Całkiem skromne prezenty - Uglješa Šajtinac

-
Proszę czekać

I

Ko­chany bra­cie,

je­stem gdzieś na Broad­wayu, deszcz nie pada, ale ude­rza fa­lami. Pod mo­krymi słu­chaw­kami jesz­cze sły­szę Three easy pie­ces Johna Cage'a. Za­trzy­ma­łem się pod mar­kizą i te­raz pró­buję za­pa­lić pa­pie­rosa. Stara ko­bieta ogląda się za pa­ra­solką, którą wiatr wy­rwał jej z rąk. Śmieje się sama z sie­bie. Ja też się śmieję. Z po­toku, który pę­dzi w dół ulicy, tam gdzie znik­nęła jej pa­ra­solka, te­raz wy­ska­kuje ogromny czarny pies ze smy­czą. Wy­gląda na to, że tak tu jest. Rze­czy prze­mie­niają się w istoty, a istoty w rze­czy. To na­wet nie jest deszcz, to na­wał­nica, która nad­ciąga pro­sto znad oce­anu. Palę i pa­trzę na swoje buty. Stoję w wo­dzie. Jak każdy ob­co­kra­jo­wiec wy­obra­żam so­bie, że koło mnie jest ktoś, kto ro­zu­mie ję­zyk, ja­kim mó­wię. Już mam swoje du­chy, tak, przy­szła ko­lej, że­bym wspo­mniał i o tym. Wdy­cham deszcz i dym z lucky strike'a, za­chwy­cony jak wtedy, gdy by­li­śmy mali, sły­szę krzyk Gor­dany i wi­dzę Cie­bie, jak nas zbie­rasz jak kur­częta przed bramą. Oj­ciec jest w pracy. Mama też. Ciotka Ju­li­ška stoi w drzwiach i wy­ciera ręce w ścierkę. Ty nas za­ga­niasz, a ona nas ła­pie i mówi, że­by­śmy się nie ru­szali z przed­po­koju - tro­chę po wę­gier­sku, tro­chę po serb­sku. Gor­dana, śmie­jąc się, cią­gnie mnie za prze­mo­czoną ko­szulkę. Po­tem pro­te­stuje, kiedy ciotka Ju­li­ška wy­ciera nam głowy ręcz­ni­kiem, a Ty sto­isz w progu i pa­trzysz na po­dwórko. Po­tem gdzieś wy­bie­gasz. Ni­gdy nie mo­głem od­gad­nąć do­kąd i dla­czego. By­łeś star­szy. Za­wsze mia­łeś tro­chę wię­cej swo­ich po­wo­dów niż my, młodsi. Już wtedy były sprawy, które mar­twiły tylko Cie­bie. Twój ro­wer, Twoje kró­liki, Twoje in­sta­la­cje ogro­dowe, jak ten drew­niany sa­mo­lot wia­trak ze śmi­głem na dzio­bie, które krę­ciło się, kiedy wiał wiatr. Ależby się te­raz ki­wało i krę­ciło! Je­śli nie będę miał po­my­słu, co ro­bić, lep­szego niż te­raz, a i te­raz nie mam żad­nego, ru­szę z pro­duk­cją wła­śnie ta­kich sa­mo­lo­tów wia­tra­ków, bo tu­taj tego brak. Na­wet Man­hat­tan nie jest ide­alny. Pro­szę, od­na­leźli się pan i jego pies. Te­raz czło­wiek klę­czy w ka­łuży i pie­ści czar­nego psa, jakby do­ty­kał waż­nej czę­ści wła­snej du­szy. Ty to ro­zu­miesz. Kie­dyś by­łeś wraż­liwy na krzywdę słab­szych.

Że na­rze­kam? Nie będę. Poza tym, że nie wolno pa­lić w lo­ka­lach, sprze­da­ją­cych kawę i al­ko­hol, Nowy Jork jest dla mnie ła­skawy. Do­tar­łem tu trzy dni temu. Na lot­ni­sku cze­kał na mnie Joy, ro­dzinny czło­wiek tuż po pięć­dzie­siątce. Jest ko­or­dy­na­to­rem pro­jektu, do któ­rego zo­sta­li­śmy za­pro­szeni. Dba o to, że­by­śmy mieli mapy, bi­lety na sub­way, pie­nią­dze. Będę do­sta­wał sie­dem­set do­lców ty­go­dniowo! Bio­rąc pod uwagę, że miesz­ka­nie mamy, pie­nią­dze są na to, żeby za­pew­nić so­bie je­dze­nie i pi­cie. Dla­czego wspo­mnia­łem Joya? Pew­nie dla­tego, że był pierw­szą osobą, z którą tu roz­ma­wia­łem. O ja­poń­skich sa­mo­cho­dach. On też ma hondę, nie jest pa­triotą. Kiedy go spy­ta­łem, jak jest w No­wym Jorku, uśmiech­nął się i po­wie­dział: "Nie mam po­ję­cia. Przy­jeż­dżam do pracy, pół dnia sie­dzę w biu­rze, a po­tem jadę do domu, żony i dzieci w Con­nec­ti­cut". Tam jest na­tura. A Ty wiesz, że ja nie zno­szę na­tury. Kiedy mi­nę­li­śmy bramki i wje­cha­li­śmy na Man­hat­tan, serce za­częło mi wa­lić ze szczę­ścia.

Pra­wie za­po­mnia­łem! Zresztą je­żeli bę­dzie Cię in­te­re­so­wać, mogę szcze­gó­łowo opo­wie­dzieć, jak wszy­scy zgro­ma­dzi­li­śmy się tu w ciągu dwu­dzie­stu czte­rech go­dzin. Dra­ma­to­pi­sa­rze z Eu­ropy Wschod­niej i Środ­ko­wej. Cie­kawa rzecz wy­da­rzyła się w dro­dze do Sta­nów, tego nie mogę po­mi­nąć. Pa­mię­tasz, jak mi ta pra­cow­nica JAT-u po­wie­działa, że "po­stara się, że­by­śmy w Mo­na­chium nie spóź­nili się na sa­mo­lot do No­wego Jorku". No więc uści­ska­li­śmy się wtedy, a Ty mnie po­cie­sza­łeś, że "wszystko bę­dzie w po­rządku, jak tylko opusz­czę prze­strzeń po­wietrzną za­sra­nej oj­czyz­ny". Po­tem od­wró­ci­łeś się i wy­sze­dłeś z sa­mo­lotu. Za­dzwo­ni­łeś do ko­goś z ko­mórki, sta­łeś na ze­wnątrz. Pa­trzy­łem na Cie­bie, do­póki nie prze­sze­dłeś na drugą stronę ulicy i nie znik­ną­łeś mię­dzy sa­mo­cho­dami na par­kingu. I tu za­czyna się moja przy­goda. Po pierw­sze, do Mo­na­chium przy­le­cie­li­śmy z opóź­nie­niem. Tam­tej­sze lot­ni­sko jest duże, ale nie na tyle ogromne, żeby było źle zor­ga­ni­zo­wane. Jed­nak do ter­mi­nalu, z któ­rego od­la­ty­wał sa­mo­lot do No­wego Jorku, nie dało się dojść w pięć mi­nut. Do­kład­nie tyle czasu mie­li­śmy my, le­cący da­lej. Było nas troje. Je­den star­szy czło­wiek z oko­lic Bel­gradu, ko­bieta koło czter­dziestki i ja. Wi­dząc, że czas nas goni, za­trzy­ma­łem ste­war­desę JAT-u i py­tam: "Jak pani my­śli, zdą­żymy tam za pięć mi­nut?". "Śpiesz­cie się, śpiesz­cie" - po­wie­działa nie­przy­tom­nie. Ta­blica z nu­me­rem ter­mi­nalu była wi­doczna w od­dali, ale ten nu­mer był tak ma­lutki, że stało się ja­sne, że mamy do niego co naj­mniej trzy­sta me­trów. Już ru­sza­łem bie­giem, ale wtedy za­trzy­mały nas trzy Niemki z ob­sługi pa­sa­że­rów. "Te­raz nie wolno. Ter­mi­nal już za­mknięty" - po­wta­rzały i już na­wią­zy­wały z kimś po­łą­cze­nie ra­diowe. Ste­war­desa JAT-u do­słow­nie znik­nęła z hali lot­ni­ska. Star­szy czło­wiek, ko­bieta i ja pa­trzy­li­śmy na sie­bie bez­rad­nie. A wtedy sta­ru­szek zde­cy­do­wa­nie mówi, co ma do po­wie­dze­nia: "Po ja­kiego chuja wy­sy­łają mi bi­lety, że­bym ich od­wie­dzał, mó­wi­łem grzecz­nie, że mnie to nie in­te­re­suje. Sie­dział­bym te­raz spo­koj­nie w domu, cho­lerne dzieci i wnuczki...". Ko­bieta wy­raź­nie za­nie­po­ko­jona przy­su­nęła się do mnie i na­wet zła­pała mnie za rękę. "Pan zna an­giel­ski, tak? Świet­nie, ja nie mó­wię ani me, ani be; to co, po­może nam pan?" - spy­tała. Po kilku se­kun­dach zja­wiło się dwóch po­li­cjan­tów i cała na­sza trójka zo­stała od­pro­wa­dzona do ko­mi­sa­riatu na lot­ni­sku. Tak, aresz­to­wali nas. Głupi ja­sno­włosy nie­miecki gli­niarz ko­ły­sał się jak kaczka, idąc za nami, zu­peł­nie jakby trzy­mał w od­by­cie za­pa­sową puszkę beck'sa. W ko­mi­sa­ria­cie umie­ścili nas w pu­stym po­koju z ław­kami, a ten sam "Fritz" pa­trzył na nas spod drzwi, jak­by­śmy byli trzema le­gwa­nami. Czę­sto po­kwi­ku­jąc, gło­śno i z za­do­wo­le­niem roz­ma­wiał z kimś, kogo nie wi­dzie­li­śmy. Ten głos mógł­bym roz­po­znać już z da­leka. Mó­wił, że trzeba przy­go­to­wać apa­rat fo­to­gra­ficzny. Sta­ru­szek sie­dział na ławce i chciał za­pa­lić pa­pie­rosa, ale szybko zre­zy­gno­wał. Pa­lić nie wolno na­wet na ze­wnątrz tego ko­mi­sa­riatu, a co do­piero gdy twój wzrok skrzy­żuje się ze spoj­rze­niem ba­war­skiego po­li­cjanta. "Za­py­taj ich, czy mogą mnie wy­pu­ścić do domu, psia ich mać" - śmier­tel­nie po­waż­nie po­pro­sił mnie stary. Nie zdą­ży­łem od­po­wie­dzieć, bo wła­śnie za­brali mnie na ro­bie­nie zdjęć. Trzy uję­cia, nie­miec­kim apa­ra­tem, być może obiek­ty­wem Carla Ze­issa, bo te­raz znów są zjed­no­czeni, Niemcy! W tam­tej chwili po­wie­dzia­łem coś po nie­miecku, po­wiedzmy: "Dla­czego tu je­ste­śmy?" lub coś w tym stylu, a wtedy "Fritz" pod­sko­czył, jakby zo­ba­czył ka­ta­ry­nia­rza z małpą na ra­mie­niu. Za­wo­łał "Hansa" i mo­głem zro­zu­mieć, jak po­wta­rza: "Ten mówi po nie­miecku". Jest coś nie do znie­sie­nia w tym, że za­trzy­muje cię nie­miecki po­li­cjant, po­my­śla­łem. Po pierw­sze, na­prawdę nie było dla mnie ja­sne, dla­czego mu­sie­li­śmy zo­stać sfo­to­gra­fo­wani, w do­datku w po­li­cyj­nych po­miesz­cze­niach, po dru­gie - słu­chać, jak ci Nie­miec roz­ka­zuje, nie jest ani odro­binę przy­jemne. "Tak, znam nie­miecki, uczy­łem się w szkole" - od­po­wie­dzia­łem. Nie znam go wy­star­cza­jąco do­brze, więc nie mo­głem szybko za­py­tać: "Czy tym wszyst­kim Ży­dom, z któ­rych zde­cy­do­wana więk­szość znała nie­miecki, ta zna­jo­mość w czymś wtedy po­mog­ła?". A chcia­łem. Po­tem sfo­to­gra­fo­wali ko­bietę, a na końcu sta­rego, który tak za­uwa­żal­nie po­grą­żył się w złym hu­mo­rze, że po­my­śla­łem, iż za­bie­rze któ­re­muś z po­li­cjan­tów pi­sto­let i po­za­bija nas wszyst­kich. Wzięli od nas po dwa­dzie­ścia euro. A po­tem każde do­stało na­klejkę do pasz­portu i wy­ja­śniono nam, że już nie je­ste­śmy nie­le­gal­nymi imi­gran­tami i mamy nie­miec­kie wizy tran­zy­towe. Do ko­lej­nego sa­mo­lotu mo­żemy spo­koj­nie na­rze­kać w po­cze­kalni. I tak wła­śnie było.

Zgod­nie z wszel­kimi re­gu­łami do­brze skom­po­no­wa­nego eposu piękno wkrótce za­stą­piło brzy­dotę. Za­częli prze­pra­szać. W ciągu nie­spełna pół go­dziny by­łem w sa­mo­lo­cie do Frank­furtu, skąd zo­sta­nie zor­ga­ni­zo­wany naj­szyb­szy trans­fer w kie­runku No­wego Jorku. Co wię­cej, już nie sie­dzia­łem, ale le­ża­łem w bu­si­ness class. Za­dość­uczy­nie­nie Lu­fthansy było cał­ko­wite. Za je­dyne dwa­dzie­ścia euro, te, które skoń­czyły w rę­kach ger­mań­skich glin, co w każ­dym ra­zie wy­nosi znacz­nie mniej niż róż­nica w ce­nie bi­letu klasy eko­no­micz­nej i biz­ne­so­wej, wy­le­gi­wa­łem się, mia­łem ko­cyk, a w rę­kach pi­lot do zmiany ka­na­łów wi­deo. Do­brze się przyj­rza­łem bi­le­towi lot­ni­czemu, któ­rym za­stą­piono mój, te­raz już cał­kiem bez­u­ży­teczny. Po­wiedzmy, że był wy­sta­wiony ja­kiejś lub ja­kie­muś Ra­ma­jani Upa­ni­szadi, tyle zła­pa­łem. Za­miast ja­kie­goś Hin­dusa czy Hin­du­ski moje sło­wiań­skie bar­ba­rzyń­skie ciel­sko, mój scy­tyj­ski kor­pus roz­cią­gał się wzdłuż roz­ło­żo­nego wy­god­nego fo­tela. W od­twa­rza­czu zna­la­złem ka­nał z mu­zyką kla­syczną i roz­ko­szo­wa­łem się Ada­gio for Strings Sa­mu­ela Bar­bera. Co za roz­mach! Ani­mo­wana pro­jek­cja na­szego sa­mo­lotu, który po­dąża trasą nad Atlan­ty­kiem, ja­śniała na ekra­nie wie­loma bar­wami. Pa­trzy­łem i cze­ka­łem, żeby zła­pać mo­ment, gdy mały po­jazd po­wietrzny się prze­su­nie. Okropne za­ję­cie. Kiedy nad­szedł czas po­siłku, zo­sta­łem za­py­tany, czy wolę ofertę eu­ro­pej­ską czy azja­tycką. Co za­mó­wiłby Or­well?! Praw­do­po­dob­nie słodką fa­solę i to­sty fran­cu­skie. Poza wszyst­kim za­chwy­cał mnie ko­cyk. Sku­li­łem się pod nim i pró­bo­wa­łem za­snąć. Nie wy­cho­dziło. Py­ta­łem sa­mego sie­bie wtedy i te­raz też py­tam, bra­cie, czym so­bie na to za­słu­ży­łem. Kto wy­brał wła­śnie mnie, że­bym z Ser­bii przy­je­chał tu­taj? Dla­czego? Ni­gdy o to nie pro­si­łem. Nie je­stem na­wet pe­wien, czy za­słu­guję. Wszystko jest ta­kie ta­jem­ni­cze i ta­kie nie­zo­bo­wią­zu­jące jed­no­cze­śnie. Nie to­wa­rzy­szyła mi żadna de­le­ga­cja. Po­wiedzmy, ar­ty­stów dra­ma­tycz­nych albo twór­ców dra­ma­tów. Nie prze­ka­zuję ni­czy­ich wia­do­mo­ści, nie wy­ko­nuję żad­nego za­da­nia dla wspól­nego do­bra. O tym tu­taj mało kto wie tam, skąd przy­je­cha­łem. Ofi­cjal­nie nikt mnie nie od­pro­wa­dził poza Tobą. Dzię­kuję Ci, za­wsze.

Spró­buję tro­chę po­spać. Pi­szę do Cie­bie z ma­łego po­koju. Stoją w nim dwa kom­pu­tery i jest po­świę­cony pa­mięci mło­dego dra­ma­to­pi­sa­rza, który zbyt wcze­śnie opu­ścił ten świat. Jego ro­dzice sfi­nan­so­wali urzą­dze­nie ma­łego stu­dia, które zo­sta­nie na­zwane jego imie­niem. W ciągu dnia jest tu tłok, ale te­raz, w środku nocy, nie ma ni­kogo i ci, któ­rzy są za­kwa­te­ro­wani w bu­dynku in­sty­tutu, już dawno śpią. Stąd będę do Cie­bie pi­sy­wał w ciągu tych trzech ty­go­dni.

De­ner­wuje mnie, że od­ma­wiasz za­in­sta­lo­wa­nia Skype'a, mo­gli­by­śmy wtedy sły­szeć się i roz­ma­wiać do woli. Do Gor­dany od­zy­wa­łem się te­le­fo­nicz­nie. Jest bar­dzo szczę­śliwa z mo­jego po­wodu. Mówi, że­bym się ro­zej­rzał, czy jest spo­sób, aby tu zo­stać, wy­daje jej się, że to dla mnie duża szansa. Po­wie­dział­bym, że poza tym jest tro­chę smutna. Czy wy dwoje sły­szy­cie się cza­sami? Może jest coś, czym nie chce mnie obar­czać? Pro­szę Cię, sprawdź i po­roz­ma­wiaj z nią. Dzwo­ni­łem też do ro­dzi­ców. Daddy brzmiał OK, choć lekko zmę­czony. Pro­po­nuje, że­bym zna­lazł tu ja­kąś dziew­czynę, kla­syka. Mama jest prze­pra­co­wana, tyle zro­zu­mia­łem. Nie mó­wiła mi o de­cy­zji eme­ry­tal­nej, to ją praw­do­po­dob­nie boli. Jak Ty to wi­dzisz? Kurde, przy­po­mniało mi się. Cho­dzi mi o to, że nie mogę zna­leźć od­po­wie­dzi na py­ta­nie, czy za­słu­ży­łem na to, że ja­kieś ame­ry­kań­skie sto­wa­rzy­sze­nie dra­ma­to­pi­sa­rzy za­pra­sza mnie, że­bym przez trzy ty­go­dnie na jego koszt wa­łę­sał się po cen­trum świata. Sam so­bie nie wy­daję się wy­star­cza­jąco do­bry na coś ta­kiego. Tego nie do­świad­czył ani nasz stryj, ani Ty. Dla mnie tata i on są bo­ha­te­rami, Ty też je­steś bo­ha­te­rem. Gor­dana jest naj­ja­śniej­szą du­szą, a pro­szę, od dzie­się­ciu lat żyje w wy­na­ję­tym miesz­ka­niu, do­jeż­dża do pracy w ja­kiejś dziu­rze, po­ni­ża­jące.

Wy­bacz mi ta­kie za­koń­cze­nie, a te­raz na­prawdę idę spać, bo już świta.

Na­pisz, co mam Ci ku­pić. Ro­bię li­stę.

Ści­skam Twoją dłoń i ko­cham Cię.

Twój brat

Vu­ka­šin, owoc ży­wota tej sa­mej matki!