Calico Joe - John Grisham

Kup ebooka

24.90 zł
19.92 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

W zeszłym ty­go­dniu mo­je­mu ojcu wycięto guza trzust­ki. Po ope­ra­cji, która trwała pięć go­dzin i była trud­niej­sza, niż prze­wi­dy­wa­li chi­rur­dzy, szpi­tal po­in­for­mo­wał bli­skich, że większości pa­cjentów w tym sta­nie po­zo­sta­je co naj­wyżej dzie­więćdzie­siąt dni życia. Po­nie­waż nie wie­działem nic ani o ope­ra­cji, ani o no­wo­two­rze, nie było mnie przy ogłasza­niu tego wy­ro­ku śmier­ci. Oj­ciec do ko­mu­ni­ka­tyw­nych nie należy. Przed dzie­sięciu laty roz­wiódł się z którąś tam z ko­lei żoną i za­nim wieść o tym do­tarła do mnie, on już miał następną.

Jego obec­na żona, Agnes - piąta czy może szósta z ko­lei - za­dzwo­niła do mnie już po fak­cie, przed­sta­wiła się i opi­sała w szczegółach, co to za no­wotwór i co się z nim wiąże. Po­wie­działa, że oj­ciec nie czu­je się naj­le­piej i nie chce z ni­kim roz­ma­wiać. Od­parłem, że to dla mnie nie no­wi­na, bo on nig­dy nie był sko­ry do roz­mo­wy, nie­za­leżnie od sa­mo­po­czu­cia. Po­pro­siła, żebym po­wia­do­mił resztę ro­dzi­ny. Miałem już za­py­tać: "Po co?", ale ugryzłem się w język. Nie chciałem spra­wiać przy­krości tej bied­nej ko­bie­cie.

Ta resz­ta ro­dzi­ny składa się z mo­jej młod­szej sio­stry, Jill, i z mo­jej mat­ki. Jill miesz­ka w Se­at­tle i, o ile mi wia­do­mo, ostat­ni raz z na­szym oj­cem roz­ma­wiała do­bre dzie­sięć lat temu. Ma dwo­je małych dzie­ci, które nie znają dziad­ka i już go pew­nie nie po­znają. Małżeństwo mo­ich ro­dziców trwało dwa­naście lat i dla mat­ki było ge­henną. W końcu nie wy­trzy­mała, po­wie­działa "ba­sta" i odeszła od ojca, za­bie­rając ze sobą mnie i Jill. Smut­na wia­do­mość, że jego dni są po­li­czo­ne, ra­czej mało ją obej­dzie, pomyślałem.

Po te­le­fo­nie od Agnes sia­dam za biur­kiem i próbuję so­bie wy­obra­zić, jak mi się będzie żyło bez ojca, bez War­re­na. Zacząłem mówić mu po imie­niu na stu­diach, bo był już wte­dy dla mnie bar­dziej kimś ob­cym niż oj­cem. Nie opo­no­wał. Za­wsze było mu obojętne, w ja­kiej for­mie się do nie­go zwra­cam, a ja za­wsze od­no­siłem wrażenie, że wolałby, żebym w ogóle się do nie­go nie od­zy­wał. Ja się jed­nak na to od cza­su do cza­su zdo­by­wałem; on nig­dy.

Po kil­ku mi­nu­tach przy­znaję sam przed sobą, że bez War­re­na będzie mi się żyło tak samo jak z nim.

Dzwo­nię do Jill i prze­ka­zuję no­winę. Jej pierw­sze py­ta­nie, to czy wy­bie­ram się na po­grzeb. Chy­ba za wcześnie, by o tym myśleć. Po­tem pyta, czy nie wy­pa­dałoby jej wy­brać się do ojca z wi­zytą, przy­wi­tać się z nim i pożegnać za­ra­zem, udając przygnębie­nie, którego wca­le nie od­czu­wa. Ja też go nie od­czu­wałem i obo­je to przy­zna­je­my. Nie ko­cha­my War­re­na, bo sami byliśmy mu za­wsze obojętni. Po­rzu­cił ro­dzinę, kie­dy byliśmy jesz­cze dziećmi, i przez ostat­nie trzy­dzieści lat w ogóle się nami nie in­te­re­so­wał. Jill i ja je­steśmy te­raz obo­je ro­dzi­ca­mi i nie mieści nam się w głowach, żeby oj­ciec mógł trak­to­wać swo­je dzie­ci jak po­wie­trze.

- Nie, ja tam nie jadę - mówi w końcu Jill. - Ani te­raz, ani na po­grzeb. A ty?

- Sam nie wiem - bąkam. - Muszę się jesz­cze za­sta­no­wić.

A praw­da jest taka, że podjąłem już de­cyzję i po­jadę się z nim zo­ba­czyć. W swo­im życiu spa­lił za sobą większość mostów, ale zo­stała jesz­cze pew­na poważna, nie­do­kończo­na spra­wa, z którą będzie się mu­siał przed śmier­cią zmie­rzyć.

Moja mat­ka miesz­ka z dru­gim mężem w Tul­sie. W szko­le śred­niej za War­re­nem sza­lały wszyst­kie dziew­czy­ny, ona zaś była wśród nich nie­kwe­stio­no­waną królową i miała naj­większe po­wo­dze­nie u chłopców. Ich ślub był w mia­stecz­ku wiel­kim wy­da­rze­niem, ale po paru la­tach małżeństwa z War­re­nem cała eu­fo­ria opadła. Wiem, że od wie­lu lat się do sie­bie nie od­zy­wają, bo i nie mają o czym roz­ma­wiać.

- Mamo - mówię do słuchaw­ki, siląc się na sto­sow­nie fra­so­bli­wy ton - mam dla cie­bie smutną wia­do­mość.

- Co się stało? - pyta jed­nym tchem, pew­nie prze­stra­szo­na, że cho­dzi o któreś z wnucząt.

- War­ren jest cho­ry. Rak trzust­ki, le­ka­rze dają mu naj­wyżej trzy mie­siące życia.

Chwi­la mil­cze­nia, wes­tchnie­nie ulgi, po­tem:

- Myślałam, że on już nie żyje.

No i proszę. Na jego po­grze­bie nie będzie tłumu pogrążonych w żałobie członków ro­dzi­ny.

- Przy­kro mi - mówi mat­ka, ale ja wy­czu­wam, że wca­le nie jest jej przy­kro. - Chy­ba sam będziesz mu­siał się tym zająć.

- Na to wygląda.

- Na mnie nie licz, Paul. Za­dzwoń, jak już będzie po wszyst­kim. Nie in­te­re­su­je mnie, co się dzie­je z War­re­nem.

- Ro­zu­miem, mamo.

Pobił ją kil­ka razy na mo­ich oczach, a pew­nie robił to częściej. Pił, uga­niał się za ba­ba­mi i wiódł hu­lasz­cze życie za­wo­do­we­go ba­se­bal­li­sty. Był aro­ganc­ki, za­ro­zu­miały i od piętna­ste­go roku życia przy­wykły do tego, że do­sta­je, co tyl­ko chce, bo on, War­ren Tra­cey, po­tra­fi prze­bić piłką ce­gla­ny mur.

Zmie­nia­my te­mat. Mat­ka pyta o dzie­ci, chce wie­dzieć, kie­dy je zno­wu zo­ba­czy. Uro­da i in­te­li­gen­cja po­zwo­liły jej stanąć na nogi po roz­sta­niu z War­re­nem. Wyszła za nie­co star­sze­go od sie­bie mężczyznę, pre­ze­sa fir­my wiert­ni­czej, który za­pew­nił dach nad głową mnie i Jill. Szcze­rze ko­cha moją mamę - i to naj­ważniej­sze.