3
Zmierzchało, kiedy dotarliśmy do opuszczonego odcinka trasy w pobliżu tunelu do Pennsylvania Turnpike. Wokół pustka, żadnych świateł i kamer przemysłowych, tylko zardzewiałe, dziurawe ogrodzenie wokół porosłego trawą terenu, na który prowadziła wyboista żwirowa droga zgubna dla mojego podwozia. Jeździłem maserati tylko po suchym asfalcie i nigdy na miejsce zbrodni.
- To tutaj, John? Mówiłeś coś o biurowcu.
- To będzie kontynuacja Knickerbocker Quarry Center. Ruszają z budową w przyszłym miesiącu. Pierwszy budynek stoi po drugiej stronie kamieniołomu.
- Jak się tu znaleźliście?
- Spotkaliśmy się przy biurowcu i Lemaire powiedział, żebym za nim jechał, więc pojechałem. Nie wiedziałem, jak to wygląda, póki się tu nie znalazłem. Zaparkuj tam, obok dziury w płocie.
Podjechałem dalej, zgasiłem silnik i wysiedliśmy. John dał nura pod siatką, a ja pospieszyłem za nim ścieżką porośniętą chwastami. Zanim znalazłem się po drugiej stronie, usłyszałem jego zmartwiały głos:
- TJ!
Stanął jak wryty na polanie. Nie było żadnego trupa, tylko klepisko, trawa i krzaki.
- Gdzie on jest?
- Nie wiem - odparł osłupiały John. - Leżał tutaj. Na plecach. Nie żył, wiem to na pewno. Krew lała się na ziemię.
Obaj spuściliśmy wzrok. Pod trawą i kamieniami coś błyszczało. Kucnąłem i przejechałem w tym miejscu palcami, faktycznie krew.
- Okej, czyli tu był. Widzisz gdzieś pistolet albo kamień?
- Nie. Musiał je zabrać.
- Hm. Dziwne. Zachował przytomność umysłu jak na kogoś, kto oberwał w głowę.
- Co masz na myśli?
- No wiesz, byłby zamroczony, jak po bijatyce.
John prychnął.
- Nigdy się nie biłem.
- Stary, jesteś Irlandczykiem. Powinieneś się wstydzić.
- To stereotyp.
- Raczej cnota.
- W każdym razie najwyraźniej żyje. - John znów wyrzucił ręce do góry. - Co znaczy, że go nie zabiłem! Całe szczęście!
- Czekaj. - Coś mi przyszło do głowy. - Gdzie jego samochód? Nie widziałem żadnego za płotem.
- O Boże, fakt! - wykrzyknął z radością John. - Zniknął! On naprawdę żyje!
- To najbardziej prawdopodobne wytłumaczenie.
- To jedyne wytłumaczenie. - Uśmiechnął się szeroko. - Żyje i odjechał. Bo cóż by innego?
- Myślę.
- O czym?
- Co jeszcze mogło się wydarzyć. Próbuję analizować...
- Ty? Analizować?
Zabolało, ale przełknąłem. Jestem dobry w tłumieniu uczuć, chociaż to podobno szkodzi.
- Skąd wiesz, że był sam?
- Nie widziałem innych samochodów.
- Ktoś mógł na was czekać w ukryciu.
Uśmiech Johna przygasł.
- W razie gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli, co miało miejsce. Ktoś może nas obserwować nawet w tej chwili.
Rozejrzałem się, ale nic podejrzanego nie zwróciło mojej uwagi. Biura i apartamentowiec znajdowały się po drugiej stronie kamieniołomu. Dalej rozciągała się autostrada, w tle rozbrzmiewał jej miarowy akompaniament.
John się skrzywił.
- Naprawdę myślisz, że ktoś nas obserwuje?
- Niewykluczone. Czym przyjechał?
- Nie wiem, volvem?
- Sedanem?
- Tak.
- W jakim kolorze?
- Bordowym. TJ, czy wszystko kręci się wokół samochodów?
Dałem spokój.
- Rozejrzyjmy się na wszelki wypadek. Idź w prawo, a ja pójdę w lewo. - Ruszyłem naprzód w poszukiwaniu ciała. Nic, tylko chwasty i krzaki. Wiatr się wzmógł, zaszeleściły brązowawe trzciny. W trawie migotały potłuczone butelki po piwie i spodziewałem się ujrzeć zużyte prezerwatywy, ale nic z tego. Dzisiejsza młodzież. Tylko TikTok im w głowie.
Przelazłem przez dziurę w siatce i nadepnąłem na metalową tablicę. "Uwaga, krawędź klifu" - głosił napis czerwonymi literami. "Zakaz wstępu". Poniżej widniał rysunek przedstawiający ludzika wśród fal. "Głęboka, zimna woda. Zakaz pływania". I wszystko jasne.
Dotarłem do kamieniołomu, otchłani na jakieś osiemdziesiąt akrów, wydrążonej w ziemi. Brzeg był stromy i zabójczy, a kamienne ściany poorane szarymi, czarnymi i ciemnobrązowymi żyłami oraz pasmami roślinności. W dole rozpościerała się woda, zielonkawa tafla lśniła w gasnącym świetle. Wytężyłem wzrok w poszukiwaniu dryfującego ciała, ale niczego nie zauważyłem.
Nadal wpatrywałem się w wodę i zaczęło do mnie docierać, że John mógł zginąć. W dzieciństwie go uwielbiałem i snułem się za nim jak cień, wkręciłem się nawet na ławkę rezerwowych małej ligi gwiazd, w której grał. Wróciło wspomnienie, jak bawiliśmy się piłką w ogrodzie po kolacji, gdy robiło się ciemno tak niepostrzeżenie, że nawet się nie zorientowałem, jak dzień przeszedł w noc. Świetliki migotały jak spadające gwiazdy.
"Idziemy do domu, TJ!", wołał John.
"Jeszcze nie!"
Nigdy nie chciałem wracać do domu. Był to jedyny czas, kiedy miałem brata tylko dla siebie. Był moją osobistą gwiazdą.
"Musimy iść, tu są świetliki! Zapalisz się!"
"Co?" Rozglądałem się w panice. "Od świetlików można się zapalić?"
"Tak! Jak któryś cię dotknie, spłoniesz! Zobaczysz!"
- TJ! - Okrzyk Johna przywołał mnie do rzeczywistości.
- Co wiesz o Lemairze, John? Jest żonaty?
- O ile mi wiadomo, jest singlem i gejem. A co?
- Zastanawiam się, czy ktoś wiedział o jego machlojkach. Albo czy z kimś współpracował.
- W sensie: czy miał wspólnika?
Okej, Sherlocku.
- Właśnie.
- Jako jedyny zajmował się analizą finansową. Księgowość prowadzi starsza pani.
- Może to nie była osoba z pracy, tylko bliski znajomy. W sensie, czy ktoś inny wiedział, co kombinuje.
- Nic więcej o nim nie wiem.
- Zakładamy, że żyje, bo nie ma jego samochodu, ale co jeśli brał udział w akcji na szerszą skalę? Jego wspólnicy mogli zabrać ciało i pistolet, bez względu na to, czy przeżył, czy nie. Też woleliby to ukryć, tak samo jak my.
- Czyli jednak mógł zginąć? - jęknął John. - Mogłem go zabić?
- Nie wiem, co zaszło. Ciężko stwierdzić z całą pewnością.
- Mam do niego zadzwonić? - John uniósł telefon. - Sprawdzić, czy odbierze?
- Nie. Lepiej, żebyś nie miał tego w billingu. Kiedy się umówiliście?
- Dzisiaj. Przez telefon, około trzeciej.
- On do ciebie zadzwonił czy ty do niego?
- Ja do niego.
- Potwierdzałeś to mejlem lub esemesem?
- Nie. - John potrząsnął głową, znów tracąc panowanie nad sobą. - O rany, o rany...
- Czy ktoś wiedział, że masz się z nim spotkać? Na przykład Sabrina? - Sabrina to nasza recepcjonistka, a zarazem druga kobieta w życiu Johna zaraz po Nancy, lecz ich związek jest toksyczny.
- Nie, wspomniałem jej tylko, że kończę na dzisiaj.
- Zapisała to w kalendarzu, jak ma w zwyczaju?
- Nie wiem. Skąd mam, do cholery, wiedzieć?
- Czy po powrocie czekały na ciebie jakieś wiadomości?
- Nie wróciłem do pracy, pojechałem prosto do rodziców. Sabrina wiedziała, że tata ma urodziny. Jedliśmy w biurze tort, pamiętasz? Pewnie uznała, że wychodzę po prezent lub kartkę.
To miało sens. W przypadku rodzinnego biznesu zaciera się granica między domem a pracą oraz tym, co zawodowe i osobiste. Pracownicy Devlin & Devlin śledzili moje postępy od dzieciństwa aż do odsiadki; byłbym bogaty, gdybym przekuł na zysk rozrywkę, której im dostarczałem.
- A więc nikt nie wie, że miałeś się dzisiaj spotkać z Lemaire'em?
- Zgadza się. Myślisz, że ktoś zabrał ciało, broń i samochód?
- Istnieje takie prawdopodobieństwo. Albo zwiał. Na przykład na Kajmany.
- Co mam powiedzieć Stanowi?
- A co to za jeden?
- Stan Malinowski. Właściciel Runstanu. Pamiętasz? Poznaliśmy go, jak byliśmy mali. Tata nas do niego zabrał.
- Faktycznie.
- Nieważne, w przyszłym tygodniu mam mu wystawić rekomendacje.
- John, jeśli to wyjdzie, nie będzie żadnej fuzji. Nie przejmowałbym firmy, której księgowy zapada się pod ziemię. A kupuję auta po bossach narkotykowych.
- Nie, nie mów tak. Musi dojść do tej fuzji. To ważna sprawa.
- Słuchaj, póki co mamy większe problemy, a jeśli znikniemy na dłużej, inni nabiorą podejrzeń. Jestem za tym, żebyśmy wrócili na tort. - Odkąd skończyłem z piciem, jestem uzależniony od cukru jak cała reszta ludzkości.
- A co z Lemaire'em?
- Coś wymyślimy. Zostaw to mnie.
- Tobie? A co ty możesz zrobić?
- Zbadam sprawę. To moja praca, zapomniałeś?
- Nie jesteś prawdziwym detektywem. Markujesz pracę.
- Co robię? - Nie wiedziałem, czy się obrazić.
- Spójrz prawdzie w oczy, TJ. Mama wymyśla ci zadania. Twoja posada to synekura.
Aż się we mnie zagotowało.
- Stary, postaraj się mi nie ubliżać, kiedy ci pomagam. Sam do mnie przyszedłeś, więc siedź cicho i słuchaj. Jedziemy do domu i gęba na kłódkę.
- A Nancy?
- Co: Nancy? - Moja bratowa to żeńska wersja Johna. Nigdy za nią nie przepadałem, podobnie jak ona za mną, zwłaszcza po narodzinach mojego bratanka Connora. Matki nie lubią, kiedy ich dzieci przebywają w pobliżu byłych kryminalistów z inklinacją do kieliszka. Ciekawe czemu.
- Będzie mnie wypytywać.
- Coś wykombinujesz.
- Nie jest głupia, TJ. Zaraz po wyjściu mnie przemagluje.
- To coś wymyśl. Nigdy nie miałeś przed nią tajemnic?
John się skrzywił.
- Nie takich.
- Rób to co ja.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI