Całe życie kradłem - Igor Zalewski, Józef Grzyb

-
Proszę czekać

Babka też kradła

Niech zgad­nę: mia­łeś cięż­kie dzie­ciń­stwo?

De­li­kat­nie po­wie­dzia­ne. Mo­ich ro­dzi­ców woj­na rzu­ci­ła do Wał­brzy­cha, gdzie przy­sze­dłem na świat w roku 1948. Kie­dy mia­łem rok, ode­sła­no mnie do bab­ki, któ­ra miesz­ka­ła w Go­lu­biu-Do­brzy­niu. Jak przez mgłę pa­mię­tam dziad­ka, któ­ry wła­śnie wró­cił z so­wiec­kiej nie­wo­li. Po­nie­waż był folks­doj­czem, ro­dzi­na była na­pięt­no­wa­na. Wy­ty­ka­no nas pal­ca­mi, wy­zy­wa­no od zdraj­ców, sprze­daw­czy­ków. Zresz­tą pięt­no było po­dwój­ne, bo kie­dy dzia­dek wal­czył na fron­cie, a po­tem sie­dział w obo­zie, bab­ka pu­ści­ła się z nie­miec­kim żan­dar­mem. Mia­ła z nim ułom­ne dziec­ko - mo­je­go wuja, sie­dem lat star­sze­go ode mnie. Dzia­dek, no cóż, znie­wa­żał bab­kę, o jej synu nie mó­wił in­a­czej niż bę­kart. At­mos­fe­ra w domu była gro­bo­wa.

Dzia­dek był naj­waż­niej­szą po­sta­cią w domu. Miał dla mnie tro­chę ser­ca. Jed­nak zmarł w 1953 roku, co było dla mnie złą wia­do­mo­ścią. Bab­ka fa­wo­ry­zo­wa­ła swo­je­go syna, a ja by­łem pę­dzo­ny do ro­bo­ty i bity z byle po­wo­du. Czę­sto tłukł mnie mój wuj na­pusz­cza­ny przez bab­kę.

W szko­le nie było le­piej. Ro­dzi­ce in­nych dzie­ci uwa­ża­li, że sko­ro po­cho­dzę z ta­kiej ro­dzi­ny, nie po­win­no się ze mną utrzy­my­wać kon­tak­tów. Ró­wie­śni­cy uwa­ża­li mnie za gor­sze­go od sie­bie. Nie dość, że przy­cze­pio­no mi łat­kę folks­doj­cza, to jesz­cze do­sta­wa­ło mi się za umy­sło­we ka­lec­two wuja, któ­ry do­pro­wa­dził do śmier­ci jed­ne­go ze swo­ich ko­le­gów. Pod­czas za­ba­wy wrzu­cił do pie­ca kar­bid, do­szło do wy­bu­chu, jemu nic się nie sta­ło, ale je­den chło­piec zgi­nął. Po­nie­wie­ra­no nim jesz­cze bar­dziej niż wcze­śniej. A mną ra­zem z nim. Niem­cy, a na do­da­tek mor­der­cy.

Nic dziw­ne­go, że nie prze­pa­da­łem za szko­łą. Ale jesz­cze gor­sze były po­wro­ty do domu. Nie mia­łem tam za­ba­wek ani swo­je­go miej­sca, nie mia­łem nic. Sie­dzia­łem z boku i ob­ser­wo­wa­łem. No i kie­dyś zo­ba­czy­łem, że bab­ka pod­kra­da pie­nią­dze swo­im go­ściom. Ona za­ra­bia­ła w ten spo­sób, że sprzą­ta­ła albo no­si­ła wodę. W tych cza­sach w wie­lu do­mach nie było bie­żą­cej wody, więc bab­ka na­peł­nia­ła wia­dra z pom­py na ryn­ku, za­rzu­ca­ła na ra­mio­na spe­cjal­ne no­si­dła i dra­ło­wa­ła na wy­so­kie pię­tra. Opie­ko­wa­ła się poza tym gro­ba­mi na cmen­ta­rzu. Mia­ła też układ z je­dy­nym w mie­ście ho­te­lem. Kie­dy bra­ko­wa­ło w nim miejsc albo go­ście byli wy­jąt­ko­wo nie­cie­ka­wi, od­sy­ła­no ich do nas.

To­wa­rzy­stwo za­zwy­czaj było szem­ra­ne, czę­sto piło, aż im się film ury­wał. Ja zwy­kle w ta­kich sy­tu­acjach uda­wa­łem, że śpię, ale wszyst­ko ukrad­kiem ob­ser­wo­wa­łem. I kie­dyś wi­dzę: bab­ka wy­cią­ga z ka­po­ty śpią­ce­go go­ścia port­fel. Mia­łem wte­dy parę lat, ale zro­zu­mia­łem, że i ja tak mogę.

Pa­mię­tasz swo­ją pierw­szą kra­dzież?

To było ja­koś w dru­giej, trze­ciej kla­sie. Pod­sze­dłem do ma­ry­nar­ki go­ścia, któ­ry u nas po­miesz­ki­wał. Na­słu­chu­ję: bab­ka w kuch­ni, fa­ce­ta nie ma, gdzieś wy­szedł. Wsa­dzi­łem rękę do kie­sze­ni i wy­cią­gną­łem z niej garść drob­nych. Scho­wa­łem je do kie­sze­ni, wy­bie­głem z domu, oglą­dam: są! Eu­fo­ria! Ku­pi­łem so­bie ciast­ko, in­nym dzie­cia­kom po­sta­wi­łem. Ale nie­ste­ty wszyst­kie­go nie wy­da­łem. No i wie­czo­rem w domu pie­nią­dze wy­pa­dły mi z kie­sze­ni. Bab­ka od razu: "Skąd to masz?". A wuj leje w łeb. No i do­wie­dzia­łem się wte­dy, że trze­ba do­brze cho­wać to, co się ukrad­nie.

Szyb­ko zro­zu­mia­łem, że je­śli sam so­bie cze­goś nie ukrad­nę, to po pro­stu nie będę tego miał. Kum­plo­wa­łem się wte­dy z An­drze­jem, któ­ry po­cho­dził z wie­lo­dziet­nej ro­dzi­ny. Ra­zem kom­bi­no­wa­li­śmy, co i skąd ukraść. Na przy­kład cho­dzi­li­śmy do ma­sar­ni, gdzie w nocy wy­wie­sza­no świe­żo uwę­dzo­ne kieł­ba­sy. I kra­dli­śmy te kieł­ba­sy. Sami się ob­ja­da­li­śmy, za­no­si­li­śmy jego ro­dzeń­stwu, żeby też pod­ja­dło, bo u nich w domu się nie prze­le­wa­ło. W to­wa­rzy­stwie An­drze­ja czu­łem się do­brze. Nikt mnie nie po­tę­piał, nikt mnie nie ga­nił.

"gór­nik", czy­li pięć­set zło­tych

Bab­ka była oso­bą re­li­gij­ną i je­śli aku­rat mnie nie biła, to sie­dzia­ła w ko­ście­le. Tam od­ży­wa­ła. Wy­my­śli­ła so­bie, że zro­bi ze mnie mi­ni­stran­ta. Na­wet do­brze mi tam szło. Ro­bi­łem mi­ni­stranc­ką ka­rie­rę, ale szyb­ko za­uwa­ży­łem, że i w ko­ście­le moż­na coś pod­pro­wa­dzić. Kie­dy były u nas ślu­by, to na za­koń­cze­nie ce­re­mo­nii ob­cho­dzo­no oł­tarz, po dro­dze wrzu­ca­jąc na tacę "co ła­ska". I kie­dyś po ślu­bie ko­ściel­ny po­pro­sił mnie, że­bym po­ga­sił świecz­ki, co zro­bi­łem, a w dro­dze do za­kry­stii po­sta­no­wi­łem wziąć tacę. Zgar­ną­łem z niej pięć­set zło­tych - puch za ko­szu­lę. Pa­mię­tam ner­wy, czy się nie kap­ną. Ale oni mó­wią tyl­ko: "Do­brze, syn­ku, do­brze". A ja z ka­mien­ną twa­rzą, bo już by­łem wy­ćwi­czo­ny w kła­ma­niu.

