa­ły utra­ty nie­pod­le­gło­ści przez (na przy­kład) Bur­gun­dię, Ara­go­nię czy Gwy­nedd, a prze­cież ka­żde z nich przez stu­le­cia było nie­pod­le­głym pa­ństwem, do­pó­ki nie zo­sta­ło pod­bi­te i wchło­ni­ęte przez sil­niej­sze­go sąsia­da. Przy­kła­dy spo­za sa­mej Eu­ro­py są jesz­cze wy­mow­niej­sze. Za­nim do­szło do roz­bio­rów Pol­ski, po­tęgom ko­lo­nial­nym już uda­ło się znisz­czyć sku­tecz­nie wszyst­kie wspól­no­ty po­li­tycz­ne na pó­łku­li za­chod­niej, a w xix wie­ku te same po­tęgi mia­ły po­dzie­lić mi­ędzy sie­bie cały kon­ty­nent afry­ka­ński. Na­wet sfor­ma­li­zo­wa­ne trak­ta­ty za­twier­dza­jące do­ko­na­ne roz­bio­ry nie były ni­czym nie­zwy­kłym: od trak­ta­tu z Tor­de­sil­las z 1494 roku, po­przez kon­fe­ren­cję ber­li­ńską z 1885 i po­dział Afry­ki, po ukła­dy ja­łta­ńskie z 1945, ci, któ­rzy mie­li wła­dzę, ra­do­śnie roz­gry­wa­li mi­ędzy sobą kar­to­gra­fię, ry­su­jąc i prze­ry­so­wu­jąc mapę po­li­tycz­ną. In­ny­mi sło­wy, roz­bio­ry Pol­ski nie sta­no­wi­ły ani aber­ra­cji, ani aktu bez­pre­ce­den­so­wej nie­spra­wie­dli­wo­ści: były je­dy­nie wi­ęk­szym i nie­co bar­dziej dra­ma­tycz­nym przy­kła­dem zwy­kłe­go ob­ro­tu spraw w wiel­kiej po­li­ty­ce mi­ędzy­na­ro­do­wej. Sta­no­wi­ły, je­śli mo­żna tak po­wie­dzieć, akt pre­ce­den­so­wej nie­spra­wie­dli­wo­ści.

Sko­ro jed­nak roz­bio­ry pierw­szej Rze­czy­po­spo­li­tej były zwy­czaj­nym wy­da­rze­niem, cze­mu wci­ąż o nich pa­mi­ęta­my? Przy czym "my" nie zna­czy tu­taj "my, hi­sto­ry­cy za­in­te­re­so­wa­ni dzie­ja­mi Eu­ro­py Wschod­niej". W prak­tycz­nie ka­żdym po­wa­żniej­szym an­glo­języcz­nym pod­ręcz­ni­ku uni­wer­sy­tec­kim po­świ­ęco­nym hi­sto­rii Eu­ro­py (a ta­kże w ca­łkiem licz­nych pod­ręcz­ni­kach li­ce­al­nych) oma­wia się roz­bio­ry Pol­ski. Je­śli hi­sto­ria roz­bio­rów na­bra­ła zna­cze­nia, to zna­cze­nie to tyl­ko po części daje się wy­tłu­ma­czyć wy­da­rze­nia­mi lat dzie­wi­ęćdzie­si­ątych xviii wie­ku. W wi­ęk­szym stop­niu cho­dzi o coś, co roz­wi­ja­ło się po­wo­li w ci­ągu ko­lej­ne­go stu­le­cia: o po­wsta­nie pol­skie­go ru­chu na­ro­do­we­go i, w prak­ty­ce, stwo­rze­nie pol­skie­go na­ro­du.

Wie­le czy­tel­ni­czek i czy­tel­ni­ków może uznać za dzi­wacz­ne twier­dze­nie, że na­ród pol­ski na­ro­dził się po roz­bio­rach. Czyż nie jest rze­czą po­wszech­nie wia­do­mą, że hi­sto­ria Pol­ski za­czy­na się wraz z chrztem Miesz­ka w 966 roku? No cóż, tak, z X wie­ku po­cho­dzą naj­star­sze za­cho­wa­ne świa­dec­twa ist­nie­nia cze­goś z grub­sza przy­po­mi­na­jące­go pó­źniej­sze pa­ństwo pol­skie, wie­my też, że lud po­słu­gu­jący się pra­sło­wia­ńskim na­rze­czem, któ­re przy­po­mi­na­ło pó­źniej­szy język sta­ro­pol­ski, żył w tym miej­scu już od pew­ne­go cza­su. Na­wet jed­nak je­śli odło­ży­my na bok ana­chro­nicz­no­ść na­zy­wa­nia do­me­ny Miesz­ka "Pol­ską" i na­wet je­śli zi­gno­ru­je­my prze­sko­ki, ko­niecz­ne, by wy­ty­czyć pro­stą li­nię mi­ędzy świa­tem śre­dnio­wiecz­nym a epo­ką no­wo­żyt­ną (nie mó­wi­ąc już o cza­sach wspó­łcze­snych), wci­ąż po­zo­sta­je kwe­stia pod­sta­wo­wa: by­tem, któ­ry zo­stał znisz­czo­ny w 1795 roku, nie była Pol­ska, ale Rzecz­po­spo­li­ta szla­chec­ka, pa­ństwo pol­sko-li­tew­skie. Cho­dzi tu o coś wi­ęcej niż o ró­żni­cę w tech­nicz­nym na­zew­nic­twie. Pierw­sza Rzecz­po­spo­li­ta ma się do dzi­siej­szej Pol­ski tak jak my do au­stra­lo­pi­te­ków: bez wąt­pie­nia jest z nią zwi­ąza­na po­cho­dze­niem i kil­ko­ma wspól­ny­mi ce­cha­mi, za­ra­zem jed­nak jest ja­skra­wo od­mien­na pod ka­żdym istot­nym względem. Mamy skłon­no­ść do trak­to­wa­nia Rze­czy­po­spo­li­tej sprzed 1795 roku, jak gdy­by była za­le­d­wie wcze­śniej­szym wcie­le­niem po­nad­hi­sto­rycz­ne­go bytu zwa­ne­go "Pol­ską". Mó­wi­my na przy­kład, że w 1918 roku do­szło do "od­zy­ska­nia" nie­pod­le­gło­ści, a pa­ństwo, któ­re w wy­ni­ku tego po­wsta­ło, na­zy­wa­my Dru­gą Rze­cząpo­spo­li­tą. Na­wet za­wo­do­wi hi­sto­ry­cy za­po­mi­na­ją się cza­sem i mó­wią o "roz­bio­rach Pol­ski" za­miast (choć przy­zna­ję, że brzmi to go­rzej) o roz­bio­rach Rze­czy­po­spo­li­tej, pa­ństwa pol­sko-li­tew­skie­go. Gdy­by­śmy chcie­li być pre­cy­zyj­ni, po­wie­dzie­li­by­śmy, że Rzecz­po­spo­li­ta zo­sta­ła znisz­czo­na w 1795 roku, 123 lata pó­źniej zaś po­wsta­ło kil­ka no­wych pa­ństw - wśród nich Pol­ska. "Dru­ga Rzecz­po­spo­li­ta" od­wo­ły­wa­ła się do pa­mi­ęci i sym­bo­li­ki Pierw­szej, była jed­nak pa­ństwem zu­pe­łnie in­ne­go ro­dza­ju.

Żeby do­brze zro­zu­mieć ni­niej­szy wy­wód, po­win­ni­śmy zro­bić krok wstecz i za­sta­no­wić się nad zna­cze­niem sło­wa, któ­re bar­dzo często trak­tu­je­my jako coś oczy­wi­ste­go: na­ród. Nie ma jed­nej, za­wsze nie­za­wod­nej de­fi­ni­cji tego po­jęcia, po­nie­waż ró­żni lu­dzie w ró­żnych cza­sach i miej­scach ro­zu­mie­li je w od­mien­ny spo­sób. Czy wspól­no­tę na­ro­do­wą de­fi­niu­je wspól­ny język? Wspól­na re­li­gia? Dzie­dzic­two bio­lo­gicz­ne? Hi­sto­ria zwi­ąz­ków po­li­tycz­nych? Czy wspól­no­ta na­ro­do­wa może być we­wnętrz­nie zró­żni­co­wa­na i pod­le­gać nie­usta­jącym zmia­nom w mia­rę upły­wu cza­su, czy też wy­ma­ga kul­tu­ro­wej jed­no­rod­no­ści i ci­ągło­ści, przy­naj­mniej do pew­ne­go stop­nia? Czy wspól­no­ta na­ro­do­wa może ist­nieć bez pa­ństwa albo przy­naj­mniej bez ży­we­go ru­chu dążące­go do po­li­tycz­nej nie­pod­le­gło­ści? Wszyst­kie te kwe­stie były i są przed­mio­tem do­cie­kań, wszyst­kie jed­nak omi­ja­ją to, co naj­istot­niej­sze, po­nie­waż opie­ra­ją się na za­ło­że­niu, że na­ród jest ja­kąś rze­czą, któ­ra ist­nie­je gdzieś tam w re­al­nym świe­cie i cze­ka, aż zo­sta­nie do­strze­żo­na, opi­sa­na, zde­fi­nio­wa­na i wy­ja­śnio­na. Tak jed­nak nie jest. Po­dob­nie jak w przy­pad­ku in­nych głów­nych ha­seł na­sze­go po­li­tycz­ne­go słow­ni­ka (kla­sa, ka­sta, stan, rasa i tak da­lej), na­ród mo­żna naj­le­piej zro­zu­mieć, wy­obra­ża­jąc go so­bie jako skrzyn­kę, do któ­rej ró­żni lu­dzie nie­usta­jąco sta­ra­ją się wkła­dać ró­żne rze­czy, bez ko­ńca wal­cząc o to, co ma się w niej znaj­do­wać, jak po­win­no zo­stać uło­żo­ne oraz czy po­kryw­kę na­le­ży po­zo­sta­wić otwar­tą, czy za­mkni­ętą. Te pod­sta­wo­we po­jęcia za­wsze są przed­mio­tem walk i spo­rów: są re­to­rycz­ny­mi two­ra­mi, któ­rych lu­dzie uży­wa­ją, kie­dy chcą mó­wić o sile, przy­na­le­żno­ści, wła­dzy, dys­cy­pli­nie, wspól­no­cie czy za­an­ga­żo­wa­niu. Na­ród z pew­no­ścią ist­nie­je, ale tyl­ko tak, jak ist­nie­ją inne po­jęcia po­li­tycz­ne i spo­łecz­ne: jako na­rzędzia języ­ko­we, któ­rych lu­dzie uży­wa­ją, żeby nadać świa­tu zna­cze­nie, żeby świat zmie­niać i żeby świat kon­tro­lo­wać1.

1 Rzecz ja­sna, nie jest to ory­gi­nal­ny spo­sób opi­sy­wa­nia na­ro­du, w isto­cie od­zwier­cie­dla kon­sen­sus w śro­do­wi­sku na­uko­wym, bu­do­wa­ny od dzie­si­ęcio­le­ci. Omó­wie­nie ba­dań nad na­ro­da­mi i na­cjo­na­li­zmem mo­żna zna­le­źć w moim ar­ty­ku­le Po­dzwon­ne dla ba­dań nad na­cjo­na­li­zmem, [w:] Na­ród, to­żsa­mo­ść, kul­tu­ra. Mi­ędzy ko­niecz­no­ścią a wy­bo­rem, red. W. Bursz­ta, K. Ja­sku­łow­ski i J. No­wak, Sla­wi­stycz­ny Ośro­dek Wy­daw­ni­czy, War­sza­wa 2005, s. 79-89.

Co za tym idzie, "na­ród" - po­dob­nie jak inne ka­te­go­rie zwi­ąza­ne z to­żsa­mo­ścią - ni­g­dy nie jest czy­mś sta­tycz­nym. Mamy skłon­no­ść do wy­obra­ża­nia so­bie to­żsa­mo­ści jako ze­sta­wu cech, któ­re okre­śla­ją, kim je­ste­śmy, i de­ter­mi­nu­ją na­sze za­cho­wa­nia. W prak­ty­ce jed­nak ka­żde z nas ma bar­dzo wie­le to­żsa­mo­ści, któ­re przyj­mu­je­my i od­kła­da­my za­le­żnie od oko­licz­no­ści. Ży­dow­ski skle­pi­karz w Kra­ko­wie oko­ło 1900 roku, roz­ma­wia­jąc z sąsia­dem ka­to­li­kiem, praw­do­po­dob­nie jego na­zwa­łby "Po­la­kiem", a sie­bie - "Ży­dem". Gdy­by jed­nak ten sam skle­pi­karz udał się do Bu­da­pesz­tu od­wie­dzić ku­zy­na, od­kry­łby, że pod wie­lo­ma względa­mi jego pol­sko­ść od­ró­żnia go od węgier­skich krew­nych. Żeby rzecz jesz­cze bar­dziej skom­pli­ko­wać, nasz skle­pi­karz mia­łby za­pew­ne często do czy­nie­nia z wła­dza­mi miej­ski­mi, wo­bec któ­rych wy­stępo­wa­łby jako ku­piec, a jego in­te­re­sy i po­trze­by wcho­dzi­ły­by nie­kie­dy w kon­flikt z in­te­re­sa­mi i po­trze­ba­mi do­staw­ców oraz klien­tów, nie­za­le­żnie od ich języ­ka i wy­zna­nia. Po po­wro­cie do domu roz­sądza­łby spo­ry mi­ędzy dzie­ćmi, przy czym w tym mo­men­cie naj­wa­żniej­sza by­ła­by jego rola ojca. Jego kon­tak­ty z żoną kszta­łto­wa­ły­by się pod wpły­wem norm okre­śla­jących role płcio­we, bar­dzo po­dob­nych jak w przy­pad­ku jego nie­ży­dow­skich sąsia­dów. Dzia­ła­cze na­cjo­na­li­stycz­ni za­wsze chcie­li (i chcą na­dal) móc po­ukła­dać wszyst­kich w ele­ganc­kich, schlud­nych prze­gród­kach, w któ­rych ka­żda oso­ba otrzy­ma jed­ną i tyl­ko jed­ną do­mi­nu­jąca to­żsa­mo­ść, po­zo­sta­jącą nie­za­le­żnie od oko­licz­no­ści pod­sta­wo­wym na­rzędziem sa­mo­okre­śle­nia. Inne to­żsa­mo­ści, o ile ist­nie­ją, trak­to­wa­ne są jako wtór­ne wo­bec to­żsa­mo­ści na­ro­do­wej. Tyle że w praw­dzi­wym ży­ciu to tak nie dzia­ła. Na­le­ża­ło­by ra­czej po­wie­dzieć, że to­żsa­mo­ść jest czy­mś, co ro­bi­my, a nie czy­mś, czym je­ste­śmy. Żad­na po­je­dyn­cza to­żsa­mo­ść ani przez cały czas, ani na­wet przez wi­ęk­szo­ść cza­su nie opi­su­je tego, kim je­ste­śmy. Być może brzmi to jak ba­nał. Kie­dy jed­nak już rze­czy­wi­ście uwew­nętrz­ni­my na­szą wie­dzę o tym, że je­ste­śmy isto­ta­mi wie­lo­wy­mia­ro­wy­mi, nie­ustan­nie pod­le­ga­jący­mi zmia­nom, wów­czas cze­ka nas grun­tow­na re­wi­zja spo­so­bu, w jaki opo­wia­da­my so­bie o prze­szło­ści.

Po­dob­nie jak wszel­kie tego ro­dza­ju na­rzędzia (i chwy­ty) re­to­rycz­ne, po­jęcie na­ro­du po­zo­sta­je uży­tecz­ne tyl­ko do­pó­ty, do­pó­ki po­tra­fisz prze­ko­nać in­nych, by uży­wa­li go mniej wi­ęcej w ten sam spo­sób. Mo­żesz swo­bod­nie twier­dzić, że na­le­żysz do na­ro­du dran­di­bia­ńskie­go - mo­żesz na­wet twier­dzić, że ja też do nie­go na­le­żę - o ile jed­nak nie prze­ko­nasz mnie, że Dran­di­bia ist­nie­je, a ta­kże że za­słu­gu­je na moją uwa­gę na tyle, że­bym uznał moje wo­bec niej zo­bo­wi­ąza­nia, po­zo­sta­niesz eks­cen­try­kiem. Po­dob­nie rzecz się mia­ła pod ko­niec xviii wie­ku: wie­lu lu­dzi uwa­ża­ło wów­czas, że gi­nąca Rzecz­po­spo­li­ta, pa­ństwo zre­for­mo­wa­ne przez Kon­sty­tu­cję 3 maja, pa­ństwo Sej­mu Wiel­kie­go i zło­tej wol­no­ści jest czy­mś wi­ęcej niż tyl­ko wspól­no­tą po­li­tycz­ną, czy­mś wi­ęcej niż je­dy­nie re­pre­zen­tant­ką in­te­re­sów szlach­ty. Twier­dzi­li, że ist­nie­je na­ród, na któ­rym wspie­ra się owa Rzecz­po­spo­li­ta (i vice ver­sa), z cze­go z ko­lei mia­ło wy­ni­kać, że pa­ństwo po­win­no słu­żyć in­te­re­som na­ro­do­wym. Jako że eli­ty Rze­czy­po­spo­li­tej mó­wi­ły po pol­sku i jako że Kró­le­stwo Pol­skie było w Rze­czy­po­spo­li­tej skład­ni­kiem sil­niej­szym, rzecz­ni­cy idei na­ro­do­wej na­zwa­li obiekt swo­jej czci "Pol­ską". Nie było jed­nak by­naj­mniej prze­sądzo­ne i pew­ne, że ta idea się upo­wszech­ni. W rze­czy­wi­sto­ści pierw­si rzecz­ni­cy spra­wy na­ro­do­wej mie­li do po­ko­na­nia po­wa­żne prze­szko­dy. Osta­tecz­nie, po pra­wie stu la­tach ci­ężkiej pra­cy ide­olo­gicz­nej, mi­sjo­na­rzom na­ro­do­we­go świa­to­po­glądu uda­ło się prze­ko­nać wi­ęk­szo­ść (choć by­naj­mniej nie wszyst­kich) lu­dzi w oko­li­cach do­rze­cza Wi­sły, że są Po­la­ka­mi, że pol­sko­ść jest ka­te­go­rią po­li­tycz­ną i że Pol­ska jest czy­mś, o co wszy­scy po­win­ni dbać.

Na wie­ść o tym, że wład­cy z dy­na­stii Ro­ma­no­wów, Ho­hen­zol­ler­nów i Habs­bur­gów po­kro­ili na ka­wa­łki pierw­szą Rzecz­po­spo­li­tą, w ka­wiar­niach, sa­lo­nach i ga­bi­ne­tach dy­plo­ma­tów w ca­łej Eu­ro­pie za­wrza­ło. Był to bar­dzo po­wa­żny wy­pa­dek, na­wet je­śli (jak to już zo­sta­ło po­wie­dzia­ne wcze­śniej) nie­po­zba­wio­ny pre­ce­den­sów. Po­nie­waż to, co wie­my o prze­szło­ści, na ogół od­zwier­cie­dla per­spek­ty­wę wła­śnie tych lu­dzi, któ­rzy od­wie­dza­ją ka­wiar­nie, sa­lo­ny i ga­bi­ne­ty dy­plo­ma­tów, mo­że­my so­bie wy­ba­czyć, że prze­oczy­li­śmy pod­sta­wo­wy fakt: dla zde­cy­do­wa­nej wi­ęk­szo­ści Eu­ro­pej­czy­ków ży­jących w 1795 roku (w tym ta­kże dla zna­czące­go od­set­ka po­pu­la­cji za­miesz­ku­jącej samą Rzecz­po­spo­li­tą szla­chec­ką) do roz­bio­rów mo­gło­by rów­nie do­brze do­jść na Ksi­ęży­cu. Po­li­ty­ka nie na­le­ża­ła do spraw, któ­ry­mi "zwy­kli" lu­dzie za­zwy­czaj mu­sie­li się zaj­mo­wać, zwłasz­cza w tych częściach Eu­ro­py, w któ­rych na­dal ist­nia­ło pod­da­ństwo.

Tak więc nie było żad­ne­go na­tu­ral­ne­go po­wo­du, dla któ­re­go Rzecz­po­spo­li­ta nie mia­ła­by sko­ńczyć tak samo jak inne wspól­no­ty po­li­tycz­ne, któ­re w toku dzie­jów Eu­ro­py znik­nęły lub zo­sta­ły po­chło­ni­ęte przez sąsia­dów. Sta­ło się jed­nak ina­czej: nie umiesz­cza­my Pol­ski w tej sa­mej ka­te­go­rii co Sak­so­nię, Nor­thum­ber­land czy Ma­zow­sze. Ka­żde z nich jest dziś uzna­wa­ne za re­gion w ob­rębie pa­ństwa na­ro­do­we­go, nie zaś za od­ręb­ne pa­ństwo na­ro­do­we. Dla­cze­go? By­naj­mniej nie dla­te­go, że spo­łe­cze­ństwa Pol­ski i Li­twy były w 1795 roku po­wi­ąza­ne wspól­nym języ­kiem i kul­tu­rą. Na­wet je­śli człon­ków sta­nu szla­chec­kie­go łączy­ła po­dob­na kul­tu­ra, nie­za­le­żnie od tego, czy po­cho­dzi­li z Wiel­ko­pol­ski, Po­do­la czy Wi­le­ńsz­czy­zny, pod tą wąską war­stwą jed­no­rod­nej kul­tu­ry kry­ło się bo­gac­two kul­tu­ro­wej, re­li­gij­nej i języ­ko­wej ró­żno­rod­no­ści. Otóż klu­czo­wym po­wo­dem, dla któ­re­go Rzecz­po­spo­li­ta Oboj­ga Na­ro­dów mia­ła szan­sę na ży­cie po ży­ciu, był przede wszyst­kim przy­pa­dek, któ­ry spra­wił, że zgi­nęła w tym, a nie w in­nym mo­men­cie. Rzecz­po­spo­li­ta umie­ra­ła do­kład­nie w cza­sie, gdy po­jęcie na­ro­du na­bie­ra­ło zna­cze­nia - w samą porę, żeby mo­żna ją było opła­ki­wać w taki spo­sób, w jaki nie opła­ki­wa­no daw­nych kró­lestw i ksi­ęstw. Para słów: "lud" i "na­ród" po­ja­wia­ła się co­raz częściej w pu­blicz­nej re­to­ry­ce przez pra­wie cały wiek xviii, by osi­ągnąć szczyt w re­wo­lu­cyj­nej fali, któ­ra wznio­sła się w 1776 roku w Ame­ry­ce, w 1789 we Fran­cji i w 1791 w Rze­czy­po­spo­li­tej Oboj­ga Na­ro­dów. Kon­sty­tu­cję 3 maja uznać mo­żna za tekst za­ło­ży­ciel­ski ca­łko­wi­cie no­we­go pol­skie­go pa­ństwa na­ro­do­we­go, już w pierw­szych sło­wach po­wo­łu­jący Pol­skę do ży­cia: "W imię Boga w trój­cy świ­ętej je­dy­ne­go. Sta­ni­sław Au­gust, z bo­żej ła­ski i woli Na­ro­du król Pol­ski [...], wraz z sta­na­mi skon­fe­de­ro­wa­ny­mi w licz­bie po­dwój­nej Na­ród Pol­ski re­pre­zen­tu­jący­mi"2. Nie był to praw­ny czy fi­lo­zo­ficz­ny mo­del Rzecz­po­spo­li­tej szla­chec­kiej, lecz praw­na rama pol­skie­go pa­ństwa na­ro­do­we­go, któ­re jesz­cze nie ist­nia­ło.

2 Ory­gi­nał Kon­sty­tu­cji 3 maja zo­stał zdi­gi­ta­li­zo­wa­ny przez Ar­chi­wum Akt Daw­nych i jest do­stęp­ny na: http://agad.gov.pl/?pa­ge­_id=1675. Pod­kre­śle­nie au­to­ra.

Do tej pory bo­wiem zde­cy­do­wa­na wi­ęk­szo­ść lu­dzi miesz­ka­jących w ob­rębie Rze­czy­po­spo­li­tej (poza szlach­tą) nie iden­ty­fi­ko­wa­ła się z pa­ństwem ani w ta­kim sen­sie, żeby uwa­żać je za "swo­je", ani na­wet w ta­kim, żeby ra­do­wać się z jego zwy­ci­ęstw czy roz­pa­czać nad klęska­mi. W Rze­czy­po­spo­li­tej, przez znacz­ną część jej dzie­jów, to­żsa­mo­ści kul­tu­ro­we, spo­łecz­ne i oso­bi­ste dzia­ła­ły w jed­nej sfe­rze, a zo­bo­wi­ąza­nia po­li­tycz­ne - w in­nej (znów: z wy­jąt­kiem szlach­ty). Dzia­ło się tak nie tyl­ko dla­te­go, że pa­ństwo mia­ło sztyw­ną, hie­rar­chicz­ną struk­tu­rę spo­łecz­ną: by być bar­dziej pre­cy­zyj­nym, było to spo­łe­cze­ństwo zło­żo­ne z sa­mo­dziel­nych ca­ło­stek, z któ­rych ka­żda funk­cjo­no­wa­ła we­dług wła­snych za­sad, za­cho­wy­wa­ła wła­sne zwy­cza­je i sta­ra­ła się bro­nić wła­snych in­te­re­sów. Wi­ęk­szo­ść lu­dzi wie, że Ży­dzi miesz­ka­jący w Rze­czy­po­spo­li­tej mie­li pra­wo za­rządza­nia spra­wa­mi swo­jej wspól­no­ty i two­rze­nia od­ręb­nych in­sty­tu­cji, często jed­nak za­po­mi­na się, że we­dług tego mo­de­lu dzia­ła­ło w tym cza­sie całe spo­łe­cze­ństwo. Była to re­spu­bli­ca, w któ­rej nic nie było pu­bli­cum, do tego stop­nia, że ape­le o przed­kła­da­nie "do­bra wspól­ne­go" nad "in­te­re­sy lo­kal­ne" w za­sa­dzie nie mia­ły sen­su. Żeby mo­gło za­ist­nieć ja­kieś wspól­ne do­bro, trze­ba naj­pierw wy­obra­zić so­bie ist­nie­nie ja­kie­jś kon­kret­nej wspól­no­ty.

Za­kła­da­my często, że sejm Rze­czy­po­spo­li­tej re­pre­zen­to­wał na­ród, ta­kie my­śle­nie jest jed­nak ana­chro­nicz­ne. Owa tak wy­sła­wia­na in­sty­tu­cja z jej "zło­tą wol­no­ścią" nie była wła­dzą pra­wo­daw­czą we wspó­łcze­snym zna­cze­niu tego po­jęcia - była gru­po­wą re­pre­zen­ta­cją szlach­ty, a za­ra­zem or­ga­nem naj­wy­ższej wła­dzy. W Rze­czy­po­spo­li­tej sejm i sej­mi­ki ziem­skie (lo­kal­ne) na­le­ża­ły do szlach­ty, miesz­cza­nie mie­li rady miej­skie, Ży­dzi - gmi­ny, za­rządza­ne przez ka­ha­ły (a na po­zio­mie Rze­czy­po­spo­li­tej - Wa'ad, tak zwa­ny Sejm Czte­rech Ziem), du­cho­wie­ństwo mia­ło ku­rie bi­sku­pie i sądy ko­ściel­ne, na­wet chło­pi na mocy pra­wa zwy­cza­jo­we­go za­rządza­li wie­lo­ma lo­kal­ny­mi spra­wa­mi. Sejm Rze­czy­po­spo­li­tej szla­chec­kiej przed­sta­wia się często jako po­przed­ni­ka no­wo­cze­snych in­sty­tu­cji par­la­men­tar­nych i cho­ciaż z punk­tu wi­dze­nia ge­ne­alo­gii jest to w pew­nym sen­sie praw­da, za­ra­zem jed­nak jest to moc­no my­lące. Dzie­ja­mi sej­mu nie kie­ru­je żad­na we­wnętrz­na lo­gi­ka - nie ma jej zresz­tą ta­kże w pol­skiej hi­sto­rii po­li­tycz­nej - któ­ra wy­mu­sza­ła­by roz­sze­rza­nie praw wy­bor­czych na ko­lej­ne gru­py lu­dzi i we­jście na dro­gę wio­dącą ku no­wo­cze­snej de­mo­kra­cji. Wprost prze­ciw­nie, je­śli przyj­rzy­my się hi­sto­rii pol­skie­go ustro­ju i po­rów­na­my ją z hi­sto­ria­mi in­nych re­pu­blik, od sta­ro­żyt­nej Gre­cji po przed­wo­jen­ną Ame­ry­kę, do­trze do nas o wie­le bar­dziej nie­po­ko­jący fakt: swo­bo­dy nie­licz­nych zo­sta­ły wpro­wa­dzo­ne (przy­naj­mniej po części) po to, by ogra­ni­czyć swo­bo­dy wi­ęk­szo­ści.

Pod­da­ństwo nie jest do­kład­nie tym sa­mym co nie­wol­nic­two, ale chło­pi bez wąt­pie­nia nie byli lu­dźmi wol­ny­mi: pod­da­ństwo po­zba­wi­ło ich swo­bód oby­wa­tel­skich i praw­nych, pa­ńsz­czy­zna przy­wi­ąza­ła do ma­jąt­ków szla­chec­kich, w któ­rych miesz­ka­li, i fol­war­ków, któ­rych zie­mię zmu­sze­ni byli upra­wiać. Znacz­ną część (jeś­li nie wi­ęk­szo­ść) pra­cy wy­ko­ny­wa­li na rzecz pana. W od­nie­sie­niu do okre­su sprzed oświe­ce­nia (kie­dy in­te­lek­tu­ali­ści i po­li­ty­cy za­częli wpro­wa­dzać swo­je ra­dy­kal­ne no­win­ki) mó­wie­nie o "na­ro­dzie pol­skim", któ­ry obej­mo­wa­łby za­rów­no pa­nów ziem­skich, jak i chło­pów, by­ło­by po­zba­wio­ne sen­su; w rze­czy­wi­sto­ści w tym okre­sie nie­któ­rzy uży­wa­li na­wet sfor­mu­ło­wa­nia "na­ród szla­chec­ki", dla okre­śle­nia od­ręb­nej gru­py wła­da­jącej "na­ro­dem ple­bej­skim". Chło­pi byli pod­da­ny­mi Rze­czy­po­spo­li­tej, szlach­ci­ce - jej oby­wa­te­la­mi. Aż do po­cząt­ków xx wie­ku sło­wa "oby­wa­tel" i "szlach­cic" były ca­łko­wi­ty­mi sy­no­ni­ma­mi.

