ROZDZIAŁ 3
Idę Columbus Avenue, skręcam w West Sixty-Fifth Street i... któż by się spodziewał? Połączenie żwawego marszu z rześkim wieczornym powietrzem skutecznie studzi żądzę krwi. Na drugą żądzę niestety nie ma wpływu. Tajemniczy Facet z Metra wciąż rozpala mnie do czerwoności.
Nadal myślę o nim oraz o tym, jak na mnie patrzył. O uczuciach, jakie we mnie wzbudził - i wciąż wzbudza, mimo że źle go zrozumiałam. Czy faktycznie tylko mi się uroiło, że między nami iskrzy?
Moja ciekawość płonie jak moje ciało, kiedy dzwonię do bramy Cat.
Po chwili oczekiwania w domofonie trzeszczy głos przyjaciółki.
- Tak?
Romantyczne dociekania ustępują miejsca fali ulgi. Wygląda na to, że Cat nic się nie stało.
- To ja - mówię do domofonu. - Lily.
- Hej! - trzeszczy ponownie głos Cat. - Wejdź.
Domofon brzęczy i otwieram pierwsze drzwi domu, znacznie ładniejszego od mojego, zaledwie sześciopiętrowego przedwojennego budynku położonego kawałek dalej od nowszych, bardziej efektownych rezydencji na Columbus i Broadwayu.
Przechodzę przez przedsionek, otwieram drugie drzwi i wkraczam do zadbanego holu. Stukając obcasami po mozaice, mijam najbardziej opieszałą windę na całym Manhattanie i idę po schodach do dwupokojowego mieszkania Cat na drugim piętrze.
Cat czeka już na mnie w drzwiach. Resztki moich obaw się rozwiewają, gdy widzę, że wygląda tak, jak powinna. Choć właściwie to mało powiedziane.
W tym momencie trzeba zaznaczyć, że oprócz bycia gwiazdą programowania w firmie, która niebawem zabłyśnie na rynku, Cat mogłaby być supermodelką. Podczas gdy ja w ogóle nie przypominam wytwornego kwiatu, na którego cześć mnie nazwano, ona wygląda... dokładnie jak kot właśnie. Składa się z długich, smukłych kończyn zwieńczonych szeroko osadzonymi niebieskimi oczami i czarnymi włosami na pazia, które są tak gładkie i lśniące, że aż chce się je pogłaskać. W tej chwili ma na sobie czerwone flanelowe spodnie od piżamy, wiszące nisko na wąskich biodrach, oraz różowawą koszulkę, która na pewno była kiedyś biała, ale sortowanie prania to jedna z wielu prozaicznych czynności przerastających zaawansowany intelekt właścicielki. W każdym razie nawet w tym stroju Cat wygląda olśniewająco.
- O raju - mówi na mój widok. - Co to za okazja?
Zakładam, że pije do niezapowiedzianej wizyty. To nie w moim stylu, faktycznie.
- Nie mogłam się dodzwonić - oznajmiam. Idę korytarzem do framugi, przy której ona z wdziękiem stoi. - Naładowałabyś wreszcie komórkę.
- Nie, mówię o tym. - Wskazuje na moją postać. - Lil, wyglądasz naprawdę świetnie.
- Weź się zamknij. - Z zażenowaniem obciągam czarny sweter. Bez a) odbicia w lustrze i b) wiedzy, czy Cat jest żywa, martwa, czy nieumarła, siłą rzeczy nie poświęciłam wiele czasu na przygotowania. Umyłam twarz, przeczesałam długie rudawe włosy i nałożyłam wiśniową pomadkę ochronną oraz dżinsy, w których się dopięłam, i tyle. Jestem pewna, że wyglądam beznadziejnie.
Ale kły się cofnęły, więc chociaż tyle dobrego.
- Ubrałaś się na randkę i mam ci doradzić? - pyta Cat. - Znowu umówiłaś się z tym facetem?
- Facetem? - powtarzam jak echo. - Jakim facetem?
- Kobieto - mówi Cat. - Tym, z którym wyszłaś wczoraj z Dos Rosas.
- A więc byłyśmy wczoraj w Dos Rosas? - pytam dla pewności.
- Oczywiście, że byłyśmy w...
- I wyszłam z facetem?
Idealne brwi Cat marszczą się na znak troski.
- Nie pamiętasz?
