Miłość i ślub
Lordor miał wrażenie, że całe to przygotowywanie miejsca na spędzenie wieczności i obliczanie, ile działek dla siebie zarezerwować, skierowało jego myśli ku przyszłości. W dojrzałym wieku trzydziestu siedmiu lat był jednym z wielu żyjących w okolicy farmerów w kawalerskim stanie. A przecież nie chciał tego. Stało się tak, bo za bardzo pochłonęło go nadawanie kształtu czemuś, co dopiero powoływał do istnienia. Pięć zaprzyjaźnionych mężatek stale mu wypominało, że powinien znaleźć sobie miłą żonę, ale nie było to takie proste.
Lordor nie miał nic przeciwko samej koncepcji małżeństwa. Kilka lat wcześniej pod wpływem owych nalegań próbował kogoś poznać. Tamtej wiosny obciął włosy u prawdziwego golibrody, kupił nowiuteńką parę butów z katalogu i wyruszył w daleką podróż do szwedzkiej społeczności Lindsborg w stanie Kansas. Kiedy jednak tam dotarł, okazało się, że wszystkie porządne kobiety były już zajęte. Wrócił więc z niczym; jedynym, co zyskał na tej wyprawie, były nowe buty i schludna fryzura.
W Swede Town naprawdę brakowało kobiet. Nie można było nawet urządzić potańcówki. Kiedy mimo wszystko ją zorganizowano, mężczyźni musieli po kolei przywiązywać sobie do ramienia białą chusteczkę na znak, że teraz przejmują rolę partnerki. To, że podczas tańca ściskali owłosione, pełne odcisków, stwardniałe dłonie innych farmerów, sprawiało, że kobiety wydawały im się dużo piękniejsze, łagodniejsze i delikatniejsze, niż były w istocie. Brak kobiet przyczyniał się też do utraty dobrych robotników. Po tańcu z Nancy Knott, która miała półtora metra wzrostu i około metra szerokości, jeden z młodych farmerów powiedział Lordorowi:
"Kiedy pani Knott zaczyna ci się podobać, to znak, że trzeba stąd wyjechać".
Tak też zrobił.
Lordor uznał, że jeśli ma podjąć jeszcze jedną próbę znalezienia dla siebie miłej kobiety, to tylko teraz. Niedawno podpisał nowy kontrakt na sprzedaż mleka i sera dla robotników budujących kolej i jego finansowa przyszłość była zabezpieczona na tyle, że stać go było na utrzymanie rodziny. Poza tym czuł się samotny. Chciał mieć z kim dzielić nowy dom, który właśnie zbudował. Jednak tradycyjny sposób zdobywania żony był bardzo czasochłonny, a on akurat w tym momencie nie dysponował wolnym czasem. W dodatku nie mógł zostawić farmy bez opieki, a nie miał nikogo, kto by go zastąpił.
Podczas stawiania kolejnej obory, gdy wszyscy posilali się przy długim drewnianym stole, Lordor poprosił o radę sąsiadów. Henry Knott, krzywonogi i chudy hodowca tuczników, siedzący przy odległym końcu stołu, zawołał:
- Hej, Lordor!... a może byś tak skorzystał z któregoś z tych korespondencyjnych biur matrymonialnych, co to przysyłają narzeczone na zamówienie? Wtedy ona tu przyjedzie, a ty nie stracisz czasu.
Wszystkie kobiety natychmiast go poparły.
- To dobry pomysł, Lordorze - odezwała się pani Eggstrom - tak właśnie powinieneś zrobić.
Lordor nic nie odpowiedział, lecz pani Lindquist, wymachując łyżką, rzekła:
- Wiem, co sobie myślisz, Lordorze, ale to żaden wstyd. Wielu mężczyzn na zachodzie tak robi, a na pewno jest dużo miłych szwedzkich dziewcząt, które pragną wyjść za mąż.
- Ona ma rację - dorzuciła Birdie Swensen, nakładając sobie na talerz kolejny kawałek pieczonego kurczaka. - A jeśli dziewczyna będzie zainteresowana, przyśle ci swoje zdjęcie. Wtedy wszyscy będziemy mogli ją zobaczyć i pomóc ci w podjęciu decyzji.
Lordor wciąż nie był przekonany. Zawsze onieśmielało go damskie towarzystwo, a już myśl o poślubieniu kogoś całkiem obcego wprawiała go w wyjątkowe zakłopotanie. W końcu pani Knott zdecydowała za niego:
- Starzejesz się, Lordorze. Powinieneś to zrobić.
Ostatecznie uznał, że nikomu nie zaszkodzi, jeśli przynajmniej spróbuje. Tak więc tydzień później w szwedzko-amerykańskiej gazecie w Chicago ukazało się ogłoszenie:
37-LETNI SZWED POZNA SZWEDKĘW CELU MATRYMONIALNYM.
MAM DOM I KROWY.
Lordor Nordstrom
Swede Town, Missouri