Rozdział 1
W zeszłym tygodniu mojemu ojcu wycięto guza trzustki. Po operacji, która trwała pięć godzin i była trudniejsza, niż przewidywali chirurdzy, szpital poinformował bliskich, że większości pacjentów w tym stanie pozostaje co najwyżej dziewięćdziesiąt dni życia. Ponieważ nie wiedziałem nic ani o operacji, ani o nowotworze, nie było mnie przy ogłaszaniu tego wyroku śmierci. Ojciec do komunikatywnych nie należy. Przed dziesięciu laty rozwiódł się z którąś tam z kolei żoną i zanim wieść o tym dotarła do mnie, on już miał następną.
Jego obecna żona, Agnes - piąta czy może szósta z kolei - zadzwoniła do mnie już po fakcie, przedstawiła się i opisała w szczegółach, co to za nowotwór i co się z nim wiąże. Powiedziała, że ojciec nie czuje się najlepiej i nie chce z nikim rozmawiać. Odparłem, że to dla mnie nie nowina, bo on nigdy nie był skory do rozmowy, niezależnie od samopoczucia. Poprosiła, żebym powiadomił resztę rodziny. Miałem już zapytać: "Po co?", ale ugryzłem się w język. Nie chciałem sprawiać przykrości tej biednej kobiecie.
Ta reszta rodziny składa się z mojej młodszej siostry, Jill, i z mojej matki. Jill mieszka w Seattle i, o ile mi wiadomo, ostatni raz z naszym ojcem rozmawiała dobre dziesięć lat temu. Ma dwoje małych dzieci, które nie znają dziadka i już go pewnie nie poznają. Małżeństwo moich rodziców trwało dwanaście lat i dla matki było gehenną. W końcu nie wytrzymała, powiedziała "basta" i odeszła od ojca, zabierając ze sobą mnie i Jill. Smutna wiadomość, że jego dni są policzone, raczej mało ją obejdzie, pomyślałem.
Po telefonie od Agnes siadam za biurkiem i próbuję sobie wyobrazić, jak mi się będzie żyło bez ojca, bez Warrena. Zacząłem mówić mu po imieniu na studiach, bo był już wtedy dla mnie bardziej kimś obcym niż ojcem. Nie oponował. Zawsze było mu obojętne, w jakiej formie się do niego zwracam, a ja zawsze odnosiłem wrażenie, że wolałby, żebym w ogóle się do niego nie odzywał. Ja się jednak na to od czasu do czasu zdobywałem; on nigdy.
Po kilku minutach przyznaję sam przed sobą, że bez Warrena będzie mi się żyło tak samo jak z nim.
Dzwonię do Jill i przekazuję nowinę. Jej pierwsze pytanie, to czy wybieram się na pogrzeb. Chyba za wcześnie, by o tym myśleć. Potem pyta, czy nie wypadałoby jej wybrać się do ojca z wizytą, przywitać się z nim i pożegnać zarazem, udając przygnębienie, którego wcale nie odczuwa. Ja też go nie odczuwałem i oboje to przyznajemy. Nie kochamy Warrena, bo sami byliśmy mu zawsze obojętni. Porzucił rodzinę, kiedy byliśmy jeszcze dziećmi, i przez ostatnie trzydzieści lat w ogóle się nami nie interesował. Jill i ja jesteśmy teraz oboje rodzicami i nie mieści nam się w głowach, żeby ojciec mógł traktować swoje dzieci jak powietrze.
- Nie, ja tam nie jadę - mówi w końcu Jill. - Ani teraz, ani na pogrzeb. A ty?
- Sam nie wiem - bąkam. - Muszę się jeszcze zastanowić.
A prawda jest taka, że podjąłem już decyzję i pojadę się z nim zobaczyć. W swoim życiu spalił za sobą większość mostów, ale została jeszcze pewna poważna, niedokończona sprawa, z którą będzie się musiał przed śmiercią zmierzyć.
Moja matka mieszka z drugim mężem w Tulsie. W szkole średniej za Warrenem szalały wszystkie dziewczyny, ona zaś była wśród nich niekwestionowaną królową i miała największe powodzenie u chłopców. Ich ślub był w miasteczku wielkim wydarzeniem, ale po paru latach małżeństwa z Warrenem cała euforia opadła. Wiem, że od wielu lat się do siebie nie odzywają, bo i nie mają o czym rozmawiać.
- Mamo - mówię do słuchawki, siląc się na stosownie frasobliwy ton - mam dla ciebie smutną wiadomość.
- Co się stało? - pyta jednym tchem, pewnie przestraszona, że chodzi o któreś z wnucząt.
- Warren jest chory. Rak trzustki, lekarze dają mu najwyżej trzy miesiące życia.
Chwila milczenia, westchnienie ulgi, potem:
- Myślałam, że on już nie żyje.
No i proszę. Na jego pogrzebie nie będzie tłumu pogrążonych w żałobie członków rodziny.
- Przykro mi - mówi matka, ale ja wyczuwam, że wcale nie jest jej przykro. - Chyba sam będziesz musiał się tym zająć.
- Na to wygląda.
- Na mnie nie licz, Paul. Zadzwoń, jak już będzie po wszystkim. Nie interesuje mnie, co się dzieje z Warrenem.
- Rozumiem, mamo.
Pobił ją kilka razy na moich oczach, a pewnie robił to częściej. Pił, uganiał się za babami i wiódł hulaszcze życie zawodowego baseballisty. Był arogancki, zarozumiały i od piętnastego roku życia przywykły do tego, że dostaje, co tylko chce, bo on, Warren Tracey, potrafi przebić piłką ceglany mur.
Zmieniamy temat. Matka pyta o dzieci, chce wiedzieć, kiedy je znowu zobaczy. Uroda i inteligencja pozwoliły jej stanąć na nogi po rozstaniu z Warrenem. Wyszła za nieco starszego od siebie mężczyznę, prezesa firmy wiertniczej, który zapewnił dach nad głową mnie i Jill. Szczerze kocha moją mamę - i to najważniejsze.