Nie. Nadal nic nie pamiętam. Lecz nagle, jakimś cudem... wiem.
- Czy ten facet... wyglądał jak skrzyżowanie Clinta Eastwooda z Indianą Jonesem?
Cat mierzy mnie przeciągłym spojrzeniem. Nikt nie zna mnie lepiej od niej, więc chyba widzi, że coś nie gra.
I dociera do niej, że bez względu na powód mojej niezapowiedzianej wizyty nie chcę o nim rozmawiać na korytarzu.
Robi krok w tył, żebym mogła wejść do mieszkania.
- Właź. Wygląda na to, że musimy pogadać. I to zaraz.
*
Mieszkanie Cat to eklektyczna mieszanka drogiego sprzętu i mebli z wyprzedaży w Ikei. Wystrój - jeśli można go tak nazwać - ożywia tylko kolekcja "lalek": półki zapełnione figurkami postaci z filmów akcji, w nienagannym stanie, na ogół wciąż zapakowanych. Jest Spider-Man, Hulk oraz całe mnóstwo takich, których nawet nie kojarzę. Zwykle się z nich nabijam, ale nie dziś. Dzisiaj widok fikcyjnych wybryków natury i dziwolągów powstałych w wyniku nieudanych eksperymentów napełnia mnie poczuciem swoistej więzi.
- Hm, Lily...?
Napotykam coraz bardziej zaniepokojony wzrok przyjaciółki. Otwieram usta, żeby coś powiedzieć, po czym znów je zamykam. Chrząkam, aby zyskać na czasie.
Od czego by tu zacząć?
Robię głęboki wdech, próbując zebrać myśli.
I drugi, dla kurażu.
- Cat - mówię wreszcie. - Co wiesz o wampirach?
*
Gdy mija pierwsze zaskoczenie, Cat przedstawia mi zarys opowieści o Draculi. I wiecie co? Opis jest tak trafny, że mogłabym go umieścić na moim nowym profilu.
Następnie przechodzi do innych wampirów w literaturze i filmie, rozprawiając o nich jak na konferencji naukowej. Im dłużej jej słucham, tym bardziej doskwiera mi poczucie, że nić łącząca mnie z ludzkim życiem wyślizguje mi się z palców niczym sznurek balonu z helem.
Gdy zaczyna rozpływać się nad Zmierzchem, mam dosyć. Z braku odpowiednich słów postanawiam jej zademonstrować i odruchowo łapię ją za rękę.
- Hej, co robisz? - pyta, kiedy ciągnę ją do sypialni i stawiam przed szafą z lustrem. - I dlaczego masz taką zimną łapę?
Ale gdy jej duże niebieskie oczy stają się jeszcze większe, a szczęka wiotczeje w osłupieniu, wiem, że widzi to, co ja widzę. Mimo że stoimy przed lustrem obok siebie, widać w nim tylko Cat, uczepioną powietrza.
- Niemożliwe - szepcze. Gorączkowo przenosi wzrok z lustra na mnie i z powrotem. - Ja pierdzielę.
- Wspomniałaś, że wampiry nie odbijają się w lustrze - rzucam. - Zgadza się?
- To jakaś sztuczka? - pyta Cat. Wbija we mnie wzrok i mruży oczy. - Złudzenie optyczne?
- Błagam cię. Czy ja wyglądam na iluzjonistę?
- Nie wyglądasz jak Nosferatu, to pewne.
Rozdziawiam usta, odwijam górną wargę i pokazuję kły.
- Ożeż! - Odskakuje i wyrywa rękę.
- Wybacz - mówię.
- Ale... jak?
- Chciałabym to wiedzieć - kwituję. - Właśnie w tym rzecz. Nie pamiętam. Właściwie to miałam nadzieję, że mnie oświecisz...?
Cat z wolna potrząsa głową. Stoi w drugim kącie, za rozesłanym łóżkiem. Odkąd zobaczyła moje nowe uzębienie, odsuwa się coraz bardziej, zwiększając dzielącą nas odległość. W sumie nie mam jej tego za złe, ale czuję ukłucie żalu. Zwykle pokłada we mnie więcej wiary niż ja sama.
- Przecież wiesz, że nie zrobię ci krzywdy - mówię ściszonym tonem.
- Wiem, że nie zrobisz mi krzywdy naumyślnie - uściśla. Stoi przyciśnięta do ściany, nie spuszczając ze mnie wzroku. - Ale w większości opowieści świeżo upieczone wampiry są diablo nieprzewidywalne. Nie panują nad nienasyconym głodem.
- Amatorzy - kwituję. - Założę się, że żaden nie próbował Noom. Chcesz pogadać o nienasyconym głodzie, to spróbuj jeść tysiąc dwieście kalorii dziennie. Przez cały miesiąc chodziłam taka głodna, że miałam ochotę wgryźć się we własną łydkę. Ale panowałam nad apetytem. Teraz też mogę.
Cat mierzy mnie twardym spojrzeniem.
- To chyba najgorszy plan pod słońcem.
- Mówienie przy wampirze o słońcu jest grubym nietaktem.
- Ja nie żartuję, Lil. Nie można wiecznie sobie czegoś odmawiać. Wiecznie, w dosłownym sensie.
- Tego nie wiesz.
- Właśnie że wiem - oznajmia Cat. - I ty też. To, po pierwsze, bardzo niezdrowe, a po drugie, zawsze prowadzi do obżarstwa.
Jej słowa dają mi do myślenia. Muszę przyznać, że coś w tym jest. Odkąd weszłam w okres dojrzewania, moje życie to ciągła huśtawka pomiędzy tyciem a chudnięciem: po miesiącu ścisłej diety następuje tydzień podjadania, trzy dni sokowego detoksu kończą się wieczorną wycieczką do McDonalda i degustacją dań za dolara, a dwa tygodnie diety paleo...
- O rany - mówię, kiedy z wolna to do mnie dociera. - A niech to.
Może jednak muszę przemyśleć strategię, by utrzymać żądzę krwi w ryzach.
- No a co robią błyszczące wampiry? - Sama nie wierzę, że o to pytam. - Przecież nie atakują ludzi.
- Nie - odpowiada Cat z namysłem. - W każdym razie nie Cullenowie. - Stopniowo uchodzi z niej napięcie. - Piją krew dzikich zwierząt, które upolują własnymi rękami. Głównie pum i niedźwiedzi, jeśli dobrze pamiętam.
Wizja jest straszna, ale chyba podsuwa jej pewien pomysł.
- No dobra - oznajmia stanowczym tonem. Bierze głęboki wdech i obchodzi łóżko, a jej niedawna powściągliwość znika prawie bez śladu. - Wszystko po kolei. Musimy cię dobrze nakarmić, zanim zrobisz coś, czego będziesz żałować.
- Czym? - pytam. - Jak masz zamiar to zrobić? Czyżby istniała jakaś modna restauracja z 0 Rh- w jadłospisie? Masz tam chody i załatwisz nam stolik?
Cat wsuwa bose stopy w sfatygowane conversy.
- Nie idziemy do restauracji.
Błyska mi straszna myśl.
- Tylko mi nie mów, że idziemy do zoo w Central Parku - oświadczam. - Uprzedzam, że nie mam zamiaru na nic polować, a walka wręcz to nie moja specjalność.
Bierze z kosza na pranie starą bluzę Uniwersytetu Nowojorskiego, która pamięta czasy naszego college'u, i wkłada ją na piżamę.
- Daj spokój - strofuje Cat. - Nie gadaj głupstw.
I bez jednego, choćby przelotnego spojrzenia w lustro łapie brązową torbę z zamszu, wiszącą na łóżku, i kieruje się do wyjścia z mieszkania.
Patrzę na nią w osłupieniu. Jej kompletna nonszalancja względem własnego wyglądu jak zwykle przechodzi wszelkie pojęcie, może nawet bardziej od tego, co mi obecnie doskwiera.
Ludzie, ileż dałabym za taką beztroskę i abnegację. Jej postawa to dla mnie niedościgły wzór.
- Idziesz? - rzuca przez ramię.
Kolejna fala żądzy krwi prawie zbija mnie z nóg.
Cat ma rację. Muszę coś z tym zrobić - zanim zrobię coś, czego będę żałować.
A jeśli ma jakiś pomysł, to podpisuję się pod nim rękami i nogami. Nigdy nie dała mi powodu, żebym w nią zwątpiła, odkąd los rzucił nas do jednego akademika. Ręczę za nią życiem.
Nieżyciem?
Nieważne.
Zatem po kompulsywnym, acz bezowocnym spojrzeniu w lustro otrząsam się i wychodzę za przyjaciółką.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI