WATYKAN, KAPLICA SYKSTYŃSKA, 14 KWIETNIA 1898
Drewniany kubek wypadł z zastygłej dłoni gwardzisty, stuknął z głuchym łoskotem o napierśnik i szerokim łukiem poszybował w stronę ciężkiej drewnianej ławy. Lekki stukot odbił się echem od ścian kaplicy, kiedy garnuszek zetknął się z marmurowymi płytami.
Naczynie jeszcze chwilę się toczyło, wreszcie znieruchomiało gwałtownie w głębokim cieniu, odnajdując nierówność w posadzce. To właśnie w tym miejscu przed trzystu sześćdziesięciu laty Michał Anioł ustawił jedną z podpór rusztowania. W ciągu siedmiu lat pracy spędzał na nim długie godziny, pieczołowicie odtwarzając na mokrym tynku biblijną scenę Sądu Ostatecznego.
Wysoki mężczyzna uzbrojony w miecz i halabardę nie powiódł wzrokiem za drewnianą zgubą. Padł jak podcięty toporem pień młodej sosny, a kiedy głowa uzbrojona w hełm stuknęła o kamień, już nie żył. Przez chwilę jeszcze porzucona halabarda gryzła tynk ostrą końcówką, by upaść na pierwszy stopień ołtarza z głuchym metalicznym dźwiękiem. Jakby sama Śmierć odrzuciła swą naostrzoną kosę. Ale nic z tego - dla Pani Ciemności była tu jeszcze praca do wykonania...
Drugi gwardzista, strzegący dotąd małych drzwi po prawej stronie ołtarza, zastygły z przerażenia, wpatrywał się w plamę mroku pod ławą, choć nie mógł już dostrzec w ciemności naczynia z trucizną. Potem przeniósł pełen zdumienia wzrok na martwego strażnika. Błysk zrozumienia mignął w jego oczach, gdy odwracał się do mnicha w ciemnym kapturze. W ostatnim świadomym odruchu odrzucił wreszcie trzymany w dłoni kubek, który wychylił przed sekundą. Przez twarz okoloną szeroką brodą przemknęło przerażenie. Na nic więcej nie miał czasu. Rysy wykrzywił mu grymas bólu, spięte mięśnie policzkowe uniosły górną wargę, odsłaniając żółte zęby. Prawą dłonią złapał się za gardło i szarpnął, jakby próbował wyrwać z niego truciznę. Dwa niewielkie strumienie popłynęły z rozerwanych tkanek, zalewając szyję gęstą krwią, w nocnym półmroku niemal czarną. Jak rażony gromem halabardzista runął pod nogi starego człowieka, roztrzaskując twarz o kamienną posadzkę. Wzrokiem żebrał o litość, której nikt już nie mógł mu ofiarować.
Niewysoki, lecz barczysty benedyktyn nad obu martwymi wykonał znak krzyża. Nie interesował się nimi więcej. Te dwie niewinne ofiary dopisał do długiej splamionej krwią listy ludzi, których musiał usunąć w ciągu ostatniego ćwierćwiecza. Liczył się bowiem tylko cel. Wielki, święty, tajny. Dla niego przywdział mnisie szaty w kwiecie wieku, z bólem odsuwając miecz i miłość do kobiety...
Natalio! Czy jesteś jeszcze wśród żywych? Czy pamiętasz ogród pełen dalii? Tak kochałaś czarne dalie... Odebrał mi ciebie CEL, dla którego musiałem poświęcić wszystko.
Dla niego uczył się, pracował, ukrywał swoje prawdziwe imię. Na całe ćwierć wieku stał się Janem z Copparo, osłaniając mgłą zapomnienia sławne nazwisko przodków. A przecież był pośród nich sam papież Aleksander VI, ojciec wyrodnego rodzeństwa Lukrecji i Cezarego Borgiów. Dawne to dzieje, całe wieki temu... Teraz kalendarze wskazują koniec dziewiętnastego stulecia, przeklęty czas, gdy jego bliscy pochopnie przekazali Bibliotece Watykańskiej bezcenne rodzinne zbiory, a on ze ściśniętym sercem dowiedział się, że wkrótce będą mogli w ich treści zagłębić się wszelkiej maści świeccy rozdrapywacze historii.
Papież Leon XIII jest człowiekiem pozbawionym rozumu - tłumaczył sobie Jan z Copparo. - Zezwolenie obcym na wstęp do archiwów Biblioteki to idea krótkowzroczna, która obróci się przeciw potędze Kościoła. Wiedział o tym Mistrz Dawid, nakazując właśnie mnie, Niccolo Borgii, przywdzianie mnisiego habitu.
I oto spełniło się...
Sople chłodnego księżycowego światła wpadły nagle przez wysoko położone, sklepione łukowo okna. Sąd Ostateczny, nad którym Michał Anioł pracował na zlecenie papieża Klemensa VII, zalśnił upiornie srebrnym blaskiem. Ale mnich nie spojrzał nawet w półmrok, gdzie tuż nad futryną drzwi po lewej aniołowie budzili dusze zmarłych. Nie interesowali go także gwardziści. Już nie.
W migotliwym świetle zawieszonych na ścianach kaganków spomiędzy fałd habitu wyjął pęk kluczy różnej wielkości. Spieszył się, wsuwając jeden z nich w odpowiedni otwór. Przekręcił - i oto znalazł się w niewielkiej salce. Na ścianach pomieszczenia tonącego w mroku zobaczył wieszaki przystosowane do przechowywania papieskich szat liturgicznych.
Gwardziści nie strzegli jednak dzień i noc dostępu do papieskich szat - musieli stać tam z zupełnie innego powodu, pilnując skarbu po stokroć cenniejszego od zdobnego odzienia. A on wiedział, co chronią.
Rozejrzał się uważnie, nasłuchując. Wiedział, że ma co najwyżej trzy godziny. Później zmiennicy gwardzistów podniosą alarm. A wówczas znajdzie się w śmiertelnej pułapce.
- Trzy godziny to dużo - szepnął do siebie, sięgając po mniejszy klucz. - Wystarczy, by odnaleźć drogę do skarbu niewiernych... Ale i tak muszę się spieszyć. Czas, ściga mnie czas!
Zapalił niewielki kaganek, osłonił go dłonią i stąpając cicho, dotarł do przeciwległej ściany pomieszczenia. Między solidnym drewnianym regałem a mocno poczerniałym obrazem pozostał metr wolnej przestrzeni. Właśnie tu, niemal twarzą dotykając ściany, zatrzymał się. Odetchnął głęboko, jakby musiał dokonać ostatecznego kroku.
Wybrał płaski kluczyk i wetknął w prawie niewidoczną szparę. Po chwili cichy zgrzyt oznajmił uniesienie zapadki zamka. Pchnięta ściana ujawniła doskonale zamaskowane drzwi.
Bez wahania wszedł i zatrzasnął je za sobą, przyczepiając pęk kluczy do sznura opasującego habit.
W ten sposób jednym krokiem odsunął od siebie ćwierć wieku intryg i tajnej polityki, które doprowadziły go do stanowiska zaufanego doradcy papieża. Zatrzasnął wrota mrocznej tajemnicy, skrywającej blisko dwadzieścia ofiar, z których większość uznana została za zmarłych we śnie lub w wypadku.
Tej nocy wypełni się Przeznaczenie!
Z rękawa wyjął pergamin z naszkicowanym planem. Nie może się z nim rozstać - podziemne korytarze, których próg właśnie przestąpił, ciągnęły się ponoć czterdziestokilometrowym labiryntem pod całym Watykanem. Zagubienie się w tych lochach oznaczałoby podwójną klęskę: nie dotrze do upragnionej mapy i nie wróci do świata żywych, aby Mistrzowi Dawidowi ukazać drogę do chwały.
Podziemia przywitały go chłodem i chmurami kurzu zawieszonego w nieprzeniknionej ciemności. Owinął się mocniej habitem i wyżej uniósł kaganek.
- Korytarz w prawo - wyrecytował z pamięci, ale dla pewności raz jeszcze zerknął na plan. - Co uczyni Ojciec Święty, gdy pojmie, że zaufany doradca wykradł mu z sypialni pęk najpilniej strzeżonych kluczy, by przestąpić progi Tajnego Archiwum?
Nikt nie odpowiedział, a on sam od nikogo nie oczekiwał odpowiedzi. Kiedy uczyni, co należy, słowa papieża nie będą miały żadnego znaczenia. Tajemnica nie wpadnie w niepowołane ręce, a on sam zniknie, rozpłynie się...
Od początku kamienne korytarze prowadziły od sali do sali. Ściany zastawione były stołami i regałami pełnymi oprawnych w skórę ksiąg i zwojów papirusów. Wszędzie piętrzyły się stosy zszarzałych od kurzu listów i dokumentów związanych rzemieniami i konopnymi sznurami. Powiadano, że w samym Tajnym Archiwum umieszczono ich około miliona.
Mijał je bez zainteresowania, choć mogłyby odpowiedzieć na setki zagadek, które badacze historii musieli zawiesić w próżni.
W lewo, schody w dół, znowu w lewo... Teraz na rozwidleniu w prawo...
Jeśli nie zawodzi go zmysł orientacji, powinien znajdować się teraz głęboko pod Kaplicą Sykstyńską.
Skórzane sandały całkowicie zagłuszały dźwięk kroków, tylko lekko migoczący płomień ukazywał przebytą drogę, pozostawiając za czarnym habitem złocistą zanikającą poświatę. Uciekał w wąskie korytarze, rozświetlał niewielkie prostokątne komnaty pełne prastarych ksiąg. Mnich pewnym krokiem wędrował podziemiem, choć nie dane mu było nigdy wcześniej stąpać po tych kamieniach. Wstęp miał tu tylko sam papież, a od kilku lat także Jacobo Venari, osobisty stróż głowy Kościoła, dzięki wielkiemu zaufaniu Ojca Świętego penetrujący bez ograniczeń każdy zakamarek Watykanu.
Zakapturzony benedyktyn dążył według planu w bardzo konkretne miejsce. Był spokojny, czuł jedynie, jak narasta w nim euforia, radość zwycięstwa ostatecznego i wiecznego. Niczego niepokojącego nie dostrzegł, nie usłyszał żadnych kroków. Był pewien, że w całych nieskończonych archiwach jest teraz absolutnie sam... A jednak, zgodnie ze swoim wyszkoleniem, zachowywał czujność.
Pierwszy szelest doszedł do jego uszu, kiedy dotarł do ósmej komnaty. Omiatał właśnie żółtym światłem kaganka dwa stosy ksiąg zalegające na szerokim blacie, gdy z korytarza dotarło ciche chrupnięcie. Jakby ktoś twardą podeszwą rozgniótł wysuszoną grudkę ziemi. Albo...
- Szczury - uspokajająco szepnął do siebie, odkładając na bok paczki z korespondencją Piusa IX z Wilhelmem Hohenzollernem. Chętnie zerknąłby do tajnych listów z roku 1871, kiedy to Włosi zajęli Watykan, przenieśli stolicę młodego państwa z Florencji do Rzymu, a papież ogłosił się więźniem Watykanu. Ale nie dziś. Nie w tych okolicznościach.
Odsunął także księgi z judaistycznymi apokryfami z początków czwartego wieku, kiedy Sobór Nicejski ustalał pierwsze kanony wiary chrześcijańskiej. Od tamtego czasu owe dzieła wciągnięte były na indeks ksiąg zakazanych, choć oficjalnie powstał on dopiero w roku 1559 pod naciskiem generalnego inkwizytora, Giovanniego Pietra Caraffy.
Chrupot się powtórzył, tym razem nieco głośniej.
- Wstrętne gryzonie... Jest!
Niemal krzyknął, gdy w jego rękę wpadł opasły tom, oprawiony w ciemną skórę. Zbliżył kaganek i odczytał wyblakły tytuł: Divisione Archivio de la Antigua Compania, 1540-1773.
A więc to nie mrzonki! Te dokumenty istnieją naprawdę, choć wielu zaklinało się, że należą jedynie do świata legend! Wskazówki były precyzyjne!
Chciwie rzucił się do kartkowania księgi, będącej niczym innym, jak zestawem sprawozdań jezuickich wysyłanych do papieża w czasie podboju Ameryki Południowej.
- Musi tu być! Musi! - szeptał do siebie rozgorączkowany, nie mogąc opanować drżenia rąk. Wiedział, że jeśli nie znajdzie tego, po co tu przyszedł, ofiara jego życia warta będzie tyle, co życie marnego szczura, nadgryzającego starą księgę w sąsiedniej komnacie.
Oddech przyspieszał, palce zaciskały się gorączkowo na kaganku, którego nierówny płomień drgał teraz, wprawiając cienie w konwulsyjny taniec. Palce lewej dłoni przerzucały kolejne stronice... I nagle zamarły.
- Trzydzieści i osiem - szepnął mnich po długiej chwili bezdechu. - Tu jesteście. Ćwierć wieku na to czekałem, ojcze Lopez, ojcze Aquaviva, ojcze Vitelleschi...
Przerzucił wzrokiem kilkustronicowy list, aż dotarł do kunsztownie wyrysowanej mapy. Mapa! Jest wszystko, czego szukał!
Gdy dotarło do niego, o jak wielką stawkę toczy się gra, oczy zwilgotniały mu ze szczęścia. Czyn ten doprowadzi w końcu do posadzenia na tronie Piotrowym prawdziwego ojca świata. Tak mi dopomóż Bóg!
Postawił kaganek na jednej z ksiąg, lewą dłoń oparł na otwartym woluminie i równym szarpnięciem wydarł z niego brązową mapę.
W samym jej centrum, pośród zaznaczonych wzgórz i rzek widniał czerwony krzyż, a nad nim napis: "Paititi".
Zatrzasnął księgę z impetem, wepchnął pod pozostałe i z radością wsunął mapę pod pachę. Chciał po raz ostatni rzucić na nią okiem, ale wstrzymał ruch głowy, gdy za plecami usłyszał kolejne chrupnięcie. Znacznie bliżej niż dotychczas...
Szeroki czarny kaptur benedyktyna drgnął, kiedy zaskwierczał płonący dotąd równo na pulpicie kaganek. Błękitno-żółty płomień zakołysał się niemal niedostrzegalnie, wprawiając znów w taniec czarne cienie.
To nie szczury... One nie powodują zawirowań powietrza...
Ze skupionego mnicha w jednej chwili przeistoczył się w czujnego skrytobójcę. Prawa dłoń nieznacznym ruchem wydobyła krótki, niezwykle ostry sztylet. Ostrze zniknęło za nadgarstkiem, aby nagły błysk odbitego światła nie ostrzegł przeciwnika. Kciuk zaciskał się mocno na końcówce rękojeści. Dawno minęły czasy, kiedy jako młokos, szkolony nie tylko w liturgii łacińskiej, popełniał podstawowe błędy. Nie zamierzał odciąć sobie własnych palców, gdyby czubek sztyletu zatrzymał się na żebrach przeciwnika, a rozpędzona dłoń przesunęła się po zimnej stali.
Lekko pochylił się do przodu. Poruszył lewą ręką, jakby chciał sięgnąć po kolejną księgę. Gest miał na ułamek sekundy odwrócić uwagę przeciwnika. To wystarczy.
Z szybkością zdumiewającą u człowieka w tak podeszłym wieku uskoczył w prawo, pod łuk przyporowy, jednocześnie strącając z blatu kaganek. Odwrócił się i w świetle niknącego płomienia dostrzegł postać, której nigdy nie spodziewałby się tu zastać...
Zamiast wykonać kolejne kilka kroków, by w ciemności zmylić pogoń, zdumiony, bez tchu, zatrzymał się. Choć kaganek zgasł, przed oczyma mnicha wciąż majaczył potężny, nienaturalnie wysoki wojownik odziany w wysokie buty i krótką plecioną spódniczkę. Jego pierś chronił miedziany pancerz. Czarne włosy osłaniała kolorowa przepaska, a muskularna ręka unosiła broń przypominającą maczugę.
- Inka... - wyszeptał struchlały benedyktyn i odruchowo uniósł sztylet.
Było jednak za późno. Za późno na skuteczną obronę, na ucieczkę, na dokończenie misji, która rozpoczęła się w innych czasach, na innym kontynencie.
Sztylet zetknął się z przedramieniem napastnika, przeciął nawet skórę, ale nie uratowało to ofiary przed ciosem.
Poczuł uderzenie w czubek głowy. Obezwładniający ból przeszył całe ciało, promieniście rozchodząc się aż po końce palców. Stracił kontrolę nad ciałem i runął w mrok; cios nie pozbawił go jednak świadomości.
I tego żałował najbardziej.
Inkaski wojownik - albo ten, który za wojownika chciał uchodzić - zapalił kaganek i przeciągnął mnicha do sąsiedniej sali. Nie zwracając uwagi na broczące krwią ramię, przywiązał mu ręce i nogi do belki, która jakby specjalnie na tę okazję została tu przyniesiona. Wirujący sufit powoli uspokajał się, ale kiedy wróciła władza w kończynach, grube sznury nie pozwalały nawet marzyć o wolności.
Strużka krwi - jego czy napastnika? - zasychała już na policzku, gdy tajemniczy wojownik pochylił się nad leżącym, uzbrojony tym razem w sztylet z obsydianu. Stojący na kamiennej podłodze kaganek oblewał złotawą poświatą częściowo zamaskowaną twarz, wydobywając z mroku kwadratową szczękę.
Mnich milczał. Wiedział, że to koniec. Przegrał, a jego czas minął. Przez myśl nawet nie przemknęło mu błaganie o pomoc. Śmierć to wyzwolenie. Tylko dlaczego nadchodzi tak podstępnie, ukradkiem, tuż przed zwieńczeniem wielkiego dzieła?!
Wojownik rozciął szybkim ruchem habit. Oczy leżącego rozszerzyły się w przerażeniu, gdy obsydianowy sztylet zatopił się w skórze, rozcinając ją na wysokości żeber.
Zabij mnie, weź moje życie, już! - chciał krzyknąć, ale wciąż milczał, choć dojmujący ból ciętej skóry niemal wyrywał okrzyk z piersi.
A napastnik - rodem z innego świata i odległych czasów - pochylił się, nucąc jednostajną melodię w języku keczua. Jan z Copparo znał jedynie kilka słów w tym języku, ale rozpoznał starą inkaską pieśń. Jej słowa okazały się w ogóle ostatnimi, jakie przyszło mu usłyszeć:
Człowiek przychodzi i odchodzi
I nie wraca nigdy.
W zbroczonej krwią klatce piersiowej mnicha zatonęła nagle dłoń wojownika. Przebiła warstwę mięśni, rozsunęła żebra.
Dziki, pierwotny ryk wydobył się z ust ofiary. Tysięcznym echem odbił się od wiekowych ścian labiryntu, brzmiał długo, zanikając, w miarę jak dusza umęczonego opuszczała ciało. Przeszedł wreszcie w charkot i w niczym nie przypominał dźwięków, jakie wydawać może człowiek.
W wybuchu oślepiającego bólu mężczyzna przestał na tę ostatnią sekundę nosić imię Jana z Copparo. Na powrót stał się Niccolo Borgią, trzydziestopięcioletnim żołnierzem, z miłości do Natalii Bertucci gotów walczyć, ranić, zabijać albo... zostać mnichem.
Wśród przebłysków bólu przywołał z pamięci jej krągłą, gładką twarz, ogromne oczy, częściowo przysłonięte jasnymi lokami. Widział jej unoszące się w ekstazie krągłe piersi, czuł paznokcie wbijające się w jego plecy... I smutek, gdy żegnała go po raz ostatni, świadoma, że nie spotkają się już nigdy. Nigdy.
Gdzie jesteś, moja cudowna Natalio?
W ostatnim przebłysku świadomości, gdy przestał być mnichem, gdy opadł z niego pancerz konspiratora, a cel jego dwudziestopięcioletniej działalności nie znaczył więcej od wiatru w polu - pozostał tylko złamanym, skrzywdzonym człowiekiem, który z dziecięcym zdziwieniem poczuł, że czyjeś chłodne palce dotykają jego serca...