Na­wet uży­cie sło­wa "pod­da­ny" w zna­cze­niu pod­da­ne­go Rze­czy­po­spo­li­tej jest w tym wy­pad­ku pew­ną prze­sa­dą, su­ge­ru­je bo­wiem, że chło­pi pod­le­ga­li pra­wom pa­ństwo­wym i że pra­wa te od­no­si­ły się do wszyst­kich w gra­ni­cach Rze­czy­po­spo­li­tej. Tak jed­nak nie było, a to dzi­ęki przy­wi­le­jom, któ­re szlach­ta zy­ska­ła w xv i xvi wie­ku. Sys­tem praw­ny Rze­czy­po­spo­li­tej opie­rał się na przy­wi­le­jach (sło­wo to po­cho­dzi od ła­ci­ńskie­go pri­vi­le­gium, któ­re po­wsta­ło z po­łącze­nia słów pri­vus - 'oso­bi­ste' i lex - 'pra­wo') w wi­ęk­szym stop­niu niż na pra­wach, a pod­sta­wo­we sta­tu­ty, ta­kie jak przy­wi­lej czer­wi­ński (któ­ry w 1422 roku wpro­wa­dził za­kaz ka­ra­nia - a ści­ślej, za­kaz kon­fi­sko­wa­nia ma­jąt­ków - bez wy­ro­ku sądo­we­go) czy przy­wi­le­je nie­szaw­skie (1454, żad­nych po­dat­ków bez przed­sta­wi­ciel­stwa) od po­cząt­ku po­my­śla­ne zo­sta­ły tak, że mia­ły do­ty­czyć je­dy­nie szlach­ty. Wi­ęcej na­wet: nie­któ­re przy­wi­le­je wpro­wa­dzo­no do­kład­nie po to, żeby szlach­ta mo­gła utrzy­mać kon­tro­lę nad chło­pa­mi, wol­ną od ja­kiej­kol­wiek in­ge­ren­cji cen­tral­nej wła­dzy kró­lew­skiej. Wol­no­ść sta­nu szla­chec­kie­go umo­żli­wi­ła pod­po­rząd­ko­wa­nie chło­pów i ze­pchni­ęcie ich w pod­da­ństwo. Zwie­ńcze­niem "zło­tej wol­no­ści" było po­twier­dze­nie w 1505 roku za­sa­dy ni­hil novi nisi com­mu­ne con­sen­su (nic no­we­go bez po­wszech­nej zgo­dy), czy też, mó­wi­ąc bar­dziej ko­lo­kwial­nie, nic o nas bez nas. "My" w tym ha­śle by­naj­mniej nie ozna­cza­ło ogó­łu lud­no­ści - od­no­si­ło się wy­łącz­nie do szlach­ty: in­ny­mi sło­wy, tak zwa­na kon­sty­tu­cja ra­dom­ska nie była pra­wem po­wszech­nym, lecz je­dy­nie po­twier­dza­ła przy­wi­le­je do­brze uro­dzo­nych. Co do­kład­nie szlach­ta chro­ni­ła, uchwa­la­jąc tę za­sa­dę? Na prze­ło­mie xv i xvi wie­ku ko­lej­ne przy­wi­le­je kró­lew­skie i ko­lej­ne kon­sty­tu­cje sej­mo­we prak­tycz­nie unie­mo­żli­wi­ły chło­pom zmia­nę miej­sca za­miesz­ka­nia bez zgo­dy pana ziem­skie­go, a mo­nar­chia wy­rze­kła się wszel­kiej wła­dzy nad tym, w jaki spo­sób pa­no­wie trak­to­wa­li swo­ich chło­pów. To ozna­cza­ło, że chło­pi nie mo­gli się już nad gło­wa­mi swo­ich pa­nów od­wo­ły­wać do sądów kró­lew­skich, a szlach­ta zy­ska­ła swo­bo­dę za­rządza­nia ma­jąt­ka­mi tak, jak to uwa­ża­ła za sto­sow­ne. Wol­no­ść szlach­ty zo­sta­ła za­tem nie­ro­ze­rwal­nie sple­cio­na z utra­tą wol­no­ści przez chło­pów. Nie trze­ba być mark­si­stą, by przy­znać, że nada­nie swo­bód sil­nym za­wsze wi­ąże się z ode­bra­niem ich sła­bym - już Ary­sto­te­les, pró­bu­jąc uspra­wie­dli­wić ist­nie­nie nie­wol­nic­twa, uznał je za ko­niecz­ny wa­ru­nek wstęp­ny sztu­ki, kul­tu­ry i po­li­ty­ki3.

3 Ary­sto­te­les, Po­li­ty­ka, 1, 1253b (wy­da­nie pol­skie w prze­kła­dzie Lu­dwi­ka Pio­tro­wi­cza, pwn, War­sza­wa 2006).

Nie ist­nia­ła żad­na oczy­wi­sta ani na­wet praw­do­po­dob­na ście­żka pro­wa­dząca od "Zło­tej Wol­no­ści" do po­wszech­nych swo­bód oby­wa­tel­skich gło­szo­nych przez osiem­na­sto­wiecz­nych re­wo­lu­cjo­ni­stów. W rze­czy­wi­sto­ści trze­ba było roz­wi­ązać fun­da­men­tal­ne sprzecz­no­ści tej pierw­szej, by móc w ogó­le wy­obra­zić so­bie te dru­gie. Nie­któ­rzy my­śli­cie­le epo­ki oświe­ce­nia do­ko­na­li tego sko­ku, re­in­ter­pre­tu­jąc prze­szło­ść Pol­ski tak, by roz­ci­ągnąć po­jęcie wol­no­ści na wszyst­kich i pod­wa­żyć całą struk­tu­rę pod­da­ństwa i pa­ńsz­czy­zny. O wie­le licz­niej­si byli jed­nak ci przed­sta­wi­cie­le szlach­ty, któ­rzy nie prze­sta­wa­li twier­dzić, że wol­no­ść "oby­wa­te­li" za­sa­dza się na po­li­tycz­nej hie­rar­chii: pra­ca osób po­zba­wio­nych wol­no­ści utrzy­my­wa­ła wąską gru­pę tych, któ­rzy an­ga­żo­wa­li się w po­li­ty­kę. Po­dob­nie jak wła­ści­cie­le ziem­scy na po­łud­niu Sta­nów Zjed­no­czo­nych, pol­scy pa­no­wie lu­bi­li cy­to­wać grec­kie i (zwłasz­cza) rzym­skie źró­dła wy­chwa­la­jące cno­ty ustro­ju re­pu­bli­ka­ńskie­go - to nie przy­pa­dek, że ten mo­del re­pu­bli­ka­ni­zmu zo­stał wy­pra­co­wa­ny przez spo­łe­cze­ństwa wy­ko­rzy­stu­jące pra­cę nie­wol­ni­czą. Spra­wa wol­no­ści nie była by­naj­mniej tak oczy­wi­sta, jak mo­gło­by się wy­da­wać. Mo­żna zro­zu­mieć, cze­mu chłop w Rze­czy­po­spo­li­tej szla­chec­kiej ra­czej nie opła­ki­wał roz­bio­rów: chło­pi ży­jący w pod­da­ństwie nie tyl­ko byli w Rze­czy­po­spo­li­tej po­zba­wie­ni ja­kiej­kol­wiek wła­dzy, ich wy­klu­cze­nie było wręcz pod­sta­wą po­rząd­ku po­li­tycz­ne­go. Rzecz ja­sna, mo­car­stwa, któ­re do­ko­na­ły roz­bio­rów, nie­ko­niecz­nie były lep­sze, nikt za­tem nie za­mie­rza wy­chwa­lać upad­ku Rze­czy­po­spo­li­tej jako for­my wy­zwo­le­nia. Wi­ęk­szo­ści chło­pów w tym cza­sie cała zmia­na - jak się zda­je - była po pro­stu obo­jęt­na.

Co po­wie­dziaw­szy, wy­pa­da z ko­lei pod­kre­ślić, że pa­ństwo znisz­czo­ne w 1795 roku nie było już Rze­cząpo­spo­li­tą opar­tą na za­sa­dzie ni­hil novi, a to za spra­wą ru­chu, któ­re­go naj­wi­ęk­sze osi­ągni­ęcie sta­no­wi­ła Kon­sty­tu­cja 3 maja - akt za­ło­ży­ciel­ski Pol­ski ca­łkiem in­ne­go ro­dza­ju, ta­kiej, w któ­rej Sejm zo­stał po­my­śla­ny w zu­pe­łnie od­mien­ny spo­sób: jako przed­sta­wi­ciel­stwo ró­żnych warstw spo­łecz­nych, a nie je­dy­nie szlach­ty. In­su­rek­cja ko­ściusz­kow­ska po­szła na­wet da­lej, obie­cu­jąc w Uni­wer­sa­le po­ła­niec­kim z 1794 roku wol­no­ść oso­bi­stą i ochro­nę praw­ną. Do­pro­wa­dzi­ło to do dzi­wacz­ne­go zbie­gu hi­sto­rycz­nych oko­licz­no­ści: w tym sa­mym cza­sie, w któ­rym nisz­czo­no Rzecz­po­spo­li­tą Oboj­ga Na­ro­dów, ruch re­wo­lu­cyj­ny prze­pro­wa­dzał pro­ces two­rze­nia na­ro­du pol­skie­go, przy­naj­mniej na po­zio­mie de­kla­ra­cji wi­ążąc in­te­re­sy ca­łej po­pu­la­cji kra­ju z in­sty­tu­cja­mi pa­ństwa. Bez tego re­wo­lu­cyj­ne­go bo­dźca ruch na rzecz od­zy­ska­nia przez Pol­skę nie­pod­le­gło­ści ogra­ni­cza­łby się za­le­d­wie do wy­cin­ka spo­łe­cze­ństwa.

Re­wo­lu­cyj­na iskra mia­ła za­sad­ni­cze zna­cze­nie, po­zo­sta­ła jed­nak tyl­ko iskrą. Mó­wi­ąc żar­go­nem nauk spo­łecz­nych, sta­no­wi­ła wa­ru­nek ko­niecz­ny, ale nie­wy­star­cza­jący. Na­wet zbieg dwóch tak wa­żnych zda­rzeń jak Kon­sty­tu­cja 3 maja i Uni­wer­sał po­ła­niec­ki miał w owym cza­sie je­dy­nie sym­bo­licz­ną wagę, po­nie­waż roz­bio­ry spra­wi­ły, że oby­dwa do­ku­men­ty po­zo­sta­ły mar­twą li­te­rą. Prze­kszta­łce­nie re­to­ry­ki lat dzie­wi­ęćdzie­si­ątych xviii wie­ku w rze­czy­wi­sto­ść pol­skiej wspól­no­ty na­ro­do­wej wy­ma­ga­ło o wie­le wi­ęcej pra­cy, i to pro­wa­dzo­nej przez całe stu­le­cie. Z cza­sem co­raz wi­ęcej dzia­ła­czy na­ro­do­wych zda­wa­ło so­bie spra­wę, że je­dy­na dro­ga do od­zy­ska­nia nie­pod­le­gło­ści musi za­kła­dać przy­ci­ągni­ęcie do wspól­nej spra­wy chło­pów. Hi­sto­ry­cy pi­szą o nie­ko­ńczącej się dys­ku­sji mi­ędzy dwo­ma obo­za­mi, od po­ło­wy xix wie­ku okre­śla­ny­mi jako "Bia­li" (ci, któ­rzy chcie­li za­cho­wać ist­nie­jącą hie­rar­chię spo­łecz­ną, ewen­tu­al­nie wpro­wa­dza­jąc kil­ka ostro­żnych re­form) i "Czer­wo­ni" (prze­ko­na­ni, że je­dy­nie re­wo­lu­cja spo­łecz­na mo­gła­by włączyć chło­pów do wspól­no­ty oby­wa­tel­skiej). Uj­mo­wa­nie pro­ble­mu w ten spo­sób spra­wia jed­nak, że umy­ka nam cała jego głębia. Cho­dzi­ło nie tyl­ko o prze­ko­na­nie chło­pów do wal­ki o nie­pod­le­gło­ść, nie wy­star­czy­ło też sze­rze­nie wśród nich wie­dzy o tym, że są Po­la­ka­mi. Przed­si­ęw­zi­ęcie było o wie­le po­wa­żniej­sze: za­kła­da­ło prze­kszta­łce­nie sil­nie po­dzie­lo­ne­go spo­łe­cze­ństwa re­pu­bli­ka­ńskie­go w spo­łe­cze­ństwo na­ro­do­we. Opi­sy­wa­nie tego pro­ce­su jako pro­ce­su "prze­bu­dze­nia" na­ro­do­we­go lub bu­dze­nia "świa­do­mo­ści" na­ro­do­wej su­ge­ru­je, że na­ród już ist­niał i że trze­ba było je­dy­nie na­uczyć chło­pów pol­sko­ści, któ­rą no­si­li w ser­cach. W rze­czy­wi­sto­ści dzia­ła­cze na­ro­do­wi mu­sie­li do­pie­ro stwo­rzyć pol­ski na­ród i prze­ko­nać chło­pów, by we­szli w jego skład. Po­jęcie na­ro­du (jako okre­śle­nie wspól­no­ty po­li­tycz­nej szer­sze niż wspól­no­ta jed­ne­go sta­nu) po­wsta­ło w xviii wie­ku. Stwo­rze­nie sa­me­go na­ro­du wy­ma­ga­ło wi­ęcej cza­su i pra­cy.

Pro­blem w tym, że im bar­dziej ra­dy­kal­ny sta­wał się pol­ski pa­trio­tyzm, tym mniej po­pu­lar­ny był wśród swo­jej pier­wot­nej bazy, czy­li wśród szlach­ty. Wi­ęk­szo­ść człon­ków tego sta­nu pra­gnęła od­two­rze­nia pa­ństwa i chcia­ła od­zy­skać utra­co­ną po­zy­cję oby­wa­te­li Rze­czy­po­spo­li­tej. W scen­tra­li­zo­wa­nych mo­nar­chiach ro­syj­skiej, pru­skiej i au­striac­kiej szlach­ta utra­ci­ła znacz­ną część wła­dzy po­li­tycz­nej. Nie utra­ci­ła jed­nak wła­dzy eko­no­micz­nej i w wi­ęk­szo­ści nie chcia­ła zre­zy­gno­wać z tego ostat­nie­go ele­men­tu daw­nej po­zy­cji. Szlach­ta mu­sia­ła się za­tem zmie­rzyć z trud­nym pro­ble­mem: za­ak­cep­to­wać ra­dy­kal­ną eman­cy­pa­cję po to, by zdo­być chło­pów dla (ca­łko­wi­cie prze­for­mu­ło­wa­nej) spra­wy na­ro­do­wej lub za­cho­wać wła­dzę i po­zy­cję w ra­mach pa­ństw ro­syj­skie­go, pru­skie­go i au­striac­kie­go. Ró­żni człon­ko­wie sta­nu szla­chec­kie­go po­dej­mo­wa­li w ró­żnym cza­sie ró­żne de­cy­zje, w żad­nym przy­pad­ku jed­nak wy­bór nie był ła­twy. Mó­wi­ąc naj­ogól­niej (i po­mi­ja­jąc wie­le zna­czących wy­jąt­ków): ruch na­ro­do­wy był w znacz­nej części dzie­łem drob­niej­szej szlach­ty - tych, któ­rzy czu­li się wy­star­cza­jąco bli­sko zwi­ąza­ni z daw­ną Rze­cząpo­spo­li­tą, by pra­gnąć jej od­bu­do­wy, ale za­ra­zem mie­li o wie­le mniej do stra­ce­nia w ra­zie zmia­ny eko­no­micz­ne­go sta­tus quo.

