Całe życie kradłem - Igor Zalewski, Józef Grzyb

Reflow text when sidebars are open.
Niech zgadnę: miałeś ciężkie dzieciństwo?
Delikatnie powiedziane. Moich rodziców wojna rzuciła do Wałbrzycha, gdzie przyszedłem na świat w roku 1948. Kiedy miałem rok, odesłano mnie do babki, która mieszkała w Golubiu-Dobrzyniu. Jak przez mgłę pamiętam dziadka, który właśnie wrócił z sowieckiej niewoli. Ponieważ był folksdojczem, rodzina była napiętnowana. Wytykano nas palcami, wyzywano od zdrajców, sprzedawczyków. Zresztą piętno było podwójne, bo kiedy dziadek walczył na froncie, a potem siedział w obozie, babka puściła się z niemieckim żandarmem. Miała z nim ułomne dziecko - mojego wuja, siedem lat starszego ode mnie. Dziadek, no cóż, znieważał babkę, o jej synu nie mówił inaczej niż bękart. Atmosfera w domu była grobowa.
Dziadek był najważniejszą postacią w domu. Miał dla mnie trochę serca. Jednak zmarł w 1953 roku, co było dla mnie złą wiadomością. Babka faworyzowała swojego syna, a ja byłem pędzony do roboty i bity z byle powodu. Często tłukł mnie mój wuj napuszczany przez babkę.
W szkole nie było lepiej. Rodzice innych dzieci uważali, że skoro pochodzę z takiej rodziny, nie powinno się ze mną utrzymywać kontaktów. Rówieśnicy uważali mnie za gorszego od siebie. Nie dość, że przyczepiono mi łatkę folksdojcza, to jeszcze dostawało mi się za umysłowe kalectwo wuja, który doprowadził do śmierci jednego ze swoich kolegów. Podczas zabawy wrzucił do pieca karbid, doszło do wybuchu, jemu nic się nie stało, ale jeden chłopiec zginął. Poniewierano nim jeszcze bardziej niż wcześniej. A mną razem z nim. Niemcy, a na dodatek mordercy.
Nic dziwnego, że nie przepadałem za szkołą. Ale jeszcze gorsze były powroty do domu. Nie miałem tam zabawek ani swojego miejsca, nie miałem nic. Siedziałem z boku i obserwowałem. No i kiedyś zobaczyłem, że babka podkrada pieniądze swoim gościom. Ona zarabiała w ten sposób, że sprzątała albo nosiła wodę. W tych czasach w wielu domach nie było bieżącej wody, więc babka napełniała wiadra z pompy na rynku, zarzucała na ramiona specjalne nosidła i drałowała na wysokie piętra. Opiekowała się poza tym grobami na cmentarzu. Miała też układ z jedynym w mieście hotelem. Kiedy brakowało w nim miejsc albo goście byli wyjątkowo nieciekawi, odsyłano ich do nas.
Towarzystwo zazwyczaj było szemrane, często piło, aż im się film urywał. Ja zwykle w takich sytuacjach udawałem, że śpię, ale wszystko ukradkiem obserwowałem. I kiedyś widzę: babka wyciąga z kapoty śpiącego gościa portfel. Miałem wtedy parę lat, ale zrozumiałem, że i ja tak mogę.
Pamiętasz swoją pierwszą kradzież?
To było jakoś w drugiej, trzeciej klasie. Podszedłem do marynarki gościa, który u nas pomieszkiwał. Nasłuchuję: babka w kuchni, faceta nie ma, gdzieś wyszedł. Wsadziłem rękę do kieszeni i wyciągnąłem z niej garść drobnych. Schowałem je do kieszeni, wybiegłem z domu, oglądam: są! Euforia! Kupiłem sobie ciastko, innym dzieciakom postawiłem. Ale niestety wszystkiego nie wydałem. No i wieczorem w domu pieniądze wypadły mi z kieszeni. Babka od razu: "Skąd to masz?". A wuj leje w łeb. No i dowiedziałem się wtedy, że trzeba dobrze chować to, co się ukradnie.
Szybko zrozumiałem, że jeśli sam sobie czegoś nie ukradnę, to po prostu nie będę tego miał. Kumplowałem się wtedy z Andrzejem, który pochodził z wielodzietnej rodziny. Razem kombinowaliśmy, co i skąd ukraść. Na przykład chodziliśmy do masarni, gdzie w nocy wywieszano świeżo uwędzone kiełbasy. I kradliśmy te kiełbasy. Sami się objadaliśmy, zanosiliśmy jego rodzeństwu, żeby też podjadło, bo u nich w domu się nie przelewało. W towarzystwie Andrzeja czułem się dobrze. Nikt mnie nie potępiał, nikt mnie nie ganił.
"górnik", czyli pięćset złotych
Babka była osobą religijną i jeśli akurat mnie nie biła, to siedziała w kościele. Tam odżywała. Wymyśliła sobie, że zrobi ze mnie ministranta. Nawet dobrze mi tam szło. Robiłem ministrancką karierę, ale szybko zauważyłem, że i w kościele można coś podprowadzić. Kiedy były u nas śluby, to na zakończenie ceremonii obchodzono ołtarz, po drodze wrzucając na tacę "co łaska". I kiedyś po ślubie kościelny poprosił mnie, żebym pogasił świeczki, co zrobiłem, a w drodze do zakrystii postanowiłem wziąć tacę. Zgarnąłem z niej pięćset złotych - puch za koszulę. Pamiętam nerwy, czy się nie kapną. Ale oni mówią tylko: "Dobrze, synku, dobrze". A ja z kamienną twarzą, bo już byłem wyćwiczony w kłamaniu.
"Górnik" to było wtedy sporo kasy. I co z tym zrobić? Kupiłbym ciastek, ale jak to rozmienić, żeby nie było podejrzeń. Ale miałem taką znajomą sąsiadkę, która mnie lubiła. Czasem jak kradłem u nas w domu podpitym lokatorom, szedłem do niej, dawałem pieniądze, a ona kupowała mi, co chciałem. No i coś tam jej zostawało. Była wycwaniona, ale mi to pasowało. Te pięćset złotych też jej zaniosłem. Jak miałem pieniądze, to miałem gest. Lubiłem fundować, bo chciałem być lubiany. I jako dziecko, i później, w złodziejskim życiu. Tylko wtedy stawiałem już wódkę, a nie ciastka.
W piątej czy szóstej klasie sąsiedzi donieśli na milicję, że jestem w domu bity. Sprawa trafiła do sądu. Pamiętam, jak przed wyjściem babka przytuliła mnie do siebie - nigdy jej się to nie zdarzało - i zaczęła przekonywać, że się poprawi, że mam nic nie mówić w sądzie, bo mnie zabiorą. Na miejscu sędzina zabroniła babce siadać, a mnie pyta, czy jestem bity. Ja patrzę na babkę, a ta kiwa głową, że nie. Sędzina też to zauważyła i ją wyprosiła. A potem wzięła mnie do siebie, przygarnęła, zaczęła głaskać po głowie i dalej dopytuje. Ale to było strasznie sztuczne, a ja bałem się babki, więc dalej zaprzeczałem. Na tym sprawa się skończyła, ale w domu mi się trochę polepszyło. Babka bała się, że sąsiedzi znowu na nią doniosą.
A jak się rozwijała Twoja kariera złodziejska?
Na przykład kradłem na zlecenie gołąbki z gołębnika. Naszym - moim i Andrzeja - ulubionym celem była restauracja. Zamykano ją na lichy skobelek, który my, spryciarze, podważaliśmy. A tam stała wódka. Albo napoje. To żeśmy je brali. A paserów się zawsze znajdzie. To najprostsza rzecz na świecie.
Dużo kradliśmy też na jarmarkach. W piątki zjeżdżali się ludzie z całego powiatu. Konie, krowy, kramy, stragany, muzyka. Istny folklor. No i dużo wódki, a w związku z tym mnóstwo pijanych. Kobiety podczas zakupów często nie zamykały torebek, więc jak tylko widziałem portmonetkę gdzieś na wierzchu, to cyk - zabierałem. Łatwo było także podbierać z furmanek. Jak gospodarz sprzedał świnię, to robił wielkie zakupy, które wkładał pod siedzenie na furmance. I szedł kupować dalej. To ja cap za torbę i w nogi. Do siebie nie mogłem nic przynosić, ale u Andrzeja brali wszystko, bo tam bieda aż piszczała.
Kiedy miałem trzynaście, czternaście lat, to wzięli mnie pod swoje skrzydła dorośli złodzieje. Ci, co już siedzieli. Oni za bystrzy nie byli, ale dostrzegli, że ja jestem sprytny, i przysposabiali mnie do fachu. Pokazywali mi, gdzie można ukraść, jak patrzeć na ludzi, gdzie jest towar. No i stali na straży. Jak coś kradłem, to im oddawałem i cieszyłem się, że jestem z nimi. A oni pili, palili i opowiadali historie z więzienia.
Ukradliśmy raz skrzynkę wódki - dwadzieścia pięć butelek. Z restauracji wynieśliśmy. Ja się upiłem, Andrzej się upił, aż popadaliśmy na ziemię. Ktoś mnie zaniósł do domu. Pamiętam, że dostałem wtedy straszny wpierdol. Miałem czternaście lat.
Pierwszy raz to chyba nakryli mnie w sklepie. Na długiej przerwie szedłem do sklepu koło szkoły, gdzie znalazłem sposób na podprowadzanie czekolad. Ściągałem je z lady, kiedy ekspedientka nie patrzyła. Brałem dwie, trzy i wracałem do szkoły. Sam się obżarłem i dawałem innym dzieciakom. Miałem jedną koleżankę, która podpowiadała mi podczas odpowiedzi, zawsze ją częstowałem. I właśnie w tym sklepie wpadłem. Zauważyłem, że przygląda mi się jeden facet, więc w ostatniej chwili cofnąłem rękę. Ten wyszedł ze sklepu i udaje, że go już nie interesuję. Odwrócił się, zapalił papierosa. To ja buch i wychodzę. A tu - halt! I z powrotem do sklepu. I co dalej? Milicja. Przyszedł taki słynny milicjant, Zimny go wołali. Opinię miał fatalną. Tak go nie lubiano, że go kiedyś powiesili zimą za pas na słupie i nie mógł się zgramolić. Całe miasto miało ubaw.
Ale mnie wtedy nie było do śmiechu. Zimny wziął mnie za fraki i prowadzi do szkoły przez miasto. W ręce ściska czekolady i pokazuje wszystkim. W szkole poszliśmy do kierownika, a ten natychmiast zwołał apel. I kierownik z milicjantem pokazują mnie palcami i mówią: to jest złodziej! Pamiętajcie! Ja stoję, pot mi oczy zalewa, mam ochotę zapaść się pod ziemię. Cała szkoła mi się przygląda. To było straszne poniżenie. Wreszcie skończyli, a ja w długą. Zostawiłem w szkole teczkę, ubranie i uciekłem.
Długo się nie pojawiałem. W końcu kierownik przyszedł do domu i zbajerował mnie, że wszystko już będzie w porządku. Wróciłem. Dostałem dwóję z zachowania, ale puścili mnie do siódmej klasy. Miałem już definitywnie zszarganą opinię. W szkole było więcej takich jak ja, ale uznano, że jestem prowodyrem, sprowadzam innych na złą drogę. Na moją niekorzyść przemawiało to, z jakiej rodziny pochodziłem.
A nauczyciele Cię bili?
Sporadycznie. Był taki nauczyciel, który bił po rękach drewnianym piórnikiem. Poza tym romansował z naszą panią. Wychodzili podczas lekcji z klas i sobie gruchali. A my w tym czasie rozrabialiśmy. No i on wpada do klasy wściekły i napalony, bo go odciągnęliśmy od przyjemności, i z miejsca do mnie. "Dawaj rękę" - wrzeszczy. Co było robić, wystawiłem. Ale on wziął taki rozmach, że się wystraszyłem i zabrałem dłoń, a on łup! - walnął się z całej siły w jaja. Ja uciekam, a on pada na podłogę i wrzeszczy.
Nikt w szkole nie próbował Ci pomagać?
Pomagali. W ogóle często w życiu trafiałem na życzliwych mi ludzi, nawet w więzieniu, ale miałem - jakby to powiedzieć - kłopoty z wykorzystywaniem szans.
Już w pierwszej klasie nauczycielka próbowała mnie wyciągać. W trzeciej trafiłem na nauczycielskie małżeństwo Wojciechowskich. Wspaniali ludzie. Pani Wojciechowska kazała mi usiąść przy swoim biurku. Byłem wówczas obrazem nędzy i rozpaczy. Miałem pewnie ADHD, sepleniłem, byłem straszliwie zakompleksiony. Pan Wojciechowski uczył mnie wymawiać "sz". Z początku byłem wystraszony. Ale pani Wojciechowska potrafiła mnie oswoić, opowiadała o sobie, o Powstaniu, bo była z Warszawy. Zbudowała między nami więź, a ja przestałem seplenić i zacząłem porządnie prowadzić zeszyty. A najważniejsze, że wyleczyła mnie ze strachu. Bo ja byłem tak zakompleksiony, że nawet odmawiałem, kiedy wołano mnie do tablicy. Wstydziłem się swoich spodni. Były tak znoszone, że inne dzieci się ze mnie śmiały. Zwłaszcza dziewczyny.
Wojciechowscy zapraszali mnie nawet do domu. Siedzieliśmy razem przy stole, jedliśmy kolację. To mnie odblokowywało. Ich dzieci były otwarte, chociaż przecież z dobrego domu. Pokazywali mi książki, zabawki, rozmawialiśmy. Pierwszy raz w życiu byłem szczęśliwy.
Dlaczego się to skończyło?
On został dyrektorem szkoły gdzieś w Wielkopolsce. No i wyjechali. Gdyby zostali, moje życie chyba potoczyłoby się inaczej.
A harcerstwo?
Chciałem być harcerzem. Zapisałem się w siódmej klasie. Organizowano wybory zastępowych. Wydawało się, że nie mam szans, ale się zgłosiłem. I opiekun wybrał mnie. Wszyscy zbaranieli. Chodziłem taki dumny! Dostałem bluzę, guziki z lilijką. Okazałem się dobrym organizatorem. Miałem posłuch u chłopaków.
Czyli było świetnie. I co się stało?
Wyrzucono mnie z harcerstwa za złodziejstwo. Włamaliśmy się do harcówki, a tam namioty, materace, wiatrówki. Wymyśliliśmy, że weźmiemy ten sprzęt i uciekniemy w Bieszczady. Wszystko się wydało. Do akcji wkroczyła milicja. I jak zwykle ja najgorszy. Innych nie wyrzucili, mnie tak.
Jakoś dociągnąłem do końca podstawówki. Ale znowu coś ukradłem i tym razem zabrano mnie już do schroniska dla nieletnich do miejscowości Nowe nad Wisłą. Niby byłem osłuchany, niby znałem dorosłych przestępców, ale to miejsce mnie przeraziło. Życie tam było, jeśli można tak powiedzieć, fizyczne. Dużo przemocy, ciągle bójki, silni wyżywali się na słabszych, więc chodziło o to, żeby nie być tym słabszym. Na szczęście szybko stamtąd wyszedłem, bo kuratorzy chcieli mnie dać do jakiejś szkoły.
Trafiłem do Chojnic, do zawodówki w zakładzie zamkniętym. Miałem czternaście lat. Uczyłem się na tapicera. Tam również byłem wśród swoich. Wszyscy siedzieli za kradzieże, bo wtedy raczej nie było młodocianych zabójców ani dilerów narkotyków. Kradzione tuczyło, więc się kradło. Zresztą kradliśmy i w tym zakładzie, niby zamkniętym. Razem z kolegą upatrzyliśmy sobie pobliski kiosk. Wyszliśmy przez okno po prześcieradle, rozpruliśmy kiosk, nabraliśmy papierosów, słodyczy, a łupy przynieśliśmy w worach do zakładu. Wszyscy podnieceni, my, bohaterzy, po nocy chowaliśmy towar. Ale jak jest tyle osób, to zawsze się wyda. Milicja szybko do nas dotarła, a mnie cofnięto do Nowego.
Były tam dwie grupy kierowane przez dwóch wychowawców, którzy się nie lubili. Od razu wystartował do mnie taki osiłek z Olsztyna, więc zaczęliśmy się szarpać. "Tak to nie będzie" - mówią wychowawcy i dają nam rękawice bokserskie. To była wtedy dosyć popularna metoda - urządzano swego rodzaju zawody bokserskie między chłopcami, którzy mieli ze sobą na pieńku. Z tym że przeciwników dobierano zgodnie z wagą, żeby superciężka nie walczyła z kogucią. To rozładowywało napięcia w grupie, ustalało hierarchię, a poza tym niektórzy szli w sport. W Chojnicach też zresztą preferowano rękawice, więc trochę boksu liznąłem. Miałem wrodzony talent - dobrą pracę nóg, smykałkę do uników, specyficzną intuicję i szybki cios.
Wychowawcy organizują nam pojedynek. Ten z Olsztyna był duży, ale prosty, więc ja go cyk i leży. Wstał, a ja dostałem znak od opiekuna, że mogę poszaleć, więc go zbombardowałem, aż upadł. Opiekunowi się spodobało, że przetrzepałem ulubieńca jego rywala. Polubił mnie, tyle że chciał, żebym mu donosił. Odmówiłem. To mu się spodobało i rozniosło się po zakładzie, co zjednało mi szacunek. Bo większość młodych wtedy kapowała dla jakichś drobnych korzyści.
Mimo że byłem podsądnym, wzięto mnie do pracy na zewnątrz. Rano z kierowniczką magazynu i jeszcze jednym chłopakiem szliśmy z wózkiem po bułeczki, mleko, kiełbaskę i takie tam. Tam też wykorzystałem moje umiejętności. Koło koszy z bułkami stały stojaki z papierosami - towarem zakazanym w zakładzie, więc bardzo chodliwym. Więc my cyk te papierosy między bułki. Wracamy na stołówkę, oddajemy wózek i kucharka nas wygania. Mówię: "Chwileczkę". I wyciągam te papierosy, a kucharka oczy w słup. "Dobra - mówię - dla pani też dola". Tak było w socjalizmie: żeby jakoś żyć, każdy kradł i kombinował, jak tylko miał okazję. I kucharka też przymknęła oko.
Mimo takich wyskoków miałem dobrą opinię i nie poszedłem do poprawczaka o ostrym rygorze. Trafiłem z powrotem do zakładu zamkniętego, gdzie skończyłem zawodówkę. Kiedy wróciłem do Golubia, miałem siedemnaście lat.