"Gór­nik" to było wte­dy spo­ro kasy. I co z tym zro­bić? Ku­pił­bym cia­stek, ale jak to roz­mie­nić, żeby nie było po­dej­rzeń. Ale mia­łem taką zna­jo­mą są­siad­kę, któ­ra mnie lu­bi­ła. Cza­sem jak kra­dłem u nas w domu pod­pi­tym lo­ka­to­rom, sze­dłem do niej, da­wa­łem pie­nią­dze, a ona ku­po­wa­ła mi, co chcia­łem. No i coś tam jej zo­sta­wa­ło. Była wy­cwa­nio­na, ale mi to pa­so­wa­ło. Te pięć­set zło­tych też jej za­nio­słem. Jak mia­łem pie­nią­dze, to mia­łem gest. Lu­bi­łem fun­do­wać, bo chcia­łem być lu­bia­ny. I jako dziec­ko, i póź­niej, w zło­dziej­skim ży­ciu. Tyl­ko wte­dy sta­wia­łem już wód­kę, a nie ciast­ka.

W pią­tej czy szó­stej kla­sie są­sie­dzi do­nie­śli na mi­li­cję, że je­stem w domu bity. Spra­wa tra­fi­ła do sądu. Pa­mię­tam, jak przed wyj­ściem bab­ka przy­tu­li­ła mnie do sie­bie - nig­dy jej się to nie zda­rza­ło - i za­czę­ła prze­ko­ny­wać, że się po­pra­wi, że mam nic nie mó­wić w są­dzie, bo mnie za­bio­rą. Na miej­scu sę­dzi­na za­bro­ni­ła bab­ce sia­dać, a mnie pyta, czy je­stem bity. Ja pa­trzę na bab­kę, a ta kiwa gło­wą, że nie. Sę­dzi­na też to za­uwa­ży­ła i ją wy­pro­si­ła. A po­tem wzię­ła mnie do sie­bie, przy­gar­nę­ła, za­czę­ła gła­skać po gło­wie i da­lej do­py­tu­je. Ale to było strasz­nie sztucz­ne, a ja ba­łem się bab­ki, więc da­lej za­prze­cza­łem. Na tym spra­wa się skoń­czy­ła, ale w domu mi się tro­chę po­lep­szy­ło. Bab­ka bała się, że są­sie­dzi zno­wu na nią do­nio­są.

A jak się roz­wi­ja­ła Two­ja ka­rie­ra zło­dziej­ska?

Na przy­kład kra­dłem na zle­ce­nie go­łąb­ki z go­łęb­ni­ka. Na­szym - moim i An­drze­ja - ulu­bio­nym ce­lem była re­stau­ra­cja. Za­my­ka­no ją na li­chy sko­be­lek, któ­ry my, spry­cia­rze, pod­wa­ża­li­śmy. A tam sta­ła wód­ka. Albo na­po­je. To że­śmy je bra­li. A pa­se­rów się za­wsze znaj­dzie. To naj­prost­sza rzecz na świe­cie.

Dużo kra­dli­śmy też na jar­mar­kach. W piąt­ki zjeż­dża­li się lu­dzie z ca­łe­go po­wia­tu. Ko­nie, kro­wy, kra­my, stra­ga­ny, mu­zy­ka. Ist­ny folk­lor. No i dużo wód­ki, a w związ­ku z tym mnó­stwo pi­ja­nych. Ko­bie­ty pod­czas za­ku­pów czę­sto nie za­my­ka­ły to­re­bek, więc jak tyl­ko wi­dzia­łem port­mo­net­kę gdzieś na wierz­chu, to cyk - za­bie­ra­łem. Ła­two było tak­że pod­bie­rać z fur­ma­nek. Jak go­spo­darz sprze­dał świ­nię, to ro­bił wiel­kie za­ku­py, któ­re wkła­dał pod sie­dze­nie na fur­man­ce. I szedł ku­po­wać da­lej. To ja cap za tor­bę i w nogi. Do sie­bie nie mo­głem nic przy­no­sić, ale u An­drze­ja bra­li wszyst­ko, bo tam bie­da aż pisz­cza­ła.

Kie­dy mia­łem trzy­na­ście, czter­na­ście lat, to wzię­li mnie pod swo­je skrzy­dła do­ro­śli zło­dzie­je. Ci, co już sie­dzie­li. Oni za by­strzy nie byli, ale do­strze­gli, że ja je­stem spryt­ny, i przy­spo­sa­bia­li mnie do fa­chu. Po­ka­zy­wa­li mi, gdzie moż­na ukraść, jak pa­trzeć na lu­dzi, gdzie jest to­war. No i sta­li na stra­ży. Jak coś kra­dłem, to im od­da­wa­łem i cie­szy­łem się, że je­stem z nimi. A oni pili, pa­li­li i opo­wia­da­li hi­sto­rie z wię­zie­nia.

Ukra­dli­śmy raz skrzyn­kę wód­ki - dwa­dzie­ścia pięć bu­te­lek. Z re­stau­ra­cji wy­nie­śli­śmy. Ja się upi­łem, An­drzej się upił, aż po­pa­da­li­śmy na zie­mię. Ktoś mnie za­niósł do domu. Pa­mię­tam, że do­sta­łem wte­dy strasz­ny wpier­dol. Mia­łem czter­na­ście lat.

Pierw­szy raz to chy­ba na­kry­li mnie w skle­pie. Na dłu­giej prze­rwie sze­dłem do skle­pu koło szko­ły, gdzie zna­la­złem spo­sób na pod­pro­wa­dza­nie cze­ko­lad. Ścią­ga­łem je z lady, kie­dy eks­pe­dient­ka nie pa­trzy­ła. Bra­łem dwie, trzy i wra­ca­łem do szko­ły. Sam się ob­żar­łem i da­wa­łem in­nym dzie­cia­kom. Mia­łem jed­ną ko­le­żan­kę, któ­ra pod­po­wia­da­ła mi pod­czas od­po­wie­dzi, za­wsze ją czę­sto­wa­łem. I wła­śnie w tym skle­pie wpa­dłem. Za­uwa­ży­łem, że przy­glą­da mi się je­den fa­cet, więc w ostat­niej chwi­li cof­ną­łem rękę. Ten wy­szedł ze skle­pu i uda­je, że go już nie in­te­re­su­ję. Od­wró­cił się, za­pa­lił pa­pie­ro­sa. To ja buch i wy­cho­dzę. A tu - halt! I z po­wro­tem do skle­pu. I co da­lej? Mi­li­cja. Przy­szedł taki słyn­ny mi­li­cjant, Zim­ny go wo­ła­li. Opi­nię miał fa­tal­ną. Tak go nie lu­bia­no, że go kie­dyś po­wie­si­li zimą za pas na słu­pie i nie mógł się zgra­mo­lić. Całe mia­sto mia­ło ubaw.

Ale mnie wte­dy nie było do śmie­chu. Zim­ny wziął mnie za fra­ki i pro­wa­dzi do szko­ły przez mia­sto. W ręce ści­ska cze­ko­la­dy i po­ka­zu­je wszyst­kim. W szko­le po­szli­śmy do kie­row­ni­ka, a ten na­tych­miast zwo­łał apel. I kie­row­nik z mi­li­cjan­tem po­ka­zu­ją mnie pal­ca­mi i mó­wią: to jest zło­dziej! Pa­mię­taj­cie! Ja sto­ję, pot mi oczy za­le­wa, mam ocho­tę za­paść się pod zie­mię. Cała szko­ła mi się przy­glą­da. To było strasz­ne po­ni­że­nie. Wresz­cie skoń­czy­li, a ja w dłu­gą. Zo­sta­wi­łem w szko­le tecz­kę, ubra­nie i ucie­kłem.

Dłu­go się nie po­ja­wia­łem. W koń­cu kie­row­nik przy­szedł do domu i zba­je­ro­wał mnie, że wszyst­ko już bę­dzie w po­rząd­ku. Wró­ci­łem. Do­sta­łem dwó­ję z za­cho­wa­nia, ale pu­ści­li mnie do siód­mej kla­sy. Mia­łem już de­fi­ni­tyw­nie zszar­ga­ną opi­nię. W szko­le było wię­cej ta­kich jak ja, ale uzna­no, że je­stem pro­wo­dy­rem, spro­wa­dzam in­nych na złą dro­gę. Na moją nie­ko­rzyść prze­ma­wia­ło to, z ja­kiej ro­dzi­ny po­cho­dzi­łem.

A na­uczy­cie­le Cię bili?

Spo­ra­dycz­nie. Był taki na­uczy­ciel, któ­ry bił po rę­kach drew­nia­nym piór­ni­kiem. Poza tym ro­man­so­wał z na­szą pa­nią. Wy­cho­dzi­li pod­czas lek­cji z klas i so­bie gru­cha­li. A my w tym cza­sie roz­ra­bia­li­śmy. No i on wpa­da do kla­sy wście­kły i na­pa­lo­ny, bo go od­cią­gnę­li­śmy od przy­jem­no­ści, i z miej­sca do mnie. "Da­waj rękę" - wrzesz­czy. Co było ro­bić, wy­sta­wi­łem. Ale on wziął taki roz­mach, że się wy­stra­szy­łem i za­bra­łem dłoń, a on łup! - wal­nął się z ca­łej siły w jaja. Ja ucie­kam, a on pada na pod­ło­gę i wrzesz­czy.

Nikt w szko­le nie pró­bo­wał Ci po­ma­gać?

Po­ma­ga­li. W ogó­le czę­sto w ży­ciu tra­fia­łem na życz­li­wych mi lu­dzi, na­wet w wię­zie­niu, ale mia­łem - jak­by to po­wie­dzieć - kło­po­ty z wy­ko­rzy­sty­wa­niem szans.

Już w pierw­szej kla­sie na­uczy­ciel­ka pró­bo­wa­ła mnie wy­cią­gać. W trze­ciej tra­fi­łem na na­uczy­ciel­skie mał­żeń­stwo Woj­cie­chow­skich. Wspa­nia­li lu­dzie. Pani Woj­cie­chow­ska ka­za­ła mi usiąść przy swo­im biur­ku. By­łem wów­czas ob­ra­zem nę­dzy i roz­pa­czy. Mia­łem pew­nie ADHD, se­ple­ni­łem, by­łem strasz­li­wie za­kom­plek­sio­ny. Pan Woj­cie­chow­ski uczył mnie wy­ma­wiać "sz". Z po­cząt­ku by­łem wy­stra­szo­ny. Ale pani Woj­cie­chow­ska po­tra­fi­ła mnie oswo­ić, opo­wia­da­ła o so­bie, o Po­wsta­niu, bo była z War­sza­wy. Zbu­do­wa­ła mię­dzy nami więź, a ja prze­sta­łem se­ple­nić i za­czą­łem po­rząd­nie pro­wa­dzić ze­szy­ty. A naj­waż­niej­sze, że wy­le­czy­ła mnie ze stra­chu. Bo ja by­łem tak za­kom­plek­sio­ny, że na­wet od­ma­wia­łem, kie­dy wo­ła­no mnie do ta­bli­cy. Wsty­dzi­łem się swo­ich spodni. Były tak zno­szo­ne, że inne dzie­ci się ze mnie śmia­ły. Zwłasz­cza dziew­czy­ny.

Woj­cie­chow­scy za­pra­sza­li mnie na­wet do domu. Sie­dzie­li­śmy ra­zem przy sto­le, je­dli­śmy ko­la­cję. To mnie od­blo­ko­wy­wa­ło. Ich dzie­ci były otwar­te, cho­ciaż prze­cież z do­bre­go domu. Po­ka­zy­wa­li mi książ­ki, za­baw­ki, roz­ma­wia­li­śmy. Pierw­szy raz w ży­ciu by­łem szczę­śli­wy.

Dla­cze­go się to skoń­czy­ło?

On zo­stał dy­rek­to­rem szko­ły gdzieś w Wiel­ko­pol­sce. No i wy­je­cha­li. Gdy­by zo­sta­li, moje ży­cie chy­ba po­to­czy­ło­by się in­a­czej.

A har­cer­stwo?

Chcia­łem być har­ce­rzem. Za­pi­sa­łem się w siód­mej kla­sie. Or­ga­ni­zo­wa­no wy­bo­ry za­stę­po­wych. Wy­da­wa­ło się, że nie mam szans, ale się zgło­si­łem. I opie­kun wy­brał mnie. Wszy­scy zba­ra­nie­li. Cho­dzi­łem taki dum­ny! Do­sta­łem blu­zę, gu­zi­ki z li­lij­ką. Oka­za­łem się do­brym or­ga­ni­za­to­rem. Mia­łem po­słuch u chło­pa­ków.

Czy­li było świet­nie. I co się sta­ło?

Wy­rzu­co­no mnie z har­cer­stwa za zło­dziej­stwo. Wła­ma­li­śmy się do har­ców­ki, a tam na­mio­ty, ma­te­ra­ce, wia­trów­ki. Wy­my­śli­li­śmy, że weź­mie­my ten sprzęt i uciek­nie­my w Biesz­cza­dy. Wszyst­ko się wy­da­ło. Do ak­cji wkro­czy­ła mi­li­cja. I jak zwy­kle ja naj­gor­szy. In­nych nie wy­rzu­ci­li, mnie tak.

Ja­koś do­cią­gną­łem do koń­ca pod­sta­wów­ki. Ale zno­wu coś ukra­dłem i tym ra­zem za­bra­no mnie już do schro­ni­ska dla nie­let­nich do miej­sco­wo­ści Nowe nad Wi­słą. Niby by­łem osłu­cha­ny, niby zna­łem do­ro­słych prze­stęp­ców, ale to miej­sce mnie prze­ra­zi­ło. Ży­cie tam było, je­śli moż­na tak po­wie­dzieć, fi­zycz­ne. Dużo prze­mo­cy, cią­gle bój­ki, sil­ni wy­ży­wa­li się na słab­szych, więc cho­dzi­ło o to, żeby nie być tym słab­szym. Na szczę­ście szyb­ko stam­tąd wy­sze­dłem, bo ku­ra­to­rzy chcie­li mnie dać do ja­kiejś szko­ły.

Tra­fi­łem do Choj­nic, do za­wo­dów­ki w za­kła­dzie za­mknię­tym. Mia­łem czter­na­ście lat. Uczy­łem się na ta­pi­ce­ra. Tam rów­nież by­łem wśród swo­ich. Wszy­scy sie­dzie­li za kra­dzie­że, bo wte­dy ra­czej nie było mło­do­cia­nych za­bój­ców ani di­le­rów nar­ko­ty­ków. Kra­dzio­ne tu­czy­ło, więc się kra­dło. Zresz­tą kra­dli­śmy i w tym za­kła­dzie, niby za­mknię­tym. Ra­zem z ko­le­gą upa­trzy­li­śmy so­bie po­bli­ski kiosk. Wy­szli­śmy przez okno po prze­ście­ra­dle, roz­pru­li­śmy kiosk, na­bra­li­śmy pa­pie­ro­sów, sło­dy­czy, a łupy przy­nie­śli­śmy w wo­rach do za­kła­du. Wszy­scy pod­nie­ce­ni, my, bo­ha­te­rzy, po nocy cho­wa­li­śmy to­war. Ale jak jest tyle osób, to za­wsze się wyda. Mi­li­cja szyb­ko do nas do­tar­ła, a mnie cof­nię­to do No­we­go.

Były tam dwie gru­py kie­ro­wa­ne przez dwóch wy­cho­waw­ców, któ­rzy się nie lu­bi­li. Od razu wy­star­to­wał do mnie taki osi­łek z Olsz­ty­na, więc za­czę­li­śmy się szar­pać. "Tak to nie bę­dzie" - mó­wią wy­cho­waw­cy i dają nam rę­ka­wi­ce bok­ser­skie. To była wte­dy do­syć po­pu­lar­na me­to­da - urzą­dza­no swe­go ro­dza­ju za­wo­dy bok­ser­skie mię­dzy chłop­ca­mi, któ­rzy mie­li ze sobą na pień­ku. Z tym że prze­ciw­ni­ków do­bie­ra­no zgod­nie z wagą, żeby su­per­cięż­ka nie wal­czy­ła z ko­gu­cią. To roz­ła­do­wy­wa­ło na­pię­cia w gru­pie, usta­la­ło hie­rar­chię, a poza tym nie­któ­rzy szli w sport. W Choj­ni­cach też zresz­tą pre­fe­ro­wa­no rę­ka­wi­ce, więc tro­chę bok­su li­zną­łem. Mia­łem wro­dzo­ny ta­lent - do­brą pra­cę nóg, smy­kał­kę do uni­ków, spe­cy­ficz­ną in­tu­icję i szyb­ki cios.

Wy­cho­waw­cy or­ga­ni­zu­ją nam po­je­dy­nek. Ten z Olsz­ty­na był duży, ale pro­sty, więc ja go cyk i leży. Wstał, a ja do­sta­łem znak od opie­ku­na, że mogę po­sza­leć, więc go zbom­bar­do­wa­łem, aż upadł. Opie­ku­no­wi się spodo­ba­ło, że prze­trze­pa­łem ulu­bień­ca jego ry­wa­la. Po­lu­bił mnie, tyle że chciał, że­bym mu do­no­sił. Od­mó­wi­łem. To mu się spodo­ba­ło i roz­nio­sło się po za­kła­dzie, co zjed­na­ło mi sza­cu­nek. Bo więk­szość mło­dych wte­dy ka­po­wa­ła dla ja­kichś drob­nych ko­rzy­ści.

Mimo że by­łem pod­sąd­nym, wzię­to mnie do pra­cy na ze­wnątrz. Rano z kie­row­nicz­ką ma­ga­zy­nu i jesz­cze jed­nym chło­pa­kiem szli­śmy z wóz­kiem po bu­łecz­ki, mle­ko, kieł­ba­skę i ta­kie tam. Tam też wy­ko­rzy­sta­łem moje umie­jęt­no­ści. Koło ko­szy z buł­ka­mi sta­ły sto­ja­ki z pa­pie­ro­sa­mi - to­wa­rem za­ka­za­nym w za­kła­dzie, więc bar­dzo cho­dli­wym. Więc my cyk te pa­pie­ro­sy mię­dzy buł­ki. Wra­ca­my na sto­łów­kę, od­da­je­my wó­zek i ku­char­ka nas wy­ga­nia. Mó­wię: "Chwi­lecz­kę". I wy­cią­gam te pa­pie­ro­sy, a ku­char­ka oczy w słup. "Do­bra - mó­wię - dla pani też dola". Tak było w so­cja­li­zmie: żeby ja­koś żyć, każ­dy kradł i kom­bi­no­wał, jak tylko miał oka­zję. I ku­char­ka też przy­mknę­ła oko.

Mimo ta­kich wy­sko­ków mia­łem do­brą opi­nię i nie po­sze­dłem do po­praw­cza­ka o ostrym ry­go­rze. Tra­fi­łem z po­wro­tem do za­kła­du za­mknię­te­go, gdzie skoń­czy­łem za­wo­dów­kę. Kie­dy wró­ci­łem do Go­lu­bia, mia­łem sie­dem­na­ście lat.