Sy­tu­ację do­dat­ko­wo kom­pli­ko­wał fakt, że po­jęcie "su­we­ren­no­ści" czy "nie­pod­le­gło­ści" oka­za­ło się zde­cy­do­wa­nie nie­ja­sne. Ła­two było po­wie­dzieć, że utra­ta nie­pod­le­gło­ści jest zła, jed­nak wła­ści­wie dla­cze­go? Często okres 1795-1918 na­zy­wa się okre­sem nie­wo­li, ale co tak na­praw­dę dla lu­dzi tam­tych cza­sów ozna­cza­ło ży­cie w świe­cie, w któ­rym Pol­ska po­zba­wio­na jest nie­pod­le­gło­ści? Czy ozna­cza­ło to utra­tę kon­tro­li nad bie­giem wła­sne­go jed­nost­ko­we­go ży­cia? Ko­niecz­no­ść uży­wa­nia ob­ce­go języ­ka w kon­tak­tach z in­sty­tu­cja­mi pa­ństwo­wy­mi? A może ramy praw­ne kie­ru­jące re­la­cja­mi spo­łecz­ny­mi ule­gły za­sad­ni­czej zmia­nie? W rze­czy­wi­sto­ści żad­na z po­wy­ższych kwe­stii nie do­ty­ka ani w ca­ło­ści, ani na­wet w znacz­nej części tego, co istot­ne dla xix stu­le­cia. Dla prze­wa­ża­jącej części lu­dzi za­miesz­ku­jących zie­mie daw­nej Rze­czy­po­spo­li­tej zmia­ny, któ­re wpły­nęły na ich ży­cie w ko­lej­nych dzie­si­ęcio­le­ciach po roz­bio­rach, mia­ły nie­wie­le wspól­ne­go z obec­no­ścią lub bra­kiem pol­skie­go pa­ństwa. Wła­śnie dla­te­go tak trud­no było prze­ko­ny­wać miesz­ka­ńców tych ziem, że ist­nie­je coś, co mo­żna na­zwać "na­ro­dem pol­skim", i że nie­pod­le­gło­ść tego na­ro­du jest spra­wą wiel­kiej wagi.

Religijne zróżnicowanie Rzeczypospolitej Obojga Narodów w xviii wie­ku

Za­ak­cep­to­wa­nie okre­śle­nia "pol­ski" było nie­ła­twe na­wet dla pol­sko­języcz­nych chło­pów - a dla tych, któ­rzy mó­wi­li in­ny­mi języ­ka­mi, było to jesz­cze trud­niej­sze. Dziś uzna­je­my za rzecz oczy­wi­stą, że oso­ba mó­wi­ąca po ukra­ińsku jest Ukra­in­ką lub Ukra­ińcem, ktoś, kto mówi po bia­ło­ru­sku, jest Bia­ło­ru­sin­ką lub Bia­ło­ru­si­nem, a ktoś, kto mówi po li­tew­sku - Li­twi­nem lub Li­twin­ką. Nie­słusz­nie. Przez znacz­ną część xix stu­le­cia re­gion, któ­ry na­zy­wa­my dziś Ukra­iną, ro­syj­scy kar­to­gra­fo­wie opi­sy­wa­li jako Małą Ro­sję (Ma­ło­ruś, Ma­ło­ros­si­ja), pod­czas gdy ich pol­scy od­po­wied­ni­cy i wi­ęk­szo­ść miej­sco­wych pre­fe­ro­wa­li ter­min "Ruś". "Ukra­ina" była na­zwą uży­wa­ną przez nie­któ­rych kar­to­gra­fów w śre­dnio­wie­czu, pó­źniej jed­nak po­ja­wia­ła się rzad­ko. Przez kil­ka stu­le­ci ob­szar ten sta­no­wił część Pol­ski, do­pó­ki w xvii wie­ku Ro­sja nie za­jęła jego wschod­niej części. W xix wie­ku nie­mal całe te­ry­to­rium dzi­siej­szej Ukra­iny zna­la­zło się w Ce­sar­stwie Ro­syj­skim, nie li­cząc części za­chod­niej, któ­ra przy­pa­dła Au­strii. W epo­ce przed­no­wo­cze­snej sa­mo­iden­ty­fi­ka­cja chło­pów miesz­ka­jących na tym ob­sza­rze, po pro­stu nie mia­ła zna­cze­nia. Byli chło­pa­mi i tyl­ko to się li­czy­ło.

Rzecz­po­spo­li­tą Oboj­ga Na­ro­dów przed­sta­wia się nie­kie­dy jako spo­koj­ną przy­stań to­le­ran­cji et­nicz­nej i po­ko­jo­we­go wspó­łży­cia; choć ob­raz taki nie jest ca­łkiem fa­łszy­wy, może być my­lący. Nie zna­my do­kład­nych liczb, sza­cu­je się jed­nak, że w kra­ju znisz­czo­nym przez roz­bio­ry oko­ło po­ło­wy po­pu­la­cji sta­no­wi­li rzym­scy ka­to­li­cy, jed­ną trze­cią - gre­ko­ka­to­li­cy (tak zwa­ni uni­ci). Oko­ło 7 pro­cent po­pu­la­cji sta­no­wi­li wy­znaw­cy ju­da­izmu, po 5 pro­cent - pro­te­stan­ci i pra­wo­sław­ni.

Ka­to­li­cy w wi­ęk­szo­ści mó­wi­li po pol­sku lub po li­tew­sku, uni­ci naj­częściej po ukra­ińsku, pra­wo­sław­ni - po ro­syj­sku lub bia­ło­ru­sku, pro­te­stan­ci na ogół po nie­miec­ku, a wy­znaw­cy ju­da­izmu w języ­ku zna­nym pó­źniej jako ji­dysz. Mimo to by­ło­by po­wa­żnym nie­po­ro­zu­mie­niem przy­kła­dać na­sze wspó­łcze­sne ka­te­go­rie et­nicz­no-na­ro­do­we (Po­lak, Ukra­iniec, Ro­sja­nin, Bia­ło­ru­sin, Żyd, Nie­miec) do rze­czy­wi­sto­ści xix wie­ku i do miesz­ka­ńców ziem, któ­re na­le­ża­ły nie­gdyś do Rze­czy­po­spo­li­tej. Je­śli chce­my zro­zu­mieć tych lu­dzi na ich włas­nych wa­run­kach, mu­si­my przy­jąć do wia­do­mo­ści, że w ich świe­cie po­zy­cja spo­łecz­na i funk­cja zna­czy­ły wi­ęcej niż język czy na­wet re­li­gia. Zwa­żyw­szy że lu­dzie nie­na­le­żący do sta­nu szla­chec­kie­go nie mie­li żad­ne­go po­li­tycz­ne­go zna­cze­nia, było zu­pe­łnie obo­jęt­ne, do kogo się mo­dli­li i jak się po­ro­zu­mie­wa­li. Wśród gmi­nu mo­żli­wa była ró­żno­rod­no­ść, po­nie­waż (na ogół) nie mia­ła ona żad­ne­go wpły­wu na ży­cie pu­blicz­ne. Rzecz nie w tym, że pol­ska wi­ęk­szo­ść to­le­ro­wa­ła nie­po­lskie mniej­szo­ści, lecz ra­czej w tym, że nie było na­wet po­czu­cia, że pol­sko­języcz­ni rzym­scy ka­to­li­cy (szlach­ta i chło­pi) na­le­żą do ja­kie­jś jed­nej wspól­no­ty, któ­ra wy­klu­cza­ła­by lu­dzi in­nych wiar i języ­ków. Oko­ło 750 ty­si­ęcy człon­ków sta­nu szla­chec­kie­go (tyle było w ko­ńcu xviii wie­ku) istot­nie two­rzy­ło wspól­no­tę i często da­wa­ło wy­raz uczu­ciom pa­trio­tycz­nym. Pa­trio­tyzm ten jed­nak by­naj­mniej nie obej­mo­wał lu­dzi o od­mien­nym sta­tu­sie spo­łecz­nym - przy czym była to od­wza­jem­nio­na obo­jęt­no­ść.

Mia­ło to sku­tek ubocz­ny: za­le­d­wie nie­licz­ni wspó­łtwór­cy pol­skie­go ru­chu na­ro­do­we­go na po­cząt­ku xix wie­ku uwa­ża­li, że ist­nie­ją ja­kie­kol­wiek prze­słan­ki, by wy­klu­czyć od ręki ko­go­kol­wiek, kto miesz­kał na ob­sza­rze Pierw­szej Rze­czy­po­spo­li­tej, nie­za­le­żnie od języ­ka lub wy­zna­nia. W pierw­szych dzie­si­ęcio­le­ciach two­rze­nia na­ro­du pol­skie­go po­my­sł, że Po­lak musi być rzym­skim ka­to­li­kiem mó­wi­ącym po pol­sku, brzmia­łby co naj­mniej dzi­wacz­nie. Wszy­scy zna­my słyn­ne sło­wa Mic­kie­wi­cza: "Li­two, Oj­czy­zno moja", ale może wła­śnie dla­te­go, że są tak do­brze zna­ne, z rzad­ka uświa­da­mia­my so­bie, jak bar­dzo są oso­bli­we. Ten wers zo­stał, w pew­nym sen­sie, udo­mo­wio­ny i włączo­ny w nasz świa­to­po­gląd. Mic­kie­wicz nie twier­dził, że Li­twi­ni mogą być Po­la­ka­mi, a już z pew­no­ścią nie twier­dził, że te­ry­to­rium Li­twy na­le­ży do Pol­ski w ja­ki­mś im­pe­ria­li­stycz­nym sen­sie. Nie pro­po­no­wał na­wet wie­lo­kul­tu­ro­wej wi­zji zró­żni­co­wa­ne­go ob­sza­ru kre­so­we­go, w któ­rym lu­dzie wszel­kich kul­tur i języ­ków czu­li­by się jak w domu. Za­świad­czał na­to­miast, że w świe­cie, w któ­rym żył, to­żsa­mo­ść kul­tu­ro­wa i pa­trio­tycz­na lo­jal­no­ść nie zo­sta­ły jesz­cze ze sobą skle­jo­ne. Po pro­stu, kie­dy roz­wa­ża­ło się czy­jeś od­da­nie tej lub in­nej oj­czy­źnie, nie było po­wo­du py­tać, ja­kim języ­kiem lub języ­ka­mi ten ktoś mówi i jaka jest jego czy jej to­żsa­mo­ść kul­tu­ro­wa. W Wil­nie znaj­du­je się po­mnik Ado­ma­sa Mic­ke­vi­čiu­sa, Bia­ło­ruś zaś w 1998 roku umie­ści­ła por­tret mło­de­go Адамa Міцкевіча na znacz­ku pocz­to­wym, dla upa­mi­ęt­nie­nia dwu­set­le­cia uro­dzin po­ety - i tak wła­śnie być po­win­no. Czy za­tem Mic­kie­wicz jest Po­la­kiem, Li­twi­nem czy Bia­ło­ru­si­nem? Cóż, wszyst­kim tym i za­ra­zem żad­nym z po­wy­ższych. Wszyst­kim, bo sam Mic­kie­wicz nie po­strze­gał tych ety­kiet jako wy­klu­cza­jących się wza­jem­nie. Żad­nym, jako że po­jęcia te zna­czy­ły dlań zu­pe­łnie co in­ne­go, niż zna­czą dla nas.

Kie­dy pol­ski ruch na­ro­do­wy (po­dob­nie jak ana­lo­gicz­ne ru­chy w Niem­czech, na Węgrzech, we Wło­szech i w wie­lu in­nych miej­scach) za­czął upo­wszech­niać po­gląd, zgod­nie z któ­rym ka­żda et­no­lin­gwi­stycz­na gru­pa sta­no­wi od­ręb­ną wspól­no­tę, część pi­sa­rzy i dzia­ła­czy po­li­tycz­nych za­częła do­ma­gać się uzna­nia ist­nie­nia wspól­no­ty ukra­ińskiej. A jako że za­rów­no okre­śle­nie "Ma­ło­ru­si­ni", jak i "Ru­si­ni", uży­wa­ne przez Ro­sjan i Po­la­ków, mia­ły nie­co pe­jo­ra­tyw­ny wy­dźwi­ęk, przy­wo­ła­no i od­ku­rzo­no sta­rą na­zwę. Tyle że wy­bór ety­kie­ty to jed­no, wpo­je­nie to­żsa­mo­ści zaś to coś ca­łkiem in­ne­go. Mia­ło mi­nąć wie­le dzie­si­ęcio­le­ci, nim uda­ło się prze­ko­nać lu­dzi w re­gio­nie, by my­śle­li o so­bie jako o części jed­ne­go na­ro­du ukra­ińskie­go, i na­wet w po­cząt­kach xx wie­ku pro­ces ten był jesz­cze da­le­ki od za­ko­ńcze­nia.

To, co jest praw­dą w przy­pad­ku Ukra­ińców, jest nią po­dwój­nie w przy­pad­ku Li­twi­nów i po­trój­nie w przy­pad­ku Bia­ło­ru­si­nów. Wiel­kie Ksi­ęstwo Li­tew­skie sta­no­wi­ło część skła­do­wą daw­nej Rze­czy­po­spo­li­tej, na­zwa ta była jed­nak przede wszyst­kim wy­ra­że­niem ma­jącym sens po­li­tycz­ny i te­ry­to­rial­ny, a nie et­no­lin­gwi­stycz­ny. W rze­czy­wi­sto­ści ofi­cjal­nym języ­kiem Wiel­kie­go Ksi­ęstwa przed unią z Pol­ską był je­den z obec­nie już nie­ist­nie­jących języ­ków sło­wia­ńskich; języ­ka, któ­ry uwa­ża­my za li­tew­ski, uży­wa­no je­dy­nie w nie­wiel­kim re­gio­nie na pó­łno­cy kra­ju, nad Mo­rzem Ba­łtyc­kim. Nie­mniej moda na mo­bi­li­za­cję et­nicz­no-na­ro­do­wą do­ta­rła osta­tecz­nie ta­kże w oko­li­ce Wil­na i Kow­na: w po­cząt­kach xx wie­ku ist­nia­ła już nie­wiel­ka gru­pa dzia­ła­czy dążących do stwo­rze­nia od­ręb­ne­go pa­ństwa li­tew­skie­go. Miesz­ka­ńców Wiel­kie­go Ksi­ęstwa, któ­rzy nie mó­wi­li ani po li­tew­sku, ani po pol­sku, ani po ukra­ińsku, et­no­gra­fo­wie na­zwa­li Bia­ło­ru­si­na­mi. Była to gru­pa prze­wa­żnie nie­pi­śmien­na i bar­dzo bied­na, za­miesz­ku­jąca ob­szar, gdzie nie­wie­le było do­brych dróg i wi­ęk­szych miast. Na­wet je­śli ga­rść am­bit­nych in­te­lek­tu­ali­stów roz­pra­wia­ła o bia­ło­ru­skim ru­chu na­ro­do­wym, w rze­czy­wi­sto­ści nie­mal nie ist­niał on przed pierw­szą woj­ną świa­to­wą. Jed­nak brak sil­nej bia­ło­ru­skiej to­żsa­mo­ści nie ozna­czał, że chło­pi, o któ­rych mowa, uwa­ża­li się za Po­la­ków, Li­twi­nów czy Ukra­ińców albo za ko­go­kol­wiek in­ne­go. Mie­li sil­ne po­czu­cie przy­na­le­żno­ści do kon­kret­ne­go miej­sca, to zaś nie wpa­so­wy­wa­ło się do­brze w wiel­kie to­żsa­mo­ścio­we ka­te­go­rie, któ­re pre­fe­ro­wa­li na­cjo­na­li­ści.

Zwa­żyw­szy, że et­nicz­no-języ­ko­we ety­kie­ty były w xix wie­ku w wie­lu przy­pad­kach płyn­ne, pol­scy dzia­ła­cze na­ro­do­wi ży­wi­li na­dzie­ję, że przy­szła nie­pod­le­gła Pol­ska obej­mie całe te­ry­to­rium daw­nej Rze­czy­po­spo­li­tej. Wraz z ka­żdą mi­ja­jącą de­ka­dą ten ro­dzaj wie­lo­kul­tu­ro­wo­ścio­wych wy­obra­żeń sta­wał się co­raz mniej prze­ko­nu­jący, po­nie­waż w re­gio­nie co­raz moc­niej za­ko­rze­niał się et­no­lin­gwi­stycz­ny na­cjo­na­lizm. Nie ozna­cza to by­naj­mniej, że chło­pi, któ­rzy byli kie­dyś Po­la­ka­mi, zo­sta­li "prze­jęci" przez li­tew­skich, bia­ło­ru­skich i ukra­ińskich se­pa­ra­ty­stów. Po pro­stu przed za­bo­ra­mi byli chło­pa­mi pa­ńsz­czy­źnia­ny­mi, po­zba­wio­ny­mi praw po­li­tycz­nych, ewen­tu­al­ny suk­ces lub klęska Rze­czy­po­spo­li­tej w ogó­le ich nie do­ty­czy­ły, nie mie­li też w za­sa­dzie po­czu­cia na­ro­do­wej to­żsa­mo­ści. W xix wie­ku o ich lo­jal­no­ść za­częły wal­czyć rze­sze ró­żnych dzia­ła­czy na­ro­do­wych i wca­le nie było oczy­wi­ste, któ­ra gru­pa zwy­ci­ęży. Oczy­wi­ste było je­dy­nie to, że w przy­pad­ku chło­pów nie­mó­wi­ących po pol­sku za­an­ga­żo­wa­nie ich w spra­wę pol­ską było mniej praw­do­po­dob­ne niż w przy­pad­ku ich pol­sko­języcz­nych sąsia­dów.

* * *

Gra­ni­ce usta­no­wio­ne po trze­cim roz­bio­rze w 1795 roku nie prze­trwa­ły dłu­go. Za­le­d­wie kil­ka lat pó­źniej Na­po­le­on za­czął wy­wra­cać eu­ro­pej­ski po­rządek do góry no­ga­mi. Suk­ce­sy mi­li­tar­ne fran­cu­skie­go przy­wód­cy do­pro­wa­dzi­ły do stwo­rze­nia w 1807 roku po­pie­ra­ne­go przez Fran­cję pa­ństwa zwa­ne­go Ksi­ęstwem War­szaw­skim, wy­po­sa­żo­ne­go we wła­sną li­be­ral­ną kon­sty­tu­cję, sejm i ar­mię. Ksi­ęstwo, cho­ciaż w kwe­stiach zwi­ąza­nych z po­li­ty­ką za­gra­nicz­ną skrępo­wa­ne z uwa­gi na za­le­żno­ść od Na­po­le­ona, w prak­ty­ce dzia­ła­ło jako au­to­no­micz­ne pa­ństwo pol­skie. Ma­jąc ob­szar za­le­d­wie 155 ty­si­ęcy ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych i 4,3 mi­lio­na lud­no­ści, po­zo­sta­wa­ło za­le­d­wie cie­niem daw­nej Rze­czy­po­spo­li­tej. Obej­mo­wa­ło jed­nak naj­wa­żniej­sze mia­sta: War­sza­wę, Kra­ków, Po­znań i Lu­blin, a wie­lu pol­skich po­li­ty­ków li­czy­ło na to, że gdy Na­po­le­on po­ko­na Ro­sję i ze­zwo­li Ksi­ęstwu na prze­jęcie ziem na wscho­dzie, pod­nie­sie je za­ra­zem do god­no­ści kró­le­stwa. Sam Na­po­le­on na­zy­wał nie­kie­dy swo­ją woj­nę z ca­rem "woj­ną pol­ską". W ma­sze­ru­jącej w 1812 roku na Mo­skwę Wiel­kiej Ar­mii znaj­do­wa­ło się oko­ło 100 ty­si­ęcy pol­skich żo­łnie­rzy (obok 300 ty­si­ęcy Fran­cu­zów i oko­ło 200 ty­si­ęcy żo­łnie­rzy z in­nych kra­jów eu­ro­pej­skich).

Atak na Mo­skwę za­ko­ńczył się wi­do­wi­sko­wą klęską, kie­dy jed­nak w 1815 roku, po osta­tecz­nym po­ko­na­niu Na­po­le­ona, eu­ro­pej­scy dy­plo­ma­ci pod­jęli pró­bę po­skła­da­nia Eu­ro­py na nowo, nie mo­gli już tak po pro­stu po­now­nie zmie­ść Pol­ski pod dy­wan. Przy­naj­mniej na pa­pie­rze Kon­gres Wie­de­ński (pod­czas któ­re­go ne­go­cjo­wa­no trak­ta­ty po­ko­jo­we po po­ko­na­niu Na­po­le­ona) wy­ko­nał gest hoj­niej­szy od ge­stu Fran­cu­zów, two­rząc Kró­le­stwo Pol­skie. Po­dob­nie jak Ksi­ęstwo War­szaw­skie, było to pa­ństwo, któ­re mia­ło kon­sty­tu­cję, sejm, ar­mię, od­ręb­ny sys­tem praw­ny i au­to­no­micz­ną ad­mi­ni­stra­cję. Było jesz­cze mniej­sze (128,5 ty­si­ąca ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych, 3,3 mi­lio­na miesz­ka­ńców), po­nie­waż za­chod­nią część Ksi­ęstwa War­szaw­skie­go od­ci­ęto i włączo­no do Prus jako tak zwa­ne Wiel­kie Ksi­ęstwo Po­zna­ńskie. Na nie­wiel­kim ob­sza­rze wo­kół Kra­ko­wa usta­no­wio­no for­mal­nie nie­za­le­żnie pa­ństwo-mia­sto, pod pa­tro­na­tem Au­strii, któ­ra za­cho­wa­ła kon­tro­lę nad Ga­li­cją. Po po­wsta­niu kra­kow­skim, któ­re wy­bu­chło i upa­dło w 1846 roku, Kra­ków osta­tecz­nie wcie­lo­no do Ga­li­cji. Dla pol­skich na­cjo­na­li­stów naj­wi­ęk­szym pro­ble­mem w ca­łym tym ukła­dzie był fakt, że kró­lem no­we­go Kró­le­stwa Pol­skie­go zo­stał Alek­san­der Ro­ma­now, zna­ny le­piej dzi­ęki pe­łnio­nej przez sie­bie funk­cji jako car Ro­sji Alek­san­der I. Po­łącze­nie mo­nar­chii kon­sty­tu­cyj­nej z sa­mo­wład­nym im­pe­rium stwo­rzy­ło ła­twe do prze­wi­dze­nia na­pi­ęcie, zwłasz­cza gdy po śmier­ci Alek­san­dra w 1825 roku Mi­ko­łaj, jego o wie­le bar­dziej kon­ser­wa­tyw­ny młod­szy brat, odzie­dzi­czył po­zy­cję cara i kró­la. Jako że Mi­ko­łaj pró­bo­wał rządzić Pol­ską w taki sam spo­sób, w jaki rządził Ro­sją, sejm sta­wił opór i w Kró­le­stwie za­czął na­ra­stać kry­zys kon­sty­tu­cyj­ny. W 1830 roku, po wy­bu­chu po­wsta­nia li­sto­pa­do­we­go, sejm zde­tro­ni­zo­wał Mi­ko­ła­ja, co do­pro­wa­dzi­ło do woj­ny pol­sko-ro­syj­skiej, a osta­tecz­nie do for­mal­nej anek­sji Kró­le­stwa Pol­skie­go przez Ro­sję.

Kon­sty­tu­cja Ksi­ęstwa War­szaw­skie­go z 1807 roku ogło­si­ła ko­niec praw­ne­go pod­da­ństwa chło­pów i w Kró­le­stwie Pol­skim utrzy­ma­no tę za­sa­dę. Po­dob­nych re­form do­ko­na­no w za­bo­rach pru­skim i au­striac­kim. Szyb­ko jed­nak sta­ło się oczy­wi­ste, że samo znie­sie­nie pod­da­ństwa zna­czy nie­wie­le, o ile nie to­wa­rzy­szy temu uwłasz­cze­nie, czy­li nada­nie chło­pom upra­wia­nej przez nich zie­mi na włas­ność, oraz li­kwi­da­cja pa­ńsz­czy­zny. Póki chło­pi po­zba­wie­ni byli pra­wa do zie­mi, szlach­ta na­dal za­cho­wy­wa­ła kon­tro­lę nad ich pra­cą i ży­ciem, tak więc samo nada­nie rów­nych praw nie two­rzy­ło no­wo­cze­snych oby­wa­te­li, któ­rzy mo­gli­by de­cy­do­wać o wła­snym lo­sie. Je­śli cho­dzi o pa­ńsz­czy­znę, część szlach­ty de­cy­do­wa­ła się w swo­ich do­brach za­mie­niać pra­cę przy­mu­so­wą na czyn­sze, opła­ca­ne w pie­ni­ądzu. Po­ro­zu­mie­nia tego ro­dza­ju for­ma­li­zo­wa­no w po­sta­ci no­wo­cze­snych umów, ale w re­la­cjach spo­łecz­nych nie za­szły zna­czące zmia­ny. Je­dy­nie w za­bo­rze pru­skim roz­po­częto, wpro­wa­dza­ną eta­pa­mi, re­for­mę uwłasz­cze­nio­wą, jed­nak na­wet tam dzia­łki zie­mi przy­zna­wa­ne chło­pom były zbyt małe, by mo­gło to mieć po­wa­żniej­sze kon­se­kwen­cje spo­łecz­ne. W tych oko­licz­no­ściach wi­ęk­szo­ść chło­pów na­dal nie in­te­re­so­wa­ła się po­li­ty­ką i wal­ka­mi na­ro­do­wy­mi. Oczy­wi­ście, pol­sko­ść za­czy­na­ła się ro­dzić. Rząd Kró­le­stwa Pol­skie­go sta­rał się wy­ko­rzy­stać swo­je skrom­ne za­so­by w dzie­dzi­nie edu­ka­cji, in­for­ma­cji i kul­tu­ry do pro­mo­wa­nia pa­trio­ty­zmu, po­dob­nie jak ro­bi­ły to w tym sa­mym cza­sie inne pa­ństwa eu­ro­pej­skie. Po­bór do pol­skiej ar­mii za­szcze­piał set­kom ty­si­ęcy mło­dych mężczyzn po­czu­cie to­żsa­mo­ści na­ro­do­wej. Być może naj­wa­żniej­szym czyn­ni­kiem był ruch wy­daw­ni­czy: wy­da­wa­no ta­nie ilu­stro­wa­ne ksi­ążki i al­ma­na­chy, upo­wszech­nia­jące opo­wie­ści z hi­sto­rii Pol­ski, tak sub­tel­nie do­bra­ne, by pod­kre­ślać rolę chło­pów i za­ma­zy­wać ka­sto­wy cha­rak­ter Rze­czy­po­spo­li­tej. Mimo wszyst­ko w cza­sie po­wsta­nia li­sto­pa­do­we­go wi­ęk­szo­ść chło­pów sta­nęła z boku, bo po­wsta­ńcy wci­ąż nie mo­gli (i często nie chcie­li) prze­ko­nać ich, że nie­pod­le­gła Pol­ska przy­nie­sie uwłasz­cze­nie i znie­sie­nie pa­ńsz­czy­zny. Pro­ble­my, któ­rych do­ty­czy­ło po­wsta­nie, znacz­nej części lu­dzi nie wy­da­wa­ły się jak­kol­wiek zwi­ąza­ne z ich ży­ciem, przy czym taką po­sta­wę do­dat­ko­wo wzmac­niał sil­ny prze­kaz z ko­ściel­nych am­bon (o czym wi­ęcej za chwi­lę), z któ­rych na­wo­ły­wa­no, aby oka­zy­wać lo­jal­no­ść "pra­wo­wi­te­mu" wład­cy, ca­ro­wi.

War­to pod­kre­ślić, że w okre­sie mi­ędzy ro­kiem 1807 (po­wsta­nie Ksi­ęstwa War­szaw­skie­go) a 1830 (wy­buch po­wsta­nia li­sto­pa­do­we­go) spra­wy po­li­tycz­ne i rządo­we do­ty­czące Pol­ski po­zo­sta­wa­ły na ogół w rękach Po­la­ków. Je­śli po­trze­bo­wa­łeś po­zwo­le­nia na bu­do­wę lub kon­ce­sji na wy­szynk, uda­wa­łeś się do pol­skie­go urzęd­ni­ka. Jeś­li po­trzeb­ne było nowe pra­wo, spi­sy­wa­no je po pol­sku i oma­wia­no w pol­skim sej­mie. Je­śli chcia­łeś zdo­być wy­kszta­łce­nie (i stać cię było na cze­sne), mo­głeś pó­jść do pol­sko­języcz­nej szko­ły. A je­śli chcia­łeś czy­tać o któ­re­jś z tych rze­czy, mia­łeś do dys­po­zy­cji pol­skie ga­ze­ty i cza­so­pi­sma. Na­wet lu­dzie z daw­nych wschod­nich, po­łu­dnio­wych czy za­chod­nich części Rze­czy­po­spo­li­tej Oboj­ga Na­ro­dów, któ­rzy zna­le­źli się poza gra­ni­ca­mi Ksi­ęstwa czy Kró­le­stwa, nie pod­le­ga­li w pierw­szej po­ło­wie xix wie­ku po­wa­żnym re­pre­sjom et­nicz­no-na­ro­do­wym. Wła­dze w Pe­ters­bur­gu, Ber­li­nie i Wied­niu ob­cho­dzi­ła je­dy­nie po­li­tycz­na lo­jal­no­ść i po­słu­sze­ństwo (lub ich brak). Ja­kim języ­kiem kto się po­słu­gi­wał, nie mia­ło z per­spek­ty­wy im­pe­riów zna­cze­nia. Po­wsta­nie, któ­re wy­bu­chło w 1830 roku, nie było re­ak­cją na ucisk na­ro­do­wy - po­wo­dem było to, że Mi­ko­łaj I nie pod­po­rząd­ko­wy­wał się za­sa­dom mo­nar­chii kon­sty­tu­cyj­nej. Zna­czące, że pol­scy żo­łnie­rze pod­czas tej woj­ny jako pierw­si uży­li słyn­ne­go dziś ha­sła "Za wol­no­ść na­szą i wa­szą", wy­pi­sa­ne­go na sztan­da­rach po jed­nej stro­nie po pol­sku, po dru­giej - po ro­syj­sku, by po­ka­zać, że wal­czą w imię ogól­nej po­li­tycz­nej za­sa­dy, a nie swo­ich par­ty­ku­lar­nych praw.

Po roku 1830 ten­den­cje cen­tra­li­stycz­ne, wspól­ne wszyst­kim no­wo­cze­snym pa­ństwom, sta­wa­ły się w pa­ństwach za­bor­czych co­raz wy­ra­źniej­sze. Wła­dze ro­syj­skie pro­wa­dzi­ły twar­dą po­li­ty­kę wo­bec wszyst­kich cho­ćby w naj­mniej­szym stop­niu uwi­kła­nych w po­wsta­nie, w zwi­ąz­ku z czym ty­si­ące przed­sta­wi­cie­li szlach­ty zna­la­zło się na wy­gna­niu (albo siłą prze­sie­dlo­nych na Sy­be­rię, albo jako ucho­dźcy we Fran­cji). Wła­dze pru­skie i au­striac­kie były mniej su­ro­we, jed­nak i tu­taj za­cho­wy­wa­no czuj­no­ść wo­bec mo­żli­wych wy­wro­to­wych dzia­łań rzecz­ni­ków pol­skiej spra­wy na­ro­do­wej. Kró­le­stwo Pol­skie prze­trwa­ło, jed­nak jako za­le­d­wie jed­nost­ka ad­mi­ni­stra­cyj­na w Ce­sar­stwie Ro­syj­skim, z nie­co od­ręb­nym pra­wem cy­wil­nym oraz kar­nym i nie­co od­ręb­ną for­mą rządu. Mimo wszyst­ko przez dwie trze­cie xix wie­ku pa­ństwa za­bor­cze po­zo­sta­wia­ły co­dzien­ne za­rządza­nie spra­wa­mi pol­ski­mi w pol­skich rękach, przy czym często były to ręce pol­skiej szlach­ty po­zba­wio­nej zie­mi, gdyż ta gru­pa spo­łecz­na po­trze­bo­wa­ła pra­cy, by zwi­ązać ko­niec z ko­ńcem.

Sy­tu­acja zmie­ni­ła się dra­ma­tycz­nie pod ko­niec stu­le­cia. Kie­dy pol­scy dzia­ła­cze na­ro­do­wi do­pro­wa­dzi­li w 1863 roku do wy­bu­chu po­wsta­nia stycz­nio­we­go, re­ak­cja ro­syj­skie­go rządu była jesz­cze ostrzej­sza niż po po­wsta­niu li­sto­pa­do­wym. Ce­chą cha­rak­te­ry­stycz­ną dru­gie­go po­wsta­nia sta­ła się woj­na par­ty­zanc­ka, któ­rej stłu­mie­nie przy­szło ro­syj­skiej ar­mii z wiel­kim tru­dem. W re­zul­ta­cie stro­na ro­syj­ska prze­pro­wa­dzi­ła in­ter­wen­cję zbroj­ną, któ­ra do­tknęła wie­lu nie­win­nych cy­wi­lów. Gdy po­wsta­nie upa­dło, wła­dze car­skie do­szły do wnio­sku, że pro­blem miał cha­rak­ter nie tyl­ko po­li­tycz­ny: za­częto uwa­żać, że jego źró­dłem jest sama obec­no­ść Po­la­ków w ce­sar­stwie.

W tym sa­mym cza­sie rów­nież w za­bo­rze pru­skim za­cho­dzi­ły duże zmia­ny. W roku 1871 po­wsta­ło Ce­sar­stwo Nie­miec­kie, zło­żo­ne z do­tych­czas od­ręb­nych środ­ko­wo­eu­ro­pej­skich ksi­ęstw i kró­lestw. Pierw­szy kanc­lerz no­we­go pa­ństwa, Otto von Bi­smarck, przy­jął za­sa­dę (po­wszech­nie wy­zna­wa­ną przez my­śli­cie­li na­cjo­na­li­stycz­nych w ca­łej Eu­ro­pie), że prze­trwa­nie może za­pew­nić Niem­com je­dy­nie spój­no­ść kul­tu­ro­wa kra­ju.

Tak oto naj­pierw w za­bo­rze nie­miec­kim, pó­źniej w ro­syj­skim roz­po­czął się pro­ces de­po­lo­ni­za­cji. Od szkół za­częto wy­ma­gać na­ucza­nia od­po­wied­nio po nie­miec­ku i ro­syj­sku, wszyst­kie in­sty­tu­cje pa­ństwo­we i sądy mu­sia­ły się po­słu­gi­wać języ­kiem ofi­cjal­nym. Na­wet szyl­dy skle­po­we w War­sza­wie mu­sia­ły być dwu­języcz­ne, mimo że w mie­ście miesz­ka­ło bar­dzo nie­wie­lu Ro­sjan. Na te­re­nie Nie­miec pró­bom zin­te­gro­wa­nia Ko­ścio­ła ka­to­lic­kie­go z no­wym pa­ństwem to­wa­rzy­szy­ły wy­si­łki na rzecz wpro­wa­dze­nia języ­ka nie­miec­kie­go do sfe­ry pu­blicz­nej. W tak zwa­nym Kul­tur­kampf (do­słow­nie: wal­ce kul­tu­ro­wej) po­cząt­ko­wo do­mi­no­wał aspekt re­li­gij­ny, jed­nak praw­dzi­wą woj­ną sta­ła się dłu­go­tr­wa­ła wal­ka o ger­ma­ni­za­cję języ­ka. W 1874 roku za­ka­za­no uży­wa­nia pol­skie­go we wszyst­kich nie­miec­kich szko­łach śred­nich, w 1886 roz­ci­ągni­ęto ten za­kaz na szko­ły pod­sta­wo­we. Wła­dze ro­syj­skie si­ęgnęły po po­dob­ne me­to­dy. Oba im­pe­ria po­nio­sły osta­tecz­nie ca­łko­wi­tą klęskę. Ko­lej­ne ob­ostrze­nia od­nio­sły ten sku­tek, że roz­gnie­wa­ły masę lu­dzi, któ­rzy w in­nej sy­tu­acji za­pew­ne po­zo­sta­li­by obo­jęt­ni wo­bec po­li­ty­ki to­żsa­mo­ści. Po­par­cie dla ru­chu na­ro­do­we­go za­częło gwa­łtow­nie ro­snąć. Zmo­bi­li­zo­wa­ły się na­wet dzie­ci: we Wrze­śni (w za­bo­rze nie­miec­kim) w 1901 roku ucznio­wie zor­ga­ni­zo­wa­li strajk szkol­ny, po tym jak na­uczy­ciel zbił kil­ku­na­stu z nich za mó­wie­nie po pol­sku pod­czas lek­cji re­li­gii. Spra­wa Wrze­śni przy­ci­ągnęła uwa­gę mi­ędzy­na­ro­do­wą i usta­no­wi­ła wzo­rzec, któ­ry za­czął się upo­wszech­niać. Do 1906 roku już po­nad ty­si­ąc szkół w za­bo­rze nie­miec­kim straj­ko­wa­ło prze­ciw ogra­ni­cze­niom w uży­wa­niu języ­ka pol­skie­go.

Nie­za­le­żnie od tego, jak bar­dzo kon­se­kwent­nie pro­wa­dzo­no kam­pa­nie wy­na­ra­da­wia­jące, wa­żne, żeby nie przy­pi­sy­wać im ja­kie­goś prze­ło­mo­we­go zna­cze­nia. Za­częły się prze­cież do­pie­ro w la­tach sie­dem­dzie­si­ątych i osiem­dzie­si­ątych xix wie­ku, osta­tecz­nie zaś na­wet przed­sta­wi­cie­le władz nie­miec­kich i ro­syj­skich do­strze­gli, że były da­rem­ne. Po re­wo­lu­cji 1905 roku po­rzu­co­no nie­mal ca­łko­wi­cie po­li­ty­kę ru­sy­fi­ka­cji. Co wi­ęcej, w cza­sach naj­wi­ęk­sze­go uci­sku w la­tach osiem­dzie­si­ątych wci­ąż po­zo­sta­wa­ło w ży­ciu pu­blicz­nym i pry­wat­nym wie­le ob­sza­rów, w któ­rych mo­żna było uży­wać języ­ka pol­skie­go. Ga­ze­ty, cza­so­pi­sma i ksi­ążki na­dal uka­zy­wa­ły się po pol­sku, a choć cen­zu­ra wpro­wa­dza­ła znacz­ne ogra­ni­cze­nia, do­ty­czy­ły one ta­kże pu­bli­ka­cji nie­miec­kich i ro­syj­skich. Sztu­ki te­atral­ne na­dal wy­sta­wia­no po pol­sku, po pol­sku or­ga­ni­zo­wa­no ró­żne roz­ryw­ki. Prak­tycz­nie całe ży­cie go­spo­dar­cze i wszyst­kie in­te­re­sy w pol­skich mia­stach i mia­stecz­kach pro­wa­dzo­no po pol­sku lub w ji­dysz. Ksi­ęża po pol­sku wy­gła­sza­li ka­za­nia, co nie zmie­nia fak­tu, że uzna­nie Ko­ścio­ła za ba­stion pol­sko­ści by­ło­by pew­ną prze­sa­dą: był on osta­tecz­nie tyl­ko jed­ną z wie­lu in­sty­tu­cji pu­blicz­nych, któ­re uży­wa­ły języ­ka pol­skie­go. Przy czym msze od­pra­wia­no prze­cież nie po pol­sku, lecz po ła­ci­nie. Tyl­ko w kon­tak­tach z pa­ństwem (a więc ta­kże w szko­łach) ro­syj­ski lub nie­miec­ki sta­wa­ły się obo­wi­ąz­ko­we - i to już samo w so­bie sta­no­wi­ło po­wa­żny pro­blem. Choć in­sty­tu­cje pa­ństwo­we wci­ąż po­zo­sta­wa­ły, we­dle na­szych wspó­łcze­snych stan­dar­dów, sła­bo roz­wi­ni­ęte, od­gry­wa­ły wy­star­cza­jąco wa­żną rolę w ży­ciu lu­dzi, by uczy­nić języ­ko­we re­stryk­cje kwe­stią za­uwa­żal­ną, opre­syj­ną i głębo­ko dys­kry­mi­nu­jącą. Tego ro­dza­ju po­li­ty­ka wy­wo­ły­wa­ła bar­dzo sil­ne re­ak­cje, tak więc, pa­ra­dok­sal­nie, wy­si­łki na rzecz wy­na­ro­do­wie­nia do­pro­wa­dzi­ły do upo­li­tycz­nie­nia pol­skiej to­żsa­mo­ści i zna­cząco po­mo­gły w bu­do­wie no­wo­cze­sne­go pol­skie­go na­ro­du.

Nie na­le­ży ta­kże sądzić, że kam­pa­nie ger­ma­ni­za­cyj­ne i ru­sy­fi­ka­cyj­ne były prze­ja­wem szcze­gól­nej bru­tal­no­ści ze stro­ny cara lub nie­miec­kie­go ce­sa­rza albo ma­ni­fe­sta­cją wy­jąt­ko­wej nie­na­wi­ści do pol­sko­ści. Im­pe­ria za­bor­cze ro­bi­ły tyl­ko to, co ro­bi­ły w tym cza­sie wszyst­kie no­wo­cze­sne pa­ństwa. Nie za­mie­rzam uspra­wie­dli­wiać tej fa­tal­nej po­li­ty­ki, sta­ram się je­dy­nie po­ka­zać, że nie była ni­czym nad­zwy­czaj­nym. Miło by­ło­by wie­rzyć, że kam­pa­nie wy­na­ra­da­wia­nia były do­me­ną au­to­ry­tar­nych mo­nar­chii, ta­kich jak car­ska Ro­sja, a nie "do­brych" pa­ństw de­mo­kra­tycz­nych. Nie­ste­ty, było ina­czej. Cho­cia­żby za­rów­no w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, jak i w Ka­na­dzie za­bie­ra­no dzie­ci rdzen­nych Ame­ry­ka­nów z ich spo­łecz­no­ści, po czym umiesz­cza­no w szko­łach z in­ter­na­tem, któ­rych jaw­nym ce­lem było po­zba­wie­nie uczniów to­żsa­mo­ści i przy­mu­so­wa asy­mi­la­cja do kul­tu­ry an­glo­języcz­nej. Pierw­szy pre­mier Ka­na­dy, sir John Ale­xan­der Mac­do­nald, mó­wił w 1883 roku w Izbie Gmin:

Je­śli szko­ła znaj­du­je się w re­zer­wa­cie, dziec­ko miesz­ka z ro­dzi­ca­mi, któ­rzy są dzi­ku­sa­mi; oto­czo­ne jest przez dzi­ku­sów i choć może na­uczyć się czy­tać i pi­sać, jego na­wy­ki, wy­cho­wa­nie oraz spo­sób my­śle­nia po­zo­sta­ją in­dia­ńskie. Jest po pro­stu dzi­kim, któ­ry umie czy­tać i pi­sać [...]. Dzie­ci in­dia­ńskie na­le­ży, o ile to tyl­ko mo­żli­we, uwal­niać od wpły­wu ro­dzi­ców, a je­dy­nym spo­so­bem, by to zro­bić, jest umiesz­cze­nie ich w cen­tral­nych szko­łach z in­ter­na­tem, gdzie na­będą na­wy­ków i spo­so­bów my­śle­nia bia­łe­go czło­wie­ka4.

4 Cy­to­wa­ne w: What We Have Le­ar­ned: Prin­ci­ples of Truth and Re­con­ci­lia­tion, Truth and Re­con­ci­lia­tion Com­mis­sion in Ca­na­da, Win­ni­peg 2015, s. 6.

Na po­łu­dnio­wym za­cho­dzie Sta­nów Zjed­no­czo­nych wy­ko­rzy­sty­wa­no ró­żno­rod­ne stra­te­gie, aby "za­me­ry­ka­ni­zo­wać" miesz­ka­ńców te­re­nów prze­jętych od Mek­sy­ku po woj­nie 1846-1848, a los hisz­pa­ńsko­języcz­nych dzie­ci w ame­ry­ka­ńskich szko­łach pod­sta­wo­wych xix wie­ku był ude­rza­jąco po­dob­ny do losu dzie­ci mó­wi­ących po pol­sku w szko­łach pru­skich. Kie­dy rząd Węgier roz­po­czął kam­pa­nię asy­mi­la­cyj­ną, któ­rej obiek­tem byli ru­mu­ńsko­języcz­ni miesz­ka­ńcy Tran­syl­wa­nii, przy­kład Sta­nów Zjed­no­czo­nych uzna­no za roz­wi­ąza­nie mo­de­lo­we - do tego stop­nia, że wy­ko­rzy­sta­no go na­wet jako po­gró­żkę: czło­nek węgier­skie­go par­la­men­tu ostrze­gał w 1867 roku Ru­mu­nów: "Nie pro­wo­kuj­cie nas do za­sto­so­wa­nia wo­bec in­ne­go na­ro­du me­to­dy ca­łko­wi­tej eks­ter­mi­na­cji, uży­tej przez An­glo­sa­sów wo­bec czer­wo­no­skó­rych In­dian z Ame­ry­ki Pó­łnoc­nej"5. Mniej bru­tal­na, ale może na­wet sku­tecz­niej­sza była kam­pa­nia prze­pro­wa­dzo­na pod ko­niec xix wie­ku we Fran­cji, ma­jąca na celu języ­ko­we i kul­tu­ro­we ujed­no­li­ce­nie kra­ju. Ist­nie­ją sza­cun­ki, we­dług któ­rych w cza­sie re­wo­lu­cji za­le­d­wie po­ło­wa po­pu­la­cji Fran­cji mó­wi­ła po fran­cu­sku, a jesz­cze w 1863 roku - trzy czwar­te. Po­zo­sta­li po­słu­gi­wa­li się pro­wan­sal­skim, fla­mandz­kim, bre­to­ńskim, ba­skij­skim i wie­lo­ma in­ny­mi z dłu­giej li­sty języ­ków i dia­lek­tów (ró­żni­ca mi­ędzy jed­nym i dru­gim za­wsze mia­ła wi­ęcej wspól­ne­go z wła­dzą niż z ja­ki­mi­kol­wiek kry­te­ria­mi języ­ko­znaw­czy­mi). Obo­wi­ąz­ko­wa edu­ka­cja, przy­mu­so­wy po­bór do (fran­cu­sko­języcz­nej) ar­mii oraz mo­no­języ­ko­wy apa­rat ad­mi­ni­stra­cyj­ny i praw­ny zdo­ła­ły za­dzi­wia­jąco szyb­ko wy­ma­zać języ­ko­wą ró­żno­rod­no­ść6.

5 Prze­mó­wie­nie Pala Hun­fal­wy cy­tu­je R.W. Se­ton-Wat­son w: A Hi­sto­ry of the Ro­ma­nians from Ro­man Ti­mes to Com­ple­tion of Uni­ty, Ar­chon Bo­oks, Lon­don 1963, s. 349. Jest to re­print ory­gi­nal­ne­go tek­stu z 1937 roku.

6 Eu­ge­ne We­ber, Pe­asants into French­men: The Mo­der­ni­za­tion of Ru­ral Fran­ce, 1870-1914, Stan­ford Uni­ver­si­ty Press, Stan­ford 1976, s. 67-88.

Na tym mi­ędzy­na­ro­do­wym tle roz­wi­ąza­nia wpro­wa­dza­ne przez rządy nie­miec­ki czy ro­syj­ski nie były ni­czym nad­zwy­czaj­nym; w prak­ty­ce w przy­pad­ku tego dru­gie­go wy­da­je się zresz­tą, że były mało sku­tecz­ne. Nie cho­dzi tu o to, by umniej­szać pro­ble­my osób pol­sko­języcz­nych, któ­rych język szka­lo­wa­no i mar­gi­na­li­zo­wa­no, zwłasz­cza w za­bo­rze nie­miec­kim, gdzie po­li­ty­ce ger­ma­ni­za­cji to­wa­rzy­szy­ło prze­ko­na­nie o nie­miec­kiej wy­ższo­ści kul­tu­ro­wej. Nie cho­dzi ta­kże o to, by bro­nić tych prak­tyk - wprost prze­ciw­nie, były wszak co naj­mniej opre­syj­ne, a w swo­ich naj­skraj­niej­szych prze­ja­wach po pro­stu bru­tal­ne. Sta­no­wi­ły jed­nak część ty­po­we­go do­świad­cze­nia mniej­szo­ści języ­ko­wych i kul­tu­ro­wych w mo­der­ni­zu­jących się pa­ństwach. Wcze­śniej wład­ca dbał je­dy­nie o to, by pod­da­ni pła­ci­li po­dat­ki i utrzy­my­wa­li po­rządek, na­to­miast w dru­giej po­ło­wie xix wie­ku do­sko­na­ła mie­szan­ka czyn­ni­ków ide­olo­gicz­nych (wy­obra­że­nia do­ty­czące hie­rar­chii ra­so­wych i "mi­sji cy­wi­li­za­cyj­nych"), sił go­spo­dar­czych (za­po­trze­bo­wa­nie na miej­ską siłę ro­bo­czą, któ­ra mó­wi­ła­by jed­nym języ­kiem) i po­li­tycz­nych (eks­pan­sja i ujed­no­li­ca­nie sys­te­mów ad­mi­ni­stra­cyj­nych i praw­nych) spra­wi­ła, że kam­pa­nie wy­na­ra­da­wia­jące sta­ły się zja­wi­skiem glo­bal­nym.

Fa­scy­nu­jąca dwu­znacz­no­ść pol­skie­go dzie­wi­ęt­na­sto­wiecz­ne­go ru­chu na­ro­do­we­go po­le­ga na tym, że zna­la­zł się w po­zy­cji po­śred­niej: po­mi­ędzy do­świad­cze­niem uci­ska­nej kul­tu­ry mniej­szo­ścio­wej a do­świad­cze­niem elit kul­tu­ro­wych bu­du­jących pa­ństwo. Wi­dać to naj­le­piej, kie­dy po­rów­na­my sy­tu­ację w Pru­sach, gdzie Po­la­ków trak­to­wa­no jako kul­tu­ro­wo ni­ższych, za­co­fa­nych chło­pów, któ­rych Niem­cy mu­szą "ucy­wi­li­zo­wać", z sy­tu­acją w Ga­li­cji, gdzie rządzi­li Po­la­cy. Habs­bur­go­wie, nie­ustan­nie kon­fron­to­wa­ni ze zja­wi­skiem pol­skie­go se­pa­ra­ty­zmu (i co na­wet wa­żniej­sze, ze zja­wi­skiem se­pa­ra­ty­zmu węgier­skie­go), osta­tecz­nie po­rzu­ci­li wszel­kie pró­by scen­tra­li­zo­wa­nia swo­je­go im­pe­rium. Lud­no­ść nie­miec­ko­języcz­na sta­no­wi­ła na zie­miach ce­sar­stwa je­dy­nie oko­ło jed­nej czwar­tej po­pu­la­cji, resz­tę zaś mo­żna było przy­po­rząd­ko­wać do jed­nej z co naj­mniej dzie­wi­ęciu wi­ęk­szych ka­te­go­rii et­nicz­no-języ­ko­wych oraz wy­ró­żnić wśród nich jesz­cze wi­ęcej pod­grup. Wy­mu­sza­nie w tych oko­licz­no­ściach ujed­no­li­ce­nia by­ło­by, uj­mu­jąc rzecz de­li­kat­nie, na­iw­no­ścią, za­tem wła­dze w Wied­niu po­sta­no­wi­ły ra­czej skap­to­wać eli­ty dwóch naj­sil­niej­szych (i naj­bar­dziej opor­nych) wspól­not, czy­li eli­ty węgier­skie i pol­skie. W 1867 roku Węgry zy­ska­ły sta­tus osob­ne­go kró­le­stwa, po­łączo­ne­go z Au­strią oso­bą mo­nar­chy i po­li­ty­ką za­gra­nicz­ną. Ga­li­cji nie za­pro­po­no­wa­no ta­kie­go ukła­du, jed­nak po­zo­sta­ła pro­win­cją o sze­ro­kim za­kre­sie au­to­no­mii w ka­żdym prak­tycz­nym aspek­cie. Po­wo­ła­no sejm pro­win­cjo­nal­ny, a języ­kiem rządu, szkol­nic­twa i ad­mi­ni­stra­cji po­zo­stał język pol­ski. Cho­ciaż na ma­pie Eu­ro­py Pol­ska nie ist­nia­ła, lu­dzie miesz­ka­jący w Kra­ko­wie, Lwo­wie i wie­lu ma­łych mia­stecz­kach i wio­skach Ga­li­cji mo­gli funk­cjo­no­wać tak, jak gdy­by żyli w nie­za­le­żnym pa­ństwie pol­skim. Za­so­by tego pa­ństwa (w ubo­giej Ga­li­cji bar­dzo ogra­ni­czo­ne) wy­ko­rzy­sty­wa­no do pro­mo­wa­nia nie tyl­ko ce­sar­sko-kró­lew­skie­go lo­ja­li­zmu, któ­ry był na tym ob­sza­rze bar­dzo sil­ny, ale też pol­skie­go języ­ka i pol­skie­go pa­trio­ty­zmu. Za­chęca­no chło­pów do udzia­łu w pu­blicz­nych rocz­ni­cach upa­mi­ęt­nia­jących wy­da­rze­nia z hi­sto­rii Pol­ski, ta­kie jak pod­pi­sa­nie Kon­sty­tu­cji 3 maja czy uro­dzi­ny wa­żnych po­sta­ci hi­sto­rycz­nych. Wie­lu pi­sa­rzy i ar­ty­stów en­tu­zja­stycz­nie wspie­ra­ło te wy­si­łki. Sztu­kę pa­trio­tycz­ną re­pro­du­ko­wa­no w po­sta­ci ta­nich dru­ków, z któ­rych część, mi­ędzy in­ny­mi za po­śred­nic­twem pism ru­chu lu­do­we­go, tra­fia­ła osta­tecz­nie jako de­ko­ra­cja do chat chłop­skich.

O ile w Pru­sach Po­la­cy trak­to­wa­ni byli jak nie­cy­wi­li­zo­wa­ni chło­pi, a w Ga­li­cji sta­li się częścią eli­ty rządzącej, o tyle w Ce­sar­stwie Ro­syj­skim (w któ­re­go gra­ni­cach zna­la­zła się zde­cy­do­wa­na wi­ęk­szo­ść lud­no­ści pol­sko­języcz­nej) zaj­mo­wa­li po­zy­cję po­śred­nią. Jak wspo­mi­na­łem, pod ko­niec xix wie­ku wła­dze car­skie roz­po­częły nie­sku­tecz­ną kam­pa­nię ru­sy­fi­ka­cyj­ną, a już wcze­śniej, za­raz po 1863 roku, Po­la­cy byli ca­łko­wi­cie od­ci­ęci od wła­dzy po­li­tycz­nej. Pol­sko­języcz­ni miesz­ka­ńcy Kró­le­stwa Pol­skie­go i Kre­sów po­zo­sta­wa­li jed­nak na tych te­re­nach eli­tą kul­tu­ro­wą, spo­łecz­ną i go­spo­dar­czą. W lo­gi­ce eu­ro­pej­skie­go ko­lo­nia­li­zmu i orien­ta­li­zmu Ro­sja znaj­do­wa­ła się za­wsze w dzi­wacz­nej po­zy­cji - nie do ko­ńca człon­ki­ni klu­bu mo­carstw, a jed­nak też nie ca­łkiem poza nim. Wo­bec po­łu­dnio­wych i wschod­nich obrze­ży Ro­sja pro­wa­dzi­ła po­li­ty­kę od­po­wia­da­jącą im­pe­rial­nym wzor­com, uru­cha­mia­jąc dys­kurs "mi­sji cy­wi­li­za­cyj­nej" i wy­si­łków na rzecz za­sy­mi­lo­wa­nia "za­co­fa­nych" lu­dów Azji Cen­tral­nej i Sy­be­rii. Jed­nak na za­chod­niej gra­ni­cy im­pe­rium pol­ską szlach­tę po­strze­ga­no (przy czym ona sama rów­nież się tak po­strze­ga­ła) jako przed­sta­wi­cie­li "Eu­ro­py" i "Za­cho­du". W ten spo­sób po­wsta­wa­ła dzi­wacz­na sy­tu­acja, w któ­rej ro­syj­ska ad­mi­ni­stra­cja spra­wo­wa­ła wła­dzę po­li­tycz­ną i woj­sko­wą, pod­czas gdy Po­la­cy za­cho­wy­wa­li he­ge­mo­nię w dzie­dzi­nie kul­tu­ry.

Wszędzie pod­sta­wo­wym na­rzędziem kam­pa­nii wy­na­ra­da­wia­nia była ide­olo­gia hie­rar­chii na­ro­do­wych - idea tego, co Niem­cy na­zwa­li Kul­tur­träger (no­si­ciel kul­tu­ry). W Sta­nach Zjed­no­czo­nych uczo­no się an­giel­skie­go, we Fran­cji pa­ry­skie­go fran­cu­skie­go, a w znacz­nej części środ­ko­wej Eu­ro­py nie­miec­kie­go nie tyl­ko z tej przy­czy­ny, że pa­ństwo wy­mu­sza­ło na­ukę tych języ­ków, ale rów­nież dla­te­go, że wie­le osób na­le­żących do grup mniej­szo­ścio­wych po­strze­ga­ło asy­mi­la­cję jako na­rzędzie awan­su kul­tu­ro­we­go. Trud­no na­to­miast wy­obra­zić so­bie pol­skie­go dzie­wi­ęt­na­sto­wiecz­ne­go szlach­ci­ca, któ­ry uczy się ro­syj­skie­go, by się bar­dziej "ucy­wi­li­zo­wać" - choć za­ra­zem war­to pa­mi­ętać, że Po­la­cy (i Po­lki) stu­dio­wa­li w Pe­ters­bur­gu lub wy­je­żdża­li do Ro­sji ro­bić ka­rie­ry. Zgod­nie z ów­cze­snym ro­syj­skim ste­reo­ty­pem Po­lak był prze­in­te­lek­tu­ali­zo­wa­nym sno­bem - od­wrot­no­ść nie­miec­kie­go ste­reo­ty­pu nie­pi­śmien­ne­go pol­skie­go chło­pa. W re­zul­ta­cie w kon­tro­lo­wa­nej przez Ro­sjan War­sza­wie mógł po­ja­wić się taki Kul­tur­träger jak Hen­ryk Sien­kie­wicz, au­tor be­st­sel­le­ro­wych po­wie­ści, któ­re ode­gra­ły ogrom­ną rolę w sze­rze­niu ide­olo­gii to­żsa­mo­ści na­ro­do­wej we wszyst­kich trzech za­bo­rach.

Rola li­te­ra­tu­ry i sztu­ki w gło­sze­niu na­ro­do­wej ewan­ge­lii jest nie do prze­ce­nie­nia. Wa­żniej­si na­wet niż sław­ny Sien­kie­wicz byli nie­zli­cze­ni pi­sa­rze i ma­la­rze, któ­rzy choć ni­g­dy nie we­szli do ka­no­nu li­te­ra­tu­ry pol­skiej, nie­śli prze­sła­nie o pol­skiej to­żsa­mo­ści w za­po­mnia­nych dziś po­wie­ściach ro­man­tycz­nych i przy­go­do­wych, dru­go­rzęd­nych dra­ma­tach czy tan­det­nych re­pro­duk­cjach zba­na­li­zo­wa­nej sztu­ki na­ro­do­wej.

To dzi­ęki ta­kim przed­si­ęw­zi­ęciom co­raz wi­ęcej lu­dzi za­po­zna­wa­ło się z pod­sta­wo­wy­mi ar­che­ty­pa­mi na­ro­do­wej pod­mio­to­wo­ści, zwłasz­cza z ide­ałem pa­trio­tycz­nej męsko­ści, któ­re­go wcie­le­niem stał się Po­wsta­niec: od­wa­żny bo­jow­nik o wol­no­ść, go­tów za­ry­zy­ko­wać wszyst­ko, na­wet ży­cie - zwłasz­cza ży­cie - dla spra­wy na­ro­do­wej. Był bo­ha­te­rem tra­gicz­nym w kla­sycz­nym tego po­jęcia zna­cze­niu: po­stać, któ­rej męstwo i cno­ta wi­ąza­ły się za­wsze z ja­kąś fa­tal­ną ska­zą, nie­uchron­nie pro­wa­dzącą ku klęsce. Pol­ska jako taka ta­kże sta­ła się ta­kim bo­ha­te­rem, po­wie­ścio­pi­sa­rze, po­eci i hi­sto­ry­cy za­częli bo­wiem opo­wia­dać dzie­je na­ro­du jako zbio­ro­we­go ak­to­ra dzie­jów, wal­czące­go o swo­je ist­nie­nie po to je­dy­nie, by za ka­żdym ra­zem po­nie­ść klęskę, nie­uchron­ną, choć ry­cer­ską. Cno­ta­mi owe­go bo­ha­te­ra są umi­ło­wa­nie wol­no­ści i od­wa­żna go­to­wo­ść do tego, by za nią wal­czyć; tra­gicz­ną ska­zą - na­kaz wal­ki nie­za­le­żnie od szans na zwy­ci­ęstwo lub ceny po­ra­żki.

Od­po­wied­nicz­ką he­ro­icz­nej, a za­ra­zem tra­gicz­nej po­sta­ci bo­jow­ni­ka o wol­no­ść sta­ła się inna ar­che­ty­picz­na po­stać: Mat­ka Pol­ka. Do­star­cza­ła wzor­ca na­ro­do­wej ko­bie­co­ści, wspie­ra­jąc męski ide­ał po­wsta­ńca. Mat­ka Po­lka ta­kże de­fi­nio­wa­ła się po­przez ofia­rę: ofia­rę żony, któ­ra do­bro­wol­nie go­dzi się z tym, że mąż od­cho­dzi i gi­nie dla spra­wy na­ro­do­wej, i któ­ra wy­cho­wu­je dzie­ci go­to­we tak samo od­dać ży­cie. Jest sto­icz­ką, w któ­rej ży­ciu nie­wie­le jest ra­do­ści, i nie­złom­ną pod­po­rą mo­ral­nej pra­wo­ści swe­go męża wo­jow­ni­ka. Pod wie­lo­ma względa­mi Mat­ka Po­lka sta­no­wi wa­ria­cję na te­mat zna­nych dzie­wi­ęt­na­sto­wiecz­nych bu­rżu­azyj­nych norm ko­bie­co­ści. W ca­łej Eu­ro­pie w tym okre­sie ko­bie­tom z klas śred­niej i wy­ższej po­wta­rza­no, że mają w ży­ciu dwa cele: wy­cho­wy­wać dzie­ci oraz być dla mężów ucie­le­śnie­niem mo­ral­no­ści i cno­ty. W mia­rę jak ka­pi­ta­lizm prze­my­sło­wy za­stępo­wał daw­niej­sze war­to­ści etycz­ne nor­ma­mi co­raz le­piej do­pa­so­wa­ny­mi do bez­względ­ne­go świa­ta in­te­re­sów, ko­bie­tę za­częto trak­to­wać jako je­dy­ną isto­tę sto­jącą mi­ędzy no­wo­cze­sno­ścią a za­tra­ce­niem. W Pol­sce, tak samo jak we Fran­cji czy Wiel­kiej Bry­ta­nii, ide­ał ko­bie­co­ści zde­fi­nio­wa­no na tyle wąsko, że mógł od­po­wia­dać je­dy­nie tym, któ­rych stać było na utrzy­ma­nie ro­dzi­ny wy­łącz­nie z do­cho­dów mężczy­zny (luk­sus nie­osi­ągal­ny dla chło­pów czy ro­bot­ni­ków prze­my­sło­wych). W Pol­sce ta war­stwa eko­no­micz­na aż do ko­ńca xix wie­ku ogra­ni­cza­ła się prak­tycz­nie do dzie­dzicz­nej szlach­ty - czy­li gru­py, któ­rą naj­sil­niej przy­ci­ągał ruch na­ro­do­wy. Za­tem wzo­rzec Mat­ki Po­lki do­da­wał lo­kal­ną nutę do po­pu­lar­ne­go wśród elit ide­ału ko­bie­co­ści, przy­zna­jąc ko­bie­cie obo­wi­ązek pod­trzy­my­wa­nia już nie tyl­ko mo­ral­no­ści i po­rząd­ku spo­łecz­ne­go, ale ta­kże sa­me­go na­ro­du.

Męsko­ść i ko­bie­co­ść w xix wie­ku: (a) Ar­tur Grot­t­ger, Bi­twa, 1863. Źró­dło: Mu­zeum Sztuk Pi­ęk­nych, Bu­da­peszt; (b) Po­że­gna­nie i po­wi­ta­nie, 1865-1866. Źró­dło: Mu­zeum Na­ro­do­we w Kra­ko­wie.

Przy­wo­łu­ję te ar­che­ty­py, po­nie­waż kie­ru­ją na­szą uwa­gę ku istot­ne­mu py­ta­niu: co tak na­praw­dę zna­czy­ło być Po­la­kiem? Je­śli jest praw­dą, jak sta­ram się do­wie­ść w tym roz­dzia­le, że na­ród pol­ski (w ta­kim zna­cze­niu, w ja­kim dziś o nim my­śli­my) zo­stał stwo­rzo­ny w xix wie­ku, w ta­kim ra­zie jacy po­win­ni być jego człon­ko­wie i człon­ki­nie? Na po­cząt­ku mamy do­kład­nie te ide­ały, któ­re wła­śnie na­szki­co­wa­łem: Po­wsta­niec i Mat­ka Po­lka. Obie po­sta­cie łączy to, że po­cho­dzą ze szlach­ty, gru­py, któ­ra za­cho­wa­ła kul­tu­ro­wą he­ge­mo­nię i moc de­fi­nio­wa­nia pol­sko­ści dłu­go po tym, jak jej wła­dza eko­no­micz­na i po­li­tycz­na za­częła za­ni­kać. Nie ozna­cza to, że nie ist­nia­ły wzor­ce pol­sko­ści dla chło­pów - te wzor­ce roz­wi­ja­ły się jed­nak już w xix wie­ku i okre­śla­no je wo­bec ist­nie­jących wcze­śniej ide­ałów szla­chec­kich. Mi­tycz­ny chłop pol­ski stał się wy­ide­ali­zo­wa­nym wcie­le­niem wiej­skiej pro­sto­ty, za­wsze re­li­gij­nym, po­bo­żnym i zna­jącym swo­je wła­ści­we miej­sce w spo­łe­cze­ństwie. W mgli­stej pa­mi­ęci hi­sto­rycz­nej do­świad­cze­nia i tro­ski szlach­ty uto­żsa­mio­no z do­świad­cze­nia­mi i tro­ska­mi Pol­ski. Zwy­kło się na przy­kład na­zy­wać cały okres mi­ędzy 1795 a 1918 ro­kiem mia­nem "cza­su nie­wo­li". Tym­cza­sem tra­jek­to­ria chłop­skich do­świad­czeń od­no­szących się do owych 123 lat za­czy­na się od pod­da­ństwa i prze­cho­dzi przez ko­lej­ne eta­py eman­cy­pa­cji, ukła­da­jąc się w zu­pe­łnie inną opo­wie­ść. Cho­ciaż re­la­tyw­nie nie­wie­lu chło­pów an­ga­żo­wa­ło się w spra­wę na­ro­do­wą, ci, któ­rzy to ro­bi­li, sta­li się w dwu­dzie­sto­wiecz­nych ksi­ążkach hi­sto­rycz­nych iko­na­mi wła­śnie dla­te­go, że we­szli w rolę na­ro­do­we­go bo­ha­te­ra - Po­wsta­ńca. O wie­le mniej po­pu­lar­ni w pol­skiej na­ro­do­wej mi­to­lo­gii są chło­pi i chłop­ki bun­tu­jący się prze­ciw uci­sko­wi pana ziem­skie­go - po­sta­cie tak często spo­ty­ka­ne w in­nych ru­chach na­ro­do­wych (na przy­kład wśród Ukra­ińców czy Mek­sy­ka­nów). Jak po­ka­żę w ko­lej­nym roz­dzia­le, na zie­miach pol­skich roz­wi­nął się osta­tecz­nie ruch lu­do­wy, jed­nak miał on o wie­le mniej­szy wy­wro­to­wy po­ten­cjał niż ana­lo­gicz­ne ru­chy w in­nych częściach świa­ta.

Je­śli mogę po­zwo­lić so­bie na lek­ką prze­sa­dę, z po­rów­ny­wal­ną sy­tu­acją mie­li­by­śmy do czy­nie­nia, gdy­by ame­ry­ka­ńska nar­ra­cja pa­trio­tycz­na, de­kla­ru­jąc, że obej­mu­je za­rów­no czar­nych, jak i bia­łych, wy­sła­wia­ła po­sia­da­czy ziem­skich z Po­łud­nia i mar­gi­na­li­zo­wa­ła zja­wi­sko nie­wol­nic­twa. Ana­lo­gia jest o tyle traf­na, że przez znacz­ną część xx wie­ku do­kład­nie tak uczo­no nas w Sta­nach Zjed­no­czo­nych hi­sto­rii, zwłasz­cza w szko­łach pod­sta­wo­wych i śred­nich, oraz do­kład­nie tak przed­sta­wia­no ją w kul­tu­rze po­pu­lar­nej. Kla­sycz­na ame­ry­ka­ńska opo­wie­ść Prze­mi­nęło z wia­trem (ksi­ążka zo­sta­ła opu­bli­ko­wa­na w 1936 roku, film po­wstał w 1939) jest tego do­sko­na­łym przy­kła­dem. W tej wi­zji ame­ry­ka­ńskiej prze­szło­ści nie ma miej­sca na ta­kie wy­da­rze­nia jak po­wsta­nie Nata Tur­ne­ra - stłu­mio­na, ale nie­zwy­kle krwa­wa pró­ba wznie­ce­nia bun­tu nie­wol­ni­ków w 1831 roku. Po­dob­nie, tak samo nie­od­le­głe w cza­sie i jesz­cze bar­dziej krwa­we po­wsta­nie chło­pów w Ga­li­cji z 1846 roku nie pa­su­je do pol­skiej nar­ra­cji pa­trio­tycz­nej i zwy­cza­jo­wo na­zy­wa­ne jest ra­ba­cją ga­li­cyj­ską lub rze­zią ga­li­cyj­ską. Zbyt dzi­wacz­nie by to brzmia­ło, gdy­by użyć na­zwy "po­wsta­nie ga­li­cyj­skie". Ani Na­tha­niel Tur­ner, ani Ja­kub Sze­la, naj­wa­żniej­szy chłop­ski przy­wód­ca z 1846 roku, nie we­szli do na­ro­do­we­go pan­te­onu swo­ich kra­jów - by­naj­mniej nie dla­te­go, że uży­wa­li prze­mo­cy i za­bi­ja­li nie­win­nych (wszak wie­lu lu­dzi unie­śmier­tel­nio­nych na po­mni­kach i w ha­gio­gra­ficz­nych opo­wie­ściach ma krew na rękach), ale dla­te­go, że spo­so­bu, w jaki z bro­nią w ręku za­kwe­stio­no­wa­li swo­ją po­zy­cję spo­łecz­ną i po­ło­że­nie, nie da się włączyć w głów­ny nurt na­ro­do­wej opo­wie­ści. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych sy­tu­acja się zmie­nia­ła, choć bar­dzo po­wo­li i opor­nie7. Jak jesz­cze zo­ba­czy­my, ko­mu­ni­stycz­ne wła­dze pró­bo­wa­ły z po­cząt­ku do­ko­nać po­dob­nej re­wi­zji hi­sto­rii Pol­ski, jed­nak nie wy­wa­rło to trwa­łe­go wpły­wu ani na hi­sto­ry­ków aka­de­mic­kich, ani na kul­tu­rę po­pu­lar­ną.

7 Pro­ces zmian roz­po­czął się wraz z usta­no­wie­niem na­ro­do­we­go świ­ęta ku czci Mar­ti­na Lu­the­ra Kin­ga w 1983 roku. W 2016 roku na ekra­ny kin wsze­dł wa­żny (i kon­tro­wer­syj­ny) film po­świ­ęco­ny po­wsta­niu Tur­ne­ra, Na­ro­dzi­ny na­ro­du, w tym sa­mym cza­sie otwar­to w Wa­szyng­to­nie Na­ro­do­we Mu­zeum Hi­sto­rii i Kul­tu­ry Afro­ame­ry­ka­ńskiej.

W skró­cie: czy to w re­ak­cji na po­li­ty­kę pro­wa­dzo­ną w za­bo­rach nie­miec­kim i ro­syj­skim, czy dzi­ęki pra­cy pi­sa­rzy i ar­ty­stów, czy (rza­dziej) dzi­ęki przy­kła­do­wi bo­jow­ni­ków, w przeded­niu pierw­szej woj­ny świa­to­wej idea na­ro­du pol­skie­go była już do­brze utrwa­lo­na. W tym cza­sie nie­mal ka­żdy mó­wi­ący po pol­sku miesz­ka­niec do­rze­cza Wi­sły miał już przy­naj­mniej po­czu­cie przy­na­le­żno­ści do cze­goś, co no­si­ło na­zwę "Pol­ska". Im da­lej na wschód, tym spra­wa sta­wa­ła się bar­dziej zło­żo­na, jako że ro­dzi­ny dwu­języcz­ne mu­sia­ły wy­bie­rać, gdzie ulo­ko­wać swo­ją lo­jal­no­ść, dla wi­ęk­szo­ści jed­nak język i ety­kie­ty et­nicz­no-na­ro­do­we za­czy­na­ły co­raz wy­ra­źniej się na sie­bie na­kła­dać. Ten ob­raz tra­ci jed­nak ostro­ść, gdy za­czy­na­my się za­sta­na­wiać, ja­kie kon­se­kwen­cje mo­gło po­ci­ągać za sobą na­zwa­nie się Po­la­kiem. Dzia­ła­cze na­ro­do­wi uwa­ża­li, że ka­żdy praw­dzi­wy Po­lak wi­nien za­an­ga­żo­wać się w wal­kę o nie­pod­le­gło­ść, nie­ko­niecz­nie jed­nak tak się dzia­ło. Opi­nii na ten te­mat było tyle, ilu Po­la­ków i Po­lek. Nie­któ­rzy ma­rzy­li o ko­lej­nym po­wsta­niu, inni byli zwo­len­ni­ka­mi wy­wie­ra­nia na­ci­sku na dy­plo­ma­tów i po­li­ty­ków z Eu­ro­py Za­chod­niej, jesz­cze inni uwa­ża­li, że wy­star­czy­ła­by lo­kal­na au­to­no­mia, układ po­dob­ny do ist­nie­jące­go w Ga­li­cji. Wie­le osób, być może wi­ęk­szo­ść, naj­praw­do­po­dob­niej nie za­sta­na­wia­ło się zbyt­nio nad pro­ble­mem nie­pod­le­gło­ści, po­nie­waż wszyst­kie mo­żli­we sce­na­riu­sze wy­da­wa­ły się rów­nie mało re­ali­stycz­ne.